czwartek, 13 maja 2021

Choceur Zitrone-Ingwer 55 % ciemna z imbirem, migdałami i cytryną

Po Novi Nero Nero 70% with lemon peels and ginger crystals zniechęciłam się do połączenia cytryny i imbiru. I niestety... akurat na to zniechęcenie trafiła Olga z Livingonmyown z paczką (za którą bardzo, bardzo dziękuję) m.in. z dwiema czekoladami w tym wariancie. Najpierw zrobiło mi się trochę smutno, że może nie jestem docelowym konsumentem takich, ale potem... Zadziałał czynnik "ciekawostka ze świata", i jakoś spojrzałam przychylniejszym okiem. Czekolady z Aldiego bowiem lubię... i mimo że Choceur Weisse Cookies wydała mi się kiepska, niedorównująca Chateau, nie skreśliłam jej. Mało tego, perspektywa spróbowania czegoś prawdopodobnie z Aldiego, ale austriackiego (czekoladę przywiózł Oldze tata wracający z Austrii) była coraz atrakcyjniejsza. Zwłaszcza, gdy z czasem zaczęłam coraz bardziej skupiać się na tym, co przede mną, a nie na wspomnieniach. I gdy pomyślałam, że tej o wiele bliżej do niezłej Lindt Excellence Lemon with a Touch of Ginger niż do Novi, która tak źle mnie nastawiła.

Choceur Zitrone-Ingwer 55 % Cocoa (Citron-Gingembre / Zenzero-Limone) to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z płatkami migdałów, kawałkami cytrynowymi i imbirem.

Rozerwawszy sreberko, poczułam przede wszystkim imbir-przyprawę (w nieprzytłaczającej ilości na szczęście) oraz cukrowo-palony zapach czekolady. Jej goryczkę podsycała kwaskawo-goryczkowata nuta galaretki cytrynowej. We wszystkim tym krył się motyw kandyzowania, przez co imbir bez dwóch zdań wyszedł w wydaniu "na słodko". Był na granicy smakowitości a przerysowania, bo odznaczał się intensywnością nieco drażniącą, mimo że nie sztuczną. Taką, która mogła pójść w złym kierunku, ale nie musiała. Migdałów nie odnotowałam, a mimo lekkiej soczystości, wyszło dość ciężko.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucho-ulepkowata i mimo że dość twarda, to jakaś... nieciemna. Zdradzała tłustą kremowość. Pomimo tego, ładnie trzaskała; migdały łamały się wraz z nią.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, ale prędko mięknąc i ochoczo przybierając postać miękkiego ulepka. Nie było w tym jednak niczego strasznie odrzucającego. Kremowo-maślano tłusta i pełna, wyszła przeciętnie. Dążyła do gęstości, ale dodatki stały jej na drodze. Wydała mi się raczej gładka, chwilami tylko jakby odrobinę proszkowa (za sprawą imbiru?). Wado-zaletą okazało się najeżenie dodatkami. Z jednej strony pomogło w lepszym odbieraniu ulepkowatości, z drugiej... wolałabym dobrą czekoladę, a nie aż tyle dodatków odwracających uwagę od niej.
A miało co ją odciągać. Całą tabliczkę wypełniało mnóstwo całych płatków migdałów i kawałków oraz drobnicy cytrynowej - raz mniej, raz więcej.
Najwięcej dodano migdałów w postaci płatków. Były chrupiąco-delikatne, kruche. Gryzione okazały się przyjemnie świeżawo-soczyste.
Cząstki cytrynowe to i drobinki, i kawałki. Wydawało się, że jest ich mnóstwo. Aż trudno o kęs choćby bez nich. W pierwszej chwili twarde, szybko częściowo rozpuszczały się jak cukier. Potrafiły chrupnąć/skrzypnąć, nabierając miękkości. Potem niektóre pozostawiały drobinkę-farfocla. Część była bardziej "cukrowymi skrzypaczami" (okropność), innym bliżej do "masy owocowej w cukrze" (te były prawie w porządku). Te już bym porównywała do... lepkiego dżemu? Niektóre kryły mikroskopijne skórki.
Jedynie imbir dodano sproszkowany, więc w strukturze za wiele nie dołożył.
Dodatki zostawiałam sobie na koniec, gdy czekolada już zniknęła, bo zwłaszcza cytrynowe były wtedy bardziej przystępne; co gorsze, już z nich zniknęło.
Zerowały poczucie zatłuszczenia.
W smaku od początku czułam przesadzoną cukrowość i paloną kawę. Okazała się gorzkawa, lekko cierpka. Gorzkawość w miarę szybko rozeszła się po ustach, budując ciepły klimat. Prędko podkreślił go ciepły imbir (przyprawa). Początkowo tylko lekko zarysował się na coraz bardziej maślanej bazie. Z każdą kolejną sekundą wydawało mi się, że pikanteria na zasadzie kontrastu tę maślaność podkreśla.

Słodycz wpisała się w ciepło i lekką pikanterię. Podyktowała jej smaku zacukrzonych korzennych imbirowych ciastek z cukrem, coś kandyzowanego (imbir? cytrynę?) i po prostu smak imbiru-przyprawy. Zaczęła przypiekać język i drapać w gardle wraz z cukrowością. Mimo iż coraz ostrzejszy imbir i cukier rozpędzały się, osadzone były w łagodnej, maślanej czekoladzie, którą... wciąż było jakoś tam czuć. Ta maślaność jednak jakoś mi nie pasowała, tym bardziej, że chwilami wydawała się nieco nasiąknięta cytryną.

Po paru chwilach odsłaniające się dodatki zaczęły odciągać uwagę od maślaności. Migdały niewiele wnosiły, bardziej rozbijały smak reszty. Cytryna przeszywała kompozycję swoją soczystą kwaśnością. Odnotowałam jednak także lekką, dziwną cukierkowość. Pomyślałam o cukierkach imbirowych, mimo że rozchodziła się od kawałków owocowych. Te smakowały głównie kwaśnym sokiem z cytryny, za mocno podrasowanym kwaskiem cytrynowym, jednak właśnie i słodyczy w nich nie zabrakło. W nich jednak wszystko miało tylko "swój czas". Gdy część cukru się z nich rozpuściła wraz z czekoladą, wydawały się bardziej goryczkowate.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślana baza utraciła kawowość, zaczęła zmierzać ku korzenności i polewowości. Imbirowa nuta i ciepło optowały za czekoladowymi piernikami w polewie; może z nadzieniem lub galaretką cytrynową. To tchnęło namiastkę soczystości, także w imbir. Nad wszystkim jednak kontrolę trzymał cukier. Drapał w gardle do pary z pikanterią imbiru, która przynajmniej wyszła przyjemnie korzennie.

Z czasem kawałki cytrynowe smakowały bardziej skórką cytryny, ale... po tej słodyczy i ostrości jeszcze wyraźniej czułam ich podkręcenie, namolny kwas cytrynowy i mocniejszą sztuczność. Mieszało się to ją z bazą, podkreślając w niej goryczkę i cierpkość.

Pod koniec imbirowa nuta niemal zagłuszyła czekoladę, a ja zabrałam się za rozgryzanie dodatków "na boku". Resztki cytryn smakowały strasznie kwachową, a jednocześnie cukrowo-podrasowaną cytryną i trochę cytryną naturalną, a migdały wreszcie odezwały się głośniej.
Rozgryzane na koniec wydawały się trochę wyciszone w smaku, nie mniej jednak wciąż migdałowe. Powiedziałabym, że smakowały świeżo i zadowalająco, ale nie satysfakcjonująco. Jak zebrało się ich więcej, reszta (czekolada, cytrynowe twory) się porozpuszczała to oczywiście dominowały i nieco wyciszały przecukrzenie i ostrość tak, że spokojnie mogłam zrobić kolejnego gryza.

Po zjedzeniu został posmak imbiru i goryczki cytryn: skórko-galaretkowatych, mało soczystych. Czułam także imbirowe pieczenie, a potem jedynie ciepło, przesłodzenie i wspomnienie kwasku. Na ustach z kolei została tłustość. Nie utrzymywało się to wszystko jakoś specjalnie długo, a i zbyt mocne nie było, co wyszło na plus.

Całość okazała się w miarę porządku, choć nie w moim stylu. Nie najgorsze dodatki, które wolałabym w innej formie wtopiono w całkiem niezłą czekoladę. Cukrowosć była wprawdzie przesadzona, ale nie zabiła zupełnie palono-kawowego smaku. Dodatki trochę przełamywały słodycz, przygłuszały czekoladę, ale nie zrobiły tego zupełnie. Imbir wyszedł porządnie, nieźle rozgrzał gardło, ale nie przegiął z ogólną ostrością; cytryny... wolałabym po prostu kawałki owocu - w dodatku mniej, a większych. Niektóre zdecydowanie za bardzo podrasowano kwaskiem cytrynowym. Płatki migdałowe, do których nie mam zarzutów, zrobiły z czekolady ulepek, będąc głównie zapychaczem. Jednak bez nich bardziej raziła by ulepkowość i cukier...

Wszystko w tej czekoladzie wyszło więc względnie.
Wydaje mi się na poziomie Lindta: każda ma swoje wady i zalety (Lindt wydaje się lepszy dla mnie). Dwa przecukrzone ulepki, ale: Lindt był przyjemnie soczysty, choć mało cytrynowy, a imbir zahaczał w nim o mydlaność; z kolei Choceu była zacnie imbirowa (korzennie), a cytryna wyszła zbyt podrasowana, aż drażniąca w tym.
W pierwszej chwili byłam pewna, że zjem całą, ale po dwóch kostkach czułam, że kakaowość, czekoladowość tak mi uciekają pod naporem kwasu cytryn...owego, że taki z tego zlepek dodatków, że... po prostu coś mi w tym nie grało. Trochę "tabliczkowy śmietnik", bez sensu żeby jeść. Kwasek cytrynowy za bardzo drażnił, mimo że nawet taki bardzo kwaśny nie był; on po prostu był napastliwy.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (dziękuję!)
cena: -
kaloryczność: 539 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 7%, kawałki cytrynowe 3,8% (syrop glukozowy, koncentrat soku cytrynowego, skórka cytryny), sproszkowany imbir 1%, masło klarowane, lecytyna sojowa, naturalny aromat cytrynowy, naturalne aromaty, ekstrakt waniliowy

środa, 12 maja 2021

Zotter Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar ciemna z syropem klonowym

Nie ukrywam, że daktylowa Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar okazała się sporym rozczarowaniem. Może trochę bezpodstawnie nabrałam więc podejrzeń w stosunku do ostatniej już posiadanej tabliczki odnoszącej się do kwadratury koła. Kolejne dziwne słodzidło... Tym razem syrop. Jak on miał zmienić strukturę? Ciekawiło mnie to o tyle bardziej, że czekała mnie pewna czekolada z nim jako z dodatkiem, do porównania. Cóż, przynajmniej jego smak jest mi dość dobrze znany. Nie spodziewałam się więc wielkich niespodzianek w tej kwestii. Syrop klonowy lubię, choć nie jem, bo nie mam do czego.

Zotter Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar/ Quadratur des Kreises 70 % Dunkle Sschoko mit Ahornzucker to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao; słodzona syropem klonowym.

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam intensywną i wysoką słodycz syropu klonowego, kojarzącego się z karmelo-miodem z naturalnie orzechowo-drzewną naleciałością oraz palono-dymną, także trochę orzechowo gorzkawą bazę. Wydało mi się to lekko duszno-drapiące, iluzorycznie cukrowe. Po tym do głowy przyszły mi jakieś korzenne krówki i wypieki, melasa albo ciastka z nią i... lukrecją? Przesłodzone, ale z głębią.

W dotyku tabliczka wydała mi się jedwabista i jakby miała okazać się lepkawa.
Łamała się z głośnym trzaskiem, będąc bardzo twardą. Przy robieniu kęsa na jaw wyszła także jej nieco kamienna chrupkość.
W ustach twardość została podtrzymana. Mimo to, jak na ciemną czekoladę, znikała się dość szybko. Albo inaczej: trzeba było dać jej sporo czasu, by zaczęła się porządnie rozpuszczać, a potem już z górki. Zachowywała w nich zwartą twardość i jedwabistość, potem wygładzając się idealnie. Miarowo opływała dość rzadkawymi falami, trochę na jakby minimalnie lepką cukrową wodę.

W smaku czekolada od początku uderzyła słodyczą syropu klonowego, zasładzając już po chwili. Po ustach krok w krok za nią zaczęła się jednak na szczęście rozchodzić także palona gorzkość. Podkreślały się wzajemnie.

Słodycz wciągała w swą głębię, prezentując kolejne poziomy jakby soczystej miodowości, miodowo-orzechowego zasłodzenia i drzewnej karmelowości. Wszystko to za sprawą syropu klonowego, który jako on sam dominował zdecydowanie. Pod wpływem kakao jednak robił też wiele sugestii do drobniejszych nutek.

Palony wątek rozwinął się jako coraz to mocniejsza gorzkość orzechów i wypieków. Do głowy przyszły mi włoskie i laskowe - może nie pierwszej świeżości...? A nagle mnie olśniło: pekany! Wyłapałam nutę ziemi, w której pojawiła się cierpkawa ostrość, aż pleśniowe akcenty. Mimo to, klimat robił się dość chłodnawy. Orzechy jednak przodowały. Chyba zarejestrowałam też pewną nutę... węgla.

Węgiel w tle mieszał się z ziemią i lekką roślinnością, jakby lasu iglastego, drzew... Doszukałam się w tym lekkiego kwasku, a orzechy wydobyły... Śmietankowość? Pomyślałam o jakimś... śmietankowym deserze (lodach?) z rodzynko-winogronami (forma pośrednia?) i syropem klonowym / miodo-karmelem.

Syrop klonowy płynął litrami i mieszał się z coraz silniejszą maślanością, rosnącą w drugiej połowie rozpływania się kęsa. Skojarzyło mi się to z mulistym ciastem (może zakalcowo-węgielnym?) i gęsto-zbitymi, ciężkimi muffinkami z orzechami i syropem klonowym. To było... aż duszne. Nasiliła się nutka węgla, po czym... pomyślałam o palono-pieczonych (?) krówkach albo owsianych zlepkach z pieczonymi krówkami się kojarzącymi (typu Ania Crunchy Owsiany). Albo... o ciastkach melasowo-korzennych?  Flapjackach zajeżdżających krówką? Korzenność wzrosła i wraz ze słodyczą syropu klonowego drapała w gardle. Podkradła pleśniowe sugestie i poszła w lukrecjowym, ostro-chłodzącym i drapiącym kierunku.

Bliżej końca słodycz mieszała się z palono-kakaową cierpkością i mocno drapała jak miód, a jednak goryczka węgla i dymu przy asyście lukrecji wzrosła i zaflirtowała z kwaskiem. Drobna soczystość i chłodek lodów, lukrecji topiły się jednak w słodyczy. Skojarzyło mi się to z jakimiś twardymi, wytrawniejszymi ciastkami korzennymi i znów "krówkowymi" zlepkami owsianymi.

Po zjedzeniu został posmak palono-gorzki, orzechowo-ziemisty i wyraźnie - a może nawet wiodąco - słodki. Słodycz należała głównie do syropu klonowego, ale... po zjedzeniu większej ilości czułam się jakby zacukrzona. Nutka korzennego zasłodzenia, pieczonych zlepków i węglo-dymu też się trzymała, ale jakby... wpisała się w słodycz. Czułam się wręcz fizycznie tą słodyczą zalepiona, w ustach zrobiło się leciutko sucho.

Całość uważam za ciekawą i smaczną, głęboką, jednak... jak na ciemną czekoladę i tak przesłodzoną. Może w dobrym stylu, ale aż męcząco trochę. Ciężki smak i to wcale nie od kakao sprawił, że czułam się nieco nieswojo. Konsystencja zaś po prostu mi się nie podobała; choć jedwabistość była ciekawa i intrygująca (neutralnie). Spotkałam się już z takim przygłuszeniem kakao przez zamiennik zwykłego cukru (Surovital Klasyczna 70 %), ale jak widać syrop klonowy jest tak intensywny, że wyjątkowo łatwo z nim "przedobrzyć".


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, syrop klonowy 29%, tłuszcz kakaowy

wtorek, 11 maja 2021

piwo Manufaktura Piwna Piwo na miodzie z maliną [18 LAT+]

Ze słodyczami i czekoladami dawno już udało mi się osiągnąć stan komfortu, w którym to ilość posiadanych słodyczy innych niż czekolady nie przekracza 2 (lodów nie liczę, bo "zamrażarkowe" produkty u mnie rządzą się swoimi prawami), a i z czekolad mam tylko kilka mniej moich, a większość to ciemne - potencjalnie takie, które są smaczne lub bardzo smaczne. W kwestii alkoholu - kupuję, co lubię, już nie w głowie mi opcje "kompromisowe" pode mnie i Mamę. Za dużo zachodu, za mało przyjemności. Co więc robi dzisiaj opisywany produkt tutaj? Otóż kupiłyśmy sobie po jednym, ale... to Mamie okazało się za ciężkie i postanowiłam spróbować na groźbę, że wyleje do zlewu. A tak... zawsze mogłam sobie wyrobić opinię o piwach na miodzie na przykładzie dwóch, nie jednego.

I niestety, niektórzy tylko tą opowiastką muszą się zadowolić, a ja zmuszona jestem wyprosić osoby niepełnoletnie, poniżej lat 18, bo jest to wpis przeznaczony wyłącznie dla osób dorosłych (+18). 

Manufaktura Piwna Piwo na miodzie z maliną to malinowo-miodowy lager browaru Jabłonowo, zawierające 4,7% alkoholu.

Jako że Mama jak już ma coś pić, to tylko schłodzone, miałam okazję spróbować tego piwa i schłodzonego, i teoretycznie schłodzonego (trzymanego w lodówce, ale wyjętego poza lodówkę na... dość długo przed wypiciem) oraz już ocieplonego (do temp. około pokojowej). Według mnie najlepsza opcja to "teoretycznie schłodzone", acz to jeden z nielicznych przypadków, w których wolałam schłodzone mocniej od ocieplonego (ta opcja była nie do wypicia w ogóle).

Piwo przelane do szklanki leciutko buzowało, pianka prawie się nie pojawiła, choć jej resztki pozostawały na szklance... trochę. Wydawało się rzadkie, a jednocześnie mętne; przy piciu także klejące. Kolor starych malin też do mnie nie przemawiał.

Wąchając, czy to z butelki, czy pchając nos do szklanki czułam dosłownie słodziuteńko miodzikowy zapach jasnego miodu wielokwiatowego i miodu malinowego, a więc w moim odczuciu drapiąco słodkiego i dziecięcego, gdy o klimat chodzi. Jak na piwo, było zdecydowanie za słodko i ulepkowato. Brakowało mi w tym... piwa.

Smak z kolei to... "lagerek" słodziutki i delikatny. Uderzyło wysoką słodyczą, błyskawicznie spływającą do gardła jako motyw "dziecięco-miodzikowy", czym szybko tam zadrapał.

W ustach z kolei rozszedł się smak delikatnie piwny, podkręcony kwaskiem, a jednocześnie niekwaśny. Piwo wydało mi się nieśmiałe i wyprane z jakiejkolwiek goryczki czy kwaśności słodu. Bardzo przeciętne i przyćmione irytującą słodyczą. Alkoholowość prawie zupełnie się ukryła, a ten lichy, tani smak gryzł się z nachalną nutą miodu.

Pozostawiło cukierkowo-ulepkowaty posmak malin w cukierkowym wydaniu. W gardle drapało od miodu, a piwo... piwo pobrzmiewało echem nudnym i tandetnym.
Całość wyszła ulepkowato, a jednocześnie wcale nie jak jakiś rześki soczek, bez szlachetności miodu. Sztucznie i tanio - to najlepiej je określa. Jednocześnie jako lager samo w sobie... po prostu było. Twór, który niby można w siebie wlać, ale... można i wylać do zlewu.
Zupełnie nie moja bajka, bo ani to piwo (ja poproszę stouta lub portera!), ani "piwny soczek" (bo jak ktoś chce soczek, to jakikolwiek Redd's lepszy). Kolejna opcja pseudo kompromisowa, która nie zadowoli nikogo (zlewu nie pytałam, czy mu smakowało).


 ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie
cena: 4,49 zł (Mama płaciła; za 500 ml)
czy kupię znów: nie

Skład: woda, słód jęczmienny, słód pszeniczny, miód wielokwiatowy 3,4%, zagęszczony sok owocowy 1,4%, chmiel, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromaty

poniedziałek, 10 maja 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Coffee Time Cappucino Wenezuela Carenero Superior Beskidzki Blend 45 % mleczna kawowa

Nie lubię, gdy ktoś na siłę próbuje mnie przekonać do jakiegoś smaku, wariantu czy typu jedzenia, a już na pewno, gdy podpiera się argumentem "gust się zmienia". Owszem, zmienia się, ale wydaje mi się, że każdy sam najlepiej wie, jak to akurat u niego idzie. Wiele osób przekonuje się do np. smaku miętowego czy alkoholowych wariantów, a ja... ostatnimi czasy zniechęciłam się do smaku kawowego. Samą czarną kawę uwielbiam bez zmian, ale w słodyczach po prostu mi nie leży. Dobrze wykonany smak docenić mogę, ale jakoś do mnie nie trafia. Stąd i brak zainteresowania kawoladami, jakie ostatnio zaczęły wydawać mi się coraz popularniejsze. Pralusa (ciemnego i mlecznego) oceniłam wysoko, ale... jedząc je czułam, że to nie moja bajka. Beskidu kupować nie zamierzałam, ale dostałam je. I tu czekało mnie miłe zaskoczenie, bo... jakby nie patrzeć wciąż były to czekolady, zawierające słuszne ilości kakao. Do porównania trafiły mi się tylko dwie, przy czym zaczęłam od mniej mojej. Mleczne czekolady cieszą mnie coraz mniej, a kaw cappuccino (i ogólnie mlecznych kaw) po prostu nie lubię. Cappuccino w tabliczce? Uznałam, że jako ciekawostkę spróbuję, nie nastawiając się w żaden spokój. Nie ukrywam jednak, że kawy Beskidu z chęcią spróbowałabym w kubku, zaparzone - i to bardziej niż wersje tabliczkowe. Do tej dodano kawę Beskidzki Blend..

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Coffee Time Cappucino Wenezuela Carenero Superior Beskidzki Blend 45 Cacao 15 Coffee to mleczna czekolada o zawartości 45 % kakao z kawą, a dokładniej mieszanką kaw Beskidzki Blend (Kolumbia Excelso, Gwatemala Huhuetenango, Kostaryka Tarazzu).

Gdy tylko zaczęłam rozchylać papierek, poczułam niewiarygodnie intensywny zapach ziaren kawy o mocnym stopniu palenia. Opiewał je orzechowo-karmelowy splot, zabarwiający i gładko śmigający po głębokiej mlecznej nucie. Kawa dominowała, a zarazem pozostała łagodna. Była przyjemnie mało słodka - jak i cała kompozycja.

Zaskakująco ciemna tabliczka w dotyku wydała mi się sucha z domniemaniem pylistości. Trzaskała głośno, rozsypując wokół siebie drobne okruszki. Była twarda i generalnie konkretna.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo, bardzo gęsto. Aż troszeczkę niechętnie. Wydała mi się ziarnista, lekko proszkowo-pylista, ale też aksamitnie kremowa. Jej wysoka tłustość należała do pełnego mleka, którą nieco w porywach zalepiała. Znikała pozostawiając jedynie drobinkowy efekt.

W smaku jako pierwsza zabłysła palona słodycz karmelu, którą zgrabnie opłynęło mleko. Wydała mi się zmierzać w coraz bardziej słodziutkim kierunku. To był dosłownie "karmeluś", podkradający się pod krówkę, ale nagle paloność się zreflektowała.

Krok w krok za słodyczą podążała gorzkość ziaren kawy. Przy nich czuć dość mocne, ale wciąż nie nazbyt, palenie. Ziarna kawy wplotły nutę orzechów. Orzechy mieszały się z maślanością, zgrabnie dołączyły tym samym do karmelu.

Śmietankowo-mleczny smak w tle pojawił się po paru chwilach, a w połowie rozpływania się kęsa zdecydował się dołączyć do słodyczy i orzechów. Za wciąż lśniącą na pierwszym planie kawą zbudowały kremowy, niemal kinder buenowy klimat (i myślę tu raczej o idealizowanym przeze mnie White, bo czekoladowości było tu niewiele, mimo że nutkę kakao czuć). Podobnie jak w tym batonie, zawisła gdzieś sugestia czekoladowości, ale ona... zdawała się nieistotna.

A jednak jakaś była. Kawa, wyraźnie gorzka i palona, a jednak znacząco mleczna i zestawiona z wysoką, wciąż umacniającą wpływy słodyczą, wciągnęła w siebie też kakao. Jego delikatna nutka wydawała się integralna z kawą, aż chwilami w niej skryta. Płynęła z niej drobna soczystość, nadająca lekkości.

Z czasem w paloności wyraźniej odnotowałam leciutką cierpkość, nawet kwasek połączony ze wspomnianą soczystością. To odrobinka owoców żółtych i może kwaskawej śmietanki lub... maślanki? Rześkiego deseru z nich na lato, podanego albo jedynie zaproponowanego do kawy. Bo to ziarna kawy były smakiem przewodnim i stały na przodzie wraz z słodko-mleczno-orzechowym, biało buenowatym motywem.

Rzeczywiście czułam się, jakbym miała do czynienia z sowicie dosłodzonym (ale nie przesłodzonym!) cappuccino z nutką kakao. Pełne mleko i orzechy ugłaskało goryczkę, ale też równoważyło słodycz.

Pod koniec więc było dość łagodnie, orzechowo-kawowo i mlecznie, dość karmelowo, ale wcale nie przesadnie słodko.

Po zjedzeniu został posmak ziaren kawy, właśnie kawy ziarnistej, ale mimo iż mocnej, to wciąż słodkiej i mlecznej kawy z czekoladowo-karmelową nutą. Nie było jednak ani trochę ciężko, a wręcz rześko, soczyście (ale na pewno nie kwaśno czy nawet wyraźnie owocowo).

Całość wyszła nie w moim stylu, ale niewątpliwie dobrze. To rzeczywiście mleczna kawa w tabliczce, ale... dla mnie wciąż za mało czekoladowa. Gdyby istniało jakieś dobre Kinder Bueno Cappuccino, mogłoby tak smakować. To propozycja łatwa, przystępna. Wyraźnie, ale nienapastliwie kawowa, słodko-mleczna, a jednak nie ulepkowo-słodziutka (mimo i słodziutkich wybiegów). Zdecydowanie lepsza od dość mdławego Pralusa Carre De Cafe au Lait Arabica i słodkiego Zottera Labooko Coffee.
Wspominając bardzo kajmakowo-krówkową, orzechową i zaskakująco kawową samą w sobie, śmietankową, rześką i soczystą za sprawą żółtych owoców Beskid Wenezuela Caicara del Orinoco 50% mam wrażenie, że wybrali kakao idealnie pasujące do tego blendu kawy. One tak się połączyły, że... to, że część nut płynie pewnie bezpośrednio z czekolady aż umyka uwadze (nie byłabym chyba w stanie z pewnością tego stwierdzić, nie znając podlinkowanej).
Może i piszę o dzisiejszej bez większych emocji, bo nie jest słodyczem, jaki jakoś specjalnie mnie interesuje, przez co połowę oddałam Mamie (uwielbiającej kawowe słodycze i karmel), ale oceniając biorę pod uwagę więcej czynników. Doceniam kunszt. Czy potrafię wyobrazić sobie lepiej zrobioną czekoladę cappuccino? Nie.

Mamie jednak początkowo specjalnie nie podeszła (do drugiej kostki kręciła nosem, ale tego dnia potrzebowała jeszcze "coś dojeść"). Stwierdziła, że: "Gorzko. Ja tam z tych innych nut to prawie nic nie czułam, a i mleka mało. Kawę rzeczywiście mocno, dobrze czuć, ale właśnie gorzko tak, ogólnie bym powiedziała, że to gorzka czekolada. 45% kakao? A jakby więcej, bo taka gorzka, no ale tak... kawowa. Dla mnie jak czekolada, to musi być jeszcze mocno mleczna". Po tym jednak, jak zjadła całą podarowaną jej część, uznała, że jej smakowała, właśnie dlatego, że "taka wyraźnie kawowa, a i głęboka. Nawet ja w końcu coś poczułam, w pewnym momencie jakby rześkiego szampana?" - i mówiła to zaintrygowana, z uśmiechem.
Cóż... rzeczywiście akurat mleczna to tak bardzo nie była. Zaczęło mnie za to bardziej ciekawić, w jakim kierunku pójdzie ciemna.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, kawa Beskidzki Blend

niedziela, 9 maja 2021

Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense ciemna 52 %

Jestem przeciwna dzieleniu czekolad na "gorzkie" i deserowe". Bardzo irytuje mnie ten podział. Przecież to nie tak, że im więcej kakao, tym tabliczka bardziej gorzka. Często są kwaśne, owocowe, albo... nie raz 80 % trafiła mi się słodsza od 60 %. I co? A "deserowe"? I co, jeden % kakao już sprawia, że czekolada jest gorzka lub deserowa? Gdzie ta granica? Kto miałby to ustalać? Wszystko to mnie po prostu denerwuje. Są czekolady białe, mleczne i ciemne. Koniec. Przy ciemnych, a więc z miazgą kakaową bez mleka, zaczyna się po prostu dodawanie % (w moim świecie). Sama szukam właśnie smaku kakao w tabliczkach, więc raczej sięgam po wyższą zawartość. Niższą znoszę z dodatkami. Kompozycje mleczne, gdzie kakao prawie nie czuć mnie nudzą. A co z tymi przecukrzonymi, a jednak gdzie kakao jest wyczuwalne? Ciekawa sprawa, bo mimo wszystko chyba wolę je od mlecznych / białych dobrych. Gdy dochodziłam do tego, do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl: że już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam zwykłą czekoladę z niższej półki, którą to właśnie ludzie nazywają "deserową". Byłam autentycznie ciekawa (ciekawska?) jak też taką odbiorę. Trochę się bałam. Nałożył się na to czynnik, że zamykali moje Tesco, a więc miałam ostatnią szansę, by tę czekoladę kupić.
A teraz już po degustacji, przemyślenia na luźno: niestety producenta na opakowaniu nie ujawniono. Po znalezionym w internecie zdjęciu czekolady dla Biedronki wyprodukowanej przez Colian (od Goplany) - o tym - i podobieństwie wzoru na kostkach jakoś tak myślę, że może to być Goplana dla Tesco.


Tesco Dark Chocolate Smooth & Intense to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao marki własnej Tesco.

Po otwarciu opakowania poczułam cierpko-kakaowy zapach kojarzący się raczej z plastikowymi polewami, przypalonymi na gorzko kakaowymi ciastkami i mazistymi, tłustymi truflami w kakao o prostej słodyczy niż np. "typowo deserówkowy" czy po prostu czekoladowy. Słodycz była wyraźna, ale nie napastliwa. Reprezentowała biały cukier, a dokładniej "krem z białego cukru" i nutę owocowych, chyba wiśniowych czekoladek... albo galaretek w polewie.

W dotyku tabliczka przypominała suchą plastelinę, ale łamała się przyjemnie masywnie twardo, porządnie trzaskając.
Poczucie plastelinowości wracało dopiero w ustach. Rozpływała się bowiem trochę ulepkowato, tłusto i pozornie miękko, ale długo zachowując zwarty kształt. Szła w kierunku aksamitnej kremowości, ale nie udało jej się tego osiągnąć. Trwało to średnio-wolno, bardziej długawo niż długo. Opływała olejo-wodą i znikała, pozostawiając tłustość na ustach, mimo że sama w sobie tak mocno tłusta się nie wydawała.

Już w chwili robienia kęsa rozbłysła wysoka słodycz. Zaprezentowała się od cukrowej strony, przechodząc na coraz bardziej lukrową. Z czasem zaczęła mi się kojarzyć z białymi kremami z markiz (typu Oreo) czy kremami marshmallow (nigdy nie jadłam).

W tle szybko zaznaczyła się drobna cierpkość kakao. Nie odegrała jednak zbyt istotnej roli.

Baza sama w sobie była bowiem dość... śmietankowo-tłuszczowo-kremowa. Pomyślałam o białych kremach kakaowo-gorzkich markiz (typu Oreo, ale nawet nie chodzi mi o ten obrzydliwy smak konkretnie z nich). Zarejestrowałam też przypaloną nutkę - stąd myśl właśnie o takich ciastkach. Dołączyła do tego jakaś polewowość i nuta zakalca nakręcana przez drapiącą w gardle słodycz. To było aż ciężko-mdlące, a jednak... nie takie czysto cukrowe. Zasładzające, drapiące w gardle - tak, ale również zalatujące wanilią.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawił się mocno palony smak, który ośmielił cierpkość. Delikatna gorzkawość pokazała się od zaskakująco niezłej strony, przywodząc na myśl trufle z mazistym wnętrzem obtoczone kakao lub w polewie kakaowej. Właśnie w polewowej nucie przewijała się taniość i posmak "białego kremu", może nawet trochę mlecznawy. W udany sposób ukrywał się przez większość czasu, ale przeszkadzał mi. To on przekierowywał cukier na ten piankowo-lukrowy, kremowy tor.

Bliżej końca w cierpkości doszukałam się też lekkiego kwasku. W pewnym momencie smak okazał się zaskakująco wiśniowy, choć obudowany, oklejony cukrem. Pomyślałam o wiśniowej bombonierce, może wiśniowych galaretkach z drobną soczystością wiśni.

Pod koniec rozpływania się kęsa słodycz uderzyła ze zdwojoną siłą uderzając worem białego cukru, zalewając tanimi, podeschłymi już polewami i faszerując cukrowo-białymi kremami zupełnie. Drapanie w gardle robiło się nie do zniesienia.

Po zjedzeniu został posmak tej mdlącej słodyczy cukru-i-nie-tylko oraz lekko cierpkiego kakao z wiśniową naleciałością, ale też wrażenie, jak trochę po czekoladzie śmietankowej.

Całość wyszła delikatnie, minimalnie cierpkawo mimo wysokiej słodyczy. Palona i lekko cierpkawa nuta jakoś jednak nie zawiązały tego, więc czekolada nie miała wydźwięku "deserówki", ale też nie ciemnej czekolady. Nuta "białego kremu" była... dziwna, ale wcale nie jednoznacznie i bardzo nieprzyjemna. Ani śmietankowa, ani waniliowa, ale jakby słodycz próbowała pójść w kierunku... jakimś (a nie tylko cukru). Na pewno nikt o zdrowych zmysłach nie nazwał by jej gorzką - nawet w smaku po prostu. Wyszła taka "przytemperowana z ordynarności". Trochę jak... polewa - i to wcale nie w negatywnym rozumieniu; delikatnie - mogłaby być dobra na początek z ciemnymi.

Na pewno wyszła lepiej jakościowo niż Goplany Klasycznej Gorzkiej 60 %, ale to wciąż męcząca słodycz i delikatność. Biorąc pod uwagę cenę, skład (aromaty, dodane tłuszcze) uważam, że to lepszy wybór niż np. Wedel 50 % (Jedyna?). To już jednak piszę w ciemno (patrzę na składy, nie smak - nie kojarzę tego Wedla). I tak właśnie staram się ją ocenić - w miarę obiektywnie. Mimo że mnie męczyła słodycz i delikatność, da się zjeść... Dla mnie jednak nie więcej niż 2/3 tabliczki jednego dnia (i to rozłożone na dwa podejścia - bo za szybko drapało od słodyczy; drugiego to w ogóle jakoś poszła jako "jakaś tam czekolada po winie"). Jednak czysta czekolada o takiej słodyczy na dłuższą metę mnie męczy. Za mało kakao, za dużo drapania. Jednak z dodatkami odciągającymi od tego uwagę wychodzi to zupełnie inaczej.


 ocena: 6/10
kupiłam: Tesco
cena: 2,69 zł (Mama płaciła)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii

piątek, 7 maja 2021

Pump Street Liberty London Ecuador - Tesoro Escondido 77 % Dark Chocolate ciemna z Ekwadoru

Zupełnie nieświadomie ostatnio co i rusz sięgam po czekolady z Ekwadoru. Patrzę na marki, na daty, a traf zawsze chce, że pada na ten region. Nie mam na szczęście nic przeciwko, bo go lubię. Marka Pump Street przewijała mi się przed oczami w internecie, ale nigdy nie zaciekawiła na tyle, by kupić, bo zawsze było coś ciekawego. W końcu jednak na jednej stronie wypatrzyłam bardzo ciekawą czekoladę innej marki i żeby nie przepłacać za przesyłkę, dobrałam właśnie te. Fakt, że był to sklep z ubraniami itp. trochę wprawił mnie w dyskomfort, ale co tam. Słodycze sprzedawane w sieciowych butikach wydają mi się nasiąknięte plastikiem i rakiem (tak pięknie określiła to Olga z livingonmyown - ja sama lepiej bym tego w słowa nie ubrała, hue hue), ubraniami i modą, co mnie odrzuca, ale... z drugiej to była strona londyńskiego sklepu, a te czekolady... pochodzą z niewielkiej właśnie londyńskiej piekarni-czekoladziarni. Może więc taka współpraca nie jest czymś dziwnym? W czekoladę twórcy Pump Street ponoć wkręcili się przypadkiem, kiedy odkryli, jak pyszne i ciekawe jest kakao kupowane przez nich do wypieków od kooperatyw z całego świata. Pump Street zdobyło wiele nagród, oferują produkty wysokiej jakości... zachwalane, ale... to, że do nabycia w butiku sprawiało, że i tak nie wiedziałam, co o nich myśleć. Stąd i dość szybko postanowiłam spróbować jedną z nabytych. I to specjalną tabliczkę, zrobioną właśnie dla sklepu Liberty London, do której dodają (łaskawie) o 2 % więcej kakao niż do tej spod swojego szyldu. I... coś było w grafice na opakowaniu, coś przewrotnie słodziaśnego, jakby kpiącego, co do mnie przemówiło. Grafikę stworzył Jordan Andrew Carter.

Pump Street Liberty London Ecuador - Tesoro Escondido 77 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Ekwadoru z rezerwatu Tesoro Escondido; produkowana przez Pump Street Chocolate dla sklepu Liberty London.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ziemi. Zdecydowanie dominowała nad owocowym bukietem różnych czerwonych, w tym czerwonych porzeczek i chyba niemal wytrawnej dzikiej róży (lub innych takich dzikich-kulkowatych), a także cytrusów z kwaśną cytryną. Owoce wydały mi się wręcz dziwnie ciężkie. Kwasowość trochę tonowało mleko, przekładające się na wątek kefiru. Jednocześnie w goryczkowatej, soczyście wilgotnej czarnej ziemi doszukałam się dziwnie lekkiej w wydźwięku nuty jakby orzechów. W trakcie jedzenia zaczęłam tę nutę odbierać bardziej jako... orzechowo-mleczną słodycz rozchodzącą się od cukierni-piekarni. Mimo to, był to delikatny wątek; ogół miał dziki, surowy charakter.

Tłusta w dotyku tabliczka koloru niemal czarnego, łamała się trzaskiem, świadczącym o jej zwartości i masywności.
W ustach długo tę masywną zbitość zachowywała. Nie wydawała się jednak twarda po prostu, a kremowo-twarda jak twardy (bo chłodny?), maślany krem. Brakowało mi w niej gęstej... kremowości po prostu. Czekolada była bowiem bardziej "płynąca" niż "rozpływająca się". Okazała się idealnie gładka, niemal śliska, upuszczała jakby tłusto-śmietankowe smugi (jak napoje mleczne?), a na koniec trochę ściągała jak jogurt.

Już robiąc pierwszego kęsa, poczułam mleczny motyw. Pomknął w delikatnym kierunku, w jakąś boczną, mało ważną alejkę smaku.

Na przodzie eksplodowała słodycz i soczystość. Były jakby obok siebie: soczystość należała do kwaśnych czerwonych owoców, niosących rześkość i spływających do mokrej, czarnej ziemi oraz słodycz (a nie "słodycz owoców").

Słodycz szybciej i dynamiczniej rozłożyła wachlarz. Okazała się wszechobecna. Najpierw skojarzyła mi się z bułeczką z lukrem. Pomyślałam o cukrze, a zaraz zadrapał cynamon. Zaserwowała cukier cynamonowy, cukier palony... a więc karmel. Karmel cynamonowy? Mnóstwo karmelu (różnego). Oczami wyobraźni zobaczyłam muląco-cukrowo słodkie i niemal ostro-goryczkowate cynamonowe bułeczki typu cinnamon roll - oczywiście pokryte lukrem, który szybko zaczął tracić na znaczeniu. Słodycz prędko się rozwinęła, zabłysła, po czym jakby zawstydziła się i puściła przodem inne smaki. Mimo to, była do końca wyczuwalna wyraźnie, zdawała się wszechobecna i chwilami aż denerwująca. Kojarzyła się z zapachem z niezłej piekarni-cukierni. Słodka, lekko duszna i... jakby dobiegająca do innych nut "zza okna".

Soczyste owoce, dokładniej kolejno czerwone porzeczki i ogólnie jakieś czerwone rozkręciły kwaśność. Wciąż jednak było słodko, acz jakby obok; mimo niesłodkich nut, trąciła o przesłodzenie. Plątała się wśród tego goryczka. Pomyślałam o niemal wytrawnej dzikiej róży.
Ni stąd, ni zowąd pojawiły się cytrusy pod przywództwem cytryn. Zderzyły się i zmieszały z czerwonymi, obfitując jako grejpfruty i skórki cytrusowe. A słodycz pilnowała, by nie było zbyt kwaśno.

Ich goryczka wlewała się w wilgotną ziemię. Czarna, czysta ziemia ogrodowa lub do kwiatków, kopana, a także taka przy przesadzaniu... Odpowiadała za gorzkość i lekką cierpkość w drugiej połowie rozpływania się kęsa. Parę chwil należało do niej i tylko do niej; usiłowała przekazać jak najwięcej surowej dzikości (ale chyba trochę minęła się z powołaniem). Czułam w niej także ostrość. Cierpka pikanteria z czasem wydała się należeć do cynamonu, wnoszącego ciepło i słodycz, ale nie burzącego soczystości. Ziemia zagarniana rękami, kryjąca wiele dopiero wyłaniających się łodyżek, roślinek. Słodycz jakby starała się odcinać dostęp do nich.

Okazało się, że usilnie próbowała ukryć znacznie więcej: także orzechy. Z czasem wyłaniały się i przejmowały gorzkawość. Ta łagodniała. Wydały mi się surowe, młode i świeże; niektóre ze skórkami; za to wszystkie pierwszej świeżości. Może też tłusto-delikatne surowe migdały? Migdały... nawet bez skórek...?

Robiło się coraz łagodniej, a do migdałów i orzechów dołączyła nuta nabiału. Tym razem była śmietankowa, delikatna, lecz wciąż z kwaskiem. Tego pilnowały czerwone owoce i cytrusy. Jakby tak je ktoś rozcisnął, przerobił na miazgę... Czy takie wmieszano w ziemię? Dodano do nabiału? Jakiego? Chyba czułam kefir. Jego kwasek harmonijnie się z nimi splatał, a i do ziemi pasował.

Końcówka należała do mocniejszego cynamonu, ale też do mlecznej śmietankowości, kefiru i cytrusów. Pomyślałam o bułeczkach cynamonowych, ale jakiś "innych", bo i z kefirem, i w towarzystwie owoców. Cierpkości przemieszały się, zwłaszcza ta cynamonowa i owocowa. Czyżby masę owocową zasypano cynamonem?

Po zjedzeniu został posmak cynamonowo-ziemisty i równie mocno owocowy. To owoce czerwone i cierpkie, ale wygładzone mlecznością. O dziwo na koniec poczucie przesłodzenia znikało zupełnie na ich rzecz.
Mimo tłustości na ustach, czułam też lekkie "podsuszenie", ściągnięcie.

Całość wyszła smacznie, bo mnóstwo dominującej ziemi i mleczno-kefirowe nuty jak najbardziej wpisały się w mój gust, a z takich zasładzających wypieków cinnamon roll jako nuta też mi się podoba. Orzechowość czy nawet "nuta piekarni" też nie byłyby złe, gdyby nie to, że nuta piekarni i cukru, palonego cukru, lukru była aż tak... istotna. Za dużo - zwłaszcza przy tej zawartości - tu takich słodzideł. Do klimatu i wydźwięku też średnio mi owoce pasowały. Pasowałyby świetnie, gdyby mniej było "cukierni". Nie moja bajka, bo zbyt... "przygłuszona". Tak samo zdecydowanie za dużo takie ewidentnej tłustości mi tu było. Łagodna śmietanka na smak jeszcze ok, ale te jakby opływanie śmietanką maślanej grudki? 

Potencjał spory - ziarno mieli świetne, ale czuć że wykonanie nie takie, jakiego bym oczekiwała. Za słodko-tłusta. A jednocześnie intrygująca w tym - czyżby to nuta zakładu, w którym produkcja się odbywała? Czyżby konsystencja wynikała z tego, że przyzwyczaili się robić czekolady do wypieków, więc może bardziej polewy / kuwertury? Wiem, że wygląda, że strasznie dużo się czepiam, ale gdyby lekko poprawić pewne sprawy, mogłaby być obłędna - a coś takiego jeszcze bardziej boli.


ocena: 8/10
kupiłam: Liberty London
cena: 42 zł / 70 g
kaloryczność: 516 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 6 maja 2021

Auchan Bio 70 % Dark ciemna

Odkąd odkryłam, jak pyszna była Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %, będąc w Auchanie (średnio raz na miesiąc), zawsze jakąś na zapas kupowałam. W lipcu 2020 jednak poczułam dyskomfort, bo zobaczyłam, że się zmieniła. Mimo to, kupiłam. Tym razem tylko jedną, bo zrobiłam się podejrzliwa. W domu przyjrzałam się i... załamałam. Zmienił się skład: zaczęli dodawać tłuszcz kakaowy i odtłuszczone kakao w proszku (ta "logika"). Ok, nie zawsze oznacza to katastrofę, bo nawet z nimi czekolady dość często mi smakują, ale gdy widzę spadek jakości, odczuwam smutek, a gdy zmieniają / wycofują moje produkty, czuję, że to mi personalnie coś odbierają. A i trzeba pamiętać, że akurat tłuszcz kakaowy jest w składach prawie zawsze; nie jest złym składnikiem. Odtłuszczone kakao to już tani zapychacz tabliczek, ale są przypadki, że efekt jest taki, że nic nie mam do jego obecności.

Auchan Bio 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao, marki własnej Auchan.

Już rozrywając sreberko zetknęłam się z wyraźną, ale delikatną w przekazie wonią słodkich, wręcz nienaturalnie brzoskwiń (z puszki?), a także niejednoznacznych śliwek i moreli - też jakby skąpanych, nasączonych słodkim syropem. Może też kandyzowanych? Mimo wszystko cechowała je także soczystość i drobny kwasek, przeplatający się z subtelną gorzkością palonych ziaren kawy, kawy zaparzonej i drzew. Było to trochę gorzkie, trochę cierpko-ciepłe; minimalnie podszyte ziemią. Z czasem, zwłaszcza w trakcje jedzenia, myślałam o liściastych, "drewienkowych" herbatach owocowych, które chyliły się ku ziemistym sugestiom.

Twarda tabliczka łamała się z głośnym, jakby pełnym trzaskiem. Brakowało jej twardo-suchej kruchości dawnej wersji. Łatwo poznać, że nową cechuje tłustawość.
W ustach rozpływała się powoli, ale łatwo, bo aksamitnie kremowo. Prędko miękła i rozchodziła się po całych ustach, zalepiając. Okazała się znacząco maślano tłusta. Nie była jednak strasznie ciężka. Przypominała gęste ciasto z miąższystymi, soczystymi owocami. Na koniec wykazywała jednak lekką, wciąż aksamitną, proszkowość-pylistość.

W smaku robiąc kęsa poczułam słodycz wiśni - dojrzałej, jak to tylko możliwe, mięciutkiej i gęstej. Ta jednak niemal błyskawicznie przywołała cierpki kwasek.

Mieszał się on z cierpkością kakao po prostu, które otworzyło drogę kolejnym, łagodnym nutom. Tabliczka zdradziła lekką maślaność, ale na szczęście nie poprzestała na niej. Pojawiła się niska i leniwa gorzkość. Palone ziarna kawy rozsypały się wokół cieplej kawy czarnej. Była wyrazista, ale delikatna (wyczuwalną jednoznacznie, ale taką, jakby ktoś bardzo ostrożnie sypnął malutką łyżeczkę). Klimat zrobił się palony. Nie mocno, ale wszystko na nim jakby się oparło. Słodycz wiśni zmieniła się w karmel, owoce zniknęły niemal zupełnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dominował karmel jako paloność i cukrowość. Smak cukru może nie był aż taki mocny-mocny, ale wydał mi się toporny. Palony cukier zawarł goryczkę, a po chwili odbił we wręcz kandyzowanym kierunku.

Gorzkawość rozwijała się za nią. Wydawało mi się, że brakuje jej pewności siebie, jakby przytłoczyła ją paloność. Z ciepłej kawy przeszła w drzewa rozgrzane słońcem, trochę podsuszone... Cierpkawe? Do głowy przyszły mi badylkowe herbaty. Herbata zaczęła się kumulować bardziej jako suszone liście i patyczki niż napar. Całość zawarła w sobie także sporo czekoladowej maślaności.

A słodycz wciąż wirowała na przodzie. Pomyślałam o kandyzowanych owocach, takich w różnych mieszanych herbatach. Słodka kostka owoców, która po zalaniu wrzątkiem nasącza się, mięknie... Oto czułam bardzo słodkie, miękkie owoce. Znów brzoskwinie i morele w cukrowo słodkim syropie. Zarejestrowałam też muląco słodkie... banany? wszystkie one zasładzały, ale jakby falowo. Miękkie, esencjonalne... a jednak wciąż pamiętające o odrobinie soczystego kwasku. Pomyślałam o cieście z owocami (z puszki?). Tłuste ciasto z ich warstwą lub ciasto-placek mimo iż przesłodzone, niewątpliwie było kakaowe i wypieczone bardzo mocno. Może to bardziej jakieś banoffee, a więc z bananami i karmelem? Znów baza tonowała zasadnicze nuty maślanym wątkiem. Meritum, środek degustacji zaskoczył mnie maślanością właśnie.

Goryczka i cierpkość kakao z tła bliżej końca dobijały się o głos. Nasilać zaczęły się ciastowe owoce poprzypiekane aż do goryczki, a potem coraz soczyste. Czułam wyraźnie słodko-kwaskawe morelo-śliwki, z czasem bardziej śliwki.

Do owocowo-kakaowego ciasta zamierzano chyba podać herbatę. Liście i liściory, suszone i zaparzające się wywalczyły odrobinę gorzkości, ale mimo niej i cierpkich nut, było bardzo słodko. Na końcówce znowu wyskoczyły wiśnie i jeszcze więcej wiśni. Trochę takich dojrzałych aż za bardzo oraz sporo po prostu słodkich i mniej, surowo-świeżych. Przede wszystkim jednak niemal słodziusie, muląco słodkie - może jak masa z nich / dżem czy coś - a jedynie z kwasko-cierpkością.

Po zniknięciu kawałka w ustach został posmak przede wszystkim prostego kakao; także jego cierpkości soczyście-palonej, mieszającej się z wiśniami (i śliwkami?), z sugestią muląco słodkich owoców i cukro-karmelu. Czułam słodycz, ale nie przesłodzenie dzięki gorzkawo palonemu posmakowi i maślanemu złagodzeniu, osadzającemu się wręcz na ustach jako fizyczny efekt.

Całość wyszła dobrze, jednak od samego początku - już na nos - czuć zmiany na gorsze. Jakby... spłaszczyli ją. Największy mój zarzut dotyczy tego, jak ciężko wyszła: konsystencja maślano-tłusta (na podst. tabelki nowa jest tłustsza o 2 g), smak też maślany i mało owocowy, brakowało mu soczystości.
Przede wszystkim, czekolada wyszła bardziej maślano-tłusto i łagodniej. Bardzo, bardzo słodkie owoce żółte zagubiły egzotykę i soczystość, zrobiły się o wiele mniej jednoznaczne; wiśnie podobnie. Kawa też straciła gorzki impet, a stała się... delikatna i wmieszana we wszechobecną paloność; pod wpływem drzew podchodziła pod herbatę. Zupełnie zniknął kwasek nabiału, przez co kwasku w tej tabliczce prawie nie było. Gorzkość niska, ale przynajmniej nie była to czysta słodycz, a taka z palonością.

Przepalili nuty - takie miałam wrażenie. Cukrowo-karmelowy smak, maślaność, kawa i herbaty jakoś się w tym klimacie odnalazły, ale już tak nie zachwyciły jak bananowo-waniliowe zasłodzenie z brzoskwiniami, ananasami i innymi żółtymi owocami, następnie wiśniami, przełamane gorzką kawą i kwaskiem owocowym i śmietankowo-kefirowym, czym zachwycała Auchan Bio Chocolat NOIR / Chocolate NEGRO 70 %.
To wciąż dobra czekolada, ale jako jedna z wielu. Ta spadła nawet za Lindt Excellence 70 % i Carrefour Bio 74 %.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,79 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie sądzę

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu

środa, 5 maja 2021

Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar mleczna z cukrem daktylowym

Nowa linia Zottera, Squaring the Circle, niewątpliwie jest ciekawa. Innowacyjna, z zamiennikami cukru. Mnie jednak jakoś niewiele z niej zainteresowało. Czyżbym starzała się i robiła zbyt ortodoksyjna w kwestii czekolad? Popróbowawszy różnych ze słodzikami itp. doszłam do wniosku, że czekolada dla mnie to jednak najlepiej łączy się z cukrem (trzcinowym w dodatku). Ale... dzisiaj opisywana ciekawiła. Cukier daktylowy? Nigdy nie miałam do czynienia ani z nim samym, ani z syropem daktylowym i mimo że one same w sobie nie kuszą (bo i tak nic nie słodzę), to w czekoladzie? Jak najbardziej. Daktyle są bowiem jednymi z moich ulubionych suszonych owoców (gdy mowa o wilgotnie soczystych z paczek, które są bardzo zbliżone do świeżych surowych). Sięgając po tę czekoladę zupełnie zapomniałam, że przecież jadłam Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar (ale może to i lepiej).

Zotter Squaring the Circle 50% Milk Choc with Date Sugar / Quadratur des Kreises 50 % Milchschoko mit Dattelzucker to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao; słodzona cukrem daktylowym.

Po otwarciu poczułam słodki zapach toffi i karmelu, a także mocno palonego, aż odymionego karmelu. Trwały jakby niezależnie od siebie - pierwsze mieszały się z mlekiem, przywodząc też na myśl krówkę i będąc jakby jednością. Palony karmel z kolei powiązany był z lekką goryczką. Wyraźnie czułam przy nim dym, a w tle nieśmiało zarysowały się daktyle. Sugestia kakao podkreśliła je, choć sama w sobie nie była zbyt silna. Mieszała się za to z ziemistością, nadając kompozycji powagi.
Połączenie tego (gdy zapachy się już przemieszały w trakcie jedzenia) zaś sugerowało... prawie przesadnie wypieczone ciastka z melasą, brązowym cukrem (nie trzcinowym!).
Ciekawym było, że pchając nos do foliowego opakowania czułam dominujące słodsze nuty, zaś nachylając się nad tabliczką i w trakcie jedzenia, te cięższe, poważniejsze.

Tabliczka trzaskała, ale nie była bardzo twarda. Łamała się łatwo, po liniach podziału, przy czym wydawała się bardzo zwarta i dość tłusta.
W ustach potrzebowała chwili, by zacząć się rozpuszczać. Była zwarta i gęsta, jakby lepko-zbrylona czy bardziej chropowata. Odnotowałam wodnistość, rozrzedzającą i tak rzadkawą, tłustą w mleczny sposób masę. Ta mniej więcej w połowie jakby chciała gęsto zalepić, ale koniec końców znikała bez zalepienia i zostawiania czegokolwiek, na nicość.

W smaku od początku czułam nierozerwalny splot słodyczy i gorzkości.

Wysoką słodycz od początku odebrałam jako szlachetną, głęboką, ale nie przesadzoną. Pomyślałam o palonym karmelu i soczystych daktylach. Wydały mi się leciutko podkwaszone.

Oto przewodnie smaki podkreślił kwasek. Zasugerował cytrusy, a następnie dym, po czym wrócił do podfermentowanych owoców suszonych, w tym daktyli właśnie. Dym otaczał je jeszcze jakiś czas, pokazując, że będzie czuwał w pobliżu do końca. W kwasku zaczęła się jednak przewijać też pewna mleczność jako śmietanka czy jogurto-kefir - niemal nieuchwytna, ale jednak.

Daktyle odbiły w kierunku "zdrowego karmelu" lub "zdrowych zamienników cukru". Pomyślałam o melasie i cukrze brązowym. Po głowie zaczęły mi krążyć wegańskie zamienniki mlecznych czekolad, słodzone "czymś innym". Echo kwasku przełożyło się na rześkość (prawie owocową, ale jednak bez owoców) a ta... na myśl o cukrze kokosowym i znów suszonych daktylach. Bardzo wyraźnie je czuć, co więcej wydawały się smakowicie naturalnie "karmelowe". Nieco palony karmel, zdawał się otaczać, otulać leciutko migdałową nutę (też w klimacie "wegańskim", a nie tylko migdałów-orzechów); także mleka lub śmietanki migdałowo-orzechowego. Przy każdym kęsie dość szybko robiło się za słodko.

W miejsce powoli chowającego się kwasku, weszła ziemista nuta. Jej gorzkawość podkreśliła odrobinę kakao. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok "słodzideł" pojawił się wyrazistszy dym i wręcz popiół. Znów przytoczył melasę i cukier brązowy, a dokładniej ciastka z nimi.

Ciastka tego typu, acz niewątpliwie karmelowe. Karmel karmelem poganiany, a jako że zalało go mleko, zrobił się bardziej śmietankowo-maślany. Kompozycja złagodniała, bo pojawiło się też masło, jednoznacznie kierujące myśli na toffi. Nie trzeba było długo czekać, by pojawiły się też krówki. Może... krówki z wegańskiego zamiennika mleka? Jakbym czuła wyraźne mleko, ale inne niż krowie. Jakie by nie było, słodycz drapała w gardle. Robiła to, mimo że goryczka palonego karmelu z czasem spoważniała. Śmietankowe karmelki i palone toffi-krówki, wydały mi się leciutko słonawe. Znów pojawiło się trochę dymu i ziemi, niosących cierpkość i kwasek. Niejednoznaczna nutka migdałów chwilowo przywołała fistaszki.

Na końcówce pomyślałam o ciastkach z cukrem kokosowym oraz czymś lekko orzeszkowym. Czułam daktyle i lekką cierpkość kakao. Było to palone i zarazem rześkie, niemal cukrowo-soczyste, a jednocześnie słodycz aż piekła w gardło i język. Interesujące jednak było, bo przypominało poczucie po zjedzeniu zbyt dużej ilości suszonych daktyli. Kończąc już się męczyłam i dwie ostatnie kostki oddałam Mamie (drapało za bardzo, a i chciałam jej ciekawostkę pokazać). Mamie smak był "po prostu gorzki", daktyli nie czuła, "a mleka specjalnie też nie... No, mało". Niezbyt jej smakowała.

Całość, mimo że z poważnymi nutami dymu, ziemi i mocnego palenia, odebrałam jako straszliwie za słodką, zarówno na smak, jak i na wydźwięk. Ten ogrom karmelu, daktyli, toffi, krówek i karmelków to po prostu za dużo. Tym bardziej, że smak daktyli mimo iż wyczuwalny, nie był wiodącym. Oprócz samego siebie siebie sugerował... melasę i "inne cukry". Dziwnie "na inne" przemodelował też mleko.
To, czego mi brakowało, to kakao. Mimo że czekoladowość czułam. To jednak słodziaśna czekoladowość. Rozumiem konwencję, że chodziło o skupieniu się na cukrze daktylowym, niemniej jednak... za dużo mi go było. W połowie tabliczki to aż męczyło i nużyło.
Konsystencja też niezbyt mi się podobała. Taka rzadko-żadna, a tłusta. Obstawiam, jednak, że bez mleka w ogóle byłoby wodniście... Hm. Za strukturę poleciał drugi punkt (pierwszy za słodycz).
Ciekawa tabliczka, ale jako eksperyment. Dobrze, że nie muszę szukać sobie zamienników cukru. Jako zamiennik czekolady ze zwykłym cukrem dla osoby lubiącej słodkie mleczne czekolady? Pewnie świetna. Osobiście wolę po prostu zjeść ciemną czekoladę i daktyle oddzielnie. Ewentualnie...GR Dominican Republic 72 % with Date Sugar - o, ta była znacznie lepsza.


ocena: 7/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier daktylowy 31 %, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, ziarna wanilii, sól

wtorek, 4 maja 2021

lody Magnum Praline Chocolate & Hazelnut Tub

Początkowo ten smak Magnumów mnie nie interesował, bo założyłam, że skoro w Double Chocolate Tub znudziła mnie mleczna czekolada, a orzechy w lodach często wychodzą kiepsko, to nie ma sensu się na nie porywać. Pamiętałam, jak obrzydliwie w lodach potrafi wyjść połączenie czekolady i laskowców po sosie z lidlowych Alpen Fest Pretzel. Jednak... przestałam je widywać w sklepach. Czyżby zniknęły?! I nagle ich zapragnęłam. O tak, niedostępne kusi. I nagle znalazłam ostatnie pudełka w atrakcyjnej cenie. Ach, człowiek jest taki słaby w obliczu takiego... zdarzenia. I natchnęło mnie, że posłuży mi jako zgrabne przejście do lodów z migdałami.

Magnum Praliné Chocolate & Hazelnut Tub to lody o smaku czekoladowo-orzechowym z 26 % mleczną czekoladą (w formie polewy z wtopionymi orzechami, skorupki, dna i kawałków w masie) i 5% kawałkami karmelizowanych orzechów laskowych (w polewie z czekolady na wierzchu) oraz kawałkami w masie lodowej.
Pudło zawiera 440 ml / 297 g.

Po otwarciu poczułam zapach orzechów laskowych i czekolady mlecznej z wyraźnie zaznaczonym kakao. Było to słodkie, odrobinkę truflowe. Po zruszeniu czekolady nasilił się splot orzechów i kakao, co skojarzyło mi się z Ferrero Rocher (wyidealizowanym; bardziej jako motyw); czasami nieco łagodniało podkradając się pod krem typu Nutella. Laskowce w pewnym momencie wydawały się aż napastliwie przerysowane, niemniej cały czas przyjemne i sztuczne tylko trochę. Czekoladowo-orzechowy splot wyszedł zaskakująco intensywnie.

Forma i konsystencja lodów przypominała inne z pudełkowych Magnum. Warstwa mlecznej czekolady na wierzchu była gruba na około centymetr. Wtopiono w nią spore kawałki karmelizowanych orzechów laskowych, które o dziwo wyszły zaskakująco dobrze. Udawały w miarę świeże orzechy w odrobinie karmelu, który rozpuszczał się wraz z resztą, przez co łatwo go przeoczyć. Żadnego efektu cukrowej skorupki na szczęście nie doświadczyłam. Ścianki pudła pokrywała cienka warstwa czekolady mlecznej. Po ściśnięciu pudełka, trochę łamała się i odstawała, a częściowo zostawała przylepiona (i wraz z topieniem się lodów ulepkowo miękła, trzymając się pudełka). Mimo że początkowo czekolada była bardzo twarda, potem jakoś lepiej się łamała, ta ze ścianek chwilami wydawała się bardziej polewowa, ale też ok. W masę lodową wtopiono mnóstwo gigantycznych kawałów czekolady. Głośno trzaskała, po czym tłusto-kremowo rozpływała się w ustach, zmieniając się w gęsty i zalepiający budyń. Miałam wrażenie, że to czekolada z lodami, nie odwrotnie, jednak w tym wariancie wydawało się, iż kawałków jest mniej niż w np. Chocolate Intense 70%.
Między kawałami czekolady plątały się drobne (wielkości małego paznokcia?) kawałki orzechów laskowych pozbawionych skórek. Okazały się miękkawo-pochrupujące, całkiem w porządku. Wydawały się świeże, w czym pomogło to, że nie pokrywał ich karmel. Trudno zagarnąć choćby łyżeczkę bez nich. Chwilami wydawało im się, że aż z ich ilością przesadzono (wolałabym, by po prostu dodano większe kawałki, zachowując %).
Na dnie zaś znów czekała mnie gruba warstwa-denko czekolady.
Meritum to oczywiście lody – gęste i kremowe, a jednocześnie puszyste niczym spienione mleko. Były tłuste w mleczny sposób, wcale nie za mocno. Topiły się powoli i przyjemnie, a ja doszukałam się w nich elementu zagęszczenia, w którym było coś z topiącej się czekolady i kremu orzechowego - ich połączenia z drobnym, proszkowym efektem.

W smaku sama czekolada przywitała się zaskakująco wyraźnym, gorzkawym kakao. Po chwili okazało się, że mimo jego nutki, to przesłodzona, głęboko mleczna magnumowa klasyka, a więc smakująca autentycznie mleczną czekoladą czekolada, ale... Wzbogacona o mocny motyw orzechów laskowych. Nie wiem, czy przesiąkła orzechami, czy ta była z miazgą z nich, ale i tak wyszło to zacnie i uprzyjemniło słodycz. Chwilami, przy większym kęsie, wydawała się naaromatyzowana sztucznie.
Ta przy ściankach wydała mi się minimalnie bardziej polewowa, a niektóre kawałki w masie -  czysto mlecznoczekoladowe z nutką kakao, a pominięciem orzechowej. Były słodkie, że aż czasem przytykające.
W warstwę na wierzchu wtopiono całe mnóstwo laskowców. Przy nich pojawiała się palono-karmelowa nuta, podwyższająca słodycz, ale za chwilę znikająca na rzecz jeszcze wyrazistszego smaku orzechów. Zdecydowanie kierowały uwagę na naturalny smak orzechowy. Orzechy laskowe zaskoczyły mnie swoim wyrazistym, świeżo-gorzkawym smakiem. Uwypuklił kakao. Okazało się, ze jedynie nieliczne były karmelizowane.

Masa lodowa sama w sobie przedstawiła się jako czekoladowo-orzechowy krem, przy czym nie zabrakło smaku mleka. Było wyczuwalne zarówno jako baza, kojarzyło się nieco ze spienionym mlekiem, ale... też tak, że smakowała konkretnie mleczną czekoladą. Kakao również czuć, ale nie gorzkość. Ono mieszało się z laskowoorzechową nutą, która z czasem wydała się wiodąca. Graniczyła między naturalną, a lekko sztuczną, ale niewątpliwie wyszła przyjemnie. Nie nazwałabym jej nugatową, o wiele bardziej kojarzyła się z wyidealizowanym Ferrero Rocher. Nakręcały to kawałki orzechów, wnoszące bardzo wiele, przekierowując orzechy na naturalny tor. Smakowały w miarę świeżo, niektóre odrobinę gorzkawo (pojedyncze sztuki bardziej gorzko), czym przełamywały resztę. Słodycz lodów stała na wysokim poziomie, ale w zestawieniu z kawałami czekolady, wydała mi się nieco niższa. W odniesieniu do czekoladowej bazy Magnumów, ta czekoladowo-orzechowa baza była już za słodka.

Kawałki czekolady w lodach rozpływając zasładzały, aż zamulały. Każdorazowo na początku uchwytywałam kakao, po czym uderzało tsunami mleka i cukru, niemiłosiernie drapiąc w gardle. Pojawiała się także orzechowa nuta, po której znów bardziej zwracałam uwagę na zaznaczone kakao. Chwilami przesłodzeniem przysłaniały nawet smak laskowców, ale ten potem (gdy przejadłam więcej lodów, nie czekolady), wracał z nową energią i charakterem.

Na koniec zostało czekoladowe denko, a więc kolejna dawka cukru, od którego aż mdliło, ale tonowanego nieco mlekiem i nutką kakao.

Po zjedzeniu został posmak orzechowy - trochę sztucznie metaliczny i naturalny jednocześnie - oraz cukrowej, bardzo mlecznej czekolady, a więc zasłodzenie totalne. Czułam także motyw kojarzący się z orzechowo-czekoladowym kremem i Ferrero Rocher.

Całość wyszła smacznie, ciekawie, ale zabójczo cukrowo. Wyrazisty smak orzechów i czekolady z zaznaczonym kakao okazał się zaskakująco intensywny, sztucznie przerysowany, ale w granicach normy i przyjemności. Orzechy, mimo że drobne, wyszły całkiem w porządku, dość świeżo. Czekolada to cudownie czekoladowa czekolada jak na lody, ale zdecydowanie za słodka i tłusta. Dla niektórych wadą może okazać się jej ilość (orzechów w sumie też), bo to aż czekolada z lodami, nie odwrotnie, a więc tak lekko nie było. Co innego, że już same lody cudownie puszystą, lekką i zarazem właśnie kremowa konsystencję miały. Mimo ogólnego zacukrzenia, było to też poprzełamywane i zacnie kojarzyło się z powszechnie lubianymi słodkościami reprezentującymi duet laskowców i czekolady z nutą kakao.
Moim największym problemem związanym z tymi lodami jest słodycz. Dosłownie aż chwilami trudno przez nią jeść. Oprócz niej jednak lody spełniają wszystkie kryteria, by zachwycać. Gdyby nie ta sztuczność (mimo wszystko nie odpychająca, a pobrzmiewająca), mogłyby w ogóle mnie oczarować. Uważam je za bardziej udane od Cookies and White, bo w tamtych czułam niedosyt tytułowych tytułowych; tu o niedosycie orzechów nie ma mowy.
Mimo wszystko wiem, że za nic do nich nie wrócę - właśnie przez cukrowość. To dobre lody, ale jednorazowo.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 8 zł (promocja; za 440 ml)
kaloryczność: 348 kcal / 100 g; 233 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka 17%, tłuszcz kakaowy, zagęszczone mleko odtłuszczone, miazga kakaowa, syrop glukozowo-fruktozowy, orzechy laskowe 3%, pełne mleko w proszku, miazga z orzechów laskowych 2%, tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (E471, lecytyna sojowa, E442, E476), stabilizatory (E410, E412, E407), aromaty, syrop glukozowy, syrop cukru karmelizowanego

poniedziałek, 3 maja 2021

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % ciemna z Ekwadoru

Sarroti kupiło mnie swoją prostotą, ale nie mogę powiedzieć, by marka zapamiętała mi się jako szczególnie warta uwagi. Raczej przyjemna, żeby zjeść sobie zwyklejszą czekoladę i tyle. Te najlepsze, prawdziwie obłędne czekolady ciemne lubię sobie właśnie takimi przepleść. Na szczęście przekłada się to na to, że to tamte doceniam bardziej, a nie te zwyklejsze odbieram gorzej. Uwielbiam to w sobie!

Sarotti No.1 Edelbitter 72 % Ecuador to ciemna czekolada o zawartości 72 % z Ekwadoru

Po rozerwaniu sreberka poczułam mocno palony zapach paleniska, węgla i drzew oraz po prostu wyraziście drzewny, co z kolei mieszało się z ziołowo-kwiatowymi akcentami. To za ich sprawą weszła niska, acz złożona słodycz wanilii i jakby słonawego karmelu, która kwiatów w żaden sposób nie zruszyła. Wyszło to dość drapiąco, co na myśl przywiodło miód. Paloność z nim zaobfitowała w poprzypalane po brzegach, a mokre i lepkie wewnątrz ciasto kawowe. To też trochę prażonych migdałów - w karmelu? Cynamonie? Także wpisanych w pewne "drapanie".

To już kolejna nierówna tabliczka, na jaką trafiłam w ciągu ostatnich miesięcy. Kilka kostek było o połowę cieńszych od innych (wprawdzie nie aż tak jak w przypadku Manufaktury Czekolady MANU Orzech Nerkowca 70 % Kakao, ale różnica była nie do przeoczenia i wystąpiła w obu tabliczkach z jakimi miałam do czynienia - bo raz już do niej wróciłam). Niemal czarna czekolada każdorazowo jednak trzaskała głośno, ale bardziej niż twarda pasowałoby mi do niej określenie "pełna"; twarda to w zależności od grubości. Wydawane przez nią dźwięki nieco przypominały łamane cienkie gałązki.
Przy robieniu kęsa odebrałam ją jako esencjonalnie chrupką. Przekrój wydał mi się zbito-gładki, mimo że dostrzegłam w nim trochę połyskujących kryształków (a przy niektórych kęsach je nawet słychać).
W ustach rozpływała się powoli, zalepiając. Miękła jak sucha, a dopiero gnieciona plastelina. Zachowała przy tym aksamitność, a mimo idealnej gładkości, nie wydawała się zbyt tłusta (mimo iż realnie była). Mazista owszem. O wiele bardziej pasowało mi określenie: lepko-mazista, zostawiająca smugi. Pomimo suchwego elementu wydawała się mulista i nasączona jak ciasto. W ustach trwała dość długo, aż znikała nagle.

Zaraz po włożeniu kawałka do ust przywitała się słodycz, za którą ukazała się palona goryczka w pełnej okazałości, podkreślona cierpkością.
Gorzkawość dominowała, jednak to słodycz okazała się dynamiczniejsza. Również chwilowo cierpkawa, a zaraz raczej drapiąca, rozeszła się po ustach. Wzrosła szybko, ale nie do przesady. Należała do wanilii: kwiatów i laski, jako naturalna i... ciężka? Oleista? Poczułam kwiaty, właśnie słodko-ciężkie, zawilgocone, ale i drapiące polne, dość w tym ostre. Chwilami zahaczały o drapiący miód, chwilami - z racji palonego klimatu - o karmel.

Gorzkość ruszyła, rozpościerając wachlarz drobniejszych goryczek. Nie była więc siekierą, ale okazała się złożona i jakby wszechobecna. Zaserwowała mi przypalone ciasto kawowo-kakaowe, z mocno przypalonymi brzegami. Spalenizna wydała się aż cierpko-kwaśna. Odnotowałam przy tym aż węgielne tony, po czym zaczęłam zwracać na wilgotne, esencjonalne wnętrze.

Ciasto mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chwilowo łagodniało, robiło się bardziej tłuste, maślane. Jakby czekolada robiła sobie przerwę od mocniejszych tonów, pozwoliła wzrosnąć słodyczy kwiatów i wanilii, a jednak wciąż mieściły się w kawowym cieście. We wszystkim tym było coś oleistego.

Ciasto kawowe z czasem przechodziło do nuty palonej kawy, która zaczęła je wyprzedzać. Ziarna kawy wypalono tak mocno, że trąciły o węgiel. Lekki cierpki kwasek zasugerował jakąś cytrusową nutę, kryjącą się w nich. Trzymał się właśnie goryczki (do słodyczy się nie mieszał). Zarówno kawę, jak i ciasto, musiano doprawić jakimiś ostrzejszymi przyprawami, w które wszedł i ukrył się też kwasek. Wtedy udało mi się go uchwycić. Przecież to nieco kwaskawy kokos i olej kokosowy!

Przyprawy aż zaczęły drapać. Z palono-węgielnego mułu wyłoniły się drzewa. Takie z paleniska, ale potem drzewa ogólnie. Ziołowo-roślinne nuty dodawały im i słodyczy, i cierpkości. Przewijał się wśród nich kokos: wiórkowo-oleisty. Pomyślałam też o oleistych migdałach w cynamonie, także dość mocno prażonych. Słodycz tego drapała w najlepsze, tyle że już nie tak waniliowo-miodowo, a bardziej kwiatowo-ziołowo. Czyżbym łapnęła słodko-ostrą lukrecję? Kwasek świetnie się obok tego odnalazł, reprezentując rześkość (nie tyle soczystość) i równoważąc słodycz.

Pod koniec zrobiło się bardziej słodko i cierpkawo. Cierpkie, poprzypalane ciasto ukryto kwiatami, potem jeszcze przywołano kokosa do pomocy, jednak ogólnie mocna paloność wyszła i na zakończenie. Inne nuty zasłoniły z kolei drzewa.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawo-kakaowy i cierpkawo-kwiatowy. Coś tam niby czuć (kawę, przyprawy, w tym wanilię), ale to palenisko i cierpkość prostego, palonego kakao dominowało. A bza nim jakby węgiel roślinny, co utrzymywało się długo i było neutralne, nie zaś przyjemne czy nie.

Zaskoczyła mnie waniliowość tej tabliczki bez wanilii w składzie, choć czuć, że to bardzo taka "kwiatowa" wanilia, jako nuta. Całość wyszła bardzo palona, aż lekko przypalona, przez co wiele nut Ekwadoru chyba po prostu uciekło, ale że kawa się obroniła i miała godne towarzystwo, mi to nie przeszkadzało. Wyszła podobnie kokosowo-ziołowo i miodowo do (Vanini) Tesco finest Ecuadorian 74 %, acz mniej cierpko-goryczkowato. W Tesco było więcej nut: suszonych owoców, "orzechowego kokosa" i ziołowych herbat, zlepionych miodem. Sarotti wydała mi się bardziej gorzkawo-cierpka w przypalonym sensie - jakby poszczególne dodać do ciasta i przypalić. Zupełnie nie była owocowa, a jej słodycz była bardziej znacząca. Zdecydowanie to Tesco mnie w sobie rozkochała, ta była namiastką odlegle podobną.
Smakowała mi, nie ukrywam, ale jako prosta, niezajmująca czekolada gorzkawa. O ile konsystencję miała znacznie lepszą niż Sarotti 85 % (raczącą za to splotem migdałów i ziemi osłodzonych miodem), tak smak był już słodszy w wydźwięku (ciasto), przez co trudno wybrać, którą faworyzuję - zależy od dnia. W obu jednak czuć specyfikę marki - palonością nieco przygłusza nuty, ale to przyjemna paloność.


 ocena: 9/10
kupiłam: Kaufland
cena: 4,79 zł (chyba promocja)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym (np. jak trafię na długie daty)

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa