Na te czaszki natknęłam się trochę przypadkiem. W zasadzie przemierzałam internety, szukając nieznanych mi małych - może nawet domowych - producentów czekolad m.in. na Etsach. Myślałam, że może coś zamówię, może trafi się jakaś współpraca; nic konkretnego. Gdy planowałam posty, jak zwykle długo naprzód, tknęło mnie, że przyszłe Halloween / Samhain wygląda smętnie, bez żadnej większej upiornej serii. I zrobiło mi się przykro, że w pewnych latach na Halloween publikowałam tylko jakieś wyjątkowo niskiej jakości słodkości. Kiedy zobaczyłam dziś przedstawiane czaszki i przeczytałam ich opis, pomyślałam, że im na pewno będzie daleko do nisko półkowego czortostwa. Właścicielka sklepu, Lorraine, zgodziła mi się wysłać pudełko do testów w ramach właśnie małej współpracy. A cóż takie pudełko miało zawierać? Czachy, których belgijską czekoladę na wierzchu zabarwiono naturalnym kolorowym tłuszczem kakaowym Sosase Chocolate, czyli firmy, której założycielem jest James Pearson, były szef kuchni Pałacu Buckingham. A wypełniono je "burfe", czymś podobnym do Burfi / Barfi, czyli indyjskich słodkości z mleka o konsystencji krówki ("fudgy"). Każda czaszka miała zawierać 3 nadzienia. Interesujące. Waniliową posłodzono wanilią z Madagaskaru. Bardzo żałowałam tylko, że mimo tego, że w opisie znalazła się też warstewka mlecznej czekolady wewnątrz (pod białą), ja w moich czaszkach jej nie uświadczyłam. Moje pudełko było bowiem trochę specjalne, jako że akurat z produkcji na okolicznościowe targi czy coś.
Love Burfe VIP Artisan Belgian Chocolate & Burfe to czekoladki w kształcie czaszek zrobione z białej czekolady barwionej, nadziewane mleczną truflą "burfe" waniliową z mleczkiem kokosowym, truflą "burfe" czekoladowo-śmietankową oraz solonym karmelem; w opakowaniu 192g (12 sztuk po 16g).
Po otwarciu poczułam słodki zapach białej czekolady, w której masło i mleko mają wiele do powiedzenia, mieszającej się z mlekiem skondensowanym, mlekiem z tubki oraz odrobiną wanilii. Czekolada wyszła nisko półkowo i ciężko. Zaskoczyła mnie jednak jej stonowana słodycz. Słodyczy dodał lekko kajmakowo-mleczny motyw. Go zaś trochę podkreślił zwłaszcza po podziale i w trakcie jedzenia mocno palony, słonawy karmel oraz subtelna nuta truflowo-kakaowa. Ogólnie jednak, bez dzielenia, dominowała nie za słodka, nie najwyższych lotów biała czekolada.
Czaszki były masywne i ciężkie. Przy podziale okazały się konkretne, ale nie twarde. Bardzo gruba warstwa czekolady nie trzaskała, nóż i zęby wchodziły w nią łatwo. Miękka jednak na pewno też nie była, trzymała kształt i formę, ale... było w niej coś, sugerującego, że w ustach ochoczo zmięknie.
Czaszki zaskoczyły mnie formą, bo istotnie w każdej były trzy nadzienia, ale nie jedno na drugim. Każda czaszka miała linię podziału idącą mniej więcej przez środek - z łatwością można było taką czaszkę rozkręcić, podzielić na pół. Jedna połowa - ta z żuchwą - był wypełniona kremem białym, druga zaś - czacha - kremem brązowym i karmelem. Ciekawy podział. Ma plusy, i minusy (zadowoleni powinni być i fani jasnych nadzień nielubiący ciemnych, i odwrotnie, ale... jeśli wszystko ma być spójną kompozycją, trudno jeść wszystko razem).
Nadzienia różniły się nie tylko kolorami, ale też strukturą. Wszystkie były miękkawo-plastyczne, ale każde inaczej.
Najgęstsze było czekoladowe. Wydawało się też najmniej tłuste. Popisało się konkretem i zwartością, acz nie było twarde.
Waniliowe wydawało się bardziej spulchnione, przypominało trochę tłusty mousse.
Solony karmel był najrzadszy i wyglądał na półpłynny.
W ustach biała czekolada dała się poznać jako szybko mięknąca i tłusta. Była maślana i kremowa, bardzo gęsta i gładka. Rozpływała się w tempie średnim, znikając rzadko i trochę wodniście.
Nadzienia podpinały się pod jej miękkość i tłustość, a znikały w różnym tempie. Czasem znikały szybciej, czasem wolniej od czekolady.
Brązowe faktycznie było masywne i konkretne. Rozpływało się najwolniej, idąc w kierunku zbito-czekoladowym, a potem bardziej miękkiej gumki do mazania. Okazało się dość suche, trochę kakaowo pyliste i bardzo plastyczne zarazem. Tak, że aż można było zrobić z niego w ustach kulkę. Tłustości w nim prawie nie uświadczyłam.
Karmel rozpuszczał się znacznie szybciej, ponieważ w ustach okazał się rzadkawy. Czuć w nim scukrzoną proszkowość i średnią tłustość.
Krem biały okazał się najtłustszy. Skojarzył mi się z trochę gibko-gumowym frostingiem babeczek z kremowego serka śmietankowego. Z czasem zdradzał lekką proszkowość. Nadzienie to robiło się coraz bardziej luźne. Znikało dość szybko, gdyż było tłusto-rzadkawe i mocno śmietankowe.
W smaku czekolada biała przywitała mnie średnio wysoką słodyczą i ogromem mleka. Po chwili dołączyła do niego maślaność i echo taniości. Maślaność ścigała się z pełnym mlekiem. Słodycz jednak zreflektowała się i też zaczęła bardzo wzrastać. Miało to w sobie coś z taniego mleczka z tubki, które słodyczą po paru sekundach aż lekko zaznaczyło się w gardle. Poszła w plastikowym kierunku. Czekolada nie przesiąkła nadzieniami.
Gdy się skupiłam, kolorowe wzorki wydawały się bezsmakowe (co nie jest jednoznaczne z tym, że niczego nie wnosiły). Dało się je zlizać - to chyba warstewka kolorowego tłuszczu kakaowego.
Nadzienia same z siebie odzywały się po paru chwilach. Zrównywały się z czekoladą białą, po czym trochę ją prześcigały mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, dominując przez moment. Ona jednak cały czas pobrzmiewała, co biorąc pod uwagę jej tani wydźwięk, psuło odbiór.
Karmel przecinał i kakaową truflowość, i biało czekoladowość wyrazistym, słonawym motywem. Ten po chwili tonął w palono-maślanym karmelu. Gdy karmel mieszał się z białą czekoladą, przyszedł mi na myśl mleczny kajmak, lecz ten karmel smakował wyraźnie karmelowo. Nie był mocno słony, a słony w sposób podkreślający.
Najpierw karmel przygłuszył czekoladę i truflę kakaową, po czym zniknął i dopuścił do głosu nadzienie kakaowe. Szczypta soli z karmelu podkreśliła gorzkawość trufli czekoladowej.
Nadzienie brązowe obniżało słodycz czekolady białej, puszczając przodem cierpkawo-kakaowy, truflowy motyw. Nie było zbyt gorzkie, ale wyraźnie trochę wytrawne. Słodycz tego nadzienia była niska i wpisała się w trochę palony wydźwięk. Rosła z czasem, ale lekko, idąc w kierunku domowego bloku czekoladowego z ciepłym echem cynamonu.
Po debiucie nadzień niestety w drugiej połowie rozpływania się kęsa do głosu bardziej wracała biała czekolada i po nich niestety już męczyła taniością i plastikowym charakterem.
W przypadku części z nadzieniem jasnym, do głosu środek dochodził po paru chwilach, nie przeprowadzając rewolucji. Krem po prostu podpinał się pod mleczność białej czekolady. Zmienił ją w zasadzie w śmietankę - on właśnie bardziej śmietankowo smakował. Wręcz... śmietanką kokosową. Nadzienie waniliowe podwyższało słodycz, kierując ją trochę w kierunku wanilii. Pomyślałam dokładnie o waniliowym frostingu z kremowego serka na babeczkach, który z czasem tak przybierał na słodyczy, że drapał w gardle. Do pary z czekoladą.
Po jasnym nadzieniu czekolada biała też jawiła się jako jeszcze bardziej kiepsko-tania. I gdy zostawała tylko ona, było bardzo za słodko; drapało w gardle.
Po zjedzeniu został posmak głównie bardzo maślanej, nie za słodkiej białej czekolady o tanim wydźwięku. Obok zaznaczyły się nadzienia: to, które akurat było. Czasem więc czuć waniliowo-śmietankowo-serkową słodycz, czasem bardziej duet słono-palonego karmelu i odrobiny kakao.
Czaszki uważam za nawet ciekawe i teoretycznie dobre na prezent, gdy nie jest się pewnym, jakie słodkości ktoś lubi. Wielbiciele smaków waniliowo-śmietankowych ucieszyliby się z połowy z jasnym nadzieniem, wielbiciele kakao z drugiej. Solony karmel sprawił, że nie było nudno i strasznie mdło. Połowa łagodniejsza, połowa charakterniejsza. Choć najpierw nie byłam przekonana co do formy, myślę, że była rozsądna, bo trzy warstwy jedna na drugiej dałoby pewnie efekt śmietnika, przeładowania. Naturalne nadzienia dobrej jakości wyszły naprawdę całkiem smacznie. Czekolada jednak wszystko psuła, bo smakowała tanio i kiepsko, a w dodatku była za gruba i za ciężka. Niby rozumiem jej użycie w celu zabarwienia (choć też poszłabym w innym kierunku - dałoby się ładnie zrobić np. czekoladę karmelową). Acz... taka kolorystyka też do mnie niezbyt przemawia. Czekoladki zrobione na pewno trochę dla oka, ale nie tylko dla oka. W nadzieniach czuć potencjał, jednak w całokształcie nie na tyle, bym miała ochotę jeść tego więcej. Mnie na raz wystarczyła niecała czaszka*. Biała czekolada nadto mnie zasładzała.
Mama gdy tylko uchyliła wieczko, skrzywiła się. Zjadła większość pozostałych (ostatnie 2 już oddała ojcu) i opisała: "Zapach taniej białej czekolady. Wyglądają... no tak sobie. Kształt ładny, ale strasznie pstrokate. Ciekawa forma, ale najlepiej wyszły, gdy całą czaszkę wsadzi się do ust i ponadgryza, bo smaki nadzień wtedy ciekawie się zgrywają i uzupełniają. Byłam zaskoczona, że wszystko tak wyraźnie, po kolei czułam, jak te smaki po sobie wchodziły i się uzupełniały, a potem się zmieniały. Tylko że, no, duże są na takie jedzenie. Czekolada w smaku też kiepska. Jak taka tania, zwykła. Nadzienia wyszły o wiele lepiej, ale ona je przygłuszała za bardzo. Białe nadzienie o dziwo uznałam za najsłabsze. Takie po prostu słodkie i bardzo zlewało się z czekoladą. I było tak słodko i mdło. Ciemne nadzienie lepsze, takie wyraziste. A najlepszy to ten solony karmel. Zwyczajnie smaczny. Ale jeść dla nadzień to kiepsko. Całość kiepska, w zasadzie mi nie smakowała. Słodka i tania. Może i dobry skład, ale drogie, więc co z tego? No i utwierdziłam się, że nie lubię białej czekolady".
*Za namową Mamy porwałam się na jeszcze jedną czaszkę, chyba z jakiś masochistycznych względów. Uznałam jednak, że jak faktycznie w tej wersji - jedzone w całości - smakują inaczej... Można.
Do takiego sposobu mam jednak podstawowy zarzut już przed sięgnięciem po czekoladkę: jak do jedzenia na raz, czekoladki są za duże i nie ma komfortu w zapychaniu ust całą.
Gdy włożyłam całą czaszkę do ust, najpierw znów poczułam czekoladę, a więc połączenie mleka i masła w tanim wydaniu. Słodycz rosła dopiero z czasem, aż nagle bardzo podskoczyła.
Ponadgryzałam czekoladkę, a nadzienia zaczęły się odzywać. Najpierw czekoladę zabarwiło białe, dodając jej szlachetniejszego wydźwięku wanilii i umacniając mleczno-śmietankowy motyw. Po chwili polał się karmel - wydał mi się mniej palony, prawie niesłony. Z mlecznością trufli zahaczył o kajmak, po czym na zasadzie kontrastu odezwał się gorzkawy, ciepły i lekko palony krem kakaowy. Karmel i kakaowa trufla nie dopuszczały do głosu taniości czekolady przez pewien czas. Wszystkie trzy nadzienia przez moment rozbrzmiewały razem, jednak potem zaczęły po kolei się wyciszać. Najpierw zniknęło karmelowe, potem rozmyła się szlachetniejsza mleczność, na koniec kakaowe i znów zaczęła doskwierać tania, biała czekolada.
Tu muszę się zgodzić z Mamą, że gdy wszystko jadło się na raz, kompozycja poniekąd zyskiwała, bo trochę chowała się taniość czekolady. A jednak najlepsze z nadzień - karmelowe - zostały zbytnio przygłuszone i nie czuć w nim soli.
ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od LetLoveFlowCrafts z Etsów
cena: jak wyżej, ale cena to £25 za opakowanie ok. 192g
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie
Skład: mleko, kakao, cukier, mleko zagęszczone, mleko w proszku, mleko kokosowe w proszku, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, masło, olej kokosowy extra virgin, himalajska sól różowa, cynamon,
dekoracja: kolorowy tłuszcz kakaowy od Sosase Cholatier Chef











.jpg)
