poniedziałek, 29 czerwca 2026

Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao ciemna z Tanzanii

Sięgając po tę czekoladę czułam smutek, bo oto kończyłam beskidowy zapas. Jednocześnie cieszyłam się, bo czułam, że choć czekolada miała poważną konkurencję, zachwyci mnie. Zarówno Beskid Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 70 % z 2021, jak i Beskid Chocolate RAW Tanzania Kokoa Kamili 97 % z 2022 bardzo mi smakowały, więc cieszyłam się, że w moje ręce wpadła kolejna tanzańska propozycja Beskid do porównania. Byłam ciekawa, z którą dziś przedstawiana będzie miała więcej wspólnego. Obstawiałam, że jednak mimo wszystko, mimo surowego kakao, z Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %. Tabliczkę, tak jak i wspomniane, zrobiono z kakao od przedsiębiorstwa Kokoa Kamili, które gwarantuje najwyższą jakość. Z opisu dowiedziałam się jeszcze, że ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach, po czym były suszone na słońcu przez 5-7 dni.


Beskid Chocolate Tanzania Kokoa Kamili Bio Dark 90 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Tanzanii, z Doliny Kilombero, od kooperatywy Kokoa Kamili.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Po otwarciu poczułam kwaśny splot wiśni, śliwek przechodzących trochę w powidła i kwaśnych, duszonych jabłek. Jabłek z nutą cydru, tuż obok nich? Wtórowały im owoce leśne: mniej jednoznaczne, ale na pewno jakieś ciemne i... poziomki? Ostatnie wchodziły w nieco pudrowe klimaty. Do tego poczułam duet ananasa i śmietanki, jakby prosto z anansowego ciasta z mnóstwem śmietany, śmietanową warstwą. Odnotowałam też suszone banany, ale mimo tych wielu słodkich nut, nie było tak mocno słodko, jako że wśród owoców zaplątało się niemal kwasowe, dosadnie alkoholowe wino. Przy nim wychyliła się odrobina ziemi. Alkohol kręcący się w pobliżu nut bananów i śmietanki czasem lekko zahaczał o ajerkoniak - to jednak wątła nuta, niemal nieuchwytna.

Tabliczka wydawała się masywna, co podkreślały głośne trzaski, słyszalne podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, zachowując swój kształt tak długo, jak się tylko dało. Nie szczędziła przy tym kremowości, obok której zaznaczyła się drobna oleista lepkość. Z czasem tłustość rosła, ale w parze z soczystością, więc ciężko nie było.

W smaku przywitał mnie karmel. Karmel lekko palony, ale szlachetny i nie za słodki. Ogólna słodycz stanęła na nisko-średnim poziomie i popłynęła dalej leniwie, nie rosnąc specjalnie.

Do karmelu dołączyła śmietanka, przekierowując go na łagodniejszy, właśnie śmietankowy tor i nagle, w tym momencie odezwała się cierpkość oraz gorzkość.

Cierpkość pokazała się jako kwaśno-cierpki splot trochę już skwaśniałego wytrawnego, a zarazem słodkawego wina, natomiast gorzkość dołączyła do słodyczy, dorównując jej leniwym, spokojnym charakterem. Przytoczyła motyw palony i tartę brownie na jasnym, kruchym spodzie.

Taninowa kwasowość wina prawie zupełnie zmieniła się w bogaty owocowy splot. Czułam owoce egzotyczne trudne do ponazywania, chyba m.in. ananasa i marakuję, ale też wiśnie i śliwki. Śliwki na jakiś czas podchwyciły skwaśniały motyw i zaserwowały mi lekko skwaśniałe powidła śliwkowe.

Do akcji wkroczyły cytrusy. Wślizgnęły się pomiędzy różne owoce egzotyczne, owoce czerwone i...  leśne (?), i przerobiły kwasotę na silną, ale w pełni owocową kwaśność. Właśnie głównie cytryn. Ale... niekoniecznie? Obok pojawiło się kwaśne jabłko i pigwa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa maślano-śmietankowy karmel zmienił siew jogurt i maślankę. One też jakby uprawomocniły kwaśność i wręcz... nadały jej łagodniejszego charakteru/.
W łagodności tej doszukałam się jeszcze orzechowego akcentu, który jakby przeniknął do gorzkości i jeszcze ją zaczął łagodzić wraz z jasnym spodem tarty.

Kwaśność nagle drastycznie osłabła, a jej miejsce zajęła słodycz. Słodkie owoce egzotyczne jakby wypchnęły na przód ananasa. Ananas trochę wspierał się z jogurtowo-śmietankowym, śmietanowym wręcz motywem i przemknęła mi przez głowę myśl o śmietanowo-ananasowym cieście, jednak gdy tak cały czas słodycz rosła, zmienił się w banany. Lekka taninowa cierpkość pobrzmiewała w tle i czasem trochę sugerowała bananom niedojrzałość.

Wygrały jednak te słodkie banany suszone i... pieczone? Banany z karmelem? Pieczono-palona nuta odważyła się i wrócił karmel. Wyraźnie palony tym razem.

Śliwki jakby ususzyły się, serwując niemal mulistą słodycz. Obok znalazły się poziomko-truskawki o niemal pudrowych zapędach. Część owoców czerwonych, leśnych weszło w skład ciasta czekoladowego. Ciasta z kremem śmietanowym.

Raz po raz przypominały jeszcze o sobie jabłka - kwaśne i duszone? Może też jako element ciasta czekoladowego, np. ucieranego?

W ciastowym motywie krył się dym i jakby kwaskawa ziemia. Może ciasto trochę podkręcono kwaskawym winem / cydrem? Na pewno było lekko gorzkie, lekko cierpkie, ale... spokojne. Pilnujące, by słodycz za bardzo nie wzrosła.

Po zjedzeniu został posmak karmelu oraz bananowo-ananasowego ciasta, może raczej deseru ze śmietaną. Do tego wróciła cierpkość i kwasek czerwonego wina... czy raczej winnych owoców, bo posmak nie wydawał się ani trochę alkoholowy. Towarzyszyło temu wszystkiemu czekoladowe ciasto o niemal ziemistych zapędach i porządnie przypieczonych brzegach i wierchu.

Czekolada bardzo mi smakowała. Wyszła podobnie do Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 %, ale więcej w niej słodyczy. Jakby dodała do nut podlinkowanej więcej karmelu, a tym samym przekierowała nuty na bardziej ciastowo-deserowo-duszone tory. Nie znaczy to, że Beskid Tanzania Raw Tanzania Kokoa Kamili 97 % była bardziej kwaśna! Ani też, że dziś przedstawiana była jakoś mocno kwaśna. Kwaśność choć ciągle się pojawiała, nie wydawała się nadrzędna. Odebrałam ją jednak jako mniej ziemistą, a bardziej.... wypiekową?


ocena: 10/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 28 czerwca 2026

Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread mleczna 50 % z kremem ze świdośliwy, białej czekolady i cytryny oraz nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi oraz kawałkami ciemnego chleba

Po tym, jak przeczytałam opis, ta czekolada wydała mi się bardzo dziwna. Z jednej strony bardzo mnie zaciekawiła kremem ze świdośliwy, a połączenie ciekawego owocu z nugatem z laskowców wydało mi się po prostu obiecująco smaczne... Ale z drugiej budziła obawy i niezrozumienie. Bułka tarta?! Chlebowe drobinki? Po co? Za nic tego nie czułam, już nawet pomijając to, że nie używam bułki tartej, bo to mnie jakoś tak brzydzi. A jednak takiej żytniej nawet nie znam. Żytni chleb to jedyny jaki jem i bardzo lubię, ale i tak... w nadzieniu? Miałam złe przeczucia. Nie podobało mi się dodanie go, bo w reszcie widziałam duży potencjał. Czułam, że może wszystko popsuć.


Zotter Felsenbirne auf Butterbrot / Juneberry on Buttered Bread to mleczna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" z jagód świdośliwy i białej czekolady z cytryną oraz (25%) praliną / nugatem z orzechów laskowych z przyprawami korzennymi: anyżem, kardamonem, kolendrą, koprem włoskim, cynamonem i solą oraz z (5%) kawałkami ("bułką tartą"?) ciemnego pieczywa żytnio-orkiszowego w maśle. 

Otworzywszy, poczułam zapach wyraźnie mocno mlecznej i zarazem lekko gorzkiej czekolady o nienachalnej, karmelowej słodyczy oraz orzechów i migdałów. A dokładniej korzennego, cynamonowo-anyżowego nugatu z orzechów laskowych z echem marcepanu. Próbując obwąchać, co skąd pobrzmiewa, ustaliłam, że spód wydawał się bardziej ogólnie orzechowy, a wierzch zdradzał bardziej marcepanowość. Do tego doszukałam się tam lekko waniliowego i niemal biało czekoladowego echa. Czekolada mleczna zdawała się przemycać chlebowe akcenty, ale jestem pewna, że to jej nuty, a nie dodanych drobinek (bo nie raz czułam tę nutę w Zotterach). Mleczność zaś na pewno pochodziła też ze środka. W tle jeszcze zaznaczyła się lekko słodka, ogólnie jagodowa nutka. Nasiliła się po przełamaniu, wraz z nugato-marcepanem, mlekiem i wanilią.

Tabliczka wydała mi się twarda i masywna, ale też trochę krucha ze względu na nugat. Podczas łamania grube warstwy czekolady trzaskały, a wspomniany nugat trochę się kruszył.
Jakież było moje zdziwienie, iż zobaczyłam, że w mojej tabliczce to owocowy krem jest na dole, orzechowo-chlebowy na górze, czyli odwrotnie, niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera. Na oko drobinki chleba ukryły się zupełnie, za to w kremie owocowym dostrzegłam mikroskopijne skórki.
Mimo kruchości, nugat zdradzał też tłustość. Był jednak znacznie bardziej zbity, konkretny. Krem owocowy zaś wręcz mazisty, miękki i plastyczny, a do tego lepki.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, kremowo i dość tłusto. Pokrywała podniebienie smugami, i miękła, mieszając się z nadzieniami, które również z łatwością miękły. Środek rozpuszczał się dość szybko.
Nugat bardziej podpinał się pod czekoladę, chwaląc się maślanością i gęstością. W pierwszej chwili wydał mi się zbity, lecz zaraz poszedł w oleistym kierunku. Poczucie tłustości osłabiał pyłkowo-proszkowy efekt. Z czasem okazał się ziarnisty od drobinek chleba. Nie osłabił jednak poczucia tłustości, bo tu cały czas rozchodziły się jakby kolejne nakłady masła i oleju. Drobinki dodały wnętrzu też pewnej twardości. Gryzione wcześniej były suche i nieprzyjemnie twarde; nieco trzeszczały. Ja wolałam zostawiać je na koniec. Reszta przy nich - gryzionych wcześniej - zmieniała się w tłusto-zawiesinową masę.
Krem ze świdośliwy był znacznie rzadszy i miękki w luźniejszy sposób. Też miał w sobie lekką mleczno-śmietankową tłustość, ale nadal sporo soczystości kompozycji. Ta warstwa znikała najszybciej.
Nugat znikał, zostawiając ogrom różnej wielkości kawałków, kawałeczków i ziarnistych drobinek. Czekolada zostawała najdłużej, ale w końcu i ona się rozpuściła, a ja zajęłam się resztą pieczywa. Nie nazwałabym tego bułką tartą - niektóre kawałki były za duże. Na koniec ten dodatek zrobił się bardziej wilgotny, dziwnie lepko-twardy. Wciąż bardzo, nieprzyjemnie twardy. Kojarzyło mi się to z okruchami pieczywa chrupkiego i zawilgoconą watą cukrową, z jakimś tam drobnym elementem twardych okruchów ciemnego chleba.
Na koniec czułam się bardzo przytłoczona ogromem tych twardych kawałków.

W smaku czekolada roztoczyła delikatną, paloną gorzkość, w której drzemał chlebowo-marcepanowy charakter, wyrazista mleczność i łagodna, karmelowa słodycz. Miała w sobie też coś orzechowego.
Możliwe, że trochę przesiąkła wnętrzem, ale kłóciła bym się, że nie tyło.

W oddali dała o sobie znać słodko-cierpka nuta jagodowa, a zaraz po tym wnętrze podkreśliło także  orzechowo-marcepanowy wątek. Nugat właśnie poprzez orzechowość, ale też mleczność, podpiął się pod czekoladę. Wchodził spójnie. Krem owocowy robił to w bardziej przyciągający uwagę sposób, acz o i on nie odstawał aż tak bardzo.

Krem orzechowy na pewno podniósł słodycz. Emanował słodyczą maślano-mlecznego nugatu, który posłodzono cukrem pudrem. Czuć w nim wyraźnie orzechy laskowe. Orzechy podkręcone ciepłą korzennością. Orzechy prażone, może ze skorkami... Do których zaraz dołączył nieco chlebowy, wytrawniejszy akcent i jeszcze więcej maślaności.
Gdy z ciekawości wcześniej pogryzłam chlebowe drobinki, wydawały się niedookreślone, tyle tylko że pieczone, ale jakieś... kartonowo-chrupko pieczywowe.

Krem ze świdośliwy też umacniał słodycz. Początkowo przejawiał mleczny, również trochę nugatowy, trochę waniliowy smak, do którego dołączał coraz więcej soczystości. Jego słodycz rosła w nieco biało czekoladowym kontekście. Czułam w nim kwaskawo-cierpkie jagody. Z czasem zarejestrowałam, iż ich kwasek podkręcała cytryna. Nie jakoś mocno kwaśna czy wyrazista, ale niewątpliwie obecna. Spowodowała, że i słodycz wydała mi się silniejsza - zadziałał kontrast. Raz po raz wydała mi się nawet lekko miodowa, miodowo-drapiąca.
Co ciekawe, nugat laskowy chyba też na zasadzie kontrastu podkreślał owocową soczystość tej warstwy. Gdy spróbowałam owocowego kremu osobno, wydał mi się bardziej nugatowo-marcepanowy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość zaczęła jednak słabnąć. Jagodowy motyw ulegał słodyczy wanilii i białej czekolady.

Z czasem nugat zaczął mi się wydawać rozmyty, tłusty smakowo, maślano-oleisty, a niesatysfakcjonująco laskowy. Przyprawy, głównie kardamon, cynamon i anyż, jednak z tej tłustej toni się wychylały. Wraz ze słabnięciem świdośliwy, w zasadzie odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie ważną, ale ważniejszą niż początkowy niebyt (z którego to się wychylały). Ciemny chleb niegryziony nie odzywał się zbyt wyraźnie. Raz po raz przemykała mi przy nich odrobinka soli.
Nugat laskowy spróbowany osobno cierpiał na to samo: z czasem wydawał się mdło mało orzechowy.

Z czasem tonął w słodyczy białej czekolady i wanilii, która aż trochę drapała w gardle.

Na końcówce czekolada wydawała się bardziej gorzka, cierpkawa i wyraźniej chlebowa, palona. Jej mleczność jednak też miała się dobrze. Słodycz jednak i jej się udzieliła. Ogólnie było bardziej słodko.

Kawałki ciemnego pieczywa na koniec smakowały dość wyraźnie jakby połączeniem okruchów starego ciemnego chleba, pieczywa chrupkiego, żytniego czy mieszanego, z czerstwą skórką chleba raczej jasnego (nie pszennego, ale trudno wskazać jakikolwiek - to nie była wyrazistość na tym poziomie) trochę pieczono.
Skórki świdośliwy, jakie się ostały, nie miały żadnego znaczenia wśród kawałków.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodki, wręcz biało czekoladowy, waniliowo-nugatowy, oleiście-maślany, w czym to i orzechy laskowe trochę się zaznaczyły. Do tego przewinęły się kwaskawe, jagodowe owoce i gorzko-mleczna, cierpkawa czekolada. Czułam też smak jakby słonego pieczywa chrupkiego mieszanego.

Czekolada mnie do siebie nie przekonała. Nie rozumiem, po co, skoro robi się krem z czymś tak ciekawym i niespotykanym jak świdośliwa, podkręcać - a w zasadzie zagłuszać - ją jeszcze cytryną. A jednak akurat warstwa owocowa całkiem nieźle właśnie świdośliwą smakowała. Była za słodka, ale wystarczyłoby, że dodano by do niej dobrą warstwą orzechową i mogłoby być dobrze. Nugat laskowy był tłusto rozmyty, jeśli o laskowość chodzi. Czuć w nim jednak trochę przypraw korzennych i chlebowe okruchy. Przyprawy korzenne niekoniecznie pasowały do części owocowej, ale w zasadzie gdyby na tym to się kończyło, to jeszcze mogłoby być. Tylko ta chlebowa drobnica bardzo przeszkadzała całości. Przy całym moim uwielbieniu do chleba żytniego, tu wyszło to niesmacznie, a struktura potworna. Jak stwardniałe pieczywo chrupkie. Stąd z całkiem ok tabliczki, przez okruchy było to niezjadliwe na dłuższą metę.

Po 12 gramach odpadłam i oddałam resztę Mamie. Gdyby nie twarde chlebowe parszywce, pewnie można by się w to wciągnąć, ale ich w dodatku było bardzo dużo. Bez nich czekolada spokojnie dostałaby 6, ale że raz były niesmaczne, a dwa miały okropną strukturę, poleciały 2 punkty. Psuły bowiem 2 rzeczy.

Mama jednak też nie zmęczyła, bo jak to opisała "Beznadziejna, co ten Zotter wymyślił? Chyba sobie zażartował tym chlebem. Potencjał jest, zapowiadało się dobrze i aż się ucieszyłam. Tam te jakieś owocowe nadzienie, drugie... Nie wiem, dokładnie jakie, ale jakieś i ma koniec chleb. Jakby taki stary, czerstwy ciemny chleb. Odciągał uwagę od wszystkiego, co było wcześniej. Beznadzieja".

Resztka powędrowała więc do ojca. Jemu... smakowała: "bardzo ciekawa ta czekolada z chlebem. Ten chleb... wyrazisty taki i w sumie pasujący, no, ciekawy".


 ocena: 4/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku,  orzechy laskowe 6%, świdośliwa / jagody czerwcowe 6%, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, masło, mleko, mąka żytnia 1%, liofilizowane jagody, olej z orzechów laskowych, syrop skrobiowy, mąka orkiszowa 1%, słodka serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełnoziarnisty, sól, sproszkowana wanilia, kminek, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), anyż, koper włoski, kardamon, emulgator: lecytyna słonecznikowa; kolendra, anyż gwiazdkowy, cynamon

piątek, 26 czerwca 2026

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami

Gdy zobaczyłam w gazetce Lidla nową serię kremów Sante, ostrożnie się zainteresowałam. Choć zachowałam trochę podejrzliwość, serce zabiło mi szybciej. Słoiczki wyglądały jakoś... bardzo obiecująco. Obawiałam się, że mogą być przesłodzone, bo przy daktylach o to nie trudno, ale... Może nie? Zleciłam je ojcu i do dnia otrzymania w sumie nie wiedziałam, który otworzę jako pierwszy. Po paru dniach jednak po prostu spłynęła na mnie pewność, że to musi być krem czekoladowy. Dawno bowiem nie jadłam kupnego kremu czekoladowego. 

Sante Krem orzechowo kakaowy z daktylami 65 % orzechów to krem z prażonych orzechów laskowych i płatków kokosa z kakao, słodzony daktylami w proszku.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach prażonych orzechów laskowych o nieco słodkich skłonnościach, w których jednak wyraźnie czuć też orzechowe skórki. Ich lekką goryczkę podkręcało kakao w ilości sowitej. Przywodziło na myśl ciemne czekoladki, może też czekoladę z nadzieniem czekoladowo-orzechowym. Pomyślałam o Michałkach albo coś w tym stylu... Chyba raczej michałkowym brownie. Z kakaem wiązała się słodycz. Nie wysoka, ale jakby konwencjonalna, niejednoznaczna - daktyli bym nie zgadła! Do tego odnotowałam maślany akcent kokosa, łączący naturalną słodycz z drobną cierpkością oleju kokosowego oraz ogólną maślaność.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, w zasadzie wyglądało to bardziej na jakby mieszankę wody i oleju. Zlałam 4 łyżeczki, wymieszałam prawie 1 łyżeczkę. Podczas mieszania wyglądało na to, że chyba będę musiała dolać znacznie więcej, ale uznałam, że jakby co, zrobię to już w trakcie jedzenia. I słusznie, bo wtedy krem okazał się jednak wystarczająco tłusty.
Krem choć miejscami wyglądał na suchawy, już w trakcie mieszania jakby nieco... wilgotniał? Ze zbito-gęstego i niemal sztywnego przechodził do oleiście tłustej struktury. Pod koniec jedzenia, gdy kremu zostało niewiele, a słoiczek ogrzał się od ręki, krem wykazywał skłonności do przechodzenia w stan bliski prawie płynnego, jak tłuszcz kokosowy.
Widać w nim trochę drobinek, na oko nie nazwałabym go kremowym.
W trakcie jedzenia krem przedstawiał się jako gęsty i masywny, po czym rozpływał się. Najpierw wolniej, potem coraz szybciej i łatwiej, że ogólnie tempo rozpuszczania się można określić jako średnie. Mimo masywności, z czasem zmieniał się w lepko-luźną i wręcz żujną masę. Trochę zalepiał, trochę przytykał, ale rzedł w nieco oleisty sposób. Kremowość pojawiła się, acz mieszając się z nieco papkowatym efektem oraz subtelnym akcentem miazgowym. Krem jednak nie miał nic wspólnego z gładkością. Choć miazgowość była subtelna, uraczył mnie niemal ziarnistą, drobinkowo-proszkową strukturą. Całość miała w sobie też coś z miazgi i oleju kokosowych, jej specyficzną cierpkość, a do tego chwilami wydawała się nieco pyliście trzeszcząca. Z czasem okazało się, że liczne drobinki to trochę jakby zawilgoconych kryształków i sporo mocno przemielonych, czasem wręcz drobinkowych wiórków kokosowych. Te dodały masie chrzęstu. Bardziej kryształkowe drobinki, przypominające rozpuszczający się cukier i dodały trochę wodnistości.
Kryształki istotnie rozpuszczały się wraz z masą. Po jej zniknięciu w ustach zostawała drobnica kokosowa. Nie wymagała porządnego gryzienia, wystarczyło leniwe ciamkanie. Wtedy ujawniała się trzeszcząco-skrzypiąca cecha wiórków kokosowych.
Całość pozostawiała lekko suchawe wrażenie w ustach i drobne otłuszczenie na ustach.

W smaku pierwsze pokazały się orzechy laskowe. Wyraźnie prażone, lekko słodkie. Orzechowa słodycz zdradzała gotowość do wzrostu.

Orzechom wtórowało kakao. W pierwszej chwili trochę onieśmielone prażonością, lecz zaraz zobaczyło, że orzechy są do nich jak najbardziej przyjaźnie nastawione. Połączyły się poprzez gorzkość. Kakaowa była oczywiście silniejsza, ale i orzechy za sprawą skórek jej nie żałowały. Ogólnie orzechy laskowe wyraźnie w kompozycji rządziły - za sprawą prażenia oraz wyważonego splotu słodyczy i skórek.

Cierpkie kakao po podkreśleniu skórek laskowców wskazało jeszcze lekko cierpkawy motyw oleju kokosowego.
W tym czasie, bardzo daleko w tle, dała o sobie znać też nienachalna słodycz.

Po oleju kokosowym zaznaczyła się też ogólnie kokosowa nuta. Weszła poprzez olej, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach kokos zaskoczył na niemal maślany i naturalnie słodki tor. Kokos, wciąż pobrzmiewający olejem, na pewien czas zrównał się z orzechami laskowymi.

Ogólna słodycz rosła. Rosła ta kokosowa, ale też szlachetnie-palona, która starała się trzymać blisko kakao. Na tym etapie powiedziałabym, że to słodycz ciemnoczekoladowo-kakaowych cukierków z nadzieniem kakaowo-orzechowym. Może z nieco truflowym echem? Albo... brownie o truflowych zapędach? Za nic nie zgadłabym, że pochodzi z daktyli.

Wraz z tym, jak na języku zaznaczały się drobinki i kryształki, falowo rosła słodycz. Czasem wydawała się nieco karmelowa, czasem sporadycznie zdradzały się daktyle. Orzechy laskowe jednak ani na moment nie słabły. Po tym jednak, jak zostały osłodzone, ułożyły się w wizję czekoladowo-orzechowych cukierków typu Michałki albo raczej michałkowe brownie. Słodycz czasem zaskakująco udanie udawała konwencjonalną.

Kokosowa nuta z czasem trochę się wycofała. Olej kokosowy ukrył się w wyrazistej gorzkości kakao i brownie-czekoladowej toni. Kokos utrzymywał jednak pewną łagodność, maślaność. Ta zaś jeszcze podsycała myśl o nadzieniu wspomnianych cukierków. Nagle zrobiło się zaskakująco słodko, jednak cały czas nie za słodko. Czasem zdradzały się tu jakby karmelowe daktyle, kojarząc się daktyloczekoladą, masą daktylowo-czekoladową. Słodycz w punkcie kulminacyjnym nie wychodziła ponad średni poziom. Niby czuć lekko piekący efekt daktyli, ale nie było to pieczenie za wysokiej słodyczy. Skórki orzechów, cierpkie kakao i olej kokosowy stały na jej straży.

Raz po raz w tle zaznaczała swoją obecność sól. Podkreślała niemal ziemiste, kokosowo-michałkowe brownie oraz dosadną, karmelowo-daktylową słodycz.

Z czasem wracał właśnie olej kokosowy i orzechy laskowe ze skórkami.

Drobinki kokosa gryzione kontynuowały smak właśnie kokosowy, choć kierowały go w bardziej wiórkowym kierunku. Gdy za gryzienie brałam się nieco szybciej, plątało się tam jeszcze trochę słodyczy, jakby lekko karmelowej, czasem wydawało mi się, że też echo laskowców, ale może tylko życzeniowe.

Po zjedzeniu został posmak orzechów laskowych, w których prażenie i goryczkowate skórki odgrywały bardzo ważną rolę, ale którym jednocześnie nie brakowało naturalnej słodyczy. Mieszały się z kokosem słodkim i oleiście cierpkim, a także cierpkim kakao. Dało się doszukać echa daktyli.
 Mimo że nie było za słodko, pod koniec jedzenia daktyle i olej kokosowy zaznaczyły się jako lekkie pieczenie w gardle.

Krem wyszedł smacznie i niezaprzeczalnie ciekawie. Czekoladowo-kakaowo, wyraziście orzechowo laskowo, ale też zaskakująco kokosowo. Kojarzył się z tego powodu z cukierkami orzechowo-czekoladowymi, głównie Michałkami, ale wkomponował je w brownie i otulił kokosem. Ten łączył słodko-łagodną kokosowość z olejem kokosowym. Wszystko to przełożyło się na słodycz wyraźną, ale nie za silną. Daktyle wcale nie starały się jakoś szczególnie mocno tu zaprezentować. Przez większość czasu ich charakter raczej się chował. Porządnie gęsta, chwilami wręcz sztywna struktura kremu z lekkim miazgowym elementem w porządku. W niej już mocniej czuć daktyle. Podobałaby mi się bardziej bez lekko kryształkowego efektu, ziarnistości oraz tego, że miała w sobie coś z oleju kokosowego.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znów dostać

Skład: prażone orzechy laskowe 65%, proszek daktylowy 22%, płatki kokosa, kakao 6,5%, sól morska

czwartek, 25 czerwca 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % ciemna z Peru

Po dwóch czystych czekoladach marki Cacao Crudo mój zapał do nich jakoś trochę osłabł. O ile Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % wydała mi się dobra, ale zbyt kontrastowa, tak Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % już trochę denerwowała za bardzo wybijającym się cukrem kokosowym. Co do dziś przedstawianej miałam złe przeczucia: obstawiałam, że w niej to już w ogóle cukier zdominuje nuty kakao. Skazałam ją więc na najdłuższe czekanie. W końcu jednak i na nią przyszła pora. Tak jak poprzednie, została zrobiona z tego samego, tak samo obrobionego - w temperaturze nie wyższej niż 42°C - kakao. Tylko że w niej znalazło się go mniej.

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 70% surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu aż uderzył mnie zapach cukru kokosowego i melasy, co skojarzyło mi się z miazgą kokosową w wariancie mocno palono karmelowym. Ten motyw zdecydowanie dominował i ustanowił ciężkość kompozycji. Słodycz niby miała średni poziom, trudno nazwać tę kompozycję przesłodzoną, ale jej wydźwięk był aż przytłaczający. Dopiero za nią zaznaczyły się nibsy z wiórkami kokosowymi i jakby karmelowo-ziemiste, ciężkie czerwone wino. W całości, niezależnie od ciężkości, czuć też rześkość. Zapewniła trochę owoców, jakby mieszankę wiśni z gruszką i lychee, a także cierpkość jakby dymu unoszącego się nad taflą jeziora.

Twarda i dość tłusta tabliczka podczas łamania dała się poznać jako nadzwyczajnie twardo-masywna ze względu na gęstość, pełnię. Wydawała się też jakby nieco zawilgocona.
W ustach rozpływała się niemal nie zmieniając kształtu, powoli i długo utrzymując masywność, twardość. Jednocześnie raczyła mnie dość wysoką tłustością, której nie osłabił nawet lekko pylisty element. Z czasem doszukałam się w niej lekko taninowego efektu, a końcowo też jakby wodnistości.

W smaku od razu uderzył palony karmel. Bardzo mocno palony, wręcz melasowy, a co za tym idzie ciężki, ale... z podążającą za nim rześkością?

W rześkości odnotowałam jasne, wilgotne kwiaty i kokosa. Kokos ujawnił obecność cukru kokosowego, który zdecydowanie zdominował całą kompozycję, mimo że słodycz nie była bardzo wysoka. Powiedziałabym, że w sumie średnia, tylko że wydźwięk miała wręcz przytłaczający, imperatywny. Inne nuty przewijały się za nią, jakby trochę się tego cukru kokosowego bojąc.

Cukier kokosowy rozkręcał się w swym karmelowo-melasowym klimacie, ale za nim.... udało się wyłonić też gorzkości. Wzrosła trochę, idąc w palonym, wręcz dymnym kierunku. Słodycz ten dym, paloność starała się jakby przechwycić, zaskarbić.

Gorzkość więc przytoczyła trochę nibsów, jakby nibsów palono-prażonych z wiórkami kokosowymi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nibsy zrobiły trochę miejsca kawie - palonej, a zarazem soczystej? Ich połączenie przełożyło się na lekkie umocnienie gorzkości. Mimo to jednak nie dała rady przebić się przez słodycz cukru kokosowego.

W oddali na pewno zamajaczyło coś nieco... soczystszego?

Ciężka, melasowo-karmelowa i dosadnie kokosowa słodycz rozdawała karty.

Zgodziła się jednak, aby do jej rześkości podczołgało się trochę owocowo-kwiatowych przebłysków.

Kwiatom nieco lepiej szło pokazanie się. Pomyślałam o żywych, delikatnych i wilgotnych kwiatach, rosnących w zacienionym ogrodzie. Kwiatach... przejawiających cierpkość?
Owoce zaś... znalazły się w cieniu kwiatów. Do głowy przyszły mi niemal nieuchwytne słodkie, wręcz kwiatowe gruszki i lychee, mieszające się z akcentem wiśni. Wszystko to jakby nieco przyprószone wiórkami kokosowymi.

Myśl o ogrodzie podchwyciła też gorzkość i poważniejszy motyw. W tle przemknęło mi trochę ziemi. Wciąż też pobrzmiewał dym...

Za ich sprawą owocowe nuty przeszły w czerwone wino. Dziwnie rześko-ciężkie, bardzo ciężkie w zasadzie, ale nie wytrawne, a wręcz... karmelowe? Karmelowo-kokosowe? Do głowy przyszedł mi jeszcze likier, nieokreślony kokosowy alkohol i jakby nasączona gruszka w karmelu?

Kwiatowe, ciężkie wino z czasem zatopiło owocowy wątek, a cały dym znalazł się w słodyczy. Dosadnej, melasowo-kokosowej. Końcowo niemal zupełnie przysłoniła też nibsy i ziemię, jakby spowijając ją wilgotną, kokosową mgłą. Był to raczej motyw karmelowo słodkiej miazgi kokosowej i oleju kokosowego niż wiórków.

Po zjedzeniu został posmak dosadnego, ciężkiego cukru kokosowego o melasowym charakterze, mieszającego się z miazgą kokosową oraz kwiatami. Kwiaty podkręcały rześkość, a miazga kryła trochę cierpkości oleju kokosowego. Do niego dołączyło trochę dymu i ziemisty motyw nibsów.

Czekolada była smaczna, ale denerwowała mnie jej słodycz. Mimo że nie była za silna, za wysoka, to i tak przytłaczała wydźwiękiem. Cukier kokosowy o melasowym, rześko-ciężkim smaku zdominował kompozycję. Trochę dymu, ziemi, wina i gruszek z wiśniami, wilgotnych kwiatów wydawały się wręcz trochę tym cukrem kokosowym zastraszone. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, iż to czekolada z surowego kakao.

Cukier kokosowy narzucał się też w Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 %, ale w niej jednak czułam o wiele więcej dymu, kawy, wina i pojawiła się nawet kwaśność, w momencie gdy w dziś przedstawianej cukier kokosowy zdominował wszystko, sprowadzając gorzkość do niskiego poziomu. Kwaśności za to w ogóle nie czułam. 


ocena: 7/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds ciemna 48 % z kawałkami karmelizowanych migdałów

Mimo że jadłam tylko jedną ich tabliczkę, nie lubię marki Perugina. Acz dlatego że należy do Nestle, czuję się trochę usprawiedliwiona. Ogólnie nie lubię Nestle. Tę wzięłam podczas zakupów z ojcem, bo skoro on płacił, a ja zorientowałam się, że jakoś zostało mi za mało czekolad z orzechami w góry, trzeba korzystać. Ruszyła ze mną w Tatry w połowie listopada na szlak na Świnicę. Z Kuźnic poszłam do Murowańca, potem szlakiem żółtym i czarnym przez Dolinę Zieloną Gąsienicową. Na krętej, kamiennej drodze pod górę, gdy tylko weszłam już odpowiednio wysoko, gdy miałam doskonały widok na pozamarzane stawy, kiedy trafiłam na płaski kamień, mogący posłużyć mi za stolik, sięgnęłam do plecaka po czekoladę.

Perugina Fondente Extra Nero Mandorle Caramellate / Caramelized Almonds to ciemna czekolada o zawartości 48% kakao z siekanymi karmelizowanymi migdałami (8%).

Po otwarciu rozszedł się dosadnie słodki zapach, łączący cukier, wanilię, echo... nie tyle karmelu, co lekko opalanego cukru oraz marcepan. Karmelowy marcepan w lekko cierpkiej czekoladzie? Ta miała w sobie coś z likieru kakaowo-marcepanowego i kawy z mlekiem lub śmietanką. Oczywiście zacukrzonej. Migdały zaznaczyły się dopiero za tym wszystkim. Wyraźniej po podziale.

Tabliczka już w dotyku wydała mi się trochę tłusta. Przy łamaniu okazała się niezbyt twarda (choć też nie miękka), a trzaskała niby chrupko-krucho, ale bardzo cicho. Przekrój ujawnił mnóstwo małych kawałków migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio-szybkawo i łatwo. Miękła i roztaczała coraz to kolejne, maziste fale. Tłustość rozkręcała się, aż osiągnęła dość wysoki poziom. Baza była gładka, acz urozmaicona mnóstwem migdałów. Wydawało się jednak, że mazista czekolada uparcie stara się je w sobie chować. Stąd było trudno gryźć je wcześniej, obok. Raz czy drugi spróbowałam. Wtedy migdały były tylko trochę twardsze, ale wyraźnie bardziej kruche i jakby pokryte zawilgoconym cukrem. 
Kawałki migdałów wyłaniały się z czekolady po dłuższym czasie, przyspieszając jej rozpuszczanie się. Baza robiła się coraz bardziej maziście-plastycznie-luźną i rzadka, aż w końcu znikała zupełnie.
Potwierdziło się, że kawałki to prawdziwa drobnica, najeżająca czekoladę przesadnie. 
Z migdałów rozpuszczało się trochę cukrowej warstwy, jednak nie było jej za wiele. Stanowiła marginalny element.
Na koniec cały karmel pokrywający migdały rozpuścił się, a one dały się poznać jako średnio chrupiące-trzeszczące. Udawały zwyczajne, lekko podprażone migdały. Nieliczne pokrywały kawałeczki skórki.

W smaku od razu pokazała się wysoka słodycz, ale też delikatna cierpkość.

Słodycz opierała się na cukrze, jednak szybko pokazała się też wanilia. Przez moment zawisła gdzieś między wanilią a waniliną, lecz zaraz zaskoczyła na szlachetniejszy, waniliowy tor. Wyszła trochę dusznie, trochę syropowo, a do tego zakradła się do niej iluzja śmietanki.

Cierpkość i niska gorzkość zdawały się integralne ze słodyczą, a w dodatku i do nich dołączyła odrobinka śmietanki, przez co wyobraziłam sobie niedookreśloną, ciemno-mlecznawą, średnio półkową polewę... pokrywającą marcepan? Ten również musiał zawierać sporo cukru i wanilii.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, nie wydawała się specjalnie przesiąknięta dodatkami, ale czułam w niej echo jakby słodko-marcepanowe, choć niekoniecznie jednoznacznie migdałowe. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam echo lekko palonego, wręcz tylko opalanego cukru. Jeszcze nie karmelu, ale jakby... Karmelowej Figurki Goplany, która udaje karmelowy marcepan? Wraz z tanią, cierpka polewą. Słodycz aż drapała w gardle, co czasem podkreślało nieoczywiste echo miodu, rozchodzące się od kawałków migdałów. Sporadycznie przychodziły mi do głowy migdały smażone w miodzie.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, serwowały właśnie motyw nie w pełni karmelowego pseudo karmelu i niewyrazistego migdała. Czekolada przy nich wydawała się bardziej zasładzająca. Wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem karmelowy akcent zatracał się, zalewany kolejnymi falami cukru. Wanilia też trochę się w nich zatracała. Słodycz bardzo dawała się we znaki.

Nutka marcepanu była trudna do uchwycenia. Ogólnie czasem niegryzione migdały trochę dawały o sobie znać, ale bardzo, bardzo nieśmiało.

Przyszedł mi jednak do głowy syrop marcepanowo-kakaowy, a z czasem tylko kakaowy. I gdzieś w tle przewinęła się cierpkawo-palona kawa średniej jakości, co próbowała maskować przesadzona słodycz. Gorzkość była bardzo niska. Nie pomogła jej iluzoryczna śmietanka, jaka pobrzmiewała tu i tam. Końcowo jeszcze wsparła ją maślaność. Trochę jak... kakao zrobione z syropu kakaowego i kakao w proszku na śmietance?

Migdały gryzione na koniec były bardziej migdałowe. Motyw i tak lekkiego karmelizowania w ogóle odszedł w niepamięć, utrzymała się jedynie prażona nuta. Czasem tylko za leciały trochę słodko. 

Po zjedzeniu został zaskakująco wyrazisty posmak prażonych migdałów z drapiącą słodyczą, w której kryło się coś miodowego i złudnie karmelowo-"marcepanowego", a kojarzącego się z nadzieniem Figurki Karmelowej Goplany. Do tego czułam lekką cierpkość prostego kakao, wymieszanego ze śmietanką. Ogólnie czułam się bardzo zacukrzona i przesłodzona.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie, bo spodziewałam się, że będzie niesmaczna. A ona była niezła, nawet mimo przesłodzenia. Gdyby była mniej słodka, bardziej gorzka, w ogóle mogłaby być przyjemna. Niestety, przesłodzenie to nie jedyna jej wada. Dodano do niej za dużo za bardzo posiekanych migdałów, przez co chwilami jawiła się jako wręcz zlepek dodatków. Co do tych migdałów mam mieszane uczucia z powodu tego, jakie były. Miały być karmelizowane, a były karmelizowane minimalnie. To było dla mnie plusem, ale nie spełnia obietnicy z opakowania.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 16,99 zł (za 85 g)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, karmelizowane siekane migdały 8% (migdały 6,3% w całości, cukier, dekstroza, miód), tłuszcz kakaowy, masło odwodnione, emulgator (lecytyny), naturalny aromat waniliowy

sobota, 20 czerwca 2026

Nestle Les Recettes de L'Atelier 70 % Cacao dark chocolate pure chocolate ciemna

Czasem, gdy wydaje się, że mam jedyną okazję, by kupić jakąś czekoladę, postawa "kupuj, bo okazja!" wygrywa z logiką i zdrowym rozsądkiem i decyduję się na kupno. Mimo że pewnie powinnam wykazać się większym sceptycyzmem. Nestle nie lubię, a jednak tej czekoladzie postanowiłam dać szansę, bo nigdy takiej nie widziałam. Wszak "nie lubię Nestle"... no, niby nie lubię, ale ostatnio to właśnie Perugina od Nestle przypadła mi do gustu bardziej niż Vanini, czyli marka, którą myślałam, że lubię. Czyli w zasadzie pewne rzeczy widziały mi się jako do zweryfikowania (acz całą tą wiedzę zdobyłam już mając dziś przedstawianą czekoladę).

Nestlé Les Recettes de L'Atelier Only 3 Ingredients 70 % Cacao dark chocolate pure chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, przechodzący we wręcz spaleniznę kakao, które starało się udawać drewno i drzewa, a dokładniej las iglasty ze specyficznym kwaskiem. Czasem wydawało mi się, że za kwaskiem lasu iglastego pobrzmiewa niewyraźne śliwkowe echo. Obok drewniano-drzewnych tonów znalazła się spora ilość masła, przekładająca się na pewną ciężkość. Ciężkość, która spowiła też słodycz. Ta stanęła na średnio-wysokim poziomie, ale i tak przybrała nieprzyjemnie duszno-ciężki wydźwięk i robiła aluzje do waniliny ze względu na to, że całość chyliła się ku taniemu wydźwiękowi.

Czekolada mimo że twarda i głośno trzaskająca przy łamaniu, w dotyku była bardzo tłusta.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, kojarząc się trochę z miękką plasteliną. Potwierdziła swą tłustość i zmieniała się w tłustą, gibką zawiesinę. Z czasem maziście pokrywała podniebienie i zaserwowała silną pylistość, wręcz lekką ziarnistość, po czym znikała tłusto-rzadko.

W smaku od razu poczułam trochę toporny kwasek kakao, prawie natychmiast chowającego się w drzewach iglastych. Nie była to kwaśność silna, w zasadzie nawet potem nieco słabnąca, ale wyraźna.

Podobnie jak wyraźna od razu wydała mi się słodycz, która  rozbrzmiała niemal równocześnie. W niej również było coś topornego. Jeszcze nie ciężkiego, ale niewątpliwie aspirowała do dusznego wydźwięku. Jawiła się jako bardzo prosta. Początkowo przeciętna, po paru chwilach wzrosła, idąc jednak w duszno-ciężkim kierunku.

Drzewa zmieniły się w spalone drewno. W paloności osiadła gorzkość. Średnio silna, dopiero rosnąca. Przez moment, gdy zaczęła zbliżać się do słodyczy, ich duet skojarzył mi się z tanimi lodami śmietankowymi w polewie kakaowej, koniecznie na drewnianym patyku.

Wydało mi się, że gorzkość zaraz prześcignie słodycz, ale... jednak nie. Zatrzymała się trochę za nią. Dała się poznać jako cierpka, pobrzmiewająca płaskim kakao w proszku, przeplecionego odrobiną spalenizny. Ta właśnie podszeptywała cukrowej słodyczy wanilinę. Ta ogólnie, zmotywowana gorzkością, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrosła do poziomu lekkiej przesady.

Słodycz skojarzyła mi się z cukrem pudrem, a bardzo słodki lód śmietankowy zmienił się w przesłodzony krem "frosting" do babeczek / ciast. Wtedy też w tle zaznaczyła swą obecność maślaność.

W drewnie zaczęłam doszukiwać się odrobiny orzechów i migdałów, może dziwnych cukrowych orzechowo-marcepanowych kartofelków obtaczanych w kakao w proszku... Tu jeszcze na chwilkę wychylił się prosty kwasek, zasugerował kwaskowato-cierpką śliwkę, po czym...

Nagle sporo gorzkości i cierpkości przysłoniła maślaność. Doścignęła słodycz, podtrzymując jej frostingowo-cukierniczy wydźwięk. Maślaność bardzo rozbiła kakaowy, gorzki wątek, zagłuszyła kwasek, a tylko prostota, wręcz tandetność i spalenizna jakoś tam pobrzmiewały. Taniość skupiła się więc na cierpkości i zostawiła słodycz w spokoju.

Po zjedzeniu został jakby wręcz trochę metaliczny posmak masła, cierpko drzewnie-kakaowy oraz lekkie poczucie przesłodzenia wywołane duszną słodyczą. Powiedziałabym, że cukru z echem waniliny, ale ta raczej wkradła się tu ze względu na to, iż wszystkie nuty miały tani wydźwięk. Czułam się, jakbym zjadła jakieś babeczki z nutą śliwek, przytłoczone jednak frostingiem.

Czekolada pozytywnie mnie zaskoczyła, bo nie dość, że nie była paskudna ani okrutnie tanio-płaska, to choć bardzo smaczna też nie, wyszła bardzo poprawnie. Smakowała w porywach gorzko, sporo w niej drewna i drzew iglastych, poczułam nawet orzechowe echo... wszystko to jednak za płaskim, trochę przypalonym smakiem niemal topornego, zwykłego kakao. Ono nie przełożyło się na zbyt silną gorzkość. Nie zgadłabym, że czekolada nie zawierała kakao w proszku. W dodatku a dużo było w niej  maślaności, która łagodziła przyjemniejsze nuty, a tej taniości nie ruszyła, a także za dużo dusznej słodyczy, kojarzącej się z przesłodzonymi kremami "frostingami".

Z zaskoczeniem uznałam, że Fazer Pure Dark 70 % Cocoa Finest Dark Chocolate wyszła nieco ciekawiej. Choć do niej dodano kakao w proszku, miazga kakaowa wykazała się większą inicjatywą. 
By jakoś lepiej porównać ją do czegoś bardziej popularnego: tłustsza i zdecydowanie słodsza od Lindt Excellence Dark 70 % Cocoa.


ocena: 7/10
kupiłam: słowacka stacja benzynowa
cena: nie pamiętam
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa