piątek, 15 stycznia 2021

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal biała karmelowa z solonym jajkiem, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą

Dzisiaj przybywam z recenzją tak dziwnej czekolady, że aż się sama dziwię, że zdecydowałam się ją kupić. Stworzyła ją ponoć najlepsza singapurska marka Fossa, o której to trochę napiszę przy innej okazji. Mam też czystą ciemną, myślę, że tam to będzie lepiej pasować. Właśnie: takie dwie kupiłam i długo nie mogłam wybrać, co najpierw zjeść, bo w końcu potem mogło to ugruntować moją opinię na temat marki. Ta jednak miała krótszą datę, a chciałam zjeść ją jak najświeższą. Solone jajo w czekoladzie karmelowej brzmi obrzydliwie, ale... to ich popisowa tabliczka, ponoć w Singapurze bardzo dobrze się sprzedaje. Byłam tym trochę zdziwiona, ale potem poczytałam co nieco. Fossa odwołuje się tu do tradycyjnych solonych jajek po chińsku - chodzi o namaczanie kaczych w solance. Z czegoś takiego czekoladnicy wyprażyli płatki i przyprawili na styl dania tze-char. Tak w Singapurze nazywają "chińszczyznę", czyli smażone lub duszone rozmaitości: mięso i / lub warzywa, często właśnie z jajkiem. Pomyślałam o tym jako o singapursko-chińskim curry (a curry lubię bardzo), więc zainteresowałam się.

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal to biała czekolada karmelowa z płatkami z solonego jajka kaczego, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą.

Po otwarciu poczułam zapach tak mocno maślany, maślano-białoczekoladowy i maślano-ciastowy, że aż duszny. Był słodki w palonokarmelowy sposób; karmelowo głęboki choć też z nutą, która mi skojarzyła się z mlekiem skondensowanym - wciąż na maślanej bazie. Po połamaniu, bardziej od spodu i skupiając się, odnotowałam sól, podkreślającą karmel i pewną soczystość. Nie było zanadto słodko, ale ciężko.

W dotyku tabliczkę odebrałam jako bardzo tłustą i kruchą zarazem. Wyglądało, że zaraz zacznie się topić w dłoniach, a przy jedzeniu może wykaże proszkowość.
Przy łamaniu nie wydawała dźwięku, szło to z łatwością, a parę drobinek dodatków wyskakiwało, mimo że ogólnie wtopione były solidnie. Co więcej, nie pożałowano ich.
W ustach sama czekolada rozpływała się szybko i gęsto. Miękła i zachowywała formę.  Była tłusta w sposób maślany, ale rzeczywiście także dość proszkowa. W pewnym momencie wydała mi się śliskawa, gdy tak jej tłuste smugi odsłaniały dodatki.
Te były różne. Od drobinek suszonych ziół, przez drobinki soli integralnie rozpuszczającymi się z czekoladą, ale do wymacania językiem po większe kawałki. Wydaje mi się, że trafiłam na bardzo dużo płatków, zdecydowanie za dużo w stosunku do jajka (chyba że się tak chowało, że po prostu je kilka razy przeoczyłam). Rozmiarem pochwalić się mogły płatki przypominające mocno wypieczone ciasteczka, duże i sucho-chrupiące (karmelizowane?) liście oraz kawałki... które przypominały rozpływające się na suchawe grudki zbitki masy na ciasto - obstawiam, że to jajka.

W smaku sama czekolada okazała się mocno maślana, a dopiero potem słodko-mleczna. W pierwszych sekundach w ogóle czułam po prostu masło. Palony smak karmelu zaskoczył po chwili i roztoczył paloność właśnie, która następnie też osiadła w maślaności. Było to ciężkie i esencjonalne. Pomyślałam też o skondensowanym mleku, bo i jego nuta z czasem się pojawiła. Raz i drugi zdarzyło mi się pomyśleć o maślanej krówce.

Na maślanej bazie kolejno, razem i osobno - zależy od kęsa - prezentowały się dodatki. Sól w zasadzie przez cały czas podkreślała maślaność samą w sobie i złocisty, bardzo słodki karmel. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy dodatki upuściły smak, poczułam ciasto maślane. Miękkie, jasne ciasto lub jakieś bułeczki maślane, maślano-mleczne. Mleko odzywało się niepewnie, bo to maślaność podchwytywała poszczególne dodatki. Osłabiały "słodyczowy" wydźwięk, mimo że od nich także rozchodziła się pewna karmelowość.

Coś kopsnęło mi smak wafelkowo-płatkowo-kartonowy. Gdy cienkie płatki papuciały, rozchodził się od nich smak, który kojarzył mi się z bran flakes'ami, corn flakes'ami i kartonem. Jedynie ciumkane i podsysane wychodziły prawie na przód jako głównie kartonowo-waflowe "cosie", nawet z lekką goryczką; bran flakes'y do mleka... bez mleka? Za sprawą paloności, całość chwilami na myśl przywodziła wypieczone, korzennawo-wytrawne ciastka.

Od poszczególnych liści i drobinek rozchodziło się bowiem wytrawne ciepło, prawie pikanteria.  Poczułam sól, karmel, a zaraz... coś rześkiego i ziołowego. Ugryzłam jakiś kawałek i znów trafiłam na zbożowo-słonawy motyw. Ten dziwnie wydobył wiejską naturalność kompozycji. Parę razy na pewno nasiliła się wytrawna ziołowość, rzadziej i subtelniej chili. Nie paliło, ale rozgrzewało i dodawało swojego smaku.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć to, jak uchwyciłam w maślaności nutę znajomą, nieoczywistą, a... jak niewyraziste jajko. Lekko doprawione suche żółtko mieszało się wówczas z maślano-mleczną bazą. Gdy już udało mi się to wyłapać i nazwać, określić, mogę stwierdzić, że naprawdę je czuć, ale subtelnie.

Bliżej końca rozpływania się kęsa jeszcze uwypukliło się masło, maślaność słodka i ciastowa, ciasteczkowość, a słodycz zaczęła aż drapać w gardle, nie tracąc karmelowego charakteru. Ten wydał mi się podkreślony sugestywną, w zasadzie prawie nieuchwytną orientalną ostrością. Czułam, że to na zasadzie kontrastu po wytrawniejszych dodatkach oraz kartonowych branflakso-waflach. Nie jestem jednak pewna, czy i w nich jakieś motywy jajka się nie ukryły.

Na koniec zajmowałam się większymi dodatkami, które jeszcze zostały. Przeważnie były to duże liście curry o specyficznym, goryczkowato-ziołowym smaczku oraz skartonowiałe już płatki.

Po zjedzeniu został ciężki posmak bardzo maślanej białej czekolady, nuta karmelowo-korzennych wypieków i ziołowo-wytrawne przyprawy, słonawość. Mimo rozgrzania i lekkiej ostrości, pikantną bym tej czekolady nie nazwała. Czułam się zatłuszczona, tłuszcz pokrywał też palce, a w gardle rozbrzmiewała słodycz w asyście orientalnych przypraw.

Całość niezbyt mi smakowała, choć raczej przez ciężką maślaność i maślaną białoczekoladowość oraz dodatek płatków, które wyszły kiepsko. Nie była kontrowersyjna, gdy chodzi o dodatek. Ten wyszedł wręcz nieśmiało. Nie wiedząc, że tam jest, jajka nigdy bym nie zgadła.
Mama bardzo się zdziwiła wąchając: "ja tu mam jajko czuć? Ona ładnie pachnie, jak Wedel karmelowy mi się skojarzyła"- i nagle jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Już wiedziałam, że sporo powędruje do niej. Koniec końców oddałam jej 8 z 12 kostek. Nie żeby coś tam, bo... całość była na tyle nudna, że dałoby się zjeść całość bez większych problemów, ale równie dobrze można skończyć po kostce. Ja po dwóch-trzech nie miałam ochoty na więcej (bo za maślano-kartonowo, tłusto), ale postanowiłam przynajmniej pół zjeść w poszukiwaniu jajka. Epizodycznie dało się uchwycić.
A co Mama? "Oczywiście zjadłam całość, ale do końca to nie umiem powiedzieć, czy mi smakowała. Bardzo poprawna. Dla mnie nie za tłusta, na pewno nie za słodka, ale jaka dziwna! Tak jak trochę gryzłam to rzeczywiście czuć te solone jajko, jak wiedziałam, że tam jest, a ogółem co tam jeszcze w niej było? Bo zostawały mi jakieś paprochy, nie wiem, czy potrzebne były. Jakbym miała kupić, to nigdy w życiu. Wolałabym Wedla Karmelowego". Potem jednak, żeby wyrobić swoją dzienną słodyczową normę, dojadała swoje Toffifee (jedne z jej ulubionych słodyczy) i z zszokowana mi zameldowała, że po tej czekoladzie "jakieś tanie i prawie niezbyt smaczne" jej się wydały.

Niby taka kontrowersyjna, a nudna. Poprawna i zwyczajna, choć tytuł sugerowałby co innego... Aż trudno ją ocenić, bo nie wiem, czy tak miała wyjść, czy jajo im się nie udało.
Płakać mi się chciało, bo... gdybym pewnie kupiła karmelowego Wedla z wafelkami, wyszłoby na to samo. Nijako, nudno, nawet niespecjalnie smacznie, a tyle kasy i szumu...


ocena: 5/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £8.95 (za 50g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, solone żółtka jaj kaczych, płatki zbożowe (mąka pszenna, zmielony ryż, cukier, słód, grys kukurydziany, maltodekstryna, wodorowęglan wapnia, sól, fosforan dipotasu, wanilina), masło, liście curry, chili, sól morska

czwartek, 14 stycznia 2021

E. Wedel Mocno Gorzka 80 % ciemna

Są marki, które bezpowrotnie skazałam na straty. Dopuszczam, że im także może udać się zmajstrować coś niezłego, ale raczej na zasadzie "nawet ślepej kurze ziarnko się trafi" (nienawidzę powiedzeń - nie wiem, skąd mi się czasem biorą). Do tej tabliczki podeszłam więc bez żadnych szczególnych uczuć czy oczekiwań. Byłam ciekawa, jak wypada w stosunku do innych ze swojej półki o tej zawartości - czy jedna z moich nieulubionych marek konsekwentnie brnie w robienie dziadostwa czy też zwietrzyła, że może stracić i zaczęła się bardziej starać?


E.Wedel Mocno Gorzka 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao.

Po otwarciu poczułam zapach waniliny, a więc teoretycznie słodki, ale nie jakoś wysoce. Czułam też jakby zakurzoną szafkę drewnianą i torbę z cukrem, jednak wszystkiemu temu brakowało intensywności. Nie był to zapach z najwyższej półki.

W dotyku tabliczka była dość sucha, a przy łamaniu bardzo twarda. Wydawała właśnie dziwnie suche, bardzo głośne trzaski.Przekrój miała ziarnisty, nieco lśniący.
W ustach jednak rozpływała się średnio łatwo, w miarę gładko, choć z drobnym sucho-pylistym efektem. Wszystko to jednak robiła bardzo powoli. Nie za tłusta, sucholcem też nazwać jej nie mogę. Trochę miękła, trochę zalepiała w gęsto-maziście-zawiesisty sposób. Nie wyszła ciężko, a na koniec wysuszała.

W smaku od początku zaserwowała węgielno-drewniany smak. Była to gorzkawość łagodna. Powoli rozeszła się po ustach, zrobiła się bardziej płasko gorzka, ale wciąż niezła.

Na płaszczyźnie gorzkości zaznaczyła się lekka cierpkość. Była głównie pochodzenia kakaowego, takiego zwykłego kakao, ale mi zajeżdżała też dusznym aromatem - waniliną. Ta jej sztucznawość cały czas mi pobrzmiewała, ale nie była wyjątkowo napastliwa.

To z kolei skojarzyło mi się z zakurzoną szafką z drewna. Suche drewno, lekka gorzkawość kurzu i węgla z czasem poszły w kierunku kakaowych chrupek do mleka (np. Chocapic). Jakby się po takiej szafce rozsypały? Albo... jakaś bombonierka czekoladowa? Ze wskazaniem na dość kakaowo-polewowe denka i wierzchy tych słodkości.

Mniej więcej w połowie wzrosła słodycz, lecąca w prostym, cukrowym kierunku. Nie była wyjątkowo silna, ale cukrowa na smak. Jak biały cukier w torbie i właśnie ta papierowa torba.

A jednak lekka cierpkość z czasem podkręciła i wydobyła z tego wszystkiego lekki kwasek. Wychodzący ze zwykłego kakao... bardzo niepewnie podszedł pod wiśnie. To jednak nie pełne smaku owoce, a bombonierka wiśniowa lub wiśnie w likierze... Wyciągnięte z zakurzonej szafki.

Po zjedzeniu została cierpkawa nuta kakao i waniliny. Poczucie słodyczy, ale też pewna tłustość i suchość na ustach, dość osobliwe. Oprócz tego czułam słodką bombonierkę, ale bardziej polewowo-denkową, niż owocową.

Mimo że czekolada do najlepszych nie należała, zaskoczyła mnie pozytywnie. Mogła okazać się tragedią, a tymczasem jak na czekoladę Wedla nie wyszła tragicznie. Tak, bardzo czuć w niej odtłuszczone kakao, którego w dobrej ciemnej czekoladzie nie powinno być, ale w sumie w smaku nie wyszło to źle. Zaletą była też nie powalająca tłustość, przystępny cierpkawy i mało słodki smak. Mnie jednak jej mięknięcie i sztuczna słodkawa nuta nie odpowiadały. Zdecydowanie mocno przesadził Wedel pisząc "mocno gorzka", bo... najzwyczajniej minął się z prawdą.


 ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 3,49 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś może i mogłabym w desperacji

Skład: miazga kakaowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, cukier, tłuszcz kakaowy, aromat, lecytyna sojowa

środa, 13 stycznia 2021

ciastka Delicpol Paryskie Blond Czarna Porzeczka

Nie jadam ciastek, takich typu Delicje nigdy specjalnie nie lubiłam, bo i nie lubiłam galaretek, a bananowe Delisana utwierdziły mnie w przekonaniu, że nawet banany w tej sytuacji nie pomogą. Za ciastkami w sklepach rozglądam się tylko, gdy Mama zleca mi znalezienie jakiś dla niej. Ostatnio w Biedronce pożałowała sobie galaretek czarnoporzeczkowych ("bo drogie... a jak niedobre? Bo i ta czekolada ciemna... to mogą mi nie smakować"), więc gdy wypatrzyłam jej ciastka z galaretką takową właśnie i to nie w ciemnej czekoladzie ani też nie w białej, przywlokłam jej do koszyka. Mama bowiem uwielbia karmel i np. Karmellove Wedla to jedna z jej ulubionych czekolad. Tak się złożyło, że akurat parę dni wcześniej się zgadałyśmy, że to aż wkurzające, że czarną porzeczkę prawie zawsze w takich słodyczach łączą z białą. Rozumiem, że na zasadzie kontrastu, ale nie widzę problemu, by miała wystąpić z inną. Zastosowanie karmelowej jednak mnie zaskoczyło. Co prawda drugi wariant to truskawka i czekolada ruby (wg mnie oszukańcza, ale zamysł linii taki "ambitniejszy" jak rozumiem), więc ok... W domu tak się trochę pokręciłam, pomyślałam. Karmel i czarna porzeczka? Dziwne połączenie, że aż musiałam spróbować, choćby miało być paskudniejsze od białej i banana. I też... kiedyś naszło mnie na klasyczne tego typu ciastka, a zamiast się za nie bezpiecznie wziąć, to na jakieś dziwa się porywam... Ech. Mało tego! Dopiero po spróbowaniu i napisaniu recenzji odkryłam, że producentem jest Delicpol - właśnie ten od bananowych wstręciuchów.


Paryskie Blond Czarna Porzeczka to "to biszkopty z galaretką o smaku czarnej porzeczki (50%) w białej karmelowej czekoladzie", produkowane przez Delicpol dla Biedronki (chyba edycja limitowana na Dzień Kobiet 2020). Paczka zawiera 150 gramów (czyli 11 ciastek).

Po otwarciu poczułam intensywny, wręcz napastliwy zapach landrynkowej porzeczki. W zasadzie była to bardziej landrynkowość / cukierkowość niż właśnie porzeczka, ale soczystości nie mogę temu odmówić. Mieszała się z duszno-cukrowym, maślanym motywem białej czekolady i słodkiego biszkoptu. Kojarzyło się to trochę "karmelowawo", ale nawet znikomej smakowitości nie podrzuciło.

Ciastka wydały mi się jedynie zadowalające pod względem jakości. Delicjowo podzielne, niby bez większych wad, ale... Czekolada wyglądała na sucho-proszkową i zarazem tłustą polewę typowo polewową. Biszkopt uginał się pod naciskiem (to akurat plus), a i galaretka była bardzo miękka.
Polewo-czekolada istotnie była tłusta i proszkowa. Rozpływała się średnio chętnie, tłusto i wodniście. Wydawała się dość plastikowa.
Pod nią znalazła się miękka, gibiąca się galaretka, która rozpływała się dość szybko. Była minimalnie soczysta; raczej cukrowo lepka.
Biszkopt chyba nią nieco nasiąkł, ale wilgotność i miękkość to raczej jego cechy charakterystyczne. Co dziwne, obok jakby wierzchniej suchości samego spodu. Okazał się leciutki, jakby napowietrzony i w ustach szybko zmieniający się w mięciutką, proszkową papkę.
Jedząc całościowo, miałam wrażenie, że strasznie to sucho-proszkowe, przytykające.

Czekolada to przede wszystkim słodycz, w dodatku trochę przesiąknięta landrynkowo-owocowym smakiem galaretki. Słodycz czystego, białego cukru, maślano-śmietankowej i cukrowej, ciężko-dusznej czekolady białej. Nie najwyższych lotów, ale nie paskudnej. Karmelowej... minimalnie, gdy się skupić (i gdy się wie, że ma być karmelowa).

Galaretka porażała cukrową landrynko-cukierkowością. W jakimś tam lichym stopniu oddawała raczej ogółem owoce leśne niż porzeczki - podkreślam: landrynkowe. Zatracały się w cukierkowości i sztuczności. Nie uświadczyłam nawet sugestii kwaśności.

Biszkopt nasiąkł nimi, ale nie tak mocno co czekolada. Sam w sobie także był bardzo słodki, acz zdecydowanie mniej od pozostałych części. Wydał mi się delikatny, pszenicznie-mlecznawy, może trochę "waniliowaty"?

Całość... w swym przesłodzeniu może i współgrała, ale było to mdłe zgranie. Wyszła ciężko w smaku, słodko, ale na szczęście nie tanio-paskudnie. Po prostu niesmacznie, bez traumy. Nie było tłuszczowo, a "tak lżej" na strukturę. Mnie bardzo przeszkadzała ta sztuczność i landrynkowość galaretki, nijaka czekolada i za słodki, a jakoś mało biszkoptowy biszkopt. Brakowało mi "delicjowatości". Jakbym chciała porzeczkowe landrynki, to bym po prostu coś takiego kupiła, a nie... Chociaż szkoda, że w sumie to nawet nie jak czarnoporzeczkowe landrynki smakowały, a... Słodkie landrynki. Po niecałym jednym sobie darowałam, tak jak i z Mamą przewidywałyśmy. Od niej jednak usłyszałam, że i jej zupełnie nie smakują: "właściwie po tym, co po tobie kończyłam, najchętniej resztę bym wyrzuciła, ale się wczuć spróbuję". I zanim odłożyła na półkę dla ojca, zjadła jeszcze dwa, by móc porządnie się dla mnie i dla Was wypowiedzieć. "Ta czekolada niespecjalnie karmelowa, w ogóle to jakoś mało jej, a galaretka... strasznie i tylko słodka. Od porzeczki to oczekiwałabym kwasku, a tu nic. Biszkopt normalny, ale całość taka, że aż jeść się nie chce." (Jako że czuję, że w ogóle odleciałam i nie znam normalnych / przeciętnych słodyczy, pozwolę sobie dopisać jeszcze jeden wniosek Mamy. Jakiś czas po tych ciastkach kupiła Wedlove z galaretką pomarańczową, które kiedyś były jednymi z jej ulubionych. Stwierdziła, że jak tym wystawiłyśmy 3, to "Wedla powinny mieć -1, bo jeść się nie da". Piszę to, byście może mieli jakiś punkt odniesienia, by ta moja recenzja i ocena nie była całkiem "z kosmosu", bo doszłam do wniosku, że naprawdę w temacie ciastek nie mam doświadczenia.)

W pierwszym odruchu chciałam wystawić 2, ale przypomniałam sobie parszywe bananowe; a tu jednak ta czekolada mimo wszystko nie była aż tak tragiczna, a biszkopt nawet normalny.


ocena: 3/10
kupiłam: Biedronka (Mama kupiła)
cena: 2,99 zł (za 150g)
kaloryczność: 360 kcal / 100 g; ciastko 13,6g - 49 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: galaretka 50% (syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, woda, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; substancja żelująca: pektyny, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, cytryniany sodu; zagęszczony sok z czarnej porzeczki 0,6% - w galaretce, koncentrat soku z czarnej marchwi, aromat), biszkopt 33% (mąka pszenna, masa jajowa pasteryzowana, cukier, skrobia pszenna, syrop glukozowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry kwasów tłuszczowych i poliglicerolu; olej rzepakowy, substancja spulchniająca: węglany amonu; sól, aromat, barwnik: karoteny), biała czekolada z karmelem 17% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, karmel w proszku: mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku, cukier, tłuszcz mleczny, aromat; mleko w proszku odtłuszczone, cukier skarmelizowany, miazga kakaowa, emulgator: lecytyny; sól)

wtorek, 12 stycznia 2021

Beskid Chocolate Czekolada Mleczna Banan mleczna 40 % z bananami

Po paskudnej czekoladzie bananowej Orion aż zwątpiłam w banany. Do tego stopnia, że zrobiłam tygodniową przerwę między jedną a drugą, ale długa kolejka wpisów daje mi możliwość układania ich... jak mi się podoba. Na szczęście jednak zwątpiłam dosłownie chwilowo. Zdecydowanie za bardzo lubię te owoce! Świeże surowe wygrywają, ale tęsknie patrzę też na inne dobrze zrobione słodkości: Zotter Chocolate Banana czy J.D. Gross Mousse au Lait Banana. Gdy chodzi o suszone banany, chipsy bananowe to zdarza mi się po nie sięgnąć, ale nie jest to przekąska w moim stylu - twarde to i podrasowane nie wiadomo czym (wybieram zdrowo, ale nie podoba mi się dodawanie do nich choćby i zdrowego oleju kokosowego / cukru trzcinowego). A dzięki górskim wyprawom z ludźmi z USA, poznałam banany liofilizowane. Ogólnie takie owoce nie robią na mnie wrażenia, a suszonych "gąbek" nie cierpię, ale liofilizowane banany to takie dziwo, że aż w sumie ciekawe, warte spróbowania. O miłości do czekolad Beskid pisałam nie raz, jednak dotyczyło to raczej ciemnych, plantacyjnych. Bananom jednak popuścić nie mogłam, mimo że znów - forma przyklejonych do tabliczki owoców nie jest moja. Mimo to, liczyłam na zacną i czystą degustację.

Beskid Chocolate Czekolada Mleczna Banan to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z bananem liofilizowanym.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywny, w pełni naturalny zapach soczystych, słodkich bananów i mlecznej czekolady. Jej wyrazista mleczność kojarzyła się trochę orzechowo jak np. mleko owcze. Mimo silnej słodyczy, nie zabrakło goryczki orzechów laskowych w cynamonie. Te dominowały, kiedy wąchałam wierzch tabliczki. Ogółem jednak zapach był głównie rześki.

Tabliczka w dotyku nie wydała mi się specjalnie tłusta, banany wtopiono w nią porządnie. Były to całkiem grube, liofilizowane plastry, które wyglądały na suche. Sama czekolada też wydawała się suchawa i pylista, tym bardziej że z dodatku osypał się lekki pyłek.
Przy łamaniu tabliczka lekko pykała, acz bardzo twarda nie była. Raczej krucha. Banany skrzypiąco-trzeszcząco także się łamały. Przy robieniu kęsa niektóre nawet chrupały / trzaskały. Tylko nieliczne wykazywały leciutką chęć rwania.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli i ziarniście. Dodało jej to charakteru surowej, choć w tej ziarnistości była też pewna kremowość. Miękła, ale długo zachowywała pierwotny kształt. Opływała jakby lepko-gęstymi falami tłustego mleka, tworzyła zawiesinę i wypuszczała w końcu ze swych zwartych objęć banany, które zdążyły w tym czasie nasiąknąć.
Oczywiście ugryzione i wymęczone zębami szybciej, były twarde (jak stwardniałe), trochę skrzypiały i wlepiały się w zęby, ale uważam, że to bez sensu i lepiej dać im czas. Wtedy bowiem nasiąkały tak, że stawały się świeżawymi bananami, jakby... takimi wyjętymi z ciasta? Jędrnymi i dopiero namiękającymi, soczyście-zawilgoconymi, trochę papuciejącymi. Jedynym ich minusem było wlepianie się w zęby.

W smaku czekoladę cechowała na początku przyjemnie niska słodycz wymieszana z orzechowo-palonym, lekko gorzkawym motywem i ogromem wyrazistego mleka. Było w pełni naturalne, głębokie, a z czasem dochodziły do niego maślane tony i taka "wiejska naturalność". Kojarzyło mi się z mlekiem owczym.
Przy kawałkach czekolady pozbawionych bananów odnotowałam, że mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz znacząco wzrastała i aż lekko zadrapała w gardle, po czym przełamywał ją motyw suchawego orzechowego kakao. Słodycz odpuszczała, a do gry wkraczał soczysty kwasek egzotycznych owoców, by pozostać w posmaku z lekką cierpkością. Czekolada sama w sobie wydała mi się chwilami tylko minimalnie przesiąknięta bananami, a chwilami bardzo mocno. Przejawiały się w egzotycznych owocach i cierpkości.

I nic dziwnego, bo bananów nie pożałowano.
Kawałek położony bananem na język wprawdzie w pierwszej chwili mignął kartonem, potem pudrowym bananem i dopiero zaskoczył na właściwy tor, ale gdy położyłam bananem do góry i potem raz po raz się obróciłam... magia! Banany szybko dawały o sobie znać, wtłaczając słodycz w soczystszą ramkę. Narzuciły jej swój smak owoców dojrzałych i niemal świeżo-surowych. Miały tylko leciutką suszono-liofilizowaną, jakby przypudrowaną nutkę. Nie musiałam ich rozgryzać, by je poczuć. Mimo więc, że i przy nich w połowie słodycz rosła do wysokiego pułapu, nie była aż tak nachalna.

Tonęły w mleku i orzechowo-palonym motywie, przez co pomyślałam o cieście Banoffee (ok, raz w życiu coś tego typu jadłam, ale chodzi mi o wyobrażenie / klimat), a więc bananowo-orzechowym i z mlekiem... tak pełnym, że może aż śmietanką. Albo tłustym mlekiem owczym. Paloność i orzechowa nuta przywołały cynamon, który podkręcił ciastowość. Wszystko to z liofilizowaniem raz i drugi chyba pomachało mi jakimś toffi przed nosem, by zniknąć i...

Wpuścić trochę kwasku. Idealnie wmieszał się w soczystość świeżawych bananów, niosąc smak mango i trochę cytrusowy, bardzo egzotyczny (jak multiwitamina?). Zaraz jednak orzechowa cierpkość sprowadziła owocowe nuty do poziomu. Raz i drugi powiedziałabym, że odrobinka cytryny wciąż dopraszała się o głos. Banany podsysane, obracane i jedynie nadgryzane, pod koniec smakowały zupełnie jak słodkie i dojrzałe surowe.

Cierpkość podkreśliła zostawione resztki bananów na sam koniec. Te smakowały już delikatnymi sobą, trochę przygłuszonymi przez ogólną słodycz, przez co kojarzyły mi się z bananowo-mlecznym, słodkim shake'iem.

Po zjedzeniu zostało poczucie słodyczy na granicy przesady, soczysta bananowość jak po świeżych owocach, ale też lekko "upudrowanych" i rześka mleczność... zupełnie, jakbym piła mleko owcze o orzechowej nucie, ale też leciutka suchość, namiastka goryczki kakao. Czułam też drobne ściągnięcie i... banany powlepiane w zęby.

Gdy tak przegryzałam a to kawałek z bananem, a to bez... było całościowo bardzo słodko, ale przyjemnie i wyważenie... Jakbym jadła bananowo-śmietankowe ciasto z orzechami i cynamonem, popijając mlekiem owczym.

Całość była pyszna. Niby urocza, a jednak nie słodziaśnie-dziecięca, a bardziej... rześka. Słodka i gęsta, ale dość lekka. Podobało mi się to naturalne przełamanie (kwasek i orzechowość), które zdawały się wpisywać w elementy słodzące.
Gdyby tak był tam cukier trzcinowy, myślę, że wcale piałabym z zachwytu. I wszystko to mimo że nie przepadam za tabliczkami z ponalepianymi liofilizowanymi owocami.


 ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 100 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, banan liofilizowany 2,0%, lecytyna sojowa

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Orion Kremova Bananova A Kakaova Naplni mleczna z nadzieniem bananowym i kakaowym

Mimo że uwielbiam banany i kręcą mnie słodycze (głównie czekolady, których jest strasznie mało) bananowe, mam instynkt samozachowawczy i chęć przetrwania. Bywam w stosunku do bananowych rzeczy sceptyczna, patrzę więc na składy. Dobrze, jak banan jest dobry, ale gdy do gry wchodzi chemia i nie wiadomo, co jeszcze... właśnie. Tę tabliczkę kupiłam trochę niepewnie. Otóż   Mistrovska Edice 68 % ciemna z morelami i chili oraz ciemna z truskawkami i solą Oriona właśnie mnie zachwyciły, ale... musiałam przyznać, że mlecznej nadziewanej do nich już na sam opis daleko.


Orion Kremova Bananova A Kakaova Naplni to mleczna czekolada o zawartości 32 % kakao z nadzieniem bananowym (31%) i kakaowym (11%).

Po otwarciu poczułam słodko-bananowy zapach, niebezpiecznie oscylujący między soczyście świeżym, a sztucznym i ogrom mleka. Zaprawione było to niemal cukrową słodyczą. Co ciekawe, spód pachniał bardziej bananami i mlekiem, wierzch zaś... czekoladą, acz zdawał się kryć tanią kakałko-orzechowość.

Tabliczka wydała mi się tłusto-miękka, raczej delikatna. Chwilami prawie się rwała, co mnie nie zdziwiło, gdy zobaczyłam, że żółtawo-białe nadzienie idzie przez całość.
Okazała się sowicie nadziana: bananowego kremu nie pożałowano; kakaowy wypełniał wierzch każdej z kostek i było go znacznie mniej, ale nie za mało. Okazał się bardzo gęstym, ciągnąco-lepiącym sosem o strukturze prawie stałej.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, tłusto i raczej szybko. Błyskawicznie miękła w plastelinowy sposób, po czym gęsto zalepiała usta i odsłaniała miękkie nadzienia. W porównaniu do nich wyszła gładko.
Jasny krem, zalegający w ustach dość długo, zaserwował mi dosłownie proch. Okazał się bardziej plastyczny i wilgotniejszy. Kulkował się trochę jak guma rozpuszczalna, a trochę z racji proszkowości. Kakaowe nadzienie sprawiało wrażenie bardziej zagęszczonego-zżelowanego. Było mięciutkie i ciągnące. Udawało śliskawe, ale z dziwnym efektem przecieru i znikomą pylistością. Rozpuszczało się z oporem, ale w sumie znikało szybko. Zlepiało pozostałe warstwy.
Całość błyskawicznie zatłuszczała i zalepiała usta.

W smaku sama czekolada przypominała cukier wymieszany z mlekiem, choć zaznaczył w niej się motyw kakao. Nie mam tu na myśli gorzkości, a element upodabniający ją do czekoladowej polewy / figurki niż czekolady mlecznej. Mimo że od początku aż drapiąca słodyczą w gardle, całkiem wyrazista.
Wydała mi się przesiąknięta nadzieniami, bo sztucznawy banan podkreślał jej dziwną nutę, a orzecho-kakałko też zaznaczyło się bardzo szybko.

Nadzienia odzywały się prędko, przy czym ciemne "sosowate" było intensywniejsze. Wprowadziło posmak tanio-chemicznego sosu pseudowytrawnego. Bez jakiejkolwiek gorzkości, może jedynie z cierpkością chemii. Było tak słodkie, że trudno wyodrębnić jakiś smak, ale mi zajeżdżało sosem kawowym. Zwłaszcza spróbowane osobno kojarzyło się z chemiczną kawą.

Bananowe rozchodziło się konsekwentnie i leniwie. Delikatna nuta tych owoców była bardzo słodka. Trochę jak esencjonalnie słodki nektar, a trochę sztucznawa. Banany były tu zrównane z wysoką, wyrazistą mlecznością. To mleczność zasłodzona do bólu słodka. Ta część nie wyszła sztucznie-napastliwie, a jedynie sztucznawo i cukrowo. Wraz z polewową czekoladą tworzyła łagodne tło, choć w chwili dominacji sosu banany uciekały. Z kolei bez niego, czyli przy częściach brzegowych oraz na początku rozpływania się kęsa, okazało się to całkiem znośne.

Kakaowe nadzienie bowiem męczyło mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa sztucznie-kawowym, tandetnym i nachalnym smakiem. Zajechało mi alkoholem, acz bez realnych procentów. Wyszło jak spirytusowo-chemiczny ciemny sos o nieokreślonym smaku, ewentualnie... kiepsko truflowy? Odlegle pseudokawowy. Zaszczypało... słodyczą i sztucznością.

Przemieszawszy się ze słodko-mlecznym otoczeniem stworzył cukrowo-sztuczną, tanio-tandetną toń. Tak słodką, że w sumie mdłą w cokolwiek.

Sos swoim sztuczno-tanim charakterem zepsuł bananowy smak, co bliżej końca sprawiło, że całość wyszła zbyt namieszana, nieskładna i sztuczna, a jednocześnie głównie cukrowa. On już zniknął, czekolada trzymała resztę w ryzach, bo znikała najdłużej, ale po tych ekscesach wydawała się głównie cukrowo-czekoladkowa.

Po zjedzeniu, oprócz przesłodzenia i chemii gryzącej w język, rozgrzania sztucznie kawowym spirytusem, czułam mocno sztuczny aromat bananowy. Zarejestrowałam dziwną goryczkę.

Całość była podła. Może nie tak obrzydliwa, by puścić pawia, ale właśnie podła. Miękko-plastelinowa czekolada, zżelowany sos i prochowo-gumorozpuszczalny krem to najgorsze, co mogę sobie wyobrazić. Wysoka tłustość i lepkość dowaliły. A smak? Obiecany cudowny, a w rzeczywistości po prostu słodki, tani i sztuczny. Nadzienie kakaowe to jakaś porażka - mocne, ale w zasadzie bez bliżej określonego smaku (sztucznie alkoholowo-kawowe?), bananowe niewiele lepsze, bo cukrowo-nijakie, sztuczne, no ale w sumie banany czuć, mleko też.
Żeby chociaż smakowała, jak pachniała... Ciemne nadzienie kompletnie zepsuło resztę. Sama czekolada z bananowym kremem mogłaby i na jakieś 5 wyciągnąć, a tak... odrzucała.

Tylko co odzyskałam wiarę w zwykłe nadziewane tabliczki po Terravicie PB i Ritter Sport Weihnachtstafel, a tu taka niespodzianka. Oddałam ją Mamie, która próbowała ją jeść na różne sposoby, aż w końcu przyznała, że przez to "kakaowe" nadzienie nie da się tego jeść bez obrzydzenia. "Jakieś alkoholowo-truflowe? Kawowe? Ale okropne... że aż tego banana zupełnie zepsuło. A tak oprócz tego ciemnego, to wcale niezła czekolada by była, słodka taka. A to ciemne coś... no niepotrzebne tu wcale" - wydała werdykt i resztę czekolady odłożyła do szafki dla ojca.


ocena: 2/10
kupiłam: Auchan
cena: 3,99 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, kakao 11%, tłuszcze roślinne (palmowy, z ziaren palmowych), masło kakaowe, serwatka w proszku, syrop glukozowy 0,8%, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, koncentrat miąższu z bananów 0,5%, tłuszcz mleczny, karmelizowany syrop cukrowy, środek utrzymujący wilgoć (glicerol), pasta z orzechów laskowych, emulgator (lecytyny, mono i diglicerydy kwasów tłuszczowych), masło, stabilizator (karagen), sól spożywcza, kwas cytrynowy, regulator kwasowości (cytrynian sodu), naturalne aromaty, ekstrakt z kurkumy

niedziela, 10 stycznia 2021

Domori Chacao Dark Chocolate 85 % ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Na koniec tej linii Domori zostawiłam sobie tabliczkę, co do której miałam największe oczekiwania. Po tym, jak swoimi nutami zachwyciła mnie 70 %, czułam, że trudno sobie wyobrazić smakowitszą, jednak... wiedziałam, co każde 10 % kakao potrafi. Nie chciałam jednak zbytnio się nakręcać... By więc za dużo o niej nie rozmyślać, za degustację wzięłam się dość szybko. Dopiero dowiedziałam się, albo też odświeżyłam swoją wiedzę (nie pamiętam!), że kakao pochodzi od kooperatywy Scay i właściwie jest odratowanym tam od wyginięcia typem, z regionu w pobliżu którym są wioski Toumodi, Oulaidon, Taabo i Lilebe, blisko terenów należących do Francji

Domori Chacao Bean-to-Bar Cioccolato Fondente Bio / Organic Dark Chocolate 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao forastino z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, obłędnie czekoladowy zapach dał mi po nosie  intensywną i soczystą wiśnią - "wiśnią w czymś". Była to nie tylko dojrzała, miękka wiśnia słodka i kwaskawa, ale także gęsty dżem wiśniowy chlapnięty na gruby, puszysty placko-naleśnik i... wino. Wino wiśniowe, podbudowane motywem skórzanych mebli / odzieży i cierpką ziemią. W tej znów przepływała gorzka kawa, nie będąca jednak siekierą, a czarną i rześką. do której podkradały się cytrusy.

Twarda i ciemna tabliczka łamała się wręcz z hukiem. Na dotyk wydała mi się nieco suchawa.
W ustach rozpływała się powoli, przy czym początkowo jakby się wahała, czy ma na to ochotę. Następnie trochę miękła i zmieniała się w aksamitny, gęsty krem kojarzący się z tłustawym budyniem. Z czasem zrobiła się bardziej esencjonalnie soczysta i zalepiająca, mulista. Pozostawiała po sobie leciutko wysuszający efekt.

Już w chwili robienia kęsa poczułam gorzki dym i piwniczny chłód. Oczami wyobraźni zobaczyłam beczki z winem i drewniane meble ze skórzaną tapicerką. Poczułam trochę soczysty, trochę alkoholowy smak drewna, podkręcony wędzeniem. Być może mignęły mi tu jeszcze jakieś korzenne przyprawy.

W tej soczystości szybko dały o sobie znać kwaskawe wiśnie... jako wytrawne czerwone wino, wiśnie podwędzane albo przypalone konfitury. Gęste, słodkie, a jednak i z cierpkością, i z goryczką. Splatały się z dymem poprzez kwaskawość.

Także dzięki kwaśności dołączyły do nich cytrusy, a po chwili wyraźnie cytryny i grejpfruty. Kwaśny sok i goryczkowata skórka przejęła chłodek od piwnicy, przemodelowując go na rześkość. Wpłynęła w ziemistą, lekko ostrą toń.
Tymczasem w tle pojawiła się nieśmiała słodycz palonego karmelu. Wydawał się tak palony, że odymiony i w dymie tym ukryty. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za sprawą tego karmelu wiśnie odrobinę się osłodziły. Poczułam słodkie, bardzo dojrzałe wiśnie i wino czerwone - wytrawne, ale wciąż ze słodko-owocowymi zaciągnięciami.

Ogrom soczystości nabudował wokół karmelu klimat sosu / syropu z czerwonych owoców, głównie z wiśni, ale i z żurawiny, które ani myślały rezygnować ze smakowitej kwaśności. Chyba syrop ten był lekko alkoholowy.

Moc alkoholu i wędzenie owocom podrzuciły jeszcze kwaśne, wędzone śliwki. Znów pomyślałam o owocowych winach i... zaraz zaskoczyły one na powidła. Może lekko korzenne? Powidła palone, ale słodkie. Słodkie... dżemy śliwkowo-wiśniowe, wiśniowe... Chlapnięte sowicie na puszysty placko-naleśnik. Beczki i drewno zmieniły się właśnie w niego, w czym pomogła ulotna nabiałowa nutka maślanki. Na końcówce skojarzenie to przybrało na znaczeniu.

Pikanteria przypraw korzennych, alkoholu i ziemistość weszły z kolei w kawę, która cały czas trzymała się gdzieś na uboczu, a na koniec nabrała odwagi.

Po zjedzeniu został posmak kawy właśnie, drewniano-orzechowo-plackowy i wiśniowo-powidlany, winnie soczysty. Jak wiśnie "jako coś / z czymś", nie zaś same w sobie.

Całość zachwyciła mnie porządną gorzkością i kwaśnością owoców, a więc przyjemnie podanymi i osłodzonymi minimalnie. Dym i piwnice stworzyły ciężki klimat, który pod wpływem wiśni i wina, cytrusów i dżemów, przy każdym kęsie przeistaczał się w coś lżejszego, ale wciąż w tej nucie: placek / naleśnik z wiśniami, śliwkami i kawą. Ziemia i przyprawy korzenne nakręciły charakterek, ale nie narzucały się tym intensywnie prostym, acz niebanalnym smakom.

Nie uświadczyłam w niej śmietankowo-mlecznych akcentów jak w 100 %, tu wszelka drobna tłustawość poszła w te placki, za to wiśnie... znane i z setki, i z 70 % nabrały "mocy urzędowej". Można by je odmieniać przez wszystkie. Kwaśność i wytrawność nadała im klimatu wina, konfitur i dżemów. Orzechowe ciasto i drewno z 70 % tu były poważniejszymi beczkami z winem i plackiem. To chyba jeden z nielicznych przypadków, gdzie 85 % jest po prostu wersją 70tki z wyciętą większością słodyczy (podlinkowana miała nuty ciastowo-waniliowo-miodowe), a jednak jeszcze bez ciężkości i "czystości" setki. Zakochałam się.


 ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,88 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: miazga kakaowa cukier trzcinowy

sobota, 9 stycznia 2021

Naive Imperial Stout Noble Beer Chocolate ciemna mleczna 62 % z Boliwii z piwem

Ciemna czekolada z ciemnym, leżakowanym w beczce po koniaku piwem gatunku Imperial Stout - czekoladnik z Chocolate Naive nazywa ją ukoronowaniem jego kariery, bo wcześniej sądził, że stworzył już wszystko, o czym marzył. Wyznaczył sobie więc cel stworzenia czegoś... "jeszcze bardziej najlepszego". Z tego, co wyczytałam, to historia tworzenia tej czekolady jest dość skomplikowana. Dopracowanie jej zajęło 2 lata. Otóż słód na dodane piwo został starannie wybrany, leżakowało to w dębowych beczkach po bourbonie, no i... w końcu Domantas Uzpalis był zadowolony z efektu na tyle, że nazwał tę tabliczką alfą i omegą piwnej czekolady.
Czytałam, że ludziom pasuje jej degustacja z whisky lub piwem, jednak mnie taka perspektywa brzydzi. Nie wyobrażam sobie tak samo degustacji czekolady z kawą, herbatą, winem - nie i koniec. Mimo to, piwne czekolady raczej mi się podobają. Słód, jaki w Smoky Joe 70 % zaserwowała Manufaktura Czekolady był genialny, ale już Bean Geeks Beer Geek Crunch to jakaś porażka. Fajne za to były nadziewane Zottera Strong Beer czy stylizacja Vosges Smoke & Stout Caramel. Po Naive... nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że tabliczki z dodatkami w ich wykonaniu zawsze są przepyszne, że zazwyczaj mielą dodatki i mieszają je spójnie z miazgą. Jak to miało wyjść w przypadku stoutu? Wlali piwo-piwo czy słód albo... no, nie wiedziałam po prostu. Mało tego! Dopiero dzień przed degustacją odkryłam, że to w sumie (chociaż trochę) mleczna czekolada. No, i chyba dobrze wiedzieć, że kakao od kooperatywy El Ceibo.

Naive Imperial Stout Noble Beer Chocolate to ciemna mleczna czekolada o zawartości 62 % kakao z Boliwii z piwem Stout (ciemne górnej fermentacji).

Wkładka, jaką znalazłam wewnątrz trochę mnie zskoczyła. Bardzo ładnie się to wszystko prezentowało, mimo że nie podoba mi się kształt tabliczki - jakiś klekso-placek.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam się, jakbym wąchała wysokiej jakości czekoladowe pierniki w czekoladzie z soczystym wiśniowym dżemem czy marmoladą. Niewątpliwie cechowała ją słodycz, ale także pikanteria chili z kolei znowu podkręcająca soczystość. W jej tle przewijała się pewna alkoholowość.
Całkiem wyraźny był także zbożowy, nieco wytrawniejszy wątek. W pierwszej chwili pomyślałam o kukurydzianych chipsach tortilla z odrobiną soli, a potem ogólnie o czymś chrupiąco-kukurydzianym. W trakcie degustacji, przy słodszych etapach, myślałam o corn flaksach. Było w tym coś mleczno-maślanego, łagodzącego, ale też wytrawnego i słodowo-podwędzonego.

Bardzo ciemnej tabliczki nigdy nie posądziłabym o bycie mleczną, ale już o suchą proszkowość owszem. Tak się przedstawiała w dotyku. Przy łamaniu zaś jako twarda i zarazem krucha, przy czym trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się powoli, ale bardzo chętnie. Była esencjonalnie miękko-gęsta i bardzo soczysta. Odczuwalna tłustość kryła się w tej soczystości i w lekkiej aksamitnej proszkowości.

Gdy tylko kawałek trafił do ust, rozeszła się po nich pikanteria chili i pieczono-prażony motyw.

Tym drugim błyskawicznie zajęła się nie za silna, a głęboka słodycz. Naniosła na niego niemal palono-maślany karmel na stałe zespojony z goryczką kakao. Natychmiast pomyślałam o czekoladowych kremach w nadziewanych czekoladach Zottera z alkoholem. To były one: maślano-nasączone, z charakterniejszą nutą alkoholu i przypraw, obłędnie czekoladowe mousse'y / ganasze / kremy... i czekoladowe pierniki w czekoladzie / polewie. To była nuta wiodąca, a jakże. Wokół niej tańczyła słodko-ostra korzenność. A za nią... czyżby jakaś nieuchwytna kawa?

Mniej więcej w połowie dołączyła do tego goryczka bardziej ogólna, przez co rozumiem taką... bardziej naturalną. "Jakiś mocny alkohol dodany do wspomnianego czekoladowego kremu" mogłam już nazwać ciemnym piwem, przy którym wystąpiła nuta orzechowo-zbożowa. Znów mignęło mi skojarzenie z grysem kukurydzianym i słonawymi chipsami tortilla. Te mieszały się także z motywem orzechów (laskowych?). Piwo jednak zaskoczyło mnie, jak delikatnie wyszło. Trzymało się z dala od pierwszego planu, co jednak przy większych kęsach lub częściach, gdzie tabliczka była grubsza, mu się nie udało.

W tle za piwem zaznaczyły się cytryny: skąpo kwaśne, a bardziej goryczkowato-skórkowe. Może nawet suszone? A jednocześnie niewątpliwie soczyste. To sprowadzało myśli do słodko-kwaśnej wiśni i wiśni w alkoholu. Do głowy przyszło mi czerwone wino. Wino czerwone... raczej słodkie i korzenne. Słodycz wyszła na pierwszy plan, ale wcale się tam nie rządziła, ponieważ dołączyła do czegoś bardziej goryczkowato-zbożowego. Dało to upust ostrości. Chili chwilowo nieco przypiekło.

Wraz ze zbożowo-orzechowymi nutami chili wtopiło się ogólnie w przyprawy korzenne, a owoce podniosły swą słodycz za sprawą palonego karmelu. Znów wyraźnie czułam zbożowe klimaty. Myślałam o płatkach kukurydzianych... podsłodzonych, złagodzonych mleczną nutą... A jednak podkreślonych prażeniem i goryczką. Pod koniec wszystko to zrobiło się "rozmiękłe", torfowe i "neutralnie-naturalniejsze". Miękkie niczym korzenne pierniczki z marmoladą? (Nie wiem, skąd przy smaku wydźwięk konkretnie miękkiego jedzenia, ale o innym nie dawał mi myśleć.)

Delikatna gorzkość na końcówce osiadła w bardziej maślano-mlecznych klimatach, a jednocześnie... nie dające spokoju alkoholowe wiśnie wyprosiły od niej alkohol. Czekoladowe pierniki w polewie z zapachu i początku przejęły te wiśnie, wraz z alkoholem (ale właśnie osłabiając go). Podkreślała je (wiśnie) drobna goryczka i cierpkość, ale zaraz schowały się.
Poczułam piwo dosłownie w chwili znikania kęsa. To było... jak łyk piwa w temperaturze leciutko chłodnej, takiego niezbyt mocnego, ale wyrazistego. Stout? O tak.

Po wszystkim pozostał posmak piwa nawet z takim podbąbelkowanym smakowym efektem (nie umiem lepiej wyjaśnić), pierników czekoladowych nadzianych wiśniami, wiśni w alkoholu i soczystość... owocowo-alkoholowa, złożona i nie za mocna. Wszystko to podszyte było goryczką zbożową i skórkowocytrusową oraz drobną ostrością chili.

Całość wyszła bardzo ciekawie i smacznie... Na tyle harmonijnie, że dałabym się oszukać, że to ciemna o takich nutach alkoholowych i trochę "domlecznionych". Alkohol jednak... wcale tak mocno piwnie tu nie wyszedł. Końcówka wprawdzie była piwem w tabliczce, ale ogółem kojarzyła mi się raczej z winem i chrupkami kukurydzianymi. Duet wiśni i chili kocham, a wszelkie zbożowości też bardzo mi odpowiadały, a już zupełnie kupił mnie smak nadziewanych czekoladowo-alkoholowych Zotterów w formie nienadziewanej. Podkreślam jednak, że wcale nie konkretnie z Zotter Strong Beer, a ogólnie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 37,99 zł (za 57g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 646 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, masło kakaowe, pełne mleko w proszku, piwo Imperial Stout (słód, chmiel, jęczmień)

piątek, 8 stycznia 2021

Ritter Sport Weihnachtstafel mleczna z kremem śmietankowo-mlecznym z kakao i przyprawami korzennnymi

Wybierając czekolady, które lepiej zjeść przed nadejściem upałów, trochę w szafce poprzekładałam. Wtedy mój wzrok przyciągnęła niewymiarowa Ritterka. Pamiętałam kupno jej - składałyśmy z Mamą zamówienie na Allegro (trochę dla niej, trochę dla mnie, część na współę). Otóż najpierw przez pomyłkę wysłali mi Spekulatius, którą to ja z kolei oddałam Oldze z livingonmyown (bo już jej próbowałam i nie chciałam wracać; a tu nieco starsza recenzja Olgi). Aż mnie ciarki przeszły, gdy pomyślałam, że latem coś takiego mogłoby stać się którejś z moich tabliczek i... ciarki nagle nasiliły się. Postanowiłam doczytać dokładniej, co też miałam ja. Doznałam szoku. Otóż okazało się, że to czekolada nadziewana, podczas gdy byłam pewna, iż to czysta czekolada mleczna z przyprawami.

Ritter Sport Weihnachtstafel mit weinachtlichen Gewurzen to mleczna czekolada nadziewana (42%) śmietankowo-mlecznym kremem o smaku kakaowym z przyprawami korzennymi*; edycja limitowana na zimę 2019/20.
*w opisie po angielsku jest "(...) kremem z kakao i zimowymi przyprawami".

Po otwarciu poczułam wyraźnie, wręcz pikantnie korzenny zapach mieszający się z cukrową słodyczą i maślanością, mocno kojarzący się z ciastkami korzennymi. Fuzja ta aż drapała w nosie. Bez problemu wskazać mogłam cynamon i kardamon, może też słodsze goździki, ale wydawało mi się, że całość zalatuje również margaryną. Zwłaszcza po przełamaniu czy przekrojeniu ją czułam, ale nasiliły się także przyprawy i śmietanka, sugerując kakao na mleku z mnóstwem przypraw.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie konkretnej, bardzo tłustej, ale takiej, która nie zamierza się lepić, mięknąć czy topić.
Przy łamaniu zachowywała się normalnie, choć nie trzaskała. Sugerowała miękkość, ale konkretu się nie wyzbyła. Nie zaburzył tego nawet fakt, iż nadzienie szło przez całość. Przy robieniu kęsa także poszczególne kostki wydały mi się twardawo-konkretne, nie wginały się, choć poszczególne, przy odgryzaniu kawałka już wykazywały chęć rwania się.
Gruba warstwa czekolady w ustach rozpływała się łatwo, względnie powoli, ale bez oporu. Zalepiała gęsto i tłusto. Miękka masa, jaką się stawała, przejawiała lekką proszkowość.
Nadzienie kontynuowało to wszystko, bo okazało się podobne do niej. Było dość czekoladowo gęste i twardawe, acz tłuste w bardziej śmietankowo-oleistym kontekście. Tym samym zalepiało w mniejszym stopniu. Daleko mu do suchości, bo ta tłustość od razu aż przerażała, przypominając śliskie, chłodne masło, które rozrzedza się na śmietankę. Rozpływało się szybciej od wierzchu. Całość zalepiała usta, serwując proszkowość, w tym aż ziarnistość przypraw, których w nadzieniu dodano dużo.

Czekolada od samego początku uderzyła za dużą ilością cukru, jednak zaraz z odsieczą nadeszło mleko. Wprawdzie przesłodzenia nie powstrzymało, ale nieco uprzyjemniło. Było wyraziste, naturalne i pełne... niemal śmietankowe. Miejscami musiała przesiąknąć przyprawami, bo zaznaczały się bardzo szybko, ale jakoś nie pasowały mi do jej cukrowości.

Po chwili śmietankowa czekoladowość zaczęła narastać. Mleko zagrało pełnią smaku, roznosząc inne nuty. Poczułam przyprawy, w tym cynamon i goryczkę. Najpierw wydała mi się kakaowo-czekoladowa, podkreślająca samą czekoladę mleczną, a następnie coraz bardziej korzenna. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzenność dominowała. Rozgrzewała i drapała w gardle wraz z cukrem. Ostry cynamon był wyczuwalny wyraźnie cały czas. Odnotowałam specyficzne goździki. Korzenność robiła się coraz bardziej słodko-ostra i gorzkawa. Wraz z tym, jak korzenność słabła, czyli już w drugiej połowie, wyłamywał się z tego posmak oleju. Wbrew pozorom, krem wydał mi się bardziej wyważony, nieco mniej słodki od samej czekolady.

W nadzienie zakradła się pewna nijakość, acz bliżej końca śmietanka i czekoladowość jakoś to zatuszowały. Skojarzyło mi się z do bólu cukrowymi, tanimi, tłuszczowo-maślanymi ciastkami korzennymi. Kardamon odegrał istotną rolę z małym opóźnieniem, by następnie trochę odpuścić.  Cynamon też utrzymywał się do końca, przywodząc na myśl gorące kakao na mleku z przyprawami właśnie. Drapał w gardle do pary z cukrem. Dosłownie pod sam koniec, po zjedzeniu większej ilości, aż mi ostrzegawczo mignęła sugestia coli, ale jej posmak nie pojawił się.

Po zjedzeniu pozostało drapiące przesłodzenie, tłuszcz na ustach i przyjemne rozgrzanie korzenną ostrością, posmak przypraw. Czułam czekoladowo-kakałkowy motyw jak po gorącym, korzennym kakao.

Całość była... zaskakująco smaczna jak na coś tak tłusto-słodkiego. Wyraziste, ostre, a jednak nie zbyt nachalne przyprawy korzenne podkreślające kakao i śmietankę okazały się strzałem w dziesiątkę. I choć sama czekolada była za słodka, dzięki pikanterii dało się przymknąć na to oko. Poczucie tłustości z kolei chociaż częściowo neutralizowała proszkowość (m.in. przypraw).

Bardzo przeszkadzała mi tłustość tego, zarówno ta realna (tablica nadziana masłem z oleistymi zapędami), jak i smakowa. Ogół jednak nie był zły - w zasadzie zaskoczyła mnie pozytywnie naturalnością i intensywnością przypraw. Podobało mi się też, że środek nie był mazisto-miękki, całość nie płynęła, a wyszła czekoladowo konkretnie, ale... mogli to uzyskać nie tłustością.
Co więcej, już po drugiej kostce zaczęła mi doskwierać cukrowość. Mimo to, była na tyle spoko, że jadłam dalej, Mamie oddając 8 kostek (była umowa, że część przejmie, acz gdyby nie ona, spokojnie mogłabym zjeść innego dnia, tylko że takie czekolady nie kręcą mnie na tyle, by do nich wracać).
Wprawdzie przyznała mi rację, że "mogłaby być mniej tłusta i jednak mniej słodka, ale ta jej tłustość taka dobra, fajna, przyjemna właśnie jest. Przyprawy idealnie w punkt, nie aż takie mocne, a wyraźne, jakby już w samej czekoladzie były." Omawiając, zgodziłyśmy się, że całe szczęście, że zrobili ją w takiej formie, a nie np. z ciastkami. Ja wprawdzie wolałabym też bardziej czuć kakao (o którym w opisie jest przecież mowa!) w nadzieniu, ale trudno.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: około 10 zł (za 145g)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, laktoza, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku 6%, śmietanka w proszku 3%, masło klarowane, lecytyna sojowa, przyprawy, cynamon

czwartek, 7 stycznia 2021

lody Bailey's Chocolate Secret Ice Cream

Po Bailey's Coffee Delight Ice Cream bałam się drugiego smaku. A właściwie... może nawet nie bałam się, co byłam prawie pewna, że okażą się niesmaczne i nie miałam ochoty nawet ich otwierać. Był jednak problem, co z nimi zrobić, ponieważ lodów czekoladowych czy z sosem czekoladowym Mama nie lubi. Próbowałam też samą siebie przegadać, że co, jak jednak okażą się smaczne? Słabo to działało, ale w końcu uznałam, że otworzę je czym prędzej, by mieć z głowy.

Bailey's Chocolate Secret Ice Cream with the Taste of Bailey's to śmietankowe lody "z preparatem o smaku likierowym (4%) i śmietankowe lody o smaku waniliowe z sosem czekoladowym (13%)". Opakowanie zawiera 500 ml / 400 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-likierowy zapach z zaznaczonym żulowym alkoholem i sztucznością, a także czekoladowo-kakaowym akcentem w tle. Rysował się na wysoce słodkim tle bardzo śmietankowych lodów.

Lody, mimo że gęste i tłusto-kremowe jak to lody na śmietance, okazały się dziwnie miękko-spulchnione. Łatwo je nakładać, rozpływały się powoli i w zasadzie ich specyfikę czuć dopiero w trakcie jedzenia. Otóż były jak... oklapła, zamrożona bita śmietanka, a więc jeszcze dość puszyste, a przy tym straszliwie tłuste. Otłuszczały usta, a mimo pozornej lekkości, mnie wydały się ciężkie i tym właśnie męczyły. Tłustość, która nie tylko otłuszczała usta, ale zawierała jakby pewien poślizg... obrzydzała.
Lody składały się z dwóch części, co wyglądało na kiepskie wymieszanie: biała i beżowa. W ciemniejszej masie było parę gęstszych fragmentów, grudek - obstawiam, że to preparat likierowy.
Całość przeplatał sos. Był gęsty, zwarty i gładki. Był niczym... jakaś sosowa masa, w której rzadkawość jedynie się kryje. Rozmieszczono go średnio równomiernie, mieszał się z lodami, gdy te zaczynały się już bardziej topić. Przekopawszy się trochę przez pudło odkryłam, że wewnątrz przy ściankach były jakieś wielkie skupiska tego czegoś, co przy tym smaku uważam taką kumulację za minus.

W smaku sama baza lodowa przywitała się śmietanką i sztucznością. Słodycz była dopiero później, ale do niskich nie należała. Wyraźnie zaznaczyła się w niej sztucznie-likierowa nuta, nakręcana przez grudki preparatu. Te cechowała wysoka słodycz i w pierwszej chwili (każdorazowo) smak likieru bez alkoholu, a z chemią. Dopiero po pewnym czasie alkoholowość z nich dawała o sobie znać wyraźniej.

Czysto biała część wydała mi się nijaka, przesłodzona i śmietankowo-tłuszczowa, przy czym jej słodycz cechowało sztuczne echo. Nic konkretnego, a tłusta nijakość i tak ją wyprzedzała. Ta część podporządkowała się nieco wyrazistszej, zwłaszcza gdy już się przemieszały, lub gdy spróbowałam ją po wyrazistym sosie.

Nie była to jednak pozytywna wyrazistość. Sos czekoladowy smakował bowiem tanio. Uderzył alkoholem, a właściwie... spirytusem, takim... czystym, mało spożywczym, a następnie dorzucił do tego cierpkawo-cukrowy kakaowy motyw. Chemia goniła w tym taniochę i tandetę.

Po paskudnym sosie lody wydawały się jeszcze sztuczniejsze i nijakie. Myślę, że lepsze przemieszanie, przewinięcie ich sosem, a nie wielkie skupiska wyszłoby na dobre.

A tak? Po zjedzeniu małej ilości w ustach pozostawał posmak sztucznych aromatów likierowych i taniego spirytusu, wraz z obleśną tłuszczowością na ustach.

Całość była tragiczna. Słodko-tłuste, niewyraziste lody zabarwione sztucznym likierem i wymieszane z podle tanim, sztucznie-spirytusowym, pseudoczekoladowym sosem były po prostu bardzo niesmaczne, a ich struktura... obrzydzająca jak mało co innego. Jak zleżała, oklapnięta i zamrożona bita śmietanka, otłuszczająca niemiłosiernie usta. To było tak tłuste, że potem fizycznie miałam problem z dopłukaniem (zawsze płuczę naczynia przed zasadniczym myciem) miseczki i łyżek.
Po wyjątkowo malutkiej ilości uznałam, że za nic w świecie nie chcę mieć z nimi do czynienia, więc reszta powędrowała do Mamy. Ona dała  radę tylko ok. 1/3; resztę wyrzuciłyśmy. "Ta sama masa lodowa jakaś taka nijaka, żadna, czasami tylko tak bardziej alkoholowo i sztucznie się robiło, a jakby o smaku jakimkolwiek to zapomnieli. Jak wszystko sobie jak Monte wymieszałam, to da się zjeść, ale jak sam ten sos spróbowałam... no, ohydny, wali jak taki mocny spiryt, niespożywczy w dodatku, gorzki, tani" - zagarnęła większe łyżeczki poszczególnych części i aż jej twarz wykrzywiło - "Nie, jednak całościowo paskudne... i ta masa". Potem myjąc naczynia jeszcze dodała: "Fu, a jakie tłuste... jedząc to tak się nie czuło, ale tłustość rękami aż czuć. No, były ciężkie, tak dziwnie... Jak na bitej śmietance, to czy one nie powinny być lekkie?". I Mama nie zorientowała się nawet, że były dwa rodzaje bazy, w tym jedna z preparatem (pewnie te jej "bardziej alkoholowo się robiło").
Ech, jakie to one powinny być... można by długo pisać.
Nie myślałam, że kupując tak w miarę rozsądnie lody (patrzę na składy i wnioskuję, czy na pewno mi posmakują, bo lubię niestety drogie i duże) trafię na godną konkurencję dla chyba najgorszych lodów, jakie w życiu jadłam: Zielona Budka Happy Twist śmietanka-mango-marakuja.


ocena: 1/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł / 500 ml
kaloryczność: 254 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 37% bita śmietanka, mleko odtłuszczone, cukier, woda, glukoza, żółtko jaja, mleko w proszku odtłuszczone, fruktoza, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 04% alkohol etylowy, miazga kakaowa, białka mleka, tłuszcz kakaowy, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; ekstrakt waniliowy, regulator kwasowości: cytryniany sodu, barwnik: karmel siarczynowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; aromaty

PS A dla tych, którym czekolady nigdy dość (jak dla mnie) zapraszam do malutkiej (dosłownie!) aktualizacji mlecznej Domori, a właściwie... dopisku-przemyśleń dotyczących neapolitanki.