czwartek, 26 lutego 2026

Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna z Tajlandii

Długo na moim blogu było niewiele czekolad z kakao z Tajlandii, ale zaczęły pojawiać się częściej w sklepach, w których zamawiałam i wkręciłam się w nie. Gdy więc zobaczyłam, że i Beskid skombinował coś z tajlandzkiego kakao, bardzo się ucieszyłam. Już Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była bardzo intrygująca (moja pierwsza tajlandzka setka!), a bardziej czekoladowa, o zawartości bardziej typowej dla Beskidu? Tak, tak, tak! Dziś przedstawianą zrobiono jednak z innego kakao. Trochę żałowałam, że nie ma szans, by porównać tabliczki dokładnie z takiej samej odmiany, ale wierzyłam, że w Beskidzkie wiedzą, co robią. Dziś prezentowaną zrobiono z rzadkiej odmiany Chumphon 1, rosnącej w regionie Chanthaburi. To zaś oznaczało, że... mogłam ją sobie porównać ze świetnie pamiętaną tabliczką innej marki, Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate. Ziarna są starannie fermentowane przez 6 dni w drewnianych skrzyniach, a następnie suszone na słońcu.


Beskid Chocolate Tajlandia Chathaburi Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao
to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao odmiany Chumphon 1 z Tajlandii, z regionu Chanthaburi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kwaskawo-soczystej i zarazem bardzo słodkiej brzoskwiniowej herbaty. Niby ice tea, ale nie tak wyraźnie i nie zupełnie, bo zamiast orzeźwienia, trafiłam na pewne ciepło. Co prawda niezwiązane akurat konkretnie z tą herbatą, ale przeplatające całą kompozycję. Ciepło to przywodziło na myśl szarlotkę z rodzynkami, podaną właśnie jeszcze ciepłą. Acz szarlotkowe jabłka nie były jedynymi, jakie tu wystąpiły. Odnotowałam też jabłka bardziej świeże. Mieszały się poprzez lekki kwasek z limonką - o, ta już była bardzo soczysta, acz też nie taka orzeźwiająca, bo jakby... zestawiona z alkoholem? Pewna powaga, lekka goryczka czarnej herbaty i drewno też powstrzymywały orzeźwiające, rześkie zapędy. O tym jednak cieplejszo-ciężkawym wydźwięku przesądził mocno palony i nie mniej mocno maślany karmel.

Troszeczkę pylista w dotyku tabliczka była masywnie twarda i jakby pełna, co wiązało się z głośnymi trzaskami podczas łamania. Przypominały trochę niezupełnie suche, ale już trzaskające gałęzie i obiecywały gęstość.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, długo utrzymując zwarto-zbity kształt. Była gęsta i kremowa, ale nie zupełnie gładka. Rozpuszczała się trochę maziście, rzednąc w sposób soczysty, acz wciąż też trochę tłustawy. W jej soczystości było coś trochę ściągającego.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz, w której pierwszy pokazał się nieśmiały, ale bez wątpienia palony karmel, a tuż za nim...

Ruszyła słodka soczystość mocno brzoskwiniowej herbaty - jednak ice tea! Kontrastowo do karmelu herbata ta wyszła dość rześko, choć też nie była to jeszcze definicja orzeźwienia. Na pewno przedstawiła się jako herbata bardzo słodka, posłodzona, ale choć bliska przesłodzeniu, to nie przełożyła się na ogólnie za wysoką słodycz. Za nią czuwała leciutka gorzkość (herbaty czarnej?).

Karmel nasilił się, idąc w palonym, charakterniejszym kierunku. Do palonego motywu dołączyła maślaność, trochę go łagodząca, ale nie zaburzająca motywu palonego karmelu. Słodycz osiągnęła wysoki poziom, acz wciąż nie było to przesłodzenie - do tego stopnia nie dotarła w żadnym momencie.

W brzoskwiniowej herbacie pojawił się kwasek, a ja pomyślałam o brzoskwini miękkiej i soczystej, ale o wciąż kwaskawymi smaku, która powoli zaczyna się mieszać z innymi kwaskawymi owocami.
Herbaciana nuta na pewien czas odeszła od motywu ice tea i umocniła trochę gorzkość, odważniej sugerując herbatę czarną.

Maślaności przy karmelu nazbierało się w tym czasie tyle, że do głowy przyszedł mi kajmak, a palona nuta przemknęła na tyłu. Kajmak przywołał do siebie owocowy kwasek, przekładając się na wizję nietradycyjnej szarlotki z warstwą kajmakową. Szarlotki na ciepło, która stara się uniemożliwić owocom silne orzeźwianie. Zrobiło się ryzykownie słodko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloność od słodyczy przeszła do wątku herbaciano-drewnianego. Tam przez moment trwała dość wyraźnie, po czym i od nich trochę się odsunęła. Oczami wyobraźni zobaczyłam bowiem drewno zbutwiałe. Sucho-zbutwiałe? Czarna herbata zapewniła jeszcze trochę więcej szlachetnej gorzkości.

Paloność spróbowała wrócić do słodyczy, ale... niezupełnie wróciła do samej słodyczy. Raczej umocniła kwestię "wypieczoności" i ciepła szarlotki. Maślaność, która tak pracowała nad karmelem, by został kajmakiem, tym razem zajęła się tworzeniem wyraźnego spodu szarlotki.

W cieście tym nagle pojawiła się bardziej rześka, inna niż jabłkowa kwaśność. Oto wkroczyła limonka. Znalazła się i w cieście, i w herbacie - już też wręcz lemoniadowej ice tea. Limonka otworzyła drogę kwaskawym rodzynkom... rodzynkom w rumie! Kwasek w ich przypadku tworzył jedność z pewną ciężkawością. Rodzynki te osiadły w szarlotce. Kwaskawe wtrącenia nie przełamały, ale ciekawie urozmaiciły słodycz.

Limonkowy kwasek pokierował jednak też jabłka oraz brzoskwinie w surowszym kierunku. Obok zaraz znalazły się bowiem zielone, kwaśne jabłka po prostu i już nie brzoskwiniowa herbata, a soczyste, miękki, ale wciąż kwaśne, w zasadzie kwaśno-słodkie brzoskwinie. Z kolei maślany spód ciacha w końcu przeszedł w niejednoznaczny, drożdżowy wypiek. Elementy szarlotki jakoś się rozbiegły i ona też się rozmyła.

Wtedy to wrócił mocno palony karmel, a i herbata przypomniała sobie o goryczce czarnej herbaty. Teraz jednak w głowie rozgościła mi się herbata z wkrojonym plastrem limonki. Kwaśność ostatniej przechodziła końcowo w octowość.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawych jabłek, niemal w jedno mieszających się z soczystymi brzoskwiniami, limonką oraz scukrzone rodzynki w rumie. Obok nich pobrzmiewał palony karmel. Palony aż do goryczki? Czy może z drugiej strony związany z... goryczkowatą herbatą? Mimo że myślałam o herbacie czarnej, także kwaskawa brzoskwinia wróciła w jej towarzystwie.

Czekolada była przepyszna i bardzo ciekawa, bo niesamowicie obrazowa. Brzoskwiniowa herbata, niekoniecznie ice tea, ale też; karmel przechodzący w kajmak, który jest składową szarlotki na spodzie, który zmienia się w coś drożdżowego. Jabłka szarlotkowe i świeże, limonka nakręcająca soczystość, a jednak z lekko alkoholowym echem, pod które podczepiły się rodzynki w rumie, ogólnie trochę herbaty i drewna... no coś wspaniałego. Dużo dynamiki i choć ogólna słodycz była wysoka, nie przegięła dzięki a to bardziej kwaskawym, a to gorzkawym tonom. Wolałabym ją nieco mniej słodką, ale nie powiedziane, że gdyby nie słodycz, to nie poszłaby już przesadnie w kwaśność.

Paradai Thai Craft Chocolate Chanthaburi 70 % Dark Chocolate smakowała wyraźnie limonką z tequilą, japońskim winem umeshu, winem wiśniowym; wydawała się bardzo alkoholowa, a do tego czułam w niej dużo zielonych roślin i zielonej herbaty oraz drzew. Podobieństwo więc było, ale czuć... jakby inne ujęcie tych podobnych nut? 
Beskid Chocolate Tajlandia Mark Rin Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao była za to zupełnie inna. Sporo orzechowo-migdałowych elementów, ogólnie cytrusowo-egzotyczna i trochę jak cytrusowy, jogurtowy sernik - wspólnych to można się na siłę doszukiwać. Acz... nuta maślanego karmelu - jako że była też w setce - zaintrygowała mnie. Czyżby płynęła głównie z kakao?


ocena: 9,5/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

środa, 25 lutego 2026

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % ciemna z Ugandy

Chapon ma niewiele czekolad z zawartością wyższą niż 75%. A ja dobrze pamiętałam, jak obłędna była Chapon Cacao Rare Venezuela 90 %, więc i ta wydała mi się obiecująca. Ekscytację wzmacniał fakt, że z Ugandy miałam jeszcze inne czekolady Chapon, o innych zawartościach kakao. Ach, jak ja uwielbiam takie porównania! A zacząć postanowiłam od potencjalnie najlepszej. I najbardziej dla marki nietypowej, bo, jak wspomniałam, niewiele mają czekolad o tak wysokiej zawartości kakao. Ciekawe, co przesądziło o tym, że akurat Ugandę zrobili też w takim wydaniu. Z tego, co poczytałam, także obróbka nie była zbyt typowa, bo kakao fermentowało w skrzyniach z drewna eukaliptusowego (nigdy nie słyszałam, by jakiś producent właśnie w takich to robił!), a potem suszone. Zakupione zostało od małych rolników, zrzeszonych w ramach Latitude, którzy pracują w strefie tropikalnej Rwenzururu.
Na marginesie: czekolada nie tylko smakuje, ale też uczy! Spodobały mi się ptaki na opakowaniu i zainteresowałam się, nimi. Znalazłam, że to koronnik szary, który ten widnieje na fladze i w godle Ugandy.

Chapon Cacao Rare Ouganda Semuliki 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Ugandy, z regionu lasu Semuliki.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach suszonych fig, daktyli i trochę śliwek. Mieszały się z rześkim pieprzem, który zdawał się wpisywać w całą jakąś pieprzną mieszankę, kompozycję przyprawową z ziołami. I podrzucił myśl o pieprznym drewnie. Obok prezentowała się dość wysoka - jak na 90% - słodycz jasnego miodu z echem maślanego toffi.

Tabliczka była bardzo twarda, więc podczas łamania trzaskała głośno i, zwłaszcza tam, gdzie tabliczka była grubsza, kojarzyła się ze skałą. Tam, gdzie cieńsza, brzmiała bardziej skaliście-chrupko. A bo właśnie... z jednej strony tabliczka była gruba, z drugiej cienka (co dla Chapon się zdarza).
Choć dotyk sugerował pylistość, w ustach okazała się kremowa i gładka. Rozpływała się powoli, pokazując się z gęsto-mazistej strony. Tłustość stała na średnim poziomie. Połączyła maślaność z drobną oleistością, ale obie wpisała w kremowość. Końcowo oleistość trochę rosła, ale i skąpa soczystość do niej dołączyła. Ta jednak zostawiała cierpkawo-ściągające wrażenie. Końcowo w ustach ostała się też pewna suchość.

W smaku pierwszą poczułam łagodną, średnio wysoką słodycz maślanego toffi. Trwała przez moment, spoglądając ku pierwszemu planowi i leciutko wzrosła.

Nagle, zmotywowana słodyczą, przemknęła nutka jakiś słodkich, ale jednocześnie kwaskawych czerwonych owoców. Były trudne do uchwycenia i zaraz mi umknęły. Zagłuszył je miód, zmieniający wydźwięk słodyczy. Okazał się bardziej zdecydowany od toffi, przerabiając je najpierw na toffi miodowe, a potem skupił na sobie większość uwagi. Kryło się w nim jednak coś kwaskawego, niemiodowego.

Pod słodycz- jeszcze tę przejściową toffi-miodową- podkradł się pieprz. Delikatny, ale ze specyficzną ciężkawością, która... zaczęła się rozmywać w jakby pieprznej mieszance przypraw i ziół. Toffi zrobiło się poważniejsze, bardziej palone i nagle... do siebie niepodobne, a bardziej... daktylowe?

Gorzkość powoli wkroczyła i rosła, nie zważając na nic innego. Ze spokojem objęła prowadzenie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Wydała mi się lekko palona, pieprzna, ale nie w taki czysty, oczywisty sposób. Połączyła pieprz z drewnem.

Miód trochę się wycofał, a ja nagle poczułam suszone owoce. Niezwykle jednoznaczne suszone figi wśród nich dominowały. Miały nieco zasładzające zapędy, ale ogólna słodycz nie była zbyt wysoka. Dołączyło do nich trochę śliwek suszonych i... znów zaczął przemykać motyw czerwonych owoców. Teraz wyraźniejszy, ewidentnie owoców suszonych, ale wciąż nieoczywisty. Chodziła mi po głowie kwaskawa żurawina, ale to nie była zupełnie ona. Na samym końcu czułam też bardzo słodkie, twarde suszone daktyle.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno zaczęło odgrywać coraz ważniejszą rolę. Wciąż miało pieprzne echo, ale pieprz trochę odpuścił. Wyobraziłam sobie drewno, a ze względu na paloność, kominek. Dokładniej drewniany, elegancki salon z trzaskającym w nim ogniem oraz... kwaskawym drzewkiem iglastym, choinką. Stworzyło to przytulnie zimowy klimat.

Część słodyczy też podchwyciła ten zimowo-ciepły wydźwięk. Przez myśl przemknęły mi ciastka korzenne z miodem o bardzo pieprznym charakterze. Za ich sprawą pieprz wszedł też w słodką strefę, wyciszając miód.

Miód pobrzmiewał już tylko w oddali, a do słodkich suszonych owoców dołączył silniejszy kwasek. Pomyślałam o suszonych plastrach pomarańczy, być może wiszących w formie ozdób, na drzewku. Pomarańcze sprawiły, że figi i śliwki jeszcze się umocniły.

Gorzkość zaczęła serwować mi więcej nut palonych: dymu, sadzy, popiołu, po czym... nagle doleciała do niej maślaność.

Maślaność lekko załagodziła gorzkość, co wykorzystał miód i wrócił wyraźniej. Wyobraziłam sobie jakiś keks z miodem, możliwe, że nie tylko na maśle, ale mieszance masła z olejem, na pewno z bakaliami. Głównie figami i śliwkami. Wokół musiał rozchodzić się aromat pomarańczy (z choinki?), jakby trochę obok nich. Ciasto to przybrało zimowy wydźwięk: chyba i ono leciutko doprawiono pieprzem, ale jakimś świeższym, lżejszym.

Po zjedzeniu został posmak suszonej pomarańczy i suszonych, słodkich fig, mieszających się z drewnem i pieprzem. O ile drewno wyszło tu ciężkawo i poważnie, tak pieprz wykazywał rześkość, przechodził nawet w ziołowość. W głowie miałam też wizję choinki przy kominku.

Czekolada była nie dość, że pyszna, to jeszcze intrygująca. Ta jednoznaczna wizja drewnianych mebli, kominka i choinki oraz wyraziste suszone figi i śliwki, mieszały się z subtelniejszymi akcentami suszonych pomarańczy, jakiś czerwonych owoców oraz dość wysoką jak na 90% słodyczą. Ta połączyła toffi z miodem, czasem bardziej wpisywała się w owoce. Pieprz w tej kompozycji wyszedł bardzo ciekawie, bo nie był to zwykły, dosadny pieprz. Ten jakby ukrywał się w ziołowej mieszance i drewnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że wystawię jej 9, ale potem zaczęłam się wahać, czy nie zasłużyła na 10. Była blisko, ale jednak silna słodycz jak na 90% mogłaby być trochę niższa, bardziej wycofana. Obwiniam o to cukier biały (ach, jakbym chciała, by Chapon wróciło do trzcinowego!).


ocena: 9,5/10
cena: € 11 (za 75g; około 46 zł)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier

poniedziałek, 23 lutego 2026

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds ciemna 50 % z migdałami

Ritter Sport to jedna z tych marek, które obecnie tylko w górach jako tako mogą mnie zainteresować. Tę tabliczkę wzięłam tylko dlatego, że akurat jakoś miałam wrażenie, że mam mało czekolad w góry, a zakupy robiłam z ojcem i on płacił. Ritter Sport Dark Almond & Orange nie chwyciła mnie, ale musiałam przyznać, że zawierała bardzo dobre migdały. Stąd myśl, że wersja okrojona z pomarańczy mogła być warta uwagi. Otworzyłam ją na Bystrej Ławce, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Doliny Furkotnej, idąc ze schroniska Chata pod Soliskom.

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds with almonds grown in the California sunshine to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi migdałami kalifornijskimi (25%).

Po otwarciu poczułam trochę dominujący zapach przesłodzonej czekolady oraz migdałów, starających się dotrzymać jej kroku, acz jednak pozostających w tyle. Wydały mi się lekko prażone, a czekolada cukrowo-lukrowa i minimalnie palono cierpka. Trochę jak... syrop kawowy? Połączyć cukrowo-gorzkawe nuty z migdałami i w zasadzie wygładzić całość starała się maślaność.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę  polewowa, ale jeszcze zwyczajna. To, że migdałów nie pożałowano, zdradzał już spod tabliczki, a przekrój potwierdził. Zatopiono w niej całe, ogromne i wielkie sztuki oraz połówki. Twarda czekolada łamała się z trzaskiem świadczącym o gęstości i konkrecie, podbudowa kruchymi trzaskami migdałów.
W niektórych miejscach migdał dosłownie siedział na migdale, lecz trafiały się też małe kęsy bez nic. 
Niektóre migdały łamały się wraz z czekoladą, inne zostawały w którejś części. Czasem migdał wyciągał się ze skórki, a w drugim kawałku kostki skórka zostawała wtopiona w czekoladzie. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, długo zachowując kształt. Była zbita i konkretna, a jednocześnie mazista. Łączyła lekką ulepkowatością maślaność z wodnisty echem. Faktycznie była sowicie wypełniona dodatkami.
Migdały długo trzymały się na wpół ukryte w czekoladowej mazi, ale w końcu się wyłaniały. Ja zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec, aż czekolada zniknęła. Gdy bowiem próbowałam gryźć je wcześniej, wydawała się bardziej ulepkowata.
Gryzione migdały były twarde w chrupiącym kontekście.
Skórki trafiały się tylko na niektórych. Łatwo oddzielały się od samych migdałów.
W większości migdały były duże, przeważały całe, ale trafiałam także na połówki. Po połamaniu czekolady i odgryzając po kawałku kostki, wiadomo, miałam do czynienia raczej z kawałkami (ale pierwotnie całych).

W smaku pierwsza rozbrzmiała na starcie wysoka, cukrowa słodycz, a zaraz za nią lekka, palona gorzkość.

Przemknął mi jakby jakiś aromat, coś zahaczającego o plastik, jednak zaraz tonącego w maślaności. Może to echo migdałów, za słabe jednak, by je uchwycić?

Gdy odgryzając kawałek, przegryzłam migdała, też się odzywał, ale potem trzymał się tyłów. Acz wyczuwalny był.

Słodycz szybko rosła, do cukru dodając lukier. Zrobiło się cukrowo, a gorzkość ewidentnie nie nadążała.

Migdały niegryzione może same w sobie nie smakowały szczególnie intensywnie, ale dodawały swą nutę i trochę tonowały słodycz.
Gdy zrobiłam kęsa czekolady bez migdała, nie wydała mi się szczególnie przesiąknięta migdałami, acz można doszukać się echa zbliżonego do migdałów, może trochę bardziej ogólnie maślano-orzechowego. Na pewno jawiła się za to jako bardziej słodka i z łatwością, szybciej zasładzająca tak, że w gardle drapało.

Kiedy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, sama czekolada wydawała się bardziej plastikowa, natomiast migdał przeprażony na gorzko od lekkiej goryczki bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość starała się jakoś znowu odezwać, ale zakradł się do niej delikatny plastik, a potem... cukier uderzył i...  gorzkość zdecydowała się na wydźwięk trochę plastikowego kawowego lukru. Rosła i słodycz, i cierpka goryczka i przyszedł mi na myśl zacukrzony, ale trochę wytrawniejszy, acz bezalkoholowy likier kawowy. Może... także migdały się w nim kryły, jako... nuta w likierze kawowo-migdałowym? 

Słodycz trwała niewzruszona, gorzkość z czasem opadła z sił. Zastąpiła ją lekka maślaność, w niektórych kęsach z migdałami bardziej wymieszana z migdałowością (ale nie zawsze).

Słodycz końcowo pozwalała sobie na naprawdę dużo, łącząc likier, cukier i lukier, ale im czekolady było mniej, tym i nawet niegryzione, prażone migdały coraz bardziej skupiały na sobie uwagę.

Migdały gryzione na koniec z lekkością zagłuszały przesłodzenie, ogólnie niwelując słodycz bazy. Same były słodkie, ale w naturalny sposób. W większości nie posiadały skórek, ale nawet, gdy trafiła się skórka, nie miała za wiele do powiedzenia. Tylko trochę podszeptywała smakową suchość. Ogólnie migdały były bardzo wyraziste. I to wyraziste w swój własny smak, mimo silnego prażenia. W zasadzie ono w przypadku ok. połowy migdałów było średnio mocne, w drugiej połowy mocne. Gryzione na koniec nie szły jednak w goryczkę.

Posmak należał do prażonych migdałów. Czekolada na koniec stanowiła marginalny dodatek. Zdobyła się na prostą, paloną cierpkość, ale wciąż czuć też maślaność i lukrową słodycz.

Mocno średnia baza, dobre migdały, ale całość mnie nie porwała. Po prostu jest, czym ma być, spełnia obietnicę, więc trudno się czepiać. Przesadzoną słodycz i echo plastiku, a także nieco za mocno prażone migdały (nie wszystkie, ale część) sprawiły, że w górach szła jako tako, ale w domu już trochę męczyła nie za szlachetnym charakterem.
Orzechy laskowe w  Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts jakoś lepiej podporządkowały sobie bazę, acz czuć, że była ta sama. Tak samo nieinteresująca bez dodatku.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,98 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe

niedziela, 22 lutego 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem ciemna z Nikaragui z orzechami pekan i cynamonem

Zamawiając tę czekoladę, miałam cichą nadzieję, że w niej trafi mi się jeszcze niezmieniona ekwadorska baza, na którą się nie załapałam, o czym pisałam przy Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo. Niestety, informacje na stronie były nieaktualne. Odkąd manufaktura zmieniła kakaową bazę 70% z ekwadorskiej na nikaragujską, bazy czekolad z dodatkami też uległy zmianom. Szkoda tym bardziej, że nie byłam przekonana, czy nuty podlinkowanej będę pasowały do cynamonu i orzechów pekan.
Tabliczkę zabrałam w Tatry słowackie na pewne odbicie, które zawsze omijałam, idąc na Bystrą Ławkę. Tym razem ze Strbskiego Plesa ruszyłam niebieskim szlakiem do schroniska Chata pod Soliskom, a stamtąd czerwonym na Prednie Solisko. Schronisko to i miejsce wokół odwiedzone rano o wiele zyskało, bo nie było tłumu. Podobnie na szczycie. A z niego... rozpościerały się piękne widoki. Tylko trochę psuł je krzyż, ale rozsiadłam się plecami do niego i zabrałam się za czekoladę.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O’Payo z Nikaragui z karmelizowanymi orzechami pekan i cynamonem kasja.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty, złożony zapach cynamonu, który trochę się rządził, ale nie dominował zupełnie, soczystego kwasku, orzechów - acz niekoniecznie, a na pewno nie tylko, pekanów - i ziół. Cynamon pokazał się od słodkiej, ciepłej strony. Wprowadził słodycz, kojarzącą się z korzennym karmelem, ostrymi kwiatami i może trochę jakby suszonymi owocami w przyprawach korzennych: mango? ananasem? Trochę uciekały ze względu na wyrazistsze, kwaśniejsze owoce m.in. czerwone (nie tylko, ale ogólnie trudno było konkret wychwycić). Gorzko-cierpkie zioła mieszały się z gorzkością, sugerując odlegle... Mało kawową kawę? Mrożoną cold brew z nutą owoców i korzenności bardziej złożoną, niż tylko cynamonową? Albo bardziej ziołowy napar z takimi dodatkami?

Okrągła czekolada z jednej strony ewidentnie była cieńsza (bardzo cienka), z drugiej pokaźnie gruba.
Tabliczkę posypano średnią ilością drobnych kawałków orzechów i sporą ilością cynamonu. Niektóre orzechy okazały się wręcz zmielone na pył. Sporo orzechów trzymało się porządnie, ale też dość sporo kawałków odpadało przy łamanie czy choćby mocniejszym dotyku. Sama czekolada była twarda i trzaskała głośno.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, trochę zawiesinowo. Miałam wrażenie, że orzechy trochę ją poganiały i wydobyły lekką wodnistość. Czekolada jednak starała się przerobić to na soczystość. Cynamon dodał proszkowość, która końcowo wpisała się w sucho-cierpkie wrażenie, jakie pozostawiała czekolada. Część cynamonu pokrywała też wiele kawałków orzechów. One też były w cynamonie, więc cynamon nie robił tylko za posypkę czekolady.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła. Zwłaszcza, że długo pozostały częściowo pokryte, wlepione w luźną, czekoladową masę.
Orzechy okazały się specyficznie tłusto-miękkie, acz... Chwilami nawet jak na pekany bardzo miękkie, a czasem lekko trzeszczące. Pasowało to jednak do nie za gęstej czekolady.

W smaku najpierw pojawiła się rześka słodycz, pod którą w wielu, ale nie wszystkich, kęsach zaraz podczepiał się cynamon. W reszcie odzywał się po paru chwilach - zawsze jednak dawał o sobie znać.
Sporo zależało od ułożenia kawałka w ustach. Gdy trafiał posypką na język, nuty bazy wydawały się przyćmione - ta opcja mniej mi pasowała.

W każdym kęsie za to pojawiała się kwaśność owoców i ziół. Początkowo wydawały się nierozerwalne, lecz z czasem podzieliły się na owoce czerwone oraz cierpkawe zioła i ziołowe napary.

Słodycz wzrosła. Przeważnie wraz z nią mocno rósł cynamon o słodko-ciepłym, niemal kwiatowym charakterze, a ja myślałam o niemal kwiatowo-soczystym cynamonie cejlońskim*. Zwłaszcza wtedy do głowy przychodził pikantny miód. Miód z ziołami i lekko korzenie przyprawiony?

Co jakiś czas słodycz wydawała się lekko karmelowa... Karmelowo korzenna? Czasem obok przemykała mi znikoma orzechowość, acz nie powiedziałabym, że wyraźnie pekanów.

Ziołowy wątek podyktował cynamonowi kwiatową rześkość, a ta podchwyciła też owocową soczystość.

Trudno było spróbować samej czekolady - mam wrażenie, że całościowo przesiąkła cynamonem (bo czułam go nawet w malutkich kawałkach brzegowych, gdzie zdawało się, że go nie ma, czy gdzie się osypał). Orzechami nie.

Soczystość rozwijała się niezależnie od innych nut. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za owocami czerwonymi mignęły mi cytrusy i zaraz umknęły. Może zmieniły się w... ananasa? A potem... Doleciało coś bardziej wodnistego? I bardzo egzotycznego, esencjonalnie słodkiego. Raz po raz przyszło mi do głowy suszone mango w cynamonie.

Cytrusowo-ananasowa nuty prawie zupełnie schowały się za czerwonymi owocami, a te lekko osłodziły brzoskwinie i chyba nektarynki. Same nie były mocno słodkie, lekko kwaskawe, ale słodsze od czerwonych. To chyba cynamon pokierował trochę owoce w lekko słodszym, esencjonalnym kierunku.

Cynamon czasem bardzo się nasilał w sposób słodko-ciepły, jedynie lekko pikantnawy i goryczkowaty. On w zasadzie miał wzloty i upadki, był różnie mocno wyczuwalny.
Sama baza za to nie szczędziła goryczki. Zaserwowała mi jakby trochę bardziej ziołową w charakterze kawę... Jakąś dziwną, lekko kwaskawą i z lodem? Mrożoną cold brew?

Niegryzione pekany prawie się nie wtrącały, ale czasem dodawały lekkiej ogólnej, niedookreślonej, łagodnej orzechowej nuty. Na jej fali czasami jakby lekko podnosiła się słodycz.
Gdy z ciekawości pogryzłam raz czy drugi orzechy obok czekolady, cynamon uderzał mocniej, czekolada wydawała się bardziej słodko-wodnista i kwaśna, a orzechy trochę nijakie. Wolałam więc gryźć je na koniec.

Kawa przechodziła w ziołowe fusy ze szczyptą cynamonu. Może yerba mate? Ten był długo wyczuwalny, jednak słabł.

Cierpkość bazy przechwyciły owoce i pokazała się jeszcze dzika róża, obok egzotycznych wydobywając znów czerwone. I... Powidła z czerwono-egzotycznych owoców? 

Po egzotyce owoców przyszedł mi do głowy las tropikalny. Z drzewami z grubą kora, paniami, lianami i wilgotną zielenią. Drzewa te przechwyciły korzenność, acz i woda się w nich zaplatała. Czasem robiło się tu bardzo pikantnie w sposób łączący cynamon z kwiatami i ziołami.

Orzechy gryzione na koniec serwowały wyrazisty smak naturalnie słodkawych, wręcz maślanych, łagodnych pekanów. Chwilami wydawały się nieprażone.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu, wraz z lekko ostrym efektem na języku i orzechów pekan, zestawionych z kwaskawo-ziołową czekoladą. Ta zaserwowała napar ziołowo-korzenny, wilgotny, pełen wody i owoców las tropikalny. W tym mieszankę owoców cierpkawych czerwonych i egzotycznych. Słodycz trzymała ciepło-kwiatowy, trochę karmelowy ton.

Od czystej (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo) z jednej strony wyszła mniej owocowo, bo różnych owoców czułam w dzisiaj przedstawianej mniej, z drugiej bardziej, bo smak tych, które się pojawiły podkręciły dodatki. Owoce były tu więc wyrazistsze, dosadniejsze, bardziej esencjonalne. Tylko w w zapachu trochę się ukryły. W smaku część weszła po prostu w nutę czerwonych owoców, wydawały się mniej cierpkie, a słodko-kwaśne. Czerwone, egzotyczne w tym ananas, brzoskwinio-nektarynki i trochę dzikiej róży, mieszały się z kwaskawą mrożoną kawą, ogromem ziół i fusami. Czułam trochę lasu tropiklanego, wraz z jego drzewnością i wilgocią, ale wszystko to... przeplatał wyrazisty cynamon, który zyskał wręcz kwiatowy charakter. Baza wydawała się mniej maślano-wodnista z jego powodu cynamonu - jakby w dużej mierze wypełnił tę lukę. W dodatku cynamon kasja świetnie udawał tu cejloński (udawał! - to ważne, bo gdyby był to wyraźnie cejloński, mogłoby to tak nie zagrać). Pekany to świetny wybór! Nie dość, że świetnie pasują do cynamonu, to nie przyćmiły kompozycji, lekko się zaznaczyły, ale nie uciekły. Podobało mi się też, że wyszły tak surowo, mimo że z opisu wynika, że je karmelizowane (najwidoczniej słabiutko - na szczęście!). Inne orzechy mogłyby za bardzo odwracać uwagę. Te dodatki odwracały uwagę tylko od drobnych mankamentów bazy.
Te ciepłe, jakby wręcz zimowo-jesienne dodatki niby średnio pasowały do egzotycznej, rześko-kwaskawej bazy, ale ogólnie wyszło to bardzo ciekawie. Taka wielopłaszczyznowa korzenna egzotyka o spójnym, harmonijnym charakterze, który zapewniła ziołowość.

*O cynamon aż dopytałam producenta. Gdy kupowałam tę czekoladę, dodawali kasję, więc tu była kasja. Dopiero teraz (gdy publikuję, nie piszę recenzję) zmienili na cejloński.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 73g)
kaloryczność: 585,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy pekan, cynamon, lecytyna słonecznikowa

piątek, 20 lutego 2026

Klingele Chocolates from Heaven 85 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate ciemna

Marka Klingele okazała się bardzo miłym odkryciem. Wraz z tabliczkami Crudo sprawiły, że doszłam do wniosku, że chyba warto zaglądać na stronę Brain Market. I pomyśleć, że trafiłam tam i zainteresowałam się ofertą ze względu na kremy orzechowe, które to - wszystkie próbowane - bardzo mi nie odpowiadały. Ta czekolada bardzo mnie ciekawiła, bo blend ziaren z Peru i Dominikany wydał mi się apetycznym połączeniem, jednak... na opakowaniu tabliczki (i opisie wewnątrz), która do mnie dotarła było tylko Peru. A na stronie - też producenta, nie tylko sklepu - widziałam wyraźnie... Chyba znowu załapałam się na jakieś zmiany (ostatnio miałam taką sytuację z Sopocką Manufakturą - gdy zdecydowałam się zamówić ich ciemną czekoladę z Ekwadoru, akurat zmienili ją na z Nikaragui). Opis wewnątrz papierka utwierdził mnie w tym przekonaniu, bo tam było o kakao tylko z Peru.

Klingele Chocolates from Heaven 85 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao z Peru, z amazońskiego lasu.

Po otwarciu przemknęły mi drzewa i sucha, rozgrzana ziemia w towarzystwie znaczącej, choć średnio wysokiej słodyczy karmelków. Po chwili drzewna nuta okazała się bardziej sucho-drewniana, a mnie do głowy przyszło drewno bukowe. Karmelki mieszały się z ciepłą słodyczą maślano-owsianej kruszonki, kwiatami i lekko soczystą słodyczą rodzynek oraz kandyzowanej żurawiny. Chwilami odnosiłam wrażenie, że ta druga z owoców stara się trochę dominować. Acz charakter miały zbliżony, bo oba owoce te wyszły "na słodko". Mieszając się z kwiatami i goryczką, przywodziły na myśl czarną herbatę z dodatkiem / aromatyzowaną kwiatami i suszem owocowym.

Bardzo ciemna tabliczka na dotyk uraczyła mnie tłustością, a przy łamaniu była twarda jakby w zbity, gęsty sposób. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się tłusto i powoli, dając się poznać jako masywna i zbito-zwarta. Długo zachowywała więc kształt. Tłustość stała na dość wysokim poziomie, łącząc maślaność z oleistością w trochę mazistym kontekście, ale w tle pojawiła się sugestia... suchości (?), która trochę ją tonowała. Całość sprawiała wrażenie bardzo gładkiej. Czasem przemykała jakby suchawa cierpkość, by na koniec, gdy czekolada znikała rzadko, zostawić cierpkie ściągnięcie i tłuste wrażenie.

W smaku przywitała mnie gorzkość o średnio mocno, ale wyraźnie palonym charakterze.

Po chwili przeplotła ją słodycz karmelu. On również był palony, ale wyraźnie mniej. W zasadzie przechodził w łagodniejsze karmelki, nie karmel. Im gorzkość robiła się silniejsza, tym słodycz wydawała się łagodniejsza (z charakteru, nie wysokości). Zza karmelu wyłoniła się soczystość bardzo słodkich rodzynek. Takich, w których kwasek w zasadzie się nie pojawia.

Gorzkość rosła spokojnie i konsekwentnie. Była silna i cały czas w dużej mierze palona, ale nie tylko. W tle zaznaczyło swoją obecność kakao w proszku, acz podczepiło się pod wyrazistsze, przewodnie motywy. Gorzkość wzbogaciła się o ziemię, w harmonii mieszającą się z nutą paloną poprzez motyw rozgrzania, suchości. Po chwili dołączyło do nich jeszcze ni drewno, ni drzewa - na tym etapie nie było to takie oczywiste.

Rodzynki zetknęły się z orzechami laskowymi. Naturalnie słodkimi, ale... słodko podkręconymi za sprawą karmelizowania? Może jednak niekoniecznie...? Raczej jako... element ciastek! Wyobraziłam sobie amerykanki / pieguski z rodzynkami i laskowcami.

Karmel zrobił się niepewny i trochę się oddalił. Po głowie zaczęła mi jeszcze krążyć maślano-owsiana, "zdrowsza" kruszonka.

Gorzkość stała na wysokim poziomie, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno jakby nieco od niej odeszło. Grało na siebie, idąc w bardziej neutralnym, ale nie łagodzącym gorzkości kierunku. Wyobraziłam sobie suche, jasne drewno bukowe... Acz nie w 100% suche i nie stare, a pamiętające jeszcze cały las bukowy.
W trochę osamotnionej gorzkości, w  rozgrzanej ziemi, osiadły nibsy kakaowe. Je udawać próbowało kakao w proszku, acz trochę pobrzmiewało.

W oddali przemknął lekki kwasek. Czyżby coś pojawiło się w rodzynkach? Rodzynkach i... kandyzowanej żurawinie? Owoce reprezentowały głównie słodycz, acz i echo kwasku raz po raz przejawiały.

Słodkie, bardzo słodkie owoce zmieszały się z kwiatami, które... zdawały się trochę ten kwasek kryć. Jakby w kwiatach ukrył się jakiś cytrus?

Wraz z gorzkością, słodycz ta poszła w kierunku herbaty. W pierwszej chwili pomyślałam o earl grey z lekko cytrusowym, ale nie kwaśnym akcentem, jednak zaraz zebrało się tyle kwiatów, a suszone owoce nie odpuszczały, że wygrała raczej czarna herbata infuzowana, podkręcona suszem owocowym i suszonymi kwiatami. Była słodka od nich... i lekko dosłodzona?

Maślaność, która już wcześniej bardzo delikatnie zaznaczyła się jako kruszonka, na końcówce wyszła bardziej zwyczajnie maślano, niczym... kruchy maślany, mało słodki spód. Spróbowała załagodzić gorzkość i to był jej błąd, bo ta na tę próbę zgłosiła sprzeciw silną cierpkością. Jakby zmieniając ten spód w spód kakaowy, lekko przypalony. Nagle doskoczyły do niego nibsy i ziarna kawy - też ryzykownie mocno palone.

Po zjedzeniu został posmak lekko przypalonego maślano-kakaowo-orzechowego spodu, drewna i herbaty z owocowym suszem. Herbaty czarnej, ale z kwiatami i słodzonej. Słodycz przypomniała sobie o karmelu, miała w sobie coś spodowo-kruszonkowo-ciastkowego. Przypaloną nutę przeplotła ziemia, dzięki czemu ta miała pozytywny wydźwięk (tej jeszcze dopuszczalnej, czasem właśnie nawet przyjemnej lekkiej spalenizny, bardziej przypalenia niż spalenia).

Czekolada bardzo mi smakowała. Może nie rozkochała przez jednak pobrzmiewające kakao w proszku, ale wierzę, że gdyby nie ono, mogłaby. Była dość prosta, bo wyraźnie gorzka i palona, ale jednocześnie nie "jak jedna z wielu". Sporo w niej rozgrzanej ziemi, mieszającej się z drewnem bukowym i czarną herbatą. Te znacząco osłodziły nuty piegusków z żurawiną i orzechami, owsiano-maślanej kruszonki i końcowo lekko przypalonego spodu. Owoce - rodzynki i kandyzowana żurawina - też grały na słodki akord. Ogół był więc gorzko-słodki, w sumie wyważony w tym i spokojny, ale nie nudny. Tylko konsystencja tłusto-ciężkawa mogła by być trochę... mniej tłusta. Przy tej zawartości jednak jeszcze taką wybaczam. Dziwne, że choć od Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate różni ją tylko 5% kakao, smaki wyszły tak inaczej. Podlinkowana pełna dymu, z nutami ziemi i bulw, cytrusów i kwiatów tylko stopień palenia miała podobny. Co ciekawe, kakao w proszku bardziej dawało się w niej we znaki. Może... wanilia ją uszlachetniła?


ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 12,80 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, odtłuszczone kakao w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

wtorek, 17 lutego 2026

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025

W 2021 jadłam Auchan Dark Mint, która chyba zniknęła, by wrócić w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy zmieniła się sama czekolada, a jeśli tak, to czy na dobre, czy złe. Choć po tamtej uznałam, że nie wrócę do niej, gdy dostrzegłam obiekt dzisiejszej recenzji, kupiłam od razu dwie. Odbiło mi? Nope. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za czekoladą miętową, którą mogłabym dodać do swojego miętowego brownie. Z braku alternatyw, pomyślałam, że ta będzie idealna. Podlinkowana co prawda nie przekonała mnie do jedzenia osobno, ale jako kawałki w cieście? Mogła pracować. Najpierw jednak jedną chciałam spróbować nie w cieście, a normalnie. Wzięłam ją na Krzyżne, na które w końcu udało mi się wejść od strony Granatów. Na przełęczy nie wiało, świeciło słońce, a że widoki były piękne... miło mi się tam siedziało. Jeszcze milej by było, gdyby nie tłumek ludzi, ale skupiłam się na czekoladzie.

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao o smaku miętowym; po zmianach / nowa od 2025.

Po otwarciu poczułam wręcz napastliwy, intensywny zapach mięty, kojarzącej się z miętową pastą do zębów, wymieszaną z gumami miętowymi z ogromnym udziałem olejku miętowego. Wszystko to cechowała słodycz, pod którą podpięła się słodycz czekolady o lukrowym, a dokładniej miętowo lukrowym charakterze. Cieprkość stała na końcu i próbowała zdobyć się na lekką ziołowość, jakby trochę urozmaicając olejkową cierpkość. Czekolada pachniała tak nachalnie, że gdy tylko otwierałam w górach plecak, czuć miętę. Podobnie było z tym, co wróciło do domu, kiedy otwierałam komodę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała chrupko i niezbyt głośno. Wydawała się delikatna, ale nie miękka. Kiedy odgryzałam kawałek, czułam miękkawe zacięcie. Czekolada dała się poznać też jako pyliście trzeszcząca.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie średnim. Niby zachowywała kształt, ale w lepkawo-luźny, trochę plastyczny sposób. Miękła bowiem i maziście pokrywała podniebienie. Była gęsta i tłusta, w czym czuć duet masła i śmietanki, przechodzące w oleistość i wodę.

W smaku pierwsze rozbrzmiały średnia, ale wyraźna gorzkość i mentol.

Mentol wręcz mało spożywczy, szybko zmieniający się w mocno miętową, orzeźwiająco-chłodzącą pastę do zębów.

Słodycz cukru była tuż za nimi. Cukier, choć silny, nie zacukrzał tak łatwo ze względu na chłód mięty. Przechodził w lukier. Oczywiście lukier miętowy oraz cukierki, gumy do żucia miętowe z litrem olejku miętowego.

Pasta do zębów ciągle pobrzmiewała, acz nie cały czas tak samo intensywnie. Na trochę usunęła się z pierwszego planu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa olejek miętowy z całej tej miętowej mieszaniny wybił się na prowadzenie. Połączył słodycz z cierpkością, a to ośmieliło goryczkę bazy. Ogólnie ani na chwilę nie wzrosła ponad średni poziom, acz na moment zaprezentowała się trochę lepiej. Była trochę palona i wprowadziła motyw cierpkich, świeżo-chłodnych ziół, w tym mięty pieprzowej. Takiej wręcz trochę ostrej?

Mięta uderzyła z nową mocą, a gorzkość złagodził jakby... Olej maślany? Ogólna maślaność chyba wyszła tak przez olejek miętowy. W dodatku przemknęła mi lekka wodnistość.

Przy tym natarciu mięty, nasiliła się też słodycz. Przechwyciła ostrość mięty i zaznaczyła się w gardle. Acz nie było to zwykłe drapanie. Jako że wyszła integralnie z miętą, odebrałam to jako mrożąco-drapiący słodki chłód i... Drapiący likier miętowy?

Wrócił miętowy lukier, zmieniający się w pastę do zębów i mentol niekoniecznie spożywczy. Ten nawet goryczkę jakby... wchłonął. To aż trochę mdliło - jakbym najadła się pasty do zębów.

Po zjedzeniu został posmak pasty do zębów, olejku i oleju (?) miętowego, mentol i woda, a także niska cierpkość ziołowo-kakaowa. Słodycz przybrała postać gumy do żucia miętowej z echem lukru, a ja ogólnie czułam się, jakbym umyła zęby i żuła gumę do żucia miętową. W ustach czułam chłód i ogólne lekkie ochłodzenie.

Czekoladę odebrałam na tyle słabo, że aż zaczęłam się bać, czy nie zepsuję nią ciasta. Nie podobało mi się to chłodzenie, wręcz mróz, ale uwierzę, że w pewnych warunkach niektórym może się podobać. Z mocą mięty jednak przesadzili. Za silna, a w dodatku o dość okrutnym wydźwięku pasty do zębów i gumy do żucia. Nie tylko, ale jednak na tyle, by odbierało przyjemność z jedzenia. Przewinął się jeszcze lukier i likier miętowy, ukryła się ziołowa goryczka, ale nie stworzyło to zbyt zachęcającej kompozycji. Myślę, że sama silniejsza gorzkość by sobie trochę bardziej poradziła z tym aromatem miętowym niż słodycz i tłustość. Olejek miętowy aż na strukturę się przełożył, dodając wręcz oleistość i wodnistość. O ile jeszcze w górach jakoś szła, w domu ta jej napastliwa, mrożąco-przenikliwa mentolowość za bardzo męczyła, przytykała, że ostatnich 4 kostek na czysto nie dałam rady zjeść i odłożyłam do ciasta, bojąc się, co z tego wyjdzie. A jednak też wiem, że nie była to wyjątkowo podła tabliczka, bo po prostu przeciętne czekolady miętowe potrafią być tak przesadnie intensywne.

Dodałam sporo tej czekolady połamanej na kawałki do ciasta czekoladowego, do którego potem zrobiłam krem kakaowo-czekoladowy i miętową bitą śmietankę. Pisałam o nim na Instagramie.
W bazowym, nie za słodkim, ostrożnie gorzkim cieście, maziste kleksy o mocno miętowym smaku odnalazły się doskonale. Jako że całość była mało słodka, słodycz tej czekolady nie wydawała się przesadzona. Ogólnie gorzkości kakao było na tyle sporo, że także tym kawałkom czekolady została narzucona. Ze względu na głównie naturalną miętowość śmietanki, pastodozębna miętowość czekolady też starała się jakoś schować, iść bardziej w olejkową, spożywczą stronę. Tak, ta czekolada nadaje się do ciasta.

Zaprezentowana tabliczka mroziła prawie jak Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Podlinkowana przynajmniej nie zajeżdżała pastą do zębów, jednak ogólnie nie była lepsza, a w dodatku kosztowała o wiele więcej. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym wyszła tylko trochę lpeiej, bo była mentosowa, a więc jednak bardziej spożywcza. 
Auchan Dark Mint z 2021 była o wiele smaczniejsza, bo bardziej miętowo zachowawcza; spożywcza. Smuci ten spadek jakości i jednoczesny wzrost ceny.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyny, naturalny aromat miętowy 0,15%, naturalny aromat waniliowy