środa, 17 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron ciemna z Peru z migdałami i cytronem

Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).

Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).

W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.

Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.

Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.

Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).

W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.

Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?

Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.

Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.

Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.

Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy

wtorek, 16 czerwca 2026

Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto biała z ciastkami kakaowymi

Kiedy ojciec zaproponował, że kupi mi dziś przedstawiane czekoladę, byłam pewna, że to nadziewana. Wyobraziłam ją sobie jako podobną do Milka Oreo White Chocolate. Pamiętając Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, uznałam, że wezmę ją w góry, mimo że nie mam w zwyczaju brać tam nadziewanych (zbyt problematyczne i delikatne). Na krótko przed wyjazdem, gdy przepisywałam skład, tknęło mnie, że to chyba jednak nie nadziewaja. To wróżyło... chyba nieco lepiej? Tabliczki "cookies & cream" kiedyś lubiłam, więc może tak trochę sentymentalnie... Może miało być lepiej, niż myślałam? Ach, co ten Harry Potter ze mną robi, że się na takie rzeczy porywam!
Biorąc ją w góry, myślałam, że otworzę ją na Grzesiu, na którego weszłam ze Schroniska na Polanie Chochołowskiej żółtym szlakiem, ale warunki nie sprzyjały zdjęciom. Wyglądało za to, że chyba zaczynają się poprawiać. Nie poprawiły się jednak, a wręcz pogorszyły. Gdy szłam niebieskim na Rakoń, wiało i padało, a ludzie ostrzegali, że wyżej wieje jeszcze bardziej. Stąd uznałam, że lepiej nie czekać, bo zaraz w ogóle będzie padało tak, że rozmoczy mi czekoladę i wzięłam się za nią na Rakoniu, gdy padało nieco mniej. Wyglądało na to, że nie mam szczęścia do tej trasy, bo jak tak szłam parę lat temu, warunki były podobne.


Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto to biała czekolada z kawałkami ciastek kakaowych; na licencji Warner Bros.

Po otwarciu rozszedł się tanio-ciężki zapach białej czekolady, której w zasadzie bliżej do polewy niż czekolady. Na skojarzenie to grało głównie duszne mleko w proszku i echo kwasku. Słodycz męczyła nie siłą, bo w sumie byla przeciętnie wysoka jak na białą czekoladę, ale plastikowo-sztucznym wydźwiękiem. Za tym wszystkim po podziale, w trakcie jedzenia doszukałam się nutki kakaowych ciastek, ale tak słabej, że to mogło być myślenie życzeniowe.

Tabliczka, choć w dotyku bardzo tłusta, przy łamaniu okazała się twardawa. Ze względu na kawałki ciastek, wydawała się krucha, mimo że nie kruszyła się jakoś szczególnie. Całą wypełniał ogrom kawałków i kawałeczków ciastek, a do tego ciastka niemal zmielone na pył. Aż trudno zrobić kęsa bez nich, choć czyniąc to bardzo uważnie, po brzegach, dało się.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, tłusto w maślany sposób, zmieniając się w luźno-mazistą zawiesinę, która z czasem odsłaniała suche kawałki ciastek. Czekolada starała się pokazać jako gładka, ale chyba zaznaczyła się w niej pewna pylistość, umocniona kawałkami ciastek i ciastkami trochę podmielonymi. Odniosłam wrażenie, że dodano je bardzo integralnie, że niesamowicie trudno któreś wydłubać nożem (co próbowałam zrobić w domu). Kawałki ciastek nasiąkały powoli, częściowo rozpuszczały się na ziarnisty pyłek.
Ze dwa razy z ciekawości pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady. Ta wydawała się wtedy bardziej ulepkowata, a ciastka - rozpadając się na ciasteczkowy proszek pod zębami - dały się poznać jako suche, twarde i krucho-chrupiące. Wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada znikała tłusto i maziście, a w ustach zostawało parę drobnych kawałków ciastek.
Ciastka na koniec trochę się porozpuszczały, lecz utrzymały suchość. Były krucho-twarde, pod naciskiem zębów rozchodzące się na ziarnisty pyłek i coraz mniejsze grudki.

W smaku czekolada od razu rozbrzmiała mlekiem w proszku, za którym zaznaczyła się słodycz. Wydała mi się ugodowa i początkowo dość niska. Dominowało mleko w proszku.

Mleko dziwnie naaromatyzowane? Stanęła za nim maślaność, która sprawiła, że baza miała w sobie coś z białej czekolady, jednak i tak o wiele bliżej jej do polewy. Taniej i wręcz trochę dziwnie landrynkowej?

Niegryzione ciastka długo trzymały się z tyłu. Czasem jednak - gdy się skumulowały - dodawały specyficzny akcent ciastek z czarnego kakao, a'la Oreo. A czasem prawie ich nie czuć. 

Odrobinka samej czekolady, jaką udało mi się oddzielić smakowała wyraźnie tanią, sztuczną polewą z mleka w proszku. Nie przesiąkła ciastkami.
Ciastka same w sobie - choć porządne wydłubanie graniczyło z cudem - i spróbowane osobno okazały się przyjemnie gorzko-palone i wyraźnie kakaowe, w ciemno powiedziałabym, że to Oreo.

Gdy z ciekawości pogryzłam ciastka obok czekolady, trochę rozganiały słodycz, ale sztuczność wciąż miała się dobrze. Za to ciastka wydawały się nijakie. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko w proszku "popisało się" jeszcze niemal stęchłym akcentem, ale wtedy też zaczęły odwracać się proporcje. Słodycz zrobiła się za wysoka i męczyła ciężkim wydźwiękiem taniej białej czekolady lub polewy.

Słodycz aż mnie przytłoczyła, a także drapała w gardle. Tanio-ciężki motyw zapomniał o landrynkowości, ale nadal pałętało się tam sztuczne - jakby sztucznego mleka? - echo.

Bliżej końca z toni tandetnej białej czekolady zaczęły wyłaniając się lekko gorzkawe ciastka.

Ciastka gryzione na koniec wyszły wyraźniej kakaowo, tak, jak ciastka typu Oreo, ale ostrożniej słodkie i czasem trochę mączne. Były lekko gorzkie w spalony sposób. Mimo że intensywne, nie dały rady całkiem zatrzeć śladu po czekoladzie.

