poniedziałek, 23 lutego 2026

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds ciemna 50 % z migdałami

Ritter Sport to jedna z tych marek, które obecnie tylko w górach jako tako mogą mnie zainteresować. Tę tabliczkę wzięłam tylko dlatego, że akurat jakoś miałam wrażenie, że mam mało czekolad w góry, a zakupy robiłam z ojcem i on płacił. Ritter Sport Dark Almond & Orange nie chwyciła mnie, ale musiałam przyznać, że zawierała bardzo dobre migdały. Stąd myśl, że wersja okrojona z pomarańczy mogła być warta uwagi. Otworzyłam ją na Bystrej Ławce, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Doliny Furkotnej, idąc ze schroniska Chata pod Soliskom.

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds with almonds grown in the California sunshine to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi migdałami kalifornijskimi (25%).

Po otwarciu poczułam trochę dominujący zapach przesłodzonej czekolady oraz migdałów, starających się dotrzymać jej kroku, acz jednak pozostających w tyle. Wydały mi się lekko prażone, a czekolada cukrowo-lukrowa i minimalnie palono cierpka. Trochę jak... syrop kawowy? Połączyć cukrowo-gorzkawe nuty z migdałami i w zasadzie wygładzić całość starała się maślaność.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę  polewowa, ale jeszcze zwyczajna. To, że migdałów nie pożałowano, zdradzał już spod tabliczki, a przekrój potwierdził. Zatopiono w niej całe, ogromne i wielkie sztuki oraz połówki. Twarda czekolada łamała się z trzaskiem świadczącym o gęstości i konkrecie, podbudowa kruchymi trzaskami migdałów.
W niektórych miejscach migdał dosłownie siedział na migdale, lecz trafiały się też małe kęsy bez nic. 
Niektóre migdały łamały się wraz z czekoladą, inne zostawały w którejś części. Czasem migdał wyciągał się ze skórki, a w drugim kawałku kostki skórka zostawała wtopiona w czekoladzie. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, długo zachowując kształt. Była zbita i konkretna, a jednocześnie mazista. Łączyła lekką ulepkowatością maślaność z wodnisty echem. Faktycznie była sowicie wypełniona dodatkami.
Migdały długo trzymały się na wpół ukryte w czekoladowej mazi, ale w końcu się wyłaniały. Ja zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec, aż czekolada zniknęła. Gdy bowiem próbowałam gryźć je wcześniej, wydawała się bardziej ulepkowata.
Gryzione migdały były twarde w chrupiącym kontekście.
Skórki trafiały się tylko na niektórych. Łatwo oddzielały się od samych migdałów.
W większości migdały były duże, przeważały całe, ale trafiałam także na połówki. Po połamaniu czekolady i odgryzając po kawałku kostki, wiadomo, miałam do czynienia raczej z kawałkami (ale pierwotnie całych).

W smaku pierwsza rozbrzmiała na starcie wysoka, cukrowa słodycz, a zaraz za nią lekka, palona gorzkość.

Przemknął mi jakby jakiś aromat, coś zahaczającego o plastik, jednak zaraz tonącego w maślaności. Może to echo migdałów, za słabe jednak, by je uchwycić?

Gdy odgryzając kawałek, przegryzłam migdała, też się odzywał, ale potem trzymał się tyłów. Acz wyczuwalny był.

Słodycz szybko rosła, do cukru dodając lukier. Zrobiło się cukrowo, a gorzkość ewidentnie nie nadążała.

Migdały niegryzione może same w sobie nie smakowały szczególnie intensywnie, ale dodawały swą nutę i trochę tonowały słodycz.
Gdy zrobiłam kęsa czekolady bez migdała, nie wydała mi się szczególnie przesiąknięta migdałami, acz można doszukać się echa zbliżonego do migdałów, może trochę bardziej ogólnie maślano-orzechowego. Na pewno jawiła się za to jako bardziej słodka i z łatwością, szybciej zasładzająca tak, że w gardle drapało.

Kiedy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, sama czekolada wydawała się bardziej plastikowa, natomiast migdał przeprażony na gorzko od lekkiej goryczki bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość starała się jakoś znowu odezwać, ale zakradł się do niej delikatny plastik, a potem... cukier uderzył i...  gorzkość zdecydowała się na wydźwięk trochę plastikowego kawowego lukru. Rosła i słodycz, i cierpka goryczka i przyszedł mi na myśl zacukrzony, ale trochę wytrawniejszy, acz bezalkoholowy likier kawowy. Może... także migdały się w nim kryły, jako... nuta w likierze kawowo-migdałowym? 

Słodycz trwała niewzruszona, gorzkość z czasem opadła z sił. Zastąpiła ją lekka maślaność, w niektórych kęsach z migdałami bardziej wymieszana z migdałowością (ale nie zawsze).

Słodycz końcowo pozwalała sobie na naprawdę dużo, łącząc likier, cukier i lukier, ale im czekolady było mniej, tym i nawet niegryzione, prażone migdały coraz bardziej skupiały na sobie uwagę.

Migdały gryzione na koniec z lekkością zagłuszały przesłodzenie, ogólnie niwelując słodycz bazy. Same były słodkie, ale w naturalny sposób. W większości nie posiadały skórek, ale nawet, gdy trafiła się skórka, nie miała za wiele do powiedzenia. Tylko trochę podszeptywała smakową suchość. Ogólnie migdały były bardzo wyraziste. I to wyraziste w swój własny smak, mimo silnego prażenia. W zasadzie ono w przypadku ok. połowy migdałów było średnio mocne, w drugiej połowy mocne. Gryzione na koniec nie szły jednak w goryczkę.

Posmak należał do prażonych migdałów. Czekolada na koniec stanowiła marginalny dodatek. Zdobyła się na prostą, paloną cierpkość, ale wciąż czuć też maślaność i lukrową słodycz.

Mocno średnia baza, dobre migdały, ale całość mnie nie porwała. Po prostu jest, czym ma być, spełnia obietnicę, więc trudno się czepiać. Przesadzoną słodycz i echo plastiku, a także nieco za mocno prażone migdały (nie wszystkie, ale część) sprawiły, że w górach szła jako tako, ale w domu już trochę męczyła nie za szlachetnym charakterem.
Orzechy laskowe w  Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts jakoś lepiej podporządkowały sobie bazę, acz czuć, że była ta sama. Tak samo nieinteresująca bez dodatku.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,98 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe

niedziela, 22 lutego 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem ciemna z Nikaragui z orzechami pekan i cynamonem

Zamawiając tę czekoladę, miałam cichą nadzieję, że w niej trafi mi się jeszcze niezmieniona ekwadorska baza, na którą się nie załapałam, o czym pisałam przy Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo. Niestety, informacje na stronie były nieaktualne. Odkąd manufaktura zmieniła kakaową bazę 70% z ekwadorskiej na nikaragujską, bazy czekolad z dodatkami też uległy zmianom. Szkoda tym bardziej, że nie byłam przekonana, czy nuty podlinkowanej będę pasowały do cynamonu i orzechów pekan.
Tabliczkę zabrałam w Tatry słowackie na pewne odbicie, które zawsze omijałam, idąc na Bystrą Ławkę. Tym razem ze Strbskiego Plesa ruszyłam niebieskim szlakiem do schroniska Chata pod Soliskom, a stamtąd czerwonym na Prednie Solisko. Schronisko to i miejsce wokół odwiedzone rano o wiele zyskało, bo nie było tłumu. Podobnie na szczycie. A z niego... rozpościerały się piękne widoki. Tylko trochę psuł je krzyż, ale rozsiadłam się plecami do niego i zabrałam się za czekoladę.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Karmelizowany Pekan z cynamonem to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao O’Payo z Nikaragui z karmelizowanymi orzechami pekan i cynamonem kasja.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty, złożony zapach cynamonu, który trochę się rządził, ale nie dominował zupełnie, soczystego kwasku, orzechów - acz niekoniecznie, a na pewno nie tylko, pekanów - i ziół. Cynamon pokazał się od słodkiej, ciepłej strony. Wprowadził słodycz, kojarzącą się z korzennym karmelem, ostrymi kwiatami i może trochę jakby suszonymi owocami w przyprawach korzennych: mango? ananasem? Trochę uciekały ze względu na wyrazistsze, kwaśniejsze owoce m.in. czerwone (nie tylko, ale ogólnie trudno było konkret wychwycić). Gorzko-cierpkie zioła mieszały się z gorzkością, sugerując odlegle... Mało kawową kawę? Mrożoną cold brew z nutą owoców i korzenności bardziej złożoną, niż tylko cynamonową? Albo bardziej ziołowy napar z takimi dodatkami?

Okrągła czekolada z jednej strony ewidentnie była cieńsza (bardzo cienka), z drugiej pokaźnie gruba.
Tabliczkę posypano średnią ilością drobnych kawałków orzechów i sporą ilością cynamonu. Niektóre orzechy okazały się wręcz zmielone na pył. Sporo orzechów trzymało się porządnie, ale też dość sporo kawałków odpadało przy łamanie czy choćby mocniejszym dotyku. Sama czekolada była twarda i trzaskała głośno.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, trochę zawiesinowo. Miałam wrażenie, że orzechy trochę ją poganiały i wydobyły lekką wodnistość. Czekolada jednak starała się przerobić to na soczystość. Cynamon dodał proszkowość, która końcowo wpisała się w sucho-cierpkie wrażenie, jakie pozostawiała czekolada. Część cynamonu pokrywała też wiele kawałków orzechów. One też były w cynamonie, więc cynamon nie robił tylko za posypkę czekolady.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła. Zwłaszcza, że długo pozostały częściowo pokryte, wlepione w luźną, czekoladową masę.
Orzechy okazały się specyficznie tłusto-miękkie, acz... Chwilami nawet jak na pekany bardzo miękkie, a czasem lekko trzeszczące. Pasowało to jednak do nie za gęstej czekolady.

W smaku najpierw pojawiła się rześka słodycz, pod którą w wielu, ale nie wszystkich, kęsach zaraz podczepiał się cynamon. W reszcie odzywał się po paru chwilach - zawsze jednak dawał o sobie znać.
Sporo zależało od ułożenia kawałka w ustach. Gdy trafiał posypką na język, nuty bazy wydawały się przyćmione - ta opcja mniej mi pasowała.

W każdym kęsie za to pojawiała się kwaśność owoców i ziół. Początkowo wydawały się nierozerwalne, lecz z czasem podzieliły się na owoce czerwone oraz cierpkawe zioła i ziołowe napary.

Słodycz wzrosła. Przeważnie wraz z nią mocno rósł cynamon o słodko-ciepłym, niemal kwiatowym charakterze, a ja myślałam o niemal kwiatowo-soczystym cynamonie cejlońskim*. Zwłaszcza wtedy do głowy przychodził pikantny miód. Miód z ziołami i lekko korzenie przyprawiony?

Co jakiś czas słodycz wydawała się lekko karmelowa... Karmelowo korzenna? Czasem obok przemykała mi znikoma orzechowość, acz nie powiedziałabym, że wyraźnie pekanów.

Ziołowy wątek podyktował cynamonowi kwiatową rześkość, a ta podchwyciła też owocową soczystość.

Trudno było spróbować samej czekolady - mam wrażenie, że całościowo przesiąkła cynamonem (bo czułam go nawet w malutkich kawałkach brzegowych, gdzie zdawało się, że go nie ma, czy gdzie się osypał). Orzechami nie.

Soczystość rozwijała się niezależnie od innych nut. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za owocami czerwonymi mignęły mi cytrusy i zaraz umknęły. Może zmieniły się w... ananasa? A potem... Doleciało coś bardziej wodnistego? I bardzo egzotycznego, esencjonalnie słodkiego. Raz po raz przyszło mi do głowy suszone mango w cynamonie.

Cytrusowo-ananasowa nuty prawie zupełnie schowały się za czerwonymi owocami, a te lekko osłodziły brzoskwinie i chyba nektarynki. Same nie były mocno słodkie, lekko kwaskawe, ale słodsze od czerwonych. To chyba cynamon pokierował trochę owoce w lekko słodszym, esencjonalnym kierunku.

Cynamon czasem bardzo się nasilał w sposób słodko-ciepły, jedynie lekko pikantnawy i goryczkowaty. On w zasadzie miał wzloty i upadki, był różnie mocno wyczuwalny.
Sama baza za to nie szczędziła goryczki. Zaserwowała mi jakby trochę bardziej ziołową w charakterze kawę... Jakąś dziwną, lekko kwaskawą i z lodem? Mrożoną cold brew?

Niegryzione pekany prawie się nie wtrącały, ale czasem dodawały lekkiej ogólnej, niedookreślonej, łagodnej orzechowej nuty. Na jej fali czasami jakby lekko podnosiła się słodycz.
Gdy z ciekawości pogryzłam raz czy drugi orzechy obok czekolady, cynamon uderzał mocniej, czekolada wydawała się bardziej słodko-wodnista i kwaśna, a orzechy trochę nijakie. Wolałam więc gryźć je na koniec.

Kawa przechodziła w ziołowe fusy ze szczyptą cynamonu. Może yerba mate? Ten był długo wyczuwalny, jednak słabł.

Cierpkość bazy przechwyciły owoce i pokazała się jeszcze dzika róża, obok egzotycznych wydobywając znów czerwone. I... Powidła z czerwono-egzotycznych owoców? 

Po egzotyce owoców przyszedł mi do głowy las tropikalny. Z drzewami z grubą kora, paniami, lianami i wilgotną zielenią. Drzewa te przechwyciły korzenność, acz i woda się w nich zaplatała. Czasem robiło się tu bardzo pikantnie w sposób łączący cynamon z kwiatami i ziołami.

Orzechy gryzione na koniec serwowały wyrazisty smak naturalnie słodkawych, wręcz maślanych, łagodnych pekanów. Chwilami wydawały się nieprażone.

Po zjedzeniu został posmak cynamonu, wraz z lekko ostrym efektem na języku i orzechów pekan, zestawionych z kwaskawo-ziołową czekoladą. Ta zaserwowała napar ziołowo-korzenny, wilgotny, pełen wody i owoców las tropikalny. W tym mieszankę owoców cierpkawych czerwonych i egzotycznych. Słodycz trzymała ciepło-kwiatowy, trochę karmelowy ton.

Od czystej (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo) z jednej strony wyszła mniej owocowo, bo różnych owoców czułam w dzisiaj przedstawianej mniej, z drugiej bardziej, bo smak tych, które się pojawiły podkręciły dodatki. Owoce były tu więc wyrazistsze, dosadniejsze, bardziej esencjonalne. Tylko w w zapachu trochę się ukryły. W smaku część weszła po prostu w nutę czerwonych owoców, wydawały się mniej cierpkie, a słodko-kwaśne. Czerwone, egzotyczne w tym ananas, brzoskwinio-nektarynki i trochę dzikiej róży, mieszały się z kwaskawą mrożoną kawą, ogromem ziół i fusami. Czułam trochę lasu tropiklanego, wraz z jego drzewnością i wilgocią, ale wszystko to... przeplatał wyrazisty cynamon, który zyskał wręcz kwiatowy charakter. Baza wydawała się mniej maślano-wodnista z jego powodu cynamonu - jakby w dużej mierze wypełnił tę lukę. W dodatku cynamon kasja świetnie udawał tu cejloński (udawał! - to ważne, bo gdyby był to wyraźnie cejloński, mogłoby to tak nie zagrać). Pekany to świetny wybór! Nie dość, że świetnie pasują do cynamonu, to nie przyćmiły kompozycji, lekko się zaznaczyły, ale nie uciekły. Podobało mi się też, że wyszły tak surowo, mimo że z opisu wynika, że je karmelizowane (najwidoczniej słabiutko - na szczęście!). Inne orzechy mogłyby za bardzo odwracać uwagę. Te dodatki odwracały uwagę tylko od drobnych mankamentów bazy.
Te ciepłe, jakby wręcz zimowo-jesienne dodatki niby średnio pasowały do egzotycznej, rześko-kwaskawej bazy, ale ogólnie wyszło to bardzo ciekawie. Taka wielopłaszczyznowa korzenna egzotyka o spójnym, harmonijnym charakterze, który zapewniła ziołowość.

*O cynamon aż dopytałam producenta. Gdy kupowałam tę czekoladę, dodawali kasję, więc tu była kasja. Dopiero teraz (gdy publikuję, nie piszę recenzję) zmienili na cejloński.


ocena: 9/10
cena: 35 zł (za 73g)
kaloryczność: 585,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy pekan, cynamon, lecytyna słonecznikowa

piątek, 20 lutego 2026

Klingele Chocolates from Heaven 85 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate ciemna

Marka Klingele okazała się bardzo miłym odkryciem. Wraz z tabliczkami Crudo sprawiły, że doszłam do wniosku, że chyba warto zaglądać na stronę Brain Market. I pomyśleć, że trafiłam tam i zainteresowałam się ofertą ze względu na kremy orzechowe, które to - wszystkie próbowane - bardzo mi nie odpowiadały. Ta czekolada bardzo mnie ciekawiła, bo blend ziaren z Peru i Dominikany wydał mi się apetycznym połączeniem, jednak... na opakowaniu tabliczki (i opisie wewnątrz), która do mnie dotarła było tylko Peru. A na stronie - też producenta, nie tylko sklepu - widziałam wyraźnie... Chyba znowu załapałam się na jakieś zmiany (ostatnio miałam taką sytuację z Sopocką Manufakturą - gdy zdecydowałam się zamówić ich ciemną czekoladę z Ekwadoru, akurat zmienili ją na z Nikaragui). Opis wewnątrz papierka utwierdził mnie w tym przekonaniu, bo tam było o kakao tylko z Peru.

Klingele Chocolates from Heaven 85 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao z Peru, z amazońskiego lasu.

Po otwarciu przemknęły mi drzewa i sucha, rozgrzana ziemia w towarzystwie znaczącej, choć średnio wysokiej słodyczy karmelków. Po chwili drzewna nuta okazała się bardziej sucho-drewniana, a mnie do głowy przyszło drewno bukowe. Karmelki mieszały się z ciepłą słodyczą maślano-owsianej kruszonki, kwiatami i lekko soczystą słodyczą rodzynek oraz kandyzowanej żurawiny. Chwilami odnosiłam wrażenie, że ta druga z owoców stara się trochę dominować. Acz charakter miały zbliżony, bo oba owoce te wyszły "na słodko". Mieszając się z kwiatami i goryczką, przywodziły na myśl czarną herbatę z dodatkiem / aromatyzowaną kwiatami i suszem owocowym.

Bardzo ciemna tabliczka na dotyk uraczyła mnie tłustością, a przy łamaniu była twarda jakby w zbity, gęsty sposób. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się tłusto i powoli, dając się poznać jako masywna i zbito-zwarta. Długo zachowywała więc kształt. Tłustość stała na dość wysokim poziomie, łącząc maślaność z oleistością w trochę mazistym kontekście, ale w tle pojawiła się sugestia... suchości (?), która trochę ją tonowała. Całość sprawiała wrażenie bardzo gładkiej. Czasem przemykała jakby suchawa cierpkość, by na koniec, gdy czekolada znikała rzadko, zostawić cierpkie ściągnięcie i tłuste wrażenie.

W smaku przywitała mnie gorzkość o średnio mocno, ale wyraźnie palonym charakterze.

Po chwili przeplotła ją słodycz karmelu. On również był palony, ale wyraźnie mniej. W zasadzie przechodził w łagodniejsze karmelki, nie karmel. Im gorzkość robiła się silniejsza, tym słodycz wydawała się łagodniejsza (z charakteru, nie wysokości). Zza karmelu wyłoniła się soczystość bardzo słodkich rodzynek. Takich, w których kwasek w zasadzie się nie pojawia.

Gorzkość rosła spokojnie i konsekwentnie. Była silna i cały czas w dużej mierze palona, ale nie tylko. W tle zaznaczyło swoją obecność kakao w proszku, acz podczepiło się pod wyrazistsze, przewodnie motywy. Gorzkość wzbogaciła się o ziemię, w harmonii mieszającą się z nutą paloną poprzez motyw rozgrzania, suchości. Po chwili dołączyło do nich jeszcze ni drewno, ni drzewa - na tym etapie nie było to takie oczywiste.

Rodzynki zetknęły się z orzechami laskowymi. Naturalnie słodkimi, ale... słodko podkręconymi za sprawą karmelizowania? Może jednak niekoniecznie...? Raczej jako... element ciastek! Wyobraziłam sobie amerykanki / pieguski z rodzynkami i laskowcami.

Karmel zrobił się niepewny i trochę się oddalił. Po głowie zaczęła mi jeszcze krążyć maślano-owsiana, "zdrowsza" kruszonka.

Gorzkość stała na wysokim poziomie, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno jakby nieco od niej odeszło. Grało na siebie, idąc w bardziej neutralnym, ale nie łagodzącym gorzkości kierunku. Wyobraziłam sobie suche, jasne drewno bukowe... Acz nie w 100% suche i nie stare, a pamiętające jeszcze cały las bukowy.
W trochę osamotnionej gorzkości, w  rozgrzanej ziemi, osiadły nibsy kakaowe. Je udawać próbowało kakao w proszku, acz trochę pobrzmiewało.

W oddali przemknął lekki kwasek. Czyżby coś pojawiło się w rodzynkach? Rodzynkach i... kandyzowanej żurawinie? Owoce reprezentowały głównie słodycz, acz i echo kwasku raz po raz przejawiały.

Słodkie, bardzo słodkie owoce zmieszały się z kwiatami, które... zdawały się trochę ten kwasek kryć. Jakby w kwiatach ukrył się jakiś cytrus?

Wraz z gorzkością, słodycz ta poszła w kierunku herbaty. W pierwszej chwili pomyślałam o earl grey z lekko cytrusowym, ale nie kwaśnym akcentem, jednak zaraz zebrało się tyle kwiatów, a suszone owoce nie odpuszczały, że wygrała raczej czarna herbata infuzowana, podkręcona suszem owocowym i suszonymi kwiatami. Była słodka od nich... i lekko dosłodzona?

Maślaność, która już wcześniej bardzo delikatnie zaznaczyła się jako kruszonka, na końcówce wyszła bardziej zwyczajnie maślano, niczym... kruchy maślany, mało słodki spód. Spróbowała załagodzić gorzkość i to był jej błąd, bo ta na tę próbę zgłosiła sprzeciw silną cierpkością. Jakby zmieniając ten spód w spód kakaowy, lekko przypalony. Nagle doskoczyły do niego nibsy i ziarna kawy - też ryzykownie mocno palone.

Po zjedzeniu został posmak lekko przypalonego maślano-kakaowo-orzechowego spodu, drewna i herbaty z owocowym suszem. Herbaty czarnej, ale z kwiatami i słodzonej. Słodycz przypomniała sobie o karmelu, miała w sobie coś spodowo-kruszonkowo-ciastkowego. Przypaloną nutę przeplotła ziemia, dzięki czemu ta miała pozytywny wydźwięk (tej jeszcze dopuszczalnej, czasem właśnie nawet przyjemnej lekkiej spalenizny, bardziej przypalenia niż spalenia).

Czekolada bardzo mi smakowała. Może nie rozkochała przez jednak pobrzmiewające kakao w proszku, ale wierzę, że gdyby nie ono, mogłaby. Była dość prosta, bo wyraźnie gorzka i palona, ale jednocześnie nie "jak jedna z wielu". Sporo w niej rozgrzanej ziemi, mieszającej się z drewnem bukowym i czarną herbatą. Te znacząco osłodziły nuty piegusków z żurawiną i orzechami, owsiano-maślanej kruszonki i końcowo lekko przypalonego spodu. Owoce - rodzynki i kandyzowana żurawina - też grały na słodki akord. Ogół był więc gorzko-słodki, w sumie wyważony w tym i spokojny, ale nie nudny. Tylko konsystencja tłusto-ciężkawa mogła by być trochę... mniej tłusta. Przy tej zawartości jednak jeszcze taką wybaczam. Dziwne, że choć od Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate różni ją tylko 5% kakao, smaki wyszły tak inaczej. Podlinkowana pełna dymu, z nutami ziemi i bulw, cytrusów i kwiatów tylko stopień palenia miała podobny. Co ciekawe, kakao w proszku bardziej dawało się w niej we znaki. Może... wanilia ją uszlachetniła?


ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 12,80 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, odtłuszczone kakao w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

wtorek, 17 lutego 2026

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025

W 2021 jadłam Auchan Dark Mint, która chyba zniknęła, by wrócić w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy zmieniła się sama czekolada, a jeśli tak, to czy na dobre, czy złe. Choć po tamtej uznałam, że nie wrócę do niej, gdy dostrzegłam obiekt dzisiejszej recenzji, kupiłam od razu dwie. Odbiło mi? Nope. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za czekoladą miętową, którą mogłabym dodać do swojego miętowego brownie. Z braku alternatyw, pomyślałam, że ta będzie idealna. Podlinkowana co prawda nie przekonała mnie do jedzenia osobno, ale jako kawałki w cieście? Mogła pracować. Najpierw jednak jedną chciałam spróbować nie w cieście, a normalnie. Wzięłam ją na Krzyżne, na które w końcu udało mi się wejść od strony Granatów. Na przełęczy nie wiało, świeciło słońce, a że widoki były piękne... miło mi się tam siedziało. Jeszcze milej by było, gdyby nie tłumek ludzi, ale skupiłam się na czekoladzie.

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao o smaku miętowym; po zmianach / nowa od 2025.

Po otwarciu poczułam wręcz napastliwy, intensywny zapach mięty, kojarzącej się z miętową pastą do zębów, wymieszaną z gumami miętowymi z ogromnym udziałem olejku miętowego. Wszystko to cechowała słodycz, pod którą podpięła się słodycz czekolady o lukrowym, a dokładniej miętowo lukrowym charakterze. Cieprkość stała na końcu i próbowała zdobyć się na lekką ziołowość, jakby trochę urozmaicając olejkową cierpkość. Czekolada pachniała tak nachalnie, że gdy tylko otwierałam w górach plecak, czuć miętę. Podobnie było z tym, co wróciło do domu, kiedy otwierałam komodę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała chrupko i niezbyt głośno. Wydawała się delikatna, ale nie miękka. Kiedy odgryzałam kawałek, czułam miękkawe zacięcie. Czekolada dała się poznać też jako pyliście trzeszcząca.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie średnim. Niby zachowywała kształt, ale w lepkawo-luźny, trochę plastyczny sposób. Miękła bowiem i maziście pokrywała podniebienie. Była gęsta i tłusta, w czym czuć duet masła i śmietanki, przechodzące w oleistość i wodę.

W smaku pierwsze rozbrzmiały średnia, ale wyraźna gorzkość i mentol.

Mentol wręcz mało spożywczy, szybko zmieniający się w mocno miętową, orzeźwiająco-chłodzącą pastę do zębów.

Słodycz cukru była tuż za nimi. Cukier, choć silny, nie zacukrzał tak łatwo ze względu na chłód mięty. Przechodził w lukier. Oczywiście lukier miętowy oraz cukierki, gumy do żucia miętowe z litrem olejku miętowego.

Pasta do zębów ciągle pobrzmiewała, acz nie cały czas tak samo intensywnie. Na trochę usunęła się z pierwszego planu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa olejek miętowy z całej tej miętowej mieszaniny wybił się na prowadzenie. Połączył słodycz z cierpkością, a to ośmieliło goryczkę bazy. Ogólnie ani na chwilę nie wzrosła ponad średni poziom, acz na moment zaprezentowała się trochę lepiej. Była trochę palona i wprowadziła motyw cierpkich, świeżo-chłodnych ziół, w tym mięty pieprzowej. Takiej wręcz trochę ostrej?

Mięta uderzyła z nową mocą, a gorzkość złagodził jakby... Olej maślany? Ogólna maślaność chyba wyszła tak przez olejek miętowy. W dodatku przemknęła mi lekka wodnistość.

Przy tym natarciu mięty, nasiliła się też słodycz. Przechwyciła ostrość mięty i zaznaczyła się w gardle. Acz nie było to zwykłe drapanie. Jako że wyszła integralnie z miętą, odebrałam to jako mrożąco-drapiący słodki chłód i... Drapiący likier miętowy?

Wrócił miętowy lukier, zmieniający się w pastę do zębów i mentol niekoniecznie spożywczy. Ten nawet goryczkę jakby... wchłonął. To aż trochę mdliło - jakbym najadła się pasty do zębów.

Po zjedzeniu został posmak pasty do zębów, olejku i oleju (?) miętowego, mentol i woda, a także niska cierpkość ziołowo-kakaowa. Słodycz przybrała postać gumy do żucia miętowej z echem lukru, a ja ogólnie czułam się, jakbym umyła zęby i żuła gumę do żucia miętową. W ustach czułam chłód i ogólne lekkie ochłodzenie.

Czekoladę odebrałam na tyle słabo, że aż zaczęłam się bać, czy nie zepsuję nią ciasta. Nie podobało mi się to chłodzenie, wręcz mróz, ale uwierzę, że w pewnych warunkach niektórym może się podobać. Z mocą mięty jednak przesadzili. Za silna, a w dodatku o dość okrutnym wydźwięku pasty do zębów i gumy do żucia. Nie tylko, ale jednak na tyle, by odbierało przyjemność z jedzenia. Przewinął się jeszcze lukier i likier miętowy, ukryła się ziołowa goryczka, ale nie stworzyło to zbyt zachęcającej kompozycji. Myślę, że sama silniejsza gorzkość by sobie trochę bardziej poradziła z tym aromatem miętowym niż słodycz i tłustość. Olejek miętowy aż na strukturę się przełożył, dodając wręcz oleistość i wodnistość. O ile jeszcze w górach jakoś szła, w domu ta jej napastliwa, mrożąco-przenikliwa mentolowość za bardzo męczyła, przytykała, że ostatnich 4 kostek na czysto nie dałam rady zjeść i odłożyłam do ciasta, bojąc się, co z tego wyjdzie. A jednak też wiem, że nie była to wyjątkowo podła tabliczka, bo po prostu przeciętne czekolady miętowe potrafią być tak przesadnie intensywne.

Dodałam sporo tej czekolady połamanej na kawałki do ciasta czekoladowego, do którego potem zrobiłam krem kakaowo-czekoladowy i miętową bitą śmietankę. Pisałam o nim na Instagramie.
W bazowym, nie za słodkim, ostrożnie gorzkim cieście, maziste kleksy o mocno miętowym smaku odnalazły się doskonale. Jako że całość była mało słodka, słodycz tej czekolady nie wydawała się przesadzona. Ogólnie gorzkości kakao było na tyle sporo, że także tym kawałkom czekolady została narzucona. Ze względu na głównie naturalną miętowość śmietanki, pastodozębna miętowość czekolady też starała się jakoś schować, iść bardziej w olejkową, spożywczą stronę. Tak, ta czekolada nadaje się do ciasta.

Zaprezentowana tabliczka mroziła prawie jak Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Podlinkowana przynajmniej nie zajeżdżała pastą do zębów, jednak ogólnie nie była lepsza, a w dodatku kosztowała o wiele więcej. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym wyszła tylko trochę lpeiej, bo była mentosowa, a więc jednak bardziej spożywcza. 
Auchan Dark Mint z 2021 była o wiele smaczniejsza, bo bardziej miętowo zachowawcza; spożywcza. Smuci ten spadek jakości i jednoczesny wzrost ceny.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyny, naturalny aromat miętowy 0,15%, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 16 lutego 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Nibsami ciemna z Ekwadoru

Na koniec zostawiłam czekoladę, którą dostałam od BTB, choć o nią nie prosiłam. W zasadzie nie wiem, dlaczego tak zdecydowałam. Wszak ta wyróżniała się posypką z kawałków kakao, a nie wielkich kawałów owoców, które do mnie nie przemawiały. Prawda, że nie jestem fanką nibsów, jednak w góry ogólnie zabieram mniej moje (bo z dodatkami) czekolady. Może więc czekało mnie pozytywne zaskoczenie? Już w domu zaplanowałam, że otworzę ją na którymś z Granatów. Na którym? Na tym, na którym akurat będzie mi się dobrze siedziało. Granaty same w sobie zafundowały mi jednak wiele zaskoczeń, bo chmury i mgła a to zakrywały wszystko, a to nagle odsłaniały. Zawahałam się, czy nie robić zdjęć na Skrajnym, ale jednak nie. Jednak czekolada poczekała, aż czerwonym, trochę wspinaczkowym szlakiem, doszłam do Zadniego. Z niego kawałeczek przez Granaty wróciłam.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Nibsami to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z nibsami (kawałkami kruszonego kakao).
 
Po otwarciu poczułam silny zapach kwaskawo-cierpkich ziół, osłodzonych kwiatami oraz cytrusów. Po chwili okazało się, że w zasadzie głównie pomarańczy, z wyraźnie zaakcentowaną skórka. Pojawiły się też prażone orzechy - arachidy? Laskowe? Słodycz oprócz kwiatów miała w sobie coś z karmelu, może koniaku, który łączy pewną karmelowość z soczystością. Nibsy prawie się nie wyłoniły, acz można doszukać się ich winnych i gorzkich akcentów, uważnie i mocno wąchając spód. Zapach był bardzo podobny do czystej wersji.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno, w masywny sposób. Nibsy okazały się wtopione średnio porządnie, bo część z ochotą odpadała. Dodano je w postaci sporych, twardych kawałków. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnio-wolnym,  przy czym mam wrażenie, że nibsy trochę ją poganiały i przyspieszała. Tak samo rozbijały jej zbitość. Nie drapały podniebienia ani języka, mimo że szybko odpadały i turlały się po ustach.. Gdy na próbę gryzłam nibsy obok czekolady, przypominała zamrożone masło, a one nie różniły się od tych gryzionych na koniec, więc wolałam gryźć je na koniec.
Czekolada była maślano-oleiście tłusta, z czającą się w tle wodnistością. Znikała rzadko, ściągając i zostawiając cierpkość.
Nibsy gryzione na koniec, jak i wcześniej, były średnio twarde i konkretnie chrupiące. Po chwili zaś wykazywały soczystość, bo wydawały się wilgotne i mniej twarde wewnątrz. Tylko parę była suchsza (prażona mocniej?). Bardzo podobała mi się ta struktura.

W smaku najpierw poczułam słodycz dojrzałej pomarańczy i kwiatów. Może kwiatów pomarańczy?

Pomarańcza upuściła trochę kwaśności, także soczystej i integralnej ze słodyczą, a za nią swoją obecność zaznaczyła mocno palona, trochę dymno-kawowa gorzkość.

 Soczystość szybko rosła, dodając do pomarańczy jeszcze czarne porzeczki i wiśnie. Może też czerwone porzeczki? Przepłynęło za nimi wytrawne, a jednocześnie słodkie wino. Na jego cierpkość, pojawiło się jeszcze więcej soczystych, słodko-kwaśnych pomarańczy.

Kwiaty na zasadzie kontrastu mocno podniosły słodycz. Przez moment wydała mi się wręcz urocza, a potem... Wilgotna? W sposób rześko kwiatowy. Pomyślałam o kwiatach pokrytych rosą i deszczem. Wszystko to zawilgociły też gorzkość, zmieniając kawę w czarną, wilgotną ziemię. Gorzkość, w tym ziemia, zdawała się lekko zaciągać kwaskiem.

Nibsy bardzo niewiele wnosiły niegryzione, ale... Może podkreślały samą czekoladę? I umocniły jej winną nutę.

Gdy spróbowałam czekoladę osobno, wydawała się bardziej pomarańczowo-czerwono owocowa, winno-koniakowa niż - jak w przypadku kęsów z nibsami - mocno, jednoznaczne winna, ale nie w 100%, a 99% identyczna co czysta. A nie wydawała się nimi przesiąknięta.

Nibsy gryzione obok czekolady wychodziły smakowo tak, jak gryzione na końcu, ale spłycały czekoladę, rozkręcając jej wodnistość. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w kwasku owoców przemknął mi kwaskawy żytni chleb na zakwasie. Też wilgotny, trochę przypalono-palony? Gorzkość jeszcze wzrosła, a kwasek jej wtórował.

Gorzkość zaserwowała ogrom ziemi. Gdy robiłam kęsa zaraz po schrupaniu nibsa, ziemistość wzrastała. W gorzkości krył się lekki motyw orzechów... Mocno prażonych arachidowych i laskowych? I coś fasolowego, wytrawnego, a jednocześnie łagodnego. Coś maślanego, ale nie masło... nerkowce?

W tle przewinęła się jeszcze jakby lekko cytrusowe zioła... Albo ziołowe wino. Końcowo nibsy bardziej trochę dawały o sobie znać.

Nibsy gryzione przypominały lody gorzko kawowe z sosem cytrusowym. Głównie z pomarańczy, do których czasem dolatywały czerwone owoce. Były też mocno wilgotne ziemiste w winnym kontekście. Niektóre zaskoczyły mnie wyraźna orzechową nutą... Chyba prażonych laskowych i arachidowych.

Po zjedzeniu został posmak nibsów zawsze o kwaskawym, winnym wydźwięku. Niektóre wydawały się zostawiać bardziej orzechowy, inne kawowo-ziemisty motyw. Nie odciągały jednak uwagi od echa pomarańczowo soczystej, też winnej czekolady o niskiej, rześkiej słodyczy kwiatów, lekkim akcencie karmelu i... Karmelowej kawy zbożowe? Ze zbożowo-palonym wątkiem.

To była ewidentnie BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador wzbogacona o nibsy, które podkreśliły w niej nuty wina i ziemi, za sprawą których wyszła kwaśniej w ciężki, dosadny sposób. Ogólnie nie narzucały się, odzywały raczej pod koniec, nie drapały podniebienia. I samej miały świetna strukturę. Szkoda tylko, że dodane w takiej formie jako nalepka. Dla osób lubiących czekolady z dodatkami od czystych, idealna. Znów: żadna nie jest obiektywnie lepsza, są po prostu inne, każda jest, czym ma być.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, nibsy / kruszone kakao

sobota, 14 lutego 2026

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca i solą

Dziś przedstawiana czekolada, mimo że zwykła mleczna, przyciągnęła mój wzrok w gazetce Lidla. Wszystko przez tak rzadko dodawane do czekolad, a uwielbianie przeze mnie, nerkowce. Gdy doczytałam, że to tabliczka nie tylko z orzechami, ale też z solą, zainteresowanie straciłam. Jako jednak że ojciec mi ją kupił, uznałam, że spróbować mogę. Oczywiście wzięłam ją w góry. A dokładniej na szlak na Granaty. Tej przypadło najmniej widowiskowe, ale też piękne miejsce: nad Czarnym Stawem, nad który dotarłam niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Murowaniec. Dokładniej przy odbiciu na Granaty. A najmniej widokowe nie tylko ze względu, że niższe... Ten poranek nie był dla mnie łaskawy pogodowo, bo padało, a potem wszystko ukryła mgła. Zdjęcia czekoladzie robiłam więc niepocieszona i nieprzekonana... A gdy w zasadzie już skończyłam, mgła odsłoniła staw i trochę gór. Ja i moje "szczęście"!.

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z orzechami nerkowca i solą; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach mleka i słodycz cukru z wanilią, wymieszane z orzechami nerkowca. Gdy wąchałam spód, czekolada i nerkowce rozbrzmiewały na równych prawach, gdy zaś wierzch, czekoladowa baza jednak trochę wyprzedzała nerkowce. Wydawały się lekko podprażone i niesamowicie integralne z wręcz uroczo, dziecięco słodko-mleczną czekoladą. 

Orzechów nie pożałowano. Od razu widać, że dodano mnóstwo całych, połówek, ćwiartek i różnej wielkości kawałków. Niektóre wystąpiły wręcz jeden na drugim, acz da się i malutki kęs bez orzechów zrobić. Nie wszystkie jednak fragmenty, które od spodu wyglądały na pozbawione orzechów, takie były. Bardzo często nerkowce zupełnie kryły się pod czekoladą,
Jasna tabliczka w dotyku wydała mi się plastikowa i tłusta, acz przy łamaniu wykazywała kruchość. W zasadzie prawie łamała, rozwalała się sama z siebie ze względu na dodatki. Udało mi się usłyszeć kruche, lekkie pyknięcia, a jednak, gdy robiłam kęsa, zęby spotykały się z pewną miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnio-szybkim, mięknąc szybko. Była gęsta i bardzo tłusta, wręcz śliska w maślany sposób. Miękła, chwilami wydając się plastikową. Z czasem zdobyła się na mazistą kremowość. Niechętnie wypuszczała z siebie orzechy, uparcie je pokrywając. 
Gdy na próbę pogryzłam orzechy obok czekolady, wydawała się bardzo plastikowa.
Orzechy dość długo zostawały zatopione w czekoladowej, ale w końcu wyłaniały się. Strukturę miały cały czas taką samą, niezależnie od tego, kiedy je gryzłam. Wolałam to robić dopiero na końcu. Były tłusto-miękkie w charakterystyczny dla nerkowców sposób. Zachwyciły mnie świeżością i formą. Duże i średnie sztuki oraz spore kawałki były doskonałe. Wśród orzechów nie plątały się kryształki soli. Dodana była drobna i integralna z resztą.

W smaku pierwsza przemknęła plastikowa nuta, a tuż za nią polała się cukrowa słodycz i łagodne mleko.

Słodycz trochę się zreflektowała i choć cały czas miała cukrowy charakter, nie był to czysty cukier. Mieszał się z echem wanilii i układał się w bardzo słodki, maślany nugat.

Orzechy nerkowca nawet niegryzione dawały o sobie znać. Nie mocno, ale wyraźnie wyczuwalnie, umacniając maślaną nugatowość czekolady, a jednocześnie trochę tonując słodycz.

Mleko mieszało się ze słodyczą jako nugat, ale przemknęła mi też przez myśl czekolada z nadzieniem mlecznym dla dzieci. A jednak to nie mleko wiodła prym. To maślaność starała się zająć pierwszy plan. Zawiązała sojusz z waniliową słodyczą i razem rozgościły się na nim.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada wydała mi się do potęgi maślana, do czego dołożyły się nerkowce. Wszystko to konsekwentnie sugerowało nugat. Czekolada sama w sobie wydała mi się lekko orzechowa, ale niekoniecznie nerkowcowa. Było w niej też coś ogólnie orzechowego, jednak przesiąknięcia nie wykluczam.

Kiedy spróbowałam trochę samej czekolady z ciekawości, potwierdziła się jej lekka nugatowość oraz to, że była mocno maślana, ale niestety też delikatny plastik wyraźniej czuć. Nie mocno, ale jednak. Bez orzechów zacukrzała też szybko.

Orzechy gryzione wcześniej obok czekolady okazały się nijakie, a sama czekolada poszła w plastikowym kierunku. Wolałam więc zostawiać je na koniec. 

Co kilka kęsów, w oddali, subtelnie pojawiało się słonawe echo. Tak łagodne, że uwierzyłabym, iż iluzoryczne. Podkreślała maślaność i trochę mleko z czekolady. Wydaje mi się, że trochę uwypuklała szlachetniejszy - waniliowy - wydźwięk słodyczy.
Na prawie całą tabliczkę, sól dyskretnie przypomniała o sobie może ze 3-4 razy.

Z czasem waniliowo-cukrowa słodycz w ogóle przeszła do poziomu średnio-wysokiego, nie mordowała, a wpisywała się w maślaność; maślany nugat. Przy nim niestety raz po raz wyłaniał się plastik. Gdy akurat w kęsie było więcej czekolady niż orzechów, zaznaczała się gardle, ale nie mogę nazwać tego drapaniem; nie męczyła.

Końcowo nerkowcowy smak rósł na znaczeniu i gdy zaczęłam gryźć orzechy, wystrzelił na przód. Tonowały słodycz. Orzechy zaprezentowały się w pełni. Były cudownie intensywne: naturalnie maślane i słodkawe. Czuć, że podprażono je leciutko, tylko dla podkreślenia. Dominowały, zostawiając sobie czekoladowe echo. Nie trafiła mi się przy nich sól na końcu.

Po zjedzeniu został posmak orzechów nerkowca. Maślanych i łagodnie słodkawych, przyozdobionych lekko nugatowym echem słodko-maślanej czekolady. Ta na koniec wyszła bardzo wycofana.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Wszystko do siebie tu pasowało, sól okazała się marginalna i nie zaburzyła duetu nerkowców i jakby nugatowo-maślanej czekolady. Ta choć sama w sobie ryzykownie słodka, z orzechami tak nie zasładzała. Czuć w niej nie tylko cukier, a też wanilię. Pobrzmiewało w niej echo plastiku, ale nerkowce skutecznie odciągały od niego uwagę i wynagrodziły to. Były boskie. Takie, jakie nerkowce powinny być, a i dodano ich mnóstwo.

Tabliczka wprawiła mnie w szok, bo choć prosta i słodko-mleczna, z przyjemnością ze względu na nerkowce zjadłam prawie całą. W górach szła dobrze, a w domu też całkiem w porządku, że zostawiłam tylko 3 kostki Mamie (a pierwotnie obstawiałam, że pewnie dam jej połowę). Jej opinia: "No tak, zaskakująco dobra ta sama czekolada jak na Fin Carre. Ryzykownie słodka, ale dobra, bo ta co jest w stałej ofercie - mleczna z laskowymi - to sama czekolada jak plastik. Dziwne, że limitki mają aż podejrzanie dobre. W ostatniej kostce jednak trafił mi się kryształek soli i powiem, że kompletnie do niczego tam nie pasował". Obie się zgodziłyśmy, że miała wyjątkowego pecha tak trafić na jeden kryształek...


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: jak wyżej (sprawdziłam: 6,99 zł)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy nerkowca 22%, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku (z mleka), bezwodny tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, olej rzepakowy, sól 0,2%, emulgator: lecytyny; ekstrakt z wanilii