sobota, 12 września 2026

Kina Chocolates Merida 70 % Cacau Venezuela ciemna

Często to powtarzam, ale taka jest prawda: lubię poznawać nowe marki czekolad. Zwłaszcza te dobre, ale mniej znane. Wśród nich jest tak wiele perełek! Z tego powodu obecnie czekolady do degustacji zamawiam przeważnie z Club del Chocolate. Dziś przedstawianą właśnie tam zamówiłam, bo w zasadzie tylko tam widziałam tę markę z Barcelony. Założył ją pochodzący z Peru Oscar, certyfikowany degustator, który po zdobyciu wykształcenia w dziedzinie kakao i czekolady, uznał, że czas podzielić się doświadczeniem i odczuciami z innymi. Spodobało mi się motto firmy, jakoby każda ich czekolada opowiadała "fascynującą historię pasji, troski i zaangażowania w jakość". Ja zakupiłam czekoladę z Ekwadoru o chyba najbardziej standardowej jaka może być zawartości kakao. Wolałabym wyższą, ale gdy kompletowałam zamówienie, dostępne były tylko 2, w tym ta. Skusiła mnie jednak nutami obiecywanymi na stronie. Wracając do czekolady: z opisu dowiedziałam się, że kupiono ją od spółdzielni ze stanu Merida tworzonej przez 80 rolników, którzy stosując metody agroleśnictwa, uprawiając różne odmiany kakao. Kina zdecydowała się na Criollo. Choć nie podoba mi się słodzenie czekolad degustacyjnych białym cukrem, postanowiłam Kinie dać szansę - wszak Chapon i Zoto pokazały mi, że także z białym można uzyskać pyszny efekt.

Kina Chocolates Mérida 70% Cacau Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Criollo z Wenezueli, ze stanu Merida.

Po otwarciu poczułam kwiatowy zapach mieszający się ze słodyczą miodu i bananów. Kwiaty z nią stworzyły wizję konfitury z płatków róż i lżejszych, bardziej uroczych fiołków. Pomyślałam też o torcie czekoladowym z takową, nasączonym słodkim czerwonym winem (z echem octu?). Banany wsparły soczyste i zasładzające, zarazem pożółkłe, ale wciąż twardawe, winogrona zielona. Za tym wszystkim trochę powagi zaprezentowała przekopana ziemia i niedookreślony, lekko prażony motyw pestek, ziaren, w tym sezamu.

Twarda, sucha w dotyku tabliczka podczas łamania dała się poznać jako skalista. Trzaskała głośno i głucho, ujawniając ziarnisty przekrój, w którym lśniły kryształki.
W ustach rozpływała się niezbyt kremowo, w średnim tempie, zachowując zbity kształt. Najpierw lekko pyliście, potem coraz bardziej ziarniście, niemal piaszczyście, acz na szczęście bez żadnych kryształków cukru. Raz po raz za to trafiałam na niedomielone drobinki kakao. Tłustość wydała mi się w niej znikoma, a soczystość niby obecna, ale nie jakaś wyrazista. Odciągała od niej uwagę pylistość przepleciona z ziarnistością. Czekolada wydawała się pełna, ale końcowo łatwo rzednąca, niczym jakiś konkretny, gęsty likier.

W smaku pierwsza pokazała się wysoka słodycz, która mogłaby szybko osiągnąć pułap przesady, gdyby w kolejnych sekundach nie dołączył do niej motyw wilgotnie-kwiatowy, kojarzący się z właśnie podlewanym (aż nieco za bardzo) storczykiem.

Słodycz trochę pohamowała śmietankowa nuta, ale tylko na chwilę, bo zaraz zasugerowała... toffi na śmietance? Likier toffi? Umknęło mi jednak ze względu na soczystość. Motyw wilgoci kwiatów, ogólnie jakby zawilgocenia, dopingował soczystość.

Tę wprowadził średnio dojrzały, ale już słodki, a nie cierpki banan. Gdy tylko soczystość się rozgościła, w oddali odnotowałam echo kwasku... Choć nie kwasek w pełni. Pomyślałam o czerwonych owocach, ale i je zalała słodycz, serwując mi bardzo słodkie czerwone wino. Poczułam się trochę przytłoczona tą słodyczą.

Słodycz cały czas się nasilała, choć i gorzkość się pojawiła. Ta rosła jednak o wiele wolniej i słabiej. Słodycz zahaczyła o zwykłą cukrowość i gdy tylko pomyślałam, że już przesadziła, zaczęła trochę udawać miód. Czerwoną herbatkę owocową przesłodzoną miodem?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przewinęła mi się gdzieś na tyle subtelna orzechowość nerkowców. Robiła za kontrapunkt dla słodyczy, co po chwili zauważyła gorzkość i połączyła się z nią. Razem nieco wzrosły.
W wilgotnym motywie pojawiła się ziemia, która pilnowała, by kompozycja mimo dominującej słodyczy miała w sobie też szlachetną powagę.

Słodycz jeszcze chwilę szła siłą rozpędu, a cukrowo-miodowe nuty mieszając się z kwiatami zaobfitowały w konfiturę z płatków róż i fiołków. Nieco przesłodzoną, ale intensywnie kwiatową, bardzo wonną. Konfiturę... jednak z dodatkiem owoców? Przez myśl przemknął mi tort przełożony taką i porządnie nasączony słodkim czerwonym winem.

Słodycz zmieniła kierunek na jednak soczystszy. Przez sekundę poczułam najsłodsze możliwie zielone winogrona, które przechodzą w brąz, ale jeszcze zachowując twardawą strukturę. Przy nich jednak... odnotowałam... słodką gnilność?

Ależ nie! To ziemia! Zebrało się jej więcej. A jako że orzechy - maślane nerkowce? - nie odstępowały jej ani na krok, same wplatając prażony motyw, zrobiła się ciepła, rozgrzana. Orzechowość jakby tylko na to czekała - wysunęła nieco bardziej na przód prażenie. Tu jednak okazało się, że ten prażony miks orzechów zawiera też pestki, ziarna. Albo głównie pestki: dyni, słonecznika, sezam.

Po zjedzeniu został posmak wręcz trochę cukrowy, acz może nie samego cukru a skrystalizowanego miodu oraz konfitury kwiatowej z przesłodzonym czerwonym winem. Wrócił też średnio dojrzały banan i sporo ziemi i orzechów. Ziemia wydawała się łączyć rozgrzanie, prażenie z wilgocią.

Całość wyszła smacznie, ale czułam niedosyt ziemi. Trochę orzechów, sezamu, pestek próbowało stonować słodycz, ale nie dawały rady. Podlewany storczyk, konfitura różano-fiołkowa, kwiaty ogólnie, miodowo-cukrowe zapędy, przesłodzone czerwone wino i banany ze zbrązowiałymi winogronami stworzyły naprawdę bardzo słodką kompozycję. Słodycz wyszła za silna. I tu mam ogromny żal do producenta o dodany cukier. Czuję, że z trzcinowym te nuty wyszłyby charakterniej, nie tak cukrowo zasładzająco chwilami. W dodatku trochę więcej kakao mogłoby naprawdę zdziałać cuda.
W dodatku niezbyt przemówiła do mnie ta pyliście-ziarnista struktura. Wolałabym też, by wszystko rozpływało się wolniej - wtedy może słodycz rozłożyłaby się inaczej i wydawała się słabsza? Czyli biały cukier jednak przeszkadza.


ocena: 7/10
cena: € 6,50  (za 70g; około 28 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 11 września 2026

Lindt Excellence 70 % Cacao Framboise Noisettes Noir ciemna z malinami i karmelizowanymi orzechami laskowymi

Kiedy mijałam podczas zakupów z ojcem i miałam trochę czasu, gdy on szukał miejsca parkingowego, nowo otwarty sklep firmowy Lindta, z ciekawości zaszłam. Miałam się tylko rozejrzeć, bo dobrze wiedziałam, że ceny Lindta w firmowym sklepie i na ich stronie są absurdalnie wysokie, wyższe niż w większości sklepów. Bezsens. Zobaczyłam jedną potencjalnie interesującą i gdy do niej szłam, zobaczyłam dziś prezentowaną. Pomyślałam, że w górach mogłaby jakoś przejść. Ostatnimi czasy Lindt mocno mi podpadł i nie wierzyłam w kolejne nowości. Z drugiej jednak strony... Lindt czy nie Lindt... I tak w góry nie raz zabierałam wątpliwe czekolady. Ze sklepu jednak wyszłam z pustymi rękami. Cena jednak mnie zniechęciła. Podczas zakupów zagadnęłam ojca o te czekolady i powiedział, że mi je kupi. To przesadziło. To i promocja, bo jednak w regularnej cenie 30 zł... Szkoda by mi było nawet niemoich pieniędzy.
Jak zaplanowałam, wzięłam ją oczywiście w góry. Jako że wciągnęłam się w chodzenie także zimą i miałam parę wysokich tatrzańskich szczytów zimą na swoim koncie, przyszła pora na Kozi Wierch. Akurat miała być luka pogodowa z wyższą temperaturą, słońcem i znikomym wiatrem. Ruszyłam rano z Palenicy Białczańskiej do Doliny Pięciu Stawów przez szlak przy Siklawicy. Niespodzianka! Niemiła niestety. W postaci padającego śniegu. Padał coraz konkretniej, a gdy wyszłam na wypłaszczenie terenu zaczęło okrutnie wiać. Widoczność się psuła, ale szłam dalej, łudząc się, że może na podejściu będzie lepiej. Minęłam punkt Pod Kozim Wierchem i spróbowałam wchodzić, ale niestety. Nie było widać, gdzie szlak, nie było żadnej drogi. Tylko śnieg, w którym się zapadałam. Parę metrów przede mną szedł jakiś człowiek, ale tak padało i wiało, że natychmiast zawiewało ślady. A ja ledwo mogłam iść i oddychać. Z bólem zadecydowałam, że wracam. Znalazłam jednak jakieś miejsce, gdzie wiało nieco mniej, i szybko porobiłam zdjęcia czekoladzie. Myślałam, że przez wiatr zamarzną mi ręce, ale czego się nie robi dla czekolady?

Lindt Excellence 70% Cacao Framboise Noisettes Noir to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych i kawałkami malinowymi.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach cukierkowych malin z akcentem bardziej naturalnej maliny suszono-liofilizowanej. Palona, trochę kawowa czekolada znajdowała się dopiero za nimi. Gorzkość w ogóle była niska. Słodycz natomiast średnio wysoka, głównie malinowa, choć też trochę waniliowa i karmelowa. Lekko palony karmel czuć zwłaszcza wąchając spód.

Na spodzie tabliczki znalazło się sporo malutkich kawałków orzechów laskowych o kolorze, sugerującym prażenie i karmelizowanie oraz malin. Nie były po prostu naklejone, a porządnie wtopione, jakby wciśnięte w czekoladę, co się chwali.
W dotyku dodatki na spodzie tabliczki były suche, więc można by się nabrać, że to wśród nich są liofilizowane maliny, a nie cząstki malinowe.
Przy łamaniu tabliczka trzaskała średnio głośno, chrupko, a dodatki trzymały się porządnie. Dodatki zatopiono umiejętnie, bo tylko parę kawałków orzechów odpadła.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, racząc mnie gładką kremowością i wysoką tłustością. Zmieniała się w maślano tłusty krem, który opływał "lekkim" olejem, jednak  zachowując zbitość i kształt. Dodatki bardzo długo trzymały się gęstej masy.
Malinowe kawałki, w pierwszej chwili suche i wręcz twarde, też się w dużej mierze rozpuszczały, całkiem nieźle udając naturalne maliny liofilizowane. Trzeszczały i zmieniały się w sok. Od orzechów rozchodziła się wodnistość - to karmelowa otoczka się rozpuszczała.
Czekolada w tym czasie cały czas się grzecznie rozpływała. W końcu uwalniała kawałki malinowe i orzechy. Gdy na próbę pogryzłam je obok czekolady, wcześniej nie wyszło to najlepiej, bo czekolada szła w ulepkowatą stronę. Maliny były ok, chrupkawe i zmieniające się w proszek, z drobną soczystością, zaś orzechy... dziwne. Krucho-chrupiące w sposób cukrowy. Jakby utwardzone cukrem? I mało orzechowe. Orzechowa chrupkość schodziła na daleki plan. Zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec.
Orzechy ogólnie, mimo początkowej twardości, były delikatne. Nawet na koniec na części zostawało trochę karmelowej warstwy, dodającej dziwnego motywu jakby zawilgocenia na twardo i krucho. Pod tym laskowe okazały się raczej miękkie. Pochrupywało to trochę, ale przynajmniej było bardziej orzechowe.
Malinowe kawałki, końcowo zmalały i były trochę soczyste, ale też w porywach trzeszczące, a do tego sporo w nich pestek malin. Całkiem nieźle im szło udawanie malin liofilizowanych.

W smaku palony wątek rozbrzmiał jako pierwszy, choć niemal w tej samej chwili odezwała się też cukierkowa malina. Dopiero rozkręcała słodycz, a i tak prędko stopowała gorzkość.

Oczywiście gdy kawałek legł dodatkami na języku, te szybciej się odzywały, ale ogólnie nie jakoś szczególnie mocno... A przynajmniej nie jawnie od nich.

Palony wątek był gorzki, ale delikatnie (od razu przypomniała mi się Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa). Zerkał tęsknie ku kawie, ale ta zaczęła się wycofywać. Jej miejsce prawie zupełnie przejęła maślaność.

Gorzkość jakby wystraszyła się nasilającego się smaku malin. Ten był w dużej mierze cukierkowy, choć przy ogólnym wzroście i naturalniejsze maliny się do niego dokładały. Coraz odważniej. Ogólnie maliny - z lekką dominacją cukierkowo słodkich - zdominowały kompozycję. Nawet w kęsach bez malin. Acz oczywiście słabiej. Wtedy też wyraźnie czułam wanilię.
W kęsach z orzechami, a bez malin, wanilię dodatkowo wspierał leciutko karmelowy akcent.

Słodycz rosła wraz z malinowością, ale z czasem zdradzała się też niemalinowa. Przewijała się tam waniliowa nutka, ale chwilami to cukrowość trochę nadto dawała mi się we znaki. Pokazywała się zwłaszcza w kęsach z orzechami. Przy nich czuć bowiem naprawdę ostrożnie palony, bardziej "cukrowawy" karmel.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, maliny prezentowały się średnio wyraźnie. Trochę nijakie kawałki jakby tonęły w cukierkowości. Malinowe pestki jako takie wyraźnie za to czuć. Orzechy laskowe smakowały trochę palono cukrowo, orzechowo w stopniu znikomym. To, że to orzechy laskowe uciekało. W dodatku w zestawieniu z kawałkami malinowymi, czasem też przybierały dziwnie landrynkowy wydźwięk.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się jakby "smakowa tłustość", która dołączyła do maślaności. Rosła, jeszcze bardziej osłabiając gorzkość, pobrzmiewającą już tylko w tle. Chociaż... jakby było w niej coś orzechowego? Jak np. zbyt oleisty krem z orzechów makadamia smakowy malinowy?

Jednocześnie w malinach obudziła się kwaśność malin liofilizowanych. Przebiła wszystko inne, osłabiając i słodycz, i zwalczając cukierkowo-landrynkowy klimat. Mimo wszystko słodycz nie odpuszczała, ale z tymi naturalniejszymi malinami jakby trochę... Robiła aluzje do likieru / nalewki malinowej? Czasem, gdy kawałki malinowe już znacząco się rozpuszczały, odnotowywałam w tym jakby trochę sztucznie podkręconą, tanią konfiturę.

Za to nawet gdy cukro-karmel z orzechów się rozpuścił, te prawie się nie odzywały.

Z czasem, dosłownie pod sam koniec, baza zdobyła się jeszcze na trochę cierpkości... palonej kawy? Jakby tak kwasek ją podkręcił?

Gdy gryzłam dodatki na koniec, kiedy się mieszały, zlewały się ze sobą. Nie przeszkadzało to, bo to, co zostało z malin to znikome, kwaskawe zbitki proszku szybko zmieniającego się w sok i pestki niezbyt atrakcyjne smakowo. Orzechów laskowych wciąż trzymał się motyw palonego cukru, ale wreszcie czuć też sam smak orzechów laskowych. Bardzo słaby, chwilami przesadnie prażony, ale jednak. Czasem, gdy ostało się trochę karmelu, potrafił zrobić drobną aluzję do karmelowej kawy.

Po zjedzeniu został kwaśno malinowy posmak oraz delikatniejsza, ale jednak obecna malinowa sztuczność. Maślano-oleista, znikomo gorzka czekolada stała za nimi. W niektórych kęsach wraz z palonymi, palono cukrowymi orzechami. Acz niekoniecznie laskowymi.

Nie spodziewałam się niczego porywającego po tej tabliczce, więc się nie rozczarowałam, ale myślę, że można ją jak najbardziej rozczarowującą nazwać. Baza nie przypominała dobrej Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa, a tłusto-mdławą Lindt Excellence Mild Dark 70 % Cocoa. Tak więc słodka, choć przynajmniej nie przesłodzona, ale też mało gorzka, a tłusta czekolada bez charakteru uległa dodatkowi malin. Maliny w postaci rozpuszczających się kawałków, które nieźle udawały liofilizowane kawałki, niestety smak miały głównie cukierkowy, dopiero potem naturalnie kwaśny. Nie była to co prawda powalająca sztuczność, ale też niezachwycająca. Malinowy motyw przeniknął też do czekoladowej bazy i bardzo się rządził. Orzechy laskowe dodane tu to jakaś cukrowa porażka, w której orzechów trzeba się doszukiwać. Ogół był do zjedzenia od niechcenia, zwłaszcza w górach jakoś szło, ale to można było zrobić o wiele lepiej.

Lindt Excellence Raspberry Intense Dark oceniłam lepiej i choć była o wiele słodsza, a co za tym idzie przesłodzona, mało gorzka, to jednak wydaje się bardziej przemyślana i myślę, że jak najbardziej do polecenia osobom, lubiącym "deserówki". Dzisiaj prezentowana aspiruje do czegoś premium, a efekt jest mocno średni. Gdyby kosztowała te jakieś 10 zł, jak inne czekolady, to miałaby 6, ale nie przy takiej cenie.


ocena: 5/10
kupiłam: firmowy sklep Lindt
cena: 25,33 zł (w promocji)
kaloryczność: 604 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, orzechy laskowe karmelizowane 3% (orzechy laskowe 70%, cukier), kawałki malinowe 1,5% (syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, maliny 27%), aromat, wanilia

środa, 9 września 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili ciemna z Tanzanii

Gdy dopiero poznawałam czekolady Sopockiej Manfaktury (Somato), uznałam, że to dobre czekolady, ale nie rozkochały mnie w sobie chyba przez biały cukier, który wprowadzał nuty, które mi nie leżały. Kiedy jednak weszły nowości - jak myślałam, z cukrem trzcinowym - zamówiłam. O tym fakcie jednak za wiele nie myślałam. Przyćmiła go radość z zawartości kakao. Może to i lepiej, bo po degustacji okazało się, że jednak wciąż stosują biały, a na stronie sformułowanie "cukier trzcinowy" wkradło się na skutek błędu. Pomyślałam jednak, że może nie będzie źle. Czułam bowiem, że ich styl pasuje do właśnie zawartości 85%. Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms pokazała mi, że marka zmierza w bardzo dobrym kierunku i niedługo po niej sięgnęłam po kolejną zakupioną. Tą, której opis był wręcz poetycki: "ciemna, ale nie onieśmielająca. Codzienna – ale wyjątkowa. To czekolada, która mówi językiem wytrawności, ale nie zamyka się na przyjemność". Zaintrygowali mnie! Acz, jeśli mam być szczera, wystarczyło już samo pochodzenie kakao: kusząca Tanzania, a dokładniej dolina Kilombero, gdzie działa społeczne przedsiębiorstwo Kakao Kamili. Efekty od nich zawsze wychodzą dobre. Inicjatywa ta zapewnia wysoką jakość fermentacji i suszenia w jednym centralnym punkcie, gwarantując spójność i czystość smaku, a także Promuje transparentność w łańcuchu dostaw i rozwój lokalnych społeczności poprzez zrównoważone praktyki uprawy. Kakao Kamili współpracuje z drobnymi rolnikami, którym zapewnia uczciwe ceny oraz wsparcie techniczne i organizacyjne.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario z Tanzanii, z doliny Kilombero.

Po otwarciu poczułam soczyście słodki zapach suszonych fig i śliwek suszonych, łączących w sobie słodycz z kwaśnością. Acz kwasek stanął w nich na drugim planie. Odnotowałam jeszcze morele i wydaje mi się, że w całości, soczystości, ale też dymie kryły się wiśnie. A przy nich motyw kandyzowania? Ogół, oprócz znaczącego motywu owoców, uraczył mnie jeszcze dziwnym, słodko-poważnym wątkiem nalewki jakby z owoców suszonych i miodu pitnego, może... miodowego piwa? Ogólną słodycz przełamała gorzkość jakby dymu znad ziołowych kadzideł. Te umocniły przyprawy: wręcz goryczkowaty cynamon i rześko-ostra lukrecja. Za przyprawami i dymem odnotowałam też niedookreśloną wytrawność, jakby nieco podwędzaną? I chyba trochę orzechów włoskich.

Średnio twarda podczas łamania tabliczka trzaskała bardzo głośno, trochę chrupko, zapowiadając, że jest gęsta. Dotyk i wygląd zaś świadczyły o kremowości.
W ustach masywna czekolada rozpływała się... najpierw wolno, a pod koniec mocno przyspieszając. Kremowość okazała się średnia. Mieszała się z nieco pylistym wrażeniem oraz soczystością. Tłustość, choć czuć lekką oleistość, stała na niskim poziomie. To, jak czekolada stawała się niby zawiesinowym, ale trzymającym kształt kawałkiem i szorstkość odciągały od niej uwagę.

W smaku najpierw rozeszła się łagodna maślaność, do której dołączyła słodycz.

Słodycz oddawała suszone figi. Ze słodyczą podkręconą miodem? Suszone owoce, jak się zaraz okazało nie tylko figi, odciągnęły uwagę od maślaności i zajęły pierwszy plan. Zaznaczył się w nich kwasek, za sprawą którego weszły suszone śliwki. Mieszanka kwaśnych z pestką z dodatkiem maziście-lepkich, bardziej słodkich kalifornijskich (albo tego typu). Odnotowałam jeszcze kwaskawe, soczyste morele suszone - chyba kwaśniejsza odmiana czerwona. O tak, wszystkie te owoce, mimo że suszone, były bardzo soczyste.

Miód zniknął i znów trochę wypłynął, ale z pewną dosadnością - musiał to być więc miód pitny o lekkim, alkoholowym zacięciu. W pewnej chwili w słodkiej toni zaznaczył mi się jeszcze karmel, palony, a maślany, ale zniknął w soczystości owoców i.... dymie. Acz jeszcze przez chwilę jakby pobrzmiewało wspomnienie czegoś "nabiałowego", ale już nie karmel, a... maślany twaróg? Wędzony?

Gorzkość wkroczyła właśnie jako dym, unoszący się znad ziołowych kadzideł. W ziołowej strefie czułam przede wszystkim słodko-cierpkawą lawendę, ale też inne takie bardziej "kwiatowe zioła".

Dym, podpływając do owoców, zaczął sugerować też coś podwędzanego kwaśno-soczystego, ale nie mogłam tego uchwycić. Wędzone śliwki? Niezupełnie, ale coś w tych klimatach?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość nieco zmieniła wydźwięk, bo doszły do niej orzechy włoskie.

Raz i drugi przemknęły mi wiśnie. Przez sekundę wydawało się, że zmienią owocowy motyw na bardziej świeżo-soczysty, ale to one przegrały. Słodycz fig, śliwek i moreli dopadła i je, przerabiając wiśnie świeże i cierpkie na kandyzowane. Słodycz przystała na trochę kwasku, ale właśnie podporządkowanego jej. Suszone śliwki przybrały na kwasku, zmieniając się w polskie; takie, co to trzeba je długo ssysać z pestki. Wydaje mi się, że kwasek czasem zerkał ku cytrynie, ale bardzo delikatnej.

Ziołowy motyw, już trochę zruszony orzechami włoskimi, zaczął przechodzić w przyprawy. Cynamon i lukrecja wprowadziły trochę pikanterii. Lukrecja zaczęła przemieniać soczystość bardziej w po prostu ostrawą rześkość.

Znów pomyślałam o bardziej kwiatowych ziołach i w końcu kwiatach... Kwiatach suszonych? Nie, jednak i żywszych... Słodycz z suszono owocowej zrobiła się bardziej rześka...

A to wykorzystały wiśnie, pokazując się ze świeżo-cierpkiej strony. Wsparły je suszone, ale już kwaśne śliwki. Może też śliwki świeższe, drobne? Cytryna też miała w tym swój udział.

Po zjedzeniu został posmak cierpkich, raczej świeżych wiśni oraz suszonych kwaśnych śliwek i drobnych śliwek świeżych. Ich cierpkość podkreślała lawenda i inne zioła. Cynamon połączył cierpkość i goryczkę ze słodyczą miodu pitnego z dodatkiem karmelu. Czułam też lekką dymną gorzkość i wyciszającą kompozycję maślaność.

Czekolada bardzo mi smakowała. Bardzo kwaśna, ale w sposób pożądany, a nie kwachowaty, no... i nie tylko kwaśna. Suszone owoce, a więc suszone figi, śliwki i morele przebyły długą drogą, najpierw dominując jako elementy słodzące, potem wchodząc w sojusz ze wiśniami. Choć te zahaczały o kandyzowanie, sprawiły, że końcówka była śliwkowo-wiśniowo kwaśna. Motyw miodu, miodu pitnego, odrobinki karmelu i kwiatów świetnie poprowadził resztę słodyczy. Podobało mi się to, jak dużo ziół, lawendy się tu znalazło. Świetnie pasowały do dymu i przypraw: cynamonu, lukrecji. Trochę orzechów włoskich i jakby podwędzenie sprawiły, że całość odebrałam jako nieprzewidywalną, z małymi niespodziankami, ale nie kontrastową.
Po zjedzeniu jednak zaczęłam się zastanawiać: z jednej strony czekolada mogłaby być słodzona cukrem trzcinowym, co by sugerowała nutka karmelu, ale... odnotowałam też ten motyw kandyzowany, który przypisałabym do białego. Aż napisałam do Somato i, jak się okazało, nadal stosują cukier biały. Muszę więc przyznać, że przy 85% kakao całkiem nieźle go ograli, że nie był taki jawny.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale w sumie mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 8 września 2026

krem GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą

Do dziś przedstawianego kremu miałam bardzo mieszane uczucia. Jak zwykle: podobało mi się połączenie kokosa i migdałów, bo obiecywało efekt pyszny i... naturalnie słodki. Stąd nie rozumiem i nigdy nie pojmę, dlaczego różne marki go zawsze uparcie dosładzają czy to cukrem, czy białą czekoladą. To już zawsze grozi przesłodzeniem. I sprawia, że do takich wariantów jestem sceptyczna. Dziś opisywanego, mimo że wiem, że marka Gym Beam potrafi zrobić przepyszne pasty i dlatego weszłam z nią we współpracę, sama bym nie kupiła. Za duże ryzyko przesłodzenia. Skoro jednak pojawiła się okazja otrzymania kremu, postanowiłam dać szansę. A może miało to być przesłodzenie w dobrym stylu?

GymBeam Almond Butter + Coconut + White Chocolate  / Masło migdałowe z kokosem i białą czekoladą to krem z surowych blanszowanych migdałów i kokosa z białą czekoladą.

Po otwarciu poczułam zapach przede wszystkim kokosa, dokładniej wiórków kokosowych o naturalnej słodyczy. Był to zapach łagodny i zaskakująco naturalny. Trochę kojarzył się z Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, ale w wersji biało migdałowej (nie nerkowcowej). Nie wydawało się, by kokos był tu jakoś szczególnie mocno dosłodzony, a tylko troszeczkę. Białą czekoladę na tym etapie jako element dodany trudno rozpoznać, acz czuć, że krem dosłodzono (nie jednak bardzo). Można by się nabrać, że to słodki kokos ze wsparciem delikatnych płatków migdałowych ją tak tylko sugerują.

Na wierzchu olej prawie się nie wydzielił, a krem wyglądał na zastygły jak polewa z czekolady i twardy, a tylko pokryty znikomą warstwą oleju. Tak cienką, że nie było, co zlewać, ale dodającą temu... wilgotny połysk? Wystarczyło jednak tylko tknąć łyżeczką, by okazał się wilgotny i wręcz luźny.
Podczas mieszania krem nie wykazywał najmniejszego oporu. Okazał się średnio gęsty, jakby złożony z grudkowej masy z przewagą kokosa oraz oleju. Ciągnął się i już na tym etapie dał się poznać jako niegładki i potencjalnie nawet niekoniecznie kremowy. Wydawał się oleiście tłusty.
Widać w nim pojedyncze ciemne kropeczki, a także mnóstwo przemielonych wiórków.
Gdy jadłam, krem od razu wydał mi się luźny. Chwilowo zalepiał usta i jakby szybko gęstniał, aż nieco przytykał, po czym nagle łatwo się rozpływał, rzednąc i zapominając o zalepianiu czy gęstości. Przypominał wtedy trochę nadto rozrzedzony kokosowy marcepan z motywem proszkowym, który to efekt z czasem krył się wśród wiórków. Krem był rzadkawy, ale w specyficzny sposób, i oleiście tłusty. Zmieniał się w zawiesinę z jakby nieco rozwodnionego oleju i średnio przemielonych, siekanych kawałków i wiórków kokosa z dodatkiem mąki migdałowej. Migdały tu jakby nie chciały za bardzo stworzyć integralnej masy z kokosem, który dużo miał w sobie z miazgi i oleju kokosowego. Mimo to krem nie był po prostu lejąco-rzadki. Półpłynny i nawet dość zwarty, ale właśnie... rzednący. Czekoladowa kremowość wydała się mi w nim marginalna.
A gdy krem zniknął dość rzadko, w ustach zostawał posiekany, wiórkowy kokos i pojedyncze kawałeczki migdałów. Zarówno cała masa gryziona trzeszczała i skrzypiała, jak gryzione na koniec drobinki i kawałki trzeszczały i skrzypiały. Trochę jednak inaczej. Masa wydawała się trzeszcząca w pylistym kontekście, a pozostałości na koniec trzeszczały i skrzypiały głównie za sprawą wiórków kokosowych, ale z marcepanowym echem.
To, co zostało można było gryźć i gryźć. Dominował siekany kokos, wiórki o chrupko-soczystej strukturze, który wyszedł masywnie. Pojedyncze kawałki migdałów były małe, ale i one wpisały się w to poczucie konkretu, mimo że twarde nie były.
Krem pozostawiał po sobie wrażenie otłuszczonych ust.

W smaku pierwsza na przód wyskoczyła słodycz. Silna, bo złożona z intensywnej, naturalnej słodyczy kokosa oraz nieco cukrowa. Ta druga pomknęła do gardła, acz nagle jakby straciła zapał.

Kokos dał się poznać jako wiórki kokosowe o naturalnej, imperatywnej słodyczy. Bez trudu zajęły pierwszy plan, przybierając tam na kremowości. Łatwo o myśl o naturalnym, choć słodkim kremie kokosowym i wafelku kokosowym, konkretniej o wyidealizowanej Princessie. Cukrowość podporządkowała się kokosowi i choć ogólnie było bardzo słodko, wydawało się, iż wycofała się w pośpiechu.

Do kokosa po paru chwilach dołączyły delikatne migdały, najpierw podczepiając się pod motyw wafelka, a potem podmieniając go. Przewinęła się myśl o Raffello, ale długo się nie utrzymała. Na myśl przyszły mi płatki migdałowe, migdały blanszowane. One też dołożyły się do słodyczy, ale już jej nie wzmacniając, a przekierowując na jeszcze bardziej naturalny tor.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach wiórkowy kokos i płatki migdałów zrównały się. Migdały, delikatne w wydźwięku, ale nie w smaku, na tym nie zatrzymały się i po paru chwilach to one wyszły na przód. Niczym szlachetny krem z naturalnie słodkich migdałów, krem leciuteńko... domowo marcepanowy? Mąka migdałowa?

Do tych nut dochodziła też słodycz, już ta dodana. I tak pomyślałam o batonie z blanszowanych migdałów zmielonych na mąkę w białej, czekoladzie; jakimś zdrowszym cieście bez pieczenia z migdałów i kokosa też właśnie dosłodzonych białą czekoladą. Jawnie cukrową, maślaną, ale nie zasładzającą zbyt okrutnie na smak.

Jedynie w gardle biała czekolada z poczuciem drapania się za bardzo zaznaczała. W kompozycji smakowej była podległa migdałom i kokosowi. Z których to na końcówce, wraz z tym jak wiórki zaczęły przeważać nad resztą masy, wiórkowy kokos znów dominował.

Gryzione na koniec kawałki okazały się głównie kokosem. Smakowały właśnie słodkimi w naturalny sposób wiórkami. Były intensywne, pełne smaku, toteż bez trudu tonowały smakową słodycz białej czekolady. Czasem wśród nich zaplątał się subtelny akcent migdałów bez skórek.

Po zjedzeniu został posmak wiórków kokosowych i płatków migdałowych, złączonych naturalną słodyczą i swoistą łagodnością. Trochę cukrowa słodycz stanęła za nimi, ale jakby lękała się bardziej narzucać i udanie trzymała tyłów i tylko w gardle pozwoliła sobie lekko się zaznaczyć jako drapanie.

Całość wyszła smacznie, aż się zdziwiłam. Podobało mi się to, jak schowała się słodycz "dodana". Biała czekolada przez większość czasu była bardzo nieoczywista. Można by się nabrać, że całość była słodka tylko za sprawą naturalnego smaku wiórkowego kokosa i blanszowanych migdałów, a dokładniej płatków migdałowych. Myślę, że wystarczyłyby - gdyby nie dodano białej czekolady albo dodano jej mniej, nie drapała by w gardle. A ten efekt akurat oczywiście mi się nie podobał. Zdecydowanie mogłoby więc być odrobinkę mniej słodko, ale obiektywnie krem na pewno do przesłodzonych nie należał.
Łatwo rzednąca, zawiesinowa i tłusta konsystencja mnie nie chwyciła, ale tragedii nie było. Wolałabym coś bardziej kremowego, jednak przy tej oleistej tłustości dobrze, że było tak wiele wiórków i drobinek, wymuszających ciągłe gryzienie.

Raz porcję z przyjemnością zjadłam po prostu łyżeczką (czyli jak zawsze), ale nie był to wymarzony deser, bo jednak ta konsystencja jakoś tak... niezbyt nadawała się do takiego jedzenia. Raz, drugi, ok, ale nie więcej. Stąd zaczęłam kombinować i oczywistym wyborem wydało mi się dodanie kremu do twarożku z migdałami: większością blanszowanych (bo założyłam, że będą pasować wydźwiękiem) oraz dodatkiem tych w skórkach. W takim wydaniu wady konsystencji się ukryły i krem dobrze pasował. Smakowo... był mniej słodki, ale nadal wyczuwalnie "dosłodzony" (to stwierdzenie, nie zarzut). Z migdałami blanszowanymi po prostu jako tako współgrał, natomiast z migdałami w skórkach zagrał bardzo dobrze, bo to połączenie umacniało skojarzenie z Raffello. Za to sama twarożkowa baza podkreślała w kremie mleczność, więc sprawiał wrażenie bardziej słodko-mlecznego niż białoczekoladowego. Udany słodki posiłek, ale też nie chwycił mnie tak bardzo, bym chciała do niego wracać.

Konsystencja przeważyła o tym, że wystawiłam mu niższą ocenę niż Grizly Krem migdałowy z białą czekoladą i kokosem. I w podlinkowanym bardziej odpowiadał mi charakter migdałów w skórkach, acz trudno te kremy porównywać, bo tamten był po prostu o wiele bardziej migdałowy, kokos robił tylko za dodatek. Dzisiaj przedstawiany to duet migdałów - w dodatku blanszowanych - i kokosa.
Na pewno w każdym aspekcie wyszedł lepiej niż przesłodzony i zbyt lejący Vilgain Sweet Nuts Coconut Almond czy tragicznie kryształkowo cukrowy Sticky Blenders Kokos.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 27,90 zł za 340g
kaloryczność: 657 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały łuskane 40%, kokos 40%, biała czekolada 20% (cukier, masło kakaowe, mleko w proszku, lecytyna sojowa E322)

niedziela, 6 września 2026

Aroko Chocolate 74 % Dark Ocumare Aragua, Venezuela ciemna z Wenezueli

Nazwa Aroko coś mi mówiła i wydawało mi się, że nawet jadłam jakąś ich czekoladę. Zaczęłam szukać na blogu i... Pomyliłam ją z Ara Chocolat. Jak?! Włoska marka Aroko ceni przede wszystkim wenezuelskie ziarna i poprzez czekolady chce oddać esencję tego kraju. Założyli ją Dubraska i Johonny, para z Wenezueli, która przeprowadziła się do Włoch około dekady temu. Łącząc swoje dziedzictwo z włoskim rzemiosłem, prażą, mielą i uszlachetniają każdą partię, aby wydobyć unikalny smak tkwiący w kakao. Aroko ściśle współpracuje z wenezuelskimi rolnikami, pozyskując mikropartie z pełną identyfikowalnością i zapewniając uczciwe wynagrodzenie za ich pracę.
Dziś przedstawianą czekoladę stworzono z kakao z plantacji Hacienda las Bromelias, na której uprawiane są odmiany kakao Ocumare 60, 61 i 67. Należy ona do rodziny Fischerów, którzy te genetyczne skarby hodują w ustronnym miejscu w małej wiosce Cumboto, zachowując wyjątkowy profil aromatyczny. Kakao Ocumare zasłużyło sobie na to! Jest bardzo cenione przez fachowców. 

Aroko Chocolate 74% Dark Ocumare Aragua, Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao Ocumare 60, 61 i 67 z Wenezueli, ze stanu Aragua, z wioski Cumboto.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny, wytrawny zapach goryczkowatych ziół, niemal węgla, wędzonej papryczki chili oraz cytrusów. Wytrawne zioła przechodziły w za mocną, wręcz cierpką zieloną herbatę liściastą. Wędzenie i paloność do owoców też dołożyło motyw wędzenia i w głowie pojawiły mi się wędzone wiśnie. Choć cytrusowy wątek zdawał się bardzo złożony, namieszany, na pewno wyczułam tam wybijające się grejpfruty. Obok tego wszystkiego stanęła nuta nabiału ("diary" chciałoby się rzec), składająca się ze śmietany i masła. Bez wątpienia czuć jednak też słodycz. Podkreśloną kontrastem i jakby trochę niedopasowaną. Do głowy przyszło mi masło z miodem i nieśmiałe, trzymające się tyłów, kwiaty.

Mała, ale bardzo twarda ze względu na grubość tabliczka była tłusta w dotyku. Podczas łamania trzaskała głośno, wydając się bardzo pełną.
Czekolada najpierw powoli zaczynała się rozpuszczać, dając się poznać jako kremowo tłusta i istotnie bardzo gęsta. Trzymała kształt, lecz nagle zaczynała rozpuszczać się coraz szybciej w mocno wodniście-soczysty sposób, ujawniając ziarnistość. Wciąż była do pewnego stopnia kremowa, jakby wewnętrznie gęsto-zbita, ale zarazem łatwo rzednąca i znikająca na wodę.

W smaku przywitał mnie zaskakująco łagodny, maślano-śmietanowy splot. Był mocno nabiałowy, naturalny i dość tłusty. Po chwili masło zaczęło wybijać się na prowadzenie.

Pojawiła się też słodycz i kwaśny akcent czerwonych owoców. Słodycz błyskawicznie zmieszała się z masłem, serwując mi właśnie jakieś słodkie miodowe masło, może nawet lekko korzenne? Słodycz rosła i wyprzedziła maślaność, odchodzącą na tyły. Jasny, ale cierpkawo-charakterny miód przedstawił się jako on sam. Po chwili trochę scukrzony?

Za dość wysoką słodyczą rozwijała się kwaśność świeżych, niezbyt dojrzałych, cierpkich wiśni.

Do skrystalizowanego miodu dołączyła paloność, która trochę przyćmiła miodowy charakter. Słodycz zrobiła się bardziej karmelowa, a wraz z tym, jak przenikała do niej paloność, wydawała się bardziej stonowana. Zajęła średni poziom i się go raczej trzymała. Tylko co jakiś czas nieco bardziej się wychylając.

Wraz ze wzrostem słodyczy pojawiła się i także nasilała gorzkość. Przechwyciła cierpkość, jaka zaznaczyła się w miodzie, i podała ją na swój sposób. Do głowy przyszedł mi węgiel, mocno związany z palonością, a po chwili nieco za mocna zielona herbata liściasta. Zaraz dodano jednak do niej trochę osładzającego, tonującego cierpkość miodu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa silną, cierpką zieloną herbatę urozmaiciły rozmaite, cierpkawo-wytrawne zioła, w tym szałwia. To za ich sprawą rosła gorzkość. Gdy zrobiła się silna, zaprosiła kwaśność owoców. Wydobyła cytrusy, a ja poczułam się, jakbym piła ziołowy napar - bazujący na szałwii - z miodem, cukrem trzcinowym i cytryną.

Palony klimat mocno związany z węglem z czasem natrafił na masło i nabiałowe nuty, które przypomniały o sobie. Zaczęły trochę tonować gorzkość.

Wykorzystały to coraz mniej kwaśne, ale na pewno kwaskawe, owoce. Wiśnie zrobiły się... wędzone? I ciężkawe? Zmieszały się z wędzoną, słodką papryką i chyba jakimś palonym chili. Wyobraziłam sobie papryczki opalane i wpisane w jakiś sos wiśniowo-wytrawny, pikantny, ale też słodki, lepki od słodyczy. Trudne do było do uchwycenia, aż nagle przybyło więcej cytrusów. Niekoniecznie jednak bardzo kwaśnych. Cytrynie towarzyszył grejpfrut, który szybko stanął na czele owoców, łącząc w słodkie goryczkę, kwaśność i słodycz. Ogólnie, mimo że osłabła, kwaśność poszła w bardzo soczystym kierunku.

Słodycz wydała mi się w tym momencie z jednej strony ostrożna, z drugiej silna, bo podkreślona kontrastem i jakby niedopasowana... Pomyślałam o karmelizowanych cierpko-goryczkowatych ziołach. Suszonych i karmelizowanym, a wiec trochę jakby "ocukrzonym" rozmarynie i tymianku. Przemknął mi przy nich chyba akcent kwiatów... suszonych? I słodsza, ciepła korzenność cynamonu.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych cytryn i wiśni, z echem grejpfruta oraz cierpkiego splotu zielonej herbaty i wytrawnych ziół. Czułam też węgiel i gorzkość, ale i znaczący, nabiałowy, maślany, łagodzący motyw. Słodycz wydawała się trochę cukrowa, kontrastowa, ale i podkreślająca ciężką wytrawność.

Czekolada była bardzo ciekawa, dynamiczna i po prostu smaczna. Szkoda tylko, że dość tłusta i potem tak przyspieszająca z rozpuszczaniem się na wodę. Przez to w smaku miałam wrażenie, że wszystko dzieje się na raz i trudno delektować się poszczególnymi wątkami. A było czym! Mimo że chwilami słodycz dziwnie dawała się we znaki nie przez wysokość, bo była średnia, a przez niedopasowanie. Całość bowiem wyszła dość wytrawnie i teoretycznie kwaśno z wydźwięku owocowo. Nabiałowe nuty i sporo gorzkości palono-węglowej, ziołowej, zielonej herbaty, podkreślanej ziołami w tym szałwią, ziołami-przyprawami ciekawie przeplatały się z kwaśnymi wiśniami, wiśniami wędzonymi i cytryną z grejpfrutem. Herbata zielono-szałwiowa z cytryną, sos wiśniowo-paprykowy wędzony intrygowały. Teoretycznie kwaśne motywy nie wyszły tu jednoznacznie kwaśno. Nic w tej czekoladzie nie było jednoznaczne! Słodycz cierpkiego miodu i karmelizowania jak najbardziej starały się wpisać w konwencję, ale chwilami im nie szło, a jednak nie wyszły źle, a też na swój sposób ciekawie. Czuję, że gdyby tak wszystko rozpływało się i pokazywało wolniej - gdyby miała inną konsystencję - mogłaby mieć 9 albo i 10.

A. Morin Venezuela Ocumare noir 70 % smakowała zupełnie inaczej: ciasteczkowo, Duffy's Venezuela Ocumare 72 % też, bo słodko owocowo, Amano Ocumare Village Venezuela 70 % Dark Chocolate słodko od owoców i przypraw. Dziś prezentowaną trudno do jakiejkolwiek skojarzyć.


ocena: 8/10
cena: £8.95 (za 50g; około 44 zł)
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 5 września 2026

Vanini fondente 62 % con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62 % with amaretto taste biscuit ciemna z ciastkami amaretto

Po kilku czekoladach Vanini, które jadłam ostatnimi czasy, chciałam skończyć już z tą marką mimo że ten wariant wydawał się bardziej obiecujący niż okrutnie przerysowane cytrusowe. Stąd decyzja, by właśnie dziś przedstawianą tabliczkę zabrać ze sobą w góry tym razem. W sklepie, jeszcze zanim poznałam tamte, ten wydał mi się bardzo kuszący. Chyba z sentymentu. Pierwsza wersja deseru Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces rozkochała mnie w sobie i była jednym z pierwszych produktów na blogu. Po tym migdałowe ciastka amaretti i likier amaretto wydawały mi się czymś bardzo smakowitym. Pamiętam, jak podekscytowałam się zdobyciem Lindt Creation Amarettini, chyba jedyną tabliczką z tym dodatkiem, jaką jadłam. Ach, kiedy to było! Teraz już słabość do tego smaku mi przeszła, ale po latach jako wariant nadal wydaje się ciekawy. Pewnie dlatego, że rzadko pojawia się w czekoladach.
Zabrałam tę czekoladę na krótką trasę na Jaworzynę Kamienicką od razu jak w lutym odpuściły najgorsze mrozy. Ruszyłam z Łopusznej, Zarębka Niżnego zielonym szlakiem przez Polanę Wysznią i Kiczorę. Zdjęcia porobiłam na samej Polanie Jaworzyna Kamienicka. Chciałam podejść jeszcze kawałek do punktu, z którego jest ponoć widok na zbocza Kudłonia (?), ale czas trochę naglił, więc zaraz po sesji zdjęciowej zabrałam się za schodzenie (tylko razem szlakiem czarnym, równoległym do zielonego).

Vanini fondente 62% con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62% with amaretto taste biscuit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru, z prowincji Bagua z kawałkami ciastek amaretto.

Po otwarciu rozszedł się zapach olejku migdałowego z echem bezalkoholowego amaretto i czekolady o mocno palonym, ale łagodnie gorzkim, w zasadzie jedynie gorzkawym charakterze z delikatnym wątkiem czerwonych owoców. Jej dość wysoka - ale nie przesadzona - słodycz kojarzyła mi się z.... marcepanowym budyniem? I miała w sobie coś z waniliowej lukro-polewy (na marcepanie?).
Co ciekawe, gdy otworzyłam ją w górach, a więc w chłodzie, sama olejkowość migdałowo-amaretto-marcepanowy była nieco mniej istotna względem innych nut niż gdy weryfikowałam odczucia w domu, w temp. pokojowej.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowa, ale bez wątpienia twarda. Podczas łamania słychać było przeciętnie głośne trzaski, jako że i twardość stała na średnim poziomie. Choć wyglądało na to, że ciastek dodano średnią ilość, w trakcie jedzenia okazało się, że było ich sporo. Łamały się wraz z czekoladą, a w przekroju wyglądały na pustawe. Dało się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się maziście w tempie średnim. Okazała się średnio tłusta i dość kremowa, od czego jednak z czasem odciągały uwagę małe kawałki ciastek. Sprawiały wrażenie suchych, ale choć po większej ilości drapały, to nie kaleczyły podniebienia. Były twarde i trochę nasiąkały. W dziwny jednak sposób. Niby wilgotniały, ale nie wydawały się wilgotne, a już na pewno nie miękkie. Częściowo malały, i rozchodziły się na coraz drobniejsze kawałki w nieco ziarnisty sposób. Ogółem, choć konkretne, nie były zwarte, a pustawe w środku.
Gdy gryzłam je wcześniej, obok czekolady, były nieznacznie konkretniejsze od tych gryzionych na koniec. Różnic trzeba było się doszukiwać. To czekolada wychodziła gorzej, bardziej ulepkowo, w zestawieniu z nimi.
Pod koniec czekolada robiła się coraz bardziej wodnista, mimo podtrzymania mazistości, i znikała łatwo, zostawiając dodatek.
Ciastka gryzione na koniec wciąż były dość twarde, raczej suche i chrupiąco-rzężące. Rozpadały się pod naciskiem zębów w mączny pyłek. Kojarzyły się trochę z chrupkami zbożowymi, nie takimi typowymi ciastkowymi ciastkami.

W smaku zawsze od razu czuć słodycz o średniej mocy, o nieco mgliście waniliowym charakterze. Po chwili dołączał do niej akcent ciężko-soczysty i echo olejku migdałowego.
Czasem, gdy zahaczyłam zębem o dodatek, od razu zaznaczało się w niej echo nie tylko aromatu migdałowego, ale też mdłego ciastka.

Zaraz odezwała się jeszcze delikatna, gorzkość. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z gorącym kakao - z kakao w proszku - waniliowym, a po chwili wyraźnie zrobiła się nieco poważniejsza, palona. Niby rosła, ale nieznacznie, jedynie do średniego poziomu. Przy niej zaznaczył się jakby bezalkoholowy, goryczkowaty likier amaretto, wzmocniony aromatem migdałowym. Czuć go nawet w kęsach bez ciastek.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazała się pobrzmiewać nieco nutą likieru z aromatu i olejku / aromatu migdałowo-marcepanowego, niezależnie od ciastek. W kęsach bez ciastek, ten motyw grał nieco mniej istotną rolę, ale był wyraźny tak czy inaczej.

Wyłaniające się ciastka w zasadzie niewiele wnosiły... Acz mam wrażenie, że mogły trochę przygłuszyć nuty owocowe i stawały na drodze skojarzenia z marcepanem.

Jednak nie zupełnie. Czerwone, ciężkie owoce z czasem się nasilały. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam w stanie powiedzieć, że przewija się tam żurawina i czerwone jabłka. Może jakiś ciężki sos do dań wytrawnych? Kontrast z aromatem migdałowo-likierowym działał na ich niekorzyść.

Trochę ziołowa goryczka bazy podkreślała właśnie gorzkawość tychże, ale ogólnie nie osiągnęła wysokiego poziomu, bo i słodycz się w tym czasie rozwinęła.

Słodycz oparła się na wanilii, też raczej z aromatu. Gdy ciastka zaczynały się trochę częściowo rozpuszczać, wtłaczały właśnie jasno ciasteczkowy akcent. Bardzo delikatny, ale dał radę trochę uzasadnić aromaty amaretto (bez alkoholu) i migdałowy.

Ciastka gryzione obok czekolady były mniej wyraźne niż na koniec, ale czuć je całkiem nieźle: pszenne, lekko słodkie i z nutą powyższych aromatów. 

Z czasem w czekoladzie zioła przechodziły w niewyraźną kawę, a cierpkość i coraz bledsza soczystość przez moment jakby zgrały się z nią, by potem zrobić drobną aluzję do ziół pobrzmiewających cytrusami, a w końcu jednak schować się i przystać na kawowy smak.

Ciastka gryzione na koniec były wyrazistsze, ale nie jakoś szczególnie wyraziste. Wykazały się delikatnie pieczonym smakiem, dość wysoką słodyczą oraz lekką migdałową nutą. Czuć jej sztuczny, olejkowy charakter, wpisany w pszenność. Da się poznać, że nie ma w nich migdałów, jednak ciastka ogólnie smakowały tak delikatnie, że mogłabym się nabrać, iż odrobinkę dodano.

Po zjedzeniu został posmak aromatu / olejku marcepanowo-migdałowego, ale też cierpkawych czerwonych owoców, ziół i jakby cytrusowych ziół (?) z lekką paloną goryczką. Do tego czułam średnią słodycz, jakby nieco przygaszoną.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, mimo że nie była spełnieniem marzeń. Przede wszystkim cieszę się, że nie była aż tak naaromatyzowana jak jej owocowe koleżanki. Mimo wszystko aromat czuć zawsze, niezależnie od ciastek. Te były przeciętne, nie jakoś szczególnie intensywne, ale uwierzę, że amaretti same w sobie mogą być właśnie takie łagodniejsze. Owocowy wątek sosu z żurawiny i czerwonych jabłek co prawda nie pasował do migdałowego wątku amaretti, ale nie pchał się na przód, więc nie przeszkadzał. Słodycz trzymała się średniego poziomu, jakby pilnowała się nawzajem z olejkiem. Gorzkości wolałabym więcej, ale wbrew pozorom ta bardzo delikatna jako tako i tak tu wyszła ok.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ciasteczka amaretto (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, fruktoza, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, kukurydza, substancja zagęszczająca: guma guar), emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat amaretto, ekstrakt waniliowy

czwartek, 3 września 2026

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru ciemna z Dominikany i Peru

Kupując tę czekoladę kompletnie nic nie wiedziałam o niej czy o marce. Wyglądała po prostu na całkiem porządną. I wszystko wskazywało na to, że Equal Exchange faktycznie porządnie przykładają się do swoich produktów, używając dobrej jakości ekologicznych składników. Działają z wanilią z Madagaskaru oraz cukrem z Paragwaju i Kostaryki. Oczywiście na tym sprawdzonych źródeł nie koniec. Kakao kupują od małych spółdzielni rolników, w tym od 2004 z El Quinacho w Sivii w Peru. Ta spółdzielnia została założona w 1970 roku w dolinie rzeki Apurimac i obecnie ma 220 członków. Dba o to, by lokalne społeczności miały godne wynagrodzenie, dobrą pracę, co się chwali.
Oczywiście poczytałam też o samej marce. To amerykańska firma zajmująca się głównie czekoladą i kawą, która obrała model handlu, w którym ma się pod kontrolą każdy element łańcucha dostaw. Założyciele - Rink Dickinson, Jonathan Rosenthal i Michael Rozyne - zaczęli od nikaragujskiej kawy  Fair Trade w 1986 roku, wyrażając solidarność z z rolnikami z Ameryki Łacińskiej w czasach, gdy życie utrudniało im embargo. Potem zaczęli współpracę z plantatorami kakao ACOPAGRO w Peru. Obecnie pozyskują produkty od ponad 40 organizacji zrzeszających drobnych rolników na całym świecie, stawiając na długoletnie relacje oraz wysokiej jakości szkolenia i aktywizację zawodową kobiet.

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Republiki Dominikany i Peru, z regionu rzeki Apurimac.

Po otwarciu poczułam intensywny, niemal dominujący zapach wanilii i cytrusów. Wtórowało im sporo drzew, których z kolei trzymało się orzechowe echo. Wanilia współpracowała z maślanością, razem z nią tworząc ciastowy wydźwięk. Do głowy przyszły mi maślane waniliowe bułeczki oraz po prostu miękkie, wilgotne ciasto maślane. Cytrusy dopraszały się o wizję babki cytrynowej. Z cytrusów czułam sporo właśnie cytryny, ale też grejpfruta sweetie - słodszego od czerwonego. Cytrusowość wydawała się znacząco osłodzona, niezbyt kwaśna. Wydaje mi się, że zwłaszcza już w trakcie degustacji, za cytrusami kryły się jeszcze kwaśno-cierpkie ciemne owoce. Drzewa wydawały się żywe, acz gdzieś w oddali i palony akcent się zaznaczył, dopowiadając im trochę palonego drewna.

Suchawa, a zarazem dość tłusta w dotyku czekolada była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno zupełnie jak suche gałęzie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo maziście. Była gęsta i tłusta w sposób maślany z trochę oleistym echem, a także gładka, choć z jakby ukrytą lekką suchością. Niemal do końca zachowywała kształt, z czasem lekko rzednąc w soczystym ujęciu.

W smaku od razu rozbrzmiała przede wszystkim wanilia, a więc też słodycz. Słodycz nie za wysoka, ale średnia i aspirująca do zajmowania pierwszego planu. Choć nie w odosobnieniu.

Szybko zaznaczył się też orzechowy wątek, który część słodyczy pokierował w stronę jakiejś słodkiej, naturalnej masy, np. zdrowszej wersji amerykańskich fudge w wariancie orzechowym. Z dużą ilością masła orzechowe arachidowego. Właśnie fistaszki miały wiele do powiedzenia w orzechowości. Łagodnie prażone i naturalnie słodkawe.

Dzięki orzechom wemknęła się gorzkość. Lekko wzrosła w harmonii z intensywną słodyczą wanilii.

W tle w tym czasie w dodatku zaznaczył się kwasek chyba grejpfruta, co dodatkowo trochę słodycz przełamało.

Słodycz ogólnie rosła znacząco, choć taka wysoka nie była. Dosadna, mocarna z wydźwięku owszem, ale nie zdominowała kompozycji. Wanilia zrobiła trochę miejsca palonego karmelowi (który zajął miejsce krówkowej nutki), za czym optowała paloność. Ta dopiero się rozkręcała.

Słodycz zasugerowała kwaskowi w tle bardzo ciemne, niemal czarne winogrona granatowe. Odciągały uwagę od grejpfruta, jako że były bardziej podporządkowane słodyczy. Nagle bardzo wyraźnie poczułam dżem winogronowy i do głowy przyszło mi połączenie kremu fistaszkowego z galaretką "jelly" z ciemnych winogron (PB&jelly).

Do orzeszków ziemnych dołączyły drzewa, a tuż za nimi bardziej palony motyw. Zasugerował części drzewom wydźwięk palonego drewna, a także otworzył drogę wypiekom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia zmieniła się w waniliowe maślane bułeczki i waniliową, na pewno jasną i puszystą babkę. Maślaność zaczęła przybierać na znaczeniu, stając na drodze gorzkości i krzyżując jej plany przejęcia pierwszego planu. Na szczęście załagodziła też trochę słodycz. Karmel zrobił się łagodniejszy, choć wciąż palony, bardziej maślany.

Jedna z babek okazała się cytrynowa. Specyficzny motyw cytrynowego wypieku podkręcił zatracający się w pewnym momencie akcent grejpfruta w tle. Jako jednak że ogólnie było słodko, okazało się że to słodszy grejpfrut o zielonej skórce i żółtym miąższu, sweetie. Cytryna też trzymała się słodkiego wydźwięku. Z czasem cytrusy traciły na jednoznaczności, a ich kwasek rozmywał się.

W tym czasie w wypiekach nastąpiła kumulacja maślaności, po czym... nagle do słodyczy dołączyła rześkość, a słodkie bułeczki i babki zrobiły się lekko nasączone wodą różaną. Słodycz nagle dziwnie zaczęła zmierzać ku przesadzie - mimo że tak wiele elementów ją a to przełamywało, a to łagodziło.

Woda różana podpowiedziała rozpraszającym się cytrusom trochę kwasku... dżemu z czarnych porzeczek? Owoce przeszły bez większych zgrzytów właśnie w ten motyw. Motyw bardzo słodki, mimo kwasku i cierpkości.

Palony wątek bardzo się nasilił, mimo że maślaność starała się, by gorzkość nie była za silna. Drzewa do reszty zmieniły się w palone drewno, a orzechy gdzieś się zgubiły. Pewna jednak maślaność, kwasek w połączeniu z palonością zasugerowały wilgotny żytni chleb. Chleb, na który nałożono ogromną porcję soczyście-cierpkiego i bardzo słodkiego dżemu z czarnych porzeczek, słodzonego wanilią.

Po zjedzeniu został posmak mocno waniliowy oraz cytrusów w wydaniu "na słodko", a więc głównie babki cytrynowej. Czułam też lekką kwaskawą cierpkość, zmieszaną ze słodyczą, dżemu z czarnych porzeczek i dużo, bardzo dużo spalonego drewna, ale też drzew żywszych; drzew po prostu.

Czekolada była smaczna, ale żałuję, że aż tak waniliowa. Jej słodycz była intensywna, ale średnio wysoka, nie przesadzona, więc tu bardziej problem miałam z tym, jak wanilia rozpychała się wśród nut samego kakao. Fistaszki, drzewa i drewno, na koniec trochę żytniego chleba wyszły smacznie i spójnie, mimo że wszystkiego trzymało się bardzo mocne palenie. Nic z tego nie nakręciło jednak silnej gorzkości, bo było też sporo masła. Szkoda. A jednak maślaność w połączeniu z wanilią przełożyła się na wizję bułeczek i babek, więc też nie było źle. Waniliowe wypieki i babka cytrynowa współgrały z cytrusami w wydaniu na słodko, podobnie jak czarno porzeczkowy dżem z chlebem na koniec. Nudno nie było, a wadom i tak udało się przeobrazić w coś przyjemnego, więc "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 22,13 zł (za 80g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nierafinowany pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna wanilii