czwartek, 4 czerwca 2026

Ferrero Rocher 70 % Cocoa Hazelnut ciemna z nadzieniem kakaowo-orzechowym z kawałkami orzechów

Przy Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut, a także przy Lindt Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2019 (która w 2021 uległa zmianom na gorsze Lindt Creation Hazelnut de Luxe Dark 2021) swego czasu uwielbianej przeze mnie z małym ale" (za słodko!) myślałam sobie, że to wielka szkoda, że ich twórcy nie pokusili się na zrobienie czekolad o wyższej zawartości kakao. Gdy do sklepów trafiła dziś prezentowana, poczułam zarówno radość, jak i żal. Radość, że wreszcie nastąpiło spełnienie marzeń sprzed lat, a żal, że szkoda, że trochę nie w porę. Że nie wtedy, a teraz, kiedy to w zasadzie przeszły mi nadziewane czekolady i jakoś dla takich rzeczy znalazłam sobie alternatywę. A jednak i tak czekoladę postanowiłam zdobyć.

Ferrero Rocher 70% Cocoa Hazelnut to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao głównie Wybrzeża Kości Słoniowej i Ghany nadziewana kremem orzechowo-kakaowym (37%) i kawałkami orzechów laskowych.

Po otwarciu uderzył zapach wysokiej i dosadnej słodyczy o ciężkim charakterze, należącym do waniliny, aromatu waniliowego i cukru, a zarazem wyraźna cierpkość. Ta przybrała wydźwięk likieru kakaowego zrobionego na bazie kakao w proszku z lekką, duszno alkoholową naleciałością. Za tym wszystkim zaznaczyła się orzechowa nuta, ale przez sztucznawą i dosadną słodycz i ona miała w sobie coś ze sztuczności. Skojarzenie z Ferrero Rocher nie przybyło, już może bardziej z Rondnoir.

Tabliczka połączyła delikatność z masywnością. Choć w dotyku czuć tłustość, była twarda. Do tego dość krucha i łamiąca się trochę tak, jak jej się podobało, niekoniecznie po liniach. Zdarzyło się jej rozwalać, to znaczy np. wierzch czekolady odpadał od nadzienia zwłaszcza przy odgryzaniu kawałka. Była więc delikatna. Trzasku nie uświadczyłam, mimo że warstwa czekolady był gruba. Jedynie lekko pykała.
Nadziano ją sowicie, po całości, nie zaś każdą kostkę osobno. W wypukłościach kostek znajdowało się jeszcze więcej kremu i kawałków orzechów, czasem cała ich zbitka (choć nie wydaje mi się, by taka była zasada, że "wypukłość = kumulacja kawałków orzechów"). Ogólnie krem urozmaicało mnóstwo małych i średnich kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Była tłusta i mazista. Miała nieco śliskawo-polewowe zapędy. Okazała się średnio gęsta, dość kremowa i znacząco pylista. Na koniec łatwo rzedła. Po pewnym czasie ochoczo mieszała się z tłustym wnętrzem.
Krem szybko dał się poznać jako miękki i zaklejający. Połączył maślaność z oleistością. Dość długo starał się zachować zwartość, lecz duża ilość różnej wielkości kawałków laskowców trochę go rozrzedzała.
W kremie znalazło się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Chwilami kęs przybierał postać nutellowato miękko-tłustego zlepka orzechów. Wydawało się to aż trochę otłuszczać usta.
Z czasem jednak krem znikał, zostawało jeszcze trochę czekolady, a w końcu zniknęła i ona, zostawiając same orzechy.
Kawałki orzechów gryzłam gdy wszystko inne się już rozpuściło. W większości były średnio chrupiące, kilka trafiło się bardziej miękkawych. A gdy raz czy drugi pogryzłam je z ciekawości wcześniej, struktura była taka sama.

W smaku czekolada przywitała mnie silną słodyczą zestawioną z cierpkością, która prawie dotrzymywała jej kroku. Cierpkość aż zaskoczyła mnie dosadnością.

Słodycz przedstawiła się jako mieszanka waniliny, próbującej udawać wanilię, ale która do prawdziwej wanilii się nie zbliżyła, jedynie do aromatu. Cukier też się pokazał, z kolei dodając motyw cukru wanilinowego. Ogólnie słodycz czekolady stanęła na średnim poziomie.

W tym samym momencie cierpkość rozkręcała się. Wyszła silna, trochę palona i jednoznacznie kojarząca się z kakao w proszku o narastającym, tanim kwasku. Była jakby... niezgrabna. Gorzkość zbliżyła się do słodyczy, po czym zwolniła, jako że spod czekolady wyłaniało się nadzienie.

Orzechy laskowe z nadzienia odezwały się po jakimś czasie, bez pośpiechu. Podchwyciwszy sztuczny wydźwięk słodyczy, i one przywołały raczej aromat orzechowy. Krem podczepiał się pod motyw kakaowy, kierując go w łagodniejszą stronę. Kakaową cierpkość obudował maślano-margarynowym wątkiem. Był słodki, ale w nienachalny, a spokojny, bardziej zwyczajnie cukrowy sposób. Krem połączył słodycz i cierpkość w jedno. Jawił się jako bardzo kakałkowy, jak tanie gorące kakao i pralinki kakaowe, raczej Rondnoir. Złagodził czekoladę, podtrzymując jej kakaowość, nadał jej harmonii, a jednak i tchnął w kompozycję lekką nutkę orzechów laskowych. Na pewno jednak nie wiodącą.

Gdy spróbowałam trochę kremu osobno, był głównie słodko-kakałkowy, trochę tanio margarynowy. On też zalatywał waniliną, ale nie tak mocno jak czekolada. W kremie podporządkowała się cukrowi. Nieśmiało pobrzmiewał orzechami, ale raczej w sposób, jak smakowałoby tanie kakao "o smaku orzechowym". Trudno powiedzieć, czy cały ich smak wziął się od kawałków i przesiąknięcia, czy i krem miał sam w sobie być lekko orzechowy.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się bardzo kontrastowa: i bardzo tanio wanilinowo słodka, i cierpka w kakaowy sposób. Nie wydaje się, by przesiąkła jakoś szczególnie nadzieniem. Utwierdziłam się jednak, że to ono ją łagodziło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wraz z tym, jak orzechy porządnie zaczęły zaznaczać się na języku, orzechowa nuta nieco przybrała na sile. Niegryzione orzechy laskowe już było w miarę nieźle czuć, a dodatkowo nieco osłabiły słodycz, gorzkość zaś przestała wydawać się taka tania. Chyba nawet podkreśliły w niej gorzko palono-prażony akcent.

Kiedy z ciekawości pogryzłam orzechy obok czekolady, wydały mi się trochę nijaki, przygłuszone aromatem waniliowym, waniliną i tandetną cierpkością. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Z czasem nadzienie znikało szybciej, po nim czekolada wydawała się jeszcze bardziej niezgrabnie, chamsko gorzko-kwaśna jak najtańsze odtłuszczone kakao. Sztuczność słodyczy jednak trochę ogólnie osłabła. Ta trzymała się średniego poziomu, lecz o ciężkości nie zapomniała.

Gryzione na koniec orzechy laskowe okazały się o wiele bardziej wyraziste. Były mocno prażone, raczej słodkawe, jednak i przeprażona goryczka potrafiła się wśród nich zaplątać.

Po zjedzeniu został posmak waniliny, sztucznej wanilii i metalicznych, sztucznych orzechów laskowych, mieszających się z prażonymi i niewątpliwie naturalnymi orzechami. Wtórowała im cierpkość odtłuszczonego kakao. Czułam też tłuste, oleiście-margarynowe wykończenie, zarówno smakowe, jak i czysto fizyczne, osiadłe na ustach.

Czekolada rozczarowała mnie. Ferrero Rocher The Golden Experience Dark 55% Hazelnut była autentycznie smaczna, mimo że przesłodzona. Producent dodał jej trochę % kakao, jednak nie przełożyło się to na szlachetniejszy, poważniejszy smak. Miałam wrażenie, jakby do czekolady po prostu dosypano sporo taniego, tandetnego kakao w proszku. Przy nim kontrastowo zaznaczyła się sztuczna słodycz, tu - przy tej cierpkości - jakoś jeszcze bardziej nieporadna, a wanilinowość jeszcze bardziej dawała się we znaki i w smaku, i zapachu. A może... producent uznał, że jakoś trzeba tyle kakao osłodzić i dodał więcej waniliny? Szkoda, że zdecydował się dodać jeszcze mniej orzechów laskowych...
Po zjedzeniu większej ilości czekolada trochę przytłaczała, prawie mdliła. Pierwszego dnia spróbowałam 2 kostki, potem próbowałam dojeść resztę i ostatnie 4 kostki mnie zmęczyły i powędrowały do Mamy. Ta czekolada była bowiem dość... przytykająca i męcząca.

Wciąż jednak jawi się to jako słodycz lepsza od realnych Ferrero Rocher (recenzja z 2020)... Z tym, że... wcale tak mocno się z nimi ta wersja nie kojarzyła. Bardziej z Rondnoir, do których wpadły kawałki orzechów.
Podwójnie mnie ta czekolada zasmuciła. Że niesatysfakcjonująco smakowała to jedno, ale dwa... Naprawdę tkwił w niej potencjał. Gdyby nie ta nieprzyjemna wanilinowość, mogłaby być z tego całkiem przyjemna, kakaowa kompozycja z orzechami. Może nie szlachetna i głęboka, może nie jak Ferrero Rocher w tabliczce, ale smaczna. Wanilina podyktowała sztucznie-dosadny wydźwięk i ogół na tym ucierpiał. Fakt, że jak na mocno kakaową tabliczkę z nadzieniem orzechowym wciąż zasługuje na ocenę powyżej przeciętnej, ale mogło być lepiej.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej (ale sprawdziłam: w Lidlu kosztowała 9,99 zł za 90g)
kaloryczność: 608 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, olej palmowy, orzechy laskowe 10%, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 3,5%, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyna sojowa, wanilina

wtorek, 2 czerwca 2026

Zdrowa Sowa Czekolada 80 % Madagaskar ciemna

Tabliczki marki Beaty Pawlikowskiej, Zdrowa Sowa, bardziej przekonały mnie czyste niż z dodatkami. Stąd na dziś przedstawianą bardzo się cieszyłam. Nie dość, że zrobiona z kakao z regionu, za którym ostatnio zatęskniłam, to jeszcze cudowna zawartość kakao! Miałam nadzieję, że się nie przeliczę... acz coś mi podpowiadało, że nie.

Zdrowa Sowa Czekolada 80% Madagaskar to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Madagaskaru, z dystryktu Ambanja; marki Beaty Pawlikowskiej.

Po otwarciu uderzył splot cytryny i grejpfruta, obok intensywnie ziemistej wytrawności. Cierpkość połączyła cytrusy z czarną, wilgotną, może nieco zakwaszoną glebą. Skórka cytryny idealnie wpasowała się w wytrawniejszy wydźwięk. Kompozycja ogólnie opierała się na duecie kwaśności i gorzkości, zaś słodycz robiła za dodatek. Przedstawiła się jako trochę kwiatów i palony karmel. Trochę słodyczy zapuszczało się w kwaśność, przekładając się na wizję wędzonkowego bigosu z rodzynkami.

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała donośnie, w kruchy sposób. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się jednak gładko; średnio wolno, długo zachowując zbitość. Była maślana, ale nie za tłusta i bardzo soczysta. Mimo gęstości i kremowości, z czasem znikała łatwo - wszak usta jakby zalewały hektolitry soku. Nie przeszkodziło jej to w zostawieniu na koniec lekko suchego wrażenia.

W smaku przywitała mnie słodycz kwiatów i jakby słodkiej cytryny. Słodkiej w naturalny sposób, ze specyficzną kwaśnością, ale jednak słodkiej, której po chwili zaczęła towarzyszyć słodko-kwaśna pomarańcza. Zaraz cytrusy zaczęły trochę odchodzić od słodyczy i serwować coraz więcej kwaśności.

Kwiatów zbierało się coraz więcej i więcej, acz mimo nasilania się ich smaku, słodycz wcale tak mocno nie rosła. Leciutko, wręcz niepewnie badała grunt. Słodycz kwiatów wezwała na pomoc trochę karmelu. Karmelu ewidentnie palonego.

I ta właśnie paloność karmelu obudziła ogólnie bardziej palony motyw. Budował gorzkość i wytrawność, a pomogła mu delikatna wędzona nuta, która nagle wyłoniła się znikąd.

Gorzkość jakby chcąc nadrobić to, że to nie ona rozpoczęła występ, bardzo się nasiliła. Zaczęła dowodzić kompozycją. Przybrała wydźwięk wilgotnej, czarnej ziemi. Być może ziemi trochę zakwaszonej, z wpisaną w nią cierpką kwaśnością. Ogólnej cierpkości nie brakowało.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam dym, który także cytrusowość nakierował na cierpkość. Poczułam wyraźnie sporo świeżo startej skórki cytryny. Nagle doskoczył do niej grejpfrut. Kwaskawo-słodko-cierpki motyw okazał się jego konikiem i oto na długo, niemal do końca, w owocowej strefie grejpfrut wyraźnie dominował.

W tym czasie w tle osiadła wytrawność. Raz po raz przemknęła mi wędzonkowa nuta. Ogólnie i gorzko-ziemistemu motywowi nie brakowało wytrawności, ale ta... ta wydawała się nieco inna. Wędzonkowa? Po głowie chodziła mi kiszona kapusta, a dokładniej cały bigos o wędzonym charakterze ze... słodkimi rodzynkami. Tło bowiem należało do słodyczy i ta nie chciała za nic ustąpić.

Po tych przebłyskach karmel nieco się nasilił, nakierowując słodycz na zwyklejszy tor. Z czasem za słodycz odpowiadał głównie on, bo kwiaty zmieniły się wyraźnie w kwiaty pomarańczy i podczepiły się pod cytrusy.

W cytrusach słodycz jedynie się przewijała: trochę kwiatów, nawet jakaś pojedyncza mandarynka w pełni podlegały grejpfrutowi z cytryną i akcentem pomarańczy. Grejpfrut trochę zwolnił, by przemieszać się z innymi cytrusami.

Obok soczystej kwaśności ziemia z nieco dymnym wsparcie cały czas trzymała wysoki poziom, aż nagle pod koniec trochę się wycofała. Jej miejsce szybko starały się zająć słabo palone, trochę wręcz soczyście kwaskowe ziarna kawy i pojedyncze nibsy kakao.

Po zjedzeniu został posmak cytryny i grejpfruta (dokładnie w tej kolejności) jako kwaśno-cierpkawy, soczysty splot, zestawionych ze słodyczą kwiatów (pomarańczy?) i odrobinką karmelu, który jakby najchętniej stamtąd w ogóle uciekł. Czułam też wyraźny motyw ziemi i akcent wędzenia. Cierpkości ogólnie się nazbierało, że wyszła dość silna.

Czekolada była bardzo smaczna. Ta jej intensywna soczysta kwaśność cytryny i grejpfruta z dosadną ziemią, wspartą akcentami dymu i wędzonki zachwycała. Nieoczywiste sugestie bigosu, jakby naturalnie słodkiej cytryny, różne cytrusy i kwiaty, trochę bardziej kwaskawo kawowa końcówka tak poprzeplatały te główne, typowo madagaskarskie nuty, że w dodatku to bardzo interesująca czekolada. Konsystencja trochę tłusta i zbyt łatwo rzednąca, ale też na pewno nie zła. Gdyby rozpływała się wolniej, byłaby mocna 10.


ocena: 9,5/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład:  ziarna kakao, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 % cocoa ciemna z orzechami laskowymi

Nazbierało mi się za dużo czekolad z owocami w góry, więc pomyślałam, że na koniec sezonu przed zimą, dokupię coś pojedynczego, dostępnego w sklepach, by nie musieć zamawiać (zamawiając, wolę kupować po kilka czekolad, by przesyłka się opłaciła). Zakup zleciłam Mamie, prosząc o "jakąś ciemną z orzechami czy migdałami z Lidla".
Tę tabliczkę wzięłam ze sobą na trasę w Pieninach, kiedy w Tatrach padało dość sporo śniegu. Dokładniej na trasę ze Sromowców Niżnych, wokół Klasztornej Góry. Minęłam Czerwony Klasztor i poszłam czerwonym szlakiem przez Plasną w kierunku Przełęczy pod Tokarnią. Widziałam w internecie, że po drodze powinnam mijać Aksamitkę i punkt widokowy o tej nazwie. Górę minęłam i nadal znajdowałam się w środku lasu, więc zdążyłam już zwątpić, czy tam w ogóle coś jeszcze będzie widać. Wiedziona przeczuciem poszłam jednak jeszcze parę kroków i faktycznie, była mała wiata i tablica z nazwami szczytów. Piękne miejsce, które wyróżniłam czekoladą. Potem kawałek się wróciłam i przeszłam na zielony szlak do Leśnicy, a potem przez Targov i Hutę do drogi nad Dunajcem, a nią do miejsca startu. Bardzo przyjemna trasa.

Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 % cocoa to ciemna czekolada o zawartości 57% kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi, marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o słodkim charakterze na tle trochę cukrowo, ale wcale nie tak znowuż mocno, słodkiej czekolady. Czuć w niej gorzkość, acz też lekką, w dodatku o lekkim wydźwięku. Kojarzyła mi się trochę z syropem ze zwykłego kakao w proszku. Orzechy jednak skupiały większość uwagi, co wyszło całości na plus.

Tłusto-polewowa tabliczka była średnio twarda, a przy łamaniu trzaskała w kruchy sposób, w dużej mierze za sprawą orzechów. Tych nie pożałowano, ale rozmieszczono je nierówno, tak, że w niektórych kostkach było po kilka - za dużo - orzechów, a w innych w ogóle. Przy robieniu kęsa sama czekolada wydawała się trochę pyliście-skrzypiąca, choć jawnie nie skrzypiała.
W ustach czekolada rozpływała w średnim tempie, szybko i łatwo mięknąc. Trochę zalepiała i wykazywała za wysoką tłustość, kojarzącą się trochę ze śmietanką i czekoladami pełnomlecznymi. Była gładka i średnio gęsta.
Orzechy dość długo zostawały pokryte lepkawą, końcowo trochę tłusto-rzadką czekoladą. Gdy je gryzłam obok czekolady, ta wydawała się nieco bardziej ulepkowata. Orzechy za to zawsze były takie same. Dodano całe, dość duże sztuki pozbawione skórek. Na całą tabliczkę trafiły mi się też ze dwie połówki.
Orzechy zostawiałam więc na koniec. Przyjemnie, porządnie chrupały, jako że były w większości średnio twarde, parę trafiło się twardszych czy wyraźnie krucho-suchawych.

W smaku czekolada najpierw przedstawiła się jako gorzka w sposób łagodny, spokojny, ale wyraźny. Słodycz wkroczyła jeszcze delikatniej. Nie zdążyłam się zdziwić, a już podskoczyła. W jej cieniu osiadła wyraźna, choć niewysoka cierpkość zwykłego kakao.

W kęsach z orzechami czy w tych, w których tylko leciutko zahaczyłam o któregoś orzecha zębem, szybko zaznaczał się akcent orzechów laskowych. Przechodził na tyły, ale orzechowa mgiełka nie dawała o sobie zapomnieć. Czasami miałam wrażenie, że nawet w kęsach bez orzechów pewna orzechowość się kryła.

Pod delikatną cierpkość zaraz podpłynął splot masła i śmietanki. Zdawały się oplatać i starać się schować gorzkość, choć i one nie były bardzo silne.

Słodycz nadal rosła, gorzkość trzymała się średnio-niskiego poziomu dość długo. Słodycz zdradzała cukrowe pochodzenie i mieszając się z gorzkością, czasem nieśmiało sugerowała plastik. Nagle słodyczy zrobiło się bardzo dużo i zdominowała kompozycję.

Po paru chwilach niegryzione orzechy wkraczały nieco odważniej.
Gryzione obok czekolady były dość wyraźne, ale czekolada wtedy wchodziła w mocno plastikowy klimat. Choć nasilenie słodyczy wydawało się nieco niższe, sprawiała wrażenie bardziej dotkliwie cukrowej.
Sama czekolada bez orzechów wydawała się bardziej słodka, ale w soczysty sposób, i nieco bardziej tania, jako że ani trochę nie przesiąkła dodatkiem.

Tak czy inaczej mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość jeszcze osłabła, zaczęła pobrzmiewać jako delikatny, grillowano-palony akcent. Miał nieco orzechowo-drzewne zacięcie, lecz nie domagał. Słodycz za to wydawała się rozkręcać bez końca.  W kęsach bez orzechów zasładzała z łatwością. I zawsze jeszcze podkreśliła maślano-śmietankowy wydźwięk.

Za nią odnotowałam lekką soczystość. Gdy słodycz ciągle rosła, a miejsce gorzkości zaczęła przejmować maślana nuta, soczystość nieco się ustabilizowała. Miała w sobie coś cierpkiego, choć głównie podchwyciła słodycz. Bardzo odlegle przywodziła na myśl mieszankę dojrzałych, trochę wodnistych śliwek i niezbyt dojrzałych gruszek, ale nie utrzymały się do końca.

Słodycz męczyła, i choć po soczystości przybrała nieco rześkawy (nie tak czysto cukrowy) ton, była za wysoka - przeszkadzała zwłaszcza w kęsach bez orzechów, bo w nich czuć ją wyraźniej. W kesach z orzechami, niegryzionymi, orzechy nieco ją rozbijały. Na maślanej fali szalała w najlepsze i drapała w gardle.

Pomyślałam o gorącym kakao ze śmietanką, zasłodzonym syropem kakaowym albo zrobionym na bazie syropu (taki przepis znalazłam, szukając czegoś o Hershey's Syrup Genuine Chocolate Flavor tutaj: Hersheyland Hot Cocoa with HERSHEY'S Syrup).

Końcowo jednak podkradło się do niej trochę cierpkości. Takiej prostej, kakaowej, trochę jakby grillowanej, bardziej polewowej niż czekoladowej. I jakby poskromionej maślanym motywem. Do głowy przyszły mi duże czekoladowe pierniki (jak np. Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet), ale bez wyraźnie wyczuwalnej korzenności.

Orzechy gryzione na koniec chwaliły się średnio mocno prażonym smakiem o słodkim charakterze. Rozwijały swe skrzydła w pełni, były wyraziste i bardzo smaczne, a także zagłuszały motyw kiepskawej czekolady.

Po zjedzeniu został posmak lekko prażonych, słodkich orzechów laskowych, zmieszanych z palono-grillowaną cierpkością kakao w proszku i silną, dosadnie cukrową słodyczą. W zestawieniu z dobrymi orzechami, echo czekolady wydawało się tanie. W dodatku na języku czułam dziwną - polewową? - maślaność.

Tabliczkę odebrałam jako poprawną. Z wadami, średnio-kiepskawą bazą, ale za to pysznymi orzechami. Męcząco słodka, za tłusta, ale za to z soczystym akcentem czekolada miała grillowany charakter i była nieco zbyt maślana, jednak przy dobrych orzechach laskowych w miarę pracowała. W górach nieźle szła. W domu za bardzo zasładzała.

Poziom w sumie podobny do Munz Swiss Premium 60 % Cacao Bittersweet Chocolate with Whole Roasted Hazelnuts, bo choć dziś przedstawiana była nieprzeyjemnie tłustsza, to miała więcej orzechów.
Chateau Orzechowa / Nussbeisser Czekolada Deserowa z Całymi Orzechami Laskowymi choć o mniejszej zawartości kakao, nieporównywalnie lepiej się prezentowała i od dziś przedstawianej, i od Munz.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (w zasadzie Mama)
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, całe prażone orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny

piątek, 29 maja 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Papui Nowej Gwinei

Bardzo cieszę się, że gdy czekolady Meybony zawitały do Auchan, kupiłam wszystkie. Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao była ciekawa, choć nie usatysfakcjonowała mnie. Kupiłam ją bowiem do kremu do ciasta, a jej nuty w pierwszej chwili wydały mi się za specyficzne tak właśnie do czegoś. To jednak sugerowało, że ciemna wersja może być naprawdę warta uwagi.

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam złożony, rześkawy zapach, na który złożyło się trochę cierpkich ziół, kwaskowato-słodkich owoców i kwiatów, które niewątpliwie dopuściły do głosu sporo słodyczy. Mieszany się z wanilią, co stanęło jakby w opozycji do bardziej wytrawnego splotu ziół i przypraw. Te miały w sobie coś aptecznego i goryczkowo-ostrego. Chyba czułam rozmaryn oraz tymianek, kardamon, goździki i gałkę muszkatołową. Korzennie jednak nie było. Zioła wydawały się bardzo... roślinne? Co podchwyciła nutka kaszy, chyba pęczak. Wspomniane już owoce kojarzyły mi się z kwaskawo-słodkim duetem mango i brzoskwiń, przerobionych na soczysty, a zarazem lekko octowy relish, głównie mango relish. W nim wskazałabym obecność czerwonego octu winnego.

Tabliczka szczyciła się twardością i przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się gęsto i powoli. Przejawiała średnią tłustość, kojarzącą się z serkiem homogenizowanym, w którym z czasem pojawia się trochę wody. Z czasem woda mieszała się zaś z namiastką soczystości, a a na koniec serwowała pylisty efekt. Do tego lekko ściągała.

W smaku przywitała mnie słodycz wanilii. Za nią zaznaczyło się trochę cukru, słodycz wzrosła, ale trzymając się jednak waniliowego kontekstu.

W tle przemknęły zioła, lekko apteczna cierpkość i sporo rześkości, świeżości. W niej coś było... coś niemal niemożliwego do uchwycenia, coś trochę... ciężko-kwaskawo owocowego? Czerwono owocowego?

Słodycz w tym czasie zrobiła się dosadniejsza, przywodząc na myśl waniliowe toffi, miękkie i bardzo słodkie cukierki. Poprzez nie do kompozycji na sekundę czy dwie wkradł się lekko cukierkowy element. I on podkreślił owocowy akcent. Jednocześnie potencjalne cukrowe zapędy zyskały bardziej palony charakter. Słodycz szybko wzrosła znacząco, po czym zatrzymała się i na pewien czas nawet trochę cofnęła.

Polała się gorzkość. Ta ewidentnie wykazywała paloność, która umiejętnie wprowadziła do kompozycji wytrawność. Wytrawny motyw płynął z przypraw. Pomyślałam o rozmarynie i tymianku, wspartych nieco korzennymi wątkami chyba kardamonu, gałki muszkatołowej i goździków. Połączyły ostrawość, cierpkość też z pewną rześkością. Tego wszystkiego nie było jednak szczególnie dużo; kryły się w wyrazistej, dosadnej gorzkości na dość wysokim poziomie.

Cukrowo-cukierkowe akcenty podsunęły trochę kwasku, trochę owoców. Najpierw zakręciło się coś czerwono owocowego, a potem przez myśl przemknęło mi cukrowo-ciężkawe, wytrawniejsze mango relish. Takie z odrobiną czerwono winnego octu balsamicznego, z przyprawami. Duszone owoce trochę egzotyczne mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w nieoczywisty sposób zaadoptowały rześkość. Była to jakby... ciężka rześkość?

Zioła i przyprawy, mieszając się z paloną nutą, przełożyły się na myśl o wytrawnym wypieku, chyba m.in. z ciastem francuskim, trochę maślanym... Do głowy przyszedł mi podwędzany twaróg z ziołami i chyba podpieczony... A podany z żurawiną?

Do owoców dołączyło trochę więcej kwasku ewidentnie  czerwonych owoców. Jakby czerwone owoce podsyciły owocowość relish, wciąż z octem winnym. W tym znalazł się teraz już duet mango i... brzoskwini? Która nieśmiało się pokazała, razem jednak z mango roztoczyła więcej rześkości, egzotyki.

Swoistą rześkość poczułam też w tle jako... roślinność? I do niej też zawitała lekka goryczka, w jaką idą niektóre kasze. Ogólna gorzkość bowiem trochę złagodniała.

Słodycz w tym czasie pozostawała nieco wycofana, acz nagle pozwoliła sobie na więcej. Wanilia nie dała o sobie zapomnieć, ale pikanteria ziół zasugerowała też trochę miód. Jakiś dziwny sos miodowo-malinowy, miód przemieszany z malinami, że zrobił się gęsty i czerwony...? Albo to kleisto-szkliste nadziewane cukierki owocowo-ziołowe prosto z apteki, które trochę drapią ostrawą słodyczą?

Roślinność udało mi się dookreślić jako kasza np. pęczak ugotowana na wodzie. Kasza z... orzechami? I suszoną żurawiną? Kasza prażona, palona... i robiąca aluzje do drewna? Nagle w wyobraźni przeniosłam się do wilgotnego, mokrego po kilkudniowych opadach, lasu.

Słodycz podpięła się pod ten nieco wręcz wodnisty wątek, przywodząc na myśl waniliowy ryż lub kaszę, ugotowane na wodzie, ale posłodzony. Z ochotą przemieszało się to z maślanością z pieczonej strefy, bardzo łagodząc kompozycję. Słodycz przybrała za to postać kwiatów, godząc wanilię i miód, a także kryjąc je w sobie. Kwiaty musiały też kwitnąc we wspomnianym lesie. Słodycz przechwyciła nieco piekący element ziół i przypraw.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkiej, trochę winnie octowej, trochę jak ziołowe cukierki mieszanki mango i czerwonych owoców, mieszających się z rześkimi, słodkimi kwiatami. Kwiaty miały w sobie sporo rześkości, wręcz wody. To wiązało się też z motywem kaszy na wodzie oraz mokrego lasu, drzew. Cierpkość, goryczka i trochę ziół zajęły miejsce w tle, razem z maślanym, wędzono-pieczonym twarogiem.

Czekolada była nie tylko bardzo dobra, ale też ciekawa, przy czym region da się rozpoznać. Wyraziście cierpko-gorzkawa za sprawą ziół i przypraw (rozmaryn, tymianek, korzenne i trochę aptecznych wątków), ale też bardzo słodka od wanilii, wręcz waniliowego toffi i ziołowych cukierków czy kwiatów. Nie brakowało w niej owoców, ale w formie wytrawniejszego relish (mango), czerwono owocowej nuty przechodzącej w ocet winny czy żurawiny do wędzono-pieczonego... czegoś. Ciasto-twarogu na wytrawnie. Trochę kasz, mokrego lasu przełożyły się na bardzo roślinny wydźwięk. I nawet lekka wodnistość bardzo nie przeszkadzała, jak w wersji mlecznej ta dziwna roślinność nie pasowała. Zastanawiam się, czy gdyby ująć jej sporo wanilii, byłoby lepiej (zakładam, że tak), czy to właśnie wanilia tak ciekawie pewne nuty pokierowała i podkreśliła.

Nieoczywiste czerwone owoce, trochę kwasku, trochę naprawdę dosadnej słodyczy, pikanteria  kojarzyły mi się z MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 %. Podlinkowana zawarła w sobie jeszcze bananowo-maślany wypiek, dzisiaj przedstawiana wypiek i słodycz waniliową niby rozdzieliła, ale w pewnym sensie i to było jakoś podobne.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

czwartek, 28 maja 2026

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao mleczna z Papui Nowej Gwinei

Gdy jesień się rozkręcała, zatęskniłam za moim ciastem pomarańczowym z kremem z mleczną czekoladą (więcej pisałam o nim na instagramie), więc uznałam, że to odpowiedni moment na dziś przedstawianą czekoladę. Po Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao wiedziałam bowiem, że czekolada mleczna tej marki bardzo dobrze sprawdza się w kremach.

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao to mleczna czekolada o zawartości 45% (tłuszcz + miazga) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu rozszedł się silny, słodki zapach wanilii i domowego toffi, przeplecionych pełnym mlekiem i masłem. Wydawały się naturalne, wiejskie i tworzyły sielski klimat. Toffi było to bardzo, bardzo mleczne - może amerykańskie fudge (masa z mleka skondensowanego) w wariancie toffi? Do tego w tle przewinęła się jakby świeższa, subtelna roślinność. Zapach jednak sugerował dość ciężkie przesłodzenie. Szlachetne, owszem, ale przesłodzenie.

W dotyku tabliczka zdradzała tłustość i kremowość. Mimo to, nie była miękka. Wydawała z siebie coś na kształt trzasku, może bardziej pyknięcia podczas łamania. Trochę - minimalnie - się przy tym kruszyła.
W ustach rozpływała się średnio szybko, eksponując tłustość pełnego mleka i masła. Była miękka, niemal śliska i niesamowicie gładka. Jej kremowość osiągnęła niecodzienny, zjawiskowo wysoki poziom. Zmieniała się w lepki krem, końcowo zostawiając lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza rozbrzmiała średnio wysoka, acz intensywna słodycz wanilii. Zaraz za nią mknęło mleko. Aż się rwało, by zająć pierwszy plan, więc bez trudu zrównało się ze słodyczą.

Ta jednak nie czekała i też jeszcze wzrosła. Była mocno waniliowa, poniekąd przemieszana z mlekiem niczym tłuste mleko waniliowe. Wanilia podyktowała słodyczy szlachetność, tłuste mleko zaś zbudowało sielski, wiejski klimat.

Pomyślałam o wiejskim maśle i wiejskim, tłustym mleku, a także o zrobionym z nich domowym toffi.

Pod wanilię w tym czasie podkradła się lekko roślinna nutka. Zboże? Jeszcze świeższe, rosnące, nie zaś ścięte. Prawie... akcent drzew? Acz niekoniecznie. To była bardzo delikatniutka nutka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się trochę za słodko. Zbierało się też coraz więcej mleka, co sprawiło, że mleczno-maślane toffi zmieniła się w amerykańską masę fudge z mleka skondensowanego. Niewykluczone, że w wariancie toffi, leciutko palonym. Masa fudge-toffi, sowicie posłodzona wanilią, o! Ta bowiem wróciła wyraźniej.

Palony akcent toffi wydobył z oddali sugestię kakao. Na pewno nie gorzkość, ale jego lekką, wytrawniejszą cierpkawość. Przypomniało o motywie nieco bardziej roślinnym. Jak mleko roślinne? I zboża, trawy, skąpane w słońcu.

W świeżości roślin chyba raz po raz przemknęła mi ledwo uchwytna... Świeżość? Soczystość...? Trochę jak ciasto-placek z czerwonymi owocami, robiącymi aluzje do kwasku czy cierpkości, ale bez realnej kwaśności czy cierpkości. Pojawiły się dosłownie w chwili znikania kęsa. A do tego echo wodnistości napoju roślinnego?

Po zjedzeniu został posmak mleka i masła - dokładnie w tej kolejności - układających się w toffi i fudge w wariancie sowicie posłodzonym szlachetną wanilią. Do tego pobrzmiewał leciuteńki, roślinny akcent wegańskiego napoju zamiennika mleka i zbóż. Czułam lekkie przesłodzenie i drapanie w gardle.

Czekolada była bardzo smaczna, bo bardzo, bardzo szlachetna, mimo wysokiej słodyczy. Nie czuć cukrowości, a wanilię, domowe toffi bardzo mleczne, mleczne "fudge", i potem znów więcej wanilii. Mieszało się to wszystko z ogromem naturalnego mleka i masła, odpowiadających za sielski wydźwięk. Leciutka roślinność próbowała wpleść lekką świeżość, która na sam koniec zahaczyła o owoce. Ona jakoś tak... niezbyt pasowała do słodziakowej kompozycji. I chyba na zasadzie kontrastu sprawiała wrażenie, że słodycz wydawała się przesadzona.

Leciuteńka roślinność oraz bardziej mleczny wydźwięk masy fudge różni ją od nieco bardziej jakby kakaowo-orzechowawej, bardziej krówkowo-toffi Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao. Dziś przedstawiana jakoś łatwiej zasładzała - może przez to, że słodycz przeplotła ta roślinność, w smaku jakby bardziej "żadna" w momencie gdy w podlinkowanej jednak jakby ciutkę więcej czuć kakao? Co jest dziwne, bo zawiera ona o 1% mniej miazgi kakaowej od dziś prezentowanej. Liczę, że w kremie do ciasta te mankamenty się ukryją.

Ogólnie jednak były dość podobne, na pewno podobnej jakości - dobrze, że zostawiłam sobie odrobinkę tamtej do porównania!

Jak napisałam we wstępie, czekolady mleczne są mi potrzebne do kremu do ciasta pomarańczowego.
Trochę się bałam, czy te wodniście-roślinne nuty nie będą przebijać w moim kremie czekoladowym, ale na szczęście nie. Niestety jednak stało się coś innego. Jak zawsze dodałam do niego kakao i... z tą czekoladą za bardzo wysuwało się na przód. Krem wyszedł bardziej kakaowo-serkowo-maślano. Aby to jakoś wyrównać, dodałam mleko - słodkie, bo bez laktozy - nie żałując go. Dopiero to nakierowało kompozycję na bardziej mleczno czekoladowe tory. Stąd wniosek, że w czymś ta czekolada jest bardzo uległa, więc nie do wszystkiego się nadaje. Nie, że się nie nadaje, ale jest mało wyrazista i to trzeba brać pod uwagę.
Pod względem struktury w kremie była... grzeczna. Ładnie, porządnie rozpuściła się z masłem, tworząc gęstą masę, a potem to było łatwo zmiksować z serkiem i kakao, dzięki czemu powstał gęsty krem. Jako że czekolada znacząco zastygła, był masywnie gęsty.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne 22%, miazga kakaowa 22%, lecytyna sojowa, wanilia Bourbon

wtorek, 26 maja 2026

Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Czekolady z kakao z Haiti nie trafiają się za często. Po zjedzeniu paru wiem, że nie jest to mój ulubiony region, ale zwłaszcza w wykonaniu kochanego Beskidu, ciekawił. Swoją tabliczkę stworzyli z kakao uprawianego w ramach projektu PISA. zapewnia on transparentność cen, stabilność rynku i eliminuje ryzyko dla rolników, wspierając ich w dostępie do rynku wysokiej jakości. Uprawy te prowadzone są w „kreolskich ogrodach” w zgodzie z naturą, wspierając bioróżnorodność i reforestację Haiti.


Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Haiti.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach wanilii, która mieszała się z ciężkawo-słodkimi białymi kwiatami - liliami ogrodowymi? - oraz nieco bardziej soczystą nutką borówek amerykańskich. Dominowały właśnie te słodkie amerykańskie, acz podkradał się pod nie... nieco charaktaerniejszy owocowy motyw. Nie jednak zupełnie jakiś kwaśny czy cierpki - powiedziałabym, że wiśniowej tarty. Takiej sowicie dosłodzonej gdy chodzi o wiśnie, w której bardzo ważną  rolę odgrywa kruchy, niemal niesłodki dla odmiany, spód. Obok zaplątał się motyw drzew i trochę jakby wypieczono preclowo-obwarzankowy. Mimo to, to słodycz rządziła. Oprócz wanilii jako samej w sobie, miała w sobie też sporo z lodów waniliowo-ciasteczkowych.

Tabliczka w dotyku obiecywała masywność, a przy łamaniu była twarda, toteż głośno trzaskała. Trzaski również zapowiadały konkret.
W ustach czekolada rozpływała powoli, zachowując kształt bardzo długo. Wykazywała zawartość i konkret, ale nie twardość. Miękła i maziście-kremowo pokrywała podniebienie. Z czasem upuściła trochę soczystości.

W smaku pierwsza zagrzmiała intensywnie waniliowa słodycz. Nie oznacza to, że była bardzo wysoka, raczej średnia, a zbliżająca się do wysokiej, ale miała bardzo odważny, imperatywny wydźwięk. Zaraz pomyślałam o naturalnie, szlachetnie waniliowym budyniu.

W tle przemknęła lekka, niemal zwiewna soczystość... chyba borówek amerykańskich. Owoców słodkich i zmieszanych z... kwiatami? Po chwili zaczęły ulegać lodom borówkowym, ale na śmietance i chyba przesłodzonych wanilią.

Obok budyniu pojawiły się jeszcze lody waniliowe, może waniliowo-ciasteczkowe... Po chwili dołączyły do nich jeszcze precle, a ja wyobraziłam sobie właśnie lody waniliowe z preclami.

W tym czasie odezwała się też gorzkość, cierpkość. Nie mocna, ale wyraźna. Przełamała słodycz, a preclom podpowiedziała bardziej drzewny kierunek.

Borówki amerykańskie wzbogaciły się o lekką cierpkość i prawie kwasek. Pomyślałam o borówkach czerwonych, a także wiśniach, ale bardzo dosłodzonych. Owoce te musiały tworzyć farsz-masę tarty owocowej. Takiej koniecznie na kruchym spodzie. Do głowy przyszły mi jeszcze pieczone winogrona czerwone, których słodycz została podkręcona ciepłem, ale szybko zniknęły.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce nieco się wycofały, a właśnie ten trochę wytrawniejszy spód przybrał na znaczeniu. Odrobina drzew mu pomagała, a przez moment poczułam jeszcze cierpkawą ziołowość.

Raz i drugi precle dopraszały się o swoje, ale oto słodycz jednak zawładnęła kompozycją zupełnie. Jakby te wytrawniejsze motywy ją zmotywowały. Zmieniła więc precla i kruchy spód w co najwyżej bardziej bułkowato-słodkawy obwarzanek. Albo w ogóle... obwarzanek muśnięty czekoladą? Parę razy przemknęła mi też niewyrazista myśl o daktylach w czekoladzie, ale co do niej nie będę się upierać; nie mogłam jej uchwycić.

Wśród owoców cierpkość zniknęła zupełnie i na prowadzenie znów wyszły borówki amerykańskie. Może z lekkim akcentem pieczonych winogron? Ogólnie nie było bardzo owocowo, więc w zasadzie tylko lekko pobrzmiewały.

Kwiaty zrobiły się wyrazistsze i zagłuszyły ziołowe zapędy. Pomyślałam o liliach ogrodowych i jakiś ogólnie ciężkawych białych kwiatach. Zrobiło się trochę drapiąco. Kwiaty próbowały uciszyć owoce i w dużej mierze im się udało. Tak, że borówki amerykańskie końcowo stały się jedynie echem.

Wanilia postawiła kropkę nad i, łącząc się z kwiatami i zasładzając, a następnie pochłaniając i je, by zamknąć kompozycję naturalnie waniliową, szlachetną i ciężkawą słodyczą.

Po zjedzeniu został jednak posmak bardziej rześko borówkowy, borówkowo-waniliowy? Jak z lodów waniliowo-borówkowych albo naturalnego budyniu waniliowego z borówkami. Czułam też akcent słodkawego, lekko wypieczonego, obwarzanka i echo drzew.

Czekolada była bardzo smaczna, choć nie rozkochała mnie w sobie przez swój słodki charakter bez charakternego pazura. Wanilia, waniliowy budyń, kwiaty, lody ciasteczkowe z preclami, precle i kruchy spód tarty, potem słodkawy obwarzanek z akcentami borówek amerykańskich, borówkowo-wiśniowej tarty i echem pieczonych winogron ciekawie urozmaiciła odrobinka drzew i ziołowe zapędy, ale właśnie tych ostatnich z chęcią poczułabym więcej. Waniliowość całości uważam za intrygującą. Tak jednoznaczny smak bez wanilii nie trafia się bardzo często. Ta właśnie jednoznaczność prawie skłoniła mnie do wystawienia 9, ale jednak jak więcej zjadłam, było za słodko na 9.
Za nic nie przypominała np. Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate czy Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 %. Kto by pomyślał? Wszak Haiti to niewielki region, a jednak jak tak sobie o tych tabliczkach myślę, różnorodny. Fakt jednak, że czerwone winogrona i raczej słodki klimat wszystkie je łączył. Wiśnio-winogrona z Chapon Haiti trochę kojarzyły się z nutami dzisiejszej, ale ta podlinkowana była o wiele bardziej owocowa, jak i Zotter.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 25 maja 2026

krem Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe

Odkąd zjadłam krem Sticky Blenders Migdał Vegan, wiedziałam, że będę chciała do niego wrócić. Albo do zbliżonego. Choć gdy mam jeść migdały, zdecydowanie wolę te w skórkach od blanszowanych, odkryłam, że kremy z blanszowanymi są... Niesamowite, odbierające mowę. Gdy mijałam nowe stoisko w galerii handlowej, w której raz w miesiącu bywam w Auchan, nie mogłam przejść obojętnie. Wypatrzyłam bowiem słoiczek, który natychmiast skojarzył mi się z podlinkowanym.

Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe to krem 100% z blanszowanych migdałów.

Po odkręceniu poczułam niecodziennie delikatny zapach migdałów, kojarzący się z nierealistycznym marcepanem, zrobionym tylko i wyłącznie, w 100% z nieprażonych migdałów, bez dodatku żadnego słodzidła. Mieszał się z właśnie mieloną mąką migdałową i dosadną nutą oleju roślinnego, ogólnie neutralną roślinnością, śmietankowym echem - takiej bardzo tłustej, minimum 30% śmietany, a także krył w sobie leciuteńką słodycz. Ta, jak i motyw dziwnego marcepanu, przybrały na znaczeniu po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Krem miał bardzo dziwną strukturę. 
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam jakieś 5 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3,5 łyżeczek. Robiłam to bez przekonania, bo w zasadzie krem nie wydawał się suchy, ale... daleko mu było do formy kremu-pasty orzechowej. Niestety, ile nie lałabym oleju, nie przybierał na kremowości, więc po tej ilości sobie darowałam. I bardzo dobrze! Na spodzie zostało bowiem trochę... niezupełnie suchych, ale suchszych kawałków i te w smaku były najlepsze, najwyrazistsze.
"Krem" przybrał formę papkowatego marcepanu z oleistym motywem. Im więcej dolewałam oleju, tym bardziej rzadki, ale wciąż tłusto-papkowaty się robił. Za nic nie przybierał na kremowości, wciąż utrzymywał formę masy-zbitki grudek. W trakcie jedzenia w dodatku odnotowałam, że co i raz olej jakby z niego wypływa - no nie chciał się łączyć i już.
W ustach krem rozpływał się w średnio-szybkim tempie. Chwilowo nieco gęstniał i jakby zwiększał objętość, ale daleko mu do kremowości. To raczej papka, grudki pozlepiane olejem, oleistą zawiesiną. Zalepiało to na moment konkretnie. Po chwili szedł w kierunku rozrzedzonej olejem masy marcepanowej z kawałkami migdałów, których sporo kryło się w grudkowatej masie. Czuć wysoką oleistość, a "krem" (?) rozchodził się w ustach na marcepanową, trochę zawiesinową papkę z mnóstwa drobinek, grudek i trzeszcząco-skrzypiących marcepanowych wiórków migdałowych. Czułam się, jakbym jadła miazgę i schłodzony olej kokosowy z rozmieszanym marcepanem.
Zagarniając uważnie, da się zagarnąć trochę samego gładkawego tłustego lepiszcza, bez kawałków.
Gryzione grudki, małe kawałki i wiórki trzeszczały i skrzypiały jak marcepan. Spora ilość małych kawałków okazała się subtelnie miękka, jakby marząca o chrupkawości. Pogryzienie wszystkiego, co w ustach zostawało trochę trwało.
Całość miała tak nieprzyjemną strukturę, że te wszelkie kawałki aż się chciało gryźć szybciej, już w trakcie rozpływania się masy.

W smaku pierwszą poczułam nutę jakby roślinną, a po chwili oleistą. Do głowy przyszedł mi olej roślinny... który zaraz zaskoczył na migdałowy tor.

Ten wprowadził marcepan - podobnie jak w zapachu dziwny, bo zupełnie niesłodki. Jakby marcepan zrobiony jedynie z migdałów, czysty 100% migdałowy twór. Migdałowy smak zaczął przybierać na sile, a oleisty wątek odszedł na tyły. Jedynie lekko pobrzmiewał.

Gdy zagarniałam masę z dna, tę suchszą, z którą nie wymieszałam oleju, odkryłam, że była intensywniej migdałowa, a oleista w stopniu znikomym. Wierzch, ten najdokładniej przemieszany z olejem, pobrzmiewał olejem zbyt wyraźnie, że to aż rozbijało smak migdałowy.

W tle też zaznaczyła się nieśmiała słodycz. Jakby trochę śmietankowa? Najpierw pomyślałam o zwykłej śmietance minimum 30%, wręcz naturalnie słodkawo-mdławej, ale z czasem i ona uległa ogólnej migdałowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przyszły mi do głowy domowa mąka migdałowa i płatki migdałowe. Łagodne, nieprażone i leciutko słodkie. Za ich sprawą migdałowość wzrosła znacząco i nagle zrobiła się bardzo wyrazista. Czułam neutralne, blanszowane i nieprażone migdały. Ich neutralność igrała trochę ze słodyczą. Marcepan na pewien czas zniknął.

Raz po raz przemknęła mi jakby... niemal neutralna wytrawność? Do mąki migdałowej podkradł się akcent ciecierzycy. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Słodycz na pewien czas lekko wzrosła, pozwalając także śmietance skąpać się w migdałowej chwale. Wraz z wyłanianiem się kawałków trochę nasilał się smak blanszowanych surowych migdałów, też właśnie z nutą śmietankową, już trochę słodszy.

W zagarnięciach, gdzie było mniej kawałków, a więcej "tłustego lepiszcza" smak robił się bardzo oleiście mdły i aż mało migdałowy.

Blanszowane, delikatne migdały końcowo trochę złagodniały, wracając do płatków migdałowych.

Gryzione kawałki serwowały łagodny smak słodkawo-neutralnych migdałów blanszowanych. Raczej surowych i choć ogólnie bardzo delikatnych, to po tej oleistej kompozycji, całkiem wyraźnych.

Po zjedzeniu został posmak właśnie płatków migdałowych. Delikatnych, naturalnie słodkawych, ale w zasadzie bardziej neutralnych. Czułam też lekką, prawie nieistotną oleistość.

Część na dnie, ta suchsza, złożona niemal z samych kawałków, była najsmaczniejsza. Im więcej oleistej masy, tym smakowo było gorzej.

Krem... nie podszedł mi. Nie podobała mi się struktura papkowatego lepiszcza z dodatkiem marcepanu. W trakcie jedzenia dolewałam trochę olejku i na bieżąco mieszałam, ale za nic nie chciało ułożyć się to w krem, a szło po prostu w kierunku rzadszej i bardziej oleistej marcepanowej papki. Smak w porządku, ale niestety też szedł w oleistość. Gdyby nie struktura, 6 by zdobył, bo był łagodnie słodkawy, bardziej neutralny i w dużej mierze bez wielkich wad... gdyby tak nie dodać do niego tego oleju, a cały zlać. Żałuję, że nie zlałam całości, bo część suchsza była nawet smaczna. Ta rozrzedzona olejem zbyt mdła. Ogół dziwnie kojarzył się z niesłodkim marcepanem, co było dość osobliwe, ale potem płatki migdałowe i same blanszowane migdały przy wtórowaniu śmietanki wyszły smacznie. Trochę przeszkadzała mi smakowa oleistość, ale akurat to nie była wielka wada. 
Dziwny twór. Mam wrażenie, że po prostu za krótko miksowali, mielili migdały, przez co nie osiągnęli efektu kremu, zatrzymując się przy etapie mąki migdałowej (z czymś podobnym zetknęłam się w przypadku NaMa Crema di Cocco & Mandorla) i oleju. Kremy orzechowe do 200g zjadam na raz, a tego nie byłam w stanie i po 133g odpadłam. To najgorszy krem 100% jaki jadłam w ciągu ostatnich lat (gorszy był tylko Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts).

Resztka przypadła Mamie, która tak to opisała: "Ależ ten krem jest... żaden, prawie bez smaku, bez charakteru. Wzięłam tylko co i już mi się odrobinka oleju wydzieliła. Nijaki. Nałożyłam go na ciasto dyniowe z cynamonem i kompletnie się nie sprawdził, bo nic nie wnosił. Już bardziej do tostów z serem i dżemem mi pasował, ale też... w sumie go nie czuć. Bez sensu to jeść według mnie, jak się zatraca we wszystkim i go nie czuć. Nie podoba mi się". 


ocena: 5/10
kupiłam: stoisko-wysepka Spichlerz Zdrowia w krakowskim centrum handlowym Bonarka
cena: 20,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

niedziela, 24 maja 2026

SOL Dark Chocolate Colombia 75% cacao ciemna z Kolumbii

Ta czekolada czekała dość długo, w zasadzie sama nie wiem, dlaczego. Wszystkie jedzone dotąd Sol tylko utowerdzaly mnie w przekonaniu, że zapewniają bardzo miłe degustacje. Ta, jak i poprzednie, wydawała się bardzo tajemnicza. Co oczywiście bardzo kusiło. W dodatku ostatnio czułam niedosyt tabliczek z Kolumbii. Cudny smakowo region, a jakoś ostatnio niewiele czekolad z niego jadłam.


SOL Dark Chocolate Colombia 75% cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Kolumbii.

Po rozchyleniu papierka poczułam mocno kwaśne, wytrawne wino i suszone owoce z wyraźnie dominującą wśród nich żurawiną. Zaraz za nią stanęły kwaśne rodzynki. Mimo że suszone, zawarły w sobie trochę soczystości, którą dodatkowo podkręciła słodko-kwaśna, lekko cierpka-goryczkowata za sprawą skórki, pomarańcza. W zasadzie pomyślałam o jakimś wytrawniejszym grzańcu z pomarańczą. Choć... ciepło, jakie czułam, niekoniecznie wiązało się z przyprawami korzennymi - te wydały mi się sugestywne i prawie nieobecne. W nim - w cieple - też jednak osiadła pewna słodycz - karmel? Na pewno za to czułam jeszcze kwaskawy jogurt z sowitą ilością masła orzechowego.

Bardzo twarda tabliczka podczas łamania trzaskała porządnie głośno.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i średnio powoli. Po chwili w zasadzie zmieniała się w śmietankowo-maślany krem, po czym rzedła i zdradzała kremowość, przeplecioną lekką piaszczystością. Niską tłustość rozproszyła wysoka soczystość.

W smaku pierwszy wyraźnie przywitał mnie pewny siebie karmel. Mimo iż nie bardzo słodki sam w sobie, sprawił, że to właśnie słodki motyw porządnie rozwinął się jako pierwszy.

W tle przemknęło mi coś owocowego... Pomarańczowego? Nie, chyba jednak nie... Nie za mocno, w zasadzie bardzo subtelnie palony karmel zaprosił do gry kandyzowaną żurawinę. Lekko kandyzowaną, już specyficznie "cukrowawą", ale wciąż też soczyście kwaśną. Żurawina zaczęła mieszać się z innymi czerwonymi, słodko-kwaśnymi owocami. Przemknęło mi przez myśl czerwone wino, ale zaraz zniknęło zupełnie.

Paloność częściowo odłączyła się od słodyczy i zajęła budowaniem gorzkości. Nie silnej, ale wyraźnej. Sprawiła, że kompozycja przybrała poważny wydźwięk. Oczami wyobraźni patrzyłam na rozgrzane, wręcz gorące skały i żwir.

Nagle wyraźnie ponad to wszystko wyskoczyła lekko prażona, łagodna pasta 100% z fistaszków. Trochę masło orzechowa, ale bardziej naturalna. Narastająca za nią kwaśność zasugerowała jogurt z chlapniętą łychą kremu arachidowego.

Słodycz w dużej mierze za sprawą karmelu wzrosła wtedy znacząco. A że i cały czas coś słodko-owocowego było wyraźnie wyczuwalne, czerwone owoce urozmaiciła jakby skórka pomarańczy w karmelu.
Jednocześnie za sprawą gorzkiej paloności rozeszło się palone w kominku drewno. Jeszcze umocniło ciepło.

Po wybiciu się na pierwszy plan, pasta fistaszkowa zaraz się wycofała i wraz z owocami zaczęła budować klimat słodkawo-orzechowego, soczyście słodko-kwaśnego peanut butter & jelly. Takiego już mocniej prażonego, niemal ciepłego w wydźwięku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wykorzystał to karmel i dołączył do kremu, sugerując masło orzechowe o smaku karmelu.

Galaretka "jelly" musiała bazować na żurawinie, ale przy mocnym wsparciu granatu. Za sprawą dżemowej galaretki kwaśność i słodycz zmieszały się w jedno, dzięki czemu smaki te wydały mi się bardzo wyważone. Każdy intensywny, ale nie za silny.

Do palonego drewna i lekko rosnącej gorzkości dołączyła cynamonowa kawa. Kwaśność spróbowała jednak jakby je otulić, przygłuszyć. Zupełnie, jakby gorzkie nuty opływały jogurt i maślanka. Pomyślałam o kawowym nabiale i cynamonowym jogurcie z masłem orzechowym. Wszystko to zaczęło tracić na jednoznaczności.

Przy tych poważniejszych wątkach owoce przez chwilę jakby spojrzały tęsknie ku czemuś poważniejszemu... grzanemu winu? Słodkiemu i z akcentem... pomarańczy?

Im więcej kwaśności przechodziło w jogurt, tym mniej kwaśne robiły się owoce. Stąd ogólnie nie za wysoka kwaśność kompozycji nie zmieniała nasilenia, a wydźwięk. Z owoców znów ostały się głównie żurawiny, już nie tak kandyzowane, a bardziej suszone. Zaraz dołączyły do nich słodko-kwaśne rodzynki i kwaśne suszone śliwki. Takie, przy których zsysaniu z pestki trzeba się napracować. Suszone owoce przygłuszyły wszelkie karmelowe akcenty, ale nie osłabiły słodyczy, a kontynuowały ją.

Wtedy i orzeszki ziemne, jakby uwolnione od dżemo-galaretki i karmelowego echa, wybiły się na pierwszy plan. Krem orzechowy pobrzmiewał słabiej, teraz orzeszkowa nuta oddawała same prażone arachidy. Arachidy, które wsparło palone, jakby poważne drewno.

Po zjedzeniu został posmak fistaszków i fistaszkowego masła orzechowego, znów z motywem słodkiego, nie za mocno palonego, ale jakby ciepłego karmelu. Towarzyszyła mu kwaskawo-słodka nuta czerwonego "jelly", w którym przewijała się żurawina i chyba granat. Owocowość na koniec jawiła się jako słodka, ale i porządnie kwaśna, bo i owoce suszone łączyły w sobie i to, i to. Myślę głównie o rodzynkach i śliwkach. W dodatku wyłoniła się jeszcze skórka pomarańczy. Palone drewno zaś osiadło spokojnie w tle.

Czekolada była smaczna i ciekawa, dynamiczna, ale bez "przewrotów", raczej z nutami zgodnymi ze sobą. Owoce od bardzo słodkich kandyzowanych, galaretkowo-dżemowych (tu czuć głównie żurawinę i granata) po kwaśno-słodkie suszone (rodzynki i śliwki) współgrały z kremem fistaszkowym, masłem orzechowym i drewnem, jak również kwaśną nutą jogurtu i maślanki. Żwawa, wszechobecna słodycz i kwaśność trochę wyprzedzały gorzkość, ale ogólnie wszystkie były bardzo zgrane. Ja bym jednak wolała, by to kwaśność lub gorzkość, wyraźniej dominowała, a niestety to słodycz miała najwięcej do powiedzenia (ale znów: wcale tak słodko nie było, po prostu ta słodycz... była wszędzie). Akurat tej kompozycji jeden wiodący smak by wyszedł na dobre i mogłoby to mnie w sobie rozkochać.

Kawowo-rodzynkowa końcówka dziś prezentowanej przypomniała mi BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 %, splot fistaszków i chałwy z Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate trochę przypominał krem fistaszkowy z dziś przedstawianej, acz ogólnie... zaserwowała mi trochę nowych doznań niż kolumbijskie kakao ostatnimi czasy.


ocena: 8/10
cena: 250 UAH (około 24 zł; za 70g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy