środa, 23 września 2026

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio ciemna 55 % z pistacjami

Mimo że nie cierpię czekolad z kryształkami, w tym głównie typu Modica i ogólnie wyczuwalnych chrupiących kryształków cukru w czymkolwiek, pojedynczym rzutem 3 włoskich tabliczek na Lidle się zainteresowałam. Tylko dlatego, że nadarzyła się okazja dostania ich od ojca. Sama bowiem nie wydałabym na nie ani grosza. Uznałam jednak, że nic nie stracę, jeśli dam im szansę. W końcu wyszukiwanie ciekawych, dobrych tabliczek w góry robiło się coraz trudniejsze, gdy nie chciałam zbankrutować, wydając też na nie, czy zwyczajnie brać na szlaki najtańszych i potencjalnie niezjadliwych. Wracając do czekolady. Te z kryształkami cukru, jakoby grubo ziarniste, bo mielone na tradycyjnych kamieniach do mielenia kakao o nazwie metate, Czekolady di Modica IGP (chronione nazwą pochodzenia) są ponoć największą dumą marki Peluso, założonej w 1964. Jej słodycze ponoć "opowiadają Sycylię". Od lat firma pozostaje wierna lokalnym recepturom i wartościom, tworząc produkty mające być dziełami sztuki. Do swoich czekolad dodają składniki, które rosną właśnie tam, we włoskim słońcu.
Tak się zdarzyło, że sięgnęłam po nią bardzo słonecznego dnia. Niebieskie, bezchmurne - prawie jak włoskie - niebo robiło jej za tło, gdy wyciągnęłam ją na Hali Łabowskiej, koło schroniska. Weszłam tam niebieskim szlakiem z Piwnicznej-Zdroju w dniu, kiedy przez roztopy i stopień zagrożenia lawinowego zrezygnowałam z Tatr.

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z pistacjami; typu Modica (z kryształkami) z miasta Modica (chroniona nazwa pochodzenia).

Po otwarciu rozszedł się ziemisty zapach, któremu towarzyszyła mocno palona kawa, wiórki kokosowe i trochę niedookreślonych orzechów. Pistacje jednak nie znalazły się wśród nich. Z kokosem wiązała się jakby rześkość i świeżość, dodatkowo nakręcone słodyczą kwiatów. Czułam lekką cukrowość, ale zawoalowaną. Czasem czekolada zalatywała trochę polewowo, ale to był marginalny wątek. Do głowy przyszło mi jeszcze soczyste, właśnie kwiatowe lekkie wino czerwone. Możliwe, że też jakiś nieokreślony czerwony owoc. W ciemno powiedziałabym, że czekolada zawiera jakieś 70%.

Tabliczka o niemal czarnym kolorze w dotyku wydała mi się pyliście-aksamitna. Wygląd mamił kremowością, ale... wyglądała trochę jakby rozpuściła się i zastygła. Od razu na spodzie też dostrzegłam kryształki cukru.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako bardzo twarda i krucha. Wydawała z siebie średnio głośny trzasko-chrzest, w czym spory udział miał cukier.
W przekroju kryształki cukru połyskiwały. Widać, że było ich bardzo dużo, w przeciwieństwie do małych, pojedynczych pistacji. Te stanowiły marginalny dodatek. Gdy odgryzałam kawałek, rozpadał się, rozstrzeliwując po ustach dużo kryształków cukru.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, jako że często od razu rozpadała się na kawałki. Początkowo jakby się zawahała, czy w ogóle zacząć, potem zaś zmieniała się w zawiesinę i kiedy cukier się ujawniał i zaczynał się rozpuszczać, bardzo przyspieszała. Ogólnie cechowała ją ziarnistość, piaszczystość, chwilami wręcz szorstkość, ale nie tylko od cukru. Stawała się najeżoną kryształkami, luźną masą, w której większość uwagi przyciągają kryształki cukru. Jak się z czasem okazało, wśród nich znalazły się drobinki niedomielonego kakao. Za nimi czuć pylistą suchość czekolady, którą trochę łagodziła lekka wodnistość i chwilowa namiastka soczystości.
Kawałki pistacji stanowiły mało znaczący dodatek. Niezależnie od tego, kiedy je gryzłam, wypadały tak samo. Gdy jednak robiłam to wcześniej, zupełnie nikły w chrupiąco cukrowej bazie. A jako że nie cierpię chrupiącego cukru, wolałam tego nie gryźć, a pozwalać się rozpuścić.
Pistacje gryzione na koniec były spodziewanie specyficznie miękkie, trochę sprężyste. Większość to naprawdę malutkie kawałeczki, tylko kilka trafiło mi się nieco większych, ale też małych. Zaplątało się kilka trzeszczących skórek. Oprócz pistacji uświadczyłam jeszcze całkiem sporo kamienie twardych i trochę bardziej miękkich drobinek kakao, udających piasek. Czasem próbowały odciągać uwagę od pistacji.

W smaku pierwsza pojawiła się wyraźna, choć łagodna gorzkość. Przeważnie, zupełnie obok, obecność zdradzał też cukier, którego kryształki często rozsypywały się na języku.
Gorzkość miała palony charakter, najpierw serwując mi motyw palonych kadzidełek.

Paloność po chwili wzbogaciła się o paloną kawę, która trochę rozmyła kadzidła, a po chwili... zrobiła się koniecznie słodzoną kawą... kakaową? Zalatującą... polewą kakaową? Gorzkość zmieniła się w zasadzie jedynie w gorzkawość.

W tym czasie cukier roztoczył słodycz. Wydawała się jednak jakby obok gorzkawości, rozchodziła się równolegle. Przemknęły mi przez myśl ciastka z cukrem na wierzchu, a potem słodycz obrała rześki, wręcz trochę kwiatowy wydźwięk. Nabrałabym się, że to jakiś inny niż biały cukier. Rosła szybko.

Nie zastopowała jednak niskiej, choć wyraźnej, gorzkości, która żyła własnym życiem. Narzuciła klimat nieco cięższy niż mają typowe 60%, dorzucając czarną ziemię. Nie szarżowała, nie była bardzo silna, ale swoje powiedziała. Pomyślałam o wilgotnej, świeżej ziemi i przesadzaniu kwiatków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta świeżość, wręcz rześkość zmieszała się z jakby rześkością słodyczy, co skojarzyło mi się z kokosem.

Słodycz wpisała się w to z ochotą. Wiórki kokosowe rozgościły się na dobre, po czym wzbogaciły się o trochę orzechów. Na pewno jednak nie pistacje.
Pistacje nie odzywały się gdy ich nie gryzłam.

Gdy z ciekawości pogryzłam pistacje wcześniej, obok czekolady, miały problem z przebiciem się, acz ich jakby naturalnie lekko słonawe echo jakoś tam się pokazywało. I tonęło w ziemi - napędzanej przez drobinki kakao - i cukrze. Ziemi i odrobinka czerwonego wina?

Ziemia z czasem zmieniła się w suche kamienie, żwir i płytę chodnikowa. Przez moment wątek ten zrobił się pierwszoplanowy, mimo równolegle wysokiej słodyczy. 

Wtedy też czasem przemykała soczystość. Nie w każdym kęsie taka sama. Im więcej akurat posypało się kryształków cukru po ustach, tym słabsza była. Ogólnie jednak miała w sobie coś z owoców, ale... nie należała do owoców. Przywodziła na myśl lekkie, rześkie wino truskawkowe, acz bez silnej alkoholowości. Ziemiste nuty trochę przekierowały ją w stronę soczystości nibsów kakaowych.

Słodycz, gdy cukier kończył się rozpuszczać, wydała mi się przesadzona i już, choć wciąż też rześka, jawnie cukrowa. Acz w gardle nie drapała, trzymała się jeszcze średniego poziomu. Acz nadal miała w sobie sporo z kokosa - choć już bardziej miazgi niż wiórków.

Nuta trochę soczyście winnych nibsów ogólnie się w kompozycji raz po raz przewijała i na końcówce przeważnie mocno rosła w siłę.

Zostawione na koniec pistacje smakowały... sobą. Pistacje były bardzo delikatne, naturalnie słodkawe. Przy dwóch zaznaczyła mi się jednak jakby naturalna słonawa nutka. Czasem drobinki kakao je przygłuszały, czasem nie, a po prostu dały o sobie znać obok. Te smakowały gorzko palono, ziemiście i mokrym chodnikiem, a czasami (te nawet jak na ziarna kakao bardzo twarde) jakoś nijako.

Po zjedzeniu został posmak cukru, ale jakby złagodzonego rześkim kokosem. Czułam też motyw ziemi, płyty chodnikowej i soczystego, lekkiego wina czerwonego (truskawkowego?). Było bardzo słodko, ale i gorzko-palono. Czasem udało się też utrzymać pistacjom (zwłaszcza większym kawałkom).

Oceniając, przede wszystkim odcinam się od tego, że bardzo nie lubię typu Modica. Rozumiem, że ona ma być tak kryształkowa, a jednocześnie czuję, że 60% kakao chyba do tego typu czekolady nie jest najlepszym wyborem, bo cukier aż przytłacza. Acz jest to na swój sposób ciekawe, to muszę przyznać. Z kolei obiecany dodatek, czyli pistacje... Ta ilość to jakaś kpina. Nie dość, że dodano ich tak mało, że można by je przeoczyć to jeszcze chowały się w wyrazistym smaku bazy i drobinkach kakao. Nie podobały mi się te drobinki kakao twarde jak kamień - łuska kakaowa? Przy dość ziemiście-kamienno-chodnikowym smaku miałam wrażenie, że chrupie mi tam prawdziwy piasek. A właśnie smak, co najważniejsze. Na plus, że mimo takiej ilości cukru wbrew pozorom nie smakowała samym cukrem, a wręcz wyszła ciekawie rześko słodka w sposób kwiatowo-kokosowy. Płynące obok gorzkawość, nuty ziemi, kamieni i chodnika oraz nibsowy smak świetnie wypadły. To było ciężko-rześkie, kontrastowe w przyjemny sposób, więc naprawdę żałuję, że aż taka ilość cukru i ta kamienna twardość kakaowych drobinek mi tak bardzo przeszkadzały.

W górach jeszcze jakoś szło, ale to, co wróciło do domu i normalnie zweryfikowałabym odczucia i dojadła, niestety za bardzo mnie denerwowało. Gdyby lepiej rozegrali sprawę pistacji, mogłaby mieć 6-7 (zależy, jakby to z nimi wyszło). Podobnie wyższa zawartość kakao na pewno wyszłaby jej na dobre. Tak jawi się jako przeciętna czekolada typu Modica z ciekawym charakterem, ale której odbiór psuły źle zrobione dodatki (pistacji, drobinki nibsów).

Odpadłam po 33g i oddałam Mamie. Jej opinia: "Bardzo dziwna. Ale trochę w sumie z ochotą, taka zaintrygowana zjadłam. Mimo że bałam się o zęby, bo było w niej coś dziwnego, jakby piasek zostawał w gębie. Aczkolwiek właśnie dzięki temu, ogólnie strukturze, wyróżniała się była ciekawa, niespotykana. Właśnie ten piasek złożył się też na tą strukturę chyba. No, cukier jeszcze. Mnie ona się przez to wypowiadała napowietrzona! Zdziwiłam się, bo mimo że 60% kakao, to była zjadliwa, mimo że nie lubię ciemnych. I to mnie strasznie dziwiło. Ona jakby nie była gorzka na te 60%. Bo czasami już 50% jest dla mnie niezjadliwa. A ta była bardzo przystępna. Pistacje nawet czułam, jak na koniec koniec zostały, jakieś 2 czy 3 kawałki. Przebijały nad kakao. Ale mimo wszystko nie chcę całej tej reszty, co dostałam. Trochę mi wystarczyło, by poznać ciekawostkę.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 75g; sprawdziłam)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, pistacje

poniedziałek, 21 września 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna

Choć moje początku z Meyboną były kiepskie, polubiłam tę markę po zmianach, jakie zaszły w ich czekoladach. Tym razem sięgnęłam po tę z peruwiańskiego kakao, bo czułam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Peru to dość wyrazisty, znany region. Zjadłam już resztę tabliczek z tej serii z mniej popularnych krajów i te, które miały mleczne odpowiedniki - wraz z tymi. Zostałam więc z Peru oraz blendem. Blendy mają to do siebie, że nie wiadomo, czego się spodziewać. Na niespodzianki tym razem nastroju nie miałam. Tę zrobiono z ziaren typu Oro Verde, czyli podtypu Criollo. Szkoda tylko, że do zawartości policzyli i miazgę, i tłuszcz, ale po tych poprzednio zjedzonych wiedziałam już, że w granicach rozsądku. 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Criollo z Peru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach miękkich, cynamonowych pierników nieczekoladowych, za to z mazistym lukrem na wierzchu. Ich "ciasteczkowość" poniekąd tworzyło subtelne prażenie. W piernikach dominował cynamon, ale przyprawy korzenne na nim się nie kończyły, bo jakby obok pierników wystąpiły jeszcze migdały w cukrowo-waniliowej mlecznej czekoladzie i cynamonie oraz jeszcze sporo kolendry i kardamonu, acz bez pikanterii. Całość była znacząco słodka, właśnie lukrowo, ale też waniliowo i trochę kwiatowo. W tle doszukałam się jeszcze wilgotnych daktyli. 

Tabliczka ze względu na porządną twardość podczas łamania trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jako że była bardzo gęsta i trochę kojarzyła się z gęstym serkiem homogenizowanym. Jej średnia tłustość dołożyła się do tego skojarzenia. Z czasem pojawiała się soczystość, przechodząca trochę w wodnistość - co z kolei znów podkręcało wizję serka: ale tym razem takiego, na którego wierzchu wydzieliła się woda. Końcowo odnotowałam lekko ściągającą pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz wanilii, wprowadzającą bardzo słodkie orzechy: w zasadzie nugat, pewnie posłodzony wanilią.

Pomyślałam o kremie z orzechów laskowych z dodatkiem mleka, a po chwili o mocno mlecznych lodach orzechowych. Wyobraziłam sobie lody zrobione na pełnej śmietance w wariancie "orzech laskowy", doprawione cynamonem. Mimo wiec skojarzenia z lodami, weszło - za sprawą cynamonu - ciepło.

W tle przemknęła nieśmiała, soczysta nutka trudno uchwytnych owoców. Czereśni?
Gorzkość też trochę się pokazała, ale trzymała się z boku, wprowadzając po prostu delikatny motyw palony.

Słodycz nie miała za to żadnych oporów. Rosła wraz z prażono-korzennym ciepłem, z czasem porzucając jednak wizję kremu nugatowego na rzecz migdałów w czekoladzie mlecznej i cynamonie. Z czasem orzechowe nuty przysłoniło trochę białych kwiatów, w tym jaśmin.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość z tła podkradła się do słodyczy a ja pomyślałam o soczystych świeżych daktylach Medjool. Choć orzechy się już wycofywały, daktyle podszepnęły im na odchodnym motyw karmelizowania.

Miękkie, słodkie daktyle i to karmelizowanie, ciepła obróbka nagle ułożyły się w miękkie pierniczki. Takie sowicie pokryte dobrej jakości, mazistym lukrem. Nie czekoladowe, łagodne i słodkie, ale niepodważalnie korzenne. Dominował w nich cynamon, ale czuć, że gdzieś wokół już zbierały się i inne przyprawy.

Soczystość przeszła w wyraźniejsze czerwone owoce. Zmieniły więc wydźwięk słodyczy na naturalniejszy, mniej zasładzający. Czułam przede wszystkim naturalnie bardzo słodkie świeże czereśnie. Za nimi, ze względu na ogólną wysoką słodycz przemknęła mi myśl o czerwonych jabłkach w karmelu, może karmelu waniliowym, ale potem czereśnie jednak odwracały od nich uwagę. Jakby już, już miały zaserwować trochę kwasku, a tu nagle zmieniły się w słodki, trochę przesłodzony owocowy sos... syrop! Żurawinowy.

Korzenność w tym czasie starała się zapobiec przesłodzeniu i wytoczyła kardamon i kolendrę. Zrównały i zmieszały się z łagodniejszym, słodkim cynamonem. Razem, lekką pikanterią i słodyczą, aż nieco przypiekły w język. Końcowo to w przyprawach osiadło trochę palono-ciepłej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak trochę palony, ale nie mocno gorzki. Czułam sporo mocno cynamonowych, ale słodkich i delikatnych miękkich pierników, a do tego jeszcze nugatowe lody. Jedne i drugie mogły być posłodzone wanilią, bo i jej sporo czułam. Słodycz wydała mi się ryzykownie wysoka, ale jeszcze nie bardzo zasładzająca. Chyba pomogło subtelne, choć w sumie też słodkie, acz przynajmniej soczyste echo czerwonych owoców.

Czekolada była smaczna, jednak doskwierał mi w niej prawie brak gorzkości. Lekko palone nuty gdzieś tam w tle osiadły i tyle. Odrobinka owoców nie przełożyła się na kwasek, ale już przynajmniej soczystość. Pracowały na nią świeże daktyle, jabłka w karmelu i syrop żurawinowy. Stanowiły jednak tylko wtrącenia, podczas gdy baza była głównie słodko pierniczkowa. Wizja miękkich, mocno cynamonowych pierników w lukrze niesamowicie jednoznaczna. Mieszała się z nugatem mlecznym i lodami z orzechami laskowymi oraz migdałami w cynamonie, a z czasem charakterniejszą korzennością kardamonu i kolendry. Kwiaty wszystko spajały zapewniając harmonię. Ogół był nieco za słodki i tutaj mam mieszane uczucia co do wanilii: z jednej strony było mi jej trochę za dużo, z drugiej jednak to ona przysłoniła cukrowość, która mogłaby wyjść chamsko.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

niedziela, 20 września 2026

Zotter Hibiscus + Mint / Zotter Hibiskus + Mint ciemna 70 % z kremem z białej czekolady z miętą i hibiskusowym kremem z mleka, nugatu migdałowego i białej czekolady z solą i cytryną

Kiedy weszły nowości Zottera na jesień 2025 dziś prezentowana była jedną z tych tabliczek, która z łatwością przyciągnęła mój wzrok. We wcześniejszych latach wszystkie miętowe Zottery mnie zachwycały. Niestety, pech chciał, że najpierw spróbowałam Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze i straciłam nadzieję, że dziś prezentowana będzie porządniej miętowa.


Zotter Hibiscus + Mint / Zotter Hibiskus + Mint to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) kremem na bazie białej czekolady z miętą pieprzową i (30%) kremem "ganache" z mleka, w którym rozpuszczono sproszkowanego hibiskusa, praliny /nugatu migdałowego i białej czekolady z cytryną i solą.

Po otwarciu poczułam zapach, który skojarzył mi się z szlachetniejszymi czekoladkami miętowymi: pastylkami Goplany i After Eight, a więc łączący w sobie sporo chłodnej mięty prosto ze słodkiego kremu z ciemną czekoladą. Ta miała charakter wyraźnie gorzki, palony i trochę chlebowy. Powiedziałabym, że w oddali pobrzmiewały migdały - trudno powiedzieć, czy z czekolady, czy z nadzień. Mięta wydawała się lekko likierowa, olejkowa, ale nie nachalnie czy sztucznie. W tym wszystkim zaplątała się lekka nuta mleczna. Nasiliła się po przełamaniu wraz z delikatnym kwaskiem.

Tabliczka w dotyku wydawała się twarda i masywna, ale wrażenie to szybko się rozwiało podczas łamania. Sama dość gruba, twarda czekolada lekko trzaskała, wgniatając się w miękkie i tłuste nadzienia.
Hibiskusowe wydawało się bardziej maziste, miętowe zaś bardziej zbite.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gładko. Była gęsta i tłusto-mazista. Zachowywała masywność, podczas gdy nadzienia w zasadzie się spód niej wyciskały. Rozpływały się w podobnym tempie, łatwo mieszając się ze sobą. A jednak różnice dobrze czuć.
Hibiskusowa warstwa była średnio gęsta, niby zwarta, ale też wysoce plastyczna. Kojarzyła się z bardziej mlecznym, lżejszym nugatem o wysokiej tłustości i soczystości. Łączyła gładkość ze znaczącą proszkowością. Z czasem znikała wodniście, szybciej od warstwy miętowej.
Bardziej gładki krem miętowy był rzadszy, ale nie rzadki... Jakby luźny, acz zagęszczony tłusto-miękką czekoladą białą. Czuć w nim tłustość maślano-śmietankową i bardzo subtelną pylistość.
Po paru kęsach czułam się tym wszystkim zbyt zatłuszczona.


W smaku sama czekolada od początku roztaczała paloną gorzkość. Miała dymny i migdałowo-orzechowy charakter oraz niską słodycz karmelu. Bardzo szybko przechodziła do roli tła intensywnego wnętrza.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieco mniej gorzka, bardziej harmonijna. Nie przesiąkła nadzieniami.

Nadzienia szybko odzywały się równocześnie i z równym natężeniem, podkreślając gorzkość czekolady. Warstwa miętowa wydawała się jednak spokojniejsza, podczas gdy czerwona jaskrawo-wyskokowa.

Krem hibiskusowy przedzierał się kwaśnością cytryny, którą po chwili przeplatał mlecznym, maślanym motywem. Cytryna zaczęła robić się mniej jednoznaczna, a mi do głowy przyszły cierpkie czerwone porzeczki. Kwaśność owoców zdecydowanie dominowała. A jednak migdałowy charakter tej warstwy też się rozkręcał. Słodycz rosła, kierując migdały w nugatową stronę. Czasem zahaczała o białą czekoladę... Acz wszystko to rozgrywało się w towarzystwie - chwilami wręcz w cieniu - owocowej kwaśności.

Czerwony krem spróbowany osobno wydał mi się wręcz kwachowaty, nie kwaśny. Bardziej czuć w nim cierpko-kwaśną herbatkę czerwono owocowo-hibiskusową. Migdałowość wtedy prawie się chowała (biało czekoladowy krem miętowy w połączeniu zapewne ją wydobywał).

Słodycz całości mocno podniosło nadzienie miętowe o wyraźnie, ale nienapastliwie, olejkowym charakterze. Jego miętowość ogólnie wyszła wyraźnie, ale łagodnie. Mleko też w nim nie próżnowało za sprawą znaczącego wątku białej czekolady. Jej motyw z obu nadzień nakręcał się nawzajem. Mięta nieźle rozbrzmiewała obok kwaśności drugiej warstwy, ale nawet nie próbowała się rządzić. Raz czy drugi wydała mi się lekko likierowa, przyszła mi nawet do głowy jakaś dziwna wariacja na temat mojito. Niestety ten krem nie rozwijał potencjału z intensywniejszą warstwą czerwoną, przez dłuższy czas po prostu ją osładzał, dodając nutkę mięty.

Krem miętowy spróbowany osobno okazał się wyraźniej miętowy i trochę bliżej mu było do zwyklejszego kremu miętowego rodem z czekoladek miętowych jak Goplany czy After Eight, ale też nie tak w pełni. Okazał się o wiele bardziej śmietankowo-maślany, biało czekoladowy. Acz słodki w stopniu średnim (wydawał się słodszy w zestawieniu z drugą warstwą). A do tego lekko przesiąknięty hibiskusem.

Po tym, jak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność kremu czerwonego zaczęła trochę odpuszczać, nieco wyraźniej czułam krem miętowy i jego nienachalną olejkowość. Wydawał się wręcz ochładzać usta i język. Z tym że wciąż z cierpko-kwaskawym, czerwono o owocowym echem. Ogólnie jednak zrobiło się bardziej mlecznie i słodko. Końcowo wręcz ryzykownie. Na końcówce biała czekolada pozwoliła sobie aż zaznaczyć się w gardle.

Czekolada po debiucie nadzień wydawała się bardziej gorzka, bardziej palona i dymna, a jednak nie wróciła już na przód z tła.

Po zjedzeniu został posmak olejku miętowego z wpisaną w niego lekką goryczką oraz poczuciem ochłodzenia oraz kwaśno-cierpkich owoców czerwonych, jak po herbatce owocowo-hibiskusowej, trochę podkręconych jeszcze cytryną. Był to dość osobliwy, niezbyt przyjemny splot cierpkości. Do tego motyw cierpkawej, palonej czekolady i rześkość. Rześkość poniekąd wiązała się z soczystą kwaśnością, ale i mięta się w to wpisywała. Mimo kwaśności, czułam też niemało słodyczy. W posmaku było tak dużo skrajności, wszystkiego, że nie był przyjemny.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Od razu przyszła mi na myśl Zotter Nashido Peppermint / Pfefferminze. Zacność takich nadzień miętowych tkwi według mnie w prostocie. Wystarczy im ciemna czekolada. Tu, taki niby lepszy, ale w sumie zwykły miętowy krem, z całą tą kwaśnością a'la czerwonych owoców i cytryny niby zyskał inny wydźwięk, czegoś ochładzacająco-rześkiego, innego mojito, ale... wcale nie wyszło to porywająco smacznie; raczej po prostu "może być" i z potencjałem (przeważył nad tym, że jednak 6, nie 5). Do mnie w dodatku nie przemówiła taka jawna biało czekoladowość wnętrza. Jak w przypadku wielu nowych Zotterów miałam wrażenie, że warstwy niby starają się sobie pomagać, ale tak naprawdę to nie pasują do siebie i każdej przydałby się inny towarzysz. Bo z kolei osobno też żadna z nich nie jawi się jako coś zbyt atrakcyjnego. Chociaż nie wiem, czy warstwie hibiskusowej coś by mogło pomóc. Była po prostu mocno średnia i za cytrynowa, więc ją po prostu trzeba by poprawić. Hibiskus sam w sobie jest kwaśny, więc po co go nią zagłuszać? Cieszę się za to, że nie czułam soli, która jest w opisie.

Rozdźwięk między tłustą konsystencją, a rześko-ochładzającym smakiem, soczystą kwaśnością a słodyczą białej czekolady, olejkowa mięta zmęczyły mnie po 17 gramach i oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Zupełnie nie moje smaki, ale przy tych wszystkich próbowanych nowości Zottera, co to go już zdążyłam znielubić, ta była na swój sposób ciekawa. Nawet niezła, tylko że nie w moim typie. Nawet miętę faktycznie w niej było czuć... Mimo tej cytryny, co zawsze".


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 83g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, migdały, słodka serwatka w proszku, hibiskus (1%), koncentrat soku z cytryny, pełny cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sproszkowana wanilia, sól, olejek miętowy (0,01%), cynamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róży

piątek, 18 września 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Nacional Arriba Ekwador Hacienda Victoria z Ekwadoru

Z Ekwadoru zjadłam w swoim życiu bardzo dużo czekolad i choć to popularny region, wiem, że potrafi zaskoczyć. Dziś prezentowana przyciągnęła mój wzrok zawartością kakao i - jak myślałam, zmianą cukru na trzcinowy - ale naprawdę nakręciłam się porządnie na nią dopiero po zjedzeniu dwóch innych o tej samej zawartości Sopockiej Manufaktury. Otóż marka rozwinęła się na lepsze. I to bez zmiany cukru. Choć dalej nie mogę pojąć, skąd ten błąd: gdy kupowałam czekolady, na stronie w składzie tabliczek 85% znalazł się cukier trzcinowy. Gdy jednak czekolady otrzymałam, na etykiecie był biały. Gdy skontaktowałam się z Somato, okazało się, że na stronie jest błąd, a oni nadal stosują biały. Dziś prezentowaną jednak nadal mimo wszystko  postrzegałam jako ciekawą i potencjalnie pyszną (widać przy 85% cukier biały w ich czekoladach aż tak mi nie przeszkadza). Przede wszystkim dlatego, że dawno temu chciałam zakupić 70% z kakao z Ekwadoru od tej firmy, właśnie by zacząć z nią przygodę, ale przestali ją produkować ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, o czym pisałam przy Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo. Nie wiem, jak tamtą wycofaną, ale dziś przedstawianą zrobiono z odmiany Criollo Perla, uprawianej na rodzinnej plantacji Hacienda Victoria na wybrzeżu Ekwadoru. Ta jest znana z czystości odmian i po prostu wysokiej jakości. Odmianę tę Sopocka Manufaktura określiła jako "delikatna, kapryśna i... pełna charakteru" oraz stwierdziła, że "to nie kakao, które trzeba oswajać – to kakao, które zaprasza".

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Nacional Arriba Ekwador Hacienda Victoria to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao Nacional Arriba z Ekwadoru, z prowincji Guayas.

Po otwarciu poczułam rześko-soczysty duet głównie kwiatów i gruszek. Gruszki przechodziły trochę w subtelnie alkoholowy likier gruszkowy o niewątpliwie wysokiej słodyczy. Ogół jednak nie był bardzo słodki ze względu na znaczący motyw ziemi i ziół, w tym wyraźnie szałwii oraz rześkość, kojarzącą się z aloesem i wilgotnymi roślinami, kwiatami, może też wilgotnymi ziołami. Gruszki wsparły soczyście-kwaskawe mandarynki i nieoczywisty, kwaśny pogłos octu balsamicznego winnego i czerwonych owoców: wiśni i / lub żurawiny w tle. Przez to wszystko przemykało jeszcze troszeczkę orzechów.


Dość twarda tabliczka łamana trzaskała głośno i chrupko. Zapowiadała się gęsto, w dotyku w dodatku kremowo-pyliście.
W ustach czekolada okazała się masywna, rozpływając się początkowo powoli, wręcz leniwie. Przedstawiła się jako gładko-mazista i trochę oleista, mimo że tłustość była niska. Kremowość mieszała się z zawiesinowym motywem, więc nie wydała mi się szczególnie wysoka. Z czasem odnotowałam szorstkość i lekką soczystość, po czym przyspieszyła rozpływać się i zniknęła.

W smaku najpierw przemknął jakiś nieokreślony czerwony owoc, a dosłownie w ułamek sekundy po nim rozbrzmiała słodycz kwiatów. Zapewniła rześkość, po czym stanęła na średnim poziomie i nie rosła już jakoś specjalnie.

Owocowy akcent szybko znów spróbował, tym razem podczepiając się pod słodycz kwiatów. Owoce i kwiaty weszły w sojusz, serwując mi gruszki oraz jakieś inne słodko-rześkie, lekko wodniste i właśnie jakby same w sobie kwiatowe owoce egzotyczne.

Z kolei akcent czerwonych  owoców związał się z kwaskiem, który znalazł miejsce na tyle i zaczął tam lekko pobrzmiewać, a po chwili rosnąć.

W tym czasie jednak zjawiła się gorzkość, zaraz przygaszając słodycz. Zadbała, by ta nie miała jak za bardzo wzrosnąć. Gorzkość przyniosła ze sobą sporo cierpkich ziół i dym. Wraz z dymem poczułam palony motyw, acz ten zaraz zaczął tworzyć tło, puszczając inne nuty przodem.

Zioła, w tym sporo szałwii jakby tylko na to czekały. Wsparła je ziemia, z którą ułożyły się w motyw zbutwiałego, zakopanego w wilgotnej, leśnej ziemi drewna.

Gdy gorzkość z łatwością przyciągała uwagę, gruszkowa nuta zaczęła przybierać na wytrawności, poprzez kwaskawe gruszki deserowe zmierzając ku gruszkowemu wytrawnemu białemu winu i poważniejszemu likierowi gruszkowemu, gruszkowo-kwiatowemu.

Kwaśność, ciągle rosnąca, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaprezentowała się jako wiśnie i mandarynki. Do czerwonych owoców dołączyły słodko-kwaśne cytrusy. Ogólna kwaśność wzrosła, ale jakby mimowolnie pociągnęła za sobą trochę słodyczy.

Do głowy przyszedł mi ocet... ocet z ziołami? Czerwono winny ocet balsamiczny? Pokazał się i wycofał. Ocet z nutką drewna, jakby leżakowany w beczkach jak wino. W kwaśnej strefie z czasem wiśnie umocniły swoje wpływy, a do tego wsparły je słodko-kwaśne suszone żurawiny. Pomyślałam o takich soczystych, naturalnie słodzonych np. sokiem jabłkowym oraz... ocet winny balsamiczny? Wciąż wracał. Kwasek czasami pozwalał sobie jakby aż przypiec w gardło.

A z kolei gorzkość jakby trochę zelżała? Poprzez drewno i palone realia wkradły się pieczone... ciasteczka? Wypieczone trochę za mocno, ale jeszcze nie spalone, na pewno maślane ciastka z orzechami. Jakby palenie zaadoptowało słodycz? Słodycz i gorzkość zaczęły jakby w opozycji do kwaśności mieszać się w jedno.

Zioła zgrały się z kwiatami, idąc w stronę kwiatowych ziół, zioło-kwiatów, np. rumianku i ogólnie takich łagodniejszych roślin. Roślin wilgotnych, z ciemnej niskiej strefy lasu.

Kwaśność cytrusów odpadła wtedy z gry, choć jeszcze przez moment czułam mandarynkową słodycz... Kwiaty próbowały im pomóc, ale zniknęły razem... Z tym, że i kwaśność pociągnęły za sobą. Też prawie zupełnie zniknęła.

Końcowo, gdy słodycz się wycofała z kwaśnością, w miejsce ciasteczek maślanych wstrzeliły się niejednoznaczne, bardzo łagodne orzechy.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych wiśni i echo niemal octowe, do których jednak z powrotem przedarło się trochę mandarynek, a także kwiatowo-ziołowy wątek, łączący słodycz i cierpkość. Cierpkość ziół i ocet układały się we wręcz swego rodzaju pikanterię. Obok pojawiła się ziemia i zbutwiałe, zakopane w niej drewno z łagodzącą orzechową otoczką.

Czekolada była smaczna, ale jakoś mnie nie rozkochała w sobie, nawet nie umiem powiedzieć, dlaczego. Może przez to, że gorzkość nagle jakby odpadła i straciła na znaczeniu, po tym, jak obiecała wiele? Słodycz była bowiem przyjemnie niska: kwiaty, trochę gruszek i rześkich owoców na początku, trochę ciastek później. Nuty ziemi, zbutwiałego drewna, paloność bardzo na plus, tylko że jakby im się nagle odechciało. Za to kwaśność cały czas konsekwentnie dążyła do dominowania: od lekkich akcentów czerwonych owoców na początku, przez wiśnie i mandarynki, po dużo wiśni wspartych żurawiną na końcu.
Czekolada mogłaby też tak nie przyspieszać na koniec z rozpuszczaniem się, ale ogólnie nie mam nic więcej do zarzucenia konsystencji.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 65g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale w sumie mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 17 września 2026

krem Bio Planet Krem Mix Orzechów Ziemne, Nerkowce, Laskowe, Migdały / Mixed nut Butter Peanuts Cashews, Hazelnuts, Almonds

Z jednej strony nie jestem fanką przesadzonego mieszania i robienia dań / produktów z powalająco dużej ilości elementów, ale muszę przyznać, że czasami mieszanie daje ciekawe efekty. W dziś przedstawianym kremie nie podobał mi się dodatek soli, ale postanowiłam zaryzykować, że to śladowa ilość "do smaku", która nie będzie wyczuwalna. Zwłaszcza, że produkt wypatrzyłam podczas zakupów z ojcem, kiedy to on płacił. W innym wypadku nie byłabym gotowa zaryzykować i dać szansy paście orzechowej z takim składem (tak, bałam się nawet takiej ilości soli).

Bio Planet Krem Mix Orzechów Ziemne, Nerkowce, Laskowe, Migdały / Mixed nut Butter Peanuts Cashews, Hazelnuts, Almonds to krem z 4 prażonych orzechów: arachidowych, nerkowca, laskowych i migdałów z dodatkiem soli.

Po odkręceniu poczułam zapach głównie prażonych fistaszków, podkreślonych solą. Przywodziły na myśl masła orzechowego typu amerykańskiego "peanut butter". Za nimi znalazło się troszeczkę nieco wytrawniejszych migdałów i trudna do uchwycenia, niezbyt zachęcająca goryczka. Trochę osłodziły je nieoczywiste, ale do rozpoznania nerkowce. Krem jednak nie wydawał się bardzo słodki, obrał tor prażono-słonawy, nawet po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia (czasem słonawe wrażenie wtedy zanika - nie w tym przypadku).

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się ogromna ilość oleju, z czego zlałam 4 łyżeczki, a wymieszałam 5 łyżeczek. Dokładnie popracowałam nad połową, którą miałam jeść, ale na samym dnie zostało jeszcze trochę suchszej części, więc zakładałam, że gdy się za nią zabiorę, jeszcze trochę zlanego oleju wróci, ale... stało się inaczej. O tym jednak za parę akapitów.
Wymieszanie nie należało do łatwych zadań, bo krem zupełnie wysechł i był twardy jak skała. Najpierw dźgałam go łyżką, by jakkolwiek olej trochę trochę wsiąkł, potem mieszałam, mieszałam i mieszałam. Dawno nie trafiłam na krem, który by aż tak zgęstniał, zastygł.
A miało co twardnieć! Był bowiem gęsty i konkretny, a także pełen malutkich kawałków i drobinek. Takich, że to już nie tylko efekt miazgowy, a po prostu krem z kawałeczkami orzechów wraz ze skórkami. Mimo męczenia się z oporem i długiego mieszania, w końcu osiągnęłam jednolity efekt bez suchych grudek. Acz krem nadal sprawiał wrażenie zbitego i zwartego.
Podczas jedzenia potwierdziła się gęstość i masywność, ale nie utrzymywała się do końca. Rozpływał się średnio powoli, początkowo konkretnie zalepiając usta. Szybko na języku zaznaczały się w nim drobinki i małe kawałki, sprawiając, że krem odebrałam jako ziarniście-piaszczysty. Były delikatne, ale nakręciły chrupkawe wrażenie, a do tego przyspieszały rozpuszczanie się pasty i ją rozrzedzały. Czasem aż prosiły się o gryzienie. Gdy z ciekawości parę razy gryzłam krem wcześniej, było bardzo chrupiąco. Mimo to i tego, jak dużo ich było, kremowość zupełnie nie uciekła. Czuć ją. Podobnie jak znaczącą, masywną tłustość orzechów oraz oleistość, która wyłaniała się z czasem.
Kawałeczki i drobinki orzechów zostawiałam na koniec, gdy pasta już zniknęła. Okazały się... różne, ale w większości chrupkie. Część subtelnie chrupkawa, delikatna, inne były twardsze (migdały, fistaszki), parę bardziej miękka (nerkowce). Znalazło się tam też trochę kruchych skórek. Ogólnie te pozornie niewymagające urozmaicenie sprawiło, że zęby ciągle miały co robić i wcale to takie niewymagające się nie okazało.

W smaku pierwsze rozbrzmiały fistaszki o znacząco prażonym charakterze. Nie była to jeszcze bardzo silna prażoność, ale miała znaczny udział w kompozycji, bo żadnych orzechów nie odstępowała ani na krok.

Arachidy po chwili zostały lekko osłodzone orzechami nerkowca. Te pokazały się i wycofały. Potem znowu lekko się wychyliły i znów się schowały. Acz tak po trochu, po troszeczku ogólnie cały czas trochę swej naturalnej słodyczy dokładały. Z tym że... potem jakoś uciekały, zostawiając tylko skąpą słodycz.

Słonawość wkraczała różnie. Czasem wraz ze słodyczą (wtedy nerkowce były mniej wyraźne), czasem trochę po słodyczy (i dopiero przeganiała nerkowce). Pokazała się i oddalała, ale w przeciwieństwie do smaku nerkowców nie znikając, a wisząc jak czasem burza potrafi wisieć w powietrzu.

Za nimi odnotowałam delikatną wytrawność i niedookreśloną gorzkość. Wytrawność jeszcze podkręciła i tak już dominujące fistaszki. Czasem dawała się dookreślić jako migdałowa, ale ogólnie zatracała się w fistaszkowości. Migdały dodawały arachidom jakby spokojną, szlachetniejszą nutkę i czasem szło o nich zapomnieć. Z kolei drobna goryczka podkreślała prażenie i gdy udało jej się trochę wychylić, przeszkadzała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czasem przewijały się orzechy laskowe, jakby starające się trochę wspomóc nerkowce...? Nie przy każdym zagarnięciu wyczuwalne tak samo, czasem jedynie lekko pobrzmiewały, że jedząc bezmyślnie można by je przeoczyć. Acz jakby tak trochę przechwytywały słodycz.

Fistaszki w tym czasie nie próżnowały i przybrały wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego "peanut butter". Raz po raz przemykała mi słonawość, która podkręcała prażony charakter arachidów. Drobinki i kawałeczki orzechów niegryzione wydawały się umacniać fistaszkowy smak, ogólnie upraszczać kompozycję. Przy niektórych zagarnięciach słoność była ledwo uchwytna, przy innych wyraźna.

Przy niektórych zagarnięciach sól już do końca utrzymywała arachidy, w których prażenie robiło się coraz dosadniejsze, u władzy. Chwilami prażenie zahaczało o przesadę - a wtedy trudno uchwycić orzechy inne niż arachidowe.

Czasem słodycz nerkowców końcowo jeszcze próbowała coś zaoferować, ale jednak ulegała wizji słodkawego i posolonego masła orzechowego. Gdy jednak pasta prawie znikała, a zostawały kawałeczki i drobinki, wizja masła orzechowego słono-słodkiego znikała, a smak zaskakiwał na po prostu prażony tor.

Kiedy gryzłam kawałeczki, kontynuowały prażony smak orzechów: głównie arachidowych, ale czasem odnotowałam w nich też laskowe i nerkowce. Wyraźniej je czuć, jak i migdały ze skórkami, gdy bawiłam się, wyłapując co większe i gryzłam je pojedynczo. Razem mieszały się w jeden ogólnie orzechowy, głównie arachidowy, miks. Kilka razy bardziej rzuciły mi się w oczy na język przeprażone kawałeczki fistaszków.

Po zjedzeniu został znacząco prażony  posmak fistaszków z solą, wspartych jakby wytrawniejszo-neutralnymi migdałami oraz słodyczą nerkowców. Raz po raz zaplątała się też orzechowa goryczka.

Krem mi nie podszedł. Struktura w ogóle mi się nie podobała - aż takie rozwarstwienie się i problematyczność w przemieszaniu to jedno, ale i ta konsystencja kremu najeżonego mnóstwem drobineczek, które przekładają się na chrupkość to nie moja bajka, wolę subtelniejszy efekt miazgowy lub gładkość albo od biedy gładką pastę z nieprzesadzonym dodatkiem sporych kawałków. Smak też nie spełnił oczekiwań, bo był głównie fistaszkowy i jeszcze raz fistaszkowy z malutką domieszką nerkowców, migdałów i w porywach laskowców. Wyszło więc za rozmaicie na zwykły krem fistaszkowy 100%, a jednak za słabo było czuć te inne orzechy na kompozycje ciekawszą, bardziej złożoną. Wolałabym, by te inne orzechy grały razem w zespole, a nie tylko kibicowały fistaszkom. I do tego sól - zupełnie mi tam nie pasowała, bo tylko podkreślała prażone arachidy, a zagłuszała co ciekawsze orzechy. Czyli nie wniosła niczego dobrego, a tylko uszkodziła. W tle czasem wychylał się jeszcze niedookreślony, jakby gorzkawy motyw, który też na korzyść nie działał. Im więcej kremu jadłam, tym bardziej mnie słoność męczyła i denerwowało mnie, że tak podkreśla dla mnie za mocno prażone arachidy. I choć najpierw byłam gotowa wystawić 6, przeprażenie i chowające się w nim pozostałe orzechy, przesądziły o ocenie i o tym, że więcej nie chciałam mieć z tym do czynienia.

Pozostała połowa trafiła do Mamy, która opisała to tak: "Jaka cegła! No, trzeba będzie tego oleju podlać i wymieszać. A smak, jak dla mnie obrzydliwy oprócz prażenia i soli. Coś w nim było, że mi nie smakował i oprócz fistaszków, to ja tam tego wszystkiego nie czułam. Acz na kanapkach z serem żółtym i dżemem jakoś tam dało się tego trochę zjeść, ale więcej nie chcę. Po co, skoro mamy boski (Sante) Auchan Peanut Paste Smooth 100 %?".


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: około 20 zł (za 250g; promocja)
kaloryczność: 662 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzeszki ziemne (49,7%), prażone orzechy nerkowca (20%), prażone orzechy laskowe (15%), prażone migdały (15%), sól morska

wtorek, 15 września 2026

Zotter Himbeer Kirsch mit Kubris-Crunch / Raspberry Cherry with Pumpkin Crunch ciemna 70 % z malinowo-wiśniowym marcepanem i nugatem z pestek dyni z karmelizowanymi wafelkami "brittle"

Mój stosunek do nadziewanych czekolad Zottera zmienił się na przestrzeni lat o 180 stopni. Od uwielbienia i zaintrygowania przeszłam do niechęci i znużenia. Dziś prezentowana już z samego opisu wydała mi się przeładowana. Głosi on, że warstwa z wiśni, malin i marcepanu odnosi się do "smaku babcinych deserów". Na pewno nie mojej babci. Z kolei nugat dyniowy to ponoć Zotterowe popisowe unowocześnienie. Niewątpliwie rzadko się go spotyka, ale według mnie tylko brzmi fajnie. W żadnej tabliczce jeszcze mnie nie zachwycił. Coś czułam, że ta nie będzie inna.


Zotter Himbeer Kirsch mit Kubris-Crunch / Raspberry Cherry with Pumpkin Crunch to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (28%) malinowo-wiśniowym marcepanem i (28%) praliną / nugatem z pestek dyni z karmelizowanymi wafelkami "brittle". 

Po otwarciu poczułam zapach palono-dymnie gorzkiej czekolady, która kojarzyła się trochę z ciemnym chlebem, o niskiej, również palonej słodyczy karmelu, której towarzyszył równie wyrazisty migdałowy marcepan. Udawał, że kryje trochę ciężko-słodkiego alkoholu. Zgrały się i nakręcały. Za nimi stanęły czerwone owoce, przede wszystkim wiśnie. Mimo że niewątpliwie kwaśne, to zarazem pudrowe słodkie. Czuć je zwłaszcza, gdy wąchało się wierzch. Po przełamaniu za to do tego wszystkiego dołączył jeszcze niedookreślony motyw słodkiego i tłustego, maślanego nugatu.

Tabliczka była twarda i wydawała się masywna, ale że to w sumie złudzenie, wyszło na jaw przy łamaniu. Sama średnio gruba czekolada trzaskała, ujawniając miękkie wnętrze: tłusty i plastyczny nugat lepko-wilgotny, trochę wręcz żelkowo-galaretkowaty marcepan, w którym widać trochę sporych pestek malin. Choć nugat z kolei wyglądał na gładki, przy robieniu kęsa czasem słychać było i czuć chrzęszczenie, chrupanie jakby cukru. Wtedy też - przy odgryzaniu kawałka - konkretna czekolada wgniatała się w miękki marcepan.
W ustach czekolada odpadała od nadzienia i rozpływała się w średnim tempie. Cechowała ją tłusta kremowość i gęstość. Maziście pokrywała podniebienie i miękła, z czasem ujawniając nadzienia, z kolei zbite i zlepione ze sobą.
Owocowy marcepan szybko upuszczał trochę soczystości, dając się poznać jako wilgotny i plastyczny, acz rozpuszczający się powoli. Najwolniej ze wszystkiego. Konkretny nugat wkraczał powoli, bo też się nie spieszył. On jednak bardziej zlewał się z czekoladą, a znikał trochę przed nią.
Nugat był tłusty, byłby wręcz śliski, gdyby nie ogrom małych i mikroskopijnych wafelków. Większość z nich była  wielkości kryształków cukru. W tej warstwie czuć zarówno masywność orzechów, jak i oleistość. Trudno było gryźć same wafelki obok czekolady i nadzień, więc jako że nie cierpię gryzienia czekolad, zostawiałam je na koniec. Gdy pogryzłam wcześniej  na próbę, przypominały cukier.
Marcepan owocowy trochę tonował tłustość i częściowo pochłaniał chrzęszczącą wafelkową drobnicę. Gdyby nie on, mogłyby drapać podniebienie. Marcepan był specyficznie grudkowy, ale też bardzo galaretkowo-żelkowy. Przypominał przecierowo naturalną, zwięzłą galaretkę z pestkami malin, która mocno się lepi i którą można jak się chce rolować i formować. Niechętnie rozchodził się na grudki ze względu na to owocowe zżelowanie. Marcepan rozpuszczał się najwolniej. Zostawał jako luźna, plastyczna żelka o przecierowej strukturze.
Na koniec w ustach zostawały głównie pestki malin, marcepanowe, drobne grudki i wafelki: jako cienkie płatki oraz drobinki przypominające kryształki cukru.
Gryzione na koniec delikatne wafelki pochrupywały już bardzo delikatnie, jako że nasiąkły i zmiękły. Nawet zaczynały się rozpuszczać. Mimo to, skojarzenie z cukrem uparcie się ich trzymało.
Pestki malin oczywiście twardo chrupały. Zaskoczyło mnie to, jak dużo ich na koniec zostawało.
Grudki marcepanu miękko trzeszczały.

W smaku czekolada była palono gorzka i delikatnie słodka w karmelowym stylu. Zawarła w sobie motyw dymu, ciemnego chleba i marcepanu.

Gdy spróbowałam czekolady osobno, wydała mi się nieco łagodniejsza i bardziej wyważona w kwestii gorzkości i słodyczy, niż w zestawieniu z wnętrzem. Powiedziałabym też, że pobrzmiewa sama w sobie migdałami, nie zaś, że przesiąkła marcepanem.

Nadzienia szybko się odzywały, zwłaszcza owocowy marcepan.

Marcepan eksplodował smakiem kwaśnych wiśni i malin. Przez ułamek sekundy zrobiły aluzję do cytryny, ale nie. To były głównie kwaśno-cierpkie wiśnie. Maliny starały się nadążyć. I one przedstawiły się jako kwaśne. Choć wyszły bardzo soczyście, dość świeżo, czuć, że to suszone / liofilizowane.
Migdały trochę wypłynęły po chwili, wraz z maślano-śmietankowymi nutami. Słodycz nie spieszyła się, dopiero rosła wraz z rozwojem smaku owoców oraz rozpuszczaniem się nugatu. Wtedy robiło się trochę pudrowo, a kwaśność jeszcze przez moment wydawała się przerysowana, po czym słabła. W dodatku przy czekoladzie w marcepanie zdawała się kryć goryczka.
Marcepan spróbowany osobno wydał mi się nieco bardziej migdałowy, ale nadal zdominowany owocami.

Dyniowy nugat do kompozycji dodał nijakość i oleistość, acz jego rola w kompozycji ogóle była marginalna. Przez niego, przez ten brak charakteru, owoce chyliły się ku przesadzie w kwestii kwaśności. Nugat wydawał się wręcz neutralny, dopiero z czasem, po owocowym uderzeniu, dało się w nim doszukać akcentu dyni oraz lekkiej mleczności. Starał się pomóc wyłonić migdałom z marcepanu.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak znacząco zaczęła podskakiwać cukrowość. Wyłaniające się z nugatu wafelki smakowały bowiem głównie po prostu cukrem, trochę tylko karmelowo.
Nugat spróbowany osobno był zdecydowanie bardziej mleczny, a także ewidentnie dyniowy. Choć nie jakoś mocno. Odnotowałam w nim też nutkę białej czekolady. I czuć, że zawierał cukrowe wafelki.
Gdy z ciekawości raz pogryzłam wafelki w trakcie rozpływania się kęsa, dałabym się nabrać, że to kryształki cukru (no, może przynajmniej trzcinowego). Bo wtedy czuć jedynie niewyraźne echo wafelków.

Kwaśność wiśni i malin z czasem słabła i robiło się też coraz bardziej słodko w konfiturowym stylu.

Wafelki wyłaniające się z nugatu podnosiły słodycz o cukrowym wydźwięku. To pewnie też jakoś tę konfiturowość nakręciło.
Sama czekolada po debiucie nadzienia wydała mi się bardziej gorzka i jeszcze bardziej palona, wyraźnie dymna.
Nugat i czekolada znikały, pozostawiając owocowy marcepan.

Maliny doścignęły wiśnie i zrównały się z nimi. Bliżej końca rozkład sił w owocach w zasadzie co kęs, to był nieco inny. Czasem, gdy trafiło się akurat więcej cząstek malin z pestkami, te wyprzedzały wiśnie. Potem zaś to kwaśne, soczyste wiśnie wyskakiwały na przód. Owoce zaczęły przypominać domową, kwaśną konfiturę wiśniowo-malinową i kompot wiśniowy. Pozwoliły marcepanowym migdałom trochę się pokazać, ale i tak zatracały się one w soczystości.

Na koniec, gryzione pestki malin wytoczyły swój specyficzny smaczek, za to drobinki marcepanu wydawały się nijakie.
Wafelki gryzione na koniec wciąż częściowo pobrzmiewały cukrem, ale okazały się też trochę pszenno-kartonowe. Powiedziałabym, że to "opłatkowe" andruty ze sklepików szkolnych (z mojego dzieciństwa). Nikły jednak pod dominacją pestek.

Po zjedzeniu został posmak kwaśnych wiśni i malin, z echem iluzorycznie cytrynowym, ale też pewna pudrowa, owocowa słodycz. Z nią wiązała się też cukrowość. Ta mieszała się z nieco tekturowym echem wafelków oraz oleiście mdławym, a słodkim nugatem. Marcepan czuć wraz z dymno-gorzką, stonowaną czekoladą w tle.

Tabliczka pod żadnym względem mnie do siebie nie przekonała. Jedynie sama czekolada z wierzchu niezmiennie była dobra, ale co z tego, jak przez większość czasu to i tak nadzienia skupiały na sobie uwagę? Marcepan wyszedł nieprzyjemnie kwasowato jak na marcepan. Wiśnie i maliny przygłuszały samą marcepanowość, która ledwo dawała sobie radę. Żelkowa struktura, dużo pestek malin też mu na dobre nie wyszły. Z tego jednak mogłaby być dobra galaretka owocowa! Zawsze smakowały mi galaretki Zottera, więc bardzo żałuję, że nie zdecydował się na takie rozwiązanie. Mieszając takie żelowe owoce z marcepanem nie wyszło to na dobre ani owocom, ani marcepanowi - jedno drugiemu przeszkadzało. Ale potencjał był! I całe szczęście, że Zotter akurat tej tabliczki nie próbował jeszcze podkręcać cytryną.
Tłusty, nijaki w smaku nugat z dyni urozmaicały nieprzyjemne wafelki udające cukier, a na końcu smakujące trochę kartonowo. Na zasadzie kontrastu podkreślało to-to kwasowość marcepanu. Było więc i denerwująco słodko, i kwaśno, bez zgrania czy przyjemnego przełamywania się.
Zdecydowanie wolałabym ciemną czekoladę 70% nadzianą po prostu konfiturowym, Zotterowo galaretkowym nadzieniem wiśniowo-malinowym. Zotter robi świetne galaretki, więc szkoda, że od tego odszedł, za to zaczął kombinować z mieszaniem... czego się tylko dało. Natłok elementów jakby z przypadku, które choć nawet jakoś tam współpracowały, to nie tworzyły zachwycającej kompozycji.
Nie moja bajka, za dużo "ale", więc po 13 gramach sobie darowałam i resztę oddałam Mamie.

Kojarzyła mi się trochę z Cherries + Pumpkin Marzipan - w zasadzie w zamyśle / opisie wyszła jak ona, trochę przerobiona - i Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries. Jakby Zotterowi kończyły się pomysły i po prostu łączył wszystko, co już w sumie było.

Opinia Mamy: "Jak najpierw spróbowałam wszystko razem to... tam zupełnie nic nie czuć z tego całego opisu. Po prostu kwaśno było, zaleciało mi cytryną i nieciekawie, niesmacznie to wyszło. Gdy jednak zaczęłam rozdzielać na warstwy, wreszcie poczułam wszystko! Gdy jadłam sam marcepan, czuć, że to nie cytryna, a maliny i wiśnie. Kwaśne i dominujące. Sama marcepanowość uciekała, ale nieważne, bo w sumie i tak było smacznie. Gdy wzięłam się za drugą warstwę, też się zdziwiłam, bo nawet tę dynię poczułam! I wafelki, które fajnie chrupały. Ja lubię takie dodatki, więc ta warstwa osobno (!) bardzo mi smakowała. Ogólnie obie fajne części, ale tylko oddzielnie, więc czekolada jako całość mi nie pasowała. Na tyle, by nie dojeść do końca tego, co dostałam".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 85g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, marcepan 13% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, pestki dyni 10%, suszone wiśnie 5%, pełne mleko w proszku, kawałki wafelków 3% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, sproszkowany ekstrakt słodowy jęczmienny, sól), syrop z cukru inwertowanego, koncentrat wiśniowy 2%, liofilizowane maliny 2%, maliny 2%, liofilizowane wiśnie 1%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa, cukier trzcinowy pełny, sól, sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna słonecznikowa, cynamon

poniedziałek, 14 września 2026

wino Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet [18 LAT+]

Swego czasu myślałam, że fajnie byłoby na blogu zamieścić kilka recenzji alkoholi, ale okazało się, że zwyczajnie nie jestem ich fanką. Łagodnie mówiąc. A wydawanie na alkohol ogromnych sum wydaje mi się absurdalne. Z kolei tanie twory zwyczajnie mnie obrzydzają. A jednak dopuszczam dodawanie alkoholu do gotowania. Gdy chcę zrobić coś z przepisu, bardzo dokładnie się go trzymając, mała ilość alkoholu w daniu nie wydaje mi się niesmaczna. Czasem nawet porządna alkoholowość - jak w truflach czy niektórych ciastach - wydaje się pożądana. Dziś prezentowane wino postanowiłam zrecenzować, bo i tak je właśnie do gotowania kupiłam, ale też dlatego, że zwykłego białego u mnie na blogu nie było. Czerwone owszem, a białe tylko azjatyckie śliwkowe.

Tu jednak muszę przeprosić wszystkie osoby niepełnoletnie, które nie ukończyły 18 lat. Ten wpis przeznaczony jest bowiem tylko dla osób dorosłych.

Mołdawska Winnica Muscat Wine Semi Sweet to białe wino półsłodkie ze szczepu Muscat o zawartości 13% alkoholu, wyprodukowane przez Vinaria Romanesti w Mołdawii.

Wina spróbowałam w temperaturze pokojowej, bo nie lubię schłodzonych rzeczy i nie sprawiłoby mi żadnej przyjemności gdyby miało być chłodne.


Już po odkręceniu i powąchaniu z butelki wino wydało mi się lekkie, łagodne. Pachniało słodko-likierowo słodko-kwaskawymi brzoskwiniami / nektarynkami i mieszanką jasnych owoców, w tym chyba zielonymi winogronami, oraz białych kwiatów. Jego znacząca słodycz sugerowała wino raczej słodkie niż półsłodkie.


Wino miało kolor niemal wodnisty, lekko słomkowy. Także w strukturze wydało mi się lekkie i rzadkie. Pite zaś lekko szczypało, jakby złudnie musowało w język.

W smaku w pierwszej chwili wydało mi się nieco wodniste, a jednocześnie kwiatowe, jak jakaś rozrzedzona woda kwiatowa. Niemal bez alkoholu?!

Ten pojawił się nagle, uderzając jak błyskawica i równie szybko trochę się cofając. Tuż za mocnym, a odskakującym alkoholem, zjawiły się niedojrzałe owoce o wyrazistej kwaśności. Owoce zostały na dłużej niż mocny alkohol, nabierając słodyczy. Do niezbyt dojrzałych zielonych winogron dołączyły słodko-wodniste gruszki oraz... Chyba jasne brzoskwinie / nektarynki. Na pewno o smaku bardziej słodko-kwaśnym. Słodycz rosła szybko, kojarząc się trochę z owocowym likierem, czym przywrócił wyraźniejszą alkoholowość, a także wciąż z białymi, słodkimi kwiatami. Kwasek utrzymywał się, mimo że puścił słodycz przodem. Pomyślałam jeszcze o cytrynie i...

Cytrynowej nalewce? Alkohol zapiekł w gardle i na języku, dodając do owoców niemal korzenną pikanterię. Poprzez nią wróciła moc, powiedziałabym, że zaskakująco dosadna jak na wino. Trochę niemal wódkowo-gryząca.

Po wypiciu został posmak niezbyt dojrzałych zielonych winogron i gryzienie w język ordynarnego alkoholu, który próbował udawać korzenność. Czułam nieco rozgrzewającą alkoholowość, mieszającą się z kwiatami i słodko-kwaskawymi owocami, ale nie uderzało w głowę ani nic. Dosadność dotyczyła wydźwięku, nie realnej mocy.

Wino uznałam za mocno średnie, nawet w tej cenie. Zapewne można wypić, ale ja za nic nie miałabym na to ochoty.

Do gotowania nie sprawdziło się. Kiedy zaczęłam smażyć z nim mięso wołowe, rozszedł się słodko-kwaśny, trochę likierowy zapach, potem zatonął w reszcie. Gdy jadłam mięso z sosem z pastą gochujang, wino poniekąd wpisało się w słodycz miodu i cukru trzcinowego, ale też dodało dziwnego motywu, który kojarzył mi się z jasnym, lekko owocowym piwie, które zostało na drugi dzień po imprezie i się odgazowało. Dobrze, że danie było bardzo pikantne i dość słodkie, więc wino znalazło się na dalekim planie.

Reszta przypadła Mamie. Jej opinia: "Ono ma być półsłodkie?! Chyba ćwierćsłodkie jak już. Powiedziałabym, że w ogóle wytrawne. Takie kwaśne, wręcz kwachowate, więc niesmaczne. Nie wiem, jak w tym kwasie można jakiekolwiek owoce, nuty czuć. Ja w nim czuję tylko kwaśność, nawet jak podeszłam z dobrymi chęciami, by się wczuć."


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 750ml; promocja)
kaloryczność: 88 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie