piątek, 5 marca 2021

Zotter Squaring the Circle / Quadratur des Kreises 100 % ciemna

Ostatnimi czasy jakoś z dystansem patrzę na "zbyt wydziwiane czekolady". Nie lubię przesady ani robienia z dania / tabliczki śmietnika. Dziwne dodatki, ciekawe zestawienia - wszystko to wciąż odkrywać lubię, ale gdy są zrobione z głową. Na nową linię Zottera, czyli Squaring the Circle / Quadratur des Kreises patrzyłam trochę podejrzliwie. Kilka z niej wydało mi się fajnych, kilka nie w moim guście, ale wszystkie na pewno były ciekawe. O ile wegańską owocowo-kokosowa tabliczkę słodzoną cukrem daktylowym od razu uznałam za nie dla mnie, tak po setkę chętnie sięgnęłam. Wszystkie Zottera były wyjątkowe, charakterystyczne i każda z nich zachwycająca zupełnie czymś innym: a to szatańską mocą (Labooko Peru 100 %), a to harmonią i łagodnością (Ecuador 100 %), a to połączeniem mocy i harmonii (Madagascar 100%). Blend bardzo mnie ciekawił. A jednocześnie jakoś nie kręcił mnie (hue hue) wygląd - czekolada dla niezdecydowanych? Kwadratowa tabliczka, okrąg-dysk?

Zotter Squaring the Circle / Quadratur des Kreises 100 % Dunkle Schoko ohne Zuckerzugabe Vegan to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam kwaśny zapach cytryn oraz nabiału: maślanki i kefiru zmieszany z czymś wręcz... mniej spożywczym jak asfalt... asfalt rozlany na ziemi... Było to też dość gorzko-palone, prażone. Doszukałam się sugestii migdałów / orzechów. Między cytrynami i asfaltem, wręcz dymem z czasem zawiązała się współpraca, której owocem były porzeczki i wiśnie. Kwasowość niewątpliwie była soczysta i z wpisaną w nią słodyczą.

Gładka w dotyku tabliczka pięknie trzaskała przy łamaniu. Z racji grubości i zwartości cechowała ją twardość. Przekrój miała tak gładki, że aż telefon kłopotał się ze złapaniem ostrości.
W ustach kęs nie wyzbył się jej. Początkowo twardo-zbity, rozpływał się powoli, leniwie, ale nie opornie. Miękł, giął się, zostawiając tłusto-smoliste smugi na podniebieniu i chwilami trochę, dziwnie sucho zalepiając. Formę jednak zachowywał niemal do końca. Mimo chwilami nawet pewnej soczystości, upodabniania się do zakalcowej ciastowej masy, czekolada zdawała się ciężka.

Początkowo czekolada wydawała się niemal neutralna smakowo, w czym splotły się delikatne orzechy i tłusty nabiał. Mieszały się, muskały niepewnie goryczkę w tle, aż nagle uderzył kwasek.

Ściągający kwasek należał do nabiału. Pomyślałam o maślance, kefirze i śmietance, zaraz niemal skwaśniałym twarogowym serniku. Sernik utemperował kwaśność, przywołał słodycz, pomyślałam więc też o... jakimś serku z serwatką? Był to kwaskawy sernik na słodko-neutralnawym spodzie.

Jednocześnie zwrócił on uwagę na paloność całości. Mniej więcej w połowie oczami wyobraźni zobaczyłam sernik wilgotny, a jednak z poprzypalane brzegami... Dym zaczął zasłaniać sernik, z czego został ściągający efekt. Zadebiutował gorzko-asfaltowy motyw, zdecydowanie mniej spożywczy. Był ciężki, kojarzący się ze skałą, minerałami... Pomyślałam o posmaku wody mocno, aż za mocno mineralizowanej. Zdawało się, że gorący asfalt zacznie przytłaczać, ale po pewnym czasie... znów złagodniał.

Spód... a więc nuta łagodząca, był maślano-zakalcowy. Bardzo zakalcowy, trochę mączny i... no, surowe ciasto. Też trochę wręcz mleczny, przesiąknięty kwasowością nabiału. Wraz z cały czas pobrzmiewającym ściągającym kwaskiem z dymu znów wyłonił się opisywany sernik. Teraz okazało się, że był to sernik wiśniowy.

Poczułam wiśnie, mieszające się z asfaltem i ziemistymi nutami. Otworzyły drogę czerwonym porzeczkom, toteż końcówka zrobiła się kwaśno-słodka za sprawą owoców. Wróciły cytrusy, już nie jednoznacznie cytrynowe, a trochę goryczkowate, nieokreślone. Goryczkę podkreślały wyraźniejsze orzechy. Orzechy i migdały... zmieszane z surowym ciastem, mineralizowanym asfaltem i prażone, nasiąknięte dymem.

W posmaku pozostał owocowo-asfaltowy (głównie znów cytrynowy) kwasek, mineralizowana, asfaltowo-orzechowa gorzkość oraz nabiał: od mleka przez sernik po podbuzowane kefiry / maślanki. Silne było też poczucie ściągnięcia i cierpkości jak po nabiale.

Całość bardzo przypadła mi do gustu. Kocham wodę mineralną (Nałęczowiankę), acz takiej zbyt mocno nie cierpię, a tutaj była ta nuta "mineralizowanego asfaltu" (jak ją nazwałam), mieszała się z paloną ciężkością, ale... została jakby wyniesiona do iluzorycznej lekkości poprzez sporo nut nabiału, serniko-zakalca i owoce (cytryny oraz czerwone). Wysoce kwaśna, a jednak chwilami niemal neutralna. Gorzkawa... i bardzo dynamiczna. Czekolada wyszła dynamiczna, a jednak spójna - jak dobra powieść, której kilka wątków dobrze się łączy. Trochę przeszkadzało mi mocne ściąganie, ale że ogólnie struktura wyszła przystępnie jak na setkę, nie mam jej nic do zarzucenia.


 ocena: 9/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70g)
kaloryczność: 617 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa

czwartek, 4 marca 2021

Cocoloco Chocolates Peanut Butter & Sea Salt 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z fistaszkami i solą morską

Trudno jest mi znaleźć coś w wariancie "masło orzechowe" by w pełni mnie satysfakcjonowało. Zawsze czuję niedosyt masła orzechowego. Wprawdzie Terravicie Peanut Butter udało się mnie zachwycić, ale przy nastawieniu się na plebejskość. Z czekolad z wyższej półki wprawdzie Zoter Peanut Butter and Banana był pyszny, ale z kolei nie był esencją masła orzechowego, a połączeniem. Z takich jednak nie sposób nie myśleć o Vosges Peanut Butter Bonbon. Na stronie sklepu Chocoloco, gdy tylko zobaczyłam dzisiaj przedstawianą, wiedziałam, że muszę ją mieć. Niestety, po kilku nadziewanych bałam się, co zobaczę w środku, a i lato się zbliżało, więc stety niestety musiałam wziąć się za nią dość szybko. Kupując, byłam pewna, że to nadziewana. Rozpakowując paczkę również, ale gdy doszło do przepisywania składu i przed degustacją... straciłam pewność siebie.

Cocoloco Chocolates Peanut Butter & Sea Salt 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5% kakao z Wenezueli z orzeszkami ziemnymi i solą morską (stylizowana na masło orzechowe?).

Otworzywszy sreberko, zostałam uderzona mocnym zapachem mlecznej czekolady i prażonych fistaszków, które zmieszane z niemal cukrowo-karmelową słodyczą jednoznacznie skojarzyły się ze Snickersem (choć mniej intensywnym). Łączyła je maślaność i subtelna słonawość. Miało to też nieco naturalny, wiejsko-siankowy klimat.

Tabliczka nieco tylko pykała. Kruszyła się i jakby wykazywała chęć bycia miękką, ale zachowując polewową twardawość. Ukazała przekrój, w którym widać kilka drobnych orzeszków ziemnych oraz ich małych kawałków. To po prostu orzeszki wtopione w czekoladę, żadnego nadzienia. Szkoda.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto-kremowo, w umiarkowanym tempie. Wydała mi się lekko polewowa, gładka i wręcz śliska. Odsłaniała chrupiące, nietwarde orzeszki pozbawione skórek. Musieli podprażyć je delikatnie, bo zachowały też pewną soczystą świeżość. Im nie mam nic do zarzucenia. Także ich ilość wydała mi się odpowiednia jak na czekoladę z orzechami - nie za mało, nie za dużo. Okazało się, że kawałków dodano nawet więcej, niż całych. Stanowiły jakiś przerywnik od tłustości, choć ja i tak zostawiałam je na koniec. Sól raczej nie występowała osobno, a idealnie wymieszana z masą. A jak już, to w postaci integralnych drobinek.

W smaku czekolada od pierwszego kęsa przytłoczyła mnie cukrową słodyczą. Zaraz otoczyło ją jednak masło oraz sporo mleka. Przywitała mnie lekka słonawość, podkreślająca ogólną maślaność. Pomyślałam o naturalnym toffi-karmelu. Miało to wiejski, swojski klimat i trochę naturalnie orzechowych zapędów, które rozkręcały się z każdą sekundą. Czekolada sama w sobie przesiąkła orzeszkami ziemnymi, ale smakiem wiodącym była słodycz. To jednak nie stanęło na drodze myśleniu o Snickersie (wręcz przeciwnie). Do cukrowości dołączyła wanilia i razem zaczęło to drapać w gardle.

Po paru chwilach wysoka fistaszkowość czekolady wyraźnie podbita została smakiem dodatków. Nie musiałam ich rozgryzać, by poczuć prażone i intensywne orzeszki. Słonawość świetnie je podkreślała, a maślano-cukrowa czekolada oplotła je, że myśli o czekoladowej wersji Snickersa nie sposób się wyzbyć. Takiego dobrej jakości, maślanego i dość słonego.
Ciumkane i rozgryzane bliżej końca oczywiście zaserwowały pełnię swemu smaku. Mieszając się z maślanością i mlekiem z otoczenia rzeczywiście zaraz odbiły w kierunku masła orzechowego, ale bardzo, bardzo skojarzeniowo.

Sztuki porozgryzane na koniec oczywiście przejmowały dowodzenie, zerowały zasłodzenie i przygłuszały sól.

Po zjedzeniu i tak czułam przecukrzenie, mimo szczypty soli i mocnego posmaku fistaszków. Podobnie z maślanością, także tłustą konsystencją - mimo że podczas jedzenia orzeszki ziemne odciągały od tego uwagę.

Całość wyszła całkiem w porządku, jak na zwykłą mleczną czekoladę z orzeszkami. Przecukrzona, a jednak smakująca całkiem zacnie. Orzeszki fajne, bo nie karmelizowane, nieprzeprażone, ale też nie jakieś wyjątkowe. Z solą trafili. Co jednak z tego wszystkiego, jak koło masła orzechowego to nie stało? Robiąc czekoladę PB nie wpadłabym, by po prostu dodać orzeszki. A tak... mam wrażenie, że gdybym kupiła fistaszkową czekoladę no-name, efekt mógłby być podobny. Zasłodzona czułam się bowiem już po dwóch kostkach, a po pasku jakoś nie miałam ochoty na więcej. W sumie takiej nawet w góry bym nie wzięła, bo kac cukrowo-solny murowany. Oddałam Mamie.
Może i snickersowy motyw wyróżniał ją nieco ponad przeciętność, ale z kolei to, że miało być masło orzechowe, nie pozwala mi jej chwalić za takie rzeczy. Szczerze? Czuję się oszukana. Myślałam, że "całe prażone fistaszki" w składzie to np. że zostały całe uprażone i np. zmielona na masło orzechowe, a nie że np. nie prażyli wcale, wyprażyli już zmielone albo np. prażyli kawałki (chyba jest różnica, w jakiej formie się praży?). Poza tym... napisali, że całe, a kawałków było nawet więcej niż całych.
Niestety, od momentu, w którym Mama zjadła swoją część do tego, w którym zapytałam o opinię, zdążyła... ją trochę zapomnieć: "Już mało co pamiętam, ale chyba niezbyt mnie zachwyciła. Taka ot, zwyczajna".


ocena: 5/10
cena: 5 £
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), 32 % całe prażone orzeszki ziemne, różowa sól morska himalajska

środa, 3 marca 2021

Auchan Dark Sea Salt ciemna 47 % z solą morską

"Zastanów się, czego właściwie chcesz" - parę razy Mama podsumowała moje narzekanie na czekolady. Czego chcę? Dobre pytanie. Połączenie czekolady i soli kiedyś wydawało mi się kontrowersyjne i pociągające, a teraz? Sama nie wiem. Dobrze zrobiony taki duet potrafi zwalić z nóg, ale gdy nagle miałabym pozostać z kulą soli w ustach lub rozgryźć kawałek zupełnie się go nie spodziewają, czuję strach. Nie używam soli, nie lubię słonego smaku, chyba że troszeczkę tam, gdzie naprawdę pasuje. Czy pasuje do czekolady? Za dużo oczywiście nie, jak dodatku z kolei ma być tak mało, by nie dało się go wyczuć, to też bez sensu. Ale "w punkt"? Owszem. Przed każdą tabliczką z solą zostawałam jednak z pytaniem, czy moje "w punkt" pokryje się z "punktem" producenta. Miałam nadzieję, że "chrupiąca struktura"*, o której napisano wewnątrz opakowania nie odnosiła się do dodatku...
*Dokładniej: "Chrupiąca tekstura z nutą soli, która wzmacnia tę intensywną czekoladę."

Auchan Dark Sea Salt to ciemna czekolada o zawartości 47 % kakao z solą morską; wyprodukowana we Francji marki własnej.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam słodycz, cierpkość kakao i paloność, układające się w motyw ciasta piernik z cierpką, kakawowo-czekoladową polewą. Takiego soczystego, miękkiego i wręcz mokrego, z likierowo-truflowym wątkiem. Soczystość napędzały osadzone w palonej bazie powidła. Piernik był palony, nieco kawowy... Sól niepewnie zaznaczyła swoją obecność (albo jedynie chęć uczestnictwa?).

Na dotyk tabliczka wydała mi się dość tłusta, ale twardawa. Nie jednak twarda, co poniekąd trudno aż tak oszacować z całą pewnością, bo do mnie trafiła połamana. Trochę pykała, wydając się przy tym kruchawą, jak niektóre mleczne.
W ustach rozpływała się łatwo, w tempie umiarkowanym. Cechowała ją mazista gęstawość i kremowość. Aż kojarzyła się trochę z mlecznymi. Miękła w dość śmietankowo-maślany sposób, ale tłustością nie przytłaczała dzięki trzeszcząco-pylistemu efektowi.
Sól dodano przystępnie, w dużej mierze ją roztopiono i wmieszano, zostawiając parę kryształków, które także się rozpuszczały; choć pojedyncze drobinki (w tym jedna-dwie dość spore) zdarzyło mi się chrupnąć (oho, obiecana "chrupiąca struktura"? nie no, żartuję; na całą tabliczkę nie było tego dużo). Mogliby dopilnować, by lepiej sól zmielono, ale taka jaka wystąpiła, mnie nie odrzucała.

W smaku w pierwszej sekundzie to słodycz dominowała. Należała do cukru pudru - czyżby zamiast polewy to on znalazł się na pierniku? Cukru... palonego? Robiło się trochę cierpkawo-gorzkawo, ale łagodnie.

Słodycz była przesadzona, acz wpełza w truflowo-piernikowe klimaty. Paloność tego wilgotnego ciasta przywołała odrobinkę kawy. Piernik zrobił się gorzkawy, mocno czekoladowy i tłusty. Przez chwilę jakby mignęła mi nuta kwaskawo-gorzkich nibsów, jednak potem rozlała się kawa. Kawa niesiekiera... do której wlano sporo śmietanki. Poczułam śmietankowo-mlecznawy wątek, a zaraz za nim maślaność. Ostatnia zaczęła przejmować funkcję bazy. Aż trudno uwierzyć, że nie jest to czekolada śmietankowa.

W oddali pobrzmiewało palono-soczyste echo. Kompozycja zrobiła się tłusto-soczysta niczym wilgotne, kakaowe ciasto... Truflowe i zasłodzone do bólu, może z warstwą... słodkich powideł z zaznaczonym kwaskiem? Odlegle śliwkowy element wtapiał się w słodką czekoladowość.

Tę słodycz drapiącą w gardle raz po raz przecinała sól. Słoność chwilami czułam naprawdę wyraźnie, ale przy tym smaku wyszło to całkiem w porządku. Wcale nie odstawała, a wtapiała się w soczystość, sugerując nibykwaskawość. Poniekąd kawowa, poniekąd bardziej owocowa wnosiła rześkie tchnienie, ale nie konkretny smak. Jak i sól, wtapiała się w otoczenie.

A to było słodkie i bardzo-bardzo czekoladowe. Pod koniec wróciła myśl o pierniku z polewą kakaową, bo także cierpkość kakaowo-kawowa nieco wzrosła.

Cierpkość wraz z pylistym efektem kakao została w ustach jako posmak truflowo-palony, kawowo-piernikowy, zaraz obok soczystości wilgotnego ciacha i silnego ogólnego przesłodzenia. Wydawało mi się truflowo-cukrowe, minimalnie palone, ale wpisane w resztę. Zasolenia nie czułam, ale pamięć o soli została. Załodzenie z kolei czułam całkiem fizycznie, jako drapanie w gardle i przyspieszone bicie serca.

Całość uważam za dobrą, lepszą od Lindta Excellence Sea Salt, bo wyraźnie słoną i to w lepszym kontekście, ale niestety także przesłodzoną. Wątpię, by obecnie tamten Lindt dostał 7. Nie odpowiadała mi ta miękkość, ale da się znieść. Przynajmniej strasznie tłusta nie była, mimo że maślana dosłownie na granicy mojego "do zniesienia". Soczystość wilgotnego ciasta z kolei wyszła bardzo pozytywnie i znalazła nawet jakiś oddźwięk w strukturze. Tym samym, wyszła jako krzyżówka ulepkowatego LindtaJ.D. Gross Amazonas 60 % (plus sól), pozostając w tyle za pyszną Gross Ekwador 56 % z Solą Morską.
Cóż... producent nie kłamał - twór intensywnie cukrowy, potrafiący chrupnąć od soli.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, sól morska 0,5%, naturalny aromat waniliowy

wtorek, 2 marca 2021

lody Mucci Nut Loves Choco

Na te lody łypałam już rok wcześniej. Z jednej strony podejrzliwie, z drugiej... kusiły. Połączenie smakowe wydawało się atrakcyjne, a lody z tej serii ogólnie mi smakowały. Z drugiej strony uważałam, że skład mógłby być lepszy i... jednak bałam się, jak ten orzech laskowy wyjdzie. Nie lubię smaku sztucznych orzechów, a sztuczności w lodach i różnych kakaowych sosów w nich, po Bailey's (Coffee Delight, Chocolate Secret) bardzo, bardzo się bałam. Koniec końców jednak uznałam, że lody są na tyle namieszano-wariackie, że spróbuję. Choćby żeby mnie nie dręczyły za rok, jak znowu w sklepach zaczną się pojawiać lody, a ja zacznę chomikowanie na "moje pory" (przypominam, że przypada to na chłodne dni letnie, wiosnę i jesień; latem jakoś lody mi nie podchodzą, bo za duży kontrast temperatur, a na te jestem czuła).

Mucci Nut Loves Choco to "lody o smaku orzecha laskowego i o smaku czekoladowym z orzechowo-kakaowym kremem-sosem w formie korka-rdzenia 12 % i z kawałkami polewy kakaowej 4 %" (w oryginale jest "orzechowo-nugatowym rdzeniem z sosu"); marki własnej Aldiego.
Zawartość pudła to 500ml / 426g.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie poczułam intensywny zapach czekolady, kakao i orzechów laskowych o wyraźnej, ale zaskakująco niskiej słodyczy. Bardzo dosadnie zaznaczyła się także mleczność bazy, jednak tylko minimalnie ingerowała w kakaową czekoladowość, która miała bardziej wytrawny charakter.

Masa całościowo była twardawa. Lody topiły się powoli i kremowo, a mimo że gęste, wyszły lekko i błogo puszyście. Wydawały się mleczne, mleczno-śmietankowe i nieciężkie, co bardzo mi odpowiadało. Część kakaowa była nieco rzadsza, ale ogółem dobrze do siebie pasowały. Gęstsze orzechowe cechowała lekka pudrowość. Wydaje mi się, że smaki rozłożyli po równo, ale przez strukturę i to, że orzechowe topiły się nieco wolniej, wydawało się że ilościowo dominowały.
W środku przez całe pudło dodano rdzeń, nazwany "sosem", ale to raczej masa, przypominająca... właściwie nie wiem co. Była tłustawa i mięknąca jak jakiś krem-smarowidło typu Nutella. Przez proszkowość aż trzeszczał. Początkowo z racji zamrożenia było to bardzo twarde, ale z czasem zacnie rozpływało się. W ustach zalepiało zupełnie. Aż trochę przytykało. Problem w tym, że zachowywało małą spójność z masą lodową. Lody się topiły powoli, ale i tak jednak zanim rdzeń odtajał, swoje trwało. Ogólnie było tego dużo, choć... to dość nierówny rdzeń (miał kształt łezki).
Co więcej, w masę czekoladową dodano "kawałki polewy kakaowej", a dokładniej blaszki: małe i trochę średniej wielkości. Według mnie za dużo, bo przesadnie najeżyły masę, ale same w sobie zaskoczyły mnie pozytywnie. Umiejętnie udawały czekoladę. Wprawdzie dość tłustą i zakrawającą o ulepek, ale nie miały w sobie nic z kamienia czy plastiku (może troszeczkę początkowo - ja jednak czekałam, aż "dojdą" - nie jadłam zimnych). Rozpływały się gładko i maziście, nawet nieco kremowo.

W smaku wyraźnie czuć mleczno-śmietankową bazę, co łączyło obie części. Przyznać muszę, że zachwyciła mnie głębia tego smaku (bez cienia rozwodnienia czy tłuszczowości).
Ciemna była lekko gorzkawa, mało słodka, dzięki czemu leciutko wręcz wytrawnie kakaowa, ale jednocześnie znacząco mleczna. Chwilami sugerowała ciemną mleczną czekoladę lub właśnie kakao zrobione na mleku, bo po prostu było cały czas wyczuwalne.

Część orzechowa to podkreśliła. Miała bowiem smak łagodniejszy, ale również jednoznaczny. Orzech laskowy wyszedł mlecznie-nugatowo, niemal dziecięco łagodnie. Tu słodycz była już wyższa (mimo to nie przesadzona, zwłaszcza gdy patrzy się na całość). W tle doszukałam się echa aromatu, ale zupełnie nie przeszkadzał, ponieważ przeważały naturalne laskowce. Kontrastowo do dodatków, po zjedzeniu większej ilości słodycz tej części zaczęła mi trochę odstawać.

Smak kakaowej połowy podbiły wyraziste kawałki. Serwowały gorzkość, z czasem troszeczkę łagodzoną przez słodycz. To... pełnia smaku bardzo słodkiej ciemnej czekolady! Pod koniec przychodziła cierpkość, rozkręcała kakao samo w sobie w lodach.

Rdzeń z kolei przecinał sobie drogę napastliwie orzechowym, aż sztucznie-metalicznym smakiem, do którego dokładał kakao. Dopiero z czasem zaskakiwała słodycz. Okazała się dość wysoka i wpisana w sztuczność. Doszukałam się także tłuszczowego posmaku, jednak tonął w otoczeniu. Rdzenio-sos kojarzył się z wytrawnym, cierpkawym kremem-smarowidłem kakaowo-orzechowym i trochę... z deserem Muller de Luxe orzechowym. Łączył obie części masy lodowej, ale po zjedzeniu jego większej ilości same w sobie wydawały mi się nieco mdławe. Przez niego z czasem nad naturalnie-nugatowym orzechem dominował sztuczny. To jednak aż tak bardzo nie przeszkadzało, gdy zagarniałam kolejno wszystkiego po trochu i różnie sobie te części łączyłam. Rdzeń całkiem dobrze szedł z ciemną częścią, bo ta w nim rozkręcała kakao, a to też osłabiało sztuczność laskowców.

Po zjedzeniu została cierpkawość kakao i posmak orzechów laskowych zarówno metalicznie-chemicznych, jak i naturalnawych. Było mlecznie i ogółem o dziwo całkiem w porządku, mimo sztuczności. Przez nią czułam się trochę, jakbym zjadła jakiś smarowidłowy krem kakaowo-orzechowy. Niestety to ona utrzymywała się najdłużej.

Całość była w porządku. Zacna baza lodowa pochwalić się może niską słodyczą i naturalnymi smakami, kakaowo-czekoladowa właśnie taka była, a kawałki w niej zatopione wyszły - jak na takie w lodach - zacnie. Rdzeń... to chyba największa atrakcja, a wyszedł najgorzej. Utwierdziłam się w przekonaniu, że lody z czymś takim są nie w moim typie. Ten w dodatku miał kiepski smak: zbyt sztuczny.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 7,50 zł (promocja; za 500ml)
kaloryczność: 238 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone, śmietanka 27%, cukier, syrop glukozowy, miazga z orzechów laskowych 5%, syrop glukozowo-fruktozowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 4%, tłuszcz kokosowy, preparat serwatkowy, żółtka jaj, mleko zagęszczone, emulgatory mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyny, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar, karagen), tłuszcz kakaowy, sól, aromaty

poniedziałek, 1 marca 2021

Auchan Milk Praline Mousse mleczna z musem pralinowym

Jako że koniec końców Auchan Dark Chocolate Mousse uznałam za zjadliwą i nawet wciągającą, gdy zobaczyłam w Auchanie nowości, zaczęłam się zastanawiać, czy zaryzykować i kupić. Parę razy przekonałam się bowiem, że smaki, które z założenia mają być zasładzające (np. Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat) w swym zasłodzeniu i nawet średniej jakości potrafią być naprawdę smaczne, w momencie gdy w ich ciemnych odpowiednikach (Moser Roth Chocolat Delice Praline Edel Zartbitter) wady się nie ukrywają. Na moje nieszczęście przypomniały mi się wszystkie właśnie mleczne czekolady z mousse'ami (J.D.Gross Mousse au Lait Creme Brulee, Gross Almond & Cinnamon, Ritter Sport Erdbeer-Mousse) i gdy tylko usłyszałam ("a bierz, i tak ja dziś płacę") od taty, z którym akurat w Auchanie byłam, wiedziałam, że mogę ryzykować śmiało. Tylko że... jakoś wypadło mi z głowy, że przy Gross Praline powiedziałam sobie, że już żadnych więcej mlecznych pralinowych, bo po prostu mnie nie cieszą (nudzą), mimo że nie mam im nic do zarzucenia. W sklepach jednak dziwnych faktem nagle na wszystko mam ochotę. Tylko już w domu nie. W domu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka: skład i wartości na opakowaniu były zupełnie inne, niż na przyklejonej na to karteczce z tłumaczeniem (które to takie samo jest na stronie Auchan).

Auchan Milk Praline Mousse to mleczna czekolada mleczna o zawartości 28 % kakao nadziewana mlecznym mousse'em z mlecznej czekolady i orzechów laskowych.

Rozrywając sreberko poczułam bezkresną mleczność i orzechy laskowe, podrasowane cukrową słodyczą zabarwioną dziecięcymi, waniliowo-maślanymi nutami. Kryło się w tym coś nieco tanio-tłuszczowego, jak z kremów-smarowideł. Odebrałam to jako niskobudżetowe, ale całkiem w porządku.

Tabliczka na dotyk wydawała się konkretna, mimo że tłustawa. Nie była miękka, ale zdradzała, że prędko zmięknie. Wykazywała drobną kruchość z racji grubej warstwy czekolady. Nadzienia jednak nie pożałowano i np. przy wgryzaniu się, czekolada się wgniatała. Mousse był bowiem... mousse'em. Nabąbelkowanym, spulchnionym jak tłusto-miękka bita śmietanka, która nieco się mazia i lepi. Przy jedzeniu rozwalało się to trochę, ale ogólnie było konsekwentne w miękkości.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, zalepiając gęsto i tłusto. Była kremowa, nieco aksamitna i lekko proszkowa, a z czasem wygładzająca się. To stanowiło spójne przejście do tłustego nadzienia.
Wnętrze okazało się bardzo tłuste; gęstawe jednak w sposób śmietankowy, a więc nie aż takie ciężkie. Maziało się i zalepiało, upuszczało lekką oleistość i było... mousse'em, bitą śmietanką zamkniętą w tabliczce, choć taką... gęstą dosyć i mocno pyliście trzeszczącą. Przez to kojarzyła się trochę z  miękkim smarowidłem. Trzeszczała za sprawą kakao i jakby orzechowego pudru, przy czym raz po raz zdarzyło mi się trafić na drobinkę orzecha. Dało to genialny efekt przełamujący tłustość. Nadzienie znikało szybciej od wierzchu, ale ten zdążył już na dobre zmięknąć.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem, po czym trochę zaleciała wanilią. Po tej popłynęła mleczna fala. Mimo cukrowości drapiącej w gardle, wyszła uroczo i dość głęboko. Oczywiście jednak ani cienia kakao w niej nie znalazłam. Odnotowałam za to orzechowe echo.

Nadzienie kontynuowało bezkresną mleczność i cukrowość. Dołożyło śmietankę, czekoladkowość i... Właśnie w tej czekoladkowości nagle pojawiły się orzechy, podkreślone drobną gorzkawością. Pomyślałam o orzechowej bitej śmietance.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nadzienie pokazało się z zasłodzonej, nugatowo-czekoladowej strony, znów z leciutką goryczką i cierpkością. Wydało mi się zaskakująco naturalnie orzechowe. Orzechy laskowe i mleczna czekolada splotły się, a przez akcent oleju, jednoznacznie skojarzyły się z kremem do smarowania typu Nutella. Była w tym nuta obleśności, jednak... tak obudowana w gruncie rzeczy przyjemnymi akcentami, że jakby uzasadniona.

Potem czekolada zawróciła smak na właśnie... czekoladowy, tak mleczny, że aż dziecięco czekoladkowo-smarowidłowy tor. Drapanie w gardle było straszliwe, ale wątek laskowoorzechowej czekolady uprzyjemnił to. Do głowy przyszły mi czekolady typu gianduja, a więc trochę liche w czekoladowość, a bogate w cukier i orzechy.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie oraz posmak orzechów, mleka i wanilii. Był to posmak kremu-smarowidła dla dzieci. Także ze specyficznym oleistym efektem na ustach.

Całość wyszła... wciągająco w swej obleśności. Po pewnym czasie mnie to wprawdzie męczyło z racji słodyczy i formy, ale nigdy bym nie nazwała tej czekolady nudną. Mało tego! Jeśli komuś niestraszne przesłodzenie, mogę ją polecić!
Na pewno lepsza od Lindta Lindor Hazelnut, gorsza (bo bardziej tanio-smarowidłowa i sama czekolada gorsza) od Grossa Mousse Orzechy laskowe, a gdy wziąć po uwagę czekoladkowe Grossy Milk Nougat i Praline - to jakby ich połączenie). Jednocześnie wyszła bardziej harmonijnie, konsekwentnie od Auchan Dark Chocolate Mousse. Mimo ocen, jakbym już miała którąś kupić ponownie, byłaby to właśnie ciemna. Bardziej podobał mi się jej wydźwięk, mimo taniości. Tu napominam się, że oceniam jednak mleczną z mousse'em pralinowym, a że po prostu wolę wszystko, co bardziej kakaowe to nie samych produktów wina (bo są, czym są).
7 kostek zdecydowanie mi wystarczyło. To całkiem miłe zasłodzenie, ale jako jednorazowy romans, nie do powtórki, bo za nudny i słodko-męczący pod koniec. Mama z uśmiechem oznajmiła, że: "rzeczywiście ten środek strasznie fajny, taki... inny! Dziwny, niespotykany raczej. Orzechowy, ale i jak czekolada taki... ten mus chyba, tak?".


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,49 zł (za 160 g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy. miazga kakaowa, mleko w proszku odtłuszczone, olej palmowy, miazga z orzechów laskowych, bezwodny tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, laktoza,lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 28 lutego 2021

A. Morin Costa Rica Quetzal Noir 70 % ciemna z Kostaryki

Morin zdecydowanie jest jedną z moich ulubionych marek, a już na pewno taką, do której mam przeogromny sentyment. Co więcej, podoba mi się, że cały czas eksperymentują z nowymi regionami kakao oraz ulepszają swoje czekolady. W ich przypadku zmian nie postrzegam jako złe, acz na początku żal było mi dawnych opakowań. Obecnie jednak, gdy zdecydowanie spadła mi tolerancja na słodycz, zmianę cukru białego na trzcinowy uważam za najlepsze, co mogli zrobić! Postanowiłam więc zaopatrzyć się w czekolady, które mieli od dawna, ale nieco zmienili składy. Mogłam to wreszcie zrobić, bo asortyment już całkiem nieźle poznałam (a zawsze robię tak, że powroty to dopiero jak poznam interesującą mnie resztę). Zaczęłam od Kostaryki... sama nie wiem dlaczego. Bo to dość rzadki region? Bo data? Bo stara wersja miała dziwną strukturę i dziwny wydźwięk (ten akurat końcowo uznałam za dziwny-smakowity)? Zapraszam do przeczytania recenzji Morin Costa Rica noir 70 % z 2015.
Szukając za to co to "Quetzal" (obstawiałam region) w Google odkryłam coś pięknego - ptaka z Kostaryki: kwezal herbowy.

A.Morin Costa Rica Quetzal Noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kostaryki. 

Gdy tylko rozerwałam sreberko, uniósł się nad nią soczysty zapach żywych drzew i pomarańczy, podkreślonych lekką goryczką skórek oraz słodkich, świeżych i w pełni dojrzałych żółtych owoców: śliwek, mango i moreli. Z czasem do głowy przyszła mi również cierpkawa, słodko-kwaśna miechunka, choć ogólnie kompozycja była dość słodka i szlachetna. Wyrazista, wytrawna baza nie była wprawdzie siekierą, ale miała w sobie pewien wilgotny mrok. Reprezentowała go ziemia i grzybowo-truflowe nuty, podkreślone cierpkością i nawet ostrością. Kryły się tam orzechy wręcz gnilne, a te z kolei... uprzyjemniały, łącząc z owocami, drzewa i fistaszki. Mocno, acz nie za mocno, podprażone i zmieszane z ciągnącym, solidnie palonym karmelem.

Twarda tabliczka trzaskała głośno; łamiąc czy robiąc kęsa odebrałam ją jako nieco kruchą, mimo że zarazem kremową.
W ustach potwierdziła się jej kremowość, ale tylko do pewnego stopnia. Gęsty, zbity kawałek nieco miękł, upuszczając z siebie soczyście-tłuste fale. Bazowo był jednak aż szorstki. Przypominało to mazisty, grudkowaty sernik z lejącym i scukrzonym karmelem lub miodem (również krystalizującym się) i oprószony kakaowym pyłkiem. Z czasem się wygładzał, jakby "warstwy" mieszały się i rozpływały. Mimo że za szorstkością stało kakao (taką lubię) w tym przypadku wyszło to cukrowo, niestety (a na pewno były to drobinki kakao - sprawdziłam, wyjmując z ust).

W smaku od pierwszych sekund po ustach rozchodziła się słodycz owoców z mandarynkami i mango na czele. Szybko okazało się, iż podąża dwutorowo.

Z owoców popłynęła wysoka, słodka soczystość. Dojrzałe mandarynki zaczęły mieszać się z charakterniejszymi pomarańczami, goryczką ich skórek i... leciutkim kwaskiem, który skojarzył mi się z jabłkami. Pojawiła się cierpkawość, a ja pomyślałam o miechunce (physalis) i całym egzotycznym miksie żółtych owoców. Cały czas podkręcały wilgoć, soczystość, ale nie walczyły o pierwszy plan.

Z drugiej strony wysoka słodycz zdecydowała się na karmel. Karmel mocno palono-pieczony... Który wmieszał się w coś niemal mlecznego (maślanego?). Oczami wyobraźni zobaczyłam sernik. Nie jakiś pierwszy lepszy jednak, a np. śmietankowo-twarogowo-fistaszkowy? Trochę na wegańską nutę? Orzechowe tony były w nim wyraźne, ale trudne do sprecyzowania, na pewno przyprawiono go jakoś szlachetnie... Miodem i wanilią?

Przypraw w tym wszystkim nie brak. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa miód i wanilia zaczęły mieszać się z jakimiś cieplejszymi... albo to sam miód tak się rozwinął. Pieczoność sernika zaś stworzyła bazę jako ciastowo-truflowy smak. Rozwinęła się wtedy też gorzkość. Po ustach rozeszła się charakterna ziemistość. Była głęboka, lekko ostrawa i... trochę jak krem / mousse kakaowo-czekoladowy z grzybowymi zapędami, a trochę niczym wilgotny, goryczkowaty spód do ciasta / sernika.
Oczami wyobraźni widziałam też nasączoną, czekoladowo-ciastową truflę. Przyprawy zrobiły się dość ostre i przywołały alkoholowe cukierki typu trufle oraz jakieś beczki z alkoholami. Konsystencja zaś dopominała się o scukrzony karmel i miód - wręcz przypalone. Myśli o opalanych beczkach na alkohol, które stały w chłodnej piwnicy cały czas krążyły mi po głowie.

Owoce, które na debiut powyższych oddaliły się, wróciły później, łącząc się z sernikiem i jego gorzkawo-mroczną stroną. Okazało się, że pełno w nim soczystych śliwek i moreli. Takich farfoclowatych, ale jędrnych i świeżych. Przy ich soczystości co do twarogowości sernika nie ma wątpliwości, aczkolwiek także teraz plątała się tam lekka fistaszkowość. Orzeszki świetnie łączyły delikatność z nutami ziemi i przypraw.

W posmaku pozostała bezkresna czekoladowość z goryczką podrasowaną ziemią i truflowością, fistaszkowo-przyprawioną pikanterią oraz soczystością owoców i sernika. Po zjedzeniu, mimo ogólnego poczucia słodyczy, w ustach dominowała palona gorzkość. Nie utrzymywało się to jednak zbyt długo.

Boski czekoladowy sernik z gorzko palonym spodem, fistaszkowo-karmelowymi nutami i soczystością owoców zamknięte w tabliczce. To nie mogło nie zachwycić... Nie tak bardzo owocowa, a mimo że słodka, to nie pozbawiona wręcz mrocznego charakteru.

Była bardzo podobna do swojej starej wersji, ale... na pierwsze zaciągnięcie się zapachem czuć wzrost jakości. Nowa przede wszystkim była mniej oleista, a jej smak poszedł w bardziej szlachetnym kierunku.
Mocno palony karmel, mocno pieczony sernik i ostrość miodu / przypraw genialnie łączyły się z truflowo-ciastowymi, aż przypalono-ciastowymi nutami. Owoce rewelacyjnie nadały soczystość, nie pchając się za bardzo (splot żółtych bardzo pasował). Wszystko to było w pewien sposób podobne do przypalonego ciasta, serka śmietankowego, lasu iglastego i kwaśnych owoców (mango,cytryna żurawina) starej wersji. Wtedy nazwałam to "nieudolnym ciastem"... Zmieniło się to w wymyślne ciasto.
Nowy Morin to Kostaryka w wydaniu na słodko, ale z nieporzuconą gorzką bazą. To mój smakowy ideał (prawie, bo mógłby być bardziej gorzki), ale niestety konsystencja mi się nie podobała. O tyle bardziej, że wiem, że marka potrafi zrobić zupełnie inną.

Palona gorzkość i kwaskawo-owocowe tony przypominały także La Nayę Costa Rica Maleku 72 %, ale nie było to do końca to (La Naya to więcej kwaśnych owoców), a przypalone ciasto Cacheta Costa Rica 71 % (ten znowu różnił się, że smakował kawą). Wanilia i cynamon, paloność i "okopcone drewno" przypominały boskiego Pralusa, ale i do niego ta czekolada nie była zbyt podobna przez truskawki i wytrawne wędzenie Pralusa.
Ze wszystkich linkowanych ta jest chyba najsłodsza i najmniej kwaśna.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27 zł (za 100 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

sobota, 27 lutego 2021

Milka Alpine Milk mleczna

Jakiś czas temu pewnie sama siebie bym wyśmiała za tę recenzję, ale pisząc ten wstęp nie widzę niczego dziwnego w tym, że ta czekolada też zawitała na mojego bloga. Otóż nie jestem pewna, czy kiedykolwiek jadłam czystą Milkę - zawsze wydawała się za nudna i za słodka. Ostatnimi czasy ponoć Milka się zepsuła (zdanie m.in. Mamy), a skoro Terravita Classic Mleczna zrecenzowana została, konkurencja też mogła. Wprawdzie był moment, w którym chciałam oddać ją całą Mamie, nawet nie otwierając (dostałam ją w podzięce), ale uznałam, że jak już się trafiła, to spróbować nie zaszkodzi. Gorsze rzeczy po trochu się próbowało. Końcowo aż samą siebie zaskoczyłam, jak pozytywnie się nastawiłam przed otwarciem.


Milka Alpine Milk to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao.

Po otwarciu poczułam straszliwie słodki, cukrowy zapach wymieszany z wyrazistym mlekiem, które w połączeniu jednoznacznie kojarzyły się z mlecznymi czekoladkami. Miało to specyficzny, milkowo-plastikowy, sztucznawy (ale jeszcze nie sztuczny) motyw, jakby kryjący "czystość" cukru. Dla mnie nie było to przyjemne, ale rozumiem, że kogoś może kupić, bo było... urocze.

Tabliczka wydała mi się miękko-konkretna. Niby nawet pykała przy łamaniu, ale wydawało się, że zaraz zacznie się topić w dłoniach. Trochę się też jakby kruszyła.
W ustach rozpływała się zaskakująco powoli i gęsto. Zalepiała, tworząc kremową masę, aż przytykającą w gardle. Ogólnie była gładka i dość tłustawa, choć jakby kryła leciuteńką proszkowość.

W smaku od samego początku dominowała przesadzona słodycz czystego cukru. Dosłownie uderzyła mi do głowy, po czym spłynęła do gardła, drapiąc w nim już w pierwszych sekundach. Z minimalnym opóźnieniem w słodyczy znalazło się "coś".

Jednocześnie, acz wolniej, po ustach zaczął rozchodzić się wyrazisty smak mleka, który oczywiście ulegał słodyczy i podporządkowywał się jej, ale miał się względnie nieźle. Zmieszały się zupełnie. Mleczność okazała się naprawdę dość wyrazista, choć nie jak z głęboko mlecznej czekolady, a czekolady z nadzieniem mlecznym. Druga fala, tym razem nie samej cukrowości, a mleczności, jakby spłynęła do gardła mniej więcej w połowie, zmieniając drapanie w palenie.
Bardziej czekoladkowa, dzięcięco-urocza mieszanina w końcu zajechała plastikowo-polewową nutą. Nawet nie tyle, że sztucznie i chamsko tanią, a bardzo odlegle kojarzącą się z figurkami mlecznoczekoladopodobnymi (z cukru, z mlekiem).

Bliżej końca wyłapałam specyficzny posmak Milki, połączenie "orzechowości z czymś", bliżej nie do określenia, bo tłamszone przez tandetną cukrowość, jakby... orzech wymieszany z czymś sztucznym? Nie zaś sztuczny orzech. Chyba wreszcie udało mi się nazwać posmak Milki (jak ja go odbieram)!

Po małej ilości w gardle paliło od cukru, czułam cukrowego kaca, a w ustach posmak głównie cukru. Dopiero w tle, jakieś mgliste echo przypominało, że to urocza Milka i właśnie wreszcie jakoś sobie ten jej posmak nazwałam: "orzech z czymś sztucznym".

Jeśli mam być szczera, mam wrażenie, że czysta-czysta Milka to czysta słodycz. Smaki, w których jest ona zestawiona z czymś (choćby z orzechami w Mmmax Nuss & Nougat Creme), wydala mi się paradoksalnie bardziej milkowa. Odosobniona wyszła dziwnie. Aż zakrawała o cukrową, mleczną polewę czekoladkową... Znaczy... jakby ten jej milkowy posmak trochę o to zahaczał (nie, że waliła tym na kilometr). W Oreo 100 g po zmianach też mi jakaś "nie teges" się wydawała, więc muszę przyznać, że sprawa to dziwna.
Obstawiam, że po prostu czysta Milka jest kiepska, a zyskuje przy czymś. Czy ogółem się zepsuła? Pewnie jak wszystko - jak pisałam, nie kojarzę, czy czystą samą kiedyś jadłam świadomie, ale teraz... wydała mi się i tak mało milkowa w porównaniu do innych produktów marki.
Z takich czystych zasładzaczy wolałabym katować się Terravitą Classic mleczną, która była wyraźniej mleczna i waniliowa. Cukrowa do bólu, ale wolę to, niż dziwny motyw Milki.

Raptem po jednej kostce szczerze miałam dość cukru i autentycznie niesmaku... Plastiku.
Pod recenzję zmuszałam się do drugiej, ale w niej po prostu było coś nie tak. I wiem, że mogłabym się uporać bez problemu z całą przesłodzoną Terravitą PB, mlecznym Lindtem Whisky, ale tak słodka czysta, po prostu płaska czekolada jak Milka nie tylko nudzi, ale i męczy.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że z tej półki trudno pewnie o coś o wiele lepszego. Bo co, Alpen Gold, Goplana, Wedel? Lepsze na pewno są Terravita i Gross (ale ten chyba nie występuje jako samodzielna czysta mleczna czekolada).
Prawie cala powędrowała do Mamy. Jej w zasadzie smakowała, ale: "był w niej ten milkowy posmak, ale bardzo, bardzo w oddali. Nie tak, jak kiedyś, że od razu było czuć, że to Milka. Tutaj... smaczna była, ale ten posmak jakby zmieszany z czymś. I rzeczywiście, nawet mnie ten cukier powalił, już jak kończyłam. Z Wedlem dalej wygrywa.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, aromat

czwartek, 25 lutego 2021

Cocoloco Chocolates Salted Caramel 43 % Venezuela mleczna z Wenezueli z solonym karmelem / toffi

Po rozczarowaniu, jakim okazały się nadziewane czekolady Chocoloco, uznałam, że lepiej im nie dokładać i nie czekać do upałów, a zjeść w warunkach... przynajmniej gdy o temperaturę chodzi to rozsądnych. Z każdą otwieraną nadziewaną autentycznie bałam się, co znajdę w środku. Także tę w takim razie zjadłam dość szybko po zakupieniu. Nie ukrywam, że od dawna chodziła za mną ciemna nadziewana karmelem, bo dawno takiej nie jadłam. Niestety, mimo że zamawiałam ciemną, przysłali mleczną i cóż... nie zapowiadało się na degustację w moim stylu. Przeczucie, że nadzienie i tym razem może okazać się tragedią nie pomagało. Było mi więc przykro już w momencie sięgania po czekoladę.

Cocoloco Chocolates Salted! Salted Caramel 43.5 % Venezuela to mleczna czekolada o zawartości 43,5 % kakao z Wenezueli nadziewana śmietankowo-maślanym karmelem z solą (ja powiedziałabym, że solonym toffi).

Po otwarciu poczułam mocno mleczny, niemal śmietankowy zapach o wyraźnie orzechowo-palonym zabarwieniu. Wydało mi się to naturalnie wiejskie, siankowe i słodkie w sposób karmelowy. Po podziale jednak sytuacja się skomplikowała, bo czułam raczej palone masło niż karmel. Snuła się w tym odrobinka soli podkreślająca wiejskość, naturę i mylnie podpowiadająca mleko inne, niż krowie.

Tabliczka była pęknięta, a pazłotko od środka całościowo minimalnie lepkawe; całość zaś wydała mi się nieco zawilgocona, co obudziło we mnie strach, co dalej. Przy podziale nie trzaskała mimo twardego spodu-denka, wykazując nawet skłonności do "łamliwego rwania się" (choć miękka w zasadzie nie była). Góra zachowywała się jak chrupko-łamiąca się polewa, która rozjeżdżała się w obrębie poszczególnych kostek, uwalniając nadzienie.
Karmel był gęsto-miękki i oblepiał wszystko. Nie ciągnął się jednak, ani się nie lał. Taka bardziej zastygła niż płynna forma zaskoczyła mnie pozytywnie.
To jednak i tak kolejna beznadziejnie nadziana tabliczka tej marki - karmel dodano do środka po całości, nie zważając na podział na kostki, a brzegowe części prawie w ogóle karmelu nie posiadały.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, niby kremowo, a trochę jak gładko-plastikowa polewa. Tłustość wydała mi się aż śliska. Obok niej odnotowałam lekką wodnistość, choć w końcu udało jej się nieco zgęstnieć i zalepić.
Karmel wyciskał się z niej niby łatwo, ale nie za szybko, po czym jakoś tam zalegał. I tak jednak znikał szybciej od niej. Był gęstawo-lepiszczy, choć wciąż miękki i minimalnie ciągnący. Przypominając w tym "karmel" z niektórych batonów. Wydał mi się lekko chropowato-grudkowaty, a jednak gładki i w porywach śliskawy. Potem zwróciłam też uwagę na śmietankowo-maślaną tłustość, ale nie męczyła mnie. Wręcz przeciwnie. Struktura nadzienia spodobała mi się. Niestety po nim czekolada zalegała jak plastikowo-lepka grudko-masa.

Już sama czekolada przywitała się mnóstwem cukru i wanilii. Była przecukrzona, że aż wydawała się zrobiona z cukru, mimo że plątał się w niej toffi-orzechowy motyw. Leciutko palony i wpisany w wysoką maślaność. Mleko zaznaczyło się dopiero za nim. Szybko zaczęło to drapać w gardle. Nawet części bez nadzienia miały posmak toffi, więc cały czas się zastanawiałam, czy sama czekolada nim smakowała, czy przesiąkła.

Nadzienie dopiero po chwili właśnie mleczność rozkręciło. Na fali śmietanki wniosło jeszcze więcej słodyczy, mimo że samo w sobie aż tak mocno słodkie nie było. Jego słodycz wydała mi się niecodziennie palono-waniliowa. Po paru chwilach (mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa) na moment nadzienie prawie zrównało się z czekoladą.
Wyraźniejsza zrobiła się maślaność, czułam bardziej palone masło, mało słodkie toffi, także mieszające się z cukrowością czekolady (chyba głównie od niej cały czas pochodziła słodycz) i nutą... takiej wiejskiej naturalności? Innego mleka? Raz po raz przeplatała to sól, w ilości małej, ale wyczuwalnej. Podkręcała łagodne, śmietankowo-maślane karmelo-toffi i orzechy. Niestety wszystko to tonęło w cukrze, który skutecznie zagłuszał to, co ciekawe.

Bliżej końca po wyeksponowaniu nadzienia, wróciła czekolada. Kontrastowo wyszła jeszcze bardziej cukrowo. Wydała mi się bardziej maślano-orzechowawa (za nijako na "orzechowa"), słodka do bólu i nieco nijaka, odlegle mleczna.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie, posmak wanilii i śmietankowo-maślany, wyraźnie solono-palony splot. Nie było to może czyste toffi, ale karmel też nie. Trochę nie wiadomo co, z pogranicza tego i... goryczka. Akurat to jednak nie było nieprzyjemne.

brzegowa prawie nienadziana
Całość zaskoczyła mnie. Przecukrzona, że aż niezjadliwa była sama czekolada. Nadzienie okazało się intrygujące. Bardzo naturalne, jakby domowe. Jak toffi tylko że... właśnie o niskiej słodyczy. Mimo to, czekolada dała radę je zacukrzyć. Szkoda, bo chciałabym móc mu się przyjrzeć. Wprawdzie z tyłu głowy dręczy mnie myśl, czy przy większej ilości nie zaczęłoby mi w nim coś przeszkadzać. Sól podkreślała naturalność, wiejskość i wcale autorytarnych zapędów nie miała, co mnie przekonało.
Niestety jednak forma uniemożliwiła mi w pełni cieszenie się z degustacji. Rozwalanie się irytowało, a rozmieszczenie nadzienia i jego skąpa ilość w stosunku do cukrowej czekolady to jakaś pomyłka. Jemu potrzeba lepszej otoczki!
Mimo że nie lubię toffi, to tutaj - bo właśnie karmelem tego za nic nie mogę nazwać - wydaje się naprawdę dobrze zrobione i ciekawe, jednak... niestety czekolada i jej cukrowość za bardzo cały czas dominowała. Przez to nawet połowy nie zjadłam; 13 kostek powędrowało do Mamy. Jej z kolei sama czekolada smakowała bardziej niż nadzienie: "ono jakieś dziwne, jestem do niego nastawiona bardziej na nie, niż na tak. No ale dobrze no... jadłam sobie, jadłam i nagle na wielką grudę soli raz trafiłam. To nie było fajne, wolę zwykłe nadziewane karmelowe Milki". I zgodziłyśmy się, że wykonanie, a więc rozmieszczenie nadzienia było beznadziejne w konsekwencji czego nawet żadna z nas nie umiała tabliczki całościowo ocenić. Uznałyśmy, że może i naciągane, jednorazowe 5 się należy.


ocena: 5/10
cena: 5 £ (zwrócili mi za pomyłkę)
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, wanilia), nadzienie 20 % (śmietanka, ziarna wanilii, cukier puder, płynna glukoza, solone masło)

środa, 24 lutego 2021

Ambiente Czekolada 85 % ciemna

Po Ambiente średniej ciemnej 50,3% z solą i złej mlecznej z ciastkami nie łudziłam się, że dzisiaj prezentowana będzie smakowitym kąskiem, ale nieśmiało tliła się we mnie nadzieja, że... że może przynajmniej będzie to zjadliwe?

Ambiente Czekolada 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Gdy otworzyłam sreberko, poczułam raczej delikatny, ale dość mocno palony zapach orzechów laskowych, wchodzących w maślany, nie za słodki karmelo-nugat. Mimo pewnej łagodności, cierpkość kakao była łatwa do odnotowania. Całość ułożyła się więc w kompozycję bardzo przystępną.

W dotyku tabliczka wydawała się sucha i krucha, jednak przy łamaniu okazała się twarda prawie jak kamień. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo trochę opornie-ciepłoplastelinowo. Potem jednak przypominała tłusto-maziste ciasto (brownie?): jakby miękła i wilgotniała, serwując trochę kremowej tłustości, przełamanej pylistością, ostającą się jako lekko wysuszający efekt na koniec. Mimo to, poczucia tłustości na ustach nie dało się przegapić.

W smaku od pierwszej chwili poczułam zdecydowaną gorzkość, która reprezentowała dość mocne palenie. Nie było jednak w niej nic ze spalenizny. Pomyślałam za to o dymie i zawilgoconym węglu. Gorzkość zrobiła się kawowa i właśnie w kawie pokazała się drobna cierpkość. Oczami wyobraźni zobaczyłam gęsto-lepkie, ciemne ciasto murzynkowato-browniowate. Cierpkość bowiem niewątpliwie w dużej mierze należała do kakao, takiego najzwyklejszego, a i maślaności nie brakło. Zaraz także drobny kwasek się zaznaczył; do głowy przyszedł mi popiół.

Kwasek plątał się nieśmiało, ale w końcu zdecydował się na coś cytrynowawego, trochę goryczkowatego jak skórka cytryny. Chwilę później pojawiła się też słodycz ciężkich owoców. Nie niosły orzeźwienia, wydały mi się pełne, gęste... Nazbyt wysuszone owoce, które straciły impet? Jak miękko-gąbczaste suszone, niezbyt wyraziste banany i jabłka. Po owocowej (acz obiektywnie wciąż minimalnie owocowej) chwili, w drugiej połowie rozpływania się kęsa słodycz zmieniła charakter na taką najzwyklejszą. Na szczęście utrzymała się na niskim poziomie.

Bliżej końca znów wzrosła paloność ziarnistej kawy, odległa cierpkość kawy z ekspresu, ale nie były mocne, bo po owocach umocniła się maślaność. Należała do ciasta - może ciemnego, trochę nieokreślonego. Była w dodatku jakby trochę orzechowo-nugatowa. Mieszała się z kawą, więc oczami wyobraźni zobaczyłam piankę - na kawie z ekspresu właśnie.

Po zjedzeniu pozostał cierpki posmak kakao i kawy z ekspresu, łagodzony nieco ciastową maślanością i prostą, ale niską słodyczą.

Kojarzyła się z Belgian Dark 72 %, ale była mniej słodka, co przy tej prostej, suchej (?) słodyczy wyszło na plus (w podlinkowanej podchodziła pod bezy). Też czułam gorzkość dymu, popiołu; odebrałam to tak ciastowo, ogólnie podobnie. Dzisiaj prezentowana okazała się jednak niewątpliwie bardziej cierpka, minimalnie kwaskawa, choć wciąż przystępna i w porządku. Niestety jednak dość... nudna. A mimo to na pewno smaczniejsza od 72 %. Do głowy przyszedł mi też Wedel 80 % - od tego to ta czekolada jest o wiele smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: w akcie desperacji może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyny, tłuszcz kakaowy