poniedziałek, 31 lipca 2023

Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% Limited Edition ciemna z Republiki Dominikany

Edycje limitowane jednocześnie lubię i... męczą mnie. Z jednej strony degustacja takich to zawsze całe wydarzenie, niepowtarzalne doświadczenie, a więc specjalny nastrój, specyficzne podniecenie na długo przed. Z drugiej męczą, bo... to coś jednorazowego, bez możliwości powrotu, gdyby okazało się przepyszne. Markę Fruition kocham, więc każda ich czysta ciemna bardzo cieszy... i smuci, bo są niestety trudno dostępne. Ta konkretna tabliczka jest o tyle ciekawa, iż choć jej kakao jest z Dominikany, to... przed laty zostało tam sprowadzone z Ekwadoru. To Nacional, z którego - tego rosnącego na Dominikanie - Fruition jako jedni z pierwszych zrobili czekoladę.

Fruition Chocolate Works Dominican Nacional Dark 74% Limited Edition to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Nacional z Republiki Dominikany, z prowincji Duarte; edycja limitowana.

Po otwarciu uderzyła cytryna, błyskawicznie dogonił ją grejpfrut, acz zapach nie był bardzo kwaśny. Sporo w nim mleka, nasuwającego na myśl też nieco właśnie bardziej kwaskawy, ale wciąż łagodny, twarożek. Słodycz była wysoka i poniekąd naturalnie mleczna, trochę jak mleczne toffi czy mleko skondensowane toffi-karmelowe. Sporo w tym jednocześnie jeżyn i jagód - dojrzałych i niemal miękkich, a także cierpkości i goryczki ziół, herbat. Na pewno liściastych, może różnych, ale z dominacją mocnej herbaty zielonej. Za herbatami-naparami kryła się ziemia, przywodząca na myśl ziemiście-kamienistą, wilgotną ścieżkę. Ostatnie przewijały się akcenty dzikich kwiatów.

Twarda tabliczka w dotyku wydawała się zdradzać lekko tłustą kremowość. Podczas łamania trzaskała bardzo głośno, w sposób właśnie jakby kremowy, pełny i gęsty.
W ustach rozpływała się bardzo kremowo. Nie spieszyła się, ale i nie ociągała. Potwierdziła się jej tłustość, jednak wystąpiła wraz z soczystością. Ogólnie kojarzyła mi się z masywnym, gęstym sernikiem owocowym.

W smaku pierwsze rozeszło się mleko, tworząc delikatne tło. Rozbrzmiało swoją naturalną słodyczą, która wyszła aż uroczo.

Do naturalnej słodyczy mleka nagle dołączyła inna, też naturalna słodycz: orzechów laskowych. Razem utworzyły wizję twarożku z mnóstwem orzechów, a także jakiegoś mlecznego deseru w wariancie czekoladowo-orzechowym. Subtelna gorzkawość zawinęła się tu i ówdzie.

W słodko-mlecznej toni przemknęła soczysta nuta jakby jagodowego mleka czy serka... Niezbyt jednoznaczna, ale jednak zbierająca z czasem trochę owoców w tle. Jagody przemieszały się z cierpkawymi, czarnymi porzeczkami, które dodały im otuchy.

Ogólna słodycz szybko robiła się dość wysoka, ale zatrzymywała się na dopuszczalnym poziomie. Przytoczyła kajmak. Mocno mleczny, może jakieś karmelowe mleko skondensowane i toffi. Bardziej mleczne, ale też trochę maślane. Orzechowe sugestie zawalczyły o skojarzenie z wyidealizowaną wersją Toffifee (realne zrecenzowane w 2018 powinny się wstydzić, że tak nie smakują).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wśród owoców pojawił się silniejszy kwasek, tworzący obraz cytrusowego sernika. Ciemne owoce oddały cytrusom pole do popisu (acz całkiem nie odeszły). Choć najpierw mignęła cytryna, prędko ustąpiła miejsca grejpfrutowi. Ten zadbał o silniejszą cierpkość, ale... to i tak nie był w pełni jednoznacznie cytrusowy smak, a jakby czymś złagodzony, np. kwaskawo-winną odmianą jabłka (szara reneta?).

Wraz z cierpkością nasiliła się gorzkość. Ruszyły herbaty i zioła. Oczami wyobraźni patrzyłam na rozmaite suszone liście herbat. Zarówno czarnych, jak i zielonych, a w dodatku może nawet z suszonymi kwiatami. Z czasem to zielone przyciągały więcej uwagi.

W tym czasie nasiliła się też orzechowość. Pomocna okazała się tu rosnąca gorzkość o palonym charakterze. Palone orzechy laskowe nagle wyszły niemal na przód. Charakteru dodała im ziemista nuta. Znowu wyobraziłam sobie ziemistą, mokrą ścieżkę z mnóstwem kamyków, wiodącą przez ziołowe zarośla. Kryła się tam odrobina jeżyn, czarnych porzeczek i słodkich jagód. Możliwe, iż niektóre herbaty-napary wzbogaciła soczystość m.in. tych owoców.

W końcu zielona herbata wymknęła się przed to wszystko jako zielona z cytryną. Soczyście kwaskawa, ale i gorzkawo herbaciana. Orzechy laskowe po małych perypetiach zrównały się z nią.

W posmaku zostały cytrusy - głównie cytryna, ale też grejpfrut, a także właśnie ogrom orzechów laskowych i już jedynie echo herbat-naparów. Były to herbaty różne, ale wszystkie z lekką goryczką i cierpkością.

Całość była przepyszna. Łagodniejsze mleczno-twarożkowe nuty stworzyły tło wyrazistym herbatom zielonym i czarnym, orzechom laskowym oraz soczystości, nasączającej inne nuty, a nie wyrywającej się przed nie. Ciemne owoce leśne - w tym wyraźnie czarne porzeczki i jagody - oraz grejpfruty i cytryny okazały się jednak jedynie akcentami ozdobnymi. Wizja ścieżki z kamieniami, krzaków i sernika podobały mi się bardzo. Skojarzenia z sernikiem i wyidealizowanym Toffifee świetne - choć wiązały się z wysoką słodyczą, więc także mlecznym kajmakiem i skondensowanym mlekiem karmelowym, całość była przyjemnie gorzko-cierpka i soczysta.

Cytryna, ciemne owoce, w tym czarne porzeczki, ziołowość i herbaty natychmiast przypomniały mi pyszną Karunę Dominican Republic Dark Chocolate 80 %. Ona też była bardzo orzechowa, ale jakby za sprawą maślanych pekanów, a nie laskowych jak Fruition.


ocena: 10/10
cena: €15,24 (za 60g; dostałam rabat)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 30 lipca 2023

Meybol Cacao Solo Kakao 80 % Chuncho Single Plantation - Peru Limited Edition ciemna

Nie raz pisałam, że te najsubtelniejsze, najdelikatniejsze, najbardziej cenione i ozłacane na konkursach odmiany kakao w moim odczuciu często są za łagodne i aż tak mnie nie chwytają. Chuncho nie robi więc na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, ale w przypadku Meybol... Gdy wreszcie zobaczyłam ich tabliczkę o zawartości 80 % kakao, jego gatunek był mi obojętny.


Meybol Cacao Solo Kakao 80 % Chuncho Single Plantation - Peru Limited Edition to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao Chuncho z Peru; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam wyraźnie słodko-gorzkie, jakby zgorzkniałe rodzynki i kwaśny kefir. Mieszał się ze śmietanką, wprowadził pewną łagodność... A łagodność związała się z wytrawnością. Do głowy przyszedł mi olej z orzechów i w końcu same orzechy laskowe. Do kwaśności nabiału z kolei dołączyły nektarynki oraz brzoskwinie w bardzo słodkiej zalewie. Te miały w sobie coś z... przetworzenia? Podfermentowania? Jakby gnilnej pikanterii? Nadała kompozycji mocno słodkiego charakteru, mimo że wśród owoców odnotowałam też akcent cytrusów - bardziej jakiegoś podsłodzonego "cytrusika" wołającego z tła.

Zbita, raczej sucha w dotyku tabliczka była twarda. Łamana trzaskała w masywny i kruchy sposób sposób. Nie sprawiała jednak problemów, nie musiałam wkładać w to dużo siły.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym. Okazała się lekko tłustawa w śmietankowy sposób, a także znacząco pylista. Z czasem nawet proszkowo-szorstkawa. Na pewno jednak nie sucha. W odsieczy z czasem przybywało mnóstwo soczystości. Dzięki temu choć nie brak jej esencjonalności, wyszła lekko.

W smaku najpierw mignął mi jakby karmel, ale z taką soczystością niemal natychmiast go zalewającą, że albo karmel z rodzynek, albo po prostu same rodzynki o karmelowym charakterze. Słodko-soczyste, ciemne i jasne - różne. Niektóre aż lekko zgorzkniałe.

Goryczka rodzynek paradoksalnie wprowadziła jeszcze więcej słodyczy. Oto polał się niemal czarny miód gryczany z lekko pikantnym echem.

W tym czasie pojawiła się też goryczka oleju kokosowego. I subtelny kokosowy kwasek? Zaopiekowała się nim ziemia, zasypując go niemal zupełnie. Zwróciła na siebie więcej uwagi. Zrobiło się porządnie gorzko. W mojej głowie pojawiły się obrazy gęstego lasu, mnóstwa drzew z szumiącymi liśćmi, leszczyny. Gorzkość jednak jakby od środka po paru chwilach zaczęła przełamywać maślaność. Pomyślałam o oleju z orzechów laskowych - takim wydzielonym na wierzchu miazgi 100% z orzechów?

Orzechy laskowe same w sobie wydały mi się lekko słodkawe i maślane. Z czasem jednak nuty te rozstały się. Orzechy poszły swoją drogą, masło swoją.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za rodzynkami poczułam "cytrusika". To nuta cytrusowa, niby kwaśna, ale też słodka o uroczym wydźwięku. Słodycz mieszała się z ogromem soczystości - bo to właśnie bardziej soczystość niż po prostu kwaśność. Słodycz rosła cały czas, ale już o wiele spokojniej niż na początku.

Poczułam słodkie nektarynki, z których leje się sok. Miękkawe, dojrzałe... Te świeże i surowe mieszały się z czasem z brzoskwiniami. Brzoskwinie były to nie tylko świeże i same w sobie, ale też jakby z jakiejś słodkiej zalewy. Może miodowej? Do tego wyłapałam też jasne śliwki. Nawet całkiem sporo.

Rodzynki zdawały się dowodzić "słodkim kwaskiem". Wskoczyły do motywu nabiału. Masło zmieniło się w kefir, a oczami wyobraźni zobaczyłam jakiś owocowo-kefirowy deser z rodzynkami.

Orzechy laskowe wydały mi się nie pierwszej świeżości. Trochę suche, goryczkowate... Chyba odnotowałam też drzewa i... zioła? O, te już wyszły o wiele bardziej świeżo. Nagle uderzył rozmaryn. Może karmelizowany? Cynamon i miód wyłoniły się i zmieszały z nim. Pomyślałam o goryczce i ostrości miodu gryczanego, a potem znowu po prostu o ziołach i przyprawach. Ostro-goryczkowatych, acz ze słodyczą. Tylko że bardzo szlachetną. I taką... rześko-świeżą.

Pod koniec goryczka ziół zmieszała się z rodzynkową, co dało świeży efekt, a na języku odnotowałam jakby odrętwienie od słodko-ostrego korzenia lukrecji. Laskowce pojawiły się jako oleisto-maślane, ale wciąż orzechowe złagodzenie. Wyobraziłam sobie przypalone (miejscami spalone na węgiel?) ciastka maślane z rodzynkami i orzechami. Karmelizowany i miodowy wątek odnalazł się właśnie w tych ciastkach.

W posmaku zostały i orzechy laskowe, i olej kokosowy z pikanterią podkręconą ziołami. Do tego doszła lekko drzewna nuta i rodzynki. Były słodkie i soczyste, trochę podsycone cytrusami i żółtymi owocami (brzoskwiniami i śliwkami?).

Całość nie dość, że bardzo mi smakowała, to jeszcze zaintrygowała. Nuty oleju kokosowego i z orzechów laskowych (też starych orzechów), potem na szczęście przykryte mocno orzechami i ziemią były niespotykane. Rodzynki pokazały kilka oblicz, a owoce: nektarynki, brzoskwinie i trochę śliwek z cytrusami całkiem nieźle to rozegrały. Wprowadziły rześkość, świeżość. Przyprawy, w tym bardzo jednoznaczny rozmaryn, i zioła nieźle to zakończyły - ku aprobacie ziemi.
Gorzkość wysoka, kwaśność i soczystość w punkt, a choć i słodyczy było tu dużo, nie przeszkadzała, bo pokazywała raz po raz pazurki.


ocena: 9/10
kupiłam: Dom Czekolady (dostałam, dziękuję!)
cena: cena to 33 zł (za 70g)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier

sobota, 29 lipca 2023

Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony

Po paru kremach, które okazały się porażkami wróciłam do tych znanych i uwielbianych, a potem zamówiłam trzy nieznanej dotąd marki, którą polecano mi już dawno. Chodzi o MasLove. Choć u mnie słowa "masło" i "miłość" w normalnym rozumieniu nigdy nie wystąpią obok, gdy chodzi o masła orzechowe (więc nie takie masła-masła)... no cóż, to wyjątek potwierdzający regułę.
Po zakupie nie pozwoliłam temu kremowi zbyt długo czekać w szafce. Raz - tak bardzo miałam ochotę na czysto orzechowy krem, że czułam, iż po prostu muszę zjeść jakiś 100%, a dwa... No, pekany. Byłam go bardzo, bardzo ciekawa. Nutura Masło orzechowe z orzechów włoskich, które to orzechy osobno kocham, był małym rozczarowaniem. Myślałam, że te orzechy pyszniej wyjdą w takiej formie. Może więc pasty to forma dobra jedynie dla łagodniejszych orzechów? Trochę podobne do włoskich pekany wydawały się chyba bardziej pasować. W dodatku gdy pomyślałam, że zrobiono go z orzechów pieczonych, a nie prażonych (nie przepadam za zbyt prażonymi nutami)... Aż ślinka kapała.

Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony to naturalny krem z pieczonych i zmielonych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu uderzył zapach pieczonych orzechów pekan poganiany... słonymi precelkami. Myślę tu o małych chrupaczach, także sowicie wypieczonych. Czasem to one wybiegały na pierwszy plan. Same orzechy zdawały się słodkawo-maślane i zaskakująco charakterne.

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, a to, jak wyglądał z kawałkami orzechów nie nastawiało optymistycznie. Zlałam jakieś 1,5 łyżki, około połowę łyżki zaś wymieszałam. Okazało się, że słowo "krem" nie do końca pasuje... Otóż zawartość pojemnika odebrałam jako zlepek różnej wielkości kawałków pekanów - drobinek, kawałków i kawałów - w gładkawo-suchawej masie i oleju. Mimo zlania większości z wierzchu, pasta sama w sobie wydała mi się oleista, jakby olej się z niej wyciskał.
Cechowała ją gęstość i zwięzłość. Kleiła się, z łyżki skapywała wielkimi grudkami.
W trakcie jedzenia potwierdziła się oleista tłustość, a także ogólna masywność. Mimo wszystko jednak nie wyszło to ciężko. Nawet na samym dnie część, która wyglądała na bardziej suchawą, jedzona okazała się oleiście tłusta.
Uwagę od powyższych cech odciągały kawałki. Było ich mnóstwo - w zasadzie to z nich składał się ten krem. Baza zalepiała na chwilę, po czym rozpływała się tłusto w umiarkowanym tempie. Nie żałowała oleistości. Z niej w końcu wyłoniły się kawałki.
Kawałki gryzione okazały się chrupiące i w większości twardawe, z czasem też serwujące tłustość maślano-oleistą. Niektóre były bardziej miękkie i jakby niemal surowe, parę zaplątało się aż krucho-trzeszczących. Całościowo, gdy ich mieszaninę gryzłam, zawarła jednak w sobie pewien suchawy element - chyba za sprawą skórek. I one chyba wywołały na koniec lekkie ściągnięcie (?).

W smaku pierwsza dynamicznie rozeszła się wysoka słodycz, przywodząca na myśl jasny, delikatny nugat z orzechów pekan posłodzony miodem. Wydało mi się to niemal urocze, słodziutkie wręcz, i trochę nieśmiałe. 

Maślaność miała w tym swój udział, lecz dosłownie po paru sekundach do słodyczy dopłynął olej. Wprowadził wytrawniejszy akcent, a jednocześnie jakby rozbił smak pekanów.

Te jednak się nie dały i już po chwili rozbrzmiały zachwycająco, jakby podkręconym smakiem orzechów o nieco maślanym charakterze. To było 200% smaku orzechów pekan, po czym zaczęły robić drobne aluzje do charakterniejszych orzechów włoskich.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam lekką goryczkę i nawet cierpkość. Należała do orzechów pekan w skórkach, ale wciąż robiła drobne wybiegi także do orzechów włoskich. To dodatkowo podkreśliła jakby drzewna nutka...

Drzewna czy drewniana? Palonego drewna i lasu? Ogniska w lesie? Pieczona nuta wyłoniła się wraz z kawałkami. Zasugerowała mocno wypieczone, drobne precelki (ale bez soli), a potem...mignęła specyficzną, orzechową soczystością, która skojarzyła mi się z kwaskiem lasu iglastego.

Rozgryzane kawałki orzechów kontynuowały wyrazisty smak pekanów. No, niektóre jeszcze próbowały przypomnieć o precelkach. Były po prostu esencją samych siebie. Średnio mocno pieczone orzechy pekan o maślano-słodkawym smaku raz po raz usiłowały podkradać się pod orzechy włoskie. Goryczka skórek wydała mi się nieco smakowo sucha i cierpkawa. Parę wydała mi się jakby gorzko spalona.

Właśnie pewna orzechowa cierpkość i sucha goryczka skórek została w posmaku wraz z pieczono-precelkowym echem, towarzysząc maślano-oleistym, słodkawym niczym miodowy nugat pekanom.

Krem okazał się ogromnym rozczarowaniem, zwłaszcza ze względu na strukturę. Liczyłam na krem... wolę wersje gładkie od "crunchy", a ta mało że "crunchy"... to był w zasadzie zlepek kawałków do chrupania, nie krem. Wszechobecna oleistość i suchawy motyw w smaku, cierpkość płynąca ze skórek - nie grało mi to. Akcenty pieczonych precli mi nie pasowały, ale na szczęście nie było ich wiele, ani zbyt napastliwe nie wyszły tak całościowo. Jednocześnie lekka słodycz, wyrazisty smak orzechów pekan wyratowały to wszystko jakoś tam... cieszę się, że spróbowałam, ale gdybym wiedziała, jak to wyjdzie, nie kupiłabym.


ocena: 7/10
kupiłam: maslove.pl
cena: 25 zł za 200g
kaloryczność: 690 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 100 % pieczone orzechy pekan

piątek, 28 lipca 2023

Sabadi Cruede Raw Chocolate 90 % ciemna surowa z Ekwadoru

Gdy tylko uzmysłowiłam sobie, że wszystkie Sabadi to czekolady typu Modica, a więc z kryształkami cukru, znając też neapolitankę Zucchero sugar-free chocolate 100% Cacao, wiedziałam, że 90% będzie najmniej problematyczna. Po 80 % w ogóle wrócił optymizm, że wreszcie będę mogła się wczuć w bazę, nie utyskując za bardzo na cukrowość. I tak jednak było mi bardzo smutno, bo chciałabym obie zjeść w zwykłym, gładkim wydaniu. Niby mogłam kupić setkę, ale właśnie to nie to... Jak dla mnie, czekolada musi mieć odrobinkę cukru. Tylko błagam... nie kryształkowego.

Sabadi Cruede Raw Chocolate 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90 % surowego kakao Nacional Fino de Aroma z Ekwadoru; typ Modica.

Po otwarciu poczułam wiśnie i cytryny, przeszyte poważniejszym, jakby nieco siarkowym kwaskiem i z ciężkim, alkoholowym tłem. Tu dominowało wino czerwone, może nawet jakiś winiak... ale też wyraźnie sporo białego wytrawnego czułam. Do głowy przyszedł mi szampan i słodkości stylizowane na niego. Mieszał się z pewnym orzeźwieniem. W tej kwestii sporo do powiedzenia miały kwiaty. Tchnęły rześkość i wprowadziły wysoką słodycz. Właśnie bardzo słodko pachniała wbrew pozorom ta czekolada. Czułam karmel i palony ciemny cukier, po prostu. Do tego trochę orzechów i kokosa, wpisujących się w słodycz. Całość próbowała być rześka, lecz ziemia jej na to nie pozwoliła, Wraz z gęstym dymem otoczyła całość. Mimo dymu, nie odebrałam kompozycji jako palonej (a tylko w kwestii cukru).

Twarda tabliczka była masywna i konkretna, co potwierdziło się przy łamaniu. Musiałam w to włożyć sporo siły! Wydała mi się nadzwyczaj pełna, gęsta. Trzaskała dość głośno. W przekroju była zbita i jakby sprasowana, gładka, a także trochę połyskująca od pojedynczych kryształków cukru.
W ustach rozpływała się łatwo, acz powoli. Najpierw była kremowo-mazista, gładkawa, lecz po paru chwilach zaczęła robić się trochę szorstka i ziarnista. A potem coraz bardziej i bardziej. Ujawniła tłustość i lekką oleistość, która niczym smar pokrywała podniebienie. Całość trochę zalepiała, jednak zaraz z ziarnistości wyłaniały się coraz to kolejne kryształki cukru. W dużej mierze rozpuszczały się wraz z masą. Trochę ją w tym poganiały i rozrzedzały. Sporadycznie zostawały na koniec, by chrupnąć.
Jak na typ Modica, wyszło to bardzo przystępnie.

W smaku pierwsza rozbrzmiała gorzkość. Była odważna i nieco ściągająca. Wyłonił się z niej dym, jakby najpierw tylko badając teren. W oddali przewinęła się cierpkość.

I nagle uderzyła kawa. Czarne, mocne espresso z pianką. Ewentualnie mocna czarna kawa z automatu. Cierpkość i pewna kwasowość rozgościły się w tym czarnym napoju, a za chwilę poczułam jakby wyraźnie smak jego beżowej pianki. Ta zaprosiła lekką słodycz, która jakoś w tle mignęła już nieco wcześniej. Nie pchała się jednak.

W tym czasie gorzkość kawę zmieszała z ziemią. Pomyślałam o zagaszonym wodą ognisku. Czułam pewną wilgoć, dym... I popiół! A także skały, kamienie - jakby palenisko było nimi otoczone. Mokre skały miały w sobie sporo rześkości, a także powagi.

Pianka espresso przytoczyła naturalnie słodkawe, a jednocześnie gorzkawe orzechy. Orzechy... włoskie? I migdały w skórkach.
Przy naturalnej słodyczy orzechów poczułam motyw kwiatów. Wilgotnych i miękkich płatków różowych róż oraz delikatnych kwiatów migdałowca. Słodycz częściowo rozwijała się jakby obok tych mocniejszych nut. Rosła powoli, nic sobie z nich nie robiąc.

W tle przewinął się kwasek. Najpierw mało spożywczy, kojarzący się z siarką, dymem... a potem też łagodniejszy. To były szpileczki, które nabierały ciągłości jako soczysty kwasek kokosa. Owoców?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość kontynuowała ziemistość. Pomyślałam o czarnej ziemi zlanej deszczem, a także asfaltowej drodze prowadzącej przez ziemiste tereny. I ona była mokra, po deszczu, specyficznie rześka. Mokry chodnik, mokre kamienie - ich gorzkość była i ciężka, esencjonalna, a jednocześnie miała w sobie lekkość deszczu.

Owoce zaserwowały cytrynę i wiśnie. Kwaśne i charakterne, połączyły się w nucie czerwonego wina. Kwitnące migdałowce-drzewa zasugerowały mu słodkawy akcent oraz motyw drewnianej beczki, w której mogło leżakować. Potem jeszcze przyszedł mi na myśl kompot wiśniowy.

Orzechy z kolei zyskały na słodyczy, otoczył je karmel. Epizodycznie pojawiał się wyraźniej, aż w końcu się wygładził, mieszał z czekoladą w miarę harmonijnie i wciąż rósł. Czasem z mocniejszymi wyskokami, gdy akurat kryształek znalazł się na języku. Karmel, palony cukier mieszał się ze słodyczą kwiatów, za którą optowała rześkość. W pewnym momencie to kwiaty i karmel wyszły na prowadzenie.

Akurat, by potem alkohole zasunęły trochę cierpkości. W głowie miałam teraz już białe wino, szampana, jakiegoś winiacza... Cierpkość cytryny je podkreśliła, po czym uległa wiśniom. Świetnie czuć przy tym surowość kakao! Wiśnie połączyły kwaśność i słodycz pomagając sobie czerwonym winem. Dojrzałe, słodko-kwaśne wiśnie z czasem weszły w skład w karmelowo-kawowego tortu z wiśniami. I migdałami?

Karmel przyśpieszył, podkreślił słodycz wiśni. Tort, wiśniowy kompot, wino podano razem z mnóstwem słodkim kwiatów. Ziemia i kawa jedynie majaczyły w tle. Dym... prawie zniknął, choć mignął mi jakąś papierosową, "liściową" nutą.

Posmak jednak był wyraźnie ziemiście-kawowy. Znów w głowie miałam chodniki i skały po deszczu, z wplecionym kwaskiem. Ten podkręciła soczysta cytryna. Nie było jednak bardzo kwaśno. Rześko kwiatowo i karmelowo słodko natomiast tak. Po zniknięciu czekolady czasem zostawały jeszcze pojedyncze kryształki i wtedy po prostu czuć cukier kokosowy.

Gorzkość dymu, chodnik, piwnica oraz wiśnie, róże, wysoka słodycz karmelu i melasy - to wszystko czułam w 80% i było to bardzo podobne do tego, co czułam w dziś przedstawianej. Tę jednak cechowała wyższa kwaśność i gorzkość. Słodycz chyba na zasadzie kontrastu ograniczyła się do łagodniejszego od melasy karmelu.
Bardzo podobna do neapolitanki 100%, tylko że właśnie jakby z dosypanym cukrem.

Czekolada smakowała mi, jednak nie tak, jak można by się spodziewać. Wyszła trochę jak setka z dosypaną szczyptą kryształków karmelowego cukru. Po prostu bardzo nie moja forma, ale też nie wydaje mi się najlepsza do prezentacji nut kakao. Ogrom dymu, skał, asfaltu, chodnika, kawy oraz orzechy i migdały, mnóstwo soczystości wiśni i cytryny, wino, kwiaty - wszystko to pasowało do lekkości cukru kokosowego. Niezwykle rześko to wyszło, a i karmel był na miejscu, jednak wolałabym, by wszystko to gładko wymieszano. Mam na myśli i gładki smak (bez takiego podskakiwania słodyczy), i konsystencję.


ocena: 9/10
kupiłam: EcoWybrane.pl
cena: 21,60 zł (za 50g)
kaloryczność: 477 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier kokosowy

czwartek, 27 lipca 2023

Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70 % ciemna z Kongo

Odkąd ostatnio jadłam jakąś czekoladę Original Beans minęło mnóstwo czasu. Do niektórych miałam wrócić, zdążyłam się stęsknić, a marka... trochę pozmieniać opakowania. To przeważyło. Może i coś w wytwarzaniu czekolady pozmieniali? Postanowiłam sprawdzić, zaczynając od tabliczki, która zyskała goryla na opakowaniu. Jadłam ją w 2016 jako Original Beans Cru Virunga 70 %.

Original Beans Full-bodied Virunga Park Congo 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Amelonado pochodzącego z okolic Parku Narodowego Wirunga w Kongo, wersja od 2022.

Czekolada uderzyła zapachem dojrzałych, soczystych wiśni, które osłodziła znacząco krówkami i karmelem. W tych pojawiła się ciepło-palona nuta. Z tła poprzez nią dobiegały mocniejsze akcenty. Odrobinka dymu? Kryła się w ziemi i drzewach. Pomyślałam o rześkości kwitnących wiśni.

Tabliczka trzaskała głośno, przy czym wydawała się dość delikatna. Mimo że była twarda.
W ustach ta delikatność poszła w gęstą i kremową miękkawość. Rozpływała się w umiarkowanym tempie. Tabliczkę cechowała śmietankowo-maślana tłustość i aksamitność. Smugami lepko-maziście pokrywała podniebienie. Potem, znikając odpuszczały, bo zmieniały się w sok, trochę ściągając.

W smaku przywitała mnie słodka krówka, a i dojrzała, miękka wiśnia zgłosiła swoją obecność.

Krówkowa słodycz wprowadziła nieco paloną nutę. Pomyślałam o cieple palono-prażonego karmelu, lecz z czasem robił się... rześki, specyficznie soczysty jak... miód? Albo dym z miodowo-soczystych kadzidełek.

Wiśnie rozkręciły się bardzo szybko. Bez trudu zajęły pierwszy plan. Czułam dojrzałe i miękkie, ciemne owoce w pełni sezonu na nie. Lekka cierpkość zdawała się podkręcać ich słodycz, a kwasku... prawie nie uświadczyłam, acz coś tam może w tle...? Ogólnie jednak wiśnie stanowiły motyw przewodni.

Od tego jednak z czasem uwagę odciągnęła ziemia. Trochę dymu zrobiło miejsce gorzkości, po czym zniknęło właśnie na rzecz rozgrzanej, czarnej ziemi. Porastały ją korzenie drzew, które rozgrzewało słońce. Paloność karmelu zmieniła się w jego złociste promienie, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam kwitnące wiśnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tak wzrosła, że pomyślałam o wiśniach w miodzie albo jakimś miodowo-wiśniowym dżemie. Może też jakiś słodszych czerwonych (np. malinach)? Goryczka, drzewność jednak przekierowały miód na suszone owoce, w tym wiśnie. Wyobraziłam sobie kakaowy raw bar albo jakąś "zdrową krówkę" z wiśniami. Wprowadziło to maślaność orzechów.

Orzechy nerkowca i jakby orzech kokosowy nieco złagodziły kompozycję, w tym słodycz, zastępując wcześniejszą tą swoją, łagodniejszą.

Wykorzystało to echo kwasku. Obok wiśniowego pojawiła się cytryna i... hibiskus? Pomyślałam o kwaśno-soczystym wątku wydobywającym się z jakiejś... herbaty? Cytryna przez moment jeszcze zagrała swą goryczkowatą skórką - może duszoną? Po czym jej kwasek niemal zniknął. Wiśniowy miał się nieco lepiej.

Herbaciany wątek przywrócił drzewa i ziemię. W ziemi poczułam wytrawniejszy motyw, wciąż związany z cały czas dominującymi wiśniami. Odrobinka czerwonego wytrawnego wina podkreśliła motyw kakaowo-nerkowcowego tworu z wiśniami. Pod koniec pomyślałam o nasączonym, soczystym cieście, występującym w akompaniamencie ziemi.

W posmaku zostały przede wszystkim wiśnie, ziemia i drzewa, ale też maślaność krówek i nerkowców. Do tego jakby słodka, kokosowa rześkość. Idealnie zgrywała się z wysoką soczystością dojrzałych, świeżych wiśni.

Wiśnie, jeszcze raz wiśnie i trochę sugestii suszonych owoców, herbaty świetnie wyszły z ziemią i drzewami. Podobało mi się, że nie była mocno prażona, a jakby rozgrzana słońcem.
Nowa wersja wydała mi się mniej dymno-prażona od dawnej, a przez to też słodsza (w dzisiaj opisywanej pojawiły się krówki, w wersji z 2016 najsłodszym elementem były maliny; do tego bardziej wytrawne elementy jak daikon czy marchewka zniknęły), bardziej "świeża", ale tak to... bardzo podobne były. Do rozpoznania jak najbardziej. Nieco inne, ale pyszne na jednym poziomie.


ocena: 9/10
cena: 24 zł (dostałam zniżkę, cena półkowa to 37 zł za 70 g)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 26 lipca 2023

Novi Nero Nero 88 % Cacao Extra Fondente Vigoroso ciemna

 Swego czasu naprawdę poważnie zaczęłam się martwić, co zrobię, gdy skończą mi się czekolady do degustacji. Miałam na myśli te, których jeszcze nie jadłam, a mam możliwość ich kupienia. Czy to miałoby oznaczać rzadsze pisanie recenzji? Odkrywać nieznane, opisywać mogłam też nieco gorsze, lecz i tych nie z najwyższej półki, ale jednak wciąż dobrych, wartych uwagi też widziałam dla siebie coraz mniej. Jestem sceptyczna do niektórych czekolad, które chcą wyglądać na ekskluzywne i mają wysoką zawartość kakao, a do marki Novi w ogóle mam mieszane uczucia, jednak tę kupiłam. Trochę w akcie desperacji, trochę z rezygnacją. Aby jakąkolwiek niejedzoną kupić, acz z wątłą nadzieją, że może pozytywnie zaskoczy.

Novi Nero Nero 88 % Cacao Extra Fondente Vigoroso to ciemna czekolada o zawartości 88 % kakao, produkowana przez Elah Dufour.

Po otwarciu poczułam poprzypalany biszkopt z morelami w towarzystwie kawy. Morele zagrzmiały i wyszły na pierwszy plan - były niezwykle jednoznaczne. Część należała do jakiegoś mocno przypieczonego keksu, część była świeża i soczysta. Słodka i z nutą... pestek! Bardzo wyraźną. Przeplotły się z nią orzechy, a także sporo palonego drewna, zapewniając harmonię z ciastowymi, przypalanymi nutami. Sporo czułam też masła, może trochę w nugatowym sensie, oraz palonej kawy. I jakby wszystko to było posłodzone wanilią.

Cienka tabliczka wyglądała na polewową i w takim charakterze trzaskała. Robiła to jednak bardzo, bardzo głośno i trochę głucho.
W ustach pozostała poniekąd twarda i zbita, rozpływała się powoli, początkowo niezbyt chętnie. Miękła powierzchownie. Szybko ujawniła swą wysoką i dość ciężką tłustość. Miała w sobie coś z lepkawej polewy, która gnie się, gnie i... choć opornie zaczyna się rozpływać, także z ociąganiem maziście znika.

W smaku najpierw rozeszła się gorzkość o spokojnym charakterze. Wydała mi się tak delikatna, że w sumie to raczej jedynie gorzkawość.

Otuliła ją słodycz wanilii, a w tle odnotowałam cierpkość miodu. Słodycz ogólnie zaczęła dość wyraźnie rosnąć. Nie robiła tego jednak ani specjalnie mocno, ani szybko. Sprawiała wrażenie w pewien sposób ciepłej... otarła się o przyprawy korzenne, po czym przeszła w prostą i trzymała się wyważonego, średniego poziomu bardzo długo.

Gorzkość za to trochę się nasiliła z racji palono-przypalonego wątku. Reprezentowało go palone drewno, ale ono mieszało się z czasem po prostu z drzewami. Je podkręciły migdały, a mi do głowy przyszły gorzkie pestki moreli.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bowiem pojawił się bardzo jednoznaczny, mocno przypieczony keks z morelami właśnie. Na pewno słodzony wanilią, choć słodki bardziej soczyście. Może też z innymi głównie słodkimi, a lekko tylko kwaskawymi, suszonymi owocami; bakaliami... Morele jednak dominowały.

Wyskoczyły na pierwszy plan. Pokazały się nie tylko jako słodkie, suszone owoce, ale też świeże i soczyste. Poczułam się, jakbym wgryzała się w soczysty miąższ moreli i... zębami trafiła na pestkę.

Ta przypomniała o palonym drewnie, które chwilami wydawało się zupełnie spalone, wplatało tym samym węgielną nutkę. I może cierpkość przypraw?

W wypieku z morelami zaczęłam też trafiać na migdały. Keks, biszkopt, ciasto - wiązało się przede wszystkim ze słodyczą. Ta nie wzrosła jakoś szczególnie, ale z czasem zaczęła zwracać na siebie więcej uwagi. W pewnym momencie wydała mi się trochę kwiatowa, kwiatowo-waniliowa.
Mimo to, także kwaskawe przebłyski czułam. Obok moreli, w tym może moreli czerwonych (kwaśniejszych od zwykłych), doszukałam się nieśmiałych czerwonych owoców i odrobinki wina. Czerwonego, cierpkawego... Nawet nieco ziemistego?

A jednak złagodzonego, jak i pestki, drzewa maślanością i ciastowością. Słodkie wypieki z migdałami pod koniec dominowały, ogólnie maślaność wyszła na przód.

Pod koniec cierpkość wina i lekka węgielność przywołały na pomoc kawę. Trochę kawy wykończyło kompozycję, podtrzymując się nawzajem z ziemią.

Po zjedzeniu został węgielny posmak spalonego drewna, kawowo-ziemista cierpkość oraz maślaność i słodycz nugatu migdałowego. Wydał mi się słodko-ciepły, trochę waniliowy... co też przypomniało o maślaności bardziej ciastowej i znów lekko przypalonej nucie. Ta wyszła jako gorycz... niby kakaowa, ale nie tylko.

Całość była w porządku, jednak nie zachwyciła mnie. Łagodzona maślanymi nutami zarówno w smaku, jak i konsystencji wyszła ciężkawo. Spokojna, ciastowa i prosta. Trochę przypalona, słodka w zwykły, ale nieprzesadzony sposób - przystępna. Jednocześnie miała parę ciekawych nut, np. jednoznaczne morele mnie zachwyciły. Trochę drzew i drewna, keks, wino, migdały - te również były miłe. Mogłoby być więcej gorzkości i byłoby cudnie.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,49 zł (za 75g)
kaloryczność: 632 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny ekstrakt z ziaren wanilii

wtorek, 25 lipca 2023

krem Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne

Po biało czekoladowym potworku, jakim okazał się krem Sticky Blenders Matcha z białą czekoladą, wystraszyłam się, co też sobie zrobiłam, kupując w okresie gwiazkowo-yulowym limitowany krem - obiekt dzisiejszej recenzji. Skusiły mnie pieczone a nie prażone migdały i cynamon; uznałam, że biała czekolada to pewnie subtelny dodatek. Po podlinkowanym jednak autentycznie się bałam... I choć z jednej strony chciałam zabić złe wspomnienie i sięgnąć po jakiś np. czysty, ale z drugiej... Co miało to nade mną wisieć? Potencjalnego biało czekoladowego mordercę chciałam mieć z głowy.

Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne to "naturalny krem z pieczonych na złoto migdałów kalifornijskich, belgijskiej białej czekolady i chrupiących ciasteczek korzennych"; edycja limitowana na zimę 2022/23.

Po otwarciu poczułam ciepły, korzenny zapach pieczonych migdałów i cynamonu, z wpisaną w nie naturalną słodyczą. Ta została mocno podkręcona słodyczą białej czekolady, wprowadzającej też śmietankowo-maślane nuty. Migdały za jej sprawą wydawały mi się, zwłaszcza po przemieszaniu i w trakcie jedzenia, wręcz nugatowe. Ciastka korzenne pokazały się trochę jako takie pokryte i przygłuszone jakimś lukrem czy glazurą, cukrowe.

Olej nie wydzielił się ani trochę, a krem całościowo był bardzo gęsty i zwarty, masywny. Wydał mi się trochę wilgotnie ciastowy - plaskał przy próbie mieszania czy nabieraniu na łyżeczkę. Widać, że ciasteczka też zmielono na miazgę, jak migdały. W dodatku miał element zagęszczenia czekoladą. Brak w nim kawałków migdałów czy orzechów. 
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i zwięzłość kremu, ale na jaw wyszła też pewna miękkość i... straszliwa kryształkowa cukrowość. Kojarzył się trochę z chrupiącą od cukru masą na ciasto oraz wilgotnym, konkretnym spodem do ciasta z np. zmielonych ciastek i migdałów (ale właśnie... nie kremem z nich, a ciastowym spodem). Ciastka ewidentnie w większości zmielono wraz z migdałami, co dało fatalny efekt chrupiącego cukru (kremu z ciastek i cukru?). Czuć ciastkową mączność oraz kremowość maślano-śmietankowej czekolady. Ta dodała też lekką proszkowość, zgrywającą się z mączno-cukrowymi ciasteczkami. Ciastka nadały paście twardo-okruszkowego charakteru. Trochę gęsto zalepiała usta, po czym rozpływała się w umiarkowanie szybkim tempie, uwalniając je na język. Nie był to orzechowo-miazgowy (tak lubiany przeze mnie) element, a twarda chrupkość. Ona w zasadzie już w pierwszych sekundach aż krzyczała: "chrup mnie". W kremie wystąpiły tylko małe kawałki i drobinki ciasteczek, nie migdałów. Były typowo twardo cistkowe i cukrowo kryształkowe.
Ciastka prawie się nie rozpuszczały, zostawały, gdy krem już zniknął. Gryzione wtedy nadal były twardo-kryształkowe.

W smaku pierwsza uderzyła cukrowa słodycz białej czekolady, kojarząca się trochę z białoczekoladowym lukrem. Dogonił ją motyw delikatnych, pieczonych migdałów, które wprowadziły korzenne ciepło.

Ostro-słodki cynamon prędko to wykorzystał. Przemieszał się z białą czekoladą, przez co zrobiło się trochę duszno, ciężko. Jednocześnie nieco ją przełamał. Słodycz już nie rosła, acz stała na dość wysokim poziomie (konsystencja sprawiała, że większość uwagi skupiała się właśnie na niej). 

Biała czekolada, choć wiązała się głównie z białym cukrem, mocno emanowała też śmietanką i masłem. Wyłapałam też nutę mleka w proszku i trochę mączny element bardziej ciastkowy. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pieczone migdały utworzyły "zimowy", ciepły klimat. Podkręcały się nawzajem z ciastkami korzennymi. Smak ciastek korzennych z kryształkami cukru jednak rozszedł się wyraźniej. Migdały zostawały w tyle. Delikatne, trochę naturalnie słodkawe, leciutko pieczono-wytrawniejsze migdały wręcz uciekały pod naporem słodkiej reszty. Wyobraziłam sobie twarde, sowicie wypieczone ciastka korzenne w lukrze, glazurze czy czymś takim i z chrupiącym cukrem. Lekko cukrowa słodycz białej czekolady już o to zadbała.

Z czasem biała czekolada wydała mi się nieco drapiąca, do czego dołożył się też słodko pikantny cynamon. Może także echo goździków? W pewnym momencie śmietankowo-maślana czekolada i cynamon wypchnęły ciastka korzenne na przód, że wraz z cukrowością zupełnie zagłuszyły migdały - aż w ciemno nie powiedziałabym, iż krem w ogóle je zawiera! Czułam się, jakbym jadła ciasteczkowo korzenny krem z kryształkami cukru.

Gryzione kawałeczki i drobinki kontynuowały pieczono-korzenny, lekko ostry wątek oraz cukrowość. Jakby były to jakieś... karmelizowane kawałki ciastek?

Po zjedzeniu został posmak białego cukru, ciężkiej, maślano-śmietankowej i bardzo słodkiej białej czekolady oraz cynamonowych ciastek - z zaznaczoną mącznością i cukrowością. Łagodne migdały i jakby drzewne echo niby też czułam, acz bardzo delikatnie. Na pewno było mi za cukrowo, za słodko, aż drapiąco w gardle.

Ten krem sprawił mi wielki smutek... To kolejne rozczarowanie produktem marki, którą wielbię. Wyobraziłam sobie coś cudownie korzennego, zimowego, a tu... trafiłam na przesłodzony krem z ciastek. Wyobrażałam sobie tradycyjny krem migdałowy, a z ciasteczkami - past ze zmielonych ciastek bowiem unikam (uważam je za głupawy produkt). Biała czekolada i cynamonowa ciasteczkowość wyszły strasznie ciężko i w ogóle jakby to nie był krem z migdałów, a z ciastek z kryształkami cukru. Pieczone, delikatne migdały jakoś się zgubiły. Nie mogę jednak zupełnie kremu zjechać, bo... poniekąd był, czym być miał, ale... podobny wariant można by lepiej wykonać. Ten to może... zdrowsza alternatywa dla kremów ze zmielonych ciastek i kremów marshmallow? Właśnie to największy problem z tym kremem. W zasadzie nie był taki strasznie przecukrzony, przesłodzony i cukrowo-cukrowy realnie. Po prostu jedząc go, uwagę skupia się głównie na cukrze przez cukrową strukturę. Ona też nie była realnie cukrowa - w dużej mierze to ciastka wyszły jak chrupiąco-rzężący cukier.
Przy tym kremie w ogóle aż zaczęłam się zastanawiać, czy jeszcze - choć teoretycznie - lubię ciastka korzenne. Chyba nie? Ocenę może i mogłabym na 5 naciągnąć, siląc się na obiektywizm, bo to ja skrajnie nie lubię białej czekolady i cukru, a że chyba też ciastek... to nie jestem grupą docelową dla takiego kremu. Nie potrafię jednak. Nie przekonał mnie do takich wariantów ani połączeń - bo w dodatku bez sensu wydało mi się zestawienie ciastek korzennych i białej czekolady.
Nie mogę uwierzyć, że zrobiła to marka od boskiego Sticky Blenders Migdał Vegan.

Po sporej łyżeczce nie miałam ochoty na więcej, ale zjadłam może jakąś 1/6. Potem jednak cukrowość mnie wykończyła i po prostu dalej nie dałam rady. Oddałam Mamie. Ona próbowała trochę łyżeczką i, jak to powiedziała "nawet całkiem sporo" z waflem ryżowym, ale i ona była zdegustowana. Stwierdziła: "W ogóle tam migdałów nie czułam, ciastka korzenne za to tak, ale głównie cukier. Miałam wrażenie, jakbym głównie cukier chrupała. Straszne to, aż mnie zmuliło i nawet wafel ryżowy nie pomógł". Żadna z nas też nie ma pomysłu, do czego niby taki w zasadzie cukrowo-ciastkowa pasta mogłaby pasować.
Zmarnowany potencjał... za nic bym nie powiedziała, że to siostra boskiego Sticky Blenders Migdał.
Reszta trafiła do ojca, który krem opisał tak: "może być. Może trochę mdły, dla mnie mógłby być trochę słodszy". Przyznaję, że byłyśmy w szoku, jak przeczytałyśmy tego SMS-a.


ocena: 4/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 35 zł za 200g
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały kalifornijskie 80%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa), ciasteczka korzenne (mąka pszenna, cukier, przyprawy, sól)

poniedziałek, 24 lipca 2023

Sabadi Cruede Raw Chocolate 80 % ciemna surowa z Ekwadoru

Tę czekoladę, podobnie jak jej "siostrę" o wyższej o 10% zawartości kakao i Sabadi Il Cioccolato Taormina 60 %, kupiłam sama. Surowa 80tka po prostu przemówiła do mnie na jednej ze stron internetowych, mimo że marki nie znałam. Gdy jedząc otrzymane jako gratis do zamówienia neapolitanki odkryłam, że Sabadi prawdopodobnie wszystkie swoje czekolady robi we włoskim typie Modica (z kryształkami cukru), załamałam się trochę. To się władowałam! Aż wstyd, jednak... na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że nigdzie nie było napisane, że to takie twory. Po Sabadi Zucchero sugar-free chocolate 100% Cacao i ogólnie, wychwytując spod cukru, czułam, że mają pyszne bazy - to właśnie je chciałam poczuć, nie cukrowość.
Czytając o tej czekoladzie, dowiedziałam się, że Sabadì kupuje ziarna kakaowe bezpośrednio od producentów w Ekwadorze, a ziarna obrabia w temperaturze nieprzekraczającej 42 stopni. Taką czekoladę można nazwać surową - żadna bowiem nie jest zupełnie niepoddawana obróbce termicznej. Sabadi swoich tworów nie konszuje. Chwali się, że używa jedynie dobrze sfermentowanych (ta, bo gdyby było inaczej, na pewno by napisali...), które przetwarza na zimno, praży krótko i właśnie, jak już wspomniałam, w niezbyt wysokich temperaturach.

Sabadi Cruede Raw Chocolate 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % surowego kakao Nacional Fino de Aroma z Ekwadoru; typ Modica.

Po otwarciu uderzył soczysty i wytrawny zapach czerwonego wina z mocnym, ziemistym tłem. Czułam gorzkość dymu (ale nie paloną nutę) oraz płatków róż. Ich goryczka mieszała się z nieco gnilną słodyczą, a ta zaprosiła też podfermentowane, przejrzałe wiśnie, dopasowujące się do wina. W tle pojawiły się też migdały w skórkach, nutka wilgotnego ciemnego chleba i rześkość. Cytrusy tchnęły ją w kompozycję, dodały kwaśności. Przełamały też karmelowo-melasową słodycz, która chyliła się w ciężkim kierunku. Całość nie była lekka (acz ciężka też nie).

Tabliczkę cechowała twardość i masywność. Przy łamaniu wydawała dźwięk łączący średnio głośny trzask potwierdzający jej "pełnię", masywność, ale też zdradzający skrzypienie cukru. Przekrój miała zwarty i ziarnisty, z pojedynczymi lśniącymi kryształkami cukru, których na szczęście za wiele nie dostrzegłam.
W ustach rozpływała się powoli, ale bez oporu. Początkowo wydała się kremowa, jednak już w ciągu kolejnych sekund ujawniła szorstkość i ziarnistość. Była tłusta, odrobinę oleista. Kryształki cukru szybko zaczęły zaznaczać się na języku, wyłaniając się z gęstej mazi i rozpuszczając wraz z nią, jakby wmieszane w nią nie chciały się od niej odłączyć. Rozpuszczając się, dodawały jej wodnistego efektu, pojedyncze zostawały już na sam koniec, by sobie chrupnąć, ale... w przypadku tej czekolady nie były nadto irytujące. Dało się je znieść.

W smaku pierwsza, niczym grom, uderzyła gorzkość. Skojarzyła mi się z dymem (ale nie chodzi o nutę palenia / prażenia) i chłodną, wilgotną ziemią. Pokryły ją liście tabaki, wilgotniejące i nasiąkające od niej.

Po chwili odnotowałam cukier. Karmelowo-melasowy, szlachetny, ciemny. Szybko wsunął słodycz między inne nuty, ale obyło się bez zgrzytów, bo miał w sobie pewną rześkość. Pomyślałam o rosie i mgle. Cukier wyszedł jakby zgaszony i z wpisaną goryczką.

Rześkość zaraz wydobyła i podkręciła cytrynę tak, że na chwilę wyskoczyła ponad wszystko inne. Była kwaśna, soczysta, a także z echem goryczkowatej skórki. Nasączyła ziemię. Ziemistość szalała dzięki surowemu kakao. W pewnym momencie kwasek, mieszający się z goryczką wydał mi się wręcz siarkowy. Nie mogę jednak powiedzieć, by czekolada była szczególnie kwaśna - o to już dbała karmelowo-cukrowa słodycz oraz echo kawy.

Cytryna po chwili wprowadziła też kwaskawo-wytrawne czerwone wino. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cytryna nieco zwolniła, a na pierwszy plan wpłynęło czerwone wino. Ziemia i dym, jakby piwniczny motyw dodały mu charakteru. Pomyślałam o leżących w piwnicy drewnianych beczkach z winem.

Słodycz przewijała się przez to epizodycznie. Pobrzmiewała leciutko cały czas, czasem wychylając się jako silna i wyrazista. Podskakiwała nagle, zaskakując swoim intensywnie karmelowo-melasowym smakiem. Bez trudu za jego sprawą wchodziła w bardziej gorzkie wątki.

Beczki i liście tabaki z czasem zmieniły się w migdały. Słodycz podpowiedziała też kokosa. Oczami wyobraźni patrzyłam na całego orzecha kokosowego oraz migdały w gorzkawych skórkach. Trochę łagodziły kompozycję. A liście, wysuszone, lecz zawilgocone, przemknęły w słodycz.

Wino za sprawą słodyczy przeszło w nutę zawilgoconych, wilgotnych płatków róż. Dominowały świeże. Raz czy drugi pomyślałam o płatkach róży ucieranych z cukrem; konfiturze różanej. Karmelowy wątek był bardzo znaczący, a jednak pod koniec (wbrew obawom) trochę się krył. Podsunął za to dojrzałe, a nawet przejrzałe, nieco podfermentowane wiśnie. Słodycz w pewnym momencie wydała mi się aż przypalono ciastkowa - mowa o migdałowych wypiekach z różnymi takimi "dżemikami". I posypanymi suszonymi płatkami róż?

Melasowo-karmelowa słodycz zmieniła wilgotną ziemię i motyw mokrego asfaltu, który pod koniec jej towarzyszył, w kawę. Słodką, karmelową, ale też gorzką. W pewnym momencie jakbym te słodkości nią przepiła i... Ziemia z echem dymu i w niej podkreśliła jednak też kwasek. Cytryny? Trochę przenikliwie siarkowy?

Długo utrzymujący się posmak należał na pewno do cytryny oraz ziemi, jak również delikatniejszej kawy i migdałów... Czy raczej migdałowych ciastek z płatkami róży? Czułam palono-przypaloną słodycz melasy, aż nieco za mocną, gdy akurat po czekoladzie został jakiś kryształek. Normalnie, gdy nie zostawał, wcale za słodko nie było.

Całość bardzo mi smakowała i bardzo zasmuciła. Choć typ Modica, a więc kryształki, tu aż tak nie dawały się we znaki... były i trochę w język drapały, odwracając uwagę od smaku przepysznej bazy. Ta bowiem serwowała gorzkość ziemi, dymu i kawy oraz cytrynę, wino i wiśnie. Cudnie w tym wszystkim wyszła surowość kakao! Płatki róż, zawilgocenie, migdały - wszystko to w zasadzie nawet bardzo do karmelowo-melasowej słodyczy i rześkości cukru kokosowego pasowało, jednak naprawdę... ileż bym dała, by wszystko to poczuć w formie gładkiej, bez kryształków... Nie obniżam za nie oceny, bo po prostu mogłam przed zakupem porządnie doczytać*, co robi Sabadi (czekolady włoskie).
*Chociaż nigdzie tak wprost nie piszą, że robią inny typ, niż tradycyjny. A przecież nie każda czekolada włoska musi być taka, nawet nie każda z miejscowości Modica chyba musi być z kryształkami (?).

Bardzo podobna do neapolitanek, acz mniej słodka (w nich wyraźnie też czuć nuty wnoszone przez dany cukier), a bardziej kwaskawo-ziemista, gorzka. Dym, migdały, róże, wino i wiśnie, cytryna, trochę kawy - wszystkie nuty Ekwadoru czuć dosadniej,  nie zagłuszył ich cukier, a w dodatku surowe kakao też pokazało swą moc, odciągając uwagę od cukru. Konsystencja tłustszej, bardziej kakaowej tabliczki też o wiele lepiej zaabsorbowała kryształki.


ocena: 9/10
kupiłam: EcoWybrane.pl
cena: 21,60 zł (za 50g)
kaloryczność: 576,6 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier kokosowy

sobota, 22 lipca 2023

Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate ciemna z Wenezueli

Kocham czekolady Amano i żałuję, że w sumie w ofercie mają tak niewiele. A w Polsce jeszcze z dostępnością problem! Stąd, gdy tylko dostrzegłam nieznaną mi Amano na The High Five Company, byłam na nią zdecydowana. Właściwie, m.in. ona była moją motywacją, by skontaktować się ze sklepem, czy możliwe jest zamówienie pojedynczych tabliczek z kategorii "dla sklepów".

Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wenezueli, z okolic wioski Ocumare.

Po otwarciu poczułam wyrazisty duet kawy i drzew, związany ziemistym "sznurem", a także jakby motyw... gorzkiego chodnika? Poprzez niego wemknęły się gorzkie przyprawy, w tym kardamon i coś nieco wytrawniejszego, ale zarazem słodko-korzennego... kolendra-przyprawa? Soczystości nie brakowało. Choć płynęła też od przypraw, należała głównie do jeżyn i suszonej, ale bardzo soczystej żurawiny. W tle zawinął się jakiś cytrus... Chyba pomarańcza. I wędzona śliwka, ewidentnie z nutką dymu. Owoce stworzyły w mojej głowie obraz kaszy manny z owocami; czegoś owocowego, ale na ciepło. Było to też wyraźnie słodkie słodyczą miodu, acz też jakby "ciepłego".

Bardzo twarda tabliczka podczas łamania trzaskała głośno w nieco kruchym tonie, choć nie kruszyła się. Była masywna jak zbita skała, esencjonalna, ale zdradzała, że w ustach może się to zmienić.
W nich rozpływała się bardzo wolno i błogo leniwie. Zmieniała się w coraz bardziej mięknący, śmietankowo-pełny i gęsty, zbity krem; jakby grudkę kremu. Zawarł w sobie lekką suchość i kropelkę soczystości.

W smaku pierwsza przywitała się bardzo słodka pomarańcza, po czym część słodyczy nieco od niej odpłynęła. Czułam też... słodycz inną, bardziej dymno-paloną, trochę nasuwającą na myśl przyprawy.

Pozostała część słodyczy została przy owocach, zatapiając pomarańcze w miodzie. Rosła ogólnie, więc pomyślałam o jasnym miodzie też czystym, samym. Acz jakimś bardziej rześkim, np. akacjowym.

W tym czasie w tej rześkości pojawił się anyż i lukrecja. Podkreśliły przyprawy i gorzkość. Gorzkość prędko się umocniła, acz wydała mi się nieco leniwa. Do głowy przyszedł mi chodnik i ziemia... po których powoli przesuwał się dym? Mimo to, całość nie wydawała się bardzo palona, bardziej jakby nasączona i przesiąknięta dymem. Była rześka - przyprawy to zapieczętowały, bo oto jakby soczyście-korzenne kuleczki kolendry posypały się po wilgotnym podłożu.

Pomarańczowa nuta wcisnęła się w dżem z jakiś ciemnych owoców. Był bardzo słodki, doszukałam się w nim nuty palonego, karmelowego cukru (wciąż szlachetnego), po czym owoce ruszyły zdecydowanie, acz też w słodkim kontekście. Czułam przede wszystkim powidlano-wędzone śliwki. Otaczał je dym, krył kwasek. Tego znalazło się tam niewiele.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przyprawy skupiły się na gorzkości, lecz i ostrość fundowały. Kardamon, goździki, lukrecja - wszystkie one były tak wyraźne, że myślałam, iż zaraz przełożą się na odrętwienie języka. Ze spokojem połączyły niemal chłodną rześkość i prawie pikantne ciepło.

Nagle jednak pojawił się łagodniejszy wątek. Przy owocach zasugerował delikatną kaszę mannę. Wyobraziłam sobie miskę z nią i owocami, wszystko może lekko posłodzone miodem.

Śliwki zaprosiły żurawinę. Pomyślałam o suszonej, ale soczystej, typu miękkiego (np. Helio So Soft, o których pisałam na Instagramie). Czyżby zaplątały się tam jakieś pojedyncze jeżyny? Śliwka z żurawiną zdecydowały się na tylko sugestię kwasku.

Łagodniejsza mgiełka dotarła też do ziemiście-gorzkich stref. Dodała im trochę maślaności, kojarząc się z delikatnymi, naturalnie słodko-maślanymi nerkowcami. Kasza manna zmieniła się właśnie w nie. Przyprawy wsypały się... do gorzkiej, czarnej kawy. Była mocna. Podkreśliły ją drzewa i lekka orzechowość. Pomyślałam o drewnie palonym, nasiąkniętym palonością i dymem, ale już dawno zagaszonym. Wróciła myśl o gorzkim, mokrym od deszczu chodniku i ziemi.

Słodycz w deszczową rześkość też próbowała się wpasować, gdy tak gnała przed siebie. Połączyła miód o ostrawym charakterze z echem palonego, zadymionego cukru oraz lukrecją, anyżem.

Po zjedzeniu został posmak kawy - tu już zadeklarowała się wyraźniej - osnutej nutami dymu, węgla, popiołu... Mieszały się z przyprawami: lukrecją i kolendrą, a także słodką soczystością. Ta należała do ciemnoczerwonych, niejednoznacznych, jakby podkręconych pomarańczą. Do tego czułam echo maślanych orzechów nerkowca i zaskakująco w tym momencie niską słodycz.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, a moim jedynym zarzutem jest tak silna i znacząca słodycz. Może też nieco nazbyt spokojny charakter... Miód, palony cukier, słodycz owoców i przypraw - słodycz była wszędzie. Kwasku niewiele, mimo nut soczystej żurawiny, śliwek i pomarańczy. Wszystkie wyszły jakoś głównie... słodko. Podobała mi się esencjonalna gorzkość kawy, chodnikowo-ziemiste skojarzenia. To, że tonowały je akurat nerkowce też w sumie na plus (dobrze, że one, a nie coś innego). I wreszcie przyprawy! Jakże wyraziste i jednoznaczne. Lukrecja, anyż, kardamon - ich goryczka, rześkość, ostrość ciekawie wszystko przeszywały. A jednocześnie... to chyba też umacniało słodycz (choćby i kontrastowo?).


ocena: 10/10
cena: €8,45 (za 85g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, całe ziarna wanilii