Hiszpańska marka Moro, odkąd ją poznałam, bardzo przypadła mi do gustu. W MORO Markham Papúa-Nueva Guinea 75% zakochałam się. Prędzej czy później musiały się więc pojawić u mnie ich kolejne tabliczki. Tym razem padło na boliwijską. Kakao z Boliwii rozkochało mnie od mojej pierwszej tabliczki z niego. W Boliwii rośnie naturalnie w lasach deszczowych dorzecza rzeki Beni, regionie miasta Cochabamba i północnej części La Paz. Ziarna te dostarcza El Ceibo, spółdzielnia założona w 1977 roku z oddolnej inicjatywy. Obecnie zrzesza ponad 1200 drobnych producentów zajmujących się ekologiczną uprawą kakao w regionie Alto Beni. Od wielu lat El Ceibo promuje uprawę kakao w systemach plantacji agroleśnych, a obecnie jest liderem wśród spółdzielni ekologicznych w Boliwii. Właśnie od nich Moro zamuliło ziarna. Dla nich Opracowano kilka protokołów dostosowanych do różnych odmian genetycznych. Okres fermentacji rodzimych boliwijskich odmian Criollo wynosi od 3 do 4 dni, podczas gdy odmiany hybrydowe wymagają od 7 do 9 dni, w zależności od klimatu i innych czynników zewnętrznych. Ziarna są fermentowane w drewnianych skrzyniach z małymi otworami w dnie, ułatwiającymi odpływ miąższu kakaowego. Podczas fermentacji ziarna są przewracane trzykrotnie co 48 godzin, a następnie co 24 godziny. Po fermentacji ziarna są suszone do poziomu wilgotności 7,5%. Wow, ileż szczegółów zdradził producent na swojej stronie! Dzięki temu jeszcze zyskał w moich oczach.
MORO Alto Beni Bolivia 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Boliwii, z regionu Alto Beni.
Po otwarciu poczułam delikatny zapach leciutko prażonych orzechów laskowych, przechodzących w nugat i motyw wyidealizowanego Kinder Bueno White. Nugat musiał być - oprócz tego że laskowy - mocno mleczny. Do głowy przyszła mi też domowa, zdrowa wersja Milky Waya (nie realnego, którego recenzowałam w 2020) z piankowo-słodkim nugatem w środku, coś niemal mleczno czekoladowego albo i giandujowego? Niczym mleczna czekolada z miazgą z orzechów. Za tym wszystkim stanęło też trochę słodyczy bardziej owocowej: bananowej i... ciemnej? Jagodo-czerwonoowocowej? Mieszającej się ze słodyczą kwiatową. Tę wyróżniała pewna powaga. Mimo całej tej zbieraniny słodyczy, kompozycja wcale nie wydawała się przesłodzona, a bardzo spokojna i szlachetna.
Twarda tabliczka wydała mi się niecodziennie jasna jak na ciemną czekoladę, ale podczas łamania raczyła mnie chrupkimi, głośnymi trzaskami. Okazało się wtedy niestety, że została źle zatemperowana, przez co miejscami w środku była mozaikowa i jasna.
W ustach rozpływała się maziście, wolno, dając się poznać jako gęsta i niby kremowa, ale jednocześnie nieco ziarnista. Wydawała się niesamowicie pełna, masywna, a także pylista. Z czasem zdradzała lekką, cierpką soczystość, która jednak pylistości nie osłabiła. Tłustość wydawała się niska, mimo że niewątpliwie obecna. Całość znikała wodniście, zostawiając lekkie ściągnięcie.
W smaku od razu rozbrzmiała dominująca, wyrazista choć nie męcząca słodycz. Zaczęła od liofilizowanych, sproszkowanych bananów. Wsparły je słodkie suszone kwiaty.
Kwiaty właśnie wprowadziły akcent nieco poważniejszy, cierpkawy. Jakby wpisany w słodycz, ale zarazem nieco ją przestrzegający, by na za wiele sobie nie pozwoliła. Mimo to rosła i robiła się coraz odważniejsza. Kwiaty straciły po paru chwilach na znaczeniu.
W tle tylko przewinęło się trochę cierpkawo-kwaskawych owoców. Powiedziałabym, że coś podobnego do wiśni, ale niezupełnie. Może bardziej kwaśne czerwone czereśnie? Przechwyciły cierpkość kwiatów.
Słodycz liofilizowanych bananów i kwiatów - w tym momencie już skupiających się na słodyczy - zaczęła nieco przechodzić w karmel. Karmel znacząco palony, poważny, ale też słodki oczywiście. Karmel ten przywołał do kompozycji motyw nugatu. Nugat zaczął rządzić już po paru chwilach. Na tej właśnie nugatowej płaszczyźnie pokazało mi się wnętrze Kinder Bueno, chyba nieco śmietankowe Kinder Bueno White (recenzje z 2015 i 2020) oraz czekolada mleczna typu gianduja (z miazgą z laskowców). Robiło się coraz bardziej słodko, ale i orzechowo.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa myślałam, że słodycz przesadzi. Oto do głowy przyszła mi zdrowsza, domowa wersja Milky Waya, a więc piankowo-zasładzający nugat w mlecznej czekoladzie...
Wtedy jednak też i owocowe przebłyski zdobyły się na nieco więcej. Niewyraźny, jakby wiśniowy wątek wzbogacił się o coś słodko jagodowego, borówki amerykańskie i pitaję. Słodycz przybrała na lekkości. Owoce te robiły aluzje do kwasku, nawet się na trochę kwaśności pokusiły, ale niewiele i niedługo. Wydawało się, że pilnują tego... banany? Acz nieco cierpkie, więc świeżo-surowe.
Delikatna gorzkość nieśmiało zaznaczyła swoją obecność. Przypominając, że w całej tej nugatowej mieszaninie nie może zabraknąć też czekolady. Raczej mlecznej, ale trochę z echem kakao - wszak nawet Kinder Bueno White jest obsypane kakaem.
Mleczna czekoladowość przeszła w leciutko gorzkawe, za to mocno mleczne latte, a więc kawę z ogromną ilością spienionego mleka z nutą orzechów? Nugatowe latte, a w dodatku jeszcze dosłodzone wanilią latte.
Owocowe nuty uciekły przed tym, a kwiaty zaczęły zamazywać jakiekolwiek ich echo. Wciąż były to kwiaty suszone, które teraz wróciły z nową mocą. Połączyły naprawdę wysoką słodycz z kwiatową cierpkością. Ich suchość natknęła się nagle na karmel, który końcowo wydał mi się bardzo ciepły. I jakby przemknęła mi tam szczypta ciepło-korzennych przypraw? A może to kwiaty je udawały?
Po zjedzeniu został posmak cierpkich suszonych kwiatów, które słodyczą w harmonii mieszały się z nugatową, mocno waniliową kawą latte. Zaznaczył się też karmel i wręcz piankowy akcent wyidealizowanego nadzienia Milky Waya. Nie było jednak za słodko, bo wyłoniły się też cierpkawe wiśnio-jagody i chyba rześko-łagodna pitaja.
Czekolada była bardzo, bardzo interesująca i smaczna, ale też nieco rozczarowująca. Bardzo brakowało mi w niej gorzkości. Subtelny akcent latte mnie nie usatysfakcjonował. Ogrom nugatów, wanilii, Kindewer Bueno White i Milky Waya w wersji wyidealizowanej, niemal mleczno czekoladowy, piankowy charakter przeplotła odrobinka owoców: najpierw słodszych bananów potem cierpkawych wiśnio-jagód i pitai, a także całkiem sporo suszonych kwiatów. Po trochu, po trochu, nadały ciekawego, innego wydźwiękowi słodyczy słodkości, która sama w sobie mogła by z czasem nieco przytłoczyć.
Choć mówi się, że takie złe zatemperowanie nie ma wpływu na smak, a jedynie trochę pogarsza konsystencję, ja mam mieszane uczucia. Wydaje mi się, że całościowo robi znaczenie... Nie jakoś tak bardzo, ale na tyle, by smucić. Nie sądzę jednak, by czekolada dobrze zatemperowana zapewniła mi więcej gorzkości, stąd i nie będę się za nią uganiać, by kupić dobrą.
ocena: 8/10
kupiłam: clubdelchocolate.com
cena: 7,5 € (za 80g; około 32 zł)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy










