czwartek, 2 lipca 2026

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit ciemna z Peru o smaku marakui z mango

Po dwóch ostatnio jedzonych Vanini czułam, że mam kompletnie dość tej marki. A niestety w komodzie czekały jeszcze dwie tabliczki. W tym dziś przedstawiana, jak te dwie poprzednie, co mi podpadły, z owocami. Uznałam więc, że chcę ją mieć jak najszybciej z głowy.
Wzięłam ją końcem listopada w Tatry na trasę na Krzyżne. Otworzyłam jednak znacznie wcześniej, na Gęsiej Szyi, jako że pomyślałam, że skoro miałby mnie mordować jakiś olejek / aromat, to nim wejdę na Krzyżne i zabiorę się za kolejną tabliczkę, zdążę o nim zapomnieć i przepłukać parę razy usta. Otworzyłam ją więc na Gęsiej Szyi, na którą weszłam z Łysej Polany przez Rusinową Polanę. Taki niepozorny punkt, a widoki tak zachwycające... Czy czekolada okazała się ich godna?

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami mango i marakują (aromatem).

Po otwarciu poczułam przerysowany zapach marakui, okrojonej z większości kwaśności. Miała władczy, dominujący charakter. Towarzyszyło jej delikatne, słodkie mango, a czekolada... Prawie się ukryła. Zajęła miejsce daleko w tle. Ogół wydał mi się nieprzesadnie, ale duszno słodki i z jedynie zaakcentowaną gorzkawością.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i lekką ulepkowatość. Przy łamaniu wykazywała twardość, obfitującą w głośne, chrupkie trzaski.
Na spodzie dało się dostrzec średnią ilość cząstek mango. Przekrój ujawnił dosłownie kilka średniej wielkości kawałków mango, które wyglądały na kruche i suche liofilizowane.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, kremowo maziście. Tłustość stanęła na średnim poziomie, a gdy zaczęły wyłaniać się z niej kawałki dodatku, doszła do tego lekka ulepkowatość i znikoma soczystość. Kawałki mango, które wyłaniały się z czekolady, wykazywały twardość. 
Gryzione wcześniej, obok czekolady, były twarde i kruche. Chrupały i skrzypiały, dając się poznać jako liofilizowane.
Na koniec czekolada znikała trochę wodniście, zostawiając kawałki mango. Nie było ich za wiele. Sporo kęsów była ich w ogóle pozbawiona.
Kawałki mango na koniec wciąż były twarde, acz nieco mniej. Acz... jedne nieco różniły się od drugich. Ich skrzypiąca kruchość utwierdziła mnie, że to liofilizowany owoc. Znalazła się w nim lekka proszkowość, ale gryzione na koniec, serwowały też sporo soczystości, by w większości przypadków zostawić jeszcze miękkie, delikatne farfocle. Jedne wydawały się bardziej rozpadać na proszek, inne zaś szły w farfoclowość.

W smaku od razu rozbrzmiała przesadzona słodycz. Zaleciała cukierkowym motywem egzotycznych owoców.

Zaraz odezwała się też leciutka goryczka. Dziwnie podkreśliła egzotyczny owoc.

Ten przedstawił się jako marakuja, choć trochę... karykaturalna? Z wyczuwalnej nuty zmieniła się w motyw przewodni. Choć ewidentnie marakujowy, owocowy wątek zapomniał o kwaśności. Marakuja, raczej słodka, nie była bardzo sztuczna, ale czasem naprawdę wydawała się przesadzona. Robiła wszystko, by zdominować kompozycję i na dłuższy czas jej to się udawało.

W kęsach nawet bez mango, smak tego owocu wtórował marakui, ale gdy kawałek się trafił, oczywiście bardziej. I czasem razem chyliły się ku cukierkowemu wydźwiękowi (przeważnie w kęsach bez kawałków mango), a czasem... mango i marakuja dziwnie splątały się z goryczką.
Gdy próbowałam samej czekolady, bez mango, czasem i tak pobrzmiewało. Ale bardzo rzadko i słabiutko.
Z ciekawości spróbowałam też pogryźć mango obok czekolady, wcześniej. Nie było wtedy jakoś szczególnie wyraziste, a czekolada wydawała się bardziej cukierkowa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za marakują gorzkawość przywołała zioła. Były lekko cierpkie i z ogromną ochotą podchwyciły egzotyczny klimat. Do głowy przyszły mi jeszcze liście bananowca, pędy bambusa i grube zielone liście z tropików.

Już myślałam, że pojawi się jakiś kwasek, ale nie. Po tym nasileniu się goryczki, nasiliła się też słodycz. Trzymała się marakui, ale też... Przemykało mi tam coś nugatowego - pomyślałam o bardzo cukrowym białym nugacie turron. W oddali, ale jednak. Skojarzenie tu umacniała maślaność, jaka też się z czasem zjawiła. Słodycz czasem trochę przesadzała. W zestawieniu z egzotycznymi owocami, sprawiała wrażenie cukrowo dusznej. Męczyła. Nie jakoś bardzo, ale sprawiła, że kompozycja była ciężka w niepozytywnym sensie.

Marakuja trochę ustąpiła, i choć wciąż była wyrazista, już nie wydawała się taka dominująca.
Wykorzystała to goryczka. Gorzkością wprawdzie się nie stała, ale zrobiła jakąś aluzję do czarnej, ale nie mocnej, kawy.

Gryzione na koniec kawałki mango były wyrazistsze, acz nie wszystkie tak samo. Niektóre bardzo wyraziste, inne delikatne (wydawały się stłamszone przez intensywną słodycz i marakujowość). Utwierdziłam się, że to liofilizowane cząstki. Cechowała je wysoka soczystość i wyrównane słodycz z kwaśnością. Mango starało się odciągnąć uwagę od przerysowania marakui, wciągając ją w naturalniejszy, egzotyczny klimat.

Po zjedzeniu został posmak głównie niezbyt naturalnej, przerysowanej marakui i palonej czekolady o kawowym echu, ale też wysokiej, maślano-nugatowej, duszno cukrowej słodyczy.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Aromat choć dominujący, nie był aż tak nachalny jak w Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Trzeba przyznać, że ta tabliczka wyszła przystępniej niż Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron czy Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew. Aromatowy charakter mango i marakui powstrzymywały trochę kawałki mango. Tych poskąpiono - czyli przegięcie w drugą stronę względem podlinkowanych (tam dodatków było za dużo, że aż przeszkadzały). W dziś przedstawianej czekoladzie nieźle czuć lekko ziołową gorzkość, jednak i słodycz była wyższa niż we wspomnianych. Słodycz wyszła aż dusznie ciężko - myślę, że dołożył się do tego także kontrast z egzotyką. Ciekawe, że i w dzisiaj przedstawianej przez myśl przemknął mi nugat, bo nie zawierała miazgi z orzechów jak jej poprzedniczki. A jednak, nugat o którym myślałam, biały hiszpański, opiera się na cukrze, nie orzechach (w przypadku wspominanych myślałam o normalnych orzechowych nugatach). Gdyby tak pojawiło się w niej więcej owocowego kwasku, kawałków było nieco więcej, a marakuję dodano jako np. sok, a nie tylko aromat, spokojnie miałaby 7, a kto wie, czy nie 8.
Sporo czekolady z gór zostało mi do skończenia w domu i choć myślałam, że skończę całą, jakoś mnie zmęczyła, przytłoczyła i ostatnią kostkę wcisnęłam Mamie.

Mama po swojej kostce powiedziała: "Dla mnie ona taka nieprzyjemnie gorzka jak leki, mango i marakuja to tam jako te kawałki, tak? Niesmaczna ogólnie. Nawet nie przez taką faktycznie trochę sztucznie owocową nutę. A z kolei te kawałki, no czyli mango naturalne, też niefajne, takie gąbczaste".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki mango 2%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat mango 0,1%, naturalny aromat marakui 0,1%, ekstrakt waniliowy

środa, 1 lipca 2026

Pszczelarz Kozacki Miód nekatarowy "leśny" wielokwiatowy prosto z ula

Kolejny miód...? Tak, w dodatku kolejny, który raz po raz pojawia się w moich rozmowach z Mamą już chyba rok. Ja po prostu nie mogłam się powstrzymać, by także go nie spróbować, skoro już był. Faktycznie bowiem... mógł uchodzić za dość tajemniczy. Opisy poszczególnych tego typu miodów bardzo się różnią, przewija się informacja następująca: " miód pochodzący z nektaru wielu leśnych kwiatów, krzewów i drzew, często zawierający domieszkę spadzi, co nadaje mu bogatszy smak i skład", czyli w zasadzie taki miód może smakować... czymkolwiek.

Pszczelarz Kozacki Miód nekatarowy "leśny" wielokwiatowy prosto z ula to miód wielokwiatowy pszczeli nektarowy wyprodukowany przez Pszczelarz Kozacki Pasieka Tadeusz Kozak / Kozacki Honey.

Po odkręceniu poczułam słodko-drapiący, acz wzbogacony o zaskakująco znacząco pikantną goryczkę, zapach. Wydał mi się trochę zwyczajnie wielokwiatowy, ale wzbogacony o głębię ciemnych miodów, tak, jakby z kwiatami mieszały się tam suche, kadzidlane żywice. Bardzo zaskoczył mnie tak obiecujący zapach.

Średnio ciemny ogólnie, ale jak na wielokwiatowy niespotykanie ciemny, miód był płynny i tworzący stożek przy laniu z łyżeczki. Na niej zaś formował się w ładną wypukłość. Jego krople przybierały postać "kuleczek". Oczywiście, jak na miód przystało, bardzo klejący.
W trakcie jedzenia wydał mi się niby typowo miodowy, ale zostawiał ciężkie wrażenie. Rzadki, lecz nie wodnisty, i z efektem jakby polerująco-otłuszczającym usta.

W smaku od początku rozbrzmiewała wyrazista, silna słodycz. W pierwszej sekundzie wydała mi się zwyczajna, trochę już na tym etapie drapiąca, ale nagle w drapaniu zaznaczyła się pikanteria.

Ostrość zadrapała w język i zaraz znalazła się też w gardle. Choć słodycz błyskawicznie osiągnęła bardzo wysoki poziom, pikanteria nadała jej trochę głębi i charakteru. Skojarzyła mi się z korzeniem imbiru, niosąc jakby trochę rześkości w tej ostrości. Imbirowo-ziołowy splot miał w sobie coś... leśno-żywicznego? Gdy pomyślałam, że zaraz do kompozycji dołączy też goryczka, słodycz napłynęła na ten poważniejszy wątek z nową siłą. I zasłodziła zupełnie.

Słodycz kwiatowa, bardzo, bardzo silna i drapiąca po tym charakterniejszym występie zapomniała o tym... dzikszym, niebanalnym wydźwięku. Wyobraziłam sobie kwiaty. Może i leśne, trochę wzbogacone o nieoczywiste zioła i żywice, ale głównie wręcz zasładzające.

Po zjedzeniu został posmak miodu bardzo słodkiego, drapiącego w gardle, ale w którym oprócz zasładzających kwiatów, leciutko pobrzmiewa drapiąca pikanteria. Drapaniem połączyła się ze słodyczą.

Bardzo zaskoczył mnie ten miód. Oczywiście pozytywnie, bo w tak tanim miodzie tej firmy nie spodziewałam się uświadczyć aż takiej pikanterii i wyrazistego charakteru. Główny, drapiąco-zasładzający wątek urozmaiciło sporo niemal imbirowej, leśnej pikanterii. Piękny, wręcz żywiczny zapach obiecał wiele, a smak starał się wyzwaniu sprostać. Gdybym miała nie patrzeć na cenę jego i ostatnio jedzonych drogich miodów, i tak zdobyłby wysoką ocenę (choć raczej 7?), ale tak absurdalnie niska cena sprawiła, że ocenę podniosłam. Powiedziałabym, że to wielokwiatowy wzbogacony o jakieś zioła, nie o spadziowość, tę może w minimalnym stopniu (acz ciekawe, co tam pszczoły nazbierały i gdzie).

Mama jednak aż tak entuzjastycznie się o nim nie wypowiedziała. Opisała: "Bardzo słodki, ale tego można było się spodziewać. Smak jak smak, powiedziałabym, że jak zwykłe miody. Ale mi w nim nie pasuje... konsystencja. Wydaje się bardzo tłusta, ciężka, dziwna. Czy miód w ogóle może był tłusty...? Ten taki się wydawał. Nie jakoś straszliwie, w końcu się przyzwyczaiłam, ale nie jest to miód marzeń".


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: ok. 20 zł (za 2,2kg)
kaloryczność: 321 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao ciemna z Tanzanii

Sięgając po tę czekoladę czułam smutek, bo oto kończyłam beskidowy zapas. Jednocześnie cieszyłam się, bo czułam, że choć czekolada miała poważną konkurencję, zachwyci mnie. Zarówno Beskid Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % z 2021, jak i Beskid Chocolate RAW Tanzania Kokoa Kamili 97 % z 2022 bardzo mi smakowały, więc cieszyłam się, że w moje ręce wpadła kolejna tanzańska propozycja Beskid do porównania. Byłam ciekawa, z którą dziś przedstawiana będzie miała więcej wspólnego. Obstawiałam, że jednak mimo wszystko, mimo surowego kakao, z Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %. Tabliczkę, tak jak i wspomniane, zrobiono z kakao od przedsiębiorstwa Kokoa Kamili, które gwarantuje najwyższą jakość. Z opisu dowiedziałam się jeszcze, że ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach, po czym były suszone na słońcu przez 5-7 dni.


Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Tanzanii, z Doliny Kilombero, od kooperatywy Kokoa Kamili.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Po otwarciu poczułam kwaśny splot wiśni, śliwek przechodzących trochę w powidła i kwaśnych, duszonych jabłek. Jabłek z nutą cydru, tuż obok nich? Wtórowały im owoce leśne: mniej jednoznaczne, ale na pewno jakieś ciemne i... poziomki? Ostatnie wchodziły w nieco pudrowe klimaty. Do tego poczułam duet ananasa i śmietanki, jakby prosto z anansowego ciasta z mnóstwem śmietany, śmietanową warstwą. Odnotowałam też suszone banany, ale mimo tych wielu słodkich nut, nie było tak mocno słodko, jako że wśród owoców zaplątało się niemal kwasowe, dosadnie alkoholowe wino. Przy nim wychyliła się odrobina ziemi. Alkohol kręcący się w pobliżu nut bananów i śmietanki czasem lekko zahaczał o ajerkoniak - to jednak wątła nuta, niemal nieuchwytna.

Tabliczka wydawała się masywna, co podkreślały głośne trzaski, słyszalne podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, zachowując swój kształt tak długo, jak się tylko dało. Nie szczędziła przy tym kremowości, obok której zaznaczyła się drobna oleista lepkość. Z czasem tłustość rosła, ale w parze z soczystością, więc ciężko nie było.

W smaku przywitał mnie karmel. Karmel lekko palony, ale szlachetny i nie za słodki. Ogólna słodycz stanęła na nisko-średnim poziomie i popłynęła dalej leniwie, nie rosnąc specjalnie.

Do karmelu dołączyła śmietanka, przekierowując go na łagodniejszy, właśnie śmietankowy tor i nagle, w tym momencie odezwała się cierpkość oraz gorzkość.

Cierpkość pokazała się jako kwaśno-cierpki splot trochę już skwaśniałego wytrawnego, a zarazem słodkawego wina, natomiast gorzkość dołączyła do słodyczy, dorównując jej leniwym, spokojnym charakterem. Przytoczyła motyw palony i tartę brownie na jasnym, kruchym spodzie.

Taninowa kwasowość wina prawie zupełnie zmieniła się w bogaty owocowy splot. Czułam owoce egzotyczne trudne do ponazywania, chyba m.in. ananasa i marakuję, ale też wiśnie i śliwki. Śliwki na jakiś czas podchwyciły skwaśniały motyw i zaserwowały mi lekko skwaśniałe powidła śliwkowe.

Do akcji wkroczyły cytrusy. Wślizgnęły się pomiędzy różne owoce egzotyczne, owoce czerwone i...  leśne (?), i przerobiły kwasotę na silną, ale w pełni owocową kwaśność. Właśnie głównie cytryn. Ale... niekoniecznie? Obok pojawiło się kwaśne jabłko i pigwa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślano-śmietankowy karmel zmienił siew jogurt i maślankę. One też jakby uprawomocniły kwaśność i wręcz... nadały jej łagodniejszego charakteru/.
W łagodności tej doszukałam się jeszcze orzechowego akcentu, który jakby przeniknął do gorzkości i jeszcze ją zaczął łagodzić wraz z jasnym spodem tarty.

Kwaśność nagle drastycznie osłabła, a jej miejsce zajęła słodycz. Słodkie owoce egzotyczne jakby wypchnęły na przód ananasa. Ananas trochę wspierał się z jogurtowo-śmietankowym, śmietanowym wręcz motywem i przemknęła mi przez głowę myśl o śmietanowo-ananasowym cieście, jednak gdy tak cały czas słodycz rosła, zmienił się w banany. Lekka taninowa cierpkość pobrzmiewała w tle i czasem trochę sugerowała bananom niedojrzałość.

Wygrały jednak te słodkie banany suszone i... pieczone? Banany z karmelem? Pieczono-palona nuta odważyła się i wrócił karmel. Wyraźnie palony tym razem.

Śliwki jakby ususzyły się, serwując niemal mulistą słodycz. Obok znalazły się poziomko-truskawki o niemal pudrowych zapędach. Część owoców czerwonych, leśnych weszło w skład ciasta czekoladowego. Ciasta z kremem śmietanowym.

Raz po raz przypominały jeszcze o sobie jabłka - kwaśne i duszone? Może też jako element ciasta czekoladowego, np. ucieranego?

W ciastowym motywie krył się dym i jakby kwaskawa ziemia. Może ciasto trochę podkręcono kwaskawym winem / cydrem? Na pewno było lekko gorzkie, lekko cierpkie, ale... spokojne. Pilnujące, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Po zjedzeniu został posmak karmelu oraz bananowo-ananasowego ciasta, może raczej deseru ze śmietaną. Do tego wróciła cierpkość i kwasek czerwonego wina... czy raczej winnych owoców, bo posmak nie wydawał się ani trochę alkoholowy. Towarzyszyło temu wszystkiemu czekoladowe ciasto o niemal ziemistych zapędach i porządnie przypieczonych brzegach i wierchu.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła podobnie do Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %, ale więcej w niej słodyczy. Jakby dodała do nut podlinkowanej więcej karmelu, a tym samym przekierowała nuty na bardziej ciastowo-deserowo-duszone tory. Nie znaczy to, że Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 % była bardziej kwaśna! Ani też, że dziś przedstawiana była jakoś mocno kwaśna. Kwaśność choć ciągle się pojawiała, nie wydawała się nadrzędna. Odebrałam ją jednak jako mniej ziemistą, a bardziej.... wypiekową?


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 28 czerwca 2026

Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread mleczna 50 % z kremem ze świdośliwy, białej czekolady i cytryny oraz nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi oraz kawałkami ciemnego chleba

Po tym, jak przeczytałam opis, ta czekolada wydała mi się bardzo dziwna. Z jednej strony bardzo mnie zaciekawiła kremem ze świdośliwy, a połączenie ciekawego owocu z nugatem z laskowców wydało mi się po prostu obiecująco smaczne... Ale z drugiej budziła obawy i niezrozumienie. Bułka tarta?! Chlebowe drobinki? Po co? Za nic tego nie czułam, już nawet pomijając to, że nie używam bułki tartej, bo to mnie jakoś tak brzydzi. A jednak takiej żytniej nawet nie znam. Żytni chleb to jedyny jaki jem i bardzo lubię, ale i tak... w nadzieniu? Miałam złe przeczucia. Nie podobało mi się dodanie go, bo w reszcie widziałam duży potencjał. Czułam, że może wszystko popsuć.


Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" z jagód świdośliwy i białej czekolady z cytryną oraz (25%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi: anyżem, kardamonem, kolendrą, koprem włoskim, cynamonem i solą oraz z (5%) kawałkami ("bułką tartą"?) ciemnego pieczywa żytnio-orkiszowego w maśle. 

Otworzywszy, poczułam zapach wyraźnie mocno mlecznej i zarazem lekko gorzkiej czekolady o nienachalnej, karmelowej słodyczy oraz orzechów i migdałów. A dokładniej korzennego, cynamonowo-anyżowego nugatu z orzechów laskowych z echem marcepanu. Próbując obwąchać, co skąd pobrzmiewa, ustaliłam, że spód wydawał się bardziej ogólnie orzechowy, a wierzch zdradzał bardziej marcepanowość. Do tego doszukałam się tam lekko waniliowego i niemal biało czekoladowego echa. Czekolada mleczna zdawała się przemycać chlebowe akcenty, ale jestem pewna, że to jej nuty, a nie dodanych drobinek (bo nie raz czułam tę nutę w Zotterach). Mleczność zaś na pewno pochodziła też ze środka. W tle jeszcze zaznaczyła się lekko słodka, ogólnie jagodowa nutka. Nasiliła się po przełamaniu, wraz z nugato-marcepanem, mlekiem i wanilią.

Tabliczka wydała mi się twarda i masywna, ale też trochę krucha ze względu na nugat. Podczas łamania grube warstwy czekolady trzaskały, a wspomniany nugat trochę się kruszył.
Jakież było moje zdziwienie, iż zobaczyłam, że w mojej tabliczce to owocowy krem jest na dole, orzechowo-chlebowy na górze, czyli odwrotnie, niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera. Na oko drobinki chleba ukryły się zupełnie, za to w kremie owocowym dostrzegłam mikroskopijne skórki.
Mimo kruchości, nugat zdradzał też tłustość. Był jednak znacznie bardziej zbity, konkretny. Krem owocowy zaś wręcz mazisty, miękki i plastyczny, a do tego lepki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, kremowo i dość tłusto. Pokrywała podniebienie smugami, i miękła, mieszając się z nadzieniami, które również z łatwością miękły. Środek rozpuszczał się dość szybko.
Nugat bardziej podpinał się pod czekoladę, chwaląc się maślanością i gęstością. W pierwszej chwili wydał mi się zbity, lecz zaraz poszedł w oleistym kierunku. Poczucie tłustości osłabiał pyłkowo-proszkowy efekt. Z czasem okazał się ziarnisty od drobinek chleba. Nie osłabił jednak poczucia tłustości, bo tu cały czas rozchodziły się jakby kolejne nakłady masła i oleju. Drobinki dodały wnętrzu też pewnej twardości. Gryzione wcześniej były suche i nieprzyjemnie twarde; nieco trzeszczały. Ja wolałam zostawiać je na koniec. Reszta przy nich - gryzionych wcześniej - zmieniała się w tłusto-zawiesinową masę.
Krem ze świdośliwy był znacznie rzadszy i miękki w luźniejszy sposób. Też miał w sobie lekką mleczno-śmietankową tłustość, ale nadal sporo soczystości kompozycji. Ta warstwa znikała najszybciej.
Nugat znikał, zostawiając ogrom różnej wielkości kawałków, kawałeczków i ziarnistych drobinek. Czekolada zostawała najdłużej, ale w końcu i ona się rozpuściła, a ja zajęłam się resztą pieczywa. Nie nazwałabym tego bułką tartą - niektóre kawałki były za duże. Na koniec ten dodatek zrobił się bardziej wilgotny, dziwnie lepko-twardy. Wciąż bardzo, nieprzyjemnie twardy. Kojarzyło mi się to z okruchami pieczywa chrupkiego i zawilgoconą watą cukrową, z jakimś tam drobnym elementem twardych okruchów ciemnego chleba.
Na koniec czułam się bardzo przytłoczona ogromem tych twardych kawałków.

W smaku czekolada roztoczyła delikatną, paloną gorzkość, w której drzemał chlebowo-marcepanowy charakter, wyrazista mleczność i łagodna, karmelowa słodycz. Miała w sobie też coś orzechowego.
Możliwe, że trochę przesiąkła wnętrzem, ale kłóciła bym się, że nie tyło.

W oddali dała o sobie znać słodko-cierpka nuta jagodowa, a zaraz po tym wnętrze podkreśliło także  orzechowo-marcepanowy wątek. Nugat właśnie poprzez orzechowość, ale też mleczność, podpiął się pod czekoladę. Wchodził spójnie. Krem owocowy robił to w bardziej przyciągający uwagę sposób, acz o i on nie odstawał aż tak bardzo.

Krem orzechowy na pewno podniósł słodycz. Emanował słodyczą maślano-mlecznego nugatu, który posłodzono cukrem pudrem. Czuć w nim wyraźnie orzechy laskowe. Orzechy podkręcone ciepłą korzennością. Orzechy prażone, może ze skorkami... Do których zaraz dołączył nieco chlebowy, wytrawniejszy akcent i jeszcze więcej maślaności.
Gdy z ciekawości wcześniej pogryzłam chlebowe drobinki, wydawały się niedookreślone, tyle tylko że pieczone, ale jakieś... kartonowo-chrupko pieczywowe.

Krem ze świdośliwy też umacniał słodycz. Początkowo przejawiał mleczny, również trochę nugatowy, trochę waniliowy smak, do którego dołączał coraz więcej soczystości. Jego słodycz rosła w nieco biało czekoladowym kontekście. Czułam w nim kwaskawo-cierpkie jagody. Z czasem zarejestrowałam, iż ich kwasek podkręcała cytryna. Nie jakoś mocno kwaśna czy wyrazista, ale niewątpliwie obecna. Spowodowała, że i słodycz wydała mi się silniejsza - zadziałał kontrast. Raz po raz wydała mi się nawet lekko miodowa, miodowo-drapiąca.
Co ciekawe, nugat laskowy chyba też na zasadzie kontrastu podkreślał owocową soczystość tej warstwy. Gdy spróbowałam owocowego kremu osobno, wydał mi się bardziej nugatowo-marcepanowy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość zaczęła jednak słabnąć. Jagodowy motyw ulegał słodyczy wanilii i białej czekolady.

Z czasem nugat zaczął mi się wydawać rozmyty, tłusty smakowo, maślano-oleisty, a niesatysfakcjonująco laskowy. Przyprawy, głównie kardamon, cynamon i anyż, jednak z tej tłustej toni się wychylały. Wraz ze słabnięciem świdośliwy, w zasadzie odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie ważną, ale ważniejszą niż początkowy niebyt (z którego to się wychylały). Ciemny chleb niegryziony nie odzywał się zbyt wyraźnie. Raz po raz przemykała mi przy nich odrobinka soli.
Nugat laskowy spróbowany osobno cierpiał na to samo: z czasem wydawał się mdło mało orzechowy.

Z czasem tonął w słodyczy białej czekolady i wanilii, która aż trochę drapała w gardle.

Na końcówce czekolada wydawała się bardziej gorzka, cierpkawa i wyraźniej chlebowa, palona. Jej mleczność jednak też miała się dobrze. Słodycz jednak i jej się udzieliła. Ogólnie było bardziej słodko.

Kawałki ciemnego pieczywa na koniec smakowały dość wyraźnie jakby połączeniem okruchów starego ciemnego chleba, pieczywa chrupkiego, żytniego czy mieszanego, z czerstwą skórką chleba raczej jasnego (nie pszennego, ale trudno wskazać jakikolwiek - to nie była wyrazistość na tym poziomie) trochę pieczono.
Skórki świdośliwy, jakie się ostały, nie miały żadnego znaczenia wśród kawałków.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodki, wręcz biało czekoladowy, waniliowo-nugatowy, oleiście-maślany, w czym to i orzechy laskowe trochę się zaznaczyły. Do tego przewinęły się kwaskawe, jagodowe owoce i gorzko-mleczna, cierpkawa czekolada. Czułam też smak jakby słonego pieczywa chrupkiego mieszanego.

Czekolada mnie do siebie nie przekonała. Nie rozumiem, po co, skoro robi się krem z czymś tak ciekawym i niespotykanym jak świdośliwa, podkręcać - a w zasadzie zagłuszać - ją jeszcze cytryną. A jednak akurat warstwa owocowa całkiem nieźle właśnie świdośliwą smakowała. Była za słodka, ale wystarczyłoby, że dodano by do niej dobrą warstwą orzechową i mogłoby być dobrze. Nugat laskowy był tłusto rozmyty, jeśli o laskowość chodzi. Czuć w nim jednak trochę przypraw korzennych i chlebowe okruchy. Przyprawy korzenne niekoniecznie pasowały do części owocowej, ale w zasadzie gdyby na tym to się kończyło, to jeszcze mogłoby być. Tylko ta chlebowa drobnica bardzo przeszkadzała całości. Przy całym moim uwielbieniu do chleba żytniego, tu wyszło to niesmacznie, a struktura potworna. Jak stwardniałe pieczywo chrupkie. Stąd z całkiem ok tabliczki, przez okruchy było to niezjadliwe na dłuższą metę.

Po 12 gramach odpadłam i oddałam resztę Mamie. Gdyby nie twarde chlebowe parszywce, pewnie można by się w to wciągnąć, ale ich w dodatku było bardzo dużo. Bez nich czekolada spokojnie dostałaby 6, ale że raz były niesmaczne, a dwa miały okropną strukturę, poleciały 2 punkty. Psuły bowiem 2 rzeczy.

Mama jednak też nie zmęczyła, bo jak to opisała "Beznadziejna, co ten Zotter wymyślił? Chyba sobie zażartował tym chlebem. Potencjał jest, zapowiadało się dobrze i aż się ucieszyłam. Tam te jakieś owocowe nadzienie, drugie... Nie wiem, dokładnie jakie, ale jakieś i ma koniec chleb. Jakby taki stary, czerstwy ciemny chleb. Odciągał uwagę od wszystkiego, co było wcześniej. Beznadzieja".

Resztka powędrowała więc do ojca. Jemu... smakowała: "bardzo ciekawa ta czekolada z chlebem. Ten chleb... wyrazisty taki i w sumie pasujący, no, ciekawy".


 ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku,  orzechy laskowe 6%, świdośliwa / jagody czerwcowe 6%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, masło, mleko, mąka żytnia 1%, liofilizowane jagody, olej z orzechów laskowych, syrop skrobiowy, mąka orkiszowa 1%, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, sól, sproszkowana wanilia, kminek, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), anyż, koper włoski, kardamon, emulgator: lecytyna słonecznikowa; kolendra, anyż gwiazdkowy, cynamon

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

czwartek, 25 czerwca 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % ciemna z Peru

Po dwóch czystych czekoladach marki Cacao Crudo mój zapał do nich jakoś trochę osłabł. O ile Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % wydała mi się dobra, ale zbyt kontrastowa, tak Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % już trochę denerwowała za bardzo wybijającym się cukrem kokosowym. Co do dziś przedstawianej miałam złe przeczucia: obstawiałam, że w niej to już w ogóle cukier zdominuje nuty kakao. Skazałam ją więc na najdłuższe czekanie. W końcu jednak i na nią przyszła pora. Tak jak poprzednie, została zrobiona z tego samego, tak samo obrobionego - w temperaturze nie wyższej niż 42°C - kakao. Tylko że w niej znalazło się go mniej.

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 70% surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu aż uderzył mnie zapach cukru kokosowego i melasy, co skojarzyło mi się z miazgą kokosową w wariancie mocno palono karmelowym. Ten motyw zdecydowanie dominował i ustanowił ciężkość kompozycji. Słodycz niby miała średni poziom, trudno nazwać tę kompozycję przesłodzoną, ale jej wydźwięk był aż przytłaczający. Dopiero za nią zaznaczyły się nibsy z wiórkami kokosowymi i jakby karmelowo-ziemiste, ciężkie czerwone wino. W całości, niezależnie od ciężkości, czuć też rześkość. Zapewniła trochę owoców, jakby mieszankę wiśni z gruszką i lychee, a także cierpkość jakby dymu unoszącego się nad taflą jeziora.

Twarda i dość tłusta tabliczka podczas łamania dała się poznać jako nadzwyczajnie twardo-masywna ze względu na gęstość, pełnię. Wydawała się też jakby nieco zawilgocona.
W ustach rozpływała się niemal nie zmieniając kształtu, powoli i długo utrzymując masywność, twardość. Jednocześnie raczyła mnie dość wysoką tłustością, której nie osłabił nawet lekko pylisty element. Z czasem doszukałam się w niej lekko taninowego efektu, a końcowo też jakby wodnistości.

W smaku od razu uderzył palony karmel. Bardzo mocno palony, wręcz melasowy, a co za tym idzie ciężki, ale... z podążającą za nim rześkością?

W rześkości odnotowałam jasne, wilgotne kwiaty i kokosa. Kokos ujawnił obecność cukru kokosowego, który zdecydowanie zdominował całą kompozycję, mimo że słodycz nie była bardzo wysoka. Powiedziałabym, że w sumie średnia, tylko że wydźwięk miała wręcz przytłaczający, imperatywny. Inne nuty przewijały się za nią, jakby trochę się tego cukru kokosowego bojąc.

Cukier kokosowy rozkręcał się w swym karmelowo-melasowym klimacie, ale za nim.... udało się wyłonić też gorzkości. Wzrosła trochę, idąc w palonym, wręcz dymnym kierunku. Słodycz ten dym, paloność starała się jakby przechwycić, zaskarbić.

Gorzkość więc przytoczyła trochę nibsów, jakby nibsów palono-prażonych z wiórkami kokosowymi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nibsy zrobiły trochę miejsca kawie - palonej, a zarazem soczystej? Ich połączenie przełożyło się na lekkie umocnienie gorzkości. Mimo to jednak nie dała rady przebić się przez słodycz cukru kokosowego.

W oddali na pewno zamajaczyło coś nieco... soczystszego?

Ciężka, melasowo-karmelowa i dosadnie kokosowa słodycz rozdawała karty.

Zgodziła się jednak, aby do jej rześkości podczołgało się trochę owocowo-kwiatowych przebłysków.

Kwiatom nieco lepiej szło pokazanie się. Pomyślałam o żywych, delikatnych i wilgotnych kwiatach, rosnących w zacienionym ogrodzie. Kwiatach... przejawiających cierpkość?
Owoce zaś... znalazły się w cieniu kwiatów. Do głowy przyszły mi niemal nieuchwytne słodkie, wręcz kwiatowe gruszki i lychee, mieszające się z akcentem wiśni. Wszystko to jakby nieco przyprószone wiórkami kokosowymi.

Myśl o ogrodzie podchwyciła też gorzkość i poważniejszy motyw. W tle przemknęło mi trochę ziemi. Wciąż też pobrzmiewał dym...

Za ich sprawą owocowe nuty przeszły w czerwone wino. Dziwnie rześko-ciężkie, bardzo ciężkie w zasadzie, ale nie wytrawne, a wręcz... karmelowe? Karmelowo-kokosowe? Do głowy przyszedł mi jeszcze likier, nieokreślony kokosowy alkohol i jakby nasączona gruszka w karmelu?

Kwiatowe, ciężkie wino z czasem zatopiło owocowy wątek, a cały dym znalazł się w słodyczy. Dosadnej, melasowo-kokosowej. Końcowo niemal zupełnie przysłoniła też nibsy i ziemię, jakby spowijając ją wilgotną, kokosową mgłą. Był to raczej motyw karmelowo słodkiej miazgi kokosowej i oleju kokosowego niż wiórków.

Po zjedzeniu został posmak dosadnego, ciężkiego cukru kokosowego o melasowym charakterze, mieszającego się z miazgą kokosową oraz kwiatami. Kwiaty podkręcały rześkość, a miazga kryła trochę cierpkości oleju kokosowego. Do niego dołączyło trochę dymu i ziemisty motyw nibsów.

Czekolada była smaczna, ale denerwowała mnie jej słodycz. Mimo że nie była za silna, za wysoka, to i tak przytłaczała wydźwiękiem. Cukier kokosowy o melasowym, rześko-ciężkim smaku zdominował kompozycję. Trochę dymu, ziemi, wina i gruszek z wiśniami, wilgotnych kwiatów wydawały się wręcz trochę tym cukrem kokosowym zastraszone. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, iż to czekolada z surowego kakao.

Cukier kokosowy narzucał się też w Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 %, ale w niej jednak czułam o wiele więcej dymu, kawy, wina i pojawiła się nawet kwaśność, w momencie gdy w dziś przedstawianej cukier kokosowy zdominował wszystko, sprowadzając gorzkość do niskiego poziomu. Kwaśności za to w ogóle nie czułam. 


ocena: 7/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds ciemna 48 % z kawałkami karmelizowanych migdałów

Mimo że jadłam tylko jedną ich tabliczkę, nie lubię marki Perugina. Acz dlatego że należy do Nestle, czuję się trochę usprawiedliwiona. Ogólnie nie lubię Nestle. Tę wzięłam podczas zakupów z ojcem, bo skoro on płacił, a ja zorientowałam się, że jakoś zostało mi za mało czekolad z orzechami w góry, trzeba korzystać. Ruszyła ze mną w Tatry w połowie listopada na szlak na Świnicę. Z Kuźnic poszłam do Murowańca, potem szlakiem żółtym i czarnym przez Dolinę Zieloną Gąsienicową. Na krętej, kamiennej drodze pod górę, gdy tylko weszłam już odpowiednio wysoko, gdy miałam doskonały widok na pozamarzane stawy, kiedy trafiłam na płaski kamień, mogący posłużyć mi za stolik, sięgnęłam do plecaka po czekoladę.

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds to ciemna czekolada o zawartości 48% kakao z siekanymi karmelizowanymi migdałami (8%).

Po otwarciu rozszedł się dosadnie słodki zapach, łączący cukier, wanilię, echo... nie tyle karmelu, co lekko opalanego cukru oraz marcepan. Karmelowy marcepan w lekko cierpkiej czekoladzie? Ta miała w sobie coś z likieru kakaowo-marcepanowego i kawy z mlekiem lub śmietanką. Oczywiście zacukrzonej. Migdały zaznaczyły się dopiero za tym wszystkim. Wyraźniej po podziale.

Tabliczka już w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu okazała się niezbyt twarda (choć też nie miękka), a trzaskała niby chrupko-krucho, ale bardzo cicho. Przekrój ujawnił mnóstwo małych kawałków migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio-szybkawo i łatwo. Miękła i roztaczała coraz to kolejne, maziste fale. Tłustość rozkręcała się, aż osiągnęła dość wysoki poziom. Baza była gładka, acz urozmaicona mnóstwem migdałów. Wydawało się jednak, że mazista czekolada uparcie stara się je w sobie chować. Stąd było trudno gryźć je wcześniej, obok. Raz czy drugi spróbowałam. Wtedy migdały były tylko trochę twardsze, ale wyraźnie bardziej kruche i jakby pokryte zawilgoconym cukrem. 
Kawałki migdałów wyłaniały się z czekolady po dłuższym czasie, przyspieszając jej rozpuszczanie się. Baza robiła się coraz bardziej maziście-plastycznie-luźną i rzadka, aż w końcu znikała zupełnie.
Potwierdziło się, że kawałki to prawdziwa drobnica, najeżająca czekoladę przesadnie. 
Z migdałów rozpuszczało się trochę cukrowej warstwy, jednak nie było jej za wiele. Stanowiła marginalny element.
Na koniec cały karmel pokrywający migdały rozpuścił się, a one dały się poznać jako średnio chrupiące-trzeszczące. Udawały zwyczajne, lekko podprażone migdały. Nieliczne pokrywały kawałeczki skórki.

W smaku od razu pokazała się wysoka słodycz, ale też delikatna cierpkość.

Słodycz opierała się na cukrze, jednak szybko pokazała się też wanilia. Przez moment zawisła gdzieś między wanilią a waniliną, lecz zaraz zaskoczyła na szlachetniejszy, waniliowy tor. Wyszła trochę dusznie, trochę syropowo, a do tego zakradła się do niej iluzja śmietanki.

Cierpkość i niska gorzkość zdawały się integralne ze słodyczą, a w dodatku i do nich dołączyła odrobinka śmietanki, przez co wyobraziłam sobie niedookreśloną, ciemno-mlecznawą, średnio półkową polewę... pokrywającą marcepan? Ten również musiał zawierać sporo cukru i wanilii.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, nie wydawała się specjalnie przesiąknięta dodatkami, ale czułam w niej echo jakby słodko-marcepanowe, choć niekoniecznie jednoznacznie migdałowe. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam echo lekko palonego, wręcz tylko opalanego cukru. Jeszcze nie karmelu, ale jakby... Karmelowej Figurki Goplany, która udaje karmelowy marcepan? Wraz z tanią, cierpka polewą. Słodycz aż drapała w gardle, co czasem podkreślało nieoczywiste echo miodu, rozchodzące się od kawałków migdałów. Sporadycznie przychodziły mi do głowy migdały smażone w miodzie.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, serwowały właśnie motyw nie w pełni karmelowego pseudo karmelu i niewyrazistego migdała. Czekolada przy nich wydawała się bardziej zasładzająca. Wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem karmelowy akcent zatracał się, zalewany kolejnymi falami cukru. Wanilia też trochę się w nich zatracała. Słodycz bardzo dawała się we znaki.

Nutka marcepanu była trudna do uchwycenia. Ogólnie czasem niegryzione migdały trochę dawały o sobie znać, ale bardzo, bardzo nieśmiało.

Przyszedł mi jednak do głowy syrop marcepanowo-kakaowy, a z czasem tylko kakaowy. I gdzieś w tle przewinęła się cierpkawo-palona kawa średniej jakości, co próbowała maskować przesadzona słodycz. Gorzkość była bardzo niska. Nie pomogła jej iluzoryczna śmietanka, jaka pobrzmiewała tu i tam. Końcowo jeszcze wsparła ją maślaność. Trochę jak... kakao zrobione z syropu kakaowego i kakao w proszku na śmietance?

Migdały gryzione na koniec były bardziej migdałowe. Motyw i tak lekkiego karmelizowania w ogóle odszedł w niepamięć, utrzymała się jedynie prażona nuta. Czasem tylko za leciały trochę słodko. 

Po zjedzeniu został zaskakująco wyrazisty posmak prażonych migdałów z drapiącą słodyczą, w której kryło się coś miodowego i złudnie karmelowo-"marcepanowego", a kojarzącego się z nadzieniem Figurki Karmelowej Goplany. Do tego czułam lekką cierpkość prostego kakao, wymieszanego ze śmietanką. Ogólnie czułam się bardzo zacukrzona i przesłodzona.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie, bo spodziewałam się, że będzie niesmaczna. A ona była niezła, nawet mimo przesłodzenia. Gdyby była mniej słodka, bardziej gorzka, w ogóle mogłaby być przyjemna. Niestety, przesłodzenie to nie jedyna jej wada. Dodano do niej za dużo za bardzo posiekanych migdałów, przez co chwilami jawiła się jako wręcz zlepek dodatków. Co do tych migdałów mam mieszane uczucia z powodu tego, jakie były. Miały być karmelizowane, a były karmelizowane minimalnie. To było dla mnie plusem, ale nie spełnia obietnicy z opakowania.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 85 g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, karmelizowane siekane migdały 8% (migdały 6,3% w całości, cukier, dekstroza, miód), tłuszcz kakaowy, masło odwodnione, emulgator (lecytyny), naturalny aromat waniliowy