sobota, 28 maja 2022

Chocolats Halba Swiss 72% Cacao Dark ciemna

O tym, że z Aldiego wycofano Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % rozpaczałam już niejednokrotnie. Nawet nie łudziłam się, że ją przywrócą. A jednak życie przynosi czasem miłe niespodzianki. Z Tomaszem z 1001 Twarzy Herbaty nie raz pisaliśmy, jak szkoda tak dobrej czekolady i pewnego dnia okazało się, że jego znajomy ma możliwość kupienia tabliczek producenta tychże. Od razu poprosiłam, żeby kupić także w moim imieniu. Nie mogłam przepuścić takiej okazji. Był moment, w którym zwątpiłam, czy producent jest ten sam, ale opis na stronie sklepu Jumbo, zdjęcie tabliczki na Facebooku, strona halba.ch i opisana tam historia marki, zdjęcia z internetu i znaleziona wewnątrz opakowania dzisiaj prezentowanej informacja, że działają od 1933 (jak Halba) - skracając, wieele czynników utwierdziło mnie, że za czekoladami "stoi ten sam osobnik".

Chocolats Halba Swiss 72% Cacao Dark to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach goryczkowato-wilgotnej, lekko kwaskawej ziemi i nieco za mocno palonej (aż na sucho?) kawy. Przy ziemi mignęła mi lekka pleśniowość / aceton, a na przepalony wydźwięk kawy przełożyła się drobna nutka suchego kakao w proszku. Z tła drzewa próbowały nieco nawrócić je na szlachetniejszy tor. W kwaskawym wątku było sporo śliwek zarówno okrągłych świeżych i twardych, choć już słodkawych, jak i suszonych węgierek. Te były kwaśniejsze, co jednak kompozycji kwaśną bardzo nie uczyniło. Zdarzyło mi się pomyśleć o cukierkach typu trufle w wariancie śliwkowym ("aceton" zmieniał się w alkohol?). Poczułam też motyw "sugar plums" (śliwka w cukrze - ja to tylko na zdjęciach widziałam) i miodowo słodki biszkopt piernikowy / ciasto ze śliwkami. Śliwkowo-miodowy splot oplotło maślane łagodzenie. Do tego wyłapałam chyba też coś bardziej jagodowego.

W dotyku czekolada sugerowała kremowość i twardość.
Przy łamaniu, choć twarda i masywna, trzaskała średnio głośno, sugerując wysoką kremowość. Przekrój potwierdził masywność i gęstość. On jednak wydał mi się ziarnisty.
W ustach rozpływała się powoli i ochoczo. Okazała się masywna, a jednocześnie rozchodząca się kremowo, choć... nie w pełni tego słowa rozumieniu. Trochę jakby za sprawą soczyście-wodnistawych, minimalnie lepkich fal, opływających zbitą grudkę glinki. Ta, mimo trzymanego do końca konkretu / kształtu, trochę miękła. Choć niby gładka, kryła lekką pylistość, która jako suchy efekt zostawała na koniec. Nawet lekko ściągając?

W smaku pierwszą poczułam gorzkawość, która tak splotła się ze słodkim i łagodnym maślanym biszkoptem, właśnie maślanością / ciastowością, że odebrałam to jako zapowiedź, iż gorzkości raczej nie uświadczę. Poczułam za to mocno palono-pieczoną nutę.

Wówczas wystrzeliła i wypłynęła spod niej soczystość. W mig nasączyła mocno wypieczone, kakaowe ciasto, dodając mu charakteru soczysta, kwaskawo-słodka śliwka. Mignęła mi myśl o "czekośliwce", jakieś śliskawej, gęstej i dżemowatej masie z owoców wymieszanych z czekoladą. Kwaskawa śliwka musiała być drobną węgierką, mocno trzymającą się pestki. Suszoną i /lub świeżą...?

Gorzkawość zmieniła się w pełnoprawną gorzkość. Z biszkoptu i czekośliwki wymknęła się jednak nuta suchego kakao w proszku, nieco spłycająca kompozycję. Wymknęła, a potem... zmieniła się w sowicie przypieczone tosty z czekoladą, z istotnym dodatkiem kakao. Choć może to bardziej coś zbożowo-słodowego? Orzechowego?

Słodycz nie pozostała bierna i również wyległa. Poprzez śliwkowe twory zaczynając od ciasta śliwkowo-kakaowego, przez czekośliwkę po likier / nalewkę śliwkową. Może nią nasączając... ciasto / piernik (o nim pomyślałam, bo kompozycja wydała mi się ciepła) i cukierki typu trufle (jak np. Odry) śliwkowe? Znów pomyślałam o "sugar plums". Cierpkawość kakao optowała za miodem, jednak słodycz odebrałam jako mieszankę miodu i cukru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość przybrała postać ziemi. Zmieszany z nią lekko alkoholowo-poważniejszy, cierpkawy wątek znów zrobił aluzję do acetonu / pleśniowości. Nalewka  śliwkowa zalała to jednak. Odnotowałam kwasek przełamujący słodycz. Pomogła cytryna z goryczkowatą skórą? Kwasek był jednak tak niski... że może to jakaś "cytrynowawa" rodzynka? Znów mignęła mi nuta kakao w proszku, kumulująca się w palonej strefie. Tym razem (i aż do końca), spotkało się z drzewami rozgrzanymi słońcem.

Kontrastowo do tego śliwki przybrały na świeżości i soczystości. Wielkie, okrągłe i soczyste mirabelki, japonki, ale też z kwaskiem. Odnotowałam także słodziutkie jagody. Słodycz owoców napędzała się ze słodyczą "dodaną". I z czasem znów zaczęła odbijać od śliwek w kierunku bardziej... cukrowo-miodowej?

Pod koniec ta przypalona ciastowość, słodycz przemieniły ziemię i ciasto kakaowe w kawę za sprawą palono-suchych nut. Pojawiły się drzewa, również z echem kakao w proszku. Ono spłycało dzielnie walczące nuty. Kawa, choć czarna, gorzka wydała mi się przez nie z ziaren przepalonych na sucho i lekko cierpka. Drzewa połączyły kakao i owoce. Wyobraziłam sobie śliwy skąpane w słońcu, z których część owoców spadła i leży na ziemi. 

Pod koniec gorzkość straciła impet, wycofała się do gorzkawości, maślaność i kakao zbyt mocno palone (jako przypalony, kakaowo-kawowy biszkopt?) znów wychynęły. Tym razem jednak w asyście bardziej orzechowo-łagodniejszych nut (nie takich czysto maślanych).

Akurat, by zostać też w posmaku. Czułam pyliste kakao w proszku, acz także sporo kwaskawo-cierpkiej ziemi i śliwek. Było słodko-biszkoptowo, orzechowo, czekośliwkowo, ale w zasadzie nie zbyt słodko. Oprócz lekkiego suchego ściągnięcia w ustach, na ustach nagle poczułam tłustawość.

Całość wyszła smacznie, wyraźnie ziemiście-śliwkowo, w porywach satysfakcjonująco gorzko, w porywach mniej. Nuty kawy, drzew i słodkich, czasem alkoholowych, śliwkowych tworów przypadły mi do gustu, acz ciastowo-cukrowych nut było mi trochę za wiele. Kakao przypalone (jakby w proszku?) i maślaność niepotrzebnie wgryzły się w kompozycję... głębokawą. Właśnie pełną głębię jej odbierając.

Odebrałam ją jako spłyconą Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, z nieco mniejszą ilością nut,  mniej świeżo-soczyście śliwkową, owocową (w tamtej czułam też rodzynki, brzoskwinie), a bardziej maślaną (patrząc na tabelki wartości - dzisiaj opisywana rzeczywiście jest tłustsza). O ile słodycz podlinkowanej była integralna ze śliwkami, tak dzisiejszej nieco się "rozdzielała" chwilami (np. miodowo-cukrowy biszkopt), co już mi trochę przeszkadzało. Podlinkowana była siekierą, a dzisiejsza jakby się powstrzymywała. Dziwiła mnie chwilami ta nuta kakao - jakby z proszku, ale że go w składzie nie ma, obstawiam gorsze obchodzenie się z miazgą po prostu (nie chce mi się wierzyć, że np. dodali trochę proszku do miazgi i pod tym słowem to ukryli, ale jednak... może? ta ma 72, aldiowata 70%). A może to też kwestia tego, że przy grubszej tabliczce idzie się bardziej wczuć w wady? Najbliżej jej do wersji, na którą raz trafiłam w 2019 z 601 kcal/100g, którą odebrałam jako "ukremowioną" (dzisiaj opisywana była bowiem bardziej maślana).

Niby dużo ponarzekałam, ale jednak to wciąż smaczna czekolada (w dodatku kosztuje grosze). Bardzo smakowała, choć... nie AŻ TAK bardzo. Po researchu, jak działa producent, uznałam, że pewnie różne markety podpisują z nim umowy na różne półki i tyle (np. Aldi zamówił coś ekskluzywniejszego, a tu coś  "na niższą półkę w Szwajcarii"). Producent w ogóle ponoć jakieś zmiany przechodził. Może właśnie w związku ze zmianami wycofali się ze współpracy z Aldim?


ocena: 9/10
kupiłam: za czyimś pośrednictwem; market Jumbo w Holandii
cena: 1,07 €
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: gdyby była w Polsce, mogłabym do niej wracać

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii

piątek, 27 maja 2022

McEnnedy American Way Smooth Peanut Butter w plastikowym słoiku 2021

Od jakiegoś czasu z lidlowymi masłami orzechowymi z Mamą zaobserwowałyśmy dziwne zawirowania, zmiany, pojawianie się, znikanie. Irytowało nas to, bo Mama nie wyobraża sobie śniadania bez konkretnie tego podlinkowanego Mister Choc Masło orzechowe kremowe / McEnnedy American Way Peanut Butter Smooth w szklanym słoiku (2018-2020), a ja lubię mieć możliwość wrócenia do niego. Plastikowy słoik - już to nam się nie podobało. Ani to przyjazne środowisku, ani wygodne / funkcjonalne (mam wrażenie, może błędne, że gorzej trzyma świeżość). W dodatku źle kojarzyło się z łudząco podobnym (ale nie identycznym!) Mister Choc Pasta orzechowa kremowa.
Jakoś 23.07.21 miałam dodać aktualizację do którejś z podlinkowanych wersji, ale... w sumie ręce mi opadły. Różnią się na tyle, że zgłupiałam, pod którą podczepić, więc dodaję jako po prostu nowy post.

McEnnedy American Way Smooth Peanut Butter to "kremowa pasta z orzeszków ziemnych, solona", produkowana dla Lidla, dostępna w plastikowych słoikach o pojemności 454 g, na pewno od lata 2021. 

Po odkręceniu poczułam wyrazisty, przyjemny zapach masła orzechowego typowo amerykańskiego, a więc z odważnie podprażonych orzeszków. Było nieco słonawe i wyraźnie słodkie. Wydało mi się bardziej mdławe, oleiście-słodkawe od dawnych wersji.

Konsystencja jednak okazała się dużo bardziej mazista, miękka. Oprócz tego, istotna zmiana dotyczyła gładkości. McEnnedy w plastikowym słoiku było idealnie kremowo-gładkie, aż tak trochę... nierealnie (jakby "gumowo"). Nie trafiłam na najdrobniejszą drobineczkę, nie uświadczyłam poczucia miazgowości (jaką lubię w masłach orzechowych, i która w dawnych była). Niezbyt to do mnie przemawiało, coś było nie tak ze strukturą. Nawet nie tyle że dużo rzadsza, ale... ale może jednak? W miarę jak smarowidło zalepiało mi usta, utwierdzałam się, że na pewno bardziej oleiste. Mama, nie konsultując się wcześniej, miała to samo wrażenie - także o tej odrealnionej gładkości. Uważam to za zmianę na gorsze, bo to McEnnecy właśnie wyróżniało się konkretniejszą gęstością spośród maseł orzechowych mi znanych tego typu.

W smaku wciąż wyraźnie czuć przede wszystkim mocno prażone fistaszki podkreślone solą, jednak tym razem bardzo istotna wydała mi się słodycz. Częściowo naturalnie fistaszkowa, częściowo zgaszona, i... choć niby integralna z ogółem, to jakoś jakby bardziej wyeksponowana. Nawet zwyczajnie nieco wyższa.
Za charakternymi fistaszkami, przewijała się leciutka oleistość. Ogólnie masłoorzechowa, ale też taka zbyt odstająca. Z kolei fistaszki wydały mi się bardziej prażone, aż nieco za bardzo... Miałam wrażenie, że pogorszyła się jakość wykonania, np. przeprażyli fistaszki, a z tych wydzielił się smakowo (?) olej i nie było już tak zgrane. Mama uprzejmie mi doniosła, że w pewnym momencie w ogóle raz i drugi masło zaleciało jej przypaloną goryczką.

McEnnedy obniżyło swoją jakość kierując się do Vitanelli kremowej z 2018 (na szczęście nie do Mister Choc Pasta kremowa). W takiej odsłonie w naszym odczuciu niewarte uwagi. Do tego stopnia, że Mama zgodziła się szukać zamienników nawet wśród maseł 100 % (na mój argument, że jak żadne nie satysfakcjonuje już i tak, to lepiej jeść niesatysfakcjonujące, ale przynajmniej zdrowe).


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 632 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki ziemne 94%, olej palmowy, olej z orzeszków ziemnych 1,2%, cukier trzcinowy, sól 1%

czwartek, 26 maja 2022

Zaini 90 % Extra Dark Chocolate ciemna z Wybrzeża Kości Słoniowej

Wiedziałam, że prędzej czy później nadejdzie moment sięgnięcia po kolejną tabliczkę Zaini. Im wyższa zawartość kakao, tym bardziej bałam się efektu... Otóż jak jest ona sztucznie podbita (mam na myśli cyferkę), to wychodzi gorzej. Już sobie wyobrażałam, na ile sposobów mogli przygłuszyć nawet potencjalnie niezłą, a na pewno wartościową miazgę kakaową - a to tłuszczem o mdłym smaku, a to odtłuszczonym kakao o smaku tanim... Ech. A jednak starałam się tak negatywnie nie nastawiać.

Zaini 90 % Extra Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej.

Otworzywszy, poczułam bardzo mocno palony zapach kawy, węgla i orzechów... czy raczej zwęglonej kawy i zwęglonych orzechów, drewna. Wiązało się to z wyraźną cierpkością, przywodzącą na myśl palone nibsy kakao z pewną soczystością. Tą wzmocniły jeżyny z tła. Do tego w całości snuł się maślano-oleisty, ciężki wątek - też z jakby nieco orzechowo-drzewnym akcentem. Pomyślałam również o spalonym na węgiel i popiół drewnie, o ognisku, które dogasa. Z drewna drzew iglastych, wraz  z ich kwaskawymi igłami.

Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie plastelinowo-ulepkowatej, a twarda była jak... głaz czy skała -acz to i tak mało powiedziane. Z trudem ją łamałam, a chcąc przełamać wielką kostkę na pół, musiałam oprzeć ją o stół i nacisnąć,, dosłownie opierając się na niej. Mordęga. Wydawała przy tym głośne trzaski, pokazując wreszcie zbity przekrój.
By raczyła się rozpływać, trzeba było trochę poczekać. Robiła to powoli, leniwie i niechętnie. Od początku do końca czułam w niej suchość, mimo że była tłusta. Jak chłodne, śliskie masło. Z każdą chwilą wydawała się bardziej gliniasta jak chłodna plastelina, dopiero międolona. Znikała z kolei ślisko-tłusto, opływając pseudo lepkawymi smugami i zostawiała mocno sucho-pylisty efekt, trochę ściągając i jakby przytykając.

W smaku jako pierwsze zbadało grunt proste i mdławe, pyłkowe kakao w proszku. Wyszło jedynie lekko gorzkawo. Jakby osypało się z kolejnych nut.

Poczułam śmietankę i waniliowy, acz mało słodki motyw. Rozwinęła się złudna mleczność, łagodność. Pomyślałam o serku naturalnym, może lekko waniliowym. Słodycz dopiero się nasilała i choć mieszała się z wanilią, nie omieszkała nie zahaczyć o prostą cukrowość. Mimo że cały czas była niska. Po prostu nie trafiła na żaden inny mocniejszy smak. Wydawała się osamotniona.

Całość długo była bowiem nijaka, mdła w smak. Pojawiły się delikatne, niejednoznaczne orzechy i nasiliły się dopiero w połowie rozpływania się kęsa, kiedy to zrobiły się jakby zwęglone. Palona nuta zaczęła się umacniać i rozwijać. Zaserwowała przypaloną goryczkę, może nawet gorzkość. Przybył węgiel, gorzkość wzmacniając. Niestety i on z czasem został stłumiony, oprószony suchym kakao w proszku, które spłycało wszystko, jak tylko się jeszcze dało. Chwilami myślałam o zwęglonych drzewach, drewnie spalonym już na popiół oraz jego cierpkości i suchości. 

Dołączyła do niego maślaność, motyw tłuszczu, czasem wręcz wodnisty... Jak jakiś tłusto-mdły deser kakaowy? Serek? Niby słodki, ale w dziwny sposób. Jakby tanie, mdławe kakao tę słodycz zasypało i ukrywało. Na pewno był mleczny i specyficznie kwaskawo-kakaowy. Jak... kakaowa maślanko-śmietanka?

W tle pojawił się kwasek nieco bardziej soczysty. Najpierw drogę przecinała cytryna z grubą, goryczkowatą skórką, potem wyłapałam trochę jeżyn... jednak i je pokrywało suche, cierpkawe kakao odtłuszczone. Palone... że z namiastką soczystości chwilami podkradało się pod kruszone i palone nibsy (kawałki kakao). Chwilami podczołgiwało się pod cierpką, tanią kawę.

Ta, choć gorzko-cierpka, była także słodka, co dziwnie odstawało od reszty. Jakby tak... Dosypać do kawy cukru i go nie rozmieszać, tak by opadł na dno kubka. Wiadomo, że tam jest i nawet go czuć, ale nie zgrywał się z resztą. Słodycz, mimo więc że niewysoka, bardzo irytowała.

Na sam koniec nasilała się cierpkość suchego i nijakiego, mdłego kakao odtłuszczonego w proszku, może trochę z nibsowo-kawowym tłem, węglem.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao, raczej suchy i nudny, oraz nagle wysoka, aż "czysta" maślaność, oleistość jako... coś trochę goryczkowatego. Do tego czułam mocno palony wątek, aż zwęgloną spaleniznę. 

Całość mi nie podeszła zupełnie. Okropna konsystencja. Zbita, nieprzystępna, twarda i powoli rozpuszczająca się w najgorszych tych słów znaczeniu. Jednocześnie sucho-plastelinowa i tłusta. Smak także wyszedł ciężko. Był tani, mdły, a jednocześnie z wyraźnie wyczuwalnymi wadami kiepsko jakościowymi. Słodycz była zupełnie niezgrana z resztą, jakby nieumiejętnie ukryta, a reszta... też nie była przyjemna. Kawa wyszła tanio, orzechy i drzewa źle. Dużo tu kakao w proszku - jakby tak wymieszać je z tłuszczem kakaowym. Wyszło tandetnie i mdło. A jednocześnie nie obrzydliwie czy odrzucająco... po prostu kiepsko, ale jeszcze nawet "zjadliwie, jak już się kupiło"; ja jednak i tak oddałam ojcu.
Wyszła jeszcze bardziej tłuszczono-mdło i z nachalniejszym odtłuszczonym kakao w proszku niż 80 %. Bo tak ciężko to miazgę zwiększyć...

Lindt Excellence 90 % czy Gross 95 % też były spłycone kakaem w proszku, też tłusto-mdłe, a jednak w nich oprócz tego czułam także lepsze wątki. Zaini z kolei wyszła płasko i kiepsko zrobiona, cenowo nieopłacalnie. Poziom podobny do Hachez Premier Cru 88 % Classic.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,89 zł (za 75 g)
kaloryczność: 611 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, naturalny aromat waniliowy, lecytyna sojowa

środa, 25 maja 2022

Domori 70 % Dark Fondente Napolitain ciemna

Tę minirecenzję pierwotnie opublikowałam razem z Domori Fondente Criollo 70 % Dark Chocolate, jednak Piotr z Sekretów Czekolady zwrócił mi uwagę (za co bardzo dziękuję!), że to nie jest jej miniaturka, a miniaturka Domori Fondente 70%. Na szybko sprawdziłam też na stronie Domori, w archiwum własnych recenzji etc. Tak, blend (mieszankę) z ziaren trinitario od Domori jadłam, ale jako Domori Trinitario 70 % Rotondo. Przy zmianach opakowań, i jak się okazuje trochę czekolady samej w sobie, musieli i linię ciemnych blendów niecriollo zmienić, a ja... przegapiłam? Chyba tak albo po prostu uznałam, że pewnie zmienili tylko opakowania. Gdy jednak już wiedziałam, że ogólnie wyczuwam różnice między dawnymi a nowymi... uznałam, że muszę wyjść ze stanu niewiedzy i poznać te zmienione. Neapolitanka wyszła bowiem... specyficznie.

Domori 70 % Dark Fondente Napolitain  to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wenezueli w formie neapolitanki (miniaturki ważącej 4,7g). 

Zapach neapolitanki to przede wszystkim orzechy i drzewa. Paloną gorzkawość podkreślały soczyste, ciemne owoce (porzeczki? winogrona?). Mieszały się z żywicznym, też drzewnym miodem. Neapolitankę odebrałam jako w zapachu dość podobną do Domori Fondente Criollo 70%.

W smaku wyszła niemal identycznie co dawna pełnowymiarowa criollo Domori Cacao Criollo 70 % (!), acz wydała mi się bardziej po prostu gorzko-słodka, mniej głęboka, przy czym za gorzkością stały orzechy i drzewa podkreślone palono-pieczonym motywem, a za słodyczą... miodowe daktyle? Tu trochę przypominała Domori Trinitario 70 % Rotondo, ale bez skojarzenia z "mleczną bułką" jak w przypadku Rotondo.
Pojawiły się też ciemne, fioletowo-granatowe owoce i ich soczystość: jeżyny, winogrona, porzeczki, ale jako raczej jakieś dżemy na chlebie z masłem orzechowym. Połączyła więc jakby pełnowymiarowe criollo. 

Nie czuć przy takim cienkim, szybciej rozpływającym się drobiażdżku gorszych nut. Wyszła jak "niełagodne criollo", jakby też nie było w niej czasu na zbytnie złagodzenie, co mi się bardzo podobało (bo criollo dla mnie często bywa za łagodne). Była mi nieco za słodka, ale to na tyle w kwestii wad. Miłe zaskoczenie.

ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: mogłabym dostać

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

Domori Fondente Criollo 70 % Dark Chocolate ciemna z Wenezueli (nowa 2021)

Po paru gorszych tabliczkach, po próbach produktów nie bardzo w moim typie, po po prostu jakiś dziwnych doświadczeniach, zachciało mi się porządnej, czekoladowej głębi. Najpierw pomyślałam: "no przecież! Domori!", ale potem się zreflektowałam. To fakt, że odświeżona linia plantacyjna usatysfakcjonowała mnie, ale... to, w jakim kierunku marka zaczęła się zmieniać, jak powprowadzała propozycje "bardziej chwytliwe dla ogółu" (a przy tym wciąż bardzo drogie, więc nie widzę sensu, bo ani one "dla przeciętnych zjadaczy zwykłej czekolady", ani dla prawdziwych degustatorów), jak z oferty wywaliła mnóstwo naprawdę dobrych, szlachetnych tabliczek... nie podobało mi się. Więcej! Bolało mnie. A jednak efektów odświeżonej linii Criollo Blend byłam ciekawa, jakże by inaczej. Acz co do konkretnie dzisiaj opisywanej bałam się, że z samego criollo wyjdzie blado w porównaniu do jednej z moich naj-naj czekolad, czyli IL Blend 70 %. Dawną wersję dzisiejszej (Domori Cacao Criollo 70 %) kojarzyłam jako smaczną, ale nie podobała mi się licha gramatura (25g). Dwukrotne jej zwiększenie to pozytywna zmiana już na pierwszy rzut oka! A jednak... miałam nadzieję, że jakość nie spadła. Zaobserwowałam jedną rzecz: na niektórych zdjęciach w internecie na opakowaniu kobieta patrzy w lewo (czyżby w przeszłość, hah?). Na moim natomiast prosto na mnie (wyzywająco?).

Domori Fondente Criollo 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada zawierająca 70 % kakao Criollo (blend różnych podgatunków) z Wenezueli.

Po otwarciu poczułam się, jakbym nachylała się nad wilgotnym, ciepłym czekoladowym lava cake, kryjącym alkoholowy, czekoladowy sos. Może była tam nutka wina? W każdym razie charakternie soczysta. Na pewno w towarzystwie migdałów. Zapach pokazał mi mnóstwo drzew z delikatnym, ziemistym tłem, od którego usilnie starała się odwrócić uwagę słodycz miodu i... miodu karmelizowanego... może nawet karmelu, ale wciąż związanego z sosowatością wnętrza czekoladowego ciasta. Wyraźnie czułam także słodką soczystość, przywodzącą na myśl ciemne, niemal czarne winogrona. Tu zawinęła się lekka maślaność oraz wyobrażenie o "winnych" w smaku jabłkach w karmelu, obtoczonych w kawałkach migdałów na patyku (takie "festynowe amerykańskie").

Przeciętnej grubości tabliczka przedstawiła się jako masywna i bardzo twarda, ale wydawała jakby "puste" i kruche trzaski. Do pewnego stopnia twardość podtrzymywała także w ustach.
W nich rozpływała się w umiarkowanym, raczej dość szybkim tempie, idealnie gładko-kremowo, przez dłuższy czas gęsto. Zmieniała się w zbity, aksamitny budyń, jakby zrobiony na śmietance. Nawet z lekką maślanością. Dość tłusty, ale z odrobiną swoistej soczystości-mięsistości, porównywalnej do tej orzechowej. Dopiero pod koniec nieco się rozrzedzała i znikała bez echa.

W smaku pierwsza przywitała się słodycz miodu, zmieniająca się zaraz w miodowo-śmietankowe toffi. Miała w sobie coś z wykwintnego sosu. Toffi zaczęło się przypalać, stając się coraz to ciemniejszym karmelem, mimo rozpływającej się w tle śmietanki. Karmel krył odrobineczkę soli, a i sugestia soczystości, kwasku za nim się zawinęła.

Uderzyły migdały, podkręcając z kolei ciepło karmelu. Same musiały być lekko podprażone, jednak początkowo także one w pewną łagodność się wpisywały. Wyobraziłam sobie mnóstwo migdałów z gorzkawymi skórkami w gęstym karmelu. Mignął mi karmelowy likier.

Z czasem wróciły myśli o czekoladowym, ciepłym cieście typu lava cake, z którego wnętrza leje się sos... zrobiony między innymi na bazie miodu? Lekko alkoholowy? W cieście ukryła się nutka wina, wnosząca lekką soczystość i szlachetną cierpkość. Ogrom słodyczy skierowała na lekko... świeżo-wilgotnie daktylowy tor?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa uderzyły drzewa, wszędzie wokół roznosząc gorzkość. Pomogła im nutka ziemi i wsparły migdały. Zrobiło się bardziej ogólnie orzechowo i wciąż ciepło. Część orzechów i migdałów chwilowo przybrała postać masła orzechowego typu amerykańskiego, a więc słodkawego i z odrobinką soli, potem jednak zmieniła się w naturalną pastę orzechową 100%. To było jak park skąpany w słońcu - przerwa na kanapkę z masłem orzechowym w nim?;  jak podprażone migdały...

...Migdały, w których ktoś obtaczał jabłka w karmelu na patyku (z zapachu). Musiało być samo w sobie charakterne, winne, lekko kwaskawe, ale niosące też specyficzne ciepło. W pewnym momencie poczułam przy nim i przy migdałach cynamon. Słodycz rosła, a alkoholowa nuta dodała jej powagi.

Cierpkość w końcu przyniosła sporo ciemnych, niemal czarnych winogron (np. odmiany Melody). Soczystość wzrosła, zwróciła uwagę na ziemię. Mignęły mi także słodko-kwaskawe, dojrzałe jeżyny.

A jednocześnie migdałowo-orzechowa pasta, "patyczkowa" słodkość zaczęły nieco tonować gorzkość niemal maślaną nutą. Karmel wracał do bardziej śmietankowo-maślanego, niemal toffi wydźwięku. Musiało być to jednak alkoholowe toffi.

Drzew i migdałów jednak nie brakowało, acz drzewa okryły się złotym miodem jak złotą żywicą. Było w nim coś soczystego, cierpkawego... właśnie żywicznego. Z czasem miód i karmelo-toffi z soczystością owoców i migdałami zasugerowały bardzo, bardzo słodkie daktyle. W owocach wyłapałam nawet pewne podfermentowanie? Daktyle i drzewa splotły się, co zwieńczyło lekkie rozgrzanie (cynamonu, słodyczy i alkoholu?).

Po zjedzeniu została wysoka słodycz "miodowawych" daktyli i karmelo-toffi z wymyślnych słodkości ("cosie" na patyku - już niekoniecznie jabłka; sos z ciasta), ale też aż nieco cierpkawe drzewa i migdały... bardziej jako masło / pasta orzechowa. Czułam lekką soczystość błądzącą między winogronami a winem. Odrobinka ziemi dodała powagi, choć i tak było bardzo, bardzo słodko. Jak na Domori, posmak utrzymywał się jakoś tak za krótko.

Słodycz rozgrzanego toffi-karmelu, miodowych rzeczy (daktyli i sosu) kojarzyła się z dawną wersją (2017), jak i drzewa, masło orzechowe z migdałów, winogrona. Dawna to jednak też sporo jeżyn i wręcz piernik, a tu... ciasto wyszło bardziej czekoladowo. Nutka cynamonu przykleiła się z kolei do owoców z karmelem. Nowa wydała mi się słodsza, ale mniej maślana. Do słodyczy dodała więcej gorzkości (drzew, nawet nieco ziemi). Migdały, choć utopione w słodyczy, ponownie się spisały. Choć smakowo to może nawet i 9, nie podobało mi się to, jak zbito-tłusta była początkowo, a potem tak po prostu niesyto znikała. Wyszła lepiej od dawnej, ale jednocześnie przy pełnowymiarowej, bardziej niż w neapolitance, czuć wady.

Migdały, drzewa, alkohol, daktyle czułam też w IL Blend 70 % , ale ta to zupełnie inny, głębszy, dosadniejszy i bogaty w owoce (śliwki, leśne, brzoskwinie) poziom od wszystkich wspomnianych.


ocena: 8,5/10
cena: 39 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 24 maja 2022

Amano Morobe Papua New Guinea 70 % Dark Chocolate ciemna z Papui Nowej Gwinei

Czasem mi dziwnie, gdy sięgam po jakąś tabliczkę i nie mam podstaw, by zgadywać, jak wyjdzie. Z dwóch próbowanych Amano jedna była obłędna, druga kiepskawa. Co mnie czekało tym razem? Na pewno kolejne piękne opakowanie. Przy tym dokładniej pooglądałam sobie w internecie, jak wyglądały niegdyś. Nowe zdecydowanie bardziej lubię. A co jeszcze takiego w internecie znalazłam? Ponoć jest tylko kilka bardziej dzikich miejsc od wyspy, skąd Amano zorganizowało kakao do tej tabliczki. Ziemie niedotknięte przez świat zewnętrzny... A w dodatku kakao mielono specjalnie na kamieniu, by tej dzikości nie burzyć. Od siebie dodam, że czytałam swego czasu trochę o Papui Nowej Gwinei i... naprawdę, tajemnicze i trochę przerażające miejsce (pozwolę sobie nie przytaczać różnych rytuałów, czynności i obrzędów tamtejszej ludności - jeśli ktoś byłby zainteresowany podpowiem, że ciekawie obchodzą się ze zmarłymi). Ale miejsca nieoznaczone na mapach, interesujące chaty nawet na tym przepięknym opakowaniu widoczne... ach! No, ale już dość na tematy mniej czekoladowe.

Amano Morobe Papua New Guinea 70 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Papui-Nowej Gwinei, z prowincji Morobe.

Choć w momencie otwierania uderzyły mnie cytrusy, a dokładniej limonka podkręcona cytryną, w zapachu ogółem, długoplanowo dominowała wyrazista skóra. Skórzane ubrania z zamszowym wnętrzem-podszewką i obicia skórzano-drewnianych mebli roznosiły gorzkość. Miały stary klimat, podtrzymywany także przez drewno, drzewa. Myślałam o antykach: kredensach, meblach... w starej chacie. Otoczonej przez złote, jesienne drzewa i stare drzewa o powykręcanych gałęziach. Dołączyła do nich rozgrzana ziemia i... właśnie pewne ciepło, niemal gorąc. Pomyślałam o tabace i dymie, takim kadzidełkowym, słodko-waniliowym. Umykała przede mną pewna... kwiatowość? Goryczka wyłuskała spośród cytrusów grejpfruta. W kwaśności cytrusów pojawił się też nabiał, ale całościowo nie odegrał ważnej roli.
Nie ukrywam, że zakochałam się w tym skórzanym aspekcie.

W dłoniach tabliczka wydawała się twarda i suchawa, choć sugerująca pewną kremowość - suchą kremowość? By ją przełamać, musiałam użyć dużo siły. Wtedy usłyszałam głośne trzaśnięcie. Miała w sobie coś z kruchości, ale nie była krucha, a masywna.
W ustach prędko porzucała twardość i pieszczotliwie, leciutko miękła. Rozpływała się przyjemnie powoli. Była kremowa, a także jedynie tłustawa. Mimo to, nie mogę nazwać jej suchą, o nie! Poczucie tłustości zupełnie neutralizował lekko pyliście-szorstkawy, przyjemnie "surowy", dziki efekt. Delikatny, bo ogólnie odebrałam ją jako dość gładką, ale nie do przeoczenia. Szybko z tej jej gęstwiny wyciskały się soki, niczym z surowych, esencjonalnych i "nabitych" owoców. Pod koniec leciutko ściągała.

W smaku jako pierwszy po ustach rozszedł się w miarę łagodny karmel. Wyraźnie jednak palony, ciepły. Może nawet z nutką dymu?

Na niej nie zdążyłam się skupić, bo smagnął kwasek. Niby delikatny, a jednak jakże wyrazisty i soczysty. Limonkę podkreślił sok ze świeżutkiej, młodziutkiej cytryny. Zmieszały się, zapraszając cały bukiet soczystych cytrusów.

A przy karmelu pojawiła się lekka mleczność. Sam karmel zrobił się bardziej waniliowy, stąd do głowy przyszedł mi jakiś kefirowo-twarogowy deser, może kwaskawy sernik waniliowy z karmelowym sosem. On, jako lwia część słodyczy, był jednak dość wycofany.

Pojawiła się gorzkość, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa serwując ogrom skóry. Pomyślałam o czarnej, skórzanej odzieży z zamszowym wnętrzem-podszewką. Była rozgrzana... I to także skórzane obicia drewnianych mebli. Wszystko lekko przesiąknięte dymem, kontynuującym ciepło karmelu. Znowu wyobraźnia przeniosła mnie do starej, drewnianej chaty ze starymi meblami, otoczonej wiekowymi drzewami. Niektóre były suche i powykręcane, inne okryte jesiennymi barwami. Skóra z kolei wydawała się tak namacalna, że zamykając oczy, dałabym się nabrać, że z jakąś mam do czynienia. Może było w niej też coś... ze starej książki?

Cytrusy nie próżnowały. Limonka była bardzo wyraźna, choć motyw marakui wciąż się jej trzymał, dodając specyficznej słodyczy i egzotycznego wydźwięku. Pod wpływem goryczki także wyraźnie wyłonił się z cytrusów soczysty, słodko-goryczkowaty grejpfrut czerwony. On przemycił nutkę czerwonych... owoców? Owocowego octu balsamicznego? Może nawet czego śmniej spożywczego? Chyba i jakaś pojedyncza porzeczka (czarna? czerwona?) się tam przetoczyła, acz prawie nieuchwytna. Następnie grejpfrut swą goryczką, cierpkością to przytemperował. Wówczas z kolei wydawało mi się, że w tej toni kryje się jeżyna.

Goryczka, z czasem wyraźniej też skórkowo-cytrusowa, splotła się z ciepłem starego drewna. Zaobfitowała w przyprawy - ciepłe, korzenne, goryczkowate. A jednak... z drobną słodyczą.

Ta przypomniała o karmelu. Waniliowym karmelu? Słodycz wiązała się także z dymem. Pomyślałam o tytoniu, tabace - ich suszonych liściach. Wystąpiły też jakby jako kadzidełka / świeczki w ich wariancie, a więc słodko-męskie i niejednoznaczne, na pewno z kręcącą się w nich limonką. I ona pod koniec nasączyły skórzane motywy. A także przypomniały o ziemi.

Nabiał w tle tlił się jako kefir, twaróg ze smakowitym kwaskiem, na który zwróciły uwagę cytrusy. Mimo ogromu soczystości, ziemia wydawała  się z kolei raczej sucha, rozgrzana słońcem. Lekko pikantnawa.

Posmak należał do głównie do skóry, ale także do cytrusów. Waniliowo-tabakowa słodycz ugłaskała ich kwaśność. Dym, ciepło i "starość" czułam też jako lekką suchość / ściągnięcie... odlegle kojarzące się z czymś mniej spożywczym... choć może jeszcze taniną?

Całość uważam za przepyszną i obłędnie pachnącą. Podobał mi się ten ogrom skóry, starych, skórzano-drewnianych motywów i szlachetny, poważny karmel z wanilią. Nie wiem, na ile na nuty ona się przełożyła. Może raz czy dwa pomyślałam, że mogłaby być mniej słodka, ale przesłodzoną za nic jej nie nazwę. To kompozycja przyjemnie gorzko-kwaśna. Kwaśne owoce i kwasek charakterniejszy cudownie nasączyły kompozycję o wydźwięku starego drewna, skóry, ciepła. Tchnęły w to życie, by nie było za sucho. Tak samo nietłusta struktura bardzo mi się podobała.

"Poprzypiekana" w smaku, bardzo owocowa (kwaśna od rabarbarowej nuty) i waniliowa była czekolada Pralusa (Papouasie 75 %), acz więcej w niej ziemi i dymu. W Pralusie pojawił się motyw a'la wino, w Amano ocet owocowy balsamiczny. W obu była pewna "czerwoność" (Amano grejpfrut i ten ocet, Pralus - rabarbar, truskawki) i dziwne nuty: w Amano mniej spożywcze, w Pralusie metaliczność. 
Ziemię, drewno i cytrynę zaserwował mi Zotter Labooko Papua New Guinea 75 %.
Amano miała cudowny klimat, pyszny i niespotykanie obrazowo-jednoznaczny smak oraz obłędny zapach, czym mnie zachwyciła, jak i zachwyciły w sumie wspomniane. Z tym, że każda choć na bazie mniej więcej podobnych nut, to jednak zupełnie inaczej. 
Mało tego, jej drzewa, skóra i może książka skojarzyła mi się z "książkową" GR Brasilien / Brazil 73 % czy tabakowo-książkową Fjak Tanzania (ale w lepszej wersji!).
Choć tylko smakowo Amano to może raczej 9, tak zrobiła sobie ogółem miejsce w moim sercu dość porządnie. 


ocena: 10/10
cena: 49 zł (za 85g; cena półkowa)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, czysty cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne ziarna wanilii

poniedziałek, 23 maja 2022

lody Ice Cream United Karamell & Salz

Od pewnego czasu zaczęła mnie nachodzić myśl, że zjadłabym jakieś dobre lody o smaku solonego karmelu. Początkowo myślałam, że będą to Marletto, ale jak spróbowałam od Mamy nową wersję Gelatelli (recenzja z roku 2019, 2021), stchórzyłam, bo znałam już słodycz tej biedronkowej linii. Była nie na moje siły. A jednak pamiętałam np. obłędne Haagen-Dazs Gelato Sea Salt Caramel, którym niestety nie dorównały dostępne w Polsce Salted Caramel. Odkąd je jadłam, zmieniło się opakowanie i trochę się obawiałam, że i smak. Na satysfakcjonujące promocje nie trafiałam. Co tu dużo mówić? Traciłam wiarę w istnienie nie za słodkich lodów karmelowych z solą. Gdy dostrzegłam dzisiaj przedstawiane, słodzone surowym cukrem trzcinowym, bałam się za pozytywnie się na nie nastawić. Spełnienie marzeń? Uwielbiam, jak czekolady są nim słodzone, bo wychodzą przyjemnie mniej słodko, a lody...? Serce przyspieszało, ale rozum podpowiadał, że nie ma co się cieszyć przed otwarciem pudła.

Ice Cream United Karamell & Salz (by Lukas Podolski) to lody o smaku solonego karmelu z karmelowym sosem 10 % i kawałkami śmietankowego karmelu 3 %, wyprodukowane przez Gelato Classico - Die Eismanufaktur. Opakowanie zawiera 500 ml.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach karmelu, który mimo iż bardzo słodki, wydał się głęboki i szlachetny. Zahaczał o kajmak i lekko paloną nutkę. Nasilił się w trakcie podziału i jedzenia, wzbogacając się o słonawą sugestię. Mleczną, naturalną bazę także czuć bardzo wyraźnie; dołączyła do karmelu, podrzucając mu chwilami też bardziej śmietankowy charakter.

Masa lodowa okazała się gęstawa, kremowa. Od początku nie bardzo twarda, a miękkawa. Pozytywnie, bo nie była tłusta ani ciężka; wyraźnie mleczna. Chwilami kojarzyła się ze spienionym mlekiem, przyjmując lżejszą formę. Topiła się w umiarkowanym, choć raczej szybkawym tempie. Na pewno jednak przyjemnie gęstawo.
Pudło skrywało sporo sosu karmelowego. Był gęsty i zwarty, dość tłusty. Gładko-śliski i mięknący, nie zaś lejący. Trochę mieszał się z bazą, ale bez przesady. 
Trafiłam na średnią ilość kawałków karmelu w formie malutkich kostek, ale nie sposób ich przegapić. Okazały się minimalnie twardawe... Powiedziałabym, że po prostu zwarte - i to tylko w pierwszej chwili, a tak to szybko i łatwo ulegające zębom. Prędko ogólnie wilgotniały i podtapiały się, także od rozpływającej się masy. Były delikatnymi, scukrzono-grudkowatymi krówkami. W normalnych warunkach pewnie były by to krówki typu suchego, tu jednak pokazały się ze strony miękkiej i lekko lepkawej. Rozpływały się, nieco rozpadając się na grudki.

W smaku od pierwszej łyżeczki lody uraczyły mnie nie za wysoką słodyczą karmelu. Dała się poznać jako uładzona mlekiem, potem bardziej poważna i szlachetna w palonym sensie. 

Do głosu prędko doszła też mleczna baza. To mleko pełne i naturalne, naturalnie słodkawe i dopowiadające karmelowi mleczność, jednak... nie uczyniła go mlecznym karmelem. Czułam wyraźnie karmel na przyjemnie mlecznym tle. Karmel jedynie trochę przybrał na mleczności. Przewijał się przez to motyw kajmaku. Wreszcie z czasem upuszczał odrobinkę soli. Pojawiała się wraz z tym, jak masa rozpływała się w ustach, co jakiś czas. Podkreślała karmelowość. Sól była ewidentnie wyczuwalna, jednak mocno słonymi tych lodów bym nie nazwała. 

To w sosie znalazły się skupiska słoności. Przecinał wszystko słonością, nałożoną na smak karmelu mleczno-śmietankowego, może skondensowanego mleka karmelowego (z tubki?). Mimo to nie sprawiał wrażenia słonego cały czas. Czasem potrafił zabrzmieć solą tak, że aż pokusił się o złudną kwaskawość... A jednak na pewno nie był przesolony. Taka mocna słoność pojawiała się epizodycznie. Tak był to w punkt słodko-słony karmel. Chwilami wydawał się bardziej kajmakiem. Wręcz maślanym, ale wciąż nie czysto cukrowym. Elegancko wzbogaconym o sól. I on chwalił się słodyczą szlachetną, nieprzesadzoną, choć ewidentnie mocniejszą, niż ta bazy.

Karmelki też dołożyły słodyczy i to już znacznie łagodniejszej, krówkowo-śmietankowej. Wyszły maślano-krówkowo, trochę w tym śmietankowo. Choć cukrowe, to głębokie w swój smak. 

Baza po dodatkach nie zatraciła swojego wyraźnie karmelowego smaku. Mimo już niepodważalnej obecności soli, wydawała się jednak słodsza. Wciąż jednak w nieco palony sposób.

Po zjedzeniu został mocno karmelowy, palono-słonawy posmak, który oczywiście był też słodki, ale szlachetnie i naturalnie. Palony cukier, odważna sól i motywy krówkowo-kajmakowe zgrały się, wszystko było wyważone. Zwieńczeniem tego była wyrazista mleczność. 

Lody kupiły mnie zupełnie. Nie spodziewałam się mimo wszystko, że ten wariant okaże się tak wykwintnie słodki. Oczywiście bardzo słodki, ale w sposób ambitny. Palona nuta podkreślona solą i intensywna mleczność bazy świetnie wyszły. Sos karmelowy był smaczny, porządny. Jego słoność wyszła w punkt, nie czyniąc go przesadnie słonym, a umiejętnie przełamując całość. Podobały mi się krówkowe kawałki - zacne i smakowo, i pod względem struktury. Nie przesadzono z ilością niczego, nie poskąpiono. Choć doszłam do wniosku, że bardzo subiektywnie wariant i tak był mi za słodki, to stwierdzam to z żalem. To chyba jedne z najlepszych lodów o tym smaku, jakie jadłam. 


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl
cena:14,99 zł (za 400g / 500ml)
kaloryczność: 115 kcal / 100 ml (tylko i wyłącznie na nalepce z tłumaczeniem jest też: 191kcal / 100g)
czy kupię znów: wątpię, ale może kiedyś i bym mogła (ten smak to raczej w promocji?)

Skład: pełne mleko 58%, surowy cukier trzcinowy, śmietanka 9%, odtłuszczone mleko w proszku. syrop glukozowy, karmel 2%, cukier, masło, mleko skondensowane, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), sól morska, glukoza, pełne mleko w proszku, syrop cukru karmelizowanego, substancja utrzymująca wilgoć (sorbitol), przecier z cytrusów.

niedziela, 22 maja 2022

Feodora Grand'Or 75 % Milde Edelbitter ciemna

Kiedy tabliczka wygląda nazbyt elegancko, zdarza mi się nabierać podejrzeń, że tylko udaje "premium", ekskluzywną itd. Do takich podchodzę ostrożnie i wolę kupować pojedynczo. A potem z kolei gdy mam jedną czekoladę zupełnie nieznanej mi marki, myśli zaczynają wokół niej krążyć. Skoro jest dobra, chciałabym szukać innych. Jeśli nie, wolałabym mieć ją jak najszybciej z głowy. Feodora, nie ukrywam, wyglądała mi na taką, co może być albo smaczna, albo niby wykwintnym oszukaństwem. Dopiero w dniu degustacji sprawdziłam producenta. To Hanseatisches Chocoladen Kontor GmbH. Okazało się, że także marka Hachez jest jego. Nie uczyniło mnie to szczęśliwą, ale i przerażenie nie ogarnęło. I po otwarciu upewniłam się. Otóż trafiłam na identyczne sreberko w kratkę i identycznie byle jakie, luźne zawinięcie tabliczki w nie.

Feodora Grand'Or 75 % Milde Edelbitter to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao, wyprodukowana przez Hanseatisches Chocoladen Kontor.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach i kawę ze śmietanką, tak wyraźnie, jakby stała przede mną. Emanowała mnóstwem śmietanki! Za nią znalazły się podprażone migdały, przywodzące na myśl te zatopione w czekoladzie na lodach na patyku (np. Magnum Almond - recenzja z 2015), a więc w tonacji bardzo słodkiej, lekko waniliowej i z nutką zawilgoconego patyczka do lodów.

W dotyku tabliczka wydała mi się dość kremowa, ale nie bardzo tłusta. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, a twarda była przykładnie, nie za mocno, ale jednak. 
W ustach rozpływała się raczej powoli. Chętnie, acz niezbyt przyjemnie. Początkowo aksamitnie i gładko, potem coraz bardziej gładko-tłusto i kojarząc się z wyginającym się masłem. Była pełna, zbita. Roztaczała tłuste smugi, a pod koniec i tak wydawało się, że zostawia suchy efekt.

W smaku w pierwszej chwili wydała mi się delikatna i niemal kwiatowa. Wręcz zwiewna i na pewno słodka. Mignęła lekka, owocowa nuta, oczywiście związana ze słodyczą.

Zaraz zaznaczył swoją obecność palony motyw, przypiekając nieco także słodycz. Nadał jej nieco ciepłego wydźwięku. Niemal równocześnie do głowy przyszło mi nazbyt tłuste ciasto i gorzka kawa. Może w ogóle jedynie cierpkawa?

Ciasto to musiało być bardzo tłuste, a także równie słodkie i owocowe. Oczami wyobraźni patrzyłam na piętrowy, wilgotny i jasny, śmietankowy tort brzoskwiniowy z gęstą, słodko-soczystą masą. Śmietanka rozchodziła się po ustach z jednej z jego warstw. Spód to przypieczony, ale wciąż jasny biszkopt. Słodycz rosła. Choć spokojnie i nie za mocno, to wyszła niemal na pierwszy plan. Wanilia i pewna kwiatowość nadały temu delikatnego, wciąż ciepłego wydźwięku. Łagodziło to wszystko, także drugi wątek.

Kawa tylko chwilami wydawała się gorzka. Podkreślało ją lekko cierpkawe, nieśmiałe kakao w proszku z tła, jej zaś spieszyło się do jedynie gorzkawości. Wlała się do niej śmietanka, a więc jedna z wszechobecnych nut. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o rozgrzanym asfalcie... I asfalcie ogółem. Znów cierpkość prostego kakao się wyłamała. Ten motyw nakręcił też ogólne wrażenie paloności, prażenia. To przełożyło się na aż nieco kakaowo-polewowy motyw, dodatkowo podkreślając wrażenie płynącego z biszkoptu masła, a także kiepskawy wydźwięk.

Przy owocowym biszkopcie śmietankowo-waniliowym pojawiły się migdały. Całkiem sporo wyraźnie prażonych, kojarzących się z lodem na patyku z zapachu. Lód musiał być zrobiony na śmietance, waniliowy i naprawdę z mnóstwem migdałów w polewie, ale... właśnie. Patyczek od loda zaczął wszystko łagodzić w pieczono-palonych nutach. Przypomniał, że biszkopt jest jasny (i może także migdałowy - acz raczej z ekstraktem czy coś takiego). Słodycz zaczęła irytować, bo obok wanilii, na jaw wyszedł ordynarny charakter białego cukru. Pojawiła się wysoka maślaność, niemal wypierająca gorzkawe nuty kawy.

Owocowo-kwiatowe tony, choć ich słodycz nieco rosła, też jakby złagodniały w wydźwięku, nieco odeszły od ciepła. Kojarzyły się ze słodkimi, soczystymi melonami (kantalupa, galia - takimi mniej słodkimi). Czyżby... wjechał biszkopt melonowy / przyozdobiony melonem? Albo śmietankowe, bardzo słodkie desery lodowe właśnie z melonem?

W posmaku została słodkawo-waniliowa biszkoptowość, zestawiona ze śmietanką i cierpkością pylistego kakao w proszku. Przy nim zaznaczyła się mocno palona nuta, aż nieprzyjemnie tłumiąca kakao. Nie była najwyższych lotów i łączyła się z dziwną, maślaną śliskością. Jak normalnie lubię czuć posmak długo, tak tu wolałam jeść prędzej, nie rozkoszując się nim (bo nie było czym), kęs zaraz po kęsie.

Całość aspirowała do czegoś lepszego, serwując brzoskwiniowo-kwiatowo-melonowe nuty i kawę, co byłoby smaczne, gdyby skończyć na otuleniu ich śmietanką. Niestety, maślano-tłustego łagodzenia, przygłuszającej głębię cierpkości, irytującej przy tym wszystkim słodyczy i paloności odtłuszczonego kakao w niej o wiele za dużo. Splot tych wad w moich oczach jest po prostu w pewien sposób odpychający. Co nie oznacza, że od niechcenia nie zjadłam (chyba tylko dlatego, że gdybym zasreberkowała "na kiedyś tam", nie udałoby mi się do niej zmobilizować, a jednak nie była niesmaczna, by wcisnąć ojcu nielubiącemu ciemnych czekolad).
Łagodna, a przy tym płytka. Choć chwilami rzeczywiście z nutami, które mogłyby coś ugrać.

Mocny stopień palenia i ogrom maślaności oraz waniliowo-kwiatowa słodycz przypomniały mi Hachez 77%. Znów wypieki, asfalt - ależ to było podobne! A jednak Hachez 77% miała "ciemniejszy wydźwięk", podkręcony dymem i choćby w owoce (śliwki, jeżyny) była bogatsza.
Wyszła podobnie do Lindt Excellence Mild Dark 70 %, co smuci, bo zawartość kakao jest wyższa. Niestety czuć, że podbita tanim kakao w proszku.


ocena: 6/10
kupiłam: RuDePol.pl
cena: 12,88 zł (za 80 g)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone kakao w proszku, ekstrakt z wanilii bourbon

sobota, 21 maja 2022

Benns Ethicoa Sungai Ruan - Malaysia 72% ciemna z Malezji

Jako kolejną tabliczkę tej marki wybrałam z Malezji, bo z tego kraju jeszcze nigdy żadnej nie jadłam i po prostu mnie trochę ciekawiła. Ciekawiłaby bardziej, gdyby nie zastrzeżenia co do formy i jakości. Chwilę pomyślałam, sprawdziłam. Malezja leży na wyspie Borneo, z której to jadłam jedną czekoladę: Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan. Nie była cudem, więc poprzeczka w sumie wysoko się nie znalazła, aczkolwiek... Taki "szczególik", że od razu przypomniały mi się wspaniałe, indonezyjskie czekolady - wszak to ten region. Co mogę o tym kakao więcej rzec? Ponoć mocno prażone. Zakupione z plantacji rodziny Koh, mającej ponad 30 lat doświadczenia. Sami, rodzinnie, zajmują się uprawą, fermentacją i suszeniem ziaren. Wokół ich plantacji kakaowców jest mnóstwo plantacji różnych owoców (co w sumie nie jest niczym dziwnym). Byłam ciekawa, jak bardzo wpłynie to na kakao.

Benns Ethicoa Sungai Ruan - Malaysia 72% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Malezji, ze stanu Pahang, wioski Sungai Ruan.
Czas konszowania to 72 godzin.

Po otwarciu poczułam łagodne mleko i migdały, może właśnie mleko migdałowe... ale też prażenie m.in. z migdałami związane. Prażenie czy nawet wędzenie? Na pewno wprowadzało motyw bardzo rozgrzanej słońcem suchej, ciemnawej ziemi. Oprócz tego czułam słodycz duszącą czarne porzeczki. Dziwne - wyobraziłam sobie miód z czarnymi porzeczkami (taki, co przejął ich kolor i się nimi zagęścił). Trochę jakby dżem w odwróconych proporcjach, tylko że... porzeczki były raczej świeżo-surowe. Tyle że zmieszane ze słodyczą. Chwilami przybierały na wyrazistości. W tle plątała się słodka, egzotyczna nutka owoców, trudna jednak do uchwycenia. Zapach wydał mi się głównie słodko-kwaskawy. Gorzkość nie zaznaczyła się nawet najdelikatniejsza (szkoda). 

Tabliczka koloru ciemnej mlecznej podczas łamania miejscami trzaskała / chrupała delikatnie (czasem zaledwie jak suszona trawa), miejscami konkretnie i głośno - zależy, czy trafiło się miejsce cieńsze czy grubsze. Nie trzymała się linii kostek, była delikatna i krucha. Kruszyła się na małe kawałki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, acz miękła szybko. Mimo miękkości, zachowała zwartość, wyginając się. Roztaczała wokół siebie tłusto-rzadkie smugi. Była gładka (co okazało się zaskoczeniem z racji ziarnistego przekroju), w porywach wodnista i śliskawa. Nic nie pozostawiała po sobie.

W smaku pierwsze przywitały mnie czarne, świeże i surowe, doskonale dojrzałe porzeczki. Połączyły w sobie specyficzną słodycz i leciusieńki kwasek, by następnie szybko utonąć w miodzie.

Słodycz rosła prędko i choć w pierwszej chwili pomyślałam o porzeczkach zalewanych jasnym (wielokwiatowym?) miodem / miodzie z porzeczkami, to szala przechyliła się na cukrową stronę. Prędko kompozycja zrobiła się aż chamsko słodka. Może też słodka trochę pudrowo? Jak sproszkowane suszone owoce i cukier puder?

Trochę jakby tak miodowo-porzeczkową masę chlapnąć na twaróg... kanapkę z tłusto-mdławym twarogiem. Zrobioną na żytnim chlebie, który skrył nutkę... zboża / słodu? Leciutko goryczkowatą.

Porzeczki zaś zadbały o cierpkawe echo. Ze świeżych na tyłach zmieniły się w takie... miękkawe, wielkie i przejrzałe. Ich smaczek zahaczył o... grzyby? W takim nieco "czekoladowo-nadzieniowym" wydaniu, a częściowo... coraz wytrawniejszym? Gdy tak grzyby zmierzały w coraz bardziej ryzykownym kierunku, rozpędziły je nagle migdały. Chlebowe akcenty też się w nie zmieniły.

Wraz z tym jak umacniała się cukrowa słodycz, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja stała się mleczna. Zupełnie jakby popłynęło mleko... mleko migdałowe? Z orzechowym, słodkawym echem. Wyobraziłam sobie cukrowy sernik, z aż pudrowym motywem, bez jakiegokolwiek kwasku, a jednak... z rodzynkami? Co bardziej gorzkawe, utworzyło dla sernika migdałowy spód. Na styku tych nut zarysowało się wytrawne, czyste masło (przed oczami wyobraźni stanęła mi kostka masła, po prostu). Zupełnie, jakby ktoś dodał go o wiele za dużo do sernika (myląc proporcje z serem?).

Rodzynki mieszały się z migdałami i grzybami na tyłach. Wydały mi się jakieś nieświeże, nadpsute albo jakby użyto rodzynek w rumie czy coś i tak dziwnie wyszły. Z taką pewną... ostrością? Jakoś tak wytrawnie? Wraz z kolejnymi kęsami przyszła myśl o jackfruicie (owocu, który smakuje trochę "wędzono-mięśnie"). To jednak nie był w 100%ach on (może w 80%?). Migdały próbowały obudować to prażoną nutą. Pojawiła się ziemia rozgrzana słońcem i dzięki niej z czasem wróciła cierpkość.

Od sernika i jego rodzynek rozeszła się jednak odrobineczka - może nawet iluzja - kwasku. Wróciły surowe czarne porzeczki. Słodko-kwaskawe, zaprosiły do tańca bardziej egzotyczne owoce. Podobne, porzeczkowawo-kulkowe... "jagódkowe" i niedookreślone. Też jednak - surowe, a dosłodzone (zasypane cukrem?). Również one niosły ciepło tropików, słońca (jakby czuć ich dojrzewanie w jego promieniach).

A jednak i jakiś... cierpkawo-kwaskawy ananas? Coś żółto-soczystego się tam zaplątało... jakby mieszankę słodzidła (już raczej cukru niż miodu) i porzeczek próbowano przełamać. A potem znów wrócił cierpkawy jackfruit, w asyście łagodzącego wszystko masła i sernika, którego słodycz się zredukowała, przez co z kolei wydał mi się głównie maślany. I nie to, że ogólna słodycz zmalała; ona jakby odrywała się od wytrawniejszych nut i płynęła sobie obok.

Po zjedzeniu na dość długo został posmak przesadzonej, pudrowo-cukrowej słodyczy i prażonych migdałów. Cierpkość i pewne wędzenie, nawet coś ostrzejszego... Motyw czarnych porzeczek mieszał się z egzotycznym kwaskiem, ale chwilami także na końcówce wypływał bardzo wyraźnie. Na zasadzie jakby... przyozdobiono nimi straszliwie przesłodzony sernik (może i na mleku migdałowym?).

Czekolada miała trochę fajnych nut (czarne porzeczki), parę takich, co mogły być przyjemne, ale zmierzały w złym kierunku (migdały / mleko migdałowe, sernik) i coś przy nich drażniło. Słodycz mi przeszkadzała, bo nie dość, że była za wysoka; chwilami się odrywała i miała toporny wydźwięk. Owoce niestety wyszły przesłodzone, egzotyczny powiew zbyt zgłuszony, niejednoznaczny, a gorzkości w sumie brak. Była jakaś wytrawność (grzyby, rodzynki, jackfruit), ale wyszła pokracznie. Konsystencja i forma beznadziejne, więc i za nie punkt poleciał (smakowo to 6).

Byłam w szoku, bo przecież i w Krakakoa pojawiła się delikatniusia nutka grzybów (specyficzna i dziwna). Oprócz tego egzotyczne owoce (ale w o wiele bardziej owocowym, złożonym bukiecie, bo i banany, daktyle, maliny, pomarańcze czułam), znacznie więcej ziemi, kawy... Choć też słodka, Krakakoa była o wiele wytrawniejsza. W niej zaintrygowała mnie marchew. W Benns czułam karykaturalne, wytrawne rodzynki. Jak Krakakoa to zacne przyprawy, zioła, tak Benns ledwie ciepełko.


ocena: 5/10
cena: 25 zł (za 50 g; cena półkowa)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 

piątek, 20 maja 2022

Mark Sękacz Mazurski Maślany; Janza Sękacz + kilka słów o sękaczach

Urodziłam się w Suwałkach, a więc w województwie podlaskim, gdzie ciastem regionalnym są sękacze. Stamtąd blisko na Litwę, gdzie sękacze również są - zupełnie inne jednak, niż w Polsce. W większości kraju na słowo "sękacz" ludziom pewnie może przyjść do głowy jakaś dziwaczna rurka nadziana nie wiadomo czym. Tą z kolei ja zobaczyłam stosunkowo niedawno (nigdy nie jadłam i nie zamierzam). Jako że z sękaczami, tymi najprawdziwszymi, mam wiele wspomnień z dzieciństwa, postanowiłam jeden wpis im poświęcić. Osobiście, pamiętając te najprawdziwsze, za nic nie sięgam po namiastki, ale Mama to co innego. Ona ogólnie lubi ciasta, więc czasem zadowoli się zamiennikiem i coś takiego kupi. W końcu obecnie świat to globalna wioska i wszystko jest wszędzie. Czy aby na pewno? Zanim do recenzji, trochę pozwolę sobie objaśnić.

miękkawy polski
powinien mniej więcej tak wyglądać
Tradycyjny sękacz polski z Podlasia to biszkoptowo-tłuszczowe ciasto na bazie jaj, które piecze się na rożnie (obracając), lejąc ciasto warstwami; bezpośrednio nad ogniem. Ciasto spływając tworzy "sople". Dzięki laniu warstwy na warstwę, uzyskuje się na przemian warstwy ciasta jaśniejszego i ciemniejszego.
To dość ciężkawe ciasto; powinno być zwarte i gęste, niby miękkie (ale wciąż w pewien sposób masywne) i niemal wilgotne od wewnątrz, a mocno poprzypiekane z brzegu. W smaku powinno się czuć jajecznośćć, a słodycz nie powinna być za wysoka (cukier utwardza wyrób, a nie o to chodzi).
Moja babcia ze wsi piekła sękacze. To tradycja od lat w rodzinie po stronie ojca, która niestety na jego pokoleniu się skończyła. I właśnie mój ojciec często z babcią ciasto to "kręcił". Aby obracać rożen przez długi czas, trzeba bowiem siły. 
Najprawdziwszy sękacz powinien być na bazie jaj. W zasadzie sukces tkwi w prostocie: 40 jajek, po 1 kg: masła, mąki i cukru oraz litr śmietany. Do tego sok z cytryny można dodawać w zależności od gustu. Można wcale, można z kilku.
Uwielbiałam te właśnie wilgotne od wewnątrz, ale z poprzypiekanymi na brąz sękami. Mało tego, w polskich sękaczach kładzie się nacisk na warstwy przekroju. Jasnego ciasta przeplatają się z ciemnymi (bardziej spieczonymi). Te drugie nadają całości charakteru. A na wygląd... cóż, wyglądają jak słoje pnia drzewa (co uważam za piękne).
Nie bez znaczenia zawsze było przechowywanie sękacza: w chłodnym, zacienionym miejscu, lekko przykryty, by nieco podsechł z zewnątrz (choć nigdy nie dochodził do realnej suchości), a jednocześnie - do otworu wstawiało się wysokie naczynie z wodą, by w środku był wilgotny i mięciutki. Mówi się, że dobry sękacz nie wysycha, a wręcz "dojrzewa". Faktycznie, nie pamiętam, by baciny kiedykolwiek wysechł.

miękkawy typu polskiego Janzy po lewej;
twardszy jak litewski Raguolis po prawej
Z rodzicami pamiętamy, że suwalska piekarnia Janza przez laty robiła całkiem niezłe sękacze, ale niestety. Wraz z ich przestawieniem się na eksport, pozowaniem na "prezentowość" (co zauważyliśmy jakoś po 2010 roku), spadła jakość. Zaczęli dodawać margarynę i inne dziadostwa. Kiedy jeszcze kilka (kilkanaście?) lat temu ojciec jeździł do Suwałk, chcąc pokazać swojej nowej rodzinie sękacze właśnie, kupił nawet jakiegoś "z wioski" od pani z Puńska ("Raguolis" Aldona Szupszyńska), której z kolei tzw. mrowisko zostało nawet nagrodzone, ale i to nie było to. W zasadzie był nawet gorszy od janzowego, bo też z margaryną i w ogóle jakiś suchszo-twardszy, taki bardziej typu litewskiego. Zdjęcia moje niestety to tylko te sękacze, bo babcine nie zachowały się na żadnych (nie mam zdjęć rodziny od strony ojca).

litewski - twardość i kruchość aż widać
Wspomniałam, że to "biszkopt", miękki. Taak, ten polski tak. Na Litwie natomiast sękacze są znacznie twardsze, że gdy ułamuje się sterczące fragmenty, aż trzasnąć potrafią. Wyglądają bardziej "strzeliście" (dłuższe, gęsto rozmieszczone sęki). Litwini słodzą swoje wyroby o wiele bardziej, przez co są one cukrowe i według mnie nie mają tego czegoś. Ich przekrój jest w zasadzie jasny. Daleko im do mięciutkich, bardziej jajeczno-śmietankowo "biszkoptowych" sękaczy z Polski. Jak jeździliśmy na Litwę z rodzicami wiele lat temu, zdarzyło nam się z ciekawości te twory próbować. Zupełnie nie rozumiem, jak je można lubić. Twarde, suche, kruchawe i straszliwie słodkie - czysty cukier w zasadzie.

------

I jako że to blog z recenzjami, doczekaliście się, wreszcie jest część "właściwa".
Tego sękacza (niech mu będzie...) Mama kupiła tylko dlatego, że myślała, że zrobiła go piekarnia Merk, a więc uwielbiana przez niektórych Suwalczan (akurat przez Mamę nie, ale "wspomnienia, pochodzenie"). Jak się okazało... to giżyckie Mark. Ja jednak i tak już nastawiłam się na cały taki "ciekawostkowy post" i zastanawiałam się, co oni tam nakombinowali i... w jaki sposób zepsuli wypiek. Jak to im się wydaje, że umieją zrobić sękacza. Już bowiem widząc skład wykrzywiłam się w ironicznym uśmiechu, myśląc: "no chyba nie".

Mark Sękacz Mazurski Maślany to "ciasto biszkoptowo-tłuszczone ręcznie robione z produktów pochodzących z Mazur", wyprodukowany przez ZPH Mark Giżycko.

Po otwarciu uderzył mnie zapach słodziutkiego, słodziusiego mleka w proszku. Wyszło dziecięco-urokliwie, nawet nieodpychająco obiektywnie, ale zupełnie nie w moim typie. Wyraźnie czułam motyw mleka i masła, ale też waniliowego biszkoptu. Z zapachem sękacza miało to niewiele wspólnego. On nie powinien być tak słodziusi... Serwatka jednak pewnie zrobiła swoje. Czuć pewną soczystość w trakcie jedzenia, co też mi nie pasowało.

Ciasto okazało się zbite, ale zaskakująco spulchniono-miękkie. Kapciem go jednak nie nazwę. To biszkopt, niezbyt zwarty. Trochę się rozwarstwiał, lekko kruszył, mimo że był wilgotny i bardzo tłusty. Bardzo, bardzo tłusty. Pokrywał dłonie, chusteczkę, denko do krojenia i wszystko wokół oleistą warstwą. Na chusteczce zostawił krąg, którego nie powstydziłaby się Samara z The Ring. Tłuszcz zostający na dłoniach i ustach był obleśny. Dobrze wypieczony sękacz nie powinien go zostawiać, mimo iż z zasady jest tłusty. Z wierzchu właśnie powinien być suchszy (nie "suchy", a poprzypiekany).
Ciasto nie miało sterczących sęków, ale patrząc na jego strukturę... nie dałoby się normalnie w charakterystyczny sposób ich odłamać, bo raczej rwało się. Olej dosłownie się z niego wyciskał, z każdej strony.
W ustach z łatwością rozpływało się na lekko pylistą, ciastowo-proszkową, tłustą gęstwinę i jednocześnie rozpadało na ciastowe, miękkie grudki. Było miękkie, niemal mokre i delikatne, mimo że tłuste. Sporo w nim tłustości oleju.
Epizodycznie trafiałam na drobno siekaną skórkę pomarańczy. Była miękka i... w zasadzie nie mam do niej nic jako do skórki, ale... SKÓRKA W SĘKACZU?! Hańba. W tym cieście nie ma dla niej miejsca. Ta tu była i... wtapiała się w ciastowe grudki, trochę konkretu jej nadając, czegoś do zawieszenia zębów, bo ciasto rozpływało się z łatwością, ale... nie podoba mi się takie rozwiązanie. Całość oblepiała zęby.
Tłustość sękacza powinna być bardziej masywna, zbita, maślana. Powinien opierać się na maśle, nie zaś rozrzedzać je olejem.

W smaku ciasto uderzało słodyczą. Pomyślałam o cukrze pudrze i słodziutkim, zdecydowanie za słodkim mleku. Było to... jak nierealistycznie słodkie mleko (np. bez laktozy?), słodkie mleko w proszku...? Bo i pudrowość się w tej słodyczy znalazła, właśnie cukrowego pochodzenia. To jakby trochę rozbijało chamską biało cukrowość samą w sobie. Dodatkowo doszła do tego wanilia. Przełożyło się to na przesadzoną słodycz, męczącą, ale nie straszliwą.

Mleczność od razu już właśnie ze słodyczy płynęła i wcale jej nie tonowała, a umożliwiała rozprzestrzenianie się. Zmieszała się z masłem i olejem. Słodziutko-tłuste ciasto zaserwowało mi jajeczno-biszkoptowy motyw słodziutkich, małych biszkoptów okrągłych, ale też waniliowych biszkoptów-ciast. Wanilia i jajka jakoś w połowie rozpływania się kęsa w ustach zawiązały sztamę. Specyficzne połączenie podkreśliła tłustość-tłuszczowość. Dawała się we znaki, niemal na równi mieszając się z jajkami.

Wszystko to jednak było podporządkowane słodyczy i... soczystości. Ta też nasycona była słodyczą, ale przy wyłaniających się skórkach, mogłam stwierdzić, iż istotnie czuć cytrusy. Podkreśliły jajeczność biszkoptowego ciasta.

Wszystko było tu nie tak, gdy myślę o tym, jak powinien smakować sękacz. Otóż nie powinien być taki "mleczniusio słodki". Nie bez powodu dodaje się do niego pełną śmietanę, nie jakieś serwatki. I na pewno nie w proszku. Serwatka w proszku z mieszanką masła i oleju nie dała tego konkretu sękacza, który płynie z duetu masła i śmietanki. One razem z jajkami powinny poskramiać słodycz.

Po zjedzeniu czułam mleczność, cukrowo-pudrowe, waniliowe przesłodzenie i aż metaliczny splot tłuszczu i jajek. Całość była... słodko-biszkoptowa, słodziusio-słodka i... w zasadzie nawet obiektywnie pewnie niezła jak na jakiś tam słodki biszkopt, ale bez charakteru sękacza. On powinien być szlachetniej, nie dziecięco słodki, nie taki mleczny, a nawet z paloną nutką. Nie powinien z niego płynąć olej, nie powinno być skórek. Oleistość i proszkowość? W sękaczu?! No gdzie mi z tym... 

Z tradycyjnego sękacza niewiele miał, biszkopt to może niezły, ale to smutne, że takie coś w Polsce promuje sękacze. Toż to biszkopt! Nawet nie zły, ale nie sękacz-sękacz.

Oczywiście większość (bo choć planowałam zjeść jakąś 1/4 zakupionej części, nie dałam rady nawet tyle) zjadła Mama. Lubi wszelkie "bołki" (jak to nazywamy biszkopto-babko-ciasta) i uznała, że to "dobry biszkopt, taki trochę udający sękacza". Dodała: "skórek specjalnie nie czułam, dopiero jak się skupiłam i nie wiem zupełnie, po co tam one. Całość bardzo poprawna, ale rzeczywiście bardzo słodka i tłusta, bardziej niż typowe. Gdyby to był biszkopt w cenie do 40 zł za kilogram, powiedziałabym, że bardzo dobry, i tyle."


ocena w skali sękaczy*: 4/10; ocena biszkoptu: 6/10
kupiłam: Lidl
cena: 11,26 zł za 235 gramów, czyli 47,90zł / 1kg
kaloryczność: 415 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, cukier, mąka pszenna, masło, serwatka w proszku, śmietana, olej rzepakowy, kandyzowana skórka pomarańczowa (skórka pomarańczowa, cukier, syrop glukozowy, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), aromat waniliowy, cukier waniliowy

*No, to dodajmy, że taki tradycyjny sprzed lat, babciny i jemu podobne to 10/10, bardzo dawny Janzy 9/10, Janzy po zmianach 5/10 tak około roku 2010, Raguolis (choć już go słabo pamiętam) 4/10, a jakikolwiek nawet najlepiej zrobiony litewski może mieć u mnie góra 2/10

------

Dodatek z dnia 10.10.2021
Długa kolejka wpisów pozwoliła mi jeszcze dograć, dopieścić ten post. Na urlop (w słonecznym październiku! ekhem) ojciec wybrał się do Suwałk i mimo mojego przypominania, że sękacze Janzy się zepsuły, przywiózł sobie do domu właśnie go. Ja nie chciałam ani kawałka, Mama natomiast wzięła, bo gdy ojciec przyjechał w swoją sobotę w miesiącu, pół krążka przywiózł. Popatrzyłam, powąchałam i skrzywiłam się. Mimo to uznałam, że zobaczę, jak to po latach Janza się miewa.

Irytował mnie ich opis, że produkują zgodnie z wielowiekową tradycją - ta piekarnia powstała jakoś w latach 80. Opisy ich wyrobów natomiast mają się ni jak do rzeczywistości. Smutne. W dodatku na swojej stronie podkreślają: "sękacz nie wysycha. Sękacz im starszy, tym jest lepszy." A ja miałam w rękach dowód na... no właśnie, na co?

Janza Sękacz to "tradycyjny sękacz suwalski".

Ciasto dosłownie śmierdziało. Margaryną i chemią wściekłą, niespożywczą. Przyszły mi do głowy wszelkie środki czyszczące, proszki i innego rodzaju rzeczy, których nie chce się mieć w ustach. To było mdlące, ciężkie i wymieszane z cukrem. Może pudrem, torbą starego cukru... Coś okropnego.

Sękacz z wierzchu w dotyku był suchy jak pustynia, kruszył się.
Jedzony przypominał suchy pumeks, który nagle upuszcza ogrom oleju. Suchy i tłusty jednocześnie, rozpuszczał się nieco wodniście i natychmiast wlepiał się w zęby. Miękka, zalepiająca masa okazała się w dodatku pudrowo, proszkowo mączna.

Najgorszy jednak był smak. Najpierw uderzył czysty biały cukier, potem wsparła go margaryna i jakby cukier puder. Następna w kolejności ruszyła obleśna chemia. Jakby wymieszać zepsuty serek o smaku biszkoptowym z całym asortymentem sklepu z chemią gospodarczą, środkami czyszczącymi. Jakiś olej, metaliczność - dziwne nuty gryzły mnie w język. Do tego doszło coś, co skojarzyło mi się ze sztuczną bezą. W tle cały czas czułam margarynę i związaną z nią taniość. To było duszne i nawet nieciastowe, aż nie do opisania. W zasadzie nawet nie chciałam myśleć, co tam czuję. Po prostu nie chciałam tego czuć ani chwili dłużej.

Przepraszam, napisałam, że to smak był najstraszniejszy. W zasadzie posmak go przebił. Wgryzł się w usta, język - wszystko. Był sztuczny, jakbym sobie środki chemiczne wsypała / wlała do ust. To jakiś dziwny kwach, duszne skarpety i cukrowość - z tym, że i ona była sztuczna. To mnie autentycznie wystraszyło i przyprawiło o odruch wymiotny.

Mama zjadła resztę z mlekiem i też była przerażona. Pozwolę sobie ją zacytować: "To nie stało koło sękacza. To w ogóle koło ciasta nie stało. Suche i tłuste jednocześnie, a smak? Sztuczny jak środki do sprzątania, aż takie wgryzające się, paskudne. Posmak jakby chciał mnie zabić. Kwach, gorycz, chemia i nie wiem, co jeszcze".

ocena: 1/10
kupiłam: poczęstowałam się
cena: nie płaciłam, ale jego cena to 45zł / 1kg
kaloryczność: 455 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, mąka pszenna, margaryna (oleje roślinne: palmowy, rzepakowy; woda, emulgator: E471, sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, substancja konserwująca: E202, aromat, barwnik: E160b), śmietanka (śmietanka, stabilizator: E407), cukier, aromat waniliowy