sobota, 15 sierpnia 2026

Chapon Cacao Rare Venezuela Choroni 72 % ciemna z Wenezueli

Gdy tknęło mnie, jak cudowne mogę zrobić porównanie czekolad, bardzo się podekscytowałam tą degustacją.
Jakiś czas temu w internecie trafiałam na tabliczki Chapon, których nie było na stronie producenta. Widywałam je np. na francuskich stronach bez przesyłki do Polski. W poszukiwaniu choćby tej spędziłam sporo czasu przewijając, przewijając itd. Naprawdę uwielbiam tę markę i chciałam spróbować jak najwięcej ich ciemnych tabliczek. Ta w pierwszej chwili przyciągnęła mój wzrok przede wszystkim opakowaniem z pięknym wężem. Niby wpisywała się w obecną estetykę marki, ale jednocześnie wydawała się wyróżniać. Wnętrze wyróżniało się za to n pewno. Zrobiono ją bowiem z genetycznej mieszanki ziaren Criollo i trinitario z plantacji La Sabaneta, położonej w wiosce Choroni na wybrzeżu Wenezueli, niedaleko Chuao. Plantacja, licząca ponad 100 lat, należy do rodziny González, która dba, by zachować tradycje, ale też by iść z duchem czasu i stawiać na rozwój regiony. Rodzina González płaci swoim pracownikom pensję wyższą od wenezuelskiej płacy minimalnej i zapewnia im trzy posiłki dziennie.

Chapon Cacao Rare Venezuela Choroni 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Criollo i trinitario z Wenezueli, z regionu wioski Choroni.

Po otwarciu poczułam słodki, jakby zwiewny zapach kwiatów, przepleciony słodyczą nieco dosadniejszą, lekko drapiącą, należącą do miodu. Miodu albo złudnie miodowych suszonych fig? Ogół był też bardzo owocowy. Też w słodkim kontekście: jakby w tabliczce zamknięto nektar bananowy i sharona o miękkiej konsystencji. Owocowość z kwiatami zaś połączyły lychee i pitaja. W tle bardzo subtelnie zaznaczył się kwasek jakby rodzynkowo-cytrynowy. Obok całej tej owocowej słodyczy odnotowałam jeszcze jakby... pieczone orzechy włoskie z jakiegoś ciasta... marchewkowo-migdałowo-orzechowego, bezmącznego, za to ze szczyptą cynamonu i z mocno śmietanowym kremem.

Niestety to już kolejna czekolada, która przyszła do mnie pokruszona, w złym stanie. Musiałam więc najpierw ułożyć "czekoladowe puzzle" do zdjęć.
Twarda tabliczka przy łamaniu, tam gdzie już miałam okazję to poczynić, trzaskała adekwatnie głośno, skaliście.
W ustach rozpływała się wolno i kremowo. Była zbito-gęsta, trochę mazista. Miękła w nieco śmietankowo-aksamitny sposób, dając się poznać jako znacząco tłusta. Z czasem serwowała też sporo soczystości, ale która nie zaradziła tłustości.

W smaku jednocześnie odezwały się wysoka, dosadnie kwiatowa słodycz i lekki kwasek. Do kwiatów zaraz zaczęły dołączać owoce o niemniejszej intensywności. Przede wszystkim słodkie banany.

Kwasek również trzymał się owocowego wydźwięku. Pomyślałam o cytrynie i kwaskawych brzoskwiniach, ale zaraz zniknęły w słodyczy, która zdecydowanie zajęła pierwszy plan. Bazowała na bardzo dojrzałych, miękkich bananach. Wsparły je suszone figi o wręcz miodowych zapędach.

Kwasek przez sekundę wydał mi się wręcz cierpki... trochę palony (jak spalenizna?), trochę jak czarne porzeczki, ale nie smakujący nimi... Zatonął jednak w słodyczy zupełnie. Do bananów i fig dołączyły bowiem kaki. Dojrzałe, wręcz miękko płynne, a jednak pewną cierpkością potrafiące mignąć.

Słodycz owoców przybrała z czasem lekkość kwiatów. Cierpkość znów dała o sobie znać, ale jako motyw bardziej pieczono-palony. Delikatna gorzkość, pomagając sobie kontrastem, z łatwością przyciągnęła uwagę, serwując trochę ziemi i nieco... rześkawo-ciężkiego motywu lasu, w którym jest sporo zbutwiałego drewna.

Banany zaczęły zmieniać się w chipsy bananowe, takie może nawet trochę dosłodzone... I to wykorzystał motyw karmelu, a dokładniej karmelizowania w miodzie. Choć miodowy karmel wzrósł na znaczeniu, ogół i tak był przede wszystkim do granic możliwości owocowo-kwiatowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w tle kwasek raz jeszcze spróbował coś ugrać. Przez moment wydawał się trochę śmietanowy, acz nowa fala owoców przekierowała go na cytrynę. A dokładniej... bezmączne ciasto migdałowo-cytrynowe? Potem już się nie cofał, a pobrzmiewał sobie spokojnie.

Karmelizowany motyw podkręcił goryczkę i cierpkość, które jednak i tak nie zdecydowały się na dominację. Trwały spokojnie obok tego wszystkiego, pilnując, by nie zrobiło się za słodko.

Owoce na to przystały, dopuszczając do głosu coraz więcej kwiatów i kwiatowo smakujących owoców: pitai, lychee. Może nawet jakieś pojedyncze gruszki?

Banany i kaki wycofały się, na rzecz moreli i brzoskwiń. Też bardzo dojrzałych, ale jednak o nieco bardziej kwaskawym charakterze. Morelom i brzoskwiniom wystarczyło jednak miejsce na drugim planie, na przód się nie pchały.

Zbutwiałe drewno i ziemia zasugerowały jeszcze coś... kadzidlanego? Kwasek podchwyciły... rodzynki? O kwaskawo-słodkim smaku, ale jednak jakoś niezbyt rodzynkowe... Jakiś tamaryndowiec? Cytryny oddały tym niedookreślonym owocom pałeczkę, same przechodząc w echo.

Gorzkość została otulona maślano-oleistym motywem bardzo wilgotnego wypieku. Wyobraziłam sobie jakieś bardzo soczyste, bezmączne ciasto marchewkowo, marchewkowo-migdałowe (z mąki migdałowej). Takie, w którym jest ogrom orzechów włoskich, właśnie o nieco gorzkim (w pozytywnym sensie) tonie. Były to orzechy wypieczone, ale wpisane w łagodną, coraz wyraźniej migdałową ciastowość.

Albo i nie taką łagodną? Dosłownie na samej końcówce nagle poczułam lekkie pieczenie w język. Najpierw powiedziałabym, że przypraw korzennych głównie, ale też z pewną owocowo-kwiatową cierpkością i odrobinką gryzącego miodu, a po chwili bardziej jak... ciasta migdałowo-cytrynowego ze sporą ilością amaretto? Acz wciąż z motywem kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak cytryny oraz żółtych, słodkich owoców: teraz już mniej wyrazistej fuzji bananów, sharonów, lychee, którym wtórowały suszone figi i chyba trochę rodzynek i/lub tamaryndowca, z kolei z echem leciutkiego kwasku. Do tego ostała się niemal pikanteria korzennego, trochę alkoholowego ciasta migdałowo-marchewkowo-cytrynowego.


 Czekolada wyszła smacznie i jestem pod wrażeniem, że mimo tego, że zawarła w zasadzie głównie tylko słodkie nuty, nie była za słodka. Ogrom bananów, sharonów, suszonych fig, kwiatów, potem chipsy bananowe, trochę moreli i brzoskwiń, lychee, pitai i znów kwiatów, odrobiny miodu urozmaiciła delikatna kwaśność cytryny, tamaryndowca (?), rodzynek i śmietany, trochę ziemistych i zbutwiałych akcentów oraz końcowa korzenność, ale wystarczyło, by sprawić, że kompozycja wydała mi się wielopłaszczyznowa. Mimo że nie była gorzka, dałabym jej 75%, nie 72%, a w dodatku nie zgadłabym, że posłodzono ją białym cukrem.

Wyszła na pewno bardziej pysznie, ale przede wszystkim bardziej kompleksowo niż nieciekawie cukierkowo-lukrowa, acz przyjemnie różano-porzeczkowa, miodowo-drzewna Franceschi 70 % Venezuela Choroni.


ocena: 10/10
cena: € 11 (za 75g; około 46 zł)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 13 sierpnia 2026

(Chocolates Sole) Naturitas Chocolate Negro 85 % cacao ciemna

Na krótko przed degustacją, przygotowując posta, przeżyłam szok. Weszłam na stronę sklepu, aby przekleić skład do posta i... Jak mogłam nie zauważyć oliwy w składzie, gdy kupowałam czekolady?! Potem jednak, gdy poszłam to zweryfikować i sięgnęłam po tabliczkę do szuflady, niczego takiego w składzie nie odnotowałam. Uf. Wyglądało na to, że zmienili producenta, a wraz z nim zmienił się skład i gramatura (w nowej wersji jest i oliwa). O mojej czekoladzie wyprodukowanej dla internetowego sklepu Naturitas, ja bowiem nie wiedziałam nic... do czasu aż wpisałam w Google to, co znalazłam na opakowaniu: "Fabryka czekolady w mieście Barberà del Vallès". Jakież było moje zdziwienie, gdy wyświetliło mi się cenione przeze mnie Sole! To już mi coś mówiło! Za to o samym sklepie wciąż niewiele wiedziałam, a tylko to, że mają beznadziejne podejście do wysyłania produktów i te przychodzą w opłakanym stanie. No, i to, co łatwo znaleźć o nich w internecie: że to hiszpańska, ale działająca ogólnie w Europie od 2014 roku, drogeria online, której twórcy są ponoć "przywiązani do natury".

Naturitas Chocolate Negro 85% cacao to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, wyprodukowana przez Chocolates Sole dla Naturitas.

Po otwarciu uderzył zapach soczystego, słodko-kwaśnego ananasa i świerków. Zaskoczyła mnie ta jednoznaczność, ale niewątpliwie kwasek owocu podkręcał poważniejszy kwasek drzew iglastych. I samą drzewność też wplotły. Za ananasami i likierem ananasowym stały jeszcze brzoskwinie w puszce, dopowiadające im słodycz. Na te złożyło się jeszcze troszeczkę karmelu. Bardzo wycofanego i jakby solonego? Szczypta soli osiadła w mocnym paleniu i jakby mineralnie-metalicznym wątku. Do głowy przyszły mi poprzypalane kratki grillowe, a także olej sezamowy.

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała bardzo głośno i konkretnie. Przypominała skałę.
W ustach czekolada rozpływała się powoli. Chwilę się jakby wahała, po czym pokrywała podniebienie gęstymi, lepkimi smugami. Ogólnie cechowała ją lepkość i gęstość, wręcz ciężkość. Poczucie lepkości wiązało się z efektem nieco przytykającym ze względu na przewijającą się pylistość. Sucha jednak nie była. Powiedziałabym, że wręcz dość ciężko-tłusta i nieco oleista.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka, ale odosobniona słodycz. Nie chciało jej się rosnąć, przez pewien czas płynęła więc na jednostajnym poziomie, mieszając się z maślanością. Zaobfitowało to w łagodny, ale wyraźnie palony karmel.

Za słodyczą zaznaczył się bardzo delikatny raczej egzotyczny owoc. Owoc, przy którym kwasek czeka, by też rozbrzmieć, ale jeszcze nie kwaśny.

Najpierw paloność karmelu przechwyciła gorzkość. Zrobiło się bardzo palono, a i ten stopień palenia był mocny. Gorzkość jednak wcale taka mocna nie była; w dodatku urozmaicał ją leciutki kwasek - bynajmniej nie owocowy. Kwasek rozszedł się nieco wyraźniej jako świerki, ogólnie drzewa iglaste. Wraz z nadejściem gorzkości, zaczęła rosnąc słodycz. Do karmelu zakradła się wtedy odrobinka soli, która zaraz zniknęła.

Owoce - wciąż niezbyt wyraziste - uczepiły się słodyczy, serwując mi brzoskwinie z puszki. Słodycz wzrosła skokowo. Brzoskwinie szybko zmieniły się w ananasa, a dokładniej słodki likier ananasowy, ale nie mocno alkoholowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cierpkość i gorzkość, palony motyw pochłonęły świerki, zmieniając je w po prostu drewno. Przy nim zaś zaznaczyła się odrobina ziemi, ale nie utrzymała się specjalnie długo.

Cierpkość raz po raz zerkała ku... olejowi sezamowemu? Odnotowałam czarny sezam, jakby trochę orzechowo-ziemisty. Możliwe że też jakieś orzechy...?

Likier anansowy rozkręcał się aż trafił na maślaność. Maślaność wciąż wiązała się ze słodyczą, która teraz już rosła spokojnie, jednostajnie i... słabiej. Wplotła wizję budyniowego deseru ananasowo-karmelowego. Deseru ze śmietany i masła, likierowego, ale bardzo słodkiego...

Do momentu gdy trafi się na kawałki świeżego surowego ananasa, jakim go urozmaicono. Ten dołożył drobny, punktowy (?) kwasek, przełamując słodycz. Ta wycofała się, wracając do średniego poziomu.

W tym czasie orzechowość zadeklarowała się jako nieco przypalone migdały blanszowane (bez skórek). Kryła się przy nich metaliczność i lekko spalono-węgielny motyw. Końcowo jednak maślaność trochę je wyciszyła. Cierpkość kakao jednak jako tako się ostała, kojarząc się w tym momencie z kakao w proszku i kakaowym budynie.

Tak, że w posmaku został motyw ananasów raczej suszonych w kakaowej polewie, oblanych właśnie mocno palono-kakaową czekoladą, zestawionych z węglem i drewnem. W posmaku też czuć maślaność, olej sezamowy, ale właśnie też owocowy kwasek, przełamujący to nie jaskrawo, ale wyraźnie.

Czekolada była smaczna, ale wolałabym czuć w niej nieco mniej maślaności (za sprawą której aż trudno by było zgadnąć, że to 85%, a nie np. 75%) i żeby palenie było słabsze. Te próbowały jakby wzajemnie się tonować, trochę stając na drodze rozwojowi głębi. Delikatny motyw ananasów jako likieru i kawałków ananasa w budyniowym deserze z karmelem, brzoskwiń w puszce ciekawie przeplatał się ze świerkami, potem ogólnie drewnem, węglem, czarnym sezamem, olejem sezamowym i pewną metalicznością. Olej i metaliczność nie były może zbyt atrakcyjne, niemniej miały w sobie coś... interesującego, niespotykanego.

Wyszła o wiele lepiej od Chocolates Sole Chocolate Puro Bitter 70 % Cacao, co potwierdza moją tezę, że w tamtej sprawę zawaliła lecytyna, której w dzisiaj przedstawianej nie było.



ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 12,69 zł
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy

środa, 12 sierpnia 2026

DM Bio Vollmilch Schokolade Zartschmelzend mleczna 37 %

Nie jem mlecznych czekolad, bo zwyczajnie nie lubię, nie sprawia mi to przyjemności i nie widzę celu w jedzeniu czegoś tak nie kakaowego, nudzą mnie. Acz umiem docenić dobrą i potrafię przyznać, że są połączenia, w których sprawdzają się najlepiej. Choć np. w brownie w moim odczuciu nie ma miejsca dla czekolady mlecznej, w moim cieście, które nazwałam sobie Pomarańczową Delicją, krem musi być mleczno czekoladowy. Ciemna za bardzo przytłacza pomarańczowość. Nie robię tego jednak jakoś szczególnie dużo, więc na razie jeszcze miałam jakieś czekolady do tego. Dziś przedstawianą jednak dostałam od ojca, którego jakiś czas temu zapytałam, czy nie rzuciła mu się w oczy Goplana Śmietankowa, nie mleczna. Swoją drogą, chyba ją wycofali. Mleczna Goplana ze względu na swój mocno orzechowy (od aromatu) charakter nie nadawała się, więc szukałam czegoś innego, tańszego od Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao, by nie zbankrutować. Pewnego razu ojciec przywiózł mi tę (chyba poprosiłam go o nią jeszcze przed Meyboną?). Pamiętałam bowiem, że DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nus była dobra.

DM Bio Vollmilch Schokolade Zartschmelzend to mleczna czekolada o zawartości 37% kakao, marki własnej Drogerii DM.

Po otwarciu zagrzmiał intensywny zapach mocno maślanego, lekko solonego toffi i szklistego karmelu. Też mocno maślanego jednocześnie. Wyobraziłam sobie od razu miękkie cukierki toffi z lepkim nadzieniem kakaowym (coś jak Goplana Toffino Choco czy Wawel Tofflars) i lśniący, chrupiący karmel. Wiązały się z poczuciem ciepła. Ogrom masła i karmelu mieszały się z pełnym, jakby naturalnym, wiejskim mlekiem oraz echem orzechów. Też łagodnych, naturalnie słodkawych i maślanych orzechów nerkowca, może z dodatkiem pojedynczych laskowych bez skórek.

Wysoce tłusta tabliczka odznaczała się pewną twardością, konkretem, mimo że nie trzaskała podczas łamania. Trochę się za to kruszyła.
W ustach czekolada miękła i rozpływała się w tempie średnim, w sposób mazisty, zachowując jednak zbitość. Choć była gęsto kremowa i aksamitna, nie potrafię nazwać jej gładką ze względu na marginalną proszkowość. Ratowało to trochę od bardzo wysokiej tłustości masła.

W smaku czekolada wręcz zaszarżowała mocno mleczno-maślanym toffi. Toffi o słodyczy o dziwo tylko średnio silnej, nie wysokiej, które zahaczało niemal o krówkę. Krówkę szlachetniejszą, pozbawioną zacukrzającego aspektu.

Po chwili podkreślił je palony, choć też maślany karmel. Wyobraziłam sobie szklisty, chrupiący karmel, a po chwili jeszcze jednak znów twór bardziej miękki: karmelowe cukierki z nadzieniem czekoladowym, w którym bardzo delikatnie zaznaczyła się odrobińcia-odrobineczka kakao. Nie jednak gorzkość.

Gdzieś za nimi przemknął mi nieco orzechowy akcent. Taki niedookreślony, ogólnie orzechowy, ale nadający całości głębi i wpisujący się w karmelowość. Wyobraziłam sobie orzechy karmelizowane, otulone chrupkawo-lepką warstwą lekko solonego ni toffi, ni karemlu. Jakbym na siłę miała wskazać jakieś orzechy, były by to naturalnie maślane nerkowce, może z dodatkiem laskowych. 

Mleko trochę czekało, by zająć znaczącą pozycję do mniej więcej połowy rozpływania się kęsa. Wydawało się bardzo naturalne, wiejskie. Wraz z poczuciem ciepła, jakie biło od toffi i karmelu utworzyło sielski, wiejski klimat.

Słodycz wzrosła i z czasem zaczęła wydawać się ryzykowna. Mleczność jednak tak podeszła maślaność, że jakby trochę odeszły od tych toffi, krówek i karmelu, a wystąpiły osobno, sprawiając, że słodycz skierowała się na przystępniejszy tor. Wysoki, ale zrozumiały dla mlecznej czekolady.

Mleko trochę zabarwiło się toffi, maślaność w sumie... również. Acz to właśnie ona, maślaność, dominowała na końcówce. Jako jakiś maślano-mleczny pudding w wariancie toffi-krówkowym. Ten słodyczą znów łypał ku przesadzie.

Po zjedzeniu został posmak bardziej budyniu toffi-krówkowego ze znaczącym motywem maślanym, ale też wyraźnie mlecznym. Pojawiło się też echo kakaowo-orzechowe. Nie gorzkie, ale nadające głębię i szlachetność. Odnotowałam też to, że jakby słodkie ciepło trochę zaznaczyło się w gardle.

Czekolada wyszła bardzo dobrze, choć nie przekonała mnie aż tak wysoka maślaność kosztem mleczności. Wolałabym, by zamiast aż tak dominować nad mlekiem, stało z nim na równych prawach. I ta tłustość masła też mnie trochę już przytłoczyła (w DM Bio Vollmilch Schokolade - Ganze Nus sprawę ratowały orzechy). A jednak wyrazisty smak maślanego toffi, toffi lekko solonego i podkreślonego karmelem oraz nadzieniem czekoladowym prosto z cukierków karmelowych, przechodzące w toffi-krówkowy budyń, wszystko to oczywiście z mlekiem wyszły naprawdę zacnie. Tym bardziej, że choć w pewnym momencie były ryzykownie słodkie, ogół jawi się jako odpowiednio słodki, nieprzesłodzony. Nutka orzechowo-kakaowa wypisanym nadała szlachetnej głębi, a jednak nie były zbyt wyraziste, by zburzyć klimat toffi.
Nawet ja zjadłam trochę z przyjemnością, choć mleczne czekolady nie sprawiają mi obecnie przyjemności. Jakieś 1,5 kostki mi jednak wystarczyło, bo czułam przesyt tej słodyczy.

Resztę użyłam do kremu do ciasta.
Krem z tą czekoladą bardzo zgęstniał, po jakiejś godzinie czy dwóch zastygł aż nieco przesadnie, że do reszty dodałam trochę ciepłego mleka, by wyłożyć resztę na drugą połowę wypieku. A i tak dałam odrobinkę mniej masła, a więcej serka Philadelphia Light.
Smak wyszedł zachwycająco. To był prawdziwie mleczno czekoladowy krem! Czuć mleko, maślaność takowej, a w dodatku charakter konkretnie tej czekolady. Skojarzenie z kakaowo-czekoladowym nadzieniem wypływającym z miękkich karmelków cały czas było obecne. Odrobina kakao, które daję do kremu właśnie ten motyw uwypukliła. Ogólnie czekolada ta w tym kremie wyszła na tyle intensywnie czekoladowo, że uznałam, że dodam mniej niż zwykle kakao, by nie zaburzyć smaku czekolady DM. To było dobre posunięcie. 
Ogólnie to, jak ta czekolada wychodzi w kremie sprawiło, że dałam jej te 0,5 punktu więcej niż chciałam po zjedzeniu trochę osobno.


ocena: 9,5/10
kupiłam: ojciec mi kupił w Drogerii DM
cena: nie znam
kaloryczność: 573 kcal / 100 g
czy znów kupię: pewnie jeszcze o nią poproszę

Skład: nierafinowany cukier trzcinowy, 26% pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Ombar 90 % Cacao ciemna surowa 90 % z Ekwadoru

Kiedyś ta brytyjska marka rzuciłam mi się w oczy na eBayu, ale ze względu na wysokie koszty przesyłki, nie zamówiłam. Na dodaniu do ulubionych się skończyło. Cukier, którego fanką nie jestem oraz tylko dwa warianty, a mianowicie dziś przedstawiany i 100% kakao, czyli też nie do końca mój typ odwodziły mnie od zakupu. Gdy jednak dostrzegłam ją stacjonarnie, uznałam, że takiej okazji przegapić nie można. Jak poczytałam już na potrzeby przygotowania wstępu, Ombar, brytyjska marka mająca fabrykę w Cambridge, pozyskuje kakao bezpośrednio od rolników z Ekwadoru, płacąc ceny powyżej Fair Trade i używając wyłącznie certyfikowanych składników organicznych i Fair for Life. Ziarna przetwarzane są w jak najniższej temperaturze, by zachować naturalne polifenole i składniki odżywcze. Ładnie. Miałam więc nadzieję, że smak będzie równie ładny, co podejście twórców. A że dawno nie jadłam surowej czekolady... naszło mnie na nią.

Ombar 90 % Cacao Bean to Bar Super Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90% surowego kakao Arriba Nacional z Ekwadoru.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach drzew iglastych, związanych z jakby kwaskawą rześkością takowego oraz orzeszków piniowych o nieco kwaskawo-ostrym charakterze. Za nimi rozchodził się wątek wręcz ciężki, palono-podwędzany i dosadnie tytoniowy. Z palonością wiązała się słodycz melasy, choć nie aż tak jednoznacznej, bo częściowo skrytej w także słodko-rześkich, świeżych kwiatach. Za tym wszystkim przewijały się kwaśne i jakby podkarmelizowane (posypane cukrem i zapieczone?) owoce: brzoskwinie, mango i pomarańcze.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusta, a choć gruba, nie była twarda. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, jawiąc się jako konkretna i masywna, ale nie twarda właśnie. Gdy zaś robiłam kęsa, miałam wrażenie, że wgryzam się w utwardzoną, konkretną, ale jednak miękkawą, tłustą masę. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Robiła to bardzo maziście, trochę oleiście. Tłustość ogólnie bardzo się rozkręciła i wyszła wręcz ciężko. Na pewno konkretnie. Mimo mięknięcia niczym masło, zbity kształt zachowywała bardzo długo, jawiąc się jako niby idealnie gładka, wręcz śliskawa, ale z jakby ukrytym echem pylistości.

W smaku pierwsza przybyła wysoka słodycz karmelu, za którym podążały rześkie, świeże kwiaty.

Karmel dał się poznać jako palony, co podchwyciła gorzkość. Jego palenie rosło, a że rosła też gorzkość, w dużej mierze pochłonęła go i wpisała w motyw palonego drewna. Po chwili dołączył do nich tytoń i echo dymu papierosowego.

Przez moment miejsce karmelu próbowała zająć... Melasa? Niby cięższa od niego, a jednak... zarazem rześka? Do głowy przyszedł mi syrop z agawy, a melasa ulotniła się.

Słodycz utrzymała się jako kwiaty, które rozkręciły rześki wydźwięk. Pomyślałam też o roślinach: aloesie, może mięcie... Przez ułamek sekundy może nawet o glonach, np. spirulinie? Wszystko to pod pieczą kwiatów.

Za słodyczą, ale właśnie jakby w tym rześkim wątku, pojawił się kwasek. Najpierw wycofany i łagodny, potem, choć w sumie też dość ugodowy, przemykający przez całą kompozycję. A jednak jakby cały czas wisiała nad nim słodycz... palono-agawowa (jakby karmelo-melasy z syropu z agawy? - wyobrażenie). Zjawiły się niedojrzałe brzoskwinie i ogólnie egzotyczny, niejednoznaczny wątek. Kwiaty zasugerowały mu z czasem sporo słodyczy i zrobiło się słodko, a z kwaskawym echem. Brzoskwinie dojrzały i wyłoniło się przy nich mango. Mango przejrzałe?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa papierosowo-tytoniowy motyw zmienił się trochę w drewno i drzewa. Palone drewno i iglasty motyw kojarzyły się z ogniskiem w lesie, gdzie czuć woń ziemi. Iglastość podchwyciła świeżo-rześki wydźwięk.

Owoce w tym czasie, trochę skokowo znacząco się osłodziły, a kwaśność stała z resztą nut w harmonii. Do egzotycznych owoców, brzoskwiń i mango dołączyła słodko-kwaśna pomarańcza. Paloność pokierowała je w pieczono-grillowane klimaty. Wyobraziłam sobie właśnie grillowane brzoskwinie, trochę poprzypalane. Takie, które puszczają sok.

Z owoców wychyliła się goryczka skórki cytryny. Też jakby palono-karmelizowanej. Owoce zaczęły trochę słabnąć.

Z leśno-iglastej toni zaś wymknęły się orzeszki piniowe. Przygotowały grunt pod bardziej ogólnie orzechową nutę, która jednak nie utrzymała się długo, a dopuściła do kompozycji maślaność. Ta przysłoniła częściowo owoce, złagodziła gorzkość. Ta raz po raz jeszcze jakby... próbowała dołożyć trochę ziemi?

Nie udało jej się jednak utrzymać słodyczy. Ta znów wzrosła skokowo, co z kolei na zasadzie kontrastu podkręciło też kwasek. Tym razem jakby... skórki cytryny i spalenizny? Wydawało się, że słodycz przez moment waha się, czy nie ulec spaleniźnie - już otarła się o melasę, po czym... Jednak wróciły kwiaty.

Kwiaty wzmocnione niemal wodnistą rześkością... wody kokosowej? I kwiatów mokrych od wiosennej mżawki. Błyskawicznie przybierały niemal na korzennej pikanterii, ale... która nie była ani pikanterią, ani korzennością (dziwne wrażenie).

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych owoców egzotycznych, w tym brzoskwiń oraz jakby grillowanych i aż karmelizujących się owoców słodszych: pomarańczy i chyba też brzoskwiń. Do tego czułam rześkość roślin, jakby wody kokosowej, trochę aloesu oraz sporo maślaności, w której pobrzmiewała subtelna orzechowość. W oddali majaczył jakby kwasek spalenizny, a na języku zaznaczyła się ni cierpkość, ni pikanteria.

Czekolada była smaczna i ciekawa, ale wolałabym, by posłodzono ją innych cukrem. Do surowego smaku to chyba właśnie cukier kokosowy podopowiadał trochę spalenizny, co poniekąd wyszło interesująco z tymi owocami, ale jakoś mi nie pasowało do tej rześkości kwiatowo-wodnistej. Kwasowość zaskoczyła mnie tym, że wyszła nisko-średnia - cukier kokosowy stanął na drodze jej rozwojowi tak, że aż łatwo zapomnieć, że to czekolada surowa 90%. Gorzkość na odpowiednim poziomie, słodycz średnio wysoka, więc teoretycznie to z kolei jak trzeba, a jednak jakby coś nie grało. Drewno i drzewa, las iglasty i orzeszki piniowe, tytoń stały obok mocno owocowego smaku brzoskwiń, mango, cytrusów. Kwiaty, rześkie rośliny i woda kokosowa wiązały się z rześkością też chyba nakręconą cukrem kokosowym. Dziwnie podkręcił... wodnistość? I tłustość tłuszczu kakaowego, którego ogólnie dodano tam dużo. Tak, bardzo ingerował w nuty samej czekolady. Za bardzo. Nie zgadłabym tej zawartości kakao, dałabym jakieś góra 80%. Mogłabym wystawić jej 8, gdyby tylko struktura była mniej miękko-tłusta. Ta miękkawość spleciona z konkretem wyszła trochę osobliwie.


ocena: 7/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 22 zł (za 70g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: nieprażone kakao, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 9 sierpnia 2026

Zotter Almond Praline Intense / Mandel Praline intense ciemna 70 % z nugatem migdałowym z ciemną czekoladą

Nowe, coraz bardziej kombinowane kompozycje Zottera zwyczajnie zaczynały mnie męczyć i denerwować. Ambitne opisy, a rzeczywistość rozczarowująca. Problem widziałam w tym, że obecnie Zotter za wiele pcha do każdej warstwy, robi za dużo złożonych warstw, przez co ogół wychodzi zbyt chaotycznie lub rozmyto. Dziś przedstawiana kompozycja na tle tych wszystkich przekomnimowanych, przeładowanych tabliczek jawiła się jako przyjemnie prosta odskocznia. Jak ujął w opisie Zotter, "w hołdzie dla słynnej francuskiej ciemnej praliny (dark praline)", stworzył pralinę z ciemnych prażonych migdałów z ciemną czekoladą, która wg niego pasuje tam najlepiej. Zgooglałam, by się upewnić, o co chodzi. Chodzi o krem zrobiony z karmelizowanych migdałów, czyli właśnie tę francuską pralinę. To dość ważne, bo często w odniesieniu swoich warstw i orzechowych batono-tabliczek Zotter używa nazw "pralina" i "nugat" zamiennie. A w cukiernictwie to nie to samo, bo nugat to masa orzechowa z białkami. "Ciemna" pewnie odnosi się do tego, że migdały zostawia się w skórkach (bo kremy migdałowe niektórzy dzielą na jasne z migdałów blanszowanych i ciemne z migdałów ze skórkami). 


 Zotter Almond Praline Intense / Mandel Praline intense to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (59%) kremem na bazie praliny / nugatu migdałowego i ciemnej czekolady o zawartości 80% z solą.

Po otwarciu uderzył intensywny zapach prażonych migdałów, za którymi pobrzmiewała spokojna, szlachetnie gorzka ciemna czekolada. Prażone migdały, może lekko karmelizowane, dominowały zupełnie. Wiązały się z ciepłem oraz znaczącą słodyczą waniliowo-nugatową, i karmelową. Powiedziałabym, że czuję mocno maślany karmel, którego maślaność harmonijnie splata się z bardziej stonowanym wątku ciepłego ciemnego chleba z masłem. Chlebowy akcent pochodził od palonej czekolady i z gracją mieszał się z maślanym wnętrzem.

Tabliczka wydawała się masywna, a podczas łamania wrażenie to utrzymało się. Gruba warstwa czekolady trzaskała, a i zbity środek był konkretny. Wyglądał na kruchy, ale w dotyku czuć tłustość. Przy odgryzaniu kęsa zęby wchodziły w niego łatwo, jak w masło.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i dość powoli. Cechowała ją mazistość i maślana tłustość. Z wolna odsłaniała nadzienie, które próbowało się do niej upodobnić. Krem rozpuszczał się jednak zdecydowanie szybciej.
Krem wykazywał niemal czekoladową gęstość, ale też maślaną - jeszcze wyższą niż czekolada - tłustość. Był nieprzyjemnie tłusty, że w trakcie jedzenia wydawał się nieco tłusto-śliski. Okazał się bowiem niemal idealnie gładki. Zbitość zachowywał prawie do samego zniknięcia.

Podczas odgryzania kawałka, odzywała się i czekolada, i nadzienie.

W smaku czekolada rozniosła po ustach motyw palony i nieco migdałowo-chlebowy. Kojarzyła się z ciemnym chlebem, a do tego miała subtelnie kawowe echo. Wykazywała stonowaną słodyczą palonego karmelu.
Spróbowana osobno pobrzmiewała migdałami. Wydaje mi się, że choć niewątpliwie przesiąkła, sama w sobie też zawarła nutę migdałów. Oprócz tego, wyraźnie wykazywała soczystość wina z wyczuwalnymi czerwonymi owocami.

Nadzienie odzywało się prawie od razu, choć wkraczało spokojnie, w harmonii z czekoladą. Zauważalnie dodawało jej słodyczy o nugatowo-pralinowym tonie. Przede wszystkim umocniło jednak migdałowy wątek.

Krem okazał się skupiać na prażonych migdałach. Prażonych i zdecydowanie osłodzonych, bo zwłaszcza w zestawieniu z czekoladą, wydawał się słodki. Połączył słodycz wanilii i maślanego karmelu, które układały się w pralinowo-nugatowy klimat. Motyw migdałów kojarzył mi się z najzacniejszymi pastami 100% z prażonych migdałów ze skórkami. Możliwe, że leciutko karmelizowanych. Zarówno prażenie, jak i karmelowe echo podkreślało pewne niemal korzenne ciepło. Przy nim zaplątała się subtelna cierpkość, jako że krem też zawierał trochę czekolady, dzięki której świetnie zgrywał się z czekoladą.
Kiedy spróbowałam trochę kremu osobno, utwierdziłam się co do tego, że pobrzmiewał korzennie imbirowym ciepłem, ale wydał mi się mniej słodki, bardziej maślano-oleisty. Oczywiście przede wszystkim prażono migdałowy, ale bardziej tłusto stonowany, gdy chodzi o słodycz. Tę ewidentnie podbijała kontrastowo gorzka czekolada.

Czekolada w tle, za nugatem, wydawała się jeszcze bardziej cierpko-gorzka, kontrastowo mocniejsza. Kryło się w niej kawowe echo, a nawet pewna ziemistość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem tak czy inaczej robił się nieco bardziej maślany, ale z czasem, w zestawieniu z czekoladą, wydawał się bardziej słodki. Z czekoladą układało się to w wizję ciemnego chleba, posmarowanego słodkim, waniliowym masłem. Karmel przyozdabiał to skojarzenie, zaś leciutko rozgrzewający gardło efekt nasilał poczucie słodyczy (w istocie to imbir, niezbyt oczywisty jako on sam). Z czasem i tak migdałowość zaczęła słabnąć, a ja odnotowałam pewną oleistość.

Nadzienie uległo nieco czekoladzie, końcowo decydując się na jeszcze trochę kakaowej cierpkości. Zdarzyło się, że na myśl przyszła mi luźna wizja migdałowego cappuccino ze względu na maślaność, która udawała coś niemal mlecznego.

Dosłownie parę razy - może ze trzy czy cztery - pod koniec bardzo nieśmiało, w oddali, zaznaczała się odrobinka-odrobineczka soli.

 Występ kończyła już sama palona i wręcz winnie-ziemiście soczysta czekolada. Jej jakby opalany charakter i subtelny kwasek kojarzył mi się z beczkami z winem o nutach ziemi i czerwonych owoców.

Po zjedzeniu został posmak prażonych migdałów, migdałów lekko karmelizowanych i wtulonych w waniliowo-maślaną toń, za sprawą której miałam w głowie naturalny krem migdałowy w wariancie nugatowym. Ostał się też motyw cierpko-gorzkiej, palonej czekolady.

Czekolada okazała się smacznym zaskoczeniem. Wreszcie Zotter skupił się na pojedynczym składniku i w pełni wykorzystał jego potencjał. Prażone migdały wtłoczone w waniliowo-karmelowe realia nugatu, praliny wyszły cudownie i idealnie mieszały się z gorzką, nieprzesłodzoną ciemną czekoladą. Smakowo wnętrze smakowało, jakby wymieszano konkretnie cudowny krem Eko Gram The Real Almond Paste z elementami słodzącymi. Jak dla mnie, nieco większą rolę w samym nadzieniu mogłaby odegrać ta czekolada 80%, ale pewnie dodano jej malutko. Za to na pewno obeszłabym się bez tej wychylającej się pod koniec oleistości. Acz taką jedyną, poważniejszą wadą była konsystencja kremu - niestety wyszedł okrutnie tłusto.


ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 77g)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, migdały 28%, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, olej słonecznikowy, pełny cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, proszek imbirowy

piątek, 7 sierpnia 2026

(miniaturka) Chocolat Bonnat Voiron Puerto Cabello 75% "Venezuela" Cacao 75% Chocolat ciemna z Wenezueli

Po zjedzeniu miniaturki Chocolat Bonnat Voiron Chuao 75% "Venezuela" Cacao 75 % Chocolat  uznałam, że nie będę bardziej zwlekać z kolejną. Wszak też była z Wenezueli - fajnie więc je zestawić w krótkim odstępie czasu. Dziś prezentowaną, jak się okazało, zrobiono z regionu miasta Puerto Cabello ze stanu Carabobo.


Chocolat Bonnat Voiron Puerto Cabello 75% "Venezuela" Cacao 75% Chocolat to ciemna czekolada o 75 % zawartości kakao z Wenezueli z regionu miasta Puerto Cabello, u mnie jako miniaturka / neapolitanka ważąca 3g.

Po rozwinięciu złotka poczułam bardzo delikatny, ale wyraźny zapach kwiatów, wkomponowanych w nieco chłodno-rześką konwencję. Pomyślałam o eukaliptusie, choć nie był to w 100% on. Mięta...? też nie, ale coś z tych klimatów. Trochę za kwiatami i tym chłodem zaznaczyła się kawa mokka, a więc czekoladowo-mleczna, choć zrobiona na espresso z palonych ziaren. W oddali zaś odnotowałam bardzo wycofaną, owocową cierpkość. Chyba pomarańczy.

Malutka kostka, choć bardzo tłusta w dotyku, była bardzo, bardzo twarda. Do tego stopnia, że nie dałam rady jej przełamać.
W ustach czekolada przez moment czekała z rozpuszczaniem się, udając zimne, a w końcu ocieplające się masło. Gdy już zaczęła, rozpływała się w tempie średnim, stając się gęsto-zbitym maślanym kremem, który tłustymi smugami pokrywał podniebienie.

W smaku pierwsza rozeszła się słodka maślaność, zapowiadająca, że kompozycja ogólnie będzie bardzo łagodna.

W oddali przemknął ledwo zauważalny kwasek... acz jakby zanim spróbował się przebić, już zniknął.

Do łagodności dołożyła się kwiatowa rześkość, jaka do niej po chwili dołączyła. Okazała się nieść też trochę słodyczy. Słodycz wzrosła znacząco, przedstawiając się jako jasny, wielokwiatowy miód.

Z maślanością związał się delikatny motyw orzechów. Powiedziałabym, że naturalnie słodkich orzechów laskowych i młodych, jasnych orzechów włoskich pozbawionych skórek i goryczki. Orzechy zaczęły przechodzić w łagodnie orzechowy krem na bazie serka śmietankowego do tortu / babeczek.

Słodycz przestała rosnąc, zajmując poziom dość wysoki. Zmienił się jej wydźwięk, miód zmieszał się bowiem z pewnym... orzeźwieniem? Miętą? Wyobraziłam sobie napar ze słodkiej, łagodnej mięty, posłodzony miodem. Mięty łagodniejszej, zielonej... Może z dolatującym z oddali eukaliptusem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyłoniła się subtelna gorzkość o wyraźnie palonym charakterze. Przypominała kawę, ale taką załagodzoną: ze sporą ilością pełnego mleka, kawę czekoladową... Nie za mocną, w ogóle to nie za mocno kawową, choć z palonością ziaren, z jakich ją zrobiono.

W tle znów zarejestrowałam soczyście-cierpkawy kwasek chyba pomarańczy (?), tym razem podejmujący niezbyt udaną próbę przebicia się...

Krem orzechowy zaczął robić się coraz mniej wyraźny, stając się słodkim kremem "możliwe, że kawowym", ale jasnym i słodkim. Osiadł na kakaowym, nieco bardziej gorzkim cieście kakaowym.

Gorzkość, mimo że delikatna, podkreśliła odrobinę owocowej cierpkości. Odnotowałam słodko-cierpkawą pomarańczę z domieszką... cierpkawych, ciemnych owoców leśnych?

Wróciła maślaność, która odciągnęła uwagę od owocowego echa, a nakierowała ją na wspomniane już ciasto z kremem.

Czekoladowe ciasto z cynamonem? Czekoladowy piernik? Końcówka zrobiła się bardziej korzenna, choć wciąż słodko-maślana. Miętowy napar, już bardziej pewna ziołowość, też wpisała się w korzenność. Była to korzenność słodka, trochę przyozdobiona kwiatami. Pomyślałam o cieście piernikowym z cienką warstwą dżemu pomarańczowego, może wręcz trochę nijako marmoladowego.

Po zjedzeniu został posmak maślany, łagodny, ciastowo-kremowy. Czuć tu korzenne ciasto kakaowo-czekoladowe z warstwą śmietankową jakiegoś kremu. Możliwe, że kawowo-orzechowego, ale na pewno słodkiego i tłustego. Wszystko to wieńczyła pewna rześkość ni ziół, ni kwiatów oraz nienachalna nutka pomarańczy.

Czekolada wyszła całkiem w porządku, ale nieporywająco. Wyczuwalne w niej nuty wszystkie były smaczne, ale miały zbyt łagodny, niecharakterny i wręcz nudny charakter. Całość była bardzo, bardzo łagodna i maślana. Gorzkości w niej czułam niedosyt. Krem serkowo-śmietankowy orzechowy, potem bardziej kawowy, czekoladowa kawa mokka, ciasto kakaowe z korzenną nutką były przyjemne, ale brakowało im charakteru. Sporo kwiatów, miodu, mięty zaparzonej z miodem z echem owoców leśnych i pomarańczy próbowało to urozmaicić, ale wszystko to za bardzo uczepiło się łagodności, maślaności i słodyczy. W dodatku nie pasowała mi tłusta konsystencja. Acz gdyby smak był boski, można by na nią przymknąć oko.

Krem orzechowo-czekoladowy, cookie dough, drzewa, pomarańcze i mandarynki, trochę kawy, dżem i nalewka, lukrecja i zioła A. Morin Venezuela Puerto Cabello noir 70 % w pewnym sensie kojarzyły się z nutami dziś prezentowanej, która choć też nie była mocno gorzka, nie kwaśna a soczysta, smakowała znacznie lepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Składniki: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

czwartek, 6 sierpnia 2026

Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane mleczna z kremem mlecznym i ciastkami kakaowymi

Odkąd dostałam te czekoladki od ojca, nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić. Nie łudziłam się, że będą smaczne, więc było mi przykro, że dają logo HP na czymś takim. W dodatku żałowałam, że trafiły do mnie teraz, kiedy ogólnie nie lubię już takich słodyczy, a nie parę lat temu, kiedy cieszyły mnie takie klimaty i kiedy lubiłam ówczesną nowość, Milkę Oreo 100 g (2015), a która po paru latach (w 2018) się zepsuła.
Szkoda było mi poświęcać na ten twór dnia w domu, który mogłabym przeznaczyć na pyszną czekoladę degustacyjną. W góry? Właśnie że w górach czekolady nadziewane się nie sprawdzają. Uważam je za delikatne, boję się, że się rozcisną, latem popłyną. Jako że była zima, to ostatnie odpadało. I dlatego też zaczęłam rozważać, czy by nie zabrać tych czekoladek w góry. W końcu uznałam, że mogę zrobić wyjątek. Może nawet miałam się na trochę w nie wciągnąć sentymentalnie? Na jakiś krótszy szlak, nawet gdyby miały być porażką, nie powinno to być problemem. Stanęło na tym, że czekolada ruszyła ze mną w Beskid Sądecki, z Barcic przez Pod Garbem na Makowicę. Jako że to zalesiony szczyt bez widoków, opakowanie otworzyłam parędziesiąt metrów za szczytem, na polance, z której jakieś szczyty w oddali, za chmurami było widać.


Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem z kakaowymi ciasteczkami, w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 8 sztuk po 25g.

Po otwarciu rozszedł się nieprzyjemnie plastikowy i cukrowo słodki, a zarazem mocno mleczny zapach, który od razu kojarzył się z czekoladkami dla dzieci, w których pod przesłodzoną czekoladą kryje się równie przesłodzone nadzienie mleczne. Takie, w którym jest za dużo waniliny. Gdy wąchałam spód, mogłam z łatwością stwierdzić też obecność mleka w proszku. Kakaowe ciastka prawie się ukrywały. Czegoś można było się doszukać, skupiając się na wąchaniu spodu, a po przełamaniu ewidentnie lekko zaznaczały swoją obecność.

Oddzielnie pakowane w papierki czekoladki były o wiele cieńsze i szersze niż czekoladki Kinder Chocolate, ale zbliżonej długości.
Zdziwiła mnie skąpa ilość jasnej czekolady mlecznej na spodzie. Tam aż przebijało się mleczne nadzienie z ciasteczkami.
W dotyku czekoladki zdradzały tłustość, plastikowość i wydawały się delikatne. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną topić się w palcach. Przy łamaniu nie trzaskały, gdyż były wręcz miękkawe. Mimo to sprawiały wrażenie nieco... kruchych?
Nadzienie stanowiło dość grubą warstwę względem bardzo cienkiej czekolady. Urozmaicały je małe, średnie i całkiem spore kawałki kakaowych ciastek. Jak potwierdziło się w trakcie jedzenia, dodano ich mało i to głównie w wypukłych żabach (tam osiadły średniej i sporej wielkości kawałki). Zdarzało się sporo kęsów bez nich lub z malutkimi ciasteczkami (wokół żabek).
W ustach czekolada rozpływała się niby sprawnie, ale jakby trochę ociągając się. Była mazista i trochę oleiście-kremowo tłusta. Miękła w zasadzie natychmiast i zaraz ujawniała wnętrze.
Krem rozpływał się spójnie z czekoladą. Miękł jeszcze bardziej i łatwiej od niej, wykazując też znacznie silniejszą, jeszcze bardziej oleista tłustość. Był idealnie gładki (nie licząc kawałków ciastek).
Tłustość trochę przełamywały kawałki ciastek, które wyłaniały się z czasem. Ciastka wystąpiły w formie małych i średnich kawałków. Dodano ich nie za wiele, raczej średnią ilość, miejscami zaś mało, dosłownie pojedyncze kawałeczki. Początkowo krótko były twarde i suche. Poniekąd nasiąkały i rozpuszczały się, ale całkiem sporo zostawało ich też na koniec.
Gryzione wcześniej były bardziej chrupiące, konkretne, ale nie bardzo twarde.
Ja wolałam zostawiać ciastka na koniec. Wtedy były nieco delikatniejsze, wciąż trochę rzężąco-chrupiące, ale zarazem pod naporem zębów rozchodzące się na ciasteczkowy pyłek.

W smaku czekolada najpierw uderzyła przede wszystkim plastikiem, a zaraz jeszcze cukrową, wysoką słodyczą. Wraz z plastikiem utworzyły dominujący, mocny, zgrany duet. Plastikowy motyw podkręcała pobrzmiewająca wanilina.

Po chwili ruszyło też wyraziste mleko, które prawie doścignęło słodki plastik. Musiało się jednak jakoś podzielić miejscem ze słodyczą i plastikową nutą, więc nie udało mu się z nimi wygrać. A one bardzo szybko w dodatku aż drapały w gardle.

Czekolada spróbowana osobno okazała się nie dość, że okrutnie przesłodzona, to też plastikowa w stopniu wręcz przerażającym, czyli to nadzienie tak podkreślało mleko.

Czasem kakaowe ciastka dość szybko zaznaczały swoją obecność lekką cierpkością.

Motyw mleka rozkręciło nadzienie. Wydawało się wręcz śmietankowe, mimo że zaraz i ono okazało się przesadnie, męcząco przesłodzone. Okazało się jeszcze bardziej niż czekolada wanilinowe, a jednak... trochę rozgoniło plastikowy wydźwięk. Przybrało wręcz uroczy wydźwięk, typowy dla czekoladek dla dzieci.

Nadzienie spróbowane osobno natychmiast zaczynało drapać w gardle, zasładzając zupełnie. Wtedy też wyraźnie czułam motyw słodzonego mleka skondensowanego z tubki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem również, jak czekolada, zaczął wydawać się coraz bardziej tani, ale nie jakoś tragicznie. Zahaczał bowiem także trochę o przecukrzone mleczko z tubki. Wtedy jednak ciastka odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie musiałam ich rozgryźć, by je poczuć. Wplotły delikatnie cierpki, trochę przypalony motyw.

Ogólnie kakaowe ciastka troch odciągały uwagę od cukrowości i tandety. Te jednak, choć przygłuszone, nie dawały o sobie zapomnieć.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady i kremu, nie wyszły szczególnie wyraźniej. Brakowało im siły przebicia, acz czuć ich kakaowo-przypalony smak.

Im jednak kremu i czekolady było mniej, ciastka wyłaniały się coraz bardziej, znaczyły coraz więcej i więcej. Rozbijały porażającą słodycz.

Gdy gryzłam ciastka, już trochę porozpuszczane, więc w zasadzie ciastka przechodzące w ciasteczkowy pyłek, na koniec okazały się bardziej wyraziste. One także były słodkie, nie jednak mocno. Dominowała w nich gorzkość kakao i przypalenia. Czasem przemykała mi w nich delikatna jakby słonawość. W ciemno powiedziałabym, że to nie Oreo, a coś bardziej... idącego w stronę oreowatych chrupek zbożowych?

Po zjedzeniu został posmak goryczkowatych, przypalonych ciastek z czarnym kakao oraz przesłodzenie w tanim stylu. Dusznego cukru i jakby mlecznie naaromatyzowanego plastiku. Czułam przesłodzenie w dużej mierze na poziomie gardła, w ustach trochę odpuściło dzięki ciastkom. Na ustach zaś czułam otłuszczenie.

Czekoladki były niskiej jakości, gdy chodzi o samą czekoladę i nadzienie. Plastikowa taniość i przecukrzenie wyszły tak, że w moim odczuciu bez sensu to jeść. Jedyne co, to ciastka okazały się przyjemnie i wyraźnie je czuć, acz też nie były idealne. Takie... jakby to były ciastka a'la Oreo zalatujące chrupkami zbożowymi. Plus, że nie miały problemy z przebiciem się przez bazę swym goryczkowatym, kakaowym smakiem. I tak jednak nie pomogło to w odbiorze. Ciastek było o wiele za mało - szkoda, że zatopiono je głównie po środku, w miejscu żabek i sporo kęsów było bez nich.

Zjadłam prawie jedną czekoladkę (w górach i trochę w domu) i to było moje maksimum. Zasłodziła i zatłuściła mnie kompletnie.

Mimo swej taniości, całość wyszła lepiej od Milki 100 g wersji od 2018 ze względu na wyraźnie wyczuwalne kakaowe ciastka a'la Oreo i mocno mleczny smak nadzienia, za czym pewnie stoi więcej mleka w składzie.
Niestety jej plastikowość i za mała ilość ciastek nie pozwoliły mi na wystawienie wyższej oceny. W zasadzie to przeciętne słodycze, ale uznałam, że muszę tę - powiedzmy czekoladę w formie czekoladek - jakoś wyróżnić, że jest lepsza od Milki. Myślę więc, że u fanów Milki Oreo ma większe szanse niż u mnie. Mnie trochę trudno to ocenić, bo zwyczajnie nie jestem grupą docelową. Obecnie nie lubię słodkich nadziewańców, a czekoladki dla dzieci tym bardziej mnie nie kręcą.

Resztę oddałam Mamie. Jej czekoladki bardzo smakowały. Dawno temu w 2015, jak ja, lubiła Milkę Oreo. O dziś prezentowanej powiedziała: "Taka zwykła, bardzo smaczna czekolada. Mocno mleczna, dużo jeszcze bardziej mlecznego nadzienia, a ciastka czuć wyraźnie. Mnie nie przeszkadzało, że nie dodano ich więcej, bo nie lubię Oreo, a te to powiedziałabym, że właśnie Oreo. Czekoladki słodkie, zwykłe, ale ja nie powiedziałabym, że jakieś tanie czy plastikowe. Ja bym im dała więcej niż 6".


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 12 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej kokosowy, olej z palmy kernel, palmowy w zmiennych proporcjach), odtłuszczone mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek 8,4% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku 0,9%: kakao, regulator kwasowości węglany sodu, węglany potasu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromaty), pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Cokoladovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80 % ciemna z Peru

Po paru tabliczkach czeską markę Cokoladovna Lana uznałam za jak najbardziej w porządku. Po kolejną ich tabliczkę sięgnęłam, przeczuwając coś smacznego, ale... przewidywalnego? Obstawiałam, że będzie to typowy peruwiański smak i przyjemna moc kakao. Właśnie na to miałam ochotę.
Gdy chodzi o jej opakowanie, jak to się mówi, nie wiedziałam, z czym to zjeść. 150. rocznica Gymnazium Trebic, czyli szkoły z miasta Trebic, gdzie też mieści się firma Cokoladovna Lana. Aby to uczcić, twórca marki, który jest absolwentem tej szkoły, uznał, że zrobi edycję limitowaną. Taka czekolada, o tej zawartości kakao z Peru, pojawiła się więc w ofercie tylko na jakiś czas. Od razu więc moja radość z niej jeszcze wzrosła!

Čokoládovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru; edycja limitowana.

Po otwarciu rozszedł się zaskakująco łagodny zapach głównie delikatnych, drobnych kwiatów, którym towarzyszył nie za słodki, ale niewątpliwie krówkowy budyń. W nim zaanonsowała swą obecność maślaność, choć jeszcze nie było jasne, czy będzie bardzo wszystko łagodzić. Dopiero za nimi zaznaczyło się trochę rozgrzanej ziemi, żwiru i leciuteńki kwasek moreli. Nawet trudno było dookreślić, czy świeżych-surowych, czy suszonych.

Bardzo ciemna tabliczka wydawała się konkretna, mimo że na dotyk zdradzała kremowość. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, ale dosadnie niczym gałęzie, które nie chcą się łamać.
W ustach rozpływała się faktycznie bardzo kremowo, w tempie leniwie powolnym, początkowo niezbyt chętnie, ale potem bardzo ochoczo. Przemknęła mi w niej znikoma pylistość, jednak później zrobiło się gładko. Czekolada dała się poznać jako maślano tłusta i wręcz ciężkawa. Ze względu na wysoką gęstość, zachowywała kształt dość długo, ale nie szczędziła też mazistych smug. Nimi konkretnie pokrywała podniebienie, po czym łatwo odpuszczała, dodając jeszcze trochę cierpkiej soczystości.

W smaku przywitała mnie bardzo łagodna słodycz kwiatów i krówek. Choć była niska, jednoznaczność krówkowego klimatu aż mnie zaskoczył. Już po chwili jednak zaczęły nabierać bardziej karmelowego wydźwięku, bardziej... palonego po prostu.

Zza słodyczy jakby chciał się wyrwać leciutki, niedookreślony kwasek... Owocowy, niby cytrusowy, ale nie zupełnie... zatlił się i zniknął.

Cały czas w krówkach i potem karmelu - karmelu kakaowym? - czuć za to wyraźnie maślaność. Zarówno one ją zawierały, jak i zaraz pojawiło się obok całkiem sporo maślaności, zapowiadającej łagodną, spokojną kompozycję. Kwiaty zaś prawie zniknęły.

Nagle rozbrzmiał dym., Gorzki, cierpki i wprowadzający poważniejsze motywy żwiru i skał, które podkręcała paloność. Skał rozgrzanych i... trochę gorącej ziemi? Sporo goryczki się od nich rozeszło. Nadały całości poważniejszego, dosadnego wydźwięku.

Wystraszona tym maślaność zmieniła się w nieokreślone, ale niewątpliwie pieczone orzechy. Jej łagodność... próbowała się utrzymać i poszła w bardziej budyniowym kierunku. Choć najpierw jeszcze trochę pobrzmiewała krówko-karmelowość, więc powiedziałabym, że mógł to być budyń palono karmelowy, potem nasilała się też palono-pieczona orzechowość. Tak, budyń zrobił się orzechowy, ewentualnie kakaowo-orzechowy.

W tym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza żwiru i skał wyłonił się kwasek... cytryny? Mieszanki cytryny i moreli, które trochę rozmywała kwiatowa mgiełka. Trzymały się z tyłu, choć zerkały zazdrośnie i na pierwszy plan.

Dym, żwir i skały przeszły w bardziej ziemisty motyw. Rozgrzana ziemia przechwyciła poważniejsze, gorzkie motywy, cały czas pilnując, by były silne (acz ze względu na maślaność i orzechowość, niesiekierowe).

W orzechowym wątku też przemknęła goryczka, sugerując orzechy włoskie... Lecz nie jako same orzechy, a bardziej biszkopt orzechowy, ze zmielonych pieczonych orzechów włoskich i... wiórków kokosowych. Biszkopt przełożony budyniowym kremem? Biszkopt, jedzony w starej, zakurzonej bibliotece, pełnej starych ksiąg. Czyżby pobrzmiewał tam też motyw drewna?

Przez moment pomyślałam jeszcze o orzechowym biszkopcie z suszonymi, słodkimi morelami, ale... kwasek nieco wzrósł. A ze wzrostem owoce zyskały żywszy wydźwięk. Nie jednak jednoznaczność, bo morele mieszały się z cytrynami, tworząc motyw po prostu żółtych owoców. Taki delikatny, że z łatwością zanikający. Raz po raz przemykało mi tam jednak jeszcze coś... bardziej czerwono owocowego, dżemowego... Niby kwaśnego, ale niezupełnie, jak mocno dosłodzony dżem z rabarbaru? Owocowy motyw przysłoniły trochę... delikatniusie, drobne kwiaty? Kwiaty i więcej wiórków kokosowych.

Osłabienie owoców wykorzystała maślaność i karmelowo-krówkowy wątek. Maślaność przygłuszyła z zaskakującą łatwością silną gorzkość, robiąc miejsce pod wizję krówkowo-karmelowego budyniu i mocno maślanych, nieprzesłodzonych (aż nierealistycznie) krówek.

Po zjedzeniu został posmak odrobiny skał, ziemi, żwiru i cierpkawego dymu, mocno złagodzonych maślanością. Z nią wiązał się łagodny karmel, prawie krówka, acz... na tym etapie już bardziej karmel. Goryczkę i paloność nakręcały pieczone orzechy włoskie i chyba echo starych książek. W całości zaplątały się jakby zagubione kwaskawe żółte, niedookreślone owoce i bardzo słodki dżem rabarbarowy.

Czekolada zaskoczyła mnie, bo wbrew przewidywaniom wyszła bardzo mało peruwiańsko. Kwiaty, maślane karmelo-krówki, budyń karmelowy, potem orzechowy, orzechy włoskie i orzechowy biszkopt z drobnymi akcentami cytryn i moreli za nic nie skojarzyłabym z Peru. Jedynie dym, żwir i ziemie, ale... mimo że nie brakowało im mocy, stanowiły ledwie połowę kompozycji. Druga, maślana i łagodna, cały czas starała się je załagodzić. Wyszło to tak... jeszcze nie kontrastowo, ale z rozdźwiękiem, jakby czekolada sama nie mogła się zdecydować, czy chce być ciemną siekierą czy łagodną i spokojną. Trochę przeważało to drugie, że obstawiałabym raczej 75% niż 80%. Jak na 80% w dodatku z Peru była za łagodnie maślana, bym mogła wystawić jej więcej niż 8.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy