wtorek, 29 września 2026

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów

Kiedy zleciłam ojcu trzy wówczas nowości Sante: kremy słodzone z daktylami, byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by dokładniej się nimi interesować, co i jak. Wystarczyło mi kontrolne spojrzenie na składy. Wtedy uznałam, że pewnie będą przesłodzone, ale miałam nadzieję, że w stopniu, który nie wyklucza jeszcze przyjemnej uczty. Składy więc widziałam. Nie wiem więc, skąd u mnie przekonanie, że dziś przedstawiany był na bazie orzechów laskowych. Przecież tych w jego składzie w ogóle nie ma. Dziwne. A co było? Moje ulubione orzechy! Włoskie i nerkowce to moje naj. Ale... nauczona doświadczeniem z wybuchami optymizmu byłam ostrożna. Raz, że wymieszanie dwóch najlepszych składników nie zawsze oznacza arcypyszny efekt, a dwa... Słodycz i sól potrafią wszystko zepsuć. Właśnie podobny krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl rozczarował mnie. Ale... stworzyć coś z tym wszystkim oczywiście też można, nie wątpiłam. Ale właśnie i zepsuć. Do kremu podeszłam więc z ciekawością, a jednocześnie trochę sceptyczna.

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów to krem z prażonych orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami w proszku.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów włoskich, osłodzonych motywem łagodnego, wręcz trochę krówkowego karmelu. Karmelu i krówek maślanych, które to skojarzenia podpowiadały nerkowce, jednocześnie do rozpoznania jako one same bez trudu. Słodycz stanęła jednak na średnim poziomie, gdyż przełamywały ją nutki z tła: goryczka skórek orzechów włoskich oraz trochę soli. Ta ostatnia osłabła po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 3,5 łyżeczki, a wymieszałam 2-2,5, może nawet też 3 (trudno się doliczyć). Miałam wrażenie, że ten olej był jakby troszeczkę rozwodniony.
Gdy mieszałam, krem niżej wyglądał na suchy, więc myślałam, że jeszcze później z powrotem doleję więcej, ale nie. Dobrze więc, że od razu tego nie zrobiłam. Z łatwością przyjmował olej i robił się bardziej kremowy, jakby wilgotniał. Mimo to, trudno było uzyskać jednolitą konsystencję, bo grudko-zbitki kremu nie chciały się tak łatwo rozmieszać z resztą, nieco rzadszego, ciągnącego kremu. Widać w nim było coraz więcej drobinek i ciemnych kropek.
Mimo że miejscami krem wyglądał na suchy, jedzony jakby przybierał na wilgotności i przedstawił się z bardzo tłustej strony. Krem był gęsty i zbity, ale w trakcie jedzenia szybko zmieniał się w oleiście miękki. Zalepiał usta i gęstniał w sposób typowy dla czystych past orzechowych. Rozpływał się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, zapominając trochę o początkowej gęstości. Robił to z łatwością, gdyż zawierał sporo jakby kryształków. Te rozpuszczały się, udając zwykły cukier. Wraz z drobinkami orzechów dołożyły się do niemal ziarnistego, pylistego wrażenia. Nie było to wrażenie miazgowe, jakie czasem tworzą drobinki orzechów. Kryształki z czasem sprawiały wrażenie lekko zawilgoconego cukru. Gdy gryzłam je, także przypominały cukier. Wolałam więc dać im się rozpuszczać. Rozrzedzały więc masę, zmieniając ją w swego rodzaju zawiesinę, walczącą o zwięzłość. Z czasem w tłusto-ziarnistej zawiesinie pobrzmiewała jakby ukryta suchość orzechów włoskich. Całość zaś w końcu łatwo, wręcz trochę tłusto-wodniście znikała.
Ogólnie masa, pogryziona z ciekawości, trzeszczała, skrzypiała i pochrupywała; wtedy miałam wrażenie, że jest z drobnym cukrem.
Po zniknięciu masy i kryształków w ustach prawie nic nie zostawało. Naprawdę pojedyncze drobinki o mniej lub bardziej miękkiej strukturze, tak niewymagające, że nie trzeba było ich gryźć i dziwnie twarde drobinki trochę większe, których nie dało się gryźć, bo były twarde jak kamień - kawałki pestek daktyli czy co?

W smaku pierwsze odezwały się władcze orzechy włoskie  oraz przebłysk wysokiej, złudnie cukrowej słodyczy. Same w sobie orzechy wydały mi się lekko słodkawe, jak takie młodziutkie sztuki, w dodatku pozbawione skórek, ale też z nutką wręcz ciasteczkową tuż obok.

Ciasteczka wyobraziłam sobie jasne, maślane - takie przeuroczo słodziutkie, np. wyidealizowane herbatniki "zwierzaki". Ta ciasteczkowa słodycz wpisała się w orzechowość - nietrudno zgadnąć, że to orzechy nerkowca ją zbudowały. Nie kryły się z tym, że to właśnie one. Nerkowce czuć wyraźnie, ale dopiero za włoskimi.

Słodycz startująca z wysokiego pułapu ani myślała odpuszczać, mimo że orzechy włoskie zajęły pierwszy plan, jawiąc się jako coraz mniej słodkie. Nie to, że robiły się gorzkie, ale po prostu obok pojawiało się coraz więcej słodszych elementów, za sprawą których na jaw wychodził ten poważniejszy charakter lekko prażonych orzechów włoskich.

Ogólna słodycz bowiem rosła odważnie. Przez moment wydała mi się iść w nieco cukrowym kierunku, ale potem znów zaskoczyła na krówkowo-karmelowy tor, a zaraz i daktyle się zdradziły.

Raz po raz w tle przemknęło echo soli, podkreślające orzechy włoskie, ale i motywujące słodycz do działania.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji daktyle rozbrzmiały wyraźnie. Choć w żadnym wypadku nie przesłodziły kompozycji, czasem czuć ich lekko piekący efekt i zbliżały się ryzykownie do przesady. Zgrały się z lekko prażonymi nerkowcami, przywodząc na myśl ciasteczka karmelowe. Nerkowce właśnie nadawały słodyczy naturalniejszego, szlachetniejszego charakteru.

Orzechy włoskie dbały o to, by słodycz nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Raz po raz w tle przemykała delikatna, szlachetna goryczka skórek orzechów. Do głowy przyszła mi też "smakowa suchość", mimo oleistego echa, które pojawiło się przy włoskich. Rzadko, ale jednak, epizodycznie wychylała się odrobinka soli. Słodycz w końcu zdecydowała się trochę odpuścić.

Mimo to, i tak sporadycznie nawet w gardle się zaznaczała, choć faktycznie pod koniec już się oddalała. Nakręcała się nawzajem z tym poważniejszym, goryczkowatym motywem orzechów. Do głowy przyszedł mi wytrawniejszy tort z biszkoptu karmelowego z kremem z orzechów włoskich, a co jakiś czas, z czasem coraz częściej, wychylało się echo soli. Przełamywało słodycz i podkręcało motyw sucho-oleisty (?) orzechów włoskich. Nie jako krem czy tort, a po prostu podprażono-podsmażonych orzechów.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich wraz z goryczkowatym akcentem skórek, ale też ciasteczkowo-karmelowo słodki. Za niego odpowiadały wyraźnie wyczuwalne orzechy nerkowca i nieco mniej wyraźne, ale też do rozpoznania daktyle o wręcz piekących, ale nie przesłodzonym za cięciu. Wyraźnie wyłoniła się też sól.

Krem był smaczny, ale mam zastrzeżenia. Połączył goryczkę orzechów włoskich ze słodyczą niemal krówkowo-karmelowo-ciasteczkową, którą stworzył duet orzechów nerkowca i daktyli. Ciekawie splatały się tu niemal urocza słodycz z wytrawniejszą goryczką. Naprawdę bardzo ciekawa kompozycja, wyważona i zarazem trochę przyjemnie kontrastowa. Ryzykownie słodka, ale to jeszcze nie jest jej jednoznaczny minus. Na pewno minusem była sól, , która niczego dobrego nie wnosiła, a przeszkadzała, będąc jakby dodaną kompletnie bez sensu. Specyficzna, jakby sucho-oleiście-tłusta konsystencja kremów z orzechów włoskich została trochę uładzona i wtłoczona w realia reszty kremów orzechowych (wg mnie moje kochane włoskie niezbyt nadają się na kremy 100%). Wszystko byłoby dobrze, gdy o strukturę chodzi, gdyby nie te sporadycznie trafiające się kamienne drobinki, przez które bałam się o zęby. One i sól przełożyły się na odjęcie 2 punktów, za to 0,5 punktu poleciało za jednak czasem nieco za silną słodycz daktyli i jednak ogólny odbiór.
Niewątpliwie wyszedł więc lepiej niż zdecydowanie bardziej słony krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl.


ocena: 7,5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy włoskie 52%, prażone orzechy nerkowca 32%, proszek daktylowy 16%, sól

niedziela, 27 września 2026

Zotter Red Fruit / Rote Fruchtchen owsiana 50 % z owocowym kremem z truskawek, wiśni, malin, żurawiny i czekolady białej i kokosowej i nugatem migdałowym z kawałkami marakui, pomarańczy i cytryny oraz cienkimi warstwami ciemnej czekolady

Od dawna chodziło mi to po głowie, acz dopiero pisząc wstęp pod tego posta, zdałam sobie sprawę, za jak bardzo problematyczny uważam termin "czerwone owoce" w odniesieniu do nut np. czekolad. Przecież czerwony jest i grejpfrut, i poziomki, i czerwone porzeczki. Wśród czerwonych owoców są moje ukochane grejpfruty, wiśnie o kwaśno-cierpkim smaku, niemal zasładzające czereśnie, jabłka, a także chyba jedyne powszechne owoce, których bardzo nie lubię, czyli czerwone porzeczki. Kompletnie różne wydźwięki, smaki... Mogą być do sienie podobne, ale też zupełnie inne; mogą współpracować lub się kłócić. Jakie i w jaki sposób połączył Zotter? Kiedyś pewnie od razu w ciemno uwierzyłabym, że z głową, ale obecnie łypnęłam na to podejrzliwie. Sama z siebie pewnie więc nie zainteresowałabym się tą tabliczką. Traf jednak chciał, że ją dostałam. Skład zaś zaczęłam przeklejając do posta na krótko przed degustacją. Wtedy też się trochę zdziwiłam. Czekolada owsiana? Takiej od Zottera nie jadłam. Aż za dobrze kojarzyłam za to "wydziwianą" Zotter Labooko Single White Rice Coconut no sugar added. A jednak... z kolei Zotter Labooko Soy milk / dark wyszła bardzo przyjemnie. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak ta owsiana mogłaby wyjść z czerwonymi owocami... Do głowy szybko przyszła mi myśl, że jeśli coś łączy większość czerwonych owoców w moim odczuciu, to to, że pasują do ciemnej czekolady, niekoniecznie mlecznej albo jakby mlecznej. Coś czułam, że ta kompozycja może nie być najlepsza...


Zotter Red Fruit / Rote Früchtchen to wegańska ciemna "mleczna" czekolada owsiana o 50% zawartości kakao nadziewana (28%) kremem "ganache" z czerwonych owoców: truskawek, wiśni, malinowo-kokosowej kuwertury / białej czekolady, żurawinowej kuwertury / białej czekolady i cytryny oraz (28%) praliną / nugatem migdałowym z kawałkami owoców: marakui, pomarańczy i cytryny, a także cienkimi warstwami ciemnej czekolady. 

Po otwarciu otwarciu poczułam zapach głównie łagodnej czekolady zgranej z migdałami. Sama w sobie wydała mi się bardzo chlebowa, przywodziła na myśl też jakieś ugotowane na słodko kasze z kakao. Zarówno słodycz, jak i chlebowość podkręcały migdały. Wyobraziłam sobie chleb mieszany pszenno-żytni posmarowany korzennym karmelem. Za tym wszystkim stanęły kwaskawe i zarazem lekko pudrowe owoce: przede wszystkim cytryna, ale też czerwone: wiśnie, truskawki, żurawina, a nawet pewna egzotyka. Motyw kwaśnych owoców nasilił się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Cytrusy wystąpiły wtedy na równi z czerwonymi, a i marakuja się pokazała. Przy cytrynie z korzenności chyba wychylił się imbir. Migdały zaś zrobiły się wyraźnie nugatowe.

W dotyku czekolada wydała mi się dziwnie ulepkowata-sucha, a cała tabliczka średnio masywna. 
Przy łamaniu czekolada chrupko trzaskała, a wnętrze dało się poznać jako dość miękkie za sprawą różowego nadzienia. Nugat, wyglądający na suchy, trochę się kruszył, ale i on nie był bardzo konkretny.
W ustach czekolada okazała się niespotykanie gęsta. Potrzebowała chwili, by zacząć się rozpływać, a gdy już zaczęła, poszła w kierunku zbyt gęstego, pylistego budyniu. Pomyślałam o takim, do którego dosypano o wiele za dużo kakao.
Po chwili do czekolady dołączały nadzienia.
Ku mojemu zaskoczeniu szybciej rozpuszczało się nugatowe, czerwona warstwa stawiała najpierw stawiała drobny opór.
Nugat dał się poznać jako zbity, masywny, ale chętnie chętnie zmieniał się w mazistą, tłustą masę. Gdyby nie owocowe drobinki, byłby za tłusty, ale przez nie wyszedł... ślisko. Owocowe wystąpiły w zaskakującej, różnej formie. Były tam głównie trochę zżelowane, gumiaste jakby zlepki soki i pyłku. W większości soczyste, ale niezbyt chętnie się rozpuszczały wraz z nadzieniem.
Krem czerwony był zbity i trochę proszkowy. Rozpuszczając się, wykazywał średnią tłustość, ale mocno miękł. Wydał mi się zagęszczony w sposób czekoladowo-żelowo-galeretkowy. Z czasem zostawało tylko poczucie zżelowania, spójne z narastającą soczystością.
A jednak czekoladowa kremowość nie zatraciła się, bo z czasem, z nadzień wyłaniała się właśnie ona: bardziej tłusto-mazista kremowość czekolady ciemnej ze środka.
Na koniec w ustach prawie nic nie zostawało: jakieś resztki rozpuszczających się owocowych zżelowanych glutków i dosłownie pojedyncze skórki. Gryzione, zanim zupełnie się rozpuściły, lepiły się do zębów.

 W smaku czekolada przywitała się delikatną słodyczą i znikomą gorzkawością kakao. Po chwili splótł je roślinny motyw, na który powoli nałożył się obraz jakiejś kaszy ugotowanej na wodzie, ale za to z kakao, przyprawami korzennymi i karmelem. Słodycz rosła, ale ogólnie trudno stwierdzić, do jakiego poziomu, bo wnętrze szybko dochodziło do głosu. Przygłuszało jej specyfikę, a już na pewno owsianość. W zestawieniu z nadzieniami odlegle kojarzyła mi się po prostu zbożowo, czasem trochę chlebowo.

Czekolada spróbowana osobno była wyraźniej owsiana i wręcz pikantna, ale też trochę rozwodniona. Kakaowość mieszała się w niej z korzennym ciepłem. A to zaś ze słodyczą aż nieco piekło w język. Sama w sobie była znacząco słodka w ciężki, melasowo-korzenny sposób. Sama kojarzyła się trochę z melasowo-karmelowymi ciastkami korzennymi.

Do głosu szybciej dochodziło nadzienie czerwone, nugatowe trzymało się z tyłu, pobrzmiewając delikatniej.
Z czasem kakaową nutę podkreślała gorzkość warstwy czekolady ciemnej. Wydała mi się soczysta, a przynajmniej harmonijnie zgrana z soczystością nadzień.

Krem z czerwonych owoców przebijał się kwaśnością cytryny i wiśni, chyba też żurawiny, do których dołączała trochę leniwa słodycz. Przybrała trochę pudrowy wydźwięk. Poprzez nią wkroczyła mieszanka czerwonych owoców. Pojawiły się truskawki, w porywach chyba maliny, po czym wszystkie one zmieszały się w motyw po prostu czerwonych, bardzo soczystych i zaskakująco świeżych owoców.

Krem spróbowany osobno okazał się kwaśniejszy, ale nieco wyraźniej czerwono owocowy. Nugat podkreślił jego cytrynowość.

Nugat kompozycji dodał przede wszystkim maślaność. Nugatowe migdały jednak też czuć, ale bardzo słabo. I w zasadzie tylko gdy dopiero wkraczał, kiedy to jeszcze sporo do powiedzenia miała czekolada. "Kaszowata" nuta podkreślała bowiem migdały.  Z czasem jednak nugat zdawał się już tylko osładzać warstwę czerwoną, aż potem nagle przechwycił kwaśność. Raz po raz, gdy rozpuszczały się kleksy i drobinki owocowe, kierował wszędobylską cytrynę w stronę ogólnie żółtych owoców. Serwował kwaśne prztyczki marakui, przebłyski mango (?). Tchnęły w kompozycję trochę egzotyki i przygłuszyły migdałowość.

Nugat spróbowany osobno z jednej strony był trochę wyraźniej słodko nugatowy, ale wcale nie koniecznie migdałowy. Zanim na dobre rozbrzmiały w nim kwaśne owoce egzotycznie-cytrusowe, odnotowałam w nim korzenne ciepło: jakby wręcz pieprzność, imbir. Potem jednak, gdy wkraczały owoce, odnotowałam w nim mydlaną nutę, związaną z egzotycznymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciemna czekolada ze środka próbowała wszystko trochę harmonizować, ale i ją zagłuszyły owoce. Jej nie dało się wyodrębnić od nadzień.

Wszystko mieszało się w kwaśno-słodki, głównie owocowy, ale trochę zbożowo-korzenny miszmasz. Sporo cytryny dopuszczało do głosu trochę wiśni, w porywach wychwytywałam i inne, gdzieś tam przemykały mi iluzoryczne czerwone porzeczki. Potem jednak znów robiło się bardziej cytrynowo, a w zasadzie nawet nie jednoznacznie cytrynowo, a cytrusowo, czasem egzotycznie. Ciągle coś się działo, ciągle jakiś inny owoc wychodził na przód. Za to migdałowa warstwa w tle zrobiła się jakaś słodko-tłusto nijaka. Migdałowość niby próbowała uchwycić się zbożowo-ciasteczkowej czekolady, ale i ona w zestawieniu z owocami wydawała się wodnista. Owocowa kwaśność jakby wręcz trochę zaznaczała się w gardle, chyba razem ze słodyczą i ostrością (imbiru?).

Jedyne co, to do końca utrzymywał się akcent cierpkawego kakao, zgrany i pasujący do kwaśnych owoców, ale z kolei... podkreślający pudrowość i mydlaność, też obecną w nadzieniu czerwonym. Zbożowa czekolada podtrzymała akcent ciasteczek melasowo-korzennych, które choć ciekawe, gryzły się z owocami.

Końcowo większość się już rozpuściła, a klekso-drobinki jeszcze kończyły - no i one zapewniały kolejne ukłucia cytryny, marakui. Kwaśne, soczyste.

Po zjedzeniu został posmak egzotycznie-cytrusowo-czerwono owocowy. Czuć marakuję i mango, ale też ogrom czerwonych, powiedziałabym, że wiśnie, żurawiny, ale też jakby czerwone porzeczki. Do tego echa korzenne i migdałowe. Czułam też słodycz korzenną i obok jakby pudrową, ale nie wysoką, bo przełamaną kwaśnością. Do głowy przyszła mi jeszcze kakaowa kasza, owsianka ugotowana na wodzie, niestety z mydlanym echem. Posmak, jak i cała degustacja, był nieprzyjemnie namieszany i chaotyczny, niejasny.

Tabliczka mi nie smakowała. Chaos smakowy zupełnie mi się nie podobał. Nie rozumiem, po co tam tyle cytryny, która rozmyła ciekawsze zestawienie owoców. Czerwonych było tam za dużo - trudno je połapać i porządnie się czymś nacieszyć. Drobinki ze sproszkowanych soków marakui, mango i cytrusów w żaden sposób do nich nie pasowały, a tylko zagłuszały migdałowość i działały na niekorzyść i nugatu, i całej kompozycji. Trochę ciemnej czekolady z wnętrza smakowo na plus, ale z kolei owsiana czekolada z wierzchu traciła swą charakterystykę w tym wszystkim. Co do konsystencji - też mnie nie przekonała. Niby ten tłusty nugat z żelowymi kleksami owoców i lżejsze owocowe nadzienie w pewnym sensie były spójne, ale poprzez akurat niezbyt przyjemny efekt właśnie "zżelowanie".
Naprawdę wierzę, że sam nugat migdałowy z owsianą czekoladą i tą warstwą ciemnej mógłby stworzyć zacną, zbożowo-owsiankową, korzenną kompozycję, za to wszystkie te owoce odnalazłyby się lepiej w np. po prostu w towarzystwie czekolady ciemnej i spokojniejszych, jednoznacznych nadzień, może w formie galaretek?

To właśnie głównie przez zaintrygowanie, jak ta owsiana czekolada łączyła się z nugatem w pierwszych sekundach zjadłam sporo jak na coś takiego, złożonego z elementów, którym wszystkim miałam coś do zarzucenia. Dlatego właśnie jednak 6 nie 5. Wyszło, że zjadłam jedynie 14 g i nie miałam ochoty wczuwać się w ten chaos wszystkiego, co się tam tylko dało wepchnąć. Jednocześnie to nie było niesmaczne... Tylko że na tyle smaczne, bym chciała zjeść więcej niż tylko spróbować, też.

Mama tak ją opisała "Może i niezła czekolada cytrynowa z czerwonymi owocami. Niezło-średnia? Zjadłam ją, bo zjadłam, taka ot... Ale bez zachwytu. Lepsza od wielu nowości z tego roku, ale wciąż jakaś taka niedookreślona. Opis długi, a nic z tego prawie nie czuć."  


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 68g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 13%, napój owsiany w proszku 5% (owies fermentowany), wiśnie 3%, syrop z cukru inwertowanego, koncentrat truskawkowy 3%, syrop skrobiowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), olej migdałowy, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), liofilizowane pomarańcze 1% (koncentrat soku pomarańczowego, miąższ pomarańczowy), proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), liofilizowana żurawina 1%, liofilizowane maliny 1%, liofilizowana cytryna 0,5% (cukier, koncentrat soku cytrynowego, mango, skrobia), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, chipsy kokosowe, emulgator: lecytyna słonecznikowa; emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowany imbir, anyż gwiazdkowy, cynamon

sobota, 26 września 2026

Cokoladovna Lana Tanzanie 70 % ciemna z Tanzanii

Po kilku czekoladach czeskiej marki Cokoladovna Lana wyrobiłam sobie opinię, że jest dobra i dość bezpieczna, choć nie w sposób, który by mnie jakoś szczególnie w sobie rozkochał. Sięgając po dziś przedstawianą nie spodziewałam się więc niczego porywającego. Acz nie tylko przez to, jak wychodzą robione przez nich tabliczki, a też przez zawartość kakao tak po prostu. Te 70% kakao jakoś coraz mniej mnie satysfakcjonuje. I nie pomógł region: bardzo lubiana Tanzania. Wyszło, że otworzyłam ją niedługo po Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili, która poprzeczkę zawiesiła wysoko. W większości lubię takie porównania, ale tutaj Lana była na przegranej pozycji już u startu, właśnie przez zawartość kakao.

Čokoládovna Lana Tanzánie 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tanzanii.

Po otwarciu poczułam kwaśny zapach niemal czerwono winnego octu balsamicznego i wiśni, z łagodzącym, lekkim akcentem słodszych śliwek z tyłu. Obok pokazały się skały i trochę ziemi oraz dymna paloność, obiecujące więcej niż 70 % kakao. W oddali doszukałam się trochę surowych orzeszków ziemnych. Osłodził to wszystko nieco wycofany karmel i jakby drzewno-palonego syrop klonowy. Przy nich zaznaczyły się też kwiaty, jakby ukwiecone drzewa? Drzewka owocowe?

Niemal czarna tabliczka, o tłustych skłonnościach w dotyku, była dość twarda przy łamaniu. Acz jej trzask wydawał się jakby stłumiony.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym. Początkowo nieco chropowato, potem coraz bardziej gładko, wręcz aksamitnie, mimo że była znikomo tłusta. To wrażenie podkreślała miękkość. Z czasem wróciła chropowatość... Acz bardziej jako proszkowość? Czekolada robiła się coraz bardziej proszkowo-zawiesinowa, choć uparcie trzymała kształt niemal do końca, i znikała łatwo.

W smaku pierwsza rozbrzmiała bardzo wysoka słodycz o palono karmelowym charakterze. Mimo paloności, niewątpliwie był to karmel mocno maślany. Paloność dopuściła do głosu syrop klonowy - nie jakoś szczególnie wyrazisty, ale po prostu coś... dopowiadającego karmelowi nutę drzew? Trochę naturalnie palonego?

Po chwili w oddali odnotowałam bardzo nieśmiałą słodką soczystość czerwonych owoców. Jakby obiecała trochę kwasku, mimo że na razie sama była raczej słodka. Zaraz do głowy przyszły mi poziomki: takie prosto z lasu, też kwaskawe, ale jedzone z miodem.

Początkowa drzewna nutka zgrana ze słodyczą w jedno, zasugerowała kompozycji też pewną orzechowość. Orzechy jednak wydawały się cały czas bardzo niezdecydowane. Na pewno jednak umacniały skojarzenie z "drzewnym" syropem klonowym.

W słodkiej strefie na znaczeniu przybierał miód. Prawie zapomniał o poziomkach. Zaczął zdradzać wspólny charakter z drzewami, ale już innymi, bo kwitnącymi, ukwieconymi drzewkami owocowymi. Właśnie, że ta niełatwa do uchwycenia miodowość jakby obiecała kwiaty.

W tym czasie pojawiła się też i umacniała gorzkość. Na pewno palona, acz nie za silna. Po chwili zaczęła przywodzić na myśl gorące skały i trochę również rozgrzanej ziemi.

Zarówno słodycz, jak i gorzkość, łagodziła delikatna maślaność. Rosła, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa sprawiając, że słodycz zatrzymała się na tym wysokim poziomie - jeszcze trochę, a mogłaby zrobić się za silna! Za to goryczce uniemożliwiła już u startu silniejszy wzrost.

Miód i kwiaty próbowały się przebić nieco ambitniej, ale w końcu jednak odpuściły i zajęły miejsce trochę z boku.

Kwiatowość i wcześniejsza myśl o drzewkach owocowych przełożyła się za to na myśl o sadzie, rozgrzanym słońcem, w którym trwają zbiory dojrzałych, słodko-kwaskawych śliwek. Śliwki wprowadziły leciutki kwasek, a potem w ten wstrzeliło się trochę dojrzałych, cierpkich, ale i słodkawych wiśni. Do nich dołączyło trochę poziomek, które zdążyły po drodze trochę zaniknąć. Osładzały te bardziej cierpkawe owoce, bo wciąż trzymał się ich miód.

Te cierpkawe owoce podkręciły trochę ziemistość. A ona z kolei troszeczkę podkręcała kwasek. Do tego dym i palone tony także spróbowały się jednak nasilić. Maślaność jakby straciła czujność i... gorzkość nieco wzrosła.

Owoce czerwone zrobiły więcej miejsca na kwasek, a tam nagle wsparło je troszeczkę cytryny. Słodycz, jakby chcąca uniemożliwić kwaśności rozwój, podskoczyła. I to bardziej niż gorzkość. Oferowała głównie karmel, po czym przypomniała sobie o orzechach. Wydobyła miód i fistaszki z oddali, wtłaczając je w miodowo-nugatowe realia. Połączyła maślaność z orzechami i podporządkowała ją tym samym sobie, słodyczy. "Drzewny" syrop klonowy też na to z ochotą przystał. Poczułam lekkie drapanie w gardle jakby od miodu, ale w sumie nie miód jako nutę smakową.

Po zjedzeniu został posmak palony, ale jako tło dla wyrazistej, silnej słodyczy maślano-karmelowego nugatu. Chyba z miodem. Wróciło trochę owoców, ale już tylko słodkich, jedynie z nikłym echem kwasku cytryny. To poziomki oraz śliwki i wiśnie, ale wkomponowane w słodycz kwitnącego sadu (tak, wiem, że drzewka najpierw kwitną, potem rodzą owoce, ale tutaj te nuty wystąpiły razem).

Czekolada była smaczna, ale jak dla mnie za słodka i za mało gorzka. Brakowało mi też wyrazistszych owoców i kwaśności. Zwłaszcza po tak niesłodkim, charakternie winnie-wiśniowym, skaliście-ziemistym zapachu. Ileż bym dała, by czekolada smakowała jak pachniała! Tak to w duże mierze serowała karmel, trochę bardziej drzewny syrop klonowy, kwiatowość miodu. Wymieszała je z palonością, drzewami i skałami, ale te mocno złagodziła maślaność, potem maślano-nugatowy wątek oraz no, jednak ta słodycz. Poziomki nieźle się odnalazły, acz charakterniejszych wiśni i śliwek, osłodzonych kwiatowym sadem, czułam niedosyt.

To, czego mi brakowało w dziś przedstawianej, a więc porządnie kwaśnych owoców, czułam w Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili. Karmel, kwiaty, owoce czerwone - coś podobnego można wychwycić, ale nie były zbyt podobne.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 149 Kč (26 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 24 września 2026

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon mleczna 41 % z roślinnym bekonem, syropem klonowym i wędzoną solą morską

Ostatnimi czasy zauważyłam, że już kilka razy zdarzyło mi się przeczytać to, co przeczytać chciałam, a nie to, co realnie było napisane. Tak właśnie stało się z tą czekoladą. Zdecydowałam się ją zamówić, bo naprawdę uważam, że Amerykanie umieją łączyć czekoladę z mięsem. Tu też zarówno mleczne, jak i ciemne się sprawdzają, gdy się umiejętnie je zrobi. Marka Chuao ma zwariowane smaki, wiele z nich jest nie po mojemu z dodatkami poprzylepianymi do tabliczki, ale... pomyślałam, że mięso może w takiej formie się odnaleźć. Niestety, po otwarciu przesyłki zobaczyłam kompletnie zmiażdżone tabliczki. Ech. Było tak źle, że aż zwrócili pieniądze. Postanowiłam więc przez jakiś czas po prostu o niej nie myśleć. Postanowiłam, że wezmę ją w góry, jak już zrobi się cieplej, by nie odmrozić sobie rąk podczas układania czekolady do zdjęć. Wreszcie więc nadeszły cieplejsze dni, a ja zaczęłam planować wyprawę na Babią Górę od strony słowackiej. I wtedy czekała mnie wielka niespodzianka: to tabliczka z roślinnym "bekonem"! Od jakiegoś czasu od znajomego słyszałam pozytywne opinie, że właśnie różne wege zamienniki, które próbował, całkiem nieźle udawały mięso, więc zamiast wściekać się na siebie za zamówienie czegoś takiego, podeszłam raczej zaintrygowana. Fakt, jestem mięsożerna, ale cenię też po prostu smaczne różności i lubię ciekawostki.
Czekoladę wzięłam na niewymagającą trasę w Beskid Sądecki, bo wyżej akurat strach było jechać przez roztopy i lawiny. Akurat w towarzystwie kolegi, optymistycznie wyrażającego się o wege nibymięsach. Otworzyłam ją jakoś nietypowo, bo już prawie na zejściu, w okolicach Szałasów Jarzębackich, gdzie dotarłam z Hali Pisanej, na którą weszłam od strony Hali Łabowskiej. Potem już tylko przez błoto i wieś do Piwnicznej-Zdrój, skąd wystartowałam.

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon to mleczna czekolada o zawartości 41% kakao z Wenezueli z wegańskim / roślinnym "bekonem", syropem klonowym i wędzoną solą morską.

Po otwarciu rozszedł się intensywnie wędzony zapach, poniekąd po prostu dymny, poniekąd należący do wędzonej papryki, ale też kojarzący się z bekonem albo jerky (amerykańskie suszone mięso) nią przyprawionymi. Czuć sól, ale też trochę karmelowej słodyczy wszystko to na tle czekolady raczej delikatnej, lecz wyraźnie mlecznej. Dałabym się nabrać, że to tabliczka z prawdziwym bekonem, ale mocno przyprawionym. Gdybym nie wiedziała, co wącham, powiedziałabym, że dodatek do mlecznej czekolady to wędzona papryka i sól.

Połamana czekolada wydawała się konkretna i tłusta. Na spodzie widać było też trochę zatopionego dodatku, ale przebijającego spod czekolady (a nie jak się spodziewałam w formie doklejonej "posypki").
Tam gdzie przyszło mi ją łamać, była dość twarda, ale nie trzaskała. Przekrój ujawnił średnią ilość raczej małych kawałków nibybekonu. Jak się jednak okazało, trudno zrobić kęsa, by nie trafić na dodatki.
Kawałków roślinnego bekonu dodano do niej średnio dużo, acz bardzo często na niego trafiałam, bo wystąpił pod postacią głównie bardzo małych kawałków i płatków. Tylko jeden czy dwa trafił się większy. Kęsy bez niego jednak też się zdarzały, choć niewiele. W nich jednak dodatkowo, odnotowywałam kryształki. Nie udało mi się więc zrobić kęsa samej czystej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i tłusto. Była maślana i gęsta, wysoce mazista. Miękła i rozpływała się w średnim tempie, końcowo jednak łatwo, rzadko znikając jak tłuste mleko. Dość szybko jej bazową gładkość zaburzały kryształki, cukrowo-piaszczyste drobinki oraz kawałki "bekonu", jako że wyłaniały się z niej. Przyspieszały jej rozpuszczanie się, a same potrafiły cukrowo zastukać o zęby. Wolałam zostawiać je na koniec. Dodawały czekoladzie lekkiej wodnistości, jako że miały otoczkę, trochę szklista warstwę cukro-karmelu i soli. Sól płatki karmelizowanego syropu klinowego wystąpiły też osobno.
Na próbę jednak pogryzłam dodatki też wcześniej. Wtedy były twarde, mocno chrupiąco-trzeszczące w cukrowy sposób. Wtedy to cukrowa otoczka, nie suche wnętrze dodatku, skupiała na sobie uwagę.
Na koniec, po czekoladzie, zostawały dodatki, a więc głównie roślinny bekon, ale sporadycznie też kryształki soli i cukru.
Kawałki roślinnego bekonu gryzione na koniec wciąż były trochę twarde, w porywach cukrowe, ale bardziej chrupiące jak suche, twarde i kruche kawałki ni ciastek, ni chrupek zbożowych. W nielicznych odnotowałam jakby włóknistą miękkawość, mogącą kojarzyć się z delikatnym suszonym mięsem (jerky). Na niektórych cukrowa otoczka zostawała i dalej przypominała cukier, acz bardziej ciasteczko-cukier.

W smaku czekolada przywitała mnie splotem mleka i wysokiej słodyczy. Choć najpierw wydała mi się cukrowa, po chwili zaczęła przechodzić w troszeczkę karmelową.

Nie w każdym kęsie tak samo szybko i wyraźnie wchodziła wędzona nuta. Często jednak zaznaczała się zaraz po słodyczy i spokojnie pobrzmiewała sobie w tle. Czasem dłużej trwało jej wkroczenie, czasem dość mocno przecinała słodycz nutą dymu wędzarniczego, a czasem wędzonej papryki.

Raz po raz po paru chwilach odzywała się sól. Wystarczyło, że na chwilę się wychyliła i już podkreślała trochę zarówno wędzenie, jak i mleko. Pomyślałam o wiejskim mleku, wspartym masłem. Te zgrały się z solą bardzo harmonijnie, nakręcając się. Przez pewien czas czekolada była więc naprawdę mocno mleczna. Maślaność też miała spory udział, ale trzymała się z boku.
Nawet w kęsach bez kawałków "bekonu" czuć wędzenie.

Z czasem cukrowość została zabarwiona oraz odrobinką wanilii oraz nutką syropu klonowego i karmelu. Czuć je w całej tabliczce, acz to od kawałków "bekonu" i kryształków rozchodziło się najwięcej szlachetniejszego wątku syropu klonowego. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki roślinnego bekonu przyciągały uwagę motywem delikatnego karmelizowania w syropie klonowym, co szło w trochę cukrową stronę, solą oraz kolejną falą wędzenia. Dym wędzarniczy czasem wychodził niemal na przód i przynosił skojarzenie ze skwarkami. Wędzona papryka też się przewijała, acz z różnym nasileniem.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatek wcześniej, słodycz i słoność uderzała, a drobinki pod jakby wręcz cukrem, autentycznie kojarzyły się trochę z przesadnie wędzonym i posłodzonym bekonem jerky. Sama czekolada jawiła się wtedy jako mocno mleczna, ale też przesłodzona do przesady i drapiąca w gardle.

Wraz z otoczką dodatku czasem w pewnym momencie bliżej końca dość często na chwilę robiło się bardzo słono. A mieszanka soli i cukru / syropu potrafiła sporadycznie za drapać w gardle. Nie zawsze, bo i nie zawsze było mocno słono; czasem po prostu słono. W dodatku nie była to po prostu słoność, a słoność wędzona, a dzięki temu nie aż tak strasznie jawna, chamska, a tylko trochę przesadzona. Ciekawa.

W tle czekolada na pewien nie za długi czas debiutu "bekonu" jakby odpadła. Potem jednak, gdy otoczka z nibybekonu się w dużej mierze rozpuściła, wracała poprzez słodycz.

Słodycz po natarciu dodatku utrzymała charakter syropu klonowego, ale i cukrowość się w niej objawiała. Nie była mocno przesadzona, ale po prostu słodycz robiła się prostsza i trochę zbliżała się do poziomu przesady, drapiąc w gardle. Mleko zaś wyszło bardzo osłabione, acz maślaność się utrzymała na niezmienionym poziomie.

Gryzione na koniec kawałki dodatku przeważnie były już pozbawione cukrowo-słonej otoczki. Wtedy smakowały mieszanką kartonu, ciasteczek karmelowych i chrupek zbożowych z suchymi skwarkami tak wysmażonymi / wypieczonymi, że aż zapominającymi o mięsnym smaku. Nie udało im się udawać bekonu, czuć, że to nie bekon czy suszona wieprzowina (pork jerky).
Kilka razy została też jakby sama cukrowo-klonowa skorupka bez "bekonu"; jawiące się jako klonowo słodkie płatki. Parę razy z kolei został kryształek soli, oczywiście słony, ale wciąż w wędzonej otoczce. 

Po zjedzeniu został posmak wędzono-słony, z wędzoną papryką w to wpisaną. Czułam też wysoką słodycz cukru i klonową. Wszystko wpisane w znów znaczącą mleczność, maślaność. Ostał się motyw ciasteczkowo-zbożowo-kartonowy.

Czekolada mnie nie chwyciła, ale nie mogę powiedzieć, by była niesmaczna. Na pewno interesująca. Dobra, mocno mleczna baza dobrze wyszła z tymi dymno-wędzonkowymi nutami i solą. Choć wolałabym, by soli było mniej. Rozumiem jednak, że coś musiało napędzać skojarzenie z bekonem. Choć za słodka, nie chamsko cukrowa, a uszlachetniona syropem klonowym. Nutka wędzonej papryki była dziwna, ale też się wpasowała. Acz nie wiem, skąd się wzięła. A jednak nie podobał mi się tak wędzony smak przy w sumie nijakiej niebekonowej drobnicy. Początkowo nieźle udawała bekon, ale na koniec wychodziło na jaw, że nie ma z nim wiele wspólnego. To wszystko świetnie by pasowało z mięsnym dodatkiem, ale z czymś a'la chrupki zbożowe niekoniecznie. Mnie w dodatku nie pasowała jej konsystencja: wyszła według mnie za bardzo tym wszystkim najeżona, za dużo było w niej kryształków, a sam tak twardy, niebekonowy nibybekon po prostu mi się nie podobał. Wątpię, że posmakowałaby fanom bekonu, jednak tym, którzy lubią słone i ciekawe dodatki w czekoladach oraz lubią, jak im ciągle coś chrupie, jak najbardziej.

Muszę przyznać, że na tyle dziwna, że ciekawostkowo można się wciągnąć, ale nie w większej ilości. Przynajmniej nie w moim przypadku. Trochę w górach - spoko, część co została w domu do zweryfikowania, spoko, ale i tu, i tu po paru kostkach czułam się już przesłodzona i przesolona, więc jakieś 34 g oddałam, nie zmogłam.

Poczęstowany w górach kolega powiedział, że czuje "mleczną czekoladę z wędzoną papryką". Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że jest z roślinnym bekonem.

Mama, której przypadła moja resztka powiedziała zaś: "ja nie rozumiem, po co i dla kogo takie czekolady robić. Według mnie to by była dobra mleczna, gdyby nie ta wędzona sól i bekon. Wtedy byłaby zjadliwa. Spoza tego wydzierała bardzo przyzwoita czekolada. Te dodatki jednak ją zepsuły, w ogóle mi się nie podobały. Ale trzeba jej przyznać, że bekon, boczek, wędzonkę było czuć, to mnie zdziwiło. W sensie, że jakby to naprawdę był boczek w smaku. Ale to w trakcie jedzenia, nie gdy gryzłam te... chrupki. Spróbowałam trochę i mi wystarczy, reszty nie chcę".


ocena: 6/10
kupiłam: iHerb
cena: 20,66 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko, kakao, lecytyna słonecznikowa, naturalna wanilia), cukier klonowy, roślinny bekon (teksturowane białko roślinne: mąka sojowa, barwnik karmelowy; olej sojowy, sól, naturalny aromat), wędzona sól morska, naturalny aromat klonowy (klon, olej rzepakowy)

środa, 23 września 2026

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio ciemna 55 % z pistacjami

Mimo że nie cierpię czekolad z kryształkami, w tym głównie typu Modica i ogólnie wyczuwalnych chrupiących kryształków cukru w czymkolwiek, pojedynczym rzutem 3 włoskich tabliczek na Lidle się zainteresowałam. Tylko dlatego, że nadarzyła się okazja dostania ich od ojca. Sama bowiem nie wydałabym na nie ani grosza. Uznałam jednak, że nic nie stracę, jeśli dam im szansę. W końcu wyszukiwanie ciekawych, dobrych tabliczek w góry robiło się coraz trudniejsze, gdy nie chciałam zbankrutować, wydając też na nie, czy zwyczajnie brać na szlaki najtańszych i potencjalnie niezjadliwych. Wracając do czekolady. Te z kryształkami cukru, jakoby grubo ziarniste, bo mielone na tradycyjnych kamieniach do mielenia kakao o nazwie metate, Czekolady di Modica IGP (chronione nazwą pochodzenia) są ponoć największą dumą marki Peluso, założonej w 1964. Jej słodycze ponoć "opowiadają Sycylię". Od lat firma pozostaje wierna lokalnym recepturom i wartościom, tworząc produkty mające być dziełami sztuki. Do swoich czekolad dodają składniki, które rosną właśnie tam, we włoskim słońcu.
Tak się zdarzyło, że sięgnęłam po nią bardzo słonecznego dnia. Niebieskie, bezchmurne - prawie jak włoskie - niebo robiło jej za tło, gdy wyciągnęłam ją na Hali Łabowskiej, koło schroniska. Weszłam tam niebieskim szlakiem z Piwnicznej-Zdroju w dniu, kiedy przez roztopy i stopień zagrożenia lawinowego zrezygnowałam z Tatr.

Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z pistacjami; typu Modica (z kryształkami) z miasta Modica (chroniona nazwa pochodzenia).

Po otwarciu rozszedł się ziemisty zapach, któremu towarzyszyła mocno palona kawa, wiórki kokosowe i trochę niedookreślonych orzechów. Pistacje jednak nie znalazły się wśród nich. Z kokosem wiązała się jakby rześkość i świeżość, dodatkowo nakręcone słodyczą kwiatów. Czułam lekką cukrowość, ale zawoalowaną. Czasem czekolada zalatywała trochę polewowo, ale to był marginalny wątek. Do głowy przyszło mi jeszcze soczyste, właśnie kwiatowe lekkie wino czerwone. Możliwe, że też jakiś nieokreślony czerwony owoc. W ciemno powiedziałabym, że czekolada zawiera jakieś 70%.

Tabliczka o niemal czarnym kolorze w dotyku wydała mi się pyliście-aksamitna. Wygląd mamił kremowością, ale... wyglądała trochę jakby rozpuściła się i zastygła. Od razu na spodzie też dostrzegłam kryształki cukru.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako bardzo twarda i krucha. Wydawała z siebie średnio głośny trzasko-chrzest, w czym spory udział miał cukier.
W przekroju kryształki cukru połyskiwały. Widać, że było ich bardzo dużo, w przeciwieństwie do małych, pojedynczych pistacji. Te stanowiły marginalny dodatek. Gdy odgryzałam kawałek, rozpadał się, rozstrzeliwując po ustach dużo kryształków cukru.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, jako że często od razu rozpadała się na kawałki. Początkowo jakby się zawahała, czy w ogóle zacząć, potem zaś zmieniała się w zawiesinę i kiedy cukier się ujawniał i zaczynał się rozpuszczać, bardzo przyspieszała. Ogólnie cechowała ją ziarnistość, piaszczystość, chwilami wręcz szorstkość, ale nie tylko od cukru. Stawała się najeżoną kryształkami, luźną masą, w której większość uwagi przyciągają kryształki cukru. Jak się z czasem okazało, wśród nich znalazły się drobinki niedomielonego kakao. Za nimi czuć pylistą suchość czekolady, którą trochę łagodziła lekka wodnistość i chwilowa namiastka soczystości.
Kawałki pistacji stanowiły mało znaczący dodatek. Niezależnie od tego, kiedy je gryzłam, wypadały tak samo. Gdy jednak robiłam to wcześniej, zupełnie nikły w chrupiąco cukrowej bazie. A jako że nie cierpię chrupiącego cukru, wolałam tego nie gryźć, a pozwalać się rozpuścić.
Pistacje gryzione na koniec były spodziewanie specyficznie miękkie, trochę sprężyste. Większość to naprawdę malutkie kawałeczki, tylko kilka trafiło mi się nieco większych, ale też małych. Zaplątało się kilka trzeszczących skórek. Oprócz pistacji uświadczyłam jeszcze całkiem sporo kamienie twardych i trochę bardziej miękkich drobinek kakao, udających piasek. Czasem próbowały odciągać uwagę od pistacji.

W smaku pierwsza pojawiła się wyraźna, choć łagodna gorzkość. Przeważnie, zupełnie obok, obecność zdradzał też cukier, którego kryształki często rozsypywały się na języku.
Gorzkość miała palony charakter, najpierw serwując mi motyw palonych kadzidełek.

Paloność po chwili wzbogaciła się o paloną kawę, która trochę rozmyła kadzidła, a po chwili... zrobiła się koniecznie słodzoną kawą... kakaową? Zalatującą... polewą kakaową? Gorzkość zmieniła się w zasadzie jedynie w gorzkawość.

W tym czasie cukier roztoczył słodycz. Wydawała się jednak jakby obok gorzkawości, rozchodziła się równolegle. Przemknęły mi przez myśl ciastka z cukrem na wierzchu, a potem słodycz obrała rześki, wręcz trochę kwiatowy wydźwięk. Nabrałabym się, że to jakiś inny niż biały cukier. Rosła szybko.

Nie zastopowała jednak niskiej, choć wyraźnej, gorzkości, która żyła własnym życiem. Narzuciła klimat nieco cięższy niż mają typowe 60%, dorzucając czarną ziemię. Nie szarżowała, nie była bardzo silna, ale swoje powiedziała. Pomyślałam o wilgotnej, świeżej ziemi i przesadzaniu kwiatków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta świeżość, wręcz rześkość zmieszała się z jakby rześkością słodyczy, co skojarzyło mi się z kokosem.

Słodycz wpisała się w to z ochotą. Wiórki kokosowe rozgościły się na dobre, po czym wzbogaciły się o trochę orzechów. Na pewno jednak nie pistacje.
Pistacje nie odzywały się gdy ich nie gryzłam.

Gdy z ciekawości pogryzłam pistacje wcześniej, obok czekolady, miały problem z przebiciem się, acz ich jakby naturalnie lekko słonawe echo jakoś tam się pokazywało. I tonęło w ziemi - napędzanej przez drobinki kakao - i cukrze. Ziemi i odrobinka czerwonego wina?

Ziemia z czasem zmieniła się w suche kamienie, żwir i płytę chodnikowa. Przez moment wątek ten zrobił się pierwszoplanowy, mimo równolegle wysokiej słodyczy. 

Wtedy też czasem przemykała soczystość. Nie w każdym kęsie taka sama. Im więcej akurat posypało się kryształków cukru po ustach, tym słabsza była. Ogólnie jednak miała w sobie coś z owoców, ale... nie należała do owoców. Przywodziła na myśl lekkie, rześkie wino truskawkowe, acz bez silnej alkoholowości. Ziemiste nuty trochę przekierowały ją w stronę soczystości nibsów kakaowych.

Słodycz, gdy cukier kończył się rozpuszczać, wydała mi się przesadzona i już, choć wciąż też rześka, jawnie cukrowa. Acz w gardle nie drapała, trzymała się jeszcze średniego poziomu. Acz nadal miała w sobie sporo z kokosa - choć już bardziej miazgi niż wiórków.

Nuta trochę soczyście winnych nibsów ogólnie się w kompozycji raz po raz przewijała i na końcówce przeważnie mocno rosła w siłę.

Zostawione na koniec pistacje smakowały... sobą. Pistacje były bardzo delikatne, naturalnie słodkawe. Przy dwóch zaznaczyła mi się jednak jakby naturalna słonawa nutka. Czasem drobinki kakao je przygłuszały, czasem nie, a po prostu dały o sobie znać obok. Te smakowały gorzko palono, ziemiście i mokrym chodnikiem, a czasami (te nawet jak na ziarna kakao bardzo twarde) jakoś nijako.

Po zjedzeniu został posmak cukru, ale jakby złagodzonego rześkim kokosem. Czułam też motyw ziemi, płyty chodnikowej i soczystego, lekkiego wina czerwonego (truskawkowego?). Było bardzo słodko, ale i gorzko-palono. Czasem udało się też utrzymać pistacjom (zwłaszcza większym kawałkom).

Oceniając, przede wszystkim odcinam się od tego, że bardzo nie lubię typu Modica. Rozumiem, że ona ma być tak kryształkowa, a jednocześnie czuję, że 60% kakao chyba do tego typu czekolady nie jest najlepszym wyborem, bo cukier aż przytłacza. Acz jest to na swój sposób ciekawe, to muszę przyznać. Z kolei obiecany dodatek, czyli pistacje... Ta ilość to jakaś kpina. Nie dość, że dodano ich tak mało, że można by je przeoczyć to jeszcze chowały się w wyrazistym smaku bazy i drobinkach kakao. Nie podobały mi się te drobinki kakao twarde jak kamień - łuska kakaowa? Przy dość ziemiście-kamienno-chodnikowym smaku miałam wrażenie, że chrupie mi tam prawdziwy piasek. A właśnie smak, co najważniejsze. Na plus, że mimo takiej ilości cukru wbrew pozorom nie smakowała samym cukrem, a wręcz wyszła ciekawie rześko słodka w sposób kwiatowo-kokosowy. Płynące obok gorzkawość, nuty ziemi, kamieni i chodnika oraz nibsowy smak świetnie wypadły. To było ciężko-rześkie, kontrastowe w przyjemny sposób, więc naprawdę żałuję, że aż taka ilość cukru i ta kamienna twardość kakaowych drobinek mi tak bardzo przeszkadzały.

W górach jeszcze jakoś szło, ale to, co wróciło do domu i normalnie zweryfikowałabym odczucia i dojadła, niestety za bardzo mnie denerwowało. Gdyby lepiej rozegrali sprawę pistacji, mogłaby mieć 6-7 (zależy, jakby to z nimi wyszło). Podobnie wyższa zawartość kakao na pewno wyszłaby jej na dobre. Tak jawi się jako przeciętna czekolada typu Modica z ciekawym charakterem, ale której odbiór psuły źle zrobione dodatki (pistacji, drobinki nibsów).

Odpadłam po 33g i oddałam Mamie. Jej opinia: "Bardzo dziwna. Ale trochę w sumie z ochotą, taka zaintrygowana zjadłam. Mimo że bałam się o zęby, bo było w niej coś dziwnego, jakby piasek zostawał w gębie. Aczkolwiek właśnie dzięki temu, ogólnie strukturze, wyróżniała się była ciekawa, niespotykana. Właśnie ten piasek złożył się też na tą strukturę chyba. No, cukier jeszcze. Mnie ona się przez to wypowiadała napowietrzona! Zdziwiłam się, bo mimo że 60% kakao, to była zjadliwa, mimo że nie lubię ciemnych. I to mnie strasznie dziwiło. Ona jakby nie była gorzka na te 60%. Bo czasami już 50% jest dla mnie niezjadliwa. A ta była bardzo przystępna. Pistacje nawet czułam, jak na koniec koniec zostały, jakieś 2 czy 3 kawałki. Przebijały nad kakao. Ale mimo wszystko nie chcę całej tej reszty, co dostałam. Trochę mi wystarczyło, by poznać ciekawostkę.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 75g; sprawdziłam)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, pistacje

poniedziałek, 21 września 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna

Choć moje początku z Meyboną były kiepskie, polubiłam tę markę po zmianach, jakie zaszły w ich czekoladach. Tym razem sięgnęłam po tę z peruwiańskiego kakao, bo czułam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Peru to dość wyrazisty, znany region. Zjadłam już resztę tabliczek z tej serii z mniej popularnych krajów i te, które miały mleczne odpowiedniki - wraz z tymi. Zostałam więc z Peru oraz blendem. Blendy mają to do siebie, że nie wiadomo, czego się spodziewać. Na niespodzianki tym razem nastroju nie miałam. Tę zrobiono z ziaren typu Oro Verde, czyli podtypu Criollo. Szkoda tylko, że do zawartości policzyli i miazgę, i tłuszcz, ale po tych poprzednio zjedzonych wiedziałam już, że w granicach rozsądku. 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Criollo z Peru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach miękkich, cynamonowych pierników nieczekoladowych, za to z mazistym lukrem na wierzchu. Ich "ciasteczkowość" poniekąd tworzyło subtelne prażenie. W piernikach dominował cynamon, ale przyprawy korzenne na nim się nie kończyły, bo jakby obok pierników wystąpiły jeszcze migdały w cukrowo-waniliowej mlecznej czekoladzie i cynamonie oraz jeszcze sporo kolendry i kardamonu, acz bez pikanterii. Całość była znacząco słodka, właśnie lukrowo, ale też waniliowo i trochę kwiatowo. W tle doszukałam się jeszcze wilgotnych daktyli. 

Tabliczka ze względu na porządną twardość podczas łamania trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jako że była bardzo gęsta i trochę kojarzyła się z gęstym serkiem homogenizowanym. Jej średnia tłustość dołożyła się do tego skojarzenia. Z czasem pojawiała się soczystość, przechodząca trochę w wodnistość - co z kolei znów podkręcało wizję serka: ale tym razem takiego, na którego wierzchu wydzieliła się woda. Końcowo odnotowałam lekko ściągającą pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz wanilii, wprowadzającą bardzo słodkie orzechy: w zasadzie nugat, pewnie posłodzony wanilią.

Pomyślałam o kremie z orzechów laskowych z dodatkiem mleka, a po chwili o mocno mlecznych lodach orzechowych. Wyobraziłam sobie lody zrobione na pełnej śmietance w wariancie "orzech laskowy", doprawione cynamonem. Mimo wiec skojarzenia z lodami, weszło - za sprawą cynamonu - ciepło.

W tle przemknęła nieśmiała, soczysta nutka trudno uchwytnych owoców. Czereśni?
Gorzkość też trochę się pokazała, ale trzymała się z boku, wprowadzając po prostu delikatny motyw palony.

Słodycz nie miała za to żadnych oporów. Rosła wraz z prażono-korzennym ciepłem, z czasem porzucając jednak wizję kremu nugatowego na rzecz migdałów w czekoladzie mlecznej i cynamonie. Z czasem orzechowe nuty przysłoniło trochę białych kwiatów, w tym jaśmin.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość z tła podkradła się do słodyczy a ja pomyślałam o soczystych świeżych daktylach Medjool. Choć orzechy się już wycofywały, daktyle podszepnęły im na odchodnym motyw karmelizowania.

Miękkie, słodkie daktyle i to karmelizowanie, ciepła obróbka nagle ułożyły się w miękkie pierniczki. Takie sowicie pokryte dobrej jakości, mazistym lukrem. Nie czekoladowe, łagodne i słodkie, ale niepodważalnie korzenne. Dominował w nich cynamon, ale czuć, że gdzieś wokół już zbierały się i inne przyprawy.

Soczystość przeszła w wyraźniejsze czerwone owoce. Zmieniły więc wydźwięk słodyczy na naturalniejszy, mniej zasładzający. Czułam przede wszystkim naturalnie bardzo słodkie świeże czereśnie. Za nimi, ze względu na ogólną wysoką słodycz przemknęła mi myśl o czerwonych jabłkach w karmelu, może karmelu waniliowym, ale potem czereśnie jednak odwracały od nich uwagę. Jakby już, już miały zaserwować trochę kwasku, a tu nagle zmieniły się w słodki, trochę przesłodzony owocowy sos... syrop! Żurawinowy.

Korzenność w tym czasie starała się zapobiec przesłodzeniu i wytoczyła kardamon i kolendrę. Zrównały i zmieszały się z łagodniejszym, słodkim cynamonem. Razem, lekką pikanterią i słodyczą, aż nieco przypiekły w język. Końcowo to w przyprawach osiadło trochę palono-ciepłej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak trochę palony, ale nie mocno gorzki. Czułam sporo mocno cynamonowych, ale słodkich i delikatnych miękkich pierników, a do tego jeszcze nugatowe lody. Jedne i drugie mogły być posłodzone wanilią, bo i jej sporo czułam. Słodycz wydała mi się ryzykownie wysoka, ale jeszcze nie bardzo zasładzająca. Chyba pomogło subtelne, choć w sumie też słodkie, acz przynajmniej soczyste echo czerwonych owoców.

Czekolada była smaczna, jednak doskwierał mi w niej prawie brak gorzkości. Lekko palone nuty gdzieś tam w tle osiadły i tyle. Odrobinka owoców nie przełożyła się na kwasek, ale już przynajmniej soczystość. Pracowały na nią świeże daktyle, jabłka w karmelu i syrop żurawinowy. Stanowiły jednak tylko wtrącenia, podczas gdy baza była głównie słodko pierniczkowa. Wizja miękkich, mocno cynamonowych pierników w lukrze niesamowicie jednoznaczna. Mieszała się z nugatem mlecznym i lodami z orzechami laskowymi oraz migdałami w cynamonie, a z czasem charakterniejszą korzennością kardamonu i kolendry. Kwiaty wszystko spajały zapewniając harmonię. Ogół był nieco za słodki i tutaj mam mieszane uczucia co do wanilii: z jednej strony było mi jej trochę za dużo, z drugiej jednak to ona przysłoniła cukrowość, która mogłaby wyjść chamsko.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon