Po zjedzeniu wszystkich Cacao Crudo z dodatkami, jakie kupiłam, przyszła wreszcie pora czyste ciemne. Uznałam, że zacznę z przytupem, od najwyższej zawartości kakao. Nie byle jakiego, a surowego Criollo, które nigdy nie są przetwarzane w temperaturze powyżej 42°C. Do tego klasyczny proces prażenia ziaren kakaowych w ich przypadku zastępuje się powolnym suszeniem w atmosferze ochronnej.
Trochę tylko żałowałam, że posłodzono ją czymś tak bardzo intensywnym jak cukier kokosowy. O ile w wersjach z dodatkami to pracowało, w przypadku czystych mogło za bardzo zagłuszać nuty. Acz może akurat niekoniecznie w dziś przedstawianej - wszak tak niewiele... No, trzeba było sprawdzić.
Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % to ciemna czekolada o zawartości 90 % surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.
Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ziemi i nibsów kakaowych nasączonych czy choćby macerowanych w czerwonym, wytrawnym winie. Ziemia przechodziła w błoto i zbutwiałe drewno, obiecujące ciężkość i powagę. Obok stanęła dość wysoka, wręcz ciężka słodycz melasy, której towarzyszyło zaskakująco dużo rześkości. Ta ostatnia połączyła w sobie kwiaty i wodę, letni deszczyk. W rześkości pojawiły się też owoce soczyście-kwaskawe, a jednocześnie słodkie w sposób kojarzący się z owocowymi lodami wodnymi dla dzieci. Pomyślałam o czarnej porzeczce, odrobinie malin i jakiś leśnych owocach - nic jednoznacznego, raczej cały miks. Owoce te zupełnie odcięły się od czerwonego wina, będąc dla odmiany bardzo lekkimi.
Twarda tabliczka w dotyku zdawała się łączyć tłustość i lekką pylistość. Trzaskała średnio głośno i głucho. Przy łamaniu wydawała się trochę krucha, ale też kryła w sobie obietnicę zmięknięcia.
W ustach długo starała się zachować kształt, ale twardość szybko porzucała. Była dość ciężka i maziście tłusta, trochę oleista. Upuściła delikatną, nieco ściągającą soczystość. Przewinęła się w niej też marginalna pylistość, ale z czasem zniknęła w tłustej i coraz bardziej wodnistej toni. Czekolada pozostawiała po sobie trochę taninowe ściągnięcie oraz jakby rześko-soczystą suchość (?). Na całą tabliczkę trafiły mi się jakieś trzy-cztery drobinki niedomielonego kakao.
W smaku przywitała mnie delikatna, łagodnie palona słodycz karmelu. Po chwili jakby podpłynęła pod nią woda. Trochę ją jakby jeszcze złagodziła, trochę rozrzedziła, rozmyła - nie tylko nasilenie, ale też smak, wydźwięk.
W oddali subtelnie zaznaczyły się ziemiste, soczyste nibsy (kruszone kakao).
Z drugiej jednak strony słodycz zaraz na tę wodnistość zareagowała oporem. Mignęła mi wręcz melasa, ale równie szybko stanęła pod znakiem zapytania, mimo że słodycz ewidentnie zbuntowała się i zaczęła rosnąć. Nie jednak przez palony motyw - ten trochę się oddalał. Był, ale nie na pierwszym planie. Na ten wkroczyła słodycz o charakterze wodniście-kwiatowym - tak sobie z wodą poradziła! Pomyślałam o mokrych - może zroszonych, albo zmoczonych mżawką - białych kwiatach.
Karmelowo-melasowa nutka podpowiedziała paloność gorzkości. Gorzkość wkroczyła powoli i choć przez chwilę też wydała mi się lekko palona, nie zdecydowała się na palony wydźwięk. Na przód wysunęła charakterne zbutwiałe drewno. Ono przez moment miało w sobie coś ciepłego, może wręcz dusznego, ale po chwili i tu na znaczeniu wzrosła wilgotna, jakby zawilgocona nuta.
Oczami wyobraźni zobaczyłam ziemię i bagno. Właśnie tam zalegało to drewno. Ziemia, bagno wyszły na prowadzenie. Lekko palony akcent, który odłączył się od słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przez moment dopowiedział tu palenisko-ognisko tylko co zagaszone wiadrem wody.
Pokazał się dym, ale jakby właśnie związany przez to z wodą. Dym cierpki i... cierpkość obudził zgoła inną.
Poczułam subtelne cierpko-taninowe ciężkie wytrawne wino czerwone.
Wino zaczęło mieszać się z rześkością kwiatów. Robiły, co mogły, by nadać mu lekkości i może nawet słodyczy? Nie do końca mu się to udało, bo wino po prostu cofnęło się... Acz tu wkroczyły kwaskawo-słodkie owocowo-wodne lody porzeczkowe (pomyślałam dokładniej o Kolorkach Algidy sprzed lat). Owoce ogólnie wielkiej roli nie odegrały, ale były wyraźne. Porzeczkowo-jakieś, bo za czarnymi porzeczkami stanęła mieszanka owoców leśnych, możliwe że w tym trochę malin. Ich kwasek mógł być podkręcony lekko cytryną, jednak ogólnie nie był wysoki, bo jak na takowe lody przystało, były jednocześnie słodkie.
Owoce jednak długo się nie utrzymały. Słodycz wróciła do palonego charakteru karmelu i... po tej owocowej części poszła jeszcze dalej, stając się melasą, a gorzkość... Jakby te bardziej rześkie tony zasnuła dymem.
To wykorzystała bagnista ziemia i zaczęła współpracować z czerwonym winem. Końcowo zeszły się w jedno, serwując mi wyraziste nibsy kakaowe nasączone czerwonym, taninowym winem. Sobą zagłuszyły nawet ziemię.
Po zjedzeniu został posmak nibsów kakaowych w czerwonym, wytrawnym winie oraz kontrastowe niesamowicie rześkie poczucie. Wiązało się z białymi kwiatami, które wprowadziły słodycz. Pod tą podpiął się melasowy, już nie taki lekki, karmel. Czułam też cierpko-kwaskawe owoce, głównie czarne porzeczki, bagnistą ziemię oraz echo dymu.
Czekolada była smaczna, choć w moim odczuciu zbyt kontrastowa. Ciężkie taniny, czerwone wytrawne wino, bagno, ziemia i nibsy byłyby cudowne, jednak ta cała rześkość i dużo wody obok mi nie leżały. Kwiaty, słodko-kwaśne lody owocowo-wodne mogłyby jakoś inaczej zagrać. Bez tego dziwnego wodnistego orzeźwienia - tu obwiniam cukier kokosowy, obstawiam, że z trzcinowym byłoby lepiej. Nuty czarnych porzeczek, owoców leśnych i chyba cytryny, ani nawet wino, o dziwo nie przełożyły się jednak na wysoką kwasowość. Było słodko, było gorzko, ale choć intensywnie, to jeszcze nie aż tak siekierowo jak można by się spodziewać po surowej 90tce. Słodycz z kolei choć teoretycznie niska, wiele miała do powiedzenia.
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa






















