niedziela, 20 września 2020

Duffy's Guatemala Sweet River 80 % ciemna z Gwatemali

Duffy's jest jedną z marek, które uwielbiam do tego stopnia, że wbrew rozsądkowi zamawiam czekolady z ich strony, mimo że koszta przesyłek zabijają. Gdy jednak widzę limitowane tabliczki, po prostu nie umiem się powstrzymać. I tak właśnie było z tą. Wprawdzie ostatnimi czasy ogółem tolerancja na słodycz mi spadła, ale nazwa "Sweet River" brzmiała cudownie (i miałam świadomość, że nie odnosi się do smaku). W ogóle jednak Gwatemala od Duffy's dobrze mi się kojarzyła - Guatemala Rio Dulce 70 % była pyszna. Wygooglowałam i... okazało się, że Rio Dulce znaczy właśnie "Sweet River". To nazwa rzeki, nad którą leżą farmy Xoco. Właśnie stamtąd pochodzi kakao criollo uzyskane do wyrobu obu tych tabliczek. Bardzo mnie to ucieszyło, bo po prostu kocham Duffy's i żałuję, że trzymają się raczej przedziału 60-70 % kakao. Gdy tylko pomyślałam o podlinkowanej w wersji ze zwiększonym kakao... aż ślinka leciała płynęła rzeką. Trochę tylko żałowałam, że sztywne i milusie w dotyku, z dokładnym opisem wewnątrz, opakowanie zmienili na zwykły papier.

Duffy's Guatemala Sweet River 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao criollo z Gwatemali z okolic rzeki Dulce, z farm Xoco.

Gdy tylko rozchyliłam złotko, poczułam ciepły klimat rozgrzanych słońcem drzew i ziemi oraz prażonych migdałów. Wyszły trochę goryczkowato, co podsyciła nuta cierpkich porzeczek i wina. W tle, zwłaszcza już w trakcie degustacji, doszukałam się przy nich śmietankowo-maślanych, ale nie ciężkich, a wręcz kwiatowo delikatnych sugestii.

Bardzo ciemna, raczej matowa tabliczka wydała mi się idealnie gładka w dotyku.
Łamanie pozwoliło mi poznać jej chrupką, ale silną twardość. W akompaniamencie głośnych, jakby trochę pustych trzasków, zobaczyłam ziarnisty przekrój.
W ustach czekolada rozpływała się jednak bardziej aksamitnie-zamszowo. Bardzo powoli zmieniała się w gęsty, trochę budynio-rozlazły i lepki krem. Nie skąpiła tłustości, ale ta nie przeszkadzała, ze względu na odrobinę tłustej soczystości (jak orzechów) i pylisty efekt. Ten ostatni przybierał na znaczeniu bardziej bliżej końca - wtedy to wydawało się, że czekolada zacznie trzeszczeć (ale tego nie sprawdziłam, bo nie gryzę).

Już w chwili odgryzania kawałka po ustach rozszedł się gorzko-goryczkowaty smak ziemi. Z wierzchu rozgrzana słońcem, w większości była to czarna, podszyta kwaskiem ziemia. Kwasek z pleśniowo-podfermentowanych tonów wypuścił po chwili trochę soczystszą falę. Tliła się tam "soczyście-tłusta" nutka migdałów i orzechów.

Nadeszły owoce pod kierownictwem czarnej porzeczki, ale też ogólnie "porzeczkowato-jagódkowate leśne", może jakaś miękka dojrzała wiśnia. Cierpka i... taninowa. Kompozycję nasączyła odrobinka wina, łagodząc ją.

Oto w owocach odnalazła się słodycz. Najpierw mdława, jakby badała grunt. Wystraszyłam się, że pójdzie w słodzikowo-wodnistym kierunku, ale... po leciutkiej wodnistości poczułam brzoskwinie, blade i niewyraźne, ale nabierające słodyczy. Pomyślałam o brzoskwiniach w syropie - o jego słodyczy. W pewnym momencie ta wydała mi się lekko cukierkowa, a zaraz potem karmelowo-miodowa.

Promienie słońca ogrzewające poszczególne nuty, drzewa i ziemistość, podkreśliły karmel. Nie był jednak tak czysto karmelowy; to bardziej karmelizowano-palony miód. Z racji, że kompozycja łagodniała, trafiłam na maślane motywy. Maślane albo raczej... maślano-nugatowe? Jak słodzony ciemnym miodem nugat z wyrazistych migdałów, w którym nie brak naturalnej gorzkawości i słodyczy. Przytoczył też lekko śmietankowy akcent, mieszający się z owocami.

Śmietanka i owoce pobrzmiewały więc kwaskiem, ale i od słodyczy się nie odwróciły. Połączenie to wyszło wręcz kwiatowo, choć na pewno głównie czarnoporzeczkowo. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrósł lekki kwasek czerwonych porzeczek (może też jakiś cytrusów?). Po chwili jednak owoce osłabły, a rześkość pozostała.

Druga połowa należała do ogromu migdałów. Dominowały prażone, mieszające się z innymi orzechami, ale czułam też naturalnie goryczkowate ze skórkami, surowo-słodkawe, acz jakby czymś podkreślone. Bliżej końca robiło się ostrzej. Najpierw obstawiłam podpleśniałą ziemistość, ale wspomnienie miodu i wina zasugerowało jakieś przyprawy: pieprz, kardamon? Rozgrzewające, choć w nienachalnej ilości.

Po wszystkim pozostał posmak rozgrzanych drzew i ziemi, prażonych migdałów w wydaniu wręcz nugatowym, ale mało słodkim. Wszystko to opływała lekka cierpkość wina, miodu i miksu porzeczek.

Ta tabliczka była bardzo ciepła. Migdały, drzewa i ziemia... w cudowny sposób ogrzewane, a na koniec podkreślone ciepłymi przyprawami. Oprócz gorzkości, nie brakowało jej żywej kwasko-cierpkości, choć nie było to silne. Zdecydowanie jednak istotniejsze niż niska słodycz.
Cierpko-kwaśne owoce były niczym takie jedzone na słodko ze śmietanką na jakimś pikniku na polance w lesie. Tak to widzę.

Wiele z niej (brzoskwinie w syropie, czarne porzeczki, migdały i drzewa, całe to prażenio-karmelizowanie, miód, przyprawy) czułam też w 70 % - tamtą jednak zalewał miód (przy którym pojawiło się sporo fig), tę zaś... wino i soczyste, cierpkawe owoce.

Obie smakowały mi tak samo, a to, po którą bym sięgnęła uzależniałabym raczej od tego, na co w danym dniu miałabym ochotę. Niestety jednak... jak widać wytrawność jest limitowana.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £6.95 (za 60 g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 19 września 2020

Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling Smooth & Fruity mleczna z nadzieniem truskawkowym i mlecznym kremem

Po w sumie niezłej Luximo Premium Czekoladzie gorzkiej 70 % z granulatem truskawkowym, mając w pamięci paskudną czekoladę mleczną truskawkową Wedla, myślałam sobie, że zjadłabym prostą truskawkową czekoladę, jakby ich połączenie. Taką najzwyklejszą pod słońcem, ale smaczną. Nie chciałam jednak być aż taką pesymistką (jestem), a całkiem niezłe tescowe taniochy podsunęły mi myśl, że skoro już moje Tesco zamykają, co mi szkodzi kupić i spróbować? Prawdopodobnie nie nadarzy się już na to sposobność, więc... A też fajnie się złożyło, że jej dzień wypadł tydzień po dniu wykańczania Milki Strawberry Cheesecake.


Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling Smooth & Fruity to mleczna czekolada o zawartości 31 % kakao z nadzieniem mlecznym i truskawkowym.

Otwierając, poczułam zapach cukru zrównany ze słodką i uroczą, zaskakująco naturalną konfiturą / dżemem truskawkowym. Była to woń intensywna, ale nienachalna. Miała nieco mleczno-waniliowe, całkiem urocze zabarwienie.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość konkretna, choć tłusta. Nie topiła się jednak, ani nie wgniatała. Przy łamaniu nawet lekko pykała-trzaskała jak polewa, a mimo to sprawiała wrażenie miękkawej.
Okazało się, że gruba warstwa czekolady skrywała sporą ilość nadzień: gęstego żelu truskawkowego, który trochę się lepił, jednak nie wylewał się (jedynie się wyciskał) oraz dolnego - mlecznego. To wyglądało na nieco zbite.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli z racji tłustej gęstości. Okazała się kremowa i zalepiająca, lekko tylko proszkowa.
Nadzienie mleczne okazało się zgrane z nią, bo również tłusto-gęste, nieco od niej rzadsze, zdecydowanie bardziej plastyczne i miękkie. Było trochę proszkowe, ale nie suche. Po zmieszaniu się z truskawkowym w ogóle przybierało dość gumiastą postać. częściowo wsiąkł w nie żel i tam robiło się jeszcze bardziej gumiasto-gumkowate. Kojarzyło mi się z gumami rozpuszczalnymi, co mi bardzo nie pasowało.
Dżem wydał mi się lekko przecierowo-zagęszczony i nieźle soczysty, mimo że lepiący. Nie znikał w sekundę, ani też nie wyciskał się spod czekolady nazbyt szybko. Był zwarto-miękki, plastyczny, minimalnie wręcz zżelkowany.
Nie przemówiła do mnie ta struktura - obstawiam, że czekolada po prostu przedwcześnie się zestarzała (część nie moich kostek była wręcz nieco wklęsła), ale to subiektywny odbiór. Paskudne to nie było.

W smaku sama czekolada zasunęła mi cukrowe uderzenie, które zaraz złagodziła mleczno-maślana fala. Miała w sobie posmak wanilii i jakiś inny, znajomy... Trochę orzechowy (?), trochę uroczy. Lekko przesiąkła też truskawkową nutką. Szybko zasładzała w sposób, jaki robią to czekoladki dla dzieci.

Mleczność i słodycz jeszcze wzmocniło białe nadzienie. Zaskoczyło mnie swoją mlecznością, stojącą na przyjemnym, wręcz śmietankowym poziomie. Zabijało słodyczą, że aż wydawało się w końcu coraz bardziej tłuszczowo-nijakie.

Żel truskawkowy przecinał sobie drogę leciuteńkim , soczystym kwaskiem truskawek. Wydał mi się trochę podkręcony, ale w sposób jedynie owocowy. Gdy tak przełamał trochę słodycz... sam się na nią zdecydował. Poczułam słodkie truskawkowe Mambo-cukierki i truskawkowy, zdecydowanie przesłodzony dżem. Łeb w łeb (szypułka w szypułkę?) szła tu truskawka naturalna ze sztuczną. Tej drugiej udało się nieco skryć, bo obie tonęły w cukrowo-mlecznej toni. Niestety smak truskawek był przez to jedynie nutą jedną z wielu.

Następnie cukrowy wir zagarnął sobie scenę, a bliżej końca nadzienie mleczne oprócz cukru upuściło też trochę mleka w proszku.

Po zjedzeniu raptem małej ilości został posmak przesłodzonej, mocno mlecznej czekolady i... truskawek z cukrem (torbą cukru) oraz śmietanką. Wyszło również cukierkowe echo, współgrające z drapaniem w gardle, które pojawiło się już przy pierwszym kęsie.

Całość uważam za względnie niezłą. Po tej półce, po takiej czekoladzie można by spodziewać się tragedii, a oprócz straszliwego przecukrzenia, w zasadzie była wolna od wielkich wad. Tania, znośna, bezpieczna i w dodatku smakująca tym, czym miała smakować, choć wolałabym zdecydowanie więcej truskawki. Cukrowość przyprawiła mnie wprawdzie o grymas na twarzy, ale większy problem miałam z tym miękko-gumiastym nadzieniem. Co więcej, mimo jeszcze obiecanych 5 miesięcy zdatności do spożycia, chyba uległa przedwczesnemu zestarzeniu, co o jakości nie świadczy.
Muszę przyznać, że jakoś trochę mi się z Milką Strawberry Cheesecake kojarzyła - to znaczy: powiedziałabym, że poziom zbliżony, aczkolwiek Milka wygrała uroczą, ale nie cukierkową truskawką i jednak lepszą strukturą.
Część oddałam Mamie, której bardzo smakowała, bo "właśnie taka zwyczajnie truskawkowa, smaczniutka!", ale której spodobała się głównie dzięki "temu miękkiemu i ciągnącemu, trochę gumiastemu nadzieniu, świetnie wyszło, ciekawe, czy to zamierzone?". Stwierdziła, że "skoro Olga lubi miękkie i słodkie nadzienia" to jej też powinna posmakować, więc swoją część (na Mamy odpowiedzialność!) wysłałam Oldze.


ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,69 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 55% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), nadzienie mleczne 25% (cukier, tłuszcz roślinny: olej palmowy, olej shea; lecytyna słonecznikowa; serwatka w proszku, mleko odtłuszczone w proszku 8%, lecytyna sojowa, polirycynoolenian poliglicerolu; aromat, ekstrakt z wanilii), nadzienie truskawkowe 20% (syrop glukozowy, przecier truskawkowy 26%, sok truskawkowy 19%, cukier, syrop cukru inwertowanego, aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy)

piątek, 18 września 2020

Ferrero Collection: Raffaello, Ferrero Rocher, Ferrero Rondnoir

Pomysł na tę recenzję zrodził się w mojej głowie, gdy radosna Mama poinformowała mnie o promocji na kulki Ferrero w Biedronce (grudzień 2019). Zależało jej, bym kupiła Ferrero Rocher, wracając z uczelni. Zgodziłam się pod jednym warunkiem: że weźmiemy mix i da mi po trochu "na bloga". Zdziwiła się, bo raz, że nie lubię pralinek, a dwa... Mimo iż obie kiedyś kochałyśmy Raffaello, gdy wróciłyśmy do nich jakoś w 2017, wydały nam się paskudnie margarynowe. Tak, dlatego tym bardziej zależało mi na miksie. Zwariowałam? Nope. Po prostu nie mogłam przeboleć, że mimo iż wiem, jaki mam stosunek do obecnego smaku tych pralinek, na blogu wciąż widnieje stara wersja, a nie zrobiłam aktualizacji (ani zdjęć, ani nic). A chciałam ją mieć... I ogólnie chciałam, by na blogu był aktualny "przegląd kulek dostępnych na rynku", skoro pojawiły się Giotto - tym bardziej, że zmieniły się składy. Tak więc wysępiłam po jednej Ferrero Rocher i Raffaello oraz dwie Rondnoir (te Mama zawsze omijała, "bo ciemne").


Raffaello to nadziewane kremem mleczno-śmietankowym i całym migdałem waflowe kulki w białej polewie z wiórkami kokosowymi. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Już rozrywaniu folii towarzyszył kokosowo-cukrowy zapach, podszyty śmietankowo-migdałową bazą. Był w miarę niezły, choć duszny od cukru i, zwłaszcza po podzieleniu i przy degustacji, zalatywał margaryną.

Gdy chodzi o strukturę, jak na takie coś, to większych zarzutów nie mam. Mimo że wiórki strasznie się osypywały, było ich tak dużo, że nie miało to znaczenia. Wlepione w tłusto-proszkową i margarynowo-miękką polewę na szczęście odwracały od niej uwagę. Popisały się chrupiąco-trzeszczącą, pozytywnie twardawą strukturą.
Wafel wydał mi się konkretny, choć napowietrzony. Chrupiący i raczej świeży, utrzymywał mazisty, tłusto-miękki, niemal lejący krem. Był idealnie gładki i oleisty, czym mnie obrzydzał. To w nim zatopiono całego, zacnego migdała - niestety blanszowanego.

Wierzch smakował głównie wiórkami kokosowymi, jednak polewa dała radę zaserwować także cukier, margarynę i mleko w proszku.

Dobrze przełamał to niesłodki, mocno wypieczony wafelek, który jednak... wyszedł kartonowo. Może bardzo stetryczały nie był, ale nijaki.

Gdy doszło co do czego, kremowi nie pomógł. Ten to ogrom cukru i margaryny, ale też mleko i śmietanka. Skojarzył mi się z mlekiem skondensowanym, zagęszczonym cukrem. Niewątpliwie, oprócz margaryny, czułam też tłuszczową nijakość, olej (?). Zalatywało to migdałowo-kokosową nutą. Stojący na pierwszym miejscu cukier, drapiący w gardle po chwili, mieszał się z intensywnym kokosem i... tłumił potencjalną sztuczność.
Rozgryziony migdał rozpędził wady, wychodząc na prowadzenie. Był pyszny, smakował w 100 %-ach sobą, ale jako że delikatny (blanszowany) gubił się w otoczeniu.

Naturalny, świeży migdał przemieszany z kokosem i śmietankowo-margarynową tonią chwilowo wyszedł (mimo wszystko) spoko, jednak że do niemożliwości napierał na to cukier... nie było miło. Aż mi tam jakiś kwasek cukro-kokosa (pewnie jego sztuczności) się pokazał.

A po zjedzeniu dodatkowo nasilił się motyw margaryny i chemii. Co więcej, czułam się tym strasznie zatłuszczona w oleisty sposób. Poczucie po zjedzeniu było okropne. Kawałka (lubię takie rzeczy rozłupywać; nie wrzucam całości do ust) już nawet nie dojadłam, miałam potrzebę zapicia czarną herbatą.

Gdybym jadła w ciemno, nie powiedziałabym, że to Raffaello ze wspomnień. Na pewno nie warte swojej ceny i otoczki ekskluzywności. Ocenę wystawiam trochę bez przekonania - nie wiem, za co jest aż tak wysoka, ale nie chcę wystawić za niskiej, bo... po prostu nie cierpię takiej formy słodyczy i nie mam punktu odniesienia.
Mama, która zjadła ich zdecydowanie więcej, przyznała mi rację, że obecnie są niesmaczne. "I nawet migdał nie pomaga, bo jakoś nie pasuje" - stwierdziła. Uznała jednak, że obecnie woli je od Ferrero Rocher.


ocena: 3/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 628 kcal / 100 g; sztuka (ok. 10g) 63 kcal
czy kupię znów: nie

suszony kokos 25,5%, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), cukier, migdał 8%, mleko odtłuszczone w proszku, serwatka w proszku, mąka pszenna, skrobia z tapioki, lecytyna sojowa, aromaty, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), sól

-------------------

Ferrero Rocher to nadziewane kremem czekoladowo-orzechowym i całym orzechem laskowym waflowe kulki w mlecznej czekoladzie z kruszonymi orzechami laskowymi. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Po wyjęciu kulki z opakowania odnotowałam wyrazisty orzechowo-czekoladowy zapach, z czego orzech był ewidentnie słodki i sztucznie podkręcony, a czekolada miała tani wydźwięk.

Pralinka nie spodobała mi się już na dotyk. Polewa na wierzchu wydała się proszkowo-sucha, a jednocześnie plastikowa i tłusta, wykazująca zapał do topienia się w palcach. Pokrywała posiekane orzechy, niektóre ze skórkami.
Wafelek pod spodem okazał się gruby, konkretny i napowietrzony zarazem. Chrupiący, raczej świeży utrzymywał gładki krem. Był oleiście-tłusty i mazisty, trochę gęstszy od tego z Raffaello. W nim znalazł się cały orzech laskowy - w moim przypadku nie za duży, ale świeży, fajny.

W smaku czekolada wyszła bardzo słodko, co jednak aż tak nie raziło, bo przesiąkła orzechami. Odrobina mleka też się zaznaczyła, a zaraz za nią... czekoladopodobna nuta, która aż mnie zaskoczyła.
Na szczęście skorupka dominowała smakiem wyrazistych orzechów laskowych - raczej świeżych (albo podprażonych naprawdę minimalnie), trochę naturalnie goryczkowatych. Ratowały sytuację.

Wafelek jednak zaraz to nieco ugładził swoim niesłodkim, mocno wypieczonym, ale w gruncie rzeczy nijakim smakiem.
Całościowo gwoździem programu był krem, którego orzechowością przesiąkło wszystko. Był orzechowo-czekoladowy i bardzo, bardzo słodki. Właśnie słodko wyszły w nim same orzechy laskowe, aż sztucznie niestety. Doszukałam się (mimo że specjalnie nie szukałam) w nim tłuszczowo-taniej nuty, też trochę mlecznej... choć krem wydawał się raczej czekoladowo-kakałkowy, niż np. mlecznoczekoladowy. Na pewno jednak nie był gorzko kakaowy.
Laskowe orzechy dominowały, co podkreślił wyrazisty, smaczny orzech laskowy. Świeży, surowy i bez skórki, a mimo to pełen smaku.

Po zjedzeniu, oprócz posmaku naturalnego orzecha i zacukrzenia, została też wręcz metaliczna orzechowość, jakaś taniość jak po wyrobach czekoladopodobnych i tłuszcz na ustach. Po jednej nie miałam ochoty na więcej.

To taki... tani krem orzechowo-czekoladowy dla dzieci w wersji pralinek, takie "a teraz pobawmy się, że jesteśmy na pewnym poziomie".
Mama, która latami je ubóstwiała, tym razem też poczuła, że zalatywały taniochą. Stwierdziła, że "nawet orzech mi tu jakoś do czekolady nie pasował, w moich ukochanych Toffifee to jest bardziej zgrane, a to? Jakieś tanie".


ocena: 4/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 603 kcal / 100 g; sztuka (ok. 12g) 72 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna 30% (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko odtłuszczone w proszku, masło odwodnione, lecytyna sojowa; wanilina), orzechy laskowe 28,5%, cukier, olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna sojowa; substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), sól, wanilina

-------------------

Ferrero Rondnoir to nadziewane kremem kakaowym i kulką z ciemnej czekolady waflowe kulki w ciemnej czekoladzie (też w formie kulek) i z ciemną czekoladą na wierzchu, dekorowane mleczną. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.

Po otwarciu poczułam zapach ciemnoczekoladowego wafelka, zalatującego tanią nutą. Nie był straszny, ale szlachetny też nie.

Drobne kuleczki trochę się osypywały, ale było ich tak dużo, że nie uważam tego za wielki problem. Były dziwne, bo rozpuszczały się wodniście, a gryzione chrupały, rozpadając się na proszek (kakao?) i cukro-drobinki. Wtopione w tłustawą polewę pokrywały gruby, konkretny i jednocześnie napowietrzony wafelek. Na wierzchu była też gruba "czapeczka" z czekolady tłustej i plastikowej.
Wnętrze to z kolei tłusty krem. Był plastyczny i mazisty, gęstawo-oleisty. Chyba najgęstszy z całej trójki. Skrywał dziwo (w pierwszej chwili, spojrzawszy na skorupkę, ucieszyłam się, że wrócili do mitycznej wersji z migdałem sprzed lat): kulkę - niby z czekolady, ale... taką w skorupce jak draże. Pod nią była tłusta i zbita jak zimne masło. Rozpuszczała się powoli, opornie i maziście.

W smaku kuleczki wyszły słodko i nijako. Może trochę kakaowo, ale sztucznie jak tania ozdobna posypka.
Czekolada na nich już bardziej czekoladowo smakowała, choć też głównie słodko i jak polewa. Czuć w niej jednak lekko gorzkawe kakao.
Podobnie było czuć kakao w tej grudzie na wierzchu. Wyszła gorzkawo, choć słodko. Ogólnie łagodna, ale już znośna.
Taniość nakręcił dobrze wypieczony, niesłodki wafelek. Wyszedł nijako, ale nie źle.
Krem ewidentnie podkreślił kakaowo-czekoladowy smak. Był lekko cierpki. Raz po raz mignął mi w nim kakaowo-alkoholowy akcent (rodem z cukierków typu trufle, ale złudnie, bo bez procentów!). Niestety, także margarynowo-tłuszczowy motyw znalazł w nim miejsce, co przełożyło się na skojarzenie ze zwykłym ciemnoczekoldowym wafelkiem, a nie wytrawną pralinką.
Kulka wewnątrz to cukrowo-cierpkawa kakaowa bomba. Okazała się przypominać połączenie maślanego pseudo ciemnego Lindta (takiego 47-48%) i draży czekoladowych. Była więc przecukrzona, trochę wytrawnie-kakaowo-ciemnoczekoladowa, a jednocześnie tania (pewnie przez tę cukrową skorupkę).

Po wszystkim pozostał posmak taniego ciemnoczekoladowego wafelka oraz cierpkiego kakao. Na ustach zaś tłuszcz, też ogólne poczucie tłustości.
W zasadzie były zjadliwe, że dwie kulki od niechcenia zjadłam, ale o trzeciej nawet myśleć nie chciałam.

To trochę kojarzyło mi się z wafelkiem Eti Dare to Enjoy, tylko że... jego gorszym odpowiedniku np. "na wagę".
Mamie też te czekoladki smakowały najbardziej, co bardzo ją zdziwiło. Myślała, że "to jakieś kawowe" (dlatego nie nastawiła się negatywnie, że kakaowe), uznała, że kulka w środku była ciekawa (draże jej niestraszne - uwielbia taką formę słodyczy).


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 14,99 zł (promocja; za Ferrero Collection, czyli 172g - miks trzech smaków)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; sztuka (ok. 10g) 56 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada 40,5% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilina), cukier, olej palmowy, mąka pszenna, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 5,5%, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, wanilina), skrobia pszenna, olej słonecznikowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, substancje glazurujące (guma arabska), białka mleka, miazga kakaowa, substancje spulchniające (wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu), sól, wanilina

-------------
Wiedziałam, że pralinki Ferrero na przestrzeni lat się zepsuły... nie myślałam jednak, że aż tak. W ogóle zdziwiłam się, że w zasadzie odwróciła się kolejność tego, jak mi smakowały. W sumie nigdy nie mogłam się zdecydować, czy wolę Rocher czy Rondnoir - teraz już jestem pewna, że te drugie, ale... Że Raffaello obecnie są aż tak wręcz... podłe? To aż mnie smuci.

czwartek, 17 września 2020

Pacari Lemon / Limón ciemna 60 % z Ekwadoru z cytryną

Smutno mi się zrobiło na myśl, że to już ostatnia posiadana Pacari. Tak ją zostawiałam... z jednej strony umyślnie. Lubię bowiem dobre cytrynowe rzeczy. Niestety jednak trudno o te naprawdę dobre. Denerwuje mnie z kolei przerysowywanie smaków cytryną, przesadzanie z nią i upychanie tam, gdzie jest to zbędne. W przypadku Ekwadoru - byłam ciekawa, jak wyjdzie, bo zawsze w zwłaszcza Pacari jakieś lekkie cytryny czuję. Na maksa podkręcone cytryny...? Czy nie szykowało się na zabicie innych nut? A może... podsycić, np. ziemistość?

Pacari Lemon / Limón to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z cytryną.

Już rozcinając papierek poczułam goryczkowato-kwaśny zapach cytryny: skórki oraz soku z nutą podfermentowanej ziemi, zmieszany z mnóstwem kwiatów, a konkretniej róż. Otaczała to wysoka słodycz, zarówno różana właśnie, jak i wykwintnego, palonego karmelu. Kwiaty dodatkowo wygładziły to zestawienie i rozmyły kontury tych nut na kawowym, łagodnie gorzkawym tle. Mimo paloności, było to rześkie, soczyste i aż ociekające "smakami" w wydźwięku. Miałam wrażenie, że po przełamaniu i w trakcie jedzenia bardzo się ta soczystość nasiliła.

Ciemna, raczej matowa tabliczka głośno trzaskała. Z racji kamiennej twardości wydała mi się oporna. Jej ziarnisty przekrój wyglądał nieprzyjaźnie.
Rozpływała się raczej powoli i właśnie też niezbyt przyjaźnie. Była zbito-gładka i wręcz śliska. Może nie jakoś specjalnie tłusta, ale gęsta i konkretna. Opływała lepkimi, mazisto-wodnistymi smugami. Te chwilami wydawały się bardzo soczyste, ale i tak nie odebrałam ich jako wyjątkowo przyjemne.

Od samego początku po ustach rozszedł się dym, budujący palone, gorzkawo-łagodne tło. W motyw ten wgryzła się cytryna swą charakterną, wyrazistą skórką. Oczywiście tchnęła również soczystość kwaśnego soku. Wtórowała temu kawa...

Poprzez którą rozchodziła się soczystość. Była to bowiem jakaś zacna, soczyście-rześka kawa czarna parzona alternatywnymi metodami (np. aeropress) o mocno cytrusowo-ziemistym profilu. Po goryczce skórki cytryny, poczułam mnóstwo soku z cytryny. Mimo to, kwaśność była niska; dodatkowo za przełamanie jej wzięła się słodycz, dodając sporo karmelu.

Mniej więcej w połowie smak cytryny zdawał się dominować ponad wszystkim innym. Nie było jednak specjalnie kwaśno. Wyszła na przód, częściowo skłaniając się w kierunku cytrynom lekko przerysowanym na słodko, z naleciałością goryczki żelek / galaretek; nawet nie tyle sztucznym, co "z aromatu", z którym trochę przesadzono.

Rześkość i naturalność dobudowały jednak kwiaty. Oczami wyobraźni widziałam już nie tylko róże, ale też jakieś białe kwiaty cytrusów. Były dość ciężkawe. Karmel mieszał się z kwiatami i dymem, który jak i one ciężko okrywał kompozycję. Karmel znów podkreślił kawę, przybierając na znaczeniu bliżej końca. Wtedy to kompozycja złagodniała i zrobiło się trochę bardziej wręcz maślano karmelowo, a poszczególne nuty wydały mi się perfumowe. Tu znów pomógł dym, jakby szlifując to wszystko.

W posmaku pozostała goryczka i kwaśność cytryny, soczyście naturalnej i już słodko-przerysowanej, takiej aż jakby żelkowej, słodycz karmelu i bardziej ziemisto-kawowe, osnute dymem i ciężkimi, wilgotnie-soczystymi kwiatami akcenty.

Całość wyszła smacznie, bo rześko, soczyście cytrynowo i poważnie zarazem. Sama mam jednak mały zarzut w kwestii tego, że cytryna sprawiała wrażenie przesadzonej. Nie było kwachowato, właściwie nie było nawet specjalnie kwaśno, a kwaskawo (np. czysta Zotter Labooko Madagascar 100 % była znacznie kwaśniejsza), ale jej wydźwięk... zdawał się trochę zabijać co bardziej ulotne w czekoladzie. Ta jednak i tak dostarczyła całkiem sporo kawy, słodyczy karmelu czy ziemi. Kwiaty jak również dym okazały się ciekawym spoiwem. Czekolada zaskoczyła mnie, że mimo tak wyraźnego smaku cytryny wyszła bardzo słodko (co też nie jest gigantycznym plusem, bo wolałabym gorzkość kakao niż słodycz).
Wydała mi się gorsza niż Pacari Orange, chyba dlatego, że... przecież chyba łatwo jest zrobić naturalniejszą cytrynową czekoladę, a nie pójść w takie coś... Też spodziewałabym się raczej efektu rodem z Passion Fruit, ale niestety... Poza tym cytryna, jako owoc kwaśniejszy niż pomarańcza, jakoś mniej współgrała z bazą w moim odczuciu.


ocena: 8/10
cena: £4.39
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z cytryny (0,15%)

środa, 16 września 2020

Ferrero: Giotto Haselnuss, Momenti Belgischer Spekulatius

Wyjątkowo nie lubię wszelkich pralinek, czekoladek i cukierków. Nawet po prostu nie umiem ich jeść: ani to na raz do ust wkładać, ani gryźć. Większość postrzegam też jako nieadekwatnie do smaku drogą. Czasem jednak negatywne nastawienie do czegoś i tak przegrywa u mnie z ciekawością. Jestem niesłodyczowa, gdy mowa o rzeczy inne niż czekolady, więc obecnie mam przeogromne zaległości w tym temacie i nie mam zamiaru nadrabiania ich, bo jedzenie "inności" nie sprawia mi przyjemności. Jednak gdy do domu trafia coś niedostępnego, a np. uwielbianego przez kogoś, kogo lubię (czyt. Olgę z livingonmyown), mam ochotę "sprawdzić, co to takiego". Zimą 2019 Mama zapragnęła zamówić sobie jakieś wyjątkowo w jej guście słodycze przez internet i jako że ona właśnie uwielbia kulki / pralinki, obowiązkowo znalazły się tam Giotto, wraz z limitką. Mama chciała obdarować czymś Olgę (w podziękowaniu za turrony, w których Mama się zakochała), a ja chciałam wiedzieć, co wysyłamy. Jako jednak że nie znam klasyka, jego też postanowiłam zjeść. I to najpierw.

Giotto Haselnuss to nadziewane orzechowym kremem mlecznym waflowe kulki pokryte kawałkami orzechów laskowych. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.
Jedna "pałeczka" zawiera 9 kulek, czyli łącznie 38,7 g.

Nie zdążyłam na dobre otworzyć, a już uderzył mnie niezwykle intensywny zapach orzechów laskowych i mleka, za którymi kryła się nieśmiała mleczna czekolada i porządnie wypieczony wafelek. Wysoka słodycz zaznaczyła się już tu, a całość miała wręcz... pieszczotliwy charakter. Nie było to przerysowane ani sztuczne. Podobało mi się to, co czuję, bo skojarzyło się ze wspomnieniami o białym Kinder Bueno (jedyne, jakie uwielbiałam; innych nienawidzę - a do tego White niedługo wrócę).

Kulki nie wydały mi się zbyt delikatne, ale na pewno nie ciężkie. Orzechy nieźle się trzymały polewy, ale tę część dało się oddzielić. Była miękka. Spieszyła się z rozpuszczaniem.
Całość współpracowała, gdy chciałam ją podzielić, choć w zasadzie kulka miała taką wielkość, że całkiem w porządku można by zjeść też w całości, ponadgryzać i dać się rozpływać. (Ja tam wolę wszystko rozgrzebywać, gmerać i wszędzie zaglądać.)
Pralinki odznaczały się świeżością i chrupkością. Kawałki świeżych orzechów przyjemnie chrupały.
Świeży, chrupki i lekki wafelek nie odstawał tym od reszty. Wyglądał na gruby, jednak jako że był napowietrzony, nie dominował nad resztą, a trzymał ją w ryzach.
Wnętrze zaś to plastyczny, miękko-lepki krem o wysokiej tłustości. Był niemal oleisty, raczej gładki, acz wykazywał też pewne... orzechowo-miazgowe zagęszczenie. Rozpływał się dość szybko.
Jeszcze szybciej rozpływała się trochę wodnista i zarazem tłusta polewa, którą pokrywały orzechy.
Całość była konsekwentna w swej miękkiej tłustości i kremowości. Nie wyszło to jednak negatywnie dzięki chrupiącym elementom.

W smaku orzechy się popisały. Czuć ich moc, mimo że to posiekana drobnica.
Niemal zupełnie zdominowały smakowo polewę, w której siedziały. Ta tylko pobrzmiewała zza nich cukrem i tłuszczem - obstawiam więc, że nie była najlepsza.

Wafelek nie był słodki, a neutralny; odpowiednio wypieczony i pszeniczny.

Krem natychmiast mnie zasłodził i zadrapał w gardle. Zaraz jednak okazało się, że to także ogrom orzechów i mleka - duet delikatny gdy chodzi o klimat, ale intensywny w smak. Zaskoczył mnie jakością. Orzechy laskowe wyszły bardzo naturalnie, trochę podkreślała je urocza czekoladowość. Słodycz wystartowała z wysokiego poziomu, potem rosła już nieznacznie, ale cały czas była za silna.

Po wszystkim pozostał posmak cukru, a więc i całościowe zacukrzenie. Dopiero po zjedzeniu wyszła na jaw sztuczność orzecha i słodyczy - było tam coś wanilinowatego, nieprzyjemnego.
Oprócz tego czułam się nieprzyjemnie zatłuszczona.

Ogół jednak zaskoczył mnie pozytywnie. Pomijając przesłodzenie, tłustość i posmak, to fajny twór. Podobało mi się rozłożenie smaków i sam pomysł. Kojarzyło mi się to z bardziej czekoladowo-orzechowym wspomnieniem idealizowanego Kinder Bueno White.
Byłam zszokowana, gdy usłyszałam opinię Mamy. Odebrała to jako "gorszą wersję Raffaello"*, przy której doszła do wniosku, że chyba nie przepada za orzechowymi rzeczami. Zapytana, co by wystawiła, zaczęła wypytywać, mnie czy skład dobry, a na odpowiedź, że "taki jak i innych takich kulek w sumie", niepewnie odpowiedziała, że "chyba jakieś 6".

*Gdy jednak parę dni później wróciłyśmy i do Raffaello, przyznała rację, że jednak Giotto lepsze.


ocena: 6/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a kupione na Allegro)
cena: zapłaciła jakieś 15 zł (za 154g)
kaloryczność: 632 kcal / 100 g; sztuka 4,3g - 28 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 37%, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), cukier, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku 7%, słodka serwatka w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, sól, wanilina, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu)

--------------

Giotto Momenti Belgischer Spekulatius to nadziewane karmelowo-cynamonowym kremem mlecznym waflowe kulki pokryte kawałkami karmelowo-cynamonowych ciastek. Pralinki te są produkowane przez Ferrero.
Jedna "pałeczka" zawiera 9 kulek, czyli łącznie 38,7 g.

Zaraz po otwarciu poczułam intensywny zapach cynamonu z cukrem i mlekiem. W tej kolejności. Właściwie to może bardziej... cynamonowy cukier, którym aż zagęszczono mleko? Zaraz za tym wszystkim trafiłam na jeszcze więcej słodyczy i bardziej wypieczono-wafelkowe nutki, pomyślałam też o coli (ale to bardzo subiektywne skojarzenie).

Kulki wydały mi się nieco konkretniejsze niż klasyczne. Ciasteczkowe kawałki trzymały się nieźle, ale te drobniejsze i już ciasteczkowy pyłek, sypały się. Było jednak ich na tyle dużo, że to nie kłopot.
Ciasteczka wydały mi się dziwne, bo miękkawo-twarde. Chrupały, ale i rozpływały się na gęstą, ciasteczkową masę. Odznaczały się tłustością, wydawały się nią zawilgocone, ale nie tak specjalnie negatywnie...
Możliwe, że efekt ten podyktowała polewa, którą oblepiały. Znikała szybko, ale jej wysokiej tłustości i plastycznej miękkości nie sposób przegapić.
Wafelek taki sam jak w klasyku.
Wnętrze z kolei okazało się oleiste, nieco rzadsze, podobnie (a może bardziej?) mięciutkie i rozpływające się, ale... z drobinkami: ciastek i cukru, przy czym ciasteczka ewidentnie chrupały, a cukier trzeszczał.

W smaku ciastka przywitały się wysoką słodyczą. Po chwili uderzyły cynamonem. Poczułam cynamonową słodycz, a zaraz za nią ostrość i w końcu nawet odrobinkę goryczki. Z tą niestety związała się kartonowość samych ciastek i skojarzenie z przypieczoną skórką kurczaka (trochę jak w ciastkach speculoos Lotus, tylko na szczęście mniej jednoznaczne). Mimo to, wyszły całkiem nieźle.

Ich ciasteczkową wypieczoność podkreślił wyrazisty, neutralnie-pszeniczny, dobrze wypieczony wafelek.

Krem uderzał kolejną falą słodyczy, cukrem dosłownie. Odebrałam to jednak jako... cukier cynamonowy! Czułam mnóstwo słodkiego cynamonu, nawet lekko podszytego pikanterią, ale też ogromem mleka. Pomyślałam o słodkim mleku z cynamonem, zasładzającym, a jednak wciąż wyrazistym smakowo.
Cukier i cynamon szybko zaznaczyły swoją obecność także w gardle jako drapanie.
Wafelek trochę podkreślił palony charakter tego, ale... czy czułam karmel? Może odlegle... Było w tym coś łączącego smak kremu z pieczonością wafelka i cynamonu, lekka goryczka, ale w ciemno nie powiedziałabym, że to karmel. Ciasteczka natomiast były cały czas wyczuwalne.

Bliżej końca mleczność w najlepsze szalała z cukrem i cynamonem, wyrównując się z ciasteczkowo-cynamonowym smakiem wierzchu i kawałków ze środka. Oczami wyobraźni widziałam ciasteczka korzenne w towarzystwie zacukrzonego mleka z cynamonem.

Po wszystkim pozostało drapiące w gardle przesłodzenie, posmak ostrawego cynamonu i charakterek korzenno-ciasteczkowy. Czułam również tłuszcz na ustach, co już takie miłe nie było. Cukrowy kac też nie. Dwie kulki to szczyt moich możliwości, a i tak dopadłam potem do czarnej herbaty. Cieszę się jednak, że to cukier mnie tu tak powalił, nie sztucznawość czy coś.

Całość wyszła jednak, mimo przecukrzenia i tłustości, zaskakująco smacznie. Nie powiem, czy lepiej od klasyka, bo to po prostu zupełnie inny wariant smakowy i nie widzę sensu porównywać.
Mama za to bez problemu stwierdziła, że te smakowały jej o wiele bardziej od klasycznych.


ocena: 6/10
kupiłam: podkradłam Mamie (a kupione na Allegro)
cena: zapłaciła jakieś 15 zł (za 154,8g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g; sztuka 4,3g - 24 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcze roślinne (palmowy, shea), kawałki herbatników z karmelem i cynamonem 22,5% (mąka pszenna, cukier, olej słonecznikowy, syrop cukru skarmelizowanego 5,5% (syrop glukozowy, cukier), białka mleka, sproszkowany cynamon, sól), cukier, odtłuszczone mleko w proszku 11%, mąka pszenna, słodka serwatka w proszku, masło klarowane, olej słonecznikowy, cukier skarmelizowany, lecytyna sojowa, syrop karmelowy (syrop glukozowy, cukier), miazga kakaowa, białka mleka, sól, sproszkowany cynamon, naturalne aromaty (zawierają mleko), substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu), wanilina

--------
Nie mam większych zarzutów co do tych pralinek, ale jakoś tak... nie zaiskrzyło. Przez cukier? Tłuszczowość? Chyba. I forma... Jestem ciekawa, jak by wyglądało moje nastawienie, gdyby były tabliczkami.

poniedziałek, 14 września 2020

Pralus Costa Rica Trinitario 75 % ciemna z Kostaryki

Przeważnie to, jak układam degustacje czy publikuję recenzje jest w jakiś sposób przemyślane. Zawsze wcześniej planuję i biorę rozmaite elementy pod uwagę. Tym razem motywacją do sięgnięcia po tę tabliczkę była najzwyklejsza na świecie tęsknota. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio jadłam jakiegoś Pralusa i... właściwie na ten dzień wybrałam bardziej markę niż konkretną czekoladę. Spośród posiadanych wzięłam więc tę z krótszą datą i traf chciał, że padło na region bardzo mi obcy. Niewiele czekolad stamtąd jadłam - każda bardzo zapadła mi w pamięć, więc poprzeczkę zawieszono wysoko.

Pralus Costa Rica Trinitario 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Kostaryki.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, pomyślałam o drzewach. Zaraz poczułam szlachetną słodycz laski wanilii i kory cynamonu oraz gorzką, czarną, acz nie siekierowatą kawę. Wszystko to osnuwał gęsty dym, nadający lekko podwędzanego klimatu. W tle zaś pobrzmiewała owocowa świeżość i leciutka nuta kwaśnej cytryny.

Ciemna tabliczka w dotyku wydawała się esencjonalna, tłusto-konkretna. Łamana, potwierdziła to hukiem. Trafiłam na kamienną twardość oraz na przekrój sugerujący masę gęstą, zwartą i pełną. Przy robieniu kęsa z kolei, twardość ta nie wydawała się aż taka straszliwa.
Po zdrowym chrupnięciu, kęs rozpływał się powoli, zalepiając usta lepkimi, mazistymi smugami. Miękło to, zmieniając się w kremową masę przypominającą tłusty, minimalnie rozwodniony (soczysty?) budyń, spływający ze zbitego, zwartego rdzenia.

W smaku już od pierwszej chwili poczułam wanilię i cynamon, jednak to nie słodycz, a pewne rozgrzane podwędzenie, odymienie przyciągnęło uwagę,

Gorzkawy dym nadał ciężkawego klimatu, acz nie przytłoczył. Odrobinka cynamonu wskoczyła do czarnej, nie za mocnej kawy. Po ustach rozeszła się gorzkość z odrobiną cierpkości. Poczułam nie za mocno prażony motyw... Zespojony był właśnie z dymem. To było jakbym pijąc kawę, czuła aromat palonych ziaren.

W tle odezwała się owocowa rześkość. Do charakternych nut najpierw dołączyła odrobina cytryny, wraz z gorzką skórką. Po chwili dopuściła delikatny kwasek żurawiny lub... niezbyt dojrzałej truskawki? Pomyślałam o truskawkach z odrobiną octu balsamicznego.

Ten podkreślił gorzkość i podwędzany motyw bazy. Kawa rozlała się, pochłaniając poszczególne nuty, w tym słodycz cynamonu i wanilii. Mniej więcej w połowie coraz istotniejsza zaczęła się robić ona właśnie. Wróciły truskawki, tym razem duszone z wanilią. Ona stanowiła bowiem jakby nośnik poszczególnych nut. Zaraz truskawki czmychnęły, a kompozycja zrobiła się odrobinę bardziej maślana. W pewnym momencie mignęła mi wręcz... soczystość / wędzoność jak sera / mięsa (ale nie że jego smak).
To ciepło... znów uwypukliło przyprawioną kawę; prażone nuty sprawiły, że myślałam o lasce wanilii i korze cynamonu. Od nich z kolei bardzo blisko było już do drzew. Starych, masywnych, grubych (niczym struktura tej czekolady). Na myśl przyszły mi również drewniano-skórzane meble.

Pod koniec kawa mieszała się z drzewami właśnie. Nabrała przy nich mocy, a lekka żurawinowo-cytrusowa cierpkość podkreśliła ich charakter. Dym cały czas kłębił się w ich pobliżu. Wyszło to tak... "kopcono", drzewa i drewno zawłaszczały coraz więcej.

W posmaku najpierw mignęła kawa waniliowa, delikatniejsza jako odczuwalny w ustach motyw, ale szybko zmieniła się w palone ziarna. Czułam też lekkie metaliczne ściągnięcie. To już nie kawa, a samo jej prażenie? Odymienie? Z wędzoną nutą było wręcz... krwiście.

Czekolada wyszła intrygująco i pysznie. Głównie gorzka, słodka, ale nieprzesadnie i z odrobinką kwasku. Ciężka i doskonała w swej ciężkości. Ogrom dymu, kawy i drzew, lekko podgrzane prażenio-wędzeniem, cynamonem i osłodzone również ciężką wanilią nie przytłoczyły dzięki rześko-owocowym (choć też w pewien sposób poważnym) przebłyskom. Jedyne co wprawiało mnie w lekkie zdezorientowanie była chwilowa maślaność i motyw skóry, ale... tak odległe i w sumie delikatne, że nie zburzyły klimatu i zacności.

Kawę i cynamon czułam również w Cachecie Costa Rica 71 %, zaś drzewa i żurawinę w Morinie Costa Rica noir 70 %. Palono-drzewna i kwaskawa w tym, w zasadzie pod względem "tematycznym" podobna była La Naya Costa Rica Maleku 72 %. Można więc powiedzieć, że Pralus wyszedł niczym miks tego wszystkiego, ale! To zdecydowanie najwytrawniejsza tabliczka, zwłaszcza gdy myślę o "wędzono-umami" sugestiach. Nic dziwnego - zawartość robi swoje.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa

niedziela, 13 września 2020

Milka Dark Milk Salted Caramel mleczna 40 % z solonym karmelem

Sporo czasu minęło odkąd próbowałam ciemną Milkę Zartherb / Extra Cocoa. Była niezła, ale w zasadzie znudziła mnie. Ta ciemniejsza seria, która pojawiła się w Polsce jakoś na jesień 2019 (?), niespecjalnie mnie kręciła: czysta nudna, a za karmelizowane i pokawałkowane migdały podziękuję. Dzisiaj przedstawiana też jakoś specjalnie nie kusiła, nie interesowała, ale postanowiłam ją sprawdzić. Może to akurat moja Milka? A może miała się przy niej zwiększyć tolerancja na kakao Mamy?
Miałam nadzieję, że producent napisał prawdę, podkreślając, że karmel został lekko posolony. Lubię, gdy sól czuć, ale jest to w granicach rozsądku, a nie... kopalnia soli. I byłam ciekawa, jak wypadnie w porównaniu do solonego karmelu z Vosges Pink Salt Caramel jedzonej parę dni wcześniej (degustacje planuję z wyprzedzeniem). Jako jednak, że przybrał inną formę, niż się spodziewałam... ot, takie zestawienie dwóch różnych oblicz się skumulowało.


Milka darkmilk Salted Caramel to mleczna czekolada o 40 % zawartości kakao z "lekko solonymi kawałkami karmelu (10 %)".

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach cukru oraz cukrowo-maślanych cukierków, karmelków oraz - bardzo obrazowy - kakao / czekolady na wyrazistej śmietance. Trochę "kakałko dla dzieci", ale nie takie urokliwe. Doszukałam się w tym motywu sztucznego, mało karmelowego karmelu (karmelków?).

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, jakby chciała zacząć się rozpuszczać już w dłoniach, ale coś ją stopowało. Okazała się dość twarda, a przy łamaniu trzaskała jak przeciętna ciemna. Wykazywała lekką kruchość. Hojnie sypnięte dodatki trzymały się jej jednak dobrze. Okazało się, że zatopiono całkiem spore sztuki i trochę mniejszych, ale nie śmieszną drobnicę.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, bez oporu. Wykazywała lekką gęstość, a jej cechą główną okazała się śliskość i zbito-maślana tłustość.
Z wolna ujawniała karmel. W zasadzie trudno było o kęs bez niego. Był lekko chrupiący do samego końca, choć częściowo nasiąkał i rozpuszczał się (bardzo powoli). Przypominał cukierki typu Werther's w wersji zawilgocono-krucho krówkowej. Były twardawe, ale w pozytywnym sensie. Rozchodziły się bowiem na grudki jak suche krówki, chrupiąc przy tym i skrzypiąc jak rozgryzane Werthersy, trochę tylko oblepiały zęby, bo zaraz się rozpuszczały. Wyszły naprawdę świetnie - to główna zaleta tej czekolady.

W smaku od początku poczułam lekko gorzkawe kakao, z zaznaczoną leciutką cierpkością i goryczką.  Miało wydźwięk nie tyle ciemnoczekoladowy, co polewowo-kakaowy. Wydało się przyzwoicie poważne, trochę torfowo-grzybowe. Goryczkę zdecydowanie podkreślił palony motyw, wręcz spalenizna, który przybierał na sile i w końcu wyszedł na pierwszy plan.

Wysoka słodycz zaznaczyła swoją obecność, ale mieszając się z mlekiem i maślano-grzybowym posmakiem, wyszła bardzo przystępnie i nienachalnie. Niestety jednak szybko odnotowałam w niej pewną sztuczność... Tanie toffi lub...? Coś słodko-sztucznego, bliżej nieokreślonego. Cukier swoją obecność zaznaczył delikatnie także w gardle.

W połowie rozpływania się kęsa spalona nuta, paloność ogółem znalazły się na przodzie i wymieszały się z maślanością i słodyczą. W to z kolei świetnie wpisał się palony cukier, którego smak wzrastał przy wyłaniających się kawałkach. Wyszły jak palono-cukrowe maślane cukierki typu Werther's Original, a więc zdecydowanie bardziej maślano-toffi niż karmelowe.
Tu jednak wkroczyła sól, wydobywająca się z tychże "cukierków". Ewidentnie to je posolono (nie czekoladę). W samej czekoladzie podkreśliła goryczkowato-przypaloną nutę oraz karmelowość właśnie. Była wyraźnie wyczuwalna, ale wkomponowana w otoczenie. Sól nie odstawała, w dużej mierze zabiła natomiast nieprzyjemny, sztuczny posmak.

Po wyłonieniu się dodatków, bliżej końca, smak zrobił się bardziej śmietankowo-maślany, złagodniał. Mimo że smakowa słodycz aż tak nie wzrosła, w gardle drapała dość mocno. Goryczka z paloną nutą nieźle się trzymała.
Gdy jednak rozgryzałam karmelki, zdecydowanie mniej było paloności samej w sobie, a więcej maślano-karmelowo-cukrowej słodyczy i soli.

Po wszystkim pozostał posmak gorzkawej, ale łagodnie maślanej, a jednocześnie cukrowej czekolady, podkreślonej szczyptą soli oraz maślanych cukierków, zdecydowanie podkręconych solą (bo gryzłam je już na koniec i bliżej końca). Niestety po raptem dwóch kostkach cukier nieprzyjemnie znaczył teren w gardle.

Bardzo spodobał mi się dodatek, którego tak się bałam. Chrupacz okazał się mieć idealną strukturę, a i w smaku nie wyszedł źle. Może nie był to karmel, a maślano-toffi karmelki, ale już ilość soli - doskonała! Żałuję, że paloność nie pochodziła właśnie od nich, a z czekolady. Kakao musiało zostać przypalone i właśnie większość gorzkości była tu pochodzenia spaleniznowego (chociaż przy 40 % nigdy nie będzie mocnego kakaowego kopa). W całości i tak był cukrowy posmak sztucznego czegoś, jaki czułam też w Milce Zartherb / Extra Cocoa, a nawet inny - dziwnie grzybowy (ale często pojawiający się w czekoladach) i polewowy. Gdy wracam do tamtej myślami, wydaje mi się, że baza dzisiaj przedstawianej była po prostu gorsza - ocenę wystawiam tak wysoką, bo tu kupił mnie dodatek (sama baza chyba dostała by 4 albo 5 - bo nie wiem, na ile przesiąkła dodatkiem). Tak mi go szkoda... żałuję, że nie można tego jakoś wyjąć i wsadzić w lepszą bazę.
To w sumie nie zła tabliczka, która... mnie nie kręci ze względu na kiepską bazę. Zdecydowanie to czekolada łagodna, niezabijająca cukrem. Mimo że nie tak przesłodzona, to niestety z innymi wadami... Kiedyś czytałam, że lecytyna słonecznikowa może dodawać taki dziwny posmak, olej też - może to to?
Cztery kostki wystarczyły, by zmęczyć mnie tym posmakiem i drapaniem w gardle oraz trochę tym znudzić. Wolałam zostać z całkiem spoko wrażeniem, bo czułam, że w moim przypadku może być już tylko gorzej. Resztą obdarowałam dwie bliskie mi osoby, które Milki itp. potrafią docenić bardziej, niż ja: Mamę i Olgę.
Mamę również zachwycił dodatek, bo stwierdziła, że to właśnie "solone toffi doskonałe, takie maślane i nietwarde, niezaklejające zębów". Po kostce jednak odpadła, bo baza jej nie smakowała - "jakaś taka ciemna... gorzka, ale w dodatku trochę czekoladopodobna". Po tym trochę było mi wstyd przed Olgą to wysyłać, ale... uznałam, że chociaż ze względu na karmel toffi warto.


ocena: 6/10 (głównie za zacny dodatek)
kupiłam: Tesco
cena: 3 zł (za 85g; promocja)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, syrop cukru inwertowanego, masło, syrop glukozowy, sól morska, emulgatory (lecytyny sojowe, lecytyny słonecznikowe), naturalny aromat waniliowy, regulator kwasowości (E 500), olej słonecznikowy

sobota, 12 września 2020

Zotter Labooko Madagascar 100 % ciemna z Madagaskaru

Aż trudno opisać, jak bardzo ucieszyłam się, gdy przy Fruition Chocolate Madagascar Sambirano Dark 74 % uświadomiłam sobie, że jedną z podkreślonych na liście (najmniej długie daty) czekolad jest właśnie ta. Perspektywa porównania "różnych sposobów na Madagaskar" była naprawdę zacna, tym bardziej, że Zotterem Labooko Madagascar 75 % trochę przypominał mi wspomnianą Fruition nutami jagód i ziemi, a więc pojawiającymi się w tabliczkach z tego regionu, ale nie często. A jeszcze myśl, że mam setkę od Fruition... No, podnieciłam się normalnie! Muszę jeszcze dodać, że setki z Madagaskaru to moje ulubione setki (a z tą zawartością ogólnie niespecjalnie mi po drodze).

Zotter Labooko Madagascar 100 % to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano; czas konszowania to 36 godzin.

Zachwyciło mnie już samo opakowanie - wyjątkowo przemawia do mnie połączenie czerni i takiego seledynu, ale naprawdę o wiele szybciej moje serce zabiło gdy... doszukałam się broszki-lemura pod szyją narysowanej pani.

Rozchyliwszy papierek poczułam wyrazisty, ale nie wyjątkowo mocny, zapach dymu, kawy i grejpfruta. W pierwszej chwili wydał mi się stateczny, ale zaraz owoce się ruszyły. Pojawiło się więcej czerwonych... żurawino-jagódkowatych, porzekowatych - kwaśnych i raczej takich, których nie je się na surowo-świeżo. Z czasem robiły się właśnie wytrawniejsze. To poprzez nie na wierzch wyszła kwaśność. Najpierw pomyślałam o śmietance, potem o cytrynie, a gdy zrobiło się już zdecydowanie wytrawniej: o śmietanie i przewijającym się za nią soku z cytryny.

Ciemna tabliczka była dziwnie śliskawa w dotyku, bo jednocześnie minimalnie pylista.
Przy łamaniu głośno trzaskała w pusty sposób. Mimo porządnej twardości, sprawiała wrażenie trochę kruchej. Gdy tylko mogła, łamała się wzdłuż, co bardzo mnie zaskoczyło.
W ustach rozpływała się powoli, acz bez oporu. Pozostawiała idealnie gładkie, trochę oleiście tłuste smugi. Zalepiała, stając się gęstawą mazią, kojarzącą się ze smarem. Zdawała się oblepiać paszczę zupełnie: podniebienie, dziąsła, zęby. Nie było to jednak nieprzyjemne. Pod koniec minimalnie ściągała, jak czasem nabiał.

Gdy tylko zrobiłam gryza, w ustach rozbrzmiał smak gorzkawego dymu z odrobinę kwaśniejszym motywem. Pomyślałam o smole i chodniku po deszczu, który z obu stron porasta sucha, żółtawa trawa. Czyżby kryły się w niej orzechy? Mimo "deszczowości", było w tym coś suchego.

Po ustach rozeszła się jednak fala soczystości jako nasilenie kwaśnego smaku. Nagle zrobił się czysto cytrynowy. W poważniejszych, cięższych ramach owoc ten utrzymała śmietanka... Śmietana? Niczym jakiś śmietanowy deser / jogurt cytrynowy?

Właśnie: śmietanowy... było kwaskawo i bardziej wytrawnie. Suchość z początku zaskoczyła na pieczony tor. Pieczono-podpieczono... wypieczony? Z zaskoczeniem odnotowałam słoność. Do głowy przyszedł mi jakiś specyficzny, konkretny i słonawy zotterowy nugat albo wypiek, dość wytrawny i mieszający się z gorzkością oraz kwaskawymi owocami. Zarejestrowałam tu także dym, jako składową pieczoności, ale też motyw wydobywający kawę. Paloną, odymioną... a w końcu zaparzoną i ze śmietanką? Ta wydawała się próbować ukryć jej kwasowość. Kwasowość z granicy "spożywczości". Ziemia już czyhała, by przyatakować, ale skończyło się na wyłapaniu jej widma. Kawa miała pierwszeństwo.

W połowie rozpływania się kęsa baza łagodniała, wydała mi się bardziej śmietanowa, co wykorzystały owoce. Przejęły goryczkę i kwaśność. Poczułam grejpfruty i więcej czerwonych, niecytrusowych. Miks porzeczko-jagódek / drobnicy bliżej nieokreślonej i... kwaśno-słodkiej. Postawiłabym na czerwoną porzeczkę i jakieś... "twarde kulki", których nazw nie znam. To też trochę czerwone wytrawne wino, acz jakby bezalkoholowe. Mieszał się z nim sok z cytryny. Chwilami ta kwaskawość wydawała się dziwnie słona. Jak wytrawne danie przy kieliszku wina? Oczami wyobraźni zobaczyłam krajoobraz jak po kwaśnym deszczu.

Bliżej końca nadeszła też leciutka słodycz, wpisana w te raczej kwaśne owoce i jednak tłusty nabiał; niepewna, odległa... taka jedynie naturalna? I znów ten naturalny nabiał mieszał się z pewną słonawością wypieków... jakby z "innej mąki" - orzechowej jakiejś (?). Przybyło trochę smakowej tłustości, kojarzącej się z jakimiś... orzechami tak tłustymi, że aż mdłymi (makadamia?).

Posmak z kolei był kwaśny za sprawą cytrusów i czerwonych owoców, ale też smoły. Ta stanowiła przejście kwaśno-goryczkowate do dymu i wypieczenia, kawy, łącząc deszczowość z suchszymi motywami. Wszystko to było poważne i ciężkie, ale też wpisane w śmietano-maślaność, orzechowość - nie tyle jednak "słodyczową", a taką... uładzającą to wszystko, neutralną. Po bardzo długim okresie czasu, czułam odosobnioną kawę z ekspresu, a więc kwaskawą.

Czekolada wyszła... dziwnie niesłodyczowo, a wytrawnie i chwilami mało spożywczo. Miała klimat gry komputerowej S.T.A.L.K.E.R. (wygooglujcie koniecznie - jednej z moich ulubionych, ale do grania). Wydawała się trochę nieprzyjazna przez kwaśność deszczu, kawy z ekspresu i śmietanę, która to utworzyła przejście do wytrawnie-słonych motywów. Wyraźne pieczenie i dym mimo to nie były aż tak znaczące jak kwaśne owoce, którym jednak... też brakowało tej soczystej, owocowej rześkości.
Tę tabliczkę postrzegam jako połączenie sadystycznej Labooko Peru 100 %Labooko Madagascar 75 %.
Peru była właśnie taka szatańsko-kwaśna, a Madagaskar - no jednak wspólne nuty cytrusów, jagódkowe, nabiału i kawy miał. 75% to jednak bukiet bogatszy w owoce i w ogóle inne nuty, przyprawy. Apetyczniejszy.
Mimo wszystko to bardzo dobrze zrobiona czekolada, wyszła na tyle przystępnie, że da się w nią wciągnąć. Nawet konsystencja była jakby uprzyjemnioną setką. Da się wciągnąć i... mieć czas, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jest to ani moja setka, ani mój Madagaskar: zdecydowanie wolę mniej kwachowe kompozycje, kwaśne w innym kontekście. Region ten wolę o wiele bardziej cytrusowo-nabiałowy i rześki niż tak czerwonoowocowy i dymno-tłuszczowo-kawowy.
Zotter ten... graniczył, a moje madagaskarskie setki to raczej Madecasse, Menakao i MIA.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 65g)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa