sobota, 4 lutego 2023

krem Sticky Blenders Laskowy Czekolada Vegan

Gdy wycofali moją ukochaną Mixitellę Brownie i warianty 100% z orzechów mieszanych (Cashew and PB, Hazelnut and PB), zaczęłam poszukiwać godnych zamienników. Okazało się, że znalezienie czekoladowego kremu na bazie orzechów, który nie byłby specjalnie słodki to nie lada wyzwanie. W ich przypadku dopuszczam minimalną ilość słodyczy, inaczej mi nie smakują, a jak widać ludzie... są raczej uzależnieni i przyzwyczajeni do cukru (swoją drogą, nawet przedstawicielka firmy MixIt napisała mi, że jestem wyjątkowa, że szukam kremów raczej gorzko-kakaowych niż słodkich i udających Nutellę, ech). Znalazłam markę, która szczyciła się niskim prażeniem, co bardzo mi się spodobało, tak jak ich pomysłowość co do wariantów. Po Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana wiedziałam, że z ochotą poznam asortyment 100% z orzechów. Najpierw jednak czekał jeszcze ten zakupiony razem ze wspomnianym. Choć dziwnie brzmiała mi nazwa: "Laskowy z wegańską czekoladą" zamiast po prostu z ciemną, już zacierałam ręce. Mleko kokosowe wprawdzie sugeruje "krem nie taki ciemnoczekoladowy", ale... mleczko lubię. Nie w tabliczkach, jednak tu obstawiałam, że może być dobrze (analogicznie w uwielbianym Brownie było zwykłe - a smakowało mi, choć za mlecznymi czekoladami nie przepadam).

Sticky Blenders Laskowy Czekolada Vegan to "naturalny krem z lekko prażonych orzechów laskowych i czekolady", a dokładnie z ciemną czekoladą (o zawartości 69% kakao); z mleczkiem kokosowym, słodzony syropem klonowym; produkt wegański.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam intensywną woń orzechów laskowych przyozdobionych mocno kakaową czekoladą i bryzą mleka o wyraźnie słodkim charakterze, co przywodziło na myśl idealną wersję Nutelli z marzeń (realna mnie odpycha, ale wariant i taka "wyobrażona" jawi się pysznie). Słodycz wydała mi się lekko palona, podkreślająca szlachetną gorzkość kakao... może trochę nawet ciasta. Wyobraziłam sobie mocno orzechowe brownie, z przypalonymi brzegami. W trakcie jedzenia wyłapywałam raz po raz akcent syropu klonowego.

Na wierzchu prawie nic się nie wydzieliło, może niecałe pół łyżeczki, które zlałam, bo całość i tak była dość rzadkawa. Krem na pewno był lejący, ale cały czas ewidentnie zachowywał gęstość. Mimo to nie sprawiał wrażenia tłustego, oleistego itd. Na oko widać w nim kropeczki zarówno orzechów (jasne) jak i kakao. Całość bez drobinek.
W trakcie jedzenia krem zapominał o tym, że jeszcze z łyżeczki ściekał i po chwili w ustach jakby przybierał na gęstości. Chwilami zupełnie je zalepiał, dał się poznać jako masywniejszy. Nie jakoś bardzo, ale jednak. Nie był gładki, a trochę proszkowo-pylisty. W dodatku, choć praktycznie bez mojego efektu miazgowości, to jak pastę ssałam czy dosłownie ciamkałam, zdawała się trzeszczeć od orzechów (trochę jak marcepan?). Pozostawiał na zębach i podniebieniu smugi, przypominając trochę brownie. Nie wydawał się bardzo tłusty, choć pewnej oleistości się w nim doszukałam. Bliżej końca rzedł wodniście i w większości znikał, by jednak pozostawić pylisty efekt. Zniwelował oleistość, co wyszło na plus.
W żadnym razie nie wyszedł ciężko.

W smaku pierwsza przywitała się gorzkość czekolady, wzmocniona orzechami laskowymi. Była szlachetna i wyrazista. Wyeksponowała kakao, do którego orzechy laskowe wplotły lekką goryczkę swych skórek.

Nagle, wszystkie te goryczki podbiły moc samych laskowców. Uderzyły naturalną słodyczą, wydobytą delikatnym prażeniem. Dominowały bez dwóch zdań. W kompozycji zawinęła się palona nutka, podkreślająca właśnie prażoną słodycz orzechów. To po chwili zaniknęło, a one wydały mi się niemal surowe... O to chyba zadbała z kolei mleczna nutka, zaznaczająca swoją obecność w tle. Pomyślałam o idealnej wersji Nutelli (aż nierealistycznej). Wraz z podszeptami kakao zaraz przytoczyła bardziej czekoladowe ciasto z truflowym motywem. Może orzechowe brownie? Raz czy dwa odnotowałam lekką ziemistość.

Słodycz cały czas rosła i wyraźnie płynęła już nie tylko z orzechów laskowych, choć oczywiście to one wciąż dowodziły. Na mlecznych i czekoladowo-kakaowych falach wypłynęła na wierzch, szczycąc się swoim palonym wydźwiękiem. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach zaszarżowała, aż drapiąc w gardle. Przygłuszyła inne smaki, wydawała mi się niemal czysta. Wyraźnie poczułam syrop klonowy, który potem nieco się rozmył i pozostawił palono-karmelowy wątek.

Skorzystały z tego i orzechy laskowe, i czekolada. Orzechy laskowe znów bowiem wydały mi się prażone bardziej, otulone karmelową nutą, a szlachetna słodycz czekolady też jawiła się karmelowo. Znowu zahaczyły o skojarzenie z orzechowo-truflowym ciastem brownie, ale... już nieco innym, bardziej nutellowym (jak wyobrażenie, wariant, a nie realny produkt), może nawet ze szklanką mleka. Przy wczuwaniu się, zdarzyło się, iż odnotowałam motyw konkretnie mleczka kokosowego. Do końca raz po raz wyraźniej wyłaniał się syrop klonowy, ale ogólnie nie wyszedł już przed orzechy laskowe, czekoladę czy ich ciastowe echo. Raczej podkreślał jego poprzypalane brzegi.

Po zjedzeniu został posmak lekko prażonych, słodkich orzechów laskowych z drobną gorzkością skórek, splatającą się z gorzkością kakao. To miało trochę ziemisty charakter, a ciemna czekolada próbowała równoważyć wysoką, choć paloną słodycz. Czułam nieco wodnisty i zasładzający efekt syropu klonowego, ale częściowo chował się w pylistym kakao.

Całość smakowała mi, mimo że wyszła trochę za słodko. Obyło by się bez tej szarży syropu w pewnym momencie. Uważam, że jego słodycz jest po prostu za intensywna do takich kremów. W ogóle jak dla mnie mogłoby go tam nie być, a jednak mimo to, słodycz kremu na pewno należy do szlachetnych. Podobnie jak gorzkość - tylko ta pożądana. Czekoladowo-kakaowoe nuty, mimo obecnej także mleczności (nie czuć specjalnie, że to mleczko kokosowe, wyszło delikatnie i raczej konwencjonalnie) miały ciemnoczekoladowy wydźwięk, acz... właśnie to raczej smak czekoladowo-kakaowy, niż czysto czekoladowy. Pasta kojarzyła się bowiem z... kremami typu Nutella z marzeń, w wersji dojrzalszej. Ambitniejszej, bo orzechy laskowe odważnie stały na pierwszym planie, zachwycając naturalną słodyczą i nieprzeprażonym smakiem. Wydaje mi się jednak, że ogólnie syrop klonowy znacząco podkreślił w nich prażoną nutkę.
Konsystencja nie do końca mnie chwyciła. Lejąca, ale nie gęstniejąca - to było przyjemne, ale już wodnisty element (syropu klonowego pewnie) nie. Wolałabym gęstszy krem, ale ten przynajmniej nie był ciężki. Nie był oczywiście zły, ale mógł by być lepszy.
Trochę kojarzył mi się nie tyle z Mixitellą Brownie, co jakby z połączeniem Deseo Pastą z orzechów laskowych 100% i Zotter Crema Nuss + Schoko Extradark, będąc zaraz za nimi, a zarazem wyprzedzając wszelkie nieudane w moim odczuciu Naturelki (Orzechownia) i Laskolady (Basia Basia). Patrzę bowiem też na cenę, bo Sticky Blenders jest najdroższy, a niewolny od wad.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 37,90 zł za 200g
kaloryczność: 619 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, czekolada ciemna (miazga kakaowa, kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa), mleko kokosowe w proszku, syrop klonowy

piątek, 3 lutego 2023

Chapon Chuao Origine Venezuela ciemna 74 % z Wenezueli

Po zwykłej wenezuelskiej Chapon o niezwykłym smaku, przyszła pora na drugą, jaką miałam; którą wybrałam trochę, jak to się mówi, z braku laku. Kakao z wenezuelskiej wioski Chuao charakteryzuje się łagodnością, co przez większość znawców jest właśnie cenione i chwalone. W moim odczuciu są zbyt delikatne. Po tej jednak spodziewałam się czekolady... po prostu smacznej. Zastanawiałam się jednak, dlaczego, skoro subtelność to i tak cecha charakterystyczna, producent jeszcze obniżył zawartość kakao w stosunku do, że tak powiem, bazowej wenezuelskiej. Patrząc już na opakowanie jeszcze jedna myśl - szkoda, że wkrada się takie niedbalstwo: jeśli o czas konszowania chodzi, nie wiadomo, bo "court" to krótko, a "moyenne" średnio. Czy aż tak ciężko jest dopilnować tłumaczenia albo nie umieszczać tego?
Co ciekawe, z Wenezueli Chapon ma jeszcze trzecią propozycję (z regionu Rio Caribe), ale jej nie kupiłam.

Chapon Chuao Origine Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 74% kakao criollo z Wenezueli, z wioski Chuao.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemi i orzechów, z czego po chwili wyklarowały się delikatnie prażone laskowe, a także mnóstwa owoców żółtych. Przede wszystkim były to banany i mango, a zaraz za nimi słodki serek brzoskwiniowy. Jego słodycz wiązała się ze słodkimi kwiatami, które przywiodły na myśl nektar i ocieplane słońcem... drzewka cytrynowe? W tle poczułam bowiem także subtelną nutkę cytrusów, właśnie chyba cytryn, ale... dosłownie "cytrynek". Całość choć z poważną, gorzką bazą, zawarła w sobie sporo słodyczy i pewnego uroku.

Twarda tabliczka już w dotyku zdradziła się ze swą kremowością, acz tłusta nie była. Popisywała się masywnością, acz trzaskała średnio głośno. Była twarda, ale jakby stworzona z podsuszonego kremu i pyłku - przynajmniej tak się to prezentowało w przekroju.
W ustach rozpływała się powoli i zalepiająco. Cechowała ją kremowa gęstość, kojarząca się ze śmietanką z dodatkiem masła, a także rozkręcająca się z czasem drobna soczystość. Była gładka i coraz bardziej aksamitna. Znikała więc trochę bardziej rzadko, na koniec nieco soczyście ściągając.

W smaku najpierw po ustach rozlała się mleczna fala, niosąca owoce i słodycz. Słodycz oczywiście poniekąd wiązała się z owocami, a te prędko obiecały trochę kwasku.

Tuż za nimi pojawiła się gorzkość. Wysoka, choć spokojna. Przecinała się ziemia i robiła miejsce orzechom. Na pewno prażonym delikatnie, częściowo w skórkach... Pod pieczą laskowych. Te dominowały i z czasem także one zaczęły przejawiać sporo słodyczy, harmonizując ją z gorzkością i drobną cierpkością.

W tym czasie owoce przedstawiły się jako mleko owocowe, a dokładniej brzoskwiniowe, potem zaś bardziej kwaskawy serek brzoskwiniowy. Rosła soczystość, kwasek trochę też. O miejsce dopraszały się cytrusy. Przepłynęło mleko bananowe... By potem splot owoców żółtych na pewien czas zaprezentował się wyraźniej, nieco się oddalając od mleka. Poczułam soczyste i dojrzałe mango, może też lżejsze gruszki.

Ogólna słodycz też rosła. Od mlecznej odłączył się karmel. Doskoczył do gorzkości i z ochotą się do niej przytulił, jawiąc się jako twór nieprzesadnie palony. Przez dobiegającą z różnych stron soczystość, z czasem jednak wydał mi się zbyt soczysty na karmel. Pojawiły się liofilizowane banany i jakieś owoce suszone... może figi? Pomyślałam o nektarze i miodzie, kwiatach...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja złagodniała, gorzkość prawie się zredukowała. Wyobraziłam sobie orzechowo-owocowe ciasto. Takie z grubymi warstwami z żółtych owoców, na jakimś orzechowym spodzie, z orzechową posypką - masywnym, konkretnym i soczystym. Chwilami orzechy laskowe z jego wierzchu podszeptywały pikanterię... cynamonu? Jedna warstwa mogła być zaś bardziej śmietankowa. Może podano do niego szklankę mleka? Mleczne nuty znów wypłynęły na wierzch.

Ze słodkiej strefy zaś wyłoniły się wyraziste kwiaty i... liście. Nagle przełamały rosnącą słodycz i łagodność, stanęły im na przeszkodzie. Odnotowałam drzewa, orzechy... Podkreśliła je ziemia, czarna i wilgotna, niosąca gorzkość. Wyobraziłam sobie charakterne, kwiatowe napary, kwiato-zioła... Zadbały o rześkość i goryczkę.

A wilgoć ziemi i charakterek wykorzystały też owoce. Ciastowo-słodsze przełamała nutka delikatnej cytryny, słodko-goryczkowatej pomarańczy i innych cytrusów. Wprawdzie i one były dość słodkie, raz czy dwa mignęła mi myśl o np. cytrynowej maślance. Właśnie cytrusy mogły być jakąś konfiturą, acz kwaśności im nie brakowało. Do tego pojawił się nieśmiały grejpfrut, integrując je z gorzkością (co też pomogło w zwalczaniu słodyczy).

Końcówka to głównie kwiaty oraz mleczność jedynie przepływająca pod tymi charakterniejszymi wątkami.

Po zjedzeniu w ustach czułam naturalne mleko orzechowe (wegański zamiennik krowiego). Orzechy laskowe wyszły bowiem łagodniej, ale wciąż wyraźnie, a mleko nie odpuszczało. Trochę splot ten podkreśliła ziemia i słodkie kwiaty - myślałam o drzewkach cytrusowych, a także samych cytrusach "na słodko".

Całość mi smakowała, choć mogłaby być nieco mniej mleczno-śmietankowo łagodna. Wprawdzie nawet to ciastowe złagodzenie nie wyszło źle, bo owoce i orzechy potem się zreflektowały, ale nie były to takie mocarne uderzenia co w 75%. 
W dzisiaj opisywanej czułam dużo orzechów, trochę ziemi, żółte owoce (banany, brzoskwinie, mango) i cytrusy na słodko, a także liście i kwiaty. Była łagodna i słodko-kwaskawa, przy czym nie mocno kwaśna. Bardzo natomiast soczysta i owocowa.

Wspomniana Venezuela 75% była z kolei bardziej ziemista, bananowa i pełna owoców leśnych o niemal winnym charakterze, kwiatowo-ziołowa. Jej owocowa strona wyszła znacznie spokojniej.
Nuty podobne, z tym, że... to jakby dzisiaj prezentowana Chuao była wersją dla dzieci, 75% dla dorosłych - oczywiście to ta druga skradła moje serce.


ocena: 9/10
cena: dostałam (cena to 8,80 € za 75g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 2 lutego 2023

(Super Krówka) Super Fudgio Vegan Chocolate Orange 50 % Based on Coconut raw material ciemna kokosowa 50 % pomarańczowa / z pomarańczą

Tę czekoladę dostałam jako gwiazdkowy bonus do przesyłki z portalu DlaLejdis, dla którego czasem pisuję recenzje książek. Jak wiele innych rzeczy (na które patrzę jak jaskiniowiec patrzyłby ma smartfona, jak np. wege krówki, maseczki do twarzy, peelingi i inne kosmetyczne "dziwa"), najpierw oddałam Mamie. Ona jednak ostatnio zrobiła się zbyt nietabliczkowa i czekolady ją przytłaczają. Może mieć np. kilka paczek ciastek i draży, ale za dużo tabliczek nie. Stąd nie ucieszyła się ani trochę. Mnie zaś tknęło, że jakiś czas wcześniej jadłam Manufakturę Czekolady MANU Rzemieślniczą 42 % Kakao Czekoladę Mleczną Pomarańczową. Ta więc widziała mi się jako zamiennik dla wegan. I tu już nawet trochę się zainteresowałam: czy marka zrobiła coś autentycznie miłego, oferując unikającym mleko... no, coś spoko w tym wariancie? Szczerze wątpiłam, że im wyszło po tragicznych Super Krówka Czekolada na mleku kokosowym 50%(Super Krówka / Super Fudgio) Natura Food Veggie Czekolada Słony Karmel, ale wygrała jakaś czysta ciekawość (masochistyczna?). W końcu, co szkodzi trochę spróbować, prawda? Wiedziałam, że prawie cała i tak pójdzie dla Mamy. Na swoją kolej trochę poczekała (nie sugerujcie się tym, że prezent gwiazdkowy, bo chodzi o zeszły rok, a kolejka wpisów ma u mnie rok).

(Super Krówka) Super Fudgio Vegan Chocolate Orange 50% Based on Coconut raw material to ciemna kokosowa ("mleczna") czekolada o zawartości 50 % kakao z mlekiem kokosowym ("oparta o surowiec z kokosa") o smaku pomarańczowym, słodzona cukrem trzcinowym; wegańska; wyprodukowana przez Me gusto.

Po otwarciu wyraźnie rozszedł się zapach mleczka kokosowego, melasy i palonego karmelu, którym wtórowała pomarańcza. Najpierw zaszarżowały galaretki pomarańczowe w czekoladzie w wydaniu soczystym, niesztucznym... Potem bardziej pomarańcza ogółem, słodko-goryczkowata... Było w tym coś dusznego, przez co pomyślałam o słodkim likierze pomarańczowym. Przywodziło to na myśl gęste desery typu creme brulee, może krówki. W tle poczułam też jakby kokosa bardziej orzechowego i w ogóle jakby wątek palono-karmelizowanych orzechów.

Tabliczka w dotyku była raczej sucho-plastelinowa, a przy łamaniu dość twardawa. Jednocześnie znacząco krucha, krusząca się. Raczej jedynie pykała niż trzaskała. Przekrój miała ziarnisto-pylisty, jakby zbito-ubity.
W ustach rozpływała się łatwo i szybko. Była trochę szorstkawo-sucha, a jednocześnie tłusta. Skojarzyła mi się z plasteliną, pozostawiającą trochę pyłku, ale znikającą na wodę. Nie była mocno zbita, z czasem nieco gęstniała, miękła i rozpuszczała się bez echa. Wydawało się, że otłuszcza usta, choć pod tym względem nie było tragedii.

W smaku zaszarżowała od razu za wysoką słodyczą cukru. W pierwszych sekundach wydała mi się rześka (jakby udawała, że zawiera cukier kokosowy), trochę wodnista, potem nieco bardziej zwyczajna... Przemieszała się bowiem z delikatną nutką mleka.

Mleko, jakie odnotowałam w kolejnych sekundach wydało mi się względnie zwyczajne... kokosowe jedynie pobrzmiewało, bo niestety cukier nie dawał mu rozwinąć skrzydeł. Myślałam przy tym raczej o zacukrzonym do bólu zwykłym mleku. Słodycz cały czas rosła, szalejąc na pierwszym planie.

Częściowo zrobiła się palona, ale i tak szybko zadrapała w gardle. Słodycz rozkręciła karmelowy charakter, a z czasem wyszła bardziej melasowo. Chwilami starała się stworzyć rześką iluzję cukru kokosowego, ale czuć, że to nie on. Myśli płynęły raczej ku ciężkim, przesłodzonym karmelowo-krówkowym deserom typu creme brulee. W wariantach pomarańczowo-kokosowych? 

Od deserów płynęło więcej delikatnej mleczności, śmietanki. Pozowały na raczej zwykłe, tym bardziej, gdy jeszcze mieszały się z maślanością... W dodatku w końcu pod naporem cały czas rosnącej słodyczy, zrobiły się mdłe.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyobraziłam sobie delikatny deser, a potem shake na bazie mleka o smaku pomarańczowym. Rześki, może lodowy i soczysty... niestety jednak zasłodzony do bólu. Ewentualnie już te wspominane creme brulee. Pomyślałam o takim na bazie mleczka kokosowego i np. przyozdobionym skórką pomarańczy na wierchu, z soczystą nutką owocu ogółem.

Pomarańcza, która jednak już wychynęła, mimo słodyczy nie zamierzała odpuścić. Zaznaczyła nieśmiało w melasie namiastkę kakao, dzięki czemu nasiliła się goryczka. Wstrzeliły się soczyste galaretki pomarańczowe, a potem też słodko-goryczkowaty naturalniejszy owoc, acz cały czas podkręcany olejkiem i... cukrem. 

Mimo rześkości i soczystości, słodycz melasy i nijakość reszty męczyła. Czułam drapanie w gardle, a kompozycja zaczęła wydawać się plastikowa, sztuczna, ale w sumie nawet nie mocno przerysowana. Bardziej... polewowa niż czekoladowa.

Z czasem znów to pomarańczowe melasa, karmelki i krówki wiodły prym, zacukrzając. Pomyślałam o nich jako o sztaludze pod pomarańczowo-słodkie płótno. Pomarańcza zabiegała niby o rześkość, ale nie radziła sobie... bo i ona była jakaś nachalno-słodka. Całość wydała mi się wodnista. Mleczności jakiejkolwiek po dłuższym czasie w zasadzie nie czuć.

Po zjedzeniu został posmak melasy i drapanie w gardle. Czułam też jakby cukier pomarańczowy. Słodko-kwaskawy, niby soczysty i trochę olejkowato-wodnisty. Względnie to naturalne, słodko-gorzkawe, ale bez polotu. Jakby mi ta słodycz dosłownie wyprała usta. Kostka mi wystarczyła, bo trudno tu o jakiś element warty uwagi.

A jednak całość zaskoczyła mnie... bardzo pozytywnie. Tak w miarę obiektywnie. Po wegańskiej alternatywie mlecznej tej marki spodziewałam się paskudztwa, a okazała się lepsza od ich bazowej Kokosowej. We wspomnianej chyba na delikatnym tle lepiej wyeksponowały się jej wszelkie wady, a tu jednak nieposkąpiona ilość pomarańczy swoje zrobiła. Czuć ją wyraźnie, ale nie zdominowała reszty. Zdominował natomiast cukier. Soczystością zabawnie podpowiadała mu co prawda cukier kokosowy, ale i tak męczył. Mleczka czuć odrobinkę - pewnie dlatego, że wymieszano je z napojem ryżowym... Wodnistość i czysta słodycz przeszkadzały mi za bardzo. Konsystencja zupełnie nie dla mnie. A kakao? Zagubione w akcji.
Reszta powędrowała do Mamy, ale ona z kolei oddała ojcu, bo i jej nie smakowała. Stwierdziła, że jak "zwykła, przecukrzona mleczna, ale jeszcze dodatkowo z dziwnym posmakiem jakby leków jakiś. No, ale przynajmniej się też rozpuszczała normalnie".
Choć jak napisali "based on coconut material", cukier kokosowy z czystej wersji Kokosowej w tej zmieniono na trzcinowy (i jej opis po polsku brzmi: "ekologiczna czekolada na cukrze trzcinowym"). Co prawda, uważam, że to właśnie on pasuje najlepiej do czekolad, tak tutaj - jakiegokolwiek - cukru powinno być mniej.
Jakby tak pomyśleć o niej jako o alternatywie dla np. Manufaktury Czekolady MANU 42 % Mlecznej Pomarańczowej, nie jest źle.


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, proszek kokosowy, napój ryżowy w proszku (ryż, bezglutenowy błonnik owsiany, olej słonecznikowy, sól), koncentrat soku pomarańczowego w proszku 1,5%, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat pomarańczowy

środa, 1 lutego 2023

Chapon Venezuela ciemna 75 % z Wenezueli

Tym razem, wybierając tabliczkę do degustacji, specjalnie patrzyłam pod kątem zestawień. Zawahałam się tylko, od której zacząć, gdyż posiadałam dwie Chapon z Wenezueli. Dobrze wiedziałam, że żadna nie zawiedzie, ale wiem, że z regionu Chuao zawsze są łagodne. A jakoś tego dnia nie miałam ochoty na delikatność. W ogóle muszę przyznać, że delikatności Chuao od Chapon miałam uniknąć, ale i tę w końcu wybrałam przez niefortunne pomylenie zamówienia i to, że potem dobrałam coś trochę za siłę. I pomyślałam, że w takim razie na pierwszy ogień pójdzie ta, która przybyła do mnie jako pierwsza (chciana, zamówiona, kupiona). Zastanawiam się, czy podświadomość mi tej Wenezueli nie podszepnęła po jedzonym krótko przed nią Morinie.

Chapon Venezuela to ciemna czekolada o zawartości 75% kakao z Wenezueli.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach ziemi i kwiatów oraz wysoką słodycz miękkich bananów, Za nimi stanął kwasek owoców leśnych, z czego wyraźnie przodowały jagody i jeżyny oraz... jakby egzotyczne poziomki. Przy bananach zakręciła się też słodycz karmelu, choć... również i tam znalazła się soczystość, więc zaraz zmienił się bardziej w suszone owoce, głównie figi.
Wyrazista ziemia z kolei wydawała się chłodna i wzmocniona ziołami, w tym rześką miętą. Pomyślałam jednak też o kwaskawo-podfermentowanych liściach, czymś gnilnym. To było trochę jak zetknięcie jesiennego chłodu z owocami lata.

Wyglądająca na kremową i masywną, tabliczka przy łamaniu rzeczywiście trzaskała głośno, właśnie utwierdzając w przekonaniu o jej zbitej masywności. Wyglądała na nieco suchawą albo przynajmniej pylistą.
W ustach rozpływała się wolno i śmietankowo-maślano tłusto, przeistaczając się w gęsty budyń. Zostawiała lepkawe, maziste smugi i drobną soczystość. Znikając, także lekko pylisty efekt. 

W smaku pierwsze przywitały się ze mną słodkie kwiaty, rozkładając swe pąki i płatki niczym wachlarze, by odsłonić trochę owoców. Słodycz pokazała się już na początku, by potem spokojnie, nienachalnie przepływać przez kompozycję.

Już w pierwszych sekundach zaznaczyły się za nimi charakterniejsze zioła, słodko-gorzkie na pewno, choć jeszcze trudne do uchwycenia. Mignął mi chyba... kminek?

W tym czasie rozwinęła się owocowa sfera. Wyraźnie były to słodkie owoce leśne z przewagą czerwonych. Pomyślałam o malinach i poziomkach, o słodkim syropie malinowym, który dopiero otaczały jeżyny i borówki. Te jakby trochę nie nadążały z dojrzewaniem za resztą i ciągnęły za sobą drobny kwasek. Rozprowadziły trochę soczystości. W wyobraźni zamajaczył mi niewyraźny obraz jakiejś kaszy (manny?) na mleku, na którą to wspomniany syrop polewano... i może właśnie do niej te owoce leśne dodawano?

Gorzkość szybko zaczęła rosnąć i umacniać się. Reprezentowała ją chłodna i wilgotna ziemia, a podkreślały przyprawy. Od ziołowej, ale nie tylko, goryczki w tle dobiegł do niej wytrawniejszy kminek, a potem cała mieszanka takich poważniejszych przypraw, ziół - przy czym żadna nie była specjalnie nachalna.
Syrop malinowy i część owoców zaczęły zaś zalatywać głębokim, ciężkawym winem, a ja wyłapałam jakby goryczkę suszonych owoców (cytrusów?). Subtelnie rozgrzały gardło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czarna, lepka gleba zawładnęła zupełnie całą kompozycją. Choć już wcześniej rządziła, oto dotarła na szczyt swoich możliwości. Pomyślałam o mokrym torfie, mule, bagnie... i jeszcze większej ilości czarnej ziemi. Nasączyły ją owoce leśne, po czym...

Przybyło złagodzenie. Choć gorzkość czarnej gleby, torfu była wyraźnie wyczuwalne do samego końca, zrobiła sporo miejsca maślanej nucie.

Wraz ze złagodzeniem na więcej pozwoliła sobie także słodycz. Za sprawą soczystych owoców, najodważniej prezentował się miękki, słodziutki banan. Podkreślił go karmel, a gdy maślaność rosła, do głowy przyszły mi miękkie naleśniki kakaowe z bananami wewnątrz. Bo choć zrobiło się słodko i łagodniej, kakao nie dało o sobie zapomnieć.

W bananach odnotowałam soczystość, a zaraz też kwasek, jakby do naleśników tych dodano trochę twarożku.

Gdy tylko podłapały to charakterniejsze, ziemiste tony, natychmiast podpowiedziały owocom podfermentowane nuty. Słodkie, suszone figi i zielone winogrona, które zjawiły się niespodziewanie, przejawiały więc gnilne nuty, które idealnie dopasowały się do ziemi i torfu. Kryła się tam też cierpka, suszona skórka pomarańczy, wyważająca gorzkość i soczystość. Owoce leśno-czerwone (trochę winne?) stanowiły już jedynie domieszkę.

Końcówka znów była wyraźniej gorzka, ziemista. Pochłonęła maślaność i wprowadziła swoje towarzystwo, a mianowicie liście i zioła. Także dzięki przyprawom zrobiło się nieco ostrzej. Te były goryczkowate i też nieco zawilgocone, podfermentowane. Pomyślałam o słodko-gnilnych, wdeptanych w ziemię kwiatach.

Po zjedzeniu został posmak ziemi, trochę twarożku i mieszanki ziół, liści i jakby przegniłych kwiatów. Wyraźnie czułam owoce czerwone, akcent pomarańczy i świeższe, zielone rześkie liście. Do tego wciąż było słodko w nieco ciężkawy (ale pozytywnie) sposób dzięki bananom i suszonym owocom (już niekoniecznie gnilnym). 

Całość po prostu mnie w sobie rozkochała. Tyle charakternej, czarnej ziemi, gnilne nuty i nieprzesłodzona mieszanka bananów z owocami leśnymi - coś wspaniałego. Do tego zioła (w tym mięta i kmin, które bardzo lubię) i intrygująca nuta naleśników - takiego tworu może zjeść bym nie chciała, ale tu wyszedł tak, że nawet chwilowe maślane złagodzenie mi nie przeszkadzało. Mało tego, mam wrażenie, że potem na zasadzie kontrastu wzmocnił ziemię.

Oj, ma Chuao poprzeczkę zawieszoną wysoko!


ocena: 10/10
cena: 7,20 € (za 75g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 31 stycznia 2023

Chocolat Weiss Ebene Noir 72 % Cacao Dark Chocolate ciemna z Afryki i Wenezueli

Już kupując tę czekoladę wydała mi się nieco dziwna. Albo właściwie, przez "dziwność na oko" właśnie na niej zatrzymał się mój wzrok, gdy na Allegro zaczęły mi się wyświetlać jakieś polecane oferty. Czarne opakowanie, napis "weiss" (z niemieckiego "biały") i zawartość 72% kakao. Dość dziwne połączenie, więc kliknęłam. Oczywiście Weiss to nazwa marki, i to po prostu od nazwiska twórcy Eugene'a Weissa (z tego, co na szybko przy pisaniu wstępu wyczytałam, ponoć prekursora w handlu luksusową czekoladą). Najpierw skupiał się jednak (i może marka nadal to robi?) na tworzeniu pralin pod szyldem stworzonego przez siebie Le Haut Chocolat.
A ja tak sobie pomyślałam, że mając takie nazwisko, za nic nie nazwałabym nim marki czekolady.

Chocolat Weiss Ebene Noir 72% Cacao Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Afryki i Wenezueli.

Po otwarciu poczułam słodycz wanilii i palono-pieczony zapach, wprowadzający cappuccino. Było gorzko-słodkie, mleczne. Schować je w dodatku próbowała bita śmietanka i cięższa słodycz waniliowo-maślanego wypieku. Nasączyła ją jednak i częściowo rozbijała od środka soczysta, słodka pomarańcza. Trochę jako owoc, a trochę wchodząca w klimat słodkiego syropu i dżemu. Było więc ryzykownie słodko, dość łagodnie, ale wciąż jeszcze gorzko.

Kremowa i masywna, ciemno lśniąca tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno. Była twarda i trochę tłusta w dotyku.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, bardzo łatwo. Stawała się gęstym, mazistym i jedynie tłustawym kremem do smarowania czegoś (np. chleba?). Ten wykazywał wysoką proszkowość. Zachowywał trochę bazowy kształt, nieco się gibiąc. Czekolada wydała mi się maślana, z elementem bitej śmietanki, acz jakby ubito-oklapłej, ociężałej. Do tego trochę soczystości... Ona, bita śmietankowość i proszkowość jakby nieco ją rozrzedzały, dzięki czemu rozsmarowywała się po ustach (właśnie jak jakiś krem-smarowidło).

W smaku pierwsza przywitała się wanilia, a zaraz po niej słodkie cappuccino. Delikatna, mleczna kawa nie była przesłodzona, a w dużej mierze właśnie słodka od mleka. Gorzkość jedynie dopieściła ją, trzymając się z boku.

Zaraz wcięła się lekka soczystość. Słodka pomarańcza podwyższyła słodycz, po czym przywołała do siebie dojrzałe i soczyste, jeszcze słodsze mandarynki. Pomyślałam o jakimś kremie czy całym deserze na bazie śmietanki w wariantach pomarańczowo-mandarynkowych. Z czasem owoce zaczęły przybierać na sile i przygłuszać śmietankę. Wspierała je słodycz cukru aż chwilami męczącego i wanilii. Nie było więc aż tak mocno-mocno owocowo. Polały się pomarańczowe syropy i dżemy. Może z dodatkiem mandarynek.

Śmietanka umknęła do kawy. Na cappuccino posadzono bitą śmietankę? A śmietanka ta była tak słodka... słodko-słodka... Waniliowa! Nagle wemknęło się poprzez nią toffi. Znalazło się niemal na pierwszym planie.

Pieczono-palona nutka była delikatna. Trzymała się trochę kawy, próbowała nieudolnie nadać słodyczy karmelowego echa, aby jakoś umocnić gorzkość. Ta jednak cały czas była niska (choć wyczuwalna!). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jakoś bardziej zwróciła na siebie uwagę jako pieczono-palone migdały. Migdały i kawa... Migdały i trochę sezamu? Sezamków? Pomyślałam o twardych tworach obklejonych cukrem.

Cukrowe sezamki w jakiejś pomarańczowej wersji? Ze skórką pomarańczową raczej, gdyż i ona się na moment pojawiła, walcząc o goryczkę. One zaś... niby podkręciły na chwilę goryczkę, ale potem też jakby do mleczności (i lekko "ocieplono-podpieczonej" nuty cukru, z czego wyszło toffi) się dołożyły.

Cała słodycz toffi i śmietankowość bazy dominowała. Zaserwowały mi śmietankowo-waniliowe ciasto - właśnie może toffi. Było niestety aż ciężko słodkie, cukrowe. Przełożone mazistym toffi-kremem, wilgotne... z nutką migdałów? Jakby przepijane leciutko gorzkim cappuccino.

W posmaku została bardzo już niemleczna kawa, a także gorzkawo-palony migdał. Na jaw wchynęła wyrazistsza goryczka kakao. Czułam słodko-cytrusowy wątek - nawet nie tyle pomarańczowy, co jakby pomarańczowej bitej śmietanki, mandarynek i toffi.

Całość wyszła w zasadzie smacznie i ciekawie, ale dla mnie za łagodnie. Mnóstwo śmietanki, bita śmietanka, cappuccino, sezamki, słodycz toffi chwilami zahaczająca o cukrowo-ciężką zetknęły się z pomarańczami, mandarynkami i odrobinką migdałów. Delikatnie pieczone nuty na plus, ale wolałabym czuć jeszcze jakąś bardziej gorzką nutę. Tak to wszystko mogłoby być zacne, gdyby właśnie jakaś była. A to, że jej brakowało, sprawiło że kompozycji zabrakło jakby puenty (jakby Układowi Słonecznemu zabrać 90% Słońca?). Dobra czekolada, niestety dla mnie za delikatna i wolałabym, by była innym cukrem posłodzona.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia

poniedziałek, 30 stycznia 2023

krem Orzechownia Naturalna Miazga z Orzechów laskowych

Od czystych past Orzechowni dosłownie się uzależniłam, więc sięgnięcie po kolejną było tylko kwestią czasu. Miała to być akurat z orzechów laskowych, w kwestii których naprawdę może być różnie. Otóż trafiałam na opinie, że niektóre kremy z tych orzechów wychodzą gorzko, ja z kolei miałam jedynie bardzo słodkie doświadczenia (np. Deseo Pasta z orzechów laskowych 100%). A same orzechy? Akurat w ich przypadku chyba największą różnicę robi mi, czy są prażone, czy surowe (wolę surowe). Obecność skórek wiele w nich zmienia... Stąd pasty z laskowych postrzegam jako zagadkowe, tajemnicze. I oczywiście potencjalnie smaczne.

Orzechownia Naturalna Miazga z Orzechów laskowych to miazga 100% z orzechów laskowych.

Odkręciwszy słoik, poczułam średnio intensywny zapach słodkich, prażonych orzechów laskowych. Oczywiście nasiliły się po przemieszaniu i w trakcie jedzenia - wtedy to aż zaskakująco wzrosła ich słodycz, podkręcona prażoną nutką. Ta ogólnie nie była za mocna, ale nie do przeoczenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju. Większość zlałam po szybkiej ocenie sytuacji: jakieś 3,5 łyżki, a wymieszałam pewnie z połowę łyżki. 
To dlatego, że krem ogólnie był rzadki i lejący. Z łatwością ściekał z łyżeczki. Mimo to, nie wydawał się oleisty. Pewien konkret zachował. Zawierał mnóstwo drobinek i małych kawałeczków, w tym ewidentnie skórek. Jak by go nie mieszać, i tak tonęły, osiadając na dnie - tam było ich najwięcej i oczywiście o największym rozmiarze.
W trakcie jedzenia też był lejący, w ustach odrobinkę gęstniał choć... Może nie tyle gęstniał, co wykazywał pewną pełnię, "kremowiał". Nie był oleisty, a lejąco-kremowy. Smugami pokrywał podniebienie, zęby i usta, acz nie zalepiał jakoś szczególnie. Szybko, co jeszcze bardziej rozbijało zalepianie, wyłaniały się drobinki nadające efektu miazgowości oraz kawałki do gryzienia. W tej paście wymagały tego, acz nie było ich bardzo, bardzo dużo, ani też nie były tych gabarytów / w formie, by zaliczyć krem do "crunchy". Ale już myśl o tej kategorii już się pojawia.
Zaplątało się sporo takich ze skórkami, sporo trzeszcząco-jasnych, kojarzących się z surowymi orzechami i właśnie tworzących efekt miazgowości (i do niewymagającego ciamkania), ale też wiele twardszych i chrupiących. Te były wyraźnie mocniej, acz nie za mocno, uprażone. Jak pisałam, zajęły dno słoika. Tam znalazłam ich mnóstwo.
Całość wydała mi się aż niewiarygodnie lekka.

W smaku pasta od początku była słodka. Natychmiast pomyślałam o prażonych orzechach z wnętrza jakiś słodkości, choćby z czekolady mlecznej. Może trochę nugatowej?

Prażona nutka z ochotą dała o sobie znać, nadając całości ciepłego wydźwięku. Ewidentnie podkreśliła słodycz, która szybko rosła. Przytaczała słodkości czekoladowo-nugatowe, może nawet z karmelem. Orzech laskowy wyszedł niemal uroczo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji, orzechy laskowe jakby wzbogaciły się o goryczkę trochę czekoladową. Kakaową? Do głowy przyszła mi czekolada mleczna o wysokiej zawartości kakao. Prażony wątek pobrzmiewał coraz słabiej, a ja poczułam lekką gorzkawość. Przy niektórych łyżeczkach była wyższa, przy innych niższa. Pochodziła ewidentnie od skórek laskowców, wnoszących też swoistą "smakową suchość".

Prażona nutka i słodycz z nią związana (ta niemal karmelowo-czekoladowa) na zasadzie kontrastu po tym wydały mi się jeszcze silniejsze. Wyobraziłam sobie karmelowo-czekoladowy nugat, oczywiście przede wszystkim laskowy.

Drobinki orzechów nadgryzałam i ciamkałam czasem już w trakcie rozpływania się całości, ale z ochotą pozwalałam im też zostać na koniec, by dopiero je porządniej pogryźć. Raz po raz a to prażenie, a to niemal surowe orzechy podkreślały. Sporo z nich okazało się gorzkimi prztyczkami. Im bliżej dna słoika, tym więcej było tam kawałków, ewidentnie podkreślających gorzkość skórek orzechów laskowych. Czasem goryczka naprawdę mocno wyskakiwała, by jednak po chwili się zreflektować. Głównie była to gorzkość po prostu skórek (więc żadna negatywna; no, może raz czy dwa trafiłam na jakby przypaloną drobinkę).

Po zjedzeniu został posmak prażonych nie za mocno, ale niepodważalnie, orzechów laskowych o słodkim charakterze. Gorzkość też sygnalizowała swoją obecność, ale tonęła w ogólnej orzechowości.

Całość niewątpliwie mi smakowała, jednak wiem, że smakowałaby bardziej, gdyby pasta była albo z nieprażonych orzechów, albo z prażonych a bez skórek. Kontrast między gorzkimi skórkami, a prażoną słodyczą jakoś wywoływał zgrzyty w odbiorze. Ja preferuję surowe orzechy ze skórkami (surowymi bez też nie pogardzę, ale to rzadkość; a do prażonych mi skórka na wydźwięk nie pasuje), ale to w zasadzie szczegół. Ta goryczka obecna tu i tak była niska, poniekąd wpisywała się w skojarzenia orzechowo-czekoladowe. Choć spodziewałam się lejącej konsystencji (to chyba charakterystyczne dla past z laskowców), to jednak i ta nie do końca mnie chwyciła, bo aż tyle drobinek i kawałeczków (zwłaszcza tych twardszych) jednak do gryzienia przy tym poziomie rzadkości też średnio do siebie pasuje. Jakoś... nie są aż tak harmonijnie "osadzone w bazie". 
Nie dorównała Deseo Paście 100% z orzechów laskowych, ale to wciąż bardzo dobra miazga.


ocena: 8/10
kupiłam: orzechownia.com
cena: dostałam (cena to 25 zł za 200g)
kaloryczność: 705 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe

niedziela, 29 stycznia 2023

A. Morin Venezuela Ocumare noir 70 % ciemna z Wenezueli

Tęsknota odnośnie danych marek doskwiera mi z wielu powodów. Czasem dlatego, że czekolada jest trudna do nabycia, a powrót do niej to koszty niestety nie na moją kieszeń, czasem problemem jest to, że ją wycofali czy coś w ten deseń. A czasami zjadłabym coś nowego danej marki, ale akurat nic takiego nie mają. I właśnie to ostatnio zaczęłam odczuwać w odniesieniu do Morina. Na szczęście jednak miałam jedną, niemal zdobyczną, więc uznałam, że najwyższa pora ją zjeść. To jednak mogło tęsknotę spotęgować, bo zjadając ostatnią, wracałam do punktu wyjścia: żadnych nowych Morinów i w ogóle żadnych Morinów w komodzie.
Dobrze pamiętałam pyszną Morin Venezuela Chuao Noir 70%, więc byłam ciekawa, jak bardzo lub mało podobne się okażą.

A.Morin Venezuela Ocumare noir 70%  to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario i criollo z Wenezueli, ze stanu Aragua, z okolic miasta Ocumare de la Costa.

Po otwarciu poczułam cynamonowe biszkopty, korzenno-maślane ciastka-herbatniki i sporo drzew. Drzew zarówno żywych, jak i palone drewno, za którym kryła się chyba palona ziarnista kawa. Może też suszone liście tabaki? Odnotowałam soczystość, więc zaraz pomyślałam, że gdzieś w tych biszkoptach i ciastkach musi się kryć jakiś wsad lub gęsto-lepki sos pomarańczowy o wysokiej słodyczy. Do tej dołożył się też korzenny, palony karmel i troszeczkę bardzo suchych, suszonych owoców w tle. Całość przybrała trochę duszno-ciężki wydźwięk, co zwieńczyła przemykająca tu i ówdzie śmietanka.

Suchą w dotyku tabliczkę o twardości skały aż trudno łamać, ale warto, by usłyszeć przy tym cudne, głośne trzaski i zobaczyć ziarnisty przekrój.
W ustach bardzo wolno zmieniała się w zbity, gęsty krem. Wykazywała znikomą, maślaną tłustość i podtrzymywała twardość. Mimo błogiej kremowości, nie była zupełnie gładka. Z czasem zasnuła się pyłkiem, by następnie jakby rozcieńczyć się soczystością, rozbijającą potencjalną ciężkość.
Na końcu trochę wysuszała.

W smaku pierwsza przywitała się korzenna śmietanka. Bita śmietanka? Osadzona na jakimś cynamonowo-orzechowym budyniowym deserze...? Roztoczyło to wokół "ciepłą" słodycz, która początkowo była umiarkowana.

Wpłynęła szlachetna gorzkość. Orzechy natychmiast zmieniły się w drzewa. Oczami wyobraźni widziałam rozgrzane słońcem, aż ciepłe. Takie o... częściowo suchych liściach? A może były to suszone liście tabaki? To podkręciły słodko-gorzkawe przyprawy korzenne. Dowodził im pikantny, słodki cynamon, acz ewidentnie czułam też wytrawniejsze m.in. chyba kurkumę. Przy drzewach z czasem pojawiła się nutka czarnej ziemi, także słońcem ogrzanej.

Na boku zaznaczył się soczysty akcent słodko-goryczkowatej pomarańczy. Polał się jej sok, którego charakter podkreśliła cierpka skórka. Jakby suszona? Wlała w kompozycję subtelną kwaśność.

Gorzkość rosła, rozwijała się z łatwością. Drzewom to odpowiadało, że długo były jedną z głównych nut. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jednak nieco złagodniała, a słodycz zaczęła się nasilać. Wzrosła śmietankowość, acz nie na długo. Poczułam pewną duszność i maślano-słodką nutę.
Drzewa - za sprawą liści? - częściowo zmieniły się w ciemną herbatę. Nie za mocną, ale jednak.

Nagle słodycz suszonych owoców, zdecydowanie przesuszonych, a więc niezbyt wyrazistych ukradła ciężkość, przywłaszczając ją sobie i... przez to ciężkość jakby w dużej mierze zniknęła. Poczułam trochę całej sucho owocowej mieszanki, wyróżniłabym jedynie suszone na twardo daktyle... Może też jakieś suszone czerwone? Nieśmiało sugerowały kwasek. Daktyle były jednak wyraźniejsze, bo podkreślił je karmel. Wyłonił się z korzenności i sam do pewnego stopnia był korzenny. Na pewno mocno palony.

Słodycz podskoczyła znacząco. Pomarańcza rozlała po ustach słodki smak. Choć wciąż podrasowana suszoną skórką, była... niemal mandarynkowo urocza, acz wciąż soczyście, delikatnie kwaskawa, albo... jak dżemowato-sosowaty, lepki wsad biszkoptów, ciastek. Wyobraziłam sobie i małe, okrągłe biszkopty i herbatniki maślane - wszystkie jednak w wariancie korzennym. Do tego podano herbatę z cytrusową nutą?
Raz czy drugi wyłapałam chyba nutkę śmietanki, zmieniającej się w kefir w tle, ale to raczej jedynie echo.

Po tym, po dłuższym czasie, gorzkość na zasadzie kontrastu, znów zaszarżowała. Tym razem jako ziemia i niemal muliste tony. Wyobraziłam sobie wręcz gliniaste bagno... porastane pojedynczymi, wciąż wyczuwalnymi drzewami, w które to znów zmieniła się herbata. Nieco podsuszone słońcem i podsuszone pylistym kakao. W jego gęstwinie ukryło się chyba trochę ziarnistej, gorzkiej kawy.

Po zjedzeniu został posmak ciasteczkowo-biszkoptowo korzenny, trochę maślany, ale i cierpko-soczysty za sprawą pomarańczy. Czułam mocno palony karmel, związany z dusznymi, suszonymi  daktylami. Te, choć bardzo słodkie, wydawały się nieco same siebie przełamywać niedookreśloną goryczką. I chyba jakby trochę kakao w proszku.

Całość była bardzo smaczna i ciekawa. Korzenna słodycz (ciastka, herbatniki i karmel) mieszała się z ciepłymi drzewami, którym potem dodała charakteru ziemia. Mimo że łagodniejsze, maślano-śmietankowe nuty nie próżnowały, nie wyszło za łagodnie. Słodycz była wprawdzie chwilami niebezpiecznie wysoka, ale tonowała ją satysfakcjonująca, głęboka gorzkość. Nutka pomarańczy przyjemnie podsyciła to, czemu ciężkości nadawały choćby za mocno suszone owoce, w tym daktyle - słodkie, mdławe i niedookreślone, ale w sumie intrygujące jako nuta.

Drzewa i korzenność podobne do tych z Morin Venezuela Chuao Noir 70%, ale jednak owoce zupełnie inne (podlinkowana smakowała wiśniami i truskawkami).
Odlegle można ją powiązać z drzewną Franceschi 70% Venezuela Ocumare, która popisywała się rozmaitymi owocami, w tym suszonymi i "jakby gorzkimi od przypraw". Acz było w niej więcej i egzotycznych, i ciemnej leśnej drobnicy. Podlinkowanej jednak brakowało charakteru.
Drzewa i śmietanka były podobne do Domori Cacao Criollo 70% Ocumare 77, ale Domori wyszła o wiele bardziej śmietankowo, a Morin charakterniej, mimo że bardziej słodko (ale słodko korzennie).
Obie podlinkowane były z ziaren criollo, dzisiaj opisywana zawierała także trinitario i czuję, że podrasowanie jej mocy właśnie nim, to strzał w dziesiątkę (prawie).


ocena: 9/10
cena: 47 zł (cena półkowa)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś może i mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

sobota, 28 stycznia 2023

Zotter In-Fusion Passion Fruit and Orange in Cacao / Maracuja + Orange in Kakao ciemna 70 % marakujowo-pomarańczowa (z białą marakujową i pomarańczową)

To fakt, że In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao w sumie mnie rozczarowała, ale wcale nie żałowałam, że zdecydowałam się na dwie tabliczki z tej względnie nowej linii Zottera. Drugi wybrany smak wciąż wydawał mi się ciekawy. Odkąd pamiętam raczej pozytywnie podchodziłam do pomarańczowych czekolad, o ile tylko nie były z dodatkiem kandyzowanego owocu.

Zotter In-Fusion Passion Fruit and Orange in Cacao / Maracuja + Orange in Kakao to ciemna czekolada marakujowo-pomarańczowa, czyli o zawartości 70 % kakao wymieszana z czekoladami białymi jogurtowymi marakujową i pomarańczową (ze sproszkowanymi pomarańczami i marakują). 

Po otwarciu poczułam średnio intensywny zapach egzotycznych i cytrusowych owoców o pudrowym charakterze oraz intensywniejszą od nich melasę. Podkreśliło ją trochę karmelu i drzew, a wśród owoców pobrzmiewały też truskawka i pomarańcza (podkręcona innymi cytrusami?). Z egzotycznych wyłapałam marakuję, ale też jakby mango. Słodkie i mało soczyste, podporządkowane palonej melasie.

Tabliczka miała przebłyski o ciepłym (czerwonawo-rudym) odcieniu, co jeszcze wzmocniło wrażenie, iż wygląda jak ciemna mleczna. W dotyku wydała mi się kremowa i pylista, też jak ciemna mleczna. Choć gruba, trzaskała dość głośno i krucho. Przekrój miała nieco ziarnisty, połyskujący.
W ustach chwilowo była twarda, po czym bez oporu miękła, zachowując kształt prawie do samego końca. Zawarła w sobie szorstkość, choć może bardziej proszkowość. Jej tłustość była znikoma, a z kawałka zdawały się płynąć hektolitry soku, przez co znikała trochę wodniście. 

W smaku najpierw poczułam owocową słodycz, podszyta obietnicą kwasku-kwaseczku. Była trudna do określenia, bo zaraz zalał ją karmel. Niewątpliwie był palony i podbudowany...

Nie tyle gorzkawością, co palonością jeszcze inną. Pojawiła się melasa, trochę drzew, a ja wyobraziłam ją sobie ściekającą po korze i grubych pniach... Tliła się tam gorzkawość (ale na pewno nie gorzkość).

Owoce odważnie w tym czasie się rozeszły. Najpierw jako miks czerwonych, raczej egzotycznych, ale z okrojoną rześkością i lekkością. Te rozbudziły dopiero cytrusy, same jednak raczej subtelne. Już prawie błysnął jakiś kwasek, po czym schował się w pudrowej toni, w jaką to mieszały się te inne, nieokreślone owoce. Pomyślałam o owocach żółtych, które zaraz zaczęły odcinać się od pudrowości. Ta na szczęście z czasem zniknęła.

Lekka goryczka czy cierpkość z czasem przytoczyła słodko-goryczkowate galaretki pomarańczowe w czekoladzie. Pomyślałam o ciastkach typu jaffa cakes, z biszkoptem. Dość wypieczonym, łagodzącym wszystko. Było mało soczyście, acz epizodycznie dojrzała, słodka pomarańcza trochę soku upuszczała. Ogólnie jednak nie była nutą mocną. Wpisywała się w delikatny, ogólnie cytrusowy wątek - choć chyba rzeczywiście go prowadziła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa melasa szalała w najlepsze. Posiłkując się słodyczą owoców, zaczęła trochę zasładzać. Czułam denerwującą słodycz: ciężką i nie pasującą do niczego. Wzmocniła ciastkowo-biszkoptowy akcent, acz pod jej wpływem wyobraziłam sobie raczej masywniejsze ciastka korzenne. Była w pewien sposób ciepła.

A z owoców wymknęła się jakby egzotyczna wersja truskawki. Kwasek nieco wzrósł i oto wychynęła marakuja. Wciąż nie mocno kwaśna, ale na pewno bardziej rześka. Nagle pomyślałam o marakujowo-pomarańczowym mango lassi (owocowo-jogurtowy napój z przyprawami indyjskimi). Mocno, aż nieco przesadnie słodkim, ale jednak soczyście owocowym. Zarejestrowałam jogurtowy kwasek. Należał do mocno mlecznego jogurtu. Mleczność zakręciła kompozycją jako owocowe shake'i, koktajle mleczne i jogurtowe. Oczami wyobraźni widziałam mieszane, egzotyczne, z nutką pomarańczy.

Mleczność, która wyskoczyła nagle, z czasem wydała mi się kontrastowo wysoka. Mieszając się z wysoką słodyczą i wątkiem drzew przytoczyła kakao na mleku. Ciepłym, melasowym i... z nutą pomarańczy?

Po zjedzeniu został posmak melasy, kakao i drzew... co może nawet z karmelizowanym w melasie (?) orzechem mogło się kojarzyć oraz nutka owoców. Na pewno czułam pomarańczę, ale też jakby "cierpkawo-egzotycznej truskawkę", bo marakuja nie była czytelna. Pomarańcza zaś jako słodki sok świeżo wyciśnięty z owocu i skórko-galaretka. Wszystko trochę wygładzone jogurtowo-mlecznym akcentem.

Całość w zasadzie wyszła smacznie. Egzotyka igrała z jogurtem, było soczyście i owocowo, choć wcale nie jednoznacznie. Tytułowe owoce czuć, ale jako jedne z wielu. Do tego dołączył ogrom melasy, odpowiadający za wysoką, ciężkawą słodycz. Dzięki różnym kwaskom, nie była bardzo problematyczna, jednak mam problem z tym, że ta melasowa słodycz niezbyt pasowała mi do reszty. Tym bardziej, że kakao czuć bardzo, bardzo delikatnie, nie mówiąc o gorzkości, której wcale nie uświadczyłam. Brak obiecywanej ciemnoczekoladowości, na pewno gorzkości. To bardzo, bardzo złagodzona czekolada (pisałam o tym przy In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao), choć z nutką kakao. Całość w moim odczuciu ok, by trochę zjeść, ale nie porwała. Choć fajna, czegoś (kakao!) brak. I tak po "większej połowie" (jakieś 45g?) oddałam Mamie. Jej smakowała, bo "taka kwaskawa, nie gorzka, a słodka, ale też nie za bardzo". Przy czym nie umiała ponazywać owoców konkretniej niż "soczysta kwaśność".
Obstawiam, że ta tabliczka-okrąg to wynik wymieszania klasycznej 70% Zottera (Zotter Classic Dunkle Schokolade / Dark Chocolate?) z bazami nowości (względnych jak na całą ofertę Zottera) z linii FruitBar: Orange & Oranges i Passion Fruit & Passion Fruits.
Myślę, że wariant bardziej udany niż In-Fusion Sour Cherry in Cacao / Sauerkirsch in Kakao, ale w zasadzie poziom jakościowo bardzo podobny. 


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70g; dostałam)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku, suszona marakuja 2%, suszone pomarańcze 2%, lecytyna sojowa, cały cukier trzcinowy, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia w proszku, sól

piątek, 27 stycznia 2023

(Słodkie Hawo) Planta Food to Grow Cashew Butter Pasta z Nerkowców 100 %

Tę pastę kupiłam w zasadzie spontanicznie. W miejscach takie jak Rossmann bywam bardzo rzadko, więc korzystając z okazji, jak już byłam (by pobyt tam nie był tylko męczarnią), zerknęłam do działu z żywnością. Jasny krem jakoś wpadł mi w oko, wyglądał na łagodny. O tej polskiej marce nie wiedziałam nic, miałam tylko nadzieję, że nie wypadnie blado w stosunku do jedzonego względnie niedługo przed nim obłędnego kremu Orzechowni 100% z nerkowców.

(Słodkie Hawo) Planta Food to Grow Cashew Butter Pasta z Nerkowców to pasta w 100% z orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam zapach lekko, delikatnie podsmażonych w maśle na słodko nerkowców. Były wyraziste, acz z uwypuklonym właśnie maślanym aspektem (wyobraziłam sobie nerkowce na sekundę wrzucone na patelnię z nerkowcową margaryną / alternatywą masła - takie coś jedynie widziałam w sklepach). Słodycz nasilała się wraz z mieszaniem, a w trakcie jedzenia w ogóle wydała mi się bardzo wysoka. Trochę przypominała syrop klonowy. 

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się około 2,5 łyżki oleju, a że pasta "dziubnięta" okazała się twarda, sucha i zbita, wymieszałam całość. Było to trudne z racji ogólnej masywności i "konkretu" masy, a także przez ogromną ilość kawałków nerkowców. Większość była średniej wielkości, blada - powiedziałabym, że surowa. Jedynie drobinki ewidentnie były ciemno-prażone; znalazło się też trochę "czarnych cosiów". 
Choć pasta wyglądała na suchą, z czasem okazała się po prostu masywna i konkretna, jedynie w porywach suchawa. Na pewno suchawo-twardawa była na samym dnie - gdy przyszło to jeść, próbowałam wymieszać, ale okazało się, że ta twardość nie wynika z suchości. A przynajmniej nie tylko. I w zasadzie... była to tylko twardość pozorna, bo w ustach wrażenie to błyskawicznie ulatywało.
W trakcie jedzenia pasta wykazywała wysoką, zbitą maślaność, ale też miękkość. Cała, sama w sobie sprawiała wrażenie nieco jędrnej. Była tłusta właśnie w maślany sposób. Zalepiała usta, ale nie przytykała. Po tym powoli odpuszczała jak topiące się w cieple masło z dołożoną orzechową masywnością. Chwilami wydawała mi się ciastowa (myślę o czymś zakalcowatym), chwilami bardziej kremowa. Miękko-twardsza (?) część z dna sprawiała wrażenie zbito-ubitej, nawet niekoniecznie suchawej. W ustach rozchodziła się, nieco "kremowiejąc", ale właśnie też jak bardzo maślany, złudnie twardawy krem. Mimo obecności drobinek i kawałków, nie wydała mi się specjalnie "miazgowa", a jakby do gładkiego kremu po prostu dorzucić kawałki. Bazowo nawet gładko-śliskawą mogłabym ją określić.
Uwalniała mnóstwo kawałków orzechów nerkowca. Drobne, mocniej uprażone były przeważnie chrupiące, ale wciąż miękkich. Większe sprawiały wrażenie surowych i miękko-jędrnych. Najlepiej było mi zostawiać je na koniec i dopiero wtedy gryźć i ciamkać.
Krem był tłusto-ciężki, acz kawałki i drobinki nieco to przełamywały.
Ze struktury bardziej niż z kremami z nerkowców, kojarzyła się z fistaszkowymi "crunchy" z dodatkiem zakalcowego elementu.

W smaku w pierwszej sekundzie uderzyła szokująco wysoka słodycz. Od początku krem był słodko-maślany. Słodycz miała charakter mieszanki delikatnego syropu klonowego i jasnego miodu. Wiązała się z maślanością, a przez obecność nuty syropu klonowego, pomyślałam o nerkowcowych, tłustych pancake'ach właśnie z nim. W samej paście doszukałam się elementu maślano-pancake'owego albo... masy na ciasto?

Zaraz maślaność zrównała się ze słodyczą i objęła dowodzenie. Ta czysto, specyficznie nerkowcowa wydawała się podkreślona bardziej zwykłą, a jednak oczywiście smak nerkowców był nie do podważenia. Chwilami jednak zaczął nieco odlatywać.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przez wysoką słodycz w mojej głowie mignęła myśl: "woda z cukrem". Do bazy wemknęła się pewna nijakość / rozwodnienie smakowe. Jakby wodnisty "nerkowcowy" syrop klonowy rozrzedził smak "nerkowcowych" grubych naleśników. 

A jednak kawałki orzechów sprzeciwiały się czemuś takiemu i podkręciły właśnie nerkowcowość. Nie musiałam ich specjalnie zachęcać gryzieniem, by roztaczały swój smak. Wydobyły z pasty bardziej niż prażoną, to smażoną nutkę. Pomyślałam o leciuteńko podsmażonych w nerkowcowym maśle (alternatywie dla konwencjonalnego) orzechach, a potem o pancake'ach z umieszczonym na nich kawałeczkiem topiącego się masła (nerkowcowego!).

Kawałki oczywiście gryzione, robiły to mocniej, jednak nie były o wiele intensywniejsze od pasty - w zasadzie stały na równi z nią (tylko że bez tego nijakiego epizodu).

Zwłaszcza od ciemniejszych drobinek odchodziła wyraźniejsza nutka prażenia... Czy raczej delikatnego, trwającego dosłownie sekundę podsmażenia (w nerkowcowym maśle). Podbijała myśli o syropie klonowym i jego słodyczy.

Większe kawałki orzechów zostawiałam na koniec. Smak oddawał wygląd i strukturę. Były jasne i delikatne, a on właśnie taki wyrazisty w swej delikatności. Powiedziałabym, że to pełne nerkowcowego smaku orzechy surowe, "orzechowo czyste". Przy bardziej mdławych wątkach kremu wydawały się aż zabawnie "roślinne", co zadziałało na korzyść całości.

Po zjedzeniu został posmak maślano-nerkowcowy, jakby pewna słodka wodnistość związana z syropem klonowym. Czuć prażono-podsmażone motywy, ale jedynie jako echo. 

Całość mi smakowała, mimo że mam żal o chwilowe niedogorywanie nerkowców-orzechów kosztem maślaności związanej ze smażeniem. Nie mogę nazwać tej pasty mocno / ewidentnie smażoną, ale bliżej jej do takiej, niż wyraźnie prażonej. Tak czy inaczej, orzechy były obrobione lekko, co się akurat chwali. Osiadły w słodkich realiach. Ogół jednak i tak był wyraźnie i częściowo satysfakcjonująco nerkowcowy. Naturalna maślaność i słodycz tych orzechów przytoczyła ciekawe skojarzenia, ale te poszły dalej i wydawały się nie pochodzić tylko od nerkowców.
Konsystencja do mnie jednak nie przemówiła. Taka zwarta, maślano-gładka, a i tak najeżona, złudnie twardawa (acz w ustach mięknąca) i chwilami aż suchawa oraz wysoka zawartość kawałków w dłuższej perspektywie trochę... Może nawet nie tyle męczyła, co dziwiła. Wydawała mi się mało nerkowcowa. Skojarzyła mi się z nerkowcowo-maślaną wersją Auchan Sante 100% Crunchy, ale mimo wszystko takie coś do fistaszków jakoś bardziej mi pasuje.
Nie umywa się do Orzechowni 100 % z nerkowców - to wiem na pewno.
Mam jednak wątpliwości co do zestawienia ją z masłem nerkowcowym prażonym Primaviki. W zasadzie Primavika jest lepiej zrobiona, ale na wydźwięk są zupełnie inne. A obecnie ja tak soli nie cierpię, że już wolę coś nieco bardziej mdławego i o gorszej strukturze, ale nie słonego, więc... Trzeba po prostu przy wyborze pomyśleć o tym, na co bardziej jest się tolerancyjnym.


ocena: 8/10
kupiłam: Rossmann
cena: 21,99 zł (za 180 g)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca