Hiszpańską markę Sole polubiłam już za samą Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon i w zasadzie w ciemno (bo znając tylko podlinkowaną) zaczęłam gromadzić różne jej tabliczki, na jakie się natykałam. Dziś przedstawianą kupiłam chyba w ogóle jako pierwszą, a potem zupełnie nie skojarzyłam jej z tą marką. Powód? Nie wczytanie się. W mojej głowie zapisała się linia organiczna, a jak widać, marka ma też zwyklejszą. Liczyłam, aby nie mniej pyszną.
Chocolates Sole Chocolate Puro Bitter 70% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.
Po otwarciu rozszedł się zapach drewna i sezamu. Sezamu surowego, naturalnie słodkawego i wchodzącego w roślinne tony. W tejże roślinności osiadł też motyw zdrowych wegańskich słodyczy z bakalii, mleczka i oleju kokosowego etc. Przy motywie związanym ze słodyczami też odnotowałam wątek niebezpiecznie tanio wanilinowo-margarynowej polewy kakaowej. Ogólna słodycz wydała mi się trochę ciężka, ale ogólnie niska. Jednak to niewątpliwie drewno i sezam dominowały, dopuszczając do siebie trochę orzechów: surowych arachidów z małym wsparciem laskowych. Przez to wszystko przebijało się też trochę owoców: bardzo słodkich gruszek i śliwek powidlano-suszonych.
Gruba tabliczka była spodziewanie kamiennie twarda, a trzaskała dość głośno. W dotyku wydawała się tłusta przesadnie.
W ustach rozpływała się w sumie ni jeszcze średnio, ni już powoli. Wydawało się, że mięknie z wierzchu, a w środku zachowuje masywność, wręcz twardość. Do końca nie wyzbyła się swego kształtu, mimo że raczyła mnie smarowo-mazistą kremowością. Była tłusta w maślany sposób, a także niemal idealnie gładka. Pozostawiała lekko cierpko-suche wrażenie.
W smaku od razu poczułam zgrany duet słodyczy i gorzkości. Zaczynały ze średnio-niskiego poziomu i razem się nasilały.
Trochę się tylko rozchodziły. Oto słodycz zaczęła zmierzać w niebezpiecznie wanilinowo-margarynowym kierunku, wydała mi się nieprzyjemnie ciężka, toporna, mimo że wcale nie jakoś szczególnie silna. Przez chwilę kojarzyła mi się z białymi kremami pseudomlecznymi, pseudowaniliowymi z tanich nadziewanych czekolad / czekoladek.
Gorzkość w tym czasie otarła się o proste kakao w proszku. Zrobiło się trochę cierpko, po czym przybrała mocno palony wydźwięk. Poczułam w niej drewno. Stare, suche, z odpadającą suchą korą. Sucho-cierpkie? Gorzkość nie była jakaś szczególnie mocna, ale wyrazista. Z czasem trochę zaczęły łagodzić ją niejednoznaczne orzechy i trochę surowego sezamu.
Słodycz w tym czasie przeszła na bardziej prosty, cukrowy ton. Nasiliła się już do poziomu średniego i zaczęła przejawiać trochę likierowe zapędy. Nieśmiało zaznaczyła się w niej ledwo uchwytna owocowa, ale ciężka, nutka jakby... likieru gruszkowego? Alkohol jednak nie pojawił się jako taki i już po chwili likierowy motyw zmienił się w waniliowe echo. Zaraz też same słodkie gruszki (konferencja?) przyszły mi do głowy. Za ich sprawą słodycz znowu trochę wzrosła i... jednak przysłoniła owocowość.
Motyw białych kremów zmienił się w po prostu maślaność. Taniość znikła, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten wątek ogólnie sporo łagodził i trochę przeszkadzał. Choć zatrzymał wzrost słodyczy, nad gorzkością też trochę pracował.
Palona nuta osłabła. To wykorzystały surowe arachidy i sezam. Sezam na moment wyszedł na pierwszy plan orzechowego wątku. Arachidy i trochę orzechów laskowych rozmywały się za nim. Łagodnienie, maślaność wydobyły więcej roślinnych akcentów, które w harmonii mieszały się z sezamem.
Lekka cierpkość zetknąwszy się z owocową nutą, zaobfitowała w trochę ledwo uchwytnych cierpko-słodkich powideł śliwkowych. Bardzo odległych... czekoladowo-kakaowych powideł? Słodkich w prosty, nieco ciężki sposób. I znów owocowy akcent zatracił się w prostej, cukrowej, choć tym razem z waniliowym przebłyskiem, słodyczy.
Delikatna cierpkość prostego kakao w proszku też podchwyciła ogólne łagodnienie. Z mlecznych kremów podkradła sobie mleczność, toteż do głowy przyszło mi słodkie mleko po płatkach śniadaniowych kakaowych / czekoladowych. Nie utrzymało się jednak długo, bo sezam i roślinne nuty uparły się na naturalniejszy wydźwięk.... kakaowej owsianki? Możliwe, że na kokosowym roślinnym zamienniku mleka.
Wróciło więcej drewna. Suchych, starych drzew z odpadającą korą, a także luźna myśl o wegańskich zdrowych słodyczach z surowych orzechów i pestek, z suszonymi owocami, z olejem i mleczkiem kokosowym i w polewie kakaowej.
Po zjedzeniu został cierpki posmak prostego zwykłego kakao w proszku, mieszającego się z drzewami i lekko roślinnym (trochę sezamowym?) echem. Czuć palony akcent, umacniający gorzkość, ale też bardzo dużo aż ciężkiej słodyczy. Połączyła się w niej cukrowość z wanilią i echem tanim i mało jednoznacznym, jakby wanilinowo-margarynowym, ale niezupełnie. Czułam też jakby cierpkie, kakaowe powidła śliwkowe, ale bardzo, bardzo delikatne.
Czekolada była smaczna w prosty sposób. Słodycz miała niestety tanie zapędy wanilinowo-margarynowe (przez za dużą ilość lecytyny?), ale potem przeszła w bardziej owocowe klimaty likieru gruszkowego i powideł. Owocowych akcentów ogólnie było niewiele. Gorzkość też, choć jej już czułam więcej, nie wykazała się szczególnie. Palona, drzewna strefa jednak charakter niewątpliwie miała. Do tego sporo roślinności i sezamu oraz akcenty prostego kakao jako polewy i mleko po płatkach kakaowych. Wszystko to złożyło się na nie za słodką, nieszlachetnie prostą kompozycję. Wydaje mi się, że tę nieszlachetność - jeszcze nie taniość - narzuciło za dużo lecytyny słonecznikowej. Od jakiegoś czasu zdarzyło mi się trafić na parę czekolad, w których była właśnie ona i pobrzmiewały w nich dziwne akcenty. Gdyby nie to, z łatwością zgarnęłaby 8.
ocena: 7/10
Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt waniliowy
















