wtorek, 27 października 2026

Dolfin Noir 68 % Cacao Origines Philippines Dark Chocolate ciemna z Filipin

Lata temu markę Dolfin uważałam za zacną, a ich czekolady za ciekawe, niestety powrót po latach do marki za sprawą ich nowości boleśnie zmienił moje zdanie. Obecnie uważam je za ok czekolady ze zmarnowanym potencjałem. Gdyby nie to, że zamówiłam je wszystkie razem, dziś przedstawianą bym się nie zainteresowała. Nie kupuję ciemnych tabliczek o tak niskiej zawartości kakao, a wyjątki robię bardzo rzadko w sytuacjach wyjątkowych. Filipiny są dość rzadkim regionem, więc pomyślałam, że mimo potencjalnego przesłodzenia, warto dać szansę. Szkoda, że przyszło mi się za nią zabrać po tylu dolfinowych rozczarowaniach. 

Dolfin Noir 68 % Cacao Origines Philippines Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 68% kakao z Filipini.

Po otwarciu poczułam zapach średnio mocno palony, należący do kakaowo-bananowego ciastowego "chlebka" oraz ogromnej ilości wanilii. Towarzyszyły jej słodkie kwiaty: niby lekkie z charakteru, ale w takiej ilości, że trochę ciężkawe. Palony motyw zaadoptował jeszcze sporo płonącego drewna. W nim również  przemykały jeszcze prażone orzechy - nic szczególnie silnego, acz wskazałabym obecność migdałów i fistaszków. Wszystko to spowijała słodka, jakby ciężkawa soczystość śliwek. Owoców dużych, jajowatych i miękkich, z pełni śliwkowego sezonu, które urozmaiciła odrobineczka bardziej egzotycznego kwasku. Mimo to, całość wyszła głównie słodko, choć na szczęście nie cukrowo.

Jakby nieco pylista w dotyku tabliczka podczas łamania uraczyła mnie twardością. Trzaskała porządnie. Kiedy odgryzałam kawałek, lekko trzeszczała, utwierdzając mnie o swej pyłkowości.
W ustach czekolada rozpływała się po chwili zawahania, powoli i kremowo. Była maślano tłusta, a jednocześnie jakby wręcz jedynie złudnie pylista. Miękła, roztaczając po podniebieniu kremowe smugi, a znikała, zostawiając suchawe wrażenie.

W smaku pierwsza uderzyła wysoka słodycz lekkich, niemal zwiewnych kwiatów. Białych kwiatuszków, które zaraz dopadła wanilia. Wanilia rozepchnęła się i zajęła pierwszy plan. Przesadziła ze słodyczą, której dokładał też cukier. Ten chwilami zdradzał się ze swoją obecnością, acz tylko na tyle, na ile wanilia mu pozwoliła.

Zaraz za słodyczą odezwał się palony akcent, w którym z kolei odnotowałam kakao w proszku, szybko przybierające postać gorącego kakao. Kakao z nutką kawy? Bardzo słodkiego, możliwe że z waniliowymi piankami marshmallow lub... bitą śmietanką... korzenną bitą śmietanką? Jednak chyba piankami.

Od gorącego kakao z czasem odciągnęły uwagę drzewa... drzewa gdzieś w gorących krajach...? Lub raczej palone drewno, przyjemnie trzaskające w kominku. Przy kominku zakręciło się trochę prażonych, grillowanych migdałów i orzeszków ziemnych, przechodzących w ogólnie orzechowy motyw. Nie był zbyt silny, jak i ogólna gorzkość - ta w zasadzie była po prostu niska.

Słodycz za to rozgościła się na poziomie wysokim. Przodowała w niej wanilia, która chwilami aż trochę przytłaczała i kakao, i mnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawił się subtelny kwasek, a wraz z nim śliwki. Już po chwili w zasadzie zatrzęsienie śliwek, jakby tak znaleźć się na targu w środku sezonu na śliwki. Śliwki ze śliwkami z dodatkiem śliwek. Oczami wyobraźni patrzyłam głównie na duże, jajowate sztuki o granatowo-fioletowym odcieniu. Śliwki miękki i słodkie, aż zasładzające, bo mimo soczystości, były specyficznie wręcz ciężkawe.

Kakao w tym czasie zdobyło się na trochę cierpkości. Znów mignęło kakao w proszku, po czym schowało się w... kakaowo-bananowym cieście "chlebku"? Naprawdę mocno bananowym, lekko cierpkawym od kakao. Wilgotnym, sytym cieście, które... przyprawiono korzenną szczyptą? Pieprzem? Acz nagle pojawiła się też ciastowa maślaność, łagodząca te charakterniejsze zapędy.

Słodycz waniliowa też to zabarwiła, wpisując pieprzny akcent w motyw kwiatowo ostrego syropu. Przywróciła kwiaty i wraz z nimi przyciszyła owocowe nuty.

Przy śliwkach odnotowałam jeszcze coś... egzotycznego, niejasnego, po czym gdy je tak dosłodzono... zmieniły się w nieco przesłodzony kompot oraz mokre, miękkie śliwki suszone, które potrafią aż zamulić, mimo lekkiej cierpkości.

Po zjedzeniu został posmak miękkich, dużych jajowatych śliwek o intensywnie słodkim smaku, bananów i lekka egzotyka, trochę przygaszonych wanilią. Ta wraz z cukrem wyszła aż trochę drapiąco, mimo że końcowo płonące drewno i motyw gorącego kakao też miały coś do powiedzenia.

Czekolada miała spory potencjał, ale niestety zasłonięty słodyczą. Wanilia mi przeszkadzała, acz zdaję sobie sprawę, że gdyby nie ona, byłoby zbyt cukrowo. Stąd uważam, że tabliczce przydałoby się więcej kakao, by mogło rozwinąć skrzydła. Nuty kwiatów, przechodzących w ostrawy syrop kwiatowy, pewna korzenność, pieprzność, palone drewno, trochę orzechów i ogrom śliwek świeżych, potem suszono-kompotowych, ciasto kakaowo-bananowe naprawdę zacnie się prezentowały, ale szkoda, że w tak słodkiej kompozycji. Kwasku bowiem było malutko, a gorzkości niemal wcale.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 26 października 2026

Lindt Marille mit fruchtigem Marillenbrand mleczna z brandy morelową

Czekolady mleczne i z alkoholem obecnie nie są tym, co przyciąga mnie w sklepach. Nie lubię też takich, które szybko się je. Stąd ta alkoholowa linia Lindta nie spędza mi snu z powiek. A jednak jest w niej coś, co zdecydowanie wyróżnia ją spośród czekolad z alkoholem. Mama, jedząca w sumie tylko mleczne czekolady i uwielbiająca słodycze z alkoholem, od dawna trzyma rękę na pulsie, czy przypadkiem w którymś markecie nie ma promocji na te tabliczki. Obie cenimy tę linię za to samo: warstwę cukrowego "szkiełka". I nie rozumiemy, dlaczego tak rzadko występuje w słodyczach. Gdy Mama zobaczyła po raz pierwszy tę tabliczkę, nie było promocji, a jako że nie pamiętała, czy ją jadła, z żalem ją minęła. Kiedy sprawdziłam i potwierdziłam, że nie jadłyśmy, uzgodniłyśmy, że trzeba ją kupić. Niestety, wykupili je. Zleciłam więc zakup ojcu. Miałam bowiem przeczucie, że może być dobra. Może jak śliwkowa Lindt Pflaume mit fruchtigem Pflaumenwasser?

Lindt Marille mit fruchtigem Marillenbrand to mleczna czekolada nadziewana (33%) morelową brandy oraz z warstwą "szkiełka" z cukru.

Po otwarciu rozbrzmiał intensywny zapach bardzo słodkiej i równie bardzo mlecznej czekolady. Cukrowość mieszała się ze sporą dawką waniliny, którą próbowało uszlachetnić trochę wanilii. Słodycz dodatkowo podkręcił jakby trochę cukrowy motyw soczystego alkoholu. Do rozpoznania, gdy się skupić: brandy. Moreli również można było się doszukać, acz nie były bardzo jednoznaczne i wystąpiły jako delikatne echo. Nawet przy rozwaleniu kostki, soczysta alkoholowość nasiliła się, ale morele jako morele nieszczególnie.

Tabliczka była delikatna i krucha przy łamaniu. Trzaskała przy tym. W miarę nieźle trzymała się linii podziału, a wypukłe części kostek nie pękały i płynne nadzienie na szczęście się nie wylewało. 
Wewnątrz każdej kostki umieszczono sporo likieru morelowego, oddzielnego od grubej warstwy czekolady także dość grubą warstwą z cukru, przypominającą szkło. Nadzienie było zupełnie płynne, choć wyraźnie gęstsze od wody, niczym likier i / lub syrop cukrowy.
Jak zawsze w przypadku takich tabliczek, ja najpierw obgryzałam płaskie brzegi każdej kostki, by na koniec zjeść "kapsułkę".
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Gęsto zalepiała usta, mięknąc zupełnie. Dała się poznać jako tłusta i bardzo kremowa.
Z czasem powoli zaczynała odsłaniać twardą warstwę cukrowego "szkła". Ta też się rozpuszczała, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pękała. Wtedy płynne nadzienie rozlewało się po ustach. Ze względu na formę lepkawej, gęstszej wody, szybko znikało.
Potem cukrowa warstwa rozpuszczała się wraz z czekoladą, by na koniec zostać osamotniona. 
Gryziona była cukrowo-szklista i rzężąco-chrupka.

W smaku od razu rozbrzmiała trochę przesadzona, drapiąca słodycz. Na jej płaszczyźnie łączył się cukier, wanilina i trochę wanilii. Wtórowało jej mleko. Bardzo wyraziste, nie dające się przygłuszyć.

Czekolada przybrała ciepły, leciutko orzechowy charakter z niemal uroczo-dziecięcymi zapędami, choć odbiór psuła tandetna nuta waniliny, uparcie pobrzmiewająca cały czas.
Sama w sobie czekolada nie przesiąkła alkoholem ze środka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka z wypukłą "kapsułką", miejscami spod czekolady wyłaniało się cukrowe "szkiełko". Choć nie było intensywne, dodało słodyczy specyficznego posmaku alkoholu. Smakowało jakby alkoholowym cukrem, cukrem nasączonym alkoholem. Przy nim już dało się wychwycić, że dodano jakiś lepszy, mocny alkohol.

Nim kostka pękła, brandy morelowa zdradzała swoją obecność połączeniem wysokiej słodyczy i lekkiego kwasku. Powiedziałabym, że to raczej likier niż brandy.

Kiedy "kapsułka" pękła, po ustach rozlał się zasładzający, mocny alkohol. Mimo niemal cukrowej słodyczy, nie brakowało mu soczystości. Brandy była do rozpoznania. Smak morelowy jednak okazał się wyrazisty znacznie mniej. Stał dopiero na którymś tam planie, ogólnie więc morelowość wystąpiła w tej kompozycji jako jedynie lekki akcent. Z czasem alkoholowość wydała mi się dosadniejsza, aż trochę gryzła w język i rozgrzewała gardło. Gdy nadzienie dochodziło do głosu, dominowało i odpędzało w zapomnienie wanilinę.

Morelowa nutka zaraz prawie zupełnie uciekła, a soczysty i jakby docukrzony alkohol pobrzmiewał coraz delikatniej aż płynne nadzienie zniknęło.

Czekolada po alkoholu wydała mi się bardziej wanilinowo-cukrowo słodka, za słodka w dodatku w nieco tandetny sposób. Mleko obroniło się - wciąż dobrze je czuć. Soczysty alkohol jako echo i ciepło w gardle też nie dało o sobie zapomnieć.

Cukrowe szkiełko gryzione po czekoladzie smakowało cukrowo-alkoholowo, ale nie ordynarnie. W zasadzie nawet w nim odnotowałam lekką, alkoholową soczystość.

Końcowo całość zasładzała, ale jeszcze w stopniu do przyjęcia.

Po zjedzeniu został posmak alkoholu, brandy, likiero-brandy, o zbyt wysokiej, cukrowej słodyczy i nuta moreli oraz również za słodkiej, ale już wanilinowo-cukrowej czekolady. Mimo że procenty i cukier aż gryzły w język, motyw mleka wciąż jawił się jako wyraźny. 

Czekolada rozczarowała mnie, bo dopadło ją to, co już od paru lat zaobserwowałam w stosunku do Lindtów: spadek jakości samej czekolady w wariantach smakowych, nadziewanych. Mleczny Lindt w tej serii kiedyś smakował mlekiem, cukrem, wanilią i tylko nutką waniliny, obecnie wanilina doścignęła cukier, przez co czekolada jawi się jako trochę tandetna. Cukrowe szkiełko wciąż zachwycające, ale nadzienie, które skrywało, niestety bez szału. Nie było morelowego uderzenia, czuć że to szlachetniejszy alkohol, w sumie nawet brandy można rozpoznać, ale nie jest to najlepsza tabliczka z serii. Nieidealne nadzienie w połączeniu z po prostu zadowalającą czekoladą wyszło trochę męcząco-drapiąco. Jedyna frajda to szkiełko, ale i to mimo jego obecności, bez żalu podzieliłam się z Mamą.

Mama tak ją opisała: "Sama czekolada smakowała mi, jak zawsze, bo lubię mlecznego Lindta. Nastawiłam się, że będzie więcej szkiełka... A nadzienie... Moreli nie czułam. Wydawało mi się za to aż spirytusowe, strasznie mocne. Może po prostu nie lubię brandy, nie wiem, nie piłam jej samej.".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (ale ojciec kupił chyba w Kauflandzie)
cena: nie znam
kaloryczność: 477 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, brandy morelowa (5%), laktoza, syrop cukru inwertowanego, odtłuszczone mleko w proszku, substancja żelująca: guma arabska; emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt słodu jęczmiennego, aromat

sobota, 24 października 2026

Beskid Chocolate Pumpkin Spice Latte Mleczna 48 % kakao Kuba Baracoa mleczna z Kuby z dynią oraz przyprawami: wanilią, cynamonem, goździkami, gałą muszkatołową i imbirem

Gdy dostałam tę czekoladę jako gratis, nie poświęciłam jej dłuższej chwili. Pomyślałam, że jest jedną z wielu rzeczy z przyprawą "Pumpkin Spice", czyli mieszanką przypraw korzennych do dyni i pewnie będzie podobna do Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte. Rozmaite produkty często mamią słowem "pumpkin" w nazwie, ale dyni przecież nie zawierają. Zdziwiłam się więc, przygotowując posta i przeklejając skład ze strony. Otóż ta czekolada dynię zawierała! I to nie mało. 
Choć interesująca, to jednak mleczna i z dodatkami, zabrałam ją w góry. Czułam, że i tak nie jest to tabliczka na domowe warunki. No, i nie byłam do końca pewna, czy dynia wystąpi w formie kawałków czy "na gładko". Jak się okazało, to drugie; na etapie konszowania.
Czekoladę otworzyłam w miejscu godnym takiej niecodziennej ciekawostki, na Szpiglasowym Wierchu, czyli jednym z moich ukochanych, ulubionych szczytów w Tatrach. Jakież miałam szczęście, że w kwietniowy wtorek, w który tam weszłam - pierwszy raz od strony Morskiego Oka - nie było tam ani człowieka! Jeszcze nigdy nie miałam Szpiglasa tylko dla siebie. A jakimi widokami mnie uraczył! No, kocham! Oby i czekolada równie mocno zachwyciła.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Pumpkin Spice Latte Mleczna 48 % kakao Kuba Baracoa to mlecza czekolado o zawartości 48% kakao z Kuby, z regionu Baracoa z liofilizowaną sproszkowaną dynią, wanilią i przyprawami korzennymi: cynamonem, goździkami, gałą muszkatołową i imbirem.

Otworzywszy, poczułam wyrazisty zapach ciepłych przypraw korzennych, bardzo wyrównanych: gałki muszkatołowej, cynamonu i imbir. Zwłaszcza ostatni mieszał się spójnie z soczystością i jakby ostrawymi kwiatami. Do głowy przyszło mi korzenne mleko bananowe oraz kwiatowo-korzenny kadzidełkowy dym. W tle zaznaczyła się kokosowa nutka jakby... Kawy z mlekiem kokosowym? Łatwo więc o myśl o kawie "pumkin spice latte", a więc z przyprawami do dyni, ale niekoniecznie o samej dyni. Ta się ukryła. Słodycz stała na dość wysokim poziomie i wpisała się w ciepło przypraw, co ułatwił jej karmelowy charakter.

Tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu wydała mi się bardzo masywna. Trzaskała średnio głośno. Zarówno spód, jak i przekrój obiecywały gładkość; utwierdziło mnie to w przekonaniu, że dynię dodano na gładko.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, chwaląc się wysoką gęstością i lepką kremowością. Dość wysoka tłustość była maślana, z wątkiem tłustego mleka, którego motyw nasilał się z czasem i bardzo pod koniec. Uraczyła niemal idealną gładkością. Niemal, bo jednak pewna proszkowa pylistość na końcówce się wyłaniała.

W smaku od razu rozbrzmiało wyraziste mleko w akompaniamencie karmelowej słodyczy i przypraw korzennych.

Za tym wszystkim mignął mi nieśmiały, jakby roślinny akcent. Taki jakby... słodkawo-wytrawniejszy? A w oddali zaznaczyły się słodkie owoce. Banan? Odciągał uwagę od tego niejasnego motywu, a po chwili wzmocniło go jeszcze więcej słodkich elementów: wanilii i kwiatów.

Przemknęła lekka, słodko-ostrawa goryczka gałki muszkatołowej, nieokreślona soczystość, a potem mleko zaczęło się nasilać. Zahaczało o śmietankę i... śmietankę kokosową?

Przyprawy zaczęły się bardzo rozwijać. Gałka i cynamon stały na równym poziomie od początku. Imbir dopiero je doganiał. Trzymała się ich jednak słodka, łagodząca nuta kwiatów. Korzenność, z początkowymi aspiracjami do wysokiej, w końcu zaskoczyła na lekko pikantny, ciepły tor.

W cieple przypraw kryło się trochę dymu. Acz jakby ciepłego i słodkiego. I tu weszła łagodząca wanilia, podpowiadając kadzidełka z przypraw i kwiatów? Dym podkreślił karmelowy charakter rosnącej słodyczy. Przyprawy umacniały jej słodki wydźwięk. Dym zaś przełożył się jednak też na leciutką gorzkawość. Albo raczej jej sugestię.

Soczystość trochę się wychylała i znów chowała. Była bardzo nieoczywista. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na sekundę przyszedł mi do głowy korzenny sernik dyniowy. Gotowany mocno mleczny sernik? Tsunami mleka zalewało mi usta, dynia uciekała.

Przyprawy korzenne za to miały się dobrze, mimo że wydawały się jakby ugodowe, gdy o ostrość chodzi.

Za nimi przewijała się drobna soczystość... Jakby z jakiegoś mlecznego kremu o bladoczerwonym kolorze do przełożenia tortu? Nie mogłam jednak żadnego czerwonego owocu wyraźnie uchwycić.

Odciągał od tego uwagę słodki, ale palony karmel. Jakby kokosowy karmel? Soczystość chwilowo wydała mi się trochę kokosowa. Myśli o słodkim kokosie podkręcała wanilia.

Kokosowe akcenty wydobyły z oddali niejasną roślinność. Nakierowały moje myśli na różne wege produkty roślinne, w tym zamienniki mleka. W tej właśnie roślinności przejawiała się jakby... wytrawniejsza słodycz? I wege sernik... Czyżby to był napój ryżowy? I trochę dynia?

Potem jednak znów wychwyciłam jakby iluzoryczne echo owoców. Pobrzmiewającego cytryną cynamonu cejlońskiego? Soczystego imbiru? Mocno korzennego ciasta chlebka bananowego? I znów jednak nie... jednak to była bardziej kokosowo-roślinna "soczystość". I znów! Czyżby ponownie przemknęła mi dynia? Na koniec na sekundę zrobiło się bardziej soczyście, ale... jakby ta soczystość osiadła w przyprawach: imbirze i cynamonie cejlońskim.

Przyprawy też nie próżnowały i zakończyły bez zmian, wyraziście, ale nie bardzo pikantnie. Trochę ostrzej, ale bez przesady, jako że korzenność scaliła się wtedy z kwiatami i wanilią w jedno.

Po zjedzeniu został posmak jakby roślinny wege produktów, w czym chyba zdradziła się dynia. Był tak wege roślinny, że można by zapomnieć, iż to prawdziwie mleczna, z mlekiem krowim, tabliczka. Do tego przypraw korzennych o nieco ostrym, goryczkowatym charakterze: głównie gałki i imbiru, dopiero potem trochę cynamonu. Czułam soczystość, która jakby chowała się w przyprawach. Aż dopytałam producenta o dodawany cynamon - okazało się, że istotnie dodają cejloński, a więc soczystość poniekąd mogła realnie do niego należeć.
Soczystość, ale właśnie i ta roślinność osiadły trochę w przyprawach. Przynajmniej częściowo. Echo dyni było bardzo zawoalowane. Czułam za to akcent bananów i kokosa, kwiatów, wzmocnionych wanilią a do tego echo dymu. Acz jakby słodko kadzidełkowego.

Tabliczka była dobra, ale zdecydowanie za mało dyniowa. Myślę, że kawałki liofilizowanej lepiej by się sprawdziły niż ta sproszkowana, dodana na gładko. Choć nie były bardzo silne, to jednak przyprawy ją zdominowały. Nie tylko jednak korzenne! Wanilii, podkreślającej kokosa i słodkie kadzidełka, też było sporo. Korzenne trochę podkreślały kakao.
Kompozycja w zasadzie mocno mleczna, ale przez nieoczywiste wtrącanie się niewyraźnie dyniowej dyni i napoju ryżowego, z powodzeniem robiła aluzje do wegańskiej, roślinnej.
Mnie taka słodka, mleczna, choć przyjemnie ciepła kompozycja znudziła, bo nie miała tego czegoś, czego w czekoladach szukam (kakao, ewentualnie właśnie bardzo ciekawego, wyrazistego dodatku). Normalnie jednak, gdyby nie miała być czekoladą dyniową, a korzenną, za smak i efekt mogłaby zgarnąć i 8-9.

Dziś przedstawiana cierpiała na tę samą wadę co Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte. W podlinkowanej była herbata i ledwo było ją czuć. W dziś przedstawianej dynia, której... prawie w ogóle nie było czuć. Dziś przedstawiana znudziła mnie więc po 28 gramach (większość poszła w górach, część w domu weryfikując), a resztę oddałam Mamie. 

Mamie nie smakowała. Jak to opisała: "Tych przypraw mi było za dużo*. Jakby zabijały szlachetność, wykwintność, a sprowadziły ją do takiej zwykłej czekolady. Nie smakowała mi. Nic w niej ciekawego nie czułam". Gdy spytałam, czy myśli, że może to "spłycenie wywołał dodatek dyni, niewyczuwalnej wyraźnie jako dynia, a nie przyprawy zawiniły", odpowiedziała, że "bardzo możliwe".
*Ale Mama nie lubi silnej korzenności; jak korzennie to lubi bardzo delikatnie, najlepiej tylko cynamonowo.


ocena: 7/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 29 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, mleko pełne w proszku, napój ryżowy w proszku, dynia liofilizowana 8%, wanilia, przyprawy 0,4% (gałka muszkatołowa, cynamon cejloński, goździki, imbir)

piątek, 23 października 2026

Chocolove xoxox Walnuts & Sea Salt in Dark Chocolate 55 % Cocoa ciemna z orzechami włoskimi i solą

Orzechy włoskie to obok nerkowców moje ulubione i nieustannie nie mogę się nadziwić, że jak jedne, tak i drugie, w czekoladach występują bardzo rzadko. Stąd mimo że Chocolove xoxox Almonds & Sea Salt in Dark Chocolate 55 % Cocoa mnie nie porwała, na dziś przedstawiana się skusiłam. Acz bardzo żałując, że na orzechach nie skończyli i dodali jeszcze sól. Ostatnimi czasy jednak, choć bardzo soli nie lubię, uznałam, że przyda mi się trochę - nawet wbrew sobie - pooswajać się z jedzeniowymi rzeczami, których nielubienie zwyczajnie utrudnia mi życie.

Chocolove xoxox Walnuts & Sea Salt in Dark Chocolate 55 % Cocoa to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z orzechami włoskimi i solą.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach orzechów włoskich zrównanych ze znacząco paloną czekoladą. Łączyła je goryczka. W przypadku orzechów jakby trochę duszna, w czekolady średnio silna, wchodząca w motyw węgla i ziaren kawy. Miała w sobie coś z wilgotnego, tłusto-ciężkiego czekoladowo-kakaowego ciasta, nasączonego czerwonym winem i polanego sosem czekoladowym, za którego sprawą rozbrzmiewała słodycz. Też średnia, łącząca wanilię i cukier przy małej dominacji tej pierwszej. Z odrobiną wina mieszał się akcent kandyzowanych czerwonych owoców. A czasem miałam wrażenie, że pod delikatną, ale też jakby cierpkawo-dusznawą soczystość wina podkradało się słonawe echo.

Trochę polewowa tabliczka przy łamaniu okazała się średnio twarda, a zarazem jakby trochę skaliście krucha. Trzaskała średnio głośno i jakby właśnie krucho, co napędzały orzechy, które łamały się wraz z nią.
Choć na spodzie tego nie widać, orzechów dodano bardzo dużo. Trafiały się ćwiartki, kawałki średnio-spore, średnie i trochę małych. Sporo z nich pokrywała delikatna skórka. W paru miejscach trafiły się małe fragmenty bez orzechów, ale na całą tabliczkę to dosłownie parę kęsów bez dodatku.
W ustach czekolada rozpływała się gładko, niemal ślisko ze względu na zbitą tłustość. Robiła to raczej powoli, chwilami zdradzając plastikowe zapędy, w jej mazistych smugach było coś z ulepka. A niemal do końca zachowała pewną twardość. Z czasem, bardzo rzadko, natrafiałam na mikroskopijne drobinki soli, ulokowane w pobliżu orzechów i rozpuszczające się na szczęście wraz z czekoladą, która bliżej końca ujawniła wodnistość.
Orzechy wyłaniały się z niej niechętnie. Czekolada pokrywała je jakby tłusto-mazistym smarem, więc trudno byłoby je gryźć wcześniej, nie gryząc czekolady. Dlatego ja zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec. Gdy bowiem na próbę pogryzłam kawałek, struktura orzecha była taka sama jak na koniec, ale czekolada wydawała się tłusto-polewowa do bólu.
Orzechy gryzione okazały się w większości miękkie. Leciutko trzeszczały. Tylko nielicznym zdarzyło się lekko chrupnąć.

W smaku czekolada przywitała się średnio wysoką słodyczą, jakby mieszanką cukru i wanilii. Nasilała się. Po chwili wydała mi się jakby z echem jasnego miodu (np. rzepakowego)? Acz zaraz zniknął. Wanilia próbowała maskować cukrowość, ale po chwili ta i tak stanęła na równym poziomie i wraz z wanilią poszły w dusznym kierunku.

Bardzo, bardzo rzadko odrobinka soli potrafiła przemknąć i zaraz zniknąć już na początku. Acz łatwo ją wtedy przeoczyć. 

Pomyślałam o miękkich, czekoladowo-kakaowych piernikach w cukrze... Cukrowej glazurze? Mieszance pierników w glazurze i kakaowej polewie.

Po chwili odezwała się też palona nuta. Palonych ziaren kawy? Paloność rosła w siłę i pokierowała klimat w stronę kakaowo-piernikowego ciasta z kakaową polewą. Poprzez polewę na moment wkradło się echo taniości... Polewę na nie najwyższych lotów cieście z makiem? Za jego sprawą w kompozycji rozgościły się cierpkość, gorzkość. Nie wysokie, ale wyraźne. Do ciasta prawie na pewno podano kawę, a w tle doszukałam się węgla.

Niegryzione orzechy nie odzywały się szczególnie wyraźnie, ale wplatały gorzkawo orzechową nutkę, a tym samym trochę podkreślały gorzkość i trochę spychały na bok słodycz. Sól z kolei... z nią było różnie. Przez większość czasu w ogóle się nie odzywała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w niektórych, w zasadzie niewielu kęsów - w tych z orzechami - jednak owszem. Leciutko, wydobywając z bazy soczystość. Taką, która dobrze się czuła w paloności, trochę kojarzącą się z czerwonym winem. Cierpko-słodkim i... przywołującym trochę kandyzowanych czerwonych owoców, głównie żurawiny?

Gdy z ciekawości pogryzłam orzechy wcześnie, obok czekolady, smakowały wyraźnie i czasem też pojawiała się przy nich niepasująca do nich sól, ale czekolada uprościła się nieprzyjemnie do roli zasładzającej, mocno waniliowo-cukrowej i trochę maślanej.

Kiedy spróbowałam trochę samej czekolady, okazało się, że nie przesiąkła orzechami, a i soli w tych fragmentach nie uświadczyłam. Wydawała się tam za to słodsza w tanio-polewowy sposób.

W kęsach, gdzie sól się nie pokazała, soczystość była niemal nieuchwytna.
Tak czy inaczej za to, słodycz rosła, zaznaczając się w gardle.

Gorzkość (i tak niska) analogicznie słabła. Jej miejsce zabierała maślaność i śmietanka jakby prosto z czekoladowego ganache... Które mogło wieńczyć ciasto (wyparło taniawą polewową nutę). A to zaś zrobiło się kakaowe, już niezbyt piernikowe. Wciąż jednak bardzo słodkie.

W słodkiej strefie wanilii wreszcie udało się wybić na przód. Dodała do ciasta wizję sosu czekoladowego, przesłodzonego cukrem i wanilia.

W cieście tym końcowo pobrzmiewało kakao w proszku. Czasem, gdy sól z okolic orzechów odezwała się dopiero wtedy, przypominała o soczystości. Wina i żurawiny, z odrobinką czerwonych jabłek?

Maślaność i lekko gorzkawe, palone kakao zaraz przysłaniały to jednak i tak.

Orzechy włoskie gryzione na koniec dały się poznać jako bardzo wyraziste, naturalnie słodkawe i lekko goryczkowate za sprawą skórek. Niektóre były bardziej gorzkie w pozytywnym sensie, inne prawie wcale. Zawsze więc wychodziły przyjemnie. Bardzo dobre, powiedziałabym, że surowe, a więc najlepsze, jakie mogli dodać.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich, z echem wanilii i jakby czekoladowo-kakaowego ciasta, w którym nie żałowano masła i kakao w proszku, a które wieńczyło... coś między maślano-śmietankowym ganache, a już taniawą polewą. Zbliżyło się to do przesłodzenia, ale orzechy od niego skutecznie ratowały.

Tabliczkę uważam za dobrą, choć nie jakąś szałową. Przesłodzona baza o znikomej gorzkości, duszna od wanilii i cukru byłaby kompletnie niewarta uwagi, gdyby nie dobry dodatek orzechów. To, że dodano konkretnie włoskie to ogromny atut, bo to prawdziwa rzadkość, a to właśnie włoskie idealnie swoim bardziej gorzkim charakterem poradziły sobie z przesłodzeniem. Kolejny plus to ich ilość: bardzo dużo porządnie sporych kawałków.
Muszę też przyznać, że choć nie lubię soli, ta odrobina tutaj działała bardzo na plus, wydobywając z czekolady soczystość, wywalczając w niej odrobinkę głębi. Była to na tyle subtelna słoność, że nie zaklasyfikowałabym jej do "czekolada z solą", a jedynie podkreślająca - bardzo dobre posunięcie, acz wolałabym bez tej odrobiny soli, a po prostu więcej kakao, mniej cukru.
Za smak i jakość obiektywnie powinna dostać 7, ale naciągnęłam jej o punkt więcej ze względu na to, że wykorzystała niszę rynkową: czekolad z orzechami włoskimi prawie się nie spotyka. Jest więc niespotykana.


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 17.83 zł (za 90g)
kaloryczność: 517 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, lecytyna sojowa i/lub słonecznikowa, wanilia), orzechy włoskie, sól morska

środa, 21 października 2026

Chapon Cacao Rare Madagascar ciemna 74 % z Madagaskaru

Trochę markotna pisałam wstęp do Chapon Madagascar Sucre de Bouleau i wtedy nawet mi się nie śniło, że w ciągu tygodnia będzie mi dane zrobić takie porównanie. A jednak! Chciałam zacytować opis producenta, a na jego stronie wyświetliła mi się tabliczka, która musiała wyjść po tym, jak zakupiłam tamtą: właśnie dziś przedstawiana, czyli słodzona cukrem, a nie słodzikiem. Żałowałam, że moje kochane lemury znalazły się na słodzikowej, nie klasycznej, ale trudno. Chociaż... długo zachodziłam w głowę, dlaczego na dziś przedstawianej znalazł się wyrak, który - z tego co sprawdziłam - żyje na Borneo, Celebesie, Indonezji, południowych Filipinach, ale nie Madagaskarze (?).
I tak bardzo się cieszyłam na zjedzenie dziś przedstawianej. Do tego stopnia, że czym prędzej złożyłam zamówienie (mimo że miałam przez kolejne kilka miesięcy nie kupować czekolad ze względu na zapas i perspektywę jednego kosztownego wyjazdu). To było silniejsze ode mnie! Specjalnie też odłożyłam końcówkę Chapon Madagascar Sucre de Bouleau w sreberku, by móc je lepiej "na świeżo" porównać. Zrobiono je bowiem z takiego samego kakao od Bertila Akessona, a zmieniono tylko słodzidło i trochę jego zawartość.

Chapon Cacao Rare Madagascar to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano, z plantacji Bejofo.

Po otwarciu nastąpiła eksplozja zapachu owoców. Z jednej strony czerwonych, a więc kwaśnych wiśni i surowej żurawiny, z drugiej cytrusów: słodko-cierpkich grejpfrutów oraz kwaskawych mandarynek i/lub słodkich pomarańczy. Cytrusy i czerwone owoce walczyły ze sobą o pierwszy plan, a za nimi w tym czasie rozlał się motyw mocno kwiatowy, słodki i zarazem rześki, przywodzący na myśl kwiaty wodne oraz ziemisty. Ziemia wydała mi się w tym ujęciu nieco pieprzna... Jak ziemisty, a zarazem rześki pieprz? Owoce kwaśność łączyły ze słodyczą w harmonii, zaś w tle odnotowałam jeszcze kwasek o zupełnie innym charakterze, kojarzący się z kiszonkami (kapustą duszoną w winie ze śliwkami?) i chlebem na zakwasie, przypieczętowujący nieco wytrawniejszy motyw.

Tabliczka była twardo konkretna, a przy łamaniu odpowiednio głośno trzaskała. Wydawała się nieco polewowo krucha, choć się nie kruszyła.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, przez pewien czas zachowując kształt, ale robiąc się jednocześnie coraz bardziej miękką i plastyczną. Była gładka, kremowa i dość, chociaż nie męcząco, tłusta. Maziście, lepkawo pokrywała podniebienie, co nie przeszkadzało w rozwoju soczystości. Końcowo bardzo wysokiej.

W smaku pierwsza rozeszła się dość wysoka słodycz, jeszcze trochę rosnąca w ciągu kolejnych sekund. Przemknął mi w niej prosty, trochę toporny akcent cukru, ale zaraz odciągnęły od niego uwagę kwiaty.

Ogrom kwiatów. Albo wręcz Kwiatów przed duże "K". Kwiatowa eksplozja miała miejsce na pierwszym planie. W tym czasie próbowała przedrzeć się zza nich kwaśna cytryna, ale jakby zrozumiała, że nie ma szans i jedynie soczyście pobrzmiewała za nimi. Kwiaty pchały mi się do głowy białe i wilgotne, wodne, a więc rześkie, ale nie tylko. Było w nich coś egzotycznego.

Do kompozycji dołączyła delikatna, palona - i jakby wręcz prawie pikantnawa? - gorzkość. Nadała jej powagi, szlachetności, ale nie wtrącała się za bardzo.

Kwaśność w tle została trochę stonowana maślanością. Ona również spowolniła wzrost słodyczy, po czym zaczęła przeistaczać się w bardziej "nabiałowy wątek", i... przekonała się do kwasku, serwując mi motyw maślanki i kwaskawego jogurtu naturalnego. 

Kwaśności w końcu udało się dołączyć do kwiatów na pierwszym planie. Nie była to jednak czysta kwaśność, a soczysta kwaśność wymieszana w niemal równych proporcjach ze słodyczą, jako że reprezentowały ją mandarynki. Kwiaty ustąpiły miejsce cytrusom, które cały czas konsekwentnie umacniały kwaśność. Do mandarynek dołączyły słodko-kwaśne pomarańcze i słodko-cierpkie grejpfruty. Grejpfrut mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszedł na prowadzenie cytrusów.

Zaraz po cytrusach na drugim planie także znalazła się soczysta kwaśność, ale przez pewien czas mniej słodka, bo należąca do kwaśnych, niezbyt dojrzałych wiśni oraz surowej żurawiny. Chyba nawet czerwone porzeczki się tam zaplątały... Gdy zaczęło się robić bardzo kwaśno, motyw czerwonym owoców stonował jogurtowo-maślankowy akcent. Zamknął czerwone owoce jakby właśnie nieco posłodzonej maślance, takim jakimś jogurtowym koktajlu albo... mleku smakowym wiśniowym? Za nim, prawie niespostrzeżenie, do czerwonych owoców (głowie wiśni) wkradło się nieco cukierkowe  echo. Znów słodycz wydała mi się taka... "dodana", nie w pełni harmonijna.

Niemal zawoalowana gorzkość pokierowała część kwasku w bardziej wytrawnym kierunku... jakby kiszonkowym (kiszone owoce?!), coś jak japońskie śliwki ume, trochę... jak chleb na zakwasie z niedookreślonymi wiśnio-śliwkami?

Cierpki grejpfrut podkreślił wycofaną gorzkość. Zrobiło się bardziej cierpko, przy czym wychynęła ziemia i pieprz. Jakby ziemisty pieprz, albo ziemia pieprznie pikantna? Ogrom soczystej kwaśności zasugerował pieprz cytrusowy, który mimo pewnej ostrości, wyszedł dość rześko. Podyktował cięższo-szlachetniejszy wydźwięk tej "dodanej" słodyczy, kierując ją w waniliową stronę. Co nagle z kwiatami wydało mi się przybierać przytulny, tulący klimat. Kwaśność powoli zaczęła słabnąć ze względu na waniliowo-maślany krem do tortu na biszkoptach czekoladowych.

Po zjedzeniu został posmak czerwonych, kwaśnych owoców i słodko-cierpkich cytrusów: głównie grejpfrutów i mandarynek, z wyraźnie pieprznie-ziemistym, goryczkowato-pikantnym tłem. Słodycz również się zaznaczyła jako wysoka, ale ograna owocami i przyprawami, kwiatami.

Czekolada wyszła przepysznie, z małym tylko zastrzeżeniem: chwilami przeszkadzała mi słodycz, która jakby nie mogła się odnaleźć. Czuję, że z cukrem trzcinowym ta kompozycja z łatwością zgarnęłaby mocną 10. Ogrom soczyście kwaśnych, ale nie kwachowatych owoców, a więc czerwonych wiśni, żurawin, porzeczek, wtórujących nieco dominującym cytrusom: grejpfrutom z mandarynkami z dodatkiem mandarynek świetnie współgrał z intensywnymi kwiatami. Trochę kwaskawo-nabiałowych nut, ziemia i pieprz, waniliowa końcówka idealnie to wzbogaciły. Nie przeszkadzały mi nawet akcenty maślano-łagodzące czy to, że ogół był mało gorzki. Wysoka słodycz nie przeszkadzała jakoś bardzo, bo wydawała się w dużej mierze kwiatowa i owocowa, a kwaśność wspięła się na wyżyny.

Dziś przedstawiana czekolada wyszła zupełnie inaczej niż Chapon Madagascar Sucre de Bouleau  - do tego stopnia, że nie zgadłabym regionu tamtej. Przede wszystkim dzisiejsza wydawała się... owocowo żywsza. Owszem, w obu wystąpiły czerwone i cytrusowe owoce, chleb, ziemia, rześkość, ale w zupełnie innym wydaniu. We wspomnianej mimo że słodzik się aż tak jawnie, chamsko nie wyłaniał, to jednak pohamował kwaśność, soczystość. Z czerwonych owoców czułam w niej czereśnie oraz wiśnie i porzeczki, a chleb był wyraźniejszy, ziemia metaliczna, z roślinnych motyw to nie kwiaty, a zioła, rośliny i deszczowy, wodnisty chłód, z nabiału ubijana zimna śmietana, nie zaś jak w dzisiaj prezentowanej splot maślanki, jogurtu, masła i mleka, zgrywających się z owocami.
W zasadzie różnić powinno je może nawet jakieś 2-3 punkty, a nie tylko 1, ale to tabliczki -  moim odczuciu - z kompletnie różnych kategorii. Nie będę bowiem odejmować punktów czekoladzie ze słodzikiem za to, że zawiera słodzik.


ocena: 9/10
cena: € 9.50 (ok. 40 zł; za 75g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 października 2026

E. Wedel Mleczna Winogronowa mleczna z winogronowym kremem mlecznym i konfiturą winogronową

Jakiś czas temu Mama kupiła sobie nowość Wedla: czekoladę mleczną z nadzieniem mirabelkowym. Czułam, że będzie źle i nawet się nie zbliżyłam. Ponoć słusznie, z tego co mówiła Mama, która "dawno nie jadła tak potwornej czekolady". Potem jednak Wedel trochę zrehabilitował się w jej oczach czekoladą Pawełek. Mnie ona jednak bardzo nie smakowała. Stąd, gdy dostałam od ojca dziś przedstawianą, miałam złe przeczucia. Z drugiej jednak strony bardzo podoba mi się pomysł na nią, ponieważ uważam, że na europejskim rynku słodyczy winogrona są bardzo niedoceniane i pomijane. W Japonii wręcz przeciwnie: smak winogronowy jest dość popularny. A ta tabliczka pochodzi z linii właśnie inspirowanej smakami Japonii. Czyli teoretycznie klimaty moje.


E. Wedel Mleczna Winogronowa to czekolada mleczna o zawartości 29% kakao z nadzieniem (42%) o smaku winogronowym, a dokładniej z kremem mlecznym winogronowym oraz konfiturą / dżemem / żelem winogronowym.

Po otwarciu uderzył wręcz jakby agresywny zapach winogronowy, któremu prawie dorównywała intensywna, przecukrzona czekolada mleczna. Winogronowość była czysto chemiczna: słodziutko-kwaskawa w cukierkowo-żelkowy, przytłaczający sposób. Mocno kojarzyła mi się z duszno pachnącymi pisakami i gumkami do mazania zapachowymi winogronowymi (kiedyś takie "chińskie rzeczy" wśród dzieciaków robiły furorę), nieco mniej z gumami do żucia i żelkami, cukierkami. Dziwnie mieszało się to z konwencjonalną czekoladą. Na zasadzie kontrastu ta wydawała się, mimo okrutnej cukrowości, porządnie mleczna.

Tabliczka w dotyku zdradzała tłustość i przypominała plastik, potencjalnie miękki i łatwo się rozpuszczający. Miałam wrażenie, że zaraz zacznie się rozpuszczać w dłoniach, ale nie zaczęła.
Podczas łamania sama czekolada trochę się kruszyła, jako tako trzymając się linii podziału. Okazało się, że biało-bladoróżowawym z mikroskopijnymi kropeczkami była nadziana niemal po całości, tylko na środku wzdłuż biegł cieniutki pasek - po linii podziału - bez tego kremu. Nie pożałowano tej miękko-tłustej warstwy. Każda kostka zawierała jeszcze średnią ilość żelowego dżemu. Ten miał zwartą konsystencję i bardzo się kleił.
W ustach czekolada rozpływała się prędko i tłusto. Dała się poznać jako miękka i zalepiająca, a do tego proszkowa. Czuć w niej lekką ulepkowatość.
Po kilku chwilach pękała, ujawniając nadzienia. Białe spokojnie rozpływało się wraz z czekoladą, trochę zlewając się z nią. Okazało się tłusto-plastyczne i bardzo miękkie, a do tego nieco proszkowe. Cechowała je trochę gumiasta zwięzłość. Znikało zawiesinowo-rzadko. Raz po raz wyraźnie czuć w nim większe drobinki, które lekko przyspieszały rozpuszczanie się. Jak się okazało, to jakby proszkowo-kryształkowe drobinki z soku i cukru.
Dżem zaś z łatwością rozlewał się po ustach. Był dość rzadki i lepki, a także nieco przecierowo-galaretkowaty, niegładki. Sporadycznie można w nim uświadczyć parę trzeszczących owocowych drobinek: jakby skórki i drobinki jakby zmiksowanych miękkich galaretek.
Nadzienie dżemowe znikało najszybciej, zostawiając miękką, tłusto-lepką maź, w którą zmieniła się czekolada i krem mleczny. Z czasem został już tylko nieco gumiasty krem mleczny z coraz bardziej wyłaniającymi się kryształkowo-proszkowymi, zawilgoconymi drobinkami, rozpuszczającymi się wraz z nim. Wystąpiły w ilości średniej.

W smaku czekolada od razu powalała przesadzoną słodyczą cukru i nutką waniliny. Mieszała się z winogronowym echem. Już ona sama dała by radę człowieka zasłodzić kompletnie.
Po chwili dołączyło do nich stłumione, niecharakterne mleko, które jednak z czasem się rozkręcało.

Czekolada spróbowana osobno okazała się przesiąknięta sztucznie owocowym nadzieniem. Sama w sobie była okrutnie cukrowa, trochę wanilinowa, ale też całkiem nieźle mleczna. W zestawieniu z nadzieniami zaś bardzo mleczna.

Nadzienia bardzo szybko wkraczały do gry. Obie warstwy drastycznie podnosiły słodycz i kierowały ją w sztuczną, owocową stronę. W gardle słodycz zaczynała drapać.

Winogronowo dżemowa warstwa wydała mi się wręcz krzykliwa, gdy tak narzuciła słodyczy chemiczną cukierkowość. Szybko się rozkręcała. Oddawała rozmaitości o zapachu ciemno winogronowym: gumki do mazania, długopisy, naklejki. Słodziaśne, duszne rzeczy dla dzieci, niezbyt spożywcze, acz w towarzystwie bardziej słodko-kwaskawych (już spożywczych, choć też sztucznych) galaretek, żelek, gum do żucia itd. Winogronowych oczywiście. Takich, co do słodyczą aż pieką w gardle.

Mleczny krem początkowo okazał się bardziej zachowawczy. Puścił przodem dżem, a sam pobrzmiewał w tle. Wydał mi się słodko-nijaki, sztuczny w sposób... winogronowy? On to dopiero był marginalnie mleczny (przy nim czekolada jawiła się jako bardziej mleczna). Dodał też oleisty, margarynowy wątek, acz ogólnie starał się wpisać w winogronowy smak dżemu, z czasem zdobywając się na kwasek. Chwilami dość silny.

"Biały" krem spróbowany osobno okazał się nieszczególnie mleczny, na pewno cukrowo przesłodzony, tłuszczowy, a także znikomo sztucznie winogronowy. Winogronowe echo oraz z czasem kwasek punktowo się w nim zaznaczały (od tych drobinek).

Dżem, gdy już rozbrzmiał w pełni, dominował napastliwie chemicznym smakiem ciemno winogronowym, łącząc przesadzoną słodycz z lekkim kwaskiem, po czym mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaczynał znikać i słabnąć.

Chemicznie winogronowy wątek utrzymywał się jednak do końca. 

Czekolada nie wystraszyła się całej tej chemii. W zasadzie starała się jak mogła dać się poznać z mlecznej strony, ale pod koniec jej cukrowość też bardzo dawała się we znaki. Drapała w gardle wraz ze słodyczą wnętrza.

Sztuczna winogronowość trzymała się białej warstwy, która po debiucie, a następnie zniknięciu dżemu, rozpłynięciu się czekolady wydawała się bardziej słodko-ciężka, a także kontrastowo kwaśna. Raz po raz wyskakiwał z niej silny, sztucznie-cukierkowy kwasek, wręcz kwas związany z drobinkami, kojarzący się z kwaskiem cytrynowym i kwaśnym cukrem z żelek.

Po zjedzeniu został posmak chemicznych, słodkich rzeczy winogronowych, cukierków etc.  winogronowych z kwaśnym echem oraz wycofanej, mleczno-cukrowej czekolady.

Całość była... bardzo specyficzna. Okrutnie chemiczna, ale niewątpliwie jednoznacznie winogronowa. Mam wrażenie, że w przeciętnej mlecznej czekoladzie zamknięto tu motyw "chińskich zapachowych rzeczy", sztucznych cukierków, co... o ile pasuje tym kategoriom produktów, z czekoladą wyszło dziwnie. O dziwo sama czekolada wydała mi się mało wedlowa (co wyszło na plus, bo w mlecznych Wedlach zawsze czułam nutę jakby piankową i wanilinową i nienawidziłam ich przez to), a po prostu przeciętna, jak jedna z wielu tanich mlecznych. Gdy pomyślę o okrutnie cukrowych, sztucznych słodyczach z Azji... ta czekolada właśnie je oddaje. Acz nie jest to zaleta, wolałabym po prostu smaczne nadzienie winogronowe.
Słodycz całości przesadzona, drapała w gardle i męczyła bardzo szybko, kwaśność od niej nie ratowała, bo na zasadzie kontrastu nakręcały się nawzajem. I nie była to kwaśność dobrego typu, a też sztuczna. To nie słodycz była największą wadą tej czekolady, a chemia właśnie.
Biorę jednak namiar na to, że tego typu słodycz po prostu już takie cukrowo-chemiczne są. Ogólnie więc czekoladzie za to, jaka była, należy się 2, jednak za pomysłowość i sięgnięcie za niepopularny smak winogron, które - co by nie napisać - tutaj czuć, podniosłam ocenę o punkt. Mimo że pod koniec pierwszej kostki już się przez sztuczne przesłodzenie krzywiłam, a jeszcze przed dotarciem do połowy drugiej, czyli w sumie po 14 gramach, odpadłam.
Jedyne, co mogę powiedzieć o niej bardzo pozytywnego, to to, że podoba mi się lśniący kotek Maneki-neko z tyłu opakowania...

Oddałam Mamie, która zjadła i tak ją opisała "No faktycznie nie szczególna ta czekolada. Za słodka, że aż drapie, sztuczna. Niby forma, jaką lubię, a więc biały krem i dżem, ale ogół mi nie pasował. Zwłaszcza beznadziejne były te kuleczki, co na koniec zostawały, jakby kwasek cytrynowy. Takie bezsensownie, nieprzyjemnie kwaśne".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, łuszcz mleczny, emulgatory: lecytyna sojowa i E476; aromat), cukier, wsad winogronowy 12% (syrop glukozowo-fruktozowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; koncentrat soku z czerwonych winogron, skrobia modyfikowana, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; substancja żelująca: pektyny; koncentrat soku z czarnej marchwi, aromat naturalny), tłuszcz roślinny palmowy, pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, zagęszczony przecier jabłkowy, aromat, lecytyna sojowa, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentraty roślinny: spirulina, słodki ziemniak, marchew, borówka czarna

niedziela, 18 października 2026

Endangered Species Blueberry 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszonymi jagodami

Polubiłam się z marką Endangered Species, a że nie jadłam jej już od jakiegoś czasu, uznałam, że na kolejny wyjazd w góry koniecznie muszę coś właśnie od nich wziąć. Mój wzrok, gdy przeglądałam listę posiadanych, raz po raz padał właśnie na dziś przedstawianą, więc uznałam, że to dobra kandydatka. I po prostu miałam ochotę na jagody. Wzięłam ją na najwyższy punkt wyprawy w Tatry na Grześ-Rakoń-Wołowiec. Pod koniec marca wreszcie trafiłam na zacną widoczność w tym regionie! Po tym, jak minęłam Rakoń, czekało podejście na Wołowiec niebieskim szlakiem. Niestety, nieprzyjemnie wiało... nie jednak na tyle, by uniemożliwić mi cieszenie się widokami i atmosferą. Fakt, wiatr utrudniał zdjęcia na szczycie, ale się udało. Było warto! Wróciłam dokładnie tą samą drogą przez Rakoń i Grześ, bo odbicie przez Wyżnią Chochołowską Dolinę wyglądało nieprzystępnie, jak przepaść, a nie zejście.

Endangered Species Blueberry 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszonymi jagodami.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ziemi i palono gorzkiej kawy z bardzo słodkim syropem. Słodycz budował cukier z wanilią, ale od przesłodzenia sytuację ratował akcent ciemnych owoców, w tym leśnych jagód. Nakręcały wilgotny wydźwięk ziemi i wątek mokrych kamieni. Jawiły się jako tak zgrane z czekoladą, że nabrałabym się, iż to nie dodatek, a jej nuta. Łączyły słodycz z cierpkością.

Na spodzie twardej, bardzo ciemnej tabliczki dodatek zaznaczył się tak delikatnie, że można by go przeoczyć.
Podczas łamania czekolada trzaskała bardzo głośno. Wydawała się zbita. Przekrój ujawnił już trochę kulek jagód. Jak się później okazało, było ich o wiele, wiele więcej. Tak dużo, że kęsy bez nich trafiały się sporadycznie. Za to malutkie kęsy z kilkoma jagódkami, często.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, zachowując zbity kształt i pokrywając podniebienie mazistymi smugami. Niosły gładkość i kremowość, a jednak czuć w niej także pylistość i suchość. Odwracały uwagę od tłustości, która choć wyczuwalna, nie wychylała się. Baza wydawała się bardzo masywna, choć nie twarda. Dodatki dobrze się w niej czuły i nie wychylały się zbyt szybko. Trudno byłoby gryźć je wcześniej, nie ruszając czekolady, więc tym bardziej wolałam (pomijając, że po prostu tak wolę) zostawiać je na koniec. Acz sporadycznie całkiem przyjemnie było którąś leciutko, delikatnie  nadgryźć. Kiedy pogryzłam ze dwie jagody wcześniej na próbę, były twarde i suche.
To, jak dużo zatopiono jagód w czekoladzie, wychodziło na jaw dopiero z czasem. Naprawdę ich nie pożałowano!
Z czasem tłustość nagle zaczynała odgrywać o wiele ważniejszą rolę, a czekolada znikała tłusto rzadko.
Gdy gryzłam owoce na koniec, pewną twardość utrzymały, ale połączyły ją z lepkością i drobną soczystością. Były lepkie, czuć w nich drobniutkie pesteczki. Lekko trzeszczały za ich sprawą. Przybrały na wilgotności, ale czuć, że to suszone, nie świeże owoce. Dodano całe kulki małe i średnie.
 
W smaku pierwsza rozbrzmiały palona gorzkość i ziemia, a tuż za nimi słodycz. Słodycz prędko rozwijająca się. Gdy zahaczyłam o którąś z jagód zębem, już na początku pojawiała się subtelna soczystość jagód.

Ogólnie jednak soczystość i tak zaraz zdradzała swą obecność. Tylko że nie była szczególnie jednoznaczna, bo rozchodząca się słodycz serwowała w tym czasie mnóstwo wanilii. Za wanilią zaznaczyła się subtelna nutka... migdałów? Które starały się trochę złagodzić kompozycję, acz po chwili same zniknęły.

Czekolada w pobliżu jagód przesiąkła nimi, jawiąc się jako bardziej soczysta. Soczystość podkręcała też czarną, wilgotną ziemię.
Czekolada bez jagód również wyraźnie smakowała jagodami, ciemnymi owocami, z tym że słabiej. Wydawała się też bardziej słodka, nieco za słodka.
Gdy z ciekawości pogryzłam jagody wcześniej, obok czekolady, były mniej wyraziste. Lekko słodko jagodowe, wyraźnie suszone, a przez to nie satysfakcjonujące. Czekolada w zestawieniu z nimi za to wyszła bardziej cierpko-gorzko, ale w taki prosty sposób, i jednocześnie bardziej maślano, więc bez szału.

Soczystość także zdecydowała się na słodycz, przywodząc na myśl ciemne owoce w formie dżemu, przetworów. Przez moment soczystość zasugerowała kwasek, ale ten nie nadszedł. Mimo że ta obietnica, aluzja cały czas gdzieś tam w tle wisiała. Jagodowy motyw towarzyszył czekoladzie cały czas wyraźnie, niczym cień.

Gorzkość w tym czasie zahaczyła o popiół, jednak od soczystego echa przybrała trochę wilgoci, kierując moje myśli na wilgotną ziemię... A mimo to z czasem wróciły palone tony. Zajęły miejsce obok ziemi i starały się zasugerować jej rozgrzanie letnim słońcem.

Słodycz płynęła w zgodzie z gorzkością, czerpiąc z jej palonego charakteru. Robiła się trochę karmelowa, lecz nie zapomniała o wanilii, toteż pomyślałam o waniliowym karmelu, a po chwili o syropie waniliowo-karmelowym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie odzywały się jagody w kęsach z nimi. Nawet nie gryzione. Lekkie podgryzanie smak ten umacniało. Jagodowy motyw złagodził słodycz, mieszając ją z cierpkością właśnie poprzez jagodowość. W kęsach bez jagód też było je czuć, ale słabiej. Do kompozycji dołączyła leciutka maślaność (maślana migdałowość?), acz gorzkość o palono-ziemistym charakterze nie zachwiała się.

Także mimo wzrostu słodyczy. W zasadzie w harmonii się ze sobą mieszały, tworząc klimat bardzo syropowy. Niczym słodki syrop czekoladowy, którym zalano kawę.

Kawę, podaną do czekoladowo-kakaowego ciasta? Ciasta bardzo wilgotnego. Polanego kakaowym sosem? Sosem... Kakaowo-jagodowym? Ewentualnie z dżemem kakaowo-jagodowym. Słodycz, choć zwolniła, rosła, kierując uwagę na ciasto z sosem. Sos, syrop i wanilia połączyły siły, a jednak i z soczyście-cierpko-słodkimi jagodami się polubiły. Splotły się w nieoczywisty sposób, że to, że to suszone jagody nie było takie jasne.

Soczystość umocniła wilgoć w gorzkim wątku, wydobywając z niego mokre skały. Jagody końcowo miały jeszcze więcej do powiedzenia, przypominając o ziemi i podkreślając ją. Połączyła je cierpkość. 

Jagody gryzione na koniec były bardziej wyraziste. Zaczynały od cierpkości, która przechodziła w smak kwaskawo-słodki, czasem bardziej kwaśno-słodki, by na koniec pokazać się jako bardzo słodkie. Czasami aż nierealistycznie słodkie. Były soczyste, mimo że rozpoznawanie suszone.

Po zjedzeniu został posmak cierpko-słodkich, nawet w porywach kwaskawych jagód, mieszających się z akcentem ciemnych owoców oraz cierpkością wilgotnego ciasta kakaowego z wanilią. Nie brakowało czarnej ziemi. W tle była kawa, trochę poważniejszych skał i paloność.
 
Byłaby wybitna, gdyby nie tyle słodyczy. Czułam, że o wanilię tu za dużo, jednak z drugiej strony... Wanilia chyba maskowała cukrowość. Nie wiadomo więc, jak by to wyszło bez niej. Bardzo podobał mi się smak jagód, jakby nie tylko związany z dodatkiem. Czekolada bazowo była przyjemnie gorzka za sprawą ziemi wilgotnej i gorące, dymu oraz kawy, ale nie siekierowa ze względu na akcenty migdałowo-maślane i w końcu wysoką słodycz wanilii, syropu, dżemową, karmelu i trochę ciastową. Suszone jagody odnalazły się w tym bardzo dobrze i współpracowały.

Przypomniała mi się Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Blueberry Organic Belgian Chocolate o również ziemistym charakterze. Wspomniana była jednak bardziej złożona, nieco wytrawniejsza, a jagodom jakby towarzyszyły śliwki. Jako że mniej słodka i zawierająca więcej lepiej wykonanych jagód (liofilizowane jakoś lepiej się sprawdzają), smakowała mi bardziej. 


ocena: 9/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia),  cukier trzcinowy, suszone jagody, olej słonecznikowy