wtorek, 6 października 2026

Kina Chocolates Chuncho 85 % Cacau Peru ciemna

Po pierwszej zjedzone tabliczce marki Kina zaczęłam jakoś ponuro zapatrywać się na kolejną, czyli dziś przedstawianą. Fakt, zawierała więcej kakao, co dobrze wróżyło, jednak po Kina Chocolates Merida 70 % Cacau Venezuela zaczęłam mieć przeczucie, że i ta nie podbije mojego serca. Nie wątpiłam, że będzie lepsza, ale jakoś... Straciłam wiarę w markę, a tym samym i większe zainteresowanie. Mimo, że opis tej, gdy zamawiałam, bardzo mnie zaintrygował. To miała być bowiem najbardziej intensywna czekolada z kakao Chuncho od Kina. Dalej jednak w opisie padło, że "nuty ziaren kakaowca Trinatria Criollo są nieco przytłumione przez moc kakao" i to już mnie trochę dziwiło. Przecież 85% to jeszcze nie 100% i jest wiele bardzo łagodnych czekolad do tej zawartości... Hm. Miałam się przekonać sama.

Kina Chocolates Chuncho 85% Cacau Peru to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao Chuncho z Peru.

Po otwarciu poczułam zapach mocno kwiatowego miodu, soczystych suszonych śliwek oraz zielonych winogron, które królowały na pierwszym planie. Zapewniły sporo słodyczy, ale i soczystość, kwasek. Śliwki robiły też drobne aluzje do kompotu. Więcej kwasku znalazło się na planie drugim, tworzonym przez średnio dojrzałe, czerwone wiśnie oraz splot cytrynowo-limonkowy. Do cytrusów podkradała się drobna cukrowość, ale w ogóle stanowiła marginalną nutkę, bo trzeci plan również zasługiwał na uwagę, wplatając nuty zbutwiałego drewna i ziemi.

Twarda, masywna czekolada przy łamaniu wydawała się wręcz kamienna. Trzaskała dość głośno, jakby była bardzo pełna i już w dotyku sprawiała wrażenie szorstko-suchej.
W ustach rozpuszczała się powoli, długo zachowując zbity kształt i pewną twardość. Opływała sokiem, jawiąc się jako szorstka i piaszczysta. Tłustości prawie brak, za to z czasem zdobyła się na pylistą lepkość. Otarła się o przytykanie, po czym jednak rzedła w obliczu narastającej szorstkości. Całość znikała soczyście-wodniście, zostawiając suchawe wrażenie.

W smaku pierwszą poczułam kwaśną cytrynę. Nie była to wysoka kwachowatość, ale kwaśność dość znacząca. Zaraz jednak od jej soczystości odciągnęła uwagę rześkość, działająca na podobnym polu, ale jednak zgoła inna. Obok pojawiły się wilgotne, jakby pokryte rosą bardzo rześkie drobne białe kwiatki. Ich świeżość gnała przed siebie i przez myśl przemknął mi nawet aloes.

Szybko jednak odezwało się zbutwiałe drewno, przechwytujące wilgotny motyw i powoli go wyciszające, oraz ziemia, która z kolei może nie jest zupełnie sucha, ale której od paru dni brakuje opadów. Suchawy klimat przechwycił i rozwinął dym. Gorzkość choć nie silna, zaprezentowała się wyraźnie.

Dym nakierował cytrynę na bardziej skórkowy wydźwięk. Kiedy cytryna kwaśność wzbogaciła o cierpkość, dołączyła do niej kwaśno-cierpka limonka. Też jako sok i skórka. Coraz więcej cierpkiej skórki. Kwaśność miała się nieźle, rozwijała, aż nagle... mocno osłabła.

Wkroczyła i szybko podskoczyła do poziomu wysokiego słodycz. Otuliła cytrynę, zgasiła jej co bardziej kwasowe zapędy i otarła się o lekką cukrowość.

Ziemię i drewno złagodziło trochę maślaności... Maślanych ciastek? Ciastek z orzechami? 

Cukier przemieszał się z miodem, a ja pomyślałam o miodzie mocno kwiatowym. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po prostu kwiaty wsparły tę kwiatową nutkę miodu. W głowie rozgościł mi się już nie tylko miód kwiatowy, ale też bukiety żywych białych kwiatów. Mieszanka słodyczy bardzo osłodziła pozostałe wątki