piątek, 13 lutego 2026

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami

Kiedy przypadkiem trafiłam na stornie 4ProActive, nie wydała mi się jakoś szczególnie kusząca do momentu, gdy zobaczyłam dzisiaj przedstawiany krem. Na cudownie wysoką zawartość sezamu rozbłysły mi oczy. Czyżbym znalazła godnego zastępcę kremu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym?! Może oznaczało to koniec z wyliczaniem, ile dodać, ważeniem i mieszaniem Ekogram The Real Tahini z cukrem trzcinowym? Bałam się ucieszyć, ale długo nie czekając, zamówiłam. Niesyty, pomylili się i wysłali mi 4ProActive Pastę daktylową. Po podlinkowanej zaczęłam się trochę obawiać. Co, jeśli dziś przedstawiany krem miał iść w jakąś kwasotę albo struktura miała mi nie leżeć? Wprawdzie ten nie zawierał kwasku cytrynowego, ale co poradzę na to, że wyobraźnia swoje zrobiła? Opis ze strony producenta jednak trochę pocieszał, bo brzmiał następująco: "połączenie goryczki sezamu z daktylami dało efekt idealnego balansu smaków". A ja właśnie w chałwowych rzeczach lubię czuć tę specyficzną, lekko goryczkowatą nutkę sezamu.

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami to pasta sezamowa z daktylami.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam głównie neutralny, tylko troszeczkę słodkawy sezam. Powiedziałabym, że prawie surowy, ale nie surowy. Bez jednak wyraźnego motywu prażenia. Podkradła się do niego niemal mleczno-maślana nuta, acz i niesezamowa słodycz zdradziła swą obecność. Była jednak niesamowicie niska, aż trudna do nazwania. Czuć, że to nie biały cukier, ale że daktyle też bym nie powiedziała. Odległe skojarzenie z chałwą, bardzo mało słodką, pojawiło się, acz nie było oczywiste.

Na wierzchu wydzieliła się mało-średnia ilość oleju, z czego zlałam 2,5, no, prawie 3 łyżeczki*. Było to dość trudne, bo wierzch pasty był rzadko-lejący.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pod oleistą, rzadką warstwą pasty trafiłam na bardzo gęstą pastę o ewidentnie niegładkiej strukturze. Nie wydawała się wyschnięta, ale w pewien sposób... suchsza, acz nie do końca sucha. Mieszając trafiłam na pewien konkret, ale nie zbitość. Mieszanie w zasadzie przyszło z łatwością, a masa wchłaniała, co rzadsze i tłustsze i nie było widać efektu.
W trakcie jedzenia krem okazał się tłusty i znikomo wodnisty, a jednocześnie gęsty... A przynajmniej w pierwszej chwili, bo z gęstej masy przechodził w coraz rzadszą zawiesinę. Czuć w nim jednocześnie i oleistą, dość wysoką tłustość, i jakby ukrytą suchość. Zalepiał usta porządnie, kleił się do zębów i rozpływał się w tempie średnim. Był papkowo miękki i jakby trochę zwięzło-ciastowy, a także mocno proszkowo-miazgowy; wręcz ziarnisty. Przemielono go niedokładnie i często na języku zaznaczały się niedomielone kawałki sezamu. Często na języku pojawiały się drobinki, które proszkowość przemianowały na wręcz ziarnistość. Nie był to jednak efekt chałwowy, a trochę... twardo cukrowy. Jakby kryształków cukru daktylowego Gryzione czy to drobinki, czy cała pasta, wydawały się od tego twardawe w trochę utwardzono cukrowym stylu; twardość jakby osiadła w ziarnistości (?). Krem skrzypiał jednak trochę sezamowo-chałwowo, acz ogólnie nie wydawał się bardzo chałwowy. Brak też temu wszystkiemu kremowości.
Po zjedzeniu za to zostałam z jakby daktylową suchością w ustach. Mimo że i tłustość czułam.

*Struktura jakoś mi nie leżała i zaczęłam kombinować. Na małym fragmencie dodałam trochę z tego zlanego oleju, jednak nie przełożyło się to w najmniejszym stopniu na kremowość. Było po prostu miazgowo-proszkowo-zawiesinowo i tylko że bardziej tłusto. Przypomniały mi się przepisy na zdrowy krem chałwowy z daktyli i sezamu i tam było, by dodawać wodę z zalanych wrzątkiem daktyli do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Na małej części spróbowałam i tego, co okazało się totalną porażką, bo woda... wysuszyła ten krem. Zbił się w twardą, kruszącą się masę. Dziwna sprawa!

W smaku pierwsza rozeszła się neutralna, łagodna nuta sezamu. Sezamu, którego nie prażono prawie wcale, surowego i... obiecującego trochę słodyczy.

Po chwili przemknęła też lekka goryczka. Pojawiła się i cofnęła, osiadła gdzieś daleko w tle i... niemal się ukryła.

Sezam okazał się jednak głównie naturalnie lekko słodki, a subtelną słodycz wciąż spowijał dominujący, neutralny wątek. Prażenie odrobinkę się nasiliło, ale cały czas było niskie. Podszepnęło więcej naturalnie "orzechowej" słodyczy.

A jednak cały czas czuć też neutralność, która chyliła się trochę w bardziej roślinie-wytrawnym kierunku, jakby chciała w nim pójść, ale coś ją powstrzymywało (lekkie prażenie?). Podbudowała ją maślana, niemal mleczna nuta.

I mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, słodycz wzrosła. A potem jeszcze trochę. W zasadzie słodycz nasilała się i wycofywała falowo, epizodycznie. Zaczęłam uświadczać coraz więcej słodkich przebłysków, które przełożyły się na miarowy wzrost. Czasem była trudna do nazwania, czasem udawała cukier, acz raczej trzcinowy, a więc trochę karmelowy w smaku.

W momentach kulminacyjnych, gdy słodycz osiągała dość wysoki poziom, robiła się trochę piekąca i wtedy wyraźnie czuć jej daktylowy charakter.

Słodycz mieszała się ze słodyczą sezamu, idąc w trochę chałwowym kierunku, jednak... i tak kompozycja wydała się rozchodzić na smak sezamowy i piekąco - i zarazem złudnie cukrowo - słodki. Słodycz wyraźnie rozchodziła się od wyłaniających się drobinek i stała jakby obok sezamowej bazy. Motywy te były niechętne do współpracy.

Słodycz wydobyła z sezamu odrobinkę goryczki. Ogólnie sezamowej, acz chwilami powiedziałabym, że bardziej wyraźnie oleju sezamowego. Ta nutka jednak w ogóle wydawała się marginalna i niemal nieistotna.

Skojarzenie z chałwą leniwie, niechętnie gdzieś tam się zaplątało, zwłaszcza pod koniec. Acz wciąż mowa o  chałwie stosunkowo mało słodkiej, acz zbliżającej się do pieczenia w gardle od słodyczy (ten piekący efekt był jednak od daktyli, nie tyle od samej wysokości słodyczy). Sezamu cały czas trzymało się jednak też jakby roślinnie-maślane echo, z kolei rozbijające skojarzenie z chałwą.

Po zjedzeniu został posmak neutralnego sezamu z echem oleju sezamowego oraz średnio wysoka słodycz. Połączyła się ta naturalnie sezamowa ze słodyczą dosadniejszą, acz niejasną. Miała w sobie i coś z cukru, i daktyli. Choć na smak daktyle nie były bardzo jednoznaczne, czuć ich specyficzny, lekko słodko-piekąco-suchawy efekt, nierównoznaczny z przesłodzeniem.

Krem bardzo mnie rozczarował. Mimo że był dobry! Po prostu gdybym przed nim nie poznała idealnego, nie czułabym braku tego, co sprawiało, że Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym był doskonały. Dziś przedstawiany wyszedł papkowo-suchawo, ale nie sucho. Wysoką tłustość czuć. Obstawiam, że daktyle odciągały strukturę od typowo kremowej czy chałwowej. W smaku wyszedł bardzo łagodnie, niemal neutralnie, a jednocześnie słodko - w niezgrany sposób. Przeszkadzał mi tu brak harmonii. Jego słodycz była niska i aż trudno określić, że daktylowa. Paradoksalnie, nie wyszło to na plus. Sezam starał się być neutralniejszy, co sprawiło, że pasta jakby nie wiedziała, czym chce być. Za słodka na neutralny krem sezamowy, za neutralna na coś chałwowego. Chałwa przewinęła się, ale nie miał z nią wiele wspólnego. Wyszedł słodkawo i ogólnie trochę mdławo. Wysokość słodyczy podobna jak Nutury, ale inny wydźwięk, dosadniejszy, bo nie w parze, a obok sezamu (daktyle są słodsze od cukru).


 ocena: 8/10
cena: 12,50 zł za 300 g
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażony sezam 91%, daktyle suszone 9%

środa, 11 lutego 2026

Maua India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71 % Craft Chocolate ciemna z Indii

To, dlaczego kupiłam tę czekoladę, jest nie do końca dla mnie zrozumiałe. Dwie tabliczki hiszpańskiej marki Maua, które jadłam były po prostu ok i jakoś marka przestała mnie ciekawić. Ta znalazła się w kolejnym zamówieniu nie dlatego, iż uznałam, że dam jej szansę. Po prostu zaintrygowały mnie nuty tej, a jednocześnie wspomnienia o tym, w jaki sposób tamte były niesatysfakcjonujące, trochę zaszły mgłą. Wierzyłam, że może mimo wszystko te nuty zrobią wrażenie, ale nie wierzyłam, że ta tabliczka może zmienić moją ogólną opinię o marce.

Maüa India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71% Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao trinitario i forastero z Indii, ze stanu Kerala, z dystryktu Idukki.

Po otwarciu poczułam zapach trochę suchych (i jakby trochę starawych?) orzechów włoskich i dymu, mieszających się z przyprawami o ziołowo-ostrawym charakterze. Do głowy przyszedł mi pieprz, pieprz cayenne i tymianek, albo coś w jego klimacie, zbliżonego. Do tego trochę wyraźnie cieplejszych przypraw korzennych. Te mieszały się ze słodyczą słabo palonego karmelu i wręcz trochę... wodnistą (?) słodyczą zielonych winogron. Odnotowałam też miód oraz jakby słodko-ziemisty motyw... liści? 

Trochę tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu dała się poznać jako delikatna, a zarazem twarda. Trzaskała wtedy głośno i chrupko-donośnie.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej tłustość, ale mieszająca się z lekką pylistością. Czekoladowa masa starała się znikomo maziście pokrywać podniebienie. Była gładka i kremowa, lekko soczysta, a w tle wisiała sugestia ulepkowatości. Znikała rzadko, łącząc lekką soczystość z wodnistym motywem.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, w której dużo do powiedzenia miały zielone winogrona oraz miód... Winogrona słodkie, ale jednocześnie trochę wodniste? Pomyślałam o konkretnie bezpestkowych, bardzo jasnych, których słodycz mieszała się z inną słodyczą. Jasny miód trochę się rozpychał, jakby chciał zawładnąć całą słodycz (a może i kompozycję?).

Słodycz ogólnie rosła, zbierało się jej więcej i więcej. Odniosłam wrażenie, że próbuje podkraść się pod owoce i zająć ich miejsce? Na pewno był to miód, ale nie tylko.

Winogrona zaczęły się rozmywać... Ich zieloność przeszła w zieleń... liści? Do głowy przyszły mi liście winogron w ramach jakiegoś dania, może sałatki... subtelnie skropionej kwaskawym dressingiem, przyprawionej ziołowymi przyprawami, w tym tymiankiem? Przewijały się też korzenne, słodkawe. Korzenna słodycz dołożyła się do ogólnego, ciągłego wzrostu słodyczy.

Pojawiła się maślaność, idąca w parze z lekką gorzkością. W zasadzie gorzkość, nawet drobna cierpkość, jakby niepewna siebie przemykała za bardziej wyrazistą maślanością. Obok miodu chyba zaznaczył się mało palony karmel...?

Owocowe echo odeszło na tyły. Przemykał raz po raz drobny kwasek - trochę winogronowy, trochę niedookreślony. Jakiś słodko-kwasek. Wtedy jednak słodycz - znów wyraźnie bardziej miodowa - upewniwszy się co do swojego miejsca na pierwszym planie, zostawiła owoce samym sobie i zajęła się czymś innym. Do miodu dopłynęła wanilia.

Wanilia mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do przypraw i osłodziła także je. Zrobiły się słodsze, bardziej głównie korzenne, choć pikanteria nie dawała o sobie zapomnieć. Wanilia wymieszała się z pieprzem.

Wanilia i wytrawniejsze przyprawy przełożyły się na myśl o liściach, ale już suchych, szeleszczących i słodkawo-ziemistych.

W tym czasie owoce zdobyły się na odrobinę więcej kwasku. Pomyślałam o jasnych, średnio dojrzałych winogronach, jabłkach oraz chyba morelach, też łączących słodycz z kwaskiem. Jabłkach, szybko zmieniających się w przecier? Próbowały się przebić coraz mocniej, acz owoce ogólnie stanowiły łagodną nutę.

Po suchych liściach przyszła pora na drewno i... orzechy włoskie? Takie nie pierwszej świeżości, przypominające o lekkiej gorzkości. Nagle trochę podkręcił ją dym - w sumie zgrany z tymi liśćmi. Orzechy zdawały się trochę w dymie właśnie ukrywać, ale nie powiedziałabym, że one były jakoś szczególnie palone. Zaraz jednak masło przypomniało sobie o swojej łagodzącej roli i nieco tę gorzkość wygłaskało.

Także zapędy owoców ukróciło i je przyćmiło. Maślaność po tym zmieszała się bardzo mocno ze słodyczą miodu, idąc w stronę jakiegoś... miodowego masła. Masła jabłkowego (ale nie do końca "apple butter", które przeważnie robi się bez masła, z tego co widziałam po przepisach)? Zrobionego z miodem i wanilią, które aż zaznaczały się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wanilii z pieprzem - może też tymiankiem lub czymś podobnym do niego? - przechodzących w liście. Zarówno suche, cierpkawe liście, mieszających się z orzechami włoskimi, osnutymi dymem, jak i trochę liście świeższe, zielone. Może liście winogron? Oraz same winogrona z miodem i miodowe masło jabłkowe, ale o jakby... w dużej mierze zredukowanej owocowości, soczystości.

Czekolada była w porządku, ale mnie nie porwała. Za dużo było mi w niej słodyczy i maślaności, które łagodziły i owocową soczystość, i gorzkość. Słodycz miodu, wanilii i owoców, ale bez charakternej owocowości, szły nie w tym kierunku, co bym chciała i w pewnym momencie zaczynały już denerwować. Czułam niedosyt winogron, moreli i jabłek wyrazistych w smak. Liście winogron, pod wpływem ziół, w tym tymianku i przypraw korzennych z pieprzem, zmieniające się w słodko-ziemiste suche liście bardzo mi się podobały, ale niestety nie udało im się tak pokierować kompozycją tak, by było satysfakcjonująco charakternie. Odrobina orzechów włoskich i dymu nie zapewniły tyle gorzkości, ile bym chciała. Ciekawą nutą było masło jabłkowe, ale ogólnie mi całość była za maślana. I ogólnie Maua już mnie do siebie nie przekona. Tabliczka ciekawsza od dwóch poprzednich jedzonych, ale nie smaczniejsza od Maua Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75 %.


ocena: 7,5/10
cena: €8,60 (za 70g; około 37 zł)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 10 lutego 2026

4ProActive Pasta daktylowa

Choć zdarzyło mi się robić jogurty stylizowane na Snickersa ze zdrowym karmelem m.in. z daktyli, a do głowy raz po raz wracały jakieś pomysły na ciasto ze zdrowym, daktylowym karmelem, nigdy nie interesowały mnie pasty z daktyli. Aż pasta taka sama do mnie przyszła... Co mnie wcale nie ucieszyło. Ze sklepu 4ProActive zamiast pasty sezamowej wysłano mi daktylową. Oczywiście po tym, jak się z nimi skontaktowałam, wysłano właściwą, a tą mi zostawiono. Łaskawie... Bo w dniu otwarcia paczki, słój był już 2 dni po terminie. "Świetne" dbanie o to, co się wysyła, nie ma co. A ja zostałam z połową kilograma niechcianego produktu. A jednak... gdy nadmieniłam i o przeterminowaniu, usłyszałam, że w ramach przeprosin, do sezamowej, dołożą mi jeszcze pastę pistacjową. Takie podejście do klienta to już należy pochwalić! Każdemu wpadki się zdarzają. Nie miałam serca wyrzucić, mimo że skład (i data) budził wątpliwości. Czy pasta z daktyli nie powinna być tylko z daktyli? Co to za dziwnie niski procent? A jednak... zaczęłam się zastanawiać, czy może przypadkiem nie znalazłam sobie sposobu na ułatwienie życia? Może wreszcie znalazłam odpowiednią motywację do zrobienia zdrowego ciasta a'la Maxi King z daktylowym karmelem bez bawienia się z miksowaniem daktyli? Moje blendery niestety jakoś sobie z nimi nie radzą.

4ProActive Pasta daktylowa to krem z daktyli z kwaskiem cytrynowym.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-ciężkawy zapach daktyli. Wilgotnych i soczystych suszonych, udających świeżo-surowe. Soczystość podkręcił kwasek, który niby trzymał się tyłów, ale jednak przeszkadzał, jako że w ogóle tam nie pasował. Wysoka słodycz niby robiła aluzje do karmelu i miodu, ale... Miodu taniego, kwaśnego.

Zawartość słoika trochę się rozwarstwiła na brązową wodę oraz wilgotną, lepką masę. Łatwo to jednak połączyć, mieszając.
Pasta wyglądała na gęstą, lecz okazała się bardzo miękka i wilgotna, wręcz mokra do tego stopnia, że w pewnym sensie rzadkawa. W ustach okazała się niegęsta i bardzo wilgotna. Może nie bardzo rzadka, ale taka... Lekka? Miała w sobie wiele z przecieru, rozpuszczała się dość szybko na jakby zawiesinowy, trochę papkowaty rozwodniony przecier. Jawiła się jako gładkawa, acz ze sporadycznie wyczuwalnymi małymi, delikatnymi, rozlazłymi kawałkami i przecierowym efektem.
Mimo że zjadłam niewiele, to Mama zjadła większość, raz trafił mi się kamiennie twardy kawałek pestki...

W smaku pierwszą poczułam słodycz. Jakby niezdecydowaną, czy ma udawać zwykły biały, dosadny cukier, czy zdobyć się na coś więcej. Na pewno od początku była wysoka.

I jeszcze rosła. A wraz z nią kwasek. Najpierw tak leciutki, że uwierzyłabym, iż złudny, jakby to od wysokiej, skondensowanej słodyczy tak coś aż się odłączyło. Potem jednak robił się coraz wyraźniejszy. Skojarzył mi się z nieudanym przecierem jabłkowym, który podkręcono cytryną.

Słodycz rosła nieubłaganie. Rozwinęła się w nieco wyraźniej daktylowym kierunku, acz daktyle nie były jedyną rzeczą, która siedziała mi w głowie. Bez wątpienia jednak czuć soczyste, wilgotne daktyle... Świeżo-podsuszono albo suszone o wysokim stopniu wilgotności, ale wciąż także przecier i... powidła śliwkowe? Mniej więcej w połowie rozpływani się porcji słodycz wciąż z jednej strony wydawała się konwencjonalne cukrowa, z drugiej przewijały się w niej nuty świeższe. Kwasek dziwnie podkręcił świeżość i soczystość, lecąc właśnie w powidlanym - acz już nawet niekoniecznie wyraźnie śliwkowym - kierunku. Też trochę powidlano-palonym? Daktylowy smak a to nasilał się, a to słabł.

Jak bardzo nie pasowało to do daktyli! Pomyślałam też o tanim, kwaśnym miodzie. Wszystko to i tak jednak z łatwością zasładzało. Nie pomogła wodnista nuta, która zakradała się raz po raz. Ona jakby... Sprawiała, że słodycz wydawała się jeszcze bardziej dotkliwa, jaskrawa.

Po zjedzeniu został posmak soczystych, suszonych daktyli słodkich w zacukrzający sposób oraz kwaśnego, kiepskiego miodu. Ten kwasek był dziwny, jakby sztuczny. Może nie wysoki, ale zupełnie nie adekwatny.

Chcąc sprawdzić, jak ta pasta sprawdza się z czymś, wymieszałam troszeczkę z kremem z sezamu, tahini (Ekogram The Real Tahini), chcąc uzyskać efekt kremu chałwowego. Zapach był w miarę chałwowy i ok, ale z niedookreślonym kwaskiem w tle. Struktura zaskoczyła mnie bardzo negatywnie. Otóż pasta daktylowa jakby odciągnęła tłustość z tahini i nadto wysuszyła masę. Zniknęła też wilgotność pasty daktylowej. Mieszanka była sucha i grudkowata, rozpadała się wręcz krucho. Bardzo kleiła się do łyżeczki i oklejała zęby. W ustach rozpływała się za to szybko i wodniście, a jednak w pewien sposób gumiasto. Bez jakiegokolwiek elementu chałwowego. Czuć za to sporo daktyli w formie drobinek wraz ze skórkami.
W smaku pyszne tahini próbowało ratować sytuację, jednak nie dało rady z podkwaszonymi, wodnistymi daktylami. Te okazały się bardzo imperatywne, a ich daktylowość nie przełożyła się na zbyt chałwowy efekt. Były słodkie aż zabójczo i jakby zwyczajnie cukrowo, w porywach trochę karmelowo-miodowo, a jednocześnie kwaskawe jak niedookreślony przecier owocowy niskiej jakości. Charakter daktyli dodatkowo rozbijał motyw wody. Wszystko to tahini pokierowało w dziwnie wytrawnym kierunku. Dobrze, że tylko trochę tak wymieszałam. 

Okropny produkt. Nie mam pojęcia, po co dodawać tyle kwasu do daktyli. Jak to miała być pasta z daktyli do zrobienia czegoś z niej, półprodukt to naprawdę... Po co to jakoś doprawiać? Każdy sam zdecyduje, czy chce jakoś przełamać słodycz, czy nie. Tu przełamano ją w kiepski sposób. Ani to smaczne, ani szczególnie funkcjonalne... Gdy jednak rozmawiałam z przedstawicielem marki przez telefon (omawiając pomyłkę), z ciekawości zagadnęłam o tę pastę i usłyszałam, że właśnie taki - kwaśny - był ich zamysł. Wytłumaczył, że kwaśność miała w tej paście jak najbardziej wystąpić, że o to im chodziło i że pasta nawet jakiś czas po terminie powinna być jak najbardziej zdatna do spożycia i nic dziwnego nie powinno z nią się dziać. Acz... zamysł czy nie zamysł... Można by to jakoś zaznaczyć wyraźnie, pisząc np. "Kwaśna pasta daktylowa" czy "pasta daktylowo-cytrynowa" - no, jakkolwiek.
Po dosłownie odrobince resztę oddałam Mamie.

Mama stwierdziła: "Starałam się podejść do tego, odcinając się, że to daktyle. Nie lubię rzeczy daktylowych, z daktyli, więc starałam się nie myśleć, że to one. I... Smakowało mi! Nie zawsze smakowało daktylami, a tak trochę kwaśno i zarazem słodko jak powidła śliwkowe. Jadłam z ciastkami, niby markizy sobie robiłam, a także jako dżem na tostach. W zasadzie to jako dżem, na tostach z kremem fistaszkowym 100% i serem żółtym. W takiej formie sprawdziły się najlepiej. No jak powidła. Tylko że... To dziwne, że tak pastę z daktyli zrobili, że taką kwaśną".
Potem dodała: "Próbowałam też z kluskami na parze, ale jakoś to się nie sprawdziło za bardzo. Ogólnie jednak, no, mnie smakuje, ale to czysty przypadek. Czasem jednak, bardziej pod koniec słoja, w smaku bardziej też daktyle się pojawiały. Ogólnie nie wiem, od czego to zależało, że smak był taki nierówny. Na pewno jednak pasta z daktyli nie powinna chyba być kwaśna".

Za namową Mamy postanowiłam dać szansę tej paście, traktując nie jak pastę z daktyli, a coś powidlanego. Zasiadłam z - powiedzmy - czystym umysłem do jogurtu typu greckiego Piątnicy wymieszanego z kakao, z suszonymi śliwkami i orzechami włoskimi oraz recenzowaną pastą daktylową. Śliwki dodałam, by rozkręcić skojarzenie z powidłami.
Mama miała rację, że jak traktować tę pastę jako powidła, sprawdza się. Faktycznie tak się kojarzyła ze względu na kwaśność. Gorzkość kakao uwypukliła słodycz, ale też trochę umocniła daktyle. Śliwki podkręciły powidlaność, więc kwasek nie był tak denerwująco cytrynowy, ale z kolei orzechy podkreśliły smak daktyli. Efekt powideł daktylowych. Raczej słodkich, daktylowo-miodowych, ale wciąż kwaśnych. W głowie rozgościło mi się określenie: podkwaszone zasłodzenie.
Jeśli miałabym ochotę na powidła, chciałabym wyraźnie powidlano śliwkowe powidła, a jak daktyle, to wyraźnie daktylowe daktyle. Nie jestem fanką rzeczy między czymś a czymś.


 ocena: 3/10
kupiłam: przysłano mi z kremyorzechowe.pl przez pomyłkę
cena: sprawdziłam: 9,90 zł za 500 g
kaloryczność: 215 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle 66%, woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

niedziela, 8 lutego 2026

Carla Chocolate Vysoke Tatry Horka 70 % Cokolada Sweet Postcard ciemna

Wyjazdy w góry nieodzownie wiążą się u mnie z czekoladami. Wszak zawsze mi jakieś towarzyszą. Dziś jednak nie o takich i nie o żadnym szlaku, a o tabliczce, która to dla odmiany przyjechała ze mną z gór. Jechałam z 3 osobami poznanymi na facebookowej grupie o górach i jeszcze w Słowacji kierowca zatrzymał się przy sklepie spożywczym, by sobie coś tam kupić do jedzenia. Jakież było moje zdziwienie, gdy dostałyśmy z drugą pasażerką po czekoladzie! Właśnie tej. Fakt, że czeska marka Carla zdążyła mi już podpaść i nie liczyłam, że z tą będzie lepiej, ale... przynajmniej jej opakowanie cieszyło oczy, a całość przywoływała miłe wspomnienia ze szlaku.

Carla Chocolate Vysoke Tatry Horka 70% Cokolada Sweet Postcard to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Po otwarciu uderzył mnie tani zapach kakao w proszku i aromatu plastikowo waniliowego. Istotnym elementem okazał się motyw palony, aż przesadnie, ale jeszcze nie spalenizna. Kojarzył się trochę z przypalonymi ziarnami kawy. Z kakao mieszał się też lekki wątek drzew i migdałów, a słodycz wiązała się z pewnym zaduchem. Była toporna, acz nie okrutnie wysoka, raczej średnia. Przy niej i wanilinie wyłoniła się jeszcze maślaność, która z palonym akcentem podrzuciła jeszcze być o rozpuszczalnej kawie creme.

W dotyku tabliczka wydała mi się trochę ulepkowata i tłusta, a także potencjalnie kremowa. Przy łamaniu, mimo że bardzo cienka, trzaskała bardzo głośno, jako że była twarda. W sposób trochę chrupki, trochę skalisty.
W ustach rozpływała się lepko i powoli. Miękła, zmieniając się w średnio zbitą, ulepkowatą i tłustą masę. Charakteryzowała ją gęstość i tłustość, a także wręcz śliskość. Podniebienie pokrywała smugami, które chwilami wydawały się trochę oleiste, a końcowo w czekoladzie jakby kryła się pyłkowość.

W smaku pierwsza pomknęła wysoka słodycz, ścigająca się z mocno paloną, trochę cierpką gorzkością.

Gorzkość pokazała się z bardzo mocnej strony, po chwili z tym paleniem trochę przesadzając. Wyobraziłam sobie przypalone ziarna kawy i spalone drewno, wśród których to przewijało się proste kakao w proszku. Dodało taniego wydźwięku.

A ten podchwyciła też słodycz, serwując duszny, ciężki motyw plastikowej wanilii, a po paru chwilach ewidentnie waniliny; aromatu. Cukier bardzo to wzmocnił, szybko kierując kompozycję w lekko przesadzonym kierunku. Fakt jednak, że bardziej niż siła, męczył wydźwięk słodyczy.

Ziarna kawy zmieniły się w zwykłą kawę, a słodki, pseudo waniliowy motyw podszepnął jej mleko. Pomyślałam o kawie z mlekiem, która załagodziła gorzkość i wpuściła maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cierpkość odtłuszczonego kakao wciąż pobrzmiewała, ale ogólna gorzkość była już tylko gorzkawością. Kryły się w niej nuty drzewno-migdałowe. Drogę otworzyło im zupełnie spalone drewno z echem popiołu, po czym oddało pole do popisu drewnu i migdałom.

Słodycz w tym czasie wzrosła bezsprzecznie do poziomu przesady. Była duszno-ciężka i kojarzyła mi się... trochę z watą cukrową z marketu (nigdy nie jadłam; kubeczki jedynie widziałam), a potem, za sprawą lekkiej cierpkości... z biszkoptem-gotowcem w wariancie kawowym, który próbuje pobrzmiewać trochę sztucznie-truflowym echem. Miała w tym udział wanilina.

Końcowo sztuczność tej aż krzyczała. Plastik mieszał się z cukrową słodyczą, drapiącą w gardle i wręcz duszącą, a gorzkość niemal odeszła w zapomnienie. Wydaje mi się jednak, że na styku zasładzania i taniej cierpkości... przemknęła soczystość?

Po zjedzeniu został tani posmak waniliny i odtłuszczonego kakao, podkręconych cukrem i palono-gorzką nutą. Pomyślałam o kawie, ale dziwnie wygłaskanej maślano-mlecznym motywem. Może... to było tanie ciasto-gotowiec kawowe? Czuć cierpkość jakby proszku kakaowego, mieszającego się z aromatem.

Czekolada okazała się dość tandetna. Okrutnie naaromatyzowana plastikową wanilią, cierpko-gorzka w tani sposób, bo od kakao w proszku i za mocno palona. Nuty drzew i migdałów oraz kawy nie dały rady tego wybronić. Szkoda, że kawa przechodziła w tanie, naaromatyzowane ciasto-gotowca.

Powiedziałabym, że to dokładnie ta sama czekolada co Carla Chocolate 70 % Horka / Dark. Tylko może mniej "spaleniznowa"? Na moje nieszczęście tym razem przypadła mi w domowych warunkach, więc męczyłam ją po trochu, dodając po około połowie kostki do ciast...
Tabliczka wyszła znacznie gorzej niż Carla Chocolate 70 % Horka Cokolada s Konopnymi Seminky. W podlinkowanej mdławe konopie jednak mocno zmieniły bazę. Nie były pyszne, ale jednak to, co bardzo nieprzyjemne, zagłuszały.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, lecytyna sojowa, aromat waniliowy

sobota, 7 lutego 2026

ciastka Coppenrath Cosmo Cookie Butter + Spices

Nie pamiętam już, kiedy to jadłam jakieś ciastka tak o, dla przyjemności jako ciastka po prostu. Obecnie to kompletnie nie moja bajka. Jedyna forma, w jakiej jakieś obecnie jadam, to pokruszone w twarożku, stylizowanym na Magnum Double Gold Caramel Billionaire. Paczka Annas Original Ginger Thins; po zmianach 2024 do tego starczyła mi na bardzo długo, ale w końcu ciastka zaczęły się kończyć. Szczęśliwym trafem, niedługo przed tym dostałam of ojca dziś przedstawiane. Wie, że uwielbiam gry komputerowe i mam słabość do kosmicznych tematów, dodał więc dwa do dwóch i tak oto ta paczka trafiła do mnie. Zgooglałam, cóż to i okazało się, że ciastka firmy, którą z widzenia znałam. Często przewijała mi się w internecie w sklepach z produktami z Niemiec itd. Acz sama niczego od Coppenrath nie jadłam.

Coppenrath Cosmo Cookie Butter + Spices to maślane ciastka korzenne / z przyprawami korzennymi; opakowanie zawierało 110g.

Po otwarciu rozszedł się intensywny maślany zapach, idący w stronę kruchych, wytrawniejszych ciastek - coś jak shortbread? W zasadzie mojego wyobrażenia o nich. Przez myśl przemknął mi nawet łagodniejszy, słodkawy ser żółty. Mieszał się ze sporą ilością przypraw korzennych, w których wyraźnie dominował cynamon. W tle poczułam lekki kwasek, cytrusową nutę. Słodycz wydała mi się niska, a wydźwięk ciastek sugerował bardzo mocne wypieczenie. Mimo nuty przypraw, nie powiedziałabym, że wącham ciastka korzenne. Zapach nie zachęcał do dalszych kroków (czyli jedzenia).

Zważone ciasteczkowe krążki ważyły głównie po 3 gramy, kilka 2g.
Ciastka w dotyku wydały mi się twarde i konkretne, mimo że drobne. Pokrywał je ciasteczkowy pyłek, wzmacniający to, że odebrałam je jako suche. Przy łamaniu okazały się bardzo twarde. Słychać wtedy aż konkretne chrupnięcie. Także zębami trafiłam na twardość.
W trakcie jedzenia dały się poznać jako bardzo suche i trochę kruche. Chrupały przepotężnie w suchy sposób. Były twarde wręcz kamiennie i niezbyt chętnie rozpływały się. Raczej wolały rozpadać na coraz to mniejsze kawałeczki, drobinki i aż w końcu pyłek. Po długim czasie trochę wilgotniały i rozpuszczały się na zawiesinę.

W smaku od razu poczułam wysoką słodycz. Zahaczyła o cukrowość, ale po chwili zdobyła się na ciepło-palony wydźwięk. Ciastka dały się poznać jako mocno wypieczone. Słodycz jednak nie zdecydowała się pójść w bardziej palono-karmelowym kierunku, osiadła w cukrowości.

Cynamon podkreślił jednak ciepło ogólne, stając na czele nieśmiałych innych przypraw korzennych. Przewinęła się tam lekka ostrawość. Ogólnie jednak inne przyprawy prawie uciekały, tylko cynamon czuć wyraźnie. A i to ciastka nie były mocno cynamonowe. Łagodziła je maślaność. Starała się trochę zepchnąć cynamon na jak najdalszy plan, choć ten trzymał się dzielnie, mieszając w jedno ze słodyczą. Nakręcały się w swoim wręcz drapiącym cieple i mnie szybko robiło się za słodko.

Po chwili nasiliła się też maślaność. Pomyślałam o kruchych, wręcz wytrawnych ciastkach brytyjskich "shortbread" (?). Ich motyw stanął jakby obok słodyczy. Sporadycznie w tle pojawiła się nutka kwaskawo-cytrusowa. Lekko pobrzmiewała, wychylała się i nie była zbyt oczywista.

Spowodowała jednak, że końcowo słodycz jeszcze bardziej dawała się we znaki przez kontrast. Jej cukrowość, nakręcona cynamonem, aż trochę drapała. A na języku z kolei drapała ostrość, podskakująca na sam koniec. Tę z kolei podkręciła maślaność, zupełnie nie zgrywająca się z cynamonem.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-słodkich ciastek o przesadzonej maślaności i z intensywną trochę olejkową, pomarańczową nutą. Cynamon też czułam wyraźnie, nawet zdobył się na pikanterię, trwającą na języku, ale zupełnie się z tym wszystkim nie zgrywał w ciastka korzenne. Po prostu wszystko to sobie było, jakby obok.

Do jedzenia osobno ciastka za nic mi nie pasowały. Tak sucho-twarde były nieprzyjemne w strukturze, a smak nie zachęcał. Za wysoka, cukrowa słodycz nie pasowała do tego niemal wytrawnego motywu masła. Żadne z nich nie pasowało do cynamonu, który odstawał jakby nie na miejscu i był rozczarowująco delikatny, a nuta pomarańczy nie wniosła niczego pozytywnego. Brakowało mi tu ogólnie korzenności - czuć głównie cynamon. Z różnymi smakami namieszali tu, namieszali, a końcowy efekt niecodzienny i dziwny, przekombinowany, a jednocześnie słodko-nudny.

Po spróbowaniu uznałam, że ze względu na twardość może przynajmniej w twarożku się sprawdzą, więc dam im szansę. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 35g orzechów pekan, 15g czekolady Wedel Karmelowa i 5 ciastek.
Ku mojemu zaskoczeniu, w zasadzie w ogóle nie nasiąkały i nie miękły w twarożku. Cały czas były kamiennie twarde. W smaku też się nie sprawdziły, bo choć cynamonowa baza podkreśliła cynamonowość tych ciastek, to jednak i tak jawiły się jako mało korzenne. Do tego mojej kompozycji nie pasowały mi po prostu ciastka maślane, a ich słodycz przesadnie mi to wszystko zasłodziła. Nie odnalazły się w tym.

Resztę oddałam Mamie, ale i jej nie pasowały, więc wróciły do ojca. Opinia Mamy: "Mają dziwny zapach, aż nie umiem określić. Na pewno mi czymś kwaśnym zajechały. Strasznie twarde, że aż się nie chce ich jeść. By skupić się na smaku za tą twardością, musiałam sięgnąć po kolejne ciastko. No... mocno maślane i słodkie. Takie po prostu cukrowo-maślane, a cynamon czuć, ale na tyle słabo, że nie nazwałabym ich ciastkami korzennymi. Dziwne".


 ocena: 3/10
kupiłam: dostałam od ojca (kupił "chyba w Dealz")
cena: nie znam
kaloryczność: 455 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mąka pszenna, surowy cukier trzcinowy, 17% masło, karmelizowany syrop cukrowy, inulina, cynamon, przyprawy, skórka pomarańczowa, naturalny aromat cynamonowy, sól, środki spulchniające (wodorowęglan amonu, wodorowęglan sodu)

czwartek, 5 lutego 2026

Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao ciemna

Nie jestem wielką fanką setek, więc może nie powinno mnie dziwić, że nie mam wszystkich regionów sprawdzonych właśnie w takiej zawartości kakao. Acz mnie trochę dziwiło, że chyba nieczęsto spotyka się setki z kakao z Belize. Po tych z zawartością znacznie wyższą niż 70%, myślę, że na setkę by się nadawało na siekierę, a po delikatniejszych 70%, to właśnie i na łagodną, mniej szatańską setkę np. na początek przygody z takimi. Ja jadłam blend Zotter Labooko Maya Cacao 100 % Dark Chocolate i właśnie była dość niesetkowa... Ciekawiło mnie więc, w jakim kierunku pójdzie dziś przedstawiana. Znałam bowiem Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ale nie umiałam sobie wyobrazić, jaki kierunek obejmą te nuty pozbawione cukru. 


Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 100% kakao trinitario (mające domieszkę criollo) z Belize, z regionu Punta Gorda.

Po otwarciu uderzył mnie zapach wanilii z kokosem, który przechodził w orzecha kokosowego, mieszającego się z kolei z ogólną orzechowością i ziemią. Obok zaznaczyła się cierpkość czerwonych owoców i nuta banana... acz jakby nieco wytrawniejszego - przejrzałego plantana? Wydało mi się to dziwnie słodkie jak na setkę. Czułam też jakby wycofaną kwasowość. Podkradała się i pod ziemię, i pod owoce, a do tego dodała... niedookreśloną nutę czegoś nabiałowo-owocowego. Pomyślałam o wymyślnym, tłusto-śmietanowym bezalkoholowo pinacoladowym lassi... ni z mango, ni z ananasem. Na pewno jednak z kokosem. Może też z echem cytrusów?

Twarda tabliczka była masywna, a w dotyku sugerowała i tłustość, i pylistość. Przy łamaniu wydawała średnio głośne trzaski, łączące kruchość z dźwiękiem łamanych suchych gałązek.
W ustach czekolada rozpływała się wolno i bardzo gęsto, trochę zalepiając. Była kremowa, trochę kojarzyła się z chłodnym masłem, ale wykazywała bardziej typowo czekoladową lepkość. Z czasem wykazywała też soczystość, a na koniec lekko ściągała.

W smaku najpierw przemknęło mi coś kwaśno cytrusowego, jakby cytryna z czymś... Acz bardzo niejasna. Kwasowaty owoc osiadł zaraz w egzotyce. Kwaśno-soczystej egzotyce, która po chwili wykazała się też lekką słodyczą.

Polała się nuta orzechowa, zdecydowanie trochę łagodząca kwaśność. Wpierw przyszły mi do głowy jakby lekko kwaskawe orzeszki piniowe, potem jednak orzechów zebrało się więcej - i ta większość właśnie nie godziła się na kwasek. Pomyślałam o duecie włoskich i laskowych, acz wspartych też orzechowością ogólną.

Do głowy zakradła mi się myśl o orzechu kokosowym oraz nieśmiały akcent... oleju kokosowego? W oddali chęć udziału w kompozycji zgłosiła jeszcze ziemia, jednak inne nuty jej nie zaprosiły.

Cytrusowo-egzotyczna kwaśność przeszła w jakiś nabiałowo-owocowy, ciężkawo tłusty koktajl. Pomyślałam o śmietanowo-pełnojogurtowym ananasowo-mango lassi, do którego podkradło się kokosowe echo. Coś jakby... niealkoholowa pina colada, bardziej owocowo mieszana?

Słodycz rosła - zawitała do owocowej strefy jako banan. Chyba banan...? Jakby wytrawniejszy banan? Przyszedł mi do głowy plantan, kojarzący się z bananem, ale bananem nie będący.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam czerwone owoce. Jakby wiśnie, ale bez cienia słodyczy? Kwasowate wiśnie, mieszające się z.... niedojrzałym granatem i rabarbarem?

Orzechy nagle wydały mi się znów jakieś... zachodzące kwaskiem? Wyobraziłam sobie ciasto z orzechami... ciasto tłuste i soczyste zarazem. Ciasto z ananasem? Ciasto marchewkowe kwaskawe za jego sprawą, z wiórkami dodanymi dla chrzęstu, ale za to bez przypraw korzennych.

Kokos nasilił się i trochę podniósł słodycz. To odważyło wanilię i nagle kompozycja wydała mi się zaskakująco waniliowa. Acz słodka ostrożnie.

Wanilii z kokosem nie odstępował kwasek, który przełożył się na wizję wegańskiej alternatywy jogurtu - właśnie kokosowej, z wanilią. Kokosowy kwasek zahaczał tu o nabiał, o coś wręcz śmietanowego i tłustego, ale... chwilami i jakby kwaskawe wiórki mi przemykały.

Kwasek w końcu trochę jakby wręcz przygłuszył kokosa i wrócił do owoców. Ananas przemieszał się z czerwonymi, co przełożyło się na kumulację kwaśności i końcowo raczej cytrusowość. Pomyślałam o cytrynie z dodatkiem... kwaśnych mandarynek? Kumkwatu?

Ziemia z oddali wreszcie przemknęła trochę do tej kwaśności, przekładając się na lekką cierpkość. Albo to owoce zrobiły się takie cierpkie?

Po zjedzeniu został posmak kwaśno kokosowy, jakby niemal śmietanowego jogurtu kokosowego i kwaśnych owoców. Te wydawały się próbować przygłuszyć orzechy, z którymi wystąpiły w jakimś mało słodkim cieście z dodatkiem wiórków kokosowych.

Czekolada była bardzo ciekawa. Niektóre nuty wydawały się trudne do określenia, ale ogólny klimat łatwo uchwycić. Kwaśne owocowo-nabiałowe koktajle i kwaśne ciasto z owocami, orzechami i kokosem miały wydźwięk egzotyczny, soczysty, a zarazem tłustawo-ciężki. Pełny jogurt, śmietana kokosowe, ananasowo-mango-cytrusowe tony przeplatały się z orzechami oraz słodyczą kokosa i wanilii. Szkoda, że ziemia nie zagrała mocniej. Niska słodycz, prawie nieobecna gorzkość i znacząca kwaśność nie uczyniły jednak kompozycji kwachowatą, o nie. To była... łagodna kwaśność.

Sporo nut Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao pojawiło się w dziś przedstawianej, ale przybrały inny wydźwięk ze względu na wyższą kwaśność i brak słodyczy karmelu. Umknęła mi też nuta kawy, co mnie zaskoczyło.


 ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 27 zł (za 70 g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca

środa, 4 lutego 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador ciemna z płatkami owsianymi, orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, migdałami, pistacjami, rodzynkami i żurawiną

Marki Zdrowa Sowa ciekawiły mnie przede wszystkim czyste ciemne czekolady, ale gdy pierwszy raz odwiedziłam ich stronę, taka była jedna, po dłuższym czasie wprowadzono drugą. A ja nie przepadam za zamawianiem tylko jednej tabliczki. Stąd zainteresowałam się tymi z dodatkami. Oczywiście w góry. Przy nich jednak żałowałam, że zdecydowali się robić z innego kakao czekolady czyste, z innego z dodatkami. Dziś przedstawiana bowiem była tak bogato obdarowana różnościami, że smutno mi się zrobiło, że nie ma opcji, by poznać czystą. Tę producent zachwalał jako zdrową i zrobioną "wyłącznie z niezbędnych, zdrowych składników", cokolwiek to miało znaczyć. Twórczyni marki, Beata Pawlikowska, przyznała, że to jedna z jej ulubionych czekolad i dodała: "mam zawsze tabliczkę zdrowej czekolady w samochodzie, przydaje się kiedy zabłądzę, stoję w korku albo jestem zmarznięta i zmęczona".

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Ekwadoru i Wysp Świętego Tomasza (Sao Tome) z bakaliami: prażonymi płatkami owsianymi, prażonymi orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, prażonymi migdałami, pistacjami, rodzynkami i suszoną żurawiną.

Po otwarciu poczułam kwiatowo słodycz i zapach znacząco, ale w łagodny sposób, gorzki. Gorzkość miała w sobie sporo z kawy. Powiedziałabym, że zbożowej, bo właśnie i zbożowość wyraźnie czułam. Jakby ciastka owsiane? Kompozycja kryła w sobie też trochę gorącej ziemi, mieszającej się z cynamonem. To jednak też jakby trochę osiadało w kwiatach... Do głowy przyszło mi ciepłe, tylko co wyjęte z piekarnika ciasto kakaowe z orzechami. Orzechowość czuć jako niejednoznaczny miks. Trudno powiedzieć, na ile to nuty kakao, a na ile dodatków. Podobnie z prawie soczystym echem: raz coś zaleciało, zniknęło, potem znowu... W ciemno mogłabym nie zgadnąć, że to tabliczka z też z orzechami.

Twarda tabliczka trzaskała przy łamaniu w kruchy sposób i kruchość wykazywała. W przekroju ujawniło się sporo małych kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim i maziście, niemal do końca zachowując zbity kształt. Początkowo wydawała się maślana, ale choć była dość tłusta, to wrażenie z czasem uciekło. Szybko poczułam za to narastająca pylistość, chwilami wręcz proszkowość. Końcowo niby trochę się wygładzała, ale nigdy zupełnie. Kawałki bardzo niechętnie się z niej wyłaniały, długo siedziały zatopione. Czasem wydawało mi się, że podkręcały w bazie wodnistość. W zasadzie w prawie każdym kęsie coś się trafiło, oczywiście w różnych zestawieniach. Zrobienie kęsa bez nich graniczyło z cudem, a by spróbować trochę samej czekolady, spiłowałam ją zębami z brzegu dwóch kostek.
Wszystkie dodatki wystąpiły w postaci kawałków małych i bardzo małych, malutkich.
Kawałki wyszły dość jednostajnie pod względem struktury. Ta nie różniła się, czy gryzłam wcześniej obok czekolady, czy na koniec.
Orzechy i chyba płatki owsiane okazały się chrupkawo-skrzypiące. Niektóre, dokładniej migdały, arachidy i laskowe nieco konkretniej, chrupkawo, zaś nerkowce i pistacje miękko. Przy niektórych zdarzały się orzechowe skórki. Owoce wyszły jednie, średnio soczyście. Niektóre jakby trochę scukrzono.

W smaku najpierw poczułam lekko paloną gorzkość, którą szybko zaczął osładzać wyrazisty karmel.

Karmel dał się poznać jako palony i dość władczy. Dołączyły do niego subtelne, słodkawe kwiaty. Trochę rosły, ale nie wyszły przed karmel. Ten podkreślała gorzkość o trochę dymnych, dymno-palonych zapędach.

W tle pojawiły się orzechy. Po chwili mogłam stwierdzić, że chyba laskowe i trochę migdałów. Nie wydaje mi się, by tabliczka mocno i tylko po prostu przesiąkła dodatkiem, bo to była pozytywna orzechowość*.
Kiedy spróbowałam odrobinkę samej czekolady, utwierdziłam się w tym, że za paloną gorzkością, wyraźnie czuć orzechy, acz dalej nie dało się orzec, czy przesiąkła, czy to jej nuta.

Paloność mieszała się z motywem pieczenia. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się wizja ciepłego ciasta kakaowo-cynamonowego z orzechami i palonym karmelem. Dodatki bardzo, bardzo nieśmiało dawały o sobie znać. 

Gdy na próbę gryzłam je obok czekolady, wyszły nijako, a w czekoladzie obudziły wodnistość.

W oddali zaznaczyła się echo czerwonych owoców. Acz bez kwasku... Chyba? Najpierw byłam pewna, że to przebija się żurawina, ale czuć to też w kęsach bez owoców. Z czasem powiedziałabym, że to bardzo słodki dżem z mieszanki porzeczek oraz... jakiś innych owoców... żurawiny i aronii?

Z czasem w pieczonym wątku dość często pojawiała się nutka wręcz owsiankowa. Owsianki pieczonej? Owsianki lekko kawowej? Albo owsianej kruszonki na kawowym cieście. W oddali przemknęła kawa... Kawa zbożowa?

Dodatki niegryzione wplatały lekką orzechowość, ale ogólnie nie rozbrzmiewały za mocno nawet gdy porządnie się wyłaniały.

Dodatki gryzione na koniec smakowały trochę nijako. Ogólnie orzechowo, często mało jednoznacznie, bo w ustach zostawały różne orzechy i mieszały się. Czasem wyłoniły się wyraźnie migdały i pistacje. Z rzadka przemykały arachidy, czasem robiło się słodko-maślano od nerkowców. Co jakiś czas wyskakiwały jakby stare orzechy laskowe (*o to mi chodziło, gdy pisałam, że baza wydawała się pozytywnie orzechowo laskowa, bez tej nuty goryczkowato-starej). Ogólnie jednak czuć nijaką orzechowość. Płatki owsiane chyba udawały nijakie orzechy. Wszystkie były lekko prażone tak delikatnie, że w porywach wydawały się surowe.
Suszone owoce - i żurawina, i rodzynki - wyszło słodko, wręcz scukrzono i tylko w porywach lekko kwaskowato. Te za to czuć jednoznacznie.
Orzechy i owoce gryzione razem, rozbrzmiewały na równych prawach. Nie przeszkadzały sobie, ale też jakoś nie łączyły się zachwycająco.


Po zjedzeniu został posmak ogólnie orzechowy, dość nijaki, rozmyty. W orzechy wmieszała się pewna nieoczywista zbożowość. Najłatwiej wybicie się przychodziło migdałowym i starym laskowcom. Za nimi stała słodka w kwiatowo-karmelową sposób czekolada. Lekko pobrzmiewał też akcent cynamonu i kawy, trochę osnutych dymem. 

Dodatki przeszkadzały dobrej czekoladowej bazie, nic pozytywnego w tej formie nie wniosły. Za dużo ich, jednak nie wyszło to bogato. Przez to, jak je podrobiono, wszystkie upodobniły się do siebie. Przez to ogrom "jakiejś drobnicy" denerwował odwracaniem uwagi od bazy, a smakowo w zasadzie czuło się niedosyt... wszystkiego. Wyraźnie gorzka w trochę dymny sposób, ciepła jakby cynamonowo-ciastowo i kwiatowo-karmelowo słodka czekolada była wyważona i zwyczajnie bardzo smaczna. A nijakie dodatki odwracały uwagę. Za ich formę poleciał jeden punkt, a za namieszanie, przesadę drugi. Sama baza spokojnie miałaby 8, a kto wie, czy nie więcej.


ocena: 6/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany, bakalie 15% (prażone płatki owsiane, prażone orzechy nerkowca, arachidowe, laskowe, prażone migdały, pistacje, rodzynki, suszona żurawina), tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 2 lutego 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Bananem ciemna z Ekwadoru z bananem liofilizowanym

Kiedy po długiej przerwie skontaktowałam się z BTB Chocolate i dostałam informację o tym, jakie obecnie są tabliczki w ofercie, z tych z dodatkami dziś przedstawiana wydała mi się najbardziej kusząca. Wiele razy powtarzałam już, że jest o wiele za mało dobrych ciemnych czekolad z bananami. I tak się złożyło, że w tym roku na początku "tatrowego" sezonu, zdobyłam aż dwie obiecujące ciemne bananowe tabliczki. Po Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru poprzeczka zawisła wysoko. Oby w tej kwestii BTB miała więcej szczęścia niż w sprawie otwarcia, bo z ostatniej wyprawy niestety wróciła nieotwarta (nie zrealizowałam planu, jakim było wejście na Krzyżne). Chcąc jej to jakoś wynagrodzić, postanowiłam raczyć się nią na Szpiglasowym Wierchu, czyli jednym z moich ulubionych szczytów. Weszłam na niego tradycyjnie od Doliny Pięciu Stawów i choć było sporo ludzi, znalazłam sobie spokojne miejsce.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Bananem to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z bananem liofilizowanym.

Po otwarciu przywitał mnie wyrównany zapach czekolady i bananowego dodatku. Był to zapach ziemi i świeżych, goryczkowatych ziół, które mieszały się z cytrusami - z dużą ilością skórki pomarańczowej - i odrobiną owoców czerwonych. Bananowy przecier tak się pod nie podkradł, że powiedziałabym, że to poniekąd nuta czekolady. Nasilał się, gdy nachylałam się nad spodem. Banan miał w sobie coś z przecieru, jakiegoś świeżawo bananowego "papu", więc oczywiście był słodki. Niepodważalnie czuć w tym banana liofilizowanego i choć częściowo podpinał się pod czekoladę, czuć że to tabliczka z dodatkiem. Wydawał się wręcz słodziutki w zestawieniu z charakterną czekoladą. W oddali zaś pobrzmiewało mi jeszcze coś... Orzechowego?

Tabliczka była twarda, toteż łamaniu towarzyszyły głośne trzaski. Zapowiadało się masywnie.
Spód zdobiły duże i grube kawałki, w zasadzie plastry bananów. Były masywne i twarde, acz niektóre przy mocniejszym dotyku uginały się lub chociaż aspirowały do uginania się. Dały się poznać jako suche, trochę pyliste. Jeden sam z siebie po prostu odpadł, lecz większość jako tako się trzymała. Co ciekawe, przy podziale łamały się wraz z czekoladą. A jednak przy robieniu kęsa zdarzało się kawałkom odpadać. Przy przegryzaniu niektórym plastrom zdarzyło się lekko skrzypnąć.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno, w dość oleiście tłusty sposób. Długo, prawie do końca zachowywała kształt, a kawałki bananów po pewnym czasie od niej odpadały. Robiły to i nasiąkały w różnym tempie. Na próbę gryzione wcześniej, były sucho-twardsze, ale po chwili lepkie i wilgotne. Ja wolałam zostawić je na koniec.
Gryzione na koniec banany robiły się bardziej miękkie i wilgotne, ale wciąż masywne. Przypominały czasem twardawą, a mięknącą gąbkę, zmieniająca się w jędrnawe farfocle. Te oklejały zęby bardzo konkretnie. Niektóre kawałki nasiąkały błyskawicznie, stając się śliskawymi farfoclami, inne zaś miękły, robiły się żujne, a końcowo jawiły się jako lepka, wklejająca się w zęby papka.
Konsystencja czekolady była taka, co czystej, a różnił je tylko dodatek bananów, których nie przekonuje mnie forma.

W smaku pierwszą poczułam gorzką czekoladę, serwującą motyw czarnej ziemi z echem ziół. Ziół przechodzących w kwiaty, w tym lawendę. Kwiatową świeżość podkreśliło echo banana, którym leciutko przesiąkła całość. Początkowo aż trudno określić, że to on, ale już działał.

I ziemia, i zioła wyszły wilgotnie, świeżo, a po chwili do głowy przyszedł mi jeszcze wilgotny, ciemny chleb z bardzo mocno przypieczona skórką. Chleb... Z pomarańczą? Kwaskawość sugerowała coś więcej niż zakwas.

Banan czasem odzywał się niemal od razu, czasem po krótkiej chwili. Nie trafiał się jednak w każdym kęsie - te potwierdziły, że baza nim przesiąkła.

Banan wyszedł bardzo kontrastowo. Był bowiem wręcz słodziutki. Nie musiałam go gryźć, by go poczuć. Choć czuć jakby pudrowo-suchawy smakowo motyw liofilizowania, wraz ze słodyczą czekolady zaobfitował w nutę słodkiego przecieru bananowego. O skojarzenie to dbała kwiatowa słodycz. Kwiatów esencjonalnie słodkich i jednocześnie świeżych, niosących rześkość.

Obok polało się trochę cierpkiego, prawie kwaskawego wina czerwonego. Zrobiło się trochę ciężko alkoholowo... Wręcz koniakowo? Nie, nie. Jednak wino łączące cierpką wytrawność i słodycz wygrywało... Chociaż...? W kęsach bez bananów było bardziej winnie, w kęsach z koniakowo. Słodycz i soczystość miały w tym swój udział, acz zaraz przybył dym, by pilnować, aby nie zrobiło się za słodko. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość jeszcze trochę wzrosła, ale stapiała się w jedno z gorzkością. Odnotowałam skórkę pomarańczy, a za nią... Coś łagodniejszego... Orzechowego? Maślanego?

Smak kawałka banana nasilał się i w końcu stanął obok czekolady. Połączył przecier bananowy z bananem liofilizowanym, acz niektóre kawałki miały i świeżo bananowe zapędy. Niemal nieuchwytnemu wątkowi orzechowemu zasugerował fistaszkowe masło orzechowe. Trochę łagodziło gorzkość, a do słodyczy niby się dołożyło, ale nie podniosło jej poziomu.
Gdy trafił się większy, łatwiej wilgotniejący kawałek banana, pobudzał w bazie lekką maślaność.

Gdy na próbę pogryzłam kawałek banana obok czekolady, wyszedł słodko i wyraziście, jednak spłycił czekoladę. Wydawała się w tedy mocno maślano-dymna i tyle.

Zioła przewijały się w tle. Chyba zaznaczył się tam też dym. W pewnym momencie nagle zioła w parze wysunęły się na przód z kremem z fistaszków i... osiadły w kwiatach, stając się z nimi jednością.

Gdy czekolady robiło się coraz mniej, banan wychodził na pierwszy plan przed nią. Mocno osłodził kompozycję, będąc wyraziście bananowym, ale czasem jakby z echem cukru.

Banan gryziony na koniec potwierdził swoją słodycz. Smakował ewidentnie przede wszystkim bananem liofilizowanym, z nutką przecieru. Sporadycznie pojawiało się w nim złudne echo cukru białego.

Po zjedzeniu w posmaku zostały liofilizowano-przecierowo-świeże banany oraz ziołowo-dymna czekolada. Czułam też echo taninowego wina, czasem koniaku i skórki pomarańczowej. O wiele wyraźniej w kęsach bez bananów, gdzie oczywiście motyw bananowy nie wystąpił.

Banany w smaku niezbyt pasowały do tej bazy. Acz i tak smakowała za ich sprawą inaczej. Jakoś nie współgrały i jakby przeszkadzały sobie chwilami trochę z bazą. A jednak nie zawsze, bo czasem wyszły pozytywnie, np. budząc nutę masła orzechowego. Zioła, winna tanina i skórka pomarańczowa wydawały się toporne przy słodziuteńkosci dodatku. I to kolejna tabliczka BTB, w której nie przekonuje mnie ponalepianie takich wielkich kawałów, acz gdy o formę chodzi, banany w takiej akurat wyszły najlepiej z przedstawianych. Ogół był smaczny, ale nie zachwycający.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, banan liofilizowany