poniedziałek, 20 lipca 2026

Green Touch Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji

Ta czekolada wygląda jak jedna z wielu takich niby bardziej eleganckich tabliczek z okienkami, które mocno kojarzą mi się z koszami prezentowymi. Nawet miałam problem z zapamiętaniem nazwy marki. Nie wiem, dlaczego w głowie ciągle siedziało mi Chocolate Bush. Green Touch, polską markę specjalizującą się głównie w herbatach, poznałam przypadkiem, kiedy szukałam najbardziej przystępnej cenowo suszonej lawendy. Jako że i tak zostawała kwestia przesyłki, patrzyłam na sklepy internetowe, w których można dostać też czekolady. Takie, które sprawdzą się w górach, a więc najlepiej z orzechami. 
Otworzyłam ją na Kopie Kondrackiej trochę przez pomyłkę. Planowałam to zrobić dopiero nieco dalej, na Małołączniaku, ale zwyczajnie pomyliłam szczyty, znalazłam sobie miejsce ze dwa-trzy metry pod szczytem, gdzie mniej wiało i zabrałam się za zdjęcia. I to było świetne posunięcie! Na Małołączniaku bowiem wiało tak, że trudno było ustać i oddychać.

Green Touch Ręcznie Robiona Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z (20%) orzechami: migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami. 

Po otwarciu poczułam intensywny słodko-gorzki zapach czekolady z zaznaczonym soczyście owocowym akcentem (wyraźniejszym, gdy wąchałam wierzch). Przeplotły ją migdały i orzechy: laskowe i jakby jeszcze jakieś niedookreślone. Pistacji w sumie też da się doszukać. Powiedziałabym, że surowe i w skórkach. Pod względem słodyczy i gorzkości wydała mi się bardzo wyważona, acz trochę duszna. Z tym, że dodatki - zwłaszcza gdy wąchałam spód - w udany sposób odciągały od tej duszności uwagę.

Tabliczka była twarda, ale przez to, jak wlepiono dodatki, wydawała się delikatna i krucha. Trzaskała średnio głośno, krucho-chrupko. Orzechowy miks trzymał się średnio porządnie. Kilka dodatków odpadło.
Dodatków nie pożałowano. Postawiono na naprawdę wielkie orzechy laskowe i migdały. Pistacje dodano normalnych rozmiarów. Proporcje zachowano raczej równe.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, łatwo i gładko. Orzechy po pewnym czasie od niej odpadały, a wtedy bardzo dobrze się wczułam w jej maślano tłustą kremowość, w której kryła się jakby lekko suchawa, złudna pylistość. Z czasem narastała delikatna soczystość, a  kawałek z gęsto kremowej masy zmieniał się w gęstą zawiesinę.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, jednak struktura nie różniła się od momentu, w którym to robiłam. 
Czekolada znikała bardzo maziście, bardziej tłusto i zostawiając pyliste wrażenie. orzechy nie rozbijały ani nie poganiały jej.
Orzechy, ogólnie mówiąc, były chrupiące. Najbardziej po prostu chrupiące, kruche okazały się orzechy laskowe. Migdały wykazywały bardziej twardość, zaś pistacje miękkość, ale i one potrafiły chrupnąć za sprawą skórki. Pistacje i migdały dodano właśnie ze skorkami. Orzechy laskowe skórka pokrywała tylko trochę w paru miejscach.

W smaku czekolada przywitała się prostą, duszną słodyczą. Towarzyszyła jej lekko palona gorzkość. Nie była mocna, ale wyraźna.

Słodycz odważnie rosła. Odnotowałam wanilię, która wyraźnie ją podniosła, ale jednocześnie podyktowała szlachetniejszy wydźwięk. Z dusznej zrobiła się jakby przydymiona, choć aspirowała do wysokiej.

W tle zaznaczyła się lekka, słodka soczystość, a także akcent drzew, do którego po chwili dołączyły orzechy.

Gorzkość miała w sobie coś z sadzy, jakby paleniska, obok którego leży suszące się drewno, ale łagodniała. Uległa waniliowej słodyczy. Coraz mocniej pobrzmiewały obok niej łagodzące migdały i nieokreślone orzechy nawet w kęsach bez dodatków.
W kęsach z laskowcami ogólna orzechowość wyszła nieco mocniej niż z pistacjami. Niegryzione orzechy laskowe lekko się wtrącały do smaku bazy. W kęsach z migdałami za to migdały starały się dorównać kroku nutom bazy i trochę tonowały słodycz. Czekolada w pobliżu migdałów znacząco nimi przesiąkła. Jedynie pistacje prawie się nie zdradzały.

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok, nie wykorzystały w pełni swojego potencjału. Wydawały się przygłuszone wanilią, cukrem i cierpkością bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada serwowała coraz więcej owocowych przebłysków. Przyszedł mi do głowy kompot wiśniowo-śliwkowy. Słodki, lekko cierpki, ale nie kwaśny... tak może tylko z sugestią kwasku. Przemykał jednak tyłami, nienachalnie.

Niegryzione orzechy laskowe i migdały trochę odciągały uwagę od kompotowego wątku, ale tak, że to skojarzenie zupełnie nie uciekało. Zostawało echo owoców tych owoców, choć nie bardzo jednoznaczne.

Z czasem łagodniejsza baza przywodziła na myśl naturalny krem z miksu wielu różnych orzechów. Robiło się coraz łagodniej, słodycz ryzykownie rosła, aż nagle... Krem zmienił się w zdrowe, naturalne trufle cierpko kakaowe z niedokładnie zielonych różnych orzechów, w tym migdałów i laskowych. Wyobraziłam sobie naturalne "raw barowe" kulki, nierzadko nawet z dodatkiem słodko-soczystych wiśni i śliwek. Drzewny akcent podbił ich naturalność, a wanilii zasugerował nieco żywiczny akcent.

Dodatki gryzione na koniec okazały się wyraziste. Wszystkie bardzo dobre, ale migdały wręcz zniewalające. Niesamowicie naturalnie słodkie, jakby same w sobie w porywach lekko marcepanowe, słodziutkie i takie... Łagodniejsze, lekko maślane, a jednocześnie z charakterem że względu na skórkę. Orzechy laskowe i pistacje dały się poznać jako słodkie, ale z epizodycznie pojawiającym się szlachetnym, gorzkawym echem skórek. Wydawały się surowe. Ewentualnie prażone w sposób znikomy.

Po zjedzeniu został posmak soczyście kompotowej, słodkiej czekolady z drzewną cierpkością oraz dodatków. Migdałów, orzechów laskowych lub pistacji, w zależności od tego, co akurat było w kęsie. Migdały wyprzedzał w posmaku czekoladę, pistacje i laskowe stały z nią na równi.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Sama czekolada smakowała dobrze, niebanalnie. Drzewna nuta i wątek śliwkowo-wiśniowego kompotu wynagrodziły łagodną gorzkość. Słodycz mimo że miała duszne skłonności i bardzo rosła, w ogólnym rozrachunku nie wyszła bardzo za wysoka. Wolałabym, by baza była mniej tłusta, ale i to nie było jakieś bardzo natarczywe. Dodatki mogłyby być porządniej wtopione, ale i tak jak były, nie było źle.
Dodatki okazały się gigantycznym plusem. Już bardzo dobre orzechy laskowe i pistacje mnie cieszyły, ale tak boskie migdały w ogóle rozkochały w sobie. W dodatku orzechów nie pożałowano, a proporcje były świetne.
Małe poprawki i byłaby czekolada z orzechami idealna. Zdziwiłam się, że odebrałam ją lepiej niż Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy (ukochanego Beskidu!). Sowite sypnięcie dodatków zrobiło robotę.


ocena: 9/10
kupiłam: greentouch.pl
cena: 22,90 zł (za 85g)
kaloryczność: 549,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), orzechy 20% w zmiennych proporcjach (migdały, pistacje, orzechy laskowe)

niedziela, 19 lipca 2026

Endangered Species Cherries 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszonymi wiśniami

Amerykańską markę Endangered Species poznałam już dość dawno i nie polubiłam się z nią. Po latach natknęłam się w internecie na ich tabliczki, wyglądające zupełnie inaczej, że aż upewniłam się, czy to ta sama marka. Postanowiłam dać im szansę, bo przyciągały mój wzrok, a w góry i tak potrzebowałam jakiś nieznanych mi czekolad do testów. O nie było coraz trudniej. Szukałam bowiem nie za drogich, bo to na trasę, nie domowej degustacji, ale jednocześnie nie tanio smakujących, najlepiej nie za słodkich. Po Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate zaczęłam na tę amerykańską markę patrzeć bardzo przychylnym okiem. Dziś opisywaną czekoladę wzięłam więc na Giewont, licząc, że dane mi będzie w tym roku popodziwiać widoki stamtąd. Weszłam na niego z Kondrackiej Przełęczy, gdzie zaprowadził mnie żółty szlak przez Dolinę Małej Łąki, startujący z Gronika. W zasadzie aż do ostatniej chwili nie wiedziałam, po którą z dwóch zabranych ze sobą czekolad, sięgnę najpierw.

Endangered Species Cherries 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszonymi wiśniami.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach czekoladowej czarnej kawy, którą trochę przesłodzono słodkim syropem. Jego obraz budowała mieszanka cukru i wanilii. W tle zaznaczyła się nieśmiała ziemia. Wiśnie czuć bardzo delikatnie, w tle. Na tyle, że nabrałabym się, iż to nie dodatek, a nuta czekolady.

Twarda tabliczka, na której spodzie zaznaczyło się parę ledwo widocznych wypukłości, przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, trochę głucho i jakby była bardzo zbita. Przekrój ujawnił niewielką ilość średnich kawałków wiśni. Reszta bardzo dobrze się kamuflowała.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, dziwnie łącząc pewną pylistą suchość z w sumie gładką kremowością. Tłustość, choć wyczuwalna, nie zwracała na siebie uwagi. Podczas pokrywania podniebienia mazistymi smugami, bazowo zbity kawałek zachowywał masywność i kształt. Bardzo niechętnie wyłaniały się z niego kawałki wiśni. Trudno było je gryźć wcześniej tak, by nie gryźć czekolady. Na próbę to zrobiłam, by utwierdzić się, że wolę zostawiać je na koniec.
Kawałki wiśni gryzione wcześniej były twarde i suchsze. Nie mocno, ale na tyle, by były mniej przyjemne w odbiorze. Okazało się, że dodano ich o wiele więcej, niż się wydawało. Co chwila w kęsie trafiała się ćwiartka, połówka lub mały kawałek, czasem dosłownie sama skórka.
Czekolada w chwili znikania nagle robiła się jawnie tłusto rzadka.
Wiśnie gryzione na koniec wciąż były dość twarde, ale wyraźnie soczystsze i lepkie. Trochę skrzypiały za sprawą skórek.

W smaku od razu rozeszła się mocno palona gorzkość, której wtórowała waniliowa słodycz. Gorzkość jednak wyraźnie lekko ją wyprzedzała. Była średnio silna, ale cały czas wyrazista, stateczna.

Czasem, gdy akurat zahaczyłam zębem o wiśnię lub którąś przegryzłam, dawały o sobie znać już w tym momencie. Nie narzucały się jednak rozwojowi smaku czekolady. Nieruszane zaś dość długo starały się nie wychylać.

Słodycz popłynęła w kierunku waniliowego karmelu, podłapując palony klimat. Rosła lekko, osiągając średni poziom, ale nawet nie próbowała zawalczyć z gorzkością.

Mieszając się, skojarzyły mi się z czarną kawa z czekoladowym syropem. Gorzkość za ich sprawą nieco wzrosła, acz w sposób ledwo zauważalny. Pilnowała tego łagodząca maślaność. Przypominało to trochę ciasto kakaowe z odrobinką kawy, która ma tylko podkręcić kakaowość; ciasto z kakaowym sosem.

Czasem niegryzione, a większe wiśnie dość szybko dawały o sobie znać, podkręcając gorzkość właśnie. Stawały z nią w opozycji do słodyczy. Były wyczuwalne z różnym natężeniem. Ogólnie jednak znały swoje miejsce: były tylko dodatkiem.

Czekolada tuż obok samych wiśni trochę nimi przesiąkła. Gdy jednak spróbowałam jej trochę samej, z brzegu, gdzie w pobliżu nie było dodatku, nie zdradzała wiśniowego charakteru, ale... pewną soczystość czułam i wtedy. Na znaczeniu trochę przybierała wtedy ziemia.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam wiśnie obok czekolady, wydawała się słodsza w pospolity (bardziej cukrowy) sposób, a wiśnie... raz była o wiele mniej wyrazista, a raz bardziej - wreszcie wyraźnie, mocno wiśniowo! - kwaśna.
 
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość dzięki paloności umocniła swoją pozycję. Pokazało się nawet trochę ziemi i jakby... orzechowo-migdałowe, niemal nieuchwytne jednak, echo?
Jednoczenie wzrosła słodycz, która przez pewien czas trzymała się karmelu. Wyobraziłam sobie sos karmelowo-czekoladowy z wanilią i... Ściekający po kakaowo-maślanym cieście, w którym coraz istotniejsza rolę grają wiśnie. Cieście aż wilgotnym od nich. I do którego podano kawę, przypominającą o palonym motywie. Maślaność próbowała łagodzić gorzkość, ale ta i tak miała się nieźle. Choć wciąż wysoką za nic jej nie nazwę.

Smak dodatków nasilał się wraz z tym, jak się wyłaniały.
Im większe były, tym mocniej. Gdy zaś w ustach znalazł się jedynie kawałek, kawałeczek wiśni, czekolada końcowo wydawała się bardziej palono gorzka i jednocześnie słodka. Jednoznacznie przypominała waniliową kawę. Jakieś jej echo czasem występowało też w towarzystwie większych wiśni.

Wiśnie gryzione na koniec dały się poznać jako słodko-kwaśne, soczyste. Bardzo w tym wyważone. Tak bardzo, że ta ich słodycz i w sumie brak cierpkości aż trochę dziwiła (wszak wiśnie nie są zbyt słodkie). Smak suszonych wiśni był nie do pomylenia z czymkolwiek innym.

Po zjedzeniu został posmak słodko-kwaśnych wiśni, mieszkających się na równych prawach z wysoką słodyczą wanilii i karmelu oraz palonym wątkiem z echem kawy i ziemi.

Bardzo dobra tabliczka, choć nieco mniej twarde wiśnie i bardziej zgrana, może mniej waniliowa baza, dopiero by uczyniły ją przepyszna! 
Przez gorsze wiśnie wyszła gorzej niż Manufaktura Czekolady MANU Wiśnia 70 % Kakao, ale było blisko.
Czuć, że baza ta sama co w Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate, tylko dodatki inne.


ocena: 9/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), suszone wiśnie, cukier trzcinowy, celuloza w proszku, olej słonecznikowy

piątek, 17 lipca 2026

Dolfin Noir 73% Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę czekoladę, poczułam, jak przyspiesza mi serce. Mam sentyment do tej marki, bo przyłożyła się do zaciekawienia odkrywaniem ciekawych czekolad. Czyste czekolady jednak dotąd, np. Dolfin noir 88 % Cacao, niezbyt Dolfinowi wychodziły. Może wzięli się do roboty, nauczyli się? Pełna nadziei zamówiłam wszystkie czyste, które były dostępne w sklepie. Niestety razem z nimi kupiłam parę nowości z dodatkami i te już zdążyłam zjeść, a one mnie zwyczajnie rozczarować. Zaczęłam się więc bać, że i z tymi może być podobnie. Zaczęłam od bardziej obiecujacej.

Dolfin Noir 73 % Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Papui Nowej Gwinei.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach, kojarzący się z kakaowym, trochę murzynkowym ciastem kakaowym, w którym nie brakowało słodyczy i... orzechów laskowych? Słodycz i gorzkość wydały mi się bardzo zgrane, wyważone. Słodyczy dokładało sporo owoców suszonych: bardzo słodkich, niemal czysto słodkich moreli, śliwek i fig, bez choćby cienia kwasku. Mieszały się z kwiatami i wanilią, którą podkręciła subtelna maślaność. Gorzką kakaowość zaś chyba odrobinkę podbiało coś niemal pieprznego.

Czekoladę zapakowano zupełnie inaczej niż znane mi Dolfiny. Marka odeszła od opakowania, które przypomina elegancką kopertę, na rzecz zwykłego kartonika. Szkoda.
Tabliczka w dotyku wydała mi się pylista i zarazem tłusta. Przy łamaniu dała się poznać jako bardzo twarda i głośno trzaskająca. Jej brzmienie sugerowało pełnię i konkret. Gdy zaś robiłam kęsa, odnotowywałam w niej nieco pyliście-trzeszczący motyw.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, przedstawiając się jako kremowa, średnio tłusta w maślany sposób. Kryła w sobie nieco pylisty efekt, sprawiający, że nie była idealnie gładka. Trochę miękła, roztaczała smugi, a które czasem wkradła się marginalna wodnistość. Nie zaburzyła jednak kremowości. Nie zrobił tego też marginalny, pylisty efekt. Czekolada zostawiała suchawe wrażenie w ustach i nieco tłuste na ustach.

W smaku pierwszy rozszedł się wątek o łagodnym charakterze, maślano-bananowy, tworzący tło. Ustanowił średnio wysoką, wyraźną słodycz, która potem płynęła spokojnie, rosnąc tylko trochę.
 
Po chwili zaznaczyła się cierpkawa goryczka o palonym charakterze.

Nim się jednak bardziej rozeszła, w słodkiej strefie obecność zgłosiły... kwiaty? Kwiaty suszące się...? Suszone owoce! Przede wszystkim jasne, bardzo miękkie i słodkie suszone figi. Figi słodkie w niemal miodowy sposób, do których po chwili dołączyły też inne owoce suszone... A w każdym razie figi straciły trochę na jednoznaczności.

W tym czasie nasiliła się gorzkość. Zahaczała trochę o proste kakao w proszku, za sprawą którego motyw bananowo-maślany przeszedł w kakaowego murzynka, tylko że właśnie nieco "zdrowszego", bo bananowego. Ciastowy wydźwięk zwieńczyła wanilia.

Palona gorzkość umacniała paloność, jakby nie umacniając już poziomu gorzkości. Była raczej średnia i pilnowała się, by nie wyjść za dosadnie. W paloności rozgościły się palone ziarna kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za ich sprawą maślaność zmieniła się w orzechy.

Posypały się głównie naturalnie słodkawe orzechy laskowe, trochę urozmaicone arachidami. Prażone, niektóre w skórkach, przypominających o goryczce, inne bez, a więc słodsze. Zrobiło się orzechowo-prażono.

Na falach raz po raz nieco rosnącej słodyczy do suszonych fig zakradło się trochę prawie zupełnie czysto słodkich suszonych śliwek. Śliwek, które... pretendują do lekkiego kwasku? Za waniliową słodyczą i paloną gorzkością kawy przewijała się nieśmiała soczystość. Na moment nawet nieco mniej nieśmiała. W tle kręciło się coś niepodważalnie soczyście owocowego... teraz już czerwono owocowego? Tak jednak delikatnego, że trudno było dookreślić, czy te czerwone owoce też są suszone (raczej tak?), czy niekoniecznie.

Orzechy zatonęły zaś w maślaności, która odzyskała wpływy, zgrywając się z wanilią. Stworzyły wizję biszkoptowego ciasta typu "chlebek", z którego jednak uciekł motyw bananowy. To raczej jakby maślany keks, ale z samymi orzechami, bez bakalii.

A bakalie... w sensie suszone owoce jakoś się chyba ewakuowały.
Suszone owoce stawały się coraz bardziej niedookreślone. Przeszły bardziej w po prostu słodką soczystość, tęsknie zerkającą na kwasek, jako że słodycz zaserwowała wanilię, która to zaczęła miarowo umacniać swe wpływy. Wanilia przysłaniała suszone owoce i kwiaty. Połączenie tego wszystkiego w pewnym momencie jakby jeszcze spróbowało poudawać miód, ale wanilia w końcu wygrała. Zrobiła się trochę męcząco drapiąca i za ciężka. Acz właśnie w tym drapaniu... próbował utrzymać się miód.

Cierpkość palonej kawy raz po raz wydawała się robić aluzje do kakao w proszku, acz po tej soczystszej chwili, zaczęła wydawać się trochę wręcz pieprzna, konkretniejsza.

Po zjedzeniu został posmak palonych, nie jednak mocno gorzkich ziaren kawy oraz maślano-ciastowy, jakby chlebko-keksu z orzechami głównie laskowymi, intensywna wanilia, zgrana z ciastowym motywem i delikatne soczyste echo. Łączyło czysto słodkie figi i i czerwone owoce. Cierpkość zaś błądziła od mocno kakaowego murzynka (bananowego?) do ziaren kawy.

Czekolada wyszła całkiem smacznie, jednak mam żal do producenta o ten ekstrakt z wanilii. Zagłuszył słodkie nuty, w których było sporo suszonych owoców. Miał pewnie uszlachetnić cukier - poniekąd mu się to udało, bo to, że dodano tu biały, nie dawało się we znaki, ale i na kakao miało to wpływ. Kwiatowo-bananowo-figowe nuty budowały raczej słodki obraz, a murzynkowo-bananowe ciasto, maślaność i orzechy głównie laskowe z ochotą na słodycz przystały. Jedynie palona kawa i ogólnie silna paloność zgłosiły coś mocniejszego dla przeciwwagi. Wyszło to smacznie, acz prosto przez nieco za mocne palenie. Żałuję też, że soczystsze motywy nie rozwinęły się bardziej.
Szkoda, że skoro Dolfin zabiera się za czekoladę z danego regionu, tak mocno praży kakao i dodaje tyle wanilii. Wanilia przesłodziła, gdyby nie ona, całość miałaby 8. A kto wie, czy z innym cukrem i mniej palonym kakao, nie zgarnęłaby 10.

Kwiaty, banany, "suszone nuty", trochę czerwonych owoców, czekoladowy deser z chili, corn flakesy z orzeszkami, maślano-bananowe ciasto  MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % rozkochały mnie w sobie i w pewnym sensie podobne nuty wystąpiły w dziś prezentowanej. Trochę uproszczone, trochę inne, ale podobne. Kakaowe, trochę przypalone ciasto murzynek z owocami, wiśnie, śliwki i banany z Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate także trochę się kojarzyły z dziś przedstawianą, ale i ta była smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 16 lipca 2026

lody Dione Premium Ice Cream Dziugas Hard Cheese Cranberry

Lody to obecnie zupełnie nie moja bajka. Nie dość, że słodkie, smaki, składy i jakość coraz bardziej wątpliwa, a w dodatku zimno. Nie toleruję zimnego jedzenia. A jednak zdarza się, że pewnym smakom daję szansę. Muszą być na tyle wyjątkowe, niespotykane, bym jednak się przemogła i przymknęła oko na zimno, zawijając się w koc i sweter. Do tego muszą mieć względnie niezły skład: nie mogą zawierać wody, a syrop glukozowy jak już musi być, to gdzieś dalej w składzie. Skład dziś prezentowanych mi się nie podobał, ale... Tu ciekawość wygrała, bo jednak taki wariant smakowy? Lody Bałtyckie Gorgonzola z Malinami były dziwnie dobre, więc pomyślałam, że i ser żółty powinien się sprawdzić. Połączenie sera z żurawiną odkryłam stosunkowo niedawno, ale bardzo mi się spodobało. Tylko... sery z żurawiną podaje się na ciepło, a jednak lody... wciąż były lodami. O litewskiej marce Dione nie wiedziałam nic, więc nie nastawiałam się ani zbyt negatywnie, ani pozytywnie. Nadszedł taki dzień zimą, w którym uznałam, że zakopię się w grubym swetrze i dopuszczam zjedzenie lodów. Na marginesie: aby stwierdzić, czy w lodach czuć, jaki ser dodano, specjalnie kupiłam sobie ser litewski Džiugas dojrzewający 36 miesięcy* (bo lubię charakterne sery). 

Dione Premium Ice Cream Dziugas Hard Cheese Cranberry to "lody waniliowe z serem (twardym podpuszczkowym dojrzewającym) Džiugas i żurawiną", a właściwie sosem żurawinowym.

Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkich lodów z bliżej nieokreślonym sosem owocowym. Powiedziałabym, że to jakaś mieszanka owoców głównie czerwonych, trochę leśnych w formie niskopółkowego sosu, takiego typowego do lodów (kojarzyło mi się to z lodami w plastikowym pojemniczku, wyglądającymi jak Koral Iza). Żurawiny dało się w nich doszukać w trakcie jedzenia, ale w wydaniu sosowo-cukierkowym. Miałam wrażenie, że im dłużej lody były w cieple, tym bardziej natarczywie landrynkowy robił się zapach. Ser się nie ujawniał.

Biała masa lodowa miejscami była zabarwiona sosem. Ten wystąpił w formie zawijasów gibkiego sosu. Były zawijasy i cieńsze, i grubsze, przechodzące w skupiska sosu. W całej masie lodowej było sporo podłużnych małych słupko-kawałków i drobinek pokruszonego sera, które trudno dostrzec.
Choć w pierwszej chwili twarde, bardzo zbite, lody dały się poznać jako gęste i kremowe. Topiły się powoli i właśnie gęsto, zmieniając się w krem. Sos, ocieplając się, robił się bardziej sosowaty, ale zachowywał pewną zwartą gibkość.
W ustach do kremowości doszła lekka proszkowość. Czuć, że bazę stanowiła tłusta, gęsta śmietanka. Wydały mi się wręcz ciężko tłuste, a jednak... czasem wkradała się w nie wodnistość. W trakcie jedzenia sos wydał mi się specyficznie zżelowany, a do tego gładki i soczysty.
Lepki, średnio gęsty sos rozpuszczał się w średnim tempie, miejscami mieszając się z lodową bazą. Urozmaicenie stanowiły też kawałeczki sera. Trafiałam na nie co chwila, zarówno w białej, jak i różowej masie (w części owocowej zabarwił się jej kolorem). Okazało się, że dodano ich o wiele więcej, niż widać. Kawałki te były twardawe i sprężyste. Jak to przemrożony ser. W ustach nie rozpuszczał się, a rozchodził, rozpadał na na coraz mniejsze grudki-grudeczki.

W smaku od początku czuć wysoką słodycz.

Szybko dołączyła do niej śmietanka. W przypadku białej części lodów wyraźnie czuć pełną, bardzo tłustą i słodką śmietankę. Słodycz zlała się z nią w jedno. Nakręcały się nawzajem. Powiedziałabym, że to bardzo słodkie lody śmietankowe, nie waniliowe.

Słodycz wspięła się na wysoki, trochę przytłaczający poziom. Pobrzmiewała w niej waniliowa nuta specyficzna dla lodów w wariancie waniliowym, ale tak znikoma, że lody nie zasłużyły na miano waniliowych. Była bardzo zgrana ze śmietanką i... jak się okazało po paru chwilach echem wodnistym, rozbijającym śmietankowość. 

W miejscach, gdzie baza lodowa przybrała różowy odcień za sprawą sosu, słodycz była wyraźniej sztuczna, cukierkowa. Tu zdradzał się motyw czerwonych owoców. Nieokreślonych jednak. Można by strzelić, że to miks wiśni, żurawiny i maliny czy coś, mieszanka owoców czerwonych, leśnych.

Raz po raz w bazie trafiałam na ser, który w smaku wnosił bardzo niewiele. Gdy lody się rozpływały, trudno się domyślić, że to ser, choć raz po raz zdobywał się na nieśmiałe, słonawe echo. Gryziony wcześniej wydawał się bardzo nijaki. Zaś później, gdy pozwalałam mu trochę się ocieplić i spędził w ustach trochę czasu, robił się trochę serowy, ale wciąż nijaki. Dało się rozpoznać, że to jakiś ser żółty, ale bez charakteru.

Sos żurawinowy urozmaicał bazę słodko-kwaśną soczystością i niewątpliwie smakiem czerwonych owoców. Niestety jednak w mocno cukierkowym, sztucznym wydaniu. Owoców trzymała się nieprzyjemna nuta sztucznie owocowego taniego sosu do lodów. Dało się jednak rozpoznać w nim żurawinę. Jako składową, jedną z wielu owoców, taką landrynkowo-sosową, ale jednak.

Masa lodowa zagarnięta po wyrazistym wsadzie owocowym wydawała się bardziej wodnista, bardziej mdła, ale... jakby jej słodycz została nieco przełamana. Czasem przewijało się w niej echo bardziej maślane - wydaje mi się, że mogła trochę przesiąknąć serem. Za mało, by wyszło to serowo, ale już na tyle, że rejestruje się coś wytrawniejszego.

Po zjedzeniu został posmak przesłodzonych lodów śmietankowych z tanim, czerwono owocowym, trochę żurawinowym sosem o nieprzyjemnie cukierkowo-sztucznym wydźwięku. Serowa nuta prawie się ukryła w przesłodzeniu i kwasku, ale jak się skupiłam, byłam w stanie stwierdzić, że jakiś ser żółty się tam zaplątał.

Lody mi nie smakowały. Nie potrafię znaleźć w nich niczego, co mogłabym pochwalić. Niby porządnie śmietankowe, aż za tłuste, ale jednocześnie z odnotowywalną wodnistością. Sama baza miała nieciekawy, przesłodzony smak. Wyszła bardziej śmietankowo niż waniliowo. Ser stanowił w niej lichy dodatek i był tak podrobiony, że niewiele wnosił. Na pewno nie czuć go tak, że można powiedzieć, że to konkretnie Dziugas*. Sos żurawinowy był niczym z tanich lodów z sosem owocowym. Sztucznie cukierkowy, raczej niedookreślony, mimo że z rozpoznawalną nutą żurawiny.

Próbowałam się wczuć w ten ser, ale nie... Im więcej jadłam, tym bardziej utwierdzałam się w tym, że to po prostu niesmaczne lody o tanim wydźwięku. 42 g to moje maksimum, resztę oddałam Mamie.

Lody oddałam Mamie, ale i ona im nie podołała. Po małej porcji resztę wyrzuciła, stwierdzając: "Niesmaczne. Najlepszy w nich to ten sos owocowy, ale ja po prostu lubię lody z sosami owocowymi; nie, że ten był jakoś szczególnie dobry. W ogóle trudno powiedzieć, jaki konkretnie to ma być owoc. Lody same w sobie to kiepskie lody śmietankowe, takie zwyczajne, ale z kawałkami dziwnego czegoś. Trudno powiedzieć, co to. Czasem coś jakby lekko słonego mi się tam pojawiało". Jak powiedziałam, że to ser, pokiwała głową i dodała: "To pewnie on. Ale te jego kawałki nijakie, w porywach lekko słone, zbędne zupełnie. Ta cena i skład dołożyły się, że i ja bym im 2 wystawiła".

*Gdy jadłam ten ser, by poznać jego smak, okazał się wyrazisty, więc bardzo dziwne, że w lodach aż tak... odpadł. Acz sam w sobie też mnie nie zachwycił. Łagodnie mówiąc. W zasadzie to pierwszy twardy dojrzewający ser, który mi nie smakował. Połączył w sobie jakby osiadającą w gardle pikanterię, kwasek dojrzałego sera, w którym doszukałam się nut rodzynkowo-cytrusowych ze  "skarpetkowo"-orzechowym wątkiem. Smakował faktycznie dojrzale, ale bez głębi. Już wolę grana padano, którego też fanką nie jestem, a na pewno o wiele bardziej preferuję jeden z moim ulubionych serów, Bursztyn. Co jednak nie zmienia faktu, że dziwne, że ten Dziugas w lodach tak znikł... Pewnie dodali wersję dojrzewającą krócej (12 miesięcy?).


ocena: 2/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 376g / 475ml)
kaloryczność: 235 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: śmietanka 25 %, mleko 25 %, wsad żurawinowy 11 % (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, żurawina 30 %, woda, substancja zagęszczająca: pektyna; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnej marchwi, naturalny aromat), cukier, ser twardy Džiugas 7 % (mleko, sól, bakterie fermentacji mlekoowej, enzym: podpuszczka mikrobiologiczna), mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowo-fruktozowy, dekstroza, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; naturalny aromat waniliowy

wtorek, 14 lipca 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75 % ciemna

Przygotowując posta pod recenzję, chciałam znaleźć tę czekoladę na stronie producenta. Jakież było moje zdziwienie gdy... trafiłam na problemy. Jakby czekoladę wycofano? Znalazłam za to jakąś "Special", też z Peru, ale z marną zawartością 70%. Marną w odniesieniu do posiadanej! Uf, wyglądało na to, że miałam szczęście z trafieniem na dziś przedstawianą. Ponoć zwą ją "el txakoli de los chocolates" ze względu na jej wyraźną i wyrazistą owocową kwasowość. Google mi z tym pomógł: chodzi o Txakoli wśród czekolad! Hm... dalej dość enigmatycznie. Po krótkim researchu okazało się, że Txakoli to lekkie, wytrawne, owocowe wino produkowane głównie w Kraju Basków w Hiszpanii, charakteryzujące się wysoką kwasowością, delikatnym musowaniem i niską zawartością alkoholu. Tabliczka ta dwukrotnie zdobyła brąz w w konkursie International Chocolate Awards 2018 i 2020 w kategorii europejskiej. Widać ta hiszpańska marka wiedziała, jak poradzić sobie z wysoce cenionym białym kakao Palo Blanco od producenta Cesar Vallejo. Nie ukrywam, że zrobiłam się jej bardzo, bardzo ciekawa

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Nativo Blanco z Peru, z regionu miasta Chulucanas, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał słodki zapach kwiatów. Pomyślałam o jaśminie, mimo że kwiatowa nuta otoczona była pewnym ciepłem. Sugerowało kwiatom nawet suszoność, ale jaśmin uparł się na wizję ciepłego, letniego poranka. Suszona nuta nie opuszczała słodyczy i ujawniła się w rodzynkach. Z tym że też nie do końca suchych, bo w głowie siedziały mi słodkie rodzynki nasączono-zawilgocone, z czegoś, np. miodowej masy makowej, bardzo słodkiego sernika, ciasta. Za nimi przemykały jeszcze jakieś bardzo trudne do uchwycenia, dziwnie wręcz słodziutkie czerwone owoce. Motyw ciasta je przysłaniał, serwując jeszcze orzechowość, układającą się w migdałowe (z mąką migdałową) ciasto czekoladowe. 

Niestety czekolada dotarła do mnie połamana, w kiepskim stanie. Tam jednak, gdzie już miałam okazję przełamać ją sama, trzaskała głośno niczym gałązki, z chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się trochę miękkawo-lepkawo, średnio wolno. Czuć w niej wręcz piaszczystość, ziarnistość, przekładające się na pewną suchość. Z czasem rozeszła się soczystość, która częściowo odciągała uwagę od jakby skrytej pylistości. Końcowo nawet trochę ściągała.

W smaku od początku czuć przede wszystkim słodkie białe kwiaty. Powiedziałabym, że jaśmin, choć nie był w 100% jednoznaczny, możliwe, że towarzyszyły mu jakieś inne kwiaty. Poczułam też ciepło.

Przez sekundę czy dwie ciepło próbowało zasugerować kwiatom ich suszone wersje, ale suszony motyw jednak popłynął w kierunku bardziej... herbacianym. Możliwe, że fusy czarnej herbaty urozmaiciły jakieś kwiaty, ale jaśmin uparł się na wydźwięk świeższy. Zbudował obraz krzewów mijanych letnim porankiem - i tu w powietrzu znalazło się ciepło.

Słodycz po paru chwilach naparła z nową siłą. Wciąż poniekąd trzymała się kwiatów, ale odnotowałam w niej też aż nieco karmelowo cukrowy ton. Kwiaty później trochę się wycofały.

W tym czasie trochę na boku rozwinął się i zabłysnął kwasek. Średnio silny, ale pilnujący, by słodycz nie przegięła za bardzo. Odciągał trochę od niej uwagę. W pierwszej chwili pomyślałam o cytrynie, ale... kwasek ten po chwili jakby osiadł w rodzynkach, decydując się na fuzję ze słodyczą. To sprawiło, że ani słodycz, ani kwaśność długo za bardzo się potem nie umocniły. Potem, za rodzynkami, przemknęło mi jeszcze trochę... owoców czerwonych? Ale dziwnie niecodziennie słodziutkich...

Herbata przeszła w nieco wytrawny motyw. Pomyślałam o czarnej herbacie z prażonym ryżem (wyobrażenie, bo na pewno jest taka zielona), ale nie była to zbyt jednoznaczna nuta, która jakoś się potem rozmyła... Prażoność jednak zostawiając. Ta przytoczyła pewną niejasną orzechowość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam niemal ziemisty motyw. Goryczka wzrosła, podkreślając kwasek.

Orzechowość zaskoczyła wówczas na tor migdałowego ciasta czekoladowego o bardzo wilgotnym wnętrzu. Przez moment w zasadzie po głowie bardziej chodziła mi jeszcze surowa masa na takowe ciasto, masa bardzo maślana, ale potem... jednak już ciasto. Niby brownie, ale nie takim typowym, a w dodatku z... rodzynkami?

Rodzynki co i raz podkręcały kwasek. Wsparło je trochę czerwonych owoców. Mimo że też kwaskawych, nieodzownie związanych ze słodyczą. Jakby były to owoce... w jakimś słodkim syropie? Albo z ciasta, nasiąknięte nim czy z masy makowej z miodem, który wchłonęły.

Kwiaty wróciły z nową siłą i swą słodyczą próbowały przysłonić nieco owoce. Wydały mi się same w sobie aż nieco drapiące.

Rodzynki jednak dzielnie o siebie walczyły. Te w migdałowo-czekoladowym cieście pokusiły się o jakby opalaną goryczkę. Ta zaś przypomniała o czarnej herbacie. Herbata jakby się trochę rozproszyła... Pomyślałam o naparze o mocno drzewnym charakterze (bardziej drzewnym niż herbacianym?).

Słodycz i goryczka końcowo owocowym przebłyskom podpowiedziała jeszcze cierpkie skórki cytryny, chyba też z jakiejś masy, ciasta. 

Po zjedzeniu został posmak różnych owoców słodko-kwaskawych, jakby z czegoś: masy makowej, ciasta. Głównie rodzynki, choć czułam też coś czerwonego i cytrusowego. Może to jakieś... owoce w syropie, miodzie? To wpisało się w pewne odczuwalne drapanie. Słodycz końcowo wydawała się wręcz trochę przytłaczająca. W niej znów wyraźnie pokazały się białe kwiaty. Wszystko to tonował motyw migdałowego brownie i jakby drzewnej herbaty.

Czekolada była smaczna, choć dla mnie za słodka. Zwłaszcza po tym, jak naczytałam się o jej kwaśności, zdziwiłam się, że okazałą się w zasadzie raczej kwaskawa. Dużo rodzynek "z czegoś", trochę cytryny, trochę czerwonych owoców zatonęło w ogromie jaśminu, cieście czekoladowo-migdałowym i drzewnej herbacie. Lekka orzechowość nadała głębi i powagi, gorzkość jednak też nie była jakoś szczególnie silna. Wszystko wydawało się spokojne i wyważone, tylko słodycz miała czasem zbyt silne momenty.
Długo myślałam, że wystawię jej raczej 8, jednak w końcu ze względu na jednoznaczność motywu herbaty uznałam, że nawet z lekkim przesłodzeniem zasłużyła na 9. Naciągane.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 13 lipca 2026

Goplana Klasyczna Gorzka / Dark Chocolate 60 % Cacao ciemna

W ciągu ostatnich lat upiekłam więcej ciast niż w ciągu reszty życia. Chyba nie jest wielkim zaskoczeniem, że jednym z moich ulubionych ciast jest brownie. Z nim najwięcej eksperymentowałam, bo to trudne ciasto, gdy chce się maziście-fudgy wnętrze, chrupiącą skorupkę lub odstającą skórkę i jak najniższą słodycz. A że są różne typy brownie, pole do popisu jest jeszcze większe. Swego czasu wymieniłam sporo maili z autorką bloga Chocololo odnośnie eksperymentów z brownie. Dwa razy robiłam brownie fudgy z jej ebooka o brownie. Za pierwszym razem trzymałam się bardzo dokładnie (tylko zamiast mieszanki cukru dałam tylko trzcinowy), nawet trochę wbrew sobie dodając mleczną czekoladę (więcej napisałam na Instagramie). Właśnie Goplany, której charakter mnie nie przekonał. Brownie wyszło bardzo ciekawie, ale dla mnie za słodko i nie leżała mi ta czekolada mleczna. Ciasto więc powtórzyłam, ale obniżając ilość cukru i zmieniając czekoladę mleczną na mieszankę czekolad 70% i 85% (https://www.instagram.com/p/DQezNzjiG_y/?img_index=3&igsh=cm9nbjk2cnBpajM2). Niestety, czekolada 85% zmieniła się w suche kawałki, wysuszające ciasto a skórka ledwo zaczęła się formować. Stąd pomysł, by pójść na swego rodzaju kompromis i dodać nie bardzo ciemną czekoladę, nie mleczną, a taką, która powinna być dość mazista, a nie sucho-twardą, czyli ciemną, ale o niższej zawartości kakao.
Chciałam coś łatwo dostępnego w sklepach, niedrogiego, ale jednak dobrego. Dobrze wspominałam Goplana Mocno Gorzka 75 % Cocoa i Goplana Super Gorzka 85 % Cocoa, pamiętałam też, że lata temu jadłam Goplana klasyczna gorzka ciemna 60 % (2015) i uznałam ją za w porządku. Pomyślałam, że warto byłoby chyba dać jej drugą szansę, skoro była na tyle w porządku. W cieście powinna się sprawdzić.


Goplana Klasyczna Gorzka / Dark Chocolate 60 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao; wersja od 2025.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach głównie aromatu waniliowego, przechodzącego w sztuczną wanilinę, trochę wybijającego się przed cierpko-paloną gorzkość, kojarzącą się trochę z kawą z wysoką, nieco cukrową słodyczą oraz kakaowymi cukierkami. Kakaowo-orzechowymi? Do głowy przyszły mi nieco wytrawniejsze Michałki. 

Tabliczka o nieco lśniąco polewowym wyglądzie była średnio twarda przy łamaniu i trzaskała adekwatnie średnio głośno. Wydawała się przy tym nieco krucha i skora do mięknięcia w ustach.
W ustach czekolada rozpływała się niemal idealnie gładko i dość tłusto. Miękła, upodabniając się trochę do gęstych mlecznych czekolad, ale czuć, że to nie mleczna. Z czasem odnotowałam nieśmiałą pylistość, która jednak nie zaburzyło ogólnego wrażenia gładkości. Zachowała pewien konkret ciemnych. Maziście pokrywała podniebienie w charakterystyczny dla nich sposób.

W smaku uderzył motyw aromatu waniliowego, zahaczającego o sztuczną wanilinę, płynący na fali średnio wysokiej słodyczy.

Słodycz wydawała się kryć lekki kwasek. Tak lekki, że niemal nieuchwytny. Słodycz rosła i po chwili zupełnie go ukryła tak, że można o nim zapomnieć. Słodycz obrała łagodny kurs, trochę tłumiąc wanilinowość, a rozwijając cukrowość.

Miejsce kwaskawego akcentu w tle zajęła cierpkość kakao w proszku. Delikatna gorzkość trzymała się z tyłu, jednak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa troszeczkę się nasiliła. Zaczęła sugerować trochę truflowy klimat.

Przez myśl przemknęły mi kakaowe cukierki "trufle", ale bez alkoholu, za to z nieco orzechowym echem? Pomyślałam o wytrawniejszych, bardziej kakaowych, ale wciąż słodkich Michałkach, lecz skojarzenie to zaraz się rozpłynęło.

Słodycz wzrosła w tym czasie do dość wysokiego poziomu, ale przynajmniej skupiła się na cukrze. Wanilia z aromatu jedynie mu przygrywała. Wtedy też pomyślałam o przesłodzonej czarnej kawie. Kawie z ekspresu, zrobionej na palonych ziarnach. Gorzko-cierpkiej, z nieśmiało pobrzmiewającym kwaskiem, ale nie jakoś szczególnie mocnej czy chcącej dominować. Osiadła w tle.

Po zjedzeniu została cierpkość jak po wypiciu kawy, ale niekoniecznie mocno kawowy posmak. W posmaku czułam raczej kakaowe cukierki, z wpisaną w nie trochę przesadzoną słodyczą. Powiedziałabym, że bezalkoholowe, ale w miarę wytrawne, kakaowe trufle. Aromat waniliowy, chylący się ku sztucznej wanilinie też o sobie przypominał.

Czekoladę nadal uważam za niezłą jak na średnio-niską półkę i zawartość kakao. Nie jest to spełnienie marzeń, ale coś uniwersalnego, po co można sięgnąć bezpiecznie, jak ktoś nie chce czekolady o zbyt wysokiej zawartości kakao czy mlecznych zasładzaczy. Ta była lekko cierpko-gorzka, lekko wytrawniejsza i słodka. Szkoda tylko, że aż tak bardzo czuć aromat waniliowy, który znalazł się blisko waniliny. Nie było to jeszcze mocno sztuczne, ale już ryzykowne.
Wystraszyłam się nieco orzechowego zapachu, ale na szczęście smak nie poszedł w tak mocno orzechowym kierunku co Goplana Oryginalna Mleczna.
Konsystencja dość miękkawa, taka ciemna udająca mleczną, tłusta, co do normalnego jedzenia mi by przeszkadzało, ale pomyślałam, że sprawdzi się w formie kawałków dodanych do brownie.

Jak pomyślałam, tak i zrobiłam. Jako kawałki dodane do brownie czekolada się sprawdziła. Wciąż była nieco za słodka, ale jednocześnie gorzka, chwilami nawet czuć jej kawowe aspiracje. 
Gdy zaś chodzi o strukturę, była ok. Łatwo się topiła, zmieniając się w miękko-półpłynne kleksy. Gdy ciasto dłużej postało, zastygały, lecz wystarczyło to leciuteńko ocieplić przez minutę, by znów zrobiły się półpłynne. W brownie wciąż nie była marzeniem, ale jako coś wytrawniejszego w zastępstwo mlecznej czekolady się sprawdziła.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland (właściwie to Mama)
cena: ok. 5 zł (za 90g)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, E476; aromat

sobota, 11 lipca 2026

MORO Mava Madagascar 75 % ciemna z Madagaskaru

Plantacja Mava mieści się w dolinie rzeki Sambirano na Madagaskarze. Ponoć kakao z niej słynie z tego, że smakuje bardzo charakterystycznie dla Madagaskaru. Ciekawiło mnie, jak też hiszpańska marka Moro obrobiła te ziarna. Miałam nadzieję, że po nieco mniej boskiej MORO Alto Beni Bolivia 72 % ta dorówna pierwszej poznanej tabliczce tej marki (MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 %). A do tego... po prostu naszło mnie na klasyczny Madagaskar. Liczyłam więc, że degustacja będzie bez niespodzianek. Kupując, byłam prawie pewna, że kupuję tabliczkę 10/10. Czy miałam rację?

MORO Mava Madagascar 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Madagasaru, z regionu doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach kwiatów i cytrusów, głównie cytryny, wspartej jakby... cierpką miechunką? Do głowy przyszła mi jeszcze lekko kwaskawa, cytrusowa (?) kawa. Mimo wszystko zapach nie zapowiadał wysokiej kwaśności, skupił się raczej na słodyczy. Za nią odpowiadały głównie kwiaty, ale i jakiś niedookreślony, jagodowy akcent. Czułam też nie mało palonego karmelu. Słodycz przechodziła nawet w nieco... drewniany, drewniano-orzechowy wątek. Ten, wraz z odrobiną ziemi, dodał całości powagi i pewnego ciepła.

Niezbyt ciemna tabliczka o czerwonawym przebłysku była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała elegancko głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto-maziście, kremowo. Wykazywała znikomą pylistość, którą z czasem przysłaniała rozkręcająca się soczystość. Końcowo lekko ściągała.

W smaku przywitała mnie cytryna, jakby obudowana, otulona słodkimi kwiatami i palonym karmelem. W pierwszej chwili pomyślałam o kwiatach suszonych i kwiatowym suszu herbacianym, jednak poszły w świeższym, choć niemal ostrawo-ciężkawym kierunku.

Cytryna okazałą się mało kwaśna, mimo że dołączyły do niej inne, niesprecyzowane cytrusy i chyba bardziej cierpkawa miechunka raczej suszona. Pomyślałam o jakiś ciastkach z cukrem cytrynowym oraz o... cytrynowym karmelu?

W tle zaznaczył się motyw drewna, dodający kompozycji trochę powagi, ale na razie wycofany. To było jakby... słodkie drewno, np. sandałowiec?

Do kwiatów dołączyło ciepło, które podchwyciło słodycz i umocniło średnio mocno palony karmel. Czerpiąc z nieco suszonych akcentów, mieszał się z owocami i przywołał rodzynki. Sporo rodzynek - takich głównie słodkich, tylko trochę kwaskawych. Kwiaty też zawróciły do suszonej wersji siebie.

Za rosnącą słodyczą, która próbowała osłabić kwaśność cytrusów, nagle przemknęło mi trochę... czerwonych owoców? W tle, w oddali, bardzo niewyraźnych.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewniany, spokojny akcent w tle zdecydował się na silniejszą gorzkość. Wzrosła znacząco, pomagając sobie gorącą, czarną ziemią.

Po tym słodycz, jakby w odpowiedzi na gorzkość, też się umocniła. Czerwono owocowy kwasek w tle zmienił się w lekko cierpkawe, bardziej słodkie jagody i jakieś różne owoce leśne. Owoce robiły się coraz bardziej słodkie.

Mimo że trochę rósł też kwasek, cytrusom też to właśnie słodycz głównie przypadła do gustu. Obok cytryn znalazło się więcej słodkich pomarańczy i mandarynek. Niekoniecznie bardzo soczystych.

Karmel wykorzystał to i zrównał się na moment z rodzynkami. Wprowadził maślaność, występując jako karmel trochę maślany, która potem zmieniła się w maślaną drożdżówkę... koniecznie jednak z rodzynkami i cytrusową nutą! Cytrusowym lukrem? Przy niej zaplątała się trudno uchwytna... jagodzianka? Nie rozgościła się jednak.

Paloność i gorzkość w tle dopuściła do siebie trochę kwasku jako... kwaskawa kawa o cytrusowym charakterze. Z cukrem cytrynowym?

Po zjedzeniu został posmak słodko kwiatowo-rodzynkowy, a także cytryny osłodzonej pomarańczą. Za nimi znalazło się cierpkawo-słodkie echo czerwonych owoców i trochę ciepłego motywu drewna i rozgrzanej ziemi.

Czekolada smakowała mi i intrygowała. Właśnie to intrygowanie nawet zawahałam się, czy nie podciągnąć oceny na 9... Ale jednak nie, bo mnie ogólnie było za mało gorzko-kwaśno, czułam niedosyt madagaskarskości. Mimo że cukierniczy klimat napędzony nutą cukru cytrynowego i potem słodkich bułeczek z owocami był ciekawy. Kwasek cytryny otulany a to kwiatami z karmelem, a to słodkimi pomarańczami i mandarynkami urozmaicały akcenty owoców czerwono-leśnych, drewno i ziemia. Sporo rodzynek, przechodzących w cytrusową bułeczkę z rodzynkami, echo kawy i jagodzianki świetnie z nimi współgrały. Wszystko to przełożyły się na wysoką, ale niebanalną słodycz, sporo soczystej kwaśności i niestety niewiele - ale jednak! - gorzkości. Tej ostatniej mogłoby być więcej, tak jak ziemi. Niemniej, całość była bardzo przyjemna i obrazowa.

Nie powiedziałabym, że to bardzo typowy Madagaskar, acz np. Chocolat Madagascar Single Plantation Dark Chocolate Domaine Mava 75 % z tej samej plantacji nie była taka mocno typowo madagaskarska. W niej też czułam miechunki, suszone owoce i raczej suszone kwiaty.


ocena: 8/10
cena: 7,5 € (za 80g; około 32 zł)
kaloryczność: 426,4 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)