Za długo siedzę już w temacie czekolad, by szwajcarskie robiły na mnie wrażenie. Doświadczenie nauczyło mnie, że w każdym kraju można stworzyć degustacyjne cuda, jak tabliczki przypominające wyroby czekoladopodobne. Firma Favarger nic mi nie mówiła, mimo że istnieje od 1826 roku. Jest ze Szwajcarii i ponoć słynie z pasji do czekolady i tradycyjnych metod produkcji. Acz ja stacjonarnie w ogóle jej nie widziałam. W internecie może raz czy drugi trafiłam na ich produkt, ale nigdy mnie nie zaciekawił. Dopiero gdy składałam jakieś zamówienie na czekolady różnych marek głównie w góry, przewinęła mi się tak, że zwróciłam uwagę. Gdy Mama zgodziła się mi ją kupić, zamówiłam. W tej cenie, takiej czekolady o tak niskiej zawartości kakao, nie kupiłabym sama sobie. Pewnego dnia, niedługo po "takiej zwykłej, ale chyba flagowej" tabliczce z Rosji, przyszła pora na takową ze Szwajcarii. Czyli... przeskok do innego świata?
Favarger Heritage Chocolate Noir / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao.
Po otwarciu poczułam delikatny zapach słodkiego karmelu z nieco alkoholowym echem, co kojarzyło się też z likierem karmelowym albo alkoholowo-karmelowym nadzieniem szlachetnej bombonierki. Obok tego pojawiła się myśl o orzechach ziemnych i laskowych w karmelu. Lekko prażonych i mocno osłodzonych ciągnącą, złocistą masą. Palona nuta przechodziła też w subtelną goryczkę. Z goryczką wiązało się jeszcze skojarzenie z lawendową, może lawendowo-waniliową herbatą. Ta miała trochę duszny, jakby babciny wydźwięk ze względu na to, jaki charakter przybrała wanilia. Kompozycja wydała mi się w pewien sposób słodko roślinna, herbaciano-roślinna, a bardzo nieśmiało w tle przewijała się tam jeszcze nutka czerwonych słodkich owoców granatu.
Twarda, dość jasna tabliczka w dotyku wydała mi się trochę sucho-ulepkowa, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno, acz zapewniając o gęstości i pełności.
W ustach rozpływała się średnio-powoli i maziście, stając się coraz bardziej niż kształtnym kawałkiem, to gęstą, miękką masą. Odnotowałam w niej suchawą pylistość, ale też kremową tłustość.
W smaku od razu poczułam odważną, acz średnio silną słodycz, kojarzącą się z waniliowymi ciastkami: jasnymi, leciutko wypieczonymi herbatnikami i biszkoptami. Wanilia zaznaczyła się, ale wcale nie próbowała się rządzić, a nienachalnie kręciła się tu i tam w kompozycji.
Przemknęły mi kwiaty, łączące słodycz z drobną cierpkością. Motyw ten wydał mi się wręcz trochę roślinny... roślinny jak surowe orzeszki ziemne i pestki? Roślinny bardziej w słodkim kontekście jak... fusy herbat i naparów? Do głowy przyszła mi herbaciana mieszanka z lawendą. Ta, wraz z lekkim wątkiem wanilii, poszła w nieco babcinym, dusznym kierunku.
W tej słodkiej, babcinej mieszaninie, bardzo odlegle, nieśmiało zaznaczyła się pewna słodka soczystość... bardzo ulotna... jakby jakiegoś słodziutkiego dosłownie "dżemiku" czy "marmoladki" koloru czerwonego, z niejednoznacznych owoców.
Słodycz rosła, jako że do tego wszystkiego dołączył lekko palony, ale palony bez wątpienia, karmel. Zdawał się wszystko przeplatać, przez co a to mijał się, a to schodził z wanilią.
Karmel właśnie na lekką gorzkość przemodelował cierpkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość podchwyciła palony ton, acz ona ogólnie była bardzo subtelna.
Gdy rosła i delikatnie gorzkawość, i o wiele odważniej złożona z waniliowych jasnych wypieków i karmelu słodycz, w tle nieco wyraźniej zaznaczyły się słodkie czerwone owoce. Granat?
Po chwili jednak zaszył się w narastającej, trochę ciężkawej słodyczy. Karmel przez moment, po tym lekkim, owocowym ożywieniu, zdobył się na pokazanie pazurków i zasugerowanie alkoholowego karmelu lub likieru karmelowego np. jako nadzienie czekoladek. Ciemnoczekoladowej bombonierki?
Zaraz jednak zmienił się w zwyklejszy karmel. Acz wciąż mieszał się z motywem jakiś złożonych słodkości. Lekka roślinność przeszła w łagodnie podprażone fistaszki i orzechy laskowe. Gdy się pojawiły, karmel otulił je jako gęsta, ciągnąca masa. Wyobraziłam sobie herbatniko-ciastka z orzechami w karmelu, oblane czekoladą.
Ta zawarła w sobie cierpkość... aż trochę zwyczajnie kakaową. Przemknęła myśl o kakao w proszku, acz na szczęście zwykłym, nie odtłuszczonym - a po chwili podpięło się pod herbatę, przekładając się na myśl o kakaowej herbacie i gorącym kakao. Podanym do ciastek z karmelem i orzechami.
Po zjedzeniu został posmak cierpki jako gorące kakao i lawendowo-kakaowa herbata osłodzona wanilią oraz motyw ciastek z łagodnym, ciągnącym karmelem oraz orzechami laskowymi i ziemnymi. Słodycz trochę za bardzo dawała się we znaki na poziomie gardła, ale nie była drapiąca czy bardzo męcząca. Z kolei na języku osiadł efekt jakby lekko gryząco-cierpki, trochę alkoholowo-aromatowy albo jak po pikantniejszej herbacie.
Czekolada była smaczna i w zasadzie nie aż tak powalająco słodka, jak bałam się po tych 66%. W zasadzie wyszła jak niektóre czekolady 70%, które są słodzone białym cukrem - z trzcinowym jakoś się to wyrównało. Mnie jednak i tak słodycz była nieco za wysoka, biorąc pod uwagę bardzo niską gorzkość. Kwasku zaś w ogóle brak, ale on tu akurat by nie pasował. Ta kompozycja wyszła tak... w klimacie słodkiego poczęstunku u babci. Lawendowo-waniliowa herbatka, jasne ciasteczka, ciasteczka dokładnie z karmelem i orzechami, potem nutka kakao, kakaowej herbatki.
Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, ekstrakt waniliowy





























