czwartek, 6 maja 2021

Auchan Bio 70 % Dark ciemna

Odkąd odkryłam, jak pyszna była Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %, będąc w Auchanie (średnio raz na miesiąc), zawsze jakąś na zapas kupowałam. W lipcu 2020 jednak poczułam dyskomfort, bo zobaczyłam, że się zmieniła. Mimo to, kupiłam. Tym razem tylko jedną, bo zrobiłam się podejrzliwa. W domu przyjrzałam się i... załamałam. Zmienił się skład: zaczęli dodawać tłuszcz kakaowy i odtłuszczone kakao w proszku (ta "logika"). Ok, nie zawsze oznacza to katastrofę, bo nawet z nimi czekolady dość często mi smakują, ale gdy widzę spadek jakości, odczuwam smutek, a gdy zmieniają / wycofują moje produkty, czuję, że to mi personalnie coś odbierają. A i trzeba pamiętać, że akurat tłuszcz kakaowy jest w składach prawie zawsze; nie jest złym składnikiem. Odtłuszczone kakao to już tani zapychacz tabliczek, ale są przypadki, że efekt jest taki, że nic nie mam do jego obecności.

Auchan Bio 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, marki własnej Auchan.

Już rozrywając sreberko zetknęłam się z wyraźną, ale delikatną w przekazie wonią słodkich, wręcz nienaturalnie brzoskwiń (z puszki?), a także niejednoznacznych śliwek i moreli - też jakby skąpanych, nasączonych słodkim syropem. Może też kandyzowanych? Mimo wszystko cechowała je także soczystość i drobny kwasek, przeplatający się z subtelną gorzkością palonych ziaren kawy, kawy zaparzonej i drzew. Było to trochę gorzkie, trochę cierpko-ciepłe; minimalnie podszyte ziemią. Z czasem, zwłaszcza w trakcje jedzenia, myślałam o liściastych, "drewienkowych" herbatach owocowych, które chyliły się ku ziemistym sugestiom.

Twarda tabliczka łamała się z głośnym, jakby pełnym trzaskiem. Brakowało jej twardo-suchej kruchości dawnej wersji. Łatwo poznać, że nową cechuje tłustawość.
W ustach rozpływała się powoli, ale łatwo, bo aksamitnie kremowo. Prędko miękła i rozchodziła się po całych ustach, zalepiając. Okazała się znacząco maślano tłusta. Nie była jednak strasznie ciężka. Przypominała gęste ciasto z miąższystymi, soczystymi owocami. Na koniec wykazywała jednak lekką, wciąż aksamitną, proszkowość-pylistość.

W smaku robiąc kęsa poczułam słodycz wiśni - dojrzałej, jak to tylko możliwe, mięciutkiej i gęstej. Ta jednak niemal błyskawicznie przywołała cierpki kwasek.

Mieszał się on z cierpkością kakao po prostu, które otworzyło drogę kolejnym, łagodnym nutom. Tabliczka zdradziła lekką maślaność, ale na szczęście nie poprzestała na niej. Pojawiła się niska i leniwa gorzkość. Palone ziarna kawy rozsypały się wokół cieplej kawy czarnej. Była wyrazista, ale delikatna (wyczuwalną jednoznacznie, ale taką, jakby ktoś bardzo ostrożnie sypnął malutką łyżeczkę). Klimat zrobił się palony. Nie mocno, ale wszystko na nim jakby się oparło. Słodycz wiśni zmieniła się w karmel, owoce zniknęły niemal zupełnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dominował karmel jako paloność i cukrowość. Smak cukru może nie był aż taki mocny-mocny, ale wydał mi się toporny. Palony cukier zawarł goryczkę, a po chwili odbił we wręcz kandyzowanym kierunku.

Gorzkawość rozwijała się za nią. Wydawało mi się, że brakuje jej pewności siebie, jakby przytłoczyła ją paloność. Z ciepłej kawy przeszła w drzewa rozgrzane słońcem, trochę podsuszone... Cierpkawe? Do głowy przyszły mi badylkowe herbaty. Herbata zaczęła się kumulować bardziej jako suszone liście i patyczki niż napar. Całość zawarła w sobie także sporo czekoladowej maślaności.

A słodycz wciąż wirowała na przodzie. Pomyślałam o kandyzowanych owocach, takich w różnych mieszanych herbatach. Słodka kostka owoców, która po zalaniu wrzątkiem nasącza się, mięknie... Oto czułam bardzo słodkie, miękkie owoce. Znów brzoskwinie i morele w cukrowo słodkim syropie. Zarejestrowałam też muląco słodkie... banany? wszystkie one zasładzały, ale jakby falowo. Miękkie, esencjonalne... a jednak wciąż pamiętające o odrobinie soczystego kwasku. Pomyślałam o cieście z owocami (z puszki?). Tłuste ciasto z ich warstwą lub ciasto-placek mimo iż przesłodzone, niewątpliwie było kakaowe i wypieczone bardzo mocno. Może to bardziej jakieś banoffee, a więc z bananami i karmelem? Znów baza tonowała zasadnicze nuty maślanym wątkiem. Meritum, środek degustacji zaskoczył mnie maślanością właśnie.

Goryczka i cierpkość kakao z tła bliżej końca dobijały się o głos. Nasilać zaczęły się ciastowe owoce poprzypiekane aż do goryczki, a potem coraz soczyste. Czułam wyraźnie słodko-kwaskawe morelo-śliwki, z czasem bardziej śliwki.

Do owocowo-kakaowego ciasta zamierzano chyba podać herbatę. Liście i liściory, suszone i zaparzające się wywalczyły odrobinę gorzkości, ale mimo niej i cierpkich nut, było bardzo słodko. Na końcówce znowu wyskoczyły wiśnie i jeszcze więcej wiśni. Trochę takich dojrzałych aż za bardzo oraz sporo po prostu słodkich i mniej, surowo-świeżych. Przede wszystkim jednak niemal słodziusie, muląco słodkie - może jak masa z nich / dżem czy coś - a jedynie z kwasko-cierpkością.

Po zniknięciu kawałka w ustach został posmak przede wszystkim prostego kakao; także jego cierpkości soczyście-palonej, mieszającej się z wiśniami (i śliwkami?), z sugestią muląco słodkich owoców i cukro-karmelu. Czułam słodycz, ale nie przesłodzenie dzięki gorzkawo palonemu posmakowi i maślanemu złagodzeniu, osadzającemu się wręcz na ustach jako fizyczny efekt.

Całość wyszła dobrze, jednak od samego początku - już na nos - czuć zmiany na gorsze. Jakby... spłaszczyli ją. Największy mój zarzut dotyczy tego, jak ciężko wyszła: konsystencja maślano-tłusta (na podst. tabelki nowa jest tłustsza o 2 g), smak też maślany i mało owocowy, brakowało mu soczystości.
Przede wszystkim, czekolada wyszła bardziej maślano-tłusto i łagodniej. Bardzo, bardzo słodkie owoce żółte zagubiły egzotykę i soczystość, zrobiły się o wiele mniej jednoznaczne; wiśnie podobnie. Kawa też straciła gorzki impet, a stała się... delikatna i wmieszana we wszechobecną paloność; pod wpływem drzew podchodziła pod herbatę. Zupełnie zniknął kwasek nabiału, przez co kwasku w tej tabliczce prawie nie było. Gorzkość niska, ale przynajmniej nie była to czysta słodycz, a taka z palonością.

Przepalili nuty - takie miałam wrażenie. Cukrowo-karmelowy smak, maślaność, kawa i herbaty jakoś się w tym klimacie odnalazły, ale już tak nie zachwyciły jak bananowo-waniliowe zasłodzenie z brzoskwiniami, ananasami i innymi żółtymi owocami, następnie wiśniami, przełamane gorzką kawą i kwaskiem owocowym i śmietankowo-kefirowym, czym zachwycała Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %.
To wciąż dobra czekolada, ale jako jedna z wielu. Ta spadła nawet za Lindt Excellence 70 % i Carrefour Bio 74 %.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,79 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie sądzę

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu

środa, 5 maja 2021

Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar mleczna z cukrem daktylowym

Nowa linia Zottera, Squaring the Circle, niewątpliwie jest ciekawa. Innowacyjna, z zamiennikami cukru. Mnie jednak jakoś niewiele z niej zainteresowało. Czyżbym starzała się i robiła zbyt ortodoksyjna w kwestii czekolad? Popróbowawszy różnych ze słodzikami itp. doszłam do wniosku, że czekolada dla mnie to jednak najlepiej łączy się z cukrem (trzcinowym w dodatku). Ale... dzisiaj opisywana ciekawiła. Cukier daktylowy? Nigdy nie miałam do czynienia ani z nim samym, ani z syropem daktylowym i mimo że one same w sobie nie kuszą (bo i tak nic nie słodzę), to w czekoladzie? Jak najbardziej. Daktyle są bowiem jednymi z moich ulubionych suszonych owoców (gdy mowa o wilgotnie soczystych z paczek, które są bardzo zbliżone do świeżych surowych). Sięgając po tę czekoladę zupełnie zapomniałam, że przecież jadłam Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar (ale może to i lepiej).

Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar / Quadratur des Kreises 50 % Milchschoko mit Dattelzucker to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao; słodzona cukrem daktylowym.

Po otwarciu poczułam słodki zapach toffi i karmelu, a także mocno palonego, aż odymionego karmelu. Trwały jakby niezależnie od siebie - pierwsze mieszały się z mlekiem, przywodząc też na myśl krówkę i będąc jakby jednością. Palony karmel z kolei powiązany był z lekką goryczką. Wyraźnie czułam przy nim dym, a w tle nieśmiało zarysowały się daktyle. Sugestia kakao podkreśliła je, choć sama w sobie nie była zbyt silna. Mieszała się za to z ziemistością, nadając kompozycji powagi.
Połączenie tego (gdy zapachy się już przemieszały w trakcie jedzenia) zaś sugerowało... prawie przesadnie wypieczone ciastka z melasą, brązowym cukrem (nie trzcinowym!).
Ciekawym było, że pchając nos do foliowego opakowania czułam dominujące słodsze nuty, zaś nachylając się nad tabliczką i w trakcie jedzenia, te cięższe, poważniejsze.

Tabliczka trzaskała, ale nie była bardzo twarda. Łamała się łatwo, po liniach podziału, przy czym wydawała się bardzo zwarta i dość tłusta.
W ustach potrzebowała chwili, by zacząć się rozpuszczać. Była zwarta i gęsta, jakby lepko-zbrylona czy bardziej chropowata. Odnotowałam wodnistość, rozrzedzającą i tak rzadkawą, tłustą w mleczny sposób masę. Ta mniej więcej w połowie jakby chciała gęsto zalepić, ale koniec końców znikała bez zalepienia i zostawiania czegokolwiek, na nicość.

W smaku od początku czułam nierozerwalny splot słodyczy i gorzkości.

Wysoką słodycz od początku odebrałam jako szlachetną, głęboką, ale nie przesadzoną. Pomyślałam o palonym karmelu i soczystych daktylach. Wydały mi się leciutko podkwaszone.

Oto przewodnie smaki podkreślił kwasek. Zasugerował cytrusy, a następnie dym, po czym wrócił do podfermentowanych owoców suszonych, w tym daktyli właśnie. Dym otaczał je jeszcze jakiś czas, pokazując, że będzie czuwał w pobliżu do końca. W kwasku zaczęła się jednak przewijać też pewna mleczność jako śmietanka czy jogurto-kefir - niemal nieuchwytna, ale jednak.

Daktyle odbiły w kierunku "zdrowego karmelu" lub "zdrowych zamienników cukru". Pomyślałam o melasie i cukrze brązowym. Po głowie zaczęły mi krążyć wegańskie zamienniki mlecznych czekolad, słodzone "czymś innym". Echo kwasku przełożyło się na rześkość (prawie owocową, ale jednak bez owoców) a ta... na myśl o cukrze kokosowym i znów suszonych daktylach. Bardzo wyraźnie je czuć, co więcej wydawały się smakowicie naturalnie "karmelowe". Nieco palony karmel, zdawał się otaczać, otulać leciutko migdałową nutę (też w klimacie "wegańskim", a nie tylko migdałów-orzechów); także mleka lub śmietanki migdałowo-orzechowego. Przy każdym kęsie dość szybko robiło się za słodko.

W miejsce powoli chowającego się kwasku, weszła ziemista nuta. Jej gorzkawość podkreśliła odrobinę kakao. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok "słodzideł" pojawił się wyrazistszy dym i wręcz popiół. Znów przytoczył melasę i cukier brązowy, a dokładniej ciastka z nimi.

Ciastka tego typu, acz niewątpliwie karmelowe. Karmel karmelem poganiany, a jako że zalało go mleko, zrobił się bardziej śmietankowo-maślany. Kompozycja złagodniała, bo pojawiło się też masło, jednoznacznie kierujące myśli na toffi. Nie trzeba było długo czekać, by pojawiły się też krówki. Może... krówki z wegańskiego zamiennika mleka? Jakbym czuła wyraźne mleko, ale inne niż krowie. Jakie by nie było, słodycz drapała w gardle. Robiła to, mimo że goryczka palonego karmelu z czasem spoważniała. Śmietankowe karmelki i palone toffi-krówki, wydały mi się leciutko słonawe. Znów pojawiło się trochę dymu i ziemi, niosących cierpkość i kwasek. Niejednoznaczna nutka migdałów chwilowo przywołała fistaszki.

Na końcówce pomyślałam o ciastkach z cukrem kokosowym oraz czymś lekko orzeszkowym. Czułam daktyle i lekką cierpkość kakao. Było to palone i zarazem rześkie, niemal cukrowo-soczyste, a jednocześnie słodycz aż piekła w gardło i język. Interesujące jednak było, bo przypominało poczucie po zjedzeniu zbyt dużej ilości suszonych daktyli. Kończąc już się męczyłam i dwie ostatnie kostki oddałam Mamie (drapało za bardzo, a i chciałam jej ciekawostkę pokazać). Mamie smak był "po prostu gorzki", daktyli nie czuła, "a mleka specjalnie też nie... No, mało". Niezbyt jej smakowała.

Całość, mimo że z poważnymi nutami dymu, ziemi i mocnego palenia, odebrałam jako straszliwie za słodką, zarówno na smak, jak i na wydźwięk. Ten ogrom karmelu, daktyli, toffi, krówek i karmelków to po prostu za dużo. Tym bardziej, że smak daktyli mimo iż wyczuwalny, nie był wiodącym. Oprócz samego siebie siebie sugerował... melasę i "inne cukry". Dziwnie "na inne" przemodelował też mleko.
To, czego mi brakowało, to kakao. Mimo że czekoladowość czułam. To jednak słodziaśna czekoladowość. Rozumiem konwencję, że chodziło o skupieniu się na cukrze daktylowym, niemniej jednak... za dużo mi go było. W połowie tabliczki to aż męczyło i nużyło.
Konsystencja też niezbyt mi się podobała. Taka rzadko-żadna, a tłusta. Obstawiam, jednak, że bez mleka w ogóle byłoby wodniście... Hm. Za strukturę poleciał drugi punkt (pierwszy za słodycz).
Ciekawa tabliczka, ale jako eksperyment. Dobrze, że nie muszę szukać sobie zamienników cukru. Jako zamiennik czekolady ze zwykłym cukrem dla osoby lubiącej słodkie mleczne czekolady? Pewnie świetna. Osobiście wolę po prostu zjeść ciemną czekoladę i daktyle oddzielnie. Ewentualnie...GR Dominican Republic 72 % with Date Sugar - o, ta była znacznie lepsza.


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier daktylowy 31 %, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, ziarna wanilii, sól

wtorek, 4 maja 2021

lody Magnum Praline Chocolate & Hazelnut Tub

Początkowo ten smak Magnumów mnie nie interesował, bo założyłam, że skoro w Double Chocolate Tub znudziła mnie mleczna czekolada, a orzechy w lodach często wychodzą kiepsko, to nie ma sensu się na nie porywać. Pamiętałam, jak obrzydliwie w lodach potrafi wyjść połączenie czekolady i laskowców po sosie z lidlowych Alpen Fest Pretzel. Jednak... przestałam je widywać w sklepach. Czyżby zniknęły?! I nagle ich zapragnęłam. O tak, niedostępne kusi. I nagle znalazłam ostatnie pudełka w atrakcyjnej cenie. Ach, człowiek jest taki słaby w obliczu takiego... zdarzenia. I natchnęło mnie, że posłuży mi jako zgrabne przejście do lodów z migdałami.

Magnum Praliné Chocolate & Hazelnut Tub to lody o smaku czekoladowo-orzechowym z 26 % mleczną czekoladą (w formie polewy z wtopionymi orzechami, skorupki, dna i kawałków w masie) i 5% kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych (w polewie z czekolady na wierzchu) oraz kawałkami w masie lodowej.
Pudło zawiera 440 ml / 297 g.

Po otwarciu poczułam zapach orzechów laskowych i czekolady mlecznej z wyraźnie zaznaczonym kakao. Było to słodkie, odrobinkę truflowe. Po zruszeniu czekolady nasilił się splot orzechów i kakao, co skojarzyło mi się z Ferrero Rocher (wyidealizowanym; bardziej jako motyw); czasami nieco łagodniało podkradając się pod krem typu Nutella. Laskowce w pewnym momencie wydawały się aż napastliwie przerysowane, niemniej cały czas przyjemne i sztuczne tylko trochę. Czekoladowo-orzechowy splot wyszedł zaskakująco intensywnie.

Forma i konsystencja lodów przypominała inne z pudełkowych Magnum. Warstwa mlecznej czekolady na wierzchu była gruba na około centymetr. Wtopiono w nią spore kawałki karmelizowanych orzechów laskowych, które o dziwo wyszły zaskakująco dobrze. Udawały w miarę świeże orzechy w odrobinie karmelu, który rozpuszczał się wraz z resztą, przez co łatwo go przeoczyć. Żadnego efektu cukrowej skorupki na szczęście nie doświadczyłam. Ścianki pudła pokrywała cienka warstwa czekolady mlecznej. Po ściśnięciu pudełka, trochę łamała się i odstawała, a częściowo zostawała przylepiona (i wraz z topieniem się lodów ulepkowo miękła, trzymając się pudełka). Mimo że początkowo czekolada była bardzo twarda, potem jakoś lepiej się łamała, ta ze ścianek chwilami wydawała się bardziej polewowa, ale też ok. W masę lodową wtopiono mnóstwo gigantycznych kawałów czekolady. Głośno trzaskała, po czym tłusto-kremowo rozpływała się w ustach, zmieniając się w gęsty i zalepiający budyń. Miałam wrażenie, że to czekolada z lodami, nie odwrotnie, jednak w tym wariancie wydawało się, iż kawałków jest mniej niż w np. Chocolate Intense 70%.
Między kawałami czekolady plątały się drobne (wielkości małego paznokcia?) kawałki orzechów laskowych pozbawionych skórek. Okazały się miękkawo-pochrupujące, całkiem w porządku. Wydawały się świeże, w czym pomogło to, że nie pokrywał ich karmel. Trudno zagarnąć choćby łyżeczkę bez nich. Chwilami wydawało im się, że aż z ich ilością przesadzono (wolałabym, by po prostu dodano większe kawałki, zachowując %).
Na dnie zaś znów czekała mnie gruba warstwa-denko czekolady.
Meritum to oczywiście lody – gęste i kremowe, a jednocześnie puszyste niczym spienione mleko. Były tłuste w mleczny sposób, wcale nie za mocno. Topiły się powoli i przyjemnie, a ja doszukałam się w nich elementu zagęszczenia, w którym było coś z topiącej się czekolady i kremu orzechowego - ich połączenia z drobnym, proszkowym efektem.

W smaku sama czekolada przywitała się zaskakująco wyraźnym, gorzkawym kakao. Po chwili okazało się, że mimo jego nutki, to przesłodzona, głęboko mleczna magnumowa klasyka, a więc smakująca autentycznie mleczną czekoladą czekolada, ale... Wzbogacona o mocny motyw orzechów laskowych. Nie wiem, czy przesiąkła orzechami, czy ta była z miazgą z nich, ale i tak wyszło to zacnie i uprzyjemniło słodycz. Chwilami, przy większym kęsie, wydawała się naaromatyzowana sztucznie.
Ta przy ściankach wydała mi się minimalnie bardziej polewowa, a niektóre kawałki w masie -  czysto mlecznoczekoladowe z nutką kakao, a pominięciem orzechowej. Były słodkie, że aż czasem przytykające.
W warstwę na wierzchu wtopiono całe mnóstwo laskowców. Przy nich pojawiała się palono-karmelowa nuta, podwyższająca słodycz, ale za chwilę znikająca na rzecz jeszcze wyrazistszego smaku orzechów. Zdecydowanie kierowały uwagę na naturalny smak orzechowy. Orzechy laskowe zaskoczyły mnie swoim wyrazistym, świeżo-gorzkawym smakiem. Uwypuklił kakao. Okazało się, ze jedynie nieliczne były karmelizowane.

Masa lodowa sama w sobie przedstawiła się jako czekoladowo-orzechowy krem, przy czym nie zabrakło smaku mleka. Było wyczuwalne zarówno jako baza, kojarzyło się nieco ze spienionym mlekiem, ale... też tak, że smakowała konkretnie mleczną czekoladą. Kakao również czuć, ale nie gorzkość. Ono mieszało się z laskowoorzechową nutą, która z czasem wydała się wiodąca. Graniczyła między naturalną, a lekko sztuczną, ale niewątpliwie wyszła przyjemnie. Nie nazwałabym jej nugatową, o wiele bardziej kojarzyła się z wyidealizowanym Ferrero Rocher. Nakręcały to kawałki orzechów, wnoszące bardzo wiele, przekierowując orzechy na naturalny tor. Smakowały w miarę świeżo, niektóre odrobinę gorzkawo (pojedyncze sztuki bardziej gorzko), czym przełamywały resztę. Słodycz lodów stała na wysokim poziomie, ale w zestawieniu z kawałami czekolady, wydała mi się nieco niższa. W odniesieniu do czekoladowej bazy Magnumów, ta czekoladowo-orzechowa baza była już za słodka.

Kawałki czekolady w lodach rozpływając zasładzały, aż zamulały. Każdorazowo na początku uchwytywałam kakao, po czym uderzało tsunami mleka i cukru, niemiłosiernie drapiąc w gardle. Pojawiała się także orzechowa nuta, po której znów bardziej zwracałam uwagę na zaznaczone kakao. Chwilami przesłodzeniem przysłaniały nawet smak laskowców, ale ten potem (gdy przejadłam więcej lodów, nie czekolady), wracał z nową energią i charakterem.

Na koniec zostało czekoladowe denko, a więc kolejna dawka cukru, od którego aż mdliło, ale tonowanego nieco mlekiem i nutką kakao.

Po zjedzeniu został posmak orzechowy - trochę sztucznie metaliczny i naturalny jednocześnie - oraz cukrowej, bardzo mlecznej czekolady, a więc zasłodzenie totalne. Czułam także motyw kojarzący się z orzechowo-czekoladowym kremem i Ferrero Rocher.

Całość wyszła smacznie, ciekawie, ale zabójczo cukrowo. Wyrazisty smak orzechów i czekolady z zaznaczonym kakao okazał się zaskakująco intensywny, sztucznie przerysowany, ale w granicach normy i przyjemności. Orzechy, mimo że drobne, wyszły całkiem w porządku, dość świeżo. Czekolada to cudownie czekoladowa czekolada jak na lody, ale zdecydowanie za słodka i tłusta. Dla niektórych wadą może okazać się jej ilość (orzechów w sumie też), bo to aż czekolada z lodami, nie odwrotnie, a więc tak lekko nie było. Co innego, że już same lody cudownie puszystą, lekką i zarazem właśnie kremowa konsystencję miały. Mimo ogólnego zacukrzenia, było to też poprzełamywane i zacnie kojarzyło się z powszechnie lubianymi słodkościami reprezentującymi duet laskowców i czekolady z nutą kakao.
Moim największym problemem związanym z tymi lodami jest słodycz. Dosłownie aż chwilami trudno przez nią jeść. Oprócz niej jednak lody spełniają wszystkie kryteria, by zachwycać. Gdyby nie ta sztuczność (mimo wszystko nie odpychająca, a pobrzmiewająca), mogłyby w ogóle mnie oczarować. Uważam je za bardziej udane od Cookies and White, bo w tamtych czułam niedosyt tytułowych tytułowych; tu o niedosycie orzechów nie ma mowy.
Mimo wszystko wiem, że za nic do nich nie wrócę - właśnie przez cukrowość. To dobre lody, ale jednorazowo.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 8 zł (promocja; za 440 ml)
kaloryczność: 348 kcal / 100 g; 233 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka 17%, tłuszcz kakaowy, zagęszczone mleko odtłuszczone, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, orzechy laskowe 3%, pełne mleko w proszku, miazga z orzechów laskowych 2%, tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (E471, lecytyna sojowa, E442, E476), stabilizatory (E410, E412, E407), aromaty, syrop glukozowy, syrop cukru karmelizowanego

poniedziałek, 3 maja 2021

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % ciemna z Ekwadoru

Sarroti kupiło mnie swoją prostotą, ale nie mogę powiedzieć, by marka zapamiętała mi się jako szczególnie warta uwagi. Raczej przyjemna, żeby zjeść sobie zwyklejszą czekoladę i tyle. Te najlepsze, prawdziwie obłędne czekolady ciemne lubię sobie właśnie takimi przepleść. Na szczęście przekłada się to na to, że to tamte doceniam bardziej, a nie te zwyklejsze odbieram gorzej. Uwielbiam to w sobie!

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 72 % z Ekwadoru

Po rozerwaniu sreberka poczułam mocno palony zapach paleniska, węgla i drzew oraz po prostu wyraziście drzewny, co z kolei mieszało się z ziołowo-kwiatowymi akcentami. To za ich sprawą weszła niska, acz złożona słodycz wanilii i jakby słonawego karmelu, która kwiatów w żaden sposób nie zruszyła. Wyszło to dość drapiąco, co na myśl przywiodło miód. Paloność z nim zaobfitowała w poprzypalane po brzegach, a mokre i lepkie wewnątrz ciasto kawowe. To też trochę prażonych migdałów - w karmelu? Cynamonie? Także wpisanych w pewne "drapanie".

To już kolejna nierówna tabliczka, na jaką trafiłam w ciągu ostatnich miesięcy. Kilka kostek było o połowę cieńszych od innych (wprawdzie nie aż tak jak w przypadku Manufaktury Czekolady MANU Orzech Nerkowca 70 % Kakao, ale różnica była nie do przeoczenia i wystąpiła w obu tabliczkach z jakimi miałam do czynienia - bo raz już do niej wróciłam). Niemal czarna czekolada każdorazowo jednak trzaskała głośno, ale bardziej niż twarda pasowałoby mi do niej określenie "pełna"; twarda to w zależności od grubości. Wydawane przez nią dźwięki nieco przypominały łamane cienkie gałązki.
Przy robieniu kęsa odebrałam ją jako esencjonalnie chrupką. Przekrój wydał mi się zbito-gładki, mimo że dostrzegłam w nim trochę połyskujących kryształków (a przy niektórych kęsach je nawet słychać).
W ustach rozpływała się powoli, zalepiając. Miękła jak sucha, a dopiero gnieciona plastelina. Zachowała przy tym aksamitność, a mimo idealnej gładkości, nie wydawała się zbyt tłusta (mimo iż realnie była). Mazista owszem. O wiele bardziej pasowało mi określenie: lepko-mazista, zostawiająca smugi. Pomimo suchwego elementu wydawała się mulista i nasączona jak ciasto. W ustach trwała dość długo, aż znikała nagle.

Zaraz po włożeniu kawałka do ust przywitała się słodycz, za którą ukazała się palona goryczka w pełnej okazałości, podkreślona cierpkością.
Gorzkawość dominowała, jednak to słodycz okazała się dynamiczniejsza. Również chwilowo cierpkawa, a zaraz raczej drapiąca, rozeszła się po ustach. Wzrosła szybko, ale nie do przesady. Należała do wanilii: kwiatów i laski, jako naturalna i... ciężka? Oleista? Poczułam kwiaty, właśnie słodko-ciężkie, zawilgocone, ale i drapiące polne, dość w tym ostre. Chwilami zahaczały o drapiący miód, chwilami - z racji palonego klimatu - o karmel.

Gorzkość ruszyła, rozpościerając wachlarz drobniejszych goryczek. Nie była więc siekierą, ale okazała się złożona i jakby wszechobecna. Zaserwowała mi przypalone ciasto kawowo-kakaowe, z mocno przypalonymi brzegami. Spalenizna wydała się aż cierpko-kwaśna. Odnotowałam przy tym aż węgielne tony, po czym zaczęłam zwracać na wilgotne, esencjonalne wnętrze.

Ciasto mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chwilowo łagodniało, robiło się bardziej tłuste, maślane. Jakby czekolada robiła sobie przerwę od mocniejszych tonów, pozwoliła wzrosnąć słodyczy kwiatów i wanilii, a jednak wciąż mieściły się w kawowym cieście. We wszystkim tym było coś oleistego.

Ciasto kawowe z czasem przechodziło do nuty palonej kawy, która zaczęła je wyprzedzać. Ziarna kawy wypalono tak mocno, że trąciły o węgiel. Lekki cierpki kwasek zasugerował jakąś cytrusową nutę, kryjącą się w nich. Trzymał się właśnie goryczki (do słodyczy się nie mieszał). Zarówno kawę, jak i ciasto, musiano doprawić jakimiś ostrzejszymi przyprawami, w które wszedł i ukrył się też kwasek. Wtedy udało mi się go uchwycić. Przecież to nieco kwaskawy kokos i olej kokosowy!

Przyprawy aż zaczęły drapać. Z palono-węgielnego mułu wyłoniły się drzewa. Takie z paleniska, ale potem drzewa ogólnie. Ziołowo-roślinne nuty dodawały im i słodyczy, i cierpkości. Przewijał się wśród nich kokos: wiórkowo-oleisty. Pomyślałam też o oleistych migdałach w cynamonie, także dość mocno prażonych. Słodycz tego drapała w najlepsze, tyle że już nie tak waniliowo-miodowo, a bardziej kwiatowo-ziołowo. Czyżbym łapnęła słodko-ostrą lukrecję? Kwasek świetnie się obok tego odnalazł, reprezentując rześkość (nie tyle soczystość) i równoważąc słodycz.

Pod koniec zrobiło się bardziej słodko i cierpkawo. Cierpkie, poprzypalane ciasto ukryto kwiatami, potem jeszcze przywołano kokosa do pomocy, jednak ogólnie mocna paloność wyszła i na zakończenie. Inne nuty zasłoniły z kolei drzewa.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawo-kakaowy i cierpkawo-kwiatowy. Coś tam niby czuć (kawę, przyprawy, w tym wanilię), ale to palenisko i cierpkość prostego, palonego kakao dominowało. A bza nim jakby węgiel roślinny, co utrzymywało się długo i było neutralne, nie zaś przyjemne czy nie.

Zaskoczyła mnie waniliowość tej tabliczki bez wanilii w składzie, choć czuć, że to bardzo taka "kwiatowa" wanilia, jako nuta. Całość wyszła bardzo palona, aż lekko przypalona, przez co wiele nut Ekwadoru chyba po prostu uciekło, ale że kawa się obroniła i miała godne towarzystwo, mi to nie przeszkadzało. Wyszła podobnie kokosowo-ziołowo i miodowo do (Vanini) Tesco finest Ecuadorian 74 %, acz mniej cierpko-goryczkowato. W Tesco było więcej nut: suszonych owoców, "orzechowego kokosa" i ziołowych herbat, zlepionych miodem. Sarotti wydała mi się bardziej gorzkawo-cierpka w przypalonym sensie - jakby poszczególne dodać do ciasta i przypalić. Zupełnie nie była owocowa, a jej słodycz była bardziej znacząca. Zdecydowanie to Tesco mnie w sobie rozkochała, ta była namiastką odlegle podobną.
Smakowała mi, nie ukrywam, ale jako prosta, niezajmująca czekolada gorzkawa. O ile konsystencję miała znacznie lepszą niż Sarotti 85 % (raczącą za to splotem migdałów i ziemi osłodzonych miodem), tak smak był już słodszy w wydźwięku (ciasto), przez co trudno wybrać, którą faworyzuję - zależy od dnia. W obu jednak czuć specyfikę marki - palonością nieco przygłusza nuty, ale to przyjemna paloność.


 ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,79 zł (chyba promocja)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym (np. jak trafię na długie daty)

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa

niedziela, 2 maja 2021

Lindt Excellence Chili Dark Chocolate ciemna 47 % z chili

Postanowiłam ostatnio wrócić do lindtowskiej klasyki, czyli Excellence 70 % i z zaskoczeniem uznałam, że po tylu zjedzonych na przestrzeni lat czekoladach, wciąż smakuje mi jak przed laty (stara recenzja z roku 2016). Razem z nim zakupiłam też "do powtórki" dzisiaj opisywaną, bo to właśnie od niej zaczęła się moja miłość do czekolad z chili. Ostatnio jadłam ją ze dwa czy trzy lata temu, nie na bloga, więc stwierdziłam, że wrócę do niej świadomie i rzetelnie. Także dlatego, że nie podobają mi się zdjęcia przy starej recenzji z roku 2015. I bo mam lepsze rozeznanie w konkurencyjnych tabliczkach (a jak kupiłam ją po raz pierwszy, właściwie... chyba była jedyną z chili).

Lindt Excellence Chili Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao z ekstraktem z papryki chili.

Już naderwawszy sreberko poczułam intensywny, cierpko-słodki zapach o ciepłym, palonym charakterze. Łączył paloną kawę z całą jej smakowitą goryczką oraz palony cukier, w sensie nieco karmelowym... likierowo-alkoholowym. Podrasowany był "ciepełkiem", pikanterią. Wydawało się to nieco soczyste, ale i nieco złagodzone ulepkowatym echem.

Cienka tabliczka ładnie trzaskała-pykała, mimo że nie była twarda jak kamień, a zwyczajnie twarda. Łamała się trochę krusząc. 
W ustach twardość błyskawicznie zmieniała się w twardość plastelinową, by następnie odpuścić. Kawałek przeistaczał się w miękko-ulepkowatą, giętką maślaną grudkę coraz bardziej aksamitnie kremową, budyniową. Taką, która porządnie zalepia usta. Całość była gęsta, choć łatwo rozpływająca się w umiarkowanym tempie. Była ślisko-gładka, a po tym, jak zniknęła na "zagęszczoną wodę", zostawiała leciutko suchawy efekt.
Jak dla mnie wyszła za tłusto-miękko; o ile potrafię przymknąć na to oko w tabliczkach z dodatkami, tak z ekstraktem z chili, a więc w sumie w czystej, przeszkadzało mi to.

W smaku od początku wydała mi się bardzo maślana. W kolejnych sekundach uderzyła wysoką słodyczą i spokojną gorzkością o palonym charakterze. Goryczka narzuciła go słodyczy, przez co ta wydała mi się lekko palono karmelowa, choć bardziej pasują słowa "palono cukrowa" (tak, karmel to palony cukier, ale one lepiej oddają rzeczywistość).

Zanim słodycz zaczęła drapać, swoją obecność zaznaczyła pikanteria, początkowo jako echo.

Gorzkość jaka rozeszła się po ustach mignęła zwykłym kakao, choć głównie była jak delikatna czarna kawa pita w spokojnej atmosferze. Nie spieszyło jej się nigdzie, z ochotą przyjęła likierowo-truflową nutę, jaka się do niej podkradła. Poczułam wyraźniejsze ciepło. Do połowy chili jedynie pobrzmiewało pikanterią. Potem ta zaczęła odważniej rosnąć. Zrobiło się dość ostro, zwłaszcza na poziomie gardła. Umacniała się tam z każdym kolejnym przełknięciem śliny.

Sama gorzkawa baza była bowiem sowicie dosłodzona i tonowana maślanym smakiem. To połączenie pozwoliło na wybicie się waniliowej nucie, która podpięła się pod zasładzanie. Zaczęło robić się za słodko, mimo wyraźnej cierpkości kakao. Pomyślałam o likierowych bombonierkach i truflach. Zza ostrości chili wyłapałam lekki kwasek kakao i wiśni.

W tym czasie pikanteria wciąż rosła; zaczęła ocieplać i gardło, i język. Słodycz z kolei zaczęła drapać po swojemu. Splotły się, zapraszając smak papryczki chili. Był wmieszany w otoczenie, a jednak wyczuwalny. Podkreślił soczystość. Kontrastowo uwypuklił też maślaność, która wyszła nieco przesadnie, mimo prób wpisania się w nasączone klimaty, udając jakieś tłusto-wilgotne, kakaowe ciasto z chili. Próbowała, próbowała i... raz i drugi ulepkiem zajechała.

Bliżej końca w ustach panoszyła się przesadzona słodycz i palono kawowa nuta w asyście ciepełka chili. Zrobiło się znacząco ostrzej. Ostrość chili przyjemnie spływała do gardła, w ustach przypiekając o wiele mniej (dzięki czemu smak czekolady nie został zabity).

Po zjedzeniu został posmak palono-cierpkawy, w dużej mierze kawowy, trochę likierowy. Odlegle snuło się kakaowo-wiśniowe ciacho, a słodycz była wszechobecna i za silna. Chili również świetnie czułam, zarówno jako nutkę, jak i efekt przyjemnego palenia w gardle i trochę w ustach. To zagłuszało zasłodzenie i utrzymywało się bardzo długo.

O ile jednak mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że słodycz była za silna, podobnie jak tłustości mi tu za dużo (bo wyszła aż trochę ulepkowato), tak do chili nie mam żadnych zarzutów. Wyczuwalne bardzo wyraźnie, ale w sposób, który nie zabił bazy. Rozgrzało, zaznaczyło swój smaczek i podsyciło inne, a jednocześnie nie zapomniało, że to nie konkurs mocy. Jak na mój gust było odpowiednio wyważone do poziomu powagi tabliczki. Ogólnie tabliczkę odebrałam bowiem jako taką "łagodniejszą, na początek" - czy to przygody z ciemnymi, czy z chili. Wyważona, spokojna i przystępna, a jednocześnie ciekawa i dobra, po prostu.
Zdecydowanie wolę mniej ulepkowatego, bardziej ciemnoczekoladowego Grossa 56 % z chili - ten był bogatszy w chili i choć również za słodki, nie aż tak.
Moser Roth z chili z kolei - to dopiero cukrowo-tłusta i uboga w chili czekolada, która przypomina, że bardzo łatwo z tym wszystkim końcowy efekt zepsuć. Lindtowskie wady mimo wszystko trochę klasy miały. Wyszedł tak... całkiem wciągająco w tej swojej drobnej ulepkowatości.

O tak, odebrałam ją zupełnie inaczej niż na przełomie lat 2014-2015, kiedy to napisałam starą recenzję. Wtedy jej cierpkość i gorzkość wydawały mi się odpowiednio mocne do jej słodyczy i ostrości, a sama przyzwyczajona bardziej do tłusto-ulepkowatych tabliczek, na tę kwestię aż tak nie zwracałam uwagi uwiedziona ostrością i "powagą". Tabliczka rzeczywiście jest ostra i dość poważna, ale to taka przystępna i cukrowa powaga.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 5,99 zł (promocja)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z papryki chili, aromaty

piątek, 30 kwietnia 2021

Marou Saigon 100 % ciemna z Wietnamu

Obecnie rzadko kupuję setki, bo nie sprawiają mi tyle przyjemności co czekolady o wysokiej zawartości kakao, ale jednak z cukrem. Są jednak takie marki, których smakuje mi i kusi dosłownie wszystko, co tylko wyjdzie spod ich skrzydeł. Marou obudziło we mnie miłość, a na pewno zaintrygowanie wietnamskim kakao. Postrzegam je jako samo w sobie wytrawne, więc setka z tego regionu bardzo mnie ciekawiła.

Marou Saigon 100 % Single Origin / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao (blend ziaren) z Wietnamu z regionu rzeki Sajgon.

Gdy tylko uwolniłam tabliczkę ze złotego papierka, poczułam intensywny zapach ziemi: niezbyt czystej, a więc średnio przyjemny. Była gorzka, przywodziła na myśl bulwy jakiś roślin i... gorzkie, ciemne piwo. Dzięki niemu ewoluował w nieco smakowitszym kierunku. Mieszało się z kwaśnym koncentratem pomidorowym z chili i jakimś czerwonym curry z mnóstwem ciepłych przypraw. Curry z gorzkimi orzechami (które zaproszone zostały przez piwo)? Z czasem orzechy zrównały się z ziemią. Wśród korzennych przypraw pojawiła się rześkość trawy cytrynowej, podkreślającej soczystość. Ta zaś... była bardzo roślinna, trochę słodkawo-ziołowa i wręcz kwiatowa, a trochę warzywna. To znów uwypukliło orzechy. Słodycz kompozycji była minimalna. Nie ukrywam, że wyszło średnio kusząco. Przyzwoicie zrobiło się dopiero, gdy aromat się rozszedł i rozłożył wachlarz, czyli w trakcie jedzenia, bo orzechy wywalczyły sobie miejsce na przodzie.

Twarda tabliczka łamała się z trzaskiem suchych, średnio grubych gałązek łamanych podczas wędrówki przez las.
W ustach rozpływała się powoli jak przeciętna ciemna czekolada (nie jak setka) i jedynie gęstawo, z oleistym efektem. Była skora do współpracy, zostawiając na podniebieniu mnóstwo smug, kojarzących się ze smarem. Między coraz to kolejnymi, były też bardziej esencjonalnie soczyste fale, dzięki którym mimo iż tłusta, nie wyszła ciężko.

W smaku od samego początku zarejestrowałam wyrazistą gorzkość, gonioną przez kwaśność pomidorów, koncentratu pomidorowego i cytrusów, głównie cytryn.

Gorzkość rozeszła się po ustach fundując mi smak dymu, odrobinę ziemi i orzechów, mieszających się z nią. Może to lekko skwaśniałe orzechy? Sprawiały wrażenie lekko pikantnych, co podkreśliła trawa cytrynowa. Splatała gorzkość z kwaśnością, odpowiadając za harmonijny przeskok. Dym najpierw ewidentnie dominował, potem bardziej czuwał nad poszczególnymi nutami. Acz był wyczuwalny cały czas. Uwagę od niego odwracały wyraziste ziarna i pestki, w tym pestki słonecznika jedzone prosto ze "słonecznikowej głowy".

Oto pojawiły się rześkie zioła i ogólnie żywe, zielone rośliny. Rozprowadziły szlachetną, ziołowo-kwiatową słodycz. (Prawdziwie słodka wydawała się tak naprawdę po paru kęsach; jakby trzeba było się do niej dokopać, odnaleźć ją.) Kontynuowała ostrość, nadając jej ciepłego, korzennego charakteru. Pomyślałam o słodko-kwaśnych pomidorach i papryce (chili?) albo raczej kremowym czerwonym curry na ich bazie (na pewno z ziarnami, orzechami i... i z jakimiś ziemistymi bulwami?). Po chwili pojawiły się czerwone owoce. Kręciły się wśród nich przejrzałe wiśnie i porzeczki oraz jakieś twarde czerwone "kulki jagódkowate" -zupełnie mi nieznane, ale... nie wiem... Goryczka podszepnęła nagle grejpfruta. Rósł w siłę, zachwycając dojrzałym sobą. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa rośliny napierały dosłownie z każdej strony zarówno jako warzywa, owoce i kwiaty, jak i po prostu żywe rośliny. Zielone łodygi, wilgotne paprocie, konary porastające ziemię. Tę nasączyła cytrusowa kwaśność.

Po chwili owocowa goryczka znów zaskoczyła na tor po prostu gorzki. Wyraźnie wrócił mocniejszy dym. Grejpfrut zmienił się w ciemne piwo, a to otworzyło drogę słodowo-ziemistym tonom. Dym snuł się leniwie i trochę bez celu, a może nawet nie on, a raczej jego kwaskawa cierpkość. W drugiej połowie rozpływania się o wiele wyraźniej zagrały gorzkie orzechy. Starawe, trochę czarne orzechy włoskie? Na pewno w towarzystwie ziaren i pestek, takich prosto z łupinek. Podkreśliły je zioła, cała gama roślin i pikanteria.

Bliżej końca ostrość przypraw korzennych, w tym soczystego chili, znalazła się niemal na pierwszym planie, podkręcana na zasadzie kontrastu kwaśnością cytrusów. Łączyła je rześka ziołowa nuta, wydająca się zaskakująco, wręcz paradoksalnie słodka.
Dosłownie na sam koniec mignęła mi łagodność kremowego curry i nawet pewna czekoladowa oleista maślaność, a potem zalała ją "czerwona tanina".

W posmaku jednak został kwasek cytrusów (grejpfruta, cytryny) i czerwonych owoców, piwa, ziół oraz warzyw - dziwnie wytrawny, a także zestawiony z goryczką ziemi i przypraw oraz roślinnością. Ostrość? Trochę słodkawa, ale na pewno bardzo, bardzo rozgrzewająca w orientalnym stylu.

Całość wyszła dziwnie. Bardzo roślinna, wytrawna oraz kwaśna. Jej gorzkość wydawała się nie aż tak znacząca, mimo że dość wysoka. Lekka słodycz wyczuwalna, a jednak kompletnie nieważna w ogólnym wydźwięku. Gdyby nie korzenność, w ogóle można by nie zwrócić na nią uwagi. Podobała mi się za to nuta orzechów i pestek (głównie słonecznika). Ziemiście-roślinny duet koniec końców na plus, choć wolałabym więcej jednoznacznych owoców, niż warzyw. Rześkie zioła za to bardzo na plus. Sprawiły, że kompozycja nie przytłaczała.
To jedna z tych czekolad, która była bardziej dziwna-i-dziwne-że-smaczna niż po prostu smaczna czy dziwna. Wciągnęłam się w nią, a gdybym miała polecać, to tylko jako ciekawostkę jednorazową.

Zaskoczyła mnie, jak podobna do Marou Tien Giang Vietnam 80 % była. Orzechowe curry, korzenno-orientalne przyprawy z trawą cytrynową, słonecznik, soczysta pikanteria i chili - te nuty były niemal identyczne. A jednak tamta była cudownie owocowa (morele, winogrona, jabłka), w momencie gdy dzisiaj prezentowana w tej kwestii była dość skąpa. To mieszanina czerwonych (niezbyt jednoznacznych) owoców i warzyw. Jej roślinność bardzo z kolei przypominała tę z Dak Lak 70 %, ale ogółem nie były do siebie podobne.


ocena: 9/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £7.95
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao

czwartek, 29 kwietnia 2021

lody Leone Alive High Protein Choco Peanut

Nie jem lodów często, a jak jakimś poświęcam czas (lubię na raz jeść ich dużo i długo, topiące się), chcę ciekawe. Zbyt wydziwiane, a więc proteinowe, wegańskie, niskokaloryczne są za bardzo ryzykowne, że degustacja będzie nieudana (a jak już mnie nachodzi na lody, chcę by była udana). Mimo że uwielbiam masło orzechowe, to jeden z tych smaków, do których jestem bardzo sceptyczna. Potencjalny kamień o niesatysfakcjonująco masłoorzechowym smaku mnie nie kręci. Dzisiaj opisywane jednak miały zawierać część fistaszkową, nie masłoorzechową. To jakoś optymistyczniej mnie nastroiło. Doświadczenie mam bowiem takie, że gdy mi producent nie krzyczy, że "BĘDZIE PB", to łatwiej o to, aby z nim się kojarzyło. W dodatku już pisząc wstęp i przepisując skład ogarnęłam, że jadłam już loda tej marki i w miarę mi smakował, mimo że nie był w moim guście - chodzi o rożka Leone Black Cone.

Leone Al!ve High Protein Choco Peanut to "proteinowy deser lodowy o smaku czekoladowym (38%) i o smaku orzeszków ziemnych (38%) z czekoladą mleczną (11%) i sosem z orzeszków ziemnych (11%) oraz kawałkami prażonych orzeszków ziemnych (2%)" (a według mnie nie "deser", a "lody"); bez cukrów (ale z substancjami słodzącymi).
Zawartość pudła to 300 g / 480 ml.

Po otwarciu poczułam w miarę wyraźny zapach fistaszków i czekolady mlecznej, co nie było mocno słodkie, a dziwnie... słodkawo-przymglone. Chyba minimalnie słodzikowe, ale całkiem w porządku. Arachidowość nasilała się oczywiście z czasem.

Mam ogromny zarzut do tych lodów, bo okazały się zupełnie niepodzielne. Do zdjęć lody do miseczki przekładam zaraz po wyjęciu z zamrażarki - oczywiście nie jem potem tak zimnych i twardych, ale chciałabym móc lody nałożyć, nie każąc im dochodzić do przyjaźniejszej struktury. W przypadku tych... nałożenie? Pf. Czułam się, jakbym próbowała nakładać warstwową skałę osadową. Przebicie się przez kolejne warstwy graniczyło z cudem. Na samym początku masy lodowe były twarde jak kamień, a czekolada i sos orzechowy to... głazy. Lody familijne (śmieszy mnie ta nazwa) w takim razie to nie są. Oczywiście jadłam je już, gdy nieco doszły, ale musiałam na to czekać naprawdę długo. A i w trakcie jedzenie okazało się problematyczne. Starałam się poszczególne części podważać, obracać, część wykładałam na talerzyk obok, by ułatwić sobie życie.

Już na samym początku czekało mnie rozczarowanie. Orzeszki ziemne znajdujące się jedynie na wierzchu posiekano tak drobno, jak się tylko dało. Były przemrożone, a gdy do siebie doszły, jakby miękko-zawilgocone. Takich na pewno nie chciałabym więcej.
Masa lodowa swoją kamienną twardość w zasadzie zatrzymała do końca. Wykazywała skąpą i minimalną kremowość i gładkość. Topiła się... prawie wcale, a mimo to, z nieprzyjemnym wodnistym efektem. Wydała mi się nieco budyniowo zagęszczona, gumiasta. Pod tym względem obie części lodowe były do siebie dość podobne - jasna może nieco bardziej zbita.
Blisko lodów czekoladowych dodali płaty trzaskającej czekolady: jedne raczej cienkie, inne znacznie grubsze. Początkowo wydawała się plastikiem, z czasem zaś rozpływała się w miarę tłusto-gęsto i czekoladowo. Konsystencją zaskoczyła mnie pozytywnie.
Między warstwami lodów dodano sos przypominający lejąco-rzadkie masło orzechowe. Gdy odtajało, rozpływało się w ustach, kojarząc się z olejem i wodą.
Z racji tego, jak rozmieszczono wszystkie warstwy, a więc "na świderek", mieszały się (mam na myśli obie masy lodowe i sos), trudno było się przebić przez wielkie blaszki czekolady, a wszystko... do przyjaznej konsystencji dochodziło jeszcze dłużej. Mam wrażenie, że to te blaszki podtrzymywały kamienne zmrożenie. Wyszło dziwnie. Nie podobało mi się, bo wszystko trwało i trwało (i zdążyło mnie zanudzić), a potem wystąpiło zjawisko śmietnika w pudle (co z kolei irytowało). Zupełnie pomysł na te lody mi się nie podoba. Może po prostu ja nie jestem przyzwyczajona do takiej formy, ale była niewygodna i tyle. Co, zrobiona dla oka? Najlepszą opcją jest chyba jedzenie tego na raz (taak, chyba przez cały dzień, zanim to zmięknie), co plusem nie jest. Tym bardziej przy ostrzeżeniu, że "spożycie w nadmiernych ilościach może wywołać efekt przeczyszczający".

Fistaszki na wierzchu smakowały... tak sobie, bo nijakością z posmakiem orzeszków. Gdy ciumkałam i podsysałam je bardzo długo, ten smak jakoś się umacniał, ale musiałam w tym celu zgarnąć ich naprawdę dużo na raz. Odebrałam je jako świeżo-nieświeże, bo nieprażone i rozmokło-stęchłe. Przy takiej jakości to zbędny dodatek. Nie przejadłam wszystkich.

Orzechową lodową połowę także cechował nieorzeszkowy smak. Fistaszki były tu jedynie sugestią wmieszaną w zamgloną słodycz budyniu o mało wyrazistym, mleczno-mdłym smaku. Ta część była dość mdła, kojarzyła mi się z waniliowymi budyniami proteinowymi z wodnistym elementem. Słodycz ewidentnie pochodziła od słodziku, co przełożyło się na mdlący efekt. Wydawała się odosobniona (może nie strasznie za silna, ale oprócz niej nie było niczego wyraźniejszego).

To sos orzechowy napędzał smak orzeszków. Stanowił arachidowy kopniaczek (bo "kopniak" to za dużo powiedziane). Sugerował masło orzechowe ze szczyptą soli, ale i słodzikiem w tle. Pobrzmiewał leciutko podprażonymi fistaszkami i chwilami zdecydowanie dominował, choć doszukałam się w nim też jakiejś oleiście-wodnistej nuty. Kiedy mieszał się z masami lodowymi, tracił wyrazistość na ich rzecz. Był najciekawszy, smakował sobą, ale i tak to mały plus.

Czekolada w zestawieniu z nim wyszła całkiem nieźle, pasowała. To jednak ewidentnie polewowo-ulepkowata mleczna czekolada o słodyczy drapiącej w gardle. Jako tabliczka byłaby nie do zjedzenia i zbyt plastikowa, ale w tym wydaniu, jakoś uszła. Skojarzyła mi się ze słodzikową wersją czekolady Nestle (uważam Nestle za kiepściznę), ewentualnie milkowatej. W końcu omijałam ją, bo w większej ilości jej słodycz męczyła.

Podkreślała czekoladowość brązowej lodowej części. Ta była... delikatnie mlecznoczekoladowa, bardziej słodzikowo słodka i w sumie tyle. Również kojarzyła się z nazbyt rozwodnionym budyniem. Jej bazowa mleczność była słaba - jak właśnie mdłego budyniu, ale gdy rodzaje czekolady rozpatrywać to taak, to smak mlecznej czekolady - niestety kiepskiej. Wyszła przejrzyściej od fistaszkowej części, ale gdy wszystko się mieszało, i ona robiła się słodzikowo-żadna.

Po zjedzeniu czułam posmak słodziku i orzeszków ziemnych w wydaniu podróbkowo-snickersowym i trochę masłoorzechowym. Snuł się za tym nienachalny, czekoladowo-orzechowy, sztucznawy motyw i budyniowo-mleczna nijakość.

Lody zupełnie mi nie podeszły. Okazały się nijakie i zarazem bardzo słodkie. Słodziki może nie wyszły tu drażniąco, ale oprócz ich smaku zasadniczo mało co innego było. Kojarzyły się z mdlącymi budyniami białkowymi. Mleczna czekolada jakaś słaba, orzeszkowość drugiej masy niska... Jedynie orzeszkowy sos odznaczał się wyrazistością całkiem niezłą, w momencie gdy czekolada mleczna to już wyrazistsza ulepkowatość i tandeta.
O dziwo mimo podłej, kamiennej struktury i rozpuszczania się na gumiastą wodę, lody próbowały się chwilami przymilić odrobiną kremowości. Nie wyszło jednak. Konsystencja i forma męcząca. Smak, a raczej słodzikowo-budyniowy bezsmak też... lody nawet prawie stopione, które poza zamrażarką jakieś 1,5 czy nawet 2 godziny nie przybrały na wyrazistości. W zasadzie... im robiły się mniej kamienne, tym okropniejszy i bardziej dominujący był smak słodziku.

1/3 pudła zmęczyłam, chcąc dokładnie popróbować wszystkich warstw, czekając aż do siebie dojdą. Zaczęły mnie jednak nudzić, drażnić i po prostu niesmakować, więc resztę oddałam Mamie. Ona zjadła prawie do końca (choć zostawiła kulkę wszystkiego - tak się to już jej niefajnie przemieszało) - ją też znudziły. Skomentowała, że to "ot, po prostu nudne, nienajlepsze lody". Ciągnięta za język: "no tak, fistaszki czułam, jak te kawałki gryzłam. Ta jasna masa lodowa jakaś nieokreślona w ogóle. Brązowa to czuć, że czekoladowa, lepsza była, ale też bezpłciowa. Taka woda trochę. Sos z masła orzechowego? Przemieszał mi się tam jakoś, ale nie uwierzysz. Najlepsza dla mnie to ta czekolada była! Jak prawdziwa, normalna czekolada. Rozpływała się łatwo i przyjemnie, słodziutka i taka mleczna właśnie była. A słodziki nie przeszkadzały jak w tych Breyers. Ogólnie nie były takie złe, tylko nudne. Namieszali, namieszali i jakoś nic tam nie czuć i tak.".


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 480 ml / 300 g)
kaloryczność: 176 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, substancje słodzące: syrop maltitolowy, erytrytol, maltitol, glikozydy stewiolowe; białka mleka, białka jaja w proszku, polidekstroza, olej kokosowy, tłuszcz kakaowy, orzeszki ziemne 2%, pasta z orzeszków ziemnych 1,5%, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, maltodekstryna, mleko w proszku pełne, inulina, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,5%, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa, polirycynooleinian poliglicerolu; bezwodny tłuszcz mleczny, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar, cytrynian trisodowy, karagen; aromaty, barwnik: karmel; skrobia modyfikowana, sól, ekstrakt z wanilii

środa, 28 kwietnia 2021

J.D. Gross Grenada 46 % Cacao Czekolada Mleczna z Grenady

Kiedyś bardzo lubiłam mleczne czekolady, a ciemne mleczne przez pewien czas były moimi ulubionymi. Zawsze ceniłam bowiem kakao, ale właśnie także specyficzna słodycz wspomnianych mi odpowiadała. Obecnie na mleczne ochotę miewam rzadko, a jak mam już jakąś jeść to musi być ciekawa. Dawno nie jadłam po prostu mlecznej... Tak się jednak stało, że na dobrą jakoś mnie po prostu naszło. A że zbiory czekolad mam przeogromne, znajdzie się wśród nich coś na każdą zachciankę. I... cóż, mleczne Grossy nie pojawiają się zbyt często, nie takie moje. Mleczne około 30 % kakao mnie nie kręcą, nadziewane to co innego... Tej więc byłam szczerze ciekawa. Zastanawiałam się, jak wypadnie w porównaniu do Gross Selection: Chocolat Edel-Rahm / Milk Chocolate i Herbe Sahne / Dark Chocolate. A i region niepospolity. Mlecznej czekolady stamtąd to jeszcze nie jadłam.

J.D.Gross Grenada 46 % Cacao Czekolada Mleczna to mleczna o zawartości 46 % kakao trinitario z Grenady; produkowana dla Lidla.

Rozchylając papierek, poczułam wyrazisty zapach pełnego mleka i śmietanki, trącającej lekko o śmietankę w proszku, ale stojącą także za sielsko-wiejskim, naturalnym klimatem. Mocno orzechowy, lekko siankowy charakter kakao sugerował jakieś "inne mleko" (np. kozie). Było w tym coś leciutko maślano-bułeczkowego i bardzo słodkiego. Słodycz należała głównie do szlachetnego, palonego karmelu, ale też wanilii i jakby zasłodzonych, minimalnie soczystych marmolad.

Tabliczka była dość twardawa, ale łamała się krucho i cichutko, jedynie pykając. Bardzo się kruszyła.
W ustach okazała się jednak zwarta i masywnie tłusta, także wyginająco się miękka. Rozpływała się w umiarkowanym tempie, wykazując aż za silną, idealnie gładką tłustość. Przypominała tym samym gęstą śmietankę lub kremowy jogurt i minimalnie zalepiała usta, znikając jak mleko (już tak rzadziej). Pod koniec trochę ściągała jak tłusty jogurt np. grecki.

Robiąc kęsa poczułam dosłownie masełko w wydaniu "na słodko". Delikatne i naturalne, rozsmarowane na miękkiej chałce. Klimat ułożył się w beztroski i sielski dzień. Do chałko-bułeczki podano szklankę mleka tłustego i chłodnego.

Zaskakująco niska słodycz nieśmiało zbliżyła się do powyższych. Wydała mi się karmelowo palona, ciepła. Podkreślała skojarzenie z maślanymi, delikatnymi, słodkimi wypiekami (chałki, bułeczki mleczne / maślane, drożdżowe placki).

W palonym cieple kryła się też drobna nutka słodkich przypraw korzennych, ale też orzechy i jakby orzechowy wypiek. Karmelowa słodycz otulała orzechy. Orzechy z ciasta? Oczami wyobraźni widziałam ciasto-chlebek: mięciutkie, a jednocześnie konkretne i wciąż... ze szklanką mleka. Mleczność i maślaność zalewały usta, splatając się z ogromem śmietanki. To był smak przewodni.

A wypiek... może nie był tyle wypieczonym wypiekiem, co palonymi karmelami? Słodki karmel trafił na masło i śmietankę, po czym mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa zaczął zmieniać się w toffi, cukierki toffi, za których sprawą słodycz drastycznie rosła. Robiło się wręcz cukrowo.

Mimo to, wychylił się też rześko-soczysty motyw. To tak, jakby na wypieki dodać zacukrzono-zasłodzoną marmoladę lub... jakby gdzieś w tym wszystkim dokopać się do kremowo-śmietankowego deseru... z zacukrzonym, dżemowatym wsadem z... moreli? słodkich pomarańczy? Aż scukrzonych? Owoce były bardzo niejednoznaczne, wkomponowane w cukrowość... palonego karmelu i palono-maślanego toffi, która lepiej sobie poradziła z wkręceniem się w ciepły klimat.

Bliżej końca robiło się bardzo słodko i znów śmietankowo, ale pojawiła się też lekka goryczka. Jakby karmelu, orzechów, zbyt mocnego przypieczenia i... w końcu kakao po prostu. Kakao zrobionego na pełnej, tłustej śmietance.

Po zjedzeniu został posmak lekko cierpki, jak po śmietanowym jogurcie i kakao. Gorzkawy kakaowo-ciepło, a jednak łagodzony śmietanką, maślanością i tłustością na ustach, co bardziej sugerowało raczej kakao zrobione na tłustym mleku. W gardle słodycz ryzykowanie zaznaczyła swoją obecność już po pierwszej kostce, a w połowie tabliczki serducho w ogóle nieprzyjemnie mi przyspieszyło.

Całość wydała mi się zdecydowanie za maślana, zarówno w konsystencji, jak i w smaku. Wiodąca smakowa maślaność, mimo przyjemnych wypieków, zmęczyła mnie, bo owoce były bardzo niejednoznaczne i w sumie... Prawie ich nie czuć. Także kakao przez większość czasu ukrywało się. O śmietankę o wiele łatwiej, ale była tak pełna, że aż za pełna. O dziwo słodycz nie była cały czas bardzo wysoka, co się chwali. Nie zmienia to jednak faktu, że tabliczka i tak miała bardzo, wręcz głównie słodki wydźwięk.

Nie było w niej zupełnie nic ze znanych mi czekolad (wprawdzie ciemnych) z Grenady. Może delikatne ciepło i owocowa nutka, ale regionu bym nie zgadła. Odebrałam ją jako dobrą mleczną, trochę ciemnawą. Ze 4 kostki spokojnie można zjeść, ja zjadłam więcej i zaliczyłam cukrowy zgon tylko dlatego, że to nudnawa dla mnie tabliczka (niezbyt moje nuty), którą od niechcenia można zjeść, a jednak niestety nie bajka Mamy (za wysoki procent kakao, a poza tym czyste czekolady szkodzą jej na żołądek). Wiedziałam, że nie chcę jej jeść dwa dni, więc zjadłam, ile mogłam - 7 kostek, by sobie nie zostawić po niej złych wspomnień (czekoladową normę wolałam dojeść ciemną, która nie męczy i uspokaja serce). Na tyle dobra, że warto się raz zasłodzić. Podała maślaność w sto razy lepszej formie niż np. Lindt Excellence 65 % Cocoa Milk Chocolate.
Mama skończyła te 3 kostki i stwierdziła: "tak śmiesznie w niej szła ta słodycz, rzeczywiście może taka toffi trochę, obok gorzkości; no dla mnie za gorzko było i ta gorzkość tak w posmaku została jeszcze". Uznała, że ogólnie czuć, że dobra jakościowo, ale jej nie odpowiadała (z żalem stwierdziła, że nie czuła tego, co ja - i obie bardzo żałowałyśmy, bo ja czułam dosłownie wszystkie uwielbiane przez Mamę różności).


 ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii

wtorek, 27 kwietnia 2021

Cocoloco Chocolates 72 % Ecuador Pure Dark ciemna z Ekwadoru

Po paru zawodach Cocoloco potrzebowałam przerwy. Wkurzyła mnie ich bylejakość, a co więcej czułam się po prostu oszukana. Czekolada PB, która okazała się po prostu mleczną z fistaszkami? Beznadziejnie nadziane miodowe tabliczki (mleczna, ciemna), których wnętrze wylewa się, a całość jest zrobiona jakby do zjedzenia na raz? Nie chciałam już żadnych kolejnych, więc cieszyłam się, że takich "trudniejszych" już nie miałam. Po jakimś czasie, gdy negatywne emocje trochę się rozeszły, postanowiłam sięgnąć po względnie bezpieczną ciemną tabliczkę. Wprawdzie wciąż byłam podejrzliwa - w końcu mogła być np. zapchana tłuszczem, ale... może akurat zwykła czekolada miała okazać się miłą niespodzianką?

Cocoloco Chocolates 72 % Ecuador Pure Dark to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru

Rozerwawszy pazłotko poczułam słodki zapach żywych roślin i kwiatów, wchodzących we wręcz neutralność młodych zielonych badylków, skoszoną trawę oraz owocową soczystość. Początkowo nie była zbyt jednoznaczna, przeplatały się w niej niedookreślone brzoskwinie i morele. Z czasem jednak (zwłaszcza w trakcie jedzenia) wyraźnie czułam obok nich wręcz cukierkowo słodkie maliny i truskawki. Wszystko to poprzez "badylkowość" mieszało się ze świeżym tytoniem, a w końcu i z gorzkim dymem. Czułam pewną maślaność wilgotnie natłuszczonego wypieku... Kojarzyła się ze słonawymi ciastko-tartami, bułeczkami.

Tabliczka łamała się z głośnym trzaskiem, popisując się wysoką twardością, a potem ziarniście-kryształkowym przekrojem. Drobinki od niej odskakiwały, przez co wydała się jakby polewowa, skonstruowana z cienkich powłok.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i trochę niechętnie. Była twardo-zwarta i masywnie tłusta, początkowo trochę plastikowa. Niby gładka, ale jednak jakby lada chwila miała zrobić się chropowato-proszkowa, trochę jak scukrzony miód. Z czasem nieco miękła i tworzyła wokół kawałka zalegającego na języku wodniście-zawiesinową masę, chwilowo wydając się lekko soczystą. Następnie zmieniała się w wodę i znikała bez echa. Towarzyszyło temu lekkie ściągnięcie i na koniec niepodważalnie pyłkowe wysuszenie.

W smaku w chwili robienia kęsa uderzyła mnie truskawko-malina, bardzo słodka i... wręcz słodziuteńka! Poczułam dosłownie miodek, jasny miód słodki i "dziecięcy".

Nim zdążyłam cokolwiek pomyśleć, czekolada już roztaczała po ustach gorzkość dymu. Był cierpki, mignął plastikiem, a zaraz nasunęła się na to neutralność roślin i zielonych łodyg. Wydała mi się lekko cierpka, wodnista smakowo i żywa. Poczułam... jakby zawilgocony węgiel roślinny? Tytoń / tabakę?

Słodycz w tym czasie ustabilizowała się i nieco wycofała, ale po chwili (już bardziej "z głową") przemieszała się z gorzkością i cierpkością. Otuliła je, przytaczając maślane, może raczej mleczne bułeczki posmarowane masłem i kapnięte miodem. Lekko zasugerowała scukrzony, drapiący miód. A może bardziej maślane wypieki... wcale nie takie słodkie?

A jednak z czymś słodkim. Pojawiła się soczystość czerwonych owocowo-kwiatowych marmolad słodzonych miodem i wanilią. Znalazł się w tym lekki kwasek i... kwasek taki słodki, cukierkowy. Poczułam truskawkę... miękką i mokrą, a zaraz potem nieco słodko-gnilną wiśnię. Odnotowałam owocową goryczkę, która znów zwróciła moją uwagę na polewowość. Do głowy przyszły mi kakaowo-pseudoczekoladowe polewy lodów na patykach.

W drugiej połowie i bliżej końca gorzkość zawalczyła o honor. Osnuła wszystko dymem, a klimat zrobił się bardziej palony. Wyłapałam nutkę spalenizny, nadającej jeszcze wytrawniejszego charakteru wypiekom. Chwilowo narobiła mi nadziei, ale jakoś zniknęła na rzecz wypieku właśnie. Takiego... z odrobinką soli? Cierpkiego na pewno. Czyżby to cierpkość roślin skądś płynęła? Z dymu? Pomyślałam o zawilgoconym tytoniu albo papierosach.

Polewowość jednak nie ukryła się, maślane twory i neutralność roślin się przemieszały, ale już i słodycz co ugrała, to miała. Było słodko, niemal cukierkowo-miodzikowo i waniliowo. Czułam też bardzo słodkie, zacukrzone dżemowo-marmoladowe czerwone owoce.

Po zjedzeniu została cierpkość dymu i "polewowego" kakao, osłodzona waniliowo-cukrową ciężkością oraz stonowana starymi wiśniami i pewną tłuszczową polewowością, wyczuwalną również jako oleista warstwa na ustach.

Czekoladę odebrałam jako... zachowawczą i kiepską w smaku, a bardzo kiepską pod względem struktury. Niby nie było w niej drastycznych wad, ale smak wydawał się niespójny: gorzkość średnio przyjemna mieszała się ze słodyczą kompletnie do niej niepasującą. Wprawdzie nie była przesadzona, ale kontrast dobrze tu nie wyszedł. Miód i słodkie czerwone owoce zajeżdżały chwilami aż cukierkowo, co mi nie odpowiadało. Dołączyły do tego jakieś wytrawniejsze wypieki i neutralne rośliny, otoczył je dym i smak polewy kakaowej, już w ogóle psując wszystko. Uwielbiam dymne nuty, ale ten tu nie należał do przyjemnych.
A konsystencja to w ogóle... Twardość byłaby taka przyjemna, gdyby nie wodnistość z elementem tłustej polewowości.
Aż przypomniała mi się bardzo polewowa Eti Dare 70 %, która gdyby nie była tak miękko-polewowa, byłaby całkiem przyjemna. Cocoloco to po prostu mocny średniak. Trochę taka "czekolada zrób to sam", gdyby kosztowała ze 4-5 zł, mogłaby mieć 7.


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia