niedziela, 12 kwietnia 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % ciemna surowa z Peru

Po Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % byłam w miarę pozytywnie nastawiona do pozostałych dwóch posiadanych tabliczek tej marki, mimo że miały mniej kakao, a tym samym więcej intensywnego cukru kokosowego. Tę na stronie określono jako "kompromis pomiędzy ciemną czekoladą i słodkim smakiem".

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, na który złożyły się wyrywające się, mknące na przód nibsy kakaowe, trochę czerwonego wina oraz ogrom ciężkiej melasy i karmelu. Słodycz wydała mi się bardzo ciężka, mimo że kryła się w niej też nie taka znowuż słaba rześkość. Specyficzna, jakby karmelowo-kwiatowa - cukier kokosowy da się od razu rozpoznać. Miał dominujące zapędy, mimo że i sama czekolada wykazywała się wyrazistością. Umiejętnie przejęła tę karmelowość, wtłaczając ją w mocno kawowe - niczym karmelowa czarna kawa - realia. W dodatku przy nibsach wyłoniła się lekka, wilgotna ziemistość. I chyba nawet odnotowałam leciuteńki, przebłysk ciemno owocowego dżemu.

Tabliczka była tłusta i twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i głucho, obiecując, że jest pełna i masywna.
W ustach rozpływała się powoli, długo zachowując kształt i do pewnego stopnia pewną twardość. Po chwili roztaczała tłustość, która rosła już do końca. Była wysoka, mimo że z czasem pojawiła się też leciutka pylistość, którą w zasadzie można by przeoczyć oraz znikoma soczystość. Ta jawiła się jako nieco taninowa. Końcowo zaś wyraźnie ściągała.
Na całą tabliczkę trafiło mi się kilka kryształków nierozpuszczonego cukru i parę drobinek niedomielonego kakao.

W smaku pierwszy przemknął dym, acz zaraz dogoniła go słodycz palonego karmelu. Ta może i startowała ze średnio wysokiego poziomu, ale od razu miała władcze zapędy.

Dosadny karmel nie czekał, by zmienić się w ciężką melasę. Melasa zajęła pierwszy plan, a jej słodka, palona ciężkość próbowała ukryć... wodnistość? W niej osiadła specyficzna, karmelowa rześkość cukru kokosowego. Czuć go wyraźnie w bezkresnej melasowości. Rześkość ta z czasem wydobyła kwiatowy motyw. Motyw kwiatów mokrych, zawilgoconych w wazonach w chłodnej kwiaciarni? Sporo wody się tam przewinęło. Ogólna słodycz rosła bez zahamowań.

Gorzkość dymu trochę leniwie, ale konsekwentnie też rosła. Dym zaczął przechodzić w soczyście-wilgotne nibsy kakaowe. Palony wątek z czasem w dużej mierze jakby odciął się od gorzkości, przechodząc raczej do słodyczy.

Nie jednak zupełnie. Oto poczułam czarną kawę... mocno osładzaną palonym karmelem. Paloność zdecydowanie wróciła do gorzkości za sprawą słodyczy, która tylko chwilami pozwalała innym nutom wyrwać się spod jej dominacji.

Kawa z palonym, niemal odymionym karmelem, mimo słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przejawiała cierpkawe skłonności. To była prawdziwa czarna siekiera, mimo że sowicie dosłodzona.

W zasadzie... nibso-kawa. Mieszanka soczystych nibsów kakaowych i ziarnistej kawy dopełniła ogólną ciężkość. Raz po raz przemknęła mi w ich splocie wilgotna, czarna ziemia. Bardzo mokra, taka wystawiona na kilkudniowy deszcz.

Za złudnie prawie kwasową czarną kawą odnotowałam owocowe echo. Pomyślałam o ciemnych... czarnych porzeczkach? Ich kwasek wsparła delikatna nuta cytrynowa. Ogólnie jednak owoce nie przełożyły się na silną kwaśność, raczej kwaskawość. Mimo że do ciemnych owoców podkradły się czerwone...

Ogólna słodycz zdążyła w tym czasie wzrosnąć do prawie wysokiego poziomu, ale przez jej władczy wydźwięk zdawała się tym wszystkim rządzić. Mimo że nie była naprawdę bardzo wysoka. Melasa wyróżniała się jeszcze bardziej poprzez kontrast do tych kwaskawych przebłysków.

Owoce, chyba trochę przez ciężkość, jaką melasa im narzuciła, zmieniły się w wytrawne czerwone i dość ciężkie wino. Wino, w którym, mimo tanin i cierpkości, można doszukać się drobnej kwiatowej rześkości?

Po zjedzeniu został posmak wina i jakby... malino-porzeczek? Niejednoznacznych owoców czarno-czerwonych zestawionych z melasą, która i na końcówce się rządziła. Palona, ciężka słodycz jednak nierozerwalnie wiązała się z kwiatowo-wodnistą, rześką nutą. Taką... chłodno-wodnistą?

Czekolada była smaczna, ale wyszła właśnie tak, jak się obawiałam. Melasowy w smaku cukier kokosowy za bardzo się rządził. Ta ciężka melasowość, palony karmel narzucał się wszystkim innymi nutom. Nibsy, ziemia i czarna kawa, trochę czarnych porzeczek, jakiś cytrusowy akcent i czerwone wino wyszły by lepiej przy łagodniej karmelowej słodyczy. Gorzkości bowiem nie brakowało. Kwasek raczej wręcz sugestywny, a słodycz... no właśnie że bardzo dosadna. Niestety do tego wszystkiego wkradała się też wodnistość. Aczkolwiek ogólny odbiór był całkiem przyjemny. 
Ogólnie wydała mi się mniej wodnista w smaku i mniej tłusto-wodnista, ogóle lepsza w strukturze niż Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 %, więc tym nadrabiała bardziej melasowy smak. Każda z nich ma inne wady i zalety, ocena koniec końców więc taka sama.
Dobrze, że sięgając po tę tabliczkę, nastawiłam się, że właśnie cukier kokosowy będzie grał tu ogromną rolę.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa

sobota, 11 kwietnia 2026

(Bio Planet) NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup

Nigdy nie miałam do czynienia z syropem daktylowym, bo wszelkie tego typu słodziła zwyczajnie do niczego nie są mi potrzebne. Miód czy syrop klonowy? To i owo dobrze jest poznać, ale w sumie też mogłyby dla mnie nie istnieć. No, miodu to naprawdę potrzebuję raz do roku. Ostatnio miałam do czynienia z 4ProActive Pastą daktylową, ale ta akurat okazała się kiepska. Parę lat temu nie pomyślałabym, że takie półprodukty w ogóle mnie zainteresują, ani że wciągnę się w wypiekami słodkości, ale stało się. Ok, w zasadzie ciast, bo ciastek nadal nie lubię, jednak... Raz na jakiś czas przychodzi mi i ciastka piec. Np. potrzebne mi były dobre korzenne do twarożków stylizowanych na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub. Pomyślałam, że najbardziej charakterne, nie słodkie, będą szwedzkie imbirowe (coś jak Annas Original Ginger Thins bardziej z 2015 niż z 2024; dobre). A do nich była potrzebna melasa. Tej w sklepach nie widziałam, zamawianie zaś wyszło by za drogo. Jako że znalazłam przepis, w którym było, że nada się do tego też syrop klonowy lub daktylowy, właśnie temu ostatniemu postanowiłam dać szansę, ze względu na niższą niż klonowy cenę. 

NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup to syrop w 100% z daktyli wyprodukowany dla Bio Planet.

Po odkręceniu i zerwaniu zabezpieczenia, poczułam intensywny, głęboko-ciężki zapach. Niewątpliwie był bardzo słodki i wyraźnie daktylowy, ale też nieco melasowo-karmelowy. Daktyle dominowały i wydawały się wręcz soczyste, ale pobrzmiewało przy nich iluzoryczne echo palonego cukru, a mi do głowy przyszło pekmez - melasa z owoców (ja jadłam np. Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree).

Konsystencja syropu przypominała trochę gęstszy miód. Niewątpliwie był płynny, ale też bardzo gęsty oraz klejący. Lany z łyżeczki tworzył coś na kształt stożka, podobnie jak kropla na płaskiej powierzchni przybierała postać powiedzmy-że-kulki, trochę jak miód, ale nie w pełni. Przy tym wszystkim jednak upewniałam się, że syrop jest gęstszy od miodu, a także w pełni płynny (nie skrystalizowany czy coś).
W ustach rozpływał się szybko, rzedł i zostawiał niemal sucho-cierpkawe wrażenie. Wydał mi się gęstszy od miodu, a jednak i pewne wodniste echo, trochę bardziej typowe dla syropów klonowych, mi w nim przemknęło pod koniec.

W smaku od razu poczułam słodycz, ale w pierwszej sekundzie czy nawet dwóch nie aż tak wysoką, jak się nastawiłam.

Słodycz zahaczyła o palony karmel, melasę - coś ciężkiego, mocniejszego i niewątpliwie dosadnego.

Jak już o dosadności mowa, nagle słodycz zaszarżowała. Stała się wysoka, bardzo wysoka. Wysoka i niemal przenikliwa, wszechobecna i bez dwóch zdań daktylowa. Daktyle o lekko karmelowo-melasowym, palonym echu skupiły na sobie całą uwagę i zasłodziły, ale bez drapania.

I nagle przemknął... kwasek? Soczystość świeżych albo suszonych wilgotnych daktyli przełamała nieco ciężkość słodyczy i zarazem jeszcze ją podkręciła.

Do głowy przyszedł mi daktylowy miód (abstrakcyjne wyobrażenie) i soczysta, owocowa melasa, po czym soczystość zatonęła w znów cięższej słodyczy. Daktyle wciąż czuć, ale jakby próbowały udawać melasowy miód. Wciąż nie czułam jednak drapania, jedynie lekkie pieczenie w język i gardło, charakterystyczne dla daktyli.

Po zjedzeniu został nieoczywiście daktylowy posmak, mieszający się z motywem palonej melasy, palonego cukru i coś karykaturalnie miodowego, a także niemal cierpkie, cierpko-zasładzająco-piekące wrażenie na języku.

Syrop był bardzo, bardzo dziwny. Nie przypominał ani miodu, ani syropu klonowego, ani melasy z owoców, a jednocześnie miał w sobie coś z każdego z nich. Przede wszystkim czuć daktyle, w pewnym momencie nawet ich soczystość, a choć był strasznie słodko, nie była to czysta, typowo przesładzająca słodycz, a coś o wiele cięższego i dosadnego. Bardzo ciekawe, smaczne, bo dość skomplikowane w odbiorze. Nie bardzo wiem, jak to ocenić, nie ukrywam.

Mama też spróbowała tego syropu i stwierdziła: "Ależ on dziwny. Ale dziwny w pozytywny sposób. Jak taki... dobry, ale specyficznie bardziej owocowy miód gryczany. Dobry, wyrazisty, ale w zasadzie trudno powiedzieć, do czego pasuje. Chyba do niewielu rzeczy. Do tych ciastek korzennych na pewno, ale do czego jeszcze?".

Jak pisałam, syrop był mi potrzebny do wypieku ciastek, a one do twarożku. 
Taki twarożek robiłam już wiele razy (pisałam o nim na Instagramie); ale pierwszy raz zrobiłam do niego ciastka.

Ciastka, choć niezbyt ładne, bo zwyczajnie trudne w formowaniu (no i nie widziałam sensu w staraniu się, skoro potrzebne mi były do pokruszenia na kawałki), okazały się pyszne. Niewątpliwie wiele zawdzięczały syropowi, bo dzięki jego połączeniu z cukrem trzcinowym, miały charakternie karmelowy i ogólnie ciepły wydźwięk. Czuć ich szlachetność, a poziom słodyczy był przyjemnie niski. Ciastka miały wyrazisty charakter i idealnie twardą w pozytywny sposób strukturę. Chrupiące, kruche, ale nie sypiące się. W twarożku nie nasiąkały przesadnie, więc tym bardziej podobały mi się w nim. 
Parę z pierwszej tury mi się przypaliło, ale je przytuliła Mama. Bo jej posmakowały. Otóż lekko przypalone, nabrały innego, też ciekawego charakteru, a ku uciesze Mamy, korzenność w nich trochę przycichła. Mama, choć stwierdziła, że obecnie z ciastkami korzennymi i ogólnie z ciastkami domowymi jej nie po drodze, te określiła jako rewelacyjne. Miło!


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 14,99 zł (za 345g)
kaloryczność: 290 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: daktyle

czwartek, 9 kwietnia 2026

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro ciemna z Kostaryki

Z opisu tej czekolady dowiedziałam się, że Kostarykę uznaje się za jeden z najbardziej zaawansowanych krajów pod względem ochrony środowiska. Ciekawe. Wulkaniczne pasmo górskie biegnące przez centrum kraju jakoś odciągało moje myśli od tych kwestii. Acz że przyroda jest tam bogata to łatwo się domyślić po rozmaitości nut czekolad z kakao stamtąd. A to, z którego zrobiono tę czekoladę, Kakao Upala, pochodzi dokładnie z okolic granicy z Nikaraguą. Po podtytule tabliczki, Maleku, chyba śmiało można stwierdzić, że pochodzi od rdzennych mieszkańców, plemienia właśnie o nazwie Maleku. Liczy ono zaledwie 650 osób, która żyje w rezerwacie i jest znane z głębokiej więzi z naturą i lasem deszczowym. Ogromną wagę przywiązują do ochrony środowiska. Producent zdradził, że ze względu na niewielką goryczkę i kwaskowatość, a co za tym idzie wyższą słodycz, tego kakao zdecydował się zwiększyć zawartość kakao. Ponoć wyjątkową dla nich, co jednak musiało się na przestrzeni lat zmienić, bo w internecie widziałam też czekoladę z Kostaryki o zawartości 92% tej marki.

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 76% kakao z Kostaryki, z rezerwatu Maleku (okolic miasta Guatuso).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodko-pieczony zapach ciastek z rodzynkami i orzechami. Oczami wyobraźni zobaczyłam mieszankę laskowych, ziemnych i włoskich, może też migdałów. Większość  osiadła w słodkich, ciastkowych realiach, a tylko włoskie wiązały się też z subtelną goryczką. W tej kryła się jeszcze jakaś trudna do uchwycenia przyprawa. Słodycz ciastkowa mieszała się z bardzo słodkim ciastem banoffee z bardzo dojrzałymi bananami i śmietanką. Odnotowałam nawet wręcz lukrową mgiełkę. Przeplótł to soczysty kwasek jakby egzotyczniejszych truskawek, truskawek z nutą ananasa lub może anansowych truskawek (biała odmiana, tylko o niej czytałam, ale nie jadłam)?

Kiedy ją łamałam, tabliczka głośno trzaskała. Brzmiała na dosadną i konkretną, a w dotyku wydała mi się obiecywać i lekką suchość, i kremowość.
W ustach rozpływała się powoli, racząc mnie masywną gęstością i wyważoną, nie za silną, maślaną tłustością. Wydawała się bardzo pełna (trochę jak masła orzechowe?). Mimo całościowej konkretności, wykazywała też wysoką kremowość, mieszkającą się z subtelnym, pylistym wrażeniem. Czasem w kremowość wkradała się marginalna wodnistość.

W smaku pierwsza przywitała mnie wysoka słodycz, jak się po chwili okazało, słodkiego, mleczno-maślanego toffi. Toffi miękkiego i ciągnącego, a okrywające orzechy.

Spod toffi powoli wyłaniały się orzechy głównie laskowe, ale nie tylko... Wyobraziłam sobie jakieś ciasto-ciastka z masy toffi z laskowcami na kruchym spodzie. To przede wszystkim. A obok laskowców przewijały się fistaszki i chyba migdały. Wszystkie lekko podpieczone, naturalnie słodkie i mieszające się z toffi.

W oddali zaznaczyła się łagodna gorzkość. Ogrom orzechowości zasugerował jej orzechy włoskie, acz one stały jakby obok, nie weszły w tę słodką mieszankę.

Ciastkowość zaczęła przybierać na słodyczy - ta wzrosła do dość wysokiego poziomu za sprawą bananów, wkomponowanych w słodkie ciasto banoffee. Słodki, maślany kruchy spód i ogrom bardzo słodkich bananów mieszał się ze śmietanką. Toffi przeszło do  roli dodatku, a w tej wizji coraz większą rolę zaczęła odgrywać śmietanka. Śmietanka dosadna w niemal... alkoholowo-likierowy sposób?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknął subtelny kwasek. Pomyślałam o truskawkach w bardziej egzotycznym wydaniu. Być może to te białe ananasowe albo po prostu mieszanina truskawek i ananasa... Ogólnie nie było to jednak za silne i zaraz zaczęło się rozmywać.

Goryczka nieco się nasiliła, przywodząc na myśl niejednoznaczne przyprawy... Jakąś gorzkawo-wytrawniejszą, nieuchwytną porządnie... Gorczycę? Kolendrę?

Owocom spodobała się ta dość silna słodycz wypieku... ciastek konkretnie. Zmieniły się w rodzynki, dodane do ciastek z orzechami. Tu dowodziły laskowe, ale i fistaszki chyba się przewijały.

Ciągle rosnąca słodycz pokierowała śmietankę w lukrowym kierunku. Do głowy przyszły mi lukrowane ciastka i lukier nieco bardziej śmietankowy (nie taki czysto, chamsko cukrowy). Owoce i orzechy na dobre osiadły w krucho-maślanych, ciastkowo-wypiekowych realiach.

Przyprawy za sprawą ogólnej słodyczy nieco złagodniały i bogata orzechowość znów zawróciła goryczkę ku włoskim, a do tego... chyba odnotowałam tam troszeczkę kawy.

Po zjedzeniu został posmak śmietankowego toffi, śmietankowego lukru, przełamanego subtelnym kwaskiem rodzynek i czegoś truskawkowo-egzotycznego, dziwnych ananasowych truskawek oraz lekką goryczką orzechów włoskich i przypraw, które aż troszeczkę gryzą w język.

Całość wydała mi się za słodka w dziwny, niby lukrowy, ale nie cukrowy, bardziej lukrowo-śmietankowo-ciasteczkowy sposób oraz ogólnie łagodna, ale nie bez charakteru. Akcenty truskawkowo-ananasowe, potem rodzynkowe oraz goryczka orzechów włoskich, przypraw i kawy urozmaiciły motywy toffi z orzechami, banoffee oraz ciastek z orzechami.

Przypomniała mi się Chapon Costa Rica Cacao Rare o nutach lukrowo-śliwkowych. Chyba faktycznie to kakao już takie słodkie bywa. Nie jest to jednak nuta, którą zawsze czuję w czekoladach z Kostaryki, co też świadczy o bogactwie regionu.


ocena: 8/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: chyba około 30 zł (za 50 g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 8 kwietnia 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia ciemna z kawałkami kakao

Bardzo chciałam spróbować czekolady tej marki o tak wysokiej zawartości kakao, w dodatku nie byle jakiego, a z Boliwii, która byłaby czysta, niezaburzona nibsami, no, ale trudno. Taką bazę mają w ofercie tylko i wyłącznie z tym dodatkiem. Szkoda. Niepocieszona zamówiłam, stwierdzając, że po prostu wezmę ją w góry. Tu jednak robiło się ciekawie, bo... do boliwijskiej czekolady dodano kolumbijskie nibsy. Ciekawiło mnie, dlaczego i liczyłam, że może spróbowanie sytuację rozjaśni.
Tabliczkę zabrałam ze sobą na Rysy, na polski wierzchołek, na który weszłam właśnie od polskiej strony z Palenicy Białczańskiej, przez Morskie Oko. Na szczęście okrutnie wielkiego tłumu nie było, wspinaczka po łańcuchach poszła łatwo, a widoki dopisały. Nic, tylko radować się czekoladą!

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Boliwii z 10% nibsami, czyli kawałkami kruszonego kakao z Kolumbii, z regionu miasta Tumaco.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemistych nibsów w towarzystwie czerwonego wina, acz jakby przynajmniej częściowo okrojonego z alkoholu. Nibsy dominowały gdy wąchałam spód, lecz czuć je dobrze cały czas. Sama czekolada mieszała się z nimi wilgotną, czarną ziemią i dodała do kompozycji motyw soczystych, cierpkawych grejpfrutów oraz śliwek, ale właśnie z kolei lekko alkoholowych, likierowych (stały jakby w zupełnie innej sferze zapachu niż wino), nieco paloną słodycz i nieśmiałą sugestie orzechów bardzo, bardzo w oddali.

Nibsów trochę poskąpiono, a ich kawałki umieszczono głównie na środku tabliczki. Dotykając je, trafiłam na ostre krawędzie. Większość była średniego rozmiaru, ale trafiały się też małe. 
Twarda tabliczka trzaskała donośnie i głucho podczas łamania. Nibsy trzymały się jej porządnie - odpadło dosłownie kilka. Sama czekolada wydala mi się ziarnista w przekroju.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. W pierwszej chwili wydawało się, że będzie stawiać opór, ale zaraz zaskoczyła na mazisty tor. Była tłusta w średnio zbity, chłodno maślany sposób, z czasem trochę rzednąc w luźnym kontekście. Do tego doszła kremowość i delikatna, trochę ściągająca soczystość. Gładkości nie mogę jej odmówić, acz i lekko pylisty efekt uświadczyłam. Nibsy długo się jej trzymały i nie kaleczyły języka czy podniebienia. 
Nibsy zarówno gryzione wcześniej, jak i na koniec, były twardo chrupiące i jakby zawilgocono-soczyste wewnątrz.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna kwaśność jakby... ziemistego pochodzenia? Kwasek zdobył się na skąpą soczystość nieco taninowego wina. Wina czerwonego, to pewne, ale jakby bez alkoholu. W oddali za to przemknął palony, niemal dymny akcent.

Po chwili wyłoniła się subtelna słodycz. Do głowy przyszedł mi cierpko-słodki grejpfrut o dość suchej strukturze, którego soczystość jawiła się jako skąpa.

Gorzkość wyraźniej zaznaczyła swoją obecność, gładko podpinając się pod ziemię. Jej nieco palony akcent trzymał się trochę na boku. Wyszła znacząco, ale trochę leniwie, jakby nawet nie próbując dorównać kwaśności.

Słodycz też trzymała się tyłów, nie ścigała się z innymi smakami i lekko pobrzmiewała palonym karmelem. Trochę pomogła tym samym palonej gorzkości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność ograniczyła się do cytrusów - i nie był to już tylko grejpfrut. Nie mogłam jednak połapać reszty, ale soczysta kwaśność zdawała się lać hektolitrami.

Słodycz nieco się nasiliła, lekko wygładzając kwaśność. Grejpfrut przeplotła znacznie słodsza mandarynka. Wpisywały się w ogólnie cytrusowy wątek. Wydaje mi się, że sporadycznie przemykała tam też nutka śliwek.

Kiedy jadłam kęsy pozbawione nibsów, potwierdziło się, że baza nie przesiąkła kawałkami kakao.

Niegryzione nibsy nie smakowały jakoś szczególnie wyraźnie. Czasem chyba dokładały lekko gorzko palonej nutki, ale ogólnie raczej głosu nie zabierały.

Kiedy na próbę z ciekawości ze dwa razy pogryzłam dodatek obok czekolady, nie zmienił jej bardzo. Tylko trochę uprościł i podkreślał a to nuty palone, a to kwaśno-winne. Chrupane kawałki za to wydawały się bardziej palono gorzkie, a dopiero potem winnie soczyste. Wolałam je zostawiać na koniec.

Kwaśność miała się całkiem nieźle, acz końcowo była o wiele bardziej łagodna i ugodowa. Gorzkość utrzymała ziemisty charakter i dodała do niego jakby nutę wilgotnych skał, kamieni.

Słodycz wtedy postarała się jeszcze nieco nasilić. Czułam więc palony karmel i z czasem słodsze czerwone wino. Za nimi zaś, niejednoznaczne, ukryte orzechy. Cechowała je naturalna słodycz.

Nibsy gryzione na koniec smakowały różnie, wiele zależało od poszczególnego kęsa. Niby były wyraźnie gorzko palone, ale też soczyste jak.... domowy syrop malinowy? Słodki i trochę cierpki. Do tego czasem do głowy przychodziły mi pestki malin. Nibsy w dużej mierze przygłuszały smak bazy.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-nibsowy, trochę palony. Czuć kwaskawość i taninę. Wrócił grejpfrut i kwaskawa ziemia, mieszająca się z mokrymi skałami.

Mimo że baza i dodatek smakowały bardzo różnie, tworzyły harmonię. Kwaśno cytrusowa, ziemista baza, łagodniejąca w karmelowym kontekście oraz przełamania gorzko-soczystymi nibsami świetnie współgrały. Nibsow może trochę pożałowano, ale dzięki temu można się było wczuć w dobrą, wyrazista czekoladę. Ta była bardzo kwaśna, więc też nie każdemu i nie zawsze może posmakować. Ja czuję, że nie każdego dnia miałabym na taką ochotę. Gorzkość wyszła w niej wyraźnie, ale nie jakoś szczególnie mocno. Słodycz zaś długo pozostawała delikatna, a dopiero z czasem trochę rosła. I tak jednak żadna nie dorównała kwaśności.
Przypomniała mi o dymnej i kwaśno owocowej (ale od innych owoców: kiwi, cytrusów, marakui i ananana) Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate. Dziś przedstawiana poszła jakby jeszcze dalej.


ocena: 9/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (ziarna kakaowca z Boliwii, cukier trzcinowy nierafinowany), nibsy kakao (z Kolumbii) 10%

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark ciemna z Peru z miętą i korzeniem maca

Miętowe czekolady choć są bardzo ryzykowne - bo potrafią miętą dosłownie mordować - czasem przyciągają moją uwagę. Dobrze zrobione miętowe lubię. Czy kupić dziś przedstawianą, zastanawiałam się na przestrzeni lat parę razy. Pierwszy raz dostrzegłam ją jeszcze przed zmianą opakowania. Zawsze jednak wydawała mi się za droga jak na czekoladę z dodatkiem. Kiedy jednak znów zaczęłam dużo chodzić po górach, zaczęłam szukać różnych czekolad na trasy. Ta w końcu zaciekawiła mnie na tyle, by kupić. Korzeń maca znałam - dostałam kiedyś małą paczuszkę, ale nie przekonało mnie to, bo do niczego mi nie pasowało. Odebrałam to jako przyprawę, tylko że nieprzydatną. Jadłam jakieś wydziwiane, bogato napchane dodatkami prozdrowotnościowymi, czekolady z macą, ale w sumie tylko Pacari Raw Maca + Coconut Sugar dawała mi niezłe wyobrażenie, jak ten korzeń może współgrać z czkeoladą. Faktycznie ma lekko ziemiście-korzenny smak, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić w duecie z miętą. Opis z internetu głosi w ogóle, że: "maca ma lekko ziemisty, słodki i orzechowy smak z nutą karmelu, która jest trudna do określenia, ale często opisywana jako korzenna lub pikantna.." Z tym jednak nie do końca się zgadzam. Jak wyjdzie w tej tabloiczce, miałam przekonać sie po drodze na Rysy od polskiej strony. Otworzyłam ją trochę ponad Bulą pod Rysami, czyli w miejscu, które upatrzyłam sobie ostatnio, bo zależało mi, by uchwycić na zdjęciach i Czarny Staw, i Morskie Oko.

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru z miętą i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mięty o dosadnym, olejkowym charakterze. Wystąpiła w niej lekka cierpkość, ale też słodycz, przywodząca na myśl landrynki aka "miętusy" ewentualnie gwiazdkowe cukierki w kształcie lasek. Za nią rozbrzmiała wręcz lekko pikantna ziemia i palony, ciepły motyw. Trochę piernikowy? Z nutą mięty. Mięty zarówno olejowej, słodko-cukrowej jak i ziołowej.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a przy łamaniu miejscami niesamowicie twarda. Wtedy trzaskała głośno, w trochę kruchy sposób. Chwilami trochę się kruszyła, a przekrój wskazywał na drobną ziarnistość.
W ustach rozpływała się chętnie ze względu na dość wysoką tłustość. Robiła to w tempie średnim. Miękła i stawała się coraz bardziej mazista, racząc mnie idealną gładkością. Mimo że cechowała ją kremowość, zawarła też w sobie też wodnistość.

W smaku od razu czułam goryczkę, która choć niska, ochoczo rosła. Pomyślałam o pieprzu - acz jakoś nie w pełni pieprznym - i nieoczywistej mieszance korzennej. Wyszło to trochę ciężko i... ciepło?

Ciepło szybko trochę się cofnęło, gdy podkradła się mięta. Podchwyciła swoistą pieprzność. Ta miała chłodzący, orzeźwiający charakter. Nasilała się i aż trochę gryzła za sprawą olejku miętowego. Przez myśl przemknął mi miętowy płyn do płukania ust (dokładniej niebieski Listerine) w nieco mniej ordynarnej wersji, po czym zaraz się trochę schował.

Słodycz nie czekała i także się odezwała. Ona z kolei znów poprzez ciepło, a dokładnie ciepły, palony karmel.

Goryczka trochę zdradzała swój niekakaowy, dziwny charakter, acz wcale nie był silny czy szczególnie oczywisty (myślę, że można by uwierzyć, że to takie nuty kakao). Po paru chwilach starał się ukryć właśnie w kakaowym motywie ziemi.

Ziemi i piernika? Przyszła mi do głowy czarna ziemia z nieco ciepłym motywem, ziemia adoptująca miętę w nieco ziołowy wątek, a piernik... kryjący soczystą cytrusowość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta częściowo przycichła, a w jej gryzącym efekcie pojawiła się... limonka? Limonka polała się nagle bardzo wyraźnie, acz kwaśność trzymała się niskiego poziomu.

Słodycz starała się nie mieszać do reszty, ale miarowo ewidentnie rosła. Osiągnęła średni, średnio-wysokawy poziom i trwała trochę na boku jako coraz łagodniejszy karmel, do którego czasem dolatywały landrynki-miętusy. Te miały nieco cukrowy charakter, mimo że były też aż lekko goryczkowate od olejku.

Soczysta, kwaskawa  limonka zaserwowała mi zarówno kwaskawy sok, jak i goryczkowatą skórkę.

Mięta starała się nadążyć za jej goryczką, ale średnio jej to wychodziło. O wiele łatwiej przyszło to ziemi i goryczkowatej niby korzenności. Nie była to jednak zwykła korzenność - chyba udało mi się rozpoznać macę, mieszkającą się z piernikowymi akcentami czekolady, ale jej dodatek nie był nachalny.

Słodycz wzrosła też właśnie poprzez tę korzenność, bardziej znów ciepło - tak kontrastowe do mięty! Ta chwilami wplatała też lekko wodniste echo, niczym woda z lodem i miętą. Na zasadzie kontrastu jednak, choć sama nie taka silna, podbiła ciepły wątek. Pomyślałam o korzennym palonym karmelu i karmelowym pierniku; pierniku przełożonym masą karmelową. Na końcówce zrobiło się nagle aż zaskakująco słodko.

W posmaku wyraźnie wyłoniła się goryczkowata, karykaturalnie korzenna maca (czuć, że to nie goryczka kakao; zwyczajnie korzenna też nie była). Otaczała ją kwaskawa limonka, trochę ciepła ziemia oraz olejek miętowy. Maca podkreśliła w mięcie cierpkość, goryczkę. Na jaw wyszła jej olejkowość. Mimo wszystko jednak i słodycz się pojawiła jako subtelny karmel. Olejek miętowy i maca trochę gryzły w język.

Tabliczka była dobra, ale dość specyficzna. Dziwna, lecz ciekawostkowo w pozytywnym sensie. Nie chciałabym jednak do takiej wracać. Miała bardzo nieoczywisty smak, w którym ziołowo-olejkowa mięta i goryczkowato-niby korzenna maca odgrywają główne role. Czekolada robiła za bazę mięcie i macy, mimo że wcale się nazbyt nie rządziły. Dały i jej dojść do głosu. Szkoda, że struktura była taka tłusto-wodnista - może miętowy chłód to poczucie wzmacniał?


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,28 zł (za 60g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, maca w proszku 2%, emulgator: lecytyna słonecznikowa; olejek eteryczny z mięty pieprzowej 0,03%

niedziela, 5 kwietnia 2026

Andante Biszkopty Ladyfingers

Mama uwielbia tiramisu, ale sklepowe z kiepskimi składami przestają jej odpowiadać. Choć nigdy nie próbowała, ma jakieś opory przed zrobieniem go, stąd słysząc już po raz kolejny, jak to chciałaby zjeść dobre włoskie tiramisu, zaczęłam przeglądać rozmaite przepisy i uznałam, że jej to tiramisu w końcu zrobię. Wszak likier likier Bartex Amaretto Diletto [18 LAT+] wciąż stał i czekał. Nie myślałam, że ta recenzja się tu pojawi, jednak dosłownie w ostatniej chwili, spontanicznie pomyślałam, że chyba jednak trzeba ich spróbować, by wiedzieć, jak słodzić resztę. Swoją drogą, marka ciekawie podaje skład - wszystko "na 100g produktu". Przygotowując recenzję do publikacji, z zaskoczeniem odkryłam, że stoi za nimi producent Góralków i Lusette.

Andante Biszkopty Ladyfingers to biszkopty typu ladyfingers (sponge fingers / savoiardi / boudoirs), produkowane przez I.D.C. Polonia S.A.

Biszkopty pachniały wyraziście, ale delikatnie najzwyklejszymi, słodkimi w prosty sposób biszkoptami. Nie do końca jednak okrągłymi, choć niewątpliwie był to zapach zwykłych: jajecznie-pszennych i o dziwo nie uderzających cukrem. Wydały mi się bardzo bazowe, podstawowe, a jednocześnie... już w zapachu delikatniejsze od okrągłych biszkoptów.

W dotyku biszkopty były suche i sypały się. Długie i grube ciastka wydały mi się jednak zaskakujące lekkie i jednocześnie konkretne. Łatwo je przełamać - nie wydawały dźwięku. Przy odgryzaniu kawałka zaś trafiałam na jakby pewną wewnętrzną miękkawość. Środek był właśnie jakby bardziej miękki niż sucha "skorupka", skórka na wierzchu. Ogólnie jednak i tak jawiły się jako w pewien sposób konkretne. Nie ciężkie, a konkretne.
W ustach biszkopty natychmiast miękły, zmieniając się w gęstą i w pewien sposób masywną papkę. Bardzo wklejały się w zęby. Rozpuszczały się szybko, przy czym suchość natychmiast odchodziła w zapomnienie.
Wydały mi się konkretniejsze, jednak nie twardsze - od przeciętnych okrągłych biszkoptów (za takie uważam np. biszkopty Delicpol dla Auchan).

Robiąc tiramisu, nasączałam je w kawie z likierem. Bardzo łatwo nasiąkały tą mieszanką, miękły i robiły się bardziej pulchne, ale nie rozpadały się. Uginały pod naciskiem, ale zachowywały swój kształt.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Wyraźna, średnio wysoka. Cukrowość o dziwo wcale nie szarżowała, a słodycz wpisała się w łagodny, zwyczajnie biszkoptowy klimat.

Czuć, że to biszkopty jajeczne i pszenne. Były łagodnie wypieczone i właśnie... ogólnie bardzo łagodne. Głównie za sprawą tego naprawdę bardzo delikatnego stopnia wypieczenia. Słodycz po chwili zaczęła jednak szybko rosnąć. Bardzo szybko, że po chwili zrobiło się za słodko. Słodycz zdominowała resztę, zbytnio się rządziła. Motyw łagodnych, wyważonych w kwestii jajeczności i pszenności, biszkoptów, wręcz biszkopcików pozostał w tle. Nie odnotowałam tam jednak żadnych innych nieprzyjemnych posmaków - wyszły niczym biszkopty ze zwykłej, naturalnej cukierenki.

Końcowo słodycz wyszła zbyt cukrowo, trochę nachalnie, ale w zasadzie jeszcze nie tak okrutnie cukrowo, jak można by się obawiać. Ogół do końca, mimo przesadzonej słodyczy, jawił się jako łagodniejszy, delikatniejszy od przeciętnych biszkoptów okrągłych (odnoszę się do np. biszkoptów Delicpol dla Auchan).

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się przesłodzona, ale nie było to drapanie cukru, a po prostu posmak za słodkich, jasnych jajecznych biszkoptów-biszkopcików.

To najzwyklejsze, słodkie biszkopty, które smakują właśnie tylko i aż biszkoptami. Charakteryzują się łagodniejszym, mniej wypieczonym smakiem, więc na pewno posmakują osobom, które nie lubią mocno wypieczonych ciastek. Ogólnie jawią się jako bardzo bazowe, wyjściowe, ale zdecydowanie przesłodzone. Dobrze, że po prostu cukrem, a nie syropem i aromatami. A strukturę miały dość masywną. Do jedzenia osobno chyba nieco zbyt sucho-masywną, jednak gdy pomyślę o tym, że to biszkopty do tiramisu, masywność tę widzę w pozytywnym świetle.

Do tiramisu się sprawdziły, acz musiałam trochę ostrożniej podejść do kwestii słodyczy ogółu. 

Mama kończyła biszkopty, które zostały z tiramisu i wydała taki osąd: "No, biszkopty same w sobie to obecnie nie moja bajka. Słodkie, za słodkie, a tak... faktycznie jakby takie delikatne, leciutko wypieczone. Strukturę za to mają bardzo masywną, konkretniejszą niż te zwykłe okrągłe. Wydaje się, że idealna do ciast, że lepiej się jako warstwa niż te okrągłe mogą sprawdzać. Do jedzenia osobno są jednak za suche, bez mleka nie przejdą".

Obie jednak przyznałyśmy, że odnosimy się do okrągłych biszkoptów ze wspomnień, dawno takich nie jadłyśmy (nawet biszkopty Delicpol dla Auchan recenzowałam przecież w 2020). Nie mamy też porównania z innymi długimi biszkoptami. Możliwe, że trafiłyśmy na konkretniejsze w strukturze i łagodniejsze w smaku. Kto wie, czy to norma, czy wiele zależy od konkretnego producenta etc.? Wiem jedno: ich neutralność, bazowość, czyniąca je uniwersalnymi, to niepodważalny plus. Pozwolę sobie trochę zaspoilerować, że niebawem miałyśmy się dowiedzieć...
Swoją drogą, na dopisek "without sugar topping" zwróciłam uwagę dopiero dodając zdjęcia do posta, po tym, jak poznałam........


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie (chyba)
cena: 8 zł (za 220g)
kaloryczność: 380 kcal / 100 g
czy znów kupię: ja nie; Mama do tiramisu może

Skład: na 100g: mąka pszenna 50g, jaja 47g, cukier 42g, sól 0,3g

piątek, 3 kwietnia 2026

Favarger Heritage Chocolate Noir / Dark Chocolate ciemna 60 %

Za długo siedzę już w temacie czekolad, by szwajcarskie robiły na mnie wrażenie. Doświadczenie nauczyło mnie, że w każdym kraju można stworzyć degustacyjne cuda, jak tabliczki przypominające wyroby czekoladopodobne. Firma Favarger nic mi nie mówiła, mimo że istnieje od 1826 roku. Jest ze Szwajcarii i ponoć słynie z pasji do czekolady i tradycyjnych metod produkcji. Acz ja stacjonarnie w ogóle jej nie widziałam. W internecie może raz czy drugi trafiłam na ich produkt, ale nigdy mnie nie zaciekawił. Dopiero gdy składałam jakieś zamówienie na czekolady różnych marek głównie w góry, przewinęła mi się tak, że zwróciłam uwagę. Gdy Mama zgodziła się mi ją kupić, zamówiłam. W tej cenie, takiej czekolady o tak niskiej zawartości kakao, nie kupiłabym sama sobie. Pewnego dnia, niedługo po "takiej zwykłej, ale chyba flagowej" tabliczce z Rosji, przyszła pora na takową ze Szwajcarii. Czyli... przeskok do innego świata? 

Favarger Heritage Chocolate Noir / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach słodkiego karmelu z nieco alkoholowym echem, co kojarzyło się też z likierem karmelowym albo alkoholowo-karmelowym nadzieniem szlachetnej bombonierki. Obok tego pojawiła się myśl o orzechach ziemnych i laskowych w karmelu. Lekko prażonych i mocno osłodzonych ciągnącą, złocistą masą. Palona nuta przechodziła też w subtelną goryczkę. Z goryczką wiązało się jeszcze skojarzenie z lawendową, może lawendowo-waniliową herbatą. Ta miała trochę duszny, jakby babciny wydźwięk ze względu na to, jaki charakter przybrała wanilia. Kompozycja wydała mi się w pewien sposób słodko roślinna, herbaciano-roślinna, a bardzo nieśmiało w tle przewijała się tam jeszcze nutka czerwonych słodkich owoców granatu.

Twarda, dość jasna tabliczka w dotyku wydała mi się trochę sucho-ulepkowa, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno, acz zapewniając o gęstości i pełności.
W ustach rozpływała się średnio-powoli i maziście, stając się coraz bardziej niż kształtnym kawałkiem, to gęstą, miękką masą. Odnotowałam w niej suchawą pylistość, ale też kremową tłustość.

W smaku od razu poczułam odważną, acz średnio silną słodycz, kojarzącą się z waniliowymi ciastkami: jasnymi, leciutko wypieczonymi herbatnikami i biszkoptami. Wanilia zaznaczyła się, ale wcale nie próbowała się rządzić, a nienachalnie kręciła się tu i tam w kompozycji.

Przemknęły mi kwiaty, łączące słodycz z drobną cierpkością. Motyw ten wydał mi się wręcz trochę roślinny... roślinny jak surowe orzeszki ziemne i pestki? Roślinny bardziej w słodkim kontekście jak... fusy herbat i naparów? Do głowy przyszła mi herbaciana mieszanka z lawendą. Ta, wraz z lekkim wątkiem wanilii, poszła w nieco babcinym, dusznym kierunku.

W tej słodkiej, babcinej mieszaninie, bardzo odlegle, nieśmiało zaznaczyła się pewna słodka soczystość... bardzo ulotna... jakby jakiegoś słodziutkiego dosłownie "dżemiku" czy "marmoladki" koloru czerwonego, z niejednoznacznych owoców.

Słodycz rosła, jako że do tego wszystkiego dołączył lekko palony, ale palony bez wątpienia, karmel. Zdawał się wszystko przeplatać, przez co a to mijał się, a to schodził z wanilią.

Karmel właśnie na lekką gorzkość przemodelował cierpkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość podchwyciła palony ton, acz ona ogólnie była bardzo subtelna.

Gdy rosła i delikatnie gorzkawość, i o wiele odważniej złożona z waniliowych jasnych wypieków i karmelu słodycz, w tle nieco wyraźniej zaznaczyły się słodkie czerwone owoce. Granat?

Po chwili jednak zaszył się w narastającej, trochę ciężkawej słodyczy. Karmel przez moment, po tym lekkim, owocowym ożywieniu, zdobył się na pokazanie pazurków i zasugerowanie alkoholowego karmelu lub likieru karmelowego np. jako nadzienie czekoladek. Ciemnoczekoladowej bombonierki?

Zaraz jednak zmienił się w zwyklejszy karmel. Acz wciąż mieszał się z motywem jakiś złożonych słodkości. Lekka roślinność przeszła w łagodnie podprażone fistaszki i orzechy laskowe. Gdy się pojawiły, karmel otulił je jako gęsta, ciągnąca masa. Wyobraziłam sobie herbatniko-ciastka z orzechami w karmelu, oblane czekoladą.

Ta zawarła w sobie cierpkość... aż  trochę zwyczajnie kakaową. Przemknęła myśl o kakao w proszku, acz na szczęście zwykłym, nie odtłuszczonym - a po chwili podpięło się pod herbatę, przekładając się na myśl o kakaowej herbacie i gorącym kakao. Podanym do ciastek z karmelem i orzechami.

Po zjedzeniu został posmak cierpki jako gorące kakao i lawendowo-kakaowa herbata osłodzona wanilią oraz motyw ciastek z łagodnym, ciągnącym karmelem oraz orzechami laskowymi i ziemnymi. Słodycz trochę za bardzo dawała się we znaki na poziomie gardła, ale nie była drapiąca czy bardzo męcząca. Z kolei na języku osiadł efekt jakby lekko gryząco-cierpki, trochę alkoholowo-aromatowy albo jak po pikantniejszej herbacie.

Czekolada była smaczna i w zasadzie nie aż tak powalająco słodka, jak bałam się po tych 66%. W zasadzie wyszła jak niektóre czekolady 70%, które są słodzone białym cukrem - z trzcinowym jakoś się to wyrównało. Mnie jednak i tak słodycz była nieco za wysoka, biorąc pod uwagę bardzo niską gorzkość. Kwasku zaś w ogóle brak, ale on tu akurat by nie pasował. Ta kompozycja wyszła tak... w klimacie słodkiego poczęstunku u babci. Lawendowo-waniliowa herbatka, jasne ciasteczka, ciasteczka dokładnie z karmelem i orzechami, potem nutka kakao, kakaowej herbatki.


ocena: 8/10
kupiłam: scrummy.pl
cena: 22,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, ekstrakt waniliowy

czwartek, 2 kwietnia 2026

Choceur Feinherb Nuss ciemna 50 % z orzechami laskowymi

Tę czekoladę kupiłam razem z Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, by opłaciła się przesyłka. Pamiętałam Choceur Feinherb Mandel, która była po prostu w porządku i pomyślałam, że dziś przedstawiana w górach powinna się sprawdzić. Wzięłam ją w nie w drugiej połowie sierpnia. Dokładniej na Jarząbczy Wierch i Jakubinę od słowackiej strony, czyli z Uzkiej doliny, parkingu. Weszłam niebieskim, dość stromym, szlakiem przez Razcestie pod Hrubym Vrchom, przeszłam na zielony szlak i tak znalazłam się na Jarząbczym. Niestety okrutnie tam wiało, więc ze zdjęciami się spieszyłam. Z niego udałam się na Jakubinę, czyli Raczkową Czubę (dowiedziałam się o tym dopiero przygotowując tego posta), którą to Słowacy zwą Jakubiną, Polacy Raczkową. Potem zeszłam widokowymi Otargańcami, zataczając pętlę.


Choceur Feinherb Nuss to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi orzechami laskowymi; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach podprażonych orzechów laskowych w towarzystwie przesłodzonej cukrem i wanilią czekolady. Ta znajdowała się nieco za orzechami i w zasadzie trochę im przeszkadzała, przybierając nieco plastikowo-duszny wydźwięk. Wanilia wyszła jakoś tak... Tanio, jak rzeczy o smaku czy o zapachu, nie z wanilią. Przez myśl przemknęły mi jeszcze... miękkie czekoladowe ciastko-pierniki (w kształtach precli, gwiazdek itp., jak pierniki w czekoladzie Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet) w polewie kakaowej?

Na widok tak pokaźnej ilości orzechów aż wytrzeszczyłam oczy. Nie spodziewałam się, że zobaczę właściwie orzechy zlepione czekoladą. Niektóre siedziały dosłownie jeden na drugim.
Gruba czekolada była bardzo twarda. Zarówno ze względu na grubość, jak i ogólną masywność. Przy łamaniu trzaskała, właśnie zapowiadając masywność, ale też kruchą chrupkość orzechów. W ogóle orzechy dodały tabliczce trochę elementu kruchości, rozpadania się. Orzechy albo łamały się wraz z nią (rzadziej), albo zostawały w którejś części (przeważnie). Czasem zaś w ogóle wyłamywały się i wyskakiwały z czekoladowej tafli. Zdecydowanie dominowały całe, ale sporo było też połówek oraz parę kawałków. Pochwalić się mogły wielkimi rozmiarami, ale i trochę mniejszych było. Wszystkie za to łączył fakt, że nie posiadały skórek.
Da się zrobić jedynie malutkiego kęsa-kęsika bez orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Czuć w tym udział cukru - nie kryształki, ale jakby rozpuszczanie się cukru pudru (?). Była gęsta i tłusta w zbito-maślany sposób, przy czym czasem zahaczała ulepkowata plastikowość. Odebrałam ją jako teoretycznie gładką, ale z marginalną pylistością. Uparcie starała się pokrywać orzechy, jak długo się dało. Wolałam je więc zostawiać je na koniec, bo gdy gryzłam wcześniej, trudno było nie gryźć czekolady. A ta wtedy wychodziła bardziej ulepkowato.
Chwilami orzechów było aż trochę za dużo, bo uciekało poczucie czekoladowości. Czułam się, jakbym jadła orzechy w polewo-czekoladzie.
Orzechy gryzione były przeważnie chrupiące. Zwłaszcza całe. Niektóre bardziej, inne mniej kruche. Wśród połówek i kawałków trafiały się pojedyncze nieco bardziej miękkawe sztuki.

W smaku od razu poczułam przesadzoną słodycz. Błyskawicznie odezwała się nuta waniliowa, raczej aromatu niż wanilii, a tuż za nią cukrowość. Przybrały duszny wydźwięk. Rozbrzmiewały na równych prawach tak dosadnie, że wydawało się, że czekolada na słodyczy zakończy.

Orzechy laskowe dość szybko zaznaczały swoją obecność. Gdy robiąc kęsa zahaczyłam o któregoś, oczywiście od razu wyraźnie, a tak po prostu podkradając się pod słodycz.

Orzechów nie musiałam rozgryzać, by poczuć ich akcent. Gdy z ciekawości spróbowałam samej czekolady, okazała się lekko przesiąknięta prażonymi orzechami, ale w zasadzie zaskakująco słabo. Bez nich za to wydała mi się wyraźniej lukrowo-śmietankowa i bardziej waniliowa niż "o smaku wanilii".

Słodycz obok orzechów trwała w najlepsze. Niewiele robiła sobie z ich motywu - nie dały rady jej przełamać. Wanilia i cukier z czasem ułożyły się w motyw śmietankowego frostingu, śmietankowego lukru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy doleciała lekka cierpkość, która skojarzyła mi się z przesłodzonym, proszkowym budyniem czekoladowo-kakaowym. Przemknęła mi też smakowa, orzechowa kawa instant. Gorzkości jednak na próżno tu szukać.

Gdy z ciekawości ze dwa razy pogryzłam orzechy obok czekolady, rozbrzmiały wyraźnie, jednak zamiast przełamać słodycz, sprawiły, że czekolada wyszła bardziej plastikowo. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Acz nawet bez rozgryzania orzechów, baza chyliła się trochę w plastikowym kierunku tego właśnie naaromatyzowanego budyniu nie najwyższych lotów. Plastikowo kakaowo-czekoladowego, w którym kawa szybko się zatracała, ale w którym znalazł się lukier i duszna wanilia. Właśnie też jakaś trochę plastikowa, acz starająca się zaskoczyć na naturalniejszy tor.

Do głowy przyszła mi jeszcze tania polewa waniliowa i jakaś cukrowo-lukrowa glazura np. na piernikach, którą próbowano uszlachetnić wanilia. I tak było jednak za słodko, a w gardle robiło się trochę ciepło. Acz przy tej ilości, czekolady nie było znowuż tak wiele, by mogła bardzo drapać. I tak jednak męczyła słodyczą i w zasadzie brakiem czegokolwiek innego. I tak bardzo delikatną gorzkość przysłoniła łagodna, maślana nutka.

Acz lekki akcent... a'la kawowy kawy instant z cukrem? Pierników czekoladowych w polewie kakaowej? Chyba próbował się jakoś chociaż w tle, za słodyczą, zaznaczyć.

Orzechy gryzione na koniec bez trudu przebijały się zza czekolady. smakowały naturalnie słodko, średnio mocno prażonymi laskowcami. Niektóre próbowały udawać surowawe. Gdy brałam się za orzechy, czekolada odchodziła w niepamięć.

Po zjedzeniu został posmak prażonych orzechów laskowych, w których czasem zaplątywała się goryczka. Ta wiązała się z cierpkością samej czekolady. Ta miała w sobie coś z kawy, ale jako proszkowy budyń czekoladowo-kakaowy. Ogólnie czułam też przesadzoną, duszną waniliowa słodycz i lekkie drapanie cukru w gardle.

Orzechów było aż za dużo, przez co ogół wyszedł mało czekoladowo. A jednak tak smakującej czekolady nie chciałabym więcej. Jako więc że orzechy były dobre, szczęśliwie nieprzeprażone, zwłaszcza w górach można zjeść. Przyszło mi ją kończyć w domu i... choć kiepskość i słodycz bazy dawały się we znaki, to też do zrobienia. Dziwne, jakby dobre, naturalnie smakujące orzechy podkreśliły kiepskość czekolady, a nawet ją... spotęgowały? Np. wanilia kojarzyła się z aromatem, mimo że dodano po prostu ekstrakt.
Gdy tak pomyślałam o Choceur Feinherb Mandel - czekolady w zasadzie były podobne, jednak migdały bardziej smakowo wtopiły się w czekoladę, wydobywając z niej nuty pierników i kawy. Orzechy laskowe były wyczuwalne jakby obok, przez co czekolada pozwoliła sobie na więcej tandety. Słodycz obrała w niej nieprzyjemnie lukrowo-waniliowy wydźwięk, a niska gorzkość i część wanilii poszła w plastikową czekoladowość.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy