piątek, 30 września 2022

Laurence Premium Handmade Dark Chocolate 85 % Cocoa ciemna

Czasem zdarzy mi się trafić w internecie na "dobrą zwyklejszą" czekoladę i skusić się na nią. Są to takie, których nigdy nie widziałam, niepopularne, ale nie z tych, co to wygrywają odznaczenia na Akademiach Czekolady. Chcę zawsze mieć też jakieś prostsze do odkrywania. Nie lubię bowiem nudy, ale nie każdy dzień jest odpowiedni na te najlepsze czekolady (gorszego dnia takich jakoś mi szkoda). O Laurence nigdy wcześniej nie słyszałam, więc ostrożnie kupiłam jedną. Z tego, co na szybko wyczytałam, rodzina Laurence założyła swoją firmę w 1922 roku w greckim mieście Saloniki, czyli działają już od trzech pokoleń. Ponoć sami dokładnie dobierają składniki, przyprawy etc. No, obstawiałam (czyt. byłam pewna w 99%), że nie chodzi dokładnie o same ziarna kakao, bo w ofercie całkiem sporo tabliczek z dodatkami, a także innych rzeczy mają.

Laurence Premium Handmade Dark Chocolate 85% Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao.

Po otwarciu uderzył zapach kawy. Kawy gorzkiej, czarnej, ale nie siekiery. Wyraźnie pokazało się gorzkawe cappuccino, zestawione z mocno słodkimi pralinkami w tym właśnie wariancie. Czuć śmietankę, a także obrazowy motyw polewy cukrowo-kakaowo-ciemnoczekoladowej, pokrywającej wspomniane pralinki / czekoladki. Ogólna słodycz jednak była nieco stonowana intensywną wanilią, więc sama cukrowość nie dawała się we znaki aż tak bardzo. Palono-polewowy motyw wiązał się z intensywnym kakao, ale nie przełożyło się ono na pełną szlachetność kompozycji. Niemniej, zapach był w porządku.

Jako ciekawostkę na wstępie napiszę, że najpierw wzorku na kostkach nie mogłam ogarnąć, jednak kiedy dotarło do mnie, iż przedstawia damę w kapeluszu, nie mogłam odegnać skojarzenia z Panią Walewską.
Cienka tabliczka w dotyku wydała mi się potencjalnie kremowo tłusta. Przy łamaniu cechowała ją przeciętna twardość, a także średnio głośne trzaski. Gdy odgryzałam kawałek, zupełnie nie wydawała się twarda. Choć także przekrój sugerował jeszcze gładkość, doszukałam się w nim pojedynczych kryształków.
W ustach rzeczywiście była kremowa, dość tłusta w śmietankowo-maślany sposób. Chwilami sprawiała wrażenie aż śliskawej, a mimo to pyliście-pyłkowej. Rozpływała się w tempie umiarkowanym, z łatwością mięknąc na gibką, zawiesinową masę śmietankowego, rzadkawego budyniu, który lepił się do podniebienia. Na moment jakby gęstniała, po czym coraz bardziej rzedła i znikała trochę wodniście. Pozostawiała lekką pylistość; wrażenie, jakby coś pod zębami miało trzeszczeć. Było też sporo drobinek niedokładnie zmielonego kakao i małych grudek kakao w proszku - osobliwe uczucie.

W smaku również od początku dominowała kawa. Odważna, czarna i gorzka, acz nie powalająco mocna. Zakręciła się przy niej gorzko-palona nutka, pewna suchość.

Zaraz nadciągnęła też słodycz. Niczym cukrowa burza z waniliowym grzmotem. Kawę zasłodzono, wanilia dosłownie się w nią wgryzała, wydając się przy tym trochę karykaturalną. Raz po raz na ratunek do kawy doskakiwała cierpkość, ale i ona tonęła w słodyczy.

W wyobraźni ujrzałam całe mnóstwo słodkich czekoladek / pralinek cappuccino. Ewidentnie w ciemnoczekoladowej polewie, słodkich w specyficzny sposób. Aż nieco ciężkawy, cukrowy... To mieszało się jednak z wanilią, z której ilością też przesadzono. Czekoladki musiano podać do kawy.

Kawa wbrew pozorom miała się całkiem nieźle. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o gorzkawym cappuccino, może z dosypanym kakao. Rozlała się śmietanka, skupiająca uwagę raczej na wanilii niż cukrze, ale i tak zrobiło się za słodko. Cappuccino... zmieniło się w cappuccino waniliowe, a wśród czekoladek właśnie i takich, waniliowo-śmietankowych, waniliowo-maślanych wariantów nadzień się pojawiło. Wanilia chwilami ewidentnie była przerysowana. Przez to choć już przy pierwszych kęsach słodycz wyszła za mocno, ale jeszcze jakoś do zniesienia bez zbytniego narzekania, tak przy trzeciej kostce zaczynała już denerwować.

Kawa jednak, w takiej czy innej postaci, cały czas dowodziła. Czasem wracała ta czarna, zwyklejsza... niosąca paloność. Palona gorzkość chyliła się sporadycznie ku polewie kakaowej, by potem mrugnąć do orzechów. Palone orzechy? Orzechy zatopione w czekoladowo-kakaowej polewie? Coś takiego, co w końcu upuszczało motyw kakao w w proszku. Było cierpkie, proste i przynajmniej nieco tonujące słodycz.

Cierpkość kakao pozostała w posmaku. Wtedy udało jej się wyklarować spośród orzechów konkretniej orzechy włoskie. Niestety do tego czułam też za dużo słodyczy zarówno waniliowej, jak też "czekoladkowo-polewowo" czysto cukrowej. Mimo że obyło się bez drapania w gardle, i tak nie było najlepiej, bo przesłodzenie i tak czułam. Do tego usta były jakby nieco otłuszczone, a w ustach ostało się poczucie suchości jakby od pyłku kakao (a czekolada nie była pyłkowa).

Całość była w porządku, ale "premium" bym tego nie nazwała. To dobre wydanie czekoladek cappuccino, dość łagodnej czarnej kawy. Kompozycja prosta, gorzkawa, ale niestety też strasznie słodka. Nie od samego cukru na szczęście, a też wanilii, ale jednak. Nie przemówiła do mnie tłusto-rzednąca konsystencja, ale też nie była szczególnie zła. Czekolada w zasadzie dobra, ale w jej cenie (i niższej) można znaleźć o wiele więcej lepszych (choćby Lindt Excellence 85%). Zasładzająca, acz jeszcze do zjedzenia. Chociaż pod koniec (jak zostały mi 3 kostki), była tak denerwująco (ale nie że aż tak MOCNO) słodka, że zostawiłam tę końcówkę na kolejny dzień. 


ocena: 7/10
cena: 13,10 zł (za 80g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowe, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 29 września 2022

Domori Fondente Criollo 90 % Dark Chocolate ciemna z Wenezueli (nowa 2021)

Idąc za ciosem, dalej na degustacje wybierałam te o najwyższych zawartościach kakao. Odnośnie dzisiaj prezentowanej to nawet nie wiem, czy motywowane to było ogromną ochotą czy raczej tym, że uznałam, iż zalega mi w komodzie zbyt długo, będąc taką niewiadomą. Wolałam szybciej sprawdzić, czym jest.

Domori Fondente Criollo 90 % Dark Chocolate to ciemna czekolada zawierająca 90 % kakao criollo (blend różnych podgatunków) z Wenezueli.

Gdy rozcięłam papierek, poczułam się, jakbym nachyliła się nad sowicie przypieczonym brownie z orzechami. Dominowały włoskie, ale możliwe, że przewinęły się tam też surowe fistaszki i migdały. Te drugie niemal na pewno, ale jakby było to ciasto np. na mące migdałowej, a wypełnione włoskimi i... z włoskimi poutykanymi na wierzchu. Orzechy wprowadziły gorzkość, a także sporo drzew. Daleko w tle pobrzmiewała cierpkość czerwonych owoców. Może czerwonych suszonych? I jakby mdławych, jasnych suszonych moreli? Ogólnie w kompozycji niewiele ich wywąchałam.

Nie za gruba tabliczka trzaskała donośnie, jakby była bardzo krucho-masywna, pełna, wręcz sprasowana i trochę jak grube, suche gałęzie. Wydawała dosłownie huki. Była bardzo twarda, a przekrój miała ziarnisty i nieco kryształkowy (te lśniły).
W ustach przez pewien czas utrzymywała twardość, po czym miękła na gibką, gęsto-zwartą grudkę jakby zbitego kremu z orzechów. Z czasem udawała masywne, gęste i maziste brownie o wysokiej, maślanej tłustości. Lepkawymi, nieco oleistymi smugami pokrywała usta, znikając w gęstawy sposób.

W smaku przywitała mnie wysoka maślaność i bułeczka ze słodkim kremem migdałowym. Możliwe, że maślana bułeczka. Na pewno grubo posmarowana kremem zrobionym z delikatnych, pewnie blanszowanych migdałów. Wyobraziłam sobie taki w wariancie biało czekoladowym, nieco śmietankowo-mlecznym. Maślaność zaprezentowała się więc właśnie ze słodkiej, niemal uroczej, ale wciąż szlachetnej strony.

Migdały po chwili z łatwością zaczęły królować na pierwszym planie. Otoczyła je gorzkość, która pojawiła się z opóźnieniem i potem jakby starała się nadrabiać. Podkreśliła migdały, już nie takie delikatne i blanszowane, a surowe, ze skórkami. Dołączyły do nich słodkawo-gorzkawe orzechy włoskie. Gorzkość rosła bez kompromisów, acz naprawdę mocna była tylko przez pewien czas.

W tle pobrzmiewały owoce, pewna słodka soczystość... Bardzo słodka, ale podporządkowana tym orzechowym tonom. Soczystym, sugestywnie kwaskawym szeptem odzywała się pomarańcza (deserowa?). Oczami wyobraźni zobaczyłam suszone plastry pomarańczy - może palono-karmelizowane? Wprowadziły ciepło... nie jednak prażenie, a... pieczenie / palenie?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, niczym grom z nieba, uderzyło brownie. Gorzkie od kakao, ze sporą ilością masła, a także znacząco słodkie. Słodycz wydała mi się w pierwszej chwili palono-pieczona, więc to jakieś brownie... polane karmelem? Wyobraziłam sobie, jak spływa on pomiędzy orzechy włoskie zatopione w wierzch ciasta. 

Ciasta... mazistego, lepkawego. I gęstego za sprawą daktyli, z których m.in. musiało być zrobione. Jakby jego baza była migdałowo-daktylowa... soczysta, ale też słodka. W pewnej chwili poczułam trochę śliwek suszonych kalifornijskich, ale zaraz ukryły się. Nieco lepiej poszło przebicie się słodkim, suszonym morelom... nieco mdławym, a jednak soczystym, co podkreślała pomarańczowa mgiełka.

Palony wątek i gorzkość nieśmiało zasugerowały ziemię, ale kompozycja trzymała się raczej łagodności. To jakby... ziemista kawa? Coraz więcej kawy. Kolejne, gorzkawo-palone uderzenie to kawa właśnie. Czarna i intensywna, dla przełamania po tym słodko-maślanym brownie.

Soczystość od suszonych owoców przeszła z czasem w strefę bardziej cierpkawą i na moment przez "przemieszanie" niedookreśloną. Czułam czerwone owoce... Może w trochę dżemowo-syropowym sensie? Głównie chyba truskawki, ale... Myślę raczej o sproszkowanych, pudrowych liofilizowanych... Słodkich na pewno. Zasugerowały truskawkowo-białoczekoladowy krem... może truskawkową białą czekoladą (różowawego koloru)? Może z nutą karmelu - jakby ta czekolada była karmelowa z truskawkami? Na pewno jednak poprzez śmietankowo-maślany wątek splatająca się z opisywanym już brownie oraz maślaną bułeczką. Może to właśnie ją posmarowano białoczekoladowo-migdałowo-truskawkowym kremem?

Wydawało mi się, że w te słodkie twory truskawki próbują tchnąć w to kwasek, ale szło im opornie (bo były słodkie, a nie kwaśne). I jakby tak pomagała im..."umorelowiona pomarańcza"? Nagle obok truskawek pojawił się dżem morelowy z nutą deserowej pomarańczy. Był słodki, ale też cierpkawo-cytrusowy.

Pod koniec cierpkawość podpięła owoce pod kakao, które to - choć tonowane maślanością - wróciło do drzew i kawy. Jakby tak już po skończeniu maślanej bułeczki, deseru uraczyć się czarną kawą, wdychając i podziwiając piękne, stare drzewa. 

Po zjedzeniu został posmak drzewno-migdałowy, nieco cierpko pomarańczowy, ale wygładzony maślanym wątkiem. To maślane brownie z cierpkawym echem kakao i kawy. Czuć też trochę owoców, dziwaczną suchość i soczystość, jakby pochodzenia bardzo słodkich suszonych owoców (daktyli i moreli - może nie wyjątkowo jednoznacznych, ale jednak).

Całość zachwyciła mnie gorzkimi uderzeniami. Migdały, brownie i kawa były przepyszne. Orzechy włoskie i drzewa doskonale się odnalazły. Słodycz daktyli, moreli, nieoczywistych truskawek i tworów biało czekoladowych o dziwo nie wyszła za silna. Trochę owoców (odrobinka pomarańczy i może jednak w porywach truskawki) nie dodało dużo kwasku, a zadbało o soczystość. Ciekawe były pieczono-palone nuty bez wskazania na mocne prażenie kakao. Chwilami w ciemno nie powiedziałabym, że to aż 90% kakao. Mimo jednak, że taka łagodna, to była tak... Konsekwentna? Wyważona? Tak spójna i wciągająca, malująca obraz, że w trakcie degustacji wahałam się, czy nie będzie to 10. Czegoś jednak zabrakło.

Kompozycja wydała mi się jeszcze nieco złagodzoną masłem i słodszą wersją dawnej Domori Cacao Criollo 90 %. Tamta smakowała wyrazistszymi truskawkami i suszonymi owocami (morele, śliwki), ale więcej w niej np. kwaśnych owoców (marakui, jabłek). Kawa, orzechy znajome, a choć podlinkowana mignęła też charakternym chlebem na zakwasie, obie ogółem to maślane bułeczki.

Daktyle, kawa, orzechy i dżem truskawkowy to z kolei nuty prosto z 80%. W obu znalazły się suszone owoce, acz w 80% chyba wyrazistsze (figi, rodzynki). Podlinkowana dodatkowo uraczyła mnie niezwykle interesującymi nutami sezamu, była słodsza, ale na szczęście w dobrym stylu, bo karmelowo-miodowo, bananowo i suszono owocowo. Podobnie jednak smaczne w swoich kategoriach. Dzisiaj prezentowanej bliżej właśnie do niej, niż do kawowo-wiśniowej 100%, która uderzała ziemią i krajobrazem po pożarze.


ocena: 9,5/10
cena: 39 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale po jakiś zmianach czy coś, mogłabym wrócić, by je sprawdzić

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

środa, 28 września 2022

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Migdały w mlecznej czekoladzie 44 %

W gimnazjum przez pewien czas dzień w dzień zjadałam po paczce migdałów w czekoladzie i cynamonie z Lewiatana. Żadne inne mi tak nie smakowały. Potem zniknęły, a mnie zupełnie to przeszło. Obecnie uwielbiam same orzechy, bakalie; te w czekoladzie za nic u mnie przejdą. A jednak cóż to? Taka recenzja u mnie? Otóż gdy tylko pojawiły się dwie nowe ciemne tabliczki z ciekawych regionów od Manufaktury Czekolady, zamówiłam. A jako, że na blogu nie raz pisałam o nich pozytywnie, dostałam parę gratisów. Żaden w moim guście, ale uznałam, ze z chęcią sprawdzę, jak ma się ich nietabliczkowa oferta, skoro już dostałam. Kiedyś jadłam Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Aronia w mlecznej czekoladzie i muszę przyznać, że to produkt na poziomie. W tym przypadku wiedziałam, że tylko spróbuję, a resztę oddam Mamie - ona nadal, niezmiennie od lat lubi migdały w czekoladzie (choć woli laskowce, rodzynki i inne w czystej, a migdały to w czekoladzie i cynamonie).

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story Migdały w mlecznej czekoladzie to prażone migdały w mlecznej czekoladzie o zawartości 44 % kakao.
W słoiczku znajduje się 120 g.

Zapach należał głównie do wyrazistych, złudnie surowych migdałów, otoczonych lekko pyłkową, subtelną mgiełką kakao. Migdały wydały mi się wzmocnione drzewną nutą płynącą z samej czekolady lub będącej wynikiem jej połączenia z migdałami. Nienachalne mleko i znikoma słodycz jedynie zaakcentowały swoją obecność, więc wyszło to naturalnie szlachetnie.

Zawartość słoiczka wyglądała całkiem porządnie: mniej więcej równej wielkości migdałów lekko oprószonych pylistym kakao znalazło się tam więcej, niż można się po tak małym pojemniku spodziewać.
Pyłek kakao trochę zostawał na dłoniach czy np. talerzyku, ale nie schodził z wyrobu zupełnie.
Okazało się, że każdy jajowaty twór składa się z dość grubej warstwy masywnej, twardej czekolady oraz migdała średniej wielkości. Migdałów nie blanszowano - miały skórki.
Pyłek kakao w ustach szybko znikał, minimalnie je obkleił na sekundę, ale ogólnie niewiele wnosił. Czekolada rozpływała się powoli. Tylko chwilowo była masywna. Po chwili miękła i gięła się nieprzyjemnie gibko-ulepkowato. Okazała się tłusta, z pewną proszkowością (jako kontynuacja pylistości posypki). Z czasem trochę się wygładziła. Rozgryzana w celu dostania się do migdała, nie tylko miała w sobie sporo z ulepko-plastiku, a była plastikowym ulepkiem.
Jedną sztukę pogryzłam szybciej, w całości. Wtedy czekolada była mocno ulepkowato, gęsto-miękka, nieprzyjemna. Przytłaczała migdała - wydawało się, że jest jej za dużo w stosunku do niego.
Migdały zatopiono w niej świeżo twarde, chrupiące. Gryzione dłużej wykazywały lekką, trzeszcząco-mięsistą soczystość. Raczej świeże, acz nie takie delikatniusio-świeżusie (czasem potrafią przecież być tak delikatne, ze niemal miękkawe), tylko świeżo twardawe, porządne  w pozytywnym sensie. Mama potwierdziła, że wszystkie były jakości zacnej (a nie, że np. mi się dobre trafiły).
Nigdy nie umiem takich rzeczy jeść - żaden sposób mi nie odpowiada, acz tutaj...
Spróbowałam dwóch opcji. Najpierw pozwoliłam się całości swobodnie się rozpuszczać i dopiero pod koniec nadgryzłam migdała i pogryzłam go dokładnie, gdy czekolada już zniknęła.
Druga opcja to od razu pogryzienie wszystkiego i, nie wierzę, że to piszę, to jakoś chyba lepiej pracowało.

W smaku najpierw czuć oczywiście delikatne, gorzkawe kakao. Wydało mi się bardzo łagodne, mimo że cierpkawe jak to kakao w proszku (ale nie chamskie). Dopiero po chwili dopuściło do siebie gorzkawo-orzechową czekoladę. Ta szybko okazała się bardzo mleczna i słodka w sposób cukrowo-waniliowy, a także przesiąknięta migdałowym wątkiem. Wydała mi się aż kontrastowo dziwacznie słodziuteńka. Zaraz pomyślałam o jakimś zasłodzonym, ciepłym mleku kakaowo-migdałowym. Była w tym lekka maślaność, a akcent migdałowo-orzechowy narastał.

Mniej więcej w połowie rozpływania się otoczki, cukrowo zadrapała w gardle. I cukrem głównie smakowała. W ustach wprawdzie czułam echo migdała, ale zacukrzająco-mleczna czekolada była główną bohaterką. Z czasem zarejestrowałam w niej odrobinkę soczystości. Jakby żywicznej, rodzynkowej?

Rozkręcił się gorzkawo-migdałowy klimat. W wyobraźni zobaczyłam sporo drzew, które wniosły namiastkę goryczki.

Zaraz zniknęła, zostawiając cukrowość i delikatną mleczność. Te walczyły umiejętnie o swoje. Migdał gryziony po niej, potrzebował chwili, by rozkręcić się w swej wyrazistości. Okazał się prażony tak minimalnie, że aż złudnie surowy. Po debiucie goryczkowatej skórki, smakował naturalnie słodko-maślano. Migdały były więc łagodne, a jakości zacnej (tylko że czekolada odciągała od niej uwagę); świeżawe (nieprażone, ale nie takie świeżuteńko-świeże z marzeń).

Drugą sztukę - jak już wspominałam - od razu po prostu pogryzłam. Wtedy lekka cierpkawość i goryczka kakao przywitały się, a następnie zatonęły w mlecznej słodyczy. Ta była wysoka, cukrowo-waniliowa, ale nie zdążyła na dobre zasłodzić, bo od razu przełamał ją migdał. Gorzkawość skórki zmieszała się z kakao, a potem było... słodko. Słodko od naturalnego, surowawego migdała oraz słodko od cukrowej czekolady. Narzucała się migdałowi, który wyszedł średnio wyraziście.

Po zjedzeniu w obu przypadkach czułam głównie posmak migdała, ale z cukrowym drapaniem w tle. Mleczność oraz nutka "drzewnego kakao" nieco to wygładziły, ale i tak cukrowość migdałowi tu niepotrzebna... A była i drażniła. Goryczka skórki trochę pomogła, ale nie na tyle, bym miała ochotę na kolejne sztuki.

Całość może i była w porządku, ale zupełnie nie dla mnie. Czekolada migdałom do chrupania zupełnie nie jest potrzebna, zwłaszcza tak słodka. Co prawda jej mleczności nie mam nic do zarzucenia, ale ulepkowatości owszem. Rozpuszczana była po prostu nudna i przecukrzona. Nie wierzę, że to piszę, ale lepiej się to zaprezentowało gryzione szybciej, bo czekolada nie zdążyła znudzić i zasłodzić. Wtedy jednak z kolei migdał jakoś zanikał, a ulepkowato-plastikowa czekolada nie była atrakcyjna do jedzenia. Szkoda, bo to właśnie same migdały były tu warte uwagi.
Nie moja bajka, w dodatku zrobiona przeciętnie (w nieprzeciętnej cenie, z tego co sprawdziłam).
Pyłek, który okazał się (patrząc na skład) błonnikiem kakao (produkuje się to z łusek kakaowych i można 1:1 zastępować nim kakao w proszku - w zasadzie jest nim) wyszedł prawie nieistotnie. Mnie odpowiadałaby jego o wiele większa ilość jako ciekawa alternatywa dla np. cynamonu (bo przeważnie chyba w nim spotyka się migdały). A jednak także klasyczny dodatek cynamonu nie byłby tu złym posunięciem. I tak jednak prawie całość bez żalu oddałam Mamie (ta zdecydowanie wolałaby cynamon). Jej to niezbyt smakowało jako całość, bo: "jak się wkłada do ust to najpierw tak głównie gorzko od razu, a potem okazuje się, że czekolada jak jakiś plastik, w smaku przeciętna; tylko te migdały w środku przepyszne, nie za twarde, więc tylko dla nich zjadłam".
No tak, nie ma to jak być czekoladziarnią, która robi migdały w czekoladzie tak, że... czekolada tylko przeszkadza. Smutne.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od manufakturaczekolady.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 17,50 zł (za 120g)
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna 64% (cukier, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, lecytyna słonecznikowa, laska wanilii), migdały prażone 35%, błonnik kakaowy

wtorek, 27 września 2022

Fruition Chocolate Dominican Los Bejucos 77 % ciemna z Republiki Dominikany

O tym, jak cudowna jest marka Fruition (precyzując: ich czekolady), nabrałam już najpewniejszej jak to możliwe pewności. Gdy więc trafiła się możliwość zdobycia nowości, kupiłam natychmiast (i przy okazji - to chyba jedna z najdroższych czekolad, jakie w życiu kupiłam - gdy jednak chodzi o degustacje, cena nie gra roli, bo są moim życiem). Wcześniej (przed cynkiem od Piotra z Sekretów Czekolady) nawet o nich nic nie wiedziałam! Dominikana kojarzy mi się raczej z niższymi zawartościami, rzadko trafiałam na czekolady z kakao stamtąd, które by zawierały go bardzo dużo. Ciekawiła mnie więc jeszcze bardziej. Ta tabliczka została zrobiona z ziaren Los Bejucos z plantacji KahKow’s, blisko miasta San Francisco de Macoris, w regionie Los Bejucos (oczywiście od niego wzięła się nazwa ziaren). Mają chronioną nazwę pochodzenia ze względu na ich wysoką jakość - a myślałam, że ciekawiej już być nie może.

Fruition Chocolate Works Dominican Los Bejucos 77 % Dark Chocolate Limited Edition / First Release to ciemna czekolada o zawartości 77% kakao z Republiki Dominikany, z regionu Los Bejucos. Edycja limitowana; wydanie pierwsze.

Po rozcięciu folii uderzył zapach słodko-kwaskawych mandarynek, grejpfrutów i odrobiny nieoczywistej cytryno-limonki w tle. Zestawione były z ciepłem i dość znaczącą słodyczą, które przywodziły na myśl tylko co wyjęte z piekarnika ciasto toffi / "krówka". Może (bo nie było to aż tak przytłaczająco-muląco słodkie) sernik w takim wariancie? Pieczone i słodko-maślane nuty wiązały się też z poważniejszymi kadzidlano-żywicznymi, nieco orzechowymi wątkami... niby bardziej gorzkawymi, acz nie wyraźnie gorzkimi. Z pełnymi życia cytrusami łączyły je nieśmiałe rodzynki. Ten cały splot zwłaszcza w trakcie degustacji układał się w herbatę liściastą - delikatną, może yunnan, albo też jakąś zieloną...?

Twarda tabliczka trzaskała średnio głośno, jak suche gałązki. Wydawała się przy tym twarda, zwarta i dość tłusta.
W ustach rozpływała się dość szybko jak na ciemną czekoladę. Była kremowa, dość tłusta, a także gładka niczym mleczny, kremowy sernik z pełnego, zupełnie gładkiego twarogu (o ile serniki wolę mało przemielone, tak w przypadku czekolady konsystencja była cudna). Z czasem rozkręcała się w swojej mleczności, dając się poznać jako jedynie gęstawa (w ciemno nie powiedziałabym, że to ciemna czekolada).

W ustach najpierw rozszedł się maślano-śmietankowy, delikatny smak. Ustanowił bazę, na której pojawiło się tylko co upieczone, ciepłe jeszcze ciasto. Kontynuowało maślaność, dodając jej sporo słodyczy. Do głowy przyszły mi ciasta "toffi" czy "krówka", a więc masywne i bardzo słodkie. Niemal widziałam słodkie masy-warstwy pomiędzy częściami biszkoptowymi. Także właśnie biszkopt, mocno wypieczony, wyraźnie się zaznaczył.

Zaraz przybyła gorzkawość o kadzidlanym, żywicznym charakterze. Pomyślałam o złocistej, lepkiej jak miód, żywicy płynącej z drewna. Była też podobnie do miodu słodkawa, ale właśnie drzewna. Dzięki niej gorzkość rosła odważnie. Zaczął się też przebijać orzechowy miks, wzbogacając słodkie ciasto.

Najpierw jednak jeszcze odnotowałam... ciastową mleczność? Jakby wyjątkowo mlecznego sernika na grubym, biszkoptowym spodzie, a potem... Im więcej zbierało się orzechów, tym mniej ciastowo było. Mimo że sernik jakoś tam pobrzmiewał jeszcze długo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pewna mleczność utrzymała się, a mi do głowy zaczęły przychodzić jakieś owsianki i inne -anki... z nutą biszkoptów (ja jadam tylko czystą owsiankę mleko&płatki, więc to wyobrażenia; czytałam jednak o takich). Orzechy nagle uderzyły z pełną mocą. Jakby dodać je do takiej miski, niemal zasypując zawartość zupełnie. Początkowo czułam przede wszystkim laskowe, potem zaczęły mieszać się z włoskimi. Pomyślałam o młodziutkich, niemal słodziutkich sztukach.

Po bardziej gorzkim momencie, czekolada znów zaczęła nieco łagodnieć. Jej maślaność jednak nie wróciła już do ciasta. Przybrała postać słodkawych nerkowców. Do orzechów dołączyła za to herbata. Myślę o łagodnej liściastej (może yunnan?), ewentualnie jakiejś zielonej... Z dodatkiem prażonego ryżu? Czułam się, jakbym trzymała ciepły kubek z herbatą - ciepło czuć bowiem wyraźnie. To też trochę przypraw, które jakby miały trafić do poprzednio opisywanych smakowitości? Były ciepłe i słodkie, nieostre, ale... z odrobiną gorzkawości. Może cynamon? Jak taki dodany do ugotowanego ryżu, podanego z jogurtem. Wróciła kadzidlaność.

Od herbaty odeszła nutka soczystsza. Rodzynki czy... cytrusy? Jakby to w tej herbacie siedział plaster jakiegoś. Cytryny...? Ale wyjątkowo nieśmiałej. 

Bliżej końca zrobiło się bardziej soczyście. Ze względu na wysoką słodycz pomyślałam o słodkich mandarynkach, acz może z zagubioną pośród nich kwaśniejszą klementynką... Cytryna czy limonka niosły lekką goryczkę, budząc tym samym... grejpfruta? Te jednak nie były zbyt wyraziste. W tle mignął lekko kwaskawy sernik ze skórką pomarańczy, może też rodzynkami. Mandarynko-rodzynka na końcówce zmieszała się z herbatą, którą ratowała po słodkich ciastach.

W posmaku zostały właśnie wyraziste, herbaciano-ciepłe nuty i lekka, cytrusowa soczystość. Do tego wciąż czułam sernikowo-toffi-krówkową ciastowość jako słodycz, która mogłaby zasłodzić, gdyby nie to, że była jakby zeskalowana, obniżona. Albo po prostu już przełamana herbatą.

Całość była przepyszna. Choć na wydźwięk dla mnie nieco za słodka, to jednak interesująca i złożona. Bardzo podobało mi się, że nuty nie pchały się jedna na drugą - wszystko miało swój czas. Słodkie krówkowo-biszkoptowe ciasta, opamiętujące się w swej słodyczy dzięki sernikowi, orzechom i płatkom, trafiły w końcu na gorzkawe nuty. Te były też ciepłe. Dużo włoskich, nerkowców zachwyciło słodyczą, by następnie ustąpić miejsca herbacie. Ta ciekawie upuściła cytrusową, acz nie kwaśną, nutę.
Bardzo obrazowa czekolada.
Szybko przypomniała mi się ukochana Amano Dos Rios Dominican Republic 70 %, która właśnie też była mocno herbaciana, sporo w niej cytrusów. Amano jednak to dużo kwiatów i borówek amerykańskich, więc miały inne charaktery (acz właśnie podobne niektóre nuty). Fruition choć przepyszna, nie dorównała Amano.
Też coś zaparzonego (acz raczej rumianek) i suszone owoce (bardziej morele niż jak w dziś opisywanej rodzynki), a zawilgocone drzewa czułam w Definite 80%. Była w niej jogurtowa nuta... acz Definite ogólnie wyszła gorzej.


ocena: 9/10
cena: 72,41 zł (za 60 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 26 września 2022

Aruntam Sensory Chocolate 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional ciemna z Ekwadoru

Ostatnio wszystko zaczęło mi się robić tak za słodkie, że i na setki spojrzałam z nadzieją. A jednak wciąż to nie mój typ czekolad. Wątpię, by kiedykolwiek stały się moim typem (nie zależy mi na tym). Preferuję 75-95% - to wiem. Z tym, że po prostu pora była w miarę odpowiednia na akurat posiadane. W takim okresie czułam, że podejmą mi po prostu lepiej. Aruntam, włoska marka którą zdążyłam polubić bardzo, swoją propozycją kusiła bardzo. Otóż czekało mnie ciekawe porównanie, ale o tym więcej przy właśnie drugiej tabliczce z Ekwadoru.

Aruntam Sensory Chocolate 100% Virgin Bio Dark Chocolate Ecuador | Arriba Nacional to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao Arriba Nacional z Ekwadoru.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach czarnej, wilgotnej ziemi, cytrusów i kwiatów. Żywych, delikatnych, ale zarazem wyrazistych. Przewodziły róże, aczkolwiek sporo było też innych, białych (pomyślałam o jaśminie i konwaliach). Wiązała się z nimi nuta jakby "kwiatowych owoców", takich rześko-zwiewnych, egzotycznych. Tych nie mogłam połapać, bo za bardzo odwracały od nich uwagę pełne życia cytrusy, a dokładniej słodko-kwaskawy grejpfrut, wprowadzający soczystą cierpkość oraz trochę cytryny. Czułam znaczącą (ale nie mocną) słodycz, za sprawą której wyobraziłam sobie niemal przezroczysty, jasny miód... Może miód akacjowy? Był bowiem rześki; ogólnie wiązał się z rześką, niemal chłodzącą roślinnością. W tle nieśmiało zarysowały się średnio mocno prażone orzechy i palona kora, drewno.

Twarda tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem. Wydała mi się krucha i masywna, nieciężka (ale czy lekka?), a zarazem skalista. Jej przekrój był ziarnisty.
W ustach jakby udawała twardą, wewnątrz będąc miękką. Okazała się zaskakująco gładka i aksamitnie kremowa. Rozpływała się powoli, zachowując kształt / formę, a opływając bardzo lepkimi smugami. Kojarzyły się z gęstym smarem, pokrywały podniebienie, lecz na odsiecz przychodziła soczystość. Dzięki niej całość wyszła niby lekko (ale nie lekko po prostu), na pewno mało tłusto. Odrobinkę ściągała na koniec.

W smaku najpierw rozszedł się delikatny, niemal zwiewny motyw kwiatów. Do głowy przyszły mi białe róże, jaśmin, konwalie... Potem więcej róż, już bardziej kolorowych. Cechowała je lekka wilgotność i słodycz. Wyobraziłam sobie kwiaty dziko rosnące, ale też bukiety z dodanymi wielkimi, zielonymi liśćmi. Podpływały pod nie subtelne nuty śmietanki.

Rześką słodycz z ochotą podłapały owoce. Na pewno cechowała je rześkość i soczystość, acz było w nich coś wodnistego. Pojawiło się lychee, zawłaszczając sobie tę strefę na moment, ale potem... Jakby odpadło bez walki. Wychylił się natomiast kwasek cytrusów. Leciutki, a jednak przemodelowujący egzotyczną rześkość na kwaskawe, zielone winogrona.

W tym czasie rozszedł się średnio mocno palony wątek orzechów. Wprowadziły gorzkość, która rosła. Przez moment myślałam o czymś skórzanym, niemal pieprznym... Albo o liściach, korze... Niby suchych, a jednak... leżących na wilgotnej, czarnej ziemi i wilgotniejących od niej. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ziemia uderzyła, śmiało wkraczając na pierwszy plan. Kontynuowała goryczkę, a także wilgotność i rześkość. Podkręciła orzechy, acz zmieszała je z drzewami. Wyobraziłam sobie spaloną korę, a potem... Także kwiaty, liście zaczęły na tej ziemi zalegać. Wydały mi się nieco kwaskawe. Ziemia zaś przejawiała pikanterię, którą próbowała im narzucić. Nie do końca jej się to udało, ponieważ ogół nieco ugłaskiwała śmietanka z tła.

Kwasek związany z ziemią i kwiatami z ochotą mrugnął do owoców. Zielone winogrona... zmieniały się w coś innego, ale też zielonego. Jakieś kaktusy, akacje, rośliny - wszystko to wirowało i mieszało się, dokładając do kwaśności coraz więcej słodyczy. Znów pomyślałam o rześkim miodzie akacjowym; na pewno niemal przezroczystym, jasnym. Był w tym aż chłód... taki aż lekko szczypiący w język? Toż to lukrecja / anyż, acz łagodzone słodkawą miętą. I rześkość. Wynurzyły się słodkawo-cierpkie, średnio dojrzałe banany, a po przytuleniu się do miodu - już bardzo słodkie i dojrzałe. Kwasek uciekł od nich jakby do mniej dojrzałej karamboli. Cała ta egzotyka owoców była intensywna i bogata, a jednak zrównana z gorzkością, chwilami wręcz uległa w stosunku do niej.

Ziemia umożliwiała im to wirowanie, robiąc za tło. Wprowadzała powagę, a i owocom z czasem podrzuciła trochę ciężkawości. Kwaski i kwaseczki zmieniły się w kwaśność cierpką. Cytryna mignęła i utonęła w mieszance niejednoznacznych cytrusów. Wyskoczył z niej za to czerwony grejpfrut... Dość kwaśny (i sugerujący też inne czerwone owoce?), acz udanie mieszający się z drzewno-ziemistą cierpkością (znów ta skórzano-pieprzna nutka?). Na moment kwaśność wydała mi się aż śmietanowa, po czym nadeszło złagodzenie.

Drzewa uległy orzechom, które wyszły aż maślano łagodnie. Przytuliły do siebie banana, tworząc słodko-delikatne wykończenie kompozycji. Wsparte miodem, dotarło to aż słodziusiego poziomu.

Po zjedzeniu został posmak orzechów, trochę kory, drewna ze słodyczą bananów i kwiatowym echem. By nie było za słodko, wyłoniła się ziemistość z ostrzejszą, lukrecjowo-akacjową nutą i kwaśniejszym, cytrusowo-śmietanowym akcentem, dbająca też o wilgotne orzeźwienie. Nieco ściągnęła.

Całość smakowała mi dzięki intensywnej ziemistości, wielu tak przejrzystym kwiatom i nieoczywistym owocom. Oprócz cytrusów (grejpfrut, cytryna), mnóstwo tu egzotyki owoców (lychee, banany), a także związanej z rześkością akacji. Mimo miodowych tonów, nie było za słodko. Kwaśno-cierpkie owoce przewodziły, ale i gorzkości sporo tu uświadczyłam.
Zachwyciły mnie zwroty akcji: nagłe zmiany owoców czy nawet ostatnie złagodzenie kompozycji. A jednak to wciąż setka, więc jakoś nie umiałam się nią na 10 zachwycić albo... nie znalazłam w niej niczego wbijającego w ziemię (hue hue) tak bardzo-bardzo.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 45g; cena półkowa)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao

niedziela, 25 września 2022

Manufaktura Czekolady MANU Rzemieślnicza 42 % Kakao Czekolada Mleczna Pomarańczowa / z pomarańczą

Jakiś czas temu, wybierając, co chcę w ramach współpracy z Wegańskim Sercem, zainteresowała mnie ich czekolada z migdałami i pomarańczą - tylko trochę, bo ze względu na pomarańczę liofilizowaną. Nigdy bowiem takiej nie jadłam. Kandyzowanej nie cierpię, ale liofilizowana jako dodatek wydawała mi się potencjalnie spoko. Tylko, że... nie umiałam jej sobie wyobrazić. A jednak gdy otrzymałam dwie tabliczki, stchórzyłam i nie próbując jedną oddałam Mamie, drugą Pani_Chrup (jej recenzję przeczytacie tutaj). Jak pisałam przy mlecznej z nibsami od Manufaktury Czekolady wpadły mi gratisy i wśród nich właśnie dzisiaj prezentowana tabliczka. Sama za nic bym jej nie kupiła, ale skoro dostałam, uznałam, że jednak spróbuję, skoro właśnie liofilizowaną pomarańczę zawiera. Fakt, że w ciągu ostatnich miesięcy zorientowałam się, że nie przemawia do mnie liofilizowanie zszedł tu na dalszy plan. Tego doświadczenia byłam ciekawa. Chociaż w sumie brałam też pod uwagę, że tabliczka może być zrobiona "na gładko" (zgadłam). Ciekawie się złożyło, że akurat na krótko przed nią jadłam Halba Praline Orange Noir. Trafiły mi się więc dwie nietuzinkowe pomarańczowe tabliczki w krótkim okresie.

Manufaktura Czekolady MANU Czekolady Rzemieślnicze 42 % Kakao Czekolada Mleczna Pomarańczowa to mleczna czekolada o zawartości 42 % kakao z pomarańczą liofilizowaną (sproszkowaną); czas obróbki kakao to 48h.

Po otwarciu poczułam mało wyrazisty zapach słodkiej i przeciętnie mlecznej czekolady. Wydała mi się nieco palono-cukrowa, karmelowa i waniliowa... z naprawdę nieśmiałą owocową sugestią w tle. To nawet nie soczystość - nie jestem pewna, czy zwróciłabym na nią uwagę, gdybym nie wiedziała, że to czekolada pomarańczowa. Pomyślałam jednak przy tym łagodnym splocie o białych kwiatach pomarańczy, więc może coś na rzeczy było (ale zwłaszcza w trakcie degustacji).

Tabliczka wyglądała jak zwykła ciemna mleczna (bez posypek etc.). Była twarda, więc przy łamaniu głośno trzaskała. Wydała mi się w dotyku trochę lepkawo-pylista, mimo że nie topiła się ani realnie nie kleiła. Jej przekrój zdradzał ziarnistość i proszkowość.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, zaskakująco ochoczo. Okazała się ziarniście-proszkowa, ale jednocześnie bardzo soczysta, mało tłusta, choć wciąż dość gęstawa. Chwilami bardziej lepkawa, ale końcowo tak soczysta, jakby wewnątrz był ukryty sok ze świeżego owocu - aż byłam w szoku.

W smaku przywitała się wysoką słodyczą. Mignęła cukrowo-karmelowym, minimalnie palonym tonem, po czym uderzyła pomarańczą.

Pomarańczo-mandarynką w zasadzie, bo wydała mi się czysto słodka. Soczysty, dojrzały owoc niemal dominował, choć nie był imperatywny - czekoladowe nuty wirowały wokół.

Słodycz wciąż nieco karmelowo-cukrowa okazała się słodziuteńka, urocza. Z czasem lekko waniliowo-kwiatowa? Wyobraziłam sobie kwiaty pomarańczy i słodziutkie owoce dojrzewające w słońcu. Wyszły zaskakująco świeżo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodziutka kompozycja przeszła w aż dżemikowo-galaretkowatą strefę. Pomarańcza dosłodziła się, czym popadło. Wtedy jakby wewnątrz coś pękło, zaiskrzyło.

Delikatnie mleczny wątek w tle wzbogacił się o orzechowo-kakałkowy motyw. Zrównał się z pomarańczą. Trochę jak niewyraziste kakao na mleku z nutą pomarańczy? Odnotowałam lekką goryczkę, cierpkość - właśnie może skórki pomarańczy? Albo kakao... orzechów? Coś tam w tle wykazało się charakterem, ale że czułam też mleczność, wyszło bardzo łagodnie.

Pod koniec myślałam o smakowym mleku czekoladowo-pomarańczowym (wyobrażenie). Soczystość wciąż miała się nieźle, choć pomarańcza zrobiła się lekko goryczkowata właśnie jak skórka czy galaretka pomarańczowa.

Posmak należał właśnie do pomarańczy skórkowo-galaretkowatej, acz wciąż naturalnie soczystej. Świeżawej i smakowitej, z nieśmiałym, kakałkowo-czekoladowym echem. W zasadzie bardziej niż kakao, to raczej takie niedoprecyzowane "prażone nuty".

Całość bardzo mnie zaskoczyła soczystością i tym, jak owocowo - świeżo i naturalnie - wyszła. Pomarańcze tak słodkie, że aż mandarynkowe nie były przerysowane, nie zagłuszyły też czekolady, która jednak niestety sama w sobie była mało wyrazista i niezbyt warta uwagi. Bardzo słodka, aż cukrowo-karmelowa i bez charakteru. Soczyście-proszkowa, rzadka konsystencja była niezbyt w moim typie, ale przynajmniej rozpuszczało się to ochoczo (a czekolady ze sproszkowanymi owocami potrafią mieć z tym kłopot).
Czekolada może i szybko zaczęła mnie denerwować słodyczą, ale ogółem nie mogę nazwać ją złą, a nawet... przyznaję, że była dobra i ciekawa jako to, czym miała być. Względnie interesująca właśnie jako ciekawostka.
Większość trafiła do Mamy. Jej smakowała bardzo (choć troszeczkę ją "nudziła, bo czysta tabliczka", czyli nie jej forma, ale zjadła z przyjemnością - wszak niewiele jej): "smaczna, słodka i wyraźnie pomarańczowa, ciekawie zrobiona, taka inna zupełnie").


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od manufakturaczekolady.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 12,90 zł (za 50g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy, prażone ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, liofilizowana pomarańcza 4,5%, lecytyna słonecznikowa, laska wanilii

piątek, 23 września 2022

Belvie Thien Tuy 75% Cacao ciemna z Wietnamu

Belvie na zagranicznej stronie przyciągnęło mój wzrok opakowaniami, które wydały mi się piękne i eleganckie w nieoczywisty sposób. Niby proste, a szczegółowe. Marka ponoć reprezentuje miłość do czekolady, wietnamski smak i belgijski sposób produkcji. To założona w 2015 roku firma prosto z Wietnamu, wspierająca lokalnych producentów. Z pasji powstała i z pasji jest rozwijana - mają zamiar rozszerzać asortyment. To dobrze wróżyło, jeśli mieliby mnie urzec. A liczyłam, że tak się stanie.

Belvie Thien Tuy 75% Single Terroir Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Wietnamu, z prowincji Lam Dong (a dokładniej okolic Thien Tuy?).

Po otwarciu uderzył mnie niezwykle jednoznaczny, naturalny zapach miodu kwiatowego, jakby prosto ze swojskiej pasieki. Miód udekorowało mnóstwo kwiatów - głównie czarnego bzu. Zdarzyło mi się pomyśleć o słodkim likierze z nich, ale o obecnym w tle. Do tego wszystkiego dołożyły się suszone, złociste figi pierwszej klasy, wprowadzające soczystość. Ta należała do owoców czerwonych. Przewodziły porzeczki świeże i surowe, może troszeczkę malin. Odnotowałam też mieszankę niejednoznacznych, bardzo słodkich czerwonych suszonych - do głowy przyszła mi acerola słodzona sokiem z winogron, którą odebrałam jako "dowolne czerwone owoce" (na instagramie o takiej pisałam). Też jakby... posłodzone takim sokiem, albo nasączone miodem? Delikatna palona nutka w tle sugerowała orzecho-migdały (niesprecyzowane) w miodzie, a całość wygładziło echo śmietanki.

Czekolada zachwyciła mnie swoim wyglądem, bo miała aż cynamonowe i czerwonawe przebłyski. Na oko tabliczka wydała mi się kremowa i masywna, co potwierdziło się przy łamaniu. Towarzyszyły mu przyjemne trzaski z racji twardości solidnej, jakby pełnej, sprasowanej.
W ustach czekolada rozpływała się bardzo chętnie, powoli. Cechowała ją kremowość i gęstość. Była maślano tłusta, trochę pokrywająca takowymi smugami podniebienie i... usta zupełnie. Poczucie tłustości neutralizowały jednak niemal tylko domniemane pyłkowość i soczystość. Z czasem znikała jak jakaś śmietanka migdałowa, kokosowa czy coś w tym guście... zostawiając jednak pyłkowy efekt z pogranicza mączności i węgielności - minimalny, ale jednak (w dodatku bardzo specyficzny).

W smaku pierwsze pokazały się orzecho-migdały. Niejednoznaczne, nieśmiałe... Aż migdały przejęły inicjatywę i ruszyły odważnie. Roztoczyły "orzechowawą", słodkawą maślaność, wzbogacając ją o lekką gorzkość.

Zaraz polała się też słodycz. Subtelna, a jednak intensywna w smaku reprezentowała miód. Cierpkawo-kwiatowy, niezwykle naturalny, jakby tylko co przyniesiony z ula przez pszczelarza. Towarzyszyły mu kwiaty świeże i aż rześko-wilgotne. Pomyślałam o kwiatach czarnego bzu. Część jednak wyraźnie wpisywała się w sam miód. Czuć go wyraźnie cały czas, acz chwilami jakby puszczał przodem inne nuty; nie zabiegał o pierwszoplanową rolę.

Za miodem, za migdałową gorzkością zaczęły prędko pobrzmiewać też "inne goryczki", epizodycznie tylko wyskakując, ale konsekwentnie wprowadzając ciepłą pikanterię.

Gorzkawość migdałów w tle zeszła niemal do neutralności... Przytoczyła jakby jakąś migdałową śmietankę? Nikła... Aż nagle gorzkość podskoczyła. Okazała się przyjemnie wysoka, ale już nie orzechowo-migdałowa, a bardziej... ciepła. Na pewno bardzo dymna, węgielna. Przez chwilę pomyślałam o zwęglonym drewnie. W tym rozgrzaniu doszukałam się słodziusiego cynamonu cejlońskiego, przypraw...? Także pikantniejszych, a dokładniej chili. Wydało mi się aż nieco soczyste i jak jakieś pikantne, czerwonawe owoce np. tamarillo. Przemieszało się to z drapanio-rozgrzewaniem, za którym stały cierpkawe kwiaty i miód.

W połowie rozpływania się kęsa przed oczami rozpostarł mi się obraz gorącej pustyni, na której zalegają jakieś suche, rozgrzane konary. Gorzkość dominowała i dowodziła, aż przypomniała sobie o orzecho-migdałach i znów zaczęła łagodnieć. Ze wspomnianych odważniej w kompozycji radziły sobie migdały.

Goryczkę podłapała jednak soczystość. Za sprawą "czerwonej ostrości" i cierpkości na pierwszy plan weszły suszone jagody goji.
Słodycz miodu poniekąd przeszła w suszone figi doskonałej jakości. Miękkawe, złote i aż z miodem się kojarzące. Także w nich znalazła się soczystość, może jakaś aluzja do kwasku. Nieśmiało wychyliły się rodzynki. Bardzo słodkie, a jednak... to było jak jedzenie ich i raz po raz trafianie na bardziej gorzkawe sztuki. Aż nieco kadzidlane, węgielne... 

Do głowy, oprócz goji, przyszły mi suszone czerwone owoce niejednoznaczne, ale za sprawą rodzynek może właśnie dziwnie posłodzone sokiem z winogron (jak wspomniana już acerola)? W miodzie, nasączone miodem? To jednak cierpkawo-goryczkowate goji dominowały. Pod słodyczą z czasem na parę chwil pojawiło się więcej czerwonych owoców; chyba kwaśniejsze porzeczki i żurawina. Ostatnia lawirowała między słodką suszoną a świeżą surową, która kojarzy się z kwaśnymi jabłkami (próbowałam taką, o czym więcej na instagramie). Słodycz również czułam, ale trudno mi było ją jakimś owocom przypisać. Może maliny? Jakby tak jakiś syropo-likier malinowy?
Kwasek otarł się o cytrynę, po czym wmieszał ją w czerwone owoce i częściowo oddalił się.

Gorzkawo-migdałowawo-orzechowy splot na koniec wydał mi się aż maślany. Maślano-śmietankowy? Jak śmietanka orzechowa / migdałowa (wyobrażenie) i masło, całkiem sporo masła...? Łagodziło kompozycję z pikanterii.

Dopomogły tu także kwiaty, tonując niemal zupełnie słodycz miodu i syropowo-likierowe echo. Przez sekundę znów pomyślałam o takim tworze z bzu, ale zniknął na rzecz świeżych kwiatów. Dosłownie widziałam białe kwiaty czarnego bzu, bzu lilac i inne takie. Były słodkie, acz z cierpkawym przełamaniem.

W posmaku została cierpkość czerwonych (suszonych?) owoców, mnóstwo owocowej soczystości (cytryn i świeżych czerwonych) oraz sporo słodyczy miodowo-kwiatowo-figowej (może ogólnie owocowej?). Czułam też maślaność, lekką węgielność i goryczkę. Kadzidlano-migdałową? Niedookreśloną, leciutką, ale na pewno przyjemną.

Całość zachwyciła mnie (mimo że chwilami ocierała się ryzykownie o zbytnią maślaność). Byłam w szoku, że coś tak słodko miodowo-kwiatowo pachnącego okazało się tak przyjemnie gorzkie. Gorąc pustyni, dym, orzecho-migdały - choć niejednoznaczne - wyszły smakowicie. Kupiły mnie nuty kadzidlano-węgielne, mimo że były subtelne, a także zgrana z resztą pikanteria. Zestawienie tego z suszonymi jagodami goji, suszonymi figami i rozmaitymi owocami czerwonymi, które wprowadziły owoce świeższe, kwaskawe okazało się strzałem w dziesiątkę. A jednak czekolada nie była mocno kwaśna. Gorzko-słodka (w tej kolejności), ze znaczącą "neutralnawą" strefą śmietanko-masło-migdałowawą. Też nie była dookreślona, ale tu właśnie dzięki tej pewnej "niedookreśloności" wszystko miało swój urok. W zasadzie już przy pierwszym kęsie wiedziałam, co wystawię.

Też w pewien sposób niedookreślona była A. Morin Vietnam Thanh Long Noir 70 %. Czułam w niej miód, figi i owoce w nieoczywistym wydaniu (konkretniej śliwko-wiśnie), migdały, drzewa, ale w dodatku rum i sporo przypraw, krakersowych nut.
Pikantna, migdałowa i owocowa za sprawą czerwonych owoców i jabłek (w dzisiaj opisywanej "jabłkowo" smakująca świeża żurawina) była też Marou Ba Ria 76 %. Były dość podobne.
Jeśli ogólnie chodzi o czekolady z Wietnamu, trudno mi wskazać bardzo podobną. Ta wydaje się indywidualistką na ich tle - wszystkie były a to bardziej wytrawne (ale nie, że mniej słodkie, często jednocześnie nawet bardziej). Ta chwilami wyszła też jakby wietnamsko-indyjsko, acz wyraźnie czuć w niej ciepło, gorzkawość migdałów oraz owoce typowe wietnamskim tabliczkom.


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £7.95 (za 80g)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym (ale w korzystnej cenie)

Skład: kakao, cukier trzcinowy (25%)

czwartek, 22 września 2022

Vosges Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey ciemna z różnych części kakao z surowym miodem kwiatowym

Kiedyś prawie kupiłam z Sekretów Czekolady Pacha de Cacao, czyli sok z pulpy kakao. W kakao jest coś jakby mleczko-woda, trochę jak w kokosie. Ma ponoć słodziuteńki smak (a z odcinka Cejrowskiego wiem, że uwielbiają to chłeptać kury). Koniec końców Piotr mi tego nie odłożył, a ja specjalnie się nie upominałam, bo nie jestem fanką smakowego picia. Tym bardziej picie czegoś słodkiego do mnie nie przemawia. Gdy jednak trafiłam na tabliczkę czekolady zrobioną z całego kakao, właśnie też z pulpy, z której jest ten sok... O, to już mnie bardzo zaintrygowało. W pulpie poszczególne drobne ziarna są "zawieszone" - ma to nawet swoją nazwę: Baba de Cacao (jakoś nie dziwi mnie brak polskiego odpowiednika). W dodatku mowa o tym w wykonaniu bardzo lubianej marki, Vosges. Mało tego! Z ich nowej linii, zupełnie mi jeszcze nieznanej.
Konkretnie o niej wyczytałam, że została stworzona we współpracy z naukowcem i fizykiem, dr Williamem Li, aby ukazać "czystą roślinę", czerpać z jej wszystkich walorów. Co ciekawe, w dodatku coś związanego z procesem krystalizacji miało częstotliwość 528 HZ, co jest opisane jako "dźwięk miłości" w skali Solfeggio. 
Żeby tego było mało... czekoladę posłodzono surowym miodem z dzikich kwiatów (wcześniej nawet nie myślałam, że jest taka kategoria miodów). Do tego mam wprawdzie małe obawy, bo miód jest bardzo intensywny, a tu jednak do słodzenia chyba lepiej sprawdziłoby się coś bazowego, by lepiej wczuć się w niuanse "innego" kakao. Chodzi dokładniej o miód z Georgii, gdzie rosną białe ostrokrzewy, szkarłatki, palmy sabałowe i tulipany.
Właścicielka marki, Katrina - jak napisała - chciała po prostu maksymalnie wykorzystać to, co daje nam natura, a więc wypełniając tabliczkę wszystkimi wartościami, jakie ma kakao, ale także wykorzystać coś, co normalnie się wyrzuca (a więc np. błonnik kakao), a też coś zawiera. Cała linia ma być właśnie po brzegi wypełniona tym, co daje nam natura.
Intrygująca czekolada mnie czekała.

Vosges Lab VHC Whole Cacao Fruit 86% Cacao Raw Honey blended with Whole Cacao to ciemna czekolada o zawartości 86 % kakao: miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku, słodzona surowym miodem wielokwiatowym.

Po otwarciu poczułam rześki zapach wilgotnej ziemi, przywodzący na myśl spacer w odległym od cywilizacji miejscu po deszczu, wśród skał, po których spływa woda. Niemal na równi z ziemią prezentowały się fistaszki, okryte swymi skórkami. Ziemia, zwłaszcza w trakcie degustacji, wplotła lekką nutkę kawy, sugerującą palone echo... Może jakby należące do fistaszkowo-kawowego ciasta? Do tego czułam słodycz chyba miodu i bezkresną rześkość owoców w tle. Nie był to jednak zapach ani mocno miodowy, ani owocowy. Spośród tych wymieniłabym egzotyczne, wodniste i słodko-rześkie, np. pitaję, melony, lychee.

Tabliczka wyglądała na prawie zupełnie normalną, acz trochę kryształkowo lśniła (od miodu?). Przy łamaniu mimo że była przeciętnie twarda, to wydawała jakby trzasko-pyknięcia o kruchym zacięciu. Udawała nieco zawilgoconą, a jej spód wydał mi się nie gładki, a jakby była nieco "podbąbelkowana".
Przy robieniu kęsa zęby trafiły na "twardawą miękkawość", jakby była to tablica z twardego kremu.
W ustach rozpływała się dość szybko, szybko-średnio. Była średnio tłusta, w dziwnie nieoczywisty sposób. Szybko dała się poznać jako ziarnista i jakby scukrzona (jak miód, nie kryształkowa). Miała też nieco węgielny charakter. Miękła i rzedła w soczyście-wodnisty sposób. Choć zachowała trochę masywność, to była delikatna - czasem bardziej, to znów mniej. Węgielność utrzymywała się cały czas, a z czasem doszło nieco więcej pylistości. Jakby utrzymywało to ziarnistą mieszaninę, a także nieco hamowało wodnistość. Znikała rzadko-lepkawo (miodowo?). Orzeźwiała w niewiarygodny sposób. Zdarzyło jej się zostawić drobinkę kakao (przełożyło się to na "pożądaną niechlujność / surowość").

W smaku pierwsza ruszyła bezkresna rześkość słodkich owoców. Natychmiast przyszło mi do głowy słodkie, egzotyczne lychee i melon miodowy. Słodki, słodziuteńki i wsparty miodem.

Miód okazał się z kolei (jak na miód) subtelny i bardzo kwiatowy. Kwiaty kontynuowały rześkość. Było w nich coś zwiewnego, wilgotnego. Pomyślałam o mięciutkich płatkach białych kwiatów, pokrytych rosą. Jaśmin, konwalie... ukryte wśród innych, także rześkich i wilgotnych roślin. Wszystko to orzeźwiało, wręcz chłodziło, kojarząc się trochę ze świeżą, słodką, zieloną (delikatną) miętą.

Z czasem pojawiła się delikatna ziemia. Także ona była wilgotna. Wyobraziłam sobie skały i ziemię po deszczu. Dziką, niezanieczyszczoną przez człowieka scenerię, pełną żywych roślin. Rozeszła się lekka gorzkawość - zaskakująco łagodna. Pomyślałam o kawie... też jednak dziwnie świeżej (wyobrażenie), zawilgoconej. Już mi w głowie były kawowce i kakaowce, zielone liście...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa potoczyły się fistaszki. Naturalnie słodkawe, delikatne. Surowe? Z delikatnymi skórkami, przypominającymi o drobnej goryczce. Mieszały się już ze wspomnianymi w jakieś fistaszkowe, zdrowe ciasto kawowe, posłodzone miodem. Przez pewien czas wizja kawowo-orzechowego ciasta, wzbogaconego o węgielny akcent (płynący z roślinności?) przyćmiła na parę sekund wszystko inne.
A potem przypomniała o sobie słodycz roślin, odrobinka mięty - jakby tak chodziło o brownie kawowo-miodowe z np. miętowym kremem-zawijasem (wygooglałam coś takiego - pasuje do wyobrażenia).

Miód natarł z nową siłą, jednak był rozbity rześkością owoców. Mimo to, już przy drugiej kostce mniej więcej w tym momencie zaczynał trochę denerwująco drapać w gardle. Mowa o owocach niewątpliwie egzotycznych, niedoprecyzowanych, ale bardzo soczystych. Czułam pitaję o białym miąższu, może różowe winogrona, lychee... Melony! Sporo tych najsłodszych, miodowych.

Bliżej końca w słodyczy, mieszającej się z ziemią, odnotowałam węgiel. Też jakby lekko słodkawy, kontynuujący roślinność, ale sprowadzający ją na bardziej gorzkawy tor. Wciąż czułam jednak też aż lekkie drapanie miodu.

Po zjedzeniu został cierpkawy, właśnie nieco gorzkawo węgielny, skaliście-roślinny posmak. Było rześko, wilgotno, aż chłodno. Do tego czułam słodycz, słodziuteńkość egzotycznych owoców (melony, lychee, pitaja), miód z kwiatami / kwiato-miód, jakby rozrzedzony owocami (wiec nie aż tak słodki).

Całość zszokowała mnie. Była specyficzna. Nie zgadłabym, że tak wyjdzie. Zupełnie niekwaśna, mało gorzka, a słodka, słodziuteńka. Słodycz należała głównie do delikatnych, aż wodnistych owoców egzotycznych i rześkiego miodu, kwiatów. Całe jej zawilgocenie było intrygujące, tak samo jak chłodne, miętowawe orzeźwienie. Ziemię, węgielność i fistaszki cechowała przejrzystość, wyrazistość, choć nie były to siekiery.
Czekolada była bardzo smaczna. Może nie do końca smakująca tak, jak bym liczyła w przypadku tej zawartości kakao, ale rozumiem, że ta specyfika wynika z tego, czym była. Zwłaszcza pod koniec słodycz mnie trochę irytowała, ale nie mogę powiedzieć, by całość jakoś specjalnie zasładzała (acz trochę owszem).
Konsystencja mi się nie podobała. Rzadkość, znikanie, niedookreślenie - dziwne to, ale też wydaje mi się, że to przez pulpowość, miód etc.
Bardzo cieszę się z jej poznania, a ocenę wystawiam biorąc namiar, cóż to za niezwykłość, bo nie była to 9 typowa dla samego zachwycającego efektu. Poniekąd wynika z niezwykłości. Sama jednak nie jestem przekonana, czy chcąc pokazać specyfikę czegoś w zakresie kakao (np. niezwykle słodkiej pulpy, soku z niej), jest dobrym pomysłem dodawanie jeszcze miodu. Myślę, że w takim przypadku "słodzidło" powinno być jak najbardziej bazowe, typowe dla czekolady (cukier trzcinowy).


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy miód z dzikich kwiatów, tłuszcz kakaowy, puree z miąższu kakao, produkty z kakao (białko z ziarna kakaowego, mąka / proszek z ziarna kakaowego)

środa, 21 września 2022

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story House Blend Milk 44 % Kakao + prażone ziarno kakaowca mleczna z nibsami

Gratisy od Manufaktury Czekolady przybyły do mnie w dobrym dla nich czasie. Akurat miałam całkiem niezły humor na próbowanie rzeczy nie w moim typie, skoro dostałam za darmo. Mlecznej tabliczki z nibsami jednak chyba bym nie spróbowała, bo nie lubię nibsów ani mlecznej czekolady obecnie, gdyby nie to, że... dosłownie dzień przed otworzeniem paczki od Manufaktury jadłam Halba Cafe Madagascar, która bardzo mi posmakowała - a właśnie byłam prawie pewna, że czekolady kawowe mi nie leżą. Z kolei nibsy w Pacari Raw 100% Cacao + 1 Nibs Mini Bar też mi nie przeszkadzały, a nawet uznałam je za całkiem ok. Chciałam sprawdzić, jak poradziła sobie z nimi polska marka - czy udało im się je zrobić tak, że nawet ja zaklasyfikuję je jako przystępne?

Manufaktura Czekolady / Chocolate Story House Blend Milk 44 % Kakao + prażone ziarno kakaowca to mleczna czekolada o zawartości 44 % kakao (blend ziaren) z prażonym ziarnem kakao (nibsami).

Po otwarciu rozszedł się bardzo słodki zapach mleka z wanilią. Był subtelny, z dodatkiem kwiatów (wyobraziłam sobie kwiaty wanilii), a także z delikatniusim, goryczkowato-palonym kakao tuż obok. Za jego sprawą pomyślałam o jasnym, właśnie delikatnym kakao zrobionym na mleku. W tle zaplątał się motyw kawy z mlekiem / mlecznej latte oraz pewna orzechowość, co wydało mi się zaskakująco spójne.

Tabliczka łamała się z lekkim trzaskiem. Była dość twarda, a nibsy wtopiono w nią porządnie, w sowitej ilości. Część odpadała, ale większość trzymała się bardzo dobrze (choć ich obecność utrudniała łamanie).
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, średnio chętnie. Miękła i gięła się, trochę udawała gładki, mleczno-maślany nugat. Gdy o jej tłustość chodzi, kojarzyła się z tłustym mlekiem. Była średnio zbita, z racji obecności nibsów z łatwością rzedła. Wydawała się zmieniać w zawiesinę, odsłaniającą je. Na szczęście, choć twarde, nie drapały / nie kaleczyły podniebienia. Większość odpadała od czekolady i turlała się po ustach, inne jakby się w jej masę wlepiały.
Kawałki kakao były twarde, chrupiące i z czasem wykazujące znikomą soczystość. Miały różną wielkość: od malutkich, po całkiem spore.

W smaku pierwsza uderzyła wysoka słodycz wanilii i lekko palonego karmelu... Czy nawet karmelo-kajmaku. Zaraz dołączyło do tego mleko, a ja pomyślałam o przesłodzonej kawie latte. W dużej mierze uwaga skupiała się na mlecznej piance, ale kawa i jej palony aspekt nie umknął uwadze.

Po paru chwilach rozeszła się nieco orzechowa nutka, przez co myśli zaczęły krążyć wokół kaw smakowych, a więc jakiś orzechowych latte, może... może czekoladowo-kajmakowym cappuccino? Odnotowałam bowiem lekką gorzkawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palona nuta nasiliły się. Latte i łagodne kakao na mleku choć nie miały w sobie gorzkości, pewien charakterek kryły. Słodycz i tak jednak aż drapała w gardle, bo nibsy w trakcie rozpływania się kęsa niewiele wnosiły.

Z czasem baza wciąż jawiła się jako słodko waniliowo-karmelowa, wyraźnie mleczna, ale... nieco zbyt cukrowa. Wciąż aż maślano-kajmakowa, drapiąca, nugatowa. Natłok słodkości męczył.

Zostawione na koniec nibsy okazały się mało wyraziste, lekko gorzko-palone, niektóre (zwłaszcza te większe) trochę złudnie kawowe. Nie brakowało im cierpkości, ale nie upuściły żadnej soczystości czy coś.

W posmaku została przesadzona słodycz wręcz nijaka oraz motyw przesłodzonego kakao czy kawy, ale już oczywiście też z gorzkością palonych ziaren kakao. Te po zjedzeniu czuć mocniej, ale jako przepalone na sucho kakao i tyle.

Kompozycja nie chwyciła mnie. Wydaje mi się nudna, zrobiona bez polotu, aby tylko powiększyć ofertę. Nijaka, niby przyjemnie waniliowa, ale w gruncie rzeczy przeciętna czekolada mleczna z nibsami, które po prostu nie były zły, a zwyczajnie palone, to coś nudnego, ale w zasadzie w porządku. Chyba właśnie idealna jako "gratis / aby coś wrzucić do paczki". Jakościowo nie mam do czego specjalnie się przyczepić, ale też nie mam za co chwalić.

To wyraźnie House Blend Milk 44 % z nibsami. Niezła, ale za słodka, z przeciętnym dodatkiem i w średnio atrakcyjnej formie, lecz będąca tym, czym ma być. Spróbowałam trochę i resztę oddałam Mamie. Zdanie miała podobne do mojego. Powiedziała, że: "sama czekolada dobra, nawet bardzo dobra, ale w zasadzie zwyczajna; za to te nalepione kawałki kakao bez sensu - żeby podniebienie podrapały? Nic, tylko je wypluwać". Przez niedogodność, nielubienie takiej formy "z nalepką" oraz nibsów, zostało jeszcze i dla ojca. A taki to drobiażdżek! Z tym, że... taki, że właśnie wcale się tego jeść nie chce.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od manufakturaczekolady.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 8,75 zł (za 25g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, prażone ziarno kakao 29%, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, lecytyna słonecznikowa, laska wanilii