sobota, 17 października 2026

(Terravita) Meltie Chocolatier Whole Hazelnuts 27 % Dark Chocolate ciemna 62 % z całymi orzechami laskowymi

Czekoladę dostałam od ojca po tym, jak zgadaliśmy się na temat rozszerzanej przez Biedronkę czekoladowej ofercie. Tknęło mnie, że w zasadzie chyba nie ma ciemnych Meltie z dodatkami, a ojciec postanowił wyprowadzić mnie z błędu. Jak zadzwonił, czy mi ją wziąć, najpierw zrobiło mi się głupio, bo byłam pewna, że Meltie robi Millano-Baron, którego nienawidzę, więc nie chciałam, ale coś tam bąknęłam i czekolada jednak do mnie trafiła. Jakież było moje zdziwienie już w trakcie degustacji, gdy odkryłam, że nie była tak paskudna, jak można by się spodziewać po wspomnianym producencie. Pisząc recenzję po zejściu ze szlaku, już w samochodzie, sprawdziłam producenta. Terravita! Cóż za niespodzianka! A tylko co ostatnio pomyślałam, że nie widuję ich najzwyklejszych czekolad w sklepach.
Tabliczkę wzięłam ze sobą w góry jako niewymagającą na podejście na wyprawę pod koniec marca na Wołowiec. Wyglądało na to, że wreszcie dane będzie mi zobaczyć to miejsce przy lepszych warunkach - bo dotąd zawsze trafiała mi się zerowa widoczność. Z Siwej Polany poszłam do schroniska na Polanie Chochołowskiej, a potem już pod górę, czyli na Grzesia szlakiem żółtym. Właśnie na Grzesiu zabrałam się za czekoladę. I choć byłam tam już kilka razy... nie wiedziałam, że są tam tak zachwycające widoki!

(Terravita) Meltie Chocolatier Whole Hazelnuts 27 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 62% kakao z 27% całymi orzechami laskowymi; marki własnej Biedronki, produkowana przez Terravitę.

Po otwarciu uderzył zapach dominujących prażonych orzechów laskowych, wkomponowanych w czekoladę o palonym charakterze i wysokiej słodyczy. Była gorzka, ale w prosty, palony sposób za sprawą m.in. kakao w proszku. To gorzkość niska i dziwnie podkradająca się i zlewająca z laskowcami. W dodatku łagodziła ją jakby... nie do końca sprecyzowana plastikowość. Słodycz jawiła się jako trochę cukrowa jak przesłodzony syrop kakaowy, ale i sporo wanilii w niej się objawiło. Za tym duetem plątało się coś dusznego, czego nie mogłam uchwycić, a też jakby plastikowego.

Na spodzie widać sporo w miarę równo rozlokowanych orzechów laskowej różnej wielkości. W trakcie jedzenia okazało się, że wśród całych znalazło się trochę kawałków i połówek.
Tabliczka w dotyku przypominała plastik, a podczas łamania okazała się średnio twarda i krucha. Trzaskała średnio głośno, a nierówno rozmieszczone orzechy zostawały w którejś z części. 
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, niemal od razu mięknąc. Dała się poznać jako tłusta i lepka, trochę jakby ulepkowato mleczno czekoladowa, trochę wodniście plastikowa. A mimo to dość gęsta. Spora część tabliczki była bez orzechów, za to w niektórych kostkach orzechów znalazło się po parę. Kiepskie rozmieszczenie.
Czekolada dość długo maziście-tłusto pokrywała orzechy, nie chcąc ich wypuścić. Stąd ja wolałam zostawiać je na koniec, lepiej wtedy to wszystko pracowało. Gdy na próbę pogryzłam wcześniej, czekolada - częściowo też gryziona - wydawała się przy orzechach nieprzyjemnie plastikowa.
Niezależnie od czasu, w którym gryzłam orzechy, były bardzo chrupiące, czasem bardzo twarde i kruche. Czasem przy długim gryzieniu wychodziło na jaw trzeszczenie. Wszystkie były pozbawione skórek.

W smaku czekolada w pierwszej chwili mignęła jakby wodnistością, lecz w zasadzie na tyle delikatną, że można powiedzieć, że występ zaczęła od roztoczenia delikatnej gorzkości o mocno palonym wydźwięku. Po chwili dołożyła do niej słodycz.

Słodycz taka delikatna nie była, ale bardzo silna też nie. Dopiero rosła, zaczynając od poziomu średniego. Cukrowy charakter zdradził się, lecz bardzo szybko do cukru dołączyła wanilia. Nie przełożyła się jednak na szlachetność, a dała się wciągnąć w pewną duszność.

Baza robiła się bowiem właśnie duszna, jakby trochę maślana i wodnista, a do tego sporadycznie odlegle... złudnie margarynowa? Plastikowa? Była to trudna do uchwycenia nuta, ale mnie nie umknęła. Najczęściej pojawiała się w okolicy orzechów.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, bez orzechów, okazało się, że przesiąkła nimi bardzo, bardzo słabo. Bez orzechów wydała mi się za to nieco bardziej soczysta i wyraźniej czuć w niej kakao w proszku.

Orzechy laskowe, w kęsach, w których były, cicho odzywały się po paru chwilach nawet niegryzione. Akcent prażonych laskowców trzymał się tyłów.
Pogryzione z ciekawości obok czekolady orzechy były wyraźne, ale nie aż tak, jak gryzione na koniec, a sama czekolada przy nich wydawała się bardziej plastikowa. Wolałam więc gryźć je na koniec.

Gorzkość ogólnie wzrosła lekko, idąc w cierpkość. Z czasem cierpkość robiła się jakby trochę kwaskawa. niemal owocowa? Wtedy gorzkość zaczęła słabnąć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tak wzrosła, że zaczęła przytłaczać i drapać w gardle. Cukrowo-waniliowy splot wyszedł duszno i popłynął w kierunku syropu kakaowego. Zdecydowanie przesłodzonego.
Wydaje mi się, że t łagodzący maślano-wodnisty, drobny akcent umożliwił przesadzonej słodyczy rozwój właśnie w tym dusznym, ciężkim kierunku.

Ze względu na wysoką słodycz, cierpkość zaczęła jej ulegać. Do głowy przyszły mi suszone figi z krążka, trochę stare, nie najwyższych lotów, które są trochę duszone i kwaskawe. Acz realnej kwaśności nie uświadczyłam. Figi, które i tak były bardzo luźną myślą, zaraz zniknęły.

W tle, nie w każdym kęsie tak samo wyraźnie, przemykało proste, palone kakao w proszku. Odpowiadało za odrobinę cierpkości... Która to na koniec rosła jakby niezależnie od smaku kakao. Czasem wydawała się niedookreślona, czasem jakby doklejała się do orzechów.

Orzechy gryzione na koniec okazały się wyraziste w laskowość i bardzo mocno prażone. Brak im skórek, a jednak i tak ze 3 czy 4 zdradzały gorzkość. Większość była w porządku, naturalnie słodkawa i całkiem świeża.

Po zjedzeniu zostawał posmak prażonych orzechów laskowych z echem czekolady w przypadku kęsów z orzechami lub cukrowo-waniliowy i cierpko palony, trochę zwyczajnie kakaowy, a trochę złudnie margarynowo-plastikowy w kęsach bez orzechów. Przy orzechach czekolada jawiła się jako przesłodzona i cierpka, ale przesłodzenie denerwowało dopiero w kęsach bez orzechów.

Całość wyszła mocno przeciętnie, ale tym zaskoczyła mnie pozytywnie, bo myśląc, że to Millano-Baron, spodziewałam się najgorszego. Dziś przedstawiana wyszła do bólu średniopółkowo. Bez większych wad by nie zjeść, jak się już ją kupiło/dostało, ale też bez niczego wartego pochwały. Przesłodzona, ale na szczęście nie czysto cukrowo, a trochę waniliowo. Była lekko gorzka w prosty, całkiem w porządku sposób, a maślano-wodniste łagodzenie choć niepotrzebne, nie było na szczęście zbyt nachalne. Orzechy przeciętne - wolałabym mniej prażone, ale i te mogły być.

Sama czekolada może i nieco mniej średnia, nieco bardziej kakaowa niż Fin Carre Czekolada Gorzka z Całymi Orzechami 57 % cocoa, ale w dziś przedstawianej orzechy też były średnie. Za to w podlinkowanej przepyszne.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Biedronce)
cena: nie znam
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, orzechy laskowe 27%, cukier, tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości cukru, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyny; ekstrakt z wanilii

czwartek, 15 października 2026

Chapon Madagascar Sucre de Bouleau ciemna 78 % z Madagaskaru

Uwielbiam Madagaskar. Nie dość, że żyją tam lemury, do których mam słabość, to jeszcze kakao stamtąd smakuje obłędnie. To właśnie za sprawą czekolad z Madagaskaru, Menakao, wkręciłam w czekolady plantacyjne. Gdy zobaczyłam jedną ze względnie nowszych tabliczek z kolei jednej z moich obecnie ulubionych marek, Chapon, z której opakowania wzywały mnie lemury, wiedziałam, że zaraz ją kupię. Kliknęłam w nią i... poczułam się, jakby wylano na mnie wiadro zimnej wody. Otóż ta to wyjątek słodzony słodzikiem. A ja nie cierpię słodzików. Ledwo przebolałam to, że Chapon zamiast cukru trzcinowego w 2024 roku zaczęli używać białego, a tu coś takiego. Bardzo chciałabym zjeść czekoladę tej marki z Madagaskaru słodzoną cukrem, ale niestety, takiej - gdy kupowałam dziś przedstawianą - nie było. Trochę powalczyłam ze sobą, czy kupić, czy nie, ale w końcu uznałam, że niech będzie... W sumie skoro nawet z cukrem białym wychodzą im takie cudeńka, może i ze słodzikiem miało nie być źle? Pocieszał mnie fakt, że zrobiono ją z kakao z plantacji Bertila Akessona. Co ciekawe, gdy zaczęłam przygotowywać tego posta, weszłam na stronę producenta i oto dostrzegłam ją, madagaskarską z cukrem, ale... o niej nie tym razem.

Chapon Madagascar Sucre de Bouleau to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano, z plantacji Bejofo; słodzona słodzikiem: ksylitolem.

Po otwarciu poczułam niemalże tylko słodki zapach złożony z kwiatów, jakby miętowo-rześkiego wielokwiatowego miodu o bardziej słodko-neutralnym charakterze oraz bardzo, bardzo słodkich czereśni. Takich idealnie dojrzałych ze środka sezonu na nie. Za nimi zaznaczył się subtelny grejpfrut, ale jak i czereśnie pozbawiony kwaśności. Z czasem do głowy przyszły mi jeszcze maliny i poziomki do przesady polane miodem. W tle jednak... zaplątała się jakby wytrawność wina - koniecznie schłodzonego. To poczucie nakręcały rześkie rośliny: zielone liście i łodygi. A do tego czasem przemykał jakby wilgotny, zbożowy akcent chleba żytniego. Słodyczy zapachu nie zruszył nawet dość wyraźny motyw ziemi. Z kolei gorącej i suchej, z leciuteńkim echem kawy i... czegoś metalicznie cierpkiego?
Po zapachu nigdy bym nie zgadła, że to Madagaskar. Obstawiałabym Wenezuelę, góra 70%.

Konkretna, twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, trochę skaliście.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, jakby niezupełnie chętnie, acz nie mogę powiedzieć, że z oporem. Połączyła średnią tłustość i zbitość z wodnistością. Jakby opływała wodą, bazowo trzymając kształt i mięknąc w nieco budyniowy sposób. Wiązała się z tym niegładkość, w porywach wręcz szorstkość. Wodnistość z czasem przemieszała się z soczystością, która to próbowała ją maskować.

W smaku pierwsza zagrzmiała wysoka słodycz i czerwone owoce...? Dosłownie w pierwszych sekundach jakby nijaka słodycz wydawała się trochę odklejona... Acz trudno ją uchwycić. Zaraz bowiem polała się słodycz czerwonych owoców. Choć w pierwszej chwili wydawały się jakby występować osobno, zaraz słodkie, bardzo dojrzałe wielkie czereśnie wskoczyły na pierwszy plan, zajmując się słodyczą. Pomyślałam o tych najsłodszych odmianach...

A mimo to odnotowałam kwasek. W tle, niezwiązany z czereśniami, bo bardziej cytrusowy. Przez moment czułam cytrynę, ale ta zaraz zaczęła podporządkowywać się czereśniom i zmieniać w czerwone owoce... Czerwone porzeczki.

Jednocześnie za owocami pojawiła się nutka bardzo wilgotnego chleba żytniego (nie pełnoziarnistego, a takiego bardziej miękkiego, zwykłego). Wprowadził neutralniejszy motyw niesłodki (nie gorzki czy nawet bardzo wytrawny), dzięki czemu zaraz zaczęła rozwijać się wizja mocno czekoladowa wilgotnego ciasta, tortu. Czekoladowo-kawowego? O znikomej słodyczy i z nutką czerwonych owoców? Musiał być wytrawniejszy, lekko i szlachetnie gorzki.

Kwasek z czasem trochę się wycofał, pozostawiając sporo... rześkości? Ta jakby przejęła część soczystości i przemodelowała ją na motywy roślinnie-chłodne. Niewątpliwie też słodkie. Przeplatały się ze słodkimi białymi kwiatami, lecz to nie była tylko słodycz i świeżość kwiatów. Pomyślałam o mięcie i zielonych liściach, łodygach wręcz soczystych roślin.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa miałam wrażenie, jakby ten roślinny chłód starał się jak mógł, złagodzić dopiero rozwijającą się gorzkość. Na chwilę do mojej głowy zawitała myśl o chlebie żytnim z kremem czekoladowym typu Nutella, ale ze słodzikiem. Czekoladowo-...miętowym? Acz zaraz zniknął. Ciasto, tort wyklarowało się jako czekoladowy tort z konfiturą wiśniową i ze śmietanką (coś jak tort Sachera, ale niezupełnie?).

Moją uwagę przyciągnęła ta właśnie śmietankowość i pomyślałam o zimnej, ubijanej na gęsto, sztywno śmietanie. Tak chłodnej, że... aż mdławej?

Gorzkość nie odpuszczała. Wzrosła do średniego poziomu, serwując mi rozgrzaną, suchą ziemię. Akcent ziaren kawy starał się jej trzymać, ale trochę się gubił.

Po torcie czereśnie i czerwone porzeczki zrobiły się nieco bardziej winne i nieco kwaśniejsze. Acz bez alkoholu. Pomyślałam też o wiśniach... Ogólnie coraz bardziej mieszanych czerwonych owocach. Wróciły cytrusy, ale na tyle delikatne, że uległy czerwieni. Może to grejpfrut...? Cierpkawy, ale prawie z wyciętą kwaśnością. Kwaśność bowiem znowu zrobiła się zaskakująco niska. Mimo to, grejpfrutowi udało się pokazać odrobinkę wyraźniej (że można go zapisać bez znaku zapytania).

Za tym wszystkim odnotowałam jakby chłodno-słodką wodę... Wodę miętową? Wodę z miętą i cytryną? A także trochę zielonych roślin zlane deszczem? Tu znów wkroczyło trochę kwiatów. Próbowały nadać słodyczy charakteru, ale cały czas wymykała się jakby... czysta, prosta i dosadna słodycz.

Ziemi podpowiedziało to nieco metaliczne echo... Mokrego metalu, częściowo zakopanego w ziemi? Tylko że ziemia utwierdziła się co do gorącego wydźwięku - na zasadzie kontrastu podkreślała się z tym dziwnym wodnistym, słodkim chłodem.

Po zjedzeniu został posmak czereśni, wiśni i cytrusów o wiele mniej jasnych i oczywistych, a także ziemi z cierpko-goryczkowatym metalicznym echem. Metaliczność wydawała się wręcz gryząca, co podsycał jakby... nie do końca kwaśny kwasek (?). Wszystko to podlegało wysokiej, jakby czystej słodyczy, którą próbowały okiełznać akcenty kwiatów i niecharakternego miodu. W posmaku wyraźnie zdradził się ze swoją obecnością słodzik, bardzo psując wrażenie.

Czekolada jak na czekoladę ze słodzikiem wyszła zaskakująco dobrze. Przeszkadzały mi te chłodno-wodniste nuty jakby czystej słodyczy, która chwilami wiązała się z motywem świeżych zielonych liści, końcowo metaliczność, a także nie podobało mi się, że jakby stanęło to na drodze porządniejszemu  rozwojowi gorzkości i kwaśności, ale na szczęście nuty czereśni, wiśni, czerwonych owoców, trochę cytrusów i gorącej ziemi z echem kawy dały radę nieźle się zaprezentować. Co prawda łagodził je niepełnoziarnisty chleb żytni, tort kakaowo-kawowy z czerwonymi owocami i ubitą śmietaną, trochę kwiatów i niezdecydowany miód, ale na brak charakteru narzekać nie można. Ogólnie miałam dziwne wrażenie, że ta słodycz nie zawsze zgrywa się z nutami kakao: trochę jakby tak mieć kwaśne owoce i do przesady czymś je posłodzić - wtedy będzie słodko, nie kwaśno, ale nie uczyni się tak owoców słodkim, a po prostu je dosłodzi. Zwłaszcza w trakcie jedzenia pod intensywnymi nutami kakao nie czuć jawnie słodziku, ale słodzikowość wylazła nieprzyjemnie w posmaku.
Ciekawe, że za nic nie zgadłabym zawartości kakao! Dałabym jakieś 73-73%.


ocena: 8/10
kupiłam: chapon.com
cena: 40 zł (za 75g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, ksylitol (cukier brzozowy) 21%, tłuszcz kakaowy

środa, 14 października 2026

Schogetten Alpine Milk Chocolate mleczna

To, że ta czekolada się tu pojawia wiąże się ze smutnym odkryciem, że naprawdę trudno o chociaż niezłą - już nie mówię, że dobrą - powszechnie dostępną czekoladę mleczną w cenie, która nie przyprawia o zawroty głowy. Zorientowałam się, że potrzebuję czekoldy do ciasta, które wymyśliłam sobie i nie byłam pewna, czy wyjdzie pysznie. Szkoda mi było mlecznych, które odłożyłam do ciast, co do których miałam pewność, że wychodzą rewelacyjne. Zaczęłam więc rozmyślać, jaką kupić. I doszłam do wniosku, że... nic nie przychodzi mi do głowy. Milki i Wedla nie lubię, Barona-Millano nie cierpię. Orzechowo-nutellowy charakter Goplany mlecznej do ciast mi nie pasował, RS groził plastikiem, Terravity jakoś z Mamą nie widujemy... Ta zaczęła poszukiwania w sklepach i okazało się, że nawet o czystą mleczną Schogetten trudno! W końcu Mamie udało się ją zdobyć w 3 odwiedzonym markecie. Nieciekawie to wyglądało.


Schogetten Alpine Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao.

Po otwarciu rozszedł się przesłodzony, cukrowy zapach czekolady o mocno śmietankowo-mlecznym charakterze. Cukrowość już na tym etapie dała się poznać jako drapiąca, ale intensywnie mleczny wątek ratował sytuację. W tle zaplątała się waniliowa nutka, choć nie sztuczna, to nie będąca jednak prawdziwą wanilią.

Kostki w dotyku wydawały się plastikowe i nie mogłam odegnać od siebie myśli, że zaraz już w dłoniach zaczną mi się rozpuszczać. Kostki wydawały się bardzo pełne, co czuć podczas odgryzania kawałka, ale nie masywne. W zasadzie już zdradzały się z miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, niemal od razu racząc mnie miękkością właśnie. Była gęstawa, kremowa i lepka. Ze względu na typ jej wysokiej tłustości, kojarzyła mi się trochę z ciepłym masłem i oleistym kremem-smarowidłem czekoladowym.

W smaku niczym zły omen pierwsza przemknęła plastikowo-tandetna nutka, po czym poczułam poczułam uderzenie słodyczy i mleka. Te dwa bardzo silne wątki współpracowały ze sobą świetnie, prędko zagłuszając plastikowe skłonności. A gdy tylko pomyślałam, że są bardzo wyważone, słodycz wyrwała się do przodu.

Słodycz przesadziła, zdradzając swój cukrowy charakter. Zadrapała w gardle i zaczęła rządzić się na pierwszym planie.

Mleko mimo to utrzymało się aż zadziwiająco wyraźnie. Przeszło nawet w śmietankę. Ta przełożyła się na lekkie uszlachetnienie słodyczy, która rozgościła się w gardle. Miałam wrażenie, że próbuje wydobyć z cukrowego oceanu jakąś odrobinkę wanilii, acz raczej taką z rzeczy waniliowych.

Mimo że pełna, wyrazista śmietanka starała się uczynić kompozycję jako tako szlachetniejszą, ambitniejszą, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wróciło plastikowe echo. Ta plastikowa, sztuczna czekoladowość raz po raz podrzucała motywy a to trochę czekoladopodobny, a to trochę wodnisty. Nie były silne, ale denerwujące.

Cukier z czasem zaniechał współpracy ze śmietanką i wraz z tym tanio-plastikowym pogłosem zaczął przeszkadzać śmietance i pełnemu mleku. Te końcowo trochę się wycofały. Cukier rządził bezsprzecznie, piekąc w gardle, a smak kierując w nieco wodnistą (?) stronę.

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się przesłodzona, acz na szczęście w posmaku cukrowi towarzyszyła bardzo wyraźna mleczność, śmietanka oraz masło. W gardle paliło od słodyczy. Echo plastikowo-czekoladopodobne próbował się ukryć, ale i je odnotowałam.

Czekoladę na pewno należy pochwalić na za mocny mleczno-śmietankowy smak. Szkoda tylko, że pojawiło się przy nim plastiko-czekoladopodobne echo wynikające z niewielkiej ilości kakao i ogromu cukru. Ta cukrowość była okrutnie przesadzona. Wyszedł więc efekt śmietanki z cukrem. Nie moja bajka, ale czuje, że swoich odbiorców na pewno znajdzie. 

Co ciekawe, wydawała się nieco inna niż np. Schogetten Praline Noisettes, w której sama czekolada jawiła się jako nieco bardziej waniliowa.
A jednak nie była tak słodka jak Milka Alpine Milk, którą to Schogetten ograła intensywnie śmietankowym smakiem.
Mimo słodyczy wyszła lepiej niż (Stollwerck) Choco Bella Milk Chocolate czy (Terravita) Choceur Czekolada Mleczna, które miały nieprzyjemne sztuczne posmaki. Chwilę musiałam pomyśleć, która - dziś przedstawiana czy (Terravita) Czekolada Mleczna dla TwojaKrew.pl - prezentuje się lepiej. Terravita dla krwiodawstwa mami odrobinką kakao, ale dziś przedstawiana wyróżnia się na tle zwykłych mlecznych tym mocno śmietankowym smakiem. Obie więc mają swoje plusy i minusy.
Od np. Milki była po prostu bardzo inna, ale poziom ten sam.
Halba Milch Lait nie dorównała.

Po wstępnym spróbowaniu zastanawiałam się, co jej wystawić, czy 6 czy 5 i w końcu uznałam, że jak na kategorię tych zwykłych, najtańszych mlecznych czekolad jawi się całkiem nieźle dzięki śmietance i pełnemu mleku. Gdyby nie one, miałaby 4.

W ciastach prezentowała się kiepsko. W mleczno czekoladowym brownie tylko z mleczną czekoladą zupełnie mi nie pasowała, bo ciasto było niesatysfakcjonująco czekoladowe, wręcz nieczekoladowe, a jak jakiś łagodny murzynek dla dzieci. Gdy czekolady użyłam do mleczno czekoladowego brownie, w którym 1:1 wymieszałam dziś prezentowaną czekoladę z Goplaną 60%, efekt był już lepszy, bo całkiem nieźle czekoladowy, i  to wyraźnie w mleczny sposób, acz też bez pełnego zachwytu. Zaskoczeniem była polewa zrobiona z tej czekolady: jakaś tragedia, bo smakowała jak cukier z plastikiem. Choć zrobiłam cieniutką warstwę, bardzo skutecznie zepsuła mi ciasto. Taka polewa z samej czekolady do końca nie chciała zastygnąć, pozostała jakaś taka ulepkowato-miękkawa. To przeważyło na ocenie, bo ani taką czekoladę jeść samą, ani coś z niej robić.

Mama opisała ją tak: "Ja to, jak coś jest śmietankowe, to tak tego, tej śmietankowości nie wychwytuję. Wtedy mi się to wydaje takie wodniste i właśnie z tą czekoladą tak samo było. Taka cukrowo-nijaka, bez charakteru, niesmaczna w sumie".


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 7,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
 
Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku 13%, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku 5,4%, tłuszcz mleczny; emulgator: lecytyny sojowe; aromat

poniedziałek, 12 października 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic ciemna z Dominikany

Jestem sceptyczna do czekolad niedegustacyjnych o zawartości kakao wyższej niż 85%, ale co do dzisiaj przedstawianej miałam dobre przeczucia jeszcze zanim zjadłam którąkolwiek z zakupionych tabliczek tej marki. Potem moje zaintrygowanie nią rosło aż w końcu nadszedł tydzień, a którym wszystko wydawało mi się potencjalnie za słodkie. Liczyłam, że kakao w tej pokaże, co potrafi. 
 
Chocolates Solé Chocolate Puro 94 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic to ciemna czekolada o zawartości 94% kakao z Republiki Dominikany.

Po rozchyleniu papierka poczułam delikatny zapach, opierający się na kwiatach w wazonach, być może trochę już przykurzonych, mimo że świeżych. Wiązały się z klimatem ciepłego, wiosennego dnia i akcentem skoszonej trawy (nie właśnie koszonej, a takiej już skoszonej). Obok, nieco kontrastowo, zaznaczyły się stare książki i jeszcze starsze drewniane meble. Przewijała się w nich niedookreślona nutka orzechów, może też sezamu.
Całość wydawała się ostrożnie słodka i niegorzka, a zaskakująco łagodna jak na tę zawartość kakao.

Tabliczka podczas łamania okazała się twarda jak skala. Trzaskała głośno i konkretnie.
W ustach czekolada rozpływała się z małym oporem, bardzo powoli i gęsto. Tłustość zaraz znalazła się na średnim poziomie, łącząc maślaność z oleistością. Osłabiało ją poczucie pylistej wręcz suchości, jakie czuć obok. Całość wyszła wręcz ciężko, lepko-maziście, smoliście pokrywała podniebienie i wręcz trochę przytykała. Czuć wtedy lekką pylistość, która hamowała tłustość, a końcowo zmieniała się w silną proszkowość.

W smaku pierwsza przemknęła konkretna, ciężka nuta niemal smolista, po chwili wchodząca w bardziej paloną sferę; bardziej... ogólniejszą, nie tak jednoznaczną.

Słodycz ruszyła po chwili, z kolei prezentując kwiaty. Dla odmiany rześkie i lekkie. Pomyślałam o kwiatach poustawianych w wazonie oraz o pokoju z otwartym oknem, zza którego widać kwitnące krzewy i zza którego - bo musiało być otwarte - kwiaty wkradają się wraz z ciepłym wiosennym wietrzykiem. Nagle... przemknęły mi stare książki, próbujące części kwiatom zasugerować właśnie suszony charakter.

Słodycz rosła leciutko i ostrożnie, jako że do kwiatów dołączyły pojedyncze, nienachalne brytyjskie kruche krówki "fudge". Tuż za nimi pojawiła się maślaność.

Smoliście-palony motyw w tym czasie nie zwlekał. Rozwijając się roztaczał coraz cieplejszy wydźwięk. Znacząca paloność podkreśliła... węgiel? Żar. A ja pomyślałam o gorącym, rozgrzanym asfalcie.

Za asfaltem przemknął drobny kwasek, by po chwili pokazać się nieco wyraźniej jako ananas. Kwiaty jednak prędko go dopadły i zaczęły kwaskawość wygładzać, jak tylko mogły. Po chwili zostało już tylko echo, wspomnienie kwasku. Kwiaty z czasem też zaczęły się nieco... rozbiegać? Jakby za ich sprawą ananas stał się kandyzowaną kostką ananasa, która trochę podeschła.

Robiło się coraz łagodniej, gdy nagle w połowie rozpływania się kęsa zza słodyczy, zza maślaności wylała się czarna kawa zaparzona na palonych ziarnach. Dość mocna, ale nie siekiera czy espresso. Chyba trochę wzmocniona kakao w proszku. Kawy trzymał się ten smoliście-asfaltowy wątek, ale uległ... rozproszeniu?

Łagodnienie jednak nadeszło, ale i w nim był charakterek. Stanęły za nim orzechy, początkowo niezbyt jednoznaczne, i stare książki; cała stara, niemal antyczna biblioteka. Z nią nadeszło trochę starego drewna. Do głowy przyszedł mi kurz... acz nagle odciągnęły od tego uwagę orzechy - wyraźniej laskowe, choć chyba nie tylko. Chyba też z dodatkiem sezamu. Znów wtrąciła się też maślaność.

Akcent asfaltu w tle się poruszył... zmienił się w żwir. Też ciepły, ale już nie tak gorący... A żwir pokierował moje myśli na powietrze, gdzieś, gdzie biegnie jakaś rzadko uczęszczana droga, ale jednak gdzie ktoś parę godzin wcześniej kosił trawę. Akcenty kwiatów wzmocniły jej świeży wydźwięk, same trochę się zatracając na pewien czas...

Kwasek wyłonił się jeszcze na chwilę. Jakby... ananas skwaśniał? Acz kwasek był leciutki i końcowo zrobił się bardziej soczysty (niż ten kandyzowany) jak... czerwone porzeczki i niedojrzałe brzoskwinie? I znów kwiaty zareagowały na owocowość i wyskoczyły na dosłownie samej końcówce, stając owocom na drodze. Acz już tylko jako suszone. W towarzystwie odrobinki kakao w proszku.

Po zjedzeniu został jednak posmak właśnie kwaskawych owoców: mieszanki porzeczek i ananasa, acz nie bardzo jednoznaczny, a także żwiru i asfaltu jako z kolei coś cięższego. Osłodziło je trochę kwiatów i brytyjskie kruche krówki. Obok pojawiły się stare książki i orzechy, kierując kompozycję w neutralniejszą stronę, sprawiając, że posmak był bardzo łagodny. Wszystko to w dodatku wydawało się oprószone kakao w proszku.

Czekolada była smaczna, acz zaskakująco łagodna na tę zawartość kakao. Lekka słodycz kwiatów, kruchych brytyjskich krówek oraz znikome owocowe przebłyski ananasa, porzeczek czerwonych mieszały się z charakternymi nutami smoliście-asfaltowo-żwirowymi, gorzką kawą, ale też złagodzeniem, jakie niosła maślaność, stare książki i stare drewno, rześkość wiosny i skoszonej trawy oraz orzechy z sezamem.
Ciężka, smolista konsystencja może nie była spełnieniem marzeń, ale pasowała do klimatu.

Nie przypominała (Chocolates Sole) Naturitas Chocolate Negro 85 % cacao gdy chodzi o smak, ale wydźwięk w pewnym sensie miały podobny: taki ciężkawo-wytrawny, a jednocześnie nie bardzo gorzki. Ziemiście-przypalone akcenty i maślaność, sezam, drewno można z nich obu skojarzyć, ale wspomniana była intensywniejsza za sprawą ananasa, alkoholu, a więc słodyczy i kwasku.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 16,28 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 11 października 2026

Zotter Pink Grapefruit ciemna mleczna 50 % z kremem z grejpfrutów, białej czekolady, czekolady białej malinowej i soku z limonki oraz warstwami czekolady białej marakujowej

Zostawiłam tę nadziewaną czekoladę Zottera na koniec z dwóch powodów: wydała mi się jedną z bardziej ciekawych nowości tego producenta, zarazem potencjalnie bardzo smaczną, ale też jako jedna z nielicznych nie miała orzechów. Z doświadczenia wiem, że czekolady owocowe mogą poleżeć nieco dłużej niż orzechowe. Wracając jednak do tego, dlaczego wydała mi się taka ciekawa. Grejpfrut jest chyba jednym z bardziej pomijanych w czekoladach owoców. Ciekawe, dlaczego? Jest to jednocześnie jeden z moich ulubionych owoców tak ogólnie. Jak więc taka czekolada mogła by mnie nie kusić?


Zotter Pink Grapefruit to ciemna mleczna czekolada o 50% zawartości kakao nadziewana (60%) grejpfrutowym kremem "ganache" z grejpfrutów, białej czekolady, czekolady białej malinowej i soku z limonki oraz cienkimi warstwami czekolady białej marakujowej.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ogromu mleka, mieszającego się z karmelowo słodką czekoladą o charakterze orzechowo-wiejskim. Na ten złożył się motyw pełnego mleka, ale też jakby wizja sianka i pewnego ciepła. Mleko poniekąd płynęło z samej czekolady, ale ewidentnie nie tylko. Czułam też po prostu mleko. Do tego pod tym wszystkim jakby niedopasowany motyw cierpkiego grejpfruta i limonki, zahaczającej o jakiś półwytrawny, cierpko-kwaśny alkohol. Po przełamaniu nasilił się zapach grejpfruta, ale w towarzystwie słodko-maślanej białej czekolady.

Tabliczka starała się przedstawić jako masywna, ale miałam wrażenie, że ten konkret jest pozorny. Ze względu na tłustość wyczuwalną w dotyku z kolei czułam, jakby czekolada nie mogła się doczekać momentu rozpuszczania. Łamiąc, mimo grubości czekolady z wierzchu, nie usłyszałam żadnego dźwięku. Czekolada była konkretna, ale nie twarda. Za to sprawiała wrażenie trochę kruchej. Nadzienie jednak na pewno nie było suche. Zbite i konkretne owszem - czuć to zwłaszcza przy robieniu kęsa i przegryzaniu się przez całość. Czekolada mleczna wraz z białą minimalnie się w nie wgniatały.
Ku mojemu zaskoczeniu, łatwo oddzielić nie tylko czekolady od nadzienia, ale - przy pomocy noża - też jedną od drugiej.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, łącząc tłustą kremowość z mazistością.
Biała spod niej podtrzymała tłustą kremowość, ale dodała też lekką pylistość.
Nadzienie prędko wyłaniało się spod czekolad, jako że było soczyste. Okazało się trochę mięknące, ale długo zachowywało kształt i zbitość. Czuć w nim kremowość i tłustość oraz zagęszczenie czekoladą, wraz z jej maślaną tłustością. Nie przeszkodziło to w niczym wysokiej soczystości. Ta po paru chwilach rozlała się po ustach. Za nią odnotowałam lekką pylistość. Krem rozpuszczał się w średnim tempie, równo z otulającą go białą marakujową.
To czekolada mleczna z wierzchu znikała najszybciej.

W smaku czekolada przywitała mnie karmelową słodyczą oraz wyraźnie mlecznym smakiem. Po chwili odezwał się też orzechowy akcent, kierujący mleko w sielsko-wiejskie klimat, a karmel w stronę paloną. Oczami wyobraźni zobaczyłam sianko, rozgrzewane słońcem pole i pastwisko.
Mleko podkręcał również mleczny środek, a karmelowość słodyczy została podbita poprzez kontrast.

Czekolada spróbowana osobno wydała mi się też orzechowo-siankowa, głęboko mleczna, ale nie aż tak dosadnie palono karmelowa. Karmelowa owszem, ale nie aż tak jak w zestawieniu z resztą.

W ciągu kolejnych sekund mleczność czekolady przeszła w motyw maślankowo-jogurtowy. Po tym, jak podbiła mleczność, marakujowa biała czekolada wyraźnie przebiła się lekkim kwaskiem oraz nieprzesadzoną słodyczą białej czekolady. Przemknęła sama egzotyczna, soczysta, ale niezbyt oczywista marakuja, ale zaraz zatonęła w cytrusach (wraz z debiutem nadzienia).

Oddzielona czekolada marakujowa sama w sobie okazała się mocno mleczna i dość słodka, ale nie przesłodzona. Była lekka, rześko-soczysta. Marakujowość objawiała się w niej z czasem. Mimo że osobno była jednoznaczna w kwestii marakujowego smaku, wcale nie wydała mi się tak dużo bardziej wyraziście marakujowa niż w zestawieniu z resztą. Ogólnie wykazywała ostrożność i subtelność.

Już po chwili za białą marakujowa czekoladą, odezwał się kwaśny grejpfrutowy środek. Ku mojemu zaskoczeniu, także on dołożył się do motywu maślanki i jogurtu, a także... do słodyczy. Podkręcił mleczną czekoladę, a ona skierowała uwagę ku grejpfrutowi właśnie. Dominował, ale musiał o swoją pozycję walczyć. Poprzez kwaśną maślankę weszło powiem więcej kwaśnych cytrusów. Czuć grejpfruta, ale też limonkę. Chwilowa egzotyczna otoczka podporządkowała się cytrusom. Grejpfrut połączył słodycz i kwaśność z cierpką goryczką, zaprezentował się soczyście i świeżo, ale nie utrzymał się na takim poziomie długo. Wyłoniła się bowiem jeszcze cytryna i zaczęła przygłuszać grejpfruta. W nadzieniu pobrzmiewało mi ledwo uchwytne echo białej czekolady, która choć w tym wszystkim nie była jednoznaczna jako ona sama, to trochę rozmywała smak środka, odbierała mu jednoznaczność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się bardzo kwaśno od połączenia trzech cytrusów, ale też zaczęła rosnąć słodycz. Nie mocno, ale jednak. W dodatku umacniały się limonka i cytryna. Odlegle skojarzyły mi się z kwaśnym, wytrawnym winem białym i limonkowym likierem.

Nadzienie spróbowane osobno uderzało kwaśnością cytryny i grejpfruta, po czym wytaczało biało czekoladową słodycz. Mimo ciężkawego motywu słodkiej białej czekolady, wydawało się wręcz kwachowate. Grejpfrut dominował, a jednak i limonka, i cytryna też miały wiele do powiedzenia. Osobno środek nie jawił się zbyt atrakcyjnie.

W otoczeniu czekolad nadzienie wyszło nieco bardziej uładzone. Odniosłam wrażenie, że czekolada mleczna wyważyła cytrusowość, pomagając grejpfrutowi trzymać się przed cytryną i limonką, a marakujowa biała tchnęła lekkość w białe czekolady. Czasem w kwaśno owocowym splocie raz po raz przemknęły mi chyba kwaśne nieoczywiste maliny.
Z czasem słodycz rosła, analogicznie do tego, jak kwaśność słabła. Biała czekolada, zarówno marakujowa, jak i ta obecna w nadzieniu, skierowały owoce w stronę owocowego jogurtu, maślanki. Grejpfrut tracił na jednoznaczności, robiło się coraz bardziej cytrusowo, cierpko. Nieoczywista marakuja też krążyła w tym wszystkim.

Czekolada mleczna w trakcie rozpływania się tego wszystkiego wydawała się jeszcze bardziej mleczna, ale też karmelowo słodka, co podbił kontrastem owocowy, kwaśny środek. Potem jednak zostawiała już cytrusy i egzotykę z jakby maślankowo-jogurtową białą czekoladą.

Po zjedzeniu został posmak zaskakująco jednoznacznie grejpfrutowy. I to taki, jakbym właśnie zjadła świeżego cierpko-kwaśnego grejpfruta. Nie mogłam się temu nadziwić po tak namieszanej, złożonej kompozycji z wieloma niejednoznacznościami. Towarzyszyła mu jednak limonka i echo cytryny, pewna egzotyka, ale na dalszym planie. Czekolada mleczna odeszła prawie zupełnie w zapomnienie, białej... można się było doszukać, ale też nie wydawała się oczywista w posmaku. Jogurtowo-maślankowy motyw za to owszem. Było bardzo soczyście, ani trochę nie ciężko czy za słodko.

Czekolada była ciekawa, ale mnie nie chwyciła tak, jak liczyłam. Tak cytrusowo kwaśno-soczysty wątek niby współpracował z białymi czekoladami, ale i zgrzyty się wychylały. Mleczna czekolada odnalazła się tu, podkreślała grejpfruta, ale jestem pewna, że cierpko-gorzkawa ciemna sprawdziłaby się lepiej. Mleko z tak cytrusowym środkiem dzięki białej marakujowej poszły w klimaty maślankowo-jogurtowe. Grejpfrut niby był dobrze wyczuwalny, ale nie widzę sensu dodawania do niego limonki i cytryny, bo musiał sporo z nimi walczyć, przeszkadzały mu. Wolałabym, by smak był tak czysto grejpfrutowy jak posmak. Muszę jednak przyznać, że warstwa białej marakujowej zrobiła robotę, czego się nie spodziewałam. Tonowała kwachowość środka. Jednocześnie, gdyby nie marakuja i cytryna, nie byłoby tam kwachu do tonowania, więc nie rozumiem dodawania ich.

Jadłam, uczepiona myśli o grejpfrucie, na którym próbowałam się skupiać, ale w końcu kwaśność bukietu cytrusów z marakują zaczęło mnie trochę męczyć. 30 g mi starczyło i czułam, że jeszcze trochę, a mój jako taki optymizm zacznie przechodzić w mniej pozytywne uczucia i będzie coraz gorzej. W zasadzie bardziej obiektywnie czekolada chyba powinna mieć 6, ale za samą pomysłowość i naprawdę świetny posmak niech ma te 7.

Mama, której przypadła reszta, opisała ją tak: "no, jak to w prawie wszystkich Zotterach, które dostałam i tu czułam cytrynową kwaśność. Tu jednak zaskoczenie! Oprócz cytryny i w zasadzie mieszanki nie wiem czego, poczułam tego grejpfruta! Z czasem wyraźnie, aż dziwne. Bo w tych jego czekoladach to prawie nigdy nie czuć tego, co tytułowe i w opisie, a tu wyraźnie czuć grejpfruta. I ta czekolada wyszła całkiem smacznie, tak kwaśno w pozytywny sposób, a nie jak inne w taki nieokreślony". 


 ocena: 7/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 78g)
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, koncentrat grejpfrutowy 12%, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, liofilizowana marakuja (maltodekstryna, koncentrat marakui), mleko, liofilizowane maliny, koncentrat limonkowy, słodka serwatka w proszku, sproszkowany jogurt z mleka odtłuszczonego, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sproszkowana wanilia, sól, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), emulgator: lecytyna słonecznikowa; cynamon

piątek, 9 października 2026

Chapon Cacao Rare Nicaragua O'Payo ciemna 70 % z Nikaragui

Cieszę się, że od paru dobrych lat wciąż mam nieznane czekolady Chapon do testów. Co prawda drobne zmiany, jakie wprowadzili, wydłużyły moją przygodę z nimi, ale co jakiś czas wydają też nowości, jak np. dziś przedstawiana. Nikaragua ma w sobie to coś, że prawie zawsze na tabliczki z kakao z tego kraju, cieszę się już kilka dni przed degustacją. Kakao z przyrodniczego sanktuarium, chronionego przez UNESCO rezerwatu....? Już to brzmiało cudownie! A jeszcze fakt, że kakao to znalazło się w kompetentnych rękach czekoladników Chapon! 

Chapon Cacao Rare Nicaragua O'Payo to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O'Payo z Nikaragui, z rezerwatu Bosawas.

Po otwarciu rozszedł się złożony, słodki zapach, łączący rześkość z pewną słodką, wonną dosadnością kwiatów, miodu, karmelu i syropu daktylowego, przechodzącego w soczyste daktyle: czy to wilgotne suszone, czy świeże. Specyficzny, ciężkawy charakter daktyli podkreślił cynamon. Kwiaty rozchodziły się na dwa wątki. Z jednej strony czułam słodkie i subtelne drobne białe kwiatki, głównie fiołki, konwalie i rumianek, też słodki, ale i dosadniejszy, choć też rześki heliotrop. Zupełnie obok jakby bardziej kwaskawo-owocowy hibiskus czerwony. Przy nim wychynęły słodkie, drobne i chrupiące winogrona różowe z echem truskawkowym?

Tabliczka przy łamaniu, ze względu na masywną twardość, trzaskała porządnie, głośno.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, na pewno gęsto kremowo i gęsto. Niby jako tako zachowywała kształt, ale robiła się coraz bardziej zwięzło-budyniowa i aksamitnie-miękka. W porywach była lepkawa, a wraz z upływem czasu coraz rzadsza.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz syropu daktylowego, który częściowo przechodził w daktyle. Oczami wyobraźni zobaczyłam zasładzające, ale zarazem soczyste daktyle świeże oraz suszone, ale też tak soczyste, że z powodzeniem udające świeże. Okazały się pełnić rolę fundamentu tej kompozycji. Wydały mi się wręcz... piekące? Słodycz zajęła wysoki poziom i trzymała się go. Nie rosnąc czy malejąc, za to zmieniając wydźwięk.

Daktyle wyszły jakby piekąco-ciepło. Podkradł się pod nie właśnie ciepły, słodko-goryczkowaty cynamon. Cynamon otworzył drogę drewnu, które również trzymało się ciepłego, trochę wręcz orientalnego klimatu.

W tle odnotowałam subtelny... nawet nie kwasek, a jedynie jego obietnicę. Wiązał się z soczystością, ale jakby nieco ciężkawą. Miała w sobie coś z czerwonych owoców, ale była zbyt nieokreślona, by od razu jakiś owoc uchwycić. Po chwili przyszedł mi do głowy sok z owoców dzikiej róży.

Daktyle w tym czasie zyskały bardziej palony charakter i powoli zaczęły przeistaczać się w karmel. Delikatna gorzkość wsparła tę zmianę, sama serwując mi czarną kawę z pianką i szczyptą cynamonu. Karmel szybko okazał się znacząco palony, łączący cukier trzcinowy, może też brązowy z... miodem? Bardziej jednak syropem daktylowym? Wyobraziłam sobie paloną kaszę gryczaną ugotowaną na słodko właśnie z nim.

Miód był bardzo trudno uchwytny, niejednoznaczny. Podchwycił owocowość, rześkość owoców i poszedł w kierunku właśnie jakby miodowo-kwiatowo smakujących egzotycznych owoców, w tym melonów.

Kompozycja zrobiła się bardziej świeża i mimo wysokiej słodyczy, rześko-lekka. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na przód wyszły białe kwiaty: konwalie, rumianek. Najpierw zbierało się coraz więcej drobnych kwiatków, potem wsparł je odważniejszy, wyrazistszy heliotrop o niemal perfumeryjnym, ale wciąż rześkim zacięciu. Kwiaty wiązały się z motywem wody, ale w pozytywnym, orzeźwiająco-świeżym sensie.

W tym czasie stało się też jasne, że kwasek nie nadejdzie, mimo że owocowa nuta nieco się rozwinęła. Poczułam nieśmiałe drobne i chrupiące, niemal zasładzająco słodkie winogrona różowe. Podążało za nimi trochę melonów miodowych i rześka egzotyka jakby kwiatowych owoców.

Dzika róża, prawie znikając, zmieniła się w hibiskusa, ale niemal bez kwasku. Wyrzekł się go na rzecz wydźwięku słodzonego miodem naparu hibiskusowo-kwiatowo-owocowego. Wychwyciłam jeszcze wątłe echo jakby... wina truskawkowego? Kompotu z truskawek? Po czym napar z kwiatów i owoców zdominował kompozycję.

Pomyślałam o ziołowo-kwiatowej herbatce, zabarwionej na czerwono od hibiskusa, a potem o smakowej herbacie czarnej. W tym samym klimacie, ale jednak już z herbacianą gorzkością. Znowu zrobiło się cieplej, orientalnie. Słodycz zrobiła się mocno palona, a wszelkie czerwone owocowe nuty nagle zniknęły. Karmel jakby przygotował grunt pod kolejne uderzenie soczystych, ciężkich daktyli.

Po zjedzeniu został posmak karmelu i daktyli, zarówno jako świeżych i suszonych owoców, jak i syropu oraz drewna. W głowie siedziało mi ciepłe, orientalne drewno - chyba sandałowiec, podkreślony szczyptą słodko-ostrego, goryczkowatego cynamonu. Tuż obok znalazł się rześki motyw wody i kwiatów, w tym fiołków, konwalii i innej drobnicy, ale też takich z nieco owocowymi zapędami.

Czekolada była przepyszna. Choć nie zupełnie to moje klimaty, bo takie rześko-zasładzające, dla mnie trochę za słodkie, ale kompozycja była naprawdę wciągająca. Gdyby nie za wysoka słodycz, ocena byłaby maksymalna. Daktylowy początek, potem karmel, ogrom kwiatów i trochę miodu, miodowo-kwiatowe owoce, odrobinka czerwonych winogron, hibiskus, coś truskawkowego i herbatka owocowa, a potem daktylowa końcówka zatoczyły interesujące koło. Ciepło drewna i cynamonu, które wycofało się na rzecz kwiatowo-wodnistej świeżości i wróciło na koniec jako herbata i drewno sandałowe stanowiły przemyślaną klamrę.

Karmel i herbata, ale więcej owoców i kwasku, w tym dzikiej róży czułam w Beskid Chocolate Nikaragua O'Payo Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao. Podlinkowana była jednak mocniej herbaciana, mniej słodka i dzięki temu smakowała mi bardziej.


ocena: 9/10
kupiłam: chapon.com
cena: 38 zł (za 75g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 8 października 2026

wino Imiglykos Białe Półsłodkie [18 LAT+]

Dziś muszę przeprosić wszystkie osoby niepełnoletnie, które nie ukończyły 18 lat. Ten wpis przeznaczony jest bowiem tylko dla osób dorosłych.

Byłam pewna, że po Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet nie będę zawracać sobie głowy recenzjami win, które kupuję do gotowania i używam np. jakieś 2 łyżki na danie. Zwyczajnie nie są warte zachodu, a gdy dodaję łyżkę czy dwie, to jak dokładnie dane wino smakuje, nie ma większego znaczenia. Tak mówiłam sobie aż do momentu gotowania kolejnej potrawy z winem, dokładnie risotti. Nim dodałamwino, powąchałam je i spróbowałam i... Z zaskoczeniem odkryłam, że to jest diametralnie lepsze od wspomnianego. A przecież półka, cena, zbliżone... Uznałam więc, że trzeba odnotować fakt, iż trafiła się taka, no, niech będzie, perełka. Dopiero potem zainteresowałam się, cóż to dokładniej. Okazało się, że ponoć klasyczne greckie wino, idealne jako "dodatek do deserów i na spotkania latem". Pochodzi ono dokładniej z Macedonii Północnej.

Imiglykos Białe Półsłodkie to białe wino półsłodkie ze szczepów Smederevka i R'kaciteli z Macedonii Północnej, z regionu Ovchepole, o zawartości 13% alkoholu, wyprodukowane w Mołdawii.

Po nalaniu wina do kieliszka poczułam rześki, raczej kwaskawy niż słodki zapach zielonych jabłek oraz jakby kwiatową rześkość melonów.

Wino o kolorze bladym i lekkiej, rzadkiej strukturze wydawało się trochę wodniste, ale nie w negatywny sposób. Jak ktoś lubi lekkie wina, to może się bardzo podobać.

W smaku wino przywitało mnie kwaśnymi, zielonymi jabłkami, które z czasem jakby się nieśmiało osłodziły. Dołączyły do nich chyba melony... Acz nie takie jednoznaczne... Bardziej jakby Melono-gruszki nashi. Słodkie, ale lekko, bardzo rześkie.

W tle pojawiła się wodnistość, po czym ruszyło więcej rześkich owoców. Alkoholowość jakby się w nich ukrywała.

Nieco nasilił się kwasek, a wraz z nim wyłoniła się cytryna. Towarzyszyło jej... troszeczkę ananasa? Brzoskwini? Po czym mniej więcej w połowie zrobiło się bardziej cytrusowo. Nie jednak mocno kwaśno, a tylko kwaskawo. Cytryna przeszła w goryczkowatego grejpfruta. Ten zaś obudził wręcz pikanterie korzenną. Zaczęła piec w język, a rześkość wydała mi się bardziej owocowo-ziołowa.

Po wypiciu został posmak cytrusowo-pikantny.

W przypadku wina schłodzonego, trochę więcej do powiedzenia miała cytryna, w temperaturze pokojowej wystąpiła po prostu w chórze owoców. Chłodniejsze dało się poznać jako nieco bardziej kwaskawe, a im cieplejsze tym kwaskawe mniej, ale nie powiedziałabym, że jakoś szczególnie bardzo słodsze.

Do gotowania pasowało mi doskonale. Czy to w niewielkiej ilości do dań koreańskich, czy np. do risotto (u mnie z czarnego ryżu).
Coś tam specyficznego, nieoczywistego dodawało, ale w żadnym wypadku nie było nachalne, zbyt kwaśne czy zbyt słodkie. Dania z nim nie robiły się ciężkie, a alkohol szybko odparowuje, zostawiając przyjemny posmak w daniu.

Efekt uniwersalny, ani szczególnie słodki, ani wytrawny. Acz nieco bardziej kwaskawy, a słodki w sposób ostrożny. Daleko mu od zasładzania! Niska cena sugerowała podciągnięcie oceny na 8, ale w końcu uznałam, że najlepiej będzie wystawić 2.

Wg Mamy schłodzone nieco gorsze, bo właśnie bardziej kwaskawe, ale ogólnie jej smakowało. Powiedziała, że "im bardziej się ocieplało, im więcej się piło, tym bardziej kwaśność ustępowała... no jakby słodyczy. Choć słodkie nie było".


ocena: 7/10 (do picia); 8/10 (do gotowania)
kupiłam: Auchan
cena: 16,98 zł (za 750ml)
kaloryczność: 88 kcal / 100 ml
czy kupię znów: tak

wtorek, 6 października 2026

Kina Chocolates Chuncho 85 % Cacau Peru ciemna

Po pierwszej zjedzone tabliczce marki Kina zaczęłam jakoś ponuro zapatrywać się na kolejną, czyli dziś przedstawianą. Fakt, zawierała więcej kakao, co dobrze wróżyło, jednak po Kina Chocolates Merida 70 % Cacau Venezuela zaczęłam mieć przeczucie, że i ta nie podbije mojego serca. Nie wątpiłam, że będzie lepsza, ale jakoś... Straciłam wiarę w markę, a tym samym i większe zainteresowanie. Mimo, że opis tej, gdy zamawiałam, bardzo mnie zaintrygował. To miała być bowiem najbardziej intensywna czekolada z kakao Chuncho od Kina. Dalej jednak w opisie padło, że "nuty ziaren kakaowca Trinatria Criollo są nieco przytłumione przez moc kakao" i to już mnie trochę dziwiło. Przecież 85% to jeszcze nie 100% i jest wiele bardzo łagodnych czekolad do tej zawartości... Hm. Miałam się przekonać sama.

Kina Chocolates Chuncho 85% Cacau Peru to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao Chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam zapach mocno kwiatowego miodu, soczystych suszonych śliwek oraz zielonych winogron, które królowały na pierwszym planie. Zapewniły sporo słodyczy, ale i soczystość, kwasek. Śliwki robiły też drobne aluzje do kompotu. Więcej kwasku znalazło się na planie drugim, tworzonym przez średnio dojrzałe, czerwone wiśnie oraz splot cytrynowo-limonkowy. Do cytrusów podkradała się drobna cukrowość, ale w ogóle stanowiła marginalną nutkę, bo trzeci plan również zasługiwał na uwagę, wplatając nuty zbutwiałego drewna i ziemi.

Twarda, masywna czekolada przy łamaniu wydawała się wręcz kamienna. Trzaskała dość głośno, jakby była bardzo pełna i już w dotyku sprawiała wrażenie szorstko-suchej.
W ustach rozpuszczała się powoli, długo zachowując zbity kształt i pewną twardość. Opływała sokiem, jawiąc się jako szorstka i piaszczysta. Tłustości prawie brak, za to z czasem zdobyła się na pylistą lepkość. Otarła się o przytykanie, po czym jednak rzedła w obliczu narastającej szorstkości. Całość znikała soczyście-wodniście, zostawiając suchawe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam kwaśną cytrynę. Nie była to wysoka kwachowatość, ale kwaśność dość znacząca. Zaraz jednak od jej soczystości odciągnęła uwagę rześkość, działająca na podobnym polu, ale jednak zgoła inna. Obok pojawiły się wilgotne, jakby pokryte rosą bardzo rześkie drobne białe kwiatki. Ich świeżość gnała przed siebie i przez myśl przemknął mi nawet aloes.

Szybko jednak odezwało się zbutwiałe drewno, przechwytujące wilgotny motyw i powoli go wyciszające, oraz ziemia, która z kolei może nie jest zupełnie sucha, ale której od paru dni brakuje opadów. Suchawy klimat przechwycił i rozwinął dym. Gorzkość choć nie silna, zaprezentowała się wyraźnie.

Dym nakierował cytrynę na bardziej skórkowy wydźwięk. Kiedy cytryna kwaśność wzbogaciła o cierpkość, dołączyła do niej kwaśno-cierpka limonka. Też jako sok i skórka. Coraz więcej cierpkiej skórki. Kwaśność miała się nieźle, rozwijała, aż nagle... mocno osłabła.

Wkroczyła i szybko podskoczyła do poziomu wysokiego słodycz. Otuliła cytrynę, zgasiła jej co bardziej kwasowe zapędy i otarła się o lekką cukrowość.

Ziemię i drewno złagodziło trochę maślaności... Maślanych ciastek? Ciastek z orzechami? 

Cukier przemieszał się z miodem, a ja pomyślałam o miodzie mocno kwiatowym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po prostu kwiaty wsparły tę kwiatową nutkę miodu. W głowie rozgościł mi się już nie tylko miód kwiatowy, ale też bukiety żywych białych kwiatów. Mieszanka słodyczy bardzo osłodziła pozostałe wątki.

Maślane ciastka lśniące od kryształków cukru i trochę orzechów zgrało się z drewnem. Drewno zrobiło się nieco istotniejsze, ziemia gdzieś się zatraciła. Gorzkość złagodniała.

Kwaśność, choć bardzo poskromiona, próbowała się utrzymać. Przywróciła też świeżość kwiatów, co... zabiło ją niemal zupełnie. W kwiatach zaczęły przewijać się zielone winogrona: słodkawe, ale i średnio dojrzałe, co i raz dające nadzieję na powrót kwasku. Za nimi kręciło się trochę wiśni i śliwek... Aż nagle śliwki wyrwały się na przód. W pierwszej chwili soczyste i świeższe, zgarnęły słodycz, zapożyczyły niemal znikającą kwaśność i pokazały się jako suszone, podwędzane, a przez to nieco dymne śliwki. I... kompot śliwkowy?

Poczułam, jak coś zaznacza się na języku. W pierwszej chwili pomyślałam, że to słodycz, ale przy niektórych kęsach wskazałabym raczej przyprawy. Jałowiec? Ziele angielskie? Lekka goryczka zasugerowała im... mak? Pomyślałam o śliwkach dodanych do miodowo-cukrowej masy makowej... razem z rodzynkami? Goryczka ostała się tylko właśnie jako mak, osłodzona miodem i tymi suszonymi owocami.

Drewniana nuta prawie odpuściła. Delikatna maślaność przestała więc ją łagodzić, a sama wydała mi się końcowo nieco bardziej orzechowa, ale niejednoznaczna.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-śliwkowy, ale niezbyt kwaśny i wręcz cukrowo słodki. W głowie siedziała mi nieco przesłodzona masa makowa, słodzona miodem wielokwiatowym i cukrem, ciastka z orzechami, lśniącymi od cukru, a do tego sporo kwiatów i średnio dojrzałych zielonych winogron, przechodzących w rodzynki. Echo zbutwiałego drewna i dymu starały się wprowadzić poważniejszy akcent, ale w duecie cukru i kwaśności stanowiły jedynie wątek poboczny.

Czekolada była smaczna, ale przeszkadzała mi jej jawna cukrowość, wyłaniająca się raz po raz. Cukier jakby osłodził cytrynę, wymieszał się z miodem, a pod koniec przesłodził masę makową ze śliwkami suszono-wędzonymi i rodzynkami. Podobała mi się tu owocowa dynamika, to, jak cytrynowo-limonkowy duet rozpoczął kompozycję, to, jak potem pojawiło się trochę winogron, wiśni i śliwek, a na koniec rodzynek. Czuję jednak niedosyt kwaśności po tej początkowej obietnicy oraz zacnych nut drewno zbutwiałego, ziemi i dymu. Więcej tych właśnie bardzo by się przydało w miejsce słodyczy. Bo właśnie że ta chwilami zbyt dosadna, prosta słodycz wydawała się zwyczajnie nieadekwatna, niedopasowana. Za nic nie zgadłabym zawartości - upierałabym się, że to jakieś 70 % kakao.


ocena: 7/10
cena: € 6,50  (za 70g; około 28 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy