wtorek, 24 listopada 2020

lody Bailey's Coffee Delight Ice Cream

Alkoholowe słodycze lubię tylko te dobrze wykonane, przy czym moje "dobrze" rozumiem przez odpowiednie dla mnie proporcje. A z tymi mam tak, że chodzi mi o to, by alkohol był wyczuwalny, ale by niczego nie zagłuszał. Do kawowych z kolei ogólnie zrobiłam się bardzo sceptyczna. Lodów kawowych chyba po prostu nie lubię (wniosek po 5-składnikowych kawowych Marletto), bo jakoś kawa z mlekiem nie łączy się dobrze w moim postrzeganiu. To, że pojawiają się u mnie te lody jest więc... dziwne. W sklepie jednak musiałam podjąć szybką decyzję, ponieważ trafiłam na oba smaki tych po jednym pudełku, a jakiś człowiek też się wokół nich kręcił i skład czytał. Wykorzystałam więc okazję, gdy na chwilę je odłożył i wzięłam. Przy kasie mówiłam sobie, że po prostu czekoladowe będą moje, a kawowe Mamy (nie wiem, czy bardziej kocha słodycze kawowe, czy alkoholowe), ale... bloggerska ciekawość jak zwykle wygrała. Przy przepisywaniu opisów (z niemieckiego oryginału na opakowaniu) tych lodów pojawiły się kolejne wątpliwości - a może nie podchodzą mi po prostu czyste kawowe? A takie z wieloma ciekawostkami odbiorę lepiej?  I doszedł kolejny aspekt: słodyczowych śmietników (gdzie jest za dużo wszystkiego) też nie lubię. Dobrze, że przynajmniej ciekawe rzeczy lubię.

Bailey's Coffee Delight Ice Cream with the Taste of Bailey's to śmietankowe lody "z preparatem o smaku likierowym (4%) i śmietankowe lody z sosem kawowym (10%) i wiórkami prażonej kawy (1,5%)". Opakowanie zawiera 500 ml / 400 g.

Po otwarciu zapach był delikatny, ale niewątpliwie czuć zarówno kawę, nutkę likieru i śmietankową bazę. Z czasem nasiliła się kawa i prosta alkoholowość. Już nie byłam taka pewna, czy to konkretnie słodki likier kawowy; to raczej mieszanka spirytusu i słodkiej kawy.

Gęsta masa lodowa była wprawdzie kremowa i tłusta jak to nierozwodnione lody na śmietance, ale jednocześnie miękka i współpracująca przy "wiosłowaniu" łyżką / łyżeczką. Wydała mi się... puszysto-spulchniona, miejscami bardziej, a miejscami gęstsza i jakby topiąca się z lekkim opóźnieniem. Był lekki podział na część białą i beżową (nie np. pół na pół, a "w cętki bez ładu i składu"), jednak szybko mieszały się ze sobą. Obstawiam, że średnio przemieszali po prostu ten preparat z lodami śmietankowymi, stąd taki efekt.
Gdy przyszło do jedzenia, ta tłustość bitej śmietanki natychmiast zatłuszczała usta, męcząc tym samym. Mimo że nie ciężkie, lody wyszły o wiele za tłusto.
Sosu dali średnią ilość. Początkowo wydał mi się gęsto-żelowy, ale szybko wykazywał wodnistość, topiąc się. Był minimalnie zagęszczony i gładki.
Zaskoczyło mnie jednak, jak dużo było wiórków i kawałeczków ziaren kawy. Mam do nich mieszane uczucia (mieszane, gdy tłumaczę sobie "logikę producenta", ale bardziej negatywne patrząc mocno subiektywnie), bo początkowo większość była chrupko-miękkawa jak orzechy, ale z czasem dziwnie wilgotniejąca. Kawowe fusy robiły się... niby miękkawe, a twardawe. Taki względnie twardawy dodatek w puszystych lodach odstawał i przeszkadzał.

Sama masa lodowa wyszła wyraźnie śmietankowo-tłusto ("tłusto w smaku") i delikatnie słodko. Fragmenty ewidentnie białe wyszły trochę mdławo, acz trochę nasiąkły kawowo-alkoholowym posmakiem. Nie było wielkiej różnicy między masą (masami?) lodową. Chwilami czułam po prostu jakby "lody łagodniejsze, a chwilami lody wyrazistsze".
Ta część beżowa, w którą wmieszali preparat*, już wyraźniej jakby mleczną kawą smakowała, ale to nie wszystko. Pobrzmiewała sztucznie, w pierwszej chwili likierowo, ale bez alkoholu, a dopiero z czasem bardziej autentycznie słodko likierowo. Nie był to jednak mocny, czysto kawowy likier, a taki niedoprecyzowany. W masie trafiłam na beżowe, gęste grudki, które podkreśliły trochę smak sztucznego, słodko-kawowego likieru*.
Ogółem baza lodowa wyszła dość mdławo i nie pomógł nawet fakt, że słodycz znalazła się na przyjemnie niskim poziomie.

Dodatkowo obniżył ją sos, którym cała masa była przepleciona, choć... nierównomiernie. Nie wydaje mi się, by było go specjalnie dużo, ale wystarczyło, by poczuć jego smak. Był... niczym esencjonalne, gorzkie espresso. Niestety jednak z cukrem i o likierowo-sztucznym posmaku. Doszukałam się w nim też smakowej wodnistości.

Kawałki kawy mocno podkreślały kawowy smak, dając gorzko kawowe pstryczki. W większości okazały się zaskakująco intensywnie palono-gorzkie, niektóre jednak (te mniejsze) wydawały się wyprane ze smaku. Gdy gryzłam je szybciej, a nie dopiero gdy zagarnięta łyżeczka masy rozpłynęła się w ustach, też (przez zmrożenie) nikły. Na szczęście jednak nie były kwaśne. Zostające przy zębach niestety przełożyły się na to, że po zjedzeniu jakiejś tam ich części, sama masa lodowa wydawała się jeszcze bardziej nijaka.

Po zjedzeniu pozostał posmak lodów śmietankowych i likierowo-kawowej sztuczności, jak również posmak samych fuso-ziaren kawy.

Całość wyszła więc jak... strasznie tłusta i delikatna w smaku śmietanka ze sztucznnym likierem i epizodycznym posmakiem gorzkiej kawy. Nie było za słodko, ale... delikatnie, mimo mocnego smaku i kawy, i jednak wyczuwalnego alkoholu. I znów: nie chodzi tu o alkoholowe uderzenie, a o smak, posmak. W tym niestety było sztuczne echo (jakby nie mogli dać po prostu likieru... a tak pewnie aromat likieru + spirytus).

Lody uważam za... generalnie znośne jakościowo, ale dziwnie skonstruowane, że smakowo nic fajnego w nich nie znalazłam. Tak łagodna, śmietankowa baza z posmakiem kawy i gorzko-wodnisty sos, gorzkie kawałki fuso-kawy wyszły zbyt kontrastowo. Odstawały, nie było pewnej spójności. Likier z kolei... wyszedł dziwnie sztucznie. Było mało tego smaku, choć alkohol niewątpliwie czuć; alkoholem-likierem jednak to nie uderzyło i... stąd może taki efekt? Z czasem drobinki kawy wydawały się coraz bardziej rozmiękłe, przez co też denerwowały.
Liczyłam, że przypominać będą lody Jacobs Latte Macchiato, ale nie. W tych za bardzo narzucał się pseudolikierowy motyw i niska kawowość samej masy, a najeżenie fusami (wolałabym, by zrobili np. masę kawową, dodali kawę rozpuszczalną czy coś).
Zjadłam trochę pod recenzję, bo ogół mocno mi nie pasował. Większość powędrowała do Mamy. Mimo że nie złe, to nudzące i męczące. Najpierw myślałam, że może wydziwiam, bo mam problem z tłustymi rzeczami, kawowe i alkoholowe rzeczy rzadko mnie satysfakcjonują, no, ale... Okazało się, że nie tylko ja miałam z nimi tu problem.
Mama kocha słodycze kawowe i likierowe, a te lody... jej nie smakowały. Uznała je za strasznie tłuste, "w smaku jakieś nijakie, czyste lody... Tylko ten sos kawowy dobry. Ale z kolei te ziarna kawy, tak? Nie wiadomo, co z nimi robić, czy łykać, czy wypluwać, bo gryźć niefajnie. Likier miałam czuć? No, na koniec może tak został, ale i ten straszny tłuszcz na ustach aż." Niestety, lodami nakarmiłyśmy kibel... Tak... pominęły pewien etap w życiu produktów spożywczych.

*Z opisu wynika, że same lody nie są kawowe, ale w smaku takie się wydawały - mogli dodać różne aromaty, albo... przesiąkły od sosu?
Wprawdzie też potem doczytałam, że Bailey's to likier na bazie śmietanki, ale... nie czarujmy się, że widząc to logo, liczymy głównie na śmietankę - a i ona fajnie w tych lodach nie wyszła (to tak, jak można lubić bitą śmietankę w deserach z nią, ale niekoniecznie kupuje się tą wyciskaną w sprayu, by jeść ją na śniadanie, obiad i kolację).


ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł / 500 ml
kaloryczność: 255 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 37 % bita śmietanka, odtłuszczone mleko, cukier, woda, żółtko jaja, odtłuszczone mleko w proszku, wiórki prażonej kawy, syrop glukozowy, płynny ekstrakt kawy, 0,4% alkohol etylowy, syrop cukru cukru skarmelizowanego, białka mleka, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; skrobia modyfikowana, stabilizatory: mączka chleba świętojanskiego, guma guar; regulator kwasowości, cytryniany sodu, wodorotlenek sodu; barwnik: karmel siarczynowy; aromaty

poniedziałek, 23 listopada 2020

Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection 61 % Fine from Nicaragua ciemna z Nikaragui

Z małym żalem myślałam o plantacyjnej serii Rittera, dlatego że zdecydowali się na dość niskie zawartości kakao. Z drugiej strony tłumaczyłam sobie, że to lepsza opcja niż np. zapchanie ich tłuszczem, ale wiadomo. Dzisiaj przedstawianej trochę się obawiałam. Padło, że miałam jeść ją 4 dni po obłędnym Morinie Nicaragua Chuno 70 % - konkurencja mocna, a że Nikaragua to region delikatny, a więc trudny do zrobienia tak, by mnie w pełni zachwycił... Bałam się kończyć myśl. Niemniej, czekolada naprawdę bardzo mnie ciekawiła. Zawsze przy takich zastanawiam się też, czy to zmiana w myśleniu producentów, czy tylko chwyt marketingowy, lecący na fali coraz popularniejszego świadomego wybierania produktów.

Ritter Sport Kakao Klasse 61 % Die Feine aus Nicaragua / Cocoa Selection Fine from Nicaragua to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z Nikaragui.

Po otwarciu poczułam zapach drzew i delikatniejszą, paloną nutę orzechów z pewną... kurzowością? Wiązała się ze słodyczą prostą i trochę zbyt ordynarną. Skojarzyła mi się z cukrem pudrem, papierową torbą z cukrem w starej szafce. Czekolada wydawała się... cukrowo-mlecznawa? Ale nie do końca mleczna ani czysto cukrowa. Nie wiem dlaczego do głowy przyszła mi wieś, jakiś kurnik... Doszukałam się też lekko cierpko-śliwkowej nuty, ale nie odegrała większej roli.

Odcień tabliczki wydał mi się dość jasny, jak ciemnych mlecznych. Także na dotyk się z takowymi kojarzyła, zdradzając kremową tłustość.
Przy łamaniu czekolada okazała się twarda jak skała, ale ziarnisty przekrój wyglądał zachęcająco.
W ustach... wciąż była twarda, ale jak twarde masło. Rozpływała się powoli. Mimo kremowości dość długo zostawała zwarta. Z czasem trochę miękła i nie stawiała ewidentnego oporu. Po ustach roztaczała tłusto-śliskie smugi. Pobrzmiewała w niej wodnistość, ale nie taka po prostu wodnista... kojarzyła mi się ze śliskim surowym jajkiem, co było dość odpychające. Pozostawiała tłuszcz na ustach, strukturą przypominając bardzo tłuste mleczne, nie ciemne.

Gdy tylko włożyłam kostkę do ust, poczułam wysoką słodycz. Była prosta, trochę pudrowa, ale nie napastliwa. Skojarzyła mi się za to z jakimiś jajecznymi tworami - likierem bez alkoholu / koglem-moglem (nigdy nie jadłam, więc to wyobrażenie).

Likier... miał taki dziwny, motyw - cierpkość? Zaraz poczułam drzewa czy raczej drewno. Wydało mi się lekko zakurzone, gnilne... pomyślałam o kurniku i... kurach, pierzu, jajkach... Oddawało to wiejski klimat i pewną nabiałowość.
Dołączył do tego delikatny, maślany smak. Znów po głowie krążyło mi coś jajecznego... jakiś krem, masa, wypiek...? Zabajone niealkoholowe? Pomyślałam o śmietance, jakimś słodkim serku - może właśnie o takim smaku.

A że pojawiła się gorzkawość, podkreśliła cierpkość, to pomyślałam przez chwilę o kwaskawych śliwkach, a raczej pestkach i śliwkach. Wniosły rześkość i soczystość, współgrającą z motywem bardziej palono-gorzkawym. Skojarzył mi się z drzewami i drewnem, pestkami śliwek i w końcu z  samymi śliwkami. To leniwy smak, trochę gubiący się w słodyczy.

Gorzkawość ze wszystkich stron opływała słodycz, robiąca się coraz bardziej śmietankową. Chwilowo przymglona, w drugiej połowie rozpływania się kęsa kojarzyła się z cukrem pudrem, lukrem. Czy lukier robi się na białkach? Ten z pewnością. W dodatku wydawał się śmietankowy. W drugiej połowie rozpływania się kęsa całość w smaku przywodziła na myśl czekolady śmietankowe.

Końcówka była bardziej palona, trochę drzewno-orzechowa. Oczami wyobraźni widziałam lukry, pod którymi kryły się rozmaite wypieki-babki.

Po zjedzeniu została tłustość maślano-nabiałowa, pewna śmietankowość, ale też lekka, cierpkawość kakao, orzechów, paloność... Dziwnie wypieczona i pozbawiona gorzkości. Mimo tłuszczowości, zostawiła lekką rześkość, może trochę owocową, ale niewiele pomogła.

Czekolada miała dla mnie wydźwięk wielkanocnej, haha. Wiosenne drzewa, sprzątanie, a więc i kurz, jajeczność, jajka i mnóstwo babek z lukrem. Nie znam smaku wielu z tych rzeczy, ale napatrzyłam się na nie w sklepach w tym okresie (bo świąt zupełnie nie obchodzę), i tak wyobrażam sobie smak tego wszystkiego. Niezbyt mi smakowała, a struktura wręcz obrzydzała. Ta tłuszczowość, jajeczność i jednak irytująca, prosta słodycz... Szkoda, że drzewa wyszły tak kurzowo, bez gorzkości. Że nie było wyrazistego nabiału, a jakiś wręcz białkowo-tłuszczowy... też zawiodło.
Właśnie ta łagodność i śmietanka zawsze mi w Nikaragui trochę przeszkadzają, jednak to nie zasadnicza wada tej czekolady. Ta była... jakby właśnie śmietankowa, niegorzka w smaku, a jednak bez błogiej struktury czekolad śmietankowych. Ta była obleśnie śliska. To połączenie i kumulację niemoich nut odebrałam jako zbyt odpychające. Dwa podejścia i przy każdym już mikroskopijna kosteczka mnie męczyła.
Wydaje mi się, że przesadzili z ilością tłuszczu kakaowego, którego przy tym regionie nie ma sensu dużo dawać, bo przygłusza i tak delikatne nuty, a i prosta słodycz białego cukru się tu nie sprawdza.
Aż dałam Mamie, zobaczyć, co ona na to wszystko. Jej również nie smakowała: "Nic w niej fajnego nie czuć. Dziwna, jakaś śliska, nie za słodka, ale i jakaś gorzka dość, tak lekowo mi się skojarzyła. Niesmaczna po prostu, ja w niej mleka nie czułam". Nie dała się więc nabrać, że śmietankowa czy coś i cóż... czekolada powędrowała do ojca.


ocena: 4/10
kupiłam: Allegro
cena: 4 zł
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

niedziela, 22 listopada 2020

J.D. Gross Winter Edition Mousse au Lait Almond & Cinnamon mleczna z musem śmietankowo-mlecznym, cynamonem i migdałami

Wyborowi, którą z czekolad z zimowej serii Grossów z mousse'ami zjeść jako drugą, towarzyszyły sprzeczne uczucia. W głowie słyszałam kłócące się głosy. O dziwo ta chyba była najmniej moja, a parę gorzej zrobionych Chateau obudziło we mnie mały lęk, a przynajmniej podejrzliwość, w kwestii czekolad z cynamonem. Skład tej mówił mi, że nie mam się czego bać, ale znowu kawałki migdałów w mlecznym kremie brzmiały po prostu nudno. Wiedząc zaś, co za mousse'y potrafi stworzyć Gross... Mogło być pysznie. Mogło być... jakkolwiek. Nie pomogło, że niby seria mousse'owata, a tłumacz uparcie pisał "krem", a nie "mus" czy coś. Ta tabliczka była dla mnie zagadką, jak wyjdzie. Nie chciałam więc dłużej przeciągać tkwienia w niepewności.

J.D.Gross Winter Edition Mousse au Lait Almond & Cinnamon to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana śmietankowo-mlecznym mousse'em (37,8%) z cynamonem i kawałkami migdałów (5%); edycja limitowana na zimę 2019/20.

Rozrywaniu sreberka towarzyszył atak słodko-ostrego cynamonu, w pełni naturalnego i kuszącego, mieszającego się z równie naturalnym, wyrazistym mlekiem. Pełny, głęboko mleczny motyw podchodził pod śmietankę i mieszał się z czekoladą. Wszystko to było przesłodzone, trochę i słodyczą, i cynamonem drapiące w nosie, ale... jednocześnie szlachetnie waniliowe. W dodatku przy podziale poszczególnych kostek odnotowałam nutkę migdałowych ciasteczek, co już w ogóle ukoronowało smakowitość.

Tabliczka wydawała się dość lepka, ale nie oblepiała sobą palców. Była tłusta, a jednak nie miękka. Przy łamaniu wykazywała twardość, lekko pykała.
Przy robieniu kęsa gruba warstwa czekolady też pykała, ale... spod niej wyciskał się mięciutki mousse, usiany nieprzesadzoną ilością średniej wielkości kawałków migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, bardzo gęsto i kremowo. W tłusty, maślano-śmietankowy sposób zalepiała usta, otłuszczała je, ale nie wydała mi się zbyt ciężka.
Tłustość podtrzymał mousse, ale jego była inna: śmietankowo-oleista i jednoznacznie kojarząca się z bitą śmietanką. Mięciutka chmurka, trochę piankowa, trochę właśnie śmietankowa była definicyjnym mousse'em delikatnym i napowietrzonym, cudownym.
Tę miękką mousse'owość zaburzały epizodycznie jedynie kawałki migdałów. Zaburzały, ale... nie przeszkadzały. Stanowiły przerywnik od tłustości. Okazały się lekko chrupiące, świeżo-miękkawe i trafione z wielkością.

W smaku czekolada uderzyła słodyczą o lekko waniliowym charakterze i ogromem mleka. Wydała mi się wręcz śmietankowa sama w sobie i przesiąknięta nadzieniem. Zarejestrowała cynamonową nutę, która podkreśliła ogólną migdało-orzechowość, częściowo płynącą z samej czekolady. Już ona lekko zadrapała w gardle.

Mousse wszedł konsekwentnie rozkręcając smak śmietanki. Był najprawdziwszą bitą śmietanką. Zacukrzoną co niemiara i... mimo że z czasem mignęła mi w niej oleistość, cały czas cudnie mleczną. Niczym słodkie mleko z cynamonem. Ten bowiem pobrzmiewał od początku, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszedł wyraźniej, na pierwszy plan. Bita śmietanka i cynamon dominowały. Rozgrzał usta swą słodką pikanterią, nie zaburzając łagodności i uroku śmietankowej bazy. Wydawało mi się, że to właśnie korzenność też drapie w gardle, nie sama słodycz.

Cynamon mieszał się z migdałowo-orzechową nutką, która nasilała się przy kawałkach. Nie musiałam ich rozgryzać, by poczuć ten delikatny akcent. Nakręcił korzenność wtłoczoną w błogą śmietankę.

Bliżej końca, gdy już zaczęłam podsysać i podgryzać pojedyncze kawałki migdałów, całość przywiodła na myśl waniliowo-migdałowe ciasteczka podane do ciepłego i zacukrzonego do gęstości mleka z cynamonem. Mleko... właściwie śmietanka były błogo delikatne, czym nie odebrały cynamonowi charakteru. Rozgryzane migdały wyszły na przód, ale nie zagłuszyły innych smaków, a wpisywały się w nie.
Mimo że dość niepozorne, okazały się pełne smaku. To świeże sztuki, smakujące po prostu sobą. Jeśli były prażone, nie czuć tego.

W posmaku pozostały właśnie migdały w cynamonie i czekoladzie mlecznej. Przez duże M! Czułam ogrom mleka tłustego, takiego otłuszczającego usta jak... jak oleista bita śmietanka? To było także to. Drapanie w gardle słodyczy zostało o tyle uprzyjemnione, że wydawało się poniekąd wynikać z cynamonowości.

Całość wyszła obłędnie. Doskonały mousse o mocno śmietankowym smaku idealnie łączył się z mleczną, trochę waniliową czekoladą. Cynamon był wyrazisty i mocny, ale że w pełni naturalny, okazał się boski, a migdały też mu się podporządkowały, budując korzenność. Wprawdzie słodycz wolałabym niższą, ale to jedna z tych czekolad, w przypadku których zasłodzenie jest pozytywne. Tłustość - tak samo. Mogłaby być niższa, ale jej wydźwięk był niesamowity (bita śmietanka zamknięta w kostkach). Zjadłam sama, dzieląc na dwa dni - jakoś nie zdobyłam się na poczęstowanie Mamy.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 7,99 zł (za 188g)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym (ale np. w przyszłym roku czy coś)

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, migdały 5%, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii, olej rzepakowy, cynamon

sobota, 21 listopada 2020

Zotter Labooko Tanzania 75 % ciemna z Tanzanii

Porządnie kakaowych czekolad z Tanzanii może jadłam niewiele, jednak pamiętałam, jak boskie były. Dzisiaj przedstawianą odkładałam w czasie, bo... Miałam przeczucie, że to będzie coś.
Kakao do wytworzenia tej tabliczki Zotter zakupił z małych farm zrzeszenia Kokoa Kamili z terenu o tej samej nazwie, leżącego blisko parku narodowego. Brzmiało jak coś... dziewiczego, nienaruszonego przez cywilizację. Podobało mi się to i obstawiałam, że mimo iż wydaje mi się, że wiem czego spodziewać się po tym  regionie, ta tabliczka może mnie czymś zaskoczyć.

Zotter Labooko Tanzania 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Amelonado i Criollo z Tanzanii; czas konszowania to 15 godzin.

Po rozchyleniu złotka, poczułam niby delikatną, ale jednocześnie esencjonalnie wyrazistą woń fistaszków i wiśni. Pierwsze wydały mi się lekko duszne, drugie zaś jako wino, łagodne i kwiatowe. Z czasem jednak zapach rozszedł się, nabrał mocy. Fistaszki "rozsypały się" na delikatne, lekko słodkawe, kojarzące się z masłem orzechowym oraz prażone i charakterne. Odnotowałam nawet ich słonawość, która z kolei w owocach podsyciła lekką kwaśność. Obok wiśni pojawiły się cytrusy.

Tabliczka o odcieniu niemal mlecznej w dotyku wydawała się tłusta, ale przy łamaniu zaskoczyła niecodzienną twardością. Trzaskała bardzo głośno, ujawniając pełny, zbito-ziarnisty przekrój.
W ustach potrzebowała krótkiej chwili, zanim zaczęła rozpływać się w sposób gęsty i kremowy, znacząco tłusty. Leniwie zalepiała usta, mięknąc i częściowo zachowując formę. Wszystko to trwało długo, ale na opór nie trafiłam. Kojarzyła mi się z idealnie gładkim, ciężkawym, ale nie przytłaczającym masłem orzechowym lub pastą... na bazie orzechów i awokado (?). Im bliżej końca, tym coraz bardziej ślisko-tłusta jak awokado czy masło się wydawała. I podobnie miękka, do czego jednak szło się przyzwyczaić

W smaku od początku czułam wyważoną gorzkawość. Najpierw były to fistaszki, jak się chwilę później okazało, prażone. Prażone mocno, może z goryczką przypraw (?), ale nie tylko.

Na tyły odeszły fistaszki trochę bardziej duszne i połączyły się z łagodną sugestią ziemi. Snuły się tam delikatne, kwiatowo-roślinne, nieco owocowe nuty, miękki, zielone mchy; podczas gdy ziemistość urządzała się bez pospiechu. Dzięki temu pobrzmiewała całą degustację.

W tym czasie na pierwszym planie rozbrzmiały fistaszki w całym orzechowym miksie (gorzkawe włoskie i pekany spoglądały ku ziemi, trafiając w niej na lekką ostrość). Prażone orzechy były jak ze Snickersa, a część weszła w strefę masłoorzechową. Smarowidło to wydało się trochę podsolone, trochę specyficznie słodkawe.

Od jego słodyczy odchodził karmelowy wątek. Pomyślałam o maślanym, delikatnym karmelu. Złocisty i ciągnący - dosłownie taki widziałam oczami wyobraźni! W pewnym momencie, jakoś w połowie rozpływania się kęsa, zrobiło się tłuszczowo-śmietankowo łagodnie, ale tylko chwilowo. Pikantniejsza nuta sugerowała jakiś bardziej melasowo-korzenny karmel.

Gorzkawość zaczęła kumulować lekką cierpkość, goryczkę. Ziemia zagrała wyraźniej. Wydobyła skądś skórki cytrusów, a w końcu słodkie cytrusy, jakby trochę związane z tym karmelem pomarańcze i... cytryny... Choć nie takie czysto cytrynowe, a przemieszane z kwaśnymi... śliwkami? Kwasek mniej więcej w połowie przełamał kompozycję. Ziemię zalała kwaśna cytryna i słodko-kwaśna, dojrzała wiśnia. Druga połowa rozpływania się kęsa należała do niej. Pomyślałam o wiśniach dojrzałych i słodkich, ale również kwaśnych, podchodzących pod czerwone wytrawne wino. Wydało mi się nieco przyprawione na ostro. Tu jednak znów nie było tak jednoznacznie, bo... czułam też kwitnące wiśnie, a więc pewną kwiatowość.

Drzewa bliżej końca znów zwróciły uwagę bardziej ku orzechom. Pod koniec były to jednak orzechy charakterniejsze, goryczkowate i zgrane z ziemią oraz soczyście-kwaskawymi owocami. Pomyślałam o miękkich śliwkach, winie i occie winnym balsamicznym, czymś pikantniejszym, może trochę goryczkowato-korzennym. Wszystko to jednak łagodziła maślano-karmelowa słodycz.

Po zjedzeniu w ustach został posmak wyrazistych orzechów, słodkiego masła orzechowego i maślanej słodyczy z pewnym przełamaniem... czy to goryczki, czy bardziej pikanterii ziemi i przypraw oraz taniną wina.

Całość rozkochała mnie w sobie od pierwszego kęsa. Masło orzechowe, ziemia, wiśnie i alkoholowo-korzenne sugestie przełożyły się na pełnię szczęścia. Dobrze, że cytrusowe nuty tchnęły soczystość, nie narzucały się. Podobnie z tłustością tej tabliczki - była, ta strukturalna nawet nieco za silna, ale przy tak intensywnym i odważnym, mocnym smaku da się na to przymknąć oko.

Ziemista i alkoholowo-owocowa (choć bardziej śliwkowa) była też Domori Morogoro Tanzania 70 %. Tam również czułam złocisty karmel, tylko u Domori słodycz ogólnie odegrała większą rolę. Nie była zbyt gorzka, a dymna, lesista - mroczna, ale nie tak charakternie uderzająca co Zotter. Pralus Tanzanie Forastero 75 % to z kolei pikantna fuzja przypraw piernikowych, wina, octu i masła orzechowego. Z owoców czułam w nim śliwki i jakieś łagodniejsze. Nie ukrywam, że kwaśno-gorzki, bardziej orzechowy niż owocowy, o lepszej konsystencji Pralus chyba smakował mi nieco bardziej, ale i tak Zotter dołączył do tego kochanego przeze mnie tanzańskiego duetu (Domori i Pralusa w sensie).


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 596 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 20 listopada 2020

Vosges Mo's Milk 45 % mleczna z wędzonym bekonem i wędzoną solą

Wiele osób nie wyobraża sobie połączenia czekolady z mięsem, to pewne. Ja natomiast za wiele już zjadłam, by wielkie wrażenie na mnie robiło. Mam jednak zdanie takie, że też nie ma co szpanować, przeginać czy szokować tylko, by się wyróżnić. Jak już ktoś robi czekoladę właśnie z mięsem, powinien dołożyć wszelkich starań, by wyszło przede wszystkim smacznie. A właśnie czekolady Vosges w swych niezwykłych połączeniach pochwalić się mogą niezwykłą starannością wykonania. Zupełnie przypadkiem trafiła do mnie w zasadzie już mi znana Vosges Mo's Milk Bar (recenzja z 2016 r.). Trochę zmieniło się jednak opakowanie i minimalnie skład. Tym razem do czekolady dodano bekon zrobiony na dwa sposoby chyba, a przynajmniej lepiej to opisano. Ucieszyłam się więc z niej, bo w tej samej przesyłce znajdowała się Mo's Dark 62 %.
Tym razem dowiedziałam się z opakowania, że bekon dodawany do czekolad Vosges wędzony jest w New Hampshire przez rodzinną kompanię, która w biznesie tym ma ponad 100 letnie doświadczenie. Pokoleniami wędzili boczek - pozazdrościć. W każdym razie, już nasi czekoladnicy, w tym założycielka Katrina, pieką to mięso, a dopiero potem dodają do czekolady.

Vosges Uncured Bacon 45 % Mo's Milk Bar to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z wędzonym bekonem oraz wędzonym bekonem z syropem klonowym (na drewnie owocowym, nieprzetworzonym) z solą wędzoną na drewnie olchowym.

Po otwarciu poczułam... mięcho. Mocno wędzone, ale też osnuty dymem skwarko-bekon soczysty, tłusty i słony. Wędzenie całościowo odegrało ogromną rolę, splatając to z... lekko odymiono-prażoną nutą orzechów, naturalnego, orzechowo-siankowego mleka i słodyczą. Również była palona, karmelowa. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia odnotowałam jeszcze nutkę syropu klonowego. Głęboko mleczna, szlachetna i słodka czekolada stanowiła tło dziwnie spójne z niemal ordynarną mięsnością.

Rudawa, dość tłusta w dotyku tabliczka zachęcająco lekko trzaskała, pokazując przekrój ze sporą ilością dodatków: średnich i mniejszych kawałków bekonu. Sól przebijała się z wierzchu - miała ciekawy, ciemny kolor, a wielkość jej kryształków określiłabym jako odpowiednią, bo raczej drobną.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, ale z ochotą. Za sprawą kremowej tłustości miękła i zalepiała usta zupełnie, tworząc błogą gęstwinę, z której wyłaniały się kawałki dodatku.
Bekon był... różny. Okazało się, że trudno o kęs bez niego, bo wystąpił także pod postacią drobniuteńkich kawałeczków. Te były chrupiąco-twarde, a z czasem bardziej miękkawe. Trudno powiedzieć o nich coś więcej. Te większe... Niektóre to najprawdziwsze, jakby tylko co usmażono-ugotowane dość tłuste skwarki. Inne - z warstewką karmelu, a więc karmelizowane i mocno chrupiące; średnio chrupiące - wszystkie one po wstępnym pochrupaniu okazywały się twardawo-jędrne i soczyste. Robiły się... tłusto-soczyste i miękko-żujne. Były tam wręcz krucho-twarde płatki (jak suszone?) oraz trzeszczące kawałki, i skórki, i bardziej włókniste fragmenty. Przy niektórych znalazło się trochę soli. Sól wystąpiła też luzem, między tymi kawałkami.

W smaku czekolada zaczęła od uderzenia mocno palonym karmelem oraz mlekiem. Wydało mi się słodko-słonawe w naturalny, wiejski sposób. Z nim łączyła się orzechowość i siankowość, a także coraz bardziej znacząca nuta wędzenia i mięsistość. Już w tym momencie swoją obecność zdradził bekon.

Wędzenie i słodycz nasiliły się przy odsłaniających się dodatkach. Wędzony smak wydał mi się w pewnej chwili niemal wiodący (ale czekolady nie zabił - wciągnął ją w siebie).
Mocny karmel spotkał intensywny syrop klonowy; coś mi się tu z drapiącym w gardle miodem skojarzyło... A zaraz nadeszła kontrastowa do tego sól. Przecięła słodycz, wprowadziła mięcho. Przede wszystkim mięso wędzone. Bekon łączył się z dymnymi nutami i był po prostu sobą. Soczystym, wyrazistym i bardzo słonym. Raz po raz po prostu poczułam taki... tłuszcz skwarek, skórek wieprzowych. Przeważnie występował w parze z syropem klonowym / karmelem i solą, które splatały się z jego soczystością.
Sól rozchodziła się nie tylko od mięsa. Była oczywiście słona, ale też na stałe związana z wędzeniem.

Wieprzowina tonęła w palono-orzechowej, mlecznej toni, sowicie doprawionej solą, ale także... kontrastowo głęboko czekoladowej. Sama czekolada wyszła wędzono-dymna, mocno palona, a jednocześnie... wciąż właśnie intensywna i słodko-mleczna.

Po wszystkim został posmak słonych skwarek, bekonu, wędzenia, ale też słodkiej i mlecznej czekolady, o porządnie zaznaczonym kakao. Czułam tłuszczowość, wędzenie i słodycz, co wyszło dziwnie harmonijnie za sprawą tłusto-mlecznego, wiejskiego klimatu.

To pyszna, acz oczywiście dziwna czekolada. Jestem pewna, że poprawili dawną wersję. Chyba bardziej skupili się na dodatku, bo jego smak wyszedł wielopłaszczyznowo. Ta była też zdecydowanie bardziej, szlachetnie wędzona. Właśnie wędzenie i syrop klonowy genialnie osadziły wysoką słoność w tych czekoladowych realiach.
Nie ukrywam jednak, że tak bardzo subiektywnie, wolałabym odrobinę mniej soli, ale to pewnie dlatego, że w ogóle nic nie solę.
Dosłownie 1/4 kostki dałam Mamie, by pokazać jej "co to za dziwo". Zdziwiła się: "Wow, ona była... słodka! I to tak dobrze, dobra... tylko to co na koniec zostało mi nie pasowało. Mięso, tak?". Ech... I zdziwiła się, jak jej powiedziałam, że to mleczna...


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem (wpadła do zamówienia przypadkiem - nie planowałam)
cena: 8 $
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, suszone pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii), kawałki niepeklowanego* bekonu (wędzona wieprzowina, woda, sól morska, surowy brązowy cukier turbinado, sproszkowany sok z selera, syrop klonowy), kawałki ugotowanego bekonu (wieprzowina, sól morska, surowy cukier, przyprawy), cukier, sól wędzona na drewnie olchowym

*"uncured fully cooked bacon" - nieprzetworzony? że bez azotanów? tak to rozumiem

czwartek, 19 listopada 2020

Muller Limited Kuskus Czekolada

Jako że to limitka, uznałam, iż puszczę tego posta poza kolejką, a co! Miałby pół roku na publikację czekać? Niech ma (Kimiko łaskawa pani).
Obecnie nie lubię deserów. W sumie można na tym zakończyć, ale w tym konkretnym przypadku dopowiem, że myślę zwłaszcza o deserach z lodówki. Wszelkie gotowe ryże i kasze na mleku odkąd pamiętam mnie brzydziły przez swoją strukturę i chłód (bo nawet temperatura pokojowa to nie "na ciepło"). Takie rzeczy to lubię sobie ugotować i jeść ciepłe. Mama jednak latami uwielbiała Belriso i Riso, stąd się opatrzyłam. A krówkowe Belriso nawet z ciekawości spróbowałam. Utwierdziłam się, że to nie dla mnie. Dopiero po paru latach na rynku pojawiły się nowości tego typu, które troszeczkę mnie zainteresowały. Były to desery kuskus konkurencji, czyli Mullera. Tego producenta mimo wszystko w miarę lubię (choć obecnie w jego asortymencie nie ma nic dla mnie), mam jakiś tam sentyment mimo wielu gorszych produktów, a Zotta od podlinkowanego nie, więc... uznałam, że w sumie mogłabym i "czegoś takiego" od Mullera właśnie spróbować. Tym, co mnie skusiło była oczywiście baza, a więc kuskus. Lubię kasze, ale w sumie... latami kuskusu nie jadłam, bo nie mam kiedy i z czym. Warianty smakowe... nie wydały mi się zbyt obiecujące, bo "sos czekoladowy" groził wodnistością, a truskawa chemią, ale z Mamą po jednym wzięłyśmy (jej chemia nie straszna, za to czekoladowych deserów nie jada). 

Muller Limited Kuskus Czekolada to kasza kuskus z pszenicy twardej na mleku z wsadem o smaku czekoladowym 15%.

Po potwarciu poczułam dziwny, słodko-roślinny zapach. W ciemno powiedziałabym, że deser całościowo jest roślinny, nie tylko że to kasza na mleku. Coś kaszowego, ale i roślinnie-mlecznego (jakby owsianego?) w tym było. Słodycz stała na znośnym, nie za mocnym poziomie, a czekoladowość ukryła się. Trochę, powiedzmy, że wyszła dopiero po przemieszaniu. Wtedy wydała mi się dość... kakałkowo-wodnista, może likierowa (ale bez alkoholu) i cukrowa.

Deser był średnio gęsty i glutowaty. Budyniowa, jedynie gęstawa baza wydała mi się dość tłustawa, śliska, ale jedynie minimalnie odpychająca. Kaszy nie było w niej za wiele, ale na brak narzekać nie mogę. Co więcej, była przystępnie miękka, nie rozmokła, a wciąż zwarta. W ustach rozpływała się trochę. W zasadzie... zawarło to pewien kleikowy element, co kojarzyło się nieco domowo. Pozytywne zaskoczenie.
Na dnie znajdowało się dużo sosu czekoladowy o konsystencji raczej rzadkiego, odrobinę wodnistego budyniu (ale jednak budyniu, nie sosu). Wydał mi się śliski, mimo że leciutko proszkowy.

W smaku baza od początku przejawiała słodycz, jak dla mnie ryzykownie wysoką, ale obiektywnie... obstawiam, że zwyczajną dla takich deserów. Smakowało to jak... wegański / roślinny budyń śmietankowy z nutą biszkoptową. Wydaje mi się, że kaszą całość przeszła i to ona stała i za roślinnością, i "biszkoptem". Sama w sobie... okazała się łagodna. Czuć, że to kasza, ale czy kuskus to w ciemno nie dałabym sobie ręki uciąć, acz możliwe, że dlatego iż niewiele miałam z nią w życiu do czynienia.

Sos czekoladowy okazał się intensywny jedynie w kwestii przecukrzenia. Po cukrze przemknęła kakałkowo-sosowa nuta, przywołująca kakao. Nie wyszło ani wytrawnie, ani gorzko. Kojarzyło się z cukrowym kakao na wodzie i czekoladowo-kakałkowymi, niedookreślonymi budyniami. Czułam w nim smakowe rozwodnienie, rozganiające potencjalną czekoladowość. To taki typowy, bardzo słodki sos, odlegle kojarzący się z dusznym likierem (bez procentów). Ponadto, miałam wrażenie, że gnieździł się w nim chemiczny aromat.

Przy lekkim przemieszaniu ciekawie to wyszło, ale dla mnie za słodko. Jak biszkoptowo-kaszowy deser kakałkowo-czekoladowy, trochę rozwodniony w smaku i trochę gryząco sztuczno-lodówkowy. Czekoladowa część przesłodziła całość i odciągała uwagę od biszkoptowego akcentu, ale i ten jakoś się sobie radził. Najgorszy był delikatny (ale niestety obecny) motyw "lodówkowo-deserowy", przez co nie dałabym się nabrać, iż jest to domowe, co mi bardzo przeszkadzało. Po zjedzeniu zaś pozostał lekki... prawie niesmak, takie mrowienie w język sztucznawego deseru lodówkowego (ostatnimi czasy już po żadne takie dlatego nie sięgam).

Całość zaskoczyła mnie w miarę pozytywnie. Jadłam trochę z poczuciem dyskomfortu, bo to jednak kasza na glutowatym, dość tłustym mleku w dodatku jedynie w temperaturze pokojowej (wystawiłam z lodówki na godzinę przed jedzeniem), ale wyszła ciekawie smakowo. Biszkoptowe skojarzenie na plus, sos już gorzej. Nie był wyraziście czekoladowy, ani nawet np. smakowicie kakaowy, a po prostu... niedoprecyzowany (taki "kakałkowo-budyniowy").
W zasadzie w swojej kategorii to chyba dobry produkt. Dla mnie? Z ciekawości raz zjadłam i mi wystarczy, ale właśnie: bez skrajnych emocji, więc nie jest źle. 
Raz w życiu jadłam mannę śmietankową tego typu i tak jak ryże na mleku bardzo mnie obrzydzała, więc uznałam, że kuskus do czegoś takiego nadaje się świetnie. Tak myśląc o krówkowym Belriso, przypomniałam sobie też Ehrmann Grand Dessert Griess i tak myślę, że gdyby nie kiepski sos, sama baza na luzie miałaby 8 w kategorii "dziwnych deserów lodówkowych". Do tego gdyby dać dobry sos... Potencjał jest. Ja jednak już podziękuję i od truskawkowego będę trzymać się z daleka. 


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 2,99 zł (za 160g)
kaloryczność: 105 kcal / 100 g; w opakowaniu 160g - 168 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: mleko pełne, maślanka, woda, cukier, kasza kuskus z pszenicy twardej 5,9%, czekolada w proszku 1,6% (cukier, kakao), skrobia, sól, czekolada 0,1%, substancje zagęszczające: guma guar, karagen; aromat

środa, 18 listopada 2020

A. Morin Nicaragua Chuno Noir 70 % ciemna z Nikaragui

Po dłuższej przerwie od Morinów zawsze już na dwa czy trzy dni przed zaplanowaną degustacją chodzę weselsza. Mimo że nie zawsze w pełni idealne, bardzo mnie cieszą się i smakują. Po paru rozczarowaniach właśnie też lepszymi (dawniej jakoś rzadko na takie trafiałam), po prostu musiałam w końcu sięgnąć po na pewno zacną, i o zacnej gramaturze. W dodatku bardzo ekscytujący był fakt, że tym razem czekał mnie ciekawy, rzadki kraj, z którego miałam też drugą tabliczkę tej marki, ale z innej odmiany kakao.

A.Morin Nicaragua Chuno Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuno z Nikaragui.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywną woń drzew, migdałów i palonej kawy.
Podsyciła je grejpfrutowa mieszanka słodyczy i goryczki. Szlachetny charakter wymienionych mieszał się z wysoką słodyczą palonego karmelu i suszonych owoców, lekkich kwiatów. Ich mieszanina przywiodła na myśl miód, a po pewnym czasie poczułam lekkie kręcenie w nosie, jakby właśnie słodyczy, ale... i pikanterii przypraw, w tym pieprzu. W tle zaś za charakterek odpowiadały wiśnie w wydaniu "gęstym" i ciężkim, czyli jako gęste wino lub lepka marmolada.

Tabliczka wyglądała raczej na ciemną mleczną przez jasny, ciepły odcień. Wszystko inne jednak było bardzo "ciemne", zaczynając od gładkości w dotyku, przez twardość po dźwięk. Przy łamaniu brzmiała jak twarde orzechy rozłupywane dziadkiem do nich. Mocno ziarnisty przekrój zaś też sugerował mleczną.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, nietłusto. W ciągu pierwszych sekund wydała mi się nawet sucha. Choć w pierwszej chwili wydawało się, że będzie oporna, tak po chwili zalepiała gęstą, kremową mazią, zachowując zwartość. Coraz bardziej przypominała niemal zapychający czekoladowy budyń z lekko proszkowym (chwilami wręcz szorstkawym?) efektem, wykazując coraz silniejszą soczystość, by tak zniknąć i pozostawić... trochę wysuszający efekt.

Od pierwszego kęsa czułam stateczną gorzkość kawy i naturalnie słodkawe migdały: mieszankę blanszowanych i nie. Wyszły delikatnie i raczej świeżo, dzięki czemu z łatwością połączyły się z nutami drzew. Pomyślałam o delikatnym marcepanie i czymś migdałowym - surowym batonie? Mące migdałowej? Chwilowo zrobiło się tak migdałowo łagodnie, że pomyślałam aż o jakiejś śmietance migdałowej.

Po paru chwilach drzewa się z nimi zrównały, co znów zmotywowało migdały same w sobie, by zabrzmieć wyraźniej.

Od tyłu zakradł się do tego nieśmiały, esencjonalnie słodki, ale charakterny dżem z wiśni. Wiśnie miękkie, wręcz czarne... niemal nieuchwytne, ale dodające soczystości. Nawet się nie zorientowałam, a już po chwili przejął ją słodko-goryczkowaty grejpfrut.

Drzewa w tle były z jednej strony niemal roślinnie żywe, kwitnące, z drugiej zaś... ciepłe, rozgrzane słońcem i... przyprawami? Jakby wspomniane migdałowe "coś" doprawiono na ciepłą nutę? Słodycz zaczęła rosnąć, trochę zadrapała w gardle. Również była ciepła i karmelowo-palona, choć ostrość sugerowała raczej miód i "miodowe" suszone owoce - figi? Przez to pomyślałam o figowo-migdałowym, jakby nieco roślinnym batonie (?)... Dość odważnie przyprawionym w sposób korzennie pikantny.

Poprzez tego "batona" rosła soczystość. Czerwonoowocowy motyw tchnął cierpkość... a może wyciągnął jakąś z przypraw? Mieszał się z migdałami oraz goryczką. W drugiej połowie rozpływania się kęsa nasiliła się wcześniej ulotna kwaśność. To były grejpfruty i inne cytrusy. Soczyste wnętrza i goryczkowate skórki chwilę później przemieszały się z resztą. Migdałowo-łagodniejsze tony do kwaśności dołączyły nutę maślanki. Śmietankowe motywy z początku bliżej końca stały się cierpkawym nabiałem (jak jogurt grecki?).

Słodkie grejpfruty, mimo ogólnej owocowej cierpkości kwaśnych skórek wiśni i jakiś innych "kulkowych ciemnych" owoców (granatowo-czarnych winogron?), zacnie łączyły się z karmelem, uwypuklając jego paloność i tonując kwaśność.

Oto gorzka kawa chętnie zaskarbiła część goryczki grejpfruta, odważnie informując, że i ona chce coś znaczyć. Drzewa i przyprawy ze swoją własną, pikantnawą cierpkością trochę na nią naparły, co przełożyło się na mocniejsze rozgrzewanie. Drobna pieprzność, taki... "konkret" wzrosła pod koniec.

Soczystość jednak nie odpuściła ani na chwilę, przemieszawszy się z karmelem, fundując słodycz bardziej owocową już na sam koniec, jako zwieńczenie.

W posmaku pozostały żywo-drzewne akcenty z łagodnością... jakby śmietanki migdałowej (?), dość ostre przyprawy, pieprzność, palona do gorzkości kawa oraz soczystość grejpfruta i dżemu wiśniowego, który po tych mocniejszych nutach wydał mi się doprawiony winem.

O Nikaragui zdążyłam już wyrobić sobie zdanie, że ona to delikatność (głęboka, charakterna, ale jednak). Morin temu zaprzeczył. Wyraziste drzewa, roślinne, ale charakterne nuty migdałów i przypraw to sporo goryczki i pikanterii idealnie zmieszanych z soczystym grejpfrutem i figowo-karmelowo-miodową słodyczą. Nabiał zacnie podłapał inne smaczki, dzięki czemu nie miałam wrażenia, że cokolwiek jest tu "hamującego".
Przy pierwszym kęsie myślałam, że to po prostu przepyszna czekolada, ale już przy drugim wiedziałam, że to jedna z wybitniejszych, jakie ostatnio jadłam.

Też miodowa i przyprawiona, ze sporą ilością kawy, była Manufaktura Czekolady Chuno Nikaragua 70 %, która jednak zdecydowała się na o wiele wyższą słodycz, co przełożyło się na śmietankowo-kwiatowy charakter, podkręcony wędzeniem (w Morinie to jakby przyprawy i drzewa wszystko podkręcają).
Znów rośliny (ale kwiaty) i cierpki nabiał Duffy's Nicaragua Juno 70 %, a także niektóre owoce (wiśnie, figi), orzechy i drzewa wydały mi się bardzo podobne. Powiedziałabym, że Morinowi bliżej do tej drugiej, ale przez ziemię Duffy's... nie do końca.
Morin wyszedł najbardziej owocowo z nich wszystkich.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25,49 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 17 listopada 2020

Ritter Sport Waffel mleczna z kremem kakaowym z chrypkami ryżowymi oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym

Przy Loacker Chocolate Cream wspomniałam, że miałam jeszcze jedną wafelkową czekoladę. To właśnie dzisiaj prezentowana. Mimo że nie przemawiają do mnie nazbyt waflowe czekolady, ta mnie ciekawiła, bo obstawiałam, że w pewnym stopniu może wyjść podobnie do jednego z moich ulubionych RS (za którymi ogólnie specjalnie nie przepadam) Kakao-Mousse i zarazem do jednego ulubionych z niegdyś batonów (KitKatów). Kusiła elementem przełamującym tłustość, więc jakoś tak... Kolejną motywacją była limitowana seria czekolad letnich 2020 - smaki wyglądały na ciekawe, ale najpierw chciałam sprawdzić, jak właściwie znoszę waflowe czekolady (bo jedna to była z kremem kokosowym i waflem).

Ritter Sport Waffel to mleczna czekolada nadziewana kakaowym kremem (28%) z kawałkami / płatkami ryżowymi (1,5%) oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym (11%).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach pełnego mleka, które mieszało się z pewną proszkowością i "kakałkiem". Nie było ani gorzką siekierą, ani dziecięco słodziutkim, a takim... po prostu jak z lekko "grzybowych" kremów kakaowych. Wafelek delikatnie sugerował swoją obecność dopiero po przełamaniu.

Już w dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, jakby zaraz miała zacząć się lepić, ale wciąż dość konkretna. Nie gięła się. Przy łamaniu chrupała / trzaskała... czy może raczej trzeszczała za sprawą wafla. Dwie warstwy, które przełożono kremem były bowiem porządne i świeże. W przekroju wydały mi się zwarte, krem między nimi też, ale ewidentnie tłusty. Było go jednak mało, czego nie mogę powiedzieć o tym na wierzchu, wypełnionym chrupkami ryżowymi.
Gruba warstwa czekolady w ustach szybko miękła, po czym rozpływała się w sposób bardzo gęsty i zalepiający. Była tłusta, a krem pod nią... jeszcze tłustszy, choć w bardziej oleiście-mazistym kontekście. Zarówno czekolada, jak i nadzienie, cechowała lekka proszkowość (ta kremu bardziej pyliście-kakaowa). Krem spomiędzy płatów warstwowych wydał mi się najtłustszy. Dano go jednak na tyle mało, że w całości trudno go jakoś specjalnie opisać.
Wafle ratowały sytuację, bo wprowadzały chrupkość, suchawość. Okazały się zacnie wypieczone na krucho, jednak nie miały problemu z nasiąkaniem, mięknięciem i integracją z resztą. Mimo suchości / konkretu były bowiem dość napowietrzone.
Chrupki ryżowe też sobie delikatnie chrupały, mimo świeżej twardości. Nie przeszkadzały, choć wystąpiły w sowitej ilości.
Nawet bez noża z łatwością dało się to rozdzielać, ale w ustach (samo z siebie) zachowywało zacną spójność. Pod tym względem przypominała dawnego KitKata Chunky, którego można było obgryzać bez szkody dla smaku. Miękło to na gęstą, lepko-tłustą papkę, chrupało przy tym, co mimo iż nie dla mnie, niewątpliwie może się podobać.

W smaku, jak i w zapachu, czekolada uderzyła mnie pełnym, wyrazistym mlekiem i słodyczą. Lekko waniliowa, od początku nieco za silna, zacnie łączyła się z leciuteńkim wątkiem kakao, tworząc uroczy klimat.

W ten słodki urok nie wpisał się nasilający wraz z wyłanianiem się kremu, smak kakao. Płynęło jakby obok. Było proste, gorzkawo-cierpkie i pełne smaku. Przecinało słodycz, by następnie przemieszać się z nią. Krem także był słodki, ale nie do przesady. Kojarzył mi się lekko grzybowo, maślanie... było w nim coś tłuszczowo-obrzydliwawego, ale wciągającego. Natychmiast skojarzył mi się z moussem z RS Kakao-Mousse.

Jego kakaowy smak podkreślił mało słodki, średnio wypieczony, a więc delikatny wafelek, który poczułam już w połowie rozpływania się kęsa. Był pszeniczny, neutralny, że aż trochę kartonowy, ale wciąż świeży.

Krem między warstwami waflowymi wydał mi się słodszy i bardziej nijaki od tego z wierzchu. Wciąż kakaowy, ale już nijako-tłuszczowy, trochę tani. Na szczęście w całości zbyt wielkiej roli nie odegrał.

Przez większość czasu chrupki ryżowe też wydawały się żadne, ale gdy za nie się zabrałam (bliżej końca i na koniec), okazało się, iż oprócz kontynuowania lekko zbożowego wątku kopsnęły... słonawość. Wyraźną, przecinającą słodycz i podkreślającą ambitniejszy charakter. Uwypukliły tym samym kakaowy smak kremu "mousse'owego".

Już pod koniec rozpływania się kawałka słodycz trochę drapała w gardle, ale wcale nie było przeraźliwie słodko, a całkiem nieźle kakaowo. Czekolada nie "umleczniła" tego, ale osadziła w łagodniejszym, mlecznie-waniliowym tonie. Pomyślałam o kakaowych lodach czy deserze. Oczywiście z wafelkiem, bo był do końca wyczuwalny, mimo że nawet ciamkany na koniec, nie zdominował czekoladowo-kakaowego towarzystwa (i zachował chrupiący element).

Pozostałam z posmakiem słono-wafelkowym i mocno mleczno-czekoladowym. Kakaowe kremy były w tle, niestety wraz z posmakiem "kiepskości" (żadnym wyrazistym, ale jednak). Czułam tłuszcz na ustach, co mnie nieco odrzucało, ale także lekkie podsuszenie wywołane pyłkiem cierpkawego kakao i samymi chrupaczami.

Zdziwiłam się, że czekolada ta wyszła w sumie tak nieźle wyważona i wcale nie odebrałam jej bardzo źle, jak się obawiałam. Za słodka i za tłusta, na szczęście jednak zarówno przyjemnie mięknąca i chrupiąca; smakująca, czym miała. Ani zbyt "słodziaśna", ani gorzka... W sumie jak wafel bardzo dobrej jakości, więc i nie taka mocno plebejska. Bardzo poprawna.
Może i sama forma bardziej do mnie przemówiła niż czekolad Loacker, bo jednak wyszła jak czekolada, ale niestety wyłożyła się na jakości, tłustości i słodyczy.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 5 zł
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, mąka pszenna, odtłuszczone kakao, masło klarowane, olej kokosowy, ryż, syrop glukozowy, dekstroza, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, mąka sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, miazga z orzechów laskowych, zmielona wanilia Bourbon, przyprawy

poniedziałek, 16 listopada 2020

(Super Krówka / Super Fudgio) Natura Food Veggie Czekolada Słony Karmel "mleczna" ryżowa 47 % z solą i karmelem

Pomyślałam sobie, że ostatnio była u mnie a to sól (Cachet Bio Organic 72 % Sea Salt), a to karmel jako jeden z elementów (Cachet 60 % with Pecan & Fudge), a to poniekąd jedno i drugie w nadzieniu (Lindt Hello, Nice to Sweet You Pecan Crumble), a kawałki solonego karmelu tak po prostu coś dawno nie. Przyszła więc pora na dziś przedstawianą. Ciekawa sprawa z nią, bo nie miałam pewności co do tego, jak właściwie ją nabyłam. Pamiętając, że "coś takiego mam w szafce", myślałam o Super Krówce Czekoladzie na mleku kokosowym 50 %, ale w końcu uznałam, że pewnie wiele wspólnego ze sobą nie mają.  Może trochę podobne opakowania? Dopiero po degustacji, a już przy poprawianiu wstępu sprawdziłam producenta i... okazało się, że pierwsza myśl była dobra! To polska marka z Warszawy, która robi produkty Super Krówka, a za granicę nosi miano Super Fudgio. Mało tego, potem udało mi się nawet ustalić, że ja miałam smak Caramel with salt, ale z nieco zmienionym składem jako wersja produkowana dla Biedronki.
Tego, że to czekolada wegańska, dowiedziałam się dopiero przygotowując wstęp do recenzji, a więc dzień przed otwarciem. Obstawiam, że także przy kupowaniu nie dotarło do mnie, że zawiera napój ryżowy, którego w czekoladach wręcz nienawidzę. Może sobie pomyślałam, że to kokosowa do porównania z SuroVital CoCoa Raw Biała z pistacjami i solą? Ale to bym ją aż tak dawno kupiła? Grunt, że datę miała jeszcze znośną (4 miesiące). Ciekawiło mnie też, jak mało ma kakao, że aż słowo "kuwertura" użyli.

(Super Krówka / Super Fudgio) Natura Food Veggie Czekolada Słony Karmel to "czekolada kuwertura" wegańska o zawartości 47 % kakao na bazie napoju ryżowego z karmelem i solą, produkowana przez Me gusto dla Biedronki.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam delikatny zapach kokosa i maślanych krówek. Kryła się za tym lekka cukierkowość, przez co wydał mi się przykurzony... Jakby ukryty w cukrze ... Do głowy przyszły mi jakieś karmelko-drażo-cukierki... Słonawy motyw był, ale drobniusieńki, więc całość i tak miała raczej łagodny wydźwięk. Gdy wąchałam spód z dodatkami, zwłaszcza już w trakcie degustacji, wyraźniej czułam cukierkowo-słony karmel... taki trochę sucho-krówkowy.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucho-tłusta, acz zdecydowanie podkreśliłabym tu suchość. Proszowość aż krzyczała. Dodatek okazał się posypką... Która (tylko u mnie?) miejscami zmieniła się w stopione coś, jakby warstwę "szkła", a częściowo została kawałkami. Kawałkami karmelu i wielkimi kawałami soli (ktoś sobie kawał zrobił?). W ogóle moja tabliczka była w opłakanym stanie, ale to pomijam.
Przy łamaniu trzaskała-pykała, ujawniając proszkowy przekrój. Gdy ją łamałam, dodatki nie odskakiwały, były mocno wtopione. Karmel ciągnął się trochę, choć był bardzo, bardzo gęsty. Skojarzył mi się z lizakiem zmiękłym od ciepła.
Kawałki miały różną wielkość. Karmel to kawałki duże i małe, jak również placko-szkiełko, sól z kolei... kryształy duże, małe, średnie i przesadnie gigantyczne.
W ustach rozpływała się powoli i z oporem, po prostu znikając i nie pozostawiając po sobie za wiele, no, oprócz dodatków. Mimo wodnistego, jakby chłodnego efektu kojarzącego się ze słodzikiem, była sucha i proszkowa, z czasem i trochę tłustawa jak... nie najlepiej rozpuszczone np. kakao z proszku na mleku.
I sól, i karmel, choć w dużej części rozpuszczały się wraz z czekoladą, to zostawały w ustach na długo po niej. O ile kule soli zostające na języku po protu wypluwałam (gdy już czekolada zniknęła, a zanim do tego doszło, nieprzyjemnie drapały mnie w podniebienie), tak większe fragmenty karmelu niemiłosiernie przylepiały się do zębów. Zachowywał się jak lejący zastygający klej, a potem trochę jak cukro-placki rodem z chałwy. Nie był twardy, skrzypiał i rozpuszczał się w miękki, niemiłosiernie powolny sposób.
Całość oblepiała usta i o dziwo... pozostawiała wrażenie tłustości.
Jeśli chodzi o mój sposób jedzenia, to jak zawsze w przypadku posypek, kostka leżała na języku posypką do góry, a ja w trakcie rozpływania się raz czy dwa może ją obróciłam -nie przy każdym kęsie. Jeden spróbowałam położyć posypką do języka  - straszne.

W smaku od samego początku czułam łagodnego i naturalnego kokosa (nie mleczko kokosowe!) oraz słodycz. Nie szarżowała, a płynęła spokojnie mieszając się z ryżowo-mącznym smakiem. Pomyślałam o papierze, pergaminie, kwiatach. Było to dość... przykurzone i dziwnie chłodne jak słodzik. Z czasem odnotowałam lekko karmelowy akcent, kojarzący się z bardzo łagodnymi karmelkami. Trochę niczym zwietrzała, sucha krówka... Coś mocno słodkiego, nijakiego, ale nie zabójczo-zacukrzającego. Takie "nudne, słodziaśne imieniny u ciotki w tabliczce".

W to właśnie nagle wkłuwała się wręcz soczysta sól. Poczułam kwaśno-goryczkowatą cytrynę, a po chwili, gdy weszła w kontakt z bazą, do głowy przyszły mi również kwaśne cukierki i lizaki. Nadciągnęło więcej soli, już bardziej po prostu słonej. Gdy jakiś jej kawałek dotknął języka, robiło się tylko i wyłącznie kwaśno-słono, czekolada umykała.

Karmel ogólnie odegrał niewielką rolę. Ten już dotykający jęzora, wyłaniający się spod czekolady i mimo że nie gryzłam, to przylepiający się do zębów, się karmel należał do tych delikatnych, bardzo cukrowych i wręcz... cukierkowych. Był dziwnie cukrowo-sztuczny, okropny. Mało palony, a jakiś... lizakowy? Sól z czasem osłabiała cukierkowy wydźwięk, by w końcu zagłuszyć go całkowicie.

Kęs posypką do dołu powalił mnie słonością, karmel cukierkowo zabrzmiał i szybko się rozpuścił, a potem czułam kwaśno-ostrą słoność z czymś dziwnym (mąką? - przez okropieństwo słoności nie umiałam, nie zdążyłam nazwać).

Gdy tak przegryzłam się raz i drugi a to kawałek bez soli, a to czystą czekoladę, a to z oboma dodatkami... Całość wydała mi się dziwnie... nijako-szarżująca. Delikatną, papierowo-mączną bazę nagle atakowały dzikie smaki. Papierowość i kwiatowo-ryżowy smak skojarzył mi się z jakąś dziwną, wodnistą i mdłą herbatą z mnóstwem cytryny i... kiepskim miodem. Tanim i sztucznym, drapiącym w gardle.

Na koniec zrobiło się już bardziej słono, co z kolei w czekoladzie podkreśliło mąkę i pewną nijaką nutkę tłustego kokosa... maślano-niemaślaną.

Po zjedzeniu choćby kostki pozostawał posmak soli, kwaśność mocno cytrusowa, soczysta, ale i jak po cytrynowym cukierku, też dziwna karmelowość... jakby dziwnie lizakowa.

Zdecydowanie mi to nie smakowało biorąc pod uwagę całość. Zjadłam trzy kostki, by mieć ogląd ogółu, jak co się sprawuje i... doszłam do wniosku, że najlepiej to wyszła sól. Nadała jakiegoś wydźwięku bazie przynajmniej, ale... gdy trafiło się jej więcej, wydawało mi się, że i ona (nie tylko słodycz), pali w gardle.
Resztę dałam Mamie, czym ją zdenerwowałam: "Gdy tylko włożyłam do ust, chciałam wypluć!". Zapytałam, czy położyła posypką na języku i trafiła na sól (tak) i chciałam, by samej czekolady spróbowała, ale kazała mi dać spokój, stwierdzając, że w ogóle nie lubi czekolad... Cóż, dobrze to o tej tabliczce nie świadczy, że aż tak ją z równowagi wyprowadziła.

Wróciwszy do recenzji Super Krówki 50 %, zobaczyłam, że i tamta była proszkowo-wodnista, a jednak pozostawiająca tłuszcz na ustach. Także czułam "budżetowe karmelki" oraz cytrusowość - w wersji z dodatkami niestety zwielokrotnione, co nie przełożyło się na korzyść, o nie. A i tak udało jej się papierową mąką walić...
Owszem, na mojej pewnie sobie ktoś skakał, a karmel z rozpaczy częściowo się rozpuścił... że jednak poszedł w takim lepiąco-miękkim kierunku, to już wina syropu glukozowego prawie na pewno. Jakość też więc do najlepszych nie należy. 


ocena: 2/10
kupiłam: Biedronka
cena: 5,99 zł (za 83 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada 96,3% (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, napój ryżowy w proszku, wiórki kokosowe, lecytyna słonecznikowa, aromat naturalny), karmel (cukier, syrop glukozowy) 3%, sól 0,7%