poniedziałek, 12 października 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic ciemna z Dominikany

Jestem sceptyczna do czekolad niedegustacyjnych o zawartości kakao wyższej niż 85%, ale co do dzisiaj przedstawianej miałam dobre przeczucia jeszcze zanim zjadłam którąkolwiek z zakupionych tabliczek tej marki. Potem moje zaintrygowanie nią rosło aż w końcu nadszedł tydzień, a którym wszystko wydawało mi się potencjalnie za słodkie. Liczyłam, że kakao w tej pokaże, co potrafi. 
 
Chocolates Solé Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic to ciemna czekolada o zawartości 94% kakao z Republiki Dominikany.

Po rozchyleniu papierka poczułam delikatny zapach, opierający się na kwiatach w wazonach, być może trochę już przykurzonych, mimo że świeżych. Wiązały się z klimatem ciepłego, wiosennego dnia i akcentem skoszonej trawy (nie właśnie koszonej, a takiej już skoszonej). Obok, nieco kontrastowo, zaznaczyły się stare książki i jeszcze starsze drewniane meble. Przewijała się w nich niedookreślona nutka orzechów, może też sezamu.
Całość wydawała się ostrożnie słodka i niegorzka, a zaskakująco łagodna jak na tę zawartość kakao.

Tabliczka podczas łamania okazała się twarda jak skala. Trzaskała głośno i konkretnie.
W ustach czekolada rozpływała się z małym oporem, bardzo powoli i gęsto. Tłustość zaraz znalazła się na średnim poziomie, łącząc maślaność z oleistością. Osłabiało ją poczucie pylistej wręcz suchości, jakie czuć obok. Całość wyszła wręcz ciężko, lepko-maziście, smoliście pokrywała podniebienie i wręcz trochę przytykała. Czuć wtedy lekką pylistość, która hamowała tłustość, a końcowo zmieniała się w silną proszkowość.

W smaku pierwsza przemknęła konkretna, ciężka nuta niemal smolista, po chwili wchodząca w bardziej paloną sferę; bardziej... ogólniejszą, nie tak jednoznaczną.

Słodycz ruszyła po chwili, z kolei prezentując kwiaty. Dla odmiany rześkie i lekkie. Pomyślałam o kwiatach poustawianych w wazonie oraz o pokoju z otwartym oknem, zza którego widać kwitnące krzewy i zza którego - bo musiało być otwarte - kwiaty wkradają się wraz z ciepłym wiosennym wietrzykiem. Nagle... przemknęły mi stare książki, próbujące części kwiatom zasugerować właśnie suszony charakter.

Słodycz rosła leciutko i ostrożnie, jako że do kwiatów dołączyły pojedyncze, nienachalne brytyjskie kruche krówki "fudge". Tuż za nimi pojawiła się maślaność.

Smoliście-palony motyw w tym czasie nie zwlekał. Rozwijając się roztaczał coraz cieplejszy wydźwięk. Znacząca paloność podkreśliła... węgiel? Żar. A ja pomyślałam o gorącym, rozgrzanym asfalcie.

Za asfaltem przemknął drobny kwasek, by po chwili pokazać się nieco wyraźniej jako ananas. Kwiaty jednak prędko go dopadły i zaczęły kwaskawość wygładzać, jak tylko mogły. Po chwili zostało już tylko echo, wspomnienie kwasku. Kwiaty z czasem też zaczęły się nieco... rozbiegać? Jakby za ich sprawą ananas stał się kandyzowaną kostką ananasa, która trochę podeschła.

Robiło się coraz łagodniej, gdy nagle w połowie rozpływania się kęsa zza słodyczy, zza maślaności wylała się czarna kawa zaparzona na palonych ziarnach. Dość mocna, ale nie siekiera czy espresso. Chyba trochę wzmocniona kakao w proszku. Kawy trzymał się ten smoliście-asfaltowy wątek, ale uległ... rozproszeniu?

Łagodnienie jednak nadeszło, ale i w nim był charakterek. Stanęły za nim orzechy, początkowo niezbyt jednoznaczne, i stare książki; cała stara, niemal antyczna biblioteka. Z nią nadeszło trochę starego drewna. Do głowy przyszedł mi kurz... acz nagle odciągnęły od tego uwagę orzechy - wyraźniej laskowe, choć chyba nie tylko. Chyba też z dodatkiem sezamu. Znów wtrąciła się też maślaność.

Akcent asfaltu w tle się poruszył... zmienił się w żwir. Też ciepły, ale już nie tak gorący... A żwir pokierował moje myśli na powietrze, gdzieś, gdzie biegnie jakaś rzadko uczęszczana droga, ale jednak gdzie ktoś parę godzin wcześniej kosił trawę. Akcenty kwiatów wzmocniły jej świeży wydźwięk, same trochę się zatracając na pewien czas...

Kwasek wyłonił się jeszcze na chwilę. Jakby... ananas skwaśniał? Acz kwasek był leciutki i końcowo zrobił się bardziej soczysty (niż ten kandyzowany) jak... czerwone porzeczki i niedojrzałe brzoskwinie? I znów kwiaty zareagowały na owocowość i wyskoczyły na dosłownie samej końcówce, stając owocom na drodze. Acz już tylko jako suszone. W towarzystwie odrobinki kakao w proszku.

Po zjedzeniu został jednak posmak właśnie kwaskawych owoców: mieszanki porzeczek i ananasa, acz nie bardzo jednoznaczny, a także żwiru i asfaltu jako z kolei coś cięższego. Osłodziło je trochę kwiatów i brytyjskie kruche krówki. Obok pojawiły się stare książki i orzechy, kierując kompozycję w neutralniejszą stronę, sprawiając, że posmak był bardzo łagodny. Wszystko to w dodatku wydawało się oprószone kakao w proszku.

Czekolada była smaczna, acz zaskakująco łagodna na tę zawartość kakao. Lekka słodycz kwiatów, kruchych brytyjskich krówek oraz znikome owocowe przebłyski ananasa, porzeczek czerwonych mieszały się z charakternymi nutami smoliście-asfaltowo-żwirowymi, gorzką kawą, ale też złagodzeniem, jakie niosła maślaność, stare książki i stare drewno, rześkość wiosny i skoszonej trawy oraz orzechy z sezamem.
Ciężka, smolista konsystencja może nie była spełnieniem marzeń, ale pasowała do klimatu.

Nie przypominała (Chocolates Sole) Naturitas Chocolate Negro 85 % cacao gdy chodzi o smak, ale wydźwięk w pewnym sensie miały podobny: taki ciężkawo-wytrawny, a jednocześnie nie bardzo gorzki. Ziemiście-przypalone akcenty i maślaność, sezam, drewno można z nich obu skojarzyć, ale wspomniana była intensywniejsza za sprawą ananasa, alkoholu, a więc słodyczy i kwasku.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 16,28 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 11 października 2026

Zotter Pink Grapefruit ciemna mleczna 50 % z kremem z grejpfrutów, białej czekolady, czekolady białej malinowej i soku z limonki oraz warstwami czekolady białej marakujowej

Zostawiłam tę nadziewaną czekoladę Zottera na koniec z dwóch powodów: wydała mi się jedną z bardziej ciekawych nowości tego producenta, zarazem potencjalnie bardzo smaczną, ale też jako jedna z nielicznych nie miała orzechów. Z doświadczenia wiem, że czekolady owocowe mogą poleżeć nieco dłużej niż orzechowe. Wracając jednak do tego, dlaczego wydała mi się taka ciekawa. Grejpfrut jest chyba jednym z bardziej pomijanych w czekoladach owoców. Ciekawe, dlaczego? Jest to jednocześnie jeden z moich ulubionych owoców tak ogólnie. Jak więc taka czekolada mogła by mnie nie kusić?


Zotter Pink Grapefruit to ciemna mleczna czekolada o 50% zawartości kakao nadziewana (60%) grejpfrutowym kremem "ganache" z grejpfrutów, białej czekolady, czekolady białej malinowej i soku z limonki oraz cienkimi warstwami czekolady białej marakujowej.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ogromu mleka, mieszającego się z karmelowo słodką czekoladą o charakterze orzechowo-wiejskim. Na ten złożył się motyw pełnego mleka, ale też jakby wizja sianka i pewnego ciepła. Mleko poniekąd płynęło z samej czekolady, ale ewidentnie nie tylko. Czułam też po prostu mleko. Do tego pod tym wszystkim jakby niedopasowany motyw cierpkiego grejpfruta i limonki, zahaczającej o jakiś półwytrawny, cierpko-kwaśny alkohol. Po przełamaniu nasilił się zapach grejpfruta, ale w towarzystwie słodko-maślanej białej czekolady.

Tabliczka starała się przedstawić jako masywna, ale miałam wrażenie, że ten konkret jest pozorny. Ze względu na tłustość wyczuwalną w dotyku z kolei czułam, jakby czekolada nie mogła się doczekać momentu rozpuszczania. Łamiąc, mimo grubości czekolady z wierzchu, nie usłyszałam żadnego dźwięku. Czekolada była konkretna, ale nie twarda. Za to sprawiała wrażenie trochę kruchej. Nadzienie jednak na pewno nie było suche. Zbite i konkretne owszem - czuć to zwłaszcza przy robieniu kęsa i przegryzaniu się przez całość. Czekolada mleczna wraz z białą minimalnie się w nie wgniatały.
Ku mojemu zaskoczeniu, łatwo oddzielić nie tylko czekolady od nadzienia, ale - przy pomocy noża - też jedną od drugiej.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, łącząc tłustą kremowość z mazistością.
Biała spod niej podtrzymała tłustą kremowość, ale dodała też lekką pylistość.
Nadzienie prędko wyłaniało się spod czekolad, jako że było soczyste. Okazało się trochę mięknące, ale długo zachowywało kształt i zbitość. Czuć w nim kremowość i tłustość oraz zagęszczenie czekoladą, wraz z jej maślaną tłustością. Nie przeszkodziło to w niczym wysokiej soczystości. Ta po paru chwilach rozlała się po ustach. Za nią odnotowałam lekką pylistość. Krem rozpuszczał się w średnim tempie, równo z otulającą go białą marakujową.
To czekolada mleczna z wierzchu znikała najszybciej.

W smaku czekolada przywitała mnie karmelową słodyczą oraz wyraźnie mlecznym smakiem. Po chwili odezwał się też orzechowy akcent, kierujący mleko w sielsko-wiejskie klimat, a karmel w stronę paloną. Oczami wyobraźni zobaczyłam sianko, rozgrzewane słońcem pole i pastwisko.
Mleko podkręcał również mleczny środek, a karmelowość słodyczy została podbita poprzez kontrast.

Czekolada spróbowana osobno wydała mi się też orzechowo-siankowa, głęboko mleczna, ale nie aż tak dosadnie palono karmelowa. Karmelowa owszem, ale nie aż tak jak w zestawieniu z resztą.

W ciągu kolejnych sekund mleczność czekolady przeszła w motyw maślankowo-jogurtowy. Po tym, jak podbiła mleczność, marakujowa biała czekolada wyraźnie przebiła się lekkim kwaskiem oraz nieprzesadzoną słodyczą białej czekolady. Przemknęła sama egzotyczna, soczysta, ale niezbyt oczywista marakuja, ale zaraz zatonęła w cytrusach (wraz z debiutem nadzienia).

Oddzielona czekolada marakujowa sama w sobie okazała się mocno mleczna i dość słodka, ale nie przesłodzona. Była lekka, rześko-soczysta. Marakujowość objawiała się w niej z czasem. Mimo że osobno była jednoznaczna w kwestii marakujowego smaku, wcale nie wydała mi się tak dużo bardziej wyraziście marakujowa niż w zestawieniu z resztą. Ogólnie wykazywała ostrożność i subtelność.

Już po chwili za białą marakujowa czekoladą, odezwał się kwaśny grejpfrutowy środek. Ku mojemu zaskoczeniu, także on dołożył się do motywu maślanki i jogurtu, a także... do słodyczy. Podkręcił mleczną czekoladę, a ona skierowała uwagę ku grejpfrutowi właśnie. Dominował, ale musiał o swoją pozycję walczyć. Poprzez kwaśną maślankę weszło powiem więcej kwaśnych cytrusów. Czuć grejpfruta, ale też limonkę. Chwilowa egzotyczna otoczka podporządkowała się cytrusom. Grejpfrut połączył słodycz i kwaśność z cierpką goryczką, zaprezentował się soczyście i świeżo, ale nie utrzymał się na takim poziomie długo. Wyłoniła się bowiem jeszcze cytryna i zaczęła przygłuszać grejpfruta. W nadzieniu pobrzmiewało mi ledwo uchwytne echo białej czekolady, która choć w tym wszystkim nie była jednoznaczna jako ona sama, to trochę rozmywała smak środka, odbierała mu jednoznaczność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się bardzo kwaśno od połączenia trzech cytrusów, ale też zaczęła rosnąć słodycz. Nie mocno, ale jednak. W dodatku umacniały się limonka i cytryna. Odlegle skojarzyły mi się z kwaśnym, wytrawnym winem białym i limonkowym likierem.

Nadzienie spróbowane osobno uderzało kwaśnością cytryny i grejpfruta, po czym wytaczało biało czekoladową słodycz. Mimo ciężkawego motywu słodkiej białej czekolady, wydawało się wręcz kwachowate. Grejpfrut dominował, a jednak i limonka, i cytryna też miały wiele do powiedzenia. Osobno środek nie jawił się zbyt atrakcyjnie.

W otoczeniu czekolad nadzienie wyszło nieco bardziej uładzone. Odniosłam wrażenie, że czekolada mleczna wyważyła cytrusowość, pomagając grejpfrutowi trzymać się przed cytryną i limonką, a marakujowa biała tchnęła lekkość w białe czekolady. Czasem w kwaśno owocowym splocie raz po raz przemknęły mi chyba kwaśne nieoczywiste maliny.
Z czasem słodycz rosła, analogicznie do tego, jak kwaśność słabła. Biała czekolada, zarówno marakujowa, jak i ta obecna w nadzieniu, skierowały owoce w stronę owocowego jogurtu, maślanki. Grejpfrut tracił na jednoznaczności, robiło się coraz bardziej cytrusowo, cierpko. Nieoczywista marakuja też krążyła w tym wszystkim.

Czekolada mleczna w trakcie rozpływania się tego wszystkiego wydawała się jeszcze bardziej mleczna, ale też karmelowo słodka, co podbił kontrastem owocowy, kwaśny środek. Potem jednak zostawiała już cytrusy i egzotykę z jakby maślankowo-jogurtową białą czekoladą.

Po zjedzeniu został posmak zaskakująco jednoznacznie grejpfrutowy. I to taki, jakbym właśnie zjadła świeżego cierpko-kwaśnego grejpfruta. Nie mogłam się temu nadziwić po tak namieszanej, złożonej kompozycji z wieloma niejednoznacznościami. Towarzyszyła mu jednak limonka i echo cytryny, pewna egzotyka, ale na dalszym planie. Czekolada mleczna odeszła prawie zupełnie w zapomnienie, białej... można się było doszukać, ale też nie wydawała się oczywista w posmaku. Jogurtowo-maślankowy motyw za to owszem. Było bardzo soczyście, ani trochę nie ciężko czy za słodko.

Czekolada była ciekawa, ale mnie nie chwyciła tak, jak liczyłam. Tak cytrusowo kwaśno-soczysty wątek niby współpracował z białymi czekoladami, ale i zgrzyty się wychylały. Mleczna czekolada odnalazła się tu, podkreślała grejpfruta, ale jestem pewna, że cierpko-gorzkawa ciemna sprawdziłaby się lepiej. Mleko z tak cytrusowym środkiem dzięki białej marakujowej poszły w klimaty maślankowo-jogurtowe. Grejpfrut niby był dobrze wyczuwalny, ale nie widzę sensu dodawania do niego limonki i cytryny, bo musiał sporo z nimi walczyć, przeszkadzały mu. Wolałabym, by smak był tak czysto grejpfrutowy jak posmak. Muszę jednak przyznać, że warstwa białej marakujowej zrobiła robotę, czego się nie spodziewałam. Tonowała kwachowość środka. Jednocześnie, gdyby nie marakuja i cytryna, nie byłoby tam kwachu do tonowania, więc nie rozumiem dodawania ich.

Jadłam, uczepiona myśli o grejpfrucie, na którym próbowałam się skupiać, ale w końcu kwaśność bukietu cytrusów z marakują zaczęło mnie trochę męczyć. 30 g mi starczyło i czułam, że jeszcze trochę, a mój jako taki optymizm zacznie przechodzić w mniej pozytywne uczucia i będzie coraz gorzej. W zasadzie bardziej obiektywnie czekolada chyba powinna mieć 6, ale za samą pomysłowość i naprawdę świetny posmak niech ma te 7.

Mama, której przypadła reszta, opisała ją tak: "no, jak to w prawie wszystkich Zotterach, które dostałam i tu czułam cytrynową kwaśność. Tu jednak zaskoczenie! Oprócz cytryny i w zasadzie mieszanki nie wiem czego, poczułam tego grejpfruta! Z czasem wyraźnie, aż dziwne. Bo w tych jego czekoladach to prawie nigdy nie czuć tego, co tytułowe i w opisie, a tu wyraźnie czuć grejpfruta. I ta czekolada wyszła całkiem smacznie, tak kwaśno w pozytywny sposób, a nie jak inne w taki nieokreślony". 


 ocena: 7/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 78g)
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, koncentrat grejpfrutowy 12%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, liofilizowana marakuja (maltodekstryna, koncentrat marakui), mleko, liofilizowane maliny, koncentrat limonkowy, słodka serwatka w proszku, sproszkowany jogurt z mleka odtłuszczonego, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), emulgator: lecytyna słonecznikowa; cynamon

piątek, 9 października 2026

Chapon Cacao Rare Nicaragua O'Payo ciemna 70 % z Nikaragui

Cieszę się, że od paru dobrych lat wciąż mam nieznane czekolady Chapon do testów. Co prawda drobne zmiany, jakie wprowadzili, wydłużyły moją przygodę z nimi, ale co jakiś czas wydają też nowości, jak np. dziś przedstawiana. Nikaragua ma w sobie to coś, że prawie zawsze na tabliczki z kakao z tego kraju, cieszę się już kilka dni przed degustacją. Kakao z przyrodniczego sanktuarium, chronionego przez UNESCO rezerwatu....? Już to brzmiało cudownie! A jeszcze fakt, że kakao to znalazło się w kompetentnych rękach czekoladników Chapon! 

Chapon Cacao Rare Nicaragua O'Payo to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O'Payo z Nikaragui, z rezerwatu Bosawas.

Po otwarciu rozszedł się złożony, słodki zapach, łączący rześkość z pewną słodką, wonną dosadnością kwiatów, miodu, karmelu i syropu daktylowego, przechodzącego w soczyste daktyle: czy to wilgotne suszone, czy świeże. Specyficzny, ciężkawy charakter daktyli podkreślił cynamon. Kwiaty rozchodziły się na dwa wątki. Z jednej strony czułam słodkie i subtelne drobne białe kwiatki, głównie fiołki, konwalie i rumianek, też słodki, ale i dosadniejszy, choć też rześki heliotrop. Zupełnie obok jakby bardziej kwaskawo-owocowy hibiskus czerwony. Przy nim wychynęły słodkie, drobne i chrupiące winogrona różowe z echem truskawkowym?

Tabliczka przy łamaniu, ze względu na masywną twardość, trzaskała porządnie, głośno.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, na pewno gęsto kremowo i gęsto. Niby jako tako zachowywała kształt, ale robiła się coraz bardziej zwięzło-budyniowa i aksamitnie-miękka. W porywach była lepkawa, a wraz z upływem czasu coraz rzadsza.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz syropu daktylowego, który częściowo przechodził w daktyle. Oczami wyobraźni zobaczyłam zasładzające, ale zarazem soczyste daktyle świeże oraz suszone, ale też tak soczyste, że z powodzeniem udające świeże. Okazały się pełnić rolę fundamentu tej kompozycji. Wydały mi się wręcz... piekące? Słodycz zajęła wysoki poziom i trzymała się go. Nie rosnąc czy malejąc, za to zmieniając wydźwięk.

Daktyle wyszły jakby piekąco-ciepło. Podkradł się pod nie właśnie ciepły, słodko-goryczkowaty cynamon. Cynamon otworzył drogę drewnu, które również trzymało się ciepłego, trochę wręcz orientalnego klimatu.

W tle odnotowałam subtelny... nawet nie kwasek, a jedynie jego obietnicę. Wiązał się z soczystością, ale jakby nieco ciężkawą. Miała w sobie coś z czerwonych owoców, ale była zbyt nieokreślona, by od razu jakiś owoc uchwycić. Po chwili przyszedł mi do głowy sok z owoców dzikiej róży.

Daktyle w tym czasie zyskały bardziej palony charakter i powoli zaczęły przeistaczać się w karmel. Delikatna gorzkość wsparła tę zmianę, sama serwując mi czarną kawę z pianką i szczyptą cynamonu. Karmel szybko okazał się znacząco palony, łączący cukier trzcinowy, może też brązowy z... miodem? Bardziej jednak syropem daktylowym? Wyobraziłam sobie paloną kaszę gryczaną ugotowaną na słodko właśnie z nim.

Miód był bardzo trudno uchwytny, niejednoznaczny. Podchwycił owocowość, rześkość owoców i poszedł w kierunku właśnie jakby miodowo-kwiatowo smakujących egzotycznych owoców, w tym melonów.

Kompozycja zrobiła się bardziej świeża i mimo wysokiej słodyczy, rześko-lekka. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na przód wyszły białe kwiaty: konwalie, rumianek. Najpierw zbierało się coraz więcej drobnych kwiatków, potem wsparł je odważniejszy, wyrazistszy heliotrop o niemal perfumeryjnym, ale wciąż rześkim zacięciu. Kwiaty wiązały się z motywem wody, ale w pozytywnym, orzeźwiająco-świeżym sensie.

W tym czasie stało się też jasne, że kwasek nie nadejdzie, mimo że owocowa nuta nieco się rozwinęła. Poczułam nieśmiałe drobne i chrupiące, niemal zasładzająco słodkie winogrona różowe. Podążało za nimi trochę melonów miodowych i rześka egzotyka jakby kwiatowych owoców.

Dzika róża, prawie znikając, zmieniła się w hibiskusa, ale niemal bez kwasku. Wyrzekł się go na rzecz wydźwięku słodzonego miodem naparu hibiskusowo-kwiatowo-owocowego. Wychwyciłam jeszcze wątłe echo jakby... wina truskawkowego? Kompotu z truskawek? Po czym napar z kwiatów i owoców zdominował kompozycję.

Pomyślałam o ziołowo-kwiatowej herbatce, zabarwionej na czerwono od hibiskusa, a potem o smakowej herbacie czarnej. W tym samym klimacie, ale jednak już z herbacianą gorzkością. Znowu zrobiło się cieplej, orientalnie. Słodycz zrobiła się mocno palona, a wszelkie czerwone owocowe nuty nagle zniknęły. Karmel jakby przygotował grunt pod kolejne uderzenie soczystych, ciężkich daktyli.

Po zjedzeniu został posmak karmelu i daktyli, zarówno jako świeżych i suszonych owoców, jak i syropu oraz drewna. W głowie siedziało mi ciepłe, orientalne drewno - chyba sandałowiec, podkreślony szczyptą słodko-ostrego, goryczkowatego cynamonu. Tuż obok znalazł się rześki motyw wody i kwiatów, w tym fiołków, konwalii i innej drobnicy, ale też takich z nieco owocowymi zapędami.

Czekolada była przepyszna. Choć nie zupełnie to moje klimaty, bo takie rześko-zasładzające, dla mnie trochę za słodkie, ale kompozycja była naprawdę wciągająca. Gdyby nie za wysoka słodycz, ocena byłaby maksymalna. Daktylowy początek, potem karmel, ogrom kwiatów i trochę miodu, miodowo-kwiatowe owoce, odrobinka czerwonych winogron, hibiskus, coś truskawkowego i herbatka owocowa, a potem daktylowa końcówka zatoczyły interesujące koło. Ciepło drewna i cynamonu, które wycofało się na rzecz kwiatowo-wodnistej świeżości i wróciło na koniec jako herbata i drewno sandałowe stanowiły przemyślaną klamrę.

Karmel i herbata, ale więcej owoców i kwasku, w tym dzikiej róży czułam w Beskid Chocolate Nikaragua O'Payo Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao. Podlinkowana była jednak mocniej herbaciana, mniej słodka i dzięki temu smakowała mi bardziej.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: 38 zł (za 75g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 8 października 2026

wino Imiglykos Białe Półsłodkie [18 LAT+]

Dziś muszę przeprosić wszystkie osoby niepełnoletnie, które nie ukończyły 18 lat. Ten wpis przeznaczony jest bowiem tylko dla osób dorosłych.

Byłam pewna, że po Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet nie będę zawracać sobie głowy recenzjami win, które kupuję do gotowania i używam np. jakieś 2 łyżki na danie. Zwyczajnie nie są warte zachodu, a gdy dodaję łyżkę czy dwie, to jak dokładnie dane wino smakuje, nie ma większego znaczenia. Tak mówiłam sobie aż do momentu gotowania kolejnej potrawy z winem, dokładnie risotti. Nim dodałamwino, powąchałam je i spróbowałam i... Z zaskoczeniem odkryłam, że to jest diametralnie lepsze od wspomnianego. A przecież półka, cena, zbliżone... Uznałam więc, że trzeba odnotować fakt, iż trafiła się taka, no, niech będzie, perełka. Dopiero potem zainteresowałam się, cóż to dokładniej. Okazało się, że ponoć klasyczne greckie wino, idealne jako "dodatek do deserów i na spotkania latem". Pochodzi ono dokładniej z Macedonii Północnej.

Imiglykos Białe Półsłodkie to białe wino półsłodkie ze szczepów Smederevka i R'kaciteli z Macedonii Północnej, z regionu Ovchepole, o zawartości 13% alkoholu, wyprodukowane w Mołdawii.

Po nalaniu wina do kieliszka poczułam rześki, raczej kwaskawy niż słodki zapach zielonych jabłek oraz jakby kwiatową rześkość melonów.

Wino o kolorze bladym i lekkiej, rzadkiej strukturze wydawało się trochę wodniste, ale nie w negatywny sposób. Jak ktoś lubi lekkie wina, to może się bardzo podobać.

W smaku wino przywitało mnie kwaśnymi, zielonymi jabłkami, które z czasem jakby się nieśmiało osłodziły. Dołączyły do nich chyba melony... Acz nie takie jednoznaczne... Bardziej jakby Melono-gruszki nashi. Słodkie, ale lekko, bardzo rześkie.

W tle pojawiła się wodnistość, po czym ruszyło więcej rześkich owoców. Alkoholowość jakby się w nich ukrywała.

Nieco nasilił się kwasek, a wraz z nim wyłoniła się cytryna. Towarzyszyło jej... troszeczkę ananasa? Brzoskwini? Po czym mniej więcej w połowie zrobiło się bardziej cytrusowo. Nie jednak mocno kwaśno, a tylko kwaskawo. Cytryna przeszła w goryczkowatego grejpfruta. Ten zaś obudził wręcz pikanterie korzenną. Zaczęła piec w język, a rześkość wydała mi się bardziej owocowo-ziołowa.

Po wypiciu został posmak cytrusowo-pikantny.

W przypadku wina schłodzonego, trochę więcej do powiedzenia miała cytryna, w temperaturze pokojowej wystąpiła po prostu w chórze owoców. Chłodniejsze dało się poznać jako nieco bardziej kwaskawe, a im cieplejsze tym kwaskawe mniej, ale nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie bardzo słodsze.

Do gotowania pasowało mi doskonale. Czy to w niewielkiej ilości do dań koreańskich, czy np. do risotto (u mnie z czarnego ryżu).
Coś tam specyficznego, nieoczywistego dodawało, ale w żadnym wypadku nie było nachalne, zbyt kwaśne czy zbyt słodkie. Dania z nim nie robiły się ciężkie, a alkohol szybko odparowuje, zostawiając przyjemny posmak w daniu.

Efekt uniwersalny, ani szczególnie słodki, ani wytrawny. Acz nieco bardziej kwaskawy, a słodki w sposób ostrożny. Daleko mu od zasładzania! Niska cena sugerowała podciągnięcie oceny na 8, ale w końcu uznałam, że najlepiej będzie wystawić 2.

Wg Mamy schłodzone nieco gorsze, bo właśnie bardziej kwaskawe, ale ogólnie jej smakowało. Powiedziała, że "im bardziej się ocieplało, im więcej się piło, tym bardziej kwaśność ustępowała... no jakby słodyczy. Choć słodkie nie było".


ocena: 7/10 (do picia); 8/10 (do gotowania)
kupiłam: Auchan
cena: 16,98 zł (za 750ml)
kaloryczność: 88 kcal / 100 ml
czy kupię znów: tak

wtorek, 6 października 2026

Kina Chocolates Chuncho 85 % Cacau Peru ciemna

Po pierwszej zjedzone tabliczce marki Kina zaczęłam jakoś ponuro zapatrywać się na kolejną, czyli dziś przedstawianą. Fakt, zawierała więcej kakao, co dobrze wróżyło, jednak po Kina Chocolates Merida 70 % Cacau Venezuela zaczęłam mieć przeczucie, że i ta nie podbije mojego serca. Nie wątpiłam, że będzie lepsza, ale jakoś... Straciłam wiarę w markę, a tym samym i większe zainteresowanie. Mimo, że opis tej, gdy zamawiałam, bardzo mnie zaintrygował. To miała być bowiem najbardziej intensywna czekolada z kakao Chuncho od Kina. Dalej jednak w opisie padło, że "nuty ziaren kakaowca Trinatria Criollo są nieco przytłumione przez moc kakao" i to już mnie trochę dziwiło. Przecież 85% to jeszcze nie 100% i jest wiele bardzo łagodnych czekolad do tej zawartości... Hm. Miałam się przekonać sama.

Kina Chocolates Chuncho 85% Cacau Peru to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao Chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam zapach mocno kwiatowego miodu, soczystych suszonych śliwek oraz zielonych winogron, które królowały na pierwszym planie. Zapewniły sporo słodyczy, ale i soczystość, kwasek. Śliwki robiły też drobne aluzje do kompotu. Więcej kwasku znalazło się na planie drugim, tworzonym przez średnio dojrzałe, czerwone wiśnie oraz splot cytrynowo-limonkowy. Do cytrusów podkradała się drobna cukrowość, ale w ogóle stanowiła marginalną nutkę, bo trzeci plan również zasługiwał na uwagę, wplatając nuty zbutwiałego drewna i ziemi.

Twarda, masywna czekolada przy łamaniu wydawała się wręcz kamienna. Trzaskała dość głośno, jakby była bardzo pełna i już w dotyku sprawiała wrażenie szorstko-suchej.
W ustach rozpuszczała się powoli, długo zachowując zbity kształt i pewną twardość. Opływała sokiem, jawiąc się jako szorstka i piaszczysta. Tłustości prawie brak, za to z czasem zdobyła się na pylistą lepkość. Otarła się o przytykanie, po czym jednak rzedła w obliczu narastającej szorstkości. Całość znikała soczyście-wodniście, zostawiając suchawe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam kwaśną cytrynę. Nie była to wysoka kwachowatość, ale kwaśność dość znacząca. Zaraz jednak od jej soczystości odciągnęła uwagę rześkość, działająca na podobnym polu, ale jednak zgoła inna. Obok pojawiły się wilgotne, jakby pokryte rosą bardzo rześkie drobne białe kwiatki. Ich świeżość gnała przed siebie i przez myśl przemknął mi nawet aloes.

Szybko jednak odezwało się zbutwiałe drewno, przechwytujące wilgotny motyw i powoli go wyciszające, oraz ziemia, która z kolei może nie jest zupełnie sucha, ale której od paru dni brakuje opadów. Suchawy klimat przechwycił i rozwinął dym. Gorzkość choć nie silna, zaprezentowała się wyraźnie.

Dym nakierował cytrynę na bardziej skórkowy wydźwięk. Kiedy cytryna kwaśność wzbogaciła o cierpkość, dołączyła do niej kwaśno-cierpka limonka. Też jako sok i skórka. Coraz więcej cierpkiej skórki. Kwaśność miała się nieźle, rozwijała, aż nagle... mocno osłabła.

Wkroczyła i szybko podskoczyła do poziomu wysokiego słodycz. Otuliła cytrynę, zgasiła jej co bardziej kwasowe zapędy i otarła się o lekką cukrowość.

Ziemię i drewno złagodziło trochę maślaności... Maślanych ciastek? Ciastek z orzechami? 

Cukier przemieszał się z miodem, a ja pomyślałam o miodzie mocno kwiatowym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po prostu kwiaty wsparły tę kwiatową nutkę miodu. W głowie rozgościł mi się już nie tylko miód kwiatowy, ale też bukiety żywych białych kwiatów. Mieszanka słodyczy bardzo osłodziła pozostałe wątki.

Maślane ciastka lśniące od kryształków cukru i trochę orzechów zgrało się z drewnem. Drewno zrobiło się nieco istotniejsze, ziemia gdzieś się zatraciła. Gorzkość złagodniała.

Kwaśność, choć bardzo poskromiona, próbowała się utrzymać. Przywróciła też świeżość kwiatów, co... zabiło ją niemal zupełnie. W kwiatach zaczęły przewijać się zielone winogrona: słodkawe, ale i średnio dojrzałe, co i raz dające nadzieję na powrót kwasku. Za nimi kręciło się trochę wiśni i śliwek... Aż nagle śliwki wyrwały się na przód. W pierwszej chwili soczyste i świeższe, zgarnęły słodycz, zapożyczyły niemal znikającą kwaśność i pokazały się jako suszone, podwędzane, a przez to nieco dymne śliwki. I... kompot śliwkowy?

Poczułam, jak coś zaznacza się na języku. W pierwszej chwili pomyślałam, że to słodycz, ale przy niektórych kęsach wskazałabym raczej przyprawy. Jałowiec? Ziele angielskie? Lekka goryczka zasugerowała im... mak? Pomyślałam o śliwkach dodanych do miodowo-cukrowej masy makowej... razem z rodzynkami? Goryczka ostała się tylko właśnie jako mak, osłodzona miodem i tymi suszonymi owocami.

Drewniana nuta prawie odpuściła. Delikatna maślaność przestała więc ją łagodzić, a sama wydała mi się końcowo nieco bardziej orzechowa, ale niejednoznaczna.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-śliwkowy, ale niezbyt kwaśny i wręcz cukrowo słodki. W głowie siedziała mi nieco przesłodzona masa makowa, słodzona miodem wielokwiatowym i cukrem, ciastka z orzechami, lśniącymi od cukru, a do tego sporo kwiatów i średnio dojrzałych zielonych winogron, przechodzących w rodzynki. Echo zbutwiałego drewna i dymu starały się wprowadzić poważniejszy akcent, ale w duecie cukru i kwaśności stanowiły jedynie wątek poboczny.

Czekolada była smaczna, ale przeszkadzała mi jej jawna cukrowość, wyłaniająca się raz po raz. Cukier jakby osłodził cytrynę, wymieszał się z miodem, a pod koniec przesłodził masę makową ze śliwkami suszono-wędzonymi i rodzynkami. Podobała mi się tu owocowa dynamika, to, jak cytrynowo-limonkowy duet rozpoczął kompozycję, to, jak potem pojawiło się trochę winogron, wiśni i śliwek, a na koniec rodzynek. Czuję jednak niedosyt kwaśności po tej początkowej obietnicy oraz zacnych nut drewno zbutwiałego, ziemi i dymu. Więcej tych właśnie bardzo by się przydało w miejsce słodyczy. Bo właśnie że ta chwilami zbyt dosadna, prosta słodycz wydawała się zwyczajnie nieadekwatna, niedopasowana. Za nic nie zgadłabym zawartości - upierałabym się, że to jakieś 70 % kakao.


ocena: 7/10
cena: € 6,50  (za 70g; około 28 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 października 2026

(Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71 % Cocoa + Almonds ciemna z migdałami

Nie pałam wielką miłością do Supe Fudgio (dawniej Super Krówka), ale ich (Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa smakowała mi i wydawała się właśnie idealną bazą pod dodatek, który by trochę przełamał dość dosadną słodycz. Stąd, gdy wypatrzyłam dziś przedstawianą, zdecydowałam się na zakup wierząc, że będzie udana.
Tabliczkę otworzyłam na Kozim Wierchu, na który zimą udało mi się wejść dopiero za drugim podejściem. Tym razem z Palenicy Białczańskiej doszłam do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, a stamtąd na Kozi Wierch i z powrotem tak samo. Ależ mi się tej zimy piękna, wiosenna pogoda trafiła!

(Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa + Almonds to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao, słodzona daktylami (bez cukru białego) z całymi migdałami.

Po otwarciu rozszedł się delikatny zapach palonej kawy z nieco soczystym tłem oraz słodko-ciężki splot melasy i suszonych daktyli. Daktyle były jednoznaczne, acz nie dominujące. Choć nieco bardziej niż suszone, oddawały syrop daktylowy. Z kolei soczystość czerwonych owoców, która przewijała się w kompozycji trudno było dookreślić. Słodycz nie szarżowała, choć robiła aluzje do karmelowych słodkości typu Toffifee. Odnotowałam jeszcze lekko dymną gorzkość, coś nawet ziemistego. Migdały w zasadzie się ukryły. Motyw orzechowy z Toffifee mógł, ale nie musiał się z nimi wiązać. 

Tabliczkę zdobiło całkiem sporo małych i średnich migdałów w skórkach. W dotyku była lekko pylista, ale miałam wrażenie, że zdradza też lepkość.
Przy łamaniu trzaskała głucho, jak cienkie gałązki. Była średnio twarda. Migdały a to zostawały w którejś części, a to krucho łamały się wraz z bazą.
W ustach czekolada rozpływała się raczej wolno, stawiając lekki opór i długo zachowując zbitość. Migdały długo siedziały w zbitym kawałku, bo okazały się mocno wtopione.
Gdy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, wyszła nieprzyjemnie plastikowo-ulepkowato, więc zostawiałam je na koniec.
Czekolada niby wykazywała mazistość i pewną lepkość, ale nie kremowość. Nie była tłusta, a taki jej odbiór nasilała szorstkość, która wyszła na jaw z czasem. Chwilami próbowała uraczyć mnie lekką kremowością, ale marginalną. Została w tyle za wręcz ziarnistym, na pewno pylistym wrażeniem. Do tego doszła lekka wodnistość, a końcowo w ustach zostawało wrażenie wysuszenia (jak czasem po zjedzeniu daktyli).
Migdały gryzione na koniec były twardo chrupiące. Powiedziałbym, że surowe.

W smaku pierwsza odezwała się słodycz oraz niska, ale poważna i pewna siebie gorzkość. Czasem zdarzało się, że przemknęła lekka soczystość i zniknęła, nim zdążyłam bardziej świadomie ją zarejestrować.

Słodycz wskoczyła na średnio-wysoki poziom i podszyła się pod najzwyklejszą cukrowość, po której jednak z lekkim ociąganiem wkroczył karmel. Zaczęła znacząco rosnąć właśnie w karmelowym, wręcz mleczno-maślano krówkowym kierunku. Daktyle już, już zaczynały trochę zdradzać swoją obecność.

Gorzkość leniwie przyniosła czarną kawę i dym. Podkręcił palony wydźwięk karmelu, ale ogólnie słodycz rosła szybko, więc ten palony, poważniejszy nie utrzymał się za szybko. Ja pomyślałam o karmelowej łódeczce Toffifee (oczywiście z całą resztą pralinki, ale na dalszym planie).

Karmel zaczął robić się jakiś coraz mniej karmelowy... Soczysty? Kolejne uderzenie słodyczy, które przybyło parę chwil po pierwszym, przyniosło całkiem wyraziste daktyle. Słodycz zrobiła się specyficznie soczyście ciężka, a ja poczułam się, jakbym jadła suszone daktyle typu twardego o niemal czekoladowym charakterze.

Po pokazaniu się, daktyle jakby zatonęły w karmelu, zrobiły się mniej jednoznaczne. Czasem chyliły się ku słodyczy bardziej cukrowej, czasem ku ciężkawo melasowej, kojarzącej się bardziej z syropem daktylowym niż owocami. Soczystość, choć znikoma, miała coś do powiedzenia (jakby nie godząc się na taki wydźwięk słodyczy?) i przemknęły mi czerwone owoce. W zasadzie konfitura z czerwonych owoców? I prawie od razu uciekła... przed ziemią.

Niegryzione  migdały w zasadzie się nie odzywały, ale jakby swoją obecnością nieco rozbijały smak, głównie słodycz.
Ogólnie czekolada nie przesiąkła migdałami.
Gdy z ciekawości pogryzłam migdała wcześniej, obok czekolady, czuć go było dobrze, ale sama czekolada wydawała się bardziej słodka w sposób cukrowo-melasowy i wodnista, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dym się wycofał. Daktyle odżyły wyraźniej, tym samym motywując do działania gorzkość. Jakby tak to z nich wypłynęło więcej kawy? Ziemia, która zagłuszyła soczystość, zajęła miejsce dymu, stojąc na straży wytrawniejszego, gorzkiego wątku. Pomyślałam o ziemi czarnej i rozgrzanej.

Niezależnie od migdałów, także w kęsach bez nich z czasem wychwyciłam pewną ni migdałowość, ni orzechowość. Orzechy laskowe? Wciąż więc kompozycja miała w sobie coś z Toffifee. Acz ta orzechowość w końcu jednak poszła w kierunku niemal mlecznym, wege mlecznym? Z pobrzmiewającą w nim wodnistością.

Przemknęły mleczne krówki, acz takie nieco bardziej palone. Krówki daktylowe? Daktyle może nie były bardzo jednoznaczne w smaku, ale zdradzały się lekkim, specyficznym pieczeniem.

A może to... Korzenność? Rozgrzewanie języka i pieczenie w gardle mogło pochodzić nie tylko od słodyczy daktyli, ale i słodkiej pikanterii. I lekką goryczka - ziemiście-węglowa? - też się do tego dołożyła?

Końcowo daktyle otulił dym. Wróciło trochę kawy, mieszając się z dymem jako czekoladowe espresso zrobione na mocno palonych, dymnych ziarnach.

Migdały gryzione na koniec smakowały bardzo wyraziście. Były naturalnie słodkie, ale z charakterem, dodanym przez skórki. Parę miało zaskakująco mocne marcepanowe skłonności.

Po zjedzeniu kęsów z migdałami zostawał posmak głównie ich, podkolorowanych delikatnymi nutami czekolady. Ta na koniec ostała się jako splot orzechowej mleczność, karmelu prosto z krówek i Toffifee oraz trochę kawy i dymu. Czuć słodycz daktyli, ale nie wyraźnie daktyle jako one same.

Czekolada była smaczna i ogólnie trudno jej coś zarzucić. Dobra, nie przesłodzona, choć wyraźnie słodka baza, łącząca słodycz daktyli z nutami dymu i kawy, ale oferująca też Toffifee, karmel i krówki, nie zawsze klarownie daktylowa pasowała do dobrych migdałów. Może nie tworzyły nadzwyczaj spójne kompozycji, ale dobrze współpracowały. Mnie słodycz trochę dawała się we znaki, ale raczej wydźwiękiem niż siłą. Trudno ją za to krytykować, wszak wyobrażam sobie, że osoby unikające zwykłego cukru, a np. nielubiące słodzików, będą zachwycone taką alternatywą.

Z całą pewnością mogę po niej stwierdzić, że to (Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa, która jako baza pod dodatek bardzo dobrze się sprawdziła. Acz migdały żadnej rewolucji nie przeprowadziły, bo prostu... były.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: około 20 zł (nie pamiętam dokładnie)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, sproszkowane daktyle 27%, tłuszcz kakaowy), całe migdały 20%

sobota, 3 października 2026

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit biała marakujowo-jogurtowa / z marakują i jogurtem

O tę tabliczkę wchodzącą w linię Labooko Fruit nie prosiłam z prostej przyczyny: nie lubię białych, a w dodatku nie jestem wielką fanką marakui. Na pewno nie chwytają mnie marakujowe rzeczy. Włożyłam ją do komody z myślą "o rany, kiedy to ja się za nią zabiorę?" i nie myślałam o niej. Przypomniałam sobie w dniu degustacji Pink Grapefruit (która czeka na publikację w kolejne). W niej warstewka czekolady marakujowej wydała mi się... dziwna, łagodna. Zdecydowałam, że wezmę ją na kolejny wypad w góry, jadąc z bardzo świeżym wspomnieniem.
Otworzyłam ją na podejściu na Kozi Wierch w marcu, czyli w sumie jeszcze tatrzańską zimą. Ale na pewno nie w zimowych warunkach. Było ciepło prawie jak latem. Taka słoneczna czekolada (jak określił ją sam Zotter) więc wpasowała się w klimat wyprawy.

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit to biała czekolada marakujowa ze sproszkowaną liofilizowaną marakują oraz jogurtem.

Po otwarciu poczułam zapach egzotycznych owoców, w tym wyraźnie wyczuwalnej, nadrzędnej marakui. Zmieszanej jednak z mango, brzoskwiniami i cytrusami tak intensywnymi, że mogłabym się kłócić, że je też dodano. Owoce były soczyste, ale przybrały też sporo pudrowej słodyczy. Pomyślałam o egzotycznych cukierkach pudrowych, choć całość nie wyszła mocno cukierkowo. Czuć też trochę wanilii, zdradzającej udział białej czekolady. Acz z ciężkością poskromioną jogurtem i / lub maślanką.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucha, pylista i zarazem tłusta. Jej twardość miała w sobie coś z polewy, co przełożyło się na chrupkie trzaski podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się bardzo ochoczo, średnio-szybko. Zaraz zrobiła się miękka i kremowo-maziście pokryła podniebienie. Po chwili dała się poznać jako pudrowa i wręcz proszkowa, a także soczysta. Coraz bardziej soczysta. Soczystość nie przeszkodziła tłustości w pokazaniu się. Ta jednak trzymała się z tyłu, mimo że niewątpliwie była co najmniej średnia.

W smaku czekolada przywitała mnie delikatnym motywem cytryny, po czym rozlał się wątek ostrożnie mleczny.

W tle przemknęła słodycz niemal kajmakowa, trudna do uchwycenia, bo bardzo wycofana, nieśmiała.

Jako że kwaśność nie zwlekała i dosłownie ułamek sekundy później też wchodziła do gry, pomyślałam o jogurcie i maślance.

Słodycz wkroczyła odważnie, niosąc ogrom owoców egzotycznych i żółtych. W pierwszej chwili miały w sobie coś pudrowego, coś z gumy rozpuszczalnej, ale wraz z tym, jak po ustach rozlewały się kolejne soczyste fale, ta nuta odeszła w niepamięć. Poczułam marakuję, ale jakby tylko jako składową soczystej, słodko-kwaśnej mieszanki cytrusów, mango, brzoskwini i innych. Słodycz w dużej mierze płynęła z owoców, przeplatając się z kwaśnością tak, że choć wyraźna, wydawała się przyjemnie niska i naturalna. Z czasem, w oddali zatliło się coś trochę cukierkowego, ale trudnego do uchwycenia.

Jogurtowy motyw polubił się z owocami i z czasem owocowy jogurt i kwaśna owocowa maślanka rozgościły się na dobre. Wniosły rześkość, która jeszcze podkreślała soczystość owoców.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa marakuja zaczęła wychodzić na przód owocowej mieszanki. Dała się poznać jako bardzo świeża, niczym sok, lejący się z surowego owocu.

Za marakują zaznaczyła się szlachetna, słodka biała czekolada i nienachalna maślaność. Pozbawiona ciężkości. Może nawet w porywach z wanilią? Jogurt i maślanka przypomniały sobie o mleku, które przecież je wprowadziło.

Marakuja zaczęła trochę trącić na jednoznaczności. Chyba kontrast ze słodyczą sprawił, że jej kwaśność zrobiła się cytrynowa.

Ten raczej cytrynowy wątek, zmieszawszy się z delikatną, ale niewątpliwie obecną słodyczą nagle przybrał postać cytrynowej gumy rozpuszczalnej, np. Mamby. Wciąż wokół kręciło się sporo innych egzotycznych owoców, więc nie był to na pewno pierwszo planowy smak, ale dość znaczący.

Po zjedzeniu został posmak mieszanki świeżej surowej marakui i cytrynowej gumy rozpuszczalnej (Mamby!). Łączył naturę z jakby lekką cukierkowością oraz słodycz i kwaśność prawie w równych proporcjach. Czułam też rześkość i soczystość, co trochę rekompensowało Mambę.

Czekolada była dobra i niespotykana. Choć nie taka klarownie marakujowa, to przyjemnie egzotyczna. Lekka, rześka, soczysta i po prostu ciekawa. Czuć jej subtelną, szlachetną biało czekoladowość, ale bez choćby odrobiny ciężkości. To, jak marakuja mieszała się z iluzorycznymi nutami cytryny, brzoskwini i mango oraz motyw jogurtowo-maślankowy wyszło naprawdę smacznie. Orzeźwiająco, nie zasładzająco. Gdy pomyślałam o trochę podobnej (z założenia, formy) Zotter Labooko fruit Mango Lassi - dziś przedstawiana wyszła znacznie lepiej!
Ciekawe, że w Zotter Pink Grapefruit dziś przedstawiana wyszła... mniej bogato owocowo. Jednocześnie nie jestem przekonana, czy taka, tak złożona czekolada, nadaje się jako dodatek do innej.

Dziś przedstawiana niewątpliwie cierpi na brak jednoznaczności tytułowego owocu jak Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant, ale była równie smaczna i ciekawa. Tak jak tamta jednak nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność, nie widzę sensu w jedzeniu takich rzeczy, więc po zweryfikowaniu odczuć w domowych warunkach, połowę oddałam Mamie.

Mama tak ją opisała: "Bardzo fajna, biała, a taką bardzo rześka, lekka, soczysta. Kwaśna, że gdy zjadłam wszystko, co dostałam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie za kwaśna. Zależy, jak sama marakuja smakuje, bo ja ją znam tylko z jogurtów, gdzie występuje z brzoskwinia. Nie wiem, co tam jeszcze w niej czułam. Cytrynę? Ogólnie bardzo dobra, taka chyba na 8, na pewno jedna z lepszych z tych jego nowości tegorocznych". Gdy podsunęłam, że jogurt, usłyszałam:" Ach, jogurt! No tak, to wiele tłumaczy".


 ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 36%, marakuja liofilizowana 11% (maltodekstryna, koncentrat soku z marakui), jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, emulgator: lecytyna sojowa

piątek, 2 października 2026

jogurt Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą

Jakby mi jakiś czas temu ktoś powiedział, że ten post się tu pojawi... Hm, w sumie nie. Jestem zbyt ciekawska, by się dziwić, że porwałam się na ten produkt. Nie cierpię pączków i bardzo nie lubię skyrów. Więc...? Więc na logikę powinnam się trzymać od tej biedronkowej nowości z daleka. A jednak! Przeważył fakt, że lubię różane smaki. Gdyby to nawiązywało do paczka z jakimkolwiek innym nadzieniem, nie byłoby najmniejszych szans, bym się na to porwała. Wprawdzie dla różanego pączka wyjątku bym nie zrobiła (czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, na której żadne tłuste czwartki wrażenia nie robią i pączków i tak nie lubię), ale skyr aż tak straszny jednak się nie wydawał. W dodatku to i tak było... A zakładałam, że znając życie tylko spróbuję, będzie niesmaczny i oddam Mamie. To ona bowiem w ogóle to dziwo kupiła. Jak to ujęła, "takie dziwne, że musiała wziąć", mimo że też nie lubi skyrów. Kupując, nie wiedziała, czy bierze to sobie, czy może ja się skuszę. A jako że wspomniany Tłusty Czwartek dla mnie jest dniem jak każdy inny, recenzja spędziła w kolejce do publikacji bardzo długo. 

Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą to jogurt typu islandzkiego ze wsadem o smaku pączka z różą.

Po otwarciu poczułam zapach, który od razu skojarzył mi się z malinowym serkiem homogenizowanym. Był trochę duszny, słodkawy, ale też cierpki w bardziej jogurtowym stylu. Gdy zaczęłam mieszać, ta duszność wydała mi się bardziej sztuczno-stęchła, a w trakcie jedzenia mnie olśniło: to motyw mdło biszkoptowy jak z serków biszkoptowych. Gdy dokopałam się do wsadu, poczułam lekki, rozwodniony, słodki motyw czerwonych owoców.

Odpowiednio wcześniej przed jedzeniem wystawiłam skyr z lodówki, by doszedł do temperatury pokojowej.

Zawartość kubeczka była bardzo gęsta, wręcz sztywna. Powiedziałabym, że to typowy skyr, konsystencją podszywający się pod serek.
Pod nim znalazł się rzadki wsad, o bladym, zaskakująco bezowym kolorze i strukturze wodnistego, rzadkawego przeciero-żelu.

W trakcie jedzenia biała część okazała się faktycznie gęsta, jakby trochę śmietanowo gładka, ale nie realnie tłusta. Przez to wręcz cierpka. Skyr ten trochę ściągał zęby. Bliżej spodu zabarwił się na bladoróżowy kolor od wsadu.

Wsad cechowała wodnistość i niska lepkość. Gdy zagarniałam tylko go, kojarzył mi się z mocno rozrzedzonym wodą żelowym przecierem. W zasadzie z zagęszczoną wodą z dodatkiem przecieru.
Rzadki wsad i gęsty skyr trochę mieszały się ze sobą, co im na dobre wyszło.

W smaku biała baza wyszła przede wszystkim kwaskawo skyrowo. Mnie kojarzy się to z połączeniem jogurtu i serka. A jednak wyraźnie wyłaniała się z niej nuta duszno-biszkoptowa, typowa dla serków biszkoptowych. Ze względu na to, jak delikatna była, denerwująco pobrzmiewała, chwilami jawiąc się jako niedookreślona.

Przez tą nieokreśloność wydawała się lekko sztuczna. W dodatku nie służył jej w zasadzie brak słodyczy, która w serkach biszkoptowych występuje. Echo biszkoptowego serka ze skyrową cierpkością wyszło osobliwie.

Masa skyrowa z pobliża wsadu prezentowała się nieco lepiej - tam, gdzie zabarwiła się na różowo, biszkoptowa nuta była nieco wyraźniejsza, a i skyr przejął trochę słodyczy wsadu. Poszedł dzięki temu w kierunku bardziej serkowym. Wciąż jednak serka nijakiego, słodkiego i lekko pobrzmiewającego biszkoptowo- i już trochę owocowym smakiem. Powiedziałabym, że to serek homogenizowany lekko malinowo-truskawkowy (ani malinowy, ani truskawkowy, ale trochę kojarzący się z tymi owocami). Różowa część skyra pobrzmiewała mi Danone Gratką (trauma dzieciństwa).

Gdy spróbowałam samego wsadu, okazał się bardzo słodki i wodnisty, a jednak trochę faktycznie czerwono owocowy. Jak mocno rozwodniona marmolada ogólnie owocowa. W dodatku... był zaskakująco biszkoptowy. Nie jakoś mocno, ale jednak. Owoce dzikiej róży trudno było w nim wyróżnić. Na pewno nie czuć tu róży jako płatków, kwiatów. To róża-owoc. Tylko że wyprana z charakteru i cierpkości.

W przypadku próbowania wszystkiego obok, połączenie duszno biszkoptowego, cierpkiego skyra i nijako-słodkiego wsadu wydało mi się zwyczajnie osobliwe, okropne. Ciastowo-owocowawe, robione po kosztach. Sztuczność i cierpkość taniego nabiału nie odpuszczała. Przemieszane smakowało to jako tako. Jak lekko biszkoptowy, nijaki "powiedzmy, że z nutką malinowo-truskawkową" serek. Jakby tak do skyra dodać po trochu produktów Danone: jogurtu biszkoptowego i truskawkowej Gratki.


Po zjedzeniu została cierpkość i duszny, sztucznawy motyw pseudobiszkoptowy, typowy dla serków. Czułam wodniście-cukrowy, nijako owocowy tani dżemor, nieprzyjemnie mieszający się ze skyrową cierpkością.

Całość bardzo mi nie smakowała. Nie obniżam oceny za to, że skyr był skyrem, a ja skyrów nie lubię, ale za to, że to produkt nieprzemyślany. Cierpki Skyr zwyczajnie do takich smaków nie pasuje. Założę się, że serek homogenizowany lepiej by to udźwignął. Biszkoptowa nuta wydawała się zbyt nieśmiała, by skyr ten nazwać biszkoptowym, a jednak na tyle silna, by denerwować. Bez wyższej słodyczy wydawała się dziwna. Ale tam, gdzie warstwy się mieszały i było słodko, też nie chwyciło.  słodycz, która osiadła we wsadzie, też nie działała na plus. Zmieszała się z wodnistością i niesatysfakcjonująco różanym smakiem. Ten zamiast przybrać postać smakowicie płatkowo różanej konfitury, oddawał liche owoce róży, które w sumie mogłyby być czymkolwiek, w znikomej ilości.

Dałam radę tylko trochę, resztę, jak zakładałam na początku, oddałam Mamie. Ona zjadła, ale... Tak to opisała: "Sama nie wiem, po co to w ogóle jadłam. To było okropne. Nie lubię skyrów, to jedno, ale nie dlatego to mi się wydało okropne... Ten smak... Taki trochę jak jogurty biszkoptowe Danone, które kiedyś lubiłam. Ale tamte były smaczne, a to nie było. Taki tylko ich dziwny, za delikatny posmak miało. I pytanie, gdzie pączek, a gdzie biszkopt? To nie to samo. Wsad to jakaś woda bez wyraźnego, określonego smaku. Wymieszałam to wszystko, bo tak to jeszcze jakoś... lepiej? Było. Potem mi się jakby chemią, sztucznością odbijało. Okropne. W ogóle nie wiem, czy do takich stylizacji skyry pasują. I nie wiem, jak to wypada na tle innych skyrów.".


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: 2,49 zł (za 150 g)
kaloryczność: 87 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

  Skład: mleko, cukier, sok z owoców dzikiej róży z zagęszczonego soku 3%, pokruszone ciastko 1% (mąka kukurydziana, cukier, masło, mąka ryżowa, sól), naturalne aromaty, stabilizatory: pektyny, mączka chleba świętojańskiego; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnej marchwi, substancja wiążąca: cytryniany wapnia; kultury bakterii jogurtowych.