środa, 15 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees ciemna 60 % z żurawiną, sezamem, pestkami dyni i komosą ryżową

Ta tabliczka bardzo mnie zaintrygowała, bo rzadko spotyka się czekolady z ziarnami. A to wydaje się właśnie całkiem przyjemny sposób na pestki. Tych bowiem jakoś nie umiem jeść samych (a np. orzechy za to jak najbardziej). Kupując, myślałam, że może być naprawdę niespotykana i od razu pomyślałam, że musi wieńczyć wejście na jakieś wyższe miejsce w górach. Niestety, choć gdy tak szłam z Kopskego Sedla widoczność się poprawiła, kiedy wyszłam na Chata pri Zelenom plese, na niebie zaczęło zbierać się coraz więcej chmur, zasłaniających szczyty. Czekoladzie tej wymyśliłam sesję na Wielkiej Świstówce (w Polsce znanej jako Rakuska Czuba), ale zaczęłam obawiać się, że z widoków nici. Poniekąd miałam rację, bo nie było nic widać, a chmury odsłaniały widoki dosłownie na parę sekund co parę minut... Tak, uparłam się, by coś uchwycić i dość długo tam spędziłam. Czy tabliczka była tego warta? Potem zeszłam do parkingu Biela voda, mijając stację kolejki i Skalnaté pleso.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z żurawiną i prażonymi pestkami: dynią, sezamem i komosą ryżową / quinoa.

Po otwarciu rozszedł się palono gorzki i słodki za sprawą karmelizowania zapach. Wyraźnie czułam niemal wytrawny, prażony sezam, niedookreślony motyw orzechów i pestek oraz lekką soczystość czerwonych owoców. Do głowy przyszedł mi likier... trochę palono kawowy? Kawowo-kokosowy? Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasilił się znacząco motyw owoców tak, że w sumie można rozpoznać żurawinę.

Tabliczka trzaskała średnio głośno podczas łamania, mimo że była bardzo twarda. Przekrój ujawnił sporo drobnych rozmaitości. Ogólnie dodatków znalazło się w niej tak wiele, że aż trudno zrobić kęsa bez nich - w domu, by się w nią wczuć, uważanie spiłowałam z brzegu trochę czekolady nożem.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jawiąc się jako maślano kremowa i gęsta. Odebrałam ją jako zbitą i uparcie zachowującą kształt. Mocno trzymała przy tym dodatki. Wydaje mi się, że miejscami wystąpiły w formie zlepko-grudek, ale w większości raczej osobno. Żadne z nich nie wydawało się specjalnie karmelizowane, acz z rzadka coś cukrowego się z nich nieco rozpuszczało. Gdy tak ją jadłam, raz po raz wracało wrażenie, że jest nazbyt mocno najeżona. Ze względu na to, jak dodatki trzymały się czekolady, wolałam zostawiać je na koniec. Gryzione wcześniej żurawina i komosa były nieco twardsze, acz nie mocno. Wszystkie okazały się bardzo małe. Sezam i dynia z kolei cały czas zachowywały się tak samo.
Ilość i wielkość dodatków jakby dopraszały się o gryzienie wcześniej, acz ja i tak głównie zostawiałam je już na koniec.
Dodatki gryzione na koniec były średnio wyrazistsze w kwestii tego, czym właściwie były. Pestki dyni mocno posiekano. One i sezam trochę się do siebie upodobniały. Były trzeszcząco-miękkawe, ale nie miękkie. Drobinki żurawiny to jędrno-soczyste kawałeczki, skórki i pojedyncze pesteczki o lepkawo-miękkiej, ale dość zwartej strukturze. Sezam trzeszczał. Malutkie kulki komosy ryżowej przeważnie były bardzo twarde i chrupiące, kojarzyły mi się z pełnymi chrupkami zbożowymi. Nieliczne nasiąkały i szły w papkowatym kierunku.
Dominowała komosa, potem żurawina. Sezamu było trochę, dyni miałam wrażenie, że mało.

W smaku pierwsza ruszyła odważna słodycz, w której wiele do powiedzenia miał karmel i konkretnie motyw karmelizowania.

Gorzkość snuła się za słodyczą i nawet nie próbowała jej dorównać. Miała nieco palony wydźwięk i zwłaszcza na początku kojarzyła się z kawą. Potem wiele zależało od układu dodatków i rozkładu sił wśród nich.

Czasem żurawina dość szybko zdradzała swoją obecność subtelnym splotem kwasku i słodyczy, czasem prawie nic się nie odzywało. Sporadycznie przewijał się mocniejszy akcent karmelizowana - obstawiam, że od nich.

Gorzkość, z nadrzędną słodyczą wszędzie wokół, zaserwowała nieco likierowy wydźwięk. Kawowo-jakiś, niedookreślony. Może kawowo-kokosowy? Na pewno palony, co żurawina pobrzmiewająca w tle jeszcze podkreślała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok gorzkawości stanął jeszcze motyw maślany. Czasem oleiście-wytrawniejszy, jakby oleju sezamowego? Rzadko jednak.

Gdy spróbowałam odrobinkę czekolady osobno z paru różnych miejsc, wydała mi się lekko przesiąknięta dodatkami, a dokładniej motywem karmelizowania i ziaren.

Ogólnie z czasem czuć w niej też motyw pestek, niezbyt konkretny, ale jednak. Czasem mocniej przemknął sezam, bardzo rzadko akcent zbożowo-kartonowy. Przy mieszaninie tego wszystkiego raz po raz odnotowywałam też aluzje do  kokosa w samej bazie.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki obok, czuć je. Sama baza starała się wtedy jawić jako bardziej gorzkawa-cierpka, palona, ale ogólnie wydawała się prostsza, bliska plastikowej. Dodatki zaś... Wychodziły różnie wyraziście. Sezam w miarę się przebijał, dynia niezbyt, komosa wydawała się nijaka. Żurawina przebijała wszystko kwaśnością.

Końcowo czekolada robiła się bardzo maślana, ale nie zapomniała o palonej, teraz już wręcz cierpkiej, nucie. Słodycz trochę za bardzo sobie pozwalała, ale nie czułam mocnego przesłodzenia.

Dodatki gryzione na koniec wyszły lepiej, bo smakowały sobą, a słodka baza im nie przeszkadzała. I tak jednak zazwyczaj czułam niedookreślony miks. Tylko co jakiś czas coś odzywało się wyraźnie. Przeważnie smak czy to dyni, czy sezamu czy komosy przemknął i mieszał się z resztą.
Niewątpliwie jednak żurawina trzymała się raczej kwaśności, ale i słodycz w niej czuć.
Pestki czasem smakowały sobą, czyli dynią, ale ogólnie były bardzo nieśmiałe. Zupełnie zapomniały o karmelizowaniu. Sezamowi lepiej szło wyskakiwanie z tego tłumu, ze względu na swój prażony, wyrazistszy i wytrawniejszy to. Najwyraźniej wyszedł właśnie wytrawny, prażony sezam, potem dynia, a tuż za nią końcu komosa ryżowa. Ta przypominała nijakie chrupki zbożowe, ryżowe - jakiekolwiek - o dość neutralnym smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków w różnych układach, a także echo cierpkiej i jednocześnie przesłodzonej czekolady. W zestawieniu z dodatkami jawiła się jako trochę likierowa. Dodatki utrzymywały się czasem na równych prawach, czasem któryś dominował. Kwaskawa żurawina nie miała z tym problemu. Sezamowi czasem udawało się wyłonić, dyni rzadziej. Komosa odpuszczała. 

Czekolada mnie trochę rozczarowała, bo pestki dyni i sezam mogłyby wyjść naprawdę charakternie, gdyby dyni tak nie posiekano, a sezamu dodano więcej. Po prostu, tylko tyle i aż tyle. Żurawina była podrobiona tak bardzo, że dawno takiej nie widziałam. Też niepotrzebnie. Komosa to dodatek zbędny, nudny, bo nic nie wnosił. Wyszedł z tego śmietnik dodatków bez wyraźnego charakteru. Sama baza po prostu w porządku - właśnie przydałyby się jej lepsze dodatki. Dużo tu gryzienia, gryzienia, ciamkania, ciamkania i tyle... Można zjeść, ale kompletnie bez emocji.
Na podobną dolegliwość cierpiała Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina 6%, mieszanka pestek 3% [karmelizowane pestki dyni i komosy ryżowej (pestki dyni, komosa ryżowa, cukier), sezam], tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

wtorek, 14 kwietnia 2026

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer ciemna 52 % z truskawkami i pieprzem

Połączenie truskawek i pieprzu jest według mnie nieoczywiste, ale w sumie nie kontrowersyjne. Na dziś przedstawianą czekoladę jednak wcale się jakoś szczególnie nie nakręciłam, bo Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper bardzo dobre zapadła mi w pamięć. Podlinkowana niby nie była zła, ale dobra też nie. Kupując dziś przedstawianą, do Meybony byłam nastawiona neutralnie. Dopiero już ją mając, brałam się za coraz kolejne i wtedy moje zaufanie do marki rosło. Czekoladę wzięłam ze sobą oczywiście w góry. Nie wiem, dlaczego to ją otworzyłam pierwszą... Podświadomie jednak w nią wątpiłam, że nie zachowałam jej na najwyższy punkt wyprawy na Wielką Świstówkę? Nie wiem. Jej wybrałam niższe, ale piękne miejsce: Kopske Sedlo, do którego doszłam z parkingu Biela Voda żółtym, a potem niebieskim szlakiem. Było jednak tyle chmur, że musiałam trochę poczekać na widoki. I... jednak się trochę cofnąć, by mieć lepsze ujęcia szczytów.

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z liofilizowanymi truskawkami i czarnym pieprzem.

Po otwarciu przywitał mnie wyrazisty zapach truskawek i palonego karmelu. Truskawki szły w trochę przecierowym, słodkim, ale jednocześnie lekko kwaskawym kierunku. Sama czekolada wydawała się palona nie tylko za sprawą karmelu, ale też ogólnie. W tle przemykała nieśmiała ziemistość, lecz gorzką trudno ją nazwać. Miała ciepło słodki charakter, acz fakt, że też nie była to słodycz bardzo wysoka. Jakakolwiek pieprzność czy ostrość nie dawały znaku życia.

Już na spodzie widać ogrom kawałków dodatku.
Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie tłustawej i bardzo twardej. Przy łamaniu trzaskała spodziewanie głośno, niemal kamiennie i trochę krucho. W przekroju pokazały się średnie i małe kawałki truskawek, które widać już na spodzie. Osiadły właśnie bliżej niego.
W ustach czekolada rozpływała się długo. Początkowo wręcz opornie, z każdą chwilą jednak coraz bardziej tłusto i wręcz ślisko. Zachowywała kształt i znikała trochę wodniście. Dodatki wyłaniały się z niej niezbyt chętnie i jakby trochę poganiały ją ze znikaniem. Mogłabym się założyć, że dodano ich o wiele więcej niż te 2,5%. Zrobienie kęsa tak, by chociaż nie zahaczyć o truskawki, graniczyło z cudem. 
Truskawki miękły i dodawały soczystości. Odrobinkę, częściowo jakby też się rozpuszczało, ale dużo ich i tak zostawało. Robiły się coraz soczyście wilgotniejsze i miękkie. Bardzo trudno uchwycić było drobinki pieprzu - świetnie ukrywały się wśród truskawkowych pesteczek. Zdecydowanie wolałam gryźć truskawki na koniec, ale z ciekawości ze dwa razy pogryzłam też wcześniej, obok czekolady. Wtedy były nieco suchsze, niektóre bardziej jędrne i trzeszcząco-skrzypiące.
Truskawki wystąpiły w różnej formie: sucho-kruchych kostek, które nawet na koniec potrafiły skrzypieć i trzeszczeć, twardszych i długo zachowujących suchość kawałków, śliskich farfocli i gąbczasto-miękkich kawałków. Wśród nich sporadycznie trafiały się pestki. Te dodały chrupkości. Dosłownie parę razy odnotowałam rozgryzienie twardszej drobineczki pieprzu.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz, w której natychmiast zaznaczyły swoją obecność truskawki. Otuliły je wanilia i palony karmel. Truskawki lekko pobrzmiewały, a karmel zaczął znacząco rosnąć.

Przemknęła myśl o fuzji przecieru i dżemu truskawkowego, trochę z palono słodką nutą.

W słodkiej paloności, właśnie za sprawą karmelu, pojawiło się whisky. Mocno karmelowe, słodkie i dosadnie alkoholowe. Rozgrzewało.

Akcent truskawek wzbogacił słodycz o lekki, owocowy kwasek, co w połączeniu z alkoholem odległe zasugerowało cydr, acz nie czysto jabłkowy, a jabłkowo-truskawkowy. 
Motyw truskawkowy rozchodził się oczywiście od kawałków i nasilał wraz z tym, jak się wyłaniały, acz odniosłam wrażenie, że baza znacząco nimi przesiąkła.

Gdy z ciekawości odrobinkę spróbowałam samej czekolady, czułam wyraźnie w niej nutę truskawek. 
Kiedy z ciekawości pogryzłam truskawki obok czekolady, wcześniej, wydawały się a to mdławe, a to w porywach kwaśniejsze, a baza przy nich bardziej maślana i mniej pieprzna, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem whisky przybrała na pikantności i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się wyraźnie ostro-pieprznie. Pieprz wydobył z bazy palony motyw i znikomą gorzkość. Na moment chyba nawet ziemia się tam zaplątała.

Truskawkowa nuta przy pieprzu zdobyła się chwilowo na więcej soczystej kwaśności, jednak z czasem wróciła do słodyczy. Znów po głowie chodził mi przeciero-dżemik z palono karmelowym echem. Może i wanilia się znów pokazała? Słodycz przejawiała lekko syropowe zacięcie.
Truskawki rozbrzmiewały w różnym tempie i w różnym natężeniu. Czasem prawie wyprzedzały czekoladę, czasem stały na równi z nią. Zawsze jednak po pewnym czasie uspokajały się i łagodniały.

Pieprz starał się podkreślać gorzkość, acz ta ogólnie była bardzo niska. Ciepła paloność jednak bez wątpienia się pojawiła. Pieprz gryzł lekko w język i rozgrzewał, po czym znikał.

Także smak truskawkowy robił się coraz delikatniejszy, a czekolada zdecydowała się na bardziej słodkie, karmelowo słodsze i nieco maślane zakończenie.

Truskawki gryzione na koniec wyszły w dużej mierze słodko, w porywach kwaskawo. Nie miały problemu z przebiciem się przez posmak czekolady. Czuć, że to jakby pobrzmiewające przecierowo liofilizowane sztuki. Czasem wśród nich zaplątała się drobinka pieprzu, która chrupnięta, potrafiła porządnie przypiec w język i gardło - to jednak jakby w porozumieniu z truskawkową słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkich truskawek w towarzystwie palonego karmelu i lekkiej, wytrawniejszej nutki palonej. Przy truskawkach przewinęło się jeszcze jakby jabłko, a ja czułam też rozgrzanie na języku i w gardle jak po pieprznej whisky, ale nie pieprzu jako takiego.

Tabliczka pyszna, tylko że trochę za słodka. Z większą zawartością kakao (choćby 60%) miałaby maksymalną ocenę. To połączenie słodkich, lekko kwaskawych truskawek i ostro-rozgrzewającego, ale nie napastliwego pieprzu na czekoladowej arenie wyszło świetnie. Sama czekolada przybrała słodko-palony charakter, choć głównie słodka, to nie w męczący sposób. Taka słodycz w zasadzie dobrze odnalazła się z dodatkami. Baza i dodatki stanowiły tu zacne trio, współpracowały.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 20,93 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy nierafinowany, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, liofilizowane kawałki truskawek 2,5 %, pieprz czarny 0,5 %, naturalny aromat truskawkowy, wanilia Bourbon

niedziela, 12 kwietnia 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % ciemna surowa z Peru

Po Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % byłam w miarę pozytywnie nastawiona do pozostałych dwóch posiadanych tabliczek tej marki, mimo że miały mniej kakao, a tym samym więcej intensywnego cukru kokosowego. Tę na stronie określono jako "kompromis pomiędzy ciemną czekoladą i słodkim smakiem".

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, na który złożyły się wyrywające się, mknące na przód nibsy kakaowe, trochę czerwonego wina oraz ogrom ciężkiej melasy i karmelu. Słodycz wydała mi się bardzo ciężka, mimo że kryła się w niej też nie taka znowuż słaba rześkość. Specyficzna, jakby karmelowo-kwiatowa - cukier kokosowy da się od razu rozpoznać. Miał dominujące zapędy, mimo że i sama czekolada wykazywała się wyrazistością. Umiejętnie przejęła tę karmelowość, wtłaczając ją w mocno kawowe - niczym karmelowa czarna kawa - realia. W dodatku przy nibsach wyłoniła się lekka, wilgotna ziemistość. I chyba nawet odnotowałam leciuteńki, przebłysk ciemno owocowego dżemu.

Tabliczka była tłusta i twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i głucho, obiecując, że jest pełna i masywna.
W ustach rozpływała się powoli, długo zachowując kształt i do pewnego stopnia pewną twardość. Po chwili roztaczała tłustość, która rosła już do końca. Była wysoka, mimo że z czasem pojawiła się też leciutka pylistość, którą w zasadzie można by przeoczyć oraz znikoma soczystość. Ta jawiła się jako nieco taninowa. Końcowo zaś wyraźnie ściągała.
Na całą tabliczkę trafiło mi się kilka kryształków nierozpuszczonego cukru i parę drobinek niedomielonego kakao.

W smaku pierwszy przemknął dym, acz zaraz dogoniła go słodycz palonego karmelu. Ta może i startowała ze średnio wysokiego poziomu, ale od razu miała władcze zapędy.

Dosadny karmel nie czekał, by zmienić się w ciężką melasę. Melasa zajęła pierwszy plan, a jej słodka, palona ciężkość próbowała ukryć... wodnistość? W niej osiadła specyficzna, karmelowa rześkość cukru kokosowego. Czuć go wyraźnie w bezkresnej melasowości. Rześkość ta z czasem wydobyła kwiatowy motyw. Motyw kwiatów mokrych, zawilgoconych w wazonach w chłodnej kwiaciarni? Sporo wody się tam przewinęło. Ogólna słodycz rosła bez zahamowań.

Gorzkość dymu trochę leniwie, ale konsekwentnie też rosła. Dym zaczął przechodzić w soczyście-wilgotne nibsy kakaowe. Palony wątek z czasem w dużej mierze jakby odciął się od gorzkości, przechodząc raczej do słodyczy.

Nie jednak zupełnie. Oto poczułam czarną kawę... mocno osładzaną palonym karmelem. Paloność zdecydowanie wróciła do gorzkości za sprawą słodyczy, która tylko chwilami pozwalała innym nutom wyrwać się spod jej dominacji.

Kawa z palonym, niemal odymionym karmelem, mimo słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przejawiała cierpkawe skłonności. To była prawdziwa czarna siekiera, mimo że sowicie dosłodzona.

W zasadzie... nibso-kawa. Mieszanka soczystych nibsów kakaowych i ziarnistej kawy dopełniła ogólną ciężkość. Raz po raz przemknęła mi w ich splocie wilgotna, czarna ziemia. Bardzo mokra, taka wystawiona na kilkudniowy deszcz.

Za złudnie prawie kwasową czarną kawą odnotowałam owocowe echo. Pomyślałam o ciemnych... czarnych porzeczkach? Ich kwasek wsparła delikatna nuta cytrynowa. Ogólnie jednak owoce nie przełożyły się na silną kwaśność, raczej kwaskawość. Mimo że do ciemnych owoców podkradły się czerwone...

Ogólna słodycz zdążyła w tym czasie wzrosnąć do prawie wysokiego poziomu, ale przez jej władczy wydźwięk zdawała się tym wszystkim rządzić. Mimo że nie była naprawdę bardzo wysoka. Melasa wyróżniała się jeszcze bardziej poprzez kontrast do tych kwaskawych przebłysków.

Owoce, chyba trochę przez ciężkość, jaką melasa im narzuciła, zmieniły się w wytrawne czerwone i dość ciężkie wino. Wino, w którym, mimo tanin i cierpkości, można doszukać się drobnej kwiatowej rześkości?

Po zjedzeniu został posmak wina i jakby... malino-porzeczek? Niejednoznacznych owoców czarno-czerwonych zestawionych z melasą, która i na końcówce się rządziła. Palona, ciężka słodycz jednak nierozerwalnie wiązała się z kwiatowo-wodnistą, rześką nutą. Taką... chłodno-wodnistą?

Czekolada była smaczna, ale wyszła właśnie tak, jak się obawiałam. Melasowy w smaku cukier kokosowy za bardzo się rządził. Ta ciężka melasowość, palony karmel narzucał się wszystkim innymi nutom. Nibsy, ziemia i czarna kawa, trochę czarnych porzeczek, jakiś cytrusowy akcent i czerwone wino wyszły by lepiej przy łagodniej karmelowej słodyczy. Gorzkości bowiem nie brakowało. Kwasek raczej wręcz sugestywny, a słodycz... no właśnie że bardzo dosadna. Niestety do tego wszystkiego wkradała się też wodnistość. Aczkolwiek ogólny odbiór był całkiem przyjemny. 
Ogólnie wydała mi się mniej wodnista w smaku i mniej tłusto-wodnista, ogóle lepsza w strukturze niż Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 %, więc tym nadrabiała bardziej melasowy smak. Każda z nich ma inne wady i zalety, ocena koniec końców więc taka sama.
Dobrze, że sięgając po tę tabliczkę, nastawiłam się, że właśnie cukier kokosowy będzie grał tu ogromną rolę.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa

sobota, 11 kwietnia 2026

(Bio Planet) NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup

Nigdy nie miałam do czynienia z syropem daktylowym, bo wszelkie tego typu słodziła zwyczajnie do niczego nie są mi potrzebne. Miód czy syrop klonowy? To i owo dobrze jest poznać, ale w sumie też mogłyby dla mnie nie istnieć. No, miodu to naprawdę potrzebuję raz do roku. Ostatnio miałam do czynienia z 4ProActive Pastą daktylową, ale ta akurat okazała się kiepska. Parę lat temu nie pomyślałabym, że takie półprodukty w ogóle mnie zainteresują, ani że wciągnę się w wypiekami słodkości, ale stało się. Ok, w zasadzie ciast, bo ciastek nadal nie lubię, jednak... Raz na jakiś czas przychodzi mi i ciastka piec. Np. potrzebne mi były dobre korzenne do twarożków stylizowanych na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub. Pomyślałam, że najbardziej charakterne, nie słodkie, będą szwedzkie imbirowe (coś jak Annas Original Ginger Thins bardziej z 2015 niż z 2024; dobre). A do nich była potrzebna melasa. Tej w sklepach nie widziałam, zamawianie zaś wyszło by za drogo. Jako że znalazłam przepis, w którym było, że nada się do tego też syrop klonowy lub daktylowy, właśnie temu ostatniemu postanowiłam dać szansę, ze względu na niższą niż klonowy cenę. 

NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup to syrop w 100% z daktyli wyprodukowany dla Bio Planet.

Po odkręceniu i zerwaniu zabezpieczenia, poczułam intensywny, głęboko-ciężki zapach. Niewątpliwie był bardzo słodki i wyraźnie daktylowy, ale też nieco melasowo-karmelowy. Daktyle dominowały i wydawały się wręcz soczyste, ale pobrzmiewało przy nich iluzoryczne echo palonego cukru, a mi do głowy przyszło pekmez - melasa z owoców (ja jadłam np. Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree).

Konsystencja syropu przypominała trochę gęstszy miód. Niewątpliwie był płynny, ale też bardzo gęsty oraz klejący. Lany z łyżeczki tworzył coś na kształt stożka, podobnie jak kropla na płaskiej powierzchni przybierała postać powiedzmy-że-kulki, trochę jak miód, ale nie w pełni. Przy tym wszystkim jednak upewniałam się, że syrop jest gęstszy od miodu, a także w pełni płynny (nie skrystalizowany czy coś).
W ustach rozpływał się szybko, rzedł i zostawiał niemal sucho-cierpkawe wrażenie. Wydał mi się gęstszy od miodu, a jednak i pewne wodniste echo, trochę bardziej typowe dla syropów klonowych, mi w nim przemknęło pod koniec.

W smaku od razu poczułam słodycz, ale w pierwszej sekundzie czy nawet dwóch nie aż tak wysoką, jak się nastawiłam.

Słodycz zahaczyła o palony karmel, melasę - coś ciężkiego, mocniejszego i niewątpliwie dosadnego.

Jak już o dosadności mowa, nagle słodycz zaszarżowała. Stała się wysoka, bardzo wysoka. Wysoka i niemal przenikliwa, wszechobecna i bez dwóch zdań daktylowa. Daktyle o lekko karmelowo-melasowym, palonym echu skupiły na sobie całą uwagę i zasłodziły, ale bez drapania.

I nagle przemknął... kwasek? Soczystość świeżych albo suszonych wilgotnych daktyli przełamała nieco ciężkość słodyczy i zarazem jeszcze ją podkręciła.

Do głowy przyszedł mi daktylowy miód (abstrakcyjne wyobrażenie) i soczysta, owocowa melasa, po czym soczystość zatonęła w znów cięższej słodyczy. Daktyle wciąż czuć, ale jakby próbowały udawać melasowy miód. Wciąż nie czułam jednak drapania, jedynie lekkie pieczenie w język i gardło, charakterystyczne dla daktyli.

Po zjedzeniu został nieoczywiście daktylowy posmak, mieszający się z motywem palonej melasy, palonego cukru i coś karykaturalnie miodowego, a także niemal cierpkie, cierpko-zasładzająco-piekące wrażenie na języku.

Syrop był bardzo, bardzo dziwny. Nie przypominał ani miodu, ani syropu klonowego, ani melasy z owoców, a jednocześnie miał w sobie coś z każdego z nich. Przede wszystkim czuć daktyle, w pewnym momencie nawet ich soczystość, a choć był strasznie słodko, nie była to czysta, typowo przesładzająca słodycz, a coś o wiele cięższego i dosadnego. Bardzo ciekawe, smaczne, bo dość skomplikowane w odbiorze. Nie bardzo wiem, jak to ocenić, nie ukrywam.

Mama też spróbowała tego syropu i stwierdziła: "Ależ on dziwny. Ale dziwny w pozytywny sposób. Jak taki... dobry, ale specyficznie bardziej owocowy miód gryczany. Dobry, wyrazisty, ale w zasadzie trudno powiedzieć, do czego pasuje. Chyba do niewielu rzeczy. Do tych ciastek korzennych na pewno, ale do czego jeszcze?".

Jak pisałam, syrop był mi potrzebny do wypieku ciastek, a one do twarożku. 
Taki twarożek robiłam już wiele razy (pisałam o nim na Instagramie); ale pierwszy raz zrobiłam do niego ciastka.

Ciastka, choć niezbyt ładne, bo zwyczajnie trudne w formowaniu (no i nie widziałam sensu w staraniu się, skoro potrzebne mi były do pokruszenia na kawałki), okazały się pyszne. Niewątpliwie wiele zawdzięczały syropowi, bo dzięki jego połączeniu z cukrem trzcinowym, miały charakternie karmelowy i ogólnie ciepły wydźwięk. Czuć ich szlachetność, a poziom słodyczy był przyjemnie niski. Ciastka miały wyrazisty charakter i idealnie twardą w pozytywny sposób strukturę. Chrupiące, kruche, ale nie sypiące się. W twarożku nie nasiąkały przesadnie, więc tym bardziej podobały mi się w nim. 
Parę z pierwszej tury mi się przypaliło, ale je przytuliła Mama. Bo jej posmakowały. Otóż lekko przypalone, nabrały innego, też ciekawego charakteru, a ku uciesze Mamy, korzenność w nich trochę przycichła. Mama, choć stwierdziła, że obecnie z ciastkami korzennymi i ogólnie z ciastkami domowymi jej nie po drodze, te określiła jako rewelacyjne. Miło!


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 14,99 zł (za 345g)
kaloryczność: 290 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: daktyle

czwartek, 9 kwietnia 2026

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro ciemna z Kostaryki

Z opisu tej czekolady dowiedziałam się, że Kostarykę uznaje się za jeden z najbardziej zaawansowanych krajów pod względem ochrony środowiska. Ciekawe. Wulkaniczne pasmo górskie biegnące przez centrum kraju jakoś odciągało moje myśli od tych kwestii. Acz że przyroda jest tam bogata to łatwo się domyślić po rozmaitości nut czekolad z kakao stamtąd. A to, z którego zrobiono tę czekoladę, Kakao Upala, pochodzi dokładnie z okolic granicy z Nikaraguą. Po podtytule tabliczki, Maleku, chyba śmiało można stwierdzić, że pochodzi od rdzennych mieszkańców, plemienia właśnie o nazwie Maleku. Liczy ono zaledwie 650 osób, która żyje w rezerwacie i jest znane z głębokiej więzi z naturą i lasem deszczowym. Ogromną wagę przywiązują do ochrony środowiska. Producent zdradził, że ze względu na niewielką goryczkę i kwaskowatość, a co za tym idzie wyższą słodycz, tego kakao zdecydował się zwiększyć zawartość kakao. Ponoć wyjątkową dla nich, co jednak musiało się na przestrzeni lat zmienić, bo w internecie widziałam też czekoladę z Kostaryki o zawartości 92% tej marki.

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 76% kakao z Kostaryki, z rezerwatu Maleku (okolic miasta Guatuso).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodko-pieczony zapach ciastek z rodzynkami i orzechami. Oczami wyobraźni zobaczyłam mieszankę laskowych, ziemnych i włoskich, może też migdałów. Większość  osiadła w słodkich, ciastkowych realiach, a tylko włoskie wiązały się też z subtelną goryczką. W tej kryła się jeszcze jakaś trudna do uchwycenia przyprawa. Słodycz ciastkowa mieszała się z bardzo słodkim ciastem banoffee z bardzo dojrzałymi bananami i śmietanką. Odnotowałam nawet wręcz lukrową mgiełkę. Przeplótł to soczysty kwasek jakby egzotyczniejszych truskawek, truskawek z nutą ananasa lub może anansowych truskawek (biała odmiana, tylko o niej czytałam, ale nie jadłam)?

Kiedy ją łamałam, tabliczka głośno trzaskała. Brzmiała na dosadną i konkretną, a w dotyku wydała mi się obiecywać i lekką suchość, i kremowość.
W ustach rozpływała się powoli, racząc mnie masywną gęstością i wyważoną, nie za silną, maślaną tłustością. Wydawała się bardzo pełna (trochę jak masła orzechowe?). Mimo całościowej konkretności, wykazywała też wysoką kremowość, mieszkającą się z subtelnym, pylistym wrażeniem. Czasem w kremowość wkradała się marginalna wodnistość.

W smaku pierwsza przywitała mnie wysoka słodycz, jak się po chwili okazało, słodkiego, mleczno-maślanego toffi. Toffi miękkiego i ciągnącego, a okrywające orzechy.

Spod toffi powoli wyłaniały się orzechy głównie laskowe, ale nie tylko... Wyobraziłam sobie jakieś ciasto-ciastka z masy toffi z laskowcami na kruchym spodzie. To przede wszystkim. A obok laskowców przewijały się fistaszki i chyba migdały. Wszystkie lekko podpieczone, naturalnie słodkie i mieszające się z toffi.

W oddali zaznaczyła się łagodna gorzkość. Ogrom orzechowości zasugerował jej orzechy włoskie, acz one stały jakby obok, nie weszły w tę słodką mieszankę.

Ciastkowość zaczęła przybierać na słodyczy - ta wzrosła do dość wysokiego poziomu za sprawą bananów, wkomponowanych w słodkie ciasto banoffee. Słodki, maślany kruchy spód i ogrom bardzo słodkich bananów mieszał się ze śmietanką. Toffi przeszło do  roli dodatku, a w tej wizji coraz większą rolę zaczęła odgrywać śmietanka. Śmietanka dosadna w niemal... alkoholowo-likierowy sposób?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknął subtelny kwasek. Pomyślałam o truskawkach w bardziej egzotycznym wydaniu. Być może to te białe ananasowe albo po prostu mieszanina truskawek i ananasa... Ogólnie nie było to jednak za silne i zaraz zaczęło się rozmywać.

Goryczka nieco się nasiliła, przywodząc na myśl niejednoznaczne przyprawy... Jakąś gorzkawo-wytrawniejszą, nieuchwytną porządnie... Gorczycę? Kolendrę?

Owocom spodobała się ta dość silna słodycz wypieku... ciastek konkretnie. Zmieniły się w rodzynki, dodane do ciastek z orzechami. Tu dowodziły laskowe, ale i fistaszki chyba się przewijały.

Ciągle rosnąca słodycz pokierowała śmietankę w lukrowym kierunku. Do głowy przyszły mi lukrowane ciastka i lukier nieco bardziej śmietankowy (nie taki czysto, chamsko cukrowy). Owoce i orzechy na dobre osiadły w krucho-maślanych, ciastkowo-wypiekowych realiach.

Przyprawy za sprawą ogólnej słodyczy nieco złagodniały i bogata orzechowość znów zawróciła goryczkę ku włoskim, a do tego... chyba odnotowałam tam troszeczkę kawy.

Po zjedzeniu został posmak śmietankowego toffi, śmietankowego lukru, przełamanego subtelnym kwaskiem rodzynek i czegoś truskawkowo-egzotycznego, dziwnych ananasowych truskawek oraz lekką goryczką orzechów włoskich i przypraw, które aż troszeczkę gryzą w język.

Całość wydała mi się za słodka w dziwny, niby lukrowy, ale nie cukrowy, bardziej lukrowo-śmietankowo-ciasteczkowy sposób oraz ogólnie łagodna, ale nie bez charakteru. Akcenty truskawkowo-ananasowe, potem rodzynkowe oraz goryczka orzechów włoskich, przypraw i kawy urozmaiciły motywy toffi z orzechami, banoffee oraz ciastek z orzechami.

Przypomniała mi się Chapon Costa Rica Cacao Rare o nutach lukrowo-śliwkowych. Chyba faktycznie to kakao już takie słodkie bywa. Nie jest to jednak nuta, którą zawsze czuję w czekoladach z Kostaryki, co też świadczy o bogactwie regionu.


ocena: 8/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: chyba około 30 zł (za 50 g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 8 kwietnia 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia ciemna z kawałkami kakao

Bardzo chciałam spróbować czekolady tej marki o tak wysokiej zawartości kakao, w dodatku nie byle jakiego, a z Boliwii, która byłaby czysta, niezaburzona nibsami, no, ale trudno. Taką bazę mają w ofercie tylko i wyłącznie z tym dodatkiem. Szkoda. Niepocieszona zamówiłam, stwierdzając, że po prostu wezmę ją w góry. Tu jednak robiło się ciekawie, bo... do boliwijskiej czekolady dodano kolumbijskie nibsy. Ciekawiło mnie, dlaczego i liczyłam, że może spróbowanie sytuację rozjaśni.
Tabliczkę zabrałam ze sobą na Rysy, na polski wierzchołek, na który weszłam właśnie od polskiej strony z Palenicy Białczańskiej, przez Morskie Oko. Na szczęście okrutnie wielkiego tłumu nie było, wspinaczka po łańcuchach poszła łatwo, a widoki dopisały. Nic, tylko radować się czekoladą!

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Boliwii z 10% nibsami, czyli kawałkami kruszonego kakao z Kolumbii, z regionu miasta Tumaco.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemistych nibsów w towarzystwie czerwonego wina, acz jakby przynajmniej częściowo okrojonego z alkoholu. Nibsy dominowały gdy wąchałam spód, lecz czuć je dobrze cały czas. Sama czekolada mieszała się z nimi wilgotną, czarną ziemią i dodała do kompozycji motyw soczystych, cierpkawych grejpfrutów oraz śliwek, ale właśnie z kolei lekko alkoholowych, likierowych (stały jakby w zupełnie innej sferze zapachu niż wino), nieco paloną słodycz i nieśmiałą sugestie orzechów bardzo, bardzo w oddali.

Nibsów trochę poskąpiono, a ich kawałki umieszczono głównie na środku tabliczki. Dotykając je, trafiłam na ostre krawędzie. Większość była średniego rozmiaru, ale trafiały się też małe. 
Twarda tabliczka trzaskała donośnie i głucho podczas łamania. Nibsy trzymały się jej porządnie - odpadło dosłownie kilka. Sama czekolada wydala mi się ziarnista w przekroju.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. W pierwszej chwili wydawało się, że będzie stawiać opór, ale zaraz zaskoczyła na mazisty tor. Była tłusta w średnio zbity, chłodno maślany sposób, z czasem trochę rzednąc w luźnym kontekście. Do tego doszła kremowość i delikatna, trochę ściągająca soczystość. Gładkości nie mogę jej odmówić, acz i lekko pylisty efekt uświadczyłam. Nibsy długo się jej trzymały i nie kaleczyły języka czy podniebienia. 
Nibsy zarówno gryzione wcześniej, jak i na koniec, były twardo chrupiące i jakby zawilgocono-soczyste wewnątrz.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna kwaśność jakby... ziemistego pochodzenia? Kwasek zdobył się na skąpą soczystość nieco taninowego wina. Wina czerwonego, to pewne, ale jakby bez alkoholu. W oddali za to przemknął palony, niemal dymny akcent.

Po chwili wyłoniła się subtelna słodycz. Do głowy przyszedł mi cierpko-słodki grejpfrut o dość suchej strukturze, którego soczystość jawiła się jako skąpa.

Gorzkość wyraźniej zaznaczyła swoją obecność, gładko podpinając się pod ziemię. Jej nieco palony akcent trzymał się trochę na boku. Wyszła znacząco, ale trochę leniwie, jakby nawet nie próbując dorównać kwaśności.

Słodycz też trzymała się tyłów, nie ścigała się z innymi smakami i lekko pobrzmiewała palonym karmelem. Trochę pomogła tym samym palonej gorzkości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność ograniczyła się do cytrusów - i nie był to już tylko grejpfrut. Nie mogłam jednak połapać reszty, ale soczysta kwaśność zdawała się lać hektolitrami.

Słodycz nieco się nasiliła, lekko wygładzając kwaśność. Grejpfrut przeplotła znacznie słodsza mandarynka. Wpisywały się w ogólnie cytrusowy wątek. Wydaje mi się, że sporadycznie przemykała tam też nutka śliwek.

Kiedy jadłam kęsy pozbawione nibsów, potwierdziło się, że baza nie przesiąkła kawałkami kakao.

Niegryzione nibsy nie smakowały jakoś szczególnie wyraźnie. Czasem chyba dokładały lekko gorzko palonej nutki, ale ogólnie raczej głosu nie zabierały.

Kiedy na próbę z ciekawości ze dwa razy pogryzłam dodatek obok czekolady, nie zmienił jej bardzo. Tylko trochę uprościł i podkreślał a to nuty palone, a to kwaśno-winne. Chrupane kawałki za to wydawały się bardziej palono gorzkie, a dopiero potem winnie soczyste. Wolałam je zostawiać na koniec.

Kwaśność miała się całkiem nieźle, acz końcowo była o wiele bardziej łagodna i ugodowa. Gorzkość utrzymała ziemisty charakter i dodała do niego jakby nutę wilgotnych skał, kamieni.

Słodycz wtedy postarała się jeszcze nieco nasilić. Czułam więc palony karmel i z czasem słodsze czerwone wino. Za nimi zaś, niejednoznaczne, ukryte orzechy. Cechowała je naturalna słodycz.

Nibsy gryzione na koniec smakowały różnie, wiele zależało od poszczególnego kęsa. Niby były wyraźnie gorzko palone, ale też soczyste jak.... domowy syrop malinowy? Słodki i trochę cierpki. Do tego czasem do głowy przychodziły mi pestki malin. Nibsy w dużej mierze przygłuszały smak bazy.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-nibsowy, trochę palony. Czuć kwaskawość i taninę. Wrócił grejpfrut i kwaskawa ziemia, mieszająca się z mokrymi skałami.

Mimo że baza i dodatek smakowały bardzo różnie, tworzyły harmonię. Kwaśno cytrusowa, ziemista baza, łagodniejąca w karmelowym kontekście oraz przełamania gorzko-soczystymi nibsami świetnie współgrały. Nibsow może trochę pożałowano, ale dzięki temu można się było wczuć w dobrą, wyrazista czekoladę. Ta była bardzo kwaśna, więc też nie każdemu i nie zawsze może posmakować. Ja czuję, że nie każdego dnia miałabym na taką ochotę. Gorzkość wyszła w niej wyraźnie, ale nie jakoś szczególnie mocno. Słodycz zaś długo pozostawała delikatna, a dopiero z czasem trochę rosła. I tak jednak żadna nie dorównała kwaśności.
Przypomniała mi o dymnej i kwaśno owocowej (ale od innych owoców: kiwi, cytrusów, marakui i ananana) Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate. Dziś przedstawiana poszła jakby jeszcze dalej.


ocena: 9/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (ziarna kakaowca z Boliwii, cukier trzcinowy nierafinowany), nibsy kakao (z Kolumbii) 10%

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark ciemna z Peru z miętą i korzeniem maca

Miętowe czekolady choć są bardzo ryzykowne - bo potrafią miętą dosłownie mordować - czasem przyciągają moją uwagę. Dobrze zrobione miętowe lubię. Czy kupić dziś przedstawianą, zastanawiałam się na przestrzeni lat parę razy. Pierwszy raz dostrzegłam ją jeszcze przed zmianą opakowania. Zawsze jednak wydawała mi się za droga jak na czekoladę z dodatkiem. Kiedy jednak znów zaczęłam dużo chodzić po górach, zaczęłam szukać różnych czekolad na trasy. Ta w końcu zaciekawiła mnie na tyle, by kupić. Korzeń maca znałam - dostałam kiedyś małą paczuszkę, ale nie przekonało mnie to, bo do niczego mi nie pasowało. Odebrałam to jako przyprawę, tylko że nieprzydatną. Jadłam jakieś wydziwiane, bogato napchane dodatkami prozdrowotnościowymi, czekolady z macą, ale w sumie tylko Pacari Raw Maca + Coconut Sugar dawała mi niezłe wyobrażenie, jak ten korzeń może współgrać z czkeoladą. Faktycznie ma lekko ziemiście-korzenny smak, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić w duecie z miętą. Opis z internetu głosi w ogóle, że: "maca ma lekko ziemisty, słodki i orzechowy smak z nutą karmelu, która jest trudna do określenia, ale często opisywana jako korzenna lub pikantna.." Z tym jednak nie do końca się zgadzam. Jak wyjdzie w tej tabloiczce, miałam przekonać sie po drodze na Rysy od polskiej strony. Otworzyłam ją trochę ponad Bulą pod Rysami, czyli w miejscu, które upatrzyłam sobie ostatnio, bo zależało mi, by uchwycić na zdjęciach i Czarny Staw, i Morskie Oko.

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru z miętą i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mięty o dosadnym, olejkowym charakterze. Wystąpiła w niej lekka cierpkość, ale też słodycz, przywodząca na myśl landrynki aka "miętusy" ewentualnie gwiazdkowe cukierki w kształcie lasek. Za nią rozbrzmiała wręcz lekko pikantna ziemia i palony, ciepły motyw. Trochę piernikowy? Z nutą mięty. Mięty zarówno olejowej, słodko-cukrowej jak i ziołowej.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a przy łamaniu miejscami niesamowicie twarda. Wtedy trzaskała głośno, w trochę kruchy sposób. Chwilami trochę się kruszyła, a przekrój wskazywał na drobną ziarnistość.
W ustach rozpływała się chętnie ze względu na dość wysoką tłustość. Robiła to w tempie średnim. Miękła i stawała się coraz bardziej mazista, racząc mnie idealną gładkością. Mimo że cechowała ją kremowość, zawarła też w sobie też wodnistość.

W smaku od razu czułam goryczkę, która choć niska, ochoczo rosła. Pomyślałam o pieprzu - acz jakoś nie w pełni pieprznym - i nieoczywistej mieszance korzennej. Wyszło to trochę ciężko i... ciepło?

Ciepło szybko trochę się cofnęło, gdy podkradła się mięta. Podchwyciła swoistą pieprzność. Ta miała chłodzący, orzeźwiający charakter. Nasilała się i aż trochę gryzła za sprawą olejku miętowego. Przez myśl przemknął mi miętowy płyn do płukania ust (dokładniej niebieski Listerine) w nieco mniej ordynarnej wersji, po czym zaraz się trochę schował.

Słodycz nie czekała i także się odezwała. Ona z kolei znów poprzez ciepło, a dokładnie ciepły, palony karmel.

Goryczka trochę zdradzała swój niekakaowy, dziwny charakter, acz wcale nie był silny czy szczególnie oczywisty (myślę, że można by uwierzyć, że to takie nuty kakao). Po paru chwilach starał się ukryć właśnie w kakaowym motywie ziemi.

Ziemi i piernika? Przyszła mi do głowy czarna ziemia z nieco ciepłym motywem, ziemia adoptująca miętę w nieco ziołowy wątek, a piernik... kryjący soczystą cytrusowość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta częściowo przycichła, a w jej gryzącym efekcie pojawiła się... limonka? Limonka polała się nagle bardzo wyraźnie, acz kwaśność trzymała się niskiego poziomu.

Słodycz starała się nie mieszać do reszty, ale miarowo ewidentnie rosła. Osiągnęła średni, średnio-wysokawy poziom i trwała trochę na boku jako coraz łagodniejszy karmel, do którego czasem dolatywały landrynki-miętusy. Te miały nieco cukrowy charakter, mimo że były też aż lekko goryczkowate od olejku.

Soczysta, kwaskawa  limonka zaserwowała mi zarówno kwaskawy sok, jak i goryczkowatą skórkę.

Mięta starała się nadążyć za jej goryczką, ale średnio jej to wychodziło. O wiele łatwiej przyszło to ziemi i goryczkowatej niby korzenności. Nie była to jednak zwykła korzenność - chyba udało mi się rozpoznać macę, mieszkającą się z piernikowymi akcentami czekolady, ale jej dodatek nie był nachalny.

Słodycz wzrosła też właśnie poprzez tę korzenność, bardziej znów ciepło - tak kontrastowe do mięty! Ta chwilami wplatała też lekko wodniste echo, niczym woda z lodem i miętą. Na zasadzie kontrastu jednak, choć sama nie taka silna, podbiła ciepły wątek. Pomyślałam o korzennym palonym karmelu i karmelowym pierniku; pierniku przełożonym masą karmelową. Na końcówce zrobiło się nagle aż zaskakująco słodko.

W posmaku wyraźnie wyłoniła się goryczkowata, karykaturalnie korzenna maca (czuć, że to nie goryczka kakao; zwyczajnie korzenna też nie była). Otaczała ją kwaskawa limonka, trochę ciepła ziemia oraz olejek miętowy. Maca podkreśliła w mięcie cierpkość, goryczkę. Na jaw wyszła jej olejkowość. Mimo wszystko jednak i słodycz się pojawiła jako subtelny karmel. Olejek miętowy i maca trochę gryzły w język.

Tabliczka była dobra, ale dość specyficzna. Dziwna, lecz ciekawostkowo w pozytywnym sensie. Nie chciałabym jednak do takiej wracać. Miała bardzo nieoczywisty smak, w którym ziołowo-olejkowa mięta i goryczkowato-niby korzenna maca odgrywają główne role. Czekolada robiła za bazę mięcie i macy, mimo że wcale się nazbyt nie rządziły. Dały i jej dojść do głosu. Szkoda, że struktura była taka tłusto-wodnista - może miętowy chłód to poczucie wzmacniał?


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,28 zł (za 60g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, maca w proszku 2%, emulgator: lecytyna słonecznikowa; olejek eteryczny z mięty pieprzowej 0,03%

niedziela, 5 kwietnia 2026

Andante Biszkopty Ladyfingers

Mama uwielbia tiramisu, ale sklepowe z kiepskimi składami przestają jej odpowiadać. Choć nigdy nie próbowała, ma jakieś opory przed zrobieniem go, stąd słysząc już po raz kolejny, jak to chciałaby zjeść dobre włoskie tiramisu, zaczęłam przeglądać rozmaite przepisy i uznałam, że jej to tiramisu w końcu zrobię. Wszak likier likier Bartex Amaretto Diletto [18 LAT+] wciąż stał i czekał. Nie myślałam, że ta recenzja się tu pojawi, jednak dosłownie w ostatniej chwili, spontanicznie pomyślałam, że chyba jednak trzeba ich spróbować, by wiedzieć, jak słodzić resztę. Swoją drogą, marka ciekawie podaje skład - wszystko "na 100g produktu". Przygotowując recenzję do publikacji, z zaskoczeniem odkryłam, że stoi za nimi producent Góralków i Lusette.

Andante Biszkopty Ladyfingers to biszkopty typu ladyfingers (sponge fingers / savoiardi / boudoirs), produkowane przez I.D.C. Polonia S.A.

Biszkopty pachniały wyraziście, ale delikatnie najzwyklejszymi, słodkimi w prosty sposób biszkoptami. Nie do końca jednak okrągłymi, choć niewątpliwie był to zapach zwykłych: jajecznie-pszennych i o dziwo nie uderzających cukrem. Wydały mi się bardzo bazowe, podstawowe, a jednocześnie... już w zapachu delikatniejsze od okrągłych biszkoptów.

W dotyku biszkopty były suche i sypały się. Długie i grube ciastka wydały mi się jednak zaskakujące lekkie i jednocześnie konkretne. Łatwo je przełamać - nie wydawały dźwięku. Przy odgryzaniu kawałka zaś trafiałam na jakby pewną wewnętrzną miękkawość. Środek był właśnie jakby bardziej miękki niż sucha "skorupka", skórka na wierzchu. Ogólnie jednak i tak jawiły się jako w pewien sposób konkretne. Nie ciężkie, a konkretne.
W ustach biszkopty natychmiast miękły, zmieniając się w gęstą i w pewien sposób masywną papkę. Bardzo wklejały się w zęby. Rozpuszczały się szybko, przy czym suchość natychmiast odchodziła w zapomnienie.
Wydały mi się konkretniejsze, jednak nie twardsze - od przeciętnych okrągłych biszkoptów (za takie uważam np. biszkopty Delicpol dla Auchan).

Robiąc tiramisu, nasączałam je w kawie z likierem. Bardzo łatwo nasiąkały tą mieszanką, miękły i robiły się bardziej pulchne, ale nie rozpadały się. Uginały pod naciskiem, ale zachowywały swój kształt.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Wyraźna, średnio wysoka. Cukrowość o dziwo wcale nie szarżowała, a słodycz wpisała się w łagodny, zwyczajnie biszkoptowy klimat.

Czuć, że to biszkopty jajeczne i pszenne. Były łagodnie wypieczone i właśnie... ogólnie bardzo łagodne. Głównie za sprawą tego naprawdę bardzo delikatnego stopnia wypieczenia. Słodycz po chwili zaczęła jednak szybko rosnąć. Bardzo szybko, że po chwili zrobiło się za słodko. Słodycz zdominowała resztę, zbytnio się rządziła. Motyw łagodnych, wyważonych w kwestii jajeczności i pszenności, biszkoptów, wręcz biszkopcików pozostał w tle. Nie odnotowałam tam jednak żadnych innych nieprzyjemnych posmaków - wyszły niczym biszkopty ze zwykłej, naturalnej cukierenki.

Końcowo słodycz wyszła zbyt cukrowo, trochę nachalnie, ale w zasadzie jeszcze nie tak okrutnie cukrowo, jak można by się obawiać. Ogół do końca, mimo przesadzonej słodyczy, jawił się jako łagodniejszy, delikatniejszy od przeciętnych biszkoptów okrągłych (odnoszę się do np. biszkoptów Delicpol dla Auchan).

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się przesłodzona, ale nie było to drapanie cukru, a po prostu posmak za słodkich, jasnych jajecznych biszkoptów-biszkopcików.

To najzwyklejsze, słodkie biszkopty, które smakują właśnie tylko i aż biszkoptami. Charakteryzują się łagodniejszym, mniej wypieczonym smakiem, więc na pewno posmakują osobom, które nie lubią mocno wypieczonych ciastek. Ogólnie jawią się jako bardzo bazowe, wyjściowe, ale zdecydowanie przesłodzone. Dobrze, że po prostu cukrem, a nie syropem i aromatami. A strukturę miały dość masywną. Do jedzenia osobno chyba nieco zbyt sucho-masywną, jednak gdy pomyślę o tym, że to biszkopty do tiramisu, masywność tę widzę w pozytywnym świetle.

Do tiramisu się sprawdziły, acz musiałam trochę ostrożniej podejść do kwestii słodyczy ogółu. 

Mama kończyła biszkopty, które zostały z tiramisu i wydała taki osąd: "No, biszkopty same w sobie to obecnie nie moja bajka. Słodkie, za słodkie, a tak... faktycznie jakby takie delikatne, leciutko wypieczone. Strukturę za to mają bardzo masywną, konkretniejszą niż te zwykłe okrągłe. Wydaje się, że idealna do ciast, że lepiej się jako warstwa niż te okrągłe mogą sprawdzać. Do jedzenia osobno są jednak za suche, bez mleka nie przejdą".

Obie jednak przyznałyśmy, że odnosimy się do okrągłych biszkoptów ze wspomnień, dawno takich nie jadłyśmy (nawet biszkopty Delicpol dla Auchan recenzowałam przecież w 2020). Nie mamy też porównania z innymi długimi biszkoptami. Możliwe, że trafiłyśmy na konkretniejsze w strukturze i łagodniejsze w smaku. Kto wie, czy to norma, czy wiele zależy od konkretnego producenta etc.? Wiem jedno: ich neutralność, bazowość, czyniąca je uniwersalnymi, to niepodważalny plus. Pozwolę sobie trochę zaspoilerować, że niebawem miałyśmy się dowiedzieć...
Swoją drogą, na dopisek "without sugar topping" zwróciłam uwagę dopiero dodając zdjęcia do posta, po tym, jak poznałam........


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie (chyba)
cena: 8 zł (za 220g)
kaloryczność: 380 kcal / 100 g
czy znów kupię: ja nie; Mama do tiramisu może

Skład: na 100g: mąka pszenna 50g, jaja 47g, cukier 42g, sól 0,3g