sobota, 25 maja 2024

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki w czekoladzie

Normalnie wpis ten można by uznać za żart, dowód na masochistyczne zapędy itd. jako że w zasadzie nigdy nie lubiłam galaretek, a obecnie nie lubię ogólnie zwykłych słodyczy, jednak... Jakiś czas temu trafiło do mnie coś, o czym na blogu w swoim czasie, ale co sprawiło, że pomyślałam, że przyda mi się zrobienie małego rozeznania w galaretkach. Te mi wyglądały na najklasyczniejsze i tym samym najbardziej konkurencyjne do wspomnianych. Acz opis producenta klasyczny na pewno nie był - nieźle mnie rozbawił, przedstawiając warianty: "kwaśna cytryna, dojrzewająca w pełnym słońcu pomarańcza, zmysłowo słodka malina oraz egzotyczny ananas".

Wawel Mieszanka Krakowska Galaretki w czekoladzie to owocowe galaretki oblane ciemną czekoladą o zawartości 43%kakao, dostępne w czterech smakach: cytryny, pomarańczy, maliny oraz ananasa. 

Pozytywnie zaskoczyło mnie to, jak galaretki zostały zapakowane. To nie zwykły papierek, który można rozwinąć - on tylko udaje "tradycyjny cukierkowy papierek". W istocie opakowanie jest bardzo szczelne, nie da się go odwinąć, a trzeba rozerwać w przeznaczonym do tego miejscu. Pomysłowe, higieniczne i... teoretycznie dłużej zachowujące świeżość. Napisałam "teoretycznie", bo niestety czekolada i tak była nieco zszarzała miejscami.

Struktura wszystkich smaków była taka sama. Cukierki były średnio-małej wielkości, ważyły 10-11g / sztuka. Nie wydawały się szczególnie masywne. Przy krojeniu czy gryzieniu dały się poznać jako delikatne.
Na wierzchu znalazła się średnia, miejscami bardziej grubawa warstwa czekolady... ups, jedynie polewy czekoladowej. Na spodzie była warstewka cieniutka, z logo firmy. Czekolado-polewa była twarda, łatwo i chrupko pękała i odpadała od galaretki. W dotyku wydawała się plastikowa, a w ustach okazała się plastikowo-tłustą, mazistą polewą.
Wnętrze to galaretki dość miękkawe. Kleiły się i minimalnie gięły. W trakcie jedzenia trochę oklejały zęby, dając się poznać jako bardzo miękkie i soczyste. Częściowo ochoczo, acz nie zbyt szybko, się rozpuszczały. Zachowały lekką, specyficznie galaretkową jędrność. Całość była średnio zgrana, ale w zasadzie przeciętnie w porządku.

Trochę czekolado-polewy spróbowałam osobno, ale lepiej tego nie robić, bo to bardzo niska jakość. Na szczęście wszystkie cukierki łączy to, iż nie stanowi ona istotnego elementu, a jedynie pobrzmiewa sobie przy każdym. Sama okazała się bardzo słodka i łagodnie-gorzkawa, nie gorzka. Pojawiła się w niej drobna, kakaowa cierpkość, ale też - o wiele więcej - nieprzyjemnej, margarynowej tłustości. Miała dziwnie tłusty posmak. Miejscami przesiąkła galaretką, co jej na dobre wyszło.

--------

Malinowa galaretka pachniała niczym cukrowy, zdecydowanie przesłodzony syrop malinowy z odrobinką kwasku i sztuczne landrynki malinowe. Tak sztuczne, że aż odpychające. Cierpko-słodka czekolada stanowiła istotny, ale nienachalny element.
W smaku czekolada okazała się gorzkawo-palona, cierpkawa, ale od razu też znacząco, ciężko-cukrowo słodka. Pobrzmiewała margarynowo-polewową nutą.
Malinowe wnętrze odezwało się niemal natychmiast. Uderzyło cukrem, jeszcze raz cukrem i motywem syropu malinowego. Jego słodycz jeszcze rosła, idąc w kierunku sztucznej słodyczy malinowych cukierków, landrynek. Pod toną cukru początkowo kwasek jeszcze próbował pobrzmiewać... Jakby chciał, a nie mógł. Niby był, a brakowało mu siły przebicia. W połowie jedzenia jednak sztuczna słodycz wydała się tak silna i drapiąca, że smak ogółu wyszedł aż mdło. Zrobił się chemicznie słodki. Chemia aż krzyczała, że szybko odechciewa się jeść. Tania czekolada nie pomogła.
Posmak oddawał sztuczne, trochę syropowe maliny. Czułam się sztucznie zasłodzona kompletnie.
Malinowa galaretka smakowała tak, że zupełnie nie chciało się jej jeść.


ocena: 4/10

--------

Ananasowa pachniała bardzo słodko, ale zaskakująco naturalnie i soczyście. Oczywiście cukrowość i tu się zaznaczyła, ale ananas zwieńczony nienachalną, słodko-cierpkawą czekoladą jawił się w miarę apetycznie.
W smaku czekolada wyszła gorzkawo-palono, polewowo i cukrowo, a kiedy tylko odezwał się ananasowy środek, umocniła się jej goryczka i cierpkość.
Ananasowy środek uderzał cukrem i słodyczą soczystą. W słodyczy przemknęła mi lekka sztuczność, ale zaraz się ukryła i ogół wyszedł dość naturalnie. Zasadniczy smak był jednoznaczny i wyrazisty. Przemknęła myśl o likierze anansowym, do końca zachował wydźwięk raczej naturalnego, soczystego owocu, w którym pojawił się kwasek. Z czasem słodycz wydała mi się ryzykowna, ale nie mordowała. Czekolada na zasadzie kontrastu chyba jeszcze to podkreśliła.
Posmak był soczyście ananasowy i trochę już słodko-rozmyty, cukierkowy.
Z zaskoczeniem uznałam, że galaretka anansowa w zasadzie była na tyle ciekawa i smaczna, że zjadłam - jako jedyną - całą. Tylko że gdy ciekawostkowość opadła, wiem, że po kolejną bym i tak nie sięgnęła. Przynajmniej nie tym razem. Z oceną trochę się wahałam, bo gdyby czekolada była lepsza, galaretka spokojnie miałaby mocne 8 - a kto wie, czy nie powalczyłaby o 9?


ocena: 7,5/10

--------

Pomarańczowa pachniała subtelnie słodko-cierpkawą skórką pomarańczową, którą jedynie trochę przyozdobił cały soczysty owoc. Przedstawiło się to dość naturalnie, jedynie z echem galaretkowo-olejkowym. Czekolada wydawała się stać z nią na równi. Też nie była szczególnie intensywna.
W smaku czekolada wyszła słodko-gorzkawo, bardzo bazowo, ale w pomarańczowej galaretce wydawała się najbardziej zgrana z wnętrzem.
Środek okazał się z nią harmonijny. Był bardzo intensywny. Pomarańcza roztoczyła po ustach słodycz, ale też soczystość. Tonie cukru wtórował jednak owoc dość naturalny, a także goryczka. Połączyła specyficzną galaretkową ze skórkową. W połowie jedzenia dołączyła do tego ogólnie cytrusowa kwaśność i soczystość. Na jaw wyszedł też bardzo olejkowy charakter galaretki. Słodycz cały czas próbowała to spłycić sztucznym echem. Końcowo niestety to słodycz wygrała, jeszcze wzrastając i sprawiając, że całość szła w mdławym kierunku.
Po zjedzeniu został posmak olejku pomarańczowego, ale nie straszna sztuczność, gdy chodzi o smak pomarańczy, i mocne przesłodzenie - wydawało mi się, że to w nim ulokowała się chemia.


ocena: 6/10

--------

Cytrynowa pachniała intensywnie cytrynowym płynem do naczyń wymieszanym z limonką oraz cukrową słodyczą jakby oranżadki cytrynowo-cytrusowej. Za gorzkawo-paloną czekoladą pojawiła się jeszcze specyficzna goryczka galaretki i skórek cytrusów. 
W smaku czekolada okazała się bardzo cukrowa, polewowa i gorzkawo-palona. Cytrynowy środek chyba podkręcił jej goryczkę.
Wnętrze uderzyło cukrem i smakiem cytryny ewidentnie na słodko. Wyobraziłam sobie sztucznie słodkie oranżadki w proszku cytrynowe. Zaskoczyła niską kwaśnością. Pomyślałam o jakimś cytrusowym drinku, łączącym cytryny i limonki, ze sporą ilością słodkiej chemii. Soczystość przewinęła się, ale kwaśności nie rozkręciła. Ta była bardzo niska. W jej miejscu pojawiła się za to pseudocytrusowa goryczka. Do tego płyn do naczyń coraz mocniej dawał się we znaki wraz ze sztuczną, landrynkowo-orandżadkową słodyczą. Cytryna w tym wariancie miała bardzo sztuczny charakter.
Po zjedzeniu czułam okropnie sztuczną cytrynowość, jakby chemiczną, goryczkowatą orandżadkę cytrusową, lekką kwasowość limonki i przesłodzenie - nie tyle cukrem, co taką dziwną landrynkowością.
Cytrynowa wyszła najgorzej, bo osobliwie sztucznie-goryczkowato. Myśli o oranżadce w proszku i płynie były dziwne, że szybko odechciewało się jeść. Jednocześnie nie było to na tyle strasznie napastliwe, by wywołać traumę czy skrajne emocje.


ocena: 3/10

--------

Galaretki... nie zaskoczyły mnie specjalnie. Niczego zachwycającego po Wawelu się nie spodziewałam. Kiepska czekolado-polewa mi nie pasowała i w dodatku odpadała od wnętrza. Przynajmniej nie narzucała się w całości. Na plus, że cukierki pachniały ładnie i mimo że za słodko, jawiły się jako naturalne i soczyste. Struktura galaretki również na plus, bo nie były zbyt twarde, a specyficznie jędrne.
Smaki jednak zostawiają wiele do życzenia. A jednak... była anansowa, która zasłużyła na pochwały. Okazała się interesująca i ze względu na to (między innymi) najsmaczniejsza. Właśnie - ona była po prostu... zwyczajnie galaretkowo smaczna. Słodko-kwaskawa i nie tak bardzo sztuczna. Z kolei pomarańczowa wyszła przeciętnie i bezpiecznie - nie za mocno sztucznie, zwyczajnie. Malinowa była najbardziej słodko-mdła, sztuczna i męcząca, a cytrynowa sztucznie-dziwna. Zaskoczyła mnie prawie brakiem kwaśności, a za to słodko-goryczkowatym smakiem. Malinowej i cytrynowej podziękowałam po "mniejszej połowie", pomarańczowa była taka sobie, taka co to można zjeść albo nie (po "większej połowie" wybrałam "nie", bo to nie moja bajka), natomiast anansowa - w miarę przyjemna, jak się ma ochotę na galaretki, godna polecenia. A jednocześnie w sumie... no są, czym są. Myślę, że gdyby tak zastąpić syrop glukozowy (chociaż większą część, bo już nawet nie wymagam całości) cukrem, mogłoby coś z tego być.

Warto przy całej mieszance zauważyć, że smaki są bardzo zróżnicowane gdy chodzi o to, jak wyszły. To jedna z tych mieszanek, co można wyszukiwać "najlepszego cukierka", a ze zgrozą omijać nielubiany smak. Ocena zbiorcza to takie... 6. Nie jest to średnia, bo średnia wychodzi 5. Po prostu wzięłam pod uwagę to, jak wyszły np. galaretki Odry (za jakiś czas na blogu), pomyślałam o tym, jak wygląda rynek słodyczy i w to "6" wlicza się to wszystko. W tym uniwersalność smaków. To z jednej strony wada, bo niektóre są niesmaczne, ale z drugiej zaleta - wszak gusta są różne i w zasadzie da się "cos dla siebie" w tym znaleźć.

Mama opisała je: "Na pewno wszystkie mają konsystencję galaretek idealnych, bo są takie miękkawe, delikatne, a zwarte i trochę soczyste. Ta niesmaczna, polewowa czekolada im tylko przeszkadza. Okropna. Już mogli się choć trochę postarać i zrobić chociaż średnią czekoladę, a nie polewę. Malinowe galaretki słodko-kwaśne, takie sobie, nie wiem, czy zgadłabym, że to malina ma być. Takie czerwono owocowe. Chyba najgorsze, ale nie jakieś specjalnie złe. Ananasowe pyszne! Aż dziwne, że Wawelowi się udało. Soczyste, naturalne i wyraziste. Pomarańczowe bardzo intensywne, ale nie sztuczne. Takie poprawne. Też smaczne, ale nie aż tak jak anansowe. Za to cytrynowe kiepskie, ale nie wiem, czy gorsze od malinowych. Na początku to jeszcze - takie słodko-cytrynowe, ale potem wyłazi taka perfumowość, sztuczna cytryna taka... bardzo dziwna i zostawia niesmak okropny. Do ananasowych, jak mnie najdzie na galaretki, wrócę. Wszystkie na pewno lepsze od średniaków, dziwnie twardych galaretek Odry". Co ciekawe, ranking Mamy i mój wygląda niemal tak samo - a to nie często się zdarza.


ocena: 6/10 (zbiorczo Mieszanka jako produkt)
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 2,49 zł za 100g (jak wyżej)
kaloryczność: 347 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie, ale ananasową mogłabym się może kiedyś poczęstować

Skład (zbiorczy): cukier, syrop glukozowy, czekolada 20% (cukier, miazga kakaowa 43%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny shea, emulgator: lecytyny ), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja żelująca: agar; soki owocowe 1,2% z zagęszczonych soków owocowych (ananas, cytryna, pomarańcza, malina), naturalne aromaty

piątek, 24 maja 2024

Zotter Lemon & Almond / Zitrone & Mandel ciemna 70 % z cytrynowym marcepanem i nugatem migdałowym z kawałkami cytryny

Na zakończenie jedzenia zotterowych nowości na 2023/24 zostawiłam tę bez większego powodu. Chyba dlatego, że nie było w niej niczego, co by mi kazało zjeść jak najszybciej, np. alkoholu (by nadzienie nie zdziadziało, nie scukrzyło się), ani niczego szczególnie dziwnego, podejrzanego lub arcypysznego. Tak sobie przy niej pomyślałam, że do Zottera często mam żal, że nadto podkręca pewne kompozycje cytryną. Teraz czekała mnie kompozycja cytrynowa do kwadratu. Byłam ciekawa, jak wyjdzie.


Zotter Lemon & Almond / Zitrone & Mandel Vegan to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) cytrynowym marcepanem migdałowym i (30%) praliną / nugatem migdałowym z kawałkami cytryny (wg producenta: "chrupiącymi kawałkami"); wegańska.

Po otwarciu poczułam goryczkowaty zapach cytryny - kwaskawo soczystej też, ale w dużej mierze olejku cytrynowego mieszającego się z cytrynową skórką oraz ciemnej czekolady o palono-chlebowym charakterze. Podkreśliły go intensywne migdały, stojące tuż za czekoladą. Wyraźnie czułam ogólnie migdały, ale i sam marcepan - zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch tabliczki. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia migdały i cytrynowość umocniły się, ale na znaczeniu przybrała słodycz. Najpierw wydawała się po prostu palono-karmelowa, potem zaś z karmelu wyłamało się jego cukrowe pochodzenie.

Tabliczka była konkretna i dość twarda, ale też nieco krucha. Gruba czekolada na wierzchu głośno trzaskała, marcepan wyglądał na zbity, konkretny i grudkowy, a nugat na krucho-suchawy. To jednak tylko wrażenie, bo szybko dał się poznać jako lekko plastyczny. Kawałków cytryny w nim nie widać.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto i maziście. Dała się poznać jako bardzo tłusta, wręcz trochę polewowa, a także maślana i kremowa. Powoli odsłaniała wnętrze.
Marcepan wyciskał się spod niej w tempie umiarkowanym, dodając sporo soczystości. Rozpuszczał się, czy raczej rozchodził na grudki, bardzo powoli i zostawał najdłużej.
Nugat podpinał się pod czekoladę konkretem, w pewnym sensie kremowością, acz był od niej znacznie mniej kremowy. Trochę maślany, ale nie tłusty. Niby trochę suchawy, ale też nie suchy. Na pewno miękko-zwięzły, wręcz gumowy i gęsty. Okazał się pylisty. Miękł ochoczo, ale wcale tak szybko nie znikał - na pewno jednak robił to przed marcepanem. Czuć w nim jednak także migdałową masywność, sytość.
Na koniec zostawało trochę kawałków cytryny i grudki marcepanu. Ostatnie sporadycznie trzeszczały i skrzypiały świeżo.
Cytryna wystąpiła pod postacią niewielu małych, miękkawych, gumowo-jędrnych, zżelowanych kawałków koloru biało-przezroczystego. Nie wyróżniały się zbytnio, wtapiając się w grudki marcepanu. W zasadzie, gdyby jeść to nieuważnie, dałoby się je przeoczyć.

W smaku czekolada zaserwowała stonowaną, nieco karmelowo-paloną słodycz, a także wyrazistą gorzkość. Miała dymno-chlebowy charakter, który podkręcił marcepan (miejscami nieco nim przesiąkła). Po chwili zaserwowała lekką soczystość. Wydawało się, że poniekąd płynie z czekolady, a nie że tylko przesiąkła wnętrzem.

Nadzienia dochodziły do głosu mniej więcej równo, ale to marcepan szybciej przyciągał uwagę. Nugat w harmonii mieszał się z czekoladą.

Marcepan przeciął wszystko kwaśnym sokiem z cytryny, powoli dokładając do niego migdały o poważnym, ciężkawym charakterze. Marcepanowość chwilami nieco gubiła się pod ogromem cytrynowości: zarówno soczystego soku, jak i nasilającej się goryczkowatego olejku. Ogólna cytrynowość rosła cały czas i wyglądało na to, że nie ma zamiaru się zatrzymać. Kwaśność z kolei w pewnym momencie już nieco odpuszczała, trzymając się po prostu dość wysokiego poziomu. Cytrynowość pokazała się ze słodszej strony - bardziej jak jakieś ciasto cytrynowo-migdałowe, masa cytrynowa. Cierpkawy, goryczkowaty olejek cytrynowo-cytrusowy ogólnie pobrzmiewał cały czas.

Nugat dodał czekoladzie słodyczy i maślaności. Podkreślił migdałowość marcepanu, ponieważ był naprawdę całkiem porządnie migdałowy. Zaskoczył mnie zachowawczą, palono-karmelową słodyczą. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyłoniła się nijaka, jakby trochę wodniście-mydlana nuta... jakby wege białej czekolady? Bardzo jednak marginalna. Ogólnie jednak nugat smakowo podpinał się pod czekoladę. Do tego pojawiały się w nim kwaśne punkciki, nakręcane drobinkami cytrynowymi - te z kolei przygłuszały nugatowość samą w sobie, a uwagę kierowały na cytrynowy marcepan. 
Nugat spróbowany osobno okazał się delikatny, bez jakiegoś szczególnego charakteru. Uległy wobec cytrynowo-marcepanowej warstwy.

Olejkowa i kwaśno-soczysta cytryna zdominowała bowiem całość. Migdałowy splot nugatu i marcepanu (w tej kolejności) był co prawda wyczuwalny, ale pod jej dominacją. Ta wydawała się  przerysowana. Ciemna czekolada na zasadzie kontrastu wydała mi się końcowo jeszcze bardziej dymno-gorzka i słodsza, ale jednocześnie sama w sobie kwaskawo-soczysta oraz... polewowa. Wydaje mi się, że to przez napastliwą cytrynowość. Mimo że olejkowa goryczka poniekąd próbowała dopasować się do ciemnej czekolady i migdałowości, wydawało mi się, że je spłyca. W dodatku końcowo na języku zaznaczało się... coś. Coś dziwnego - nieimbirowy imbir?

Kawałki gryzione na koniec to delikatne wiórko-grudki migdałów z marcepanu o lekko zgaszonym smaku, a także pojedyncze drobinki cytryny. Niektóre wyszły bardziej goryczkowato jak białe włókna owocu, inne kwaskawo-soczyście, a niektóre zaskakująco słodkie. Były średnio wyraziste.

Po zjedzeniu został mocno cytrynowy posmak złożony z goryczki olejku cytrynowego i kwaśnego soku, mieszający się z echem migdałów - bardziej migdałów po prostu, tych z nugatu. Marcepan leciuteńko tylko pobrzmiewał, a jeszcze za nim jakaś niedookreślona sztuczność (?), mydlaność. Ciemna czekolada zaznaczyła się jako lekka cierpkość i chlebowa nutka, mieszająca się z migdałami. Przerysowanie cytryny mocno dawało się we znaki. Końcowo wydawało mi się, że to aż lekko wgryza się w język (a może to od imbiru?).

Czekolada wyszła nawet smacznie, ale za intensywnie cytrynowo. Olejek cytrynowy przeholował i pewnym nutom trochę przeszkadzał, inne niepotrzebnie przygłuszał. Marcepan chwilami wydawał się aż mało marcepanowo-migdałowy, a przecież nie o to chodzi. Wolałabym, by skończyło się na soczystej cytrynowości i ewentualnie odrobinie olejku, wraz z kawałkami. Marcepan był więc ciekawy, ale do dopracowania. Nugat z kolei wyszedł w porządku i tyle - mocno migdałowo i nie za słodko, ale nie miał siły przebicia. Może niewegański byłby charakterniejszy? Ciemna czekolada jako wierzch to dobre posunięcie.
Mimo pewnych wad, 48g z 77g (bo tyle ważyła tabliczka zamiast deklarowanych 70g) zjadłam w zasadzie ze smakiem do połowy tej mojej porcji. Potem przerysowanie cytryny zaczęło mnie już porządnie męczyć. A i tak było to lżejszego, niedegustacyjnego dnia (obecnie nadziewane Zottery w sumie wszystkie na takie dni przeznaczam).

Resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Niesmaczna ta czekolada, jakby ktoś próbował udawać Zottera, a nie Zotter. Cytryna tak napastliwa, że aż w język gryzie. Migdały aż uciekały, a ten nugat przy kwachowatym marcepanie smakował jak nijaka słodka gamoła. Zanikał, tylko w konsystencji nieprzyjemnie się zaznaczał. A sama czekolada jaka niesmaczna! Gorzka i jak polewa. Jeden z gorszych Zotterów, jakie dostałam. Nie wiem, po co to tak z tą cytryną szaleć. Trochę by wystarczyło i naturalniej by wyszło, bo tak to aż dziwnie. Teraz ja lubię kwaśność w słodyczach, ale ta czekolada nie była zwyczajnie kwaśna. Była niesmaczna.".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, migdały, olejek cytrynowy (9%), tłuszcz kakaowy, cytryna liofilizowana (2 %: cukier, koncentrat soku cytrynowego, mango, skrobia), koncentrat soku cytrynowego (2%), syrop cukru inwertowanego, olej migdałowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa, sól, imbir w proszku, emulgator: lecytyna słonecznikowa, sproszkowana wanilia

środa, 22 maja 2024

Dandelion Chocolate 70% Kokoa Kamili Tanzania 2021 Harvest ciemna z Tanzanii

Tabliczka marki Dandelion na stronie sklepu internetowego przyciągnęła mój wzrok prostym i eleganckim opakowaniem. Nie zachwycającym, ale sugerującym, że liczy się wnętrze. O samej marce poczytałam natomiast już po zakupie i nawet zjedzeniu, opisaniu. Wcześniej miejsce na wstęp do recenzji zostawiłam puste. I za nic nie zgadłabym, że to marka amerykańska! A jednak. To mały producent z San Francisco. Założyciele Todd i Cameron ponoć od samego początku zachowują bezkompromisowość w kwestii jakości produktów, na jakich pracują i odwiedzają miejsca pochodzenia kupowanego kakao. A także w kwestii jakości tego, co sami robią - wyznają zasadę dwóch składników. To, że większość ich czekolad ma 70% jest jak najbardziej celowe - by ludzie mogli porównywać między sobą poszczególne regiony. Cóż, ja wolałabym porównywać je przy większej zawartości, ale trudno. Znalazłam na ich stronie, że obecnie produkują ponad 12 tysięcy tabliczek miesięcznie, a ponoć to i tak nie zaspakaja popytu, bo cieszą się ogromną popularnością. Inną informacją, do jakiej dotarłam, było, iż zajmują się czekoladą od ponad 10 lat, ale nie mam pojęcia, w którym roku ten ich opis był tworzony - ja stronę odwiedziłam w 2024.

Dandelion Chocolate 70% Kokoa Kamili Tanzania 2021 Harvest to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tanzanii, z doliny Kilombero, z plantacji Kokoa Kamili.

Po otwarciu rozszedł się zapach ziemi, soczystych wiśni i orzechów nerkowca. Splot wydał mi się zaskakująco mało słodki, ale słodki intensywnie. Czułam mnóstwo róż - w większości kwiatów, ale w tle czaiły się też owoce dzikiej róży, przerobione na miodowy dżem. Miód nie był zbyt oczywisty, raczej trzymał się tyłów. Całość przeplotła rześkość, świeżość i lekko zaznaczona egzotyka z kiwi na czele.

Dość masywna, wyglądająca na kremową tabliczka w dotyku wydawała się tłusta, a przy łamaniu trzaskała głośno i jakby chrupko. Była średnio twarda.
W ustach rozpływała się powoli i gęstawo. Niemal do końca zachowywała względnie kształt, ale nie brak jej kremowości. Tę połączyła z lekką zawiesinowością. Nie była zbyt tłusta. Zaskoczyła soczystością i końcowo aksamitnie-pylistym elementem. 

W smaku pierwszy uderzył łagodny twaróg... Zmieniający się zaraz w pszenną, jasną bułeczkę ze śmietankowym twarogiem. Dosłownie bułeczkę, bo charakter tego był wprost uroczy. Może nawet nie zwyczajnie pszenną, a mleczną?

Nagle poczułam się, jakby usta zalał mi jasny miód. Słodycz szybko rosła i zaczęła aż lekko drapać, rozgrzewać. Była nie tylko wysoka, ale próbowała rządzić kompozycją. Wychwyciłam za nią obietnicę soczystości. Miękkich, dojrzałych wiśni? I jakby jakieś miodowo słodkie owoce egzotyczne?

W tle przemknęły mi chyba nerkowce o słodkawo-maślanym charakterze. Zakręciła się przy nich też lekka śmietankowość. Te wszystkie pojedyncze, dolatujące akcenty nieco rozproszyły miodową słodycz. Obudziła się w niej rześkość, w której nagle rozkwitły kwiaty, głównie róże i jaśmin. Także były słodkie, nawet ciężkawe, ale z nutą świeżości.

Do smakowego bukietu wkradła się gorzkość. Nadała całości trochę charakteru i powagi, ale w zasadzie nawet nie próbowała hamować słodyczy.

Dojrzałe, miękkie wiśnie umocniły się i wśród nich raz po raz zaczęły pojawiać się przebłyski kwaskawych wiśni. Podkręciły świeżość, rześkość. Nie było jednak bardzo kwaśno, ze względu na słodycz mieszanki miodu, róż i jaśminu. Soczyście natomiast owszem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość nagle uderzyła. Wtórowała jej wyrazista, czarna ziemia. Pomyślałam o takiej powierzchownie rozgrzewanej słońcem, ale wilgotnej i żyznej głębiej. Gorzkość dała się poznać jako mocna, ale wcale nie szczególnie siekierowa, bo i nerkowce wyszły na przód.

Orzechy nerkowca przez pewien czas wydawały się zaskakująco w tym wszystkim wyraziste. Potem jednak zaczęły się oddalać. Wypchnęły przy tym jeszcze z kompozycji bułeczkę i starały się ją zastąpić.

Wiśnie wciągnęły trochę słodyczy, zmieniając się w czerwoną konfiturę, do której dodano też trochę owoców dzikiej róży. Wyszła cierpkawo, ale i słodko, że aż drapało w gardle. Do jej wyrobu nie szczędzono miodu! Przeszła mi przez myśl bułeczka z twarogiem, ale orzechowość jak już pokazała się wyraźniej, ani myślała odpuszczać. Konfitura nie wieńczyła kanapki, a raczej kwaskawo-śmietankowy twarożek... z nerkowcami? 

Kwaśność na chwilę wzrosła, a słodycz aż przypiekła w język. Pomyślałam o soku wiśniowym, który odebrał miodowi jednoznaczność. Kwiaty za to się obroniły... One jednak nie rozgrzewały, nie piekły. Nagle okazało się, że stoją za tym przyprawy. Słodycz miodu przeszła w pikanterię chili i lukrecji, która wemknęła się poprzez rześkość.

Do ziemi dołączył palony akcent, acz nie był silny. Sprawił jednak, że soczystość rozbrzmiała ze zdwojoną siłą. Zrobiła się bardziej egzotyczna - dowodziło kiwi. Za nim trochę owoców kwaskawo-słodkich, niedookreślonych i jabłka. Wpierw jeszcze jakieś słodsze się zaplątało, ale końcowo myślałam o kwaśnych, zielonych. Podobnie jak zielone było kiwi. W tle jeszcze próbowały zaznaczyć się cytrusy, ale nie dały rady. Ostrość przypraw i ziemistość zwieńczył czarny pieprz. 

Po zjedzeniu został posmak czerwonych owoców, głównie soku z wiśni oraz kiwi. Wydawało się trochę szczypać w język razem z ostrymi przyprawami (lukrecją i chili) oraz słodyczą miodu. Miód jako on sam stracił na jednoznaczności, przeplotło go mnóstwo kwiatów. Gorzkość osłabła, acz pobrzmiewało trochę pieprzu. Czułam się nieco przytłoczona intensywnością i dosadnością słodyczy (bardziej niż samym jej poziomem).

Czekolada mi smakowała, mimo że była za słodka. A w jej przypadku to dość spory zarzut, bo nie była zwyczajnie za słodka, a słodka w sposób dosadny, przytłaczający - czego zupełnie nie spodziewałam się po zapachu. Twaróg i pszenna bułeczka, zmieniająca się w nerkowce, sporo słodyczy miodu i kwiatów: róż z jaśminem przywoływały do porządku kwaskawe przebłyski wiśni, owoców róży i kiwi, trochę jabłek oraz nagle mocna gorzkość, ziemia. To, jak słodycz zmieniła się w pikanterię, a także rześkość ogółu bardzo mi się spodobały. A jednak to, że mimo gorzkości i kwasku i tak dominowała słodycz, końcowo jednak nie pozwoliło mi się w pełni zachwycić. Bardzo chciałabym spróbować tego wszystkiego w tabliczce 75% kakao!

Myślę o niej jako słodszej w dogłębniejszy sposób, bardziej kwiatowej i egzotycznej, a jednocześnie mniej owocowej wersji The Swedish Cacao Company Tanzania 74 % Kokoa Kamili, 2021 Harvest. Tak to miały wiele wspólnego.


ocena: 8/10
cena: €8,95 (za 56g; około 39 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 21 maja 2024

(Śnieżka) Michałki z Hanki; Śnieżka Michałki Legendarne

Mamie czasami jak coś w głowę wejdzie, to nie może wyleźć przez długi czas. I tak stało się właśnie z "dawnymi, najzwyklejszymi, ale smacznymi Michałkami". Mieszko Michaszki nie usatysfakcjonowały jej i chciała jeszcze dla pewności jakieś kupić "tak dla porównania". Na to, co kupiła uśmiechnęłam się paskudnie, będąc bardzo sceptyczna, ale że istota ze mnie czasem wręcz niezdrowo ciekawa... postanowiłam spróbować i ja. Pamiętałam okropne Śnieżka Michałki z Hanki Chałwowe. Czułam, że "niewydziwiane" wyjdą... mniej źle niż podlinkowane, ale niczego dobrego się nie spodziewałam. A jednak, gdy już Mama na dobre wpadła w porównywanie różnych cukierków, podsunęłam jeszcze pomysł zestawienia zwykłych cukierków Śnieżki z tymi ze sreberka, jak rozumiem, odnoszącymi się do "smaków sprzed lat".

 (Śnieżka) Michałki z Hanki to "cukierki czekoladowe z orzechami archaidowymi" w czekoladzie o zawartości 43% kakao; produkowane przez  ZPC Śnieżka S.A., pakowane w cynfolię, dostępne m.in. na wagę.

Po rozwinięciu sreberka poczułam intensywnie arachidowy zapach fistaszków prażono-nieprażonych, dominujących nad cukrowo-czekoladowym splocie. Ten jawił się jako kakałkowo-mleczny i tani. Margaryna wraz z cukrem stanęły na drodze do tego, by uznać zapach za apetyczny.

Trudno powiedzieć, ile właściwie ważą te cukierki, bo przy każdym kolejnym waga pokazywała inną gramaturę od 21g do 24g.
Cukierki były wielkie, ciężkie i masywne. Niską jakość widać już gołym okiem, bo lepkawo-miękka polewa trochę z nich schodziła, częściowo zostając na sreberkach i palcach. A jednak ogólnie porządnie trzymała się cukierków. W dodatku była odpychająco tłusta.
Cukierki były konkretne, ale nie twarde. Przy odgryzaniu kawałka dały się nawet poznać jako miękkawe, mimo zwartego środka.
Polewa okazała się cienka. Wnętrze było krucho-suche, ze średnią ilością widocznych orzeszków. 
W trakcie jedzenia polewa rozpuszczała się szybko i rzadko. Była bardzo tłusta w margarynowo-polewowy sposób, miękka, a to tego proszkowa. Odsłaniała masywny, zwarty i krucho-suchy, specyficznie michałkowy środek. Prędko wyszła na jaw jego proszkowość i lekka kryształkowość. Wnętrze zmieniało się w zawiesinową, proszkową i gibką papkę, a gryzione lekko trzeszczało. Środek nie był mocno tłusty, ale czuć w nim margarynowy element. Z czasem wyłaniało się z niego dużo fistaszków. Okazały się kawałkami dużymi, pokaźnymi i średnimi (w tej kolejności). Mi trafiła się nawet cała połówka orzeszka.
Kawałki orzeszków gryzione na koniec okazały się całkiem przyjemne. Twardo-miękkawe, nie za mocno wyprażone, ale nie surowe. Nie były jakoś szczególnie chrupiące, ale to nie zarzut, bo dobrze wtapiały się w resztę. Takie orzeszki to duży plus.

W smaku polewa okazała się cukrowo słodka i margarynowa. Czuć proste kakao-kakałko, ale o gorzkości nie ma co mówić. To taka... ni mleczna, ni kakaowa, pseudoczekoladowa polewa, nie  czekolada. Wyszła tanio i cukrowo. Takie coś jednak jakoś tam w sumie pasowało do wnętrza, nie próbowała bowiem dominować. 

Wnętrze szybko doszło do głosu. Jeszcze dołożyło cukrowości, aż męcząc, ale i orzeszki ziemne nieźle w nim czuć. Ich smak rozchodził się z całości wnętrza, nie tylko od kawałków orzeszków. Fistaszkowy smak jawił się jako prażono-nieprażony, bardzo ogólny. Arachidom wtórowało kakao, pozbawione jednak mocniejszej gorzkości czy cierpkości. Wchodziło w niesprecyzowany czekoladowo-kakaowy, trochę mleczny wątek. W tle przewinęła się margaryna, dyktująca całości taniość. 

Mniej więcej w połowie czy to rozpuszczania się całości, czy gryzienia od ilości cukru aż wykrzywiało, lecz michałkowy smak walczył o siebie. Arachidowo-kakaowo-czekoladowy wątek niestety pogrążony był w tanich realiach. Całość zrobiła się trochę mleczna, niedookreślona w kwestii czekoladowości/kakaowości, co w zasadzie pasowało do prostej fistaszkowości (gdyby nie taniość).

Na koniec zajęłam się orzeszkami, które popisały się wyrazistym, niezbyt mocno prażonym smakiem. Niektóre wydawały się takie ni prażone, ni surowe, co wg mnie jest atutem.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie totalne, ale też posmak arachidowo-kakaowo-czekoladowy, wpisany w margarynowo-tanią ramkę. Klimat michałkowy owszem, ale był w wydaniu cukrowo-niskobudżetowym.

Całość może i smakowała michałkowo, ale... nie powiedziałabym, że to Michałki sprzed lat, a marna, tania ich podróbka. Z Michałkami miały wprawdzie więcej wspólnego niż Michaszki Mieszko, ale jednocześnie podpadły mi czym innym - strasznie cukrowym i tanim charakterem. Mieszko wyszły mniej michałkowo, ale też mniej tanio. Stąd oceny wystawiam takie same - po prostu podpadły mi czym innym.
W Hankowych Michałkach tyle cukru i margaryny po prostu nie mogło wyjść inaczej niż tanio. A szkoda, bo właśnie taki ni kakaowy, ni czekoladowy smak z mocną arachidowości to esencja michałkowości. Struktura wnętrza bardzo michałkowa i pomimo, że nadto cukrowa, najbardziej michałkowa ze wszystkich próbowanych. Polewa nie pomogła - wadą nie była jednak nieokreśloność czekolady w kwestii, czy jest mleczna, czy ciemna, czy pomiędzy, a po prostu taniość, jakość, tłustość. Właśnie taka "pomiędzy", a dobrze zrobiona do michałków najlepiej by pasowała. Ogromną zaletą tych cukierków były nie za mocno prażone, wiele wnoszące orzeszki w postaci wielkich kawałków, których nie pożałowano.

Mama, która zjadła więcej niż ja, tak to podsumowała: "Michałki z Hanki no... smakują michałkowo, ale tak niesmacznie, tanio. Kojarzą się z podróbkami Michałków. Mają ich strukturę, smak jest zgrany, fistaszkowo-kakaowy jak to w Michałkach, ale wyszły tak nieprzyjemnie, zostawiają posmak-niesmak w dodatku. Oceniłabym je tak samo jak Mieszka, bo każde mają swoje plusy i minusy. Michałki z Hanki są bardziej michałkowe, ale Michaszki Mieszko takie może lepsze jako po prostu cukierki jakieś tam". Mama byłaby nawet skłonna i tym opisanym w sreberkach Śnieżki z Hanki, i Michaszkom Mieszka wystawić 5 - "biorąc pod uwagę niską cenę zwłaszcza w promocji".


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: 1,49 zł (za 100g; promocja)
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, czekolada 21% (cukier, miazga kakaowa 43%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny: palma, shea, sal, mango - w zmiennych proporcjach; emulgatory: lecytyny z soi i E476; aromat), orzeszki arachidowe 20%, tłuszcz roślinny palmowy, serwatka w proszku, błonnik kakaowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko odtłuszczone w proszku, spirytus, maślanka w proszku, aromaty, lecytyna sojowa

-----------

 Śnieżka Michałki Legendarne to "cukierki czekoladowe z orzechami archaidowymi" w czekoladzie o zawartości 43% kakao; produkowane przez ZPC Śnieżka S.A., pakowane w papierki, dostępne m.in. na wagę.

Po rozwinięciu papierka poczułam tanią czekoladę o cukrowej słodyczy, za którą przewijały się prażone orzeszki ziemne. Czekolada była trochę plastikowa, z echem słodkiego kakałka w tle. Przewinęła się przy nim margaryna. Zapach był tandetny - wydał mi się bardziej sztuczny, plastikowy niż wersji ze sreberka, która jawiła się jako po prostu bardziej tania (w cukierkach Śnieżki w papierkach może dodali więcej aromatów, by je podkręcić czy "uszlachetnić"?). Uwierzę też, że aromaty w sreberkowej zwyczajnie zwietrzały przez kiepsko zawinięte sreberko.

Także w przypadku tych cukierków nie da się powiedzieć, ile w zasadzie czy średnio ważą - co zważyłam, waga była inna od 13g do 16g.
Cukierek był ewidentnie mniejszy i lżejszy niż ten ze sreberka, ale wydawało się, że też dość masywny. Przy odgryzaniu kawałka wydawał się miękki.
Wierzch stanowiła polewa równie, acz może minimalnie mniej cienka niż w przypadku sreberkowych Michałków. Była bardzo tłusta i trochę plastikowa. Trudno tu mówić o dobrym wykonaniu, bo np. na spodzie wystąpiły braki. Nie była lepka, nie brudziła papierka i palców, ale za to ją można było odrywać i ściągać kawałkami z cukierka. Trzymała się go średnio porządnie. 
Wnętrze na oko wydawało się takie samo, co sreberkowych cukierków, ale to złudzenie. Widać w nim sporo kawałków orzeszków, ale i to było częściowo złudne.
Wnętrze było niby typowo michałkowe: krucho-suchawe i masywne, ale mniej suche, a tłustsze. 
W trakcie jedzenia potwierdziła się suchawość środka, a także pojawiła się proszkowość, czy wręcz prochowość, ziarnistość oraz kryształkowo-cukrowy element. Na zasadzie kontrastu jednak przeszkadzało to jeszcze bardziej, bo i tłustości tu nie brak. Te elementy mieszały się bowiem z miękko-margarynowym motywem, zmieniając się w gibką, plastyczną zawiesinę - tłustszą niż sreberkowe cukierki. Te nie wydawały się tak kruche, a orzeszki wyłaniające się po pewnym czasie, były mniejsze.
Gryzione orzeszki okazały się małymi i średnimi kawałkami w ilości średniej. Były miękkawe, delikatne i lekko chrupkawo-trzeszczące. Wpisały się w trzeszcząco-skrzypiącą całość.

W smaku polewa przywitała mnie wysoką słodyczą cukru, a już po chwili też margaryną. Czuć w niej kakao, czy raczej słodkie kakałko, ale nie gorzkość. Nasuwała na myśl tanie, kakaowo-czekoladopodobne figurki. Wydało mi się, że aspiruje do kakaowości, w czym pojawiła się taniość.

Łatwo mieszała się ze środkiem, który także był bardzo słodki, nieco cukrowy, odkąd się tylko odezwał, ale i intensywnie kakaowo-orzechowy. Cukrowość tych cukierków wydała mi się niższa niż ze sreberka. Prażone arachidy splatały się ze słodkim kakao, które tak mieszało się z lekko mlecznym echem, że szło w bardziej czekoladowym kierunku, a także margaryną. Wszystko ułożyło się w charakterystyczny smak Michałków, w którym jednak mignęła mi sztuczność (która zajęła miejsce "taniej nuty" ze sreberkowej wersji?).

Mniej więcej w połowie jedzenia cukrowość przegięła i zaczęła drapać w gardle i męczyć, a w smaku coraz bardziej zaczęła doskwierać mi sztuczność - plastikowa czekolada i metaliczne orzeszki. Fistaszki i słodkie, niegorzkie kakao co prawda też trwały niewzruszenie. Od kawałków orzeszków nieco nakręcał się ich smak, dodatkowo nieco próbując zwalczyć słodycz. Wychodziło to jednak średnio, bo te mniejsze kawałki jakoś w całości się gubiły.

Orzeszki gryzione na koniec okazały się średnio wyraziste. Były średnio mocno prażone, trochę przygaszone przez sztucznie-cukrowo-margarynowe echo, jakie utrzymywało się po cukierku.

Po zjedzeniu został posmak sztucznej czekolady, cukru i przecukrzenie zupełnie, ale też motyw arachidów i kakaowej figurki... Nie gorzkości, ale i nie zwykłej czekoladowości. Czułam też margarynową naleciałość. Fistaszkowość podlegała temu wszystkiemu.

Michałki z papierka Śnieżki okazały się ewidentnie inne niż ze sreberka, ale nie wynika to ze składu. Choć też margarynowe i przecukrzone, nie jawiły się aż tak straszliwie cukrowo-tanio. Miały jednak inne wady - sztuczność oraz drobniejsze, a przez to mniej wyraziste kawałki orzeszków. Miałam wrażenie, jakby taniość i cukrowość producent próbował ukryć, dodając więcej aromatów. Czekoladowość i kakao miały więcej do powiedzenia, spychając orzeszki na dalszy plan, co wyszło źle, bo nie były dobrej jakości. Daleko im do produktu dobrego. Okazały się też bardziej michałkowe od Michaszków Mieszka, a jednocześnie nieco mniej michałkowe w smaku od Michałków ze sreberka. 
Niższa cukrowość i mniej znaczące fistaszki ujawniły inne wady smaku. Te michałki były wyrazistsze w złym, przerysowanym kontekście. Do tego miały o wiele gorszą, bo miękko-tłustą, niemichałkową strukturę środka. Była wprost odpychająca. Na zasadzie kontrastu proszkowość bardziej tu przeszkadzała. 

Mama opisała je: "Najpierw nie wierzyłam, że rzeczywiście się różnią, ale wystarczył kęs... Te śnieżkowe w papierku były okropnie miękkie i bardzo, bardzo tłuste. Trochę mi się kojarzyły, jakby latem długo poleżały na słońcu. I ta tłustość aż w smaku wybiła, przez co były mnie michałkowe. Takie muziające się, szybko znikające i nawet orzeszków w nich jakoś tak mniej. O wiele gorsze przez obleśną strukturę od Michałków z Hanki w sreberku. Te w sreberku to takie ot, kiepskie, zwykłe cukierki, a te z papierka odpychały, a jakby coś chyba lepszego próbowały udawać. Tylko że im nie wyszło".


ocena: 3/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 1,89 zł (za 100g; promocja)
kaloryczność: 499 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, czekolada 21% (cukier, miazga kakaowa 43%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz roślinny: palma, shea, sal, mango - w zmiennych proporcjach; emulgatory: lecytyny z soi i E476; aromat), orzeszki arachidowe 20%, tłuszcz roślinny palmowy, serwatka w proszku, błonnik kakaowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko odtłuszczone w proszku, spirytus, maślanka w proszku, aromaty, lecytyna sojowa

---------------
Cukierki mają takie same składy i wartości, ale różnią się. Nie tylko papierkiem i wyglądem!

Michałki ze sreberka wyszły bardziej zwyczajnie cukrowo-margarynowo i tanio michałkowo, a z papierka bardziej cukrowo-margarynowo i sztucznie michałkowo. Może ich słodycz była nieco niższa, ale  tym samym inne wady bardziej dawały się we znaki. W sreberkowych cukier panoszył się bardziej, trochę tłumiąc jeszcze gorsze elementy.
W kwestii struktury - polewa na sreberkowych była gorsza jakościowo, ale z kolei środek papierkowych był nieprzyjemnie tłustszo-miękki. 
Osobiście już wolę zwykłą taniość i cukrowość od sztuczności i mniej istotnych orzeszków. Cukierki ze sreberka wygrały też masywniejszą, mniej tłustą konsystencją  środka, wypełnionego zacniejszymi, bardziej istotnymi orzeszkami. Cukierek ze sreberka choć większy (21g) jakoś zjadłam (choć nieco zmęczona końcowo), natomiast z papierka nie podołałam całemu (zjadłam niecałe pół, jakieś 7g z 15g). Sreberkowe są czym są - tanimi cukierkami na wagę, a papierkowe nieudolnie udają coś lepszego.

poniedziałek, 20 maja 2024

Zoto Mayan Red Copan Honduras 72 % Dark Chocolate ciemna z Hondurasu

Jakiś czas po Zoto Mayan Red Copan Honduras 60 % Dark Milk Chocolate po prostu musiałam sięgnąć po jej ciemną wersję, czyli czekoladę, o którą mi chodziło podczas składania zamówienia i która bardzo, bardzo kusiła. Ogólnie Honduras przy sowitej zawartości zawsze mnie kusi. Ciemna mleczna nie dała mi zbyt dobrego oglądu na markę, bo zwyczajnie nie jest to mój typ i nie chciałam żadnych wyroków ferować po takiej. A jednak była bardzo pyszna - dobrze to wróżyło. Co ciekawe, producent opisał efekt jako nietypowy jak na kakao Mayan Red. A mi zrobiło się trochę smutno, bo... nie znałam "typowego Mayan Red". Nie jadłam takiej czystej ciemnej tabliczki, a jedynie ciemne mleczne. Z opisu producenta wiadomo, że kakao pochodzi z zachodu kraju, a także że zostało odznaczone nagrodą "Cocoa of excellence".

Zoto Mayan Red Copan Honduras 72 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao Mayan Red (65% miazga + 7% tłuszcz) z Hondurasu, z regionu Copán.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach palonego karmelu i rozpuszczalnej kawy creme z pianką, zestawionej z soczystymi, czerwonymi owocami. Były stłumione, niejednoznaczne i złagodzone kwiatami (suszonymi?) oraz konfiturą różaną. Do głowy przyszło mi też bladoróżowe mleko truskawkowe i nieco charakterniejsza cierpkość czarnych porzeczek. Obok kawy rozlało się słodkie mleko - że aż powiedziałabym, że to ciemna mleczna, a nie ciemna czekolada. Dolatująca do kawy słodycz karmelu była dość wysoka... choć z czasem przywodziła na myśl też nie tyle sam karmel, co migdały oklejone ciągnącym, złocistym karmelem śmietankowym i palonym.

Tabliczka wyglądała na twardą, mimo że w dotyku sprawiała wrażenie kremowo-tłustej. Przy łamaniu potwierdziła się twardość. Czekolada wydawała z siebie trzaski, przypominające raczej głośne kliknięcia.
W ustach rozpływała się powoli, dając się poznać jako gęsta i miękka. Masywność szybko odrzucała, nieco się gięła i pokrywała podniebienie lepkawymi smugami. Okazała się kremowa i maślana, lecz nie mocno tłusta. Sporo pojawiło się w niej soczystości, acz podporządkowanej gęstości. Zostawiała lekko cierpkawe wrażenie.

W smaku pierwsze po ustach rozlało się naturalne, wyraziste mleko. Wplotło słodycz o właśnie mlecznym charakterze, a już po chwili dołączyła do niej słodycz kwiatów.

Z jednej strony pojawił się śmietankowo-mleczny, łagodny, ale ewidentnie palony karmel. Wyobraziłam sobie ciągnący się, złocisty, słodki twór, który po chwili trochę się opamiętał. Jego słodycz już tak mocno nie rosła.

Do słodkiego splotu dołączył za to szlachetnie, spokojnie słodki nugat migdałowy, zrobiony ze sporą ilością śmietanki. Sprawił, że słodycz wydała mi się stonowana.

Z małym opóźnieniem rozeszła się gorzkość. Początkowo jakby badając grunt, ale podłapała, że słodycz ochoczo rośnie i ona też nabrała odwagi. Przedstawiła mi czarną, ale delikatną kawę crema. Dosłownie czułam smak jej pianki.

Pod wpływem kawy karmel zrobił się jeszcze bardziej palony, a paloność jakby nieco jeszcze jego słodycz przygasiła. Wtedy udało się przebić z oddali zapowiedzi kwasku. Pomyślałam o czerwonych owocach jako konfiturze, w której spotkały się z kwiatami.

Gorzkość nagle znacząco podskoczyła. Była niemal siekierowa, mocna i wszechobecna, dzięki czarnej kawie. Przewinęła się nuta ziaren samych w sobie i może... nibsów z lekką, cierpką soczystością?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwiaty przybrały na znaczeniu. Poczułam suszone bukiety z róż oraz płatki ucierane z cukrem - mocno kwiatową konfiturę. Owoce trochę do niej dolatywały - kwaskawych przebłysków było coraz więcej i wyszły nieco odważniej. Wychwyciłam odrobinę czarnych porzeczek.

Kawa zrezygnowała już z tak imperatywnych zapędów i trochę złagodniała, zmieniając się w kawę migdałową. Czarną o nutach migdałów, do której właśnie dolewa się mleko migdałowe. Gorzkość płynęła spokojnie, była średnio wysoka. W pewnej chwili migdały wyskoczyły na pierwszy plan, przez moment dominowały, po czym znów wtopiły się w kawę i pokryły ciągnącym karmelem.

Ogólna orzechowość jednak była niezwykle istotna - migdały podkreśliły orzechy arachidowe. Słodycz skupiła się na nugacie. Wyszło to trochę jak jakaś szlachetna, wyidealizowana arachidowo-migdałowa wersja Snickersa. By jego słodycz nie przegięła, zadbał maślany element, który wypłynął z nugatu.

Pod wpływem słodyczy i orzechowości, która cały czas łagodziła gorzkość, nasilił się kwasek. Trochę czarnych porzeczek zadbało o cierpkość, końcowo nieco gorzkość podkręcając. Pomyślałam o soku, nektarze porzeczkowym. Zmotywowały też owoce tłumione przez kwiaty - wyłoniły się z nich jakieś różano-owocowe nadzienia (np. pączków, ale bez całej pączkowej otoczki). Z wolna dopłynęło do tego mleko czy nawet śmietanka, przekładając się na wizję mleka truskawkowego o lekkim kwasku i niemal pudrowej słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak migdałowej kawy i śmietankowo-palonego karmelu. Nie było ani mocno gorzko, ani mocno słodko. To smak wyważony, o znikomym kwasku. Należał do cierpkich czarnych porzeczek, łagodzonych mlekiem truskawkowym. Do głowy przyszedł mi też nugat migdałowo-fistaszkowy. Zestawienie trochę maślanego nugatu i soczystej cierpkości wydało mi się nieco metaliczne.

Czekolada zaskoczyła mnie i zachwyciła. Wyszła tak mlecznie, że mogłaby udawać ciemną mleczną. A jednak nie brakowało jej charakteru ciemnej. I to bez bardzo mocnej gorzkości czy kwaśności. Nie brzmi więc, jak coś w moim typie, ale... była tak wielopłaszczyznowa, głęboka i interesująca, że mnie urzekła. Kawa crema, migdałowa kawa i nugat migdałowy, do którego dołączyły arachidy, szlachetny Snickers z migdałami, kwiaty (głównie róże) suszone i ucierane na konfitury, sporo ciągnącego, śmietankowego karmelu i przebłyski czarnych porzeczek oraz mleka truskawkowego utworzyły pyszną kompozycję.

Była podobna do Zoto Mayan Red Copan Honduras 60 % Dark Milk Chocolate, ale jednak w dzisiaj prezentowanej o wiele więcej czułam nut typowych dla kakao - wyłoniły się czarne porzeczki, migdały, kawa, za której sprawą pokazała się silniejsza gorzkość. Wspomniana była jedynie gorzkawa niczym ciastka kakaowe. Łączy je mleko truskawkowe, orzeszki ziemne, a także mlecznosć, śmietankowość - we wspomnianej wzmocnione dodanym mlekiem. Po nich obu stwierdzam, że to bardzo ciekawe kakao. Chciałabym spróbować innych ciemnych z niego, jak również innych tabliczek Zoto.


ocena: 10/10
cena: €6,95 (około 32 zł za 45g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie, ale chciałabym

Skład: miazga kakaowa 65%, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 7%

sobota, 18 maja 2024

Maison Bonage Chocolate Noir Dark Chocolate 70 % Republique Dominicaine & Perou ciemna z Dominikany i Peru

Ta czekolada, zobaczona na zdjęciu nieznanego mi sklepu internetowego, wyglądała po prostu interesująco. Nigdy nie widziałam tej marki. Nie mogę powiedzieć, by opakowanie w amory trafiało w mój gust, ale wydawała się tajemnicza, zrobiona z kakao z ciekawych regionów. Jak dowiedziałam się trochę później, Maison Bonange to mała francuska firma rzemieślnicza, założona w 2019 przez Frédérica i Pascala Joussetów, do których rok później dołączył Dimitri Peucelle. To czekoladowi pasjonaci, ceniący jakość i organiczność. Z tym co do jakości to jednak bym polemizowała - pakowanie czekolady było raczej kiepskie, bo gdy otworzyłam kartonik... od razu zobaczyłam tabliczkę czekolady, bez żadnego papierka, sreberka czy folii.

Maison Bonage Chocolate Noir Dark Chocolate 70 % Republique Dominicaine & Perou to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Republiki Dominikany i Peru (blend).

Po otwarciu poczułam zapach drewna oraz soczyście-słodkich, kwaskawych grillowanych wiśni i bananów pieczonych w ognisku, mieszających się z jasnym, słodkim budyniem. Na pewno zrobionym na śmietance, może trochę maślanym. W wariancie waniliowym? Do głowy przyszły mi też wypełnione kremem budyniowym rogaliki orzechowe. Posypane posiekanymi orzechami laskowymi i słodkimi w nieco palono-karmelowy sposób. Lekka maślaność nie zaburzyła gorzkości i wytrawności, jaką wniosło drewno i grzyby.

Tabliczka wyglądała na dość kremową, a w dotyku wydawała się twarda. Przy łamaniu okazała się bardzo twarda, a do tego trzaskająca jak suche, grube gałęzie, konary (?).
W ustach rozpływała się powoli, gęstawo i kremowo. Była średnio tłusta w maślany sposób. Pokrywała podniebienie trochę lepkawo, z czasem upuszczając trochę soczystości. Końcowo wyłamała się z niej lekka cierpkość i pylistość.

W smaku pierwsza rozeszła się nieśmiała maślaność, na którą zaraz naskoczył słodki, jasny budyń. Słodycz już zaczynała z wysokiego poziomu, acz nie była nachalna. Pomyślałam o budyniu jasnym, chyba na śmietance, a jednak na tyle konkretnym, że maślaność też pobrzmiewała.

Słodycz budyniu wzrosła w waniliowym kontekście, ale on sam... nie był takim zwykłym budyniem. Okazało się, że to bardziej krem budyniowy. Wypełniał orzechowe rogaliki, sowicie posypane orzechami laskowymi.

Czyżby oprószono je lekko kakao? Jego, tego najprostszego, w proszku, akcent zaznaczył się w oddali.

W tle przemknęły bardzo słodkie czereśnie. Rozochociły owocową nutkę, a także kwasek, który pojawił się i powoli zaczął rosnąć. Na moment zmieniły się w kwaśniejsze wiśnie, jednak nagle ogólnie słodycz wzrosła bardzo mocno, przekierowując je na czereśnie... w dodatku koktajlowe. W słodkim syropie?

Gorzkość w tym czasie dołączyła do rogalików i orzechów. Przewinęła się nuta laskowców w czekoladzie, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość nabrała odwagi, by zająć pierwszy plan. Przedstawiła orzechową tartę z czekoladowo-orzechowym wnętrzem.

Soczystość, nim zdążyła się porządnie rozwinąć, osłabła. Czereśnio-wiśnie zmieniły się w czekoladki: słodkie wiśnie w likierze, przytłoczone grubą, cierpkawą czekoladą.

Po debiucie soczystości waniliowo-śmietankowe budynie zmieniły się w pieczone banany. Wyobraziłam sobie takie polane syropem czekoladowym, zwieńczone koktajlową czereśnią / wiśnią. Przemknął tam alkoholowy akcent. Pieczona nuta połączyła słodkie owoce ze słodkościami.

Rogaliki zniknęły na rzecz tarty, ale i ta zaczęła się rozmywać. Dołożyła się do tego lekka maślaność, za której sprawą pojawił się wątek delikatniejszego, słodkiego kremu kakaowego z orzechami laskowymi. Słodycz trzymająca się pieczoności przytoczyła trochę karmelu, zmierzając ku ryzykownemu poziomowi. Z czasem krem w ogóle stał się gorącym, orzechowym kakao, chyba dosłodzonym wanilią.

Orzechy zmieniły się w drewno, a gorzkość wydała mi się bardziej palona, dymna. Odnotowałam ledwo uchwytną wytrawność pieczonych grzybów. Wyobraziłam sobie jakieś nieoczywiste danie z sosem z grillowanych owoców z orzechami oraz palone drewno.

Po zjedzeniu został posmak drewna i orzechowego kakao na mleku. Czułam też sporo wanilii, która przypomniała o budyniu, a także pieczone banany z cierpko-gorzkim sosem-syropem czekoladowym, który na języku zaznaczył lekką alkoholowość.

Czekolada wyszła smacznie i ciekawie. Sporo w niej gorzkości kakaowo-czekoladowych słodkości orzechowych. Tarta, krem, kakao - wszystko to obok słodyczy budyniowej, sugerującej rogaliki, a potem zmieniającej się w banany. Trochę czereśni i wiśni dodało kwasek. Ogólnie było jednak ryzykownie słodko, mimo pojawiającej się końcowo wytrawności. Sporo pieczonych nut, ale paloność nie wydawała się zbyt mocna.


ocena: 8/10
kupiłam: gourmetbycafedelaposte.pl (strona już nie istnieje)
cena: 27 zł (za 80g)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 70%, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii