niedziela, 11 czerwca 2023

krem Sticky Blenders Migdał Vegan

To jedna z past Sticky Blenders, która ciekawiła mnie najbardziej. Gdy zobaczyłam jej jaśniutki kolor, przepadłam. Czyżby z blanszowanych migdałów? W dodatku - tak ogółem - urzeka mnie leciutkie prażenie tego producenta. Obstawiałam więc, że będzie to pokaz bezkresnej, naturalnej słodyczy migdałów. Chciałam ją poczuć, o tak! Wszak pasty migdałowe dotąd jedzone trzymały się raczej wytrawniejszych klimatów. A poza tym, zawsze mam też tak, że jak natnę się na wyjątkowo nie mój krem, to potem czuję potrzebę sięgnięcia po jakiś bezpieczniejszy. 

Sticky Blenders Migdał Vegan to "naturalny krem z lekko prażonych migdałów kalifornijskich"; produkt wegański.

Po odkręceniu bardzo się zdziwiłam, bo zapach był tak delikatny, że prawie... żaden. Po przemieszaniu i w trakcie jedzenia dał się poznać jako leciutko miodowo-mleczny, trochę jak takowy nugat, a trochę w ogóle jak mleko z jasnym miodem. W dodatku z echem białej czekolady?

przed i po uporaniu się z olejem
Oleju na wierzchu wydzieliło się sporo - zlałam jakieś niecałe 1,5 łyżki, a parę kropel już mieszających się z masą przemieszałam.
Krem trochę mnie zaskoczył swoją rzadkością. Był lejący, ale nie oleisty, a w pewien sposób pełny. Nie ciągnął się jednak specjalnie. Gołym okiem widać w nim za to średnią ilość małych kawałków i dosłownie drobinek migdałów, mimo że ogólnie wydawał się raczej gładki.
Podczas jedzenia krem wciąż niby w pewien sposób był rzadkawy, ale w ustach potwierdził swoją pełnię, konkret, niesamowicie jakby gęstniejąc i zaklejając zupełnie. Obklejał zęby i podniebienie - był trochę jak klejo-smar. Tłustawy i syty, jednak zaskakująco nietłusty, nieciężki. Nie czułam w nim żadnej oleistości. Wciąż wydawał się bazowo gładki, choć z czasem wypuszczał z siebie drobinki i rozmaite kawałki migdałów. Te nieco ratowały od zaklejenia. Okazało się, iż było ich znacznie więcej, niż to wyglądało w pierwszej chwili. Krem zmieniał się w zbitkę kawałków, aż w końcu zostały tylko one.
Kawałki w większości gryzłam już na koniec, po zniknięciu masy. Mimo ich ilości, to czynność przyjemnie niewymagająca - tak delikatne były. W większości to drobinki, które miały wręcz świeżo-trzeszczącą strukturę. Były delikatne, niektóre niemal miękkawe, ale w świeży sposób. Trafiło się też sporo jakby kawałków płatków migdałów i kawałków twardszych, wręcz chrupiących migdałowych słupków.

W smaku od początku było delikatnie - jakbym miała do czynienia z jasnymi, delikatnymi płatkami migdałowymi. Pomyślałam o pozbawionych skórek, jasnych i niemal surowych migdałach.

Przytoczyły swoją naturalną, subtelną słodycz, która poszła w niemal mlecznym kierunku. Pomyślałam o mocno mlecznym, mleczno-śmietankowym nugacie migdałowym. Słodycz wzrosła, kojarząc się z mlekiem z jasnym miodem, może chwilami trochę bardziej z mlekiem z syropem klonowym - bo poczułam taką... roślinnie-drzewną nutkę?

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach te wręcz "śmietankowe" migdały wbrew pozorom migdałowością ogarnęły całe usta. Krem zmienił się dosłownie we wnętrze wyidealizowanego Raffaello (recenzja realnego z 2020) lub czegoś dobrego stylizowanego na nie. Do mleczno-śmietankowo-migdałowego smaku dołączyło niemal biało czekoladowe echo albo raczej... motyw biało czekoladowego mleka skondensowanego? A mimo wszystko słodycz nie szalała, była stonowana.

Z czasem migdały zaczęły wracać do tych bardziej surowych samych siebie w formie płatków migdałowych.

Gryzione drobinki kontynuowały właśnie świeżo-delikatny klimat. Okazały się niemal identyczne, co "płatkowa" nuta samej pasty - idealnie harmonijne z nią. Te jednak większe, kojarzące się z kawałkami słupków, wydawały się nieco bardziej podpieczone. Trafiły się też ni podpieczone, ni surowawe. Świetnie to wyszło.

Po zjedzeniu został posmak delikatnych, słodkawych w sposób miodowo-mleczny migdałów, które spokojnie mogłyby reprezentować smak wnętrza idealnej wersji Raffaello. Takich biało czekoladowych, kremowych... Delikatniusich i uroczych, niemal nieprażonych. 

Zakochałam się. Ten krem to subtelna bajka, migdałowo-śmietankowy ocean. Słodki, ale nienachalnie. Trochę miodu, pralinkowość - wszystko to było podporządkowane migdałom. Te mimo swojej delikatności nie wyszły mdło. Krem był jak zrobiony z płatków migdałowych, których nie lubię / nie używam ze względu na formę, ale smak? Cudo.
Konsystencja mogłaby być dla mnie co prawda nie tak lejąca, ale że w ustach błogo gęstniała, wybaczam jej.


ocena: 10/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 27,90 zł za 200g
kaloryczność: 602 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: migdały kalifornijskie (100%)

2 komentarze:

  1. Migdały to chyba najmniej lubiane przeze mnie orzechy, ale opisałaś krem w taki sposób, że i tak bym kupiła. Z blanszowanych jadłam kiedyś masło terrasany i było kompletnie bez smaku, tak że jeżeli już mnie coś najdzie, to wybieram te z całych migdałów. Btw, zawsze zlewasz ten olej? Ja poświęcam 10 minut życia, żeby wymieszać na gładko i uniknąć grudek suchej masy orzechowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie mam preferencji, czy wolę z blanszowanych, czy nie. Dużo zależy, jak to marka zrobi, bo z kolei ze skórkami, jak jeszcze przeprażą, to aż dziwnie wytrawnie mogą wyjść.

      Olej zlewam zawsze. Większość idzie do zlewu, ale nie zawsze i nie od razu. Zlewam go do słoiczka, a właśnie dobre 10 minut mieszam krem, by nie był suchy na dnie. Potem dodaję, ile potrzeba z tego słoiczka, pilnując, by nie za dużo, by krem nie był lejący. Olej wylewam do zlewu dopiero, gdy pastę zjem, bo właśnie i tak nigdy nie wiadomo, czy na końcu nie trafię na suchą grudę (zwłaszcza, gdy chodzi o duże sloiki, które na dłużej trafiają do lodówki).

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.