środa, 28 października 2020

Moser Roth Nougat 'N' Crisp mleczna z nadzieniem nugatowym z kawałkami wafelków i krokantu, czyli karmelizowanych orzechów laskowych i migdałów

O przemyśleniach we wstępie wspomniałam już przy Moser Roth Strawberry Cheesecake. Mimo że ogólnie przemawia do mnie urok lindtowskiej linii "Hello,...", tak podstawowe smaki ni jak mnie nie kręcą. Owszem, brzmią ładnie, ale żaden z próbowanych jakoś specjalnie mi nie smakował. Jadłam je jeszcze przed zmianami (na pewno opakowań, nie wiem, jak ze składami i smakiem), i to w wersji paluszków-batoników, ale to w pełni zaspokoiło moją "psychiczną potrzebę odkrywania". Nawet gdyby nowe miały być lepsze, nie chciało mi się do nich wracać. Gdy jednak składałyśmy jakieś zamówienie pod Mamę przez internet, w oczy rzuciły mi się "podróbki". Od razu zapragnęłam ich. Już wyjaśniam. Śmieszy mnie to słowo, od tego zacznę. Wiele osób używa je w negatywnym znaczeniu, a ja... nawet często nie postrzegam tego w kategorii "podróbka", a "analogiczny smak". Np. nie sądzę, by jakiejś firmie należał się monopol na połączenie karmelu i fistaszków. Oczywiście co innego, gdy całe opakowanie, nazwa, grafika jest "ściągnięta" - o tym teraz nie mówię (to potępiam). W kwestii samych wariantów uważam, iż często tańsze zamienniki mogą wyjść równie dobrze lub lepiej, niż znanych marek. Kupiłam wszystkie trzy dostępne smaki z tej serii Moser Roth. Dopiero gdy się jej przyjrzałam dokładniej, odkryłam, że bardzo różni się od wspomnianych Lindtów (więc i porównywać specjalnie nie zamierzałam).

Moser Roth Nougat 'N' Crisp to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana nugatowym kremem (37,8%) z kawałkami chrupiących wafelków (3,6%) oraz karmelizowanych orzechów laskowych i migdałów, czyli krokantu (3,6%).
W opakowaniu znajdują się dwie oddzielnie pakowane minitabliczki po 37,5g każda.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam się, jakbym wsadziła twarz do torby z cukrem... pudrem chyba w dodatku. Krok w krok (kryształek w kryształek?) za słodyczą cukru podążała orzechowa słodycz. Wyszła naturalnie, nugatowo (stąd i skojarzenie z cukrem pudrem). To lekko podprażone orzechy laskowe, ale właśnie wkomponowane w aż nijako-słodkie otoczenie. A nie brakowało też mleczności samej czekolady. Doszukałam się jeszcze echa wanilii, co całościowo przełożyło się na ciężko-słodki wydźwięk

W dotyku tabliczka wydała mi się lepko-tłusta, ale palców nie brudziła. Przy łamaniu nawet... chrupała - jakby przez dodatki?
Każda z podłużnych kostek była wypełniona pozornie gładkim, gęstym i zbitym kremem oraz kawałkami orzechów i migdałów średniej wielkości. Dopiero gdy się przyjrzałam, a już na pewno gdy podważyłam część czekolady nożem, odkryłam, iż nugatowi daleko do bycia gładkim. Usiany był drobniutkimi, może nawet przemielonymi wafelkami.
W ustach rozpływała się z łatwością, w tempie umiarkowanym. Miękła bowiem szybko, ale ze względu na tłustą gęstość i zalepianie, wcale błyskawicznie nie znikała.
Nadzienie okazało się zbito-gęste, ale jednocześnie mięknące i zalepiające wraz z nią. Masa, jaką to się stało, przejawiała pylistość. Wnętrze wyłuskane i spróbowane osobno okazało się znacznie rzadsze i oleiste. Zachowywało się, jakby za wszelką cenę chciało uraczyć mnie tłustą gładkością, ale stało temu na drodze wypełnienie dodatkami oraz proszkowa pylistość, przeciw której nic nie miałam. Do pary z czekoladą bowiem i tak zatłuszczało to usta już przy pierwszym kęsie.
Wspomniane wypełnienie sprawiło, że nie da się nazwać nadzienia gładkim. W pierwszej chwili myślałam, że pełne jest kryształków cukru, ale okazało się, iż to mikroskopijne wafelki... które były niczym płatki cukru (domyślam się, że to wafelki). Nadzienie wyszło chrupiąco-trzeszcząco od nich, chwilami bardzo odlegle kojarzyło mi się z chałwą (ale bez jej wlepiania się w zęby).
Poczucie tłustości rozbijały wszystkie dodatki, ale... nie wyszły najlepiej. Było ich bardzo dużo, choć niemiłosiernie podrobionych. Orzechy / migdały chrupały w twardawo-cukrowy sposób, bo karmel na nich wyszedł właśnie jak cukier. Części temu pozwoliłam się rozpuścić i wtedy odkryłam, że orzechy same w sobie chwilami udawały chrupiąco-świeże.

W smaku czekolada uderzyła przesadzoną słodyczą o lekkim, waniliowym zabarwieniu. Cukier po chwili zadrapał w gardle, jednak intensywna i naturalna mleczność wcale na tym nie utraciła.

Musiała trochę przesiąknąć nadzieniem, bo orzechowy wątek pojawiał się już w trakcie pierwszych sekund. Potem już tylko się nasilał i był ewidentnie słodki.

Orzechy laskowe częściowo wpisane były w słodycz, ale na szczęście pozostały wolne od jakichkolwiek sztucznych posmaków. Nadzienie to intensywny, laskowoorzechowy nugat, w którym orzechy tańczą z cukrem, cukrem pudrem... Który to ten taniec w zasadzie prowadzi. Z czasem, już przy drugim kęsie zrobiło się słodko-mdło, nijako w smak od cukru. Miało to ciepły, lekko podprażony wydźwięk, a jednak drapanie w gardle nawet od tego odciągało uwagę.

Większość drobnych płatków wafelków konsekwentnie odsłaniała się wraz z nadzieniem, jeszcze tylko dokładając cukrowej słodyczy. Można je w ogóle pomylić z kryształkami cukru.

Z pomocą jednak przyszła chrupiąca drobnica... Tak jakby. Przecinała bowiem słodko-nugatową bazę cukrowo słodkim karmelem, dopiero potem zaś wyrazistymi, podprażonymi orzechami laskowymi i pieczono-prażonym, chwilami smażonym smakiem. Bliżej końca, dodatki które wyłoniły się z kremu, serwowały słodycz cukrowego karmelu, co już w ogóle było straszną przesadą. Podgryzane i gryzione "obok czekolady" bliżej końca podkreślały orzechowość lekko prażoną. Czułam orzechy laskowe, a migdały jakoś się gubiły. Przy dodatkach doszukałam się też raz i drugi goryczki... nie tyle orzechowej, co przypalonej. Oprócz tego, że zdarzyło mi się trafić na nieprzyjemny posmak smażenia, doszukałam się posmaku, którego nie potrafiłam nazwać. Coś jakby wręcz kwaskawego? Niektóre większe płatki (?) serwowały z kolei smak cukru i pieczenio-smażenia, chwilami rzeczywiście smak cukrowych wafli duńskich.

Oblepiająca jeszcze gdzieniegdzie paszczę czekolada zamykała to wszystko, ale już i jej smak był znijaczony słodyczą. Na koniec w gardle i w ustach czułam cukrowy pożar i orzechowość.

Po wszystkim został posmak głównie ordynarnego białego cukru, ale też orzechów laskowych w wydaniu słodko-cukrowo-nugatowym, coś prażono-smażonego, przypalonego i niezbyt miłego (to wydawało mi się aż... "niekwaśno kwaskawe"), cukru i drapanie w gardle oraz tłuszcz na ustach.

Całość robiła wybiegi do czegoś smacznego... Nugat był bowiem naprawdę intensywnie, naturalnie laskowo-orzechowy, a sama czekolada też nie wyszła źle... Owszem, już ona była za słodka, ale z mniej słodkim wnętrzem, przeszłaby. Dodatki zepsuto zupełnie. Chrupacze nie smakowały sobą, czułam się, jakby tabliczka chrupała od cukru, a dokładały słodyczy i dziwnego posmaku spalenizny i smażenia. Cukro-wafelki w dodatku spaskudziły nadzienie.

Wśród dodatków, pod cukrem kryło się coś, czego nazwać nie potrafię. Już od pierwszego gryza wiedziałam, że skądś to znam. Otóż w Merci z kawałkami migdałów i orzechów też zawsze czułam jakiś obrzydliwy akcent, przez co tych nie cierpiałam szczególnie (nigdy nie umiałam określić, co mi właściwie w nich nie pasuje, jako dziecko mówiłam że czuję "rzygi", teraz jednak tak bym tego nie nazwała). To jednak jakby ta czekoladka połączona z nugatową (takiego combo Merci chyba nie ma, ale obstawiam, że wyszłaby podobnie) i jeszcze większą ilością cukru.

Obstawiałam, że będzie to wariant najsłodszy, ale pamiętając genialną Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat, liczyłam na pożądane zasłodzenie. Gdy bowiem słodycz nugatu i miękkość są, jakie powinny być, potrafię je docenić, a tutaj... nie dość, że czuć głównie cukier, dodali dziadostwo do chrupania, co wyszło jak więcej cukru, to jeszcze po prostu "coś nie gra". O ile sztuczność sernikowej była określona i trochę przeszkadzała po zjedzeniu, tak tu dziwne nuty pobrzmiewają już w trakcie, a cukier tak zagłusza smak, że dosłownie się krzywiłam. Zjadłam 1,5 kostki jednej minitabliczki; resztę oddałam Mamie. Że też musiałam trafić na jakiś dziwny posmak, który latami tylko ja czułam (z tego co wiem) w najbardziej znienawidzonej Merci... Nie miał jednak nic wspólnego z chemią - orzechy wyszły naturalnie, tylko to... smażenie, meh.
Biorąc jednak pod uwagę całość, nie subiektywne kwestie, to słodycz jeden z wielu. Do bólu słodki, jak wszystko inne. Osobiście nie widzę żadnego sensu jedzenia samego cukru.
Reszta minitabliczki powędrowała do Mamy. Ją zachwyciła: "Jaka pyszna! I ten nugat, ojej... jak tu te orzechy dobrze czuć! I tak że ciągle coś chrupie, trzeszczy... Fajnie tak, tak ciekawie, jako taki przerywnik, choć najpierw też myślałam, że to cukier. No tak, i jak już trzecią kostkę, tę niecałą, kończyłam, to rzeczywiście już trochę się czułam jak po łyżeczce cukru*. Ale i tak smaczna, 8 powinnaś dać.". Na to, że przeszkadzał mi posmak smażenia, wzruszyła ramionami, że na szczęście jej ani trochę (i chyba nie wiedziała, w czym ja widzę problem - ale rozumie, że go nie lubię).
*Chodziło jej o sposób mojej babci na czkawkę: wziąć do ust łyżeczkę cukru i czekać, aż się rozpuści.


ocena: 4/10
kupiłam: Allegro
cena: 8 zł (za 75g)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), cukier, miazga z orzechów laskowych 14%, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna, maślanka w proszku, siekane migdały 0,9%, masło klarowane, odtłuszczone mleko w proszku, fruktoza, lecytyna sojowa, aromaty, sól

wtorek, 27 października 2020

Mister Choc Czekoladowe paluszki Cytrusowe orzeźwienie z płynnym nadzieniem

Nie cierpię paluszków, więc nawet żadne Pocky (piszę "nawet", bo uwielbiam japońskie klimaty i jeszcze ktoś mógłby sobie pomyśleć, że w ich przypadku jest inaczej) za nic nie trafią do mojego otworu gębowego. Tytuł jednak widzi każdy, a ja się nie wypieram. Nie chodzi bowiem o paluszki klasyczne, a dziwne, które ze śmiechem sobie nazywam "cytrusowymi pałkami". To słodycz dziwny i trochę się dziwię, że do niego wracam. Lata temu, gdy jeszcze mieszkałam w Suwałkach, wybudowali tam Lidla, z rodzicami odkryliśmy je... Dziwne "paluszko-kapsułki" z "cukrowym szkiełkiem" i płynnym nadzieniem. O ile "szkiełko" kocham od dziecka i ubolewam, że tak rzadko się w moich słodyczach trafia, do zupełnie płynnego nadzienia jestem sceptyczna. Głupio się to je. W dodatku tu w paczce... ryzyk-fizyk! Bo albo trafi się na czekoladkę cytrynową albo pomarańczową. W tamtych latach to naprawdę było intrygujące i słodycz ten przypadł do gustu i mnie, i rodzicom. Przez lata jednak jakoś z Mamą przestałyśmy to kupować i ostatnio tak skonsultowałyśmy ze sobą, że chyba opakowanie się zmieniło. Mama nawet chciała wrócić, acz nie pamiętała, z jakiego to marketu kupowaliśmy, kupiła jakieś z Biedry i trafiła na galaretki... Aż w końcu zaznaczyłam jej, że do "tamtych ze szkiełkiem" i ja bym wróciła, więc kupiła te lidlowe. Szczerze? Nie wiedziałam, co mnie czeka. Zmieniły się? Jeśli tak, to w jakim kierunku? Zaskoczyła mnie informacja na opakowaniu, że najlepiej jeść schłodzone. Jako że nie cierpię zimnego jedzenia, nigdy do głowy by mi to nie przyszło! Nie mniej, z czystej ciekawości (i chyba bardziej pod recenzję) jedną postanowiłam i tak próbie poddać.

Mister Choc Czekoladowe paluszki Cytrusowe orzeźwienie z płynnym nadzieniem to "paluszki z 71 % nadzieniem pomarańczowo-cytrynowym w polewie z 29 % ciemnej czekolady" marki własnej Lidla; przekładając na nasze to czekoladki z cukru ("jadalnego szkła") w czekoladzie ciemnej z płynnym nadzieniem w dwóch wariantach: pomarańczowym lub cytrynowym (jedno "korytko" to pomarańczowe, drugie cytrynowe). Opakowanie zawiera 32 sztuki.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach ciemnoczekoladowo-polewowy o mocno palono-kakaowym i jednocześnie maślanym wydźwięku. Nie była to czekolada mocno słodka, ale szlachetna też nie. Cytrusy nie zdradzały swojej obecności aż do odgryzienia kawałka paluszka. Wtedy pojawiała się galaretkowo-cytrusowa nuta, już bardziej cukrowa, ale... a to trochę bardziej cytrynowa, a to pomarańczowa (w zależności od korytka).

Na dotyk pałeczki były polewowo-śliskie. Nie rozpuszczały się w palcach, przypominały trochę plastik.
W ustach sama czekolada okazała się przerażająco tłusta. Pałki rozpływały się gładko-ślisko i maziście, acz z czasem pozostawiając odrobinkę pylisty efekt. Ugryziony wierzch - czekolada ze "szkiełkiem" z cukru - chrupał, ale tylko za sprawą grubej warstwy "szkiełka", ponieważ czekolada wykazywała wręcz miękkość. Dało się ją z niego zlizać, ale oddzielić w inny sposób już nie. Była to taka typowa plastikowo-tłusta polewa. Zdziwiło mnie jednak, że podczas zlizywania, środek się nie rozpuszczał.
Samo "szkiełko" rozpuszczało się w średnim tempie, jak to cukier, trochę na wodę. Gryzienie oczywiście to przyspieszało. Co ważne, nie zmieniało się to w twardo-lepiące placki z cukru, przylepiające się do zębów, a chrupało i dziwnie stukało o zęby... jak szkło? Osobiście, gdy to gryzłam, miałam wrażenie, że wbija mi się w zęby, aż mnie boleć zaczęły, ale nie to, że się lepił... Dziwne to było. Gdy z kolei chciałam dać temu się rozpuszczać, w sumie też to pracowało, jednak czułam, że zaraz podrapie mi podniebienie i język.
Ugryzienie czy rozpuszczanie pałeczek ku mojemu zaskoczeniu nie kończyło się wylaniem płynu ze środka. Nadzienie bowiem było lejące, prawie jak woda z sokiem (i cukrem, ale idealnie rozpuszczonym), ale dziwnie trzymało się w środku. Owszem, z pałeczki przechylonej się to wylewało, ale bez przesady, co było miłym zaskoczeniem. Całkiem nieźle szło też wysysanie tego, a nie tylko wlewanie do ust. Obstawiam, że to zagęszczenie cukrem na to wpłynęło, ale efekt niezły, bo nie było groźby oblania się lepkim nadzieniem.
Obiektywnie ciekawa forma, subiektywnie - nie dla mnie, ale mogło być gorzej. Wiele elementów, które mi się nie podobało, ale wszystkie do zniesienia.

W smaku polewa zaskoczyła mnie cierpkawo-gorzkawym smakiem czekolady o mocno palonym wydźwięku. Wprawdzie tłuszczowość polewy i za silna słodycz ujawniały się bardzo szybko, ale męczyła tylko ta pierwsza. Mimo iż była to tłuszczowa i łagodna czekolada, w całokształcie dominowała. Nie ukryła się więc jej budżetowość.

"Szkiełko" było cukrowo-słodkie, w pierwszej chwili nie aż tak mocno, jak się spodziewałam. Wystarczyło jednak trochę to w ustach pomielić, porozpuszczać, by czuć po prostu cukier. Trochę nasiąkło cytrusami. Tragedii nie było, ale i zachwytu brak.

Nadzienia czuć dopiero, gdy skapnęły na język / rozlały się / zostały wyssane. Nie zabiły przy tym czekolady, ale chwilowo prawie się z nią zrównały. Oddawały smak cukrowo-goryczkowato-kwaśnych galaretek cytrusowych. Wyszły dość soczyście, mimo że bardzo słodko i niespecjalnie przejrzyście. Mimo to czuć, czy była to akurat pomarańczowa, czy cytrynowa pałeczka (choć gdyby jeść je bezrefleksyjnie, pewnie można by się pogubić).
Pomarańczowe nadzienie uderzało kwaskiem, który mieszał się z cukrowością. Smakowało jak pomarańczowa galaretka z naturalnym sokiem, a więc z goryczką, a jednak słodko i kwaskawo. Wyszło wyraźniej pomarańczowo.
Cytrynowe cechowała wyższa cukrowość, nie zaś kwaśność. Ta wchodziła dopiero po słodyczy, nie taka mocna. Cytrynowy płyn kojarzył się bardziej ze skórką cytryny w wydaniu słodko-galaretkowym. Jego cytrynowość wydawała się trochę rozmyta. Wyszło bardziej ogólnie cytrusowo, co okazało się jednak zaletą.

Ogólnie jednak wyczuwalna kwaskawość dobrze komponowała się z cukrem, a wzbogacona o goryczkę i cierpkość, nie wykręcała twarzy.

Paluszki te w sumie w udany sposób połączyły cukrowość z goryczkami i kwaskiem. Smak cytrusów wyszedł wyraźnie, dość naturalnie, sztucznie w granicach normy. Polewowa czekolada jednak raziła. W formie tabliczki na pewno byłaby okropna, tu jednak dało się przeboleć. Forma ryzykowna, a jednak dobrze zrobiona. Cukrowe szkło było prawie zacne, a nadzienia nie zepsuły tego. Z racji rzadkości zadowoliły samymi sobą, ale znikały szybko i pozwoliły na powrót cieszyć się ze "szkiełka"... Powiedzmy. Przy drugiej sztuce bowiem już ta jego cukrowość zaczęła męczyć. Okazało się, że cukrowość zbytnio się rządziła. Polewowo-tłusta czekolada wtórowała jej. Nadały pałeczkom ciężkiego, przytłaczającego wydźwięku.
Polewa w dodatku na ustach zostawiała tłuszczową warstwę, cukier zaś palił w gardle. Czułam go dziwnie w zębach, mimo że się do nich nie przylepiał. Na języku z kolei cytrusowość ostała się jako ryzykowny posmak, blisko gryzącej przesady.

Po czterech sztukach zaniechałam dalszego jedzenia. Cukier i kiepska polewa zanadto mnie męczyły, a groźba pocięcia języka i podniebienia stawała się coraz realniejsza, co przy odczuwaniu efektu kwaśności (bez kwaśności smakowej jako takiej) przerażało.

Ciekawy słodycz o nieźle wyważonym smaku, którego w większej ilości lepiej nie jeść.
Mi osobiście smakowały bardziej te cytrynowe, bo pomarańczowe wyszły... przerysowane i nachalne.
Czy wyszło orzeźwiająco? Niespecjalnie, bo jednak cukru i tłuszczu było mnóstwo.
Jedną z tych czterech (pomarańczową), jak zaleca producent, włożyłam do lodówki. Tak zjedzona... polewa wydawała się nie mieć smaku (zachowała za to wszystkie inne cechy), a nadzienie nie zyskało na wyrazistości czy coś. Nie miało konkurencji, a więc smaku czekolady, ale... znalazło się coś - taka smakowa nijakość / tłuszczowość - co i tak je tłamsiło.. Potwierdziło się, że słodycze z lodówki to beznadzieja.

Ogólnie produkt ten postrzegam jako taki, który kupuje się pod gości - ot, może sztukę-dwie się weźmie, ktoś tam zagadany zje i... wtedy pewnie wychodzą ok. Gdy jednak skupić się na nich, mimo że pomysłowe, to z tyloma wadami, że na dłuższą metę nie cieszą.

Mamie jakoś tam średnio smakowały, bo "czekolada zła, bo ciemna i w dodatku po prostu niesmaczna, a nadzienia dobre, cytrusowe" - a tu właśnie czekolada dominowała. I Mama miała większy problem z odróżnieniem smaków. Mimo to, jak się skupiła, była w stanie powiedzieć, że cytrynowe (a praktycznie cytrusowe), lepsze, bo właśnie "takie ogólnie cytrusowe". Wersja z lodówki i jej nie smakowała (zgodziła się, ze w ogóle jakaś mdła). Zjadła ich więcej ode mnie i... strasznie pocięła sobie język i podniebienie tym szkiełkiem. Rozbawiła mnie podsumowaniem: "najlepiej to najpierw przecierpieć i zlizać wstrętną czekoladę, a potem już jest dobrze".


ocena: 5,5/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: - (za 150g)
kaloryczność: 396 kcal / 100 g; sztuka ok. 4,7 g - 18,6 kcal
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, woda, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 1% zagęszczony sok pomarańczowy, laktoza, bezwodny tłuszcz mleczny, kwas: kwas cytrynowy; lecytyna sojowa, aromaty, 0,1% zagęszczony sok cytrynowy, regulator kwasowości: cytryniany sodu

A jeśli komuś czekolady mało, zwłaszcza tej dobrej, zapraszam na dosłownie małą aktualizację Marou Tien Giang 70 %.

poniedziałek, 26 października 2020

Naive Nano Lot Chocolate Platinum Grade Ferment Nicaragua ciemna 68 % z Nikaragui

Uwielbiam markę Naive za to, że wszelkie "dziwności" robią w doskonałej według mnie formie, zawsze im wychodzą. Dodatki? Zmielone z miazgą, niekłócące się z nią. Czekolada kefirowa, analogiczna do mlecznych... Wszystko to to mistrzostwo, a jednak takie nie onieśmielają mnie tak, jak robi to linia Nano_Lot. To ich popisowe ciemne czyste, bardzo limitowane tabliczki. Każda ma wyjątkowy rodowód, więc zawsze się na nie cieszę. Ich jedzeniu towarzyszy poczucie, że "to się nie powtórzy". Do np. blendów niektórzy podchodzą sceptycznie, ja zaś... uwielbiam blendy. Oczywiście nie mówimy o złych, ale tak ogółem. To przecież też pole do popisu dla czekoladnika. I tutaj marka zdecydowała się na zmieszanie aż 6... odmian kakao! Właśnie, to blend podgatunków, nie regionów. Też ciekawa sprawa. A sam region... Nikaragua - często na niego nie trafiam. Lubię takie czekoladowe ciekawostko-wyzwania!

Naive Nano_Lot Chocolate Platinum Grade Ferment Nicaragua to ciemna czekolada o zawartości 68 % kakao Amelonado, Contamana, Curary, Criollo, Nanay i Purus (blend odmian) z Nikaragui.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam soczystą woń grejpfrutów i cytryn (albo raczej sorbetu z nich?) oraz ciepło drzew skąpanych w słońcu i prażonych, być może lekko solonych migdałów. Drzewa były roślinami lekkimi, młodymi, wiosennymi... wręcz zwiewnymi, co łączyło je z owocową nutą. Od niej, już po chwili, soczystą falą popłynęły słodkie mandarynki. W tle nieśmiało zaznaczyło się soczyste wino. Wszystko to z pewną lekkością, kwiatowością. Kwiaty wystąpiły jako przebłyski delikatnej, acz wszechobecnej słodyczy.

W dotyku ciemna tabliczka wydawała się lekko sucha. Przy łamaniu głośno trzaskała, nie robiła tego chętnie. Tłumaczył to zwarty, jakby ściśnięty, ziarnisty przekrój.
W ustach rozpływała się jednak łatwo, a także przyjemnie powoli. Byłam w szoku, jak zmieniała się wraz ze smakiem, idealnie go oddając. Leniwie przeistaczała się w odpowiednio tłustawy, chwilami miękko-lepki krem, nie żałując sobie soczystej aksamitności i drobnej szorstkości. Na koniec zostawiała trochę wysuszający / ściągający  efekt.

Gdy tylko zrobiłam pierwszego gryza, w ustach eksplodowała mandarynka. Soczyście-cytrusowa i słodziuteńka zarazem. Dołączył do niej cytrynowy sorbet / krem, opłynął pomarańczowo-grejpfrutowy sok, jeszcze podkręcając rześkość. Wciąż jednak to ona stała na czele, w wianku, otoczona i otulona mnóstwem delikatnych kwiatów. Później cytrusy zaczęły coraz bardziej przechodzić w sorbety, a w końcu w lody mleczno-owocowe.

Stonowana baza podłapała delikatną konwencję. Podrzuciła trochę słodkich i jasnych ciasteczek, może takich z karmelem. Chwilowo czułam jakiś wręcz mączno-kaszowy smak, jednak... zaraz pomyślałam o mące migdałowej i ciastkach z takiej, nawet z odrobinką soli. Zrobiło się bardzo migdałowo-orzechowo. Ciastka z sowitą ilością gorzkawych migdałów i ciągnącym karmelem zostały postawione obok... liściastej, mocnej i cierpkiej herbaty (zielonej?). Dosłownie czułam te fusy, nasiąknięte już odpowiednio wodą. Znalazło w tym upust ciepło. Także prażenie okazało się dość mocne - powiedziałabym, że nawet lekka ostrość.

Właśnie prażenie po chwili splotło mandarynki i migdały. Słodycz stała się subtelnym karmelem. Owoce mniej więcej w połowie wycofały się. Karmelowi na szczęście brakowało ordynarności cukru, ponieważ mieszał się z kwiatami.

Wszelkie migdałowo-orzechowe wątki dzięki słodyczy również się trochę ukwieciły. Oczami wyobraźni widziałam kwiaty białe... Biel wiosenną i taką... delikatną. Karmel, mimo że prażono-palony, w pewnej chwili wydał mi się też trochę mleczny. Niczym lody karmelowe na mleku lub mleczne / śmietankowe z karmelem.

A jednak nie zatraciła się ani soczystość, ani charakter. Z prażonymi, goryczkowatymi nutkami łączyła się szlachetna cierpkość. Owoce wydobyły odrobinę wina gdzieś z tyłu. Wśród białych kwiatów doszukałam się czarnej porzeczki. Dojrzała i aż miękka, podkreśliła wino. Dojrzała do tego stopnia, że aż podgniła...? Goryczka, którą próbowałam uchwycić nie była zbyt jednoznaczna.

Bliżej końca wróciły owoce otulone kwiatami i drzewami, ale zrobiło się już poważniej. Czułam czerwone, takie pikantniejsze  wino i ziemię, z mnóstwem migdałów i orzechów, które chyba trochę nadgniły. Cierpkość i tanina pod koniec wyszły na przód, pamiętając jednak o karmelu. Tym razem jednak już bardzo palonym, aż na gorzko. Może goryczkowata herbata też trochę to podmyła?

W posmaku została soczysta wytrawność wina i grejpfruta, czarnej porzeczki... mieszających się z lekkimi i goryczkowatymi jednocześnie, "roślinnymi drzewami" (?) i ziemią, przez te rośliny porastaną. Mimo ogólnej, silnej odczuwalnej słodyczy i kwaśnej soczystości, było szlachetnie gorzko-ostro.

Całość wyszła wprost przepysznie. Mimo wysokiej słodyczy, gorzkość i kwaśność w pełni wyeksponowały swe walory. Od łagodnych ciastek maślano-karmelowych, przez mnóstwo migdałów i drzew po mocną herbatę i ziemię czułam, jak karmelowo-kwiatowa słodycz uprzyjemnia to i nadaje lekkości. Owoce zaś, najpierw słodkie cytrusy, a potem wręcz tanina porzeczek i wina idealnie zagrały w rytm dynamicznej reszty.
Smaki zmieniały się tak, że pomyślałam, że gdyby ta czekolada była książką, byłaby zbiorem opowiadań na różne tematy, a połączonych jedynie np. kunsztem artysty i stąd też w pewien sposób spójnych.
Zakochałam się w tej czekoladzie. Mimo że parę razy zwróciła się do nut, które nie są w pełni moje, tak to obrobiła, że... z zachwytem przyjmuję wszystkie jej ekscesy, razem czy oddzielnie - mniejsza o to. Była boska w każdej chwili, a struktura idealnie zgrywała się ze smakiem.

Cierpkość jako nabiałowość (w przypadku Naive z kolei mówimy o łagodnych nutach mlecznych lodów) zmieszaną z owocami (tam jeżyny i wiśnie, wiele cytrusów) oraz sporo przyprawionych orzechowych, neutralnie-maślanych wątków czułam w Duffy's Nicaragua Juno 70 %. Roślinność i życie, a więc klimat były tu jednak silniejszą cechą wspólną niż poszczególne nutki (bo w obu było ich bardzo wiele).
Z lodami skojarzyła mi się też Zotter Labooko Nicaragua Sail Shipped Cocoa 70 %, ale smakowały zupełnie inaczej, tak jak dotąd moja ulubiona czekolada z tego regionu - Pralus Nicaragua 75 %  (serwująca dym, kokosa, karmel i mniej owoców). Chociaż... zioła i "zdrowy karmel" Pralusa można by i pod tą podpasować.
To już bardzo subiektywne, ale bardzo odlegle przypomniała mi czyste ciemne czekolady Akesson's, wszystkie będące jednymi z moich ulubionych, ale zwłaszcza kwiatowo-ziołową i drzewnie-herbacianą Akesson's 75 % Forastero Brazil Fazenda Sempre Firme z cytrusowością Akesson's 75 % Criollo Madagascar.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27,49 zł (za 55g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 646 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym!

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

sobota, 24 października 2020

Cachet Bio Organic 72 % Extra Dark Chocolate Sea Salt ciemna z Tanzanii z solą morską

Od zawsze lubiłam celebrować jedzenie i byłam wyczulona na poszczególne smaki. Zawsze doszukiwałam się szczegółów, ale nie mam wątpliwości co do tego, że to właśnie poprzez czekolady i opisywanie ich na blogu w jedzeniu zaczęłam wyczuwać jeszcze więcej. Zrobiłam się przez to czuła - zdecydowanie spadła mi tolerancja na słodycz i słoność. Uwielbiam wyraziste smaki... jednak muszą one być przejrzyste, a nadmiar soli, cukru czy nawet ostrości obecnie zagłusza mi to, co najważniejsze. Mówi się, że sól, odrobina słodyczy, coś tam, coś tam podkreślają... Owszem, i choć w swojej kuchni ja niczego nie podkreślam, gdy w danej czekoladzie jest to zrobione umiejętnie, potrafię docenić. Lubię. Wygląda to tak, że kiedyś, sięgając po czekoladę z solą oczekiwałam, że będzie ona wyraziście czekoladowa i mocno słona (ale też bez przesady, bo skrajności nigdy nie są dobre), teraz zaś liczę na dobrą czekoladę z solą, która będzie wyczuwalna, ale nie zabije samej bazy. Jadłam już Cachet Almonds & Sea Salt i uznałam, że marka właśnie "doprawia z głową", toteż zaopatrzyłam się w tabliczkę z serii, którą bardzo, bardzo polubiłam. Nie dość, że dodatki fajne, to jeszcze w jakby lekko zamszowych kartonikach.

Cachet Bio Organic 72 % Extra Dark Chocolate Sea Salt to ciemna czekolada 72% kakao z Tanzanii z solą morską.

Rozerwawszy sreberko poczułam mocno palony zapach o głównie orzechowym charakterze i łagodnym, wręcz maślanym wydźwięku. Kolejno wyraźnie czułam: orzechy (powiedziałabym, że jakieś... palone, ale ze świeżą soczystością sztuki), cytrynę, nibsy i słód. Były słodkie w karmelizowany, nieprzesadzony sposób. Nibsy przejawiały kwasowość, mieszającą się z cytryną. Za tym właśnie zdradziła swoją obecność sól.

W dotyku tabliczka wydawała się suchawa, mimo że także tłustawa.
Przy łamaniu trzaskała głośno, była twarda. Nie zważała na linie podziału, pokazując zwarto-ziarnisty, jakby piaskowy przekrój, w którym dostrzegłam kilka kryształków soli. Drobnych i przerażająco sporych.
Po zrobieniu gryza pomyślałam, że będzie oporna, jednak z czasem zaczęła się rozpływać i... po paru chwilach szło jej to już z łatwością. Mimo że zachowywała zwartą formę, miękła, gięła się i trochę zalepiała. Wydała się wręcz tłusto-zapychająca, a potem... upuściła trochę soczystości. W ustach pozostawała bardzo długo, choć sól zdawała się ją lekko rozrzedzać. Mniejsze drobinki rozpuszczały się spójnie, większe (trafiły się na całą tabliczkę ze trzy) nie miały problemu z zostaniem po czekoladzie - dwa kryształki więc wyplułam.

W smaku od pierwszej chwili poczułam odważnie palony smak gorzkawych orzechów i szlachetnego karmelu. Karmel... to raczej goryczkowato-cierpkawy motyw karmelizowania, choć oczywiście wciąż słodki. Oblekał bowiem cierpko-goryczkowaty słód. Słód i orzechy ułożyły się w leniwe tło.

Zaraz za orzechami, słód zaczął przybierać na kwaśności. Wydał mi się lekko odymiony, osnuty mgiełką delikatnej kawy, ale i... soczysty. Orzechowo-spaleniznowy akcent pobrzmiewał delikatnie, puszczając przodem dynamiczne owoce. Przodowały słodko-kwaśne jagody. Ogólna słodycz rosła i była w pewien sposób nieoczywista, soczyście-ulotna... trochę winogronowa. Poczułam ciemne, słodko-cierpkie winogrona koloru fioletowo-czarnego, pomyślałam o takich cierpkich z działki, a po chwili jednak skropiła je cytryna. Rozmyły się.

Tło z kolei na zasadzie kontrastu zaczęło łagodnieć jeszcze bardziej. Orzechowo-słodowe tony zmieniły się w maślaność i lekką śmietankowość, która to podszepnęła mleczną kawę. Orzechy wydawały się bardzo tłuste.

Na tę właśnie maślaność i cytrusowość wyległa słoność. Wydobyła cytrynę, która emanowała kwaśnością soku i goryczką skórki, może skórki... suszono-odymionej? Nie był to więc mocny kwach.
Gdy sól zaczęła wyłaniać się spod czekolady i rozpuszczać się, podsyciła soczystość owoców, podkreśliła karmel oraz orzechy... Miks orzechów, wśród których pojawiły się migdały. Dosoliła je!

Oto w drugiej połowie rozpływania się kęsa czułam solone orzecho-migdały i solony karmel zamknięte w błogiej, gorzkawej czekoladowości, która zrobiła się jeszcze bardziej słodowo-kawowa, pochłaniając sporo kwasku od owoców.

Gdy zdarzyło się tak, że niemały kawałek soli się rozpuścił, a czekolada jeszcze została w ilości większej, umacniała się jej karmelowa słodycz, mieszała się z maślanością

Po wszystkim został posmak gorzkawych migdałów, niejednoznacznych orzechów i soli. Było odlegle słodko-maślano, soczyście-goryczkowato. Cytrusowo i ciemnoowocowo, ale nie jakoś bardzo.

Zdziwiłam się, że ogólnie sól wyszła bardzo integralnie, mimo iż przekrój zapowiadał co innego. Dwie kule soli wprawdzie były okropne, ale cała reszta rozpływała się wraz z czekoladą co uważam za ogromny plus.
Ogółem to prosta w smaku czekolada, ale intensywna, przejrzysta. Nie siekiera, było i złagodzenie, ale też nie takie przeszkadzające. Zaskakująco uniwersalna, choć niewątpliwie dla szukających smaków innych, niż bardzo słodkich.
Odlegle przywiodła mi na myśl gładką wersję Original Beans Cru Udzungwa 70 % with nibs, która była podobnie maślano-migdałowa i z nibsami, odwzorowującymi nuty cachetowego słodu. OB to wprawdzie o wiele intensywniejsza, ziemista propozycja ze znacznie wyższej półki, z innymi owocami (żywsza, soczystsza) i bez soli, ale podobieństwo regionu wyłapałam.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,79 zł
kaloryczność: 570 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sól 0,4%

piątek, 23 października 2020

(Słodki Przystanek) Beskid Kolumbia Tumaco Dark Milk 65 % ciemna mleczna z Kolumbii

Na naprawdę wiele spróbowanych czekolad marki Beskid przypadło dosłownie kilka mniej pysznych. Właśnie ostatnio jedzona mleczna Madagaskar Ambanja Superior BIO Dark Milk 50 % nie była do końca tym, co sobie wymarzyłam, jednak w żadnym wypadku nie była zła. Niestety mam to przy wielu czystych mlecznych - wciąż mało mi kakao. Gdy pomyślałam, że czeka mnie jeszcze jedna mleczna, wzięłam wdech. Bałam się, bo obudziła się we mnie nadzieja, że z racji wyższej zawartości (jak na mleczną naprawdę sowitą), wreszcie swojego kakaowego kopniaka dostanę. Strach jednak potęgował fakt, że aż za dobrze pamiętałam obłędnie kakaową i mocno mleczną Georgię Ramon Shattenmilch / Shadow Milk 75 % Dark Milk Dominican Republic.

Beskid Kolumbia Tumaco Dark Milk 65 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 65 % kakao z Kolumbii, z regionu miasta Tumaco.

Po rozchyleniu papierka poczułam zaskakująco intensywną woń mleka, wręcz śmietanki - pełnych i naturalnych. Miały ciepły wydźwięk, za czym stała karmelowa, głęboka słodycz oraz lekko soczysta "przyprawiona pomarańcza". Pomyślałam o owocu suszonym, zestawionym z przyprawami korzennymi, a także sporą ilością orzechów. Odlegle skojarzyło mi się to z cappuccino oraz goryczkowatą kaszą. Już w trakcie jedzenia słodycz zapachu wydała mi się wyższa, toteż raz po raz i sezam, a dokładniej chałwa przyszły mi do głowy.

W dotyku lśniąca i dość ciemna tabliczka była lepko-tłusta, jakby zaraz miała brudzić palce. Łamaniu towarzyszyły pyknięcia. W przekroju pokazały się paski i ziarnistość, a jej tłustość i kruchość skojarzyły mi się z bardzo przemieloną chałwą.
W ustach rozpływała się z ochotą, w umiarkowanym tempie (raczej szybciej niż wolno). Zalepiała troszeczkę, przypominając idealnie ślisko-gładki budyń na tłustym mleku / śmietance. Okazała się wysoce tłusta w sposób śmietankowy. Rozrzedzała się, jednak do końca zachowała pewną zbitość i gęstość jakby za sprawa samej miazgi kakaowej, skąd skojarzenia raczej z kaszą zrobioną na śmietance, może z rozpływającym się od ciepła dodanym do niej masłem orzechowym lub... chałwą? Pod koniec robiła się wodnistą zawiesiną, po czym całość nagle znikała.

Od początku czuć stateczną, przyjemną gorzkość. Powędrowała do kaszy, chyba konkretnie jaglanej ze specyficzną goryczką, by zaraz odbić w kierunku bardziej orzechowym. Niczym kasza na pełnym mleku / śmietance z orzechami właśnie?

Orzechy ustawiły się w tle, a mleczność ruszyła z kopyta. Mieszając się z gorzkością, niczym pomocną dłoń, wyciągnęła do kaszo-orzechów cappuccino, kaszę zaś przemodelowała z jaglanej na manną (albo obie się wymieszały?). Goryczka przypominała kawę, w pełni godzącą się na ogromną rolę mleczności.

Czułam więc pełnię naturalnego mleka, bardzo tłustego, więc i w naturalny sposób słodkiego. Orzechowo-cappuccinowo-kaszowe tony zasugerowały karmel. Pewna tłuszczowość z kolei optowała za bardziej toffi-cappuccino wariantem czegoś, jednak wszystko to po prostu jakoś się przewijało przy bazie i w tle. Długo nie potrafiłam tego nazwać; niski poziom słodyczy nie pomógł. Nagle jednak uchwyciłam chałwę. Z taką przełamaną, ciężkawą słodyczą, chałwę mleczną (wiem, że Odra ma taką, nigdy nie jadłam, ale przyjmijmy taki wyidealizowany, wyobrażony twór tego typu).

Po paru chwilach odkąd kawałek spoczął na języku, w oddali odezwały się soczyste słodkie owoce. Gdy więc gorzkość snuła się od kaszy do kawy, owoce wkręciły się w słodycz. Przebijały się do głosu powiązanymi z chałwą niejednoznacznymi bananami, a zaraz wątkiem pomarańczy. Goryczki i orzechy sugerowały suszone plastry, w korzennym towarzystwie. Czyżby mowa o korzennym cappuccino z obracającą się wokół pomarańczą? Niestety pobrzmiewała mi w tym dziwna metaliczność, jakby spięcie na linii owoce-kawa/kasza.
Przy mleku i kaszy też pojawiła się słodycz owoców. Banany? Jakoś chyba umknęły. Doskoczyły natomiast słodziutkie, z odrobiną kwasku, jagódki. Oczami wyobraźni zobaczyłam miskę z kaszą na mleku, całą fioletową od jagód, może i jako wariant banan-jagoda, może też z orzechami.
Ogólnie owoce były tu nutą dość delikatną, ale wyczuwalną.

Kiedy mleko i śmietanka płynęły bez kompromisów, mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa pomyślałam już bardziej o lodach na śmietance właśnie i jagodowych, i orzechowo-cappuccinowych z sosem karmelowym...? Robiło się coraz bardziej słodko, trochę tłuszczowo... Kuleczki kaszy zmieniły się w złociste ziarenka sezamu. Tu już na pewno czułam chałwę! Nie była smakiem przodującym, ale jak już się pojawiła, nie chciała zniknąć.

Sos osiągnąwszy pewien pułap słodyczy, nagle został sprowadzony do poziomu kwaskiem pomarańczy. Zanotowałam "cytrusowy agrest", bo błyskawicznie z sok z pomarańczy rozlał się i odsłonił właśnie kwaśny, zielony agrest... Raczej jego namiastkę, ale jednak.

Bliżej końca zrobiło się "działkowo", czułam jakieś ciężkawe kwiaty i krzewy; agrest mieszał się ze śmietanką. Dużo świeżych owoców się z nią mieszało, a orzechy i sezamo-kasza delikatnie dopowiadały goryczkę. Jakbym przyglądając się ich sporowi o to, co i w jakich proporcjach kiedy będzie dominować, ze spokojem piła cappuccino, narzucające im harmonię.

Po zjedzeniu pozostał posmak właśnie gorzkawo cappuccinowy, bardzo śmietankowy i orzechowy. Paleta owoców zmieszała się, pod koniec czułam "działkową soczystość", nic konkretnego, choć jakbym już na siłę się jakiś owoców doszukiwała to... może bananom wreszcie udało się przebić? Też właśnie bardziej może jako cierpkość po nich (takich niedojrzałych)? Wszystko to... było ciepłe, jak rozgrzane słońcem i doprawione szczyptą przypraw korzennych. Na ustach z kolei ostała się tłuszczowość jak po tłustym nabiale i chałwie.

Śmietanką i orzechami oraz cytrusami przypomniała mi Tibito Arauca 70 %, z jakby dodanymi korzennościami Tibito Putumayo 70 %. W ogóle to przypomniały mi się akurat Tibitó, bo i one rozpływały się tak gęsto, gęsto, powoli by nagle zniknąć.
Beskid jednak pokazał klasę i kunszt. To mało, że bardzo dobrze zrobiona czekolada - to idealny wybór składników, w tym regionu kakao. I tu doszukałam się jagód oraz cierpkości owoców banów i cytrusów, jak w Morinie Colombie Sua Noir 70 %. Nuty te jednak do ciemnej pasowały mi lepiej, niż do mlecznej.
Orzecho-kasza w towarzystwie mlecznej kawy, a potem wszelkie chałwowo-działkowe nuty wyszły smaczniej. Czy to delikatna słodycz karmelu, czy subtelne owoce (pomarańcza, jagody, agrest) świetnie wyważyły smak. Ten był bowiem przyjemnie gorzki, niezaprzeczalnie mleczny (co płynęło zarówno z dodanego, jak i z nut samego kakao, co czuć!), a jednak też trochę soczyście kwaskawy. Nie mocno jednak, nie inwazyjnie.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany

czwartek, 22 października 2020

Moser Roth Strawberry Cheesecake mleczna z sernikowym kremem z kawałkami ciastek i nadzieniem truskawkowym

O tym, co myślę o tej linii czekolad Moser Roth bardziej rozpisałam się we wstępie innej, jedzenie zaczynając od najbardziej ryzykownej. Postanowiłam się wziąć za smak, który chciałam zjeść najświeższy, jak się da. Nabawiłam się już małego urazu do formy "dżem + krem / mousse". Grossów z mousse'ami i płynnymi nadzieniami zrobiłam mały zapas, by odkryć, że niektóre dość szybko się starzeją, przez co czasami dżem wpływa w mousse, a ten tym samym przestaje być mousse'em. Inne kremy, mimo długiej daty, pod wpływem lejącego nadzienia jak w np. Tesco Milk Chocolate with Strawberry Filling też robiły się dziwne. Nie chciałam, by i tu trafić na niemiłą niespodziankę (mimo trzech miesięcy ważności). A i nie ukrywam, że ciekawiła mnie ta tabliczka. Czy pójdzie bardziej w kierunku Lindta Hello... Strawberry Cheesecake (wątpiłam, bo mimo że seria jakby wzorowana, to jednak dwa zupełnie inne pomysły na nadzienia) czy Milki Mmmax Strawberry Cheesecake, a może w ogóle czymś zaskoczy?

Moser Roth Strawberry Cheesecake to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao nadziewana twarogowo-śmietankowym kremem (30%) z kawałkami ciasteczek (1,5%) oraz nadzieniem truskawkowym (15%); stylizowana na truskawkowy sernik.
W opakowaniu znajdują się dwie oddzielnie pakowane minitabliczki po 37,5g każda.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, poczułam zapach truskawkowego serka... wręcz serusia-serniczka, taki był uroczy! Wkomponowany w przesłodzoną, acz przyjemnie waniliową i intensywnie mleczną czekoladę, słodziutko-twarożkowy wątek łączył się z truskawką soczyście-kwaskawą, przesłodzoną w sposób sztucznawy, ale wciąż smakowitą. Bardziej niż z sernikiem, kojarzył się z serkiem homogenizowanym, ewentualnie serniczkiem dla dzieci.

W dotyku czekolada odznaczała się tłustością, ale nie topiła się przy nim. Łamiąc, odebrałam ją jako miękkawą, ale trzymającą się, zwartą.
Gruba warstwa czekolady nie wgniatała się raczej, dopiero trochę przy robieniu kęsa. Okazało się, iż to jedna z najbardziej kłopotliwych do fotografowania czekolad, z jakimi ostatnio miałam do czynienia.
Otóż sos okazał się ciągnąco-zwarty. Wydawało się, że mógłby rozciągać się w nieskończoność, jednak gdy trafił na coś na swojej drodze, kleił się dosłownie jak klej. Wykazywał też dziwną cechę - choćby nie wiem, jak bardzo się wyciągnął, nie wypływał, a wyciągnięta smuga dosłownie wracała do reszty. Epicentrum każdej kostki przyciągało ją do siebie! Jak czarna (czerwona?) dziura normalnie.
Nie pożałowali go, umieścili zaś na zwartym białym kremie, który wyglądał na "przemielono-grudkowy". Dopiero w trakcie jedzenia odkryłam, że "grudki" to ciasteczka skryte w kremie.
W ustach czekolada błyskawicznie miękła, ale rozpływała się w tempie umiarkowanym, ponieważ zmieniała się w zalepiającą gęstwinę, tłustą w maślany sposób.
Nadzienie konsekwentnie zalepiało, choć było od czekolady miękko-tłustsze i delikatnie proszkowe. Przypominało śmietankowy deser lub właśnie jakiś taki "sernik na zimno", dzięki czemu mimo że zbite, nie wyszło ciężko.
Powiedziałabym, że to gładki krem, gdyby nie kawałki ciastek, nakręcające skojarzenie z grudkami. Nie rozpuszczały się, a gryzione wykazywały twardawość, zmieniając się w mączny pyłek.
Dolna warstwa pasowała do żelu, wlepiającego się w resztę masy, w którą zmieniała się tabliczka. Nie rozrzedzał reszty, choć sam znikał dość szybko. Zanim do tego doszło, dał się poznać jako dość soczysty i idealnie gładki. To taki... dosłownie żel, gęsty, zżelowany sos.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem. Mleko szybko okazało się podkręcone maksymalnie śmietankowo-serkowymi nutami. Ewidentnie nasiąkła nadzieniem. Poczułam drapanie w gardle, lecz na szczęście całość nie smakowała czystym cukrem. Mało że środkiem, czekolada pobrzmiewała lekko wanilią.

Nadzienia okazały się bardzo wyraziste i o ile białe konsekwentnie dokładało czekoladzie coraz to kolejnych, mocniejszych swoich nut, tak truskawkowe działało dynamiczniej. Wkradało się w słodycz słodziuteńką, dżemikową truskawką, po czym przecinało to wyrazistym, ale nie mocnym kwaskiem. W trakcie jedzenia wydał mi się trochę cytrynowy, ale... może i truskawkowy. Niewątpliwie podkręcił skojarzenie z sernikiem.
Samo nadzienie truskawkowe rzeczywiście smakowało truskawką - bardzo słodką, że aż w tym sztuczną. Odbiło w cukierkowym kierunku, choć tak całościowo wyszło w miarę naturalnie "serkowo-jogurtowo".

W połączeniu z dolnym nadzieniem, całościowo, dyktowało wydźwięk homogenizowanego serka truskawkowego i przesłodzonego, delikatnego serniczka... no niech będzie, że sernika, z truskawkami. Ale przesłodzonego!
Biały krem prezentował bowiem śmietankowo-serkowy smak. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dochodził do tego biszkoptowo-ciasteczkowy motyw. Wydał mi się pochodzić raczej z aromatu, co zwróciło moją uwagę także na sugestię kwasko-gorzkawości (i przypomniały mi się serki / jogurty biszkoptowe). Podczas jedzenia raz po raz sernik mi migał, ale raczej poprzez skojarzenia i to, jak połączyły się warstwy.
Spróbowany osobno ujawnił tłuszczową mdłość i... upewnił mnie, że ta dziwna, nieokreślona gorzkawość tam była.

Bliżej końca słodycz to wszystko i tak rozmyła. Było wtedy wciąż mlecznie-śmietankowo, ale już także tłuszczowo-nijako, truskawkowo, ale w sposób przerysowany. W gardle paliło, do czego przyłożyła się też czekolada. Pobrzmiewała w tle cały czas, bliżej końca przypomniała mi jakieś truskawkowe czekoladki dla dzieci, bo rozpływała się wolniej niż wnętrze i została na koniec.

Pod koniec i na koniec rozgryzane ciasteczka... wchodziły w tę mdłość cukru. Same bowiem smakowały niczym, tylko tyle, że słodko. Wydały mi się do bólu nijakie.

W posmaku czekolada zaznaczyła swą obecność jako "czekoladkowa" mieszanka słodyczy i mleka, wraz z kwaskiem ewidentnie sztucznej truskawki. W gardle czułam cukrowy ogień, a w ustach... w ustach wśród cukrowego pożaru, serek... może i sernik truskawkowy, ale z dziwną sztucznawą kwasko-goryczką. Niczym strażak próbował ratować sytuację, co nie udało mu się. Pomylił wodę z benzyną?

Zasłodzenie, jakie wywołała już pierwsza kostka, było na tyle znośne, że bez problemu wzięłam się za kolejną, ale gdy ją skończyłam, na drugą połowię mini tabliczki nie miałam ochoty. Zaczęła jednak tą słodyczą nudzić i dosłownie przytykać (że przełykanie śliny było problematyczne), a nieokreślone posmaki męczyć, że darowałam sobie. To zdecydowanie adekwatnie oddany smak truskawkowego... sernika czy bardziej serka. Może nie taki mocno twarogowy, ale śmietankowo-twarożkowy i truskawkowy już tak. Nabiałowego kwasku wprawdzie mi brakowało, jakiś ogólny zarejestrowałam, ale przy tej słodyczy, na niewiele się zdał.
Smakowała mi mniej niż Milka Strawberry Cheesecake, bo podlinkowana była słodka w sposób, który aż wyeliminował wiele negatywnych czynników, a ciastko smakowało ciastkiem.
Dzisiaj prezentowana nie była może tragiczna, a nawet wyszła trochę ponad przeciętność, ale wciąż to za mało, by szczególnie przypaść mi do gustu.
Połowę swojej minitabliczki oddałam Mamie. Usłyszałam: "Nie myślałam, że to kiedyś powiem, ale chyba za słodko było. Jakie to miało być? Truskawkę to wyraźnie, przyjemnie tak czułam, lepiej niż w Wedlu truskawkowym na pewno wyszła, a dół... śmietankowy? No słodki bardzo. Szkoda też, że taki wręcz niesmak po niej zostaje". Zapytana o ciasteczka, przyznała się, że przeoczyła, a i że to "sernik" by nie zgadła ("serek prędzej" - jak omawiałyśmy).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 8 zł (za 75g)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, maślanka w proszku, laktoza, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy), oleje roślinne (shea, palmowy), cukier, śmietanka w proszku, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, skoncentrowany sok truskawkowy 2,3%, odtłuszczone mleko w proszku, substancja utrzymująca wilgoć: sorbitol; laktoza, mąka pszenna, chudy twaróg w proszku 0,6%, aromaty, lecytyna sojowa, przecier z truskawek 0,2%, masło klarowane, skrobia kukurydziana, skrobia pszenna, barwnik: koncentrat z czarnej marchwi; regulator kwasowości: kwas jabłkowy; sól, środki spulchniające: wodorowęglan sodu, wodorowęglan amonu

środa, 21 października 2020

Zotter Labooko Opus 2019 75 % ciemna z Gwatemali, Madagaskaru, Tanzanii, Peru, Ghany i Ekwadoru

Dzień po Naive Nano_Lot Platinum Grade Ferment Nicaragua 68 %, czyli blendzie 6 różnych odmian kakao z Nikaragui, zdecydowałam się na kolejny szalony blend sześciu... tym razem krajów. I znów miała to być czekolada bardzo limitowana. Tym razem jednak od Zottera, na rok 2019, zacnie zatytułowana: Opus, co z łaciny tłumaczy się na "dzieło". Cieszyłam się, że Zotter jest dumny z efektu (musiał być, skoro to puścił, prawda?), więc za pewne uznałam, że i ja będę usatysfakcjonowana.

Zotter Labooko Opus 2019 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Gwatemali, Madagaskaru, Tanzanii, Peru, Ghany i Ekwadoru; limitowany (dostępny przez rok) blend; czas konszowania to 10 godzin.

Rozchylając papierek poczułam słodko-soczysty i jednocześnie pikantny duet truskawki i pieprzu. Pomyślałam o czerwonym winie, jednak już w kolejnych sekundach rozniosło się sporo bardziej czekoladowych nut z orzechami włoskimi, nerkowca i migdałami na czele. Rozchodziła się od nich gorzkość, wzmocniona ostrością. Sugerowała kawę i suchą, czarną ziemię, a także zapowiadała słodycz. Ta miała łagodzący, uroczy charakter, przywodzący na myśl śmietankowe krówki, ewentualnie śmietankowo-maślane karmelki, ponieważ nie była mocno palona. To było w pewien sposób... rześkie.

Lśniąca i ciemna tabliczka sprawiała wrażenie dość tłustej. Okazała się twarda i jakby pełna, nabita. Trzaskała głośno, odsłaniając bardzo ziarnisty przekrój.
W ustach jednak rozpływała się idealnie gładko i łatwo, choć powoli. Pozostawiała maziste smugi i zalepiała nimi. Sposób, w jaki to robiła przypominał spór: jakby soczystość, orzechowa tłustość i wysuszający efekt próbowały nawzajem się zatopić.

Już robiąc gryza poczułam paloną, kruchą krówkę, której palony motyw jak szybko się pojawił, tak jeszcze szybciej zniknął. Zniknął, albo raczej zmienił się w gorzkość.

Popłynęła gorzka kawa, przy której rozsypało się mnóstwo orzechów i migdałów. Z całego miksu po chwili wyróżniłabym bardziej gorzkie takie jak włoskie czy właśnie migdały, które to stworzyły stonowaną, poważną bazę, oraz... orzechy słodsze.

Orzechy o słodszym charakterze mieszały się z krówką. Karmel trochę się przy niej kręcił, ale był niejednoznaczny, szlachetnie wielopoziomowy. Poczułam śmietankowo-maślany motyw, który nie był stricte maślany. Pomyślałam o orzechach nerkowca.

Właśnie poprzez orzechy, czy to gorzkie włoskie i migdały, czy specyficzne nerkowce w połowie rozpływania się kawałka wkradał się pieprz. Rozgrzewał język, przejmował jakiekolwiek palone wątki tak, że czekolada wydała mi się mało palona, acz wciąż "podkreślona". Pieprz trochę rozruszał kawowo-orzechowo-krówkowe tony. Przesunęły się.

W drugiej połowie spod łagodniejszych, śmietankowych nut zaczęły przebijać się niepewne owoce. Przez sekundę myślałam, że zrobi się pomarańczowo, ale pojawiła się "drobnica" w trochę winnym wydaniu. Lekka soczystość owoców leśnych stała się chwilowo mdławą, ale przez większość czasu w pełni słodką, jędrną truskawką. Truskawka z pieprzem... zaraz jednak zaczęła zmieniać się w coś ciemniejszego i charakterniejszego - może jakieś jeżyny czy porzeczki? Na drodze do dosadnej cierpkości stanęły im słodko-mdławe, łagodne winogrona. Stały za specyficzną "ciężkawą rześkością". Raczej jasne (zielone lub fioletowo-różowe), ale też już trochę cierpkawe, z cierpką skórką i gorzkawymi pestkami. Myśli obracały się wokół wina i jeżyn.

To znów pozwoliło na powrót gorzkim orzechom, które bliżej końca uciekły od wypitej już kawy, rozsypując się na czarnej ziemi. Końcówka była niczym orzechy i ziemia, podkreślone pieprzem. Wciąż jednak było dość słodko, jakby te karmelkowo-krówkowe, śmietankowe akcenty próbowały coś zdziałać. Jakby orzechowo-krówkowe ciasteczka podać do tej kawy? Uładziły trochę, ale nie jakoś bardzo.

Przyjemnie, na dość długo kruche krówki, orzechy nerkowca i jednak ta ziemia zostały w posmaku. Przywodził na myśl taninowe czerwone i białe wina. Suchawe ściągnięcie optowało za pierwszymi, za drugimi zaś rześko-cierpkie owoce zmieszane z niepełną słodyczą.

Całość wyszła przepysznie i bosko, gdy chodzi o strukturę. Była wyważona, ale i zaskoczyć umiała! Zachwycająca. Podobała mi się orzechowo-śmietankowa, nie zaś maślana, tłustość konsystencji i smaku. Smak z kolei to dosłownie wszystko to, co (lub nuty czego) uwielbiam. Krówki, akcenty właśnie bardziej śmietankowe, karmelowe, ale nie za mocne (i nie maślane), ulubione orzechy (nerkowca i włoskie) i migdały, kawa oraz namiastka wina i ziemistości (tych akurat wolałabym więcej), a także truskawki. Te ostatnie okazały się cudowną parą dla pieprzu (co wydaje się dość dziwne). Wprawdzie winogrona (kocham granatowo-czarne, np. Melody, te były takie... różnorakie) czy akurat krucha krówkowość, to mogłyby wyjść inaczej, ale i tak nie narzekam.

Propozycja gorzka, intensywna, a przy tym głęboko słodka, bez kwaśności, a także mimo iż dosadna, to z pewną lekkością. Dynamiczna i wyważona... I aż się dziwię, jak to wszystko się tu zmieściło! Toż to cała powieść w tabliczce. W dodatku z różnymi interpretacjami, bo czytając opis producenta, co w niej czuć to "i trochę tak, i trochę nie" (nie chce mi się przepisywać, więc zamieszczam wyraźne zdjęcia), a np. odmienianych przez wszystkie przypadki "jabłek w karmelu" za nic nie czułam (nawet jak szukałam na siłę).


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym!

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 20 października 2020

Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi

Przy chałwie czekoladowej z pomarańczą Odry wyjaśniłam, dlaczego ją kupiłam, zdradzając, że pojawi się dzisiejsza recenzja (i tu zaginam czasoprzestrzeń, ponieważ podlinkowaną opublikowałam znacznie szybciej przez to, że to limitka; jadłam je w odstępie miesiąca-dwóch). Przymus kupienia spowodowany zamykaniem sklepu do najmilszych nie należy, samo zaś próbowanie produktu, którego pewnie nie będę miała możliwości znowu kupić jest trochę nielogiczne, ale cóż... Obiecałam sobie kiedyś chałwę tę spróbować, to po prostu musiałam to zrobić. Nie napaliłam się na nią jakoś specjalnie, bo i ostatnio czuję, że smak chałwy lubię tylko teoretycznie, ale też nie miałam żadnych większych powodów, by nastawiać się specjalnie negatywnie. Tym bardziej, że jedzona parę dni wcześniej Naive Molecules jakoś przypomniała mi batona Legal Cakes Chiacho, właśnie kojarzącego się trochę z chałwą z fistaszkami. I też stosunkowo niedawno znów jadłam wafelki Familijne chałwowe, więc takie smaki się mnie trzymały. Chociaż właśnie - czułam się trochę niepewnie, bo po wafelki te sięgam, gdy nachodzi mnie na coś chałwowego. Rzadko, bo rzadko, ale jednak, ponieważ stanowią "przyjaźniejszą" dla mnie formę chałwy - czyściej się to je, a i mniej słodkie. Sama bowiem mam z chałwą taki problem, że trochę mnie brzydzi. Jak sobie z tym radzę? Jem widelczykiem, i może akurat ta wiedza Wam do szczęścia potrzebna nie jest, służy mi potem za wykałaczkę, haha (taki fajny, malutki).


Tesco Chałwa sezamowa z orzeszkami ziemnymi to chałwa z sezamu z kawałkami fistaszków wyprodukowana dla Tesco w Polsce.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach chałwy, w którym lekko goryczkowaty sezam wyrównany był z silną słodyczą kojarzącą się z cukrem pudrem, a tym samym ciężko-duszną. W duszności doszukałam się też akcentu fistaszków.

Zdziwiłam się, trafiając na (jak na takie produkty) nie za wiele olejo-syropu. Tradycyjnie odsączyłam ręcznikiem papierowym, jednak nie zostało na nim specjalnie dużo plam. W dotyku chałwa była tylko trochę lepko-tłusta, nieco nawet suchawa i zwarta.
Sprawiała wrażenie mocno zmielonej, na gęsto-zbito; z drobnymi włóknami, a z sowitą, acz nieprzesadzoną ilością średniej i małej wielkości orzeszków. Łamało się i kroiło ją z łatwością, przy czym wykazywała kruchość i pewną miękkawość.
Kiedy jadłam widelczykiem, trochę się rozwalała, ale można ją uznać za zadowalająco zwartą, a jednocześnie nie przesadnie zbitą czy ciężką.
W trakcie jedzenia lepiła się do zębów, ale przyjemnie przy tym trzeszczała i skrzypiała, co brzmiało jak chodzenie po śniegu, który tylko co spadł. Była tłusta w typowy dla chałw sposób, owszem, acz jednocześnie dość sucha i krucha. Rozpuszczała się trochę w cukrowo-wodnisty sposób, znów przywodzący na myśl cukier puder. Potem jednak na zębach zostawały zbitki cukru, które trudno do czegoś porównać. Na szczęście jednak nie zostawały na długo, a uwagę od nich odciągał dodatek.
Orzeszki wyszły chrupiąco, dość świeżo - nie zawilgotniały od reszty.
Strukturę ogólnie uważam za niezłą.

W smaku od początku do końca dominowała słodycz. Uderzyła, rozeszła się po ustach jakby komuś rozerwała się torba cukru i wpadła do rzeki syropu glukozowego, zagęszczonej "błotkiem" z lukru. Takie skojarzenia (na szczęście dość wątłe) towarzyszyły mi cały czas, ponieważ nie był to czysty biały cukier, a "zabarwiony rozmaitościami". Na pewno czułam coś sztucznawego, ale w zasadzie uszło w tle.

Drugim po słodyczy, bardzo wyraźnym wątkiem na szczęście był już sezam, toteż mimo słodyczy, wraz z jedzeniem, chałwową gorzkawość uznałam za zaskakująco intensywną. Sezamowi udało się smakować sobą, takim raczej łagodnym, lekko podprażonym, z zaznaczoną przyjemną goryczką.

Prażoność i goryczkę podkreślił motyw orzeszków ziemnych, którymi trochę nasiąkła. Nie jestem pewna, czy dziwne skojarzenia co do słodyczy podkreśliły czy właśnie przygłuszyły je... Na pewno jednak mocny smak fistaszków nasilał się przy ich kawałkach, co dodatkowo obniżało poczucie słodyczy. Do samej sezamowości chałwy z kolei pasowało i nie zabiło jej.

Po zjedzeniu pozostało straszliwe przesłodzenie, także jako palenie w gardle, ale też smaczek chałwowo-orzeszkowy. Czuć sezam, tłuszczowość chałwy (tę to nawet na ustach jako warstwa). Orzeszki (nawet zostawione i rozgryzane na koniec) traciły szybko na znaczeniu.

Całość uważam za... niezłą. Trochę dziwną, gdy chodzi o suchawość, ale przynajmniej przyjemnie nietłustą. Orzeszki były, i choć może rewolucji nie przeprowadziły, to bez nich lepiej pewnie by nie wyszło. Smak samej chałwy... wydawał mi się bardzo słodki i po prostu chałwowy - o tyle interesujący, że właśnie nie waniliowy, a sezamowy. Sezamowo-słodko-jakiś. Nie było to złe, a całkiem ok.
Wprawdzie przeszkadzało mi przylepianie się do zębów, a także jakby sama chałwowa specyfika, ale i tak ta chałwa jest warta polecenia (a cechy typowo chałwowe... wiadomo).
Trochę zmęczyła mnie z czasem, toteż 1/4 dałam Mamie, by sobie przypomniała i powiedziała mi, co ona myśli. Dla niej była za gorzka, więc zdecydowanie woli "zwykle czyste waniliowe np. z Lidla czy Biedry".


ocena: 7/10
kupiłam: Tesco
cena: 0,99 zł (za 50g)
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie (ale chciałabym mieć możliwość kupienia)

miazga sezamowa 49%, syrop glukozowy, cukier, orzeszki ziemne 9%, olej rzepakowy, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), białko jaja w proszku, ekstrakt z korzenia mydlnicy, aromat

poniedziałek, 19 października 2020

Valrhona noir Alpaco 66 % ciemna z Ekwadoru

Do Valrhony nigdy nie pałałam zbyt wielkimi uczuciami, mój stosunek był raczej chłodny, ale raczej nie negatywny. Po prostu sporą część asortymentu zajmują te z niższą zawartością kakao, też mleczne, białe i z dodatkami, które mnie nie ciekawią. Szkoda mi na nie czasu i pieniędzy - wolę w podobnej cenie kupić czyste ciemne, porządnie ciemne. Jako jednak że zdecydowałam się wreszcie wrócić do jednej z czekolad, od których zaczęła się moja przygoda z degustacjami, Guanai 70 % (recenzja z 2015), przy okazji postanowiłam spróbować innej. Padło na taką, której... nazwa skojarzyła mi się miło, bo z alpaką, a lubię lamy i lamowate zwierzęta. Że też tym torem moje myśli poleciały...

Valrhona noir Alpaco 66 % Cacao Dark chocolate Grand Cru Equateur to ciemna czekolada o zawartości 66 % kakao arriba z Ekwadoru z regionu Los Rios.

Gdy tylko rozerwałam złotko, poczułam mnóstwo drzew i kwiatów ze słodko-soczystym motywem. W tym przewijały się lekkie, owocowe sugestie jakiś przesłodzonych dżemów pomarańczowych, morelowych, brzoskwiniowych itp. Niemal bazowa była tu maślana strefa, opiewana przez pudrowo-lukrową słodycz. Można by z tego "uknuć" maślane wypieki z dżemem właśnie i lukrem na wierzchu.

Ciemna, połyskująca tabliczka w dotyku nie była tłusta, a przy łamaniu wydawała głośny trzask ułamanych, grubych, ale wciąż dość żywo-świeżych gałązek. Odsłaniała tym samym przekrój - zwarty, acz raczej niegładki, a z jakby połyskującym cukrem.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w idealnie gładki i kremowy sposób. Tłustość uplasowała się na dość wysokim, gęsto-maślanym poziomie i z ochotą lekko oblepiała paszczę smugami. Wkradła się w to dość znacząca talkowość, a ja nie mogłam wyrzucić z głowy skojarzenia z kredą.

Jako pierwsza po ustach rozeszła się silna słodycz, przywodząca na myśl przesłodzone dżemy i lukier owocowy lub na czymś owocowym. Mowa tu o żółto-pomarańczowych tworach - mi do głowy przyszły morelowo-brzoskwiniowe rozmaitości (babeczki i muffiny?). Mignęła mi również słodko-goryczkowata pomarańcza. Mimo że dość ciężkawe, z czasem zaczęła rozbijać je pewna rześkość.

Oto ta rześkość, zwiewność... przejęła część słodyczy. To były kwiaty, delikatne i pełne uroku. Z czasem doszukałam się w nich bardziej roślinnego motywu, nieco neutralniejszego, gałązkowatego i lekko palonego. Oczami wyobraźni widziałam pole z baziami ("kotkami") wiosną. Drzewność czy raczej gałązkowość, mimo że stanowiąca bazę,  nie wyszła jednak przed słodycz.

Zanim to się jednak porządnie rozwinęło, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce odbiły w cierpkawo-goryczkowatym kierunku z sugestią kwasku. Zrobiło się bardziej pomarańczowo. Słodki cytrus trzymał się wcześniejszej konwencji, choć na moment nieco przełamał bezkresną słodycz.

Właśnie ten moment wykorzystały akcenty przykryte kwiatami. Wycofane, leciutko palone nuty bazy zmieniły się. Ogromną rolę odegrała maślaność oraz sugestia maślanych wypieków - babeczek z owocowymi dżemami i lukrem. Średnio wypieczone babeczki poprzylepiane do kokilek i... na jakiejś drewnianej tacy? Nadal wyraźnie czułam drewno, dość żywe jednak... Drzewa? Kwiaty zaczęły się w nie powoli zmieniać, dopomogła im cierpkawość. Poczułam nieco neutralniejszy smak, ale na pewno nie gorzkość. Palony motyw również nie był za mocny. Uchwyciłam w nim za to trochę orzechów.

Za mocna i wciąż przyciężka była słodycz. Pod koniec znów wychynęła jako dżemy i lukier, tym razem już drapiąc w gardle. Co prawda kwiaty starały się to tonować, ale przez łagodną, maślano-drzewną bazę jakby zabrakło im motywacji.

Po wszystkim pozostał posmak bardzo słodki i aż mdławy. Dżemów tak przesłodzonych, że aż mało wyrazistych (w kolorze żółto-pomarańczowym). Czułam maślaność tłustych babeczek z nutą pomarańczy, wreszcie jakąś goryczkę (!) i leciutkie ściągnięcie, swoistą... naturę, drzewa i ich lekką wilgoć. Jak rosnące na polu młode drzewka wiosną, niektóre z ułamanymi gałązkami.

Całość... W sumie to nawet nie mogę powiedzieć, że mnie jakoś specjalnie rozczarowała, bo za wiele nie oczekiwałam, ale aż tak wysokiej i nieprzyjemnej słodyczy się nie spodziewałam. Skojarzenia z lukrem i przesłodzonymi dżemami ani trochę mi się nie podobały, a tłuste babeczki i maślaność sytuację tylko pogorszyły. Zestaw owoców jak najbardziej przyjemny (pomarańcze i dżemy morelowo-brzoskwiniowe), jednak był tak stłamszony, mało istotny, że tylko zirytował. Kwiaty, drzewa na plus (jak i skojarzenie z baziami, ale to strasznie subiektywne), ale... To jakby w szkole dostać 1+. Niewielkie pocieszenie.
Słodko, słodko... z nutami, ale tak łagodnie, że aż mogłoby się to nazywać czekoladą maślaną (analogicznie do czekolady mlecznej). I właśnie ta struktura też mi przeszkadzała.

Śmiech przez łzy, bo raptem dzień wcześniej jadłam Naive Molecules, w której też to słodycz zawaliła sprawę (i w której też czułam morele, haha - ale suszone).
Dawno nie jadłam tak skopanego Ekwadoru z wyższej półki. Wina zawartości kakao? No nie wiem, przypomniała mi się Pacari Esmeraldas 60 % - również słodka, ale miodowo-karmelowo; jednocześnie ziemista i podfermentowana - gorzkawa! - smakująca winem i fusami; pełna egzotycznie słodkich bananów, brzoskwiń... O gorzko-kawowej, słodkiej niczym "karmelo-daktyle" i bogatej w owoce (grejpfruty, cytrusy, brzoskwinie, mango, banany i różne czerwone) Pacari Manabi 65 % już nawet nie mówię... Łagodna, a z jakim charakterem!

Na niekorzyść Valrhony zadziałał fakt, że zaserwowała mnóstwo rzeczy, których po prostu nie lubię, ale jako nuty w czekoladzie często i takie umiem docenić... Tu nie było czego doceniać, po prostu czekolada wypadła kiepsko. Wprawdzie nie było z nią na tyle źle, bym nie zjadła, ale jedząc cały czas żałowałam zakupu.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,50 zł (za 70g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny ekstrakt z wanilii