niedziela, 26 kwietnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa z ananasem, goji i zdobieniami z czekolady karmelowej

Ta czekolada z jednej strony mnie kusiła, z drugiej wydawała się nie po mojemu. Jagody goji w czekoladach są według mnie bardzo pomijane, co mnie smuci, bo wydają się zacnym dodatkiem. Składając zamówienie ucieszyłam się (trochę się z tym pospieszyłam), bo wyglądało na to, że wreszcie udało mi się upolować tabliczkę z kakao Ekwadoru, tej marki (była pierwszą, na jaką trafiłam i miesiącami miałam zamiar ją zamówić aż nagle wycofali dokładnie wtedy, gdy składałam zamówienie). Ta więc wydawała się skrojona pode mnie. Gdy jednak otworzyłam paczkę, okazało się, że i tutaj bazę stanowi czekolada z kakao z Nikaragui. No, i jeszcze ten ananas... Świeże w sumie lubię, choć jadam raz na parę lat. Suszony mnie nie przekonuje, a tym bardziej w formie wielkiego plastra. Jak to się będzie łamało? Miałam się przekonać na najwyższym punkcie jednej z wrześniowych wypraw, na Lodowej Przełęczy, na którą weszłam po Czerwonej Ławce, zielonym szlakiem z Razcestie pod Sedielkom. Chwilę nacieszyłam się nią i widokami (wreszcie na nie trafiłam! gdy byłam poprzednio, nie było nic a nic widać), po czym zeszłam do Schroniska Teryego i potem do Starego Smokoveca.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa to ciemna czekolada o zawartości 70%  kakao O’Payo fermentowanego w beczkach po rumie z Nikaragui z suszonym ananasem i jagodami goji oraz zdobieniami z czekolady białej karmelowej.

Po otwarciu poczułam intensywny, kwaskawo-ziołowy, soczysty zapach ciemnej czekolady. Czuć w niej owoce egzotyczne (m.in. ananasa z... brzoskwinio-nektarynką?) i cierpkiego rokitnika, może cytrusowy akcent. Powagi dodała jej odrobinka ziemi. Czekolada zdominowała kompozycję, ananas tylko lekko za nią pobrzmiewał, podpinając się pod jej ananasową nutę. Acz gdy wąchałam spód, owoce odzywały się wyraźnie. Słodki suszony ananas wydał mi się dziwnie ciężki, doszukałam się cierpkości goji, acz nie upierałabym się, że to je czuje. Całość była średnio, nienachalnie słodka. Wydaje mi się, że czasem w słodyczy przemykało nawet echo toffi.

Tabliczka była twarda, ale raczej chrupała niż trzaskała. Łamanie utrudniał dodatek plastra ananasa, który wyginał się i rwał bardzo niechętnie. Trudno go było przerwać, a czekolada dziwnie się przy nim też niezbyt chętnie chciała podzielić. Pękała, ale trzymana przez owoc, nie dzieliła się. Pod naciskiem palców ananas lekko się uginał, a porwany, podzielony kleił się do rąk. Jagody goji jawiły się jako jędrne. Dodatki trzymały się bardzo mocno. Karmelowe zdobienie także. Nie odpryskiwało ani nic, ale da się je w miarę łatwo oddzielić zębami od ciemnej.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, zmieniając się w mazistą zawiesinę, w której kryła się pylistość. Po chwili już nawet nie próbowała utrzymać swego kształtu, roztaczając wokół soczystość. Ta była bardzo wysoka.
Zdobienie z białej karmelowej czekolady nie wyróżniało się szczególnie mocno, jednak odnotowałam jego lekko kremowe i proszkowo-ulepkowate wtrącenia. Znikało szybciej od ciemnej.
Owoce w tym czasie nasiąkały i upuszczały swoją soczystość. Soczystość owoców była wyważona. Odpadały od czekolady, ale częściowo starały się jakby nią osłaniać. Ja wolałam gryźć je na końcu, gdy czekolada zniknęła.
Z ciekawości ze trzy razy zabrałam się za owoce wcześniej. Pokazały się wtedy z masywniejszej, nieco twardszej strony. Ananas lekko skrzypiał, a goji po prostu były twardsze. Tylko czekolada przypominała tłusto-wodnisty ulepek.
Owoce gryzione na końcu, po zniknięciu czekolady, były wilgotniejsze i bardziej miękkie. Ananas poszedł w trochę gąbczastym kierunku i wlepiał się w zęby. Goji zaś aż zaskoczyły soczystością. Wciąż były jędrne, ale zarazem trochę farfoclowe. Ich pesteczki lekko chrupały.
Całość zostawiała nieco sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku... Dużo zależało, jaki kawałek ugryzłam.

Tam, gdzie była sama ciemna czekolada, smakowała wyraźnie jak czysta (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo). Nie przesiąkła dodatkami. Zafundowała mi więc rześki, kwaskawy splot egzotycznych owoców, w tym ananasa, moreli, brzoskwiń, z rokitnikiem, dziką róża, znacząco osłodzonych gruszkami i miodem, który to z kolei mieszał się z ziołową pikanterią. Gorzkość jawiła się jako oszczędna, a słodycz znacząca i trochę kandyzowana.

Tam, gdzie zdobiła ją czekolada karmelowa, było nieco bardziej słodko. Zdobienia wprowadziły lekko maślano-toffi akcent, dosłownie sugerowały odrobinkę mleka oraz trochę hamowały soczystość i kwaśność czekolady ciemnej, ale zaraz przegrywały z nią i odchodziły w niepamięć. W zestawieniu z owocami te karmelowe maźnięcia smakowały jeszcze delikatniej. Czasem można je było wręcz przeoczyć. Po zniknięciu jednak sprawiała, że ciemna jawiła się jako kwaśniejsza.
Karmelowe zdobienia, spróbowane osobno, okazały się słodkie, ale nie za mocno. Kojarzyły mi się z toffi i mlekiem skondensowanym. A do tego odnotowałam mleko w proszku.

W przypadku kęsów z goji, jagody długo się ukrywały, dopiero z czasem zaczynały podkreślać to i owo.
W kęsach z ananasem, ten od razu wyskakiwał na przód, przed czekoladę, zaskakująco udanie udając ananasa świeżego, słodkiego i soczystego, po czym trochę się cofał i pobrzmiewał dziwną słodyczą, dopuszczając czekoladę. Czekolada i ananas stały na równi.

Ananasa nie musiałam gryźć, by go dobrze poczuć. Pobrzmiewał dziwnie, jakby kandyzowaniem; kandyzowanym, niedookreślonym żółtym owocem. Przemknęła mi w nim nawet jakby... pikanteria? Splótł się tym samym z kandyzowanym motywem samej czekolady. Podkreślił go. Ananas przy czekoladzie robił się coraz słodszy, aż słodko-ciężki, ona zaś rozkręcała się w swej kwaśności. Sama w sobie wydawała się ananasowa - świeżo - trochę brzoskwiniowo-rokitnikowo-cytrusowa. 

Goji jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkreślały kwasek i cierpkość owocowego wątku bazy. Do głowy przyszła mi dzika róża, a rokitnik się nasilił. Ogólnie te owocowe nuty miały więcej do powiedzenia niż w czystej tabliczce.

Goji w zestawieniu z ananasem trochę się gubiły. Ananas bowiem był bardzo władczy. A jednocześnie nie taki znowuż ananasowy. Czuć, że był suszony, ale wzbogacił to o owocową pikanterie i jakby echo umami. Czasem miał w sobie coś alkoholowego, jak nalewka ananasowa.

Ananas gryziony wcześniej wychodził lepiej, bardziej ananasowo soczyście i czasem nawet kwaskawo, ale czekolada wtedy szła w słodszym, kandyzowano-lukrowym kierunku i zwyczajnie wydawała się gorsza.
Jagody goji gryzione wcześniej bez trudu się przebijały i smakowały wyraźnie słodko-cierpko-goryczkowato, tylko trochę osłabiając czekoladę.
Ogólnie więc i tak zostawiałam dodatki na koniec.

Spod dodatków gorzkość prawie się nie wychylała. Czułam jedynie jakby kwasko-gorzkawość ziół. Czasem wiązały się mocno z ananasem i goji, ale nie tylko. Baza z dodatkami wydawała się bardziej ziołowa, nie gorzkawa czy pikantna - połączyła te dwa wątki czystej. 

Z czasem ananas i ta ziołowa baza wyszły ciężko w leśny, wilgotny sposób. Wyobraziłam sobie leśny, jakby wręcz owocowy miód, o niemal ziołowo-alkoholowej duszności, a także egzotyczny, mieszany dżem i... jakieś fusy. Słodycz bazy uszlachetniła się.

Co ciekawe, gdy po paru kęsach z owocami, zrobiłam kęsa samej ciemnej czekolady, była przede wszystkim soczyście kwaśno owocowo egzotyczna i leciutko dżemowa.

Dodatki gryzione na koniec skupiały na sobie prawie całą uwagę. Łatwiej przychodziło to ananasowi. Niewątpliwie suszonemu, ale takiemu, który za wszelką cenę próbuje zaserwować coś jeszcze. Miał w sobie coś ze świeżego, coś z dżemu... Ależ on był słodki! Aż dziwnie i trochę wciąż tak ciężko-słodki. Goji przy nim czuć słabiej. Wolałam więc nie łączyć dodatków. Same w sobie bowiem były petardami swego słodko-goryczkowato-cierpkiego smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, raczej i częściej słodkiego, soczystego ananasa. Cierpkie, goryczkowate i słodkie goji też nieźle sobie radziły. Czekolada stała dopiero za nimi jako splot kwaskawo-słodkich owoców egzotycznych i cytrusowych. Czułam lekką pikanterię ziół i jakby owoców (?), a także wysoką rześkość wody i egzotyki, zestawionych jednak z jakimś mocno mieszanym, niejednoznacznym dżemem i motywem suszono-kandyzowanych owoców (na tej płaszczyźnie spotykały się nuty czekolady i dodatków).

Tabliczka mogłaby mieć 9 gdyby nie forma - ten plaster ananasa to naprawdę kiepski pomysł. Przez niego tabliczka była bardzo niewygodna w jedzeniu i dzieleniu. Takie rozmieszczenie dodatków przełożyło się też na efekt zbieraniny różności, nie spójną kompozycję. Nie przekonuje mnie też karmelowe zdobienie - było zupełnie zbędne. Jasne, i tak było smacznie, ale można to było zrobić lepiej. Na pewno jagody goji z tą bazą wyszły świetnie. Ananas sam w sobie nie wyszedł tu najlepiej, ale trochę dobrego zrobił. Ciekawie podkreślił soczystą kwaśność i ziołowość bazy, więc w sumie też na plus, ale wolałabym, by dodano go mniejsze kawałki.
Cieszę się, że trafiło, że to właśnie nikaragujskie kakao poszło pod te dodatki.


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 90g)
kaloryczność: 521,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ananas suszony, jagody goji, lecytyna słonecznikowa

piątek, 24 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noisettes & Cafe ciemna 60 % z orzechami laskowymi i kawą

Połączenie dodatków w tej czekoladzie wydało mi się bardzo ciekawe i niecodzienne, mimo że w zasadzie w tej tabliczce spotkały się najzwyklejsze, często spotykane smaki. Zarówno orzechy laskowe, jak i kawa, często występują w czekoladach, ale razem? Oj, tu aż nie potrafię przypomnieć, kiedy coś takiego jadłam. Niestety, nim zabrałam się za dziś przedstawiana tabliczkę, przejadłam w tym roku tyle zwyczajnie w porządku - a nie zachwycających jak liczyłam - Dolfinów, że na tę tabliczkę zaczęłam patrzeć bez większych nadziei, a raczej dość obojętnie. Wzięłam ją w góry, na Czerwoną Ławkę, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Zbójnickiej Chaty (do którego oczywiście doszłam niebieskim szlakiem ze Starego Smokoveca przez Hrebienok). Swoją drogą, utwierdziłam się w przekonaniu, że ta pętla robiona w ten sposób jest łatwiejsza (po okrutnie stromym fragmencie pełnym sypkich kamieni i żwiru wolę wchodzić, a po łańcuchach schodzić). Nasiedziawszy się na czerwonej desce, nacieszywszy się widokami, ruszyłam do Rázcestie pod Sedielkom.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noisettes & Cafe to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z kawałkami orzechów laskowych i ziaren kawy.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach kawy. Niewątpliwie była to kawa ziarnista, palona i gorzka, jednak ogół wcale mocno gorzki się nie wydawał. Kawę osłodził bowiem motyw syropu, likieru. Kawowego i/lub do kawy. Słodycz z palonością kawy sugerowała karmelizowanie. Bez trudu da się rozpoznać, że kawa wystąpiła jako dodatek, ale wydawała się też mieszać z kawową czekoladą. Orzechy nie zdradzały swej obecności.

Twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała średnio głośno, przeciętnie i zdradzała lekką kruchość. Ziarnisty przekrój zdradzał małą ilość drobnych kawałków orzechów. Z zaskoczeniem odkryłam, że trudno, odgryzając kawałek, nie zahaczyć o jakiś dodatek. Kawa bowiem też wystąpiła w postaci kawałków, tylko że w przekroju trudno ją dostrzec. Acz gryząc uważnie, da się odgryźć trochę samej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo, powoli. Przedstawiła się jako gęsta i maślano tłusta, a dodatki starała się długo zachować dla siebie, jednak zaznaczały się na języku. Czekolada maziście pokrywała podniebienie, a kawałki orzechów i kawy powoli się z niej wyłaniały. Trochę przyspieszały jej rozpuszczanie się. Znikała nieco wodniście.
Ze względu na to, jak mocno osadzone w czekoladzie kawałki zostawały niemal do końca, wolałam zostawiać je na czas, gdy baza się rozpłynęła, zamiast gryźć wcześniej. Wcześniej spróbowałam tylko z ciekawości. Wtedy kawa i orzechy były twardsze w nieco szklisty sposób, a czekolada wydawała się ulepkowata.
Okazało się, że do czekolady dodano głównie małe i malutkie kawałki orzechów laskowych i ziaren kawy. Zdarzały się też średnie - częściej kawałki kawy. Ta wystąpiła też w postaci drobinek - wręcz punkcików - i twardych płatków. Niektóre wydawały się lekko karmelizowane, jakby otoczone odrobiną cukru.
Gdy gryzłam drobnicę na koniec, orzechy w większości upodobniały się do kawy, jednak różnice czuć, gdy się trochę skupić.
Orzechy gryzione na koniec, po zniknięciu czekolady były miękko-skrzypiące, delikatne. Kawałki ziaren kawy gryzione na koniec w większości były twarde i lekko chrupiące, tylko część (te naprawdę malutkie) łączyła chrupkość z lekkim trzeszczeniem.
Czasem zadawałam sobie trud, by porozganiać językiem, co twardsze i ostrzejsze - czyli kawę - i najpierw gryźć bardziej miękkie, zaokrąglone kawałki, czyli orzechy.

W smaku, w chwili robienia kęsa, palone ziarna kawy zaznaczały swoją obecność, po czym pozwalały popłynąć czekoladzie.

Ta przywitała się wyważonymi słodyczą i gorzkością. Akcent kawy podkreślił gorzkość, nakierowując ją na motyw czarnej kawy, zaparzonej na palonych ziarnach. Słodycz od siebie dodała do tego jakiś syrop. Trochę karmelowy?

Smak kawy nasilał się wraz z wyłanianiem kawałków, acz gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazało się, że przesiąkła kawą całościowo. Połączył się w niej motyw ziaren kawy z kawą zaparzoną, chyba z odrobinką śmietanki.
Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam dodatki obok czekolady, wydawały się trochę karmelizowane, w porywach jakby ze szklistą, cieniutką warstewką, acz czekolada przy nich udawała tłusty ulepek, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Motyw kawy wydawał się pochodzić od dodanych ziaren i spójnie mieszać z bazą. Kawa stała na straży, by nie zrobiło się za słodko. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak nasiliła się i tak, choć nie przesadnie. Do syropowo-karmelowego splotu dołączyła wanilia, zacieśniając ich związek.

Czasem w oddali zamajaczył akcent owoców, jednak był zbyt nieśmiały, by to sprecyzować (coś czerwonawego?). Do głowy przyszła mi cascara (określana suszem owocowym, "herbatką owocową" z owoców kawowca; w zasadzie moje wyobrażenie o tym).

Słodyczy spodobał się palony klimat. Czułam w niej sporo palonego karmelu, z czasem przechodzącego w motyw słodkiego, ciepłego alkoholu. Przemknęła myśl o whisky, likierze i to ten drugi został na dłużej.

Kawa nasilała się, jednak nie stłamsiła reszty... W sensie bazy, bo orzechy laskowe w zasadzie się chowały. Choć kawa miała wiele do powiedzenia, i niewątpliwe zapewniała gorzkość, ogólna słodycz też była wysoka. Na końcówce jednak to kawa-dodatek rozbrzmiewała, bo czekoladowa baza poszła w nieco maślanym, niema śmietankowym łagodniejszym kierunku. Na myśl sunęła się kawa ze śmietanką, a raz czy drugi nawet mi do głowy kawa Irish Cream.

Gdy gryzłam dodatki na koniec, czuć głównie palone ziarna kawy. Gorzkie i przysłaniające resztę. Orzechy laskowe przeważnie gubiły się wśród nich. Czasem coś orzechowego zaplątało się za kawą, ale można to było przeoczyć. Bardzo rzadko pojawiały się ich przebłyski. Jak już, były to delikatne, lekko prażone orzechy. Raz czy dwa zaplątała się w nich lekka goryczka. Laskowe do rozpoznania. 
Gdy bawiłam się w rozdzielanie językiem kawałków na koniec, całkiem nieźle najpierw czuć orzechy laskowe z echem kawy, a potem już tylko kawę.

Po zjedzeniu został posmak głównie ziaren kawy, mocno osłodzonych karmelowym motywem. Ten miał w sobie coś z karmelizowania i syropu, może likierowego. Raz czy dwa odnotowałam orzechy. Sama czekoladowa baza przemawiała się w tym osadzaniu kawy, acz końcowo wycofywała się.

Bardzo dobra kawowa czekolada, ale taki dodatek orzechów laskowych - tak mało, tak podrobionych - to kpina. Nic nie wnosiły. Co prawda, reszta bez nich radziła sobie bardzo dobrze, jednak gdy robi się czekoladę z kawą i laskowcami, chyba nie o to chodzi. Baza poprawnie bazowa, a więc nieprzesłodzona, słodka w nieco ambitniejszy sposób, lekko gorzka. Jej lekko kawowa gorzkość świetnie zgrywała się z kawą. No, tylko tych orzechów żal.


ocena: 8/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, orzechy laskowe 4%, tłuszcz kakaowy, kawa 1,25%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

czwartek, 23 kwietnia 2026

Figaro Sladka Vasen 86 % Kakaa Horka Horka Cokolada ciemna

Ta czekolada w zasadzie na pierwszy rzut oka powinna obudzić we mnie podejrzliwość. I poniekąd zrobiła to, acz jakoś nie zadziałało to tak, jak powinno. Uznałam, że takiego dziwa z Czech w sumie mogę spróbować, mimo że nic nie wskazywało na to, że warto. Jedyne, co zachęcało to fakt, że marka była zupełnie mi nieznana i okazja, by ją kupić, no... po prostu się trafiła.

Figaro Sladká Vášeň 86 % Kakaa Horká Horká Čokoláda to ciemna czekolada o zawartości 86% kakao, produkowana przez Mondelez na rynek czeski (i tam wyprodukowana).

Po otwarciu poczułam względnie łagodny zapach średnio mocnego palenia, mieszającego się z drewnem i prażonymi migdałami w skórkach. Obok stała dość duszna słodycz wanilinowego, trochę ciężko-sztucznie słodkiego lukru i przesłodzonego serka homogenizowanego w wariancie waniliowym.

Tabliczka była twarda w kamienny sposób. Głośno trzaskała przy łamaniu, brzmiąc na bardzo kruchą, mimo że nie kruszyła się.
W ustach potrzebowała chwili, by zacząć się rozpuszczać tłusto i maziście. Była bardzo tłusta w oleisty sposób, a do tego gładka. Kształt zachowywała dość długo, ale znacząco miękła, serwując z czasem drobną pylistość. Oleistość mieszała się z wodnistym elementem, co przełożyło się na rzadko-lepkawo-maziste znikanie i zostawienie tłustego wrażenia.

W smaku przez pierwszą sekundę czy dwie czułam jakby niezdecydowaną, trochę nijaką tłustość, przywodzącą na myśl olej zlany z jakiegoś kremu orzechowego... czy dokładniej migdałowego. Łagodna orzechowość została zasugerowana, ale w zasadzie orzechowej nuty nie czułam.

Pomyślałam o oleju maślanym, zmieniającym się w masło i maślany krem orzechowo-migdałowy, np. do przełożenia maślano-drożdżowego ciasta lub zwieńczenia maślano-drożdżowych babeczek. Krem z dużej ilości masła, z nutą migdałów, orzechów ziemnych i może laskowych, a także słodki. Krem michałkowy (a'la cukierki Michałki)? Wszystko to brzmiało, jakby chciało, a nie mogło.
Coś w tych cukierniczych skojarzeniach było jeszcze... kwaskawego? Jakby chodziło o krem z serka śmietankowego?

Krem słodki w ciężki sposób, mimo że nie bardzo słodki. Słodycz wkroczyła z małym opóźnieniem i rosła powoli. Przede wszystkim dominowała w niej wanilina, kryjąca zwykłą cukrowość. Przyszedł mi do głowy wanilinowo-waniliowy frosting, lukier.

W oddali przemknęła leciutka cierpkość. Kakao w proszku wyłamało się, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa niska gorzkość przysłoniła bardziej maślano-tłusty motyw i wprowadziła paloną nutę.

Wanilinowy lukier zmienił się w serek homogenizowany, w wariancie waniliowym, ale właśnie z waniliną, a nie wanilią. Był słodki, ciężki i... lekko kwaskawy?

Słodycz i gorzkość nakręcały się wzajemnie, ale żadna z nich nie sięgnęła nawet średniego poziomu. Wydawały się nieśmiałe, niepewne. Gorzkość trzymała się palonego wątku, który to ogólnie był palony średnio. W nim nasiliła się orzechowa nuta. Pomyślałam o prażonych arachidach i migdałach. Prażonych krótko, jeszcze w skórkach. Paloność, obok której pobrzmiewało kakao w proszku, chwilami szła w drewnianym, chwilami kierunku.

Niski kwasek odłączył się od serka, serek jakoś zaniknął, a słodycz uprościła się do wanilinowego lukru. Kwasek... prawie zanikał, acz wychwyciłam jeszcze jakąś kakaową-ziemistą, niemal truflową sugestię i namiastkę... kwaskawej śliwki? Śliwki w kakao? Jakby świeżą śliwkę zasypać górą kakao w proszku albo pić tanie gorące kakao na mleku zaraz po zjedzeniu cierpkiej, ściągającej śliwki.

Po zjedzeniu został posmak właśnie kakao w proszku, mieszający się z maślano-oleistym, mdławym wątkiem oraz przearomatyzowaną słodyczą lukru. Ostatniej było niewiele, ale miała ciężki wydźwięk i jako że ogólnie kompozycja nie była zbyt wyrazista, czuć ją wyraźnie.

Czekolada mi nie smakowała. Uboga w gorzkość, kwasek silił się na jakiś charakter, ale podobnie jak cierpkość, pochodził od kakao w proszku, które ze szlachetnością nie miało nic wspólnego. Słodycz nie za wysoka, ale jej charakter był tani. Ogólnie było mdło, tłuszczowo w smaku, które to wrażenie podkręcała ledwo uchwytna mleczność. Było tak, że aż trudno za cokolwiek pochwalić. Jednocześnie nie trafiłam w niej na nic takiego, co jakoś szczególnie chciałabym zjechać z burzą negatywnych emocji. To po prostu kiepskawa, bardzo nudna tabliczka, niebudząca emocji. Była tak nieprzyjemnie żadna, że zjadłam niecałą kostkę i podziękowałam.

Mama trochę spróbowała i stwierdziła, że czekolada była "gorzko-kwaśna w tani, nieprzyjemny, najgorszy możliwy sposób".

Wyszła niczym jeszcze łagodniejsza w tłuszczowy sposób Marabou Premium Fin 86 % Kakao. Były bardzo podobne, ale powiedziałabym, że dziś przedstawiana robiona jeszcze bardziej po kosztach, jeszcze bardziej tłusto-nijaka.


ocena: 4/10
kupiłam: stacja benzynowa
cena: nie pamiętam (około kilkunastu złotych?)
kaloryczność: 645 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, cukier, aromat, emulgator (lecytyna sojowa), pełne mleko w proszku

wtorek, 21 kwietnia 2026

Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao ciemna z Ugandy

Na wspomnienie Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao uśmiechałam się. Z nią związałam się bardzo emocjonalnie nie tylko ze względu na boski smak. Otóż z jej recenzją miałam małe kłopoty. Przypadkiem ją usunęłam po kilku dniach od zjedzenia. A zdecydowanie wolę pisać na świeżo, w dniu zjedzenia, nie zaś z samych notatek. Kupiłam kolejną, by okazało się, że... jednak jej już nie ma. Przeżyłam prawdziwy dramat. Aż podskoczyłam, gdy zobaczyłam tę nowość. Wyższa zawartość kakao wyglądała jeszcze bardziej obiecująco. I tym razem. Użyto lokalną odmianę forastero, nazywaną tam Koko. Uprawia je ponad 3 400 drobnych rolników ekologicznych w regionie, z których 52% to kobiety. Sprzedaż umożliwia Latitude Trade Co. (LTC), która prowadzi szeroką sieć wiejskich punktów skupu, w których kupuje wysokiej jakości mokre kakao, płacąc co najmniej 20% więcej producentom niż inni nabywcy w Ugandzie.


Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 80 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao forastero z Ugandy, z dystryktu  Bundibugyo, z regionu Semuliki.

Po otwarciu poczułam bardzo złożony, intensywny zapach, w którym dominowały suszone owoce, a dokładniej figi. Im towarzyszyły inne, na pewno daktyle, rodzynki, ale nie tylko. Może żurawina i wiśnie? Do głowy przyszły mi naturalnie słodkie raw bary: batony z bakalii, suszonych owoców - zmiksowanych i zmielonych wraz z pestkami słonecznika i dyni. Słodycz fig mieszała się z miodem i syropem daktylowym, a rodzynki wpisywały się z słodko-gorzkie kakaowe cynamonki. Takie o wytrawnie kakaowym i ciepło cynamonowym smaku. Wszystko to przeplotły świeższe owoce: sok z wiśni i niemal miodowo słodki - ale w świeższy sposób  - melon.

Tabliczka ze względu na twardość, podczas łamania głośno trzaskała. Wydawała się masywnie skalista. 
W ustach wciąż była masywna, ale nie twarda. Rozpływała się powoli i bardzo kremowo, opływając nieco lepkawymi falami, w których nasilała się soczystość, by całość końcowo rzadko zniknęła. 

W smaku najpierw poczułam słodycz, ale nie od razu dookreśloną. To był ni karmel, ni suszone owoce... Chwilę trwał jakby w zawieszeniu, po czym do przodu wyrwały się słodkie suszone figi. Złociste i niemal miodowo słodkie, ale w które wkradała się pewna cierpkość (takich brązowo-szarawych sztuk?).

Przemknęła ostrość...  A może to słodycz zrobiła się taka piekąca? Pomyślałam o daktylach, ale ze względu na karmelowe wtrącenia raczej w wydaniu syropu daktylowego. Ogólna słodycz odważnie rosła, choć pamiętała, że na za wiele pozwolić sobie nie może.

Ostrość poszła w ciepłym kierunku pikantnego cynamonu. Z ciepła wyłoniła się też gorzkość, cierpkość. Początkowo myślałam, że też należała do przypraw, ale niekoniecznie... Przynajmniej nie tylko.

Gorzkość okazała się palona. Średnio mocno, ale wyraźnie. Do niej raz po raz podkradała się ziemia.

W tym czasie słodycz cały czas rosła. Szła konsekwentnie w suszono owocowy klimat. Podchwyciła jednak trochę goryczki, serwując mi raw bary ze zmielonych bakalii. Suszone owoce mieszały się za ich sprawą z pestkami słonecznika, może też dyni i akcentem orzechów. Cierpkość sugerowała kakaowe warianty.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zawitały jeszcze kakaowo-czekoladowe cynamonki z rodzynkami. Odnotowałam pewną maślaność, wydawały się zawierać jakąś cynamonowo-karmelową masę, ale nie zasładzały. Trzymały się wytrawniejszego klimatu.
A ta maślaność... raz i drugi zrobiła aluzje do kremów 100% z orzechów i/lub blanszowanych migdałów.

Rodzynki podszepnęły leciutką kwaśność i to wydobyło owoce cierpko-kwaskawe właśnie. Przemknęły mi przez myśl suszone wiśnie, ale zaraz na te suszone wydały mi się za soczyste. Toż to właśnie sok z wiśni przepłynął! Może nawet same wiśnie? I... trochę zatraciły się w słodyczy. Tę cierpkość jednak raz po raz podkreślały ostre korzenne przypraw, głównie cynamon.

Przy wiśniach raz po raz przemknęła nutka cytrusowa, nutka cierpkiej skórki... chyba też osiadającej w bakaliowych batonach. Soczystość ogólnie próbowała wpleść trochę świeżości i tak na chwilkę nawet melon miodowy przyszedł mi do głowy...

Chyba tylko by o miodzie przypomnieć. Zaraz bowiem wróciły wyrazistsze suszone owoce pod przywództwem fig. Fig niemal miodowych. Miodowa nuta jednak w jedno mieszała się z kakao, serwując mi kakaowy miód i może domieszkę syropu daktylowego.

Ostre przyprawy i ta słodycz wciągnęły do gry też pestki słonecznika, przekładając się na wizję chałwy słonecznikowej z cynamonem, miodem i kakao.

Po zjedzeniu został posmak kakaowo-cynamonowej chałwy pestkowej z nieco przeprażonych do goryczki słonecznika z dynią oraz wiśni, mocno przysłoniętych słodyczą suszonych owoców. Głównie fig, ale też trochę daktyli, zgrywających się z ostrością, pieczeniem przypraw korzennych. Cynamonu na czele nieco ostrzejszych, ale nie jednoznacznych.

Czekolada zachwyciła mnie. Przypominała Beskid Chocolate Uganda Semuliki Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale w wydaniu mniej krówkowo słodkim i mniej soczyście owocowym. Dziś przedstawiana skupiła się na suszonych owocach: figach, daktylach i rodzynkami, wkomponowując je w bakaliowe batony z owoców i pestek. Pestki słonecznika jako batony, chałwa słonecznikowa świetnie zgrywały się z ostrym cynamonem. To na pewno były kakaowe warianty, podkreslane palono-ziemistymi akcentami. Czułam też miód, karmel, ale wcale nie było ogólnie za słodko. Akcent wiśni, cytrusów i melonów wniosły lekką świeżość, ale nie zburzyły ogólnie ciepło-korzennego, idealnego na jesień i zimę klimatu.


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 520 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Millennium Craft Series Art of Chocolate Dark Chocolate Gorzka Czekolada z Orzechami Laskowymi, Żurawiną i Płatkami Chabru ciemna 54 %

Kiedy zobaczyłam tę czekoladę w gazetce Lidla, spodobała mi się. Z wyglądu, bo dotąd do marki Millennium byłam bardzo sceptyczna (nie "w ciemno", a po nieprzyjemnej Millennium Exclusive Chocolate Collection Dark Chocolate with Salted Caramel). Trochę tylko zaciekawiły mnie ich czekolady z dodatkami, z okienkami, ale koniecznie ciemne. A tych w żadnych naszych sklepach nie znalazłyśmy. Skąd to moje zainteresowanie? Otóż Mama raz kupiła sobie mleczną z laskowcami Millennium i była pozytywnie zaskoczona. Może nie zachwycona, ale stwierdziła, że na tle tabliczek z Biedronki czy Lidla wypadła dobrze. Stąd zachciałam takiej ciemnej spróbować, ale widziałam je tylko w internecie. A zamawiać nie zamierzałam. Gdy więc tę pokazałam ojcu i zgodził się ją kupić, pomyślałam, że może to nawet lepiej, że ja spróbuję takiej niby porządniejszej tej marki. W internecie za to sprawdziłam, ile zawiera kakao, bo na opakowaniu brakowało tej informacji. Wzięłam ją jako jedyną tabliczkę na szlak na krańcu Tatr, na Siwy Wierch czerwonym szlakiem z Biela Skala, Horanen. W zeszłym roku już robiłam tę trasę, ale przez poprzymarzane do skał łańcuchy, nie weszłam na sam szczyt z tabliczką, a zdjęcia robiłam pod nim, bo za bardzo wiało i padał tnący w twarz śnieg. Wyglądało na to, że tym razem widoczność i warunki będą znacznie lepsze, lecz już na miejscu okazało się, że wieje tak mocno, że chwilami ciężko było iść. Dobrze, że na rozległym, skalistym szczycie udało mi się ukryć za skałą, idealnie mnie od tej wichury osłaniającą. A wróciłam tą samą drogą.

Millennium Craft Series Art of Chocolate Dark Chocolate Gorzka Czekolada z Orzechami Laskowymi, Żurawiną i Płatkami Chabru to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi, słodzoną żurawiną i płatkami chabru, produkowana przez Malbi Foods.

Po otwarciu zagrzmiał zapach orzechów laskowych prosto z przecukrzonego kremu czekoladowego typu Nutella. Słodycz za jej sprawą wydawała się wręcz duszna, na pewno przesadzona. Obok czuć trochę cierpkiego kakao, acz gorzkości brak. Wpisywało się w wizję oleistego kremu czekoladowego. Miało też w sobie trochę z taniej, wanilinowo-cukrowo przesłodzonej polewy kakaowej. Orzechy laskowe czuć też jako po prostu prażone laskowce, zwłaszcza gdy wąchałam spód. Odciągały trochę uwagę od siły słodyczy. Żurawina i kwiaty nie odzywały się.

Dodatków zatopiono średnią ilość, na którą nie można narzekać. O ile żurawiny wtopiono w czekoladę porządnie, orzechy nadto wystawały. Trzymały się jednak nieźle, przynajmniej do momentu podziału. Dodały całości kruchości. Sama czekolada w dotyku wydała mi się pylista i tłusta zarazem.
Tabliczka była średnio twarda, a przy łamaniu wydawała z siebie średnio głośne chrupnięcia. Sprawiała wrażenie masywnej i kruchej zarazem. Dodatki całkiem nieźle trzymały się przy łamaniu, choć pojedyncze orzechy wyłamywały się z niej wtedy. Gdy odgryzałam kawałek, orzechy prawie zawsze odłamywały się. Wtedy też, sama baza wydawała się trochę pyliście skrzypiąca.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie szybko-średnim. Miękła i robiła się bardzo mazista, acz kształt zachowywała niemal do końca. Odnotowałam w niej lekką pylistość, acz jakby skrytą w gładkości. Była tłusta i trochę plastikowo-ulepkowata. Płatki chabru i żurawinę długo trzymała przy sobie, jednak orzechy łatwo się od niej odłączały, pokryte odrobinką mazistej czekolady.
Orzechy czy to gryzione wcześniej, obok czekolady, czy na koniec były bardzo chrupiące i w porywach kruche. Wszystkie były duże, całe i pozbawione skórek.
Żurawiny dodano całe, średniej wielkości kulki i trochę połówek oraz małych, skórkowych kawałków. Żurawina gryziona wcześniej jawiła się jako twardsza i mniej soczysta, zaś na koniec bardziej soczysta. Wciąż twardawa, ale właśnie w soczystszy sposób. Co nie znaczy, że była bardzo soczysta. Miąższysta owszem. Jej skórki, których parę pojawiło się jakby samych, trzeszczały.
Chaber nasiąkał dość szybko, ale wcześniej ukrywał się w czekoladzie, zaznaczał swoją obecność dopiero na koniec. Był niczym płatki kwiatów z herbaty, do której je dodano.
Zdecydowanie wolałam gryźć dodatki na koniec. Raz, że czekolada przy gryzionych dodatkach wydawała się bardziej plastikowa, a dwa, że żurawina na koniec wychodziła lepiej.

W smaku pierwszy odezwał się przesłodzony krem a'la Nutella. Czekoladowo-orzechowe smarowidło zaraz okazało się nieco bardziej kakaowe, acz nie gorzkie czy wytrawne.

Delikatna cierpkość nie zdążyła się na dobre zaznaczyć, a już o uwagę dopraszała się słodycz. Wyszła wręcz dusznie, jak się okazało, od ciężkiej wanilinowej nuty, którą wsparł cukier. Gorzkości nie uświadczyłam, taka bardziej niby gorzkawość jakby się w tle kryła, ale bała do kompozycji wtrącić. Zalatywało to tanią polewą kakaową.

Orzechowy motyw wydawał się pochodzić z aromatu, a w dodatku ogół miał w sobie tanio-sztuczne akcenty, choć nie było to okrutnie jednoznaczne. To słodycz wydawała się złym gliną kompozycji, nasilając się do napastliwego poziomu.

Co jakiś czas, w kęsach z orzechami lub chociaż z ich pobliża, sztuczność, nutę aromatu, nieco przygłuszały naturalniejsze orzechy laskowe. Nie musiałam ich gryźć, by je poczuć. Próbowały też trochę wygłaskać słodycz.

Kiedy spróbowałam samej czekolady, bez dodatków, okazała się przesiąknięta orzechami częściowo. Wyraźnie czułam prażone orzechy laskowe w kęsach z ich okolicy. Jednocześnie sztuczność wydawała się nieco niższa. Gdy zaś spróbowałam samej czekolady tak po prostu, motyw laskowców był w niej wątły i przybierał wydźwięk aromatu orzechowego prosto z taniego kremu orzechowo-czekoladowego. Sama czekolada zasładzała szybko i okrutnie.
Żurawina i kwiaty nie wpływały na smak samej bazy, a i niegryzione specjalnie się nie zdradzały. 

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok czekolady, czekolada wydawała się jeszcze bardziej tanio-plastikowo wanilinowo-nutellowa. Wtedy orzechy nie uderzyły tak mocno, jak mogłyby. Dały z siebie może 50%,serwując trochę prażone-słodkiego smaku.
Gryziona obok czekolady żurawina wyszła kwaśno-słodko i odciągała uwagę od czekolady, ale nie od plastikowości.
Gryzione wcześniej kwiaty nie wnosiły nic.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz porządnie już dawała w kość, nie zmieniając swojego dusznego, cukrowo-wanilinowego tonu. Myśl o kremie typu Nutella osłabła jednak. Została jednak smakowa tłustość - oleistość? - takiego smarowidła. Acz wtedy także dodatki, zwłaszcza laskowce, zaczęły się nieśmiało wtrącać. Naprawdę nieśmiało, ale jednak. I chyba na zasadzie kontrastu jeszcze podkręcały słodycz bazy.

Czasem przemknął słodki czerwony owoc (żurawiną), czasem prażony orzech laskowy. W gardle czułam drapanie, a baza jeszcze bardziej łagodniała. O gorzkości nie było mowy, przemknęła mi za to oleista, może nieco margarynowa nutka oraz drobna aluzja do śmietanki. Acz delikatny wątek kakaowy czuć... jakby próbował uczepić się desperacko orzechów.

Orzechy gryzonie na koniec okazały się wyraziste. Uraczyły mnie pełnią swego naturalnie słodkiego, prażonego smaku.
Żurawina końcowo serwowała mieszankę słodyczy i kwaśności. Raz to słodycz nieco wygrywała, raz lekko soczysta kwaśność.
Chaber wnosił akcent łagodnie kwiatowy, kojarzący się z efektem, jaki serwują infuzowane kwiatami herbaty.
W zestawieniu, orzechy i żurawiną zagłuszały płatki kwiatów. Między sobą starały się wychodzić równo, acz wiele zależało od wielkości żurawiny lub jej kawałka. Przy kawałkach żurawiny zdecydowanie dominowały orzechy.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a dokładniej słodkich, prażonych orzechów laskowych lub kwaśnej, soczystej żurawiny. Czekolada stała za nimi jako wyraźna cierpkość prostego, palonego kakao, może polewy kakaowej, oraz - i tak - przesłodzenie w dusznym stylu. Trochę czuć przearomatyzowanie.
Dodatki wyszły w porządku, ale baza smutno kiepska. Kakao ledwie się zaznaczało, gorzkości brak, a słodycz męczyła. Upodobniła się przez większość czasu do kremu typu Nutella, ale i wanilina miała w niej duży udział. Rozumiem jednak, że niektórym to skojarzenie może się podobać.
Połączenie orzechów laskowych i żurawiny przyjemne, w zasadzie niespotykane, acz kwiaty raczej tylko dla efektu wizualnego, bo w smaku niewiele wniosły. 
W górach to-to jako tako pracowało, w domu męczyło wydźwiękiem i słodyczą, ale dało się skończyć dzięki dobrym dodatkom.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: chyba 10 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, całe prażone orzechy laskowe 10%, słodzone suszone żurawiny 10%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, kwiaty chabra bławatka 0,2%, emulgator: lecytyna sojowa; aromat: wanilina

sobota, 18 kwietnia 2026

Cauma Cacao Singular Mana Philippines 78 % ciemna z Filipin

Kakao Mana teoretycznie  jest mi znane, bo jadłam już czekolady z niego, ale nie powiem, bym w ciemno umiała natychmiast je scharakteryzować. W ogóle żeby dokładnie powiedzieć, czym jest, musiałam aż zgooglać, by sobie odświeżyć. To blend 5 wybranych odmian trinitario, uprawianych w regionie Davao. Mimo że kakao z Filipin nie robi na mnie wielkiego wrażenia, ta tabliczka mnie skusiła... W zasadzie skusiło mnie opakowanie i nieznana marka, a akurat ta czekolada była dostępna w sprzedaży. Opakowanie wydało mi się niesamowite, liczyłam, że i wnętrze będzie wyjątkowe. 
O marce za to nie wiedziałam kompletnie nic, więc zaczęłam googlać, by się czegoś dowiedzieć. Cauma, marka z Hiszpanii, to projekt rodziny Delgado-Ricart, czwartego pokolenia marki Trufas Martinez, która od ubiegłego stulecia specjalizuje się w truflach i jakiś rurkach "Cubanitos". Ponoć zajmują się tradycyjnym walenckim procesem produkcji czekolady, co mówiło mi tyle, co nic. Nie słyszałam o jakiś specyficznych walenckich czekoladach Google podpowiada, że Walencja słynie z "dobrych czekoladek, np. Valor". Ja znalazłam markę trufli Trufas Marinez , która właśnie jest na opakowaniu dziś przedstawianej tabliczki.

Cauma Cacao by Trufas Marinez Singular Mana Philippines 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao trinitario Mana z Filipin, z regionu Davao.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny, słodki zapach kwiatów i jakby trochę ciastowy. Ciasta wypieczonego leciutko, jasnego i na pewno z owocami. Pomyślałam o cieście ze słodkimi jabłkami, przy którym plącze się nieoczywista nutka czerwonych owoców. Odnotowałam w tym kwasek, acz jakby osiadły w słodyczy. Kwiaty sugerowały rześkość i lekkość, ale nie mogę powiedzieć, by była to bardzo lekka kompozycja. W tle za to doszukałam się łagodnych, tłustych orzechów - mieszanki makadamii i nerkowców? Jako naturalny, jasny krem orzechowy?

Tabliczka, która trafiła do mnie w nieco opłakanym, połamanym stanie, w dotyku wydawała się zarówno sucho-pylista, jak i kremowa. Była bardzo twarda w kamienny sposób, a także trzaskała bardzo głośno i głucho podczas łamania. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli. Od razu dała się poznać jako szorstka, acz po pierwszych sekundach, początkowo starała się być kremową. O tym jednak zapominała dość szybko i szła w lekko mazistym, nietłustym kierunku, eksponując proszkowość. A ta przechodziła w ziarnistość. Długo, niemal do końca zachowywała zbity kształt oraz pewną twardawość. Chwilami było w niej coś nawet suchego, ale potem nadeszła wodnistość. Kremowość nieśmiało próbowała się pokazać, ale odpadała w wodniście-soczystym rozpuszczaniu się.

W smaku przywitała mnie słodycz. Łagodna, acz znacząca. Po prostu szybko okazało się, że czekolada wybrała sobie ogólnie łagodny klimat.

Słodycz na tej słodkiej płaszczyźnie za to początkowo dominowała na pewno, mimo że nie była wysoka. Po prostu kwiaty, które ją budowały, wiele znaczyły. A mowa tu o kwiatach jakby wilgotnych, białych - pomyślałam o jaśminie, jaśminowcu. Zaraz podkradł się do niego akcent jasnego miodu.

Miodu? Miód podchwycił kwiatowość i zrobiło się rześko. Rześko na tyle, że miód zmienił się w melona miodowego.

Do słodyczy dołączyła maślaność. Też łagodna, należąca z kolei do jasnego, nie za słodkiego wypieku. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciasto, dokładniej tartę, z owocami... chyba jabłkami. Niby słodkimi, ale zdradzającymi kwasek. Słodycz tego niby rosła bardzo delikatnie, ale zdradzała dosadny charakter. Jakby tartę posypano przesadną ilością cukru pudru.
Obok odnotowałam nawet jakby wręcz mleczną sugestię. Przemknęła też ledwo uchwytna myśl o odrywaniu papieru do pieczenia z ciasta, w którym się piekło.

Hen, daleko w tle przemknęła subtelna gorzkość. Ta przejawiała nieco dymne skłonności, a ja pomyślałam o dymno-wędzonej herbacie, Lapsang souchong. Trochę gubiła się i czasem chowała zupełnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi jeszcze kwiatowe, jakby kwiatowo-herbaciane kadzidła, nie herbata sama w sobie. Czułam się, jakbym wyjmowała kadzidełko patyczkowe z kartonika i papierka.
Słodycz, jaka się przy nich znalazła, wydała mi się skrywać pewną ostrość intensywnie słodkich kwiatów, ale też była w niej pewna ordynarność (białego cukru?).

Przy cieście z jabłkami raz po raz pokazywały się przebłyski jakiś czerwonych owoców... wiśni bardzo dojrzałych i słodko-cierpkich? Tylko że musiały i one znaleźć się w czymś słodkim, bo zostały mocno wygłaskane. Ciasto z jabłkami na moment zmieniło się w ciasto z pojedynczymi wiśniami, takie tylko z wiśniową nutą. A potem ciasto-placek owocowy zrobił się niejednoznaczny w kwestii owoców, za to na pewno posypany cukrem pudrem. Słodki, lekko kwaskawy i... odległy. Kwasek - teraz bardziej czerwono owocowy - próbował pobrzmiewać, ale naprawdę delikatnie to wychodziło. Słodycz ogólna zajęła średni poziom, ale i tak wydawała się najmocniejszym wątkiem kompozycji. Do głowy przyszły mi kruche ciastka obtoczone / posypane cukrem, które może i ogólnie nie są ogólnie za słodkie, ale są jawnie cukrowe.

Pojawiła się nieśmiała, orzechowa nutka. Orzechów bardzo łagodnych; powiedziałabym, że zmielonych razem na naturalny krem makadamia i nerkowców, z przewagą tych pierwszych. To było wręcz coś orzechowego... Może jasny, niedopieczony orzechowy spód do ciasta? Czasem do już wspomnianych dołączało jeszcze trochę laskowych.

Przy orzechach doszukałam się nuty pergaminu, papieru (ciekawe, czy czekolada nie przesiąkła tym, w który była owinięta?). Poprzez nią, do ogólnie łagodnej kompozycji, zakradła się pikanteria.

Pikanteria splotła się ze słodyczą, która nagle wydała mi się drapiąca niczym ostry, pikantnawy miód i równie ostre kwiaty. Pomyślałam o mocno kwiatowym, jasnym miodzie, ale właśnie i kumulacji kwiatów, które wcześniej jakby cały czas się nieco powstrzymywały.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego wypieku - chyba tarty - z owocami: jabłkami i czerwonymi, słodkimi, ale z kwaskiem, posypanej cukrem pudrem, a także kwiatów. Te, choć cechowała je znacząca, rześka słodycz, miały w sobie też coś pikantniejszego. Czasem wyłaniała się orzechowość. Do kwiatów dołączył miód, ale znów bardziej jako miodowo smakujący, rześki melon. Do tego na języku osiadła jakby taka najprostsza, najzwyklejsza cukrowość - nie silna, ale niepasująca do szlachetnej czekolady.

Czekolada niby była w porządku, ale dla mnie za łagodna. I to łagodna na tyle, że aż nie mogłam uwierzyć w te 78% kakao. Łagodna, nieprzesadzona słodycz była w tej kompozycji główną gwiazdą. Niestety przez brak charakternego towarzystwa, przeszkadzał mi jej prosty (wręcz tandetny?) ton. Skład sprawdziłam dopiero w trakcie degustacji i bez zdziwienia zobaczyłam biały cukier (jakoś mi to umknęło przy zamawianiu). Kwasek wystąpił jako przebłyski jabłek i chyba wiśni, a gorzkość w zasadzie jawiła się jako wręcz sugestywna. Kwiatowo-herbaciany dym, kadzidła? Coś takiego jedynie się przewinęło. Motyw jasnego ciasta, orzechowego spodu i kwiatów pilnował, by było spokojnie i łagodnie, a w zasadzie tylko na końcówce z miodu i kwiatów wyrwała się nawet pewna namiastka pikanterii. Brakowało mi tu czegoś charakterniejszego. Konsystencja też mnie nie przekonała - taka suchawa i wodnista. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić jej 6, ale no nie... za nic nie zasłużyła.

Jabłka i coś orzechowego, też pewną pikanterię, ale ogólnie w bardziej kwaśnym wydaniu, czułam w Auro Chocolate Regalo Philippine Origin 85 % Reserve 2018.
Kwiaty, przyprawy i owoce - ale o wiele więcej - złagodzone mlecznym wątkiem Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate kojarzyły się na wydźwięk z dziś prezentowaną.


ocena: 6/10
cena: €11 (za 65g; około 47 zł)
kaloryczność: 460,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 17 kwietnia 2026

krem 4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural

Ostatnio coś bardzo, bardzo chodzą za mną kremy 100% z orzechów laskowych, ale nie mogę w pełni szczerze powiedzieć, że akurat ten. W ogóle to ten krem 4ProActive zostawiłam na koniec przygody z ich produktami, bo... bo tak wyszło? Zamawiając myślałam, że to pasta bezpieczna, jednak po dwóch z daktylami, zaczęłam być nieufna. Dzięki 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural odzyskałam jednak wiarę. Wciąż nie oznaczało to, że byłam hiperoptymistyczna. Coś mi mówiło, że mam przed sobą zwykły, smaczny, bo smaczny, ale nie taki, co się o stanie się mym ulubieńcem, krem z laskowców.

4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych orzechów laskowych.

Po zerwaniu wieczka poczułam intensywny zapach znacząco, ale nie przesadnie prażonych orzechów laskowych o stonowanie słodkim charakterze. W zasadzie wydał mi się wręcz słodkawo-neutralny, a do tego przepleciony szlachetną goryczką. Po uporaniu się z olejem, wszystko to wydało mi się minimalnie bardziej wyważone, ale w zasadzie prawie takie samo.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się mała jak na kremy z laskowców ilość oleju. Zlałam niecałe 4 łyżeczki, a summa summarum wymieszałam 2,5 łyżeczki (jadłam w dwóch podejściach: od razu wymieszałam 1,5 łyżeczki; 37g dodałam do ciasta i do tego, co zostało, czyli 79g kremu dodałam łyżeczkę). 
Krem choć niżej dość suchy, nie był zbity. Nie wydawał się też wyschnięty, a po prostu... suchy. Pochłaniał olej z łatwością, ale nie przybierał na kremowości jakoś szczególnie. Wciąż wydawał się jakiś suchawy. Wydawał się - słowo klucz, bo czuć jego tłustość. Wydawało się, że wchłonie każdą ilość oleju i nie będzie miał dość. Mało tego: i i tak nie wyjdzie kremowo. Ogólnie już na pierwszy rzut oka widać, że to krem bardzo miazgowy, albo wręcz crunchy, bo jakby składający się ze zlepionych drobinek. Ciągnął się, chwaląc się gęstością.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i drobinkowa miazgowość kremu. Rozpływał się w tempie średnim, pokazując się z dość sytej, ale nie ciężkiej strony. Czuć w nim oleistą, wysoką tłustość. W porywach jakby starał się zdobyć na trochę kremowości, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Z każdą chwilą wydawał się coraz bardziej chrupkawo-miękko-luźny, nieco żujny i jakby zlepiony z drobinek do gryzienia. Rozchodził się łatwo, a drobinki aż się prosiły, by je gryźć. Kiedy pogryzłam masę, słychać chrupnięcia i trzeszczenie. Drobinki gryzione na końcu dodały lekkiej chrupkości, acz bardziej trzeszczały niż chrupały; realnie chrupały w porywach. Zostawało ich naprawdę sporo.
To krem do ciągłego gryzienia, podgryzania i ciamkania. Brakowało mi w nim kremowości. Mimo że realnie był tłusty, zostawiał po rozpuszczeniu się suche wrażenie w ustach.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka słodycz orzechów laskowych. Przeplótł ją łagodny, niemal neutralny motyw.

Neutralność ta zaraz okazała się oleiście-maślanym wątkiem. Pozwolił on słodyczy na wzrost i gdy tak szła pewnie przed siebie, doskoczyło do niej prażenie. Prażenie wyraziste, bardzo w tej kompozycji znaczące, ale nie za mocne.

Podkręciło słodycz do poziomu dość wysokiego, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach w tle przemknęła goryczka. Goryczka szlachetna, należąca do skórek orzechów. Stanęła jakby obok słodyczy i neutralności, niespecjalnie angażując się w występ pozostałych nut.

I... zniknęła? Zatonęła w wątku bardziej maślanym, który to z nieprzesadzoną, ale wysoką słodyczą i prażeniem przełożył się na skojarzenie z jakimiś pralinowo-karmelowymi słodkościami, może nadzieniem czekoladek w stylu "orzech&feuilletine" (francuskie karmelizowane jakby "wafelki") lub coś podobnego.

Goryczka orzechowych skórek pobrzmiewała jako echo... bardzo delikatne, ale jednak. Słodycz osiadła na średnio-wysokawym poziomie, a prażenie... zgubiło się? Końcówka to jakby maślano-oleiste złagodzenie, wyciszenie.

Gryzione kawałki i drobinki okazały się harmonijną kontynuacją smaku. Okazały się słodkimi, prażonymi i zarazem łagodnymi laskowcami, w których sporadycznie przemyka echo skórki.

Po zjedzeniu został posmak słodko-maślany, z delikatnie zaznaczonym nieoczywistym, prażonym akcentem. W głowie siedziała mi myśl o słodko-orzechowym nadzieniu np. czekoladek.

Krem był smaczny, ale nie zachwycił mnie. Nie przekonała mnie konsystencja - taka do ciągłego gryzienia. Brakowało mi w nim kremowości. Do tego to dziwne pochłanianie oleju, a jednocześnie nie przybieranie na kremowości... Przez tę konsystencję aż się zastanawiałam, czy nie wystawić 7, ale w końcu uznałam, że smak nadrobił. Smak za to przyjemnie nie za słodki, lekko szlachetnie gorzki za sprawą skórek. Maślana neutralność przyjemnie je wyważyła. Cieszę się też, że choć prażenie było wyraziste, nie było za mocne. Jak dla mnie mogłoby być w ogóle słabsze, ale i to w zasadzie pasowało.

Jako że znam o wiele lepsze kremy z orzechów laskowych, a strukturę tego odebrałam jako nieco męczącą, uznałam, że część, jaka mi została pójdzie do mojego autorskiego ciasta, stylizowanego na Kinder Bueno White. Pisałam o tym nieco więcej na Instagramie. 37g tego kremu dodałam do kremu ciasta, który oprócz tego składał się z 100g ugotowanej kaszy jaglanej (czyli 29g suchej), 58g stałej części mleczka kokosowego i 8g cukru trzcinowego. Podyktował przyjemnie orzechowy motyw, upodabniając krem do nadzienia Kinder Bueno w wersji znikomo słodkiej i szlachetnej. Nie zdominował jaglanej nuty, w ogóle się nie narzucał, ale nadal mu odpowiedni klimat, co mnie bardzo ucieszyło. Po tym, jak zblendowałam go z resztą składników, ta kawałkowa struktura prawie odeszła w niepamięć (prawie, bo jednak krem wyszedł lekko skrzypiąco, nie idealnie gładko), a zostały smakowe zalety. Właśnie taki krem, nie za słodki, a trochę gorzkawy od skórek, był mi potrzebny do ciasta. Zdecydowanie ten krem sprawdza się w tego typu kombinacjach. Jest odpowiednio wyrazisty.


 ocena: 8/10
cena: 15 zł (za 250 g)
kaloryczność: 674 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy laskowe