Portugalskiej marce Feitoria Do Cacao już jakiś czas temu postanowiłam się przyjrzeć, jednak potem... trochę zapomniałam, inne marki zajmowały mi głowę itd. W końcu nadarzyła się okazja, bo znalazłam ich tabliczki na polskiej stronie. Co ciekawe, chcąc przygotować posta pod recenzję i przypomnieć sobie, na jakiej dokładnie... Nic nie mogłam znaleźć. Z historii skrzynki mailowej, przelewów, zbieranych rachunków i pdf'ów z zamówieniami to zamówienie wyparowało. Dziwne. Miałam jednak nadzieję, że dziwa na tym się skończą, a dalej będzie już miło. Jak przeczytałam w opisie tej tabliczki, zrobiono ją z rzadkiego kakao Puro Nacional z Peru, ponoć wymarłego 100 lat temu. Po badaniach DNA w 2009 okazało się jednak, że ziarna z doliny Marañón były identyczne z ziarnami zaginionego kakao peruwiańskiego Puro Nacional, obecnie kojarzonego głównie z Ekwadorem. Rosną one na na wysokości powyżej 1000 metrów, a jakieś 40% ziaren jest biała.
Feitoria Do Cacao Peru Marañón 72 % Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Peru Nacional, z regionu Maranon.
Po otwarciu poczułam słodki motyw ni likieru, ni wina owocowego czerwonego. Bardzo słodkiego w niemal uroczy sposób, alkoholowego subtelnie, a mieszającego się ze słodkimi malinami i kwiatami. I drobnym akcentem dżemu winogronowego? Słodycz kompozycji była wysoka, ale głównie owocowa. Karmel tylko trochę się do owoców podkradł. Odlegle zaznaczył się jakiś cytrus, a mi przez myśl przeszedł jeszcze sok pomarańczowy i w porywach niemal nieuchwytny likier też chyba pomarańczowy, ale w wydaniu słodko-soczystym, bez żadnej goryczki, skórkowości etc. Obok tego wszystkiego zaznaczyła się jeszcze poważna, spokojna rozgrzana ziemia i delikatny orzechowo-maślany akcent. Kremu orzechowo-pomarańczowego?
Tabliczka była twarda oraz pylista w dotyku. Łamana, trzaskała donośnie i głośno.
W ustach rozpływała się bardzo gęsto i adekwatnie do tego powoli. Była maślano, ale nie za mocno, tłusta, a także kremowa. Niemal do końca zachowywała masywność i w zasadzie kształt, ale nie wydawała się twarda. Raczej jak... konkretne masło orzechowe? Z leciutkim pylistym efektem.
W smaku pierwsza rozbrzmiały słodkie, wyraziste kwiaty, do których po chwili dołączył słodki dżem lub wręcz bardzo słodka amerykańska galaretka "jelly" z ciemnych granatowych winogron.
Odnotowałam delikatną cierpkość - raczej nie owocową, ale winogrona były tak "energiczne", że starały się ją wciągnąć w swój motyw. Ich owocowość zrobiła się nieco poważniejsza, bo przeplotło ją mocno owocowe, a mało alkoholowe wino. Wino czerwone, ale bardzo łagodnie i słodkie. Podkreślało ciemne, słodkie winogrona.
Cierpkość na boku wyszła trochę... kwiatowo? Nasilająca się nuta kwiatów związała się jednak głównie ze słodyczą. Pomógł jej palony karmel, którego też nie brakowało.
Na wzrost słodyczy nieowocowej, winogrona i słodkie owocowe wino przywołały na pomoc... maliny? Maliny jako dżem lub przecier malinowy.
Cierpkość wzbogaciła się o delikatną gorzkość, a do kompozycji zawitała ziemia. Ziemia rozgrzana. Cierpkość trzymała się od tej pory głównie gorzkości, jednak poprzez kwiaty raz po raz podkradała się tez do owoców. Ogólnie więc gorzkość osiągała jedynie średni poziom - większość nut grała bowiem na słodko.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w owocowej strefie dominowała wizja musu malinowego, winogrona granatowe stały się jedynie echem. Głównie słodkim, choć leciutko cierpkawym echem. Subtelna, szlachetna alkoholowość też nie odpuszczała.
W oddali pojawiła się w tym czasie drobna maślaność, a po chwili cytrusowa nuta. Pomyślałam o soku, jednak ze względu na alkohol, zaraz zmienił się w pomarańczowo-kwiatowy likier. Z maślanością zaczęły się trochę spierać.
W tym czasie ziemia za sprawą kwiatów przeszła w nieco bardziej herbaciany motyw. Owoce przemieszały się z karmelem i ogólnie jako owoce trochę osłabły... Tylko karmelowi podszepnęły bardziej owocowy motyw brandy/koniaku. Wtedy maślaność zaczęła robić drobne aluzje do... nerkowców? Winogronowy dżem wydawał się czysto słodki, że aż mało winogronowy... Winy za to owszem. Nagle okazało się, że... pomarańcza ma więcej do powiedzenia. Otarła się o herbatę, po czym...
Pogodziła się z maślanością, układając się z nią w wizję czekoladowego kremu na bazie nerkowców z nutą pomarańczy.
Nuty ziemi i herbaty starały się utrzymać gorzkość, ale i je w końcu otuliła słodycz kwiatów i karmelu. Kwiaty bardzo zmotywował do działania herbaciany klimat, a karmel... Karmel wykorzystał to, że owoce słabły. Karmelowa brandy na koniec wysunęła się niemal na sam przód.
Po zjedzeniu został posmak kwiatów i maślano-nerkowcowego kremu, dosłodzonych palonym karmelem i lekkim, owocowo słodkim alkoholem. Za nim zaznaczył się niemal uroczo słodki malinowo-winogronowy mus i bardzo nieśmiały cytrus. Gorąca ziemia, zaparzona herbata przełożyły się na drobną cierpkość.
Czekolada była smaczna i ciekawa, jednak niestety dla mnie trochę za słodka. Większość nut wyszła bowiem na słodko. Owoce - granatowe winogrona, maliny i cytrusy, w zasadzie głównie pomarańcza - zdecydowały się serwować dżemy, przeciery, wino i likiery. Nie były zbyt kwaśne. Gorzkości trochę czułam, jednak wolałabym, by nuty ziemi i herbaty zagrały odważniej. Wydawały się wycofane. Za to kwiaty i karmel wyłaniały się, skąd się tylko dały. I one, i te owoce wyszły smacznie, jednak wolałabym, by było ich czuć trochę mniej.
ocena: 8/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: chyba około 30 zł (za 50 g)
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

























