czwartek, 22 kwietnia 2021

Utopick Dark chocolate 75 % cocoa Chivite Guatemala ciemna z Gwatemali

W ramach dość nietypowej czekoladowej podróży tym razem pognało mnie aż do Hiszpanii. Nie fizycznie oczywiście, a i nie mam na myśli ziaren kakao rosnących w tym kraju. Po prostu kolejna nieznana mi marka pochodzi z Hiszpanii właśnie (przypominam, że ostatnio odkrywam marki a to z Japonii, Norwegii, Chorwacji itd.). Utopick to mały zespół, który ceni sobie przestrzeń, przejrzystość i prostotę, bo jego członkowie wierzą, że wysokojakościowe produkty tego potrzebują. Ja ostrożnie kupiłam najpierw tylko jedną czekoladę na próbę.
Markę stworzył Paco Llopis z hiszpańskiej Walencji, chcąc pokazać wielbicielom czekolady najbardziej zaskakujące, najpyszniejsze, jakie tylko uda mu się stworzyć. Wraz z żoną tworzy z kakao z bardzo konkretnych miejsc, próbując uzyskać iście utopijny efekt. Dzisiaj opisywana pochodzi od społeczności "Chivite", zamieszkującej region San Juan (nie mylić z miastem z Portoryko), a więc okolice San Juan La Laguna – niewielkiej miejscowości na południowym zachodzie Gwatemali. Uprawą ziaren na 180 hektarach zajmuje się od lat. Pierwotnie jednak jako jedynie pracownicy - i to zajmujący się ziarnami kawy. Dawny właściciel tamtych ziem porzucił je jednak w czasie wojny domowej w Gwatemali w latach 80., a rodziny rolników zajęły się nimi. W 2002 przekształciły plantację kawy w kakao, tak, że teraz 90 % ich dochodu pochodzi właśnie z niego.

Utopick Bean to Bar Origin Dark Chocolate 75 % cocoa Chivite Guatemala to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Gwatemali z regionu San Juan od społeczności Chivite.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, dane mi było zaciągnąć się aromatem drzew, starego, zapomnianego przez ludzi parku porośniętego chwastami i mnóstwa owoców: od rodzynek poczynając, przez kwaskawe czerwone (żurawina?) po słodkie truskawkowe dżemy (jakby z odrobiną rabarbaru) i czereśniowo-wiśniowe tony... czy to bliżej niezdecydowanej odmiany tychże (jakby połączenie), czy jakiegoś kompotu. Była to słodycz, ale niewątpliwie z naturalnie wpisanym w nią kwaskiem. Drzewa otwierały mi oczy wyobraźni na całe zastępy roślin: pojedyncze kwiaty ostu i innych chwastów, jakieś suchsze trawy (zmęczone słońcem), coś zbożowego. A za tym wszystkim czaiła się łagodna wytrawność... "skarpetowego sera"? Żółtego, zestawionego z żurawiną lub innymi suszonymi owocami?

Tabliczka okazała się bardzo twarda. Trzaskała przy łamaniu głośno jak grube i suche gałęzie.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto. Była bardzo zwarta, pomyślałam o niej jako o czekoladowo-owocowo skondensowanej. Odznaczała się niską tłustością, a ze swej gęstwiny wypuszczała jakby... sok owoców i coś scukrzonego. Z gładkiej z czasem robiła się właśnie jakby nieco scukrzona i lepka jak miód, a nie zalepiająca jak krem. I jak miód znikała w końcu trochę nagle, na wodę.

W smaku od pierwszej chwili dosłownie uderzył słodziuteńki miodek. Miodek jasny i uroczy. Miodek... może malinowy? Oto pojawiły się same słodkie maliny, a także poziomki. Zaraz za nimi zaś cały szereg słodkich czerwonych owoców w wydaniu dżemowo-konfiturowym. Pomyślałam też o słodkich kompotach.

W tym czasie w tle delikatnie zaznaczyła się śmietanka, która to odrobinę podkreśliła soczystość owoców, lekko zahaczając o kwasek.

Po paru chwilach pojawiła się gorzkość jako drzewa z drobną cierpkością. Były masywne, pokryte suchawą korą. W wyobraźni przeniosłam się do zapomnianego przez wszystkich parku, w którym w sumie aż tak wielu drzew nie ma; są stare, a alejki porasta trawa styrana słońcem, nieco więc sucha. Owoce z kwaskiem podszepnęły też chwastowe kwiaty (do głowy przyszedł mi oset, pokrzywy), takie ostrzejsze. To też... po prostu drewno. Może jakieś drewniane miski, naczynia na te wszystkie łakocie? To jak... nostalgiczne wspominanie czegoś minionego.
Nagle pomyślałam o tostach / grzankach (a więc i coś zbożowego!). Krucho-chrupiących, wypieczonych naprawdę mocno...

...i takich, w które wtapia się miód, rozmiękczając ich środek (ależ struktura do tego pasowała!). Śmietanka stała się nutą bardziej nabiałowo-maślaną, jakby były to też tosty z masłem, jakieś inne z serkiem śmietankowym, serem białym, dżemami... Może i serem żółtym? Lekko serowa wytrawność znalazła tu ujście. Owoców i słodyczy było jednak znacznie więcej. W pewnym momencie to było tak słodkie, że aż jasnociasteczkowe (jak kruche ciastka z dżemem), ale zaraz wróciły maślane tosty z dżemami, np. truskawkowym z rabarbarem, wiśniowym... Czerwonymi bliżej nieokreślonymi.

Owoce pod koniec zrobiły się bardziej kwaskawe. Pojawiły się suszone: rodzynki, żurawina; a następnie soczyste, średnio dojrzałe winogrona, może jakiś agrest (fioletowy). Wciąż ich bazą była naturalna słodycz, ale z wpisanym kwaskiem; sama w sobie bardziej rozmyta. Trochę drapiąca zharmonizowała się z cierpkością. Wyszła aż trochę ostro, ziołowo. Cierpkość należała do suchych drzew i kakao bez dwóch zdań. Wyciszyła kompozycję, nadając jej poważniejszego charakteru.

Po zjedzeniu został posmak słodkich owoców i drzew, tostów, połączonych wręcz ostrawym miodem. Z owoców wyróżniłabym "czerwone z czymś". Od drzew i suszoności wypłynęła cierpkość. Może trochę roślinnie-ziołowa i dość ostra w tym, może zbożowo-ciastkowa.

Tabliczka okazała się intrygującą opowieścią. O... przemijaniu? Rośliny (drzewa, drewno, owoce) były bohaterami: sędziwy park z oddali poważnie przyglądał się beztroskim, słodziutkim owocom. Niektóre z nich już jako przetwory, inne świeże, łączyły się z drzewami, których czas się niby skończył (myślę o drewnianych naczyniach), ale wciąż jakąś funkcję pełną. Park - a więc roślinność niby uładzona, zaplanowana... ale zostawiona sama sobie - potrafiąca sobie poradzić. Wszystko było jednością... cz rozmaitą, zmienną. Od słodziutkiej i wręcz uroczej po poważną. Słodki miodek i czerwone słodkie owoce, tosto-ciastka nie przełożyły się na zbyt wysoką słodycz, dzięki "starszemu pokoleniu" drzew i nut nabiału oraz naturalnie przełamujących akcentom owoców (dodatek agrestu, wiśni, winogron) i wręcz chwastowo-ziołowym zapędom. Dzięki nim także wytrawniejszy ser i pewna suszkowatość intrygowały i pasowały.

Zotter Labooko Guatemala 75 % miała w sumie dość zbliżony wydźwięk: niby delikatna, a z charakterem, bo sporo w niej maślaności i owocowych tworów słodko-kwaśnych (np. malinowych) czy słodko-cierpkich kwiatowych.
"Podkwaszona słodycz" czy kwiatowo-roślinna cierpkość i miód to także Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 %. Ta jednak, mimo niższej zawartości kakao, pikanterią odbiła aż w ziemistym kierunku.
Roślinna i malinowo-miodowa, czerwonoowocowa i pikantna była też Georgia Ramon Guatemala 72 %. Ta także kryła bardzo wytrawne wątki (innej mąki, innego mleka), ale że mąka wiązała się ze strukturą dziwnie na niekorzyść, jakoś mi nie podeszła.

Utopick... połączyła wszystko, nawet te mniej moje elementy (wolałabym inną strukturę, bo jednak znikanie na wodę, miodowość struktury nie była w moim typie, choć była ciekawa; maślaność w sumie, prowadząca wysoka słodycz) w naprawdę zgraną i pyszną kompozycję. Zabranie czegokolwiek zburzyłoby ją jak domek z kart. Była tak obrazowa, że mimo wad nie mogę wystawić nic niższego.


ocena: 9/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 70g)
kaloryczność: 617,33 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy brązowy, tłuszcz kakaowy

PS Dopiero sprawdzając zwróciłam uwagę na "cukier trzcinowy brązowy" - otóż biały, trzcinowy a brązowy to trzy różne rzeczy. Biały z buraka, trzcinowy z trzciny, a brązowy to z karmelem, zabarwiony (karmelizowany). Do tej czekolady dodano chyba... trzcinowy brązowy, czyli... trzcinowy karmelizowany? Pierwszy raz coś takiego w składzie zobaczyłam.

środa, 21 kwietnia 2021

Novi Nero Nero 70% Extra Bitter chocolate with lemon peels and ginger crystals ciemna ze skórką cytryny i imbirem

Marka Novi Nero jakoś mi się opatrzyła, odkąd zaopatrzyłam się w kilka tabliczek. Emocje opadły, ale wciąż sądziłam, że smaki może niepowalające, ale takie, które mogły wyjść prosto i smacznie. Zaczęłam od dodatku, który wydał mi się najfajniejszy. Ciemna z cytryną? Lubię cytrynowe nuty w ciemnych czekoladach, a owoc ten jako dodatek wydaje mi się pomijany... mimo że taki zacny! Odnoszę wrażenie, że producenci o wiele chętniej łączą z cytrynami czekolady białe, co jest dla mnie niepojęte. Rozumiem, że niby "na zasadzie kontrastu", ale... to rzadko kiedy się udaje, bo trzeba naprawdę trafić. A ciemna i cytryna? Mogły się dobrze uzupełniać, przeplatać... Miałam przynajmniej nadzieję, że wyjdzie to, jak sobie wyobrażałam. Niestety jednak, dopiero przepisując skład zorientowałam się, że... nie jest to czekolada z cytryną tak po prostu. To czekolada z cytryną i imbirem - jak już dają cytrynę, to patrzę, że z nim łączą. Dziwne to. Od razu przypomniała mi się Libeert Organic Dark Chocolate Lemon & Ginger.
Po przeczytaniu składu od razu pomyślałam też o żelkach obtoczonych kwaśnym cukrem. Zaczęłam się bać (i przed jedzeniem zaczęła mi się kojarzyć niepochlebna recenzja, której postanowiłam nie szukać, wmawiając sobie, że "to nie o niej" - po spróbowaniu jednak tekst odszukałam i zapraszam na recenzję Olgi z Livingonmyown).

Novi Nero Nero 70% cacao Extra Fondente con Scorzette di Limone e Cristalli Allo Zenzero / Extra Bitter chocolate with lemon peels and ginger crystals to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z kandyzowaną skórką cytrynową i imbirem (w postaci kryształków cukru o smaku imbirowym) oraz cukrem cytrynowym.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uderzył mnie wręcz przenikliwy, goryczkowato-słodko-kwaśny zapach cytryny. Bez wątpienia przerysowany, był poniekąd naturalnie soczysty, ale też znacznie "dosłodzony". Mnie skojarzył się z płynem do naczyń (ale Mama przechodząca obok stanowiska do zdjęć skomentowała, że "wcale nie, bardzo ładnie, cytrynowo pachnie"). Rysował się na słodko-gorzkawym tle czekolady. Miała ciepły i delikatny, znacząco cukrowy wydźwięk. Ten ostatni podkreślała kandyzowana nuta, która nasiliła się po podziale i kiedy pierwsze cytrynowe uderzenie trochę się rozeszło.

Tabliczka, mimo że cienka, była bardzo twarda. Trzaskała jednak "pusto", a przy odgryzaniu kawałka wydawała się krucho-chrupka. W przekroju widać mnóstwo dodatków o niewielkim rozmiarze, co nie było zaskoczeniem biorąc pod uwagę, że widać je spod czekolady. Gdy robiłam kęsa, chrupała i rzęziła z racji cukrowych elementów. Pokuszę się o stwierdzenie, że niemożliwym jest nietrafienie na choćby drobinkę.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym i jedynie gęstawo. Dość silne było w niej poczucie rozrzedzenia. Nasiliły to dodatki, którymi najeżono ją przesadnie. Prędko wyłaniały się spod czekolady.
Wyróżniłabym dwa rodzaje "cukrów". Pierwszy to drobne kryształki zwykłego cukru - rozpuszczały się raczej szybko. Drugi: spore kulki i bryły ("granulko-cukier") częściowo rozpuszczały się razem z czekoladą, trochę zostawały, można je było pochrupać, bo rozpuszczały się od czekolady wolniej. Zostawione same sobie, dzwoniły trochę o zęby. Były twarde i rzężące. Uwypukliły jej wodnistość (albo to one za nią stały). Okropny wypełniacz. 
Skórki z kolei wyszły twardo tylko w pierwszej chwili. Zaraz dały się poznać jako w miarę miękkawe i kruche zarazem. Gdy nasiąkły, sprawiały wrażenie świeżawych, a trochę jak z dżemo-galaretki, lepiły się do zębów, ale minimalnie. Niektóre były suchsze. One jednak nie były bardzo denerwujące.

W smaku czekolada od samego początku roztaczała po ustach lekką gorzkawość i pewną siebie słodycz. Gorzkość miała dymno-palony wydźwięk, ale wydawała się nieśmiała. Całość mocno przesiąkła goryczką cytrynowego dodatku. Tu wyróżniłabym aromat cytrynowy i cytrynę z żelek / galaretek.

Słodycz szybko rosła. Może nie była bardzo przesadzona, ale odosobniona, a przez to męcząca. Reprezentowała czysty biały cukier i może w jakimś stopniu i tylko chwilami nieudany, cukrowy karmel. Słodki, mało wyrazisty... jakby przydymiony? Dołączyła do niego leciutka pikanteria, coś ziołowego, ale rozganianego przez te bardziej cukrowe dodatki.

Smak aromatu cytrynowego, goryczka skórek cytrusów niby rozchodził się od nich, ale o wiele łatwiej zwracałam uwagę na epizodycznie i drastycznie podskakującą przy nich i przy kryształkach cukru  cukrowość. Czysty cukier, chwilami zmieszany z niewyraźnym kwaskiem cytrynowych żelek, atakował mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Sprawił tym samym, że sama baza straciła na znaczeniu, idąc w bardziej maślanym kierunku.

Niby karmelowa słodycz jakby się nieco odymiła. Zdecydowanie miała kandyzowany profil. Dym mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa zdawał się skrywać odrobinkę imbiru - to jednak tylko chwilami, nie przy wszystkim kęsach. On też wpisał się w cukrowe kandyzowanie. Ogólnie to coś, co ukrywał także wpisało się w ciepło-zadymiony motyw. Bazę... jakby zgłuszył nijaki aromat i cukrowo-kandyzowana zasłona. Cukier pozwolił sobie na ordynarne ukłucia. Moje myśli cały czas obracały się wokół cukru pudru i cukru cytrynowego. Cytryna nie mogła zaskoczyć na wyrazistszy i naturalny tor. Jej nieśmiały, słodko-gorzkawy smak kandyzowanej skórki snuł się w oddali. Odrobinka kwasku splatała się z paloną cierpkością kakao.

Bliżej końca czułam aromat cytrynowy, sztuczną słodycz (żelkową?) i palono-ciepły motyw imbiru. Było bardzo cukrowo, ale nie przeraźliwie słodko. Po prostu trudno było o jakikolwiek inny smak. Cierpkość dogorywała.

Gdy na koniec zajęłam się dodatkami, ssąc je i gryząc, okazało się, że kryształki tradycyjnie smakują... cukrem, niektóre bardziej słodko-niczym, inne cukrem i delikatnym kwaskiem cytrynowym, jeszcze inne cukrowo-ciepło ("imbirowo"?), a skórki... przerażały smakową nijakością i sugestią kandyzowania oraz kartonu. Z lichą goryczką.

W posmaku udało jej się zrównać kandyzowanej skórce-nieskórce z cytrusową nutą aromatu. Aromat wydawał się gryzący w ciepły sposób, co przypomniało o imbirze. Ten jednak sam w sobie nie był specjalnie wyczuwalny, jak i baza. Delikatna dymna gorzkość uległa cukrowi i nijakości.

Całość... sprawiała wrażenie smakowo rozwodnionej. Mimo że nie waliła sztuczną cytryną, miałam wrażenie, że aromat tak się powgryzał w pewne jej elementy, że... trudno doszukać się czegoś oprócz niego. Mimo że nie był straszliwie silny jak w np. w perfumowej Carrefour Selection Noir Saveur Mangue & Poivre Sichuan (tak mi się mango i pieprz skojarzyły z cytryną i imbirem, nawet nie wiem, dlaczego). Mnogość dodatków odwracało uwagę od czekoladowej bazy, nie dając jednocześnie nic od siebie. Właściwie imbir do przeoczenia, ale i cytryna nie była specjalnie wyrazista. Nawet o kwasek tu wbrew pozorom trudno. Smak kandyzowania za to był. A jednocześnie skórki wydawały się nijakie. Zlepek byle czego, zlepiony... byle czym. Niby nic, po czym miałabym traumę, ale idealna reprezentantka kategorii "nie chcę jeść tego ani trochę". Smak jeszcze mogłabym zmęczyć, ale forma dodatków to porażka (piszę to bardzo subiektywnie). Struktura według mnie nudna i kiepska, ale zastanawiam się, czy po prostu Włosi przypadkiem nie lubią czekolad z rzężącym cukrem. Wszak mają cały taki rodzaj czekolady (Modica). Wtedy może i ta czekolada ma sens. Dla mnie irytujący granulat wydawał się beznadziejny - o tyle bardziej, że smakował po prostu cukrem.


ocena: 3/10
kupiłam: Bottega Del Gusto
cena: 13,50 zł (za 75g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, 7 % cukier o smaku imbirowym (cukier, woda, imbir, sól), odtłuszczone kakao, 5 % kandyzowana skórka cytrynowa (skórka cytrynowam syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy)m cukier o smaku cytrynowym (cukier, woda, koncentrat soku cytrynowego, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy), olejek esencjalny z cytryny, naturalny aromat

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Sarotti No. 1 Edelbitter 85 % ciemna z Dominikany

Bardzo pozytywnie zaskoczona Sarotti Feine Edelbitter 72 % szybko nabrałam ochoty na kolejne. A że ostatnio nazbierałam parę czekolad o zawartości kakao 85 %, uznałam, że to właśnie tę sprawdzę. I... to już dziecinne, ale po prostu zakochałam się w jej opakowaniu: oszczędne, a eleganckie. W dodatku łączące uwielbiane przeze mnie kolory: fiolet i złoto.
Tym razem uzupełnienie do wstępu pozwoliłam sobie dopisać po napisaniu recenzji, bo naszła mnie pewna myśl: spotkałam się z krytycznymi opiniami o tej czekoladzie, że jest zbyt zwyczajna, np. na uznawanym blogu chclt.net (czasem z ciekawości przeczytam, co autor czuł w danej czekoladzie, ale fanką nie jestem). Faktycznie, Akademii Czekolady pewnie by nie podbiła, ale doszło do mnie, że na szczęście wciąż umiem czerpać radość także ze zwyklejszych czekolad. I nie ukrywam, że trochę mnie denerwuje, jak ktoś zachwyca się tylko tymi drogimi, choćby miały nie być ani gorzkie, ani kwaśne, ani słodkie, a żadne, że są takie "creamy", przy czym nawet nie wiadomo, czy chodzi o konsystencję, smak czy o co.

Sarotti No.1 Edelbitter 85 % Santo Domingo to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Republiki Dominikany, z okolic miasta Santo Domingo.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny słodko-kwaśny zapach daktyli i rodzynek. Wraz z subtelnym, miodowym zacięciem odpowiadały za niską słodycz i lekką soczystość. Nawet gdy o miodzie mowa - nie był jedynie słodki, a... wielokwiatowy aż w abstrakcyjnym stopniu, ze wskazaniem na kwiatowość. Kwaskawość tychże suszonych owoców była z kolei mocno związana z cierpkim kakao, poprzez które do kompozycji wchodziła ziemistość. Kryły się w niej migdały, raczej gorzkawo-świeże, jakieś skóry (oczami wyobraźni widziałam skórzane paski). Jedno z drugim wiązało się spójnie, nad czym czuwała znacząca palona nuta.

Tabliczka, mimo iż twarda, trzaski wydawała raczej liche. Nie przypisałabym tego jednak tłustości wyczuwalnej już na dotyk, bo mimo wszystko zachowywała zwartość i konkret. To pewnie ze względu na to, jak cienka była. Tłustość czuć też przy odgryzaniu kęsa, przy czym to aż trzeszczała / skrzypiała.
W ustach rozpływała się bezproblemowo, umiarkowanie powoli. Od początku czuć jej tłustość, która potem nieco rozrzedzała się, stając się i tak bardzo gęstym, mulistym, wysoce lepkim kremem z oleiście-emaliowym poślizgiem. Raz i drugi upuściło to lekką soczystość, by mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa wykazać silną pylistość, proszkowość. Wszystkim tym zupełnie zalepiała usta i nawet gardziel. Na koniec nieco wysuszała i ściągała.

W smaku od samego początku czułam leciuteńką słodycz. Pomyślałam o dosłownie odrobinie jasnego miodu (np. wielokwiatowego) i drobnych kwiatach... a raczej porannej rosie, jaka się na nich zebrała? Słodycz miała bardzo delikatny wydźwięk.

Już po chwili dołączyła do niej kwaśność. Okazała się o wiele dynamiczniejsza i żywa. Poczułam, jak rośnie kwasowość... miodu (jakby zmieniał się w jakiś np. ze spadzi iglastej - kwaskawy właśnie). Szybko odnotowałam soczyście owocowy motyw, a zaraz potem zwykłe, proste (ale smakowite) kwaśno-gorzkie kakao. Mieszając się z delikatną słodyczą, poszło to w kierunku kwaskawych rodzynek i daktyli, które oprócz słodyczy, zawierają podkwaszoną nutę. W mej wyobraźni powstał obraz owoców suszonych w kakao, może też ciemnej czekoladzie, ale niewątpliwie oprószonych gorzkawo-palonym kakao. Jakby... próbowało ukryć, jakie to owoce.

Konsekwentnie w tle malowała się gorzkość. Niczym obraz, warstwowo. Pierwsze warstwy były mało jednoznaczne. Zbudował się palony klimat, uchwyciłam poprzypiekane nuty... migdałów? Mignęła mi pewna oleistość, tłuszczowość... Kwasek i cierpkość dodały ziemię, co było aż chwilowo mało "spożywcze". To pomogło migdałom się umocnić, a mnie nazwać oleistość - jakby kokosową. Podkreśliła ją nieco pikantna ziemia. Gorzkość wydawała się leniwą bazą. Kwasowość wzrosła i...

Znów odbiła ku owocom, w drugiej połowie żywszym i świeższym, choć niejednoznacznych. Pomyślałam o egzotycznych... mango, podkreślonych cytrusem (cytryną?). Zawinęła się do nich ta lekkość kwiatów, rosy z początku.
Pomyślałam o białych kwiatkach truskawek, po czym też o rozmytych samych truskawkach... Jakby jeść takie z krzaków: trafiają się różne, a więc słodkie mniej czy bardziej, kwaskawe... Szybko jednak zniknęły na rzecz bardziej cierpkawych nut.

Im bliżej końca, tym bardziej niesiekierowo, ale przewodnio gorzka robiła się ta czekolada. Ziemia, migdały i lekko skórzany akcent, podkreślone dosadną palonością, na koniec odcięły się od owoców, ale nie od lekkiego kwasku. Pod koniec skojarzył mi się z kwaskiem kokosa. Nuty te przywołały leciutką słodycz miodu.

W posmaku została więc słodka cierpkawość i dużo kwaskawo-cierpkich jedynie przebłysków, gorzkich nut migdałów, skór... miały nieco ziemiste, ściągające podszycie, jak również pewny kręcący aspekt... jak miód? Co więcej, czułam kokosa, ale nie jako kokos, a jego kwasek i niemal nieuchwytna oleistość. Czuć, że do wszystkiego pchało się kakao, takie zwykły.

Całość odebrałam pozytywnie, lecz bez zachwytu. Pomyślałam o niej jako o wyższej półkowo wersji Eti 70% - też tłustej i właśnie takiej... czysto-zwyczajnie kakaowej. Sarotti cieszy niską słodyczą, jednak jej smak był dość toporny, ciężki i prosty. Palony motyw oraz ziemia i migdały wydawały się bazowe, a jednak to żywsza kwaśność była bardziej... wszechobecna. Tykała różne owoce: od suszonych rodzynek i daktyli po świeższe egzotyczne i truskawki - choć żadne z nich nie było nutą jednoznaczną. Była wszechobecna, chwilami za silna, ale jednocześnie nie odpychająca.
Nie sposób nie pomyśleć przy niej o Tesco finest Dominican Republic 85 % - też była cierpko owocowa (chociaż to raczej ogólnie leśne, głównie czerwone porzeczki) i rześka (kwiatowo-bananowa). Nuty miały do pewnego stopnia podobny wydźwięk, ale czekolady różniły się bardzo: Tesco była o wiele bardziej waniliowa (Sarotti miodowa) i mniej tłusta; pobrzmiewała suchym kakao w proszku, w momencie gdy Sarotti to kakao "trochę bardziej ogólne, abstrakcyjne").
Mało podobna była do Beskid Republika Dominikany 70 %, ALE! Pewna ostrość, daktyle i cytrusy (także ogółem to, jak owoce dołączały do pozostałych nut) były w bardzo podobnym stylu.

Moim największym zarzutem jest struktura, bo mnie męczyła wysoka tłustość i poczucie takiej pylistości, że aż jakby źle wymieszanej - z nie do końca rozpuszczonym. Co do smaku... podobała mi się niska słodycz owoców i miodu, podobało mi się mocne palenie, ale nie przypalenie*, ale... kwaśność chwilami wydawała mi się zbyt kąśliwa, a za mało jednoznaczna (np. wszystkie owoce były wręcz sugestywne*). Spokojna gorzkość i cierpkość jak najbardziej na plus, ale tylko, gdy akurat nie liczy się na żadną głębię, a ma się ochotę na mało słodką czekoladę. Nie zajeżdżała odtłuszczonym kakao w proszku, tylko smakowała zwykłym kakao. Lubię kakao, więc cieszę się, że skoro twórcy tej czekolady nie potrafią lepiej wydobyć jego nut, to przynajmniej go nie zepsuli*. Efekt? Kompozycja prosta i smaczna, nieambitna.
*Lubię przypalone nuty, ale tu by nie pasowały. Poszczególne smaki tej czekolady widzą mi się tak: nie jak truskawki, a jak jedzenie truskawek. Mimo że zwyczajnie kakaowa, wciąż smaczna. I teraz wstęp może wyda Wam się bardziej zrozumiały.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,79 zł (chyba promocja)
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: od biedy mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, substancja przeciwzbrylająca: węglan wapnia; naturalny aromat waniliowy

niedziela, 18 kwietnia 2021

lody Mucci Choco Cookie Crumble

Pewnego dnia przed latem ruszyłam do Aldiego zrobić zapas pysznych czekolad Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, z których wyszłam (w dniu publikacji już je w wycofali). Jako że akurat trafiłam na amerykańskie lody, kupiłam smak, który wzięłam za Mucci Chocolate Brownie mit Brownie-Stuckchen, a więc jedne z moich ulubionych lodów. Niestety, już w sklepie zwróciłam uwagę na fakt, że "opakowanie chyba się zmieniło". W domu zaś okazało się, że nie tylko ono, ale cała konwencja lodów. Do czekoladowych z brownie dodano bowiem jeszcze rdzeń, co do którego formy i stosowania go nie jestem szczególnie przekonana. Może nie być zły, ale mnie nie kręci. Chciałam sobie na spokojnie wrócić do jednych z ulubionych lodów, a tu zasadzili im korek w... pudło. Krzywo patrzyłam na zmianę.

Mucci Choco Cookie Crumble to lody czekoladowe z kawałkami ciastek / ciasta czekoladowego (7%) oraz czekoladową masą ciasteczkową w formie rdzenia-korka (13%); produkowane dla Aldi.
Zawartość pudła to 410 g / 500 ml.

Gdy tylko otworzyłam pudełko, poczułam cierpkawy zapach kakao, rysujący się na mleczno-śmietankowym tle. Przemykała między nimi głęboka, wytrawnie czekoladowa nuta, której baza lodów nie narzuciła mlecznoczekoladowego klimatu. Wyczuwalna słodycz była raczej niska.

Masa lodowa była pozytywnie twardawa (nie jak kamień), konkretna i bardzo, bardzo gęsta. Topiła się w umiarkowanym tempie, w cudownie kremowy i odpowiednio tłustawy (czyli nisko) sposób. Podczas jedzenia kojarzyła mi się z topiącą się czekoladą lub gęstą, pitną czekoladą w formie lodów - coś właśnie czekoladowego było w jej zagęszczeniu.
Zatopiono w niej ogrom kawałków brownie: głównie kawałko-kulek wielkości jednogroszówek i nieco mniej ich połówek, ale też trochę drobnicy wręcz przemielonej i wmieszanej w masę. Przypominały... biszkoptową, trochę mączną wersję tłustawego brownie. Konkret, gęstość i zalepianie zostały bowiem wzbogacone o miękkość wilgotnego ciasta. Przy niektórych zaplątał się śliskawy element. Rozpływały się w ustach, gęstniejąc na papkę.
Rdzeń zaś... był twardy w niepozytywnym sensie - to przez większość czasu, bo w końcu rozpływał się. Przypominał piaszczysty krem z cukru i zmielonych na gładko herbatników, który straszliwie trzeszczał od cukru i kakao. Gęsty i zwarty, okazał się prawie niemożliwy do zagarniania i podziału. W ustach rozpływał się jednak łatwo jak mokre herbatniki w formie tłustawego kremu, przechodzącego w pylistą od kakao zawiesinę. Gryzione chrupało to od mnóstwa kryształków cukru. Cukier wydawał się bazą rdzenia.
W moim pudle w ogóle był... dość upośledzony, bo po zerwaniu wieczka nie widać go (i ucieszyłam się, że nie ma), zaczął się nieco niżej (i to gdzieś z boku), wyglądał na malutki, a mniej więcej w połowie pudła okazał się gigantyczną kulą tej masy. Łyżeczka się ześlizgiwała, zapadało się to w lody. Bałam się, że kartonowe pudełko nie wytrzyma... Tylko zjeść, poczekać aż to odtaje i zjeść (gdy jest się masochistą) lub wyrzucić. Ja próbowałam to jeść trochę w trakcie, gdy było twardsze, i trochę pod koniec - nie wiem, która opcja gorsza.
Nie przemawia do mnie rdzeń ogółem, a taka kula już w ogóle - trzeba się do niej dokopać, a im większe coś takiego jest, tym trudniej to jeść, nie mówiąc już o podzieleniu / rozłupaniu tego. To jednak szczęście w nieszczęściu, bowiem i strukturę uznałam za okropną, i smak, że końcówkę tego czegoś po prostu zostawiłam i wyrzuciłam.

W smaku sama masa lodowa dostarczyła mi całkiem sporo kakao, którego gorzkawość chwilami zahaczała o wytrawną cierpkość. Do gorzkości wprawdzie nie doszła, ale była naprawdę przyjemna i wzbogacona o ewidentnie czekoladowy motyw (choć niedoprecyzowany, czy ciemnej czy mlecznej). Wyrazista, a jednak przełamana śmietankowością bazy. Ta nie "umleczniła" kompozycji; raczej jej towarzyszyła. Nie wyszła zbyt nachalnie czy ciężko.
Słodycz do końca pozostała dość niska. Chwilami miałam wrażenie, że kompozycja za jej sprawą bardziej odbijała ku czekoladzie. Migały skojarzenia z czekoladą pitną, ale po zagarnianiu dodatków znów to kakao zdecydowanie wychodziło na prowadzenie. Jako kakao zrobione na mleku?

Brownie bowiem podkręcały kakao, za każdym razem okazując się eksplozją goryczkowatego kakao i silniejszej słodyczy. Kojarzyły mi się nieco truflowo-alkoholowo, a ich gorzkość świetnie oddała tę kakaowo-czekoladowo ciastową. Czuć w nich jednak także pszeniczność, stąd myśl raczej o nasączonych, czekoladowych biszkoptach (no... biszkopcie?), jedynie z zalążkiem brownie. Kawałki te całości nadawały bardziej kakaowego charakteru.

Rdzeń... wszystko popsuł. To masa z cukru, niewiarygodnie podnosząca natrętną słodycz, i gorzkich przypalonych kakaowych herbatników typu Oreo. Była w tym nuta goryczki niepozytywnej, a dopiero potem kakaowej. Doszukałam się też oleistego posmaku, jednak to w zasładzającej strefie było coś odrzucającego, sztucznego. Gdy akurat więcej wzięłam tego do ust, aż mnie zemdliło. Cukrowo-dziwny posmak z goryczką był taki, że chciało się tego jak najszybciej pozbyć z ust. Po tym czymś i masa lodowa, i brownie wydawały się nijakie, więc po prostu omijałam to coś, pod koniec pojadłam trochę (w dużej mierze pod recenzję, na różne sposoby) i zostawiłam, bo... nie ma co się katować.

Jedząc tak lody i ciasto-biszkopty coraz bardziej tonęłam w błogo kakaowym smaku o ogólnie nieprzesadzonej słodyczy i przyjemnie śmietankowej nucie. W posmaku właśnie głównie goryczka kakao pozostała, także z bardziej kakaowo-ciastowym zarysem.

Całość wyszła wytrawnie i przyjemnie, kakaowo-czekoladowo, choć... nie tak szlachetnie-wykwitnie ze względu na ciasteczkowy korek. Ten był paskudny w każdym możliwym aspekcie. Lody oddają prostotę kakao, czekolady i browniastych ciasto-ciastek i... to by wystarczyło. (Tak swoją drogą, mimo że kakaowo-czekoladowe, po czekoladowych Magnum 70 % wydały się jeszcze bardziej kakaowe - stwierdzam to neutralnie, bo lody takie są u mnie na równi.) Nie wiem, po co wepchnęli tam to g...* Zepsuli jednak także same brownie. To już nie cudowne kawały ciasta jak w Mucci Chocolate Brownie mit Brownie-Stuckchen; w dzisiaj prezentowanych to raczej śliskawo-biszkoptowa drobnica.
Podobne, gdy o zamysł i samą masę lodową chodzi, do lidlowych McEnnedy Chocolate Ice Cream with a Cookie Core & Choco Cookie Pieces. W podlinkowanych jednak ciastko-brownie były o wiele lepsze, a rdzeń był względnie w porządku, nie zaś obrzydliwy.

Mam ogromny żal do producenta o ten rdzeń. *Piszę, że nie wiem, ale domyślam się. Porównując składy łatwo wywnioskować, że to składniki rdzenia są tymi złymi - nie ma ich w wersji bez niego. Dosłownie dodali więc do lodów g... Wypełnili tym samym gramaturę - wszystko się zgadza, cena ta sama, ale jakość przez "zapychacz" niższa. Mogłabym wprawdzie kupować je, a rdzeń omijać i wyrzucać, ale nie mam zamiaru wspierać takiego igrania z konsumentami, to budzi we mnie sprzeciw. Poza tym, wolę płacić za coś, co zjem.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 296 kcal / 100 g; 220 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: śmietanka 28%, mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, zagęszczone mleko odtłuszczone, mąka pszenna, kakao w proszku 4%, olej sojowy, żółtka jaj w proszku, oleje roślinne (kokosowy, palmowy), odtłuszczone kakao 1,5%, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, stabilizator: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; sól, tłuszcz kakaowy, środki spulchniające: węglan sodu, węglan potasu, węglan amonu, aromaty

sobota, 17 kwietnia 2021

J.D.Gross Superieur Czekolada biała z migdałami 32 %

Już przy J.D.Gross Superieur Czekolada z migdałami pomyślałam sobie, że skoro na następny tydzień zaplanowałam Auchan Blanc Noix de Coco z ciekawym dodatkiem, jakim są karmelizowane wiórki, z chęcią zestawię je z białą z migdałami. To dość dziwne, ale to właśnie ona zwróciła moją uwagę na tę serię. Białe specjalnie mi nie leżą, jednak do dziś dobrze pamiętałam, jak bardzo smakował mi podobny Lindt Les Grandes 32 % Mandeln. Co jak co, ale akurat do białej czekolady, karmelizowane migdały wydają mi się spoko - mimo że normalnie karmelizowane kawałki w moim odczuciu wychodzą raczej kiepsko. Właśnie m.in. ze względu na nią, postanowiłam, że chyba jednak warto też spróbować czystszą (bo jednak z wanilią, więc nie "czystą") białą Grossa.

J.D. Gross Superieur Czekolada biała z migdałami 32 % Migdały to biała czekolada z migdałami całymi, karmelizowanymi siekanymi i mielonymi.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam wyrazisty zapach karmelizowanych migdałów na białoczekoladowo maślano-śmietankowym tle i niemal zrównaną z nim woń karmelowo-migdałowego nugatu. Wąchając spód, czułam mnóstwo karmelu i właśnie zmieszanych z nim migdałów o prażono-ciepłym charakterze. Wierzch wydawał się nieco bardziej migdałowo-nugatowy, maślany. Było to słodkie do granic możliwości, ale w sposób leciutko waniliowy, białoczekoladowy, a nie czysto cukrowy.

Tabliczka w dotyku była tłusto-suchawa, jakby lepkawa, a jednak konkretna. Twarda przez grubość łamała się z pyknięciem ze względu na kruche migdały. Wydawała się przy tym bardzo krucha.
Było ich mnóstwo: większość całych, ale też sporo dużych (np. ćwiartek) i mniejszych kawałków karmelizowanych.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo gęsto, trochę wręcz opornie. Była maślanie tłusta, jednak znacząca pyłkowa proszkowość to przełamywała. Kojarzyła się ze zbitą, bardziej oporną kremoladą, giandują. Miała w sobie coś z suchawego masła migdałowego. Wysoką, acz uzasadnioną tłustość zacnie dodatkowo przełamał ogrom dodatków.
Karmel (bo to bez dwóch zdań był karmel, a nie po prostu cukrowa otoczka) z kawałków nie stanowił grubej warstwy. Początkowo trochę stukał o zęby - gryziony wtedy chrupał, ale też rozpuszczał się konsekwentnie, tylko trochę zostawało go na koniec.
Migdały zostawiałam głównie na koniec, tylko część podchrupywałam "obok czekolady", gdy ta się rozpływała. Okazały się krucho-twarde w pozytywnym sensie. Karmelizowane były w większości twardsze i bardziej sucho-chrupiące, podprażone, choć zaskakująco świeże pod otoczką. Inne z kolei pod karmelem były dość miękkawe. Całe i kilka połówek to z kolei po prostu bajka. W większości ze skórkami, wydawały się podprażone leciutko, a tak... świeże i chwilami wręcz soczyste. Rewelacyjne.

W smaku od pierwszych sekund czekolada przedstawiła się jako maślano białoczekoladowa, po czym zaczęła zalewać mi usta gęstym tsunami śmietanki, mleka o migdałowym motywie. Natychmiast pomyślałam właśnie o migdałowej śmietance / mleku albo kremie migdałowym. Było to takie pełne i wyraziste, chwilami trochę maślane... maślano migdałowe i coraz bardziej nugatowe.

Szybko odnotowałam bowiem także słodycz. Była wysoka, ale początkowo zaskakująco trzymała się w ryzach. Przemieszała się z maślano-śmietankową tonią, dodając jej niemal miodowej nuty. Migdałowo-miodowego nugatu, mleka z miodem? I migdałów karmelizowanych (w miodzie?)? Spływając do gardła, po paru chwilach zaczęło to aż drapać. Postarałam się, by zrobić gryza też bez dodatków - o tak, bez nich słodycz była już za silna; z nimi na szczęście nie.

Gdy zdarzyło mi się szybciej chrupnąć karmelizowane kawałki, migały trochę cukrem. A migdałowy smak wciąż był nieźle wyczuwalny. Zaczął nasilać się przy dodatkach. W drugiej połowie rozpływania się kęsa karmel z kawałków migdałów, rozpuszczając się, jeszcze podwyższył słodycz. Ta nabrała ewidentnie palono-karmelowego zabarwienia. Wydobyła palono-prażony wątek. Niektóre kawałki migdałów wydały mi się odrobinkę posolone, inne prawie otoczek pozbawione. One, jak i całe migdały, nawet nierozgryzane mocno podbijały lekko naturalnie słodko-gorzkawy smak migdałów.

Bliżej końca słodycz przyspieszała, lecąc w cukrowym kierunku, i niebezpiecznie zahaczając o przesadę. Wydawała się wprawdzie ogólnie cieplejsza, bardziej prażono-karmelowa, czemu dopomogła fuzja nugatu z karmelem, ale to, jak drapała w gardle trochę męczyło.
Na szczęście na koniec zostały mi migdały. Gryzione kawałki okazały się nieźle udawać podprażono-świeże. Niektóre wciąż smakowały karmelowo, raz po raz nawet coś słonawo-karmelowego się zaplątało. Zaś całe i połówki... to po prostu najwyższej jakości lekko podprażone świeże migdały. Z odrobinkę gorzkawymi skórkami, pełne mocy. Zachwycające. One neutralizowały smakowe zasłodzenie (o te w gardle już trudniej). Całe szczęście, że naprawdę trudno o kęs bez migdała bądź jego porządnego kawałka.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, ale nie tak straszne, jak można by się spodziewać. Bardzo wyraźny był posmak migdałów: od świeżych, przez podprażone i karmelowo-nugatowe, podkarmelizowane po jakiś migdałowy krem. Czułam, jak otula je śmietankowosć i bezkresna słodycz, która po migdałach wydała mi się zwyklejsza, cukrowa.

Całość oceniam zaskakująco dobrze. Boskie migdały w dobrej czekoladzie o znaczącym udziale karmelu ogółem, nie zaś tylko jako karmelizowanie wyszły świetnie. W ogóle to dziwne, że tak zacne okazało się tu karmelizowanie - lepiej niż w np. Zotter Caramelised Nuts.
Mimo że bardzo podobna do Lindta, wyszła inaczej. Przede wszystkim sama czekolada Grossa mocno smakowała migdałami (do Lindta miazgi z nich chyba nie dodali - ale to jakby podlinkowanego Lindta wymieszać z Lindt Mandeln in Nougat) i była bardziej maślana, Lindt to głównie śmietanka i "bułeczki maślane" oraz niemal ciasteczkowy zapach. Lindt wyszedł dzięki temu lepiej. Migdały jednak zdecydowanie wolę te z Grossa - takie kruche świeżynki serwujące 200 % swego smaku wygrywają z mocno prażonymi lindtowskimi. Idealnie przełamały słodycz, która w czystej tabliczce była by za silna.

Mimo że się zasłodziłam i obecnie białe to nie moja bajka, przy pierwszym podejściu zjadłam 6 kostek z premedytacją fundując sobie cukrowy zgon (choć nie była tak zabójczo słodko, bo w sumie "w tym cukry" to 40g, a np. mleczna Terravita z ciasteczkami 56g). W zasadzie nie mam jej nic do zarzucenia, to bardzo dobra propozycja na białą czekoladę. A migdały? W paczkach czasem tak dobre nie są. Cenowo do Lindtów Les Grandes (ok 20 zł) niezwykle korzystnie.
Przy drugim podejściu w sumie już trochę mnie znudziła, więc ostatnie dwie kostki oddałam Mamie, a ją po prostu wprawiła w zachwyt: "Ideał białej czekolady. I te migdały... cudowne! W tej czekoladzie żadnych posmaków jak często w białych... Przepyszna. Dlaczego do mnie trafiła?". Była podejrzliwa, że i jej wpadła. Jednak dobrą córką jestem!


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,99 zł (za 150 g)
kaloryczność: 605 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 32% migdały (21% całe migdały, 6% mielone migdały, 5% karmelizowane migdały: 60% migdały, cukier), cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, śmietanka w proszku, serwatka, lecytyna słonecznikowa, sól, naturalny aromat waniliowy

piątek, 16 kwietnia 2021

Zotter Caramelized Nuts ciemna mleczna 60 % z nugatem karmelowo-migdałowym i karmelizowanymi orzechami

Często powtarzam, że wierzę, iż wszystko dobrze zrobione może smakować. Jest też sporo rzeczy, które lubię właśnie tylko "dobrze zrobione", np. karmel - porządnie palony, głęboki w smaku lubię. Dziadostwa np. czystocukrowego, margarynowego udającego karmel nie toleruję. Jakiś czas temu zaczęła za mną chodzić właśnie jakaś dobrze zrobiona czekolada z dobrym karmelem. Niestety, okazało się, że to nie taka prosta sprawa. W końcu postanowiłam poratować się Zotterem, któremu ufam i wreszcie zaopatrzyć się w czekoladę upatrzoną dawno, ale przekładaną w czasie. Siekane i karmelizowane orzechy to coś, za czym szczególnie nie przepadam, ale mogę je tolerować. Nie są jednak czynnikiem przyciągającym. Tu jednak było trochę inaczej, bo czekolada połączyła moje ulubione: włoskie i nerkowce - niestety właśnie w tej formie. To już trochę kusiło. Kiedyś nawet byłam bliska jej spróbowania, ale... przysłano mi NougatVariation. Po niej, mimo że w sumie była w porządku, odechciało mi się karmelizowanych orzechów. Złożona, mocno orzechowa Nougat Layers była mi zbyt namieszana, więc też na niekorzyść dzisiaj przedstawianej działała. W końcu jednak naszło mnie na karmel i pomyślałam, że dzięki temu na fakt karmelizowania spojrzę przychylniejszym okiem. Co więcej, akurat miałam do czynienia z większą ilością karmelizowanych dodatków w tabliczkach, więc było z czym porównywać. Niestety jednak przepisując skład, znów się rozczarowałam. Procent orzechów nie oddawał opisu, który niegdyś czytałam (pojawiły się też inne orzechy i to w ilości większej niż te, na których mi zależało).


Zotter Caramelized Nuts to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana migdałowo-karmelowym nugatem / praliną (41%) i karmelizowanymi orzechami: włoskimi, nerkowca, brazylijskimi, laskowymi i migdałami (?).

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam wyrazisty zapach migdałów oraz czekolady o naturalnie orzechowo-chlebowym charakterze. Podkreśliła to cała mieszanka orzechów - mniej wyrazista, ale na wyrazistości przybierająca po przełamaniu. Wchodziła w nieco duszny, nugatowy motyw, w którym prawie nieuchwytnie pomykało prażenio-smażenie. W mieszaninie doszukałam się ewidentnie gorzkawych włoskich. Kompozycja była też niewątpliwie słodka za sprawą karmelu i lekkiej mleczności. Zwłaszcza wierzch wydał mi się słodszy, po przełamaniu znacząco wzrosła woń karmelu i mieszanki orzechów.

Tabliczka była twardawa, nie zaś twarda; konkretna tylko do pewnego stopnia. Przełożyła się na to gruba warstwa czekolady - ta lekko pykała. Nadzienie zaś... wyszło niczym zwarte, ale gładkie i odrobinę maziste masło orzechowe. Na pewno miało jeszcze konsystencję stałą, ale miękką. Było tłuste i pełne orzechów: od wielkich kawałków, połówek (np. pistacji) po drobinki nie do sprecyzowania. Niektóre miały skórki, znaczna część przynajmniej częściowo pokrywała gruba warstwa cukru, a inne były same. Nie dało się w zasadzie zrobić kęsa, by na orzechy nie trafić.
W ustach czekolada rozpływała się gładko, pozostawiając lepko-kremowe, gęste smugi i powoli odsłaniając nadzienie prawie tak gęste, jak ona. Okazało się tłuste w sposób charakterystyczny dla rzadkawych maseł orzechowych i miękkich nugatów. Nie wyzbyło się jednak do końca pewnej zwartości i lepkości. Wyciskało się trochę spod czekolady i rozpływało nieco od niej szybciej, wykazując przy tym "raczej gładkość". Czuć bowiem nieco "przemielenie".
Z czasem wyłaniać się zaczęły spore kawałki (w tym połówki) orzechów, na których cukru nie było lub prawie nie było oraz drobne i średnie kawałki orzechów w cukrowej otoczce. Ta była twardym i powoli rozpuszczającym się cukrem, który gryziony rzęził, by wreszcie wypuścić chrupiący kawałek orzecha. Ze dwa razy trafiłam na zbitkę zbrylonych, zbito-sklejonych, jakby zesmażonych grudek cukru - to było obleśne. Orzechy ogólnie odznaczały się świeżą twardością lub soczystą miękkawością (zależy które), chrupały przyjemnie.
Pod tym cukrem wydawały się zaskakująco świeżawe w większości, choć trafiły się też sucho-twarde kawałki nijakie (te drobne). Na szczęście parę orzechów było niekarmelizowanych.
Konsystencja wydała mi się zacna, gęsto-kremowa, zalepiająco-nieprzymulająca i mimo że tłusta, to z przełamaniem dzięki orzechom. Nawet to karmelizowanie aż tak nie męczyło, choć orzechy zdecydowanie wolałabym bez cukru.

W smaku sama czekolada zaserwowała mi goryczkę i chlebowo-orzechowy smak. Podkreśliła to nienachalna, palona słodycz karmelu, która po chwili przywołała wyrazistą nutę naturalnego mleka. Rozpłynął się sielsko-wiejski klimat. Zobaczyłam złociste pole, a więc siano i... orzechy laskowe, jakiś wypieczony chleb; poczułam paloną goryczkę. Ta zawarła w sobie karmel, płynący na mlecznej fali. W całości odegrała ogromną rolę.

Karmelowa słodycz i wiejskość rosły wraz z wyłanianiem się nadzienia, które dodało sporo maślaności. Wydało mi się tak słodkie, że aż jałowe, bo początkowo migdały i orzechy jedynie pobrzmiewały. Wyraźnie smakowało nugatem i karmelem. Słodzidła te zrównały się i dominowały, podnosząc oczywiście słodycz. Z czasem wbiła się w nie jeszcze śmietanka, podkreślając ogólną czekoladowość, nutkę soli i migdały. Ułożyło się to w duet czekolady i masła orzechowo-migdałowego. Migdały wysunęły się na przód, a maślanokarmelowy smak i nugatowość pozwoliły im na to.

Z pełną mocą zagrały mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa. Splot migdałów oraz inne orzechy zaprezentowały masło orzechowe o coraz bardziej znaczącym prażonym posmaku. Czekolada z tła wydała mi się bardziej gorzkawa, czym podkreślała właśnie masło orzechowe.

Prażony, wręcz podsmażony akcent rósł przy wyłaniających się orzechach, z których rozpuszczał się karmel. Znów epizodycznie wzrastała słodycz, tym razem przypalono-cukrowa, nieprzyjemna. Czułam goryczkowaty karmel i przesmażone migdały, a masło orzechowe już zdecydowanie mniej. To jednak zaraz słabło, a nadzienie na powrót robiło się słodsze.

W dodatku bardziej słodko-nugatowe, śmietankowe. Pobrzmiewało różami i łagodnymi, maślanymi orzechami. Bliżej końca zaczęłam podgryzać kawałki, które raczyły mnie swoim naturalnym, podprażonym smakiem. Kompozycję wyraźnie przekuwały oczywiście te, na które trafiłam. Najlepiej w tym wszystkich odnajdywały się migdały i orzechy nerkowca (wykazały swoją specyfikę jeszcze obok czekolady i nadzienia). Gdybym nie wiedziała, że są tam też laskowe (tak, że poczułam, trafiłam raz) i brazylijskie (też raz), raczej bym ich nie wychwyciła.

Czekolada nie traciła na znaczeniu; czekoladowa gorzkawość solidnie wypieczonej skórki od chleba pobrzmiewała do końca. Na końcówce zrobiła się też leciutko cierpka. Podkreśliła tym orzechy.

Te na dobrą sprawę rozgryzałam dopiero na koniec. Smakowały wtedy świeżawo-prażono, orzechowo - trudno nawet określić. Najlepiej czułam te... na których większy kawałek akurat trafiłam: brazylijskie (które tu wyszły "duszno-fistaszkowe"), specyficznie słodkawo-słone pistacje, słodkawe nerkowce i gorzkawe włoskie.

Po zjedzeniu został posmak orzechowo-czekoladowy, nasycony maślanym, aż dusznym karmelem i słonawym... masłem ogólnie orzechowo-migdałowym. Było też śmietankowo i słodko w niecodzienny, naturalnie przełamany sposób. Po niektórych orzechach odbiło to w kierunku słodko-podsmażonym.

Tabliczka zaskoczyła mnie tym, jak wyszła - dosłownie wszystkie jej elementy były niespodzianką. Nie spodziewałam się takiego udziału tak gorzkawej (jak na mleczną) czekolady, co oczywiście bardzo mnie ucieszyło. Ucieszyło mnie także skojarzenie z masłem orzechowym - bałam się, że będzie za bardzo słodko-nugatowo. No, ale właśnie niestety słodko to już było. Karmel innymi słodzidłami poganiany całościowo wyszedł dobrze, ale strasznie żałuję, że orzechy były karmelizowane - już tak w złym stylu. Za wysoką słodycz poprzełamywano jakimiś nutami smażenia, co mnie denerwowało, jak i zbyt maślano-miękkawa konsystencja środka. Nie ukrywam, ze liczyłam na konkretne, twardawe nadzienie migdałowe. Jednocześnie akurat tłustość masła orzechowego nie była mi straszna. Mieszankę orzechów (proporcje) wolałabym inną (albo w ogóle skupienie się na np. dwóch rodzajach), a cukier na nich to beznadziejny pomysł. Wyszło więc... zgodnie z tytułem, z opisem niby też, smacznie, ale... Ja bym wprowadziła pewne zmiany, bo potencjał na 10 nie został wykorzystany.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, migdały 21%, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, orzechy laskowe 3%, orzechy brazylijskie 2%, orzechy nerkowca 2%, orzechy włoskie 1%, karmel w proszku (odtłuszczone mleko, serwatka, cukier, masło), masło, odtłuszczone mleko w proszku, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, sól, sproszkowana wanilia, płatki róż, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

czwartek, 15 kwietnia 2021

lody Magnum Double Chocolate Deluxe Tub

Pojawienie się magnumowej serii Double nałożyło się na siebie z tym, że przestałam lubić patykowce itp. (małe lody mają kiepskie składy, co w moim odczuciu strasznie odbija się na smaku + nie lubię ich formy - lody muszę jeść łyżeczką) oraz że Magnumy przestały być bezkonkurencyjne (pogorszyły się, a w marketach zaczęły się pojawiać podobne). Patykowy Double Caramel wspominam strasznie. Zraziłam się do Magnum, więc i pudełkowe mnie nie ciekawiły do czasu gdy coś mi się odmieniło i jednym, przekornie postanowiłam dać szansę. Magnum Intense Dark 70 % Tub okazały się bardzo zacne i aż zachciało mi się spróbować innych smaków. Na pewno chciałam spróbować maksymalnie czekoladowy wariant, z którym to pomyliłam podlinkowane. Bardzo kusił sos, jednak gdy dotarło do mnie, że te pewnie będą bardziej mlecznoczekoladowe, zrobiło mi się trochę smutno, że po prostu połączyłam dwa smaki, a coś, o czym myślałam, nie istnieje. Niemniej, cieszyła mnie możliwość porównania lodów reprezentujących ciemną, a mleczną czekoladę.

Magnum Double Chocolate Deluxe Tub to lody o smaku mlecznej czekolady z czekoladowym sosem (11%) oraz 22 % mleczną czekoladą w formie polewy na wierzchu, "skorupki" i kawałków. Sama lodowa baza zawiera 5 % mlecznej czekolady.
Pudło zawiera 440 ml / 310 g.

Po otwarciu poczułam raczej delikatny zapach mlecznej czekolady, który nasilił się po podziale. Wprawdzie już po rozłupaniu polewy na wierzchu, ale w trakcie jedzenia już w ogóle... To po prostu obłęd: bardzo, bardzo słodka i pełnomleczna czekolada zawarła w sobie też odrobinkę kakao, więc wyszła charakternie, szlachetnie. Było w tym też coś, co kojarzyło się z dość wytrawnie czekoladowym deserem mlecznym. Za tym stał sos, ewidentnie właśnie wytrawniejszy i dodający nutki kakao.

Struktura lodów okazała się ogółem dość problematyczna. Otóż warstwa mlecznej czekolady na wierzchu była gruba niemal na centymetr, przez co trudna do rozłupania. Łatwiej już z cieńszą "skorupką", która pokrywała ścianki. Dzięki temu, jak zrobiono pudełko, można ją połamać (ściskając pudełko) - jest to jednak i tak możliwe dopiero po jakimś czasie. Pod tym względem wypadła jednak gorzej niż ciemna, bo miejscami, zalewana topiącymi się lodami, trochę miękła, nie odchodziła od opakowania z taką ochotą. Mimo to, czekolada - także ta jako kawałki w masie - nie miała w sobie nic ani z ulepka, ani z kamienia.
Trzaskała przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka, ale w ustach rozpływała się łatwo, zaraz mięknąc. Była maziście tłusta, zalepiała i oblepiała, ale wszystko to w granicach rozsądku, bo... zupełnie jak pełnomleczna tabliczkowa. Gęsta kremowość tłustej czekolady mlecznej aż tak nie raziła (tłustość typowej polewy mogłaby). Kawałki to... właściwie giganty - niektóre długości 3 cm, też grube. Sprawiły, że lody wydawały się chwilami... czekoladą z lodami. Masa była bardzo najeżona (choć nie aż tak jak ciemnoczekoladowa 70 %).
A sama w sobie... również gęsta i kremowo-tłustawa, ale jednocześnie zachwycająco puszysta, lekka. Jej gęstość wydawała się pochodzić z czekoladowości, sama zaś reprezentowała lżejsze lody mleczne, kojarzące się ze spienionym mlekiem.
Wszystko to zalewał gęstawy sos, który wraz z tym jak ocieplał się, stawał się coraz rzadszy, choć wciąż z elementem zagęszczenia (jak czekolada do picia?). Odebrałam go jako śliskawo-gładki, jednak to w trakcie jedzenia umykało, bo mieszał się z resztą. Dodali go tylko pod warstwą polewy na wierzchu, ale łatwo o to, by wszystko bardziej się przemieszało. Nie uważam tego za wadę.

Zaczęłam od polewy. To bez wątpienia porządna mleczna czekolada: głębia mleka, mleko wyraziste i naturalne, zmieszane z leciutką maślanością i nutką kakao, a także zasłodzone do granic możliwości. Słodycz czekolady była wręcz cukrowa, choć całość miała szlachetniejszy, nawet odrobinę waniliowo-wanilinowy akcent. Skojarzyła mi się z fuzją Lindta i Milki (co ciekawe, z lodami odbiór był o wiele lepszy niż w przypadku tabliczki).
Czekolada na brzegach wyszła nieco bardziej polewowo, ale możliwe, że to przez formę.
Kawały wtopione w masę z kolei były przesłodzoną, mocno mleczną czekoladą, jak ta na wierzchu. Może wydawały się... nawet jeszcze bardziej mlecznoczekoladowe? Choć wciąż z nutką kakao. Zwłaszcza gdy jadłam je po zagarnięciu sosu.

Sos bowiem dodawał całości kakao i wytrawności. Również zasładzał, aż drapiąc w gardle, jednak towarzyszyła temu cierpkość i delikatna gorzkawość o poważniejszym wyrazie. Zdarzyło mu się zahaczyć o sztucznawość i smakową wodnistość, ale szło na to nie zwrócić uwagi. Chwilami wydawał mi się wręcz lekko alkoholowo-truflowy. Tym samym (mimo że sam był słodki) jakoś przełamywał mleczne zasłodzenie.

Pewnie przez kontrast, sama baza znów niesamowicie uderzała czekoladą. Powiedziałabym, że "czekoladą abstrakcyjnie" (jak to lody czekoladowe) i czekoladą mleczną na równi. Mleko wyraźnie czuć także jako bazę lodów - pełne i naturalne, harmonijne z dodatkami. Czekoladowość bazy była głęboka i wszechobecna. Chwilami obok mlecznoczekoladowego smaku, upuszczała odrobinkę kakao. Bliżej sosu, a już w ogóle po małym przemieszaniu, zostało uwypuklone. Słodycz, mimo że także silna, była dlatego bardziej... łagodząca. Stanowiła spójnik między sosem, a czekoladą.

Ucztę jednak zakończyła mleczna, przecukrzona czekolada, taka jaka zaczęła. Ta aż przyprawiła o przyspieszone bicie serca i nieco zamuliła. Nic dziwnego, skoro na dnie dali jej dobry centymetr.

Po zjedzeniu czułam się nieźle zacukrzona i zatłuszczona... mlecznością tłustej czekolady.
Całość była smaczna i wcale nie tak straszliwie zacukrzająco-mdląca, jak się obawiałam. Owszem, całość przesłodzono, ale można w tym zasłodzeniu odnaleźć przyjemność dzięki wyrazistej mleczności. Wbrew pozorom, odrobinkę kakao też czuć, a sos wyszedł w porządku. To niby niezły, ale jednocześnie najsłabszy element - wolałabym, by zrobili go lepiej, bo to on dodał trochę kakao, acz nie był idealny.
Lody te skojarzyły mi się trochę z niegdyś ukochanym Muller de Luxe Creme au Chocolat.
Wydają się zrobione na jednym poziomie, co ciemnoczekoladowo-wytrawniejsze Intense 70 %, jednak z bardzo subiektywnych względów oceny różnicuję. Sos tym nadał głębi, to pewne. Same w sobie bowiem to mlecznoczekoladowa bomba, która zasładza niemiłosiernie, co jednak trochę tonuje mleko. Wersja ciemna, również przesłodzona, wydała mi się bardziej mdląca, ale zawierała to, czego mi trzeba - porządną dawkę kakao i zero nieprzyjemnych nut. Dobrze, że sos dają tylko do tych, a nie do 70 %, bo on jest do dopracowania. Jak i ilość cukru w obu do zmniejszenia.
Osobiście dodam tylko, że wolę tamte, bo mleczna czekolada tak mnie nie chwyta. Zmalał jednak tym samym zapał do próbowania wersji właśnie z mleczną. Jestem jednak ogromną entuzjastką pomysłu posiadania w ofercie czegoś dla wielbicieli mlecznej czekolady oraz ciemnej (bo wiadomo, że jedne nie zadowolą i tych, i tych).


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 15,99 zł (za 440 ml)
kaloryczność: 323 kcal / 100 g; 226 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka 16%, koncentrat odtłuszczonego mleka,  tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 3%, syrop glukozowo-fruktozowy, pełne mleko w proszku, tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, słodzone zagęszczone mleko odtłuszczone, śmietanka w proszku 1%, emulgatory (E442, lecytyna sojowa, E476, E471), stabilizatory (E410, E412, E407), aromat

środa, 14 kwietnia 2021

Eti Dare Dark Chocolate 70 % Cocoa ciemna

Mimo że z licznymi wadami, wafel Eti Dare to Enjoy ma w sobie "to coś" (a właściwie w moim odczuciu: miał przed zmianami - teraz prezentuje się nieco gorzej, ale to szczegół). Czekolada na nim to sprawa niejednoznaczna, bo czuć jej budżetowość na kilometr, co częściowo mi przeszkadza, ale jednocześnie w formie czekolady na wafelku, jestem w stanie "wciągnąć się w konwencję". Wafel ujął mnie, ale nie mogę powiedzieć, bym zwariowała na jego punkcie. To wszystko powinno przełożyć się na logiczny wniosek, że tabliczek czekolady "z wafla" nie powinnam kupować, ale traf chciał, że jedna była akurat z pistacjami. A te uwielbiam i ubolewam, że jest tak mało produktów z nimi. A skoro już kupiłam z pistacjami, to zachciałam mieć też czystą o wyższej zawartości kakao tego tureckiego producenta. Logika? Brak.

Eti Dare Dark Chocolate 70 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Zwykłe złotko, które znalazłam w środku podoba mi się, jednak za nic nie umiem odnieść się do niezwykłej samej tabliczki. Może taka forma - gruba, z dziurkami jest ciekawa, ale mnie chyba raczej się nie podoba.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ciemnoczekoladowej polewy, nasuwającej na myśl budżetowe ciasto (może nawet konkretnie brownie) i wafelki. Był dość znacząco cierpki, niemal likierowo-kakaowy, ale też maślany, a raczej ogólnie tłuszczowy. Ta nuta łagodziła kompozycję, że nie ma mowy o poczuciu obcowania z siekierą, a "czymś kakaowym". I trochę jak cukierki typu trufle w polewie? W wydaniu ciastowym, a więc też bardzo słodkim kontekście cukru wanilinowego, cukrowego likieru, który aż przytłaczał. Jak nasączone ciasto, upity murzynek.

W dotyku tabliczka była bardzo tłusta, a mimo grubości - nie taka twarda. W ogóle nie trzaskała przez swoją kruchą miękkość. Nie rwała się i nie uginała, a kawałki-okruchy odpadały na wszystkie strony, co było dość osobliwe. Robiąc gryza miałam wrażenie wgryzania się w miękkawą tabliczkę z tłuszczu.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo gęsto-maślano. Niemal natychmiast miękła, mimo że względnie zachowywała kształt - jakby rozlazły jednak. Jej tłustość męczyła, była ulepkowo-polewowa. Połączyła tym samym śliskość (tym samym skojarzyła mi się z polewami lodów na patyku) i pylistość, co przełożyło się na muliście-zalepiający, lepiszczy efekt trzeszczącego od kakao kremu. Zostawiała maziste smugi, jeszcze bardziej zlepiające, udając... tłuste i nasączone ciasto. Stawała się jakby mokro-pyłkową masą, by na koniec zostawić pyliście-trzeszczący efekt kakao / cukru.

W smaku od początku czułam gorzkość i wysoką cierpkość. Gorzkość skojarzyła mi się z kakaową polewą na ciasto / słodycze. Umocniła się, szybko zaskakując na paloną, nieco kawowo nasączoną budżetową esencję. Trochę jak mokra, lepka kawa rozpuszczalna, z pylistą nutą. Do głowy przyszedł mi też wafelek kakaowy w polewie, ewentualnie jakieś wafle tortowe przełożone mulistym kremem. Nie było w tym jednak suchości, bo kakao wydało mi się truflowo-alkoholowe. Poczułam wyraźnie kwaśną naleciałość pylistego kakao i kawy, a maślaność wkomponowała je w ciasto.

Kakaowe ciasto (np. brownie?) z lodami? Tu wzmocniła się także wyczuwalna od początku słodycz. Intensywna i przesadzona, była pod tym względem konsekwentna. Na cukier naszła wanilia z aromatu, po chwili ewidentnie duszna wanilina, by następnie osiąść już na stałe we wręcz ostro alkoholowym syropie kakaowym. Polano nim "ciasto i lody". Cała, nieco mdląca mieszanka, rozchodziła się na tle maślaności i tłustej polewie. Znów pomyślałam o nasączonym murzynko-brownie lub truflach w nie najwyższej cenie. Nie mogłam też odgonić myśli o wafelku.
Likierowo-alkoholowy motyw z czasem jednak zaczął wracać do waniliny, by następnie znów osiąść w cukrowych realiach i zadrapać w gardle. Zasłodzenie i tłuszczowość nieco rozrzedzały kakao, przekładając się na skojarzenie z polewą z lodów na patyku, takich z zamrażarkową nutą.

Wszystko to wydawało mi się budżetowe, a jednak intensywne i esencjonalne. Kakao wyraźnie cały czas stało na przodzie, ale nie jako czekolada, a po prostu kakao, coś kakaowego. Bliżej końca jego kwaśność i cierpkość wydawała się aż dominująca. Przełamała słodycz, przez moment pomyślałam o alkoholowych galaretko-likworkach (nie wiem, czy coś takiego istnieje - wymyślam), takich prawie owocowych (cytrynowych?). Cierpkość i kwasek niby szły w ich kierunku, ale nie chciały opuścić tłuszczowego kakaowego ciasta i rozpuszczalnej kawy (?).

W posmaku została kawowo-nibsowa kwaśność i cierpkość, jak również niemal alkoholowo-cukierkowe zacukrzenie i jakby alkoholowa pikanteria na języku. Mocno kakaowy posmak wydał mi się po całości splątany, a więc złagodzony maślanością.

Całość kojarzyła mi się z polewą i kremem w formie tabliczki. Nie była może polewą możliwie najniższej jakości, cukrem nie zabiła, a jej nachalna tłustość też jakoś uszła w lepiszczym, ciastowym i nasączonym wydźwięku, ale bardzo kojarzyła się ze słodyczami kakaowymi. Brakowało mi czekoladowości i... no jednak jakości. Jako polewa do wafelka czy nawet lodów / ciasta by się sprawdziła, ale tak? Jedząc czułam dyskomfort, tym bardziej, że także z waniliną przesadzili. Poziom słodyczy był do zniesienia, ale jej wydźwięk męczył. Da się jednak zjeść, bez większych emocji. Jak dla mnie za bardzo odleciało to od czekolady, a poszło w kierunku trochę mdlącej kremo-polewy. Nie mogę jej odmówić jednak, że do pewnego stopnia była ciekawa, charakterystyczna i... kojarząca się z wafelkiem Dare to Enjoy a jakże (jestem ciekawa, czy tak samo kojarzyła by się z kremami i polewami wafelków, gdybym go nie znała). Koniec końców od niechcenia zjadłam całą, by nie musieć do niej wracać, bo była za w porządku by wyrzucić i zdecydowanie za kakaowa dla Mamy.
Zdecydowanie jednak lepsza niż np. Cote D'Or 70 %, a gorsza od np. od smakującej piernikami w czekoladzie miękko-polewowej Terravity 70 % (Dare to przy niej w ogóle miękko-mięciusia polewa).


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, masło,  lecytyna słonecznikowa, aromat (wanilina)

wtorek, 13 kwietnia 2021

Choceur Weisse Cookies biała z kakaowymi ciastkami

Żeby kupic białą czekoladę, muszę mieć dobry powód, bo średnio mnie kuszą. W przypadku tej czynników "za" znalazło się kilka. Choć ani opakowanie, ani sama czekolada na obrazku nie wyglądały pięknie, to sam wariant optycznie bardzo mi się podoba, np. Hershey's Cookies 'n' Creme uważam za dalmatyńczykowato-piękną. Wspomniana jednak to bardzo niska jakość, w przeciwieństwie gdy dzisiejszej bliżej do Chateau Weisse Kokos, reprezentującej już poziom najwyższy. Mało tego, gdy tylko pomyślałam, że będę mogła porównać, jak biała czekolada a mleczna łączą się z kakaowymi ciasteczkami dzięki Terravicie Czekolada Mleczna + Ciasteczka, cieszyłam się jak dziecko.


Choceur Weisse Cookies to biała czekolada z "czekoladowymi ciasteczkami"; wg mnie kakaowymi (15%); wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny zapach kakaowych, goryczkowatych ciastek wypieczonych tak mocno, że aż zahaczających o spaleniznę, w których znalazła się nawet szczypta soli, specyficzna sodowość właściwie. Otaczała je pełna, mleczna śmietanka, która to już oczywiście wydała mi się znacznie słodsza i niestety ewidentnie w proszku. Leciutko waniliowa, zahaczająca o serek topiony, wyszła trochę ciężko.

Tablica zaskoczyła mnie, że była dość konkretna, nawet w wysokich temperaturach. W dotyku zdradzała swą tłustość, ale nie topiła się. Lekko pykała, choć to pewnie przez grubość i sowitą ilość dodatku. Dodano go bardzo ciekawie, bo większe kawałki ciastek umieszczono na spodzie, a wierzchy kostek wypełniono ciasteczkową miazgą, kropeczkami, pyłkiem dosłownie.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie, z ochotą, ale w tempie umiarkowanym. Szybko zmieniała się w gęstawy budyń o mleczno-śmietankowej tłustości. Mimo lekkiej proszkowości, chwilami zakrawała o śliskawość. Nie przeszkadzała jednak, bo przełamały ją ciasteczka. Drobnica wprowadziła szorstkawy efekt, ale nie było w tym nic negatywnego. Wręcz przeciwnie. To takie... miejscami lekko rzężące ciasteczka zmieniające się w papu.
Bardziej rzęziły i chrupały te większe. Ich struktura już średnio do mnie przemówiła, bo cechowała je twardość / konkret, a niektóre miały dość ostrawe brzegi. Gryzione szybciej prezentowały suchą twardość ciężkich, ale świeżych herbatników. Chrupały i rzęziły zdrowo, tylko częściowo rozpływały się wraz z czekoladą, zmieniając się w pyliście-ziarnistą zawiesinę. Częściowo zostawały na koniec i wtedy też jeszcze coś potrafilo chrupnąć. Poczucie ich twardości zostawało do końca.
Może niby przeciwwaga do czekolada, taki kontrast... z jednej strony nie zły, a z drugiej też nie całkiem udany.

W smaku jako pierwsza pomknęła maślana nuta, za którą kryło się echo ciasteczkowej spalenizny. Zaraz po tym czekolada dała się poznać jako o wiele bardziej śmietankowa. Pełne mleko zalało mi usta, stając się smakiem wiodącym, acz nie jedynym. Na tejże fali szybko dołączyły nuty słodyczy oraz ogólnie ciasteczkowa (nie tylko spalenizny). Sama czekolada znacząco przesiąkła dodatkiem.

Pierwsza jednak umocniła się słodycz. Rozeszła się pewna siebie, niebezpiecznie przekraczając poziom przesady. Mignęła leciutkim waniliowym motywem, dzięki czemu wydała się ambitniejsza, a i tak zaraz zaczęła drapać w gardle. Mieszając się z mlekiem i białoczekoladową maślanością, stworzyła niezłe tło pod wyraziste ciasteczka.

Te dały o sobie znać bardzo szybko, najpierw właśnie głównie ciasteczkowo-sodową nutką. Przypieczone mocno, aż do przypalenia, wprowadziły we wszystko goryczkę. Przełamały słodycz, chwilowo uwypukliły mleko. Dodały kakao, gorzkawo-cierpkie i wyraźne. Mimo to, ich smakiem przewodnim była ciasteczkowo-kakaowa spalenizna. Odzywały się nawet niegryzione, a te chrupnięte "obok" w trakcie rozpływania się czekolady wydawały się nieco nią przygłuszane. Były jednak jako jeden z elementów wyczuwalne cały czas. Pobrzmiewała w nich nutka soli, jeszcze odważniej uwypuklając kakaową goryczkę. Przy ich większej ilości sama czekolada wydawała się przede wszystkim maślana i sugerująca serek topiony.

Kontrastowo do ciastek, gdy akurat trafiło się ich mniej, czekolada wyszła bardziej mlecznie, co dało efekt kakaowych, goryczkowatych ciastek maczanych w tłustym mleku. Niestety w mleku zacukrzonym do przesady, co szybko zaczęło mi trochę przeszkadzać. Mimo to, smaki mieszały się bardzo spójnie. Bliżej końca słodycz aż drapała w gardle, ale smak ciasteczek w ustach nie pozwalał na przesłodzenie totalne.

Ciastka schrupane na koniec wychodziły niemal na przód. Były gorzkawo-kakaowe i z nutą nieprzyjemnej spalenizny, ale też słodkawe.
To głównie one zostały w posmaku. Były to ciastka gorzkie od przypalenia i kakao, lekko słonawe i idealnie wmieszane w śmietankowość, trochę proszkową mleczność. Na szczęście zagłuszyły maślaność (co dziwne, bo wcześniej jakby ją podkreślały).

Całość wyszła niby nieźle. Na pewno o wiele lepiej niż Hershey's, bo tu sama jakość czekolady była wyższa. Lepiej też od Dove Cookies & Creme, która była mocno średnia (kiedyś takie rzeczy ogólnie odbierałam lepiej, ale tamta na pewno miała ciastka przyjaźniejsze). Niestety jednak ciastka okazały się jedynie prawie zadowalające. Bardzo żałuję, że zamiast gorzkie od przypalone kakao, zdecydowały się na spaleniznę, którą trochę przesiąkła całość. (Lubię przypalone nuty, jak i właśnie przypaloną nutę ciastek typu Oreo - tylko musi być ona w punkt, ta była już... za bardzo spalenizną po prostu, a nie smakiem przypalonych kakaowych ciastek.)
Na pewno też lepiej niż nadziewana Milka Oreo White - czysta dobrze zrobiona z tego typu ciastkami bardziej pasuje niż miękka tłustość i... po prostu jakość niższa.
Mimo wszystko, ideał to nie był.
Osobiście wolałabym delikatniejsze, rozpływające się w ustach ciasteczka, a baza... mogłaby prawie w ogóle nie być maślana, nie zajeżdżać serkiem, a być czysto śmietankowa.
4 z 5 pasków powędrowało do Mamy. Smakowała jej: "Bardzo słodka, taka biała czysta byłaby za słodka, ale tutaj te ciasteczka przełamywały, tak? Ta ich gorzkość przypalona, nie przeszkadzała mi jakoś bardzo, ale lepiej by było, gdyby była kakaowa bardziej. Można zjeść, ale nie, żeby drugi raz kupić". Stwierdziłyśmy, że na ten moment chyba po prostu już nie przepadamy za białymi (ja to czułam już dawno - choć naprawdę dobrą białą nie pogardzę raz na jakiś czas).


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 10 zł (za 200g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku 15,1%, mąka pszenna, śmietanka w proszku 5,7%, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, tłuszcz palmowy, maślanka w proszku, odtłuszczone kakao w proszku,  lecytyna sojowa, sól, substancje spulchniające: wodorowęglan amonu, wodorowęglan amonu, węglany potasu; ekstrakt waniliowy