wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds ciemna 48 % z kawałkami karmelizowanych migdałów

Mimo że jadłam tylko jedną ich tabliczkę, nie lubię marki Perugina. Acz dlatego że należy do Nestle, czuję się trochę usprawiedliwiona. Ogólnie nie lubię Nestle. Tę wzięłam podczas zakupów z ojcem, bo skoro on płacił, a ja zorientowałam się, że jakoś zostało mi za mało czekolad z orzechami w góry, trzeba korzystać. Ruszyła ze mną w Tatry w połowie listopada na szlak na Świnicę. Z Kuźnic poszłam do Murowańca, potem szlakiem żółtym i czarnym przez Dolinę Zieloną Gąsienicową. Na krętej, kamiennej drodze pod górę, gdy tylko weszłam już odpowiednio wysoko, gdy miałam doskonały widok na pozamarzane stawy, kiedy trafiłam na płaski kamień, mogący posłużyć mi za stolik, sięgnęłam do plecaka po czekoladę.

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds to ciemna czekolada o zawartości 48% kakao z siekanymi karmelizowanymi migdałami (8%).

Po otwarciu rozszedł się dosadnie słodki zapach, łączący cukier, wanilię, echo... nie tyle karmelu, co lekko opalanego cukru oraz marcepan. Karmelowy marcepan w lekko cierpkiej czekoladzie? Ta miała w sobie coś z likieru kakaowo-marcepanowego i kawy z mlekiem lub śmietanką. Oczywiście zacukrzonej. Migdały zaznaczyły się dopiero za tym wszystkim. Wyraźniej po podziale.

Tabliczka już w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu okazała się niezbyt twarda (choć też nie miękka), a trzaskała niby chrupko-krucho, ale bardzo cicho. Przekrój ujawnił mnóstwo małych kawałków migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio-szybkawo i łatwo. Miękła i roztaczała coraz to kolejne, maziste fale. Tłustość rozkręcała się, aż osiągnęła dość wysoki poziom. Baza była gładka, acz urozmaicona mnóstwem migdałów. Wydawało się jednak, że mazista czekolada uparcie stara się je w sobie chować. Stąd było trudno gryźć je wcześniej, obok. Raz czy drugi spróbowałam. Wtedy migdały były tylko trochę twardsze, ale wyraźnie bardziej kruche i jakby pokryte zawilgoconym cukrem. 
Kawałki migdałów wyłaniały się z czekolady po dłuższym czasie, przyspieszając jej rozpuszczanie się. Baza robiła się coraz bardziej maziście-plastycznie-luźną i rzadka, aż w końcu znikała zupełnie.
Potwierdziło się, że kawałki to prawdziwa drobnica, najeżająca czekoladę przesadnie. 
Z migdałów rozpuszczało się trochę cukrowej warstwy, jednak nie było jej za wiele. Stanowiła marginalny element.
Na koniec cały karmel pokrywający migdały rozpuścił się, a one dały się poznać jako średnio chrupiące-trzeszczące. Udawały zwyczajne, lekko podprażone migdały. Nieliczne pokrywały kawałeczki skórki.

W smaku od razu pokazała się wysoka słodycz, ale też delikatna cierpkość.

Słodycz opierała się na cukrze, jednak szybko pokazała się też wanilia. Przez moment zawisła gdzieś między wanilią a waniliną, lecz zaraz zaskoczyła na szlachetniejszy, waniliowy tor. Wyszła trochę dusznie, trochę syropowo, a do tego zakradła się do niej iluzja śmietanki.

Cierpkość i niska gorzkość zdawały się integralne ze słodyczą, a w dodatku i do nich dołączyła odrobinka śmietanki, przez co wyobraziłam sobie niedookreśloną, ciemno-mlecznawą, średnio półkową polewę... pokrywającą marcepan? Ten również musiał zawierać sporo cukru i wanilii.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, nie wydawała się specjalnie przesiąknięta dodatkami, ale czułam w niej echo jakby słodko-marcepanowe, choć niekoniecznie jednoznacznie migdałowe. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam echo lekko palonego, wręcz tylko opalanego cukru. Jeszcze nie karmelu, ale jakby... Karmelowej Figurki Goplany, która udaje karmelowy marcepan? Wraz z tanią, cierpka polewą. Słodycz aż drapała w gardle, co czasem podkreślało nieoczywiste echo miodu, rozchodzące się od kawałków migdałów. Sporadycznie przychodziły mi do głowy migdały smażone w miodzie.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, serwowały właśnie motyw nie w pełni karmelowego pseudo karmelu i niewyrazistego migdała. Czekolada przy nich wydawała się bardziej zasładzająca. Wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem karmelowy akcent zatracał się, zalewany kolejnymi falami cukru. Wanilia też trochę się w nich zatracała. Słodycz bardzo dawała się we znaki.

Nutka marcepanu była trudna do uchwycenia. Ogólnie czasem niegryzione migdały trochę dawały o sobie znać, ale bardzo, bardzo nieśmiało.

Przyszedł mi jednak do głowy syrop marcepanowo-kakaowy, a z czasem tylko kakaowy. I gdzieś w tle przewinęła się cierpkawo-palona kawa średniej jakości, co próbowała maskować przesadzona słodycz. Gorzkość była bardzo niska. Nie pomogła jej iluzoryczna śmietanka, jaka pobrzmiewała tu i tam. Końcowo jeszcze wsparła ją maślaność. Trochę jak... kakao zrobione z syropu kakaowego i kakao w proszku na śmietance?

Migdały gryzione na koniec były bardziej migdałowe. Motyw i tak lekkiego karmelizowania w ogóle odszedł w niepamięć, utrzymała się jedynie prażona nuta. Czasem tylko za leciały trochę słodko. 

Po zjedzeniu został zaskakująco wyrazisty posmak prażonych migdałów z drapiącą słodyczą, w której kryło się coś miodowego i złudnie karmelowo-"marcepanowego", a kojarzącego się z nadzieniem Figurki Karmelowej Goplany. Do tego czułam lekką cierpkość prostego kakao, wymieszanego ze śmietanką. Ogólnie czułam się bardzo zacukrzona i przesłodzona.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie, bo spodziewałam się, że będzie niesmaczna. A ona była niezła, nawet mimo przesłodzenia. Gdyby była mniej słodka, bardziej gorzka, w ogóle mogłaby być przyjemna. Niestety, przesłodzenie to nie jedyna jej wada. Dodano do niej za dużo za bardzo posiekanych migdałów, przez co chwilami jawiła się jako wręcz zlepek dodatków. Co do tych migdałów mam mieszane uczucia z powodu tego, jakie były. Miały być karmelizowane, a były karmelizowane minimalnie. To było dla mnie plusem, ale nie spełnia obietnicy z opakowania.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 85 g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, karmelizowane siekane migdały 8% (migdały 6,3% w całości, cukier, dekstroza, miód), tłuszcz kakaowy, masło odwodnione, emulgator (lecytyny), naturalny aromat waniliowy

sobota, 20 czerwca 2026

Nestle Les Recettes de L'Atelier 70 % Cacao dark chocolate pure chocolate ciemna

Czasem, gdy wydaje się, że mam jedyną okazję, by kupić jakąś czekoladę, postawa "kupuj, bo okazja!" wygrywa z logiką i zdrowym rozsądkiem i decyduję się na kupno. Mimo że pewnie powinnam wykazać się większym sceptycyzmem. Nestle nie lubię, a jednak tej czekoladzie postanowiłam dać szansę, bo nigdy takiej nie widziałam. Wszak "nie lubię Nestle"... no, niby nie lubię, ale ostatnio to właśnie Perugina od Nestle przypadła mi do gustu bardziej niż Vanini, czyli marka, którą myślałam, że lubię. Czyli w zasadzie pewne rzeczy widziały mi się jako do zweryfikowania (acz całą tą wiedzę zdobyłam już mając dziś przedstawianą czekoladę).

Nestlé Les Recettes de L'Atelier Only 3 Ingredients 70 % Cacao dark chocolate pure chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, przechodzący we wręcz spaleniznę kakao, które starało się udawać drewno i drzewa, a dokładniej las iglasty ze specyficznym kwaskiem. Czasem wydawało mi się, że za kwaskiem lasu iglastego pobrzmiewa niewyraźne śliwkowe echo. Obok drewniano-drzewnych tonów znalazła się spora ilość masła, przekładająca się na pewną ciężkość. Ciężkość, która spowiła też słodycz. Ta stanęła na średnio-wysokim poziomie, ale i tak przybrała nieprzyjemnie duszno-ciężki wydźwięk i robiła aluzje do waniliny ze względu na to, że całość chyliła się ku taniemu wydźwiękowi.

Czekolada mimo że twarda i głośno trzaskająca przy łamaniu, w dotyku była bardzo tłusta.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, kojarząc się trochę z miękką plasteliną. Potwierdziła swą tłustość i zmieniała się w tłustą, gibką zawiesinę. Z czasem maziście pokrywała podniebienie i zaserwowała silną pylistość, wręcz lekką ziarnistość, po czym znikała tłusto-rzadko.

W smaku od razu poczułam trochę toporny kwasek kakao, prawie natychmiast chowającego się w drzewach iglastych. Nie była to kwaśność silna, w zasadzie nawet potem nieco słabnąca, ale wyraźna.

Podobnie jak wyraźna od razu wydała mi się słodycz, która  rozbrzmiała niemal równocześnie. W niej również było coś topornego. Jeszcze nie ciężkiego, ale niewątpliwie aspirowała do dusznego wydźwięku. Jawiła się jako bardzo prosta. Początkowo przeciętna, po paru chwilach wzrosła, idąc jednak w duszno-ciężkim kierunku.

Drzewa zmieniły się w spalone drewno. W paloności osiadła gorzkość. Średnio silna, dopiero rosnąca. Przez moment, gdy zaczęła zbliżać się do słodyczy, ich duet skojarzył mi się z tanimi lodami śmietankowymi w polewie kakaowej, koniecznie na drewnianym patyku.

Wydało mi się, że gorzkość zaraz prześcignie słodycz, ale... jednak nie. Zatrzymała się trochę za nią. Dała się poznać jako cierpka, pobrzmiewająca płaskim kakao w proszku, przeplecionego odrobiną spalenizny. Ta właśnie podszeptywała cukrowej słodyczy wanilinę. Ta ogólnie, zmotywowana gorzkością, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrosła do poziomu lekkiej przesady.

Słodycz skojarzyła mi się z cukrem pudrem, a bardzo słodki lód śmietankowy zmienił się w przesłodzony krem "frosting" do babeczek / ciast. Wtedy też w tle zaznaczyła swą obecność maślaność.

W drewnie zaczęłam doszukiwać się odrobiny orzechów i migdałów, może dziwnych cukrowych orzechowo-marcepanowych kartofelków obtaczanych w kakao w proszku... Tu jeszcze na chwilkę wychylił się prosty kwasek, zasugerował kwaskowato-cierpką śliwkę, po czym...

Nagle sporo gorzkości i cierpkości przysłoniła maślaność. Doścignęła słodycz, podtrzymując jej frostingowo-cukierniczy wydźwięk. Maślaność bardzo rozbiła kakaowy, gorzki wątek, zagłuszyła kwasek, a tylko prostota, wręcz tandetność i spalenizna jakoś tam pobrzmiewały. Taniość skupiła się więc na cierpkości i zostawiła słodycz w spokoju.

Po zjedzeniu został jakby wręcz trochę metaliczny posmak masła, cierpko drzewnie-kakaowy oraz lekkie poczucie przesłodzenia wywołane duszną słodyczą. Powiedziałabym, że cukru z echem waniliny, ale ta raczej wkradła się tu ze względu na to, iż wszystkie nuty miały tani wydźwięk. Czułam się, jakbym zjadła jakieś babeczki z nutą śliwek, przytłoczone jednak frostingiem.

Czekolada pozytywnie mnie zaskoczyła, bo nie dość, że nie była paskudna ani okrutnie tanio-płaska, to choć bardzo smaczna też nie, wyszła bardzo poprawnie. Smakowała w porywach gorzko, sporo w niej drewna i drzew iglastych, poczułam nawet orzechowe echo... wszystko to jednak za płaskim, trochę przypalonym smakiem niemal topornego, zwykłego kakao. Ono nie przełożyło się na zbyt silną gorzkość. Nie zgadłabym, że czekolada nie zawierała kakao w proszku. W dodatku a dużo było w niej  maślaności, która łagodziła przyjemniejsze nuty, a tej taniości nie ruszyła, a także za dużo dusznej słodyczy, kojarzącej się z przesłodzonymi kremami "frostingami".

Z zaskoczeniem uznałam, że Fazer Pure Dark 70 % Cocoa Finest Dark Chocolate wyszła nieco ciekawiej. Choć do niej dodano kakao w proszku, miazga kakaowa wykazała się większą inicjatywą. 
By jakoś lepiej porównać ją do czegoś bardziej popularnego: tłustsza i zdecydowanie słodsza od Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa.


ocena: 7/10
kupiłam: słowacka stacja benzynowa
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

środa, 17 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron ciemna z Peru z migdałami i cytronem

Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).

Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).

W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.

Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.

Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.

Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).

W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.

Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?

Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.

Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.

Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.

Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy

wtorek, 16 czerwca 2026

Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto biała z ciastkami kakaowymi

Kiedy ojciec zaproponował, że kupi mi dziś przedstawiane czekoladę, byłam pewna, że to nadziewana. Wyobraziłam ją sobie jako podobną do Milka Oreo White Chocolate. Pamiętając Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, uznałam, że wezmę ją w góry, mimo że nie mam w zwyczaju brać tam nadziewanych (zbyt problematyczne i delikatne). Na krótko przed wyjazdem, gdy przepisywałam skład, tknęło mnie, że to chyba jednak nie nadziewaja. To wróżyło... chyba nieco lepiej? Tabliczki "cookies & cream" kiedyś lubiłam, więc może tak trochę sentymentalnie... Może miało być lepiej, niż myślałam? Ach, co ten Harry Potter ze mną robi, że się na takie rzeczy porywam!
Biorąc ją w góry, myślałam, że otworzę ją na Grzesiu, na którego weszłam ze Schroniska na Polanie Chochołowskiej żółtym szlakiem, ale warunki nie sprzyjały zdjęciom. Wyglądało za to, że chyba zaczynają się poprawiać. Nie poprawiły się jednak, a wręcz pogorszyły. Gdy szłam niebieskim na Rakoń, wiało i padało, a ludzie ostrzegali, że wyżej wieje jeszcze bardziej. Stąd uznałam, że lepiej nie czekać, bo zaraz w ogóle będzie padało tak, że rozmoczy mi czekoladę i wzięłam się za nią na Rakoniu, gdy padało nieco mniej. Wyglądało na to, że nie mam szczęścia do tej trasy, bo jak tak szłam parę lat temu, warunki były podobne.


Witor's Wizarding World Harry Potter White Chocolate Crunchy Cookies / Granella di Biscotto to biała czekolada z kawałkami ciastek kakaowych; na licencji Warner Bros.

Po otwarciu rozszedł się tanio-ciężki zapach białej czekolady, której w zasadzie bliżej do polewy niż czekolady. Na skojarzenie to grało głównie duszne mleko w proszku i echo kwasku. Słodycz męczyła nie siłą, bo w sumie byla przeciętnie wysoka jak na białą czekoladę, ale plastikowo-sztucznym wydźwiękiem. Za tym wszystkim po podziale, w trakcie jedzenia doszukałam się nutki kakaowych ciastek, ale tak słabej, że to mogło być myślenie życzeniowe.

Tabliczka, choć w dotyku bardzo tłusta, przy łamaniu okazała się twardawa. Ze względu na kawałki ciastek, wydawała się krucha, mimo że nie kruszyła się jakoś szczególnie. Całą wypełniał ogrom kawałków i kawałeczków ciastek, a do tego ciastka niemal zmielone na pył. Aż trudno zrobić kęsa bez nich, choć czyniąc to bardzo uważnie, po brzegach, dało się.
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie, tłusto w maślany sposób, zmieniając się w luźno-mazistą zawiesinę, która z czasem odsłaniała suche kawałki ciastek. Czekolada starała się pokazać jako gładka, ale chyba zaznaczyła się w niej pewna pylistość, umocniona kawałkami ciastek i ciastkami trochę podmielonymi. Odniosłam wrażenie, że dodano je bardzo integralnie, że niesamowicie trudno któreś wydłubać nożem (co próbowałam zrobić w domu). Kawałki ciastek nasiąkały powoli, częściowo rozpuszczały się na ziarnisty pyłek.
Ze dwa razy z ciekawości pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady. Ta wydawała się wtedy bardziej ulepkowata, a ciastka - rozpadając się na ciasteczkowy proszek pod zębami - dały się poznać jako suche, twarde i krucho-chrupiące. Wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada znikała tłusto i maziście, a w ustach zostawało parę drobnych kawałków ciastek.
Ciastka na koniec trochę się porozpuszczały, lecz utrzymały suchość. Były krucho-twarde, pod naciskiem zębów rozchodzące się na ziarnisty pyłek i coraz mniejsze grudki.

W smaku czekolada od razu rozbrzmiała mlekiem w proszku, za którym zaznaczyła się słodycz. Wydała mi się ugodowa i początkowo dość niska. Dominowało mleko w proszku.

Mleko dziwnie naaromatyzowane? Stanęła za nim maślaność, która sprawiła, że baza miała w sobie coś z białej czekolady, jednak i tak o wiele bliżej jej do polewy. Taniej i wręcz trochę dziwnie landrynkowej?

Niegryzione ciastka długo trzymały się z tyłu. Czasem jednak - gdy się skumulowały - dodawały specyficzny akcent ciastek z czarnego kakao, a'la Oreo. A czasem prawie ich nie czuć. 

Odrobinka samej czekolady, jaką udało mi się oddzielić smakowała wyraźnie tanią, sztuczną polewą z mleka w proszku. Nie przesiąkła ciastkami.
Ciastka same w sobie - choć porządne wydłubanie graniczyło z cudem - i spróbowane osobno okazały się przyjemnie gorzko-palone i wyraźnie kakaowe, w ciemno powiedziałabym, że to Oreo.

Gdy z ciekawości pogryzłam ciastka obok czekolady, trochę rozganiały słodycz, ale sztuczność wciąż miała się dobrze. Za to ciastka wydawały się nijakie. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko w proszku "popisało się" jeszcze niemal stęchłym akcentem, ale wtedy też zaczęły odwracać się proporcje. Słodycz zrobiła się za wysoka i męczyła ciężkim wydźwiękiem taniej białej czekolady lub polewy.

Słodycz aż mnie przytłoczyła, a także drapała w gardle. Tanio-ciężki motyw zapomniał o landrynkowości, ale nadal pałętało się tam sztuczne - jakby sztucznego mleka? - echo.

Bliżej końca z toni tandetnej białej czekolady zaczęły wyłaniając się lekko gorzkawe ciastka.

Ciastka gryzione na koniec wyszły wyraźniej kakaowo, tak, jak ciastka typu Oreo, ale ostrożniej słodkie i czasem trochę mączne. Były lekko gorzkie w spalony sposób. Mimo że intensywne, nie dały rady całkiem zatrzeć śladu po czekoladzie.

W posmaku wróciło sztucznie landrynkowe mleko w proszku. Mieszało się z duszną, drapiącą w gardle słodyczą i motywem mocno wypieczonych ciastek z czarnym kakao. One niestety zajęły ostatnie miejsce.

Czekolada była kiepska, bardzo tanio-tandetna, z okrutną sztucznością, ale zawarła w sobie ciastka, które nadrabiały. To, jak nadawały charakter białej bazie, może wciągnąć. Uwierzę, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, bez trudu przymknie oko na tani wydźwięk. Ogół był bowiem względnie ciekawy i... w sumie wyszło to zaskakująco dobrze w tej swojej taniości. Fakt, że mnie nie chwyciła, ale doceniam. Zjadłam w końcu połowę, a resztę już wcisnęłam Mamie.

Opinia Mamy: "Ta czekolada smakowała tandetnie, jak to białe czekolady, więc mi nie smakowała. Ale bez skrajnych odczuć. Ciasteczka też mi nie pasowały, bo to ewidentnie były takie jak Oreo, a ich nie lubię. Było jednak świetnie je czuć. Ogólnie muszę przyznać, że ciekawa. Uwierzę więc, że jak ktoś lubi Oreo i białe czekolady, to mu bardzo posmakuje".

Trochę jak Hershey's Cookies 'n' Creme, ale w smaku jeszcze tandetniej sztuczna, ale do Witor's dodano ciastka znacznie mniejsze, co lepiej pracowało. Ciastka były zrobione podobnie co w ogólnie lepszej Dove cookies&creme.
O niebo lepsza niż Witor's Wizarding World Harry Potter Corvonero La Magia dei Cristalli Frizzanti, bo kakaowe ciastka starały się zabarwić, zwalczyć sztuczność, zaś strzelające cukierki z podlinkowanej, ją umacniały.


ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 6 zł (za 40g; jak wyżej, ale sprawdziłam w internecie)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, pokruszone ciastka kakaowe 5% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,4%: kakao, regulatory kwasowości: wodorotlenek sodu, wodorotlenek amonu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat), laktoza, emulgator: lecytyna sojowa; aromat

niedziela, 14 czerwca 2026

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % ciemna z Wenezueli, po zmianach 2025

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 była przepyszna. Wraz z tym, jak marka jakiś czas temu marka Chapon zmieniła swoje opakowania, zmieniły się też ceny, a w nowym opisie wyraźnie stanęło: "cukier". Nie "cukier trzcinowy" jak na początku mojej przygody z ich tabliczkami. Byłam bardzo negatywnie nastawiona do tych zmian, mimo że musiałam z grymasem stwierdzić, że nowe opakowania naprawdę zachwycały. Ze zdziwieniem odkryłam jednak, że czekolady nadal są pyszne. Mało tego! Nie czułam w nim chamskości białego cukru, co zdarza się naprawdę bardzo, bardzo rzadko. Normalnie jestem na niego wyczulona. Aż zaczęłam wątpić. A jeśli coś pokręciłam? Jeśli od zawsze mają taki sam cukier? Na przestrzeni miesięcy jednak, gdy wracałam do kolejnych lekko zmienionych tabliczek, odkrywałam drobne zmiany w smaku. Sięgając po dziś przedstawiana, czuła różne emocje. Z jednej strony strach, bo bałam się, że nie będzie to już 10/10, z drugiej radość do jednak prawie na pewno i tak pyszne czekolady. Nie dopuszczałam do siebie nadziei, że nie poczuję zmian. Niby przy tak małej ilości cukru można by pomyśleć, że jego zmianę można przeoczyć, ale z drugiej... W czymś tak dosadnie kakaowym, bardzo dobrze czuć obróbkę tego kakao i to, co mu towarzyszy. W dodatku, to na tej nowszej tabliczce napisali więcej o kakao: pochodzi z ponad 100-letniej plantacji Daniela Gonzalesa, La Sabaneta, która przypomina dziki las deszczowy i gdzie zachowały się stare rośliny. Właściciel plantacji płaci swoim pracownikom powyżej wenezuelskiej normy, a w dodatku zapewnia im 3 posiłki dziennie. Ciekawe, czy zawsze działali właśnie z nim? Dobrze też, że ten dziki kot z opakowania cicho wzywał mnie wzrokiem. Bo bym dalej że strachu odkładała.

Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z 
90% gorzkiej czekolady, czystego kakao z Wenezueli, z regionu Choroni, z plantacji La Sabaneta; wersja od 2025.

Po otwarciu rozeszła się intensywna woń kwiatów i miodowej bitej śmietanki. Zaznaczył się za nią nieśmiały... karmel? Z pewną kwaskawą soczystością jednak, że może raczej... rodzynki? Takie mocno żywicznie-kadzidlane. W owocowej strefie doszukałam się też odrobinki cytrusów, ale równie dobrze można by je przeoczyć. Trafiłam za to na... akcent jagodowy? Jagodowo-bananowy? Kompozycja jawiła się jako bardzo słodka, jedynie z domieszką poważniejszych nut. Na te złożyło się coś palono-chlebowego, przypalony ciemny chleba i jakby pikantne... chlebowe paluchy, krakersy czy coś.
Dawna była wyraźnie mniej słodka, a jednocześnie bardziej jednoznaczna w kwestii chleba i krakersów.

Twarda tabliczka, która w dotyku była nieco pylista, a także tłustawa, przy łamaniu trzaskała głośno niczym skała.
W ustach długo zachowywała kształt, rozpływając się maziście i powoli. Połączyła zbitą maślaność z drobną oleistością, mimo że jej tłustość nie wydawała się wysoka, a właśnie nieco stonowana lekko pylistym wrażeniem. Odnotowałam też nienachalną soczystość, a na koniec uświadczyłam ściągnięcie.

W smaku tym razem przywitała mnie słodycz. Słodycz od razu rozchodząca się na dwa kierunki: z jednej strony wydała mi się niemal mleczna, z drugiej... zaznaczył się w niej nieśmiały kwasek?

Ta druga skojarzyła mi się z rodzynkami, które... spróbowały podkręcić cytrusy? Ledwo pomyślałam o nich, a już się wycofały i po kwaśności zostało jedynie echo.

Obecność odważnie zaanonsowała za to ziemia. Ustanowiła gorzkość dość wyraźną, a także przybrała ciepły charakter, jakby była rozgrzana, może wulkaniczna, a mnie przez głowę przemknęła smoła.

Słodycz, którą początkowo określiłam jako wręcz mleczną, przeszła w motyw białych kwiatów. Kwiatów stojących w wazonie z wodą. Były delikatne, niosły świeżość, ale nie szczędziły też słodyczy. Po chwili jednak... znów odnotowałam mleczność. Tym razem jako kwiatową, kwiatowo-miodową bitą śmietankę. Słodycz cały czas miarowo rosła i miała naprawdę sporo do powiedzenia.

Przy wzroście słodyczy kwasek znów spróbował coś ugrać: w tle cytryna próbowała zawiązać sojusz z rodzynkami. Wyszło to niezbyt jednoznacznie, ale na pewno kwaśno cytrynowo. "Cytrynowo z czymś" - przy czym trudno było uchwycić to "coś" zmieszanego z cytryną. W pewnej chwili pomyślałam o kwaskawym nabiale, ale nie mogłam tego uchwycić (w dawnej wyraźniej czułam kefir).

Chyba na zasadzie kontrastu ze słodyczą umacniała się także gorzkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do ziemi dołączył chleb. Smoliste nuty przeszły w pieczono-palony motyw, który skojarzył mi się trochę z ciemnym, czerstwym chlebem, a po chwili z ciemnych chlebem wilgotniejszym i kwaśnym. Nagle to on przejął sporą część kwasku.

Owoce jakby tylko na to czekały. Raz, drugi przebiło się coś kwaskawo-soczystego... cytrusowego. Acz zaraz część owoców uległa kwiatom i do głowy przyszły mi borówki amerykańskie, coś jagódkowego, właśnie pochowanego w kwiatach. Albo... jako owocowo-kwiatowe dżemy?

Jako że słodycz rosła, pomyślałam o jakiś wypiekach - rogalikiem? Podanych z nabiałem, kefirem lub kleksem kwaśnej śmietany. Może z dżemem / nadzieniem / smarowidłem... pomarańczowym? Takim z wyraźnie słodko-kwaśnych pomarańczy. Słodycz niby uczepiła się także owoców, ale te wywalczały też całkiem sporo kwaśności. Kwaśności... cierpkiej? Jakby w cytrusach ukryło się... np. kiwi?

Gorzkość wycofała się, przeplatając ziemię ziołami. Wyobraziłam sobie rześką szałwię, złagodzoną kwiatami. Chleb znów zastąpiła ziemia. Ziemia gorąca, wulkaniczna, wręcz dymna. Zioła - głównie jakby wręcz kwaskawa szałwia - współpracowały z nią.

Słodycz dziwnie wyszła na spotkanie z gorzkością, jakby próbowała ją załagodzić jakimś... słodkim, cytrusowym, znowu bardziej cytrynowym, kremem maślanym do tortu-ciasta, w którym przyprawy (?) i zioła idą w aż kwaśno-wytrawniejszą stronę.

Po zjedzeniu został posmak kwaśno cytrusowo-ziołowy i mocno kwiatowy. Możliwe, że w kwiatach kryło się też coś jagódkowego. Czułam też kwaskawy chleb i sporo ziemi.

Czekolada wyszła jednocześnie bardziej słodko i bardziej gorzko; kontrastowo. W Chapon Cacao Rare Venezuela 90 % z 2023 owoce zmierzały w nieco cierpko-niedojrzałym kierunku, a słodycz poprzez krakersowość wydawała się idealnie harmonizować słodycz i poważniejsze, gorzkie nuty. W dziś przedstawianej brakowało mi karmelowo-krakersowych motywów, a także integralnej kwaśności. W dziś przedstawianej jakby trochę tłamsiła słodycz, a ta - kwaśność - musiała o siebie walczyć. Brakowało mi tu... zgrania. Choć smak, nuty w zasadzie były te same, przybrały inny wydźwięk, bardziej kontrastowy, w którym co bardziej subtelne, zniknęło. Wciąż była pyszna, ale chwilami trochę zbyt kontrastowa, jakby przerysowana. Acz, co ciekawe, nie czuć tak jednoznacznie, że zmieniono cukier - można się domyślić, ale nabrałabym się, że za zmianami stoją inne kwestie (prażenie czy nawet zbiór kakao).


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: € 10,50 (za 75g; około 45 zł)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy