sobota, 25 września 2021

Zotter Chocolate Banana mleczna 40 % z Ugandy z bananowym kremem z mlekiem, miodem i cytryną oraz warstwami czekolady białej malinowej

Przeskok z nadziewanej miętowej Choceur do czystej miętowej Auchan podsunął mi myśl, że z bananowymi posiadanymi zrobię podobnie. Z racji tego, że było to po zjedzeniu Raaka 66% Bananas Foster Unroasted, kolejność odwrotna, ale co tam. Zottera Chocolate Banana (recenzja z 2018r.) jadłam już, ale nieco go zmieniono. 
Nie zmieniła się jednak akcja, w którą czekolada jest wpisana. 50 centów z każdej sprzedanej czekolady trafia na projekt pomocy doraźnej Caritas „Czekolada dla szkoły” (więcej o projekcie) w Ugandzie.
Dzięki temu do około 600 dzieci ze szkół podstawowych trafiają szkolne obiady- często to ich jedyny posiłek w ciągu dnia. W dłuższej perspektywie w pewien sposób zabezpiecza to także pracę i płacę nauczycieli.
I tak chciałam po raz kolejny do tej tabliczki wrócić; trzymałam tylko kciuki, by zmiany wnętrza nie były na gorsze. Bo że opakowanie zmieniono na brzydsze to pewne (śmieszna sprawa: długo mi zajęło określenie, co z nim jest nie tak - widziałam, że coś mi nie pasuje, ale nie wiedziałam, co. Zagadka: co się zmieniło?).


Zotter ChocolateBanana Chocolate for School to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z Ugandy nadziewana kremem z bananów, mleka, miodu i odrobiną cytryny oraz z cienkimi warstwami czekolady białej malinowej.

Rozchylając papierek poczułam mleko, masło i orzechy układające się w lekko karmelowo słodką czekoladę z zaznaczonym kakao i... gdy nachylałam się nad spodem, wyraźnie pudrowo-malinową nutą. Stał przy tym leciuteńki kwasek. Z kolei gdy wąchałam wierzch, dołączył do tego smakowity, słodki banan. Dopiero po przełamaniu doszło do eksplozji banana. Dosłownie jakbym wąchała bardzo dojrzały, aż miękki owoc! Połączył aż ciężkawą słodycz z soczystością. Niestety jednak pudrowość i przerysowanie innymi owocami (maliny, cytryny) nie ukryło się.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się konkretna i miękkawa jednocześnie... Może bardziej masywna niż konkretna? Na pewno nie twarda, ale i nie miękka. Czekolady trzaskały, a gęste i dość plastyczne nadzienie sugerowało że może mięknąć.
W ustach czekolada mleczna rozpływała się gęsto kremowo i dość tłusto. Robiła to z łatwością, ale nie spieszyło jej się. Biała malinowa nieco ją rozrzedzała, ale w sumie wyszła dość podobnie, tylko że bardziej soczyście. Już ona jednak zasugerowała leciutką pudrowość. Nadzienie okazało się integralnie... gęste.
Ono jednak specjalnie tłuste nie było, tylko trochę maślano-śmietankowe, a w dużej mierze niczym zmiksowane banany. Właściwie to lekko podmiksowane (rozgniecione?), bo to bardziej... papka z mięciutkich bananów? W kremie odnotowałam też marginalną śliskawość owoców (bananów mniej miękkich?) i pylistość. Mieszały się z czekoladami na budyniowo-smoothiową gęstwinę.
Rozpływało się nieco szybciej niż mleczna czekolada, która zostawała na koniec.

Mleczna czekolada przywitała mnie wyrazistym smakiem mleka i lekką słodyczą karmelu, który wplótł orzechowo-maślany motyw. Wykazała się zaskakująco wysoką gorzkawością (acz nie gorzkością).
Z czasem rosnąć zaczęła maślaność i śmietankowość, napędzana białą owocową czekoladą. 
Ta podniosła słodycz, dodała słodką pudrowość (aż cukierkową), ale też soczysty kwasek malin. Maliny przebiły się przez czekoladę i chwilowo wyszły zaskakująco wyraziście jako owoce słodkie i dojrzałe. 

Po paru chwilach słodka pudrowość pochłonęła kwasek i odbiła w kierunku bananowym. Nagle wyraźnie poczułam świeżego i dojrzałego banana. W wyjściu na pierwszy plan pomogła mu delikatna gorzkawo-mleczna czekolada.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam się, jakbym po prostu... banana jadła. Mocno słodki, dojrzały, a więc niemal zasładzający, ale... jednak z pewną soczystością. Ta wydała mi się nieco podkreślona cytryną (acz też jakąś kwaśno-słodką). Nie zaburzyła jednak poczucia, że czekolada jest bananem dosłownie nadziana. Wyobraziłam sobie niemal czarnego, miękkiego i... wraz z rozpływaniem się mieszającego się z mlekiem, jak jakieś papu-smoothie, przecier. 
Silna słodycz mrugnęła do miodu i wanilii, nawet lekkiej mdlącej pudrowości, które z jednej strony bananowość podkreśliły, ale i sprawiły, że zrobiło się niebezpiecznie słodko. Po zjedzeniu 1/3 tabliczki mnogość słodyczy aż zaznaczyła jakoś w tym momencie (już przy każdym kolejnym kęsie) swoją obecność w gardle, lekko... drapiąc (co podkreślił cynamon?).

Z czasem, bliżej końca, malinowa czekolada znów przypomniała o soczystości i kwaśności (zawiązała sztamę z cytryną). Smak malin czułam przy każdym kęsie. Parę razy chwilowo zrównała się z bananem, gdy akurat trafiłam na jej grubszą warstwę. Osłabiała banana, nie mieszała się z nim i mimo że go nie zagłuszała, to... jakoś przeszkadzała. Czułam lekką pudrowość, słodziaśność, ale i kwasek (bardziej cytrynowy niż malinowy chyba).

Pod koniec wszystko zrobiło się nieco bardziej mleczne, jak... banan zmiksowany z mlekiem i... z posmakiem czekolady (też szczyptą cynamonu?). Ta na koniec znów domknęła kompozycję (bo i rozpływała się najwolniej), kontrastowo wychodząc przyjemnie gorzkawo-orzechowo.

W posmaku zostały banany, mleko i odrobinka czekolady. Było bardzo słodko, ale w świeżo owocowym, soczystym stylu, a jedynie z echem pudrowych malin.

Całość wyszła bardzo słodko, ale i bardziej mlecznie czekoladowo niż dawna wersja. Wciąż była cudownie bananowa, ale w nowej chyba i mleczność, i maliny odegrały większą rolę. Maliny dziwnie uwypukliły pudrowość i kwaskawość, co gryzło mi się z obłędną bananowością i przyjemnie gorzkawą czekoladą mleczną. To wciąż pyszna tabliczka, ale ze zgrzytem i przerysowana. Miałam wrażenie, jakby Zotter próbował podkręcić słodycz bananów "inną" (pomyślałabym, że przesadzam, ale pojawiła się i słodka serwatka, i pełny cukier...), a i czekolady większą rolę odegrały. Trochę ruszone proporcje i już coś nie gra. 
O ile Labooko Raspberry - recenzja z 2016r. (mimo obecnej niechęci do białych) uważam za udaną ciekawostkę, tak tu pogorszyła sprawę. Już w dawnej wersji mi przeszkadzała, a w obecnej było jeszcze gorzej. 


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko, suszone banany, odtłuszczone mleko w proszku, syrop skrobiowy, suszone maliny, miód, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, koncentrat soku cytrynowego, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, pełny cukier trzcinowy, sól, cynamon

piątek, 24 września 2021

Georgia Ramon Guatemala 75 % Sierra de las Minas Q'Eqchi Mayas Farmers Trinitario ciemna z Gwatemali

Mam takie marki, o których ciepło sobie myślę jako o moich satelitach (to pewnie przez zainteresowanie kosmosem), bo ciągle jakoś wokół mnie krążą. Może nawet nie "jakoś", bo staram się, by przynajmniej ich jedną tabliczkę w szufladach mieć. Taką właśnie jest Georgia Ramon. Ostatnimi czasy do różnych czekolad robiłam powroty, bo je pozmieniali i chciałam zobaczyć, jak dokładniej. GR z Gwatemali miała już Georgia Ramon Guatemala 72 % Trinitario (recenzja z roku 2019), ale zmienili ją, podwyższając zawartość kakao. Uznałam to za wielki plus i prędko zakupiłam nowość. Zazwyczaj bez trudu umiem powiedzieć, które opakowanie bardziej mi się podoba. W tym przypadku miałam problem, bo i majańska piramida była piękna, i papuga zachwycała.

Georgia Ramon Guatemala 75 % Comite de Cacao de la Sierra de las Minas Q'Eqchi Mayas Farmers Trinitario to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao trinitario z Gwatemali, z regionu pasma górskiego Sierra de las Minas od farmerów z plemiona (?) Q'eqchi.

Gdy tylko otworzyłam papier, oczami wyobraźni zobaczyłam kwiaty i drzewa oplecione pnączami i bluszczem. Były stare, masywne, zapomniane i z pewną kurzowością, pergaminem, pudrem w tle. Krył się w tym orzech włoski. Zapach jednak nie był nudny; wydawał się wręcz nasączony (staro-drzewnie zawilgocony?)... jakby tak wszystko to zmoczył owocowy deszcz pod egidą czerwonych porzeczek. Wraz z nimi plątały się kwaśno-słodkie leśne, może niezbyt dojrzałe jeżyny... Nawet trochę odbijające ku winu? Ewentualnie odrobince syropu owocowego? Słodycz była, ale na niskim poziomie. Odebrałam ją jako pudrową, acz nie owocową. Bardziej jako należącą do teoretycznie maślanych kruchych ciastek (bez maślaności?).

Przy łamaniu tabliczka głośno trzaskała, była twarda, ale w żaden wyjątkowy sposób.
W ustach rozpływała się powoli, zachowując zbitą formę, acz zupełnie bez oporu. Była trochę tłustawa, ale po paru chwilach sok lał się z niej i lał. Zupełnie jakby... maso-grudka z zimnego masła orzechowego nie była w stanie pomieścić / utrzymać hektolitrów soku. Chwilami zaplątała się w niej chropowata sugestia, acz całościowo była raczej gładka jak kremowe masło orzechowe.

W smaku jako pierwszy pokazał się słodki, łagodny karmel maślany. Palony minimalnie i nie powalająco słodki... wydawał się pokrywać jakiś również nieco maślany herbatnik. Wyobraziłam sobie ciastko z herbatnikiem i gęsto-lepkim, nieco ciągnącym karmelem (maślano-śmietankowym?). Ciastko musiało być suche i "pustawe" w środku (wyobraziłam sobie coś a'la Jeżyki; pasowałby chyba wariant Cherry - istnieje! Ja jednak nie jadłam żadnych, więc to tylko wyobrażenia).

W tle pojawiła się owocowa, kwaskawa nuta czerwonych porzeczek. Zaraz wzbogaciły się o odrobinkę słodyczy, a ja pomyślałam o czerwonoporzeczkowym soku... Soku owocowym ogólnie i mieszaninie soczyście kwaskawych owoców czerwonych... Słodycz znów nieco wzrosła, także ta ogólna. Częściowo weszła w pudrową tonację, ale głównie to delikatnemu karmelowi pozostała wierna. 

Owoce... porzeczki i leśne zaczęły nasączać swą soczystością wspomniane ciastka. Może była w nich jeszcze jedna warstwa? Krem owocowy koloru pudrowo-różowego? Niewątpliwie jednak kwaskawo-soczysty. W pewnym momencie nawet... wiśniowy krem (ale nie jednoznaczny)? Myśli zaczęły obracać się wokół syropu (malinowego?), może jakiś... jasnych czereśni?

W połowie kompozycji słodycz nieco się rozeszła, a pudrowość zmieniła się w bardziej neutralną kurzowość. Zrobiło się poważniej. Nagle uderzyły orzechy (jakby i one znalazły się we wspomnianych już ciastkach z karmelem?). Sporo włoskich - głównie - zostało podrasowanych drzewnym motywem. Gorzkawość nabrała charakteru stając się gorzkością. Pomyślałam o masywnych, wiekowych drzewach.

Z czasem odnotowałam nawet nieco... drzewną pikanterię? Popielną goryczkę? I cierpkość dymu, choć palonej nuty nie było prawie wcale. Pojawił się za to gorzkawy kardamon, puszczający oko do pieprzu. Przytoczone gorzkości zajęły miejsce łagodnych nut. Popiół i przyprawy zostawiły sobie jednak orzechy, a, pojawiły się w ich pobliżu kwiaty. Mało wonne, bardziej roślinne, wilgotne i... zawilgacające. Umożliwiły owocom kolejne natarcie. 

Kwaśność przekuła kompozycję. Uderzyła cytryna, otwierając drogę taninie wina, a potem czerwonym porzeczkom oraz całej mieszaninie innych czerwonych (jasnym czereśniom?) i leśnych. Chwilami przez gorzkość i przyprawy myślałam o dżemach / syropach, ale porzeczki i cytryny tak się wzajemnie nakręciły, że... soczystość bliżej końca prześcignęła przyprawy. Cytryna jednak przygarnęła do siebie maślano-ciastkowe nuty. Pomyślałam o cytrynowych ciastkach... Może kruchych maślanych z soczystym kremem-masą cytrynową? To dlatego, że mimo kwaśności, wciąż było słodko - i to bez kontrastu.

Po zjedzeniu został posmak właśnie kwaskawy, cytrynowo-porzeczkowy, z charakterem dymu. Lekka gorzkość kojarzyła się z orzechami, starymi drzewami i... ciastkami wyciągniętymi z zakurzonej szafki. 

Całość bardzo przypadła mi do gustu; nie wiem jednak czy tak dużo bardziej niż dawna 72 % (szkoda mi kwiatowych nut i słodyczy miodu tamtej). W dzisiaj opisywanej przede wszystkim znalazła się gorzkość, której tak mi w tamtej brakowało. "Dzisiejsza" miała ciekawy wydźwięk starych drzew, goryczki i cierpkość nut... pozostałych po paleniu, ale bez palenia. Goryczka przypraw, a maślaność jedynie jako "maślane coś", nie "maślaność ogólna". Ciastka były ciekawym skojarzeniem, ale już pudrowa słodycz mi nie grała; karmel przeważał (i też nie był to specjalnie "mój karmel"). Na szczęście tylko chwilami się wychylała. Spokój, jakim emanowała ta czekolada chwilami wyszedł nudno, owoce... chwilami nie były zbyt moje, ale wtedy wkraczały orzechy, soczystość oraz gorzkość i nakręcały resztę.

Karmel, drzewa i przyprawy czułam również w 72 %, ale podlinkowana była niewątpliwie słodsza już w tych nutach (karmelowo-miodowa; przyprawy to głównie cynamon), bardzo kwiatowa i owocowa w sensie słodko-owocowym (maliny, czereśnie, morele, także syropy). Czułam w niej migdały i aż śmietankę migdałową; w 75 % to raczej ciastka i orzechy - i to w gorzkość wkomponowane! Pozytywnie odebrałam też strukturę.

Zestawienie karmelu i czerwonych owoców przypomniało mi GR Ghana 75 %, która to jednak miała diametralnie inny wydźwięk: mimo kawy, uroczo słodziutko marmoladkowo-karmelowy.


ocena: 9/10
cena: 28 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: może i mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 23 września 2021

Huzar Miód gryczany

Jedząc codziennie na śniadanie miód gryczany z Carrefoura (prod. Sądecki Bartnik) Mama ciągle czuła niedosyt w kwestii miodu gryczanego... i coraz bardziej chciało jej się mojej dobrej masy makowej z dobrym, gryczanym miodem (mowa o "mojej yulowej")... I w końcu kupiła kolejny miód pode mnie i pod moją masę, ha! Huzara obie w miarę lubimy, bo kiedyś już i ten miód u nas był. Jako że zorientowałam się, iż go nie recenzowałam, postanowiłam to nadrobić, bo warto.

Huzar Miód gryczany to miód gryczany pszczeli nektarowy, a właściwie mieszanka miodów pochodzących i niepochodzących z Unii Europejskiej.

Już po odkręceniu słoika wyraźnie czuć wyrazistą słodycz, w której niczym w ruchomych piaskach, zdawała się zatapiać gorzkawość, drapiąco-goryczkowata nuta gryki. Uwypukliła głębię i przenikliwość ciemnego miodu.

Konsystencja wydała mi się zachwycająco gęsta, tworząca cudne, kręte stożki, gdy lałam go z łyżeczki, a na łyżeczce tworzył wypukłość. Z ust też tak szybko nie znikał, pozostawiając w nich gładki efekt.

W smaku jako pierwsza uderzyła mnie mocna słodycz. Smagnęła niczym błyskawica, zasłodziła, po czym pozwoliła na rozejście się głębokiego smaku gryki. Niczym burzowe grzmienie leciutko goryczkowata nuta uwypukliła głębię ciemnego miodu. 

Po paru sekundach wyłapałam jakby karmelowo-paloną, szlachetną nutę, wciąż związaną z gryką, by następnie osiadła i przemieszała się z zasładzającą słodyczą. Ta była bardzo, bardzo wysoka. Przy większej ilości chwilami aż osłabiająca zasadniczy smak miodu gryczanego.

Słodycz i gryczaność aż leciutko drapały: w gardle, w nosie niczym... alkoholowe ciepło. Było to jednak pożądane i ambitne.
Po zjedzeniu został posmak miodu szlachetnego, jakby nieco palonego, ciemnego. Nie było to słodziusie, a charakternie poważne. Gdyby tak jeszcze było w tym miodzie odrobinkę więcej wręcz pikanterii gryczanych... Jednak muszę przyznać, iż choć jadałam lepsze, obecnie w tej cenie na lepszy nie trafiłam (Tesco przed zmianami był lepszy). Ach, aż mi Bartnika Mazurskiego się przypomniał! Ten to był dopiero pyszny...


ocena: 9/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: Biedronka (Mama kupiła)
cena: 29,99 zł (za 1 kg; chyba promocja)
kaloryczność: 327 kcal / 100 g
czy znów kupię: możliwe (tylko w promocji; w sensie jako razem z Mamą)

środa, 22 września 2021

Auchan Dark Mint ciemna 47 % z miętą

Trafiając na zupełnie nie w moim guście dodatki / nadzienia, zaczęłam wybiegać myślami, co by było, gdybym pozwoliła sobie jeść tylko czyste ciemne czekolady, bo takie sprawiają mi najwięcej radości. Myśli zintensyfikowały się po dwóch paskudnych "sposobach na syrop glukozowy": na chrupiąco w J.D. Gross 56 % Pistacja i na miękko w Choceur Pfefferminz. Byłam tego typu psuciem czekolady zdegustowana. Popatrzyłam więc na te z dodatkami, jakie jeszcze miałam i jako że wciąż chodziła za mną miętowa czekolada (tylko że czysta), uznałam, że niedługo po Choceur będzie to odpowiedni czas dla dzisiaj przedstawianej. Chociaż... przerażała mnie tak niska zawartość kakao przy czystej (toleruję taką z dodatkami)... Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint miała wprawdzie niewiele więcej, bo 55 %, ale zawsze coś. Obstawiałam, że tej auchanowej bliżej będzie do ulepkowatego Lindta Excellence Mint / Menthe.

Auchan Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao o smaku miętowym.

Gdy tylko otworzyłam sreberko, poczułam wyrazisty zapach cukierkowej mięty oddający moje wyobrażenie o miętowych, cukrowych laskach (lizaki rodem z zimowych / gwiazdkowych filmów i reklam) oraz mięty nieco wygładzonej. Ta z kolei przytoczyła gorącą czekoladę z miętą i piankami (miętowymi?). Sama w sobie wydała mi się aż maślana, delikatna i tylko trochę kakaowo cierpkawa, acz z wyczuwalnym kakao bez dwóch zdań. Ostatni akcent wplótł też miętę nieco bardziej ziołową. Nie było zbyt wytrawnie, trochę tylko gorzkawo; a bardzo słodko. Na szczęście nie było to ordynarne, napastliwe, a i chłodziło leciutko. Mimo słodyczy, nie przytłaczało cukrem.

W kwestii wyglądu - w przypadku czekolad z Auchana już się z czymś takim spotkałam: z jednej strony tabliczka była dwa razy grubsza niż z drugiej, ech (grubsza prezentuje się znacznie lepiej, gdy chodzi o smak i jej zachowanie).
W dotyku tabliczka wydała mi się twarda i kamienna, ale z zapowiedzią ulepkowatości.
Trzaskała bardzo głośno, ponieważ w istocie była się bardzo twarda. Przekrój sugerował wręcz ziarnistość, już nie ulepkowość.
W ustach z kolei rozpływała się łatwo, acz powoli. Długo zachowywała kształt i formę, ale prędko miękła i gięła się, a z czasem coraz bardziej zlepiała usta w sposób gęsto-kremowy. Wykazywała odpowiednią, a więc nie za wysoką tłustość (jakby czekolad śmietankowych?) i aksamitność. Zdarzyło jej się wydać jakby aż gładko-śliskawą, ale i to w końcu zaskoczyło na taki... śmietankowo-maślany tor.

W smaku zaszarżowała słodycz cukru, przybierającego postać cukrowej pianki... miętowej? Tak, tak, mięta dosłownie rzuciła się na nią i na mnie. Rozbłysła, leciutko zaszczypała w język swym chłodem, po czym umożliwiła jeszcze dosadniejsze rozejście się słodyczy. Przede wszystkim cukrowa, wyszła też trochę ziołowo, chwilami aż pieprznie. Chłodziła miętą... cukrowo-ziołową, naturalną, przy czym jednak chwilami aromat wyłamywał się - było czuć, że to z niego pochodzi mięta. Słodycz podszyła leciutka gorzkawość, przywodząca na myśl paloną, delikatną kawę lub...

Po paru chwilach poczułam się, jakbym wypiła gorącą czekoladę. Oczywiście miętową, ale jednak czekoladę. Była gęsta, zrobiona na pełnym mleku, może ze śmietanką, ale smakująca dość wytrawnie. Była to gorąca czekolada ciemna, w dużej mierze maślana. Kryło się w niej palone ciepło i leciuteńka cierpkość. Raz po raz przewinęła się w tym lekka orzechowość. W połowie rozpływania się kęsa maślaność zaczęła rosnąć i umacniać łagodną czekoladowość. Pomyślałam też o nadziewanych czekoladkach miętowych.

Mięta wyczuwalna cały czas trochę chłodziła i odświeżała. Zgrała się ze słodyczą, która prędko wzrosła do poziomu przesady. Reprezentowały cukrowość, ale też miętowe twory: pianki, kremy, nadzienia. Drapanie w gardle nie wydawało się jednak wywołane jedynie cukrem (a także "aromatowością"?). Mięta cukiernicza niemal zrównała się z czekoladowością, trochę ją onieśmieliła, ale nie zagłuszyła. Splotły się palono-gorzkawą nutą, co pomogło mięcie cukierniczo-cukrowej i przytoczyło wyobrażenie o piciu miętowej gorącej czekolady w zimowy dzień.

Pod koniec w cierpkawości wyraźniej znalazło swoje miejsce kakao, ale to też przywołało lekką ostrość mięty, a chłodzący aspekt sprawił, że to aż leciutko podszczypywało język. Konsekwentnie pieprzna mięta i gorąc gorącej czekolady podłapały konwencję, toteż efekt był ciekawy. Może nawet jakby tak podkręcić gorącą czekoladę likierem miętowym? Słodycz też już zdążyła wzrosnąć do poziomu aż... przypiekającego. Swoim natężeniem drapała w gardle i lekko w język. Aromat miętowy również miał w tym mały udział.

Po zjedzeniu został posmak mocno miętowy wraz z miętowym odświeżeniem, lekko szczypiącym ochłodzeniem oraz nieco ziołowo-palony, gorzkawy powiązany z kakao. Odnotowałam cierpkość, która otarła się o sugestię kwasku. Było w tym echo mięty cukierkowo-aromatowej, ale przesłodzenie i odświeżenie poszczególne ewentualne gorsze posmaki zasłaniały. Czułam tłustość, ale raczej jako warstwa na ustach (która w sumie nawet mnie - ! - nie przeszkadzała) niż smak, bo ten był lekki dzięki mięcie.

Całość wyszła szokująco przyjemnie jak na tak niską zawartość kakao i słodycz / wydźwięk. Ani tłustość, ani przesadzona cukrowość nie dawały się strasznie we znaki dzięki mięcie i jej w punkt chłodzącemu elementowi. A ta... nie zabiła czekolady, była wyrazista, ale w realiach spożywczych. Może niespecjalnie w moich klimatach, ale nie mam większych zarzutów, gdy o jakość chodzi. Nie było zbyt ciężko, choć... nie mogę też powiedzieć, by było błogo rześko, ale jej wyważenie to w przypadku czekolady plus. Oczywiście wolałabym, smakowała bardziej gorzko, bardziej... ciemnoczekoladowo, ale ogólnie spodziewałam się gorszego ulepka, a tak... mimo że nie zachwycająca, to całkiem przystępna i do zjedzenia. Wśród jej podobnych wypada bardzo, bardzo dobrze. Przesłodzona, ale jeszcze znośnie.
Na pewno lepsza od ulepkowatego, niemożliwie cukrowego Lindta Excellence Mint / Menthe Intense. Wyszła nie tak tłusto, a chłodząco i cukrowo, ale jak gorąca czekolada. Jednocześnie wciąż daleko jej do pysznej i poważniejszej Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint. Mimo lichej zawartości kakao, udało jej się zwrócić uwagę na lepsze aspekty niż np. ciężka, nieodświeżająca Moser Roth Dark Mint.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 5,49 zł
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (chyba że, gdyby mnie na miętową naszło, z desperacji w promocji?)

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, aromaty

wtorek, 21 września 2021

Auro Chocolate Saloy Philippine Origin 70 % Reserve 2018 ciemna z Filipin

Zawsze przy wyborze, od jakiej czekolady poznawać daną markę, mam mały kłopot. Boję się, że trafię albo na najlepszą (wolałabym ją zjeść przy którymś podejściu do marki), albo na najgorszą (nie chciałabym się zrazić). Pierwsza zjedzona Auro (Filipino 42 % Milk Chocolate Banana Chips) mnie nie chwyciła, ale nie zaważyło to na decyzji o kupieniu ciemnych. Uznałam, że skoro z mlecznymi mi nie po drodze, a i dodatki obecnie do mnie rzadko kiedy w pełni przemawiają, więc ciemne to co innego. Poza tym, marka filipińska robiąca kakao z regionów tego kraju (podają nawet dokładne współrzędne geograficzne)? Byłam ciekawa, bo to raczej rzadkość. Nie podobało mi się jednak, że mówi się o nich (oni sami mówią?), że są złotem Filipin (Au to chemiczny symbol złota). Poza tym, na Akademii Czekolady sowicie ją nagradzają (a do czekolad takich mam mieszane uczucia, bo odbieram je albo jako pyszne, albo jako łagodne i nudne, więc nigdy nic nie wiadomo). Nie lubię "przechwalenia słownego", ale... może po spróbowaniu do chwalących i ja miałam dołączyć? Wszak ludzie już je jedli, po prostu ja nie. Na początek wybrałam taką dość niepozorną, bo o niższej zawartości kakao... ale jakiego kakao! Prosto z górskich lasów tropikalnych.

Auro Chocolate Saloy Single Estate Philippine Origin 70 % Dark Chocolate Reserve 2018 to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao (zbiór z roku 2018) z Filipin, z plantacji Saloy, z okolic miasta Davao.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzył mnie zapach słodko-wiśniowego wina czerwonego, goniony przez palone drewno i orzechy. Wino roztoczyło soczystość, którą błyskawicznie podchwyciły wiśnie i zmieniły się w łagodnie słodkawy, kwaskawy jogurt wiśniowy. Taki sowicie posłodzony aż nieco drapiącym w nosie miodem. W tle znalazła się sugestia cytrusów, jednak nie była zbyt istotna. Wyraźniej zagrało drewno z kominka, może jakieś drewniane, opalane meble (?) i sporo palono-grillowanych orzechów. Jako że było też szlachetnie słodko, do głowy przyszły mi pekany w mnóstwie palono-przypalonego syropu klonowego. Słodycz i jednak pewna łagodność wydźwięku drobny kwasek i przypaloną nutę zamknęły w... naleśnikach (?). A chwilami (w trakcie degustacji) czułam się, jakbym prawie wsadzała nos do słoika z miodem, który "stał w pobliżu naleśników" (nie mogąc się zdecydować, czy do naleśników z wiśniami bardziej pasuje on czy syrop klonowy).

W dotyku dość kamienna czekolada podtrzymała to wrażenie przy łamaniu. Trzaskała bardzo głośno, chwaląc się swoją masywnością.
W ustach rozpływała się jednak łatwo, choć kamienną masywność chwilę i tu kontynuowała. Później jednak jej masywność zmieniała się. Kawałek w ustach zdawał się coraz bardziej miękkawy i aksamitny. Zachowywał wprawdzie formę i kształt, ale... opływał niczym gęste lody śmietankowe z mnóstwem owocowego sosu. Z czasem ten lał się w najlepsze. Dzięki niemu ani przez moment, mimo konkretności, nie wydała się zbyt tłusta.

W smaku od początku słodycz zadbała o delikatne tło. Zaczął jasny, uroczy wręcz miodzik (zwłaszcza przy odgryzaniu kęsa "miodzik aż bucha" po ustach). Po chwili onieśmielił go jednak syrop klonowy o lekkiej nucie spalenizny, a więc integralny z pewną goryczką. Drzewny, karmelowy... zaczął taki właśnie klimat budować, by z czasem nieco złagodnieć.

Być może to dlatego, że w ciągu kolejnych sekund słodycz została nagle przecięta na wskroś kwaśnością. Wiśnie podrasowane sokiem z cytryny wywołały w ustach soczyste tsunami. Trafiły na słodycz, która nieco je ugłaskała, ale i tak miały świetną okazję do pochwalenia się swoim charakterem. 
Wiśnie soczystsze, słodkawe, świeże mieszały się chyba z jeżynami... ale zaraz raczej wymieszały się z jogurtem... pojawił się smak "wiśni jogurtowych" (?). Przy cytrynie plątało się coś egzotycznego, jakby nieco aż gryzącego... Ananas? I poczułam kwasek nabiału, wciąż z sugestią cytryny w tle, acz... to było coś łagodnego i słodkawego zdecydowanie. Zupełnie jakby tak... dodać to, a więc jogurt i wiśnie (jogurt wiśniowy?), słodzidło na jakieś... delikatne, pulchne naleśniki? Wiśnie zajechały trochę szlachetnym, słodkim winem czerwonym. Wydźwięk z dynamicznego i słodziutkiego łagodniał w spokojnym stylu.

Poprzez paloność weszła gorzkawość. Była subtelna, a jednocześnie głęboka. Skojarzyła mi się z drewnem w kominku, ogniskiem... drewnem płonącym, ale i opalanym. Wypalanymi... rzeczami (miskami?), ale też grillowanymi i palonymi orzechami. Niektóre chyba się nieco poprzypalały, ale wciąż były smakowite. Orzechy z ogniska? Niezbyt jednoznaczne, ale pewnie pekany się tam znalazły.

Z czasem sok owoców wciąż lał się w najlepsze, ale by nie zrobiło się za lekko, pilnowały skórki orzechów... trochę przypalone brzegi naleśników (wyglądające jak kora?), mocno podrasowane palonością i ziołową nutą (ta także z owocami znalazła porozumienie). To nadało im suszono-palonego (pieczonego?) charakteru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa swoją obecność dosadnie zaznaczyło wino. Przejęło pałeczkę od wiśni i wlało się powoli w poszczególne nuty. Nasączyło drewniano-orzechowe tony, podrzucając do skojarzeń jeszcze beczki z winem. Wtedy czerwone, soczyste wino wyszło niemal na przód. Nie zapomniało jednak ani o kwasku, ani o słodyczy.

I wino, i jogurt zyskały słodycz z tła. Miarowo zmieniała się, w pewnym momencie znów wydając się aż uroczą, miodzikową. Niczym jasny miód, którym posłodzono jogurt. Kompozycja ogólnie bardzo złagodniała na pewien czas. Miodem też potraktowano orzechy... miodem i syropem klonowym? Jednak po tym słodziutkim epizodzie słodycz znów zaczęła przybierać na palonym charakterze. Syrop klonowy otulił orzechy i nieco je aż przygłuszyły, a mimo to wzrosła gorzkość.

Cała wypalaność i drewno wykorzystały to, wybijając się znów przed naleśnikowe złagodzenie, ale i one nie wróciły już do wcześniejszych siebie, jakby nieco w pewien sposób odpuściły... Poczułam cierpkość jakby winem podkreśloną... a że nuta miodu wniosła pewne drapanie, razem podgrzały atmosferę i zmieniły się... w nieco ostrawe zioła (też trochę kwiatowe?). Goryczkowate, suszone... Albo palone? I to nie zioła-zioła, a jakby wymknęły się z wina.

Pod koniec zioła wmieszały się w wino, a gorzkawość zrobiła mały ukłon w stronę kawy. Była to jakaś dziwna, trochę drewniana, delikatna kawa, ale jednak. Palone ziarna... razem z orzechami również słodycz przywoływały.

W posmaku pozostały właśnie słodkie, karmelowo-drzewne nuty, a więc znów raczej syrop klonowy, acz wyjątkowo delikatny jakiś, a także drewno palone i kawa. Echo kwasku też było: cytryny oraz ni jogurtu, ni wiśni... Czułam się, jakbym po takiej małej przekąsce siedziała nad ogniskiem i raczyła się ziołowo-ostrzejszym winem... blisko drewnianej chatki.

Tabliczka wyszła niecodziennie dynamicznie falowo. Słodziuteńka i kwaśna, z czasem zrobiła się poważnie, szlachetnie słodka i gorzkawa, spokojna, stateczna, by potem znów jeszcze troszeczkę na aż uroczo-słodką łagodność sobie pozwolić i pozostawić mocniejszy posmak. Krążyła od miodu do syropu klonowego, od wiśni podkreślanych kwaśnymi cytrynami i odrobinką innych owoców (egzotycznego ananasa?) do wina (z ziołowymi akcentami). Konsekwentna była jedynie w kwestii palenia i drzew, co świetnie wyważyły naleśniki i jogurt - połączyły wszystkie nuty tak, że do siebie pasowały.
Wolałabym silniejszą gorzkość, ale w sumie... nawet i z tymi mniej moimi nutami mnie zachwyciła.

Całość bardzo mi smakowała, bo nuta drewna i owoców nieco skojarzyła mi się z ukochanymi Domori IL100% Blend i IL Blend 70 %. I... tak pod względem nut (drewna w kominku, alkoholu) bliżej jej do 100 % co prawda, ale słodyczą to chyba i 70 % przebiła. 
Orzeźwienie i wytrawne nuty, zioła, przyprawy zafundowała mi Georgia Ramon Philippinen / Philippines 75 % Sweetened with Coconut Blossom Sugar, ale jednak była bardziej pikantna i bogata w zupełnie inne owoce (egzotyczne, ale choćby ananas zaplątał się wspólny). Podobny był też wypiek - w GR nieokreślony, w Auro naleśniki (wiem, że je się smaży, ale gdy mówię o nutach w czekoladach, często to abstrakty).


ocena: 10/10
cena: 25 zł (za 60g; cena półkowa)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: może kiedyś?

Skład: miazga kakaowa, cukier muscovado, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 20 września 2021

Lindt Creation 70 % Edelbitter Mousse Caramel & Salz ciemna z czekoladowym mousse'em i nadzieniem karmelowym z solą

Gdy tylko dostrzegłam tę czekoladę, zapragnęłam jej. Mimo że ostatnio zrobiłam się bardzo krytyczna w stosunku do solonego karmelu, myśl o ciemnej nadzianej nim wydała mi się bardzo przyjemna. Zwłaszcza, że miałam już kupioną mleczną Creation Caramel. Zasładzając się podlinkowaną, doszłam do wniosku, że wyczuwalne w tym wariancie kakao mało, że "miłe". Byłoby zbawienne. I choć mousse'y tej serii z mousse'ami mają niewiele wspólnego, może wreszcie miałam dostać swój a'la truflowy krem, którego nie uświadczyłam we wspomnianej? Zanim jedno po niej wzięłam się za dziś prezentowaną, trafiłam na pogorszoną Creation Hazelnut de Luxe Dark (stara recenzja z 2019) i... tej zaczęłam się trochę obawiać. Mogło być naprawdę różnie...

Lindt Creation 70 % Edelbitter Mousse Caramel & Salz to ciemna czekolada o zawartości 70 % z (27 %) czekoladowym mousse'em i (17 %) nadzieniem karmelowym z solą.

Już rozrywając sreberko poczułam intensywnie palony zapach kawy osłodzonej palonym fuzją karmelu i toffi. Daleko w tle tliła się odrobinka soli i sugestia alkoholu. Wąchając uważniej, doszukałam się nawet pewnej soczystości. Po podziale, przy jedzeniu wyraźnie wyszedł karmel, kojarzący się trochę z ciemnoczekoladową wersją Pawełka o zredukowanej alkoholowości (ale obecnej!) oraz nuta maślano-kakaowa... rodem ze śliskich trufli belgijskich lub kremo-deseru o niemal stałej konsystencji.

Tabliczka okazała się twarda i głośno trzaskająca. Grube warstwy czekolady skrywały dwie warstwy nadzienia: "mousse" zajmował cały spód środka kostki, nadzienie karmelowe zaś to ciągnąca grudka na środku. Jego struktura była rzadkawo-stała, acz ciągnąca się. Odznaczał się lepkością, ale nie brudził wszystkiego wokół. Proporcje wydały mi się odpowiednie, a ilość w pełni satysfakcjonująca. (Przy "bawieniu się na jednej kostce" odkryłam, że między nadzieniami jest warstewka... jakby czekolady... albo utwardzonego nadzienia? by się trzymało?)
Czekolada w ustach rozpływała się powoli i kremowo. Była tłustawa i zalepiająca. Miękła i odsłaniała nadzienia.
Szybciej spod niej wydobywało się karmelowe: bardzo miękkie i plastyczne; jakby mordoklejkowe, ale bez klejącego elementu. Było tak gładkie, że aż śliskie (spróbowane osobno aż mnie trochę obrzydziło); sól rozpuszczono idealnie - nie było ani kryształka. Rozpuszczało się najszybciej z tego wszystkiego, ale też nie szybko (czym mnie zaskoczyło). Wlepiało się w masę czekoladową, zębów nawet nie pokrywając.
Nadzienie dolne, a więc "mousse" podpinał się pod czekoladę. Odebrałam go jako jej bardzo, bardzo maślaną wersję. Tłustsze, miękło szybciej i rozpływało się w maślany, gładki sposób, wykazując przy tym minimalne, sporadyczne "prawie bąbelkowanie" (jak takowe czekolady). Wciąż jednak było to zbite i takie, co nieuważny konsument może przeoczyć, że w ogóle jest (jedząc łatwo zapomnieć, a nabrać się, że to czekolada tak mięknie). Zupełnie mieszało się z czekoladą.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia palono-kawowej gorzkości, na którą szybko nałożyła słodycz. Ta wydała mi się wysoka, ale nie straszliwie, a zachowawczo palona, sama nieco karmelowa i z soczystszą nutką. W tle pojawiła się też harmonizująca to, wykwintniejsza cierpkość.

Prędko do czekolady dołączyła łagodząca ją maślaność. Wyłapałam nieco orzechowy wątek, po czym uderzyła słodycz karmelu.
Otóż "mousse" po prostu smakowo powoli, konsekwentnie i cały czas podpinał się pod czekoladę, jakby ją rozrzedzając tłustawością. Taka bardziej mdława, delikatna czekolada... Nawet z lekką sugestią procentów (czekoladowego likieru? to troszeczkę podsyciło nadzienie karmelowe taką "sztucznawością").
"Mousse" sam w sobie smakował niczym mieszanka delikatnej, jedynie gorzkawej czekolady ciemnej i masła w proporcjach w sumie równych, czym mnie nie zachwycił. Był też nieco słodszy od czekolady, idący nieco w kierunku trufli belgijskich.

Karmel prędko dawał o sobie znać, podwyższając ogólną słodycz. Przecinał sobie drogę cukrem, po czym jakby go nieco delikatniusio opalał. Maślaność i on kontynuował, więc po chwili przytoczył maślane karmelki. Był także znacząco śmietankowy, przez co mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zasugerował... krówkę. Wszystko to jednak było wyraźnie słonawe. Może nienachalnie, nie mocno, ale niepodważalnie.
Przypominał karmelowo-palone, karmelkowe toffi, był bardzo, bardzo słodki.  
Niemal cały czas od wyłonienia się nadzienia wyczuwalna szczypta soli umiejętnie tonowała słodycz, dzięki czemu nie wydała mi się mordercza. W pewnym momencie uwypukliła maślany smak karmelu, który przekornie mocniej zagrał krówką, by następnie z czasem osiąść w taniej karmelkowości. Sól podkreśliła też cierpkość ciemnej czekolady, dodatkowo hamującą słodycz. Czuć słoność, ale idealnie pasującą, integralną. W dodatku z czasem cierpkość wywalczyła bardziej karmelowy karmel.

Po tym jednak, jak już znaczna część karmelu rozeszła się, wnętrze wydało mi się jeszcze bardziej maślano-śmietankowe (całościowo); upewniłam się też co do sztucznawej nuty. To była dziwnie sztuczna (cukierkowa?) słodycz... jakby karmelkowo-tania? Coś alkoholowo-likierowego bez procentów, a cierpkawego też tam się kręciło.

Maślany "mousse" czasowo spłycił czekoladę, acz pod koniec udało jej się wyłonić cierpkawość i paloną gorzkość. W czekoladzie sól to właśnie tę kawową paloność podkreśliła. Wydała mi się nieco bardziej soczysta, aż... poprzez karmel podeszła pod rodzynki.

Po zjedzeniu został posmak lekko słony, toffiowatych karmelków podrasowanych dziwnym rozgrzaniem języka (jakby połączenie aromatu i alkoholu z solą?), a także przyjemnie kakaowo gorzkawo-cierpki, nieco kawowy. Czułam cukrowość, ale o dziwo nie straszne przesłodzenie. Czułam także wytrawność, powagę kompozycji, a jednocześnie tandetę.

Całość wyszła dobrze. Bardzo dobra czekolada, zadowalające smakowo nadzienie karmelkowo-krówkowo-toffi o świetnie dobranej ilości soli, ale... niestety zajeżdżające czymś niemiłym i o nieadekwatnej nazwie. Mousse nie był mousse'em, ale całkiem niezłym kremem. Osobiście wolałabym, by był mniej maślany, ale ogółem trudno mu robić wielkie wyrzuty. Ciemna czekolada zrobiła tu wiele dobrego, bo swoją intensywnością kryła gorsze posmaki.
Wyszła trochę jak niezbyt drogie, ale zaskakująco dobre czekoladki. Bliżej to to nieokreślone, bo tytułu nie oddaje, ale wyszło smacznie. Bez szału, ale smacznie. Dobrze, że znam tę serię, więc na puszysty mousse się nie nastawiłam.
Zdecydowanie smakowała mi bardziej niż mleczna wersja, bo po prostu wolę ciemne i niższą słodycz, a i w tej lepiej zakamuflowały się kiepskie posmaki. Mam wrażenie, że ten mousse był prawie taki sam, co krem w tamtej. Karmel był bardzo podobny, acz jego odbiór z kakao był inny. Mleczna wydała mi się obiektywnie lepiej skomponowana (karmel aż toffi-krówkowy bardziej pasuje do mlecznej; z ciemną lepiej łączyłby się bardziej palony), ale dzisiaj przedstawiana subiektywnie smaczniejsza i lepsza jakościowo (albo tylko wydaje się taka dzięki kakao). Gdyby nie niezgodności z nazwą, może i mogłabym podciągnąć jej na 9 - gdybym tak dostała porządnie palony karmel, pewnie o wiele bardziej bym się zachwyciła.

PS Uwaga! Obecnie w polskich sklepach jest bardzo podobna, ale o kwadratowych kostkach. Mam długą kolejkę wpisów, więc jej recenzja dopiero za parę miesięcy, ale zdradzę, że inna wersja tej tabliczki jest o wiele gorsza, jakościowo marna - wersja z kwadratowymi kostkami otrzymała 5/10.


ocena: 8/10
kupiłam: podłączyłam się pod zamówienie Mamy na Allegro
cena: 15 zł (za 150g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: może i bym mogła, gdybym tanio znalazła stacjonarnie

Skład: miazga kakaowa, cukier, masło klarowane, syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko, glukoza, sól, lecytyna sojowa, naturalne aromaty

niedziela, 19 września 2021

Marana Peru San Martin 70% ciemna

Myśląc o czekoladach zjedzonych w ostatnim czasie i rozplanowując kolejne degustacje aż się zastanowiłam, czy nie popadam w swego rodzaju rutynę. Chodziło o regiony i marki. Może dla kogoś z zewnątrz mogłoby się to więc wydać nudne, ja jednak... utwierdziłam się, że taką "nudę" lubię bardzo. W kwestii jedzenia "codziennego" jestem dość ograniczona, prawie ciągle jem to samo. A swoje "to samo" urozmaicam ciekawostkami, to jednak... no właśnie, tylko pojedyncze urozmaicenia. Dlaczego to piszę? Markę Marana postrzegam właśnie jako "niby prawie to samo, ALE". Ale wychodzi tak, że prawie każda tabliczka jest inna. Marka i kraj te same, zawartości niewiele się różnią; opakowania bardzo podobne. Smak jednak...? Tu już za każdym razem jest, co odkrywać! Tym bardziej, że to miała być moja pierwsza 70tka od Marany. Warto też jednak chwilę - pozornie! - podobnym opakowaniom poświęcić. Marana stara się pokazywać swoją tożsamość kulturową, dziedzictwo. Opakowania linii San Martin są inspirowane amazońskimi rycinami, nawiązującymi do magii i mistycyzmu, ale i codziennego życia mieszkańców Amazonii. Gigantyczne boa, syreny… zaraz obok farmerów w dżungli. 

Marana Peru San Martin 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Amazonico z Peru, z regionu San Martin z okolic miasta Tarapoto.

Po otwarciu poczułam wyrazisty, dość kwaskawy zapach kojarzący się z cytrynami "na słodko". Pomyślałam o orzeźwiającej lemoniadzie, ale zarejestrowałam też niemal śmietanową nutę. Oczami wyobraźni zobaczyłam śmietankowy krem cytrynowy; krem... aż nieco maślany? Był poniekąd łagodny "bazowo", ale soczyście owocowy jednocześnie. Za lemoniadą stały czerwone porzeczki, może też... hibiskus? Herbata z niego? Czułam też słodkie, trochę wodniste niby ciemnawe winogrona, może fioletowe... i egzotykę mieszanki w stylu "winogrona&guarana", coś trudnego do nazwania. Jakby taka... goryczkowata charakterność owoców, ale... ze złagodzeniem. Kwiatowym, jak upewniłam się w trakcie jedzenia.

Przy łamaniu gładko-tłusta już na dotyk tabliczka przedstawiła się jako bardzo twarda. Trzaskała niczym łamane suche i bardzo grube gałęzie, odznaczając się przy tym masywnością.
Ta w ustach w dużej mierze prędko odchodziła w niepamięć. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, mięknąc, acz zachowując kształt i formę. Była nieco zbita, ale przy tym kremowa niczym gęsty, maślany krem. Tworzyła trochę pylistą zawiesinę, którą rozganiały trochę soczyste, niewielkie fale. I tak na przemian, aby w końcu zniknąć z lekkim ściągnięciem. Po zjedzeniu całości, czułam tłustawość na ustach. Jak dla mnie rozpływała się nieco za szybko i nie podobało mi się wrażenie tłustości.

Smak przywitał mnie wycofaną słodyczą. Mignął delikatny, śmietankowy biszkopt, rozwijający się nieśmiało w tle; pomachały do mnie owoce.

To na nie w pierwszej kolejności zwracałam każdorazowo uwagę. Otóż były słodko-kwaśne i egzotyczne, do głowy przyszły mi porzeczkowate, czerwone nie do sprecyzowania, ale... ususzone na jakiś herbato-napar. Otulone kwiatową słodyczą i delikatnością. Pojawiły się... guarana i hibiskus. O tak, hibiskus wyraźnie wplótł kwasek. Guarana zaprosiła cierpkość i goryczkę, ale... taką owocową (przypomniała mi się może raz w życiu jedzona papaja - słodko-mdła z goryczowatymi pestkami nie do jedzenia). 

Po chwili jednak do naparu wlał się miód. Mnóstwo, ogrom miodu. Złocistego, jasnego i zasładzającego. Słodycz wzrosła, będąc aż lekko mdławą. Czysta słodycz... skojarzyła mi się z zasładzającymi, a wodnistymi winogronami... niby ciemnymi, ale coś nie bardzo. Bardzo słodkimi, a jednak z domniemaniem kwasku. Takimi fioletowymi, różowawymi. 

Słodycz rosła, ale nie zapomniała o lekkim kwasku, z którym tworzyła dziwną jedność, stąd moje myśli powędrowały ku rodzynkom i figom...  jakby podkwaszonym? Albo kwaskawym miodzie? Albo otulającym coś kwaskawego. Pomyślałam o owocach "zrobionych na słodko". Jakby jakaś suszona / kandyzowana egzotyczna kostka? Na pewno m.in. kwaśno-słodki ananas. Potem jeszcze cytryna... ale w wydaniu orzeźwiającej - mimo że słodkiej - lemoniady? Może też marakuja (suszono-kandyzowana?)? Znów kwiaty wygładziły to swymi delikatnymi, słodkawymi płatkami.

Kwasek związany z lekką cierpkością mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa uderzył herbatą. Zabiły herbaciane dzwony wzywając wszelkie kwiatowe i suszkowato-roślinne, nieco korzonkowe motywy. Kompozycja zrobiła się nieco wilgotna... chłodna. Pomyślałam więc o korzeniach, drewnie porośniętym mchem... Lekko bagnisty klimat ustabilizowały orzechy pekan, same w wydaniu jakiegoś... maślanego kremu? Po czym wszystko to pochłonęła maślaność właśnie, nie zaburzając jednak owocowej soczystości.

Kompozycja złagodniała. Pokazała odrobinkę orzechów - tłustych pekanów konkretniej. Kwaśność owoców poprzez śmietanowo-śmietankowe tony przeszła w mleczność. Czekolada z czasem zaczęła wydawać się mleczna... Niczym mleko zasłodzone miodem do prawie złotego koloru i gęstości.
Śmietanka... skojarzyła mi się z jakąś biszkoptową, wilgotną roladą przeplecioną właśnie śmietankowym kremem... Na pewno miękką i wilgotną... aż lepką od miodu? Może był w niej też kwaskawo owocowy zawijas z żółtych egzotycznych? A na wierzchu... kandyzowano-miodowe, suszone owoce. Także pewna kwiatowość, bardziej jako łagodzący element miała się tu w najlepsze.

Bliżej końca poczułam, jakby tak te słodko-kwaśne owoce dodać do herbaty... Czyli jakbym miała do czynienia z herbatą owocową? Mocno owocową. To jedno, a drugi wątek obok: zupełnie jakby przepijać ten śmietankowy biszkopt herbatą. Pod koniec wyrazistszą i gorzkawą. Dziwnie płynęły obok siebie (a nie jakby biszkopt przepijać herbatą owocową).

Po zjedzeniu został posmak słodko-kwaśny i nieco goryczkowaty. Przeważająco owocowo-egzotyczny (trudny do nazwania), nieco herbaciany, ale także kwaśno-orzeźwiający. Jak soczyste cytryny (lemoniada?) i hibiskus. Czułam jednak także wysoką słodycz miodu... oblepiającego owoce łączące naturalnie kwaśność ze słodyczą właśnie. 

Czekolada wyszła słodko-kwaśno, jakby aż zapominając o gorzkości. Hibiskus, czerwone i inne owoce, winogrona oraz egzotyczne cytryny, a także niejasna mieszanina w wydaniu suszono-dosłodzonym wyszły intrygująco i orzeźwiająco, mimo że właśnie bardzo słodko. Ciekawa goryczka owoców rewelacyjnie wplotła herbatę i pekany. Maślana baza wcale nie wpłynęła na nie negatywnie, ciężko. Tyle tylko, że łagodziła, jak i kwiaty, ale... to wyszło raczej jakby stały na straży, by słodycz nie zasłodziła, a kwaśność nie przegięła. Dopomógł tu mleczny wątek. Już przy pierwszej kostce wiedziałam, ze będzie 9. Jedząc jednak, tak się wciągnęłam, nuty okazały się tak interesująco zestawione, że nawet nie zauważyłam, kiedy się w niej zakochałam. Niezwykle nieciężka jak na taką tłustość i słodycz, nieprzytłaczająca, a jednak z poczuciem konkretu (czekoladowego!).

Z regionu San Martin jadłam już Zottera Labooko Peru "Cacao Tocache" 72 %. Gdy tylko to sobie uzmysłowiłam... tak! Przecież to ten sam "słodki kwach" lub "kwaśna słodycz". Niezwykle dziwny wydźwięk... obstawiam, że jakiś egzotycznych owoców, których po prostu nie znam (a krążę nazywając je naokoło). Miód, egzotyczne owoce (kandyzowany ananas), cytryny, granat, a oprócz tego wiklina były podobne do mieszaniny egzotycznie-suszonych Marany, hibiskusa i herbacianych tonów z miodem. Maślaność w Maranie wyszła za to idealnie trafiona, w Zotterze zbytnio się narzucała.
Zotter Labooko Peru Milk 70 % smakowała mocno maślano-śmietankowym lemon curdem - mleczność tamtej do regionu jak widać świetnie się wpasowała.
A miodzikowość i kwiaty przy cytrusach i kwaśnych owocach rodem ze Standout Peru 70 %.


ocena: 10/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: może i bym mogła

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 18 września 2021

Raaka 66% Bananas Foster Unroasted ciemna surowa z Peru z bananami

Kupując tę czekoladę aż się podnieciłam, bo ciemna surowa z bananami wydała mi się niezwykle atrakcyjna. Od razu przypomniała mi się Vosges Super Dark 72 % Coconut Ash & Banana, potem jednak i Terravita Mleczna + Banan, i Auro 42 % Milk Chocolate Banana Chips, które zawiodły mnie kamiennością / ostrością lub nijakością dodatków, więc wystraszyłam się, że nie mam co liczyć na smakowity kąsek. Zwłaszcza wiedząc, że i Raaka robi ostre dodatki (Green Tea Crunch nie byłam w stanie zjeść). Trochę zmarkotniałam. Surowe kakao i banany... to mogło być takie piękne, jednak już opis czekolady zasmucił mnie dodatkowo. Producent opisał ją jako "brulee w tabliczce", jego interpretację nowoorleańskiego deseru. I sama już nie wiedziałam, czego się spodziewać... Że creme brulee...? Że...? Zaczęłam googlać tytuł czekolady. Otóż "Banana Foster" to wymyślony w 1951 roku deser z bananów i lodów waniliowych, z sosem z masła, brązowego cukru, cynamonu, ciemnego rumu i likieru bananowego. Masło, cukier i banany gotuje się, a potem dodaje alkohol i podpala. Podaje się to w towarzystwie lodów, oczywiście z sosem (z tego tam wymienionego "dobra"). Nazwano to na cześć Richarda Fostera, funkcjonariusza, który działał na rzecz bezpieczeństwa francuskiej dzielnicy w Nowym Orleanie, który to był przyjacielem twórcy deseru.
Kakao do tej czekolady kupiono od Oro Verde, czyli kooperatywy peruwiańskich plemion Chanka i Awajun, mającej sporo certyfikatów Fair Trade, eko itp. 

Raaka 66% Bananas Foster Unroasted Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 66 % surowego kakao z Peru, z prowincji Lamas, z regionu San Martin z bananami.

Po otwarciu poczułam zaskakująco mocno palony zapach. Obok tego stała wysoka soczystość o nieco egzotycznym wydźwięku, jakby tak... grillować bardzo soczyste owoce? Pomyślałam o bananach, ale podsyconych cytryną i... mango? Cała ta egzotyka była jednak nieco "uspokojona" kwiatowością, a więc... motywem cierpkawo-suszonym... Jakby owoce mieszały się jako suszone, a nasiąkające... jak raw bar? O tak! Taki, który poprzez surowe kakao, podrzuca skojarzenie z czerwonym winem i wiśniami. A może zawierający suszone wiśnie? Z lekko podfermentowanym kwaskiem i goryczką (pestek? orzechów?). Wszystko to na charakternym, goryczkowatym gruncie czarnej ziemi i dymu, co też jakiś wybieg do wina w trakcie degustacji potrafiło zrobić. 

Ciemna tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, a jej twardości sugerowała, iż jest bardzo, bardzo zbita.
W przekroju wyglądała na ziarnistą i już w tym momencie zaskoczyła mnie forma (domniemanie; potwierdziło się z czasem). Otóż banany dodano sproszkowane, więc teoretycznie tabliczka była gładka.
W ustach rozpływała się powoli i nietłusto, a soczyście. Znacząco proszkowo, aż nieco ziarniście, ale nie stawiała oporu, nie robiła większych problemów. Co ciekawe, odebrałam ją chwilami tak, jakby płynął z niej lepkawy sok z owoców... może i trochę miodu? Trzymała formę i względnie kształt niemal do końca, ale gięła się i miękła przy tym, kiedy to soczyście rozpuszczała się na zawiesinę. Pozostawiała w ustach soczystość i poczucie mikroskopijnych drobinek / ziarenek. 

W smaku przywitała się słodyczą delikatnego karmelu, wręcz cukru, ale ewidentnie brązowego, które jakby momentalnie nieco się przypaliły / przygrillowały. Soczystość towarzyszyła im niemal od początku, ale dopiero po paru sekundach pomyślałam o  rześko-zwiewnych kwiatach, podsuszanych nutach i miodzie. Soczystość, jaka w tym rozbrzmiała w tle ułożyła się w nieśmiałe banany. 

Słodycz chcąca jakby przydusić... zapadła się w gęsto-lepką, nieco duszną i minimalnie goryczkowatą... masę makową. Owszem, słodką, ale wprowadzającą gorzkość i mnóstwo bakalii. Kompozycję przeszyła kwaśność wiśni, może też żurawiny.

Nagle do głowy przyszedł mi raw bar. Jakby wariant z suszonymi, ale soczystymi wiśniami. Napędzały soczystość ogólną i puszczały oko do czerwonego wina. Czułam więc miks suszonych owoców, soczystość bananów, ale też... suszone kwiaty? Albo raczej trochę konkretniejszych ziół / liści...  herbat? Konkretniejszy smaczek chylił się ku fusom czarnej herbaty.
Raw bar i jednak pewna paloność karmelu (jakby miodowego?) z czasem rozwinęły motyw orzechowy i suszkowaty... Rodzynkowy! Nie jestem dokładnie pewna, co tam jeszcze się kryło, ale rodzynki na pewno. Przemykały mi kwiaty podkreślone wanilią,... wciąż też nuty słodkiej masy makowej. Czerwone owoce z kolei trafiając na taką słodycz raz po raz zasugerowały mi aż... słodziutkie truskaweczki. By jednak nie było za słodko-ciężko, pilnowała kwaśność czerwonych owoców, mocno wsparta sokiem cytryny i rodzynkami.

Te zaprosiły kwasek dymu i ziemi. Pomyślałam o wilgotnej, czystej czarnej ziemi i kwaskawym, dymie, wkomponowanych w "spożywczość" poprzez herbaciane nuty. Wprowadziły do kompozycji bardziej zdecydowaną gorzkawość (ale wciąż raczej nie gorzkość). Zaczęła snuć się lekka cierpkość. Ciągle robiła aluzje do czerwonego wina. Po tych nutach wpełzła kwaskawość i szybko zaskoczyła na egzotyczność. Rześka i soczysta cytryna przywołała do siebie banany. 

Najpierw banany wydały mi się rześko-cierpkie przez ziemiste motywy, takie jak sztuki twarde, ale z czasem... Dosłownie czułam jak z soczystych i dość twardawych w przyspieszonym tempie dojrzewają i aż przejrzewają. W drugiej połowie rozpływania się kęsa na prowadzenie wyszedł surowy baton-miazga głównie z bananów. Stały się niemal wiodące pod postacią papki z nich. Taki wilgotny, nasiąkająco-soczysty baton z bananów, które były soczyste i raczej świeże, ale też... słodko-soczyste jak gęsty nektar z nich. Coraz słodsze. Jakby jeszcze podkręcił je cukier brązowy czy karmel?

Sama baza opierająca się na dymie i ziemi, z zaleciałościami orzecho-pestek z surowego batona z czasem złagodniała w maślano-śmietankowym kontekście. Potrafiła mignąć jakimś mlekiem... mleczkiem? (orzechowym / kokosowym?), by zaraz uwypuklić smak nektaru bananowego i wrócić do łagodnej, bananowej raw barowości. Hm... tak zdecydowanie mógłby smakować tytułowy deser.

Egzotyczna soczystość sugerowała też inne owoce (mango?), ale jedynie trochę i przywróciła też kwasek. Ten jednak już nie był tak intensywny, bo kompozycja ogólnie zmierzała ku wyciszeniu, złagodnieniu. Czułam wysoką, w końcu aż drapiącą nieco w gardle słodycz, która dzięki naturalności (i motywowi kwiatów?) jeszcze bardziej skojarzyła mi się z miodem... albo bananami utopionymi w miodzie, jakąś papką z nich. Pomyślałam o daktylach, którym kibicował dym. I znów czułam słodziutkiego, bananowego raw bara, podszytego kwaskiem owoców - czy to kwaskawych rodzynek, czy cytryny... To był bardzo soczysty raw bar.

Bliżej końca kwaskawość przewijała się jedynie w oddali, cytryną łącząc różne owoce z ziemią; soczystość nie ustępowała, ale mieszała się z gorzko-cierpkimi nutami mniej spożywczymi. Dym i ziemia pozwoliły sobie na aż nibsowo-surowy smaczek na koniec. 

Po zjedzeniu został posmak bananów jako surowy baton z nich i nektar, również bananowa cierpkość; ale też palony, łączący słodycz i gorzkość mocnej herbaty. To miodowo-karmelowy raw bar oraz... wątek lekko nibsowy, surowo... mokry? nasączony? Jakby tak nibsy cierpkością zmieszały się z bananami i echem herbaty. 

Całość zachwyciła mnie. To dla mnie ideał formy bananowej czekolady: gładka, ale z dodatkiem. Co więcej, dzięki temu wyszło cudownie soczyście, naturalnie, kompleksowo. Trochę charakterku ziemi i dymu, a potem wiśnie i wino, czerwone owoce i cytryna, sporo słodyczy naturalnego karmelu, miodu, a wreszcie skojarzenie z masą makową i surowym batonem-miazgą - wszystko to zdążyło się popisać, by potem puścić przodem wyraziste i jednoznaczne banany, które można by odmieniać przez wszystkie przypadki. Surowe kakao pasowało doskonale. Mało tego! Struktura również zagrała.
Moim jedynym zarzutem jest wprawdzie nieco za wysoka słodycz (wolałabym więcej miazgi kakao i bananów niż cukru), jednak też rozumiem, że tabliczka ma oddawać deser "Banana Foster", nie zaś być "ciemną z bananami". To na pewno się udało, więc mimo iż subiektywnie za smak dałabym raczej 9.5, to to + element niezwykłości przeświadczył o 10 i tym... że chyba trafiła do ulubionych ciekawostko-czekolad.
Swoją drogą, dawno nie jadłam tak soczystej czekolady, zbliżyła się aż do fenomenalnej Pacari Passion Fruit.


ocena: 10/10
cena: 34 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 472 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, banany, tłuszcz kakaowy, wanilia

piątek, 17 września 2021

Zotter Cheese – Walnut – Grapes mleczna ciemna 60 % z nugatem z orzechłów włoskich i kremem serowym z rodzynkami w alkoholu

Nie lubię zmian, które mogą być zmianami na gorsze. Te jawnie na gorsze to zło, to oczywiste, ale te które potencjalnie mogą, ale nie muszą... Irytują mnie podwójnie. Z jednej strony zawsze chcę sprawdzić, a z drugiej... czasem wolałabym zostać z miłym wspomnieniem. Jednym z pierwszych Zotterów jakie jadłam był Cheese-Walnut-Grapes (2015), w którym się zakochałam. Potem Zotter go wycofał, a wprowadził Cheesy Chocolate (2016). O ile pierwsza przypominała wytrawniejszy sernik, tak druga bardziej udawała camembert. Z pierwowzoru wypadły całe rodzynki... które do dziś opisywanej przywrócono. I nie lubiąc serników z rodzynkami, zaczęłam się zastanawiać... jaka to zmiana? Bałam się, że czeka mnie tabliczkowy camembert z rodzynkami (sery wolę czyste, bez takich dodatków), ogólnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie podobał mi się fakt upicia rodzynek grappą... Jako jednak, że czekolady z serami to rzadkość, nie mogłam jej przegapić. Po zjedzeniu trochę męczyło mnie, że na stronie producenta zdjęcia i opis były nieco mylące, więc napisałam w tej sprawie. Spotkałam się z podziękowaniami i naprawieniem błędu, co się na pewno chwali!


Zotter Cheese - Walnut - Grapes to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana (22%) nugatem / praliną z orzechów włoskich na (38%) serowym kremie z (2%) rodzynkami nasączonymi w grappie; wersja od 2020 roku. 

Po otwarciu poczułam głęboko mleczny zapach z palono-dymnym motywem w tle i znaczącej słodyczy delikatnie palonego karmelu. Choć palono-dymna strefa zawarła sporo orzechów, skupiła się głównie na wędzeniu i... serze. Pomyślałam o wędzonym twarogu, któremu soczystość podyktowały nuty owoców (jabłek i rodzynek) z tła. Te skojarzyły mi się z owocami z kompotu, ewentualnie z suszem.
Gdy nachylałam się nad spodem karmel wydał mi się bardziej maślano-śmietankowy, a kiedy zaciągałam się aromatem wierzchu, dominowały gorzkawe orzechy włoskie. Po przełamaniu wszystko to ułożyło się w nugat z nutą oleju i palono-serowo-mleczny motyw w oddali.

Tej czynności towarzyszyły trzaski ze względu na grubą, twardą czekoladę, ale nie tylko. Górne nadzienie (nugat) też aż lekko chrupał, bo był twardy, acz tylko wyglądał na suchawy i kruchy. Krem na dole odróżniał się za to zwartą mazistością. Wyglądał na idealnie przemielono-gładki, choć z drobinkami skórek (rodzynek?).
Nadzień nie pożałowano. Wyraźnie były dwa. Na górze nieco cieńsza warstwa to nugat, na dole więcej wilgotnego kremu.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo tłusto.
Pod kremowość harmonijnie podpięło się wnętrze - głównie dolny krem. Kontynuowało tłustość, uwypuklając maślaność i śmietankowość. Zmieniało się w gęstawo-plastyczną zawiesino-masę. Serowe nadzienie zawarło w sobie też całkiem wysoką soczystość, przy czym wykazywało proszkowość i pylistość. Cały czas było w pewien sposób zwarte, acz rozrzedzało się ujawniając bliżej nieokreślone sprężyste drobinki (po wyjęciu z ust były niemal przezroczyste, a niektóre czarne) oraz skórki mikroskopijnych rozmiarów (obstawiam zmielone rodzynki).
Krem zlepiał się z nugatem, jakby nasączając go i rozkręcając jego tłustość. Krem rozpuszczał się minimalnie szybciej, a nugat jakby trzymał z czekoladą.
Nugat / pralina sam w sobie zaskoczył mnie swoją tłustością. Mimo że twardy i konkretny, wydał mi się jednocześnie oleisty. Śliska grudka jakby opływała olejem, ujawniając drobinki miękkawych orzechów (powiedziałabym, że surowych, ale niektóre wydawały się pokryte cukrem - te chrupały; na szczęście było ich niewiele). Sam w sobie był nazbyt ciężki, jednak mieszając się  z drugim kremem wyszedł przystępnie kremowo, bardziej wilgotnie-maziście... Nie wydawał się tak bardzo tłusty, co tłusto-soczyście-nasączony.
Całość przypominała... kremowo-zwarty ser (pomyślałam o jakiś "mleczniejszych, utwarogowionych goudach"), w co nawet czekolada trochę się wpisała (robiąc jakby za twardszą skórkę). Było tłusto, minimalnie soczyście i z miękkimi grudkami. 

Sama czekolada przywitała mnie smakiem karmelu łagodnego, acz trochę palonego oraz zaskakująco wysoką gorzkością dymu, co było bardzo spójne. Dym nieco wzrósł, przytaczając charakterne orzechy (w tym włoskie), co zaraz zalało wyraziste, naturalne mleko. W pewnej chwili zaczęło przejawiać maślaność, co podchwycił karmel.
Mimo iż nadzienia rozpływały się raczej równo, nugat zaznaczał swoją obecność delikatnie, po czym rozchodził się w tle (spójniej z czekoladą), puszczając dynamiczniejszy, żywszy krem przodem.

Serowy krem przebił się lekkim kwaskiem jogurtu / maślanki i drobną pikanterią, co odlegle rzeczywiście z serem się kojarzyło.

Nugat dołączył do gorzkości czekolady poprzez orzechy i dym. Dodał mu oleistość. Po paru chwilach orzechy wyraźnie ograniczyły się do włoskich świeżych i surowych. Intensywne, podkreślone goryczką swych skórek i chyba odrobinki cynamonu nie porzuciły oleiście-orzechowej, goryczowatej nuty, mieszającej się z maślanością. Z czasem zrównało się to ze słodyczą karmelowo-nugatową, lekko jakby przypudrowaną. Była dziwnie niska. Ta część, zwłaszcza spróbowana osobno wydała mi się bardzo czysta.

Szybko łączyła się z kremem serowym. Ten początkowo też wydawał się mało słodki, przy czym pojawiła się nuta nabiału twarogowo-jogurtowego, maślaność, ale... w kwestii niskiej słodyczy nie wytrzymał długo. Podwyższył ją. Najpierw jako mleczno-śmietankową, łagodną, potem jeszcze wplatając kwasek i owoce. Pomyślałam o jogurcie, ale zaraz napłynęła kolejna soczysta fala. Poczułam owoce: rodzynki i jabłka w jakiś sposób związane z karmelem. Skojarzyły mi się z kompotem lub jakimś przetworem... albo jak z ciasta? Czegoś na pewno pikantniejszego, nasączonego alkoholem: jabłka szarlotkowo-upite, rodzynki... w sumie też. Drugie otworzyły drogę winogronowemu alkoholowi (grappie). (Krem spróbowany osobno wykazywał wyraźniejszą kwaskawość.) Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o twarogu i mało słodkim serniku. Na pewno jednak z nutą czekolady, bo ta cały czas w tle była wyczuwalna. Może też z cytrusową mgiełką?

W połowie właśnie jednak kremy mocno się przemieszały i orzechowa goryczka podsyciła pikanterię. Alkohol w parze ze szczyptą chili zapiekł nieco w język Wzrosła nuta dymna, sugerując wędzenie. Wtedy skojarzenie przeskoczyło na wciąż mleczny, jakby aż tłusto-maślany ser... żółtawy? Kremowy... jak wnętrze camemberta? Może trudny do określenia, ale wytrawniejszy, mimo słodyczy trwającej obok. Znów po głowie krążyło mi jakieś długodojrzewające, tylko że bardzo śmietankowo-maślane, żółtawe dziwo... Ser może twardy, ale i twarogowy... słodkawo-wytrawny i soczysty.
Poczułam specyficznie serowy kwasek... Podkreśliła go wytrawna soczystość (nutka octu jabłkowego?) i przyprawy, toteż do głowy przyszedł mi jakiś... dojrzewający... żółty, ale o wysokiej mleczności? Chwilami przy wyłaniających się kryształkowych, proszkowych drobinkach ten smak nabierał wyrazistości (chyba więc czuć ser nie tylko na zasadzie skojarzenia).

Soczystość należała też do serowości, ale głównie jednak do jabłek, winogron... choć specyficznie ciężkich, co wyszło na jaw bliżej końca. Je, jak i dojrzałość, przyprawy podkreśliła nutka alkoholu, płynąca z serowej części. Zrobiło się nieco pikantniej (chili-cynamonowo?), co uprzyjemniło oleistość.

Gdy na koniec zajmowałam się ciamkaniem drobinek, znów wyraźnie podskoczył smak orzechów włoskich (oczywiście, gdy zebrało się dużo drobinek), czasem cukru, a czasem delikatnego lub gorzko-pikantniejszego sera. Zdziwiłam się, że i paru skórkom rodzynek udało się nieco soczyście smakować sobą. Niektóre zostały nieokreślone.

Po zjedzeniu został posmak dymnej, palonej czekolady mlecznej i pełnego, tłustego mleka, aż maślaność / oleistość... związana z orzechami włoskimi. Czułam odymiony ser, mleczność też serową, jak i słodycz... zgaszoną, alkoholową... właśnie też i pikantnie alkoholowe ciepło. Jakbym mocno orzechowo-alkoholowe... coś z serem jadła; niekoniecznie czekoladę - raczej z czekoladą. Do tego wyraźnie czułam kwaśność nabiału (jogurtu?) i owoców - raczej cytrusów, acz i winogron (jasnych?).

Całość smakowała mi, ale nie do końca kupiła mnie ta konwencja. Taki to... niby ser, niby czekolada trochę orzechowo-nugatowa, przyjemnie pikantna, niekakaowo gorzka... Nie wiem, po co tam akurat grappa (alkoholu odrobinka może i pasuje), z rodzynkami zabieg może i fajny, ale... nie wiem, czy to wzmacniało serowość, czy ją osłabiało. Chyba jedno i drugie: z jednej strony wzmacniało sugestię, było wizją sera, ale odwracało uwagę od realnego smaku dodatku prawdziwego sera (który w składzie jest), ale nie byłam w stanie powiedzieć, że czuję ser taki czy taki. 
To ciekawa kompozycja jak Zotter Cola & Popcorn. Powiedziałabym, że Cheesy Chocolate z domieszką Cheese-Walnut-Grapes, oraz Walnut Nougat (obstawiam, że to ten sam nugat) w momencie gdy ja... wolałabym, żeby Zotter jasno zdecydował się, czy czekolada ma być wytrawnym serem czy sernikiem (kwaśność i słodycz podpowiadały mi, że nim). Była za dwojaka, niedoprecyzowana. Myślę, że przełożyło się na to rozdzielenie warstw. Tak czuć więcej wszystkiego (w tym niedociągnięcia), co w przypadku czekolady serowej nie jest dobrą opcją - wolę, gdy taka smakuje wyraźnie serowo.

Poczytałam jednak, co w ofercie ma producent serów Deutschmann, którego ser tu dodano. Najbardziej bazowa (podstawowa?) opcja (czyżby to?) jest opisywana jako dojrzewająca, korzennie pikantna z gorzką skórką (którą można jeść lub odciąć), pokryta czerwonym winem, a konsystencję ten półtwardy ser ma ponoć półstałą. Wszystko by się zgadzało...


ocena: 9/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy włoskie, śmietanka w proszku, mleko, przetworzony ser (ser z surowego mleka, śmietanka, woda, regulator kwasowości: cytrynian sodu), syrop ryżowy, odtłuszczony jogurt w proszku, rodzynki, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, masło, proszek sojowy (soja, maltodekstryna, syrop kukurydziany), słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa,  jabłkowy ocet balsamiczny, sól, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon, chili "Bird's eye", anyż