Kiedy zleciłam ojcu trzy wówczas nowości Sante: kremy słodzone z daktylami, byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by dokładniej się nimi interesować, co i jak. Wystarczyło mi kontrolne spojrzenie na składy. Wtedy uznałam, że pewnie będą przesłodzone, ale miałam nadzieję, że w stopniu, który nie wyklucza jeszcze przyjemnej uczty. Składy więc widziałam. Nie wiem więc, skąd u mnie przekonanie, że dziś przedstawiany był na bazie orzechów laskowych. Przecież tych w jego składzie w ogóle nie ma. Dziwne. A co było? Moje ulubione orzechy! Włoskie i nerkowce to moje naj. Ale... nauczona doświadczeniem z wybuchami optymizmu byłam ostrożna. Raz, że wymieszanie dwóch najlepszych składników nie zawsze oznacza arcypyszny efekt, a dwa... Słodycz i sól potrafią wszystko zepsuć. Właśnie podobny krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl rozczarował mnie. Ale... stworzyć coś z tym wszystkim oczywiście też można, nie wątpiłam. Ale właśnie i zepsuć. Do kremu podeszłam więc z ciekawością, a jednocześnie trochę sceptyczna.
Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów to krem z prażonych orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami w proszku.
| przed i po uporaniu się z olejem |
Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 3,5 łyżeczki, a wymieszałam 2-2,5, może nawet też 3 (trudno się doliczyć). Miałam wrażenie, że ten olej był jakby troszeczkę rozwodniony.
Gdy mieszałam, krem niżej wyglądał na suchy, więc myślałam, że jeszcze później z powrotem doleję więcej, ale nie. Dobrze więc, że od razu tego nie zrobiłam. Z łatwością przyjmował olej i robił się bardziej kremowy, jakby wilgotniał. Mimo to, trudno było uzyskać jednolitą konsystencję, bo grudko-zbitki kremu nie chciały się tak łatwo rozmieszać z resztą, nieco rzadszego, ciągnącego kremu. Widać w nim było coraz więcej drobinek i ciemnych kropek.
Mimo że miejscami krem wyglądał na suchy, jedzony jakby przybierał na wilgotności i przedstawił się z bardzo tłustej strony. Krem był gęsty i zbity, ale w trakcie jedzenia szybko zmieniał się w oleiście miękki. Zalepiał usta i gęstniał w sposób typowy dla czystych past orzechowych. Rozpływał się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, zapominając trochę o początkowej gęstości. Robił to z łatwością, gdyż zawierał sporo jakby kryształków. Te rozpuszczały się, udając zwykły cukier. Wraz z drobinkami orzechów dołożyły się do niemal ziarnistego, pylistego wrażenia. Nie było to wrażenie miazgowe, jakie czasem tworzą drobinki orzechów. Kryształki z czasem sprawiały wrażenie lekko zawilgoconego cukru. Gdy gryzłam je, także przypominały cukier. Wolałam więc dać im się rozpuszczać. Rozrzedzały więc masę, zmieniając ją w swego rodzaju zawiesinę, walczącą o zwięzłość. Z czasem w tłusto-ziarnistej zawiesinie pobrzmiewała jakby ukryta suchość orzechów włoskich. Całość zaś w końcu łatwo, wręcz trochę tłusto-wodniście znikała.
Ogólnie masa, pogryziona z ciekawości, trzeszczała, skrzypiała i pochrupywała; wtedy miałam wrażenie, że jest z drobnym cukrem.
Po zniknięciu masy i kryształków w ustach prawie nic nie zostawało. Naprawdę pojedyncze drobinki o mniej lub bardziej miękkiej strukturze, tak niewymagające, że nie trzeba było ich gryźć i dziwnie twarde drobinki trochę większe, których nie dało się gryźć, bo były twarde jak kamień - kawałki pestek daktyli czy co?
Ciasteczka wyobraziłam sobie jasne, maślane - takie przeuroczo słodziutkie, np. wyidealizowane herbatniki "zwierzaki". Ta ciasteczkowa słodycz wpisała się w orzechowość - nietrudno zgadnąć, że to orzechy nerkowca ją zbudowały. Nie kryły się z tym, że to właśnie one. Nerkowce czuć wyraźnie, ale dopiero za włoskimi.
Słodycz startująca z wysokiego pułapu ani myślała odpuszczać, mimo że orzechy włoskie zajęły pierwszy plan, jawiąc się jako coraz mniej słodkie. Nie to, że robiły się gorzkie, ale po prostu obok pojawiało się coraz więcej słodszych elementów, za sprawą których na jaw wychodził ten poważniejszy charakter lekko prażonych orzechów włoskich.
Ogólna słodycz bowiem rosła odważnie. Przez moment wydała mi się iść w nieco cukrowym kierunku, ale potem znów zaskoczyła na krówkowo-karmelowy tor, a zaraz i daktyle się zdradziły.
Raz po raz w tle przemknęło echo soli, podkreślające orzechy włoskie, ale i motywujące słodycz do działania.
Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji daktyle rozbrzmiały wyraźnie. Choć w żadnym wypadku nie przesłodziły kompozycji, czasem czuć ich lekko piekący efekt i zbliżały się ryzykownie do przesady. Zgrały się z lekko prażonymi nerkowcami, przywodząc na myśl ciasteczka karmelowe. Nerkowce właśnie nadawały słodyczy naturalniejszego, szlachetniejszego charakteru.
Orzechy włoskie dbały o to, by słodycz nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Raz po raz w tle przemykała delikatna, szlachetna goryczka skórek orzechów. Do głowy przyszła mi też "smakowa suchość", mimo oleistego echa, które pojawiło się przy włoskich. Rzadko, ale jednak, epizodycznie wychylała się odrobinka soli. Słodycz w końcu zdecydowała się trochę odpuścić.
Mimo to, i tak sporadycznie nawet w gardle się zaznaczała, choć faktycznie pod koniec już się oddalała. Nakręcała się nawzajem z tym poważniejszym, goryczkowatym motywem orzechów. Do głowy przyszedł mi wytrawniejszy tort z biszkoptu karmelowego z kremem z orzechów włoskich, a co jakiś czas, z czasem coraz częściej, wychylało się echo soli. Przełamywało słodycz i podkręcało motyw sucho-oleisty (?) orzechów włoskich. Nie jako krem czy tort, a po prostu podprażono-podsmażonych orzechów.
Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich wraz z goryczkowatym akcentem skórek, ale też ciasteczkowo-karmelowo słodki. Za niego odpowiadały wyraźnie wyczuwalne orzechy nerkowca i nieco mniej wyraźne, ale też do rozpoznania daktyle o wręcz piekących, ale nie przesłodzonym za cięciu. Wyraźnie wyłoniła się też sól.
Krem był smaczny, ale mam zastrzeżenia. Połączył goryczkę orzechów włoskich ze słodyczą niemal krówkowo-karmelowo-ciasteczkową, którą stworzył duet orzechów nerkowca i daktyli. Ciekawie splatały się tu niemal urocza słodycz z wytrawniejszą goryczką. Naprawdę bardzo ciekawa kompozycja, wyważona i zarazem trochę przyjemnie kontrastowa. Ryzykownie słodka, ale to jeszcze nie jest jej jednoznaczny minus. Na pewno minusem była sól, , która niczego dobrego nie wnosiła, a przeszkadzała, będąc jakby dodaną kompletnie bez sensu. Specyficzna, jakby sucho-oleiście-tłusta konsystencja kremów z orzechów włoskich została trochę uładzona i wtłoczona w realia reszty kremów orzechowych (wg mnie moje kochane włoskie niezbyt nadają się na kremy 100%). Wszystko byłoby dobrze, gdy o strukturę chodzi, gdyby nie te sporadycznie trafiające się kamienne drobinki, przez które bałam się o zęby. One i sól przełożyły się na odjęcie 2 punktów, za to 0,5 punktu poleciało za jednak czasem nieco za silną słodycz daktyli i jednak ogólny odbiór.
Niewątpliwie wyszedł więc lepiej niż zdecydowanie bardziej słony krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl.
ocena: 7,5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: prażone orzechy włoskie 52%, prażone orzechy nerkowca 32%, proszek daktylowy 16%, sól



















