poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Delisana Jaffa cakes: bananowe / biszkopty galaretką o smaku bananowym w białej czekoladzie

Nie mogłabym żyć bez czekolady, a wszystkie inne słodycze mogłyby dla mnie nie istnieć. Czasem jednak mam jakieś strzały: a to najdzie mnie na zjedzenie czy spróbowanie czegoś... pozornie niemojego. I czasem potrafi mi nawet smakować. Za ciastkami typu jaffa cakes, na które to w języku polskim brakuje mi fajnego określenia (tak, wiem, że przyjęło się mówić: "delicje"), nigdy specjalnie nie przepadałam. Może dlatego że nie lubię galaretek? Mając jednak do czynienia z kilkoma czekoladami z galaretkami, nauczyłam się je tolerować i... pewnego dnia naszło mnie właśnie na jakieś "plebejskie delicje". Tylko że może jakieś ciekawsze...? Sama nie wiedziałam. W sumie to miałam chyba bardziej ochotę na formę, a więc możliwość obgryzienia części wokół galaretki, zjedzenia biszkoptu, zdrapania czekolady itd., ale to było raczej abstrakcyjne, bo nie poszłam i nie kupiłam. Jako jednak że lubię banany i smuci mnie, że tak mało jest udanych bananowych rzeczy łatwo dostępnych, uznałam, że jak już jakieś jaffa cakes mam spróbować, będą to te. Obstawiałam, że żadne mi nie posmakują, więc chciałam, by chociaż w miarę ciekawe były.
Zdecydowałam się więc na produkt o naprawdę parszywej szacie graficznej. Jakaś zbyt zielonkawa kolorystyka i zielone banany nie wyglądały zachęcająco, nawet dla mnie, która lubi czasem też te zielone (acz preferuję czarne - skrajności, a co).


Delisana Jaffa cakes bananowe to "biszkopty z galaretką o smaku bananowym (50%) w białej czekoladzie", produkowane przez Delicpol. Paczka zawiera 135 gramów.

Po otwarciu zaatakował mnie "sztuczny bananek". Miał przede wszystkim chemiczny charakter, ale też uroczo-słodki, dziecięcy wydźwięk. Nie wydał mi się zbyt napastliwy. Był słodki, ale z goryczkowatą nutą galaretek / żelek. Wyszło zaskakująco zachęcająco.

Na dotyk ciastko wydało mi się tłusto-suche, zarówno polewa, jak i biszkopt. Wyglądało na niskiej jakości.
Biszkopt okazał się dość suchawy, trochę się kruszył. Mimo to, czuć w nim lekką tłustość. W ustach szybko nasiąkał, miękł i rozpływał się w sekundę. Nie był kamieniem.
Miejscami cienka, a miejscami porządnie gruba warstwa czekolady była bardzo miękka i proszkowa. Proszkowość wydała mi się aż kryształkowo-drobinkowo cukrowa. Nie umiem myśleć o niej jako o czekoladzie; to po prostu ulepkowata, chwilowo plastelinowa polewa. Stała za wysoką tłustością i szybko się rozpuszczała na wodę.
Galaretka z kolei to twór mięciutki, rwący się i gibiący się. Nie lepiła się do zębów, w ustach ochoczo rozpływała się w taki "rozchodzący się" sposób. Bardziej kojarzyła mi się z miękką żelką, niż z galaretką (ale nie mam doświadczenia).
Całość okazała się zadowalająco zgrana: taka szybko znikająca, mięknąca, a jednocześnie rozwarstwiająca się przez niską jakość.

Biszkopt smakował bardzo słodko i nijako, niebiszkoptowo. Od razu czuć w nim taniość i szereg aromatów, w tym sztucznego, słodziuteńkiego banana, którym przesiąkł.

Słodycz do przesady doprowadzała "czekolada", na którą złożyła się mocarna słodycz dziwnie sztucznawa, słodycz cukru i słodko-sztucznego banana. W tle majaczyło coś mleczno-margarynowego. Polewowość mordowała. Nuta banana była sztuczna; bardzo, bardzo kojarzyła mi się z cukrową żelką, ale nie wydała się natarczywa.

Jej napastliwość wyszła dopiero przy samej galaretce. To już banan chemiczny, prosto z laboratorium, ale o dziwo nie taki mocny w smaku. W zasadzie galaretka była lekko bananowa, bo jej smak przewodni to sztuczna słodycz i cukier. Okropnie słodka galaretka przypominała raczej mdło-bananowe żelki. Tak słodkie, że aż właściwie nijakie.

Gdy wszystko się mieszało, było słodko-słodko, sztucznie-cukrowo i polewowo-tanio, że aż mało bananowo. To była czysta słodycz i sztuczna taniość, okropność. Odrzuciło mnie raptem po połowie ciastka.

W posmaku, ostał się chemiczny i słodki banan oraz ogólna tandeta, przesłodzenie totalne. Czułam drapanie w gardle, chciało mi się pić, a w dodatku na ustach czułam aż oblepienie... Słodyczą i tłustością.

Całość zasładzała i szarżowała sztucznością, jednak... o dziwo nie było to odpychające. Sama sztuczność byłaby znośna, ale słodycz? Nie. Jakość kuleje ogółem, więc to też przeszkadzało.
Reszta ciastek powędrowała, jak planowałyśmy do Mamy. Uznała je za "śmieszne, ale fajne". Gdy tylko je wspomniałam, na jej twarzy pojawiał się banan (huehue) i komentowała jakoś w stylu: "dziwne, takie inne, ale no... ciekawe / fajne". Podzieliła je sobie na dwa razy i drugiego dnia stwierdziła, że już "dziwnością nie cieszyły, ten sztuczny banan przeszkadzał, banany wolę w naturze. Tu jeszcze ten biszkopt jakiś niebiszkoptowy".


ocena: 2/10
kupiłam: Lewiatan (Mama kupiła)
cena: nie wiem
kaloryczność: 375 kcal / 100 g; ciastko 12g - 46 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: galaretka 50% (syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, woda, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; substancja żelująca: pektyny; regulatory kwasowości: kwas cytrynowy, cytryniany sodu; aromat, proszek bananowy 0,2% - w galaretce), biszkopt 33% (mąka pszenna, masa jajowa pasteryzowana, cukier, skrobia pszenna, syrop glukozowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; emulgatory: E471 i E475; olej rzepakowy, substancja spulchniająca: węglany amonu; sól, aromat, barwnik: karoteny), czekolada biała 17% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, mleko w proszku odtłuszczone, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny; aromat)

sobota, 29 sierpnia 2020

Zotter Caipirinha mleczna 40 % z czekoladowym nadzieniem z destylatem Cachaca i kremem limonkowym

Do czekolad z alkoholem mam mieszane uczucia. Jedne mi zupełnie nie idą, wiele jest mi za mało czekoladowa... Mimo to, alkoholowe Zottery systematycznie sobie odhaczam. Chcę bowiem poznać asortyment, ale w sumie z zaliczeniem wszystkich aż tak mi się nie spieszy. Gdy jednak do mojej szuflady trafiły tabliczki w dziwny sposób oddające charakterystyczne drinki, pomyślałam, że warto również tego typu Zottery podjeść. Tym bardziej, że ostatnio próbowane (White Rum / Coconut / Pineapple i Apricot Waltz) bardzo mi smakowały.
O drinku Caipirinha wiedziałam tyle, że jest popularny w Brazylii. Myślałam sobie o tym jako o "ich wódce" z limonką. Jednak oczywiście sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. "Ich wódka" zwie się Cachaça i... coś tam. Przed degustacją postanowiłam dokładnie sprawdzić, czym jest Cachaça. Otóż to porównywany z wódką, bardzo popularny w Brazylii destylat z fermentowanego soku trzcinowego, z zawartością alkoholu na poziomie 38 lub 48%. Ponoć smakowo podobne to do tequili i rumu.
A mi aż się przypomniała jedzona dawno temu Tequila with Salt and Lemon.


Zotter Caipirinha to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z czekoladowym kremem z wódką Cachaca ("mocny likier z trzciny cukrowej") oraz nadzieniem limonkowym (22%).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam silną, wręcz cukrowo-karmelową słodycz, podrasowaną dosadnym alkoholem i kwaśno-goryczkowatą limonką. Czekoladowość, mleczna ale i "kakałkowa", też była wyczuwalna i tymi nutami obudowana. Zdziwiona odkryłam, że taką mocniejszą "alkoholową limonę" w zasadzie wyraźniej czułam, gdy zbliżałam się do spodu (a przed oczami miałam obrazek podglądowy przekroju ze strony producenta). Wierzch był o wiele bardziej soczyście-limonkowy, bardziej delikatnie czekoladowy. Po przełamaniu natomiast wszystko to wydało mi się zakropione "cukrową wódą", dość ordynarną.

Przy łamaniu tabliczka była konkretna, dziwnie twardawo-miękkawa. Chrupka warstwa czekolady pyknęła, a nadzienia... z jednej strony wyglądały na plastyczno-maziste, z drugiej zaś trzymały się jako dość zwarte.
Podzielenie ich przy pomocy noża nie sprawiało trudności, ponieważ owocowe okazało się bardziej zbite, zwarte i gęste (ale nie cięższe), a czekoladowe maślano-śmietankowe i plastyczniejsze.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo-gęsto, zalepiając zupełnie. Cechowała ją tłustość śmietankowo-maślana, która zapewniła spójność z nadzieniami. Te rozpływały się mniej więcej równocześnie, zgranie.
Czekoladowemu było bliżej do czekolady. Odebrałam je jako maślano-gęste, ale i miękko-maziste w śmietankowy sposób. Wyszło idealnie gładko (choć przy kęsie-dwóch trafiłam na jakby skrystalizowano-scukrzony alkohol) i sprawiało wrażenie wilgotnego, trochę zakalcowego. Wydało mi się tłustsze i konkretniejsze od limonkowego.
Limonkowe wyszło bowiem soczystsze, na pewno lżej, choć w pierwszych sekundach jednocześnie bardziej zbite. Dodało wnętrzu poczucia śliskości, mimo że nie było idealnie gładkie. Sok wypływał z pewnej... pylistości, co przełożyło się też na lekką wodnistość.
Całość tworzyła gęsto-ślisko-wodniste zawiesinowe bagienko, co było dość... osobliwe.

W smaku czekolada była bardzo słodka, ale z przyjemnie palonym motywem karmelu i orzechów. Przesiąkła lekko nadzieniem, a wiec alkoholem i cytrusową nutą.

Szybko właśnie mocny alkohol się odzywał, przypiekając język i otwierając drogę goryczce limonki. Nadzienie czekoladowe wtłaczało głównie pikantną alkoholowość. Zaraz po ustach rozeszło się wręcz ostre ciepło, spłynęło do gardła i rozgrzało je, w ustach pozostawiając goryczkę limonki i ogrom jej kwaśnego soku. Alkohol sam w sobie wydał mi się trochę owocowy. Było w tym też sporo takie alkoholowej słodyczy. Smaki nadzień uzupełniały się wzajemnie, jedno drugim lekko przesiąkły.

Limonkowe nadzienie wyszło w pełni naturalnie i świeżo. Jego kwaśność orzeźwiła kompozycję. W pewnej chwili zajęła stanowisko dominujące. Zawarła w sobie też pewną słodycz, odrobinę mleczności, jednak smakowała głównie kwaśno-goryczkowatą limonką. Taką, w której sok i skórka stały na jednym poziomie. Powiedziałabym: limoną, bo podrasowaną alkoholem.

Część czekoladowo-alkoholowa była nieco mniej słodka, ale też w taki aż cukrowy sposób. Cachaca sama w sobie wydała mi się lekko owocowa, ale mocna i raczej... cierpko-kwaśno-owocowa. Krem ten wydał mi się poważny, goryczka limonki podkreślała jego alkoholowość, kakao... próbowało się przebić z różnym skutkiem. Bliżej końca tchnęło nieco palonej gorzkości, ale nie nadało ciemnoczekoladowego charakteru. Alkohol nieco odpuszczał, ale wciąż przypiekał, a krem ten ujawnił maślaność. W momencie znikania, kawałek jednak jeszcze raz uderzał do głowy.

Po wszystkim pozostało zasłodzenie i zaalkoholowienie jako drapanie i pieczenie (przechodzące w rozgrzanie, utrzymujące się naprawdę bardzo długo) w gardle oraz efekt pieczenia, ten odczuwalny w ustach. O tyle kontrastowo uwypuklony, że czułam też ogólną tłustość i soczystość, rześkość limonki.

Całość wyszła... mocno, ostro i rozgrzewająco. Adekwatnie do nazwy, przejrzyście smakowo, a więc jednym słowem rewelacyjnie, ale jednocześnie... okazało się, że zupełnie nie w moim stylu. Tak mocno alkoholowy słodycz, dosłownie uderzający do głowy, palący w język wódką, co zostało podkreślone kwaśnością i przy czym nie zaniechano wręcz cukrowej słodyczy... Jakoś mi nie odpowiadał. Jednocześnie zaskoczyło mnie, że mimo tej mocy alkoholu, smak limonki wyszedł tak zachwycająco świeżo, rześko. Zgranie między nadzieniami było doskonałe, a czekolady lepszej dobrać nie mogli.
Mam bardzo mieszane uczucia, a ocenę staram się wystawić na chłodno po konsultacjach z Mamą. Jakościowo to propozycja równie świetna co Zotter Tequila with Salt and Lemon, jednak to pieczenie alkoholu, ta kwaśność, a jednocześnie słodycz obecnie nie są dla mnie. Nie wiem, jak dziś odebrałabym tamtą, bo kiedyś moja tolerancja na alkohol i cukier w słodyczach była wyższa (szukałam ich, obecnie to, czego szukam to kakao, jego nuty, a wszelkie dodatki / nadzienia nie mogą mi właśnie zbytnio samej czekolady naruszać). Obie czujemy, że Zotter doskonale oddał smak Caipirinhy.
Jednocześnie, mnie to za bardzo gryzło i przeszkadzało mi zestawienie smaku ze śliskością nadzienia. Zjadłam jedynie 1/3 (choć byłabym gotowa zmęczyć, a nie np. wyrzucić), reszta powędrowała do Mamy. Ona uwielbia bardzo alkoholowe i słodkie słodycze, więc... Jej smakowała (na szczęście!). "Tak ta mocna, kwaśna limonka trzyma w ryzach wódkę. A ten alkohol... no, no, mocny i taki dobry jakościowo. I sama czekolada pyszniutka. Mleczna, tak? I dobrze! Bardzo dobra, a jak ktoś lubi takie ciemne mleczne i mocne drinki to pewnie w ogóle wystawiłby 10, co?". Trafnie to ujęła. I nie obyło się bez: "No, wreszcie i mi coś dobrego, jakiś Zotter wpadł", wypowiedzianego z satysfakcją.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, Cachaca 6%, syrop ryżowy, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z limonki 2%, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon

piątek, 28 sierpnia 2020

Duffy's Dominican Republic Taino 65 % ciemna z Dominikany

W dniu degustacji Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar zerknęłam na listę czekolad prawie że od niechcenia, ponieważ chciałam wstępnie zerknąć, czym dnia kolejnego dobić do swojej dziennej ilości czekolady. Ot, gdy na degustację przypada coś za małego, potem dojadam jedną z dobrze mi znanych, do których wracam pewnie już po raz setny. Wzrok jednak jakoś dziwnie poleciał mi nie na rubrykę "sobie", a na te niepróbowane. Zatrzymał się na samym środku, gdzie była... właśnie dzisiaj opisywana. Ależ przypadek, nie mogłam w to uwierzyć! (Chodzi o pochodzenie - obie z Dominikany) Uznałam, że po prostu muszę zmienić plany (bo i nic specjalnie ekscytującego nie spodziewałam się po tamtej, o której wcześniej myślałam) i zabrać się niedługo za Duffy's.

Duffy's Fine Chocolate Dominican Republic Taino 65 % to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z regionu Taino.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko poczułam delikatny zapach starych, suchych (choć wciąż żywych) drzew, podszytych soczystością słodkich czerwonych owoców, które wydały mi się robić aluzje do pewnej pudrowości czy wręcz cukierkowości. O wiele więcej było w kompozycji wyrazistych, niemal karmelowych owoców suszonych, które to lekka orzechowa nuta wplatała między drzewa. Także pośród suszków odnalazłam soczystość. Nasilała się dopiero po paru chwilach. Do głowy przyszły mi lekko kwaskawe rodzynki i jasne figi, przy których zawisło pytanie: "czy aby na pewno suszone"? W tle chyba majaczył ananas.

Matową, choć z miejscowymi przebłyskami, tabliczkę cechowała twardość. Wydawała "zdrowe", naprawdę donośne trzaski. Potem mogłam już zobaczyć ziarnisty przekrój.
By następnie rozkoszować się kremowym rozpływaniem się jej w ustach. Robiła to powoli, najpierw trochę skąpo, potem coraz bardziej tłustawo i soczyście. Bardzo była w tym wyważona. Miękła, aksamitnie jakby rozrzedzając się, nie zalepiając specjalnie.

Od chwili zrobienia kęsa czułam słodziutkie daktyle i figi - suszone, choć takie świeższo-soczyste. Wydały mi się wręcz lekko miodowo-karmelowe.
Także ze słodyczy wyłoniły się czerwone owoce. Te aż zakrawały o cukierkowość i... poddały w wątpliwość, czy figi były suszone. Może więc świeże? W towarzystwie słodkich truskawek i malin?

Baza jednak wykazała się statecznością. Poczułam gorzkawość drzew i orzechów, które podkreśliły suszoność owoców, a ze słodyczy wydobyły niemal krówkowe toffi... Tylko że takie mocno palone, aż gorzkawe. Była to też... "kminowa" gorzkość suchych gałęzi i drzew w starych parkach. Czyżby również dla dymu znalazło się tam trochę miejsca?

Przez cukierkowe przebłyski pomyślałam o mieszaninie czerwonych owoców, w tym winogron, ale wydały mi się niejednoznaczne. Sama nie wiedziałam, czy to bardziej pudrowość, czy osnucie dymem. Po głowie zaczęły mi chodzić jakieś śmietankowo-maślane kremy owocowe... Może z truskawek, malin i jagód / borówek amerykańskich? Lekki kwasek przekradał się pomiędzy nimi, zmieniając winogrona w rodzynki. Figi na pewno się ususzyły. Podniosły niemal miodową słodycz, która prawie zaczęła drapać w gardle.

Chyba wychwyciłam też białe wino. Owocowe suszki wciągnęły przebłyski świeżości, odrobinę kwasku, by następnie zaczęły się poprzez gorzkawe drzewa kojarzyć bardziej roślinnie - z jakimś naparem? Był to napar lekko cierpki, lekko przyprawiony... może jakaś roślinna cierpka herbata? Palone, dymione liście herbat...? W gruncie rzeczy dość słodkawa...

Bo i słodkawa cierpkość bliżej końca rozchodziła się wyraźniej. Trochę herbaciana, trochę ananasowa... chwilami bardziej ananasowa, bo soczystsza, chwilami znów nieokreślona. Łagodna baza z kolei nie odpuściła do końca ze złocisto-miodowymi figami oraz tym palonym toffi - bo i ono też tu się znalazło. Znów jakby wręcz przykryte dymem i chyba jeszcze obsypane orzechami.

Po wszystkim pozostał posmak łagodnie gorzkawy, drzewno-roślinny i słodyczy... daktylowo-toffi-karmelowej, ale i słodziuteńkich (wręcz pudrowo) świeższych owoców (truskawko-malin i winogron?). Wszystko to spowite dymem i jakby skropione soczyście-cierpkim sokiem ananasa. Może nawet jakimś białym winem (rodzynkowo-ananasowym?).

Całość była bardzo smaczna i ciekawa, ponieważ... jej smak wydał mi się "falowy". Raz gorzka, raz słodka-słodziuteńka. Kwaskawa jedynie w smakowicie owocowy sposób, a jednak też poważna za sprawą dymu (którego też za wiele nie było, a jedynie otulał pewne nuty). Toffi-miodowe daktyle i figi, rodzynki, trochę słodko leśnej i egzotycznej mieszaniny (maliny / truskawki, jagódki, figo-winogrona), końcówka cierpko ananasowa i jak białe wino, a tuż obok mnóstwo drzew i suszkowatość... herbata? Herbaciane drewno? Na pewno paloność. I nic nie było tu dominujące ani "samo w sobie" - wszystko się przeplatało, z czego płynęły ciekawe niuanse.

Przypominała trochę Pralusa Republique Dominicaine 75 % - fakt, była słodsza, ale nawet nie jakoś bardzo. Czerwone wino i ocet Pralusa tu wyszło raczej jak białe, porzeko-jagódki Pralusa w przypadku Duffy's to malino-jagódki, banano-melony Pralusa tu to znów ananas, ale już drzewa (lesistość), paloność były bardzo podobne! Tylko że Pralus był bardziej kawowo-ziemisty (zawartość kakao swoje robi).
Beskid Republika Dominikany Hispaniola BIO 70 % słodzona cukrem kokosowym czułam z kolei czerwone owoce (ale poważniejsze, bo wiśnie i grejpfruta), ale też palono-maślane nuty (wręcz krówkowe). Orzechy, zadymiona paloność - bardzo podobne! Beskid jednak wyszedł bardziej kawowo-winnie i kojarzył się z sernikiem. W Duffy's odnalazłam wprawdzie te czerwonoowocowe kremy...
Mimo więc, że miała znacznie mniej kakao, pokazała, co potrafi.
Dziwnie przypominała mi palono-kurzową Georgię Ramon z kardamonem (drzewa, pudrowe malino-truskawki i przyprawy).


ocena: 9/10
kupiłam: Duffyschocolate
cena: £5.65 (za 60 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 27 sierpnia 2020

Schogetten Oat Cookies mleczna z ciastkami owsianymi

Kocham owsiankę. Nie wyobrażam sobie życia bez niej - obowiązkowo na kolację. Zawsze czysta: płatki + mleko 2 %. Owsiane rzeczy jednak nigdy mnie nie ciekawiły. Ciastka, flapjacki itd. nie są w moim stylu. Owsianą czekoladę najchętniej widziałabym jako nadziewanego Zottera, ale chyba nikt na takie coś nie wpadł. Gdy zobaczyłam dawno temu dzisiaj przedstawianą (jeszcze przed Ritter Sport Fruhlings-Spezialitat Haferkeks + Joghurt, która mi nie podeszła i utwierdziła mnie, że ciastka owsiane są nie dla mnie, a już na pewno nie pasują mi do czekolady), pomyślałam, że w sumie spróbowałabym jakiejkolwiek czekolady z owsianym dodatkiem. No i padło akurat na Schogetten, które zawsze bojkotowałam. A gdy spróbowałam jeden czy inny smak, odkryłam, że... słusznie, ponieważ nie są warte uwagi. Aż do dnia pisania wstępu (dzień przed degustacją) byłam jednak pewna, że to czekolada nadziewana z kawałkami owsianymi (wyobrażałam sobie mikro zlepko-ciastka). Okazało się jednak, że to czekolada czysta z ciastkami... Mało tego! Aż do dnia degustacji byłam pewna, że to ciemna. Tymczasem to... mleczna. Jak by jednak nie patrzeć, to właśnie takie sytuacje nauczyły mnie lepszego selekcjonowania czekolad przed zakupem: czy na pewno jest szansa, że będę chciała to (co to jest?) zjeść (zjeść, nie spróbować)?
Z jednej strony cieszyłam się, że to nie surowe, a więc twarde kawałki płatków w czekoladzie, ale z drugiej... ciastka owsiane też cechuje kamienność. Na domiar złego przypomniały mi się rozczarowujące lody Haagen-Dazs Chocolate Caramelized Oat.


Schogetten Oat Cookies to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z kawałkami ciasteczek owsianych.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach śmietanki i mleka w proszku oraz naaromatyzowanej, bardzo słodkiej czekolady. Wprawdzie nie była chemiczna, doszukałam się w niej wanilii, ale jednocześnie nie zachęcała. Wydała mi się po prostu tania, tandetna.

Odgryzając kawałek lśniącej kostki usłyszałam chrupnięcie. Była bowiem twarda. Przekrój ujawnił sporo mikroskopijnych drobinek.
Czekolada rozpływała się tłusto i bardzo gęsto. Nie znikała szybko, ale przeistaczała się w miękką, nieco zalepiającą masę. Było w niej coś trochę śliskiego, trochę plastikowego, ale w sumie wyszła znośnie. Mimo że nieco ulepkowata i bardzo proszkowa, z racji tego, jak najeżono ją dodatkami, aż tak to nie przeszkadzało.
Leniwie odsłaniała twarde kawałki ciastek, których dodano mnóstwo, gdy chodzi o ilość. To taka drobnica, że aż ciężko w ciemno określić, co to.
Nie rozpływały się, ewentualnie rozchodziły na grudki (jeszcze mniejsze drobinki). Twardo chrupały, niektóre bardziej rzęziły jak cukier. Niektóre to twarde kawałeczątka (bo nawet nie kawałeczki) płatków owsianych. Twarde, ale do pogryzienia. Mnie jednak się nie podobały.

W smaku czekolada zaczęła występ od wyrazistej śmietankowości i niemal cukrowej słodyczy, która później zrobiła się bardziej przystępna. Opłynął ją bowiem maślano-mleczny splot, wplatający także waniliową nutę. Pojawiła się w tym podpieczono-ciasteczkowa nuta i coś plastikowo-sztucznego. Czekolada wydała mi się tandetna. Z czasem zaczęła smakować jakimś tanim toffi. Cukrowość cały czas walczyła o pozycję.

Ciasteczka w trakcie rozpływania się kęsa czy gryzione "obok czekolady" odebrałam jako prawie pozbawione smaku. Gdy wylegiwały się na języku, zostawione na koniec podgryzałam je i wysysałam, starając się je poczuć, dodawały zbożową nutkę. Okazały się zaskakująco słodkie, pszeniczno-zbożowe, ot. Może rzeczywiście leciutko owsiane. Im zebrało się ich więcej, tym większą cukrowość wykazywały. Jednocześnie jednak w końcu dały się poznać jako mocno wypieczone.

Bliżej końca rozpływania się kawałka cukier mocno drapał już w gardle, a ciastka, chyba na zasadzie kontrastu, wyszły wyraźnie neutralnie-zbożowo. Poczułam smak cukrowo-owsianych ciastek, bez wątpienia.

W posmaku pozostała intensywnie śmietankowo-waniliowa, tylko trochę plastikowa czekolada, tanie przecukrzenie drapiące w gardle już po kostce oraz wypieczono-owsiany motyw, trzymający się zębów.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie; a aż do końca rozpłynięcia się kęsa byłam negatywnie nastawiona. Czekolada wyszła zaskakująco śmietankowo, ale i tak było w niej coś nieprzyjemnego. Na pewno była po prostu przecukrzona. Ciastka... z nimi mam problem. Z jednej strony były takie, jak pewnie większość ciastek owsianych, więc... takie, jakie z zasady są. To, jak je podrobili i że właściwie czuć je dopiero na sam koniec to jednak wada jak nic - i to do naprawy.
Spodziewałam się tragedii, a dostałam przeciętną czekoladą bardzo słodką i do chrupania, czyli zupełnie nie dla mnie. Pomysł spoko, wykonanie pozostawia sporo do życzenia.
Mamie też jakoś nie podeszła ("słodka, ale z tym takim twardym czymś... po tamtej mojej Molly to czuć różnicę"), więc powędrowała do taty.


ocena: 5/10
kupiłam: Biedronka (chyba)
cena: ok. 3 zł
kaloryczność: 557 kcal / 100 g; 1 sztuka (ok. 10g) - 49 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, płatki owsiane 1,3%, mąka pszenna 1,3%, tłuszcz palmowy, tłuszcz mleczny, jaja, lecytyna sojowa, substancja spulchniająca: E500; aromaty, ekstrakt wanilii, sól

środa, 26 sierpnia 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Wenezuela Chuao 90 % ciemna z Wenezueli

W stosunku do czekolad o zawartości 80-95 % jestem bardzo nieufna. Gdy trafię na dobrą, jestem zachwycona, bo to chyba moja ukochana zawartość, ale problem w tym, że dobre trafiają się rzadko. O wiele łatwiej o oszukane, a więc zapchane tłuszczem kakaowym lub kakao odtłuszczonym. Oczywiście, te składniki nie zawsze mi przeszkadzają, ale przy tej zawartości potrafią wszystko zepsuć. Tej marce jednak ufałam i gdy ta nowość (w momencie trafienia do mnie) weszła do oferty, nie mogłam się doczekać zjedzenia jej. Sprawiła mi ogromną radość już samym przybyciem, bo... dostałam ją w ramach wcześniej rozpoczętej współpracy współpracy - a to była paczka-niespodzianka.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Wenezuela Chuao 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Wenezueli z regionu Chuao; konszowała 48 godzin.

Rozchyliwszy papierek poczułam intensywną woń drzew skąpanych w słońcu oraz soczyście słodkich cytrusów: pomarańczy, mandarynek i grejpfruta. Leciutki kwasek cytryny, podkradający się też pod nabiał, trochę to podkreślił, trzymając się na tyłach. Przemycał również odrobinę ziemistości.

Tabliczka okazała się twarda, sprawiała wrażenie kamiennej. Przy łamaniu trzaskała ujawniając lekko ziarnisty przekrój.
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę opornie, potem coraz chętniej. Przypominała w tym zimne masło. Wydała mi się gęsta i zbita, idealnie gładka, a z czasem trochę bardziej mazista. Mazista jak gęsty nabiał, trochę jak on (masło, śmietanka) tłusta i zarazem soczysta. Czekolada nie wyszła więc nazbyt ciężko.

W smaku od początku poczułam ogrom cytrusów. Zaznaczył się jako kwaśna cytryna. Rozszedł się na dwie części, nieco odbiegając od statecznej bazy, utworzonej szybko przez drzewa i nie za mocno prażony motyw.

Z jednej części zrobiło się dość kwaśno, ale wciąż nienachalnie. Do głowy przyszedł mi twaróg i cytrusowo-nabiałowe twory. Pomyślałam o śmietanie i jakiś kefirowo-jogurtowych zmiksowanych koktajlach w cytrusowych wariantach. Chodzi mi raczej o słodko-kwaśne cytrusy, w tym pomarańcze.
Po pewnym czasie kwaśność zaczęła nabierać niemal mało spożywczej mocy. Mignęła mi siarka, podkreślona ziemistością z zapachu. Cytrusy zyskały goryczkowaty charakterek - to ich skórki.

W tym samym czasie cytrusy rozbudowywały również słodycz. Cytryna w tej strefie tylko podkreślała soczystość słodkich pomarańczy i mandarynek. Skórki i tu się znalazły, ale wydały mi się słodko-goryczkowate. Karmelizowane? Pojawił się karmelowo-prażony wątek, osładzając kompozycję, mimo że pomarańcze i mandarynki, w pełni dojrzałe i soczyste, radziły sobie same. Ten jednak wzbogacił je o... szczyptę cynamonu?

Karmel, razem ze skórkami i w ogóle odnosząc się do cytrusowych, tych kwaśniejszych nut mieszających się z nabiałem, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przełożył się na skojarzenie z sernikiem. Sernikiem pomarańczowym i... trochę opieczono-palonym. Oczami wyobraźni zobaczyłam mocno wypieczony, może przyprawiony cynamonem, spód. W drugiej połowie poprzez karmelowość właśnie wróciły drzewa z zapachu.

Im bliżej końca, tym bardziej gorzkawo-drzewny, goryczkowato skórkowo-karmelowy robił się smak. Drzewa otulone promieniami słońca wyszły na pierwszy plan. Porastały ciemną ziemię, na którą jednak nie zwracało się aż tak uwagi.

One właśnie, drzewa żywe, a rozgrzane słońcem (i cynamonem?), pozostały w posmaku wraz z ogromem soczystości pomarańczy, cytryn i grejpfruta. Ten wyłonił się jako element scalający drzewa i owoce, a także przypominający o nabiale.

Całość była wprost przepyszna! Kwaśna za sprawą cytrusów, które na dobrą sprawę okazały się także bardzo słodkie. To znów nabiałowe twory - jakieś shake'i i sernik... drzewna baza nie pozostała bierna, a słodycz karmelu nie mogła się lepiej wpasować.
To czekolada wprost przepyszna, pozbawiona ciężkości, a jednak nie za lekka, a dostarczająca tego, co 90-tka powinna.

To karmel i śmietana znane zarówno z mlecznej, jak i 70 % Beskidu. To jednak podkręcone na maksa na kwaśno drzewa w słońcu, kwaśno-nabiałowe i mandarynkowe tony 70tki.
Z sernikiem bardzo kojarzyła mi się również Idilio Origins 12imo Finca Torres, ale była o wiele słodsza, niekwaśna.
Wyszła kwaśniej, ale w sposób cudownie cytrusowy, niż większość jedzonych dotąd czekolad z tego regionu. Nie porzuciła nabiału i przypraw (choć była w nie uboga - tylko trochę cynamonu czułam). Podobał mi się związek drzew i karmelu.
Osobiście w większości wolę czekolady-obłędnie-czekoladowe niż mocno owocowe, ale... ta mnie zachwyciła. Kojarzyła się trochę z jednym z moich ulubionych regionów, soczystym Madagaskarem i zaserwowała mi owoce, które uwielbiam, a których prawie nie jem (bo nie lubię ich obierać i nie mogę utrafić z kupieniem doskonałych).


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

wtorek, 25 sierpnia 2020

wino Adriatico Primitivo Di Puglia IGP 2017

Jak wspomniałam przy winie Roccamena Primitivo Puglia kupiłyśmy dwa wina. Mama jako obecnie abstynentka (alkohole już jej nie smakują), wybrała sobie coś malutkiego. Myślała też, że to półsłodkie. Szkoda, że nie chciało jej się stać ze mną w dziale z winami dłużej, to może bym wyjaśniła, bo mi się wydaje, że raczej półwytrawne, no, ale cóż. Jak na razie prowadziłam w tym, której zakup był bardziej trafiony. Oczywiście obie spróbowałyśmy obu. To dziwne, ale "co też sobie wybrała?" chyba ciekawiło mnie jeszcze bardziej niż "co wyczuję w moim?".

Niestety, część czytelników jestem zmuszona wyprosić, zostawiając w nieświadomości.
Wpis ten przeznaczony jest wyłącznie dla osób dorosłych (18+).

Adriatico Primitivo Di Puglia IGP 2017 to włoskie wino czerwone półwytrawne z regionu Apulia ze szczepu Primitivo, zawierające 14 % alkoholu; z winiarni Adriatico.

Zapach, mimo łagodnego charakteru, był intensywny w swej słodyczy. Prezentował bardzo dojrzałe, mięciutkie czarne porzeczki, wiśnie i soczyste, duże śliwki. Kwasek owoców był znikomy, a mi do głowy przyszła jeszcze jakaś piernikowa gorąca czekolada.

Na oko wino było bardzo ciemne, z czerwonymi przebłyskami, a tak to bordowe, niemal brązowawe. W kieliszku wyglądało na pełne.
W trakcie picia już mniej. Okazało się dość lekkie, rzadkawo-soczyste, ale nie wodniste.

W smaku od samego początku odznaczało się słodyczą z delikatnym kwaskiem w tle.
Po ustach rozeszła się bardzo słodka, dojrzała wiśnia z cierpkością i kwaśnością świeżych owoców, jak i bardziej konfiturowo-likierowych. Był w tym lekki palono-przyprawowy konkret. Ta druga część wiśni natychmiast spływała do gardła rozgrzewając alkoholowością niczym "wino marki Wino".

Po cierpkim rozgrzaniu znów pomyślałam o gorącej czekoladzie i pierniku. Już bardziej nawet właśnie jako mocno alkoholowe ciasto z owocami zaczęło mi się widzieć. Zrobiło się słodsze w kontekście pieczono-ciastowym. Owoce zaś przypominały o delikatnym kwasku.

Im bliżej końca, tym bardziej słodko było, że w posmaku pozostały słodkie wiśnie i śliwki, może też porzeczka właśnie jako jakaś słodko-przejrzała papka lub palona konfiturka. Długo się to utrzymywało, wraz z cierpkim ściągnięciem.

Przez tą smakową miękkość / papkowość, gęstość... smak ogólnie widział mi się dość pełny. Było bardzo słodkie, acz z wyraźnie zaznaczonym kwaskiem. Palony aspekt owoców, gorącej czekolady / ciasta dały zacny efekt przy jednoczesnym zalatywaniem ordynarnością. Wyraziste, może nie głębokie, ale satysfakcjonujące gdy chodzi o "jakiś smak", jak i poziom alkoholowości. W odniesieniu do ceny, to dobry "deal".
Mamie całościowo w miarę smakowało, ale było jej o wiele za mało słodkie. Ciągle podkreślała, że skoro "PÓŁwytrawne", to powinno być właśnie jeszcze nieco słodsze, bo "tak inne smaki to dobrze wyważone, nie za kwaśne, nie za taninowe, goryczkowate czy jakie inne".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,19 zł (za 187 ml)
czy kupię znów: nie

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Luximo Premium Czekolada gorzka 70 % z granulatem truskawkowym / ciemna z truskawkami

Tę Luximo kupiłam sama. To, że to biedronkowy Baron powinno może stanąć mi na drodze, ale właśnie tę serię dobrze wspominam. Co więcej, nie posądziłabym siebie kiedyś o to, ale jakoś polubiłam czekolady z dodatkami truskawek / malin, w tym zwłaszcza formę owocowych kawałków (świetnym przykładem jest J.D. Gross Ekwador 56 % z kawałkami truskawek lub Gross Ekwador 70 % z kawałkami nadzienia malinowego). Dopiero w domu doczytałam, że to granulat z naprawdę beznadziejnych składników - syropu. Przypomniałam sobie wstrętny cukier pomarańczowy w Luximo Premium Czekoladzie gorzkiej 70 % z płatkami pomarańczowymi od Barona-Millano. I nadzieje na miłe chwile legły w gruzach. Otworzyłam ją w dniu przyjazdu taty obstawiając, że pewnie trafi do niego.

Luximo Premium Czekolada gorzka 70 % z granulatem truskawkowym to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z truskawkami, a dokładniej "granulatem truskawkowym", produkowana przez Millano-Baron dla Biedronki.

Po rozerwaniu sreberka poczułam intensywne konfiturowo-cukierkowe truskawki. Bez wątpienia były przerysowany, ale nie waliły chemią. Można by je nawet uznać za urocze w pewien sposób, mimo że dość kwaśne. Obok nich stał mocno palony zapach, przywodzący na myśl spaleniznę i tanie pierniki w polewie / czekoladzie ciemnej. Plątało się za tym coś lekko maślanego - jak właśnie przypalone maślane ciasto lub budżetowe pierniki, z nienaturalnie soczyście kwaśnymi, sztucznawymi truskawkowymi nadzieniami.

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie sucho-tłustej. Łamała się z głośnym trzaskiem, popisując się przy tym twardością. Jej przekrój okazał się ziarnisty. Ujawnił sporo kawałków w kolorze dzikiej czerwieni.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo opornie. Cały czas zachowywała gęstość i zwartość, acz dość szybko miękła. Nie gięła się jednak. Była to przyzwoita miękkawość. Okazała się maślano tłusta, ale nie nazbyt ciężka. Wydała mi się minimalnie, pozytywnie pylista.
Kawałki truskawkowe też się częściowo rozpuszczały, ale i zostawały osobno. Przy próbie gryzienia ich dość szybko, trafiłam na chrupiący efekt kojarzący się z połączeniem liofilizowanych truskawek i chrupek zbożowych. Trochę skrzypiały, trochę przypominały cukier. Ani trochę nie lepiły się do zębów. Zostawione na koniec, już pozbawione cukru, truskawkowe drobinki były ot, nijakimi farfoclami z pestkami. Nie było ich jednak wiele w stosunku do ilości truskawkowego chrupacza ogółem. Jego większość była "chrupkowa".

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi gorzkość na przyzwoitym poziomie. Nie za silna, nie za mocna, należała do palonego piernika. Palony smak wzrastał, aż spychał na tył samą truskawkową nutę, która pobrzmiewała nieśmiało (także już od chwili zrobienia kęsa). Poszedł w spaleniznę. Pomyślałam o przypalonym czekoladowym pierniku z... polewą czekoladową / kakaową. W tle doszukałam się margarynowo-maślanych, tanich nut.

To jednak częściowo zamaskowała słodycz. Nie była nachalna, a prosta i dobrze trafiona. Podeszła lekko pod wanilię, podkreśliła skojarzenie z pierniczkami w czekoladzie, które wywąchałam. Zaraz w niej właśnie wyraźniej odezwał się truskawkowy motyw. Wzrósł, po czym zrobił się kwaśny. Smakowało to niczym pierniczki nadziewane sztucznawo-naturalnym, soczystym dżemikiem truskawkowym.

Wraz z wyłanianiem się kawałków, kompozycję przecinała kwaśna truskawka. Była trochę sztuczna, ale i jak suszono-liofilizowany owoc. Wyszła przerysowana, ale nie drażniąca. Całkiem nieźle wpisała się w piernikową spaleniznę.

Końcówka była słodsza w prosty, ale nie za mocny sposób i mocno truskawkowa. Dodatek jednak nie zagłuszył czekolady zupełnie. Jako mocno palona baza, całkiem zacnie gorzkawa, ale nie cierpka, pobrzmiewała do końca.

Po wszystkim pozostał posmak palono-gorzki, zwyczajnie, choć w zasadzie mało słodki i truskawkowy w kontekście kwaśno-soczystym, uroczo-dżemikowo przerysowanym, ale jednocześnie zadowalająco autentycznym. Obyło się bez negatywnych posmaków.

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Nie podobał mi się chrupacz, smak chwilami też - raził zwykłością i budżetowością, ale bardzo ucieszyło mnie, że nie waliło to ani tłuszczem, ani chemią. Słodycz trzymała się odpowiednio niskiego poziomu, a kompozycja mimo to wyszła dość uroczo. Tabliczka wydała mi się uniwersalna i przystępna.
Uznałam, że sama skończę ją na uczelni, gdzie zadowalają mnie też gorsze czekolady, niż w domowych warunkach, jednak plany pokrzyżował mi koronawirus i zamknięcie uczelni. Jednak po drugim podejściu uznałam, że za bardzo mnie męczy, więc powędrowała do ojca, któremu bardzo odpowiadała - lubi czekolady gryźć i właśnie chrupiące dodatku go cieszą. Oceniam więc, siląc się na szczyptę obiektywizmu, bo to chyba czekolada nie dla mnie po prostu (szczerze to bardzo personalnie skłaniałabym się do wystawienia 6).
Wyszła gorzej, bo taniej smakowo od Grossa, kawałki truskawkowe były sztuczniejsze. Czekolada niby miała wyższą zawartość kakao, ale wcale nie przełożyło się to na głębię (obstawiam, że przez zapchanie tłuszczem i to, że przypalili).


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 3,49 zł
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, granulat truskawkowy 2,5% (syrop glukozowy, cukier, truskawki, substancja zagęszczająca: alginian sodu), lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii, naturalny aromat truskawkowy

sobota, 22 sierpnia 2020

Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar ciemna z Dominikany słodzona cukrem daktylowym

Po Georgii Ramon z kardamonem stwierdziłam, że z chęcią przekonałabym się właściwie, "jak słabo kardamon był wyczuwalny". Może wcale nie tak słabo? Może wiele nut przemodelował? Myślałam, że miałam taką możliwość, ponieważ posiadałam "czystą z Republiki Dominikany". W dzień przed degustacją zdziwiłam się. Cegiełki z mojego planu zaczęły odpadać, żeby nie powiedzieć, że legł w gruzach. Otóż nie była to zwykła, czysta ciemna. To czekolada słodzona cukrem daktylowym. O czymś takim przeczytałam po raz pierwszy. Syrop w sklepach widywałam, ale cukier? Jako że kocham daktyle, byłam pozytywnie nastawiona. Przynajmniej pewne było, że kakao to samo - od dostawcy Oko Caribe.

Georgia Ramon Dominikanische Republik / Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Republiki Dominikany słodzona cukrem daktylowym.

Wyjęta z opakowania tabliczka pachniała delikatnie i przyjemnie kwiatami i kwiatowo-owocowym miodem, owocowym pudrem. Wyobraziłam sobie jakieś różane pudry, w których obtoczono (jak trufle) jakieś... czekoladki śliwkowe lub same suszone, muląco słodkie śliwki kalifornijskie. Czułam też inne, bardzo słodkie suszone owoce - chyba daktyle, choć konkretnie to raw bary przychodziły mi na myśl. Takie, które zrobiono na bazie soczyście-tłustych pekanów (i wymienianych już owoców).

Tabliczka wydała mi się lekko pudrowa w dotyku, suchawo-zbita. Niestety była dość krucha, a mimo to, łamiąc ją trafiłam na twardość i głośne trzaski.
W ustach początkowo rozpływała się opornie. Długo zachowywała zwartą postać, upuszczając trochę plastikowe smugi. Z czasem jednak miękła, gięła się i nieco zalepiała / zapychała. Była raczej kremowa, nie do końca gładka, ale też nie jakoś specjalnie proszkowa czy pylista. Bardziej jakby złudnie skrystalizowana, szorstkawa.

W smaku najpierw zaznaczyła się wysoka, miodowo-karmelowa słodycz, podrasowana niemal miodowymi suszonymi owocami - ewidentnie daktylami! - jednak zaraz osłabła. Pomyślałam o syropie daktylowym.

Słodycz puściła przodem dym i orzechy, tworzące stateczną, wyrazistą gorzką bazę. Znów poczułam tłuste, delikatne pekany z naturalną ciężką gorzkawością ich skórek. Częściowo wchodziły w raw barowe / miazgowo-sprasowane klimaty tychże. Poczułam naturalny kwasek, lekko soczysty i owocowy. Było w tym też coś kurzowo-dusznego...

A zaraz wymieszało się ze słodyczą i na myśl przyszedł mi słodki puder o kwiatowo-owocowym zabarwieniu. Oczami wyobraźni widziałam czerwony puder (wariant "maliny i róże"?). Puder, choć było to na tyle soczyście-zwiewne, rześkie... Że zaraz pomyślałam o winogronach? Takich bardziej wodnistych... Czy raczej zawilgoconych kwiatach? Kwiaty były ciężko-lekkie, dość dziwne... I słodkie, że to już bardziej kwiatowy miód. Z drugiej jednak strony... wyszło to zbyt soczyście na miód. Podobnie owoce - niby z soczystością, ale niemal mdląco słodkie. W nich przodowały daktyle. Wyraźnie czułam jednak też śliwki, trochę wino. To w winie znalazł upust kwasek. Na myśl przyszedł mi surowy baton owocowo-orzechowy zalatujący winem i chyba z cytrusowo-kwaskawą nutą w tle. Z takimi podkwaszonymi daktylami i śliwkami.

Była tam, w tle, też odrobinka kawy / ziemi... Raczej tej drugiej, z wpisanym w nią kwaskiem. Ziemia mieszając się z raw barem / daktylową miazgą przywiodła "grzybową nutę", często pojawiającą się w czekoladowych nadzieniach / mousse'ach. Sprawiło to, że na moment kompozycja złagodniała, zrobiło się maślano, a ja przez ogólną słodycz pomyślałam o toffi... tylko, że takim "zdrowym", bo jakimś z daktyli, miodu itd.

Wtedy jednak słodziutka rawbarowa "praska" zaczęła wypuszczać na wolność wyrazistsze pekany i chlebowe tony.
Bliżej końca nadszedł pewien konkret. Wino wymieszało się z gorzkością orzechów, a przy suszonych owocach i zaduchu pojawiły się przyprawy korzenne. Niektóre dość znacząco goryczkowate i lekko ostre. Powiedziałabym, że to cynamon w jakimś niejednoznacznym miksie.

W posmaku pozostała goryczkowatość przypraw, gorzkość dymu, zaduch daktylowych raw barów i suszonych owoców... Może masa makowa i delikatnie ostrawa korzenność? Wszystko to otulone kwiatowo-owocową słodyczą miodu. Bardzo owocowego, kwiatowego miodu... czy raczej syropu daktylowego. Pikantne przyprawy utrzymywały się najdłużej, zaskakująco długo.

Całość wyszła bardzo słodko, głęboko w tej słodyczy. Daktyle, raw bary, miód, kwiaty i inne suszone owoce... Śliwko-winogrona... A jednak miało to charakterek nabudowany winem i orzechami. Mimo wszystko gorzkości nie brak, a i soczysta kwaśność dodatkowo sprawiła, że nie ma mowy o zasłodzeniu, jednocześnie nie narzucając się zbytnio klimatowi. A ten był bardzo ciekawy. Taki... lepiszczy.
Struktura wydała mi się w porządku do jedzenia, ale intrygująca, gdy bardziej zwróci się uwagę na jej zalepianio-zapychanie.
Czuć, że cukier daktylowy wiele pozmieniał w nutach regionu. Co więcej, już po zjedzeniu poczytałam o cukrze daktylowym - ponoć bardzo się bryluje, co z kolei wyjaśniałoby konsystencję czekolady.

Wyszła o wiele bardziej esencjonalnie od GR 70 % z kardamonem. W tamtej przyprawa wydawała się nieco hamować pewne nuty. Dzisiaj prezentowana była soczystsza, bardziej owocowa. I były to zarówno owoce jej samej, jak i daktyle. Wprawdzie orzechy włoskie i grzaniec wersji z kardamonem były cudowne, ale głębia tej i to, jak tu wyszły roślinne motywy (kwiatowo-owocowo, nie zaś "wegańsko" jak w GR 70 % Kardamom / Cardamom) z kolei wyszły na plus tej.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 20,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym do niej wrócić (gdybym np. dostała czy coś)

Skład: miazga kakaowa, cukier daktylowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 21 sierpnia 2020

Ms Molly's Czekolada mleczna nadziewana kremem o smaku cappuccino

Tę czekoladę Mama kupiła sobie. Codziennie je coś słodkiego, bardzo słodkiego i plebejskiego, więc akurat padło na czekoladę. Tę właśnie, bo zamykali nasze Tesco i po prostu kupiłyśmy sporo produktów ich marki własnej, których spróbowanie albo zawsze odkładałyśmy na "kiedyś tam" (jak Mama w przypadku tej czekolady) albo które po prostu lubimy. Ta mnie nie interesowała zupełnie. Gdy jednak po raz trzeci usłyszałam mamine: "Na pewno nie chcesz? Wiem, że nie w twoim guście, ale znając życie jak nie spróbujesz, a Tesco się zwinie, będziesz żałować. A może akurat smaczna?". Aż w końcu zawahałam się. To prawda - co mi szkodzi? Pomyślałam, że i tak pewnie będzie paskudna, więc po kostce wyjdzie na moje, że nie było sensu bym się za nią brała.


Ms Molly's Treat Store Milk Chocolate with Cappuccino Flavoured Filling to czekolada mleczna (zawierająca 30 % kakao) z 50 % nadzieniem o smaku cappuccino; produkt marki własnej Tesco.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam wyrazisty zapach kawy i cukru. Kawa zawarła w sobie gorzkość, choć całościowo było czuć, że niczego poważnego tu nie uświadczymy, za to zapowiedziało się mleko. Ogół był jednak w miarę przyjemny - jak prosta kawa rozpuszczalna.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-lepka, ale przy łamaniu aż trzasnęła.
Nadzienie wyglądało na krucho-suchawe, ale gdy tylko je dotknęłam, okazało się wilgotne, mocno tłuste. Gdy odgryzałam kawałek kostki, czekolada najpierw lekko trzasnęła, a nadzienie ugięło się.
W ustach czekolada rozpływała się jak tłusta, trochę plastikowa polewa. Miękła i zatłuszczała błyskawicznie, po czym odsłaniała nadzienie.
Okazało się margarynowo-mlecznie mięciutkie i bardzo szybko rozpuszczające się, przy czym zdążyło jeszcze w tłusty sposób nieco zalepić. Zalepiało, maziając się ślisko. Było jednak także lekko pyliste.

W smaku, przy wgryzaniu się, poczułam cukier, posmak kawowy oraz... fistaszkowo-margarynowy.
Od razu po ustach rozszedł się smak cukru mocno zabarwiony posmakiem kawy rozpuszczalnej. W tle mignęła chemia, ale ukryła się. Czekolada okazała się też dość wyraźnie mleczna. Spod tony cukru, gdy spróbowałam trochę bez nadzienia, wychwyciłam tanio-oleisty posmak.

Za sprawą nadzienia słodycz jeszcze wzrosła, ale cała kompozycja zrobiła się bardziej mleczna. Kawa od początku rozwijała się, prezentując smak gorzkawej kawy rozpuszczalnej. Pylista rozpuszczałka ukryła w sobie fistaszkową nutę czekolady i zagłuszyła dość silny początkowo oleiście-margarynowy motyw. Wymieszała się z cukrem i mlecznością, tłuszczowością. Smakowała niczym przesłodzony, beżowy krem z jakiegoś wafelka. Ogólnie jakoś dziwnie wafelkowo się pod koniec zrobiło. Pomyślałam o słodyczach o smaku cappuccino, ale przez tłuszczowość, mignęło mi tu jeszcze tanie toffi.

Czekolada leciutko próbowała się w tym przebić, jednak była bardzo cukrowa i nasiąknięta kawą, więc kiepsko jej szło. Nadała jakiegoś tańszego posmaku, znów kojarzącego się z wafelkiem ni toffi, ni cappuccino.

Po zjedzeniu został posmak gorzkawej kawy i przesłodzenie jak po torbie cukru już raptem po kostce. Co więcej, czułam taki tani, oleiście-polewowy motyw, ale... bez jakiejś straszliwej chemii czy paskudztw. Nie wiem, czy cappuccinowo to to smakowało... w sumie esencjonalnie mlecznie nie było; bardziej kawowo i mlecznie-tłuszczowo, z naleciałością toffi-fistaszkową.
Ta czekolada miała... wydźwięk wafelka Lusette Cappuccino jedzonego w towarzystwie delikatnej, acz wyrazistej rozpuszczalnej kawy. Trochę tandetne, ale znośne.

Zupełnie nie spodziewałam się, że tak nieźle ją odbiorę. Możliwe, że przy większej ilości doszukałabym się więcej wad / coś zaczęłoby mi o wiele bardziej przeszkadzać, jednak... nie raz zdarzyło mi się trafić na kiepską czekoladę i po takiej ilości porzucić (tej dostałam kostkę). Czekolady zaskakują! Ta oferuje w pełni zadowalający kawowy smak nadzienia w cukrowym wydaniu, ale czego spodziewać się po tej cenie? Zobaczywszy jednak mączkę z fistaszków w składzie doznałam kolejnego szoku - czy to możliwe, że ją wyczułam?!
Zdecydowanie lepsza od Scholetty Iced Coffee, ale już gorsza (bardziej cukrowo-tania) od np. Terravity Tiramisu (bardziej podobał mi się ten truflowy wydźwięk).
To już tylko mój domysł, ale ta tandetna nutka tanich słodyczy jakoś odlegle skojarzyła mi się z jedzonymi dawno temu nadziewanymi Baronami Yummy.
Mama swoją część, czyli prawie 100 g, zjadła na raz (przy czym jej "raz" to kilkanaście minut, a nie jak moje "raz" idące w godziny). Była zachwycona: "Wyraźnie kawowa, a nie jak te rzeczy nibycappuccino. Może tylko ciut za słodka, ale naprawdę, przepyszna!".


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco (Mama kupiła)
cena: 2,19 zł (za 100g, ale nie wiem, czy nie jakaś promocja)
kaloryczność: 559 kcal / 100 g; ciastko (16g) 84 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, shea - w zmiennych proporcjach), mleko odtłuszczone w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, kawa 1%, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu), aromat, mączka z orzeszków ziemnych

czwartek, 20 sierpnia 2020

Pacari Cardamom / Cardamomo ciemna 60 % z Ekwadoru z kardamonem

W dniu degustacji Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom uznałam, że jak nic muszę niedługo po niej zjeść Pacari z tą przyprawą. Byłam ciekawa, w jaki sposób tabliczkę przyprawi ta marka i... jak tu wyjdą proporcje między słodyczą, a innymi nutami, jak to Ekwador zagra z kardamonem. A co najważniejsze - która okaże się smaczniejsza.

Pacari Cardamom / Cardamomo to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z kardamonem.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam splot lekkich kwiatów, soczystej cytryny i bardzo wytrawnego, goryczkowatego, ciężkiego kardamonu. W pierwszej chwili skojarzył mi się wręcz "obiadowo". Wydał mi się zarazem kontrowersyjnie osaczony dość wysoką słodyczą palonego karmelu. Z czasem osadził się w kawowych realiach. Do kwiatów, wilgotnych płatków róż, dołączyło więcej cytrusowych nut, doszukałam się nabiałowości, a razem z goryczką przyprawy, pokazała się też wyrazista ziemia. Wszystko było jednocześnie lekkie i rześkie oraz ciężkie, poważne.

Przy łamaniu tabliczka była twarda jak kamień. Trzaskała, chwaląc się ziarnistym przekrojem, ale ani jedną drobinką przyprawy.
W ustach rozpływała się powoli. Była gęsta i zbita, tłustawa, ale rozpuszczająca się trochę wodniście. Lepiła się tylko trochę i mimo że kremowa, to wykazała odrobinę szorstkości. Kojarzyła się z mocno przyprawionym kremem-budyniem na pełnej śmietance kremówce.

W smaku od samego początku na prowadzenie wyszły goryczkowato-ostre przyprawy korzenne. Wydawało mi się, że cały bukiet, lekko osnuty ciężkim dymem oraz słodyczą karmelu i kwiatów. Karmel cechowała tu szlachetność, wydał mi się uwodzicielsko subtelny i niezwykle istotny. Kwiaty nie były jedynie różami (charakterystycznymi dla Pacari), ale różnymi, zmieszanymi z roślinną rześkością - tak kontrastową do ostrości przypraw.

Obie, korzenna kawa i słodycz, podrasowane były pewną ciężkością, goryczką. Zrobiło się wręcz... pieprznie. Pieprznie piernikowo i... gorzko. Gorzko w sposób kawowy, niczym kawa z przyprawami korzennymi. Szybko wyraźnie wyłonił się spod nich konkretnie kardamon, ze specyficzną nutką dymu.

Gorzkość kakao, dymu i kardamonu zaprosiła do zabawy także nutkę ziemi i goryczkowato-palony karmel. Ten nieco osłodził, podkreślając ciężkość kwiatów. Zrobiło się bardziej orzechowo, bardziej maślano. Z kwiatów wyłoniły się ciężkie róże, ich wilgotne płatki. Płatki... też nieco podsuszone. Mieszały się z kardamonową kawą, same wnosząc chłodek. Pomyślałam o lodach, może też czymś chłodno-korzennym jak... anyż? Odważnie zaszczypał w język.

Mniej więcej w połowie wyraźniej, jakby ośmielona pewnym zawilgoceniem kwiatowo-roślinnego pochodzenia, wyeksponowała się ziemia. Niosła leciutki kwasek, zmieszany z cytryną, która też nie była tak jednoznacznie kwaśna, a skórkowo-gorzka. Ten aspekt znów podkreślał kardamon, rozgrzewający nieco usta, ale nie zabijający poszczególnych smaków.

Bliżej końca robiło się kwaśniej. Cytryna chwilowo podkreśliła ziemię, ale ta jakoś tego nie podłapała. Z łagodniejszej, kwiatowo-maślanej toni wyszły nabiałowe nuty nabierające kefirowego wydźwięku. Znów był to jakiś kefir / jogurt orientalny, bo z przyprawami. Niemal z kojarzącym się z pieprzem kardamonem. W tle pomykała ziemistość, wpisująca się w powagę kompozycji. Znów wzrastała ostrość.

Po zniknięciu kęsa na języku czułam dość znaczące, ale w pełni przyjemne, korzenne i rozgrzewające pieczenie. W posmaku paradoksalnie oprócz mocnego, gorzko-ostrego i dymnego kardamonu, kawy i ziemiście cytrusowych, kefirowych nut, pozostała też wręcz słodziuteńkość karmelu, otulonego kwiatami.

Całość bardzo mi smakowała, bardziej niż GR. Tutaj po prostu wyraźnie czuć kardamon, jakby był równie ważny, co znakomita czekoladowa baza. We wspomnianej jedynie nieśmiało wniknął w pewne nuty, inne zgłuszył, a w momencie, gdy czekolada jest z dodatkiem, to właśnie fajnie go czuć, gdy tak nie zabija, a wnika i podkręca we smaki, jak w przypadku Pacari. Ciekawie połączył się bowiem a to z kawą, a to z karmelem i kwiatami. Obstawiam, że to dzięki zastosowaniu ekstraktu - całość po prostu przeszła nim zupełnie. Jak na Pacari kompozycja wyszła mało kwaśno cytrusowo-ziemiście, ale w tym wariancie nie mam tego za złe.
Czekolada, mimo słodyczy, kwiatów i pewnej lekkości wyszła przyjemnie poważnie, dosadnie i z niezłym, przewrotnym charakterkiem.
Jedyne, do czego bym się trochę poczepiała to jednak nazbyt wysoka słodycz kosztem kakao i struktura, a więc i tłustość. Niby nie taka wysoka, ale wolałabym coś... lżejszego.


ocena: 9/10
cena: £4.39
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z kardamonu (0,15%)