Ritter Sport to jedna z tych marek, które obecnie tylko w górach jako tako mogą mnie zainteresować. Tę tabliczkę wzięłam tylko dlatego, że akurat jakoś miałam wrażenie, że mam mało czekolad w góry, a zakupy robiłam z ojcem i on płacił. Ritter Sport Dark Almond & Orange nie chwyciła mnie, ale musiałam przyznać, że zawierała bardzo dobre migdały. Stąd myśl, że wersja okrojona z pomarańczy mogła być warta uwagi. Otworzyłam ją na Bystrej Ławce, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Doliny Furkotnej, idąc ze schroniska Chata pod Soliskom.
Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds with almonds grown in the California sunshine to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi migdałami kalifornijskimi (25%).
Po otwarciu poczułam trochę dominujący zapach przesłodzonej czekolady oraz migdałów, starających się dotrzymać jej kroku, acz jednak pozostających w tyle. Wydały mi się lekko prażone, a czekolada cukrowo-lukrowa i minimalnie palono cierpka. Trochę jak... syrop kawowy? Połączyć cukrowo-gorzkawe nuty z migdałami i w zasadzie wygładzić całość starała się maślaność.
Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę polewowa, ale jeszcze zwyczajna. To, że migdałów nie pożałowano, zdradzał już spod tabliczki, a przekrój potwierdził. Zatopiono w niej całe, ogromne i wielkie sztuki oraz połówki. Twarda czekolada łamała się z trzaskiem świadczącym o gęstości i konkrecie, podbudowa kruchymi trzaskami migdałów.
W niektórych miejscach migdał dosłownie siedział na migdale, lecz trafiały się też małe kęsy bez nic.
Niektóre migdały łamały się wraz z czekoladą, inne zostawały w którejś części. Czasem migdał wyciągał się ze skórki, a w drugim kawałku kostki skórka zostawała wtopiona w czekoladzie.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, długo zachowując kształt. Była zbita i konkretna, a jednocześnie mazista. Łączyła lekką ulepkowatością maślaność z wodnisty echem. Faktycznie była sowicie wypełniona dodatkami.
Migdały długo trzymały się na wpół ukryte w czekoladowej mazi, ale w końcu się wyłaniały. Ja zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec, aż czekolada zniknęła. Gdy bowiem próbowałam gryźć je wcześniej, wydawała się bardziej ulepkowata.
Gryzione migdały były twarde w chrupiącym kontekście.
Skórki trafiały się tylko na niektórych. Łatwo oddzielały się od samych migdałów.
W większości migdały były duże, przeważały całe, ale trafiałam także na połówki. Po połamaniu czekolady i odgryzając po kawałku kostki, wiadomo, miałam do czynienia raczej z kawałkami (ale pierwotnie całych).
W smaku pierwsza rozbrzmiała na starcie wysoka, cukrowa słodycz, a zaraz za nią lekka, palona gorzkość.
Przemknął mi jakby jakiś aromat, coś zahaczającego o plastik, jednak zaraz tonącego w maślaności. Może to echo migdałów, za słabe jednak, by je uchwycić?
Gdy odgryzając kawałek, przegryzłam migdała, też się odzywał, ale potem trzymał się tyłów. Acz wyczuwalny był.
Słodycz szybko rosła, do cukru dodając lukier. Zrobiło się cukrowo, a gorzkość ewidentnie nie nadążała.
Migdały niegryzione może same w sobie nie smakowały szczególnie intensywnie, ale dodawały swą nutę i trochę tonowały słodycz.
Gdy zrobiłam kęsa czekolady bez migdała, nie wydała mi się szczególnie przesiąknięta migdałami, acz można doszukać się echa zbliżonego do migdałów, może trochę bardziej ogólnie maślano-orzechowego. Na pewno jawiła się za to jako bardziej słodka i z łatwością, szybciej zasładzająca tak, że w gardle drapało.
Kiedy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, sama czekolada wydawała się bardziej plastikowa, natomiast migdał przeprażony na gorzko od lekkiej goryczki bazy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość starała się jakoś znowu odezwać, ale zakradł się do niej delikatny plastik, a potem... cukier uderzył i... gorzkość zdecydowała się na wydźwięk trochę plastikowego kawowego lukru. Rosła i słodycz, i cierpka goryczka i przyszedł mi na myśl zacukrzony, ale trochę wytrawniejszy, acz bezalkoholowy likier kawowy. Może... także migdały się w nim kryły, jako... nuta w likierze kawowo-migdałowym?
Słodycz trwała niewzruszona, gorzkość z czasem opadła z sił. Zastąpiła ją lekka maślaność, w niektórych kęsach z migdałami bardziej wymieszana z migdałowością (ale nie zawsze).
Słodycz końcowo pozwalała sobie na naprawdę dużo, łącząc likier, cukier i lukier, ale im czekolady było mniej, tym i nawet niegryzione, prażone migdały coraz bardziej skupiały na sobie uwagę.
Migdały gryzione na koniec z lekkością zagłuszały przesłodzenie, ogólnie niwelując słodycz bazy. Same były słodkie, ale w naturalny sposób. W większości nie posiadały skórek, ale nawet, gdy trafiła się skórka, nie miała za wiele do powiedzenia. Tylko trochę podszeptywała smakową suchość. Ogólnie migdały były bardzo wyraziste. I to wyraziste w swój własny smak, mimo silnego prażenia. W zasadzie ono w przypadku ok. połowy migdałów było średnio mocne, w drugiej połowy mocne. Gryzione na koniec nie szły jednak w goryczkę.
Posmak należał do prażonych migdałów. Czekolada na koniec stanowiła marginalny dodatek. Zdobyła się na prostą, paloną cierpkość, ale wciąż czuć też maślaność i lukrową słodycz.
Mocno średnia baza, dobre migdały, ale całość mnie nie porwała. Po prostu jest, czym ma być, spełnia obietnicę, więc trudno się czepiać. Przesadzoną słodycz i echo plastiku, a także nieco za mocno prażone migdały (nie wszystkie, ale część) sprawiły, że w górach szła jako tako, ale w domu już trochę męczyła nie za szlachetnym charakterem.
Orzechy laskowe w Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts jakoś lepiej podporządkowały sobie bazę, acz czuć, że była ta sama. Tak samo nieinteresująca bez dodatku.
ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,98 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe








