W posmaku wróciło sztucznie landrynkowe mleko w proszku. Mieszało się z duszną, drapiącą w gardle słodyczą i motywem mocno wypieczonych ciastek z czarnym kakao. One niestety zajęły ostatnie miejsce.

Czekolada była kiepska, bardzo tanio-tandetna, z okrutną sztucznością, ale zawarła w sobie ciastka, które nadrabiały. To, jak nadawały charakter białej bazie, może wciągnąć. Uwierzę, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, bez trudu przymknie oko na tani wydźwięk. Ogół był bowiem względnie ciekawy i... w sumie wyszło to zaskakująco dobrze w tej swojej taniości. Fakt, że mnie nie chwyciła, ale doceniam. Zjadłam w końcu połowę, a resztę już wcisnęłam Mamie.

Opinia Mamy: "Ta czekolada smakowała tandetnie, jak to białe czekolady, więc mi nie smakowała. Ale bez skrajnych odczuć. Ciasteczka też mi nie pasowały, bo to ewidentnie były takie jak Oreo, a ich nie lubię. Było jednak świetnie je czuć. Ogólnie muszę przyznać, że ciekawa. Uwierzę więc, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, to mu bardzo posmakuje".

Trochę jak Hershey's Cookies 'n' Creme, ale w smaku jeszcze tandetniej sztuczna, ale do Witor's dodano ciastka znacznie mniejsze, co lepiej pracowało. Ciastka były zrobione podobnie co w ogólnie lepszej Dove cookies&creme.
O niebo lepsza niż Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, bo kakaowe ciastka starały się zabarwić, zwalczyć sztuczność, zaś strzelające cukierki z podlinkowanej, ją umacniały.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 40g; jak wyżej, ale sprawdziłam w internecie)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, pokruszone ciastka kakaowe 5% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,4%: kakao, regulatory kwasowości: wodorotlenek sodu, wodorotlenek amonu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat), laktoza, emulgator: lecytyna sojowa; aromat

niedziela, 14 czerwca 2026

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % ciemna z Wenezueli, po zmianach 2025

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 była przepyszna. Wraz z tym, jak marka jakiś czas temu marka Chapon zmieniła swoje opakowania, zmieniły się też ceny, a w nowym opisie wyraźnie stanęło: "cukier". Nie "cukier trzcinowy" jak na początku mojej przygody z ich tabliczkami. Byłam bardzo negatywnie nastawiona do tych zmian, mimo że musiałam z grymasem stwierdzić, że nowe opakowania naprawdę zachwycały. Ze zdziwieniem odkryłam jednak, że czekolady nadal są pyszne. Mało tego! Nie czułam w nim chamskości białego cukru, co zdarza się naprawdę bardzo, bardzo rzadko. Normalnie jestem na niego wyczulona. Aż zaczęłam wątpić. A jeśli coś pokręciłam? Jeśli od zawsze mają taki sam cukier? Na przestrzeni miesięcy jednak, gdy wracałam do kolejnych lekko zmienionych tabliczek, odkrywałam drobne zmiany w smaku. Sięgając po dziś przedstawiana, czuła różne emocje. Z jednej strony strach, bo bałam się, że nie będzie to już 10/10, z drugiej radość do jednak prawie na pewno i tak pyszne czekolady. Nie dopuszczałam do siebie nadziei, że nie poczuję zmian. Niby przy tak małej ilości cukru można by pomyśleć, że jego zmianę można przeoczyć, ale z drugiej... W czymś tak dosadnie kakaowym, bardzo dobrze czuć obróbkę tego kakao i to, co mu towarzyszy. W dodatku, to na tej nowszej tabliczce napisali więcej o kakao: pochodzi z ponad 100-letniej plantacji Daniela Gonzalesa, La Sabaneta, która przypomina dziki las deszczowy i gdzie zachowały się stare rośliny. Właściciel plantacji płaci swoim pracownikom powyżej wenezuelskiej normy, a w dodatku zapewnia im 3 posiłki dziennie. Ciekawe, czy zawsze działali właśnie z nim? Dobrze też, że ten dziki kot z opakowania cicho wzywał mnie wzrokiem. Bo bym dalej że strachu odkładała.

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z 
90% gorzkiej czekolady, czystego kakao z Wenezueli, z regionu Choroni, z plantacji La Sabaneta; wersja od 2025.

Po otwarciu rozeszła się intensywna woń kwiatów i miodowej bitej śmietanki. Zaznaczył się za nią nieśmiały... karmel? Z pewną kwaskawą soczystością jednak, że może raczej... rodzynki? Takie mocno żywicznie-kadzidlane. W owocowej strefie doszukałam się też odrobinki cytrusów, ale równie dobrze można by je przeoczyć. Trafiłam za to na... akcent jagodowy? Jagodowo-bananowy? Kompozycja jawiła się jako bardzo słodka, jedynie z domieszką poważniejszych nut. Na te złożyło się coś palono-chlebowego, przypalony ciemny chleba i jakby pikantne... chlebowe paluchy, krakersy czy coś.
Dawna była wyraźnie mniej słodka, a jednocześnie bardziej jednoznaczna w kwestii chleba i krakersów.

Twarda tabliczka, która w dotyku była nieco pylista, a także tłustawa, przy łamaniu trzaskała głośno niczym skała.
W ustach długo zachowywała kształt, rozpływając się maziście i powoli. Połączyła zbitą maślaność z drobną oleistością, mimo że jej tłustość nie wydawała się wysoka, a właśnie nieco stonowana lekko pylistym wrażeniem. Odnotowałam też nienachalną soczystość, a na koniec uświadczyłam ściągnięcie.

W smaku tym razem przywitała mnie słodycz. Słodycz od razu rozchodząca się na dwa kierunki: z jednej strony wydała mi się niemal mleczna, z drugiej... zaznaczył się w niej nieśmiały kwasek?

Ta druga skojarzyła mi się z rodzynkami, które... spróbowały podkręcić cytrusy? Ledwo pomyślałam o nich, a już się wycofały i po kwaśności zostało jedynie echo.

Obecność odważnie zaanonsowała za to ziemia. Ustanowiła gorzkość dość wyraźną, a także przybrała ciepły charakter, jakby była rozgrzana, może wulkaniczna, a mnie przez głowę przemknęła smoła.

Słodycz, którą początkowo określiłam jako wręcz mleczną, przeszła w motyw białych kwiatów. Kwiatów stojących w wazonie z wodą. Były delikatne, niosły świeżość, ale nie szczędziły też słodyczy. Po chwili jednak... znów odnotowałam mleczność. Tym razem jako kwiatową, kwiatowo-miodową bitą śmietankę. Słodycz cały czas miarowo rosła i miała naprawdę sporo do powiedzenia.

Przy wzroście słodyczy kwasek znów spróbował coś ugrać: w tle cytryna próbowała zawiązać sojusz z rodzynkami. Wyszło to niezbyt jednoznacznie, ale na pewno kwaśno cytrynowo. "Cytrynowo z czymś" - przy czym trudno było uchwycić to "coś" zmieszanego z cytryną. W pewnej chwili pomyślałam o kwaskawym nabiale, ale nie mogłam tego uchwycić (w dawnej wyraźniej czułam kefir).

Chyba na zasadzie kontrastu ze słodyczą umacniała się także gorzkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do ziemi dołączył chleb. Smoliste nuty przeszły w pieczono-palony motyw, który skojarzył mi się trochę z ciemnym, czerstwym chlebem, a po chwili z ciemnych chlebem wilgotniejszym i kwaśnym. Nagle to on przejął sporą część kwasku.

Owoce jakby tylko na to czekały. Raz, drugi przebiło się coś kwaskawo-soczystego... cytrusowego. Acz zaraz część owoców uległa kwiatom i do głowy przyszły mi borówki amerykańskie, coś jagódkowego, właśnie pochowanego w kwiatach. Albo... jako owocowo-kwiatowe dżemy?

Jako że słodycz rosła, pomyślałam o jakiś wypiekach - rogalikiem? Podanych z nabiałem, kefirem lub kleksem kwaśnej śmietany. Może z dżemem / nadzieniem / smarowidłem... pomarańczowym? Takim z wyraźnie słodko-kwaśnych pomarańczy. Słodycz niby uczepiła się także owoców, ale te wywalczały też całkiem sporo kwaśności. Kwaśności... cierpkiej? Jakby w cytrusach ukryło się... np. kiwi?

Gorzkość wycofała się, przeplatając ziemię ziołami. Wyobraziłam sobie rześką szałwię, złagodzoną kwiatami. Chleb znów zastąpiła ziemia. Ziemia gorąca, wulkaniczna, wręcz dymna. Zioła - głównie jakby wręcz kwaskawa szałwia - współpracowały z nią.

Słodycz dziwnie wyszła na spotkanie z gorzkością, jakby próbowała ją załagodzić jakimś... słodkim, cytrusowym, znowu bardziej cytrynowym, kremem maślanym do tortu-ciasta, w którym przyprawy (?) i zioła idą w aż kwaśno-wytrawniejszą stronę.

Po zjedzeniu został posmak kwaśno cytrusowo-ziołowy i mocno kwiatowy. Możliwe, że w kwiatach kryło się też coś jagódkowego. Czułam też kwaskawy chleb i sporo ziemi.

Czekolada wyszła jednocześnie bardziej słodko i bardziej gorzko; kontrastowo. W Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 owoce zmierzały w nieco cierpko-niedojrzałym kierunku, a słodycz poprzez krakersowość wydawała się idealnie harmonizować słodycz i poważniejsze, gorzkie nuty. W dziś przedstawianej brakowało mi karmelowo-krakersowych motywów, a także integralnej kwaśności. W dziś przedstawianej jakby trochę tłamsiła słodycz, a ta - kwaśność - musiała o siebie walczyć. Brakowało mi tu... zgrania. Choć smak, nuty w zasadzie były te same, przybrały inny wydźwięk, bardziej kontrastowy, w którym co bardziej subtelne, zniknęło. Wciąż była pyszna, ale chwilami trochę zbyt kontrastowa, jakby przerysowana. Acz, co ciekawe, nie czuć tak jednoznacznie, że zmieniono cukier - można się domyślić, ale nabrałabym się, że za zmianami stoją inne kwestie (prażenie czy nawet zbiór kakao).


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: € 10,50 (za 75g; około 45 zł)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 13 czerwca 2026

krem GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan

Choć przejadłam w życiu naprawdę sporo kremów orzechowych, z orzechów pekan 100% jadłam tylko Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony. Niestety jednak przez jego formę, konsystencję nie mogłam się wczuć w smak tak, jak bym chciała. Zlepek kawałków orzechów do gryzienia? Niee, wolę kremowe kremy. A jednak sama jakoś nie szukałam, gdzie by tu zakupić inny z pekanów, ze względu na wysoką cenę, a jednak wątpliwy efekt. Wszak to bardzo tłuste orzechy i wiedziałam, że kremy z takich niekoniecznie muszą być zachwycające, co pokazały mi kremy z orzechów włoskich (na razie w kolejce do publikacji), jednych z dwóch moich najukochańszych orzechów. Gdy jednak zaczęłam współpracę z GymBeam, dziś przedstawiany był jednym z pierwszych słoików, o jakie poprosiłam. Opis ("Pokochasz jego delikatnie słodki, maślany smak, który z pewnością przekona każdego fana masła orzechowego") zachęcał. 

GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan to krem 100% z surowych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach surowych orzechów pekan z wyraźnym motywem niegorzkich skórek. Wyobraziłam sobie całe orzechy o naturalnej lekkiej słodyczy i wysokiej tłustości, aż trzeszczące pod naciskiem zębów, nie chrupiące. Po zlaniu oleju do kompozycji dołączyła jeszcze subtelna goryczka, kojarząca się bardziej z orzechami włoskimi.

Na wierzchu wydzieliła się bardzo duża ilość oleju, z czego zlałam jakieś 77g, czyli 19 łyżeczek (jak zawsze do słoiczka, na wypadek, gdyby trzeba było dolać więcej), a wymieszałam niecałe dwie łyżeczki. Co ciekawe, najpierw wydzieliło się jakieś 72g, nałożyłam sobie porcję, wstawiłam do lodówki. Kiedy przyszła pora na dokończenie kremu, wtedy na wierzchu znowu wydzielił się olej - te kolejne gramy. Zaskoczyło mnie to, bo zazwyczaj kremy orzechowe raczej podsychają i wtedy dolewam ze słoiczka odpowiednią ilość.
Krem wyglądał interesująco, bo pod warstwą oleju, patrząc przez słoik, wyglądał na dwukolorowy: beżowy z ciemnobrązowymi, niemal czarnymi zawijasami. Po przemieszaniu zrobił się ciemny, w odcieniu pekanowych skórek.
Mieszając ze zdziwieniem odkryłam, że wyglądało, iż z kremu nie uciekł żaden olej, bo nadal był bardzo tłusty. Mieszał się łatwo, bo ogólnie mimo konkretu, był tłustą, lepko-plaskającą masą.  Wydawało się, że olej aż się z niego cały czas wyciskał. Krem wyglądał na trochę jakby papkowato-ciastowy, ale też miazgowy, usiany mnóstwem drobinek i malutkich kawałków, a także skórek.
Jedzony przedstawił się jako tłusty, już trochę ciężko-przytykająco tłusty, ale nie tak okrutnie tłusty, jak można by się obawiać. Choć wyraźnie czuć oleistość, nie wydawała się jego najistotniejszą cechą. Rozpływał się w tempie średnim, na pewien czas jakby gęstniejąc, po czym jednak rozchodził się na coś, przypominającego bardzo tłustą, ciastowatą papkę i tłustą zawiesinę z drobinkami. Znalazł się w nim ogrom malutkich kawałków i drobinek, a więc uwielbiany przeze mnie efekt miazgowy, a także dosłownie parę większych kawałków. Trochę odciągał uwagę od tłustości.
Gryziony krem wyszedł całościowo chrupko.
Gryzione po zniknięciu bazy drobinki i kawałeczki były całkiem angażujące. Niektóre bardziej trzeszczące, inne masywniej chrupiące.
Po zjedzeniu pasta zostawiała sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku najpierw rozbrzmiała wysoka, intensywna słodycz, należąca do orzechów pekan o maślanym charakterze. Tłustość dała o sobie znać w smaku.

Słodycz wydała mi się bardzo dynamiczna. Czasem wyskakiwała ponad wszystko na poziom tak wysoki, jakby pasta była lekko dosłodzona. Słodycz ogólnie rosła, jakby jej się spieszyło, po czym... Zatrzymała się. Czasem w oddali zaznaczała się ledwo uchwytna goryczka. I... zaraz zniknęła?

Słodycz robiła się bardziej zachowawcza. Maślaność zaczęła ją coraz bardziej tonować, rozbijać. Sama nasilała się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że orzechów nie prażono. W głowie siedziały mi cały surowe orzechy pekan, co jeszcze wzmacniało smakowo tłusty wydźwięk kremu. Ewidentnie wraz ze skórkami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach goryczka trochę wracała. Czasem bardziej, czasem słabiej. Miałam wrażenie, że wiąże się z wyłaniającymi się z masy kawałeczkami. Nie wydawała się należeć do skórek, które jawiły się tu bardziej jako neutralne. Goryczka zerkała raczej w stronę orzechów włoskich.

Słodycz, choć już stonowana, trochę przyciszona, wciąż była obecna. Gorzkawość nasilała się pod jej przyzwoleniem. Czasem zaskakiwała na bardziej neutralnie-skórkowy tor... A chwilami pekany ze skórkami uparcie mieszały się z jakby echem goryczkowatego oleju z orzechów włoskich.

Gryzione na koniec kawałeczki orzechów pekan chwilami wydawały się jakby lekko podprażone. W większości jednak surowe, tylko przy niektórych zagarnięciach tak się ze mnie naigrywały. Kawałeczki połączyły w sobie słodycz z neutralnymi skórkami pekanów oraz goryczkę o różnym nasileniu. I w różnych proporcjach.

Po zjedzeniu został posmak gorzko-oleisty. Powiedziałabym, że mieszanki orzechów włoskich i pekan w skórkach. Pekany na koniec wywalczyły trochę maślanej słodyczy, wpisując ją w wizję surowych orzechów. Posmak wskazywał na krem i olej z orzechów, czuć, że to nie orzechy sobie chrupałam. Nie był zbyt przyjemny.

Krem wydał mi się ciekawy i smaczny, choć też mnie w sobie nie rozkochał. Podobał mi się surowy charakter orzechów. Zaskoczyła mnie początkowa wysoka słodycz i to, że w zasadzie trwała do końca. Gorzkość okazała się niska, czasem udawała orzechy włoskie, ale w negatywnym sensie, bo wyszła orzechowo oleiście - to trochę mi nie podeszło, ale też nie było złe. Jako że mieszała się z naturalną, maślaną słodyczą, nie męczyła, a współpracowała z resztą nut. Orzechy pekan całkiem nieźle wyszły jako krem, ale wolę je jednak po prostu, jako orzechy.
Konsystencja miała wady tylko te wynikające z natury kremu z pekanów, włoskich i tego typu orzechów. Gdy chodzi o wykonanie kremu, zrobili go w najlepszej możliwej opcji, czyli kremowo-miazgowej. Z drobinkami, ale nie kawałkami jak kremy typu "crunchy".

Choć zmogła mnie papkowata, tłustość i nie podobała mi się oleista goryczka, nie sądzę, by można było lepiej zrobić krem z orzechów pekan. Jasne, sama wolę jeść łyżeczką kremy z innych orzechów, od tego w zasadzie nawet wiele kremów, którym wystawiłam np. 8, ale to wybitny krem 100% z pekanów.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 40,90 zł za 340g
kaloryczność: 732 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy pekan 100%

czwartek, 11 czerwca 2026

Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Uwielbiam czekolady z Kongo odkąd tylko je poznałam, więc ogromnie się ucieszyłam, gdy Beskid wzbogacił swoją ofertę o taką. Działają z kakao od kobiecej kooperatywy Femmes de Virunga, która od 2016 daje niezależność i umożliwia rozwój ponad 1500 kobietom. Rolniczki te uprawiają kakao Amelonado w prowincji Północne Kivu, z okolic parku narodowego Virunga. Teren gór Ruwenzori nie tylko zapewnia niesamowity smak kakao, o czym piszą na stronie Beksidu, ale niesamowicie działa na wyobraźnię. Przynajmniej moją.


Beskid Chocolate Kongo Virunga Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao Amelonado z Kongo, z prowincji Kivu Północne, z okolic Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach gliniastej gleby mieszającej się z suchymi liśćmi czarnej herbaty. Normalnie czułam się, jakbym wsadziła nos w słoiczek / puszkę z herbatą, ale też taka już zaparzona, bardzo mocna przewijała się wśród tych wszystkich nut. Oprócz bowiem stabilnej bazy ziemi i herbaty, wystąpiło tu - acz zdecydowanie jako łagodne tło - całkiem sporo owoców i słodyczy, zgranych w jedno w nieoczywisty splot. Do głowy przyszła mi nieco jakby budyniowo-waniliowa cherimoya oraz banan, ukrywający cierpkawe zapędy karamboli i miechunki. A żeby nie było za słodko i za owocowo, poważniejszą herbatę podkreślało trochę ziół, w tym chyba rozmaryn.

Tabliczka ogólnie obiecywała masywność, a dotyk sugerował pylistość. Podczas łamania trzaskała głośno, właśnie w masywny sposób.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując kształt. Była maziście kremowa, a także nie mniej soczysta. Wszystko to wydało mi się bardzo wyważone. Na samym końcu pojawiała się jeszcze lekką, jakby suchą cierpkość.

W smaku pierwszą poczułam słodycz rześkiego owocu i budyniu, układających się w niecodzienny, ale dość jednoznaczny motyw cherimoyi. Właśnie słodko-waniliowo smakującego owocu. Dołączył do niego banan, a słodycz już bez najmniejszych problemów zajęła wysoki poziom. Przez ułamek sekundy banan sprawiał wrażenie cierpkawego...

Na scenę spokojnie wkroczyła czarna herbata. I to właśnie ona okazała się nieść tę cierpkość. Mimo że była delikatna, może dopiero co zaparzająca się, a więc dopiero nabierająca mocy. Wprowadziła lekką gorzkość, która zasugerowała słodyczy, że to nie ona ma być gwiazdą.

Po szybkim wzroście do wysokiego poziomu, słodycz uspokoiła się i potem już tak nie gnała. A nawet leciutko osłabła, wycofując swe owocowe nuty na tyły. Tam pobrzmiewała słodkim, egzotycznie-żółtym echem. Może z jakąś odrobinką zagubionej, niepewnej siebie cierpkości.

Czarna herbata zaczęła się nasilać. Ta zaparzona dodała kompozycji trochę ciepła, ale moje myśli zajmowały głównie suche, poskręcane ciemne liście naprawdę wyrazistej herbaty. Czarnej, szlachetnie gorzkiej. Gorzkość wydała mi się władcza, a to, że znacząco osłabiła słodycz, upewniło mnie w tym wrażeniu. W tle chyba zaznaczyło się trochę ziemi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do liści czarnej herbaty dołączył motyw drzew i drewna. Drewna łagodniejszego, jasnego i... ciepło-orientalnego?

Obok gorzkości narastał nieco łagodzący, ale niedookreślony motyw. Po jasnym drewnie przybył krem orzechowy... orzechowo-kokosowy? Do niego przeszło też trochę słodyczy, nieco próbującej odzyskać wpływy. Z oddali trochę wyłonił się... budyń waniliowo-bananowy?

Nagle pomyślałam o oleju kokosowym, zrobiło się trochę maślano... aż nagle uderzyła ziemia. Bardzo wyrazista, wilgotna czarna gleba wsparła motyw czarnej herbaty i przypieczętowały gorzki, dosadny wydźwięk. Gliniasta ziemia i suche, herbaciane liście pod koniec wyraźnie rządziły.

Za sprawą ich mocnego, wytrawniejszego charakteru, w owocowym, odległym wątku również pojawił się akcent... jakoby poważniejszy. Coś miechunkowo-cytrusowego zdobyło się na odrobinkę cierpkości. Chyba też... przemknęło mi jakieś bardziej czerwono owocowe błyśnięcie?

Znacząco obniżona słodycz łącząca budyń i banana, krem orzechowy końcowo wraz z gorzkością ziemi i herbaty jednak zupełnie odciągnęły uwagę od tych innych owocowych podszeptów i zamknęły kompozycję w zgodzie.

Po zjedzeniu został posmak ni budyniu, ni budyniowo słodkich owoców (cherimoyi i banana?) z cierpkością czarnej, mocnej herbaty i.... też trochę soczystą, owocową. Obok herbaty chyba pobrzmiewało coś ziołowego, może jakby herbata była trochę pikantnie doprawiona m.in. rozmarynem? Do tego czułam lekki akcent drewna i kremu orzechowego, wygładzających posmak.

Czekolada była pyszna. Początkowa słodycz cherimoyi o owocowo-budyniowym charakterze, bananów aż mnie wystraszyła, ale po chwili cudownie uderzyła mocna, czarna herbata. Owoce przeszły na tyły, przewinęło się trochę drzew i drewna, kremu orzechowego, maślaności, a potem kolejne uderzenie zafundowała ziemia, dołączając do herbaty. Trochę cierpkich, egzotycznych owoców w tle, podobnie jak wcześniej słodycz, jeszcze tylko podkręciła ziemistość i herbaciany charakter kompozycji.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

środa, 10 czerwca 2026

Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze mleczna 50 % z marcepanem z białym winem, grappą i brandy oraz kremem z białej czekolady, cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą

To, że Zotter robi czekolady z czasem naprawdę dziwnymi, rzadkimi składnikami, wiadomo nie od dziś. Tak samo jak to, że lubi w swoich nadziewańcach mieszać bardzo wiele elementów. Do tego z roku na rok robię się coraz bardziej sceptyczna, bo z kolei ja stawiam na przejrzystość smaków. W pierwszej chwili dziś przedstawiana tabliczka bardzo mnie zainteresowała. Mięta, czarny bez? Jedno i drugie kiedyś w zotterowskich kompozycjach już się pojawiało - bardzo dobrze wspominam tabliczki z nimi. Niestety jednak, jak wczytałam się w opis dziś przedstawianej na krótko przed degustacją, zwątpiłam, że będzie udana. Tyle wszystkiego, cytryna, różne alkohole... Już czytając, poczułam się trochę przytłoczona. W dodatku pierwszy raz przeczytałam o istnieniu czegoś takiego jak brandy z wytłoczyn winogron. Nie brzmiało zachęcająco, ale uznałam, że może... Może jest jakaś nadzieja dla tej kompozycji? Chyba że chodziło o grappę...? Opisy na stronie i na opakowanie, a do tego skład nie rozjaśniły mi tego, czy chodzi o to samo, czy nie.

 
Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderblüten / Marzipan / Minze to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (24%) migdałowym marcepanem z białym winem, grappą i brandy z wytłoczyn z winogron oraz (36%) kremem na bazie białej czekolady, białej cytrynowej czekolady / kuwertury z sokiem z cytryny, syropem z kwiatów czarnego bzu i miętą.

Po otwarciu poczułam zapach mocno mlecznej, a jednocześnie wyraźnie gorzkawej, nieprzesłodzonej czekolady, mieszającej się na równych prawach z mocno alkoholowym marcepanem. Pomyślałam o splocie brandy, białego wina i grappy; z dominacją brandy. Dopuściły do głosu niemal cukrową ciężkość, mimo że zapach ogólnie nie był bardzo słodki. Acz słodyczy mu nie brak, bo tę podchwycił motyw cytrynowego sorbetu i kremu biało czekoladowo-migdałowego. Doszukałam się jeszcze echa kwiatów, które odrobinę nasiliło się po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wtedy też mleko i śmietanka przybrały na znaczeniu, dołączając do marcepanu i czekolady. Stworzyły zgodne trio.
Zawiodłam się, że mięta i czarny bez w zasadzie się ukryły. A to na nie liczyłam najbardziej.

Tabliczka była niby konkretna, ale miała w sobie pewną delikatność. Gruba warstwa czekolady prawie nie trzaskała, acz jakiś lekko kruchy dźwięk z siebie wydawała. Nieco wgniatała się w bardzo miękkie i plastyczne dwie warstwy nadzień: wilgotny, grudkowaty i plastyczny marcepan na wierzchu oraz też maziście-plastyczny, tłustawy krem na dole z widocznymi kropeczkami.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, utrzymując zbitość dość długo, mimo wysokiej tłustości i gładkiej kremowości. Przypominała trochę chłodne masło i smugami pokrywała podniebienie.
Marcepan wyciskał się spód niej po paru chwilach, dość szybko. Druga warstwa rozpływała się spójnie z czekoladą, podpinając się pod jej kremowość.
Wszystko z czasem zmieniało się w średnio plastycznie-luźną, raczej jedynie gęstawą i miękką masę. 
Marcepan, skory do rolowania się,  z łatwością rozchodził się na grudki. Wykazywał średnią wilgotność i robił się coraz bardziej rozlazło-luźny. Zostawał najdłużej.
Krem rozpływał się w zgodzie z czekoladą, choć trochę od niej szybciej, jako że łatwo rzedł. Sam zawarł w sobie tłustą kremowość czekolady, ale raczej mocno śmietankowej białej. Potwierdziła się mazista plastyczność kremu. Pojawiła się w nim też lekka pylistość.
Na koniec zostawały nieliczne grudki marcepanu. Trochę trzeszczały i skrzypiały kiedy je gryzłam.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi wyraziste mleko i średnio silną słodycz karmelu. Mleko chyliło się wręcz ku śmietance, do której dolatywała leciutka, cierpka gorzkość i nieco orzechowy motyw.
Czekolada była wyczuwalna niemal cały czas, choć gdy nadzienia się bardziej rozkręcały, oddawała im pierwszy plan.
Kiedy spróbowałam jej trochę osobno, okazało się, że trochę przesiąkła alkoholami.

Wnętrze przedzierało się motywem mocnego alkoholu. Do głowy przyszła mi brandy i owocowa, cukrowo-kwaskawa nalewka, przechodząca ni wino, ni winiacz, raczej białe. Uderzyły, po czym trochę się uspokoiły.

Krem dolny nieinwazyjnie podkręcał mleczność kompozycji, podszepnął śmietankę, choć nie wkraczał do akcji jawnie.
To marcepan wyraźniej i szybciej dawał o sobie znać, roztaczając alkoholowość. Specyficznie marcepanowo ciężkawe migdały trzymały z niemal cukrową, choć soczystą brandy... acz jakby chamsko mocną, bardziej jak grappa.

Drugi krem też odezwał się poprzez alkohol. Wydał mi się mocny, wręcz dosadny i... zielono winogronowy. W pierwszej chwili wyraźnie poczułam grappę, ale gdy smak kremu się rozchodził, on też skojarzył mi się z białym winem, ale bardzo mocnym, kwaskawym i kwiatowym zarazem. Ze względu na silny mleczno-śmietankowy motyw przemknął mi przez myśl likier śmietankowy. Nie szczędził słodyczy. W tej odnotowałam biało czekoladową ciężkość i pomyślałam o kremie i/lub lodach białoczekoladowych. Z nutą... sorbetu cytrynowego? Cytryna, w niezbyt kwaśnym wydaniu, przemknęła w tle.
W kwiatowej nucie doszukałam się sugestii likieru albo likierowego syropu z kwiatów, no, powiedzmy, że czarnego bzu - tak jednak słabej, że gdybym nie wiedziała, mogłabym na to nie wpaść. Zbieranina alkoholu aż trochę gryzła w język. Ten efekt pomógł wzrosnąć słodyczy. Ta warstwa była bardzo słodka, aż trochę nazbyt drapiąca.
Wydawała się coraz cięższa wraz ze wzrostem cytryny i jej zaskakująco niskiego kwasku. Cytryna już dłużej nie czekała, wyłoniła się... i osłabła. Z czasem w rześkości, jaką podszepnęła, doszukałam się jakby syropu miętowego, ale tak delikatnego, że można by to przeoczyć.
Krem spróbowany osobno smakował głównie białą czekoladą, zielonymi winogronami i winogronową, dosadnie alkoholową grappą i likierowym akcentem a'la kwiatowym. W zestawieniu z marcepanem wydawał się bardziej namieszany gdy chodzi o alkohole i niejasny. Cytrynowa nuta i wtedy pokazywała się tylko epizodycznie.

W marcepanie brandy swoją mocą w alkoholowości dominowała, choć zza niej wychylało się też jakby kwaskawe, dosadne białe wino, które pożyczyło moc brandy i grappy. Słodycz marcepanu stanęła na średnim poziomie, choć ten cukrowy elementu alkoholu i to, jak rozgrzewał gardło sprawiał, że bardziej zwracałam na nią uwagę.
Marcepan spróbowany osobno był faktycznie mocno alkoholowy, ale powiedziałabym, że opierał się na wzmocnionej (?) brandy. Nuty białego wina podkreślała druga warstwa. Migdały jednak też bardzo wyraźnie się w nim zaprezentowały.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa warstwy bardzo się mieszały, że aż trudno jakieś konkrety wychwytywać i nazywać. Było dosadnie alkoholowo i niemal zasładzająco. Alkohol grzał w gardło i język, a słodycz się pod to podczepiała. Biała czekolada i marcepan, ogrom różnych alkoholi o charakterze soczystym, a zarazem ciężkim aż przytłaczały. Wiele słabszych nut zwyczajnie się zatracała.
Jako że dolny krem znikał szybciej, to smak marcepanu utrzymywał się dłużej. Po tym wszystkim wydał mi się nieco bardziej migdałowy - jako że alkohole już się trochę rozeszły.

Czekolada pobrzmiewała cały czas, ale końcowo odważyła się i zabrzmiała wyraźniej. Dołączyła do marcepanu. Po słodyczy wnętrza wydała mi się nieco bardziej wytrawnie-gorzka, choć wciąż też mleczna.

Gryzione na koniec drobinki marcepanu smakowały wyraźnie słodkim, wciąż trochę alkoholowym marcepanem.

Po zjedzeniu czułam się, jakby opiła się najrozmaitszych alkoholu: brandy, grappy, białego wina, likieru winogronowo-kwiatowego, likieru śmietankowego i zagryzła je alkoholowym marcepanem. Do tego zaznaczyły się kwiaty czarnego bzu, ale też jako likier. Czułam rześkość, ale nic wyraźniejszego. Biało czekoladowa słodycz i ciężkość mieszała się ze sporą ilością mleka i akcentem cytrusowym lodów lub kremu. Czekoladowa goryczka trochę to wszystko ratowała.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Przytłoczyła mnie mnóstwem różnych alkoholi. Rozumiem, że można lubić alkoholowe słodycze, ale nie widzę sensu pchania do jednej tabliczki różnych, niebanalnych trunków. Przeszkadzały sobie nawzajem i zagłuszyły co delikatniejsze nuty. Nawet trudno określić, co było w której warstwie, co czym przesiąkło itd. Obstawiam, że... Marcepan był z winem i brandy, a krem z grappą, ale nie jestem pewna. Marcepan i biało czekoladowość dolnego kremu czuć dobrze, acz nie tworzyły zbyt smakowitej pary. Śmietankowość też jakoś z tymi soczystymi alkoholami mi nie leżała. Akcent niezbyt kwaśnej cytryny wydawał się onieśmielony ich oraz alkoholową ciężkością. Czułam ogromny niedosyt czarnego bzu i mięty, które prawie w ogóle się zagubiły. Naprawdę nie rozumiem, po co pchać tyle różnych składników, które tylko zagłuszają tytułowe...
Mleczna czekolada... po prostu była. Sama w sobie dobra, a jednak w kompozycji każda inna byłaby tak samo... ot, po prostu.

Nie była zła, ale dobra też nie. W moim odczuciu nie było w niej niczego, dla czego warto byłoby ją jeść. Po zjedzeniu 11 g, które mnie trochę zmęczyły (!) resztę oddałam Mamie. Ona odpisała tabliczkę w sposób następujący: "Niesmaczna, nawet nie umiem nazwać, co ja tam czułam, nawet tych niesmacznych rzeczy ponazywać. Z tego całego opisu niewiele. No, czułam marcepan, ale potem nawet on jakoś się zatracił. Alkohol czułam, ale nie jakiś konkretny. Całość taka namieszana, nieokreślona".


 ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, ekstrakt z kwiatu bzu czarnego 7% (surowy cukier trzcinowy, woda, kwiat bzu czarnego, pomarańcza, cytryna, koncentrat soku z cytryny), odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, białe wino 2% (zawiera siarczany), syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, grappa, mięta 0,1%, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa; cynamon

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt ciemna z Peru z kawałkami orzechów laskowych, karmelem i solą

Solone orzechy laskowe? Z czymś takim w czekoladzie jeszcze się nie spotkałam. Fistaszki, migdały - te producenci solą ciągle, ale laskowe? Nie. Co innego, że uważam, że ich naprawdę nie ma sensu solić, bo to nie pasuje, no ale... Nie mogłam wiedzieć na pewno przed spróbowaniem. A markę Vanini kiedyś lubiłam (ale dawno nic od nich nie jadłam).
Za czekoladę wzięłam się na Świnickiej Przełęczy, na którą weszłam od Zielonego Stawu Gąsienicowego, idąc z Kościelca. Wspinając się w śniegu, cały czas zastanawiałam się, czy wchodzić na szczyt. Czasu było coraz mniej, a wiało coraz mocniej. Gdy w końcu Świnicę zasłoniły chmury i wyglądało na to, że będzie już tylko gorzej, pomyślałam, że nie ma sensu. Już na Świnickiej Przełęczy ledwo porobiłam zdjęcia czekoladzie bez straty kawałka. Było parę takich momentów, że musiałam łapać kostki. A na moje nieszczęście tabliczka była bardzo połamana.

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z posiekanymi orzechami laskowymi, karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach głównie znacząco palonej, ale nie mocno gorzkiej czekolady, mieszającej się z motywem wegańskiego budyniu orzechowego, z zaznaczonym w tle dodatkiem jakby cukierkowego karmelu. Orzechowość w zasadzie była trochę niejasna. Orzechy laskowe dało się rozpoznać, ale nie tak, bym miała się założyć i... wydawało się, że towarzyszą im fistaszki (może nawet trochę wyprzedzają?). Słodycz trochę sugerowała nugat, ze względu na gorzkawość, kakaowy. Po przełamania czy odgryzieniu kawałka czasem za to swoją obecność zdradzała sól.
Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, acz mimo twardości, podczas łamania trzaskała przeciętnie głośno, łącząc kruchą chrupkość z dźwiękiem suchych, łamanych gałęzi.
W przekroju zobaczyłam sporo średnich kawałków orzechów i głównie małych karmelu o niemal czarnym kolorze. Większość orzechów znalazła się bliżej spodu, karmel zaś przy wierzchu. Nie wiem, czy to przemyślane, czy tak wyszło. Szybko okazało się, że tak gęsto je rozmieszczono, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków - by popróbować wszystkiego osobno, bawiłam się już w warunkach domowych z nożem i dobrym oświetleniem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno i bardzo maziście. Miękła, racząc mnie średnią tłustością i kremowością, którą z czasem zaczęły zaburzać wyłaniające się dodatki. Karmel w większości rozpuszczał się wraz z nią, dodając lekką wodnistość. Czekolada starała się jak najdłużej kryć dodatki, stąd gryzienie wcześniej bardzo mi nie odpowiadało. Z czasem w ustach zmieniało się to wszystko w przesadnie najeżony zlepek kawałków.
Na próbę raz czy dwa pogryzłam dodatki obok czekolady. O ile orzechy zawsze były takie same, tak karmel gryziony wcześniej... w ogóle wyraźnie był. Lekko skrzypiąco-skrzyliście chrupał. Potem w większości się rozpuszczał. Sól na szczęście też się rozpuszczała w większości.
Czekolada znikała maziście-wodniście i zostawało dużo kawałków, głównie orzechów.
Karmelu na koniec zostawało niewiele. Tak, że jakaś drobinkami czasem lekko skrzypnęła i tyle. 
Gryzione kawałki, kawałeczki i drobinki orzechów lekko chrupały z jakby skrzypiącym pogłosem. W większości były delikatne, tylko parę trafiło się twardszych.

W smaku najpierw przeważnie rozchodziła się słodycz. W przypadku niektórych kęsów czasem równo z nią zaznaczała się średnio silna nuta soli. Zaraz się rozchodziła i trochę wycofywała.

Do słodyczy dołączyła palona gorzkość. Wydawało się, że zacznie rosnąć, ale po lekkim wzroście, spoczęła na średnim poziomie.

W gorzkości poczułam trochę ziół. Cierpkich, właśnie gorzkawych... Acz zaraz zostały w tyle. Czasem ich cierpkość podkreślał subtelny akcent soli.

Słodycz bowiem rosła i skupiała na sobie większość uwagi. Miała w sobie coś lekko karmelowego, acz nie wyraźnie palonego, a także... orzechowego? Do głowy przyszły mi jakieś orzechowe placki, kombinowane pancake'i z masła orzechowego, może z dodatkiem kakao.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa jak kakaowy nugat, a także mniej karmelowa i mniej słodka. Orzechami laskowymi mogła przesiąknąć trochę, ale orzechowa nuta chyba płynęła i z niej samej. Motyw karmelu za to na pewno rozchodził się od kawałków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki wyraźnie wyłaniały się z czekolady. Karmel jednak ogólnie bardzo podpinał się pod samą czekoladę. Kawałki orzechów wnosiły niewiele, bo lekki orzechowy akcent, którym podczepiały się pod bardziej kakaowo-nugatową nutę bazy, acz osłabiały słodycz.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, były mało wyraziste. Trudno było określić, jakie orzechy tam dodano, a karmel jawił się jako bardziej cukrowo-cukierkowy, trochę sztuczny, prawie nie palony (drobna paloność ujawniła się tylko przy rozpuszczaniu?). Czekolada z kolei wydawała mi się słodsza i zarazem bardziej tanio gorzka w niemal plastikowy sposób.

Gdy spróbowałam samego karmelu (z trudem wydobytego i wydzielonego), wydawał się smakować cukrem, trochę wręcz cukierkowo, ale nieokreślono.
Orzechy zawsze smakowały tak samo, ale przy próbowaniu osobno utwierdziłam się, że w bazie czuć nugatowo-pancake'owy motyw niezależnie od nich.

Z czasem odnotowałam nugatowo-karmelową kawę. Nie zawsze tak samo nugatową czy karmelową - te smaki pojawiały się w różnych proporcjach, na pewno jednak kawę smakową. Jakby głównie to rozpuszczający karmel ją sugerował. A z kolei karmelowość karmelu chyba podkreślała odrobinka soli. 
Samego wyraźnie karmelowego smaku uświadczyłam w tej kompozycji w sumie niewiele.

Raz po raz przewijała się nie nachalna, ale wyraźna sól. Podkręcała słodycz i smak nieszczególnie palonego karmelu, a także znikomą soczystość.

Bardzo odlegle przemykała owocowo-cierpkawy motyw. Jakby jakiegoś cierpkiego cytrusa? Czasem przychodziła mi do głowy owocowa bombonierka, cytrusowo-czerwono owocowa? Taka, w której dodano też parę czekoladek z warstwą kakaowo-nugatową z pieczonych orzechów?

Ogólna orzechowość czasem rozmywała się pod naporem rosnącej słodyczy. Ta przynajmniej zachowała jakiś ambitniejszy wydźwięk. Już nawet niekoniecznie nugatu, ale... czegoś, nie cukru. Choć trochę niedookreślona, na szczęście w pozytywnym sensie.

Dodatki, głównie orzechy, gryzione na koniec były wyraźniejsze. Orzechy laskowe do rozpoznania. Łączyła je lekko prażona nuta i łagodna neutralność. Niektóre były bardziej słodkawe, inne lekko gorzkie. Bardzo harmonijnie wkraczały po lekko nugatowej bazie.
Śladowe resztki karmelu smakowały bardziej cukrowo-karmelowo, może nie mocno palono, a bardziej karmelkowo, ale bez dziwnej cukierkowości.
Na szczęście sól na koniec nie zostawała.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a więc lekko prażonych orzechów. Czasem czułam też sól, a przy niej echo sztucznego, cukierkowego karmelu. Czekolada, jako słodko-gorzkawy, lekko palony splot, robiła im za tło.

Tabliczka ogólnie tylko trochę wybiła się ponad przeciętność. Wiele w niej kwestii bym bardzo pozmieniała. Sól zbędna, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzająca. Dodano jej na tyle mało, że "uszła w tłumie". Orzechy jako zbyt drobne, a przez to pozbawione charakteru nie zachwyciły, a niesatysfakcjonująco karmelowy, cukrowo-sztucznawy karmel był kiepski. Niby fajne było to, że rozpływał się wraz z czekoladą, ale mogli dodać lepiej zrobiony. Przynajmniej baza dobra, choć nie idealna. Kojarzyła mi się trochę z tabliczkami marki Tesco finest (np. Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru o cierpkiej słodyczy), które chyba właśnie Vanini robiło, tylko w wersji nieco "tańszej". W sumie pomysł, by zrobić czekoladę o niższej zawartości kakao, ale która nie jest okrutnie cukrowa, a trochę orzechowa, ciekawy.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 7%, kawałki karmelu 7% (cukier, syrop glukozowy), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; sól 0,2%, ekstrakt waniliowy