piątek, 12 grudnia 2025

MixIt Creme Boule Pistachio Mio

Kiedy zobaczyłam dziś przedstawiane kulki, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Już wcześniej widziałam w internecie zdjęcia nowości MixIt, jakie zawitały do Rossmannów: właśnie takich kulek w różnych smakach. Poprosiłam ojca, by przy okazji się za nimi rozejrzał, ale żadnych nie znalazł. Podczas pewnej wizyty w Auchan z ojcem, ja znalazłam dziś przedstawiane, czyli smak o istnieniu którego nie wiedziałam. I zarazem chyba najmniej ciekawy z oferty. Acz opis na stronie... cóż, zachęcali do spróbowania ze wszystkich sił: "O Sole Mio, Pistachio Mio! Masz zielone światło, aby spróbować nasze nowe Crème boule". Zachwalali, że dodali wysokiej jakości kakao Single Origin z Peru. Ciekawe, czy miało zapewnić jakieś nuty? 

MixIt Crème Boule Pistachio Mio to ciastko daktylowe z kakao nadziewane kremem pistacjowym.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach daktyli o trochę ciężkawym charakterze. Udawały palony karmel, ale choć wyraźnie daktylowe, nie wyszły bardzo słodko. Obok znalazła się lekka ziemistość związana z cierpkawym kakao - to niby trzymało się tyłów, ale podszepnęło poważniejszy klimat. W oddali zarysowało się coś orzechowego - po podziale wyszło na jaw, że słodko-prażone pistacje. Pistacje wkomponowane w śmietankę, ale też nie w wydaniu bardzo słodkim.

Kulki w dotyku wydały mi się twarde i bardzo masywne. Niby suche, a jednak jakby obiecujące wilgotnienie. Pokrywała je odrobinka drobinek pistacji, a na spodzie jakiś biały pyłek. 
Do przekrajania trzeba było użyć siły. Kawałek grubej, wierzchniej warstwy dało się też odłamać, ale tu już zdradzały się potencjalne skłonności do mięknięcia. Konkretny i twardy wierzch skrywał bardzo miękki, mazisty i delikatny krem. Rzadki, ale nie płynny. Na szczęście był właśnie dość zwarty, więc nie wylewał się. Kremu nie pożałowano, ale nie wypełniał kulek w całości. Między nim, a otoczką wystąpiło trochę pustej przestrzeni.
Niestety jednak, gdy robiłam kęsa, wierzch wgniatał się w środek, a ten wyciskał się na zewnątrz. Niezgrane konsystencje przełożyły się na niezbyt czyste, komfortowe jedzenie.
W trakcie jedzenia wierzch początkowo jeszcze podtrzymywał swoją twardość, jednak po chwili odrobinę wilgotniał i rozchodził się. Nie miękł za bardzo, a i nasiąkał tylko trochę. Gdy go gryzłam, jawił się jako coraz mniej twardy i specyficznie skrzypiał, trzeszczał w twardo daktylowy sposób, jakby zmielono tam daktyle z twardymi skórkami. Gdy zaś pozwoliłam masie daktylowej się rozpuszczać, dała się poznać jako zawiesinowa. Rozchodziła się na grudki trochę jak gumka do mazania, a jednocześnie miała w sobie coś z twardej daktylowej papki.
Drobinki pistacji dały się poznać jako miękkie - nie wszystkie wymagały gryzienia, trochę tylko urozmaicały strukturę, zaznaczając się na języku.
Krem był znacznie rzadszy i tłusty w oleiście-śmietankowy sposób. Miał niemal gładką strukturę. Tylko gdy spróbowałam go osobno, wychwyciłam lekką pylistość. Znikał szybciej od otoczki.
Całość wyszła zaskakująco syto jak na taki drobiażdżek.

W smaku sama daktylowa otoczka przywitała się słodyczą, w której bez dwóch zdań czuć przede wszystkim daktyle. Suszone, bardzo słodkie daktyle, do których podkradło się echo palone, jakby trochę karmelowo-kawowe. Słodycz rosła w piekącym kontekście, lecz wyłaniające się zza niej echo kakao trochę to poskromiło. Dodało też nutę kakaowego ciasta-chlebka, które poszło w nieco chlebowym, poważniejszym kierunku. Kakao wpisało się w paloną nutę, raz po raz otarło się o trochę ziemistości czy mignęło leciutką, niemal czerwono owocową soczystość. Nadało daktylom poważniejszego, nie tak zabójczo słodkiego charakteru. Słodycz dopiero z czasem mocno wzrosła.

Drobinkom pistacji raz czy drugi udało się trochę zaznaczyć w smaku, ale w całości odegrały marginalną rolę. Wyszły słodko, lekko prażono i zapewniły wierzchowi harmonijne przejście do nadzienia.

Wierch spróbowany osobno był jedynie w porządku, nie robił wielkiego wrażenia - ot, chlebowy daktyl z odrobinką kakao.
Nadzienie spróbowane osobno też nie było szczególnie zachwycające... W zasadzie osobno w ogóle nie było smaczne. Czuć w nim olej i smakową tłustość, przechodzącą w oleiście-rybią nutę, co podyktowało mu trochę wytrawny charakter. Rozbrzmiewało to na równych prawach ze słodyczą i pistacjami. A te wyszły niby wyraźnie, słodko w naturalny sposób, ale... krem i tak jawił się jako mdławy. Słodycz lekko prażonych pistacji wzmocniono słodyczą... pralinkowego, trochę białoczekoladowego kremu? To skojarzenie wieńczył trochę nijaki akcent mleka.

Gdy jadłam warstwy razem, to, która dominowała, zależało od sposobu jedzenia. Podczas gryzienia zupełnie dominowała otoczka, szybko piekąco-zasładzając, mimo chlebowo-kakaowych nut, do których podłączyły się tłuszczowo-mdławo-pistacjowe nuty nadzienia.

W połączeniu, gdy pozwalałam się kęsowi swobodnie rozpuszczać, obie warstwy zyskiwały. Krem, gdy tylko się wyłonił, przez długi czas dominował (ale nie zupełnie). Z daktylowo-kakaowej toni nadzienie wydobyło motyw kakao i pewną soczystość. Lekko gorzkawe kakao przełamało więc ogólną słodycz, a to z kolei zaraz wykorzystały pistacje i na moment wyszły na pierwszy plan. Możliwe, że trochę pomogły tu drobinki - kierowały uwagę właśnie na słodkie, podprażone pistacje. Nuty mleczno-oleiste wciąż się ich trzymały, nadal było tam coś wytrawniejszego, ale intensywny duet daktyli i kakao starał się to zagłuszyć. Odrobina mleka kierowała pistacje w pralinkowo-słodziutką stronę. W dodatku, w zestawieniu z ciężkawym wierzchem, krem wydał mi się rześki, trochę jak mięta. To kolejny element, który trochę rozmywał pistacjowość. Z czasem zadziałał kontrast i środek wydawał się jeszcze bardziej pralinkowy, jeszcze słodszy, a wierzch charakternie palony, poważniejszy, wręcz ziemisty. I wszystko to wydało mi się uzupełniające się, zgrane w swej kontrastowości.

Jako że krem znikał szybciej, występ kończyła masa daktylowo-kakaowa. Słodycz już porządnie zaczęła piec w specyficzny, daktylowy sposób. Zrobiło się ciężko słodko. Cierpkość kakao wycofała się, ustępując twardym, suszonym daktylom.

Po zjedzeniu został słodki posmak daktyli wraz z ich trochę piekącym efektem, echo cierpkawego, suchego kakao oraz pistacji. Pistacji wpisanych w oleiście-mleczny, słodki motyw praliny. Do tego pobrzmiewała specyficzna rześkość, kojarząca mi się z miętą.

Kulki uważam za słodycz jako tako przemyślane, warte pochwały i spróbowania, ale nie za wszelką cenę i nie dla każdego. Mnie co prawda nie chwyciły, jednak to całkiem ciekawe maleństwa, gdy ktoś lubi te wszelkie pistacjowo-dubajskie klimaty. Niezły skład (co w przypadku takich wariantów to chyba rzadkość), smaczny efekt. Fakt, ja wolałabym lepszy skład (choćby żeby pistacje były na pierwszym miejscu składu nadzienia), ale ogólnie narzekać nie można. Słodycz przewidywalna, jeszcze bez tragedii. Smaki wyraziste i zgrane, jeśli je się razem, bez bawienia się i większego wczuwania w warstwy osobno.
Forma taka sobie - zbyt masywny wierzch do zbyt delikatnego, rzadkiego kremu mnie nie chwyciły, ale jakoś to pracowało.
Ogólnie to było trochę dziwne. Czy na plus, czy na minus zastanawiałam się podczas całego posiedzenia z kulką. Myślałam, że zjem obie, jednak skończywszy jedną, wiedziałam na pewno, że nie chcę drugiej. By zaspokoić ciekawość, jedna wystarczy.

Drugą kulkę oddałam Mamie. Mama opisała to tak: "nie smakuje mi to. Przede wszystkim dla mnie okropny ten wierzch, ale to pewnie dlatego, że daktylowy, a ja bardzo nie lubię daktyli. Do końca jednak nie umiałam nazwać, że to daktyle. Najpierw wydało mi się to kawowe, potem gorzkie jakby przypalone. Kakaowe? No może i kakaowe. A środek też niedobry. Nie rozpoznałam pistacji. Jakiś taki bez wyrazu. Tłusty, słodki i tyle, ale aż takich skrajnych skojarzeń wytrawnych to ja nie miałam. Struktura kompletnie niezgrana, ale to w tym czekoladkach i cukierkach często tak, że polewy są za ciężkie, za twarde."


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,79 zł (za 30g)
kaloryczność: 397 kcal / 100 g; sztuka 30g - 119 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle suszone 59,6%, krem pistacjowy 33,3% (tłuszcz roślinny: masło shea; cukier, pistacje 20%, mleko odtłuszczone w proszku, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna), kakao w proszku z niską zawartością tłuszczu 5,9%, pistacje mielone 1,2%

środa, 10 grudnia 2025

Meybona Feine Dunkle Schokolade Tanzania 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Tanzanii

Kiedy zobaczyłam kilka plantacyjnych czekolad Meybona w Auchan, aż zgłupiałam ze szczęścia. Spore, przystępne cenowo tabliczki być może w miarę degustacyjne? Świetnie! Pomyślałam, że nawet mlecznej dam szansę, bo jakoś tak ostatnio myślałam, że mogłabym sobie jakąś ciemną śmietankową przypomnieć (zupełnie zapomniałam o tym, że mam w komodzie Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa). I w ogłupieniu wzięłam i 2 mleczne. Jako że to wszystko wyglądało jak cała nowa linia czy coś, nawet nie przeszło mi przez głowę, że jedną taką parę lat temu już jadłam (Meybona Ecuador 72 %). No trudno. Inne jednak były mi nieznane. Zacząć postanowiłam od tej z tanzańskiego kakao, bo raz, że tabliczki z Tanzanii zazwyczaj mi bardzo smakują, a dwa - chciałam ją na dniach porównać z mlecznym odpowiednikiem. Szkoda tylko, że do zawartości kakao policzyli i miazgę, i tłuszcz. Acz mimo to, widać, że dbają o to, jakiego kakao używają (może dlatego go tak żałują?). Otóż Meybona kupuje od małych farmerów w Tanzanii ziarna suszone na słońcu, które potem delikatnie praży i konszuje 48 godzin.

Meybona Feine Dunkle Schokolade Tanzania 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao forastero z Tanzanii; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam świeży, niemal zielony motyw drzew, kierujący uwagę na młodziutkie, delikatne i jeszcze zielone gałązki, a do głowy przyszedł mi też zielony bambus mokry od deszczu. Obok stanęła rozgrzana, wręcz wulkaniczna ziemia - zarysowana poprzez kontrast. W tle zaznaczyły swoją obecność wiśnie, wymieszane ze słodkimi - i też jakże rześkimi! - borówkami amerykańskimi pod maślaną, bardzo maślaną, kruszonką. Wypiek ten ogólnie musiano porządnie posłodzić wanilią, bo i ją czuć. Słodycz i gorzkość wydawały się bardzo wyrównane.

Tabliczka, w dotyku sugerująca trochę tłustość, podczas łamania była bardzo twarda i trzaskała głośno.
W ustach rozpływała się kremowo w tempie średnim. Lekko miękła, pokrywając podniebienie maślanymi smugami. Kawałek zmieniał się w bezkształtną, bardzo tłustą masę. Czułam też znikomą wodnistość, a w oddali czaiła się lekką pylistość, która ratowała sytuację. Końcowo trochę cierpko ściągała jak kakaowy nabiał.

W smaku najpierw przemknęła mi słodycz waniliowej krówki. Krówki? Krówka wydała mi się jakaś zagubiona. Maślano-słodki motyw nagle się rozmył, krówka umknęła, za to do głowy przyszła mi waniliowa i mocno maślana kruszonka. Maślaność i słodycz zdawały się nierozerwalne.

W oddali mignęła trudna do uchwycenia, sugestywna nutka... wiśni? Wpisanych w coś słodkiego, czekoladowego.

Pokazała się bowiem subtelna gorzkość. Znów zaplątała się krówka, ale teraz z kolei kakaowa, i zaraz zniknęła. Gorzkość nie spieszyła się ze wzrostem, ale rosła. Pomogła wkroczyć zielonym, delikatnym gałązkom, które same mogłyby nie przebić się przez słodycz. Odnotowałam zielony, świeży motyw. Trochę mieszał się z drzewkiem, wypuszczającym młode, cieniutkie gałązki. Drzewną nutę cechowała łagodność. W głowie miałam drzewka owocowe.

A jak już o owocach mowa... coś zza tych maślano-słodkich nut zaczęło się przebijać. Kwasek? Soczysty kwasek wiśni? Zupełnie jakby pod kruszonką była masa z sowicie dosłodzonych cukrem i wanilią owoców (w głowie miałam owoce pieczone pod kruszonką, czyli owocowe crumble). Pomyślałam też o jakimś wilgotnym cieście kakaowym z wiśniami i kruszonką.

Drzewka z czasem przeszły w świeżą zieloność ogółem. Pomyślałam o lesie bambusowym i świeżej, zielonej trawie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do wiśni dołączyły borówki amerykańskie, dosładzając je na bardziej owocowy niż cukrowo-waniliowy sposób. Sprawiły, że słodycz nie przytłaczała, a jak większość kompozycji, miała rześki charakter. Ogólnie słodycz wciąż konsekwentnie rosła. Nie jakoś bardzo i szybko, ale zauważalnie znacząco.

Gorzkość osiągnęła średni - no, średnio-wysokawy - poziom i ani myślała rosnąć dalej. Nabrała jednak powagi, wplatając bardziej palone nuty. Poczułam ciepło, jakby wręcz buchające ciepło z otwieranego piekarnika. Nuty sugerowały jednak coś zupełnie innego: wulkan. Dokładniej ziemię wulkaniczną. Rozgrzana, gorąca ziemia stanęła jakby obok całej tej rześkości i maślanej słodyczy.

Ziemia podyktowała maślanej, słodkiej kruszonce kakaowość. Ta częściowo zmieniła się w czekoladowo-kakaowe ciastka maślane. A że owoce dzielnie utrzymywały się niezależnie od zmieniających się wątków głównych, oczami wyobraźni patrzyłam na ciemne ciastka z wiśniami. Wróciła też myśl o wilgotnym kakaowym cieście z wiśniami. Za ich sprawą ogólna słodycz zrobiła się już na pewno dość wysoka, acz wciąż jeszcze nieprzesadzona. Sprawiała wrażenie, jakby chciała zadrapać w gardle, ale jednak się powstrzymywała.

Końcowo maślaność znów wyszła bardziej na przód, łagodząc, co mocniejsze nuty. Zgarniając trochę słodyczy, zrobiła chwilową aluzję do krówki teraz bardziej czekoladowej i czekoladowo-piernikowej. Do głowy przyszedł mi też krówkowo-kakaowy nabiał (serek?) ze słodkim wiśniowym wsadem. Słodycz wyszła już ryzykownie wysoka.

Po zjedzeniu został posmak czekoladowo-kakaowych ciastek maślanych z wiśniami, owocowej rześkości oraz zielonych gałązek, roślin zielonych. Za nimi zaznaczyła się trochę już wycofana ziemia, a słodycz - połączenie cukrowej kruszonki i wanilii - trochę wyrywała się na przód. Jeszcze trochę a mogła by przytłaczać. Czułam też znikomą cierpkość jakby kakaowo-wiśniowego jogurtu lub serka, mieszającą się z prawie pikanterią piernika.

Czekolada była pyszna, ale wykorzystano w niej tylko część potencjału. Gorzkość nie rozwinęła się tak bardzo, jak mogłaby. Drzewka owocowe i rośliny zielone, początkowo łagodna gorzkość, a potem rozgrzana ziemia oraz akcenty wiśni i borówek amerykańskich i pod maślano-waniliową kruszonką oraz ciasto i ciastka z wiśniami to świetna kompozycja. Szkoda tylko, że maślaności ogólnie było tam za dużo, że wszystko to było za bardzo złagodzone. Podobnie i słodycz - jak była tak wyraźnie waniliowa, mogliby ograniczyć cukier. Strukturę zaś wolałabym mniej tłusto-wodnistą. Gdyby tak trochę te dwie rzeczy poprawiono, byłaby to tabliczka na maksymalną ocenę.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

wtorek, 9 grudnia 2025

Schogetten Blonde Pure Caramel Flavoured White Chocolate biała karmelowa

Przy Zotter Labooko Caramel / Karamell opisałam bardzo lubiany przeze mnie twarożek, stylizowany na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub. Gdy jednak Zotter mi się skończył, ratowałam się E.Wedel Karmellove! / Karmelowa, ale w tej wersji kompozycji coś mi nie grało. Na jednych zakupach z ojcem, gdy zobaczyłam tę, uznałam, że mogę wziąć - skoro już ojciec płacił - i spróbować, jak ta się sprawdzi.

Schogetten Blonde Pure Caramel Flavoured White Chocolate to czekolada biała karmelowa / o smaku karmelu; wyprodukowana przez Ludwig Czekolada / Ludwig Schokolade

Po otwarciu rozszedł się delikatny zapach kajmaku i karmelowego, bardzo słodkiego mleka z tubki. Zaprezentowało się to na mocno śmietankowym, trochę maślanym tle. Słodycz, jak na białą, choć wysoka i z aspiracjami do drapania, nie wydała mi się za wysoka na tym etapie.

Kostki w dotyku były tłuste i polewowe. Na pewno masywne i powiedziałabym też, że twarde. Przy krojeniu trafiłam na twardość, ale już gdy odgryzłam kawałek, pod zębami czułam miękkość. Zęby wchodziły łatwo, ale masywność uświadczyłam. Kojarzyły się z grubą czekoladą-polewą z lodów na patyku. Na etapie odgryzania kawałka, czułam też zapowiedź proszkowości.
W ustach czekolada rozpływała się szybko i gładko. Trochę miękła, eksponując tłustość masła i śmietanki, po czym łatwo rzedła. W oddali zaznaczyła się w niej znikoma proszkowość, ale zaskakująco niska po tym, co poczułam przy gryzieniu. Czasem, epizodycznie uświadczyłam na języku drobinki, które rozpuszczały się wraz z czekoladą. Niektóre były mikroskopijne, ale dało się taki kryształek wychwycić i chrupnąć. Kawałek taki okazał się jakby lepkim, zawilgoconym cukrem.

W smaku pierwszą poczułam średnio wysoką słodycz. Pokazała się, zdradziła swój trochę cukrowy charakter i zaczęła rosnąć. Po chwili dało o sobie znać echo kajmaku.

Zza słodyczy wyłoniło się mleko. W pierwszej chwili mleko w proszku, jednak po chwili zalało je... powiedziałabym, że skondensowane i słodzone, ale mieszające się z po prostu drapiącym, przesłodzonym, choć mlecznym smakiem białej czekolady. W nim właśnie ukryło się mleko w proszku. Na moment zawitała śmietanka i maślaność, kierując kompozycję w ciężkawą stronę.

Biało czekoladowy motyw przyozdobiły akcenty karmelków - szklistych, mlecznych cukierków - oraz krówek bardzo, bardzo maślanych. Kajmak też pobrzmiewał niemal cały czas. W zestawieniu z cukrową słodyczą jednak chwilami wydawał się trochę nieśmiały.

Słodycz bowiem za to cały czas parła przed siebie. Już w połowie rozpływania się kęsa okrutnie drapała w gardle. Uczyniła kompozycję duszną w typowy dla średniej półki białych czekolad, a jednak nie mogę powiedzieć, by był to czysty cukier.

Maślany wątek też trwał niestrudzenie. Z czasem w jedno mieszał się z karmelowawym, kajmakowym motywem, jeszcze bardziej go łagodząc. Prawie, choć nie zupełnie, zatracił się w biało czekoladowości. Walczył, by ją urozmaicić. Raz po raz wyłaniało się też mleko w proszku, dokładając się do ciężkiej duszności.

Po zjedzeniu został posmak bardzo cukrowego, mocno mleczno-śmietankowego kajmaku, który strasznie drapał w gardle. Pojawiło się też mleko w proszku. Było tak nieprzyjemnie cukrowo, że aż umknęło pozytywne wrażenie, jakie zrobiły kajmakowe nuty.

Czekolada nie chwyciła mnie i nie usatysfakcjonowała pod względem karmelowości. Wyszła jak straszliwie cukrowa biała z nutą kajmaku. E.Wedel Karmellove! / Karmelowa o nutach kajmakowo-krówkowych był w nie intensywniejszy, podczas gdy jego słodycz wyszła słabiej, bardziej zachowawczo. A co za tym idzie, smaczniejszy. Schogetten miała wprawdzie nieco przyjemniejszą strukturę (zwyczajniej polewowo-białoczekoladową niż twardo-proszkową), ale nie pomogło to jej za bardzo w ogólnym rozrachunku. Była tak słodka, że aż trudno docenić kajmakowość.
Pomyślałam o niej jako o (Ludwig Schokolade) Kaufland Classic Weisse Schokolade z wyciętym motywem wanilii, a dodanym kajmakiem.

Jako że kupiłam ją, by zobaczyć, czy da radę jako dodatek do twarożku wspomnianego we wstępie, oczywiście jakieś 3 kostki do takowego dodałam. Łatwo mięknąca i rozpuszczająca się w ustach struktura wyszła w takim wydaniu lepiej niż twardy Wedel, jednak zbyt cukrowy smak psuł efekt. Przy charakternym cynamonie, naturalnych pekanach i intensywnych ciastkach korzennych (Annas Original Ginger Thins wersja od 2024), czekolada wydawała się jeszcze mniej karmelowa, a jeszcze bardziej cukrowo-biała. Choć za słodki smak reszta umiejętnie ograła, czekolada szybko zaczynała drapać w gardle. Z zamienników zacnego Zottera zdecydowanie wolę E.Wedel Karmellove! / Karmelowa.

Ogółem zjadłam więc 4 kostki (jedną osobno, 3 z twarożkiem) Schogetten, a resztę bez żalu oddałam Mamie. Zjadła wszystko, co dostała, opisując: "Najpierw, tak w pierwszej chwili, to poczułam jakby... plastik? Mleko z puszki czy z tubki z posmakiem tej właśnie puszki czy tubki, ale potem już nie. Potem to słodycz uderzała. I rzeczywiście było trochę karmelowo, ale tak tylko trochę. Przez tę słodycz to mi to bardziej się kojarzyło ze zwykłą białą czekoladę. Wolę Wedla karmelowego zdecydowanie. A jednak ta nie była jakaś taka bardzo zła... Taka, jak mówisz, na 6."


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,88 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, serwatka słodka w proszku, laktoza, tłuszcz mleczny, karmel* 1,5%, emulgator: lecytyny z soi; aromaty

*tylko w tłumaczeniu na polski jest "syrop karmelowy", w innych językach "caramel" itp.

niedziela, 7 grudnia 2025

Vigdis Rosenkilde Sjokolademaker 70 % Chuncho Kakao Fra Quellouno I Peru Mork Sjokolade ciemna

Kupując tę czekoladę nie miałam pojęcia, że na początku roku 2025 zostanie okrzyknięta najlepszą czekoladą ciemną na świecie. I pomyśleć, że o marce nic nie słyszałam! Założyła ją Vigdis Rosenkilde z Norwegii, której celem jest - jak sama mówi - inspirowanie ludzi do odkrywania kakao i czekolady, wspierając etyczną produkcję. Jej przygoda z czekoladą zaczęła się w 2010 roku, trochę przypadkiem, kiedy ruszyła na podróż do Amazonii. Pracowała jako cukierniczka, ale to jej nie wystarczyło i w 2015 ruszyła do Brazylii, by zdobyć wiedzę bezpośrednio na plantacjach w Brazylii. Spędziła sporo czasu w Ameryce Łacińskiej, odwiedzając ponad 50 plantacji kakao. Obecnie Vigdis Rosenkilde jest certyfikowaną koneserkę kakao i czekolady, prowadzącą o nich liczne kursy w Oslo i cyfrowo. No, i oczywiście stworzyła własną markę. Z tego, co poczytałam, kakao, z którego tę czekoladę zrobiono, rosło na zboczu wzgórza w dżungli Quellouno. Na tej plantacji niektóre drzewa mają ponad 80 lat. Producent zdradził, że poświęcił dużo czasu, by dopracować profil smakowy, tak by podkreślić delikatne nuty leśnych jagód i śmietanki. Lubię ludzi z wizją, więc ucieszyło mnie, że na tę tabliczkę mieli konkretny pomysł, a nie "taka wyszła" czy coś.

Vigdis Rosenkilde Sjokolademaker 70% Chuncho Kakao Fra Quellouno I Peru Mork Sjokolade to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Chuncho z Peru, z dystryktu Quellouno.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach owoców leśnych: przede wszystkim słodkich jeżyn i drobnych, ciemnych jagód. Pojawiły się też mniej jednoznaczne, jakieś czerwone - maliny? Owoce dały się poznać jako słodkie, kwaskawe i... przechodzące w domowe wina, nalewki. A jednak przy owocach zaznaczyła się też nuta śmietanki. Obok stanęła ziemia i orzechy pekan, jakby... pekany w karmelu? Słodycz kompozycji miała sporo właśnie z karmelu, ale też i trochę z korzenności - pewne ciepło, jeszcze nie pikanterię. Tu odnotowałam też kwiaty. Całość wydawała się słodko-kwaskawa, ale z poważniejszym charakterem.

Tabliczka w dotyku zdawała się obiecywać kremowość i tłustość. Przy łamaniu trzaskała głośno, dopowiadając też masywną pełność. Była bardzo twarda, a przekrój wyglądał na ziarnisty.
W ustach rozpływała się powoli i średnio gęsto. Długo zachowywała kształt, acz miękła i wykazywała gibkość. Przewinęła się w niej lepkawość. Czekolada dała się poznać jako szorstka, wręcz proszkowo-ziarnista. Wydała mi się śmietankowo-maślano tłusta, a jednocześnie coraz bardziej soczysta. Końcowo trochę soczyście-cierpka.

W smaku przywitał mnie słodki karmel. Jego słodycz rosła odważnie, lecz błyskawicznie - tuż obok - zaznaczyły się owoce leśne. Słodyczy dopowiedziały kwasek, a ja wyobraziłam sobie owoce posypane cukrem trzcinowym lub nawet muscovado, który to wprowadził lekko palony motyw.

Nagle owoce rozbrzmiały bardzo mocno, pojawiło się ich bardzo dużo. Dominowały ciemne, drobne i słodko-cierpkawe jagody. Mieszały się z słodkimi jeżynami, borówkami amerykańskimi i poziomkami. Możliwe, że przewinęły się też maliny. Owoce choć głównie słodkie, zapewniły również trochę kwasku. W tle, w oddali... przemknęły mi jakieś słodko-kwaskawe, egzotyczne owoce żółte, ale nie mogłam ich uchwycić.

Po owocowej prezentacji słodycz karmelu zaczęła wzbogacać się o kwiaty, a jej wydźwięk wydał mi się z jednej strony lżejszy, z drugiej... pikantnawy?

Słodycz zaczęła łagodzić też nuta śmietankowo-maślana. Oto karmel zrobił się maślany, a ta pikantnawość... zaskoczyła na trochę korzenny, ciepły tor. Śmietanka zaś osiadła lekko na owocach.

Drobne, ciemne owoce leśne dopuściły do głosu lekką gorzkość, ziemistość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ziemia wychynęła prawie na pierwszy plan, lecz zaraz trochę się zreflektowała, uznając, że ten należeć powinien do owoców. Ona może im jedynie towarzyszyć.

W owocach poczułam pewne poruszenie... W siłę rosły poziomki i w owocach zaczęła dominować czerwoność. Na przód wyrwały się poziomki. Słodko-kwaśne jednak - takie, jak to z lasu, wśród których zaplątało się też trochę niedojrzałych białych. Jednak ich co bardziej kwaskawe zapędy co i raz wygłaskiwała śmietanka. Aż w końcu pomyślałam o poziomkach, może poziomkach z truskawkami, podmiksowanych ze śmietanką.

Ziemia i niemal korzenne ciepło poprowadziły później owoce w nalewkowo-winnym, cięższym i poważniejszym kierunku. Wraz z alkoholem, do owoców podpłynęła nuta słodko-cierpkich wiśni. W głowie, przez dosłownie sekundę, mignęła mi myśl o nalewce z ananasa.

Gdy za sprawą owocowych, domowych win i nalewek zrobiło się poważniej i alkoholowo, karmel przez moment otarł się o... rum? Rozgrzewał jakby nie tylko korzennością.

Maślaność nabrała charakteru i zapomniała już o swojej łagodzącej roli. Zmieniła się w... pekany w karmelu? Karmelizowane, trochę korzennie przyprawione pekany? Znów wyraźniej przewinął się palony motyw. Podkreślił ziemię, gorzkość.

Końcowo jednak i korzenność, i rozgrzewanie przechwyciły kwiaty, zamykając to wszystko w słodkie realia. Myślałam o kwiatach aż ciężko drapiących od ich natłoku. Leśnych i charakternych?

Po zjedzeniu został posmak słodko-cierpkawych jagód i słodko-kwaskawych poziomek, zarysowanych żywo na śmietankowo-pekanowym, łagodniejszym tle. Trzymało się ich echo słodkiej, charakternej domowej nalewki, motyw jakby rumowego karmelu i trochę ziemi.

Czekolada była przepyszna i gdyby tylko wyszła trochę mniej słodko, a bardziej gorzko, dostałaby 10. Słodyczy tej jednak na szczęście nie brakowało charakteru. Była bowiem mocno owocowa, karmelowo-korzenna i alkoholowo-drapiąca, końcowo kwiatowa. Odrobina ziemi pozostawiła mały niedosyt, jednak pekany w karmelu i przyprawach korzennych oraz ogrom owoców nadrabiały. To, jak najpierw dominowały ciemne jagody leśne, a potem poziomki mnie kupiło. Jeżyny i trochę wiśni stanowiły świetne dopełnienie.


ocena: 9/10
cena: £8.95 (za 60g; około 45 zł)
kaloryczność: 591,7 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier

sobota, 6 grudnia 2025

krem Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza

Kiedy zobaczyłam zimowe edycje limitowane na stronie Sticky Blenders, bardzo się zainteresowałam, jednak po chwili przemówił zdrowy rozsądek. Przypomniał mi o nieudanych limitkach letnich. Jak pomyślałam, że znowu miałabym władować się w 3 niesmaczne słoiki... O nie. Przyjrzałam się więc składom i doszłam do wniosku, że naprawdę kusi tylko jeden (dziś opisywany), a jeden (niesmaczny Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne) wcale nie jest nowy. Był jeszcze jeden ciekawy, ale odrzuciłam przez wysoką zawartość cukru - taki pralinowy krem na pewno by mnie zasłodził. A dziś przedstawiany wydał mi się bezpieczniejszy. I przypomniał mi, że nie próbowałam bazowego, 100% z nerkowców. Właśnie dzięki dziś przedstawianemu, wreszcie nadrobiłam zaległości i kupiłam też Sticky Blenders Nerkowiec Vegan.

Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza to krem nerkowcowy z orzechów nerkowca i czekolady mlecznej z pomarańczą, a dokładniej ekstraktem z pomarańczy; edycja limitowana na zimę 2024/25.

Po odkręceniu zagrzmiał intensywny zapach olejku pomarańczowego, który próbowała dogonić trochę plastikowa czekolada. Także była mocną nutą, lecz to i tak zdecydowanie pomarańcza dominowała. Skojarzyła mi się z tanimi figurkami czekoladopodobnymi i domową czekoladą; blokiem czekoladowym. Ale takim z maślanymi herbatnikami? Te chyba podszeptywały nerkowce. Nerkowce jako nerkowce czuć dopiero za czekoladą i pomarańczą, zwłaszcza po przemieszaniu i w trakcie jedzenia, gdy wącha się uważnie. Czułam nutę kakao, ale nie gorzkość czy wytrawność, stąd kolejnym skojarzeniem były maślane ciastka kakaowe albo masa na nie. Pomarańcza z tym wszystkim, i lekko palono-prażonym motywem, zasugerowała też czekoladowy, nieszczególnie korzenny, piernik.

Na wierzchu nie wydzieliła się nawet kropelka oleju, a krem wyglądał na wyschnięty i twardy. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by aż plasnął.
Krem okazał się miękki, mimo że gęsty. W trakcie mieszania i jedzenia wręcz wilgotnie plaskał. Był tłusty w oleisty sposób, jednak wciąż też kremowy. Lekko się ciągnął. Widać w nim sporo małych i średnich kawałeczków i kawałków.
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako tłusty w miękko-oleisty sposób. Usta wypełniał tłusto-lepkawymi smugami i rozpływał się dość szybko, eksponując trochę oleistą tłustość i lepkość miękko-tłustej czekolady. Zaplątała się w nim też wodnistość. Wyszedł maziście i bazowo jak nieprzyjemnie tłuste smarowidła typu Nutella. Czuć w nim kremowość, a także miazgowość i wręcz dodatek małych kawałeczków. Rzedł łatwo i znikał trochę oleiście-wodniście.
Kawałeczki i drobinki zostawały. Nie wszystkie wymagały gryzienia, ale te większe okazały się krucho-twarde i chrupiące (zaskakująco jak na nerkowce).
Krem nieprzyjemnie otłuszczał usta.

W smaku pierwszą poczułam bardzo słodką, a jednocześnie lekko kakaową czekoladę. Czekoladę o dość plastikowym, tanim charakterze. W pierwszej chwili trudno powiedzieć, czy była bardziej mleczna, czy nie. Ot, słodko-figurkowa.

Nie pomogło wodniste echo, które wkradło się w towarzystwie pomarańczy.

Zaraz bowiem i pomarańcza dała o sobie znać, wytaczając obok czekolady swój olejkowy motyw. Pomarańcza trochę wpisywała się w słodycz, i zapewniła trochę goryczki. A nawet soczystość. Miała władcze zapędy, acz nie od razu zdominowała kompozycję.

Słodycz rosła, jednak tę czekoladową przeplotła inna. Obok pojawiła się nuta ciasteczkowa, herbatników maślanych. Nie była więc bardzo wysoka ogólnie, bo częściowo naturalna. To nerkowce zaczęły się delikatnie dopraszać o głos. Dopiero z czasem jako tako dało się je odnotować. Jawiły się jako słodkawo-neutralne.

Wraz z nerkowcową nutą, odwagi nabrało mleko. Wydawało się jednak nie tylko zależne od czekolady, ale mimo starań, i tak pomarańcza bardzo je przygłuszała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomarańcza prawie zupełnie zagłuszyła wszystko inne. Miała wyraźnie olejkowy charakter. Raz po raz wtrącała lekki kwasek, soczystość. Wyszła trochę sztucznie i spłycała czekoladowość. Z czasem trochę odpuściła, lecz i tak rządziła wszystkim.

Na czekoladowość złożyły się domowy blok czekoladowy z cukru, mleka w proszku i kakao, ciasta chatka Baby Jagi / Puchatka z herbatnikami, herbatnikowo-pomarańczowa bajaderka i figurki czekoladopodobne. W pewnym momencie nawet niekorzenny, a czekoladowy piernik z nutą pomarańczy przeszedł mi przez głowę, ale ten to akurat bardzo luźna myśl. We wszystkim tym plątała się budżetowość. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu, jednak przy naturalniejszej nerkowcowej czuć jej cukrowy ton. Ten jakoś lepiej radził sobie z olejkową pomarańczą.

Bliżej końca nerkowce się zatraciły, mleko w zasadzie też, a czekolada wyszła jak jakaś słodka, trochę kakałkowa, plastikowa masa. Gorzkość się nie pojawiła, acz pewna goryczka błądząca od subtelnego kakao do olejku pomarańczowego przewijała się. Pomarańcza końcowo znów wychodziła na przód, ale tym razem z oleistą nutą.

Gryzione na koniec drobinki i małe kawałki orzechów jako tako smakowały łagodnymi nerkowcami. Acz były trochę tłumione intensywnym, plastikowo-olejkowym otoczeniem.

Po zjedzeniu został posmak słodko-goryczkowatego olejku pomarańczowego oraz plastikowej czekolady. Jej mleczność i nerkowce niemal zupełnie odpadły. Było słodko, ale nie jakoś szczególnie mocno.

Krem okazał się rozczarowaniem, bo czułam ogromny niedosyt nerkowców i bardzo nie podobała mi się konsystencja. Nerkowce prawie zupełnie się zatraciły w olejkowej, zbyt napastliwej pomarańczy oraz tanio-plastikowej czekoladzie. Krem był zaskakująco przyjemnie mało słodki, jednak to mu nie pomogło w ogólnym odbiorze. Przybrał słodki klimat, klimat "słodyczowy", ale brakowało mu charakteru, dobrej bazy. Lepsza czekolada i mniej pomarańczy mogłoby zagrać, a tak... no cóż. W dodatku struktura oleiście-miękkiego smarowidła typu Nutella bardzo mi nie pasowała. Nie pomógł miazgowy efekt. Ogólnie wyszło męcząco.

Samego kremu zjadłam dosłownie parę łyżeczek (25-30g?), ale ze względu na to, że lubię tę markę, dałam kremowi jeszcze szansę w czymś. Zrobiłam twarożek: pół normalny, pół kakaowy (bo nie wiedziałam, który lepiej się sprawdzi). Dodałam do niego orzechy nerkowca (ok. 40g) i mieszankę suszonych i liofilizowanych pomarańczy oraz klementynek (razem jakieś 40g; też nie umiałam zgadnąć, co sprawdzi się najlepiej: liofilizowane pomarańcze, suszone skórki pomarańczy czy suszone klementynki). Do tego 40g kremu.
Najlepiej wyszły tu liofilizowane pomarańcze oraz kakaowa połowa twarożku. Kakaowy twarożek zagłuszył plastikowość kremu i podkręcił kakaowość, a pomarańcze sprowadziły olejek pomarańczowy do poziomu przystępnego, nie nachalnego. Suszone klementynki w ogóle były mało cytrusowe, dziwne, więc w tej kompozycji to niewypał. Suszone pomarańcze mi też nie pasowały, ale radziły sobie z olejkowością kremu. Połowa nie kakaowego twarożku dawała radę trochę tonować plastikowość czekoladowego kremu, jednak ta nie dawała za wygraną. Nerkowce były smacznym dodatkiem, nie dały się zagłuszyć kremowi, lecz nie udało im się też wydobyć nerkowcowości kremu. Miałam też przy nich wrażenie, że na zasadzie kontrastu, podkreśliły tanią słodycz kremu. Przy naturalnych dodatkach jawił się zwyczajnie jako trochę za słodki jako krem, ale znów, że jadłam różnie zagarniając, całe danie za słodkie nie wyszło. Krem w czymś był zjadliwy. Choć te 40g to było trochę za dużo, nie męczyło w takim towarzystwie. Samego kremu tyle bym nie zjadła.

Inną kombinacją był jogurt kakaowo-piernikowy (dodałam łyżkę kakao i czubatą łyżeczkę własnej przyprawy piernikowej) z dżemem 100% z pomarańczy (Herbapol dla Auchan), paroma nerkowcami oraz oczywiście recenzowanym kremem (33g).
W zapachu krem trochę się ukrył, jednak jako że nie był zachwycający, to plus. Na strukturę w jogurcie wydał mi się jakiś dziwnie zbyt masywnie-zbity jak na taki krem, ale już w smaku się sprawdził. I to bardziej niż w twarożku. Jako że trochę przesadziłam z przyprawami korzennymi, w efekcie czego jogurtowa baza była od nich ostro-pikantna, takie wręcz czekoladkowe osłodzenie dobrze temu zrobiło. Intensywne przyprawy i kakao zagłuszyły wydźwięk tanich figurek czekoladowych, a charakterny, cierpko-kwaśny dżem pochłonął olejkowość kremu. Krem więc ogólnie podporządkował się dodatkom i grzecznie z nimi współgrał, nie wybijając się przed nie. Fakt, że taka kompozycja wyszła smakowicie nawet gdyby kremu tam nie było, ale jej nie zepsuł, a to już coś. Szkoda tylko, że w niej nadal nie smakował mocno nerkowcowo - nie pomogły tu dodane nerkowce.

Mimo że i twarożek, i jogurt ogólnie były smaczne, to jednak nie na tyle, bym miała do nich wracać, w konsekwencji czego około pół słoika, jaka została, powędrowała do Mamy. Jej opinia: "Całkiem w porządku, słodko czekoladowy, tylko ten olejek pomarańczowy przeszkadza. Wprowadza taką... taniość, sztuczność. Zupełnie niepotrzebnie".


ocena: 5/10; z jogurtem jw. 7/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 39 zł za 200g
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 50%, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa), olej z pestek winogron, naturalny ekstrakt z pomarańczy brazylijskich, olej rzepakowy

czwartek, 4 grudnia 2025

Alce Nero Peru Cioccolato Extra Fondente con Caffe Arabica ciemna 70 % z kawą

Choć Alce Nero Peru Cioccolato Extra Fondente con Zenzero była zachwycająca, do wariantu kawowego żywiłam małą obawę. Czułam, że mogą mi w niej przeszkadzać np. kawałki twardej kawy o ostrych krawędziach. Skład niby to wykluczał, ale kto ich tam wie, co końcowo zastosowano. Czekolada, co do której więc byłam trochę podejrzliwa, ruszyła ze mną w Góry Czerchowskie. Kiedy już wróciłam z Velkiej Javoriny na Chochulkę, ruszyłam w drugą stronę niebieskim szlakiem na Cergov. Na ten dość rozległy, trochę zalesiony krzyż z krzyżem i stolikiem zaszłam zaskakująco szybko. Odeszłam trochę w bok, by uchwycić jakieś widoki na zdjęciach czekolady, a potem wróciłam na szlak niebieski na Sedlo Cergov, gdzie jest jedyne w tamtych górach schronisko. No, i stamtąd już przez pole do Hertnika.

Alce Nero Peru Cioccolato Extra Fondente con Caffe Arabica to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao (miazga 57% + tłuszcz) z Peru z kawą Arabica.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach palonej kawy, która czekoladę zostawiła w tle. A ta stamtąd pobrzmiewała karmelową słodyczą i soczystością. Przez intensywność i imperatywność ziarnistej kawy, trudno było uchwycić, co za konkretnie owoce za tą soczystością stoją.

Tabliczka choć cienka, była twarda. Trzaskała głośno przy łamaniu, dając się poznać jako krucha. Na spodzie dostrzegłam kropki, więc zdziwiłam się, że kawę dodano zupełnie na gładko.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. "Ramka" wolniej, bardzo cienki środek szybciej. Baza dała się poznać jako mazista i idealnie gładka. Zaskakująco gładka jak na czekoladę z kawą. Całość długo zachowywała kształt, choć robiła się gibka. Serwowała tłustą maślaność oraz lekką soczystość, a pod koniec nagle łatwo rzedła i znikała, zostawiając lekko suchawo-cierpkawe wrażenie.

W smaku najpierw poczułam palony motyw, niosący gorzką kawę. Wyraźnie ziarnistą, ale trochę osłodzoną karmelem.

Słodycz ruszyła, spokojnie rosnąc. Wpisywała się w paloność, acz tuż za nią mignęła lekka soczystość.

Gorzkość bazy jakby za kawą trochę się rozwinęła. Przyszła mi na myśl ziemia, lecz zaraz zaczęła trochę tonąć w kawie. Ze względu na paloność kawy zdążyłam jeszcze pomyśleć o ziemi wulkanicznej.

Palona kawa była wyczuwalna cały czas, jakby opiekując się pierwszym planem. Nie zajęła go bowiem całkiem, a dopuszczała rozmaite nuty. Z czasem też ta jej ziarnistość zrobiła się mniej jednoznaczna (właściwie do głowy przyszły mi kawy Jacobs Barista - rozpuszczalne, ale smakujące jak połączenie rozpuszczalnej z ziarnistą). Pewna była za to średnio mocna gorzkość.

W tle odważniej odezwała się lekka soczystość. Ledwo pomyślałam, że kawa nie pozwoli jej się rozwinąć, lecz ta zasugerowała nawet odrobinkę kwasku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam cytrynę, która jednak jakby uważała ze swoją kwaśnością. Była bardzo oszczędna, w zasadzie znikoma. W dodatku obudziła niemal kwiatową rześkość.

Kawa, choć nie zapomniała o gorzkości, w tym czasie znacząco się już osłodziła. Gorzkość trzymała się średniego poziomu. Karmel chyba na zasadzie kontrastu po owocowym akcencie przyciągnął na chwilę uwagę, po czym podkreślił słodką nutę kwiatów i wydobył wanilię.

Zaraz i owoce zaczęły się zmieniać. Wszystko to za przyzwoleniem kawy w sposób, że właśnie aż kawa o owocowych nutach przychodziła do głowy. Cytryna została rozproszona mieszanką porzeczek. I w ich przypadku jednak kwaśność zdawała się bardzo hamowana. Najpierw myślałam raczej o czerwonych, z czasem przeważyły czarne.

Słodycz lekko rosła, ochoczo mieszając się z owocami. Nie odrzuciła palonego tonu, kierując owoce w trochę cierpkim kierunku dżemu aroniowego, może porzeczkowo-aroniowego. Z dodatkiem wanilii?

Posmak należał głównie do kawy. Kawy palonej, i znów bardziej ziarnistej, czarnej i dość mocnej, a jednak też słodkiej w karmelowo-waniliowy sposób. Słodycz karmelu mieszała się z echem dżemowym, ale już żadnym konkretnym owocem.

Byłam pod wrażeniem, jak kawa opiekowała się nutami bazy, nie dominując ich, ani sama się nie gubiąc. Niesamowicie wyważona tabliczka! Słodycz trzymała się karmelu, ale zaserwowała też trochę kwiatów, wanilii i dżemowości. Subtelne cytryna, porzeczki i dżem aroniowy świetnie pasowały do gorzkości kawy i odrobinki ziemi. Całość wyraźnie gorzka. Choć nie mocno, to satysfakcjonująco. Słodycz była jej podporządkowana, mimo że całkiem sporo jej się zebrało.
Jako że obecnie do kawowych rzeczy mam mieszane uczucia (zależy co i jak), czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Dawno nie jadłam tak dobrej, tak wyważonej czekolady kawowej.


ocena: 10/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 12,50 zł (za 50 g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 56%, cukier trzcinowy 26%, tłuszcz kakaowy, kawa w proszku 4%, laska wanilii

środa, 3 grudnia 2025

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate ciemna 47 % z karmelizowanymi pistacjami i solą

Niby nowość, ale nie nowość. W 2020 Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel pojawiła się i zaraz chyba zniknęła. Przywrócili w trochę zmienionej formie, pewnie korzystając z mody na pistacje. I, jak można się było spodziewać, pewnie wychodząc z założenia, że ludzie i tak kupią, nawet jak obniżą ilość pistacji. By sprawdzić, jak to wyszło, sama bym nie kupiła, ale od ojca przyjęłam. I zabrałam tabliczkę pewnego gorącego majowego dnia w góry zupełnie mi nieznane, słowackie Góry Czerchowskie. Poszłam żółtym szlakiem z Hertnika przez Bukovy Vrch i Chochulkę na Velką Javorinę, gdzie też zabrałam się za dziś prezentowaną czekoladę. Szczyt był trochę zalesiony, ale co nieco widać i... na szczęście było tam trochę cienia, bo cały czas bałam się, że czekolada zaraz mi popłynie (nie popłynęła). Potem wróciłam na Chochulkę.

Lindt Excellence Pistachio Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao z kawałkami karmelizowanych pistacji i solą.

Po otwarciu poczułam palony zapach czekolady o kawowym charakterze oraz karmelu. A w zasadzie karmelizowania i przy skupieniu się, karmelizowanego czegoś, może i "jakiś orzechów". Pistacje w zasadzie się ukryły, a ja doszukałam się echa marcepanu w cukrowo słodkiej, trochę wanilinowej czekoladzie. "Powiedzmy, że pistacje" pokazały się trochę po połamaniu i w trakcie jedzenia. Wychwyciłam wtedy też lekko słonawe echo. Całość była przesłodzona i miała w sobie sporo z likierowego syropu. Niby odnotowałam nieśmiałą gorzkawość, ale... Miałam wrażenie, że to palony słód, który tylko udaje kakao. 

Tabliczka była tłusta i ulepkowata, jedynie twardawa przy łamaniu. Trzaskała jednak niezbyt głośno, w kruchy sposób. Słychać było leciutkie kruche chrupanie dodatków. A tych dodano średnią ilość, co widać już w przekroju. Były miejsca bez nich, ale też takie, gdzie kawałek dosłownie siedział na kawałku. 
W ustach czekolada szybko miękła i rozpływała się także dość szybko. Zalepiała i zmieniała się w bezkształtną, maślano tłustą, mazistą masę. Nie wydawała się przesadnie najeżenia kawałkami pistacji i pojawiła się w niej kremowość. Dodatki szybko się z niej wyłaniały, ale nie wpadały, a trzymały czekolady. Minimalnie - pod tym względem wyszła lepiej od tej z 2020. Mniej pistacji wyszło na dobre dla struktury.
Pistacje dodano do niej różnej wielkości. Większość kawałków to w zasadzie drobinki, wiele było małych i średnich oraz dosłownie parę większych. Bez wątpienia były karmelizowane, choć w różnym stopniu. Na większości wyraźnie czuć warstewkę palonego cukru, na innych była subtelna. 
Pistacje stukały karmelem o zęby. Rozpuszczał się wraz z czekoladą. Wśród kawałków pistacji raz po raz przewijały się duże kryształki soli. Częściowo rozpuszczały się, częściowo zostawały na koniec. Trafiłam też na kilka szklistych płatków karmelu bez pistacji.
Aby gryźć pistacje wcześniej, obok czekolady, trzeba było się trochę nagimnastykować, bo czekolada lepko je okrywała. Gdy jednak udało mi się je wyłuskać, chrupały, jawiąc się jako twarde za sprawą karmelu. Rzęził twardo (ale nie w negatywnym sensie), cukrowo.
Wolałam gryźć pistacje dopiero na koniec.
Pistacje gryzione na końcu w większości były miękkawe, ale wciąż także jeszcze lekko chrupkawe. Jak na paru został jeszcze karmel, chrupały, wykazując twardawa chrupkość. 
Niestety zdarzało się, że obok pistacji zostały jeszcze kryształki soli.

W smaku czekolada uderzyła słodyczą, za którą podążał palono-prażony motyw. Ułożyło się to w trochę likierowy sos, wlany do palonej kawy.

Słodycz rosła bez żadnych oporów, zapewniając, że sos bazuje na cukrze. Cukier zagościł na dobre na pierwszym planie, ale pobrzmiewało za nim wręcz karmelowe echo.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, czuć w niej nutkę karmelu, ale nie pistacji. Ani trochę nimi nie przesiąkła. Dała się wtedy poznać jako zabójczo słodka i gorzkawa w minimalnym stopniu.

W tle pojawił się motyw lekko słodowo-zbożowy, który próbował zdobyć się na gorzkawość. Na pewno wiązał się z prażenio-paleniem. Może likier był orzechowy? Marcepanowy? Przemknęła mi drobna, czekoladowa ni sztuczność, ni plastik, a także maślaność, która bardzo łagodziła kompozycję.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa raz po raz pojawiała się słoność, rozchodząca się od kryształków. Zagłuszały taniość. Przeważnie w tym momencie odzywały się kawałki pistacji, ale bynajmniej nie smakiem pistacjowym, a palonym cukrem. Wyraźnie bardzo słodkim karmelizowaniem (nie samym karmelem). Nuta palenia była raz delikatniejsza, raz mocniejsza, ale zawsze słodka i bez goryczki.

Lekka czekoladowa gorzkawość próbowała się wychylić zza tego wszystkiego, ale jej nie szło. Osiadła w palonym wątku, przywodząc na myśl zbożową kawę oraz preparowane zboże w czekoladzie z mlecznym nadzieniem (coś jak Kinder country?).

Słodycz rosła i drapała w gardle. Rosła i rosła bez litości.

Pistacje w zasadzie cały czas się ukrywały. Tonęły w przesłodzonej, likierowo-karmelowej toni.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki obok czekolady, pozostały stłumione cukrem. Karmel z nich gryziony był jako tako wyczuwalny, acz słabiej, niż gdy się trochę rozpuszczał. W zasadzie tu mogło być karmelizowane cokolwiek, choćby jakiś popcorn.

Gryzione na koniec pistacje smakowały mocnym prażeniem, ale na szczęście jeszcze bez goryczki. Motyw karmelizowania przewijał się, ale nie zawsze. W przypadku wielu kawałków pistacje wyszły nijako, jak "jakieś orzechy". Czasem w ogóle wydawały się nawet nie orzechami, a czymś zbożowym (i wcześniej karmelizowanym). To że to pistacje czuć co parę kęsów, gdy trafiał się większy kawałek. Wówczas rozchodził się średnio mocny, naturalnie słodkawy smak pistacji. 

Pistacje nie wydawały się słone w sensie posolone (skład nie rozjaśnia sytuacji, bo na opakowaniu w dwóch językach pistacje nie są solone, a w dwóch są). Czasem jednak na koniec sól została i wtedy zagłuszała wszystko inne.

Po zjedzeniu zostało cukrowe przesłodzenie, które na dobre rozgościło się jako drapanie w gardle, a także posmak mocnego karmelizowaniem, prażenia i soli. Czułam też lekką cierpkość udającą kawę, trochę echo słodu i plastikowy akcent czekolady.

Czekolada wyszła w pewnych sprawach lepiej niż Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020. Struktura mniej zlepkowo-ulepkowa, choć też nie była idealna. Pistacje za bardzo porobili, przez co uciekał ich smak. Czekoladowa baza kiepska, aż smutno mi się zrobiło. Miękka i okrutnie słodka, trochę plastikowa i z jakby udawana gorzkością. Sól całkiem nieźle tu wyszła, bo takiej bazie nie przeszkadzała i było jej mniej niż w podlinkowanej (a jednak w podlinkowanej jest dodatkiem tytułowym, w dzisiejszej nie, więc tak w sumie powinno być - i skoro w dzisiaj przedstawianej soli w tytule nie ma, to może w ogóle nie powinno jej być?). Nie posolono samych pistacji, co je ratowało. 
W górach łatwo szła, mimo zasładzania. W domu trochę gorzej, ale co miałam, dojadłam.

Czuję, że nowej wersji nie powinnam skrzywdzić niższą oceną niż podlinkowanej, ale jednocześnie czuję że tamtą oceniłam łaskawie. Chociaż... Lindt Excellence Pistache Grillee Noir A la pointe de sel z 2020 roku wydawała się mniej plastikowa, gdy chodzi o bazę, a biorąc pod uwagę, jak kiepsko ostatnio wychodzą nowe Lindty, kiedyś pistacjowa Excellence mogła smakować nieco lepiej (a nie tylko ja zrobiłam się bardziej krytyczna).


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład; cukier, miazga kakaowa, pistacje karmelizowane 10% (pistacje, cukier*), tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe; naturalny aromat, sól morska 0,15%

*Na opakowanie w dwóch językach po cukrze jest jeszcze sól, w dwóch nie ma.