niedziela, 30 sierpnia 2026

Zotter Edelnougat in Zitrone / Fine Praline with Lemon biała cytrynowa z kremem z nugatu z orzechów nerkowca i makadamia oraz mlecznej czekolady z cienką warstwą czekolady białej

Tę czekoladę dostałam razem z innymi nowościami Zottera. Sama pewnie bym się nią nie zainteresowałam przez to, że białe nadziewane to zupełnie coś nie w moim stylu, a w dodatku nie przemawia do mnie opieranie kompozycji na zbyt dużych kontrastach. A ta właśnie taką mi się wydawała z opisu. W ogóle ostatnio mam wrażenie, że Zotter przesadnie pcha wszędzie, czy jest to zasadne czy nie, cytrynę. Hm... W dodatku nadzienie zrobiono tu z nerkowców i makadamia. Kocham nerkowce, ale makadamia to jedyne orzechy, których nie lubię. Super. Po dziś przedstawiana czekoladę sięgnęłam bez przekonania, zakładając, że większość pójdzie dla Mamy, która bardzo lubi np. karmelową Wedla.


 Zotter Edelnougat in Zitrone / Fine Praline with Lemon to biała czekolada cytrynowa  nadziewana (60%) kremem na bazie praliny / nugatu z orzechów nerkowca i makadamia oraz mlecznej czekolady z cienką warstwą czekolady białej.

Po otwarciu rozszedł się słodki zapach krówkowo-karmelowy, mieszający się z naturalnie słodko-maślanymi nerkowcami i biszkoptowo-ciasteczkowym wątkiem. Czuć wanilię i trochę śmietanki, a także pewne ciepło. Dopiero za tym wszystkim w tle zaznaczyła się kwaskawa i zarazem słodko pudrowa cytryna. Zdziwiłam się, jak dobrze czuć nerkowce jeszcze przed przełamaniem. Później nasiliły się na fali lekko nugatowej, która dołączyła do biszkoptów i ciasteczek.

Tabliczka w dotyku wydawała się masywna i nie można odmówić jej twardości. Czekolada w dotyku wydała mi się pyliście-sucha i zarazem tłustawa, tylko czekająca, kiedy będzie mogła się rozpływać, a jednocześnie również konkretna. Przy łamaniu również zetknęłam się z twardością, a taką kruchością.
Zwłaszcza ze względu na środek, który wyglądał na suchy i kruchy. Autentycznie się kruszył, a czekolada łatwo od niego odskakiwała. Okazał się twardy i zbity, a w dotyku trochę tłusto-pylisty.
Pod nią znalazła się cieniutka warstewka czekolady białej, której w zasadzie nie sposób oddzielić od cytrynowo-karmelowej - można ją jedynie nożem skroić w czekoladowe opiłki.

W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, przedstawiając się jako maślano tłusta i kremowa. Odnotowałam w niej leciutką proszkowość.
Czekolada maziście pokrywała podniebienie i spójnie mieszała się z nadzieniem. Trudno było wykryć, w którym momencie do czekolady z wierzchu dołączyła cienka warstewka białej, też tłustej, spod niej. Wydaje mi się, że ta zwykła biała była gładsza.
Nadzienie podtrzymało mazistość i tłustość, ale wpisało je w inne realia. Było bardzo tłuste, ale w masywniejszy sposób, w którym obok maślanośći czuć tłustość orzechową i jakby zagęszczenie czekoladą.
Nadzienie i czekolady mieszały się w za tłustą, zbitą, ale coraz bardziej miękko-kremową masę.

W smaku czekolada przywitała się lekko krówkowo-karmelowym mlekiem skondensowanym, obok których zaznaczył się lekki kwasek. Wytoczyła śmietankę i silną maślaność, wydała mi się lekko ciepła i nagle wszystko to przeszyła silniejsza kwaśność. Dopiero po chwili okazała się cytrynowa. W zestawieniu ze słodkimi wątkami cytryna wydała mi się nieprzyjemnie przerysowana. Jej soczystość zupełnie nie pasowała do otoczenia.

Czekolada cytrynowa spróbowana osobno wydała mi się jeszcze bardziej cytrynowa, ale w sumie nie aż tak przerysowana. Po prostu jakby niezgrabna w swej krówkowości i kwaśno-soczystej cytrynowości. Wyszła też mniej mleczne.

Po paru chwilach zaczęła nasilać się słodycz, a czekolada zaczęła upuszczać motyw trochę mleczny, ale kojarzący się z jogurtem. Biała czekolada spod cytrynowej łagodziła kwaśność mlecznością i kolejną dawką słodyczy. Zapewniła też gładkie wejście nugatowi swą lekką maślanością.

Biała spróbowana osobno okazała się bardzo bazowa, ale bardziej śmietankowa niż np. maślana.

Poprzez mleczność i maślaność weszło nadzienie. Wprowadziło do kompozycji delikatny motyw orzechów nerkowca, a gdy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność w dużej mierze odpuściła, orzechowość przywołała do siebie biszkoptowo-ciasteczkowy motyw. Słodycz nugatu choć silna, nie wyszła przesadzona, mimo że kontrastowy początek straszył, że taka się zrobi. Nerkowce przedstawiły się jako jakiś krem nerkowcowy słodki od wanilii, trochę ciasteczkowo-maślany.
Orzechy makadamia trudno było rozpoznać w tym wszystkim, ale nerkowce dobrze sobie poradziły.

Choć kwaśność, po debiucie kremu, wycofywała się w dużej mierze, cały czas trochę pobrzmiewała, co było denerwujące jak rzęsa siedząca w oku.

Nugat spróbowany osobno wydał mi się... pyszny. Bardziej czytelny, jeśli o orzechy chodzi. Nerkowce w ogóle okazały się w nim intensywne, a otulający je motyw biszkopcików, ciasteczek i wanilii idealnie zgrany. Do tego poczułam nutkę czekolady i odrobinkę cynamonu. Powiedziałabym, że ta raczej łagodna mleczna i cynamon pewnym ciepłem wieńczyły wizję masy ciasteczkowo-nerkowcowej, jaką udawał nugat. Makadamia wciąż nie były specjalnie wyraziste, ale chyba dołożyły się do tej ciasteczkowo-maślanej słodyczy.

Z czasem, chyba gdy się już przyzwyczaiłam do słodyczy, znowu zaczęła doskwierać mi kwaśność... Niby konwencjonalnie cytrynowa, a jednocześnie kojarząca się z cytrynową gumą rozpuszczalną.

Po zjedzeniu został przerysowany motyw cytryny, robiącej aluzje do gumy do żucia i kwasku cytrynowego. Dopiero za nią stanął smakowity motyw kremu nerkowcowo-ciasteczkowego oraz krówkowa słodycz czekolady białej jakby karmelowej.

Czekolada wydała mi się... durna. Otóż pyszne nadzienie nerkowcowe, w którym przewijało się skojarzenie z waniliowymi biszkoptami i ciasteczkami (co od razu skojarzyło mi się z boskim kremem Eko Gram The Real Cashew Paste 2023-2025) oraz subtelna nutka czekolady zasłużyło na 10, a czekolada biała karmelowa (?) o smaku krówek mogłaby świetnie z nim współgrać, ale... nie. Zotter musiał dodać do czekolady cytrynę, która wszystko psuła tak, że jeść się odechciewało. Cytryna w tej kompozycji wyszła nieprzyjemnie kwachowato i kontarstowo, mimo że nie dominowała. Dobrze, że czekolada z wierzchu odskakiwała, ale z drugiej strony jedzenie samego takiego nugatu też nie jest wymarzoną opcją. Najlepiej jeść tą tabliczkę dzieląc... co do mnie nie przemawia. Całość bardzo mnie zasmuciła, bo potencjał w niej tkwił ogromny, taki nawet na 10, a zepsuto to w naprawdę głupi sposób. Rozumiem, że Zotter chciał pewnie przełamać słodycz, ale to zwyczajnie nie wyszło.
Bardzo trudno mi ją ocenić, bo krem uzależniał i z ochotą jadłabym go i jadła, ale gdy pojawiał się przy nim kwasek, krzywiłam się. Zjadłam więc jedynie 10g i resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "O, rany! Jak można tak głupio zepsuć taką czekoladę?! Przecież to byłoby świetne, nawet 10/10, gdyby nie ta cytryna. Ta cytryna w samym wierzchu kompletnie wszystko zepsuła. Środek przepyszny, ale na tyle tłusty i jednak nadzieniowy, że dziwnie go jeść samego, on potrzebuje czekolady. I to dobrej karmelowej, a nie cytrynowo kwaśnej. Wielka szkoda, taki potencjał zmarnowany... Aż serce boli". I nie dojadła, bo choć lubi kwaśność w słodyczach, to tam, gdzie ona pasuje (a tu obie orzekłyśmy zgodnie, że bardzo nie pasowała.) i w dodatku, jak sama przyznała, ona z Zotterami ma na starcie problem, bo dla niej "czekolada musi mieć kostki".


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 76g)
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 24%, orzechy nerkowca 12%, orzechy makadamia 8%, odtłuszczone mleko w proszku, pełne mleko w proszku, słodka serwatka w proszku, proszek cytrynowy (3%: koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), masło, miazga kakaowa, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, sproszkowane nasiona tonka, kolendra

PS A jeśli komuś mało Zottera, zapraszam na aktualizację Zotter Labooko Tanzania 75%.

piątek, 28 sierpnia 2026

krem Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread

Kremy orzechowe, które uwielbiam łyżeczkować, to te naturalne, czasem smakowe, ale z jak najmniejszą ilością cukru, a już na pewno bez dodatku oleju innego niż ten, który się z bazowych orzechów wydziela. Stąd kremy bardziej "cukiernicze" znajdują się poza kręgiem mojego zainteresowania. A już na pewno nie patrzę na czekoladowe kremy marek od czekolad. Zwłaszcza, że produkty inne niż tabliczki moich marek "degustacyjnych" wydają mi się absurdalnie drogie. Popróbowalam parę Zottera i utwierdziłam się, że są nie dla mnie. Dziś przedstawiany jednak, jak i inne marki Holy Cow, wydał mi się kusząco tani, a w dodatku miał mało cukru. Czyli w zasadzie... może miał u mnie szansę? Patrzyłam bowiem, co by domówić do jednej czekolady, na której mi zależało (Holy Cow 85 % Speciality Cacao Kerala, India Monsoon). Niezbyt interesowały mnie inne ich tabliczki, bo pierwsza jedzona nie zwiastowała, że te o niższej zawartości kakao wyjdą lepiej. Smakowe, z dodatkami w tych cenach w góry też nie były tym, co chciała bym kupić. Dopiero przygotowując wstęp do tej recenzji, zaczęłam nabierać wątpliwości. Najpierw cieszyłam się, że krem zawiera tyle migdałów, ale potem zmartwiły mnie słowa "mąka migdałowa". Co jeśli to miała być powtórka z NaMa Crema di Cocco & Mandorla? Opis zdradzał też, że kremy są mielone na kamieniu. Jakoś nie umiałam sobie tego wyobrazić i nie wiedziałam już, czego się spodziewać. O mieleniu kakao na kamieniach słyszałam, ale żeby składniki kremu...? A właśnie! Kakao. Użyto kakao z indyjskiego regionu Kerala, a migdałów, typu Avijor, z Portugalii.

Holy Cow Cacao & Almond Chocolate Spread to krem czekoladowy na bazie migdałów nieprażonych (mąki migdałowej) z niealkalizowanym kakao z Indii.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu uderzył zapach wyrazistych, ale bardzo łagodnych pod względem charakteru migdałów. Powiedziałabym, że migdałów blanszowanych i nieprażonych. Dominowały zupełnie. Czekoladowość rodem z czekolady mlecznej, w której jednak choć bez gorzkości, zaznaczyło się kakao stała za nią. Całość choć nie wytrawna, a wręcz trochę złudnie mleczna, wyszła przyjemnie subtelnie słodko. W słodyczy odnotowałam palono karmelowe echo, idealnie zgrywające się ze słodko-wytrawną czekoladą oraz naturalną słodyczą jasnych migdałów.

Na wierzchu wydzieliła się niewielka ilość oleju, bo jakaś sowita łyżeczka, którą zlałam. Co nie było łatwe, bo krem bezpośrednio pod nią był niemal płynny, więc mało brakowało, a by się zlał z nią lub przemieszał. Przemieszałam krem tyle o ile, nie ruszając dna, w nadziei, że tam będzie gęstszy. Przy samym dnie faktycznie uświadczyłam masę mniej płynną, prawie kremowo gęstawą, ale było tego niewiele - niecałe pół cm od dna.
Mieszając, odebrałam krem jako aspirujący do pewnego czekoladowego zagęszczenia, konkretu i kremowości, jednak i tak był lejący. Lejący, ale w nieco ciągnący sposób, a także miękki. Już na tym etapie zdradziła się tłustość, a także widać w nim idealną gładkość. Dostrzegłam też pojedyncze niemal czarne kropeczki, ale w strukturze zupełnie ich nie czuć. Obstawiam pyłek kakao.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją półpłynność, choć w ustach nie wydał mi się taki bardzo rzadki. Leciuteńko próbował nawet zgęstnieć, pokazując się ze swojej maziście-lepkiej czekoladowej strony. Wykazywał idealną gładkość, w której czuć śliską oleistość, a także miękkość. Chociaż... kryła się w nich ledwo uchwytna pylistość. Rozpuszczał się w tempie szybkim, klejąc się do podniebienia i zębów, udając mazisty, lepko-oleisty czekoladowy smar, a potem znikając tłusto-wodniście.
Gdy z ciekawości pogryzłam masę, lekko pyliście trzeszczała.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz. Choć nie była wysoka, dominowała. Reprezentowała mleczną czekoladą z subtelnie zaznaczonym niegorzkim kakao, wypełnioną, nadzianą toffi.

Słodycz rosła szybko i porządnie, zaraz dając się poznać już właśnie jako prawie wysoka, gdy nagle nastąpiło kolejne uderzenie.

To uderzenie jednak było migdałowe. Poczułam migdały blanszowane, przejmujące część słodyczy i podające ją na swój naturalny sposób. Wydały mi się nieprażone... a zarazem karmelizowane? Słodycz przy migdałach nabrała bardziej palonego charakteru, z toffi zmieniając się w karmel. Karmel splótł się z migdałami, otulił je porządnie. Słodycz rosła.

Migdały jeszcze się nasiliły, utwierdzając mnie w tym, że były surowe. I nagle zaznaczyła się w nich lekka, leciuteńka goryczka.

Karmelowość stojąca przy migdałach spodobała się czekoladzie, bo mimo utrzymującego się złudnego mlecznego echa, poszła w wytrawniejszym, bardziej kakaowym (palonym?) kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach powiedziałabym, że czuję dobrą ciemną mleczną czekoladę o ok. 60% kakao.

Goryczka migdałów szybko leciutko się nasiliła. Na obraz migdałów blanszowanych nałożyła migdały ze skórkami, bardziej charakterne, ale też w 100% surowe. Pilnowały, by mimo rosnącej słodyczy i nasilającego się wątku czekoladowego, to właśnie migdały odgrywały najważniejszą rolę.

Migdałowa, subtelna gorzkawość obudziła w czekoladowości goryczkę i oddała ją właśnie czekoladzie. Cały czas była niska, ale ta czekoladowa ciut wyższa niż migdałowa, która zresztą zaraz zniknęła. Ciemna mleczna, gorzkawa czekolada stanęła więc obok migdałów na powrót jasnych i blanszowanych. Słodycz w tym czasie trochę odpuściła i wycofała się. Pobrzmiewała jako karmel. Czekolada wraz z jasnymi migdałami zaczęła się chylić w stronę esencjonalnego nierozwodnionego mleka migdałowego.

Gdy jednak słodycz wychwyciła, że migdały zapomniały o motywie skórek, na powrót trochę wzrosła. Za sprawą czekolady ciemnej mlecznej (może wegańskiej alternatywy "mlecznej" migdałowej?), ale właśnie jednak słodkiej. Czasem aż ryzykownie. Jakby tak... to taką jak opisana tabliczkę nadziać karmelem. Ocierającym się o drapanie w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych migdałów - powiedziałabym, że mieszanki blanszowanych i tych w skórkach oraz słodkiej ciemnej, złudnie mlecznej czekolady z nutą karmelu. Czułam się lekko prawie przesłodzona.

Krem okazał się bardzo smaczny, a jego największą wadę widzę w konsystencji: wolałabym znacznie gęstszy krem. Krem, a nie niemal kremowy sos. Tam na samym dnie krem wydawał się cudny. Smak niewątpliwie nadrabiał, mimo że i do niego mam drobny zarzut. Wolałabym nieco niższą słodycz, a jednak więcej czekoladowej gorzkości. Przyjemny klimat nieprzesłodzonej, choć słodkiej czekolady ciemnej mlecznej, gdzie kakao się nie zatraciło nie zagłuszył, ale mocno podkolorował migdały. To one dominowały jako raczej blanszowane, choć nie wyprane z charakteru. Goryczka zawitała i do nich jako akcent skórek, i do kakao, co nadało kompozycji głębi.
Krem znacznie lepiej sprawdził by się w czymś, do czegoś (np. do twarożku) niż do jedzenia łyżeczką jak jadłam ja.

Trochę kojarzył mi się z Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread, ale bez kokosowej nuty. Dziś przedstawiany był bardziej migdałowy, ale zarazem słodszy i mniej gorzki. Bardziej wyważony harmonijny pod względem słodyczy i gorzkości. Ja jednak wolałam bardziej gorzki podlinkowany. W kwestii słodyczy - w zasadzie była bardzo zbliżona, bo choć podlinkowany zawiera około 13% cukru (zliczyłam ten w czekoladzie i ten dodany do samego kremu), a dzisiaj prezentowany 15%, to jednak tam zastosowano cukier kokosowy o bardziej władczych zapędach.
Dziś prezentowany charakter Foods by Ann Chocolate & Coconut Spread jakby połączył trochę z Vilgain Sweet Nuts Chocolate Hazelnuts. Ten był z orzechów laskowych, ale miał bardzo podobną konsystencję i był bardzo słodki, choć ten Vilgain już zdecydowanie słodki w złym sensie.


ocena: 7/10
cena: € 9 (za 200g; około 39 zł)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka z nieprażonych migdałów 77%, cukier trzcinowy 15%, niealkalizowane kakao w proszku 8%

czwartek, 27 sierpnia 2026

E. Wedel Mleczna o smaku Pawełka Toffi z nadzieniem o smaku toffi

Mam mieszane uczucia do wydawania tego samego produktu w różnych formach, jako batony, i jako czekolady. Z jednej strony to po prostu powielanie, przez co wydaje się, że jest coraz więcej różnych słodkości, a tak naprawdę na półkach jest jedno i to samo, z drugiej nie każdy lubi formę batona czy tabliczki czekolady. Obecnie wręcz mnie odrzuca od zacukrzonych czekoladowych batonów z kiepskimi składami. Co zabawne, dopuszczam spróbowanie wybranych w formie czekolady. Choć po zmianach na gorsze wiele lat temu przestałam lubić okropne obecnie batony Wedla, czekolada E. Wedel Czekolada Bajeczny zaskoczyła mnie całkiem pozytywnie jak na coś takiego. Jako dzieciak lubiłam batony E.Wedel Pawełek Mleczny Toffi, ale zrobiły się okrutnie spirytusowe. Mama je uwielbiała. Długo były jej nr 1, więc gdy natknęłam się na taką tabliczkę, od razu do niej zadzwoniłam, czy chce. Chciała, mimo że pamiętała, że baton się pogorszył.


E. Wedel Mleczna o smaku Pawełka Toffi to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z nadzieniem (42%) o smaku toffi, nawiązującym do batona Wedla Pawełek Toffi.

Po otwarciu poraził mnie zapach mlecznej wręcz cukrolady, nie czekolady i spirytusowego toffi. Rozbrzmiewały na równo, zacukrzając już na tym etapie. Mocny, tani alkohol trochę maskował akcent waniliny, który nieśmiało wyłaniał się z przesłodzonej, nieambitnej czekolady.

Czekolada zdradzała tłustość już w dotyku. Wyglądała na miękki, plastikowy ulepek. Wydawało mi się, że zaraz zacznie rozpuszczać się w dłoniach, ale nie. Przy łamaniu nawet trochę się kruszyła. Okazała się bardzo trudna w podziale. Nie trzymała się ładnych linii, kostki nie łamały się równo. Przy podziale wyłaniało się nadzienie. Ku mojemu zaskoczeniu bardzo różniące się od tego z batona.
Każdą kostkę wypełniała średnia ilość miękkiego, ciągnącego, ale nie lejącego, tłustego nadzienia. Wyglądało na kremowe i wykazywało zwartość, lecz przy przegryzaniu się przez kostkę i tak się z niej wyciskało.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, tłusto zalepiając usta. Miękła, serwując mi silną proszkość. Szła w coraz bardziej ulepkowatym kierunku.
Po paru chwilach czekolada rozchodziła się, pękała, ujawniając wnętrze.
Nadzienie było tłustsze od czekolady, w sposób śmietankowy, przez co wręcz śliskie, a jednak nie gładkie; miałam wrażenie, że jest nie tylko proszkowe, ale też jakby lekko scukrzone. Dało się poznać jako klejące, a do tego dziwnie gumiaste. To ostatnie bardzo odróżniało je od nadzienia batona. Rozpuszczało się dość szybko, ale wolniej niż to z batona, bardziej kremowo.
Czekolada i krem mieszały się w lepką, miękką maź.

W smaku czekolada uderzyła przesadzoną słodyczą, na którą złożył się głównie cukier. Towarzyszyła mu ciężka, duszna wanilina, ale w zaskakując (jak na Wedla) małej ilości. Mleko odezwało się bardzo nieśmiało. Brakowało mu siły przebicia.

Za to nadzienie szybko dało o sobie znać, dodając jeszcze więcej cukrowej słodyczy i nutkę alkoholu. 
Gdy nadzienie wyłaniało się spod czekolady, w zasadzie dominowało, a cukrowa czekolada robiła mu za tło (nie dała się zagłuszyć zupełnie). Jego natychmiast drapiącą w gardle słodycz podkręcał ordynarny alkohol. Ku mojemu zaskoczeniu jednak wcale nie aż taki mocny. Ot, trochę taniego spirytus, ale raczej kapka niż cała flacha. Został uładzony... aromatami? Po pierwszej szarży zrobił trochę miejsca jakby aromatowi masła i śmietanki, a po paru chwilach też mleku skondensowanego, które ze słodyczą ułożyła się w kajmako-toffi.

Mniej więcej w połowie rozpływania się się kęsa wydało mi się zaskakująco wyraziste i zgrane z alkoholem, który nie porzucił taniego wydźwięku, ale bardzo zelżał, więc było to bardziej przystępne. Niestety jednak jakby ujawniał sztuczność nadzienia. W jego słodyczy z czasem w ogóle czułam coś cukierkowego, dziwnego (syrop?).

Gdy spróbowałam samego kremu, wydał mi się bezlitośnie zasładzający, ale właśnie sztucznie, nie zwyczajnie cukrowo. Utwierdziłam się też, że nadzienie czekolady było o wiele mniej alkoholowe niż nadzienie batona - ze szkodą dla odbioru, bo bez ogromu spirytusu lepiej czuć inne wady.

Za zasładzająco-sztucznym nadzieniem czekolada wydała mi się bardziej sztuczna, plastikowa i cukrowa. Wręcz czekoladopodobna.

Czekolada spróbowana osobno jawiła się trochę lepiej, mniej plastikowo, ale i tak wciąż czuć jej smakową, plastikową taniość. Mleko miało jednak wtedy więcej do powiedzenia. Tam, gdzie stykała się z nadzieniem, znacząco przesiąkła nim. W samą czekoladę mogłam się jednak wczuć w miejscach, gdzie kostki się łączyły i w przypadku "ramki".
 
Po zjedzeniu został posmak nieprzyjemnie sztucznej słodyczy, ale nie waniliny, a jakby takie... cukierkowej (?), motyw ordynarnego alkoholu, ale nie w dużej ilości. Czułam też okrutną słodycz inną, niż ta cukierkowa: łącząca kajmak i waniliowo-plastikową czekoladę.

Tabliczka była bardzo niesmaczna. Kiepska, okrutnie cukrowa czekolada oraz jeszcze gorsze, sztucznie słodkie, sztuczne, toffi-kajmakowe nadzienie z nutką taniego alkoholu. Fakt, smakowało toffi, ale bardzo sztucznym. Mniejsza niż w batonie ilość alkoholu ujawniła to, jak wiele złego mogą zrobić syrop glukozowy i aromaty. Smakowo więc efekt poniżej średniości i jakiś taki... mało Pawełkowy. Bliżej temu do po prostu czekolady z nadzieniem toffi (dobra konkurentka dla okropnych Milka Caramel Cream / Toffee Cream / Caramel). Struktura mi nie odpowiadała, bo takie rozwalanie się czekolady, łamanie się bez ładu i składu to wielki minus w przypadku nadziewanej, gdzie chciało by się, by każda kostka stanowiła jakąś czystą całość. Mam mieszane uczucia co do zmiany konsystencji Pawełkowego nadzienia. Z jednej strony - było inne niż w batonach, więc to nie jest do końca Pawełek w formie czekolady, ale z drugiej - przy takim rozwalaniu się tabliczki to kremowe nadzienie lepiej się sprawdziło, bo jednak trzymało się w kostce. Batonowe wypłynęłoby. To w zasadzie rozsądne posunięcie, więc jakiś plus udało mi się znaleźć - i chyba tylko za to wystawiłam jednak 3, nie 2. 

Dałam radę zjeść najmniejszą, krzywo ułamaną, a więc niecałą kostkę, czyli jakieś 7 g, po czym czułam potrzebę przepłukania ust herbatą i resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "A mnie smakowała! Chociaż nie powiedziałabym, że to czekolada Pawełkowa. Z batonem Pawełkiem się niezbyt kojarzyła. To była taka po prostu bardziej toffi czekolada. A ja lubię te wszelkie toffi nadziewane. Słodka, sama czekolada dobra i nadzienie smaczne. Nie mocno alkoholowe, ale takie dokładnie jak nadzienie toffi powinno smakować. Jak jadłam to ogólnie super, ale po zjedzeniu odczułam taki nieprzyjemny sztuczny posmako-niesmak. Szkoda więc, że ma zły skład, ale i tak ja bym jej o wiele wyższą ocenę wystawiła.".


ocena: 3/10
kupiłam: Żabka
cena: 9,30 zł
kaloryczność: 498 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, łuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E476; aromat), cukier, mleko zagęszczone słodzone (mleko, cukier), tłuszcz roślinny palmowy, syrop glukozowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, alkohol etylowy 1,7%, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza; aromaty, lecytyna sojowa

wtorek, 25 sierpnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms ciemna z Filipin

Sopocka Manufaktura o chyba pierwsza marka lepszych, tych degustacyjnych czekolad, której więcej niż czystych ciemnych tabliczek, zjadłam tych z dodatkami. Po prostu gdy składałam pierwsze zamówienie, w ofercie czysta była tylko jedna, a te dodatkami nie były zaporowo drogie, więc uznałam, że będą świetne w góry. Okazały się na tyle dobre, że gdy marka wprowadziła nowości, od razu się zainteresowałam. Tym bardziej, że miały przyjemnie wysoką zawartość kakao o nieczęsto spotykanym pochodzeniu, a cukier zmieniono z białego na trzcinowy (do czekolad ciemnych najlepszy!)... Już, już się ucieszyłam, aż się okazało, że na stronie wkradł się błąd. Jednak nadal używają cukru białego, nie trzcinowego. Dziś przedstawianą zrobiono z ziaren z rodzinnej plantacji Kablon Farms z Filipin, a opis obiecywał egzotyczna głębię i zrównoważoną dzikość. Ziarna fermentowały i suszyły się tam, na miejscu.
To pierwsza czekolada z kakao z Filipin tej polskiej marki z Sopotu.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario/Criollo Filipiny Kablon Farms to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao trinitario i Criollo z Filipin, z wyspy Mindanao.

Po otwarciu rozbrzmiał zapach egzotycznych, tropikalnych owoców i ziół. Owoce odpowiadały za słodycz, ale też cierpkości im nie brak. Obok bardzo słodkich bananów i śmietankowo-ryżowego deseru z mango ("sticky rice pudding") znalazły się cierpkie raczej suszone miechunki oraz cytrusy, a harmonię między nimi zapewniał... karmel yuzu-cytrynowy? Odrobinka lukru cytrynowego? Tuż przy nich prezentowały się zioła i przyprawy, w tym głównie niemal wytrawny tymianek. Za przyprawami przewijał się cierpkawy dym, a jeszcze dalej doszukałam się pieczonego - lekko orzechowego? - akcentu. Z tym wiązał się ledwo uchwytny, maślany karmel... Pomyślałam o leciutko podpieczonym spodzie do ciasta, może ciastowej tarty oraz o maślanych bułeczkach drożdżowych.

Tabliczka o bardzo kremowym wyglądzie przy łamaniu okazała się średnio twarda, lecz głośno trzaskająca. Dźwięk obiecywał gęstość i konkret.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, od początku zapewniając mnie o swej masywności. Była średnio kremowa, lekko pylista i coraz bardziej, choć nigdy jakoś szczególnie mocno, soczysta. Chwilami chyliła się ku zawiesinie, ale gęstej i lepkiej, ze względu na którą to lepkość kształt trzymała niemal do końca. Trochę oleista tłustość narastała, ale przełamała ją wręcz szorstkość, przewijająca się epizodycznie.

W smaku pierwszą poczułam słodycz tropikalnych żółtych owoców. Choć nie była wysoka, ze względu na odosobnienie, okazała się bardzo istotna. Przede wszystkim czułam banany, po chwili mieszające się w niemal równych proporcjach z mango... musem z mango prosto z deseru zrobionego z kleistego ryżu "sticky mango rice".

Za tym wszystkim zaznaczyła się cierpkość... goryczkowatego dymu?

Deser trochę ryżowy, trochę mleczny, nagle wydał mi się wręcz maślany (jakby zamiast na mleczku zrobić go na maśle). Maślaność ta kontynuowała słodycz, sugerując też mocno maślany, łagodnie palony karmel.

W tle przemknęła znów cierpka sugestia. Tym razem jednak bardziej owocowa, trochę jakby... czerwone porzeczki i coś bardziej cytrusowego? Miechunka? Zaraz mi umknęły, nim zdążyłam je dookreślić.

Słodycz w tym czasie zmieniła wydźwięk. Wciąż nie była wysoka, ale zdążyła już trochę wzrosnąć i rosła nadal. Maślany karmel wyszedł dość... ciastowo? Pomyślałam o tarcie na jasnym, lekko wypieczonym spodzie. Tarcie karmelowej? I o maślanych drożdżowych bułeczkach, na które to zaskoczył motyw owoców. Niczym puszysta bułeczka, na którą nałożone owocową, kwaskawą masę "curd" z cytrusowo-egzotycznych owoców.

Paloność rosła z lekkim opóźnieniem, po paru chwilach wydobyła gorzkość. Ta zaczęła rosnąć bez ociągania, częściowo odwracając uwagę od słodyczy i od owoców. Pomyślałam o niemal cierpkawym dymie, który po chwili opadł, odsłaniając przyprawy i zioła.

Zioła niosły ze sobą cierpkość i wytrawność. Dowodził w nich tymianek. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zioła prawie zdominowały kompozycję. Po debiucie jednak przywołały do siebie bardziej pikantnawo-słodki wątek. Oto zioła osłodził cynamon i zrobiło się bardziej ziołowo-korzennie (nie czysto ziołowo).

W tej ogólnej cierpkości miejsce znalazły i soczyste, cierpkawe właśnie owoce. Cytrusowe, ale nie tylko. Aż trudne do uchwycenia.

Cynamon, wraz ze specyficznym ciepłem, przywrócił nutę wypieku. Przemknęła mi przez głowę myśl o pieczonych orzechach, tarcie z orzechami i karmelem, ale nic z tego nie zatrzymało się na dłużej. W pewnym momencie wyobraziłam sobie tartę na bardziej biszkoptowym spodzie.

Tartę cytrusową! Wróciły owoce, tym raczej bardziej kwaśno-cierpkie. Znowu zaznaczyły się czerwone porzeczki, ale jakby wymieszane z egzotyką i cierpkimi cytrusami. Może specyficznym, złożonym w smaku yuzu? Z czasem przeszły w suszoną miechunkę o nawet lekko wytrawniejszych skłonnościach, ale i obecnej słodyczy.

Choć wzrost słodyczy stopowały różne elementy, udało jej się znowu trochę podskoczyć, a wszystko za nią działo się dosłownie w ułamku sekundy. Pomyślałam o dziwnym, wytrawniejszym karmelu, jakby zrobionego z miso (pastą z fermentowanej soi, ryżem)? A po chwili o karmelu egzotycznie kwaskawym, karmelu z cytrusem yuzu, przechodzącego w wizję tarty mango-miechunkowej a'la ten sticky rice.

Korzenny, trochę ziołowy motyw przemieszał się z tartą, jakby tę owocową słodycz próbowano przyprawić w nieoczywisty sposób, właśnie tymiankiem i cynamonem. Hamowały też egzotykę, uproszczając ją do cierpkawego kwasku cytrusów. A w zestawieniu do cierpko-kwaśnego wątku, nagle tło wydało mi się mocno maślane... niczym słodka maślana bułeczka porządnie posmarowana masłem.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiej mieszaniny miechunek i cytrusów oraz cynamonowej tarty, której trochę tymianku i dym dołożyły niemal wytrawne echo. Karmelu z pastą miso? Mimo że ogólnie wciąż wydawała się lekko biszkoptowa. Do tego w głowie siedział mi maślany karmel i bardziej maślana wersja deseru "sticky mango rice".

Czekolada była bardzo wyważona: choć niewątpliwie słodka, to słodka w adekwatny do tej gorzkości sposób. Słodycz i gorzkość uzupełniały się i przeplatały. Trochę kwasku i cierpkości także się dopasowało. Banany, przechodzące w mango, miechunka i porzeczka, cytrusy ogólnie stanowiły tu tylko dodatek, kompozycja nie była bardzo owocowa. Więcej odegrał motyw pieczony, który połączył dym i orzechy z tartowo-wypiekowym wątkiem. Wytrawność przechodząca w karmel z miso i karmel z yuzu niesamowicie intrygująca. Wszystko to bardzo ciekawie urozmaiciły zioła z tymiankiem na czele oraz cynamon. Choć długo byłam przekonana, że wystawię 8, to jednak te wszystkie naprawdę niecodzienne nuty przeważyły o ocenie, że jednak 9. Czułam, jakby to, co mi nie grało w Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo, w tej zwyczajnie nie wystąpiło. Jej karmelowe nuty sugerowały cukier trzcinowy, ale przecież nadal dodają biały... Ach, ile jest w stanie zdziałać wyższa zawartość kakao!

Egzotyka, kwasek cytryny i przyprawy, a także specyficzne wątki maślano-orzechowo-słodowe z Dzika Czekolada Philippines - Regalo 80 % kojarzyły mi się trochę z wydźwięku i klimatu z dziś prezentowaną.
Chapon ogólnie w zasadzie też jako tako kojarzyła się pod pewnymi względami, jednak w smaku podobne nie były. Też przez zupełnie inną zawartość kakao - wszak Chapon poszła w słodszym kierunku, zrozumiałym dla jej 70%.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Belgian Dark Chocolate Cherry ciemna 50 % ze sproszkowanymi wiśniami / wiśniowa

Marka Belgian obecnie nie budzi we mnie w zasadzie żadnych emocji, a po jej wyrobach nie spodziewam się niczego ciekawego. Niemniej, gdy dostrzegłam w sklepie nowość, dziś przedstawianą tabliczkę, postanowiłam dać jej szansę. Jakoś, choć czekolady z owocami nie są moimi ulubionymi, do wiśni mam słabość. Świeże surowe w sezonie to jedne z moich ulubionych owoców, których zawsze czuję niedosyt. Czekoladę zabrałam ze sobą na zimowy górski spacer. Niewymagający szlak niebieski z Rabki-Zdrój na Luboń Wielki szybko wyprowadził mnie na szczyt z uroczym schroniskiem. Choć zapowiadało się, że nie ma szans na widoki, coś tam jednak w oddali było widać. Porobiłam zdjęcia czekoladzie, ponapawałam się samotnością i śnieżną scenerią i zaczęłam schodzić szlakiem żółtym (Percią Borskowskiego).

Belgian Dark Chocolate Cherry to ciemna czekolada o zawartości 50,3 % kakao ze sproszkowanymi wiśniami / o smaku wiśniowym.

Po rozerwaniu sreberka poczułam łagodny, wiśniowy zapach, składający się z wiśni trochę pudrowych, cukierkowych, liofilizowanych i bombonierkowych. Naturalne, kwaskawe mieszały się więc ze słodkim aromatem wiśniowym, który jednak nie przekreślił zupełnie odbioru całości jako jeszcze całkiem przyjemnej. Słodycz wiśniowa splatała się ze słodyczą bardzo słodkiej, lekko palonej czekolady. Ta trzymała się tyłów - to wiśnie dominowały.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a podczas łamania trzaskała średnio głośno, z krucho-chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, bardzo chętnie. Była kremowa i bardzo gładka. Bardzo rzadko tylko językiem rejestrowałam proszkowe drobinki, zaraz się rozpuszczające, niknące w czekoladowej toni. Ta jawiła się jako średnio tłusta, choć jakby z pewną pomykającą suchością. Długo zachowywała kształt zwartej, ale bardzo plastycznej i gibkiej grudki.
Czekolada z czasem serwowała soczystość, by zniknąć rzadko i zostawić cierpkawo-suche, jakby proszkowe, wrażenie.
 
W smaku od razu rozeszła się średnio wysoka słodycz, a motyw sztucznych, trochę goryczkowatych (?) galaretkowych wiśni zaznaczył swoją obecność. Wiśnie te wpisały się w słodycz swym cukierkowym charakterem.

Wtórowała im cierpka gorzkość, łącząca motyw palenia z po prostu suchym, odtłuszczonym kakao. Wskoczyła na zaskakująco wysoki poziom (jak na tę zawartość kakao) - chyba przez kontrast z tą cukierkowa słodyczą. Gorzkość lekko, powolutku rosła.

W tym czasie do głowy przyszła mi guma balonowa wiśniowa, za sprawą której słodycz bardzo wzrosła.

Palona gorzkość zaczęła się cofać i słabnąć. Miała w sobie coś ze spalenizny i popiołu, choć coraz bardziej łagodziła je maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten cukierkowo-gumowy motyw wiśni zaczął robić się coraz bardziej kwaskawy, aż nagle zaskoczył na bardziej naturalny tor. Choć fakt, że wiśniowa guma balonowa cały czas krążyła niczym satelita. A jednak poczułam niski, ale wyraźnie soczysty, cierpki kwasek wiśni. Oto wkroczyły wiśnie liofilizowane. Wysoka słodycz zaraz jednak dopowiedziała im trochę pudrowy ton.

Czasem wątek naturalniejszych wiśni miał do powiedzenia nieco więcej i utrzymywał się dłużej. Nigdy nie dominował, jednak przybywał z odsieczą, by trochę przełamać cukierkową sztuczność.

Po tym debiucie kwaśniejszych wiśni, znów wzrosła słodycz. Zaserwowała mi wizję bułkowatego, biszkoptowego ciasta kakaowego. Murzynka z wiśniowym lukrem i wiśniową nutą.

Nutą aromatu wiśniowego. Naturalny kwasek zawrócił do cukierkowości. Osłabiona goryczka wiązała się z maślanością, a z czasem nawet jakby akcentem niemal mlecznym. Mlecznej tłustości? Zdobyła się jednak jeszcze na trochę kakaowości, kierując wiśnie w stronę bombonierki wiśniowej. Ale... w czekoladzie niedookreślonej: ni ciemnej, ni mlecznej.

Cierpkość, zarówno kakaowa, jak i wiśniowa, zdawała się uciekać, ale jeszcze wciąż utrzymywała motyw wiśniowy: teraz bardziej bombonierkowo-galaretkowy.

Albo galaretkowo-żelkowy? Guma balonowa wiśniowa wróciła z nową siłą, choć w towarzystwie jakby czegoś chłodnego... Mięty? Jako guma wiśniowo-miętowa? Gorzkość znikała, a słodyczy nic nie stopowało, przez co zrobili się bardzo słodko-sztucznie. Cukierkowo.

Po zjedzeniu został słodki posmak nieprzyjemnie sztucznie wiśniowy. Przywodził na myśl cukierki-landrynki, ale też galaretki i sztuczną bombonierkę z nieco gorzka, nie ambitna czekoladą. Wszystko to było bardzo słodkie, ale zaskakująco nie przecukrzone.

Czekolada mi nie smakowała. Próbowałam się w nią wkręcić, ale mi się nie udało przez ciągle obecny motyw wiśniowej gumy balonowej. Nuty galaretek wiśniowych i bombonierki, choć też sztuczne, jeszcze bym zniosła, ale ta guma balonowa na czele cukierkowego wątku sprawiła, że co i raz się krzywiłam. A jednocześnie nie mogę powiedzieć, by to był jakiś czekoladowy potwór. Zaskakująco nie zacukrzająca czekolada wyszła bardzo bazowo, na pewno nie tanio. Może też nie ambitnie czy gorzko, ale zachowawczo. Słodka sztuczność jednak sprawiła, że 2,5 kostki to moje max w górach i w domu. Założę się, że nie każdy odbierze ją tak źle, jak ja - osoby lubiące wiśniowe słodycze i niemające takiego problemu z aromatami pewnie byłyby bardziej łaskawe.

Reszta powędrowała do Mamy. Nie dała temu rady, jak i ja. Jej opinia: "Niesmaczna. Mnie nie smakowała, mimo że uwielbiam wiśnie. Ta czekolada była jednak tak nieprzyjemnie sztucznie wiśniowa, jakby wiśnie dano tam tylko w postaci aromatu".
 

ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 22,99 zł
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, aromaty, wiśnie w proszku 0,5% (wiśnie, maltodekstryna), emulgator: lecytyny

sobota, 22 sierpnia 2026

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75 % Wild Beniano Cacao ciemna z Boliwii

Nie myślałam, że tak szybko wezmę się za tę czekoladę, ale przysłano mi ją z absurdalnie krótką datą, mimo że składając zamówienie poprosiłam o sprawdzenie dat i w razie czego kontakt, czy wysyłać. Zapewniono mnie, że z magazynów wszystko rusza świeże. Mimo że poprosiłam o staranne zapakowanie, otrzymałam kilka czekolad luźno wrzuconych do wielkiego pudla. Czyli podejście do klienta i realizacja zamówień nic się nie zmieniał i z Cocoa Runners nadal nie warto zamawiać. Szkoda, bo mają sporo ciekawych marek w ofercie. Londyńska Kindred Forest wydała mi się właśnie ciekawa, bo po prostu zupełnie mi nieznana. Została założona w 2022 roku przez Bena Nicksona i Katyę Gorską i ponoć jest czymś więcej, niż tylko marką: małą społecznością, którą łączy wizja zachowania bioróżnorodności i kultury lasów deszczowych. Nic dziwnego, skoro przygodę z kakao zaczęli od wielu podróży po właśnie lasach deszczowych Ameryki Łacińskiej i Azji. I, czytając o tym wszystkim na ich stronie, nagle trafiłam na niespodziankę: Kindred nie są twórcami czekolady! Oni współpracują z czekoladnikami i różnymi markami, zajmując się sprawami bardziej organizacyjnymi, czyli współpracują też ze społecznościami, aby stworzyć przejrzysty łańcuch dostaw, gwarantujący etyczne pozyskiwanie najwyższej jakości surowców, wspierając zarówno naturę, jak i kulturę. To mnie trochę rozczarowało, bo liczyłam na zapoznanie się z nową marka twórców czekolad. No cóż... W przypadku dziś prezentowanej tabliczki produkcją zajęło się Chocolarder, co z kolei okazało się niezłym pocieszeniem, bo ich 2 czekolady, które jadłam, były smaczne. I, co ciekawe, na swojej stronie Chocolarder pod swoim logo nie ma żadnej tabliczki z Boliwii. A kakao z tego kraju bardzo lubię. Dziś przedstawianą czekoladę zrobiono z ziaren z prowincji Beni, gdzie kakaowce rosną na wzniesieniach, które w porze deszczowej stają się wysepkami, na które można wtedy dostać się tylko łodzią. Ciekawie - choć przejadłam wiele czekolad z boliwijskiego kakao, pierwszy raz o tym przeczytałam. W dodatku, jak się okazało po rozłożeniu kartonika, trafiłam na specjalną edycję z grafiką z obrazem lokalnego twórcy - Waldo Urazayegua - z Urubicha, wioski w boliwijskiej Amazonii.

(Chocolarder) Kindred Forest Bolivian 75% Wild Beniano Cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % dzikiego kakao Beniano z Boliwii, z prowincji Beni; wyprodukowana przez Chocolarder dla Kindred Forest.

Po otwarciu poczułam harmonijny teoretycznie duet kawy i cytrusów. Praktycznie "duet" to ogromne uproszczenie, ponieważ na cytrusowy motyw złożyły się niezbyt kwaśne, raczej słodko-cierpkawe pomarańcze i pomelo, a kawa wystąpiła pod postacią średnio mocno palonych ziaren oraz ewidentnie mlecznej kawy zaparzonej. Do głowy przyszły mi jeszcze orzechy laskowe w czekoladzie i wytrawny krem laskowo orzechowo-kakaowo-kawowy. W nich plątał się motyw jakby prostej słodyczy. O harmonię i szlachetny wydźwięk dbała wyraźna, choć o łagodnym charakterze, jakby trochę wycofana słodycz kremu 100% z orzechów nerkowca i mglistej nutki jasnego ciasta orzechowo-biszkoptowego z kruszonką.

Bardzo twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała krucho i głośno, trochę kojarząc się ze skałą. Mimo tego, że w dotyku była kremowo-tłusta, przekrój wygląda na ziarnisty. 
W ustach czekolada szybko zaczęła opływać jakby smarem, ogólnie rozpływając się w średnim tempie, a pod koniec przyspieszając znacząco. Robiła to bardzo ochoczo i trochę wodniście, mimo że bazowo zmieniała się w gęstą grudkę kremu. Kremowość była niezaprzeczalna, mimo wodnistości i pyliście-szorstkiego efektu. Tłustość za ich sprawą stanęła na średnio-wysokim poziomie. Na koniec, już po zniknięciu kawałka, tonowało ją szorstkawo-pyliste, wręcz suchawe wrażenie.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Odważniej rozbrzmiały słodkości z pogranicza amerykańskich "fudge" z mleka skondensowanego a polskich krówek, ale o nieco zredukowanej słodyczy.

Za nimi zaznaczyła się jakby owocowa rześkość. Niezupełnie po prostu owoce... Przez myśl przemknęły mi niemal nieuchwytne świeże figi i fioletowe winogrona, po czym, schowały się.

Szybko i mocno nasilała się słodycz krówkowa, ale w ramach wizji krówek podanych do kawy.

Odezwała się bowiem też gorzkość kawy właśnie. Początkowo subtelna, jako słodzona kawa z mlekiem. Zupełnie, jakby otrzymać taką z krówkami i kawałkiem ciasta i zacząć od raczenia się słodkościami. Słodycz rosła ostrożnie, ale dość dynamicznie zmieniała wydźwięk. Porzuciła krówki na rzecz jasnego bardzo wilgotnego biszkoptowego ciasta - może z maślanką? - z kruszonką.

Obok nasilała się gorzkość. Aromat zaparzonej kawy dopiero podbijał kompozycję. Nasilał się motyw palonych ziaren kawy. Takich palonych średnio mocno, w pewnym sensie... soczystych? Nie była to jednak czysta, silna gorzkość. Po głowie kręcił mi się też orzechowy krem kakaowo-kawowy - wytrawny, szlachetny, ale niezaprzeczalnie słodki oraz orzechy laskowe w ciemnej czekoladzie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza kawy, z nieco mlecznego wątku, wyłoniły się orzechy nerkowca. Zupełnie zasłoniły krówkowy motyw. Ciasto, biszkopt jakoś tam starał się pobrzmiewać, więc przystały na biszkopt mocno orzechowy. Ale raczej z orzechów laskowych. Wystąpił on jako dodatek do orzechów nerkowca, które w sferze orzechowej dominowały, prezentując się jako pasta orzechowa 100%.

Orzechy zatrzymały wzrost słodyczy tak, że zatrzymała się na średnim poziomie, po czym zaczęły też nieco łagodzić kawę.

Przy tym złagodzeniu odnotowałam lekkie przebłyski owoców... cytrusów? Jakby walczących o trochę goryczki. Pomyślałam o słodko-cierpkich pomarańczach i pomelo, ale naprawdę trudno uchwytnych.

Owoce jednak też ani za mocno nie rozbrzmiały, ani za długo się nie utrzymały. Przeszły raczej w pewną rześkość, świeżość. Znowu pomyślałam o fioletowych winogronach, mieszających się z kwiatowym echem. Lekko pikantnawym? Może jednak tamto "coffee cake", ciasto biszkoptowe z kruszonką, było z odrobinką cynamonu?

I co słodsze, co delikatniejsze końcowo zatonęło w średnio mocnej, ale poważnej i wytrawnej gorzkiej nucie palonej. Należącej do ziaren kawy? Wciąż trzymającej się motywu ciasta i kremu?

Po zjedzeniu został posmak palonych ziaren kawy, wpisanej w słodką ciastowość, co przywodziło na myśl biszkoptowe, wilgotne jasne ciasto z ziarnami kawy i kruszonką. Możliwe, że ciasto z nerkowcami, bo i one, jako orzechowy, słodko-maślany akcent, zaznaczyły się. Czułam też rześkość świeżych fig, winogron i kwiatów, ale bardzo leciutką oraz cierpkość cytrusów.

Czekolada była smaczna, choć nie jakoś wybitnie porywająca. Bardzo żałuję, że rozpływała się tak szybko i nazbyt wodniście. Smakowi za to mam niewiele do zarzucenia: słodycz chwilami za bardzo uderzała i pobrzmiewała mi w niej taka... prostota, brak głębi. Ale tylko czasami. Słodycz, choć ogólnie średnia, sporo miała do powiedzenia. A jednak wizja biszkoptu z kruszonką, biszkoptu orzechowego, kremu orzechowego kakaowo-kawowego, słodzonej kawy z mlekiem, które to otaczały gorzkość palonych ziaren kawy, sporo orzechów nerkowca i akcenty rześkich fig i fioletowych winogron czy potem pomarańczy i pomelo ogólnie robiła dobre, przyjemne wrażenie, nie mogę powiedzieć. Wszystko to było bardzo harmonijne, spokojne. Właśnie "przyjemne" to słowo idealne.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £9.95 (49 zł za 70g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier

piątek, 21 sierpnia 2026

Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss ciemna mleczna 50 % z kremem jeżynowym z cytryną i nugatem z orzechów laskowych z olejkiem świerkowym

Sięgnięcie właśnie po tę tabliczkę, nie wiązało się z ochotą czy ciekawością, a po prostu uznałam, że orzechowym nadziewanym nowościom przyznałam pierwszeństwo ze względu na trwałość. A co z ochotą? Mimo że bardzo lubię i jeżyny, i orzechy laskowe, nie byłam przekonana do ich połączenia. W dodatku olej świerkowy? Nie wiedziałam, z czym go zjeść. Uwielbiam leśne nuty! Ale że taki olejek w czekoladzie...? Nie wiedziałam, czego się spodziewać.


Zotter Forest Miracle - Blackberry & Hazelnut / Waldwunder - Brombeer & Haselnuss to ciemna mleczna czekolada kasztanowa o zawartości 50 % kakao nadziewana (40%) kremem "ganache" jeżynowym z cytryną i (21%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z olejkiem ze świerku.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach słodko-orzechowej mlecznej czekolady oraz owoców: kwaskawo-cierpkich, pudrowo słodkich ciemnych owoców leśnych w towarzystwie również pudrowo słodkiej, a jednocześnie kwaśnej cytryny. Mleko przechodziło w śmietankę, a znaczący wątek maślany w harmonii podłączał pod nie orzechy. Pieczone kasztany też przyszły mi do głowy, a w dodatku czasem przemykało mi coś jakby żywicznego i leśno-kwaskawego. Gdy wąchałam spód, wydał mi się nieco kwaśniejszy, choć nie koniecznie bardziej owocowy. Ogólnie jednak zapach był bardzo wyrównany - nie zmieniło się to po przełamaniu.

Tabliczka w dłoniach wydawała się niezbyt masywna, a sama czekolada dziwnie suchawo-tłusta. Mimo że nie była miękka, przy łamaniu nie trzaskała. Średnio gruba warstwa czekolady czasem trochę odpryskiwała, a czasem trochę wgniatała się w nadzienie owocowe. Całość wydała mi się trochę krucha, mimo plastyczności grubszego (owocowego) kremu.
Jakież w ogóle było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam przekrój. Otóż u mnie warstwy były odwrotnie niż na stronie Zottera: owocowa część na górze, orzechowa na dole.
Wewnątrz znalazły się właśnie dwie warstwy: nieco konkretniejszy, wyglądający na sucho-kruchy, ale realnie tłusty nugat oraz miękki i plastyczny, acz dość zbity krem owocowy.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, maziście i kremowo, choć jakby trochę niezbyt chętnie. Miękła i mieszała się z nadzieniami.
Te rozpływały się równo, ale ze względu na proporcje. Owocowe zniknęło by szybciej, gdyby nie to, że stanowiło większość.
Krem owocowy szybko miękł, zmieniając się w śmietankowo tłustą masę, z której z czasem wypłynęła jeszcze soczystość. Miało w sobie coś z chmurkowego mousse'u, ale to potem umknęło, bo nadzienie zaczynało trochę gumowo się kulkować.
Krem orzechowy podczepiał się pod czekoladę. Był gęsty i maślany. Początkowo bardziej zbity, potem jednak coraz luźniejszy. Na jego tłustość złożyły się nie tylko orzechy i masło, ale też olej, który już sprawił, że zrobiło się za tłusto.

W smaku czekolada roztoczyła średnio wysoką, ale szybko rosnącą, słodycz karmelu, mieszkającą się z pełnym mlekiem. Z lekkim odciąganiem swoją obecność zaznaczyło kakao, ale nie goryczka. Jej miejsce zajął delikatny wątek kasztanów, przypominających niejednoznaczne pieczone orzechy. Pieczone kasztany były jednak jako tako do rozpoznania.

Czekolada spróbowana osobno wydawała się wyraźniej kasztanowa niż orzechowa. Nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie przesiąkła orzechową warstwą. Owocami na pewno nie. Osobno jednak wydała mi się nieco za słodka, wręcz drapiąca w gardle.
Jej wysoka słodycz jednak sprawdziła się w zapewnianiu harmonii z nadzieniami, gdyż powstrzymywała kwaśność przed za silnym wzrostem i trochę upraszczała smak nugatu do właśnie nugatowego. Chociaż... sama z kolei przy wnętrzu robiła się mniej kasztanowa, a trochę mydlana.

Nadzienia bardzo szybko dawały o sobie znać. Orzechowe powoli podłączało się pod czekoladę. Początkowo, przez parę sekund owocowe także nie odstawało. Jedynie w chwili przegryzania się przez całość na przód wysuwało cytrynowy kwasek, po czym jednak na chwilę go cofało.

Krem owocowy podchwycił mleczny motyw, przedstawiając się jako shake / koktajl mleczno-owocowy. Kwasek, po pierwszym wyskoku, ruszył z małym opóźnieniem, ale jak już ruszył, prędko się rozkręcał. Nie była to jednak bardzo wysoka kwachowatość, a kwaśność cały czas trochę otulona nieco pudrową słodyczą. Przodowała w niej cytryna, a kwaśno-cierpkie jeżyny zdawały się jedynie składową mieszaniny ciemnych leśnych owoców (w tym porzeczek?). Cały czas przewijała się wśród nich kwaśna cytryna. Przy nich jeżyny zrobiły się słodsze w pudrowym kontekście. Pomyślałam o jakimś pudrowo słodkim, mlecznym budyniu ciemno owocowym, w porywach wyraźniej cierpko jeżynowym.

Krem owocowy spróbowany osobno potwierdził swoją kwaśną cytrynowość i pudrową słodycz. Nawet wtedy nie był taki jednoznacznie jeżynowy, a bardziej ciemno-leśno owocowy. Gdy jednak spróbowałam go samego, na pomyślałam jeszcze o owocowej białej czekoladzie (np. z linii Labooko fruit) - też właśnie niezbyt jednoznacznej kwestii owoców.

W zestawieniu z kwaśno owocowym kremem, nugat kiepsko radził sobie z porządnym przebiciem się.
Nugat podkręcił orzechowy charakter czekolady, bo i on oczywiście odznaczał się orzechowym smakiem. Co ciekawe, zdawał się skupiać w sobie mleczność, jakby podkradł ją czekoladzie. W zestawieniu z resztą trudno jednak było uchwycić konkretnie laskowce. Orzechy zaserwował w nugatowo osłodzony, mocno mleczno-maślany sposób. Z czasem, choć ogólnie nie była bardzo jednoznaczna, orzechowość zaczęła wydawać mi się trochę mydlana i... rozmyta oleistym wątkiem oraz... korzenną goryczką? W zestawieniu z drugą warstwą to prawie zupełnie zatracało się w kwaśno-cierpkich owocach.

Kiedy spróbowałam nugatu osobno, orzechy laskowe wyraźniej się w nim zaprezentowały, acz nadal wydawały się trochę rozmyte innymi, maślanością i... nutą oleistą, choć lekko drzewną, trochę żywiczną, która jednak właśnie wraz z cynamonem trochę rozmywała motyw orzechów laskowych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem owocowy robił się bardziej cytrynowo kwaśny. Soczyście kwaśna cytryna niemal zupełnie zdominowała motyw owoców ciemno-leśnych, już na pewno bez niczego konkretnego. Owocowa warstwa prawie zupełnie zagłuszyła też wątek nugatu. Zezwoliła jednak na olejkowo- kwaskawe, złudnie iglaste echo - niemal nieuchwytne, ale przychodzące na myśl, gdy warstwy mieszały się ze sobą (luźna myśl zasugerowana tym, że wiedziałam o obecności olejku świerkowego?).

Czekolada w tle uległa mydlano-nugatowej orzechowości. W zestawieniu z nadzieniami, kasztanowość uciekała zupełnie.

Po zjedzeniu został bardzo słodki posmak pudrowych owoców ciemnych, leśnych, w tym jeżyn i iluzji czarnych porzeczek oraz kwaśnej cytryny. Czuć orzechowość, ale raczej ogólną niż jakąś konkretną, a do tego - ku mojemu zdziwieniu - wróciły kasztany. Na języku czułam dziwną oleistość, a ogólnie też lekkie przesłodzenie, mimo kwaśności.

Czekolada wyszła przeciętnie niby w porządku, ale z wieloma ale. Jak dla mnie za bardzo nijako-nieokreślono. Nie podobało mi się to, jak bardzo cytryny zasłoniły jeżyny. Te wyszły jako mieszanka owoców ciemnych, leśnych. Podobnie orzechy laskowe wystąpiły jako ogólna orzechowość, nugatowość. Olejek świerkowy w tej warstwie nie wniósł jakoś porywającego leśnego klimatu, a pobrzmiewał... trochę nie wiadomo czym. Kasztanowa nuta mlecznej czekolady była do wychwycenia, ale w całości też nie była specjalnie wyrazista. Sama w sobie wyszła całkiem smacznie, słodko-mlecznie, ale nie jakoś szczególnie ciekawie. Słodycz, olejek i aż trudno powiedzieć co dokładniej, ale coś kierowało nieowocowe wątki w mydlanym kierunku. To mi przeszkadzało. Niedookreśloność też. Całość więc odebrałam jako nazbyt namieszaną. Bez kolosalnych wad, ale też bez czegoś, za co mogłabym pochwalić i dlaczego warto byłoby to jeść. Za sam smak, gdyby to miała być po prostu mleczna owocowo-orzechowa czekolada, mogłaby zdobyć 5, ale obietnica leśnego klimatu czy nawet tytułowych orzechów laskowych i jeżyn, nie została najlepiej spełniona.
Po raptem 11 g czułam się tą niedookreślonością i słodko-mydlanymi nutami, które usilnie próbowała przysłonić kwaśność zmęczona i przytłoczona i resztę oddałam Mamie.

Mama jednak swojej części nie skończyła, stwierdzając: "No ja tu czułam tylko kwasek cytrynowy. Zupełnie wszystko zdominowała cytryna i choć lubię kwasek w słodyczach to nie taki. Tyle tam napchano, taki opis długi, a czuć tylko kwaśną cytrynę. Niesmacznie to wyszło".


ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 544 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe 8%, miazga kakaowa, mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowane kasztany 3%, koncentrat jeżynowy 3%, liofilizowane jeżyny 3%, syrop z cukru inwertowanego, przecier jeżynowy 2%, syrop skrobiowy, masło, emulgator: lecytyna sojowa, sól, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, koncentrat soku z cytryny, emulgator: lecytyna słonecznikowa, olejek świerkowy 0,01%, cynamon