wtorek, 5 maja 2026

(Millano) Choctopus Czekolada Deserowa ciemna 50 %

Nie robię zakupów w Żabce. Traktuję ją jako absolutną ostateczność w wyjątkowych sytuacjach, więc sama z siebie nie zainteresowałabym się ich czekoladą o niskiej zawartości kakao. Tym bardziej, że nawet jej opakowanie nie wpisywało się w moją estetykę. Motyw ośmiornic w porządku, ale nie taki "sweet". A w dodatku, kiedy czułam, że to pewnie Millano-Baron. Ojciec jednak wyskoczył z pytaniem, czy znam te czekolady. No... nie znałam. Pomyślałam więc, że w sumie mogę poznać. W zasadzie o samej marce za wiele nie znalazłam. Nawet jakiejś pewnej informacji, czy Choctopus to marka własna Żabki, czy można ją kupić też gdzie indziej. To, że produkuje ją niecierpiane Millano, zapowiadało niemiłe wrażenia, a zawartość kakao potencjalne przesłodzenie. Stąd decyzja, że mimo iż to czysta czekolada, wezmę ją w góry. Czułam, że w domowych warunkach odbiorę ją o wiele gorzej. Tak też otworzyłam ją na Sarniej Skale, na którą weszłam, idąc żółtym szlakiem z Doliny Białego przez Czerwona Przełęcz.

(Millano) Choctopus Czekolada Deserowa to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, łączący nie za wysoką, ale wyraźną słodycz i leciuteńką gorzkość. Sporo wanilii przygłuszało trochę cukrowość, a w dodatku mieszało się z soczystym motywem. Za tło robiła im ciepła, niezbyt mocna "kawa mocy", czyli z dodanym olejem kokosowym, trochę drzew i orzechów (arachidowych?). Akcent oleju kokosowego i fistaszków sugerował jakieś zdrowe słodycze batono-ciasta jak np. Legal Cakes. Soczystość trudno było dookreślić, ale chyba należała do jakiegoś słodkiego czerwonego owocu.

Tabliczka była twarda w masywny sposób i adekwatnie trzaskała podczas łamania. 
W ustach rozpływała się w średnio-wolnym tempie, zachowując zbitość, mimo mięknięcia. Roztaczała maziste smugi, ujawniając proszkowość. Choć nie twarda, wydała mi się masywna, konkretna. Końcowo wyłoniła się do tego tłustość, jakby nieco oleisty poślizg, ani trochę nie osłabiający lekkiej proszkowości.

W smaku od początku czuć słodycz. Najpierw o zaskakująco nie wysokim poziomie. Przemknęła wanilia, a po chwili wkroczył cukier. Słodycz zaczęła rosnąć.

Zaznaczyła się lekka goryczka i nawet coś... soczystego?

Goryczka okazała się w zasadzie delikatną gorzkawością. Sporo w niej paloności, przelotnie nawet trochę spalenizny i trochę palonego drewna, ale nie tak w pełni jednoznacznego.

Soczystość podczepiła się pod słodycz. Pokazały się słodkie czerwone owoce. Nasiliły się wraz ze słodyczą, która wspięła się na wysoki, acz nie męczący poziom. W zasadzie nawet miała w sobie coś szlachetnego. Częściowo za sprawą wanilii, ale nie tylko. I nagle... czereśnie zaczęły przełamywać słodycz cukru i wanilii. Soczystość rozgościła się na dobre. Nie była silan, ale odkąd się wyłoniła, wyraźna.

Palone drewno pobrzmiewało na tyłach i... zaczęło słabnąć. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam bardzo delikatną kawę, walczącą o podtrzymanie gorzkawego wątku, jednak zaraz i ją złagodzono. Zrobiła to... odrobina mleka, wlewającego się do niej? Nuty ni mlecznej, ni oleju kokosowego?

Łagodnienie gorzkości ujawniło orzechowy akcent. Za sprawą soczystości wyobraziłam sobie PB&jelly, a więc połączenie masła orzechowego i galaretki / dżemu. Następnie przycichło, a mi przez myśl przemknął krem mleczno-arachidowy, by zmienić się zaraz w ogólną orzechowość i zatracić się w niemal piernikowym motywie.

Pomyślałam o czekoladowych piernikach, nadzianych dżemem z czerwonych owoców i niewątpliwie lekko korzennych. Z drobna cierpkością? Maźniętych kakaową polewą?

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodko waniliowo-owocowy, czereśniowy i lekko dżemowy, ale też drzewny i arachidowy. Towarzyszyła temu leciutka cierpkość prostego, ale nie taniego kakao.

Ciekawy pomysł na niezabójczo słodką niezbyt ciemną czekoladę. Acz dałabym jej nawet jakieś 55%, może 60%, a nie 50%. Dobrze, że część cukru zastąpiono innymi elementami, które dały ciekawy efekt. Soczyste czereśnie, dżem i masło orzechowe, krem orzechowo-mleczny przy odrobinie kawy, drzew i z waniliowo-cukrów słodyczą wyszły całkiem smacznie. Nie moja bajka, bo jednak było słodko i łagodnie, nie gorzko, ale w górach całkiem przyjemnie, gdy zapotrzebowanie na cukier rośnie (bo jednak trochę go tam było). Założę się, że ci, którzy nie przepadają za czekoladami o wysokiej zawartości kakao, ale nie chcą się też zacukrzyć, mogą być bardzo zadowoleni. 


ocena: 7/10
kupiłam: ojciec kupił w Żabce
cena: 8 zł (za 80g)
kaloryczność: 508 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgatory (lecytyny z soi, polirycynooleinian poliglicerolu), tłuszcz mleczny, pasta orzechowa (orzechy laskowe, orzeszki arachidowe), ekstrakt z wanilii

niedziela, 3 maja 2026

Essenzo Cacao Semuliki Uganda 80 % ciemna z Ugandy

Mam słabość do czekolad z wysoką zawartością kakao z Ugandy, bo jego naturalna słodycz przy tej ilości wciąż wiąże się z mocną wytrawnością. Stąd, przy wybieraniu czekolady nieznanej mi hiszpańskiej marki Essenzo, mój wzrok zatrzymał się właśnie na takiej. Tworzą oni w hiszpańskiej Galicji od 2018. Zaczęło się, jak sami piszą "trochę z przypadku", kiedy Guillermo Villafáñez z ciekawości kupił specjalny młyn i zaczął robić czekoladę w domu. Efekt, tak odmienny od tego, co jest w sklepach, zaskoczył go i zależało mu, by pokazać to światu. Po paru latach udało się i stworzył markę, która od 2022 jest doceniana i nagradzana przez International Chocolate Awards. Dziś przedstawianą tabliczkę zrobiono z kakao z lasu Semuliki w zachodniej Ugandzie, gdzie uprawia je 1002 małych rolników. Ogólnie 52% tamtejszych pracowników to kobiety. Działają pod egidą Latitude Trade Co, przedsiębiorstwa zajmującego się poprawą warunków życia rolników i zajmującego się całym procesem po zbiorach. Wszystko oczywiście w pełni ekologicznie. Essenzo docenia takie podejście i działa tylko na kakao z małych plantacji.

Essenzo Cacao Semuliki Uganda 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Ugandy, z dystryktu Bundibugyo, z lasu Semuliki.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach o słodkim charakterze, który tworzyły głównie suszone figi, kwiaty i miód. Miód leśny, a więc ciemniejszy i charakterniejszy, wiążący się z motywem drzew i lasu ogólnie. Wyobraziłam sobie jesienny las mieszany, a do głowy przyszły mi też kompozycje zapachowe jesienno-piżmowe (np. perfum, świec) w przytulnych klimatach. Dokładały się do niego też róże i jaśmin (bardzo jednoznaczne). Do słodyczy dołożyły się także łagodne, lekko podprażone nerkowce i... krówki? Jakby jakaś masa krówkowa z nerkowcami. Dopiero za tym wszystkim na końcu, pokazał się akcent czerwonych owoców: w wydaniu słodkiego syropu z.... żurawiny i granatu? 

Twarda, gruba tabliczka o żywym przebłysku przy łamaniu trzaskała głośno i masywnie.
W ustach rozpływała się w tempie średnim, szczycąc się początkową gęstością i kremowością. Była tłusta, a zarazem soczysta. Gęstość szybko odpuszczała, mimo że czekolada przez pewien czas pozostawała zbita. Potem jednak zmieniała się w lepkawo-mazistą, plastyczną masę pozbawioną gęstego konkretu o idealnej, wręcz śliskawej gładkości. Znikała wręcz wodniście (choć wciąż dość tłusto), zostawiając cierpkawe wrażenie.

W smaku pierwszy obecność zaznaczył miód, wynosząc słodycz na średni poziom. Miód niemal... pikantny? Po chwili okazał się miodowym syropem z czerwonych owoców, a za nim przemknął gorzki, gęsty dym.

To jednak syrop przyciągał większość uwagi. Pomyślałam o żurawinie i granacie, ale wkomponowanych w wyrazistą słodycz syropu. Cierpkawa kwaśność zawisła jako jedynie sugestia.

Do słodyczy dołączył wątek kwiatów. Świeżych, żywych kwiatów, choć przez moment myślałam, że pojawią się też suszone. Za nimi bowiem wychwyciłam pewne ciepło. Ciepło... czegoś palącego się? Na pewno zaznaczył się gorzkawy dym, a kwiaty jednak zostały przy świeższym wydźwięku. Do głowy przyszedł mi rześki jaśmin i odrobinka jasnych róż.

Słodycz miodu - pikantniejszego miodu leśnego - podchwyciła ciepło jako jakaś ciepła kasza z miodem, a potem przywołując ciepły jesienny dzień w leśnej scenerii. Miód miał charakter, był ciemny i cierpkawy, a gdy tylko nakierował myśli na las, trochę kwaskawy ze względu na iglastość, przybyły też drzewa jako kontrapunkt dla słodyczy. Gorzkość zaczęła przybierać na sile, pokazując, że słodycz odtąd nie ma prawa już rosnąć. Miód jakby nie zniósł tego i zaczął zanikać... słodycz jednak przechwyciły - nie wiadomo skąd wyskakujące - suszone figi. To one, nie kwiaty, okazały się suszone. Podtrzymały w pokrętny sposób echo czerwonych owoców, które od początku do tego momentu niemal zaniknęło.

Ciepło-suszony motyw odnalazł się też w leśności. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyobraziłam sobie suche, złote liście opadające na ziemię. Wśród coraz silniejszej drzewnej nuty właśnie pojawiło się trochę czarnej, chłodnej z kolei ziemi. Na moment zawitała nawet ostro-chłodna lukrecja. Ziemia jednak nie dała rady wydostać się przed cieplejszy, gorzki motyw dymu.

Przy lukrecji zebrało się jeszcze trochę cierpko-goryczowatych ziół, ale te z kolei przysłoniły kwiaty (teraz w odwróconych proporcjach: róże i jaśmin?).

Zanim na dobre zrobiło się bardziej gorzko i poważnie, do gorzkości i lasu dołączyły orzechy nerkowca. Lekko podprażone, więc też w pewnym sensie wpisujące się w "ciepło". Zdecydowanie załagodziły kompozycję i dopuściły do głosu maślaność.

Odnotowałam więcej czerwonych owoców w słodkim wydaniu. Przez kompozycję przemykał syrop z owoców granatu i żurawiny, może z odrobinką wiśni. Kwaskawy bardzo subtelnie, acz niepodważalnie. Raz po raz mignęła mi myśl o kwaskawych różowych winogronach (o długim kształcie i chrupkiej strukturze). Kwiaty pomogły im na parę chwil roztoczyć trochę świeżości-soczystości. Po pewnym czasie do owocowego motywu wróciły suszone figi, trochę osłabiając potencjał kwasku. Słodycz znowu dała radę trochę wzrosnąć.

Kwiaty zmieniły się w różane krówki.

Przez moment maślaność rozpędziła się i wyszła przed nerkowce, otarła się o trochę dziwny duet masła i miodu, po czym nerkowce nie dały za wygraną i to one prawie zajęły pierwszy plan. Pomogła im słodycz, przechodząca w miodową krówkę. Masę krówkową z nerkowcami?

Las i ziemia zmieniły się w przytulną kompozycję jesienno-piżmową (jak z perfum i świec?), a dosłownie w ostatniej sekundzie odnotowałam w niej skryty niemal grzybowy, wytrawniejszy akcent.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiego, miodowego syropu z czerwonych owoców, miodu samego w sobie, takiego cierpkawo-leśnego raczej oraz lukrecji, przy asyście jesiennego lasu. Czułam w nim cierpkawość, akcent grzybów, ale jakby skrytych w cierpkości dymu. Z dymem ochoczo mieszała się lukrecja i chyba jeszcze coś ziołowego. Wszystko mocno załagodził maślano-nerkowcowy motyw.

Czekolada smakowała mi, acz trochę zawiodłam się na tym, że aż taki udział w kompozycji miały słodkie nuty. Miód leśny i figi, syrop z czerwonych owoców, trochę kwiaty, nerkowce i krówki przeplatał wprawdzie leśno-jesienny, trochę ziemisty, lukrecjowo-ziołowy i dymny splot, ale gorzkość nawet nie zrównała się ze słodyczą. Była jej jakby podległa. Kwasku, też podległego słodyczy, pojawiło się niewiele... To bardzo smaczna czekolada, ale w ciemno dałabym jej 70%, a nie 80%. Długo byłam sceptyczna i skłaniałam się raczej ku wystawieniu 8, ale pomyślałam, że była na tyle pełna ciekawych zwrotów akcji i "rozwiązań", że może mieć i trochę naciągane 9.
Nuty bardziej przypominały Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao (właśnie np. tymi krówkami), niż Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao o nutach cynamonowej chałwy, raw barów, która daktyle i kwiaty przeplotła "ziemistą jesienią".
Syrop z czerwonych owoców przypomniał mi troszeczkę przecudowną Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80%  m.in. z nutką syropu wiśniowego.
Nie do końca chwyciła mnie też ta idealnie gładka, tłusto-rzednąca konsystencja. Mogłaby być bardziej gęsta i wolno znikająca.


ocena: 9/10
cena: €8 (za 80g; około 34 zł)
kaloryczność: 588,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy

sobota, 2 maja 2026

biszkopty Italliamo Savoiardi Sardi

Mam stały plan, system recenzowania słodkości. Zdjęcia zawsze muszą być rano, w kuchni, przy odpowiednim świetle. Tym razem się z tego wyłamałam i w ogóle na to, by obiekt dzisiejszej recenzji obfotografować i opisać, wpadłam spontanicznie. A jestem uosobieniem braku spontaniczności. Robiłam wieczorem Mamie tiramisu i zorientowałam się, że dziś przedstawiane biszkopty są zupełnie inne niż Andante Biszkopty Ladyfingers. Przy podlinkowanych zastanawiałam się, czy nie są przypadkiem bardzo bazowe, charakterystyczne dla tego typu biszkoptów. Te dały mi odpowiedź. 

Italliamo Savoiardi Sardi to "sardyńskie podłużne biszkopty" typu ladyfingers marki własnej Lidla, wyprodukowane we Włoszech dla Lidla.

Po otwarciu poczułam zapach słodkich, jajecznych biszkoptów z echem jakby wytrawnych, trochę tekturowych wafli. Coś mi w nich nie grało.

Wielkie, grube biszkopty były zaskakująco lekkie jak na swoje gabaryty. Wyglądały na wypieczone minimalnie i lśniły od drobnych kryształków cukru.
Biszkopty w dotyku wydawały się suchawe i delikatne, ale gdy tylko je przełamałam czy odgryzłam kawałek, zdradziła się ich miękkość. O ile wierzch, skorupka była nieco bardziej twardo-krucha, tak środek wydał mi się dosłownie mięciutki i puszysty, lekki, trochę wręcz "bułeczkowaty". Jakby spulchniono napowietrzony?
W trakcie jedzenia biszkopty trzeszczały od cukru, który widać gołym okiem na wierzchu i miękko wlepiały się w zęby, po czym zaraz się rozpuszczały. Gdy w ogóle ich nie gryzłam, a pozwoliłam im się rozpuszczać, jakby uchodziło z nich powietrze, a one dały się poznać jako puszyste, piankowe i spulchnione. Mięciutkie i delikatne. Do jedzenia osobno taka forma może i jest przyjemniejsza od masywnych i suchych Andante Biszkopty Ladyfingers, ale w tiramisu to nie grało (więcej o tym, jak sprawdzają się w tiramisu, na dole, pod recenzją). 

W smaku zależy jak się je ugryzie.
Gdy najpierw brzeżek, gdzie więcej skorupki, od razu czuć wysoką słodycz. Zapewne od kryształków.

Gdy nie gryzie się samych "końcówek", gdzie najwięcej brzegów (dziwnie to brzmi), a tak bardziej ze środka (czyli dotyczy to większości każdego biszkopta) wydawały się najpierw zachowawczo słodkie. Słodycz powoli rosła wraz z wyraźnym, jajecznym smakiem. Ogólnie były bardzo łagodne, wypieczone leciutko, a w tle odnotowałam jakby papierowo-kartonowy motyw. Nie zdążyłam się na nim skupić i już szarżowała słodycz od rozpuszczających się drobnych kryształków.

Choć biszkopty wydały mi się nie takie ogólnie przecukrzone, to słodkie nierównomiernie, przez co w pewnym momencie słodycz bardziej porażała i denerwowała.

Andante Biszkopty Ladyfingers mają inne wady, dziś przedstawiane inne, i szczerze, jakbym miała któreś jeść osobno, wolę opcję pomiędzy, czyli małe okrągłe (np. Auchan Biszkopty). A jednak... takie długie ponoć służą głównie do tiramisu. Stąd i recenzując, także to, jak się w nim sprawdzają, warto uwzględnić.

Jak dziś prezentowanym poszło w tiramisu?
Namaczane szybko za bardzo miękły i potrafiły się rozpadać. W zasadzie wystarczy sekunda nieuwagi, by się wygięły i rozpadły w palcach. Gdy Mama zabrała się do nakładania tiramisu, okazało się, że biszkopty tak rozmiękły, rozmokły że nie da się wyłożyć na talerzyk kształtnego kawałka. Ciasto rozpadało się. Kiedy zasiadła do jedzenia, okazało się, że "nasączenie" wypłynęło z nich na spód. Były miękkie i ponoć zdecydowanie za bardzo mokre. Mama podsumowała, że nie nadają się do tiramisu (mimo że na opakowaniu takie przedstawiono ich przeznaczenie). Ich smak ponoć w tiramisu też się nie sprawdził, bo nie zachował kawy, którą je nasączyłam, a same po prostu... były. Co ciekawe, likier amaretto jakoś dał radę się w nich utrzymać. Odrobinkę skubnęłam i... faktycznie. Czuć słodkawo-kartonowy biszkopt i likier, pobrzmiewała jakaś goryczka, ale kawa jakby... wypłynęła z nich? Dziwny efekt. Okropny. Kompletnie mokra struktura, jakby wyjęte z wody, to porażka.

Do tiramisu - a takie przeznaczenie podano na opakowaniu ("idealnie smakują jako przekąska lub jako składnik tiramisu czy innych deserów") - nie nadają się. To przesądziło, że wystawiłam 4, nie 5. Bo gdyby jeszcze nic nie pisali, nie sugerowali przeznaczenia... Biszkopty jako jakieś tam biszkopty no, mogły by być. Uznałabym, że twórcy po prostu mieli taki pomysł: na miękkie biszkopty. No, ale nie do tiramisu mi z tym, moi drodzy... Forma do czegokolwiek nieporęczna. Smak niby w porządku, a gdyby był bardziej wyważony, bez cukru na wierzchu, mogłyby być przyjemne.

Sprawdzając recenzję tknęło mnie, by zgooglać "sardyńskie biszkopty". Nie znalazłam nic konkretnego oprócz paru zdjęć słodkości wyglądających jak eklery z takimi biszkoptami i kremem z mascarpone. Do tego takie długie, duże biszkopty mogłyby pasować, jednak coś czuję, że te zrecenzowane szybko by zamokły.


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła w Lidlu
cena: nie pamięta
kaloryczność: 361 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 45% jaja, mąka pszenna, cukier

czwartek, 30 kwietnia 2026

SOL Dark Chocolate Belize 73 % ciemna

Czarna Czekolada Belize Peini 80 %  nie bardzo przypominała inne czekolady z Belize, które jadłam we względnie krótkim okresie czasu przed nią. Przypomniała mi jednak, jak bardzo lubię ten region. Chociaż... jak mam być szczera, mogę to powiedzieć o wielu regionach. Nie da się jednak zaprzeczyć, że na tabliczki z Belize zawsze jakoś od razu leci mój wzrok. Więcej o kakao, z którego stworzono tę tabliczkę, nie udało mi się dowiedzieć, ale jedno było pewne: do ukraińskiej marki Sol miałam już zaufanie, że wiedzą, co robią.


SOL Dark Chocolate Belize 73% to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao z Belize.

Po otwarciu przemknął trudno uchwytny owocowy akcent i rozszedł się intensywny zapach wędzenia, obiecujący wytrawność, oraz miodu, słodyczą próbujący zgłosić sprzeciw na ten głównie wytrawny wydźwięk. Nieco wygrywała jednak wytrawność, choć czuć też sporo łagodniejszych akcentów: kokosa, orzechów pekan. Wędzenie miało w sobie coś z oscypka, a że nie brakowało soczystości, do głowy przyszły mi wędzone śliwki. Soczystość i świeżość, rześkość nie trzymały się kurczowo tego wędzenia i wytrawności. Poniekąd stały jakby trochę z boku, dodając do kompozycji świeże, zielone egzotyczne roślinne wtrącenia, przywodzące na myśl dżunglę oraz nieoczywisty akcent ananasa oraz dziwne, jakby wręcz lekko pudrowo słodziutkie, czerwone owoce.

Tabliczka ze względu na porządną twardość przy łamaniu trzaskała głośno. Obiecywała masywność.
W ustach czekolada rozpływała w tempie średnim, niczym śmietankowo-maślany krem. Po pewnym czasie przejawiała lekką proszkowość i rzedła znacząco. Nie była bardzo tłusta, a nawet powiedziałabym, że mało tłusta i trochę soczysta. Końcowo wręcz lekko cierpka.

W smaku pierwszy zaznaczył się owocowy kwasek. Pomyślałam o słodko-kwaśnym, soczystym ananasie, do którego szybko zakradł się miód.

Jednocześnie, gdzieś w tle, w oddali poczułam coś jakby mlecznego... śmietankę lub mleczko kokosowe?

Miód osłodził egzotyczną kwaśność, jednak nie był to typowy, słodko-słodziutki miodzik, a charakterny, jakby dziki. Prosto z wonnego lasu tropikalnego. Też z pewnym kwaskiem, cierpkością.

Gorzkość także się odezwała i ruszyła na przód kompozycji. Bez trudu zdobyła i podbiła pierwszy plan, eksponując palono-prażony charakter. Prażony motyw mieszał się z ciepłem drzew z jakiejś duszno-wonnej dżungli z ciepłej pory roku. Prażenie przejawiało nieco orzechowe skłonności. Orzechy pekan raz po raz wybijały się na wierzch niedookreślonej mieszanki.

W tym czasie owoce i miód zlały się ze sobą na dobre, przechodząc w żółte smoothie. Chyba bazowało na bananie, który zmiksowano z ananasem. Ten fundował ostrożną kwaśność. Słodycz ogólnie wzrosła, ale nie ponad średni poziom. Za tym duetem owoców plątały się jeszcze jakieś inne, ale nie mogłam ich uchwycić. Charakterem - żółtym i egzotycznym - dopasowały się do ananasa i bananów.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa prażony motyw przeszedł w wędzenie. Wędzony... ser? Do głowy przyszedł mi mniej słony, a bardziej mleczny oscypek, który po chwili usunął się na rzecz łagodniejszego splot śmietany i masła. Wędzoność odeszła prawie zupełnie w niepamięć... choć raz po raz przemykał mi jakby jakiś wędzony owoc - niby śliwka, ale coś nie tak mocno śliwkowa?

W owocowym smoothie pojawiły się jakieś czerwone słodkie owoce. Truskawki i poziomki? Coś pomiędzy nimi, trochę egzotyczniejszego?

Kompozycja ogólnie miała w sobie sporo egzotyczności, acz nie była bardzo owocowa. Oprócz egzotycznych owoców przywodziła na myśl tropikalny las, egzotyczne rośliny zielone, których czuć "żywość" i świeżość mimo gorącego klimatu.

Żółte owoce egzotyczne jednak były odważniejsze. Śmietana zmieniła się w śmietanowy jogurt, a ja wyobraziłam sobie śmietanowy jogurt ananasowy, sowicie posłodzony miodem.

W miodowej słodyczy odnalazły się też pekany: karmelizowane w miodzie . Przypomniały o ciepłym, prażonym wątku. Maślano-śmietanowy motyw trochę  to wszystko łagodził, wygłaskiwał.... W nim właśnie odnotowałam nutkę kokosa. Najpierw pomyślałam o mleczku, jednak ciepło, prażenie, które początkowo miały bardziej drzewne skłonności, tym razem końcowo zaobfitowały w wafelek. Wafelek kokosowy?

Po zjedzeniu został posmak kokosa z prażonym akcentem, może więc wafelka kokosowego oraz lekko serowy, serowo-śmietanowy. Wytrawniejszy, ale nie mocno wytrawny. Trochę cierpko-goryczkowaty owszem. Na to złożyła się paloność i echo drzew. Do tego czułam słodko-kwaskawe owoce: ananasa, banana i poziomki.

Czekolada bardzo mi smakowała. Miała bardzo egzotyczny, ale nie mocno owocowy charakter. Nie brakowało w niej ciepła, choć było to ciepło tropików, w którym czuć też świeżość. Ananas, banany, poziomki mieszały się z miodem i stały obok palono-prażonych nut, drzew, pekanów. Trochę zaznaczyło się świeższych zielonych roślin, egzotycznego lasu i kokosa, końcowo wafelka. Było więc i gorzko, i słodko, i trochę kwaskawo - w idealnych proporcjach, zapewniających głębię i wytrawność, ale bez przesady.


ocena: 9/10
cena: 250 UAH (około 24 zł; za 70g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 29 kwietnia 2026

Nadbużańska Pasieka Wędrowna Miód Gryczany nektarowy

Ostatnimi czasy Mama z miodów gryczanych przerzuciła się na Pszczelarz Kozacki Miód lipowy, ale mimo to, gdy zaczął zbliżać się wrzesień, zaczęła mnie podpytywać o zamówienie miodu gryczanego, który wypatrzyłyśmy już rok temu, ale nie kupiłyśmy. Wybrałyśmy Miód z pasieki Moja Pszczoła Nektarowy Gryczany, co było strzałem w kolano. Albo oba kolana, bo miód okazał się beznadziejny. Niektórzy jak widać inaczej rozumieją to, jak powinien smakować miód gryczany. Pierwszy raz spotkałam się z twierdzeniem, że miód gryczany powinien być kwaśny. O nie, gryczany to zawsze goryczka, pikanteria, ale nie kwaśność. Wiem, za co cenię właśnie miód gryczany. Nuta kawy, jaka pojawiła się w opisie dziś przedstawianego, z jednej strony pasowała mi do gryczaności, z drugiej... nie mogłam sobie wyobrazić tego typu nuty w miodzie. Na podobnej zasadzie, co w ciemnych czekoladach? Zaintrygowało to i mnie, i Mamę. Ją bardziej, więc nie czekałyśmy z zamówieniem. Zaznaczyłam w sklepie, by koniecznie wysłano mi wersję z 2024, bo w 2025 do miodu ponoć wkradła się domieszka lipy (o czym wiem od właścicieli strony i jestem ogromnie wdzięczna za wcześniejszy cynk). Dlatego też zaznaczyłam, by koniecznie fachowo rozpuścili miód, by nie przyszedł skrystalizowany.

Nadbużańska Pasieka Wędrowna Miód Gryczany nektarowy to miód gryczany firmy Tomasza Baczewskiego z Lubelszczyzny; u mnie z roku 2024.

Po odkręceniu poczułam trochę drapiącą pikanterię, w której to drapiącym aspekcie siedziała też słodycz. Nie jednak tak wszechpotężna jak w przypadku wielu innych miodów. Bez cienia wątpliwości czuć, że to ciemny, charakterny miód. Gryczany owszem, z leciutkim akcentem jakby... cierpkawo-kawowego likieru? Acz gdyby nie opis ze strony sklepu nie powiedziałabym, że pachnie kawą. Jedynie, że miał w sobie coś kawowego.

Miód zachwycał niemal czarnym kolorem i wydawał się gęsty jak na miód. Płynny, ani trochę nie skrystalizowany, o nie. Po prostu ogólnie sprawiał wrażenie gęsto-masywnego. Oczywiście bardzo się lepił. Lany z łyżeczki tworzył taki sobie stożek, który szybko znikał, a na łyżeczce ładną wypukłość. Kropla miodu na podkładce czy talerzyku tworzyła idealnie okrągłą kroplo-kulkę.

W smaku od razu pokazała się słodycz o subtelnym, niesamowicie jak na miód niskim poziomie. Wkraczała powoli. Jak się jednak okazało po chwili, konsekwentnie.

W słodyczy przemknął motyw kwiatów, kwiatów cierpkawo-pikantnych, niczym kwitnące pole gryki. Sam motyw miodu gryczanego, ewidentnie ciemnego rozlał się po ustach w parze ze słodyczą. Miała drapiący charakter, ale bardziej ostro-drapiący niż od wysokiej słodyczy. Jak na miód słodycz ta była niska.

I nagle, do kwiatowo-ostrawego, gryczanego motywu podkradły się ziarna kawy. Przez dwie-trzy sekundy kawa była wyraźnie wyczuwalna. Palona kawa, która wplotła do kompozycji lekką gorzkość i podkręciła cierpkość. Zaraz kawa zaczęła mieszać się z drapiącą słodyczą, a mi do głowy przyszedł likier kawowy. Klimat zrobił się likierowo-syropowy, acz wciąż bazowo było wyraźnie miodowo.

Po tym debiucie kawy słodycz nagle podskoczyła. Gryczany motyw przewijał się w tym wszystkim, ale w żadnym wypadku nie wydawał się wiodący, a zgrany z resztą słodkiego smaku. Kawa miała świadomość, że to nie miejsce dla niej i wycofała się daleko za gryczaność. Przemykała subtelnie, czasem ledwo uchwytna.
Poczułam drapanie w gardle. Acz nie była to ordynarna słodycz, a słodycz wymieszana z pikanterią, szlachetna i głęboka. Wysoka, ale jak na miód jeszcze średnia.

Po zjedzeniu zostało lekkie drapanie w gardle, związane z pikantnie-cierpkawym wrażeniem na języku. Czułam słodycz o nieco ostrym, szlachetnie stonowanym charakterze. Wiązało się to z pewną ciężkością ciemnych miodów. Motyw gryczany do rozpoznania, ale nie jakiś taki bardzo jednoznaczny. O kawie za to słuch zaginął.

Miód ciekawy. Gryczany, ale nie był to bardzo wyraźnie gryczany miód. Cierpki, ostro-pikatny, ale niebyt gorzki, a szkoda. Za to w pewnym momencie w smaku faktycznie jakby lekko kawowy. Słodycz jak na miód ogólnie przyjemnie nie za wysoka, tylko końcówka zbyt drapiąca.

Pierwszym sprawdzianem dla tego miodu był jogurt typu greckiego Piątnicy z 30g orzechów włoskich. Dodałam jakieś 2,5 łyżki miodu, by się w niego wczuć.
Konsystencja tego bardzo mnie zaskoczyła, bo miód - już gdy dodałam pierwszą łyżeczkę - dziwnie poszedł na dno, jakby był znacznie cięższy od jogurtu. Gdy dodałam go trochę więcej, zrzedł. Choć swoją miodową lepkość zachował. Dziwnie się zachowywał, gdy chodzi o strukturę.
W smaku zaś dobrze poradził sobie i z wyrazistym jogurtem, i orzechami. Wszystko to współpracowało. Miód nie zanikał, ani nie był zbyt nachalny. Trochę podkręcił kwaśność jogurtu, kierując ją w specyficzny motyw nabiału kakaowego i kawowego; to był taki dziwny kwasek tego typu wariantów. A jednocześnie sam przy jogurcie wydawał się mniej kawowy, w zasadzie prawie wcale. Za to ciężko-ciemno miodowy wyraźnie. Raz po raz tylko przemykało skojarzenie z likierem śmietankowo-kawowym. W zestawieniu z orzechami a to wydawał się po prostu ciemno miodowy i miodowo drapiący, choć znów też jakby coś syropowo-kawowego przemykało. Gdy tak to wszystko jadłam, przede wszystkim czułam, że dodałam dobry miód. Czasem przemykała też myśl o słodkościach z płynnym kawowym nadzieniem, które aż drapiąco zasładza, nie o samej kawie. To jednak mogła być trochę autosugestia.

Kolejnym pomysłem na ten miód były standardowe kanapki z miodem, do których wracam raz na rok. Obie z chleba żytniego razowego, jedna z twarogiem i miodem, druga z serem żółtym (dokładniej tylżyckim) i miodem.
Przy obu kanapkach z zaskoczeniem odkryłam, że żytni razowy chleb nieco podkręcił motyw gryki w miodzie. Akcent kawy za to na obu się schował.
W kanapce z twarogiem słodycz szalała. Co charakterniejsze, pikantniejsze w miodzie, twaróg złagodził, więc efekt był bardzo słodki i drapiący. Miało to swój urok, ale brakowało mi pazura.
Na kanapce z serem żółtym ten miód wciąż jawił się jako słodki i bardzo drapiący, ale jednak z charakternym, pikantnawo-kwaskawym serem, także ta pewna pikanteria miodu została podkreślona.
Ogólnie więc miód ten na kanapkach sprawdził się jak i sprawdziłby się każdy inny miód. Bez szału. Mnie te kanapki nadto zasłodziły i trochę tym samym pod koniec męczyły.

Mamie miód zupełnie nie podszedł: "Najpierw taki dziwnie mało słodki, potem kwaśny i ostry. Słodycz nagle w nim wzrosła tak, że aż zaczęła drapać. I nie wydawał mi się szczególnie gryczany, a taki jakiś... niesmaczny i drapiący".

Z tym właśnie miodem robiłam moją popisową masę makową z bakaliami do łazanek. I muszę przyznać, że miód sprawdził się świetnie. Trochę wystraszyłam się, bo dodawany wydawał się ciężko-gęsty, ale po dodaniu soku z cytryny wszystko było, jak należy. Dobrze oblepiał dodatki, miód z sokiem nie wyszły zbyt płynnie, nic z masy nie wyciekało. Smakowo było świetnie, mimo że ogólnie dla nas trochę za słodko. Nazbierało się bowiem słodkich bakalii. Sama masa była szlachetnie miodowa, czuć, że dodano do niej ciemny miód, a ja miałam wrażenie, że czasem przy maku przemyka nieco gorzkawy akcent. Właśnie nie umiałam rozsądzić, czy od maku-maku, czy to właśnie lekki akcent „kawowej gryki”. Słodycz masy miód ten pokierował w nieco ciężkawym kierunku, co świetnie zgrało się i uzupełniało z kwaskawym motywem soku świeżo wyciśniętego z pomarańczy. O tak, do czegoś takiego ten miód był doskonały! Dosłodził porządnie – bo to w końcu ma być słodkie – ale w dobrym, szlachetnym stylu. Mama również była zachwycona i jak to powiedziała: „Ach, to było takie słodkie, bardzo słodkie, a jednak ta słodycz dopuszczała taką przyjemną kwaśność, świetne”.

Raz robiąc koreańskie danie z mielonej wołowiny i pasty gochujang z cukrem trzcinowym i miodem (z Przepisu Pierogi z Kimchi, pisałam o tym na Instagramie) dałam właśnie ten. Nadał niesamowitej słodkiej, ale jednocześnie poważnej i wręcz ciężkawej głębi. Choć ogólnie do koreańskich dań bardziej pasuje mi do lipowy (używam Pszczelarz Kozacki Miód lipowy), a to danie z każdym miodem jest pyszne, ten miód (albo ogólnie gryczane - jeszcze nie sprawdzałam innych) wynosi je na zupełnie inny poziom boskości.


ocena: 8/10 (nuty smakowe, jakość w odniesieniu do ceny)
kupiłam: miod-dobry.pl
cena: 55 zł + przesyłka (za 1000g)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Pol Contreras Vilapriñó Tailandia 75 % Cosecha 2023 Chocolate negro / Dark Chocolate ciemna z Tajlandii

O tej czekoladzie nie udało mi się za wiele znaleźć w internecie. Jedynie tyle, że jej twórca, Pol Contreras, wiele podróżuje po świecie i Tajlandię też odwiedził. Uznał, że tajlandzkie kakao - z tego co znalazłam chyba zakupione od zakładu Echaurren z hiszpańskiego Ezcaray - zasługuje na własną tabliczkę. Jako że jak na razie do tej hiszpańskiej marki byłam nastawiona bardzo pozytywnie, nie mogłam się doczekać, aż spróbuję, cóż kryje ta tabliczka. Przyznaję, że ostatnimi czasy rozsmakowałam się bowiem w nutach tajlandzkiego kakao. Tym razem miałam mieć do czynienia z hybrydową odmianą o nazwie  I.M.1., opracowaną przez Dr La-Ongrsi. Po latach testów i degustacji rośnie ona na  tysiącach farm w całej Tajlandii.

Pol Contreras Vilapriñó Tailandia 75 % Cosecha 2023 Chocolate negro / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 75% lekko prażonego kakao I.M.1. z Tajlandii, z prowincji Chiang Mai y Lam Phun; konszowanie trwało 20 godzin.

Po otwarciu poczułam dosadny zapach kwiatów i słodyczy, która częściowo mocno wiązała się właśnie z nimi, a częściowo jakby grała na siebie. W głowie pojawiły mi się słowa "karmelowa cukrowość", bo właśnie słodycz ta przybrała wręcz toporny jak cukier wydźwięk. A jednocześnie karmel miał bardzo wiele do powiedzenia. Do głowy przyszły mi jeszcze mocno scukrzone suszone owoce. Do kwiatów podkradła się trochę papierowa nuta, która świeżym kwiatom dodała echo kwiatów suszonych. Przy papierowym, nieco roślinnym motywie znalazło się też trochę migdałów. Zarówno ze słodyczą, jak i kwiatami, współpracowała owocowa rześkość. Nie tyle soczystość, co właśnie rześkość jakby mocno kwiatowo-owocowego wina. Wina różowego? Z owoców wskazałabym niejednoznaczne, słodkie czerwone oraz słodziutkie mandarynki, podkreślone niedookreślonym cytrusowym miksem.

Przy tej czekoladzie ze smutkiem odkryłam, że pakowanie przez tę firmę coraz bardziej się pogarsza. W kartoniku przypominającym kasetkę trafiłam na tabliczkę luźno i byle jak owiniętą papierem...
Kremowo-pylista w dotyku, twarda tabliczka podczas łamania trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się nie za szybko, nie za wolno i dość tłusto. Robiła się coraz bardziej plastyczna, a do tego mazista i kremowa. Przypominała trochę budyń z zaznaczonym proszkowym motywem. Czekolada przejawiała też soczystość, która na trochę wzrastała i końcowo kryła się w bardziej tłusto-wodnistym wrażeniu.

W smaku pierwsza rozbrzmiała dosadna, silna słodycz karmelu. Mimo średniego poziomu, bez najmniejszych problemów skupiała na sobie uwagę. Poczułam paloną cukrowość, która próbuje zająć pierwszy plan.

Zza niej odezwały się kwiaty. Początkowo suszone, nieśmiałe, lecz po chwili coraz wyrazistsze. Wprowadziły ciepło, nawet pewną pikanterię.

I pikanterię tę podchwyciła słodycz, serwując mocno wypieczone, karmelowo-korzenne ciastka. Ciastka idące w lekką goryczkę od przypraw. Przypraw ostrych i ciepłych. Ciastka z nutką... pomarańczy? Słodycz poprzez nie próbowała jeszcze umocnić swoje wpływy.

Z wypieczonych, palonych nut wysunęła się jednak też gorzkość. Podobnie jak słodycz, miała dosadny wydźwięk, mimo że nie była silna. Gorzkość wydała mi się spokojna i bardzo poważna. Pilnowała, by słodycz na za wiele sobie nie pozwoliła.

Słodycz wzrosła do wysoko-średniego poziomu, ale dalej już ewidentnie nawet nie zamierzała próbować. Co nie znaczy, że zapomniała o swoim wręcz topornym wydźwięku. Wyobraziłam sobie scukrzone owoce suszone, w których ten wydzielony cukier aż zagłusza, co to dokładniej jest. Chyba m.in. figi...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poważna gorzkość zaprosiła do gry neutralniejsze, też poważne, migdały. Przy migdałach zaplątał się akcent papieru, a potem też trochę takiej... spokojnej roślinności? Migdały przechwyciły specyficzny akcent od suszonych kwiatów, acz zaraz o nich zapomniały. Zmieniły się w palono karmelowo słodki wypiek migdałowy. Keks z suszonymi owocami, głównie figami, skórką pomarańczy i migdałami?
Przez myśl przemknęła mi jeszcze niejasna wizja jakby... wegańskiego sernika z jakiejś kaszy na migdałowym spodzie? Sernika z kremem pomarańczowym na wierzchu?

Kwiaty jakby nieco na zasadzie kontrastu przybrały na świeżości. Zmieniły się w kwiaty żywsze i świeższe. Słodycz przy takich nawet jeszcze trochę wzrosła, obfitując w bardzo kwiatowe, bardzo owocowe, lekkie wino różowe. Tu czasem przychodziły mi do głowy jeszcze świeże surowe figi. Migdałowy wypiek raz i drugi zahaczył o amaretto; likier migdałowy, migdałowo-kwiatowy.

Acz alkohole nie zagrzały miejsca na długo. Żywsze kwiaty wydobyły owocowe nuty. Te trochę zaadoptowały słodycz i nadały jej lekkości. Czułam słodziutkie mandarynki, w których w zasadzie nie ma nawet cienia kwasku. Przemknęło mi coś egzotycznego (ananas?)... po czym schowało się w kwiatach... By znów z nich wyłonić się jako różne melony. Odmiany wytrawniejsze i słodsze, może też papaja. Przeplotły je cytrusy - mandarynki i dosłownie odrobinka pomarańczy.

Robiło się coraz świeżej i lżej... aż nagle karmel, palony i dosadny, jak błyskawica wszystko przeciął i zamknął kompozycję ciężkawo-ciepłą słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak suszonych kwiatów z jedynie sugestią świeższych, i karmelu. Ze świeższymi wiązała się też subtelnie owocowa, egzotyczniejsza nuta melonów oraz cytrusów (najbliżej temu było do grejpfrutów). Czułam też poważniejsze migdały i nie za słodki, ale na pewno ciepły wypiek. Lekko palona nuta zaznaczyła subtelną cierpkość.

Czekolada była smaczna, ale słodycz w niej za bardzo się rządziła. Nie była wysoka, ale toporna i dosadna. Ciężki karmel, palony cukier, wypieki karmelowe - wszystko to za mocno przyciągało uwagę. Owocowe nuty były za to łagodne. Trochę suszonych owoców jako dodatki, potem mandarynki i melony po prostu się przewijały. Mnie żal gorzkości, bo tej w ogóle było malutko. Jej palony charakter jakoś uległ słodyczy. Suszone, potem świeże kwiaty, ciastka korzenne i ogólne ciepło wydawały się z dosadną karmelowością nakręcać, co ogólnie niestety nie wyszło zachwycająco. Właśnie przez słodycz cukru panela, który jakby nadto tłamsił nuty czekolady.


ocena: 7/10
cena: €11 (za 70g; około 47 zł)
kaloryczność: 424,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier panela, tłuszcz kakaowy

niedziela, 26 kwietnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa z ananasem, goji i zdobieniami z czekolady karmelowej

Ta czekolada z jednej strony mnie kusiła, z drugiej wydawała się nie po mojemu. Jagody goji w czekoladach są według mnie bardzo pomijane, co mnie smuci, bo wydają się zacnym dodatkiem. Składając zamówienie ucieszyłam się (trochę się z tym pospieszyłam), bo wyglądało na to, że wreszcie udało mi się upolować tabliczkę z kakao Ekwadoru, tej marki (była pierwszą, na jaką trafiłam i miesiącami miałam zamiar ją zamówić aż nagle wycofali dokładnie wtedy, gdy składałam zamówienie). Ta więc wydawała się skrojona pode mnie. Gdy jednak otworzyłam paczkę, okazało się, że i tutaj bazę stanowi czekolada z kakao z Nikaragui. No, i jeszcze ten ananas... Świeże w sumie lubię, choć jadam raz na parę lat. Suszony mnie nie przekonuje, a tym bardziej w formie wielkiego plastra. Jak to się będzie łamało? Miałam się przekonać na najwyższym punkcie jednej z wrześniowych wypraw, na Lodowej Przełęczy, na którą weszłam po Czerwonej Ławce, zielonym szlakiem z Razcestie pod Sedielkom. Chwilę nacieszyłam się nią i widokami (wreszcie na nie trafiłam! gdy byłam poprzednio, nie było nic a nic widać), po czym zeszłam do Schroniska Teryego i potem do Starego Smokoveca.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa to ciemna czekolada o zawartości 70%  kakao O’Payo fermentowanego w beczkach po rumie z Nikaragui z suszonym ananasem i jagodami goji oraz zdobieniami z czekolady białej karmelowej.

Po otwarciu poczułam intensywny, kwaskawo-ziołowy, soczysty zapach ciemnej czekolady. Czuć w niej owoce egzotyczne (m.in. ananasa z... brzoskwinio-nektarynką?) i cierpkiego rokitnika, może cytrusowy akcent. Powagi dodała jej odrobinka ziemi. Czekolada zdominowała kompozycję, ananas tylko lekko za nią pobrzmiewał, podpinając się pod jej ananasową nutę. Acz gdy wąchałam spód, owoce odzywały się wyraźnie. Słodki suszony ananas wydał mi się dziwnie ciężki, doszukałam się cierpkości goji, acz nie upierałabym się, że to je czuje. Całość była średnio, nienachalnie słodka. Wydaje mi się, że czasem w słodyczy przemykało nawet echo toffi.

Tabliczka była twarda, ale raczej chrupała niż trzaskała. Łamanie utrudniał dodatek plastra ananasa, który wyginał się i rwał bardzo niechętnie. Trudno go było przerwać, a czekolada dziwnie się przy nim też niezbyt chętnie chciała podzielić. Pękała, ale trzymana przez owoc, nie dzieliła się. Pod naciskiem palców ananas lekko się uginał, a porwany, podzielony kleił się do rąk. Jagody goji jawiły się jako jędrne. Dodatki trzymały się bardzo mocno. Karmelowe zdobienie także. Nie odpryskiwało ani nic, ale da się je w miarę łatwo oddzielić zębami od ciemnej.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, zmieniając się w mazistą zawiesinę, w której kryła się pylistość. Po chwili już nawet nie próbowała utrzymać swego kształtu, roztaczając wokół soczystość. Ta była bardzo wysoka.
Zdobienie z białej karmelowej czekolady nie wyróżniało się szczególnie mocno, jednak odnotowałam jego lekko kremowe i proszkowo-ulepkowate wtrącenia. Znikało szybciej od ciemnej.
Owoce w tym czasie nasiąkały i upuszczały swoją soczystość. Soczystość owoców była wyważona. Odpadały od czekolady, ale częściowo starały się jakby nią osłaniać. Ja wolałam gryźć je na końcu, gdy czekolada zniknęła.
Z ciekawości ze trzy razy zabrałam się za owoce wcześniej. Pokazały się wtedy z masywniejszej, nieco twardszej strony. Ananas lekko skrzypiał, a goji po prostu były twardsze. Tylko czekolada przypominała tłusto-wodnisty ulepek.
Owoce gryzione na końcu, po zniknięciu czekolady, były wilgotniejsze i bardziej miękkie. Ananas poszedł w trochę gąbczastym kierunku i wlepiał się w zęby. Goji zaś aż zaskoczyły soczystością. Wciąż były jędrne, ale zarazem trochę farfoclowe. Ich pesteczki lekko chrupały.
Całość zostawiała nieco sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku... Dużo zależało, jaki kawałek ugryzłam.

Tam, gdzie była sama ciemna czekolada, smakowała wyraźnie jak czysta (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo). Nie przesiąkła dodatkami. Zafundowała mi więc rześki, kwaskawy splot egzotycznych owoców, w tym ananasa, moreli, brzoskwiń, z rokitnikiem, dziką róża, znacząco osłodzonych gruszkami i miodem, który to z kolei mieszał się z ziołową pikanterią. Gorzkość jawiła się jako oszczędna, a słodycz znacząca i trochę kandyzowana.

Tam, gdzie zdobiła ją czekolada karmelowa, było nieco bardziej słodko. Zdobienia wprowadziły lekko maślano-toffi akcent, dosłownie sugerowały odrobinkę mleka oraz trochę hamowały soczystość i kwaśność czekolady ciemnej, ale zaraz przegrywały z nią i odchodziły w niepamięć. W zestawieniu z owocami te karmelowe maźnięcia smakowały jeszcze delikatniej. Czasem można je było wręcz przeoczyć. Po zniknięciu jednak sprawiała, że ciemna jawiła się jako kwaśniejsza.
Karmelowe zdobienia, spróbowane osobno, okazały się słodkie, ale nie za mocno. Kojarzyły mi się z toffi i mlekiem skondensowanym. A do tego odnotowałam mleko w proszku.

W przypadku kęsów z goji, jagody długo się ukrywały, dopiero z czasem zaczynały podkreślać to i owo.
W kęsach z ananasem, ten od razu wyskakiwał na przód, przed czekoladę, zaskakująco udanie udając ananasa świeżego, słodkiego i soczystego, po czym trochę się cofał i pobrzmiewał dziwną słodyczą, dopuszczając czekoladę. Czekolada i ananas stały na równi.

Ananasa nie musiałam gryźć, by go dobrze poczuć. Pobrzmiewał dziwnie, jakby kandyzowaniem; kandyzowanym, niedookreślonym żółtym owocem. Przemknęła mi w nim nawet jakby... pikanteria? Splótł się tym samym z kandyzowanym motywem samej czekolady. Podkreślił go. Ananas przy czekoladzie robił się coraz słodszy, aż słodko-ciężki, ona zaś rozkręcała się w swej kwaśności. Sama w sobie wydawała się ananasowa - świeżo - trochę brzoskwiniowo-rokitnikowo-cytrusowa. 

Goji jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkreślały kwasek i cierpkość owocowego wątku bazy. Do głowy przyszła mi dzika róża, a rokitnik się nasilił. Ogólnie te owocowe nuty miały więcej do powiedzenia niż w czystej tabliczce.

Goji w zestawieniu z ananasem trochę się gubiły. Ananas bowiem był bardzo władczy. A jednocześnie nie taki znowuż ananasowy. Czuć, że był suszony, ale wzbogacił to o owocową pikanterie i jakby echo umami. Czasem miał w sobie coś alkoholowego, jak nalewka ananasowa.

Ananas gryziony wcześniej wychodził lepiej, bardziej ananasowo soczyście i czasem nawet kwaskawo, ale czekolada wtedy szła w słodszym, kandyzowano-lukrowym kierunku i zwyczajnie wydawała się gorsza.
Jagody goji gryzione wcześniej bez trudu się przebijały i smakowały wyraźnie słodko-cierpko-goryczkowato, tylko trochę osłabiając czekoladę.
Ogólnie więc i tak zostawiałam dodatki na koniec.

Spod dodatków gorzkość prawie się nie wychylała. Czułam jedynie jakby kwasko-gorzkawość ziół. Czasem wiązały się mocno z ananasem i goji, ale nie tylko. Baza z dodatkami wydawała się bardziej ziołowa, nie gorzkawa czy pikantna - połączyła te dwa wątki czystej. 

Z czasem ananas i ta ziołowa baza wyszły ciężko w leśny, wilgotny sposób. Wyobraziłam sobie leśny, jakby wręcz owocowy miód, o niemal ziołowo-alkoholowej duszności, a także egzotyczny, mieszany dżem i... jakieś fusy. Słodycz bazy uszlachetniła się.

Co ciekawe, gdy po paru kęsach z owocami, zrobiłam kęsa samej ciemnej czekolady, była przede wszystkim soczyście kwaśno owocowo egzotyczna i leciutko dżemowa.

Dodatki gryzione na koniec skupiały na sobie prawie całą uwagę. Łatwiej przychodziło to ananasowi. Niewątpliwie suszonemu, ale takiemu, który za wszelką cenę próbuje zaserwować coś jeszcze. Miał w sobie coś ze świeżego, coś z dżemu... Ależ on był słodki! Aż dziwnie i trochę wciąż tak ciężko-słodki. Goji przy nim czuć słabiej. Wolałam więc nie łączyć dodatków. Same w sobie bowiem były petardami swego słodko-goryczkowato-cierpkiego smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, raczej i częściej słodkiego, soczystego ananasa. Cierpkie, goryczkowate i słodkie goji też nieźle sobie radziły. Czekolada stała dopiero za nimi jako splot kwaskawo-słodkich owoców egzotycznych i cytrusowych. Czułam lekką pikanterię ziół i jakby owoców (?), a także wysoką rześkość wody i egzotyki, zestawionych jednak z jakimś mocno mieszanym, niejednoznacznym dżemem i motywem suszono-kandyzowanych owoców (na tej płaszczyźnie spotykały się nuty czekolady i dodatków).

Tabliczka mogłaby mieć 9 gdyby nie forma - ten plaster ananasa to naprawdę kiepski pomysł. Przez niego tabliczka była bardzo niewygodna w jedzeniu i dzieleniu. Takie rozmieszczenie dodatków przełożyło się też na efekt zbieraniny różności, nie spójną kompozycję. Nie przekonuje mnie też karmelowe zdobienie - było zupełnie zbędne. Jasne, i tak było smacznie, ale można to było zrobić lepiej. Na pewno jagody goji z tą bazą wyszły świetnie. Ananas sam w sobie nie wyszedł tu najlepiej, ale trochę dobrego zrobił. Ciekawie podkreślił soczystą kwaśność i ziołowość bazy, więc w sumie też na plus, ale wolałabym, by dodano go mniejsze kawałki.
Cieszę się, że trafiło, że to właśnie nikaragujskie kakao poszło pod te dodatki.


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 90g)
kaloryczność: 521,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ananas suszony, jagody goji, lecytyna słonecznikowa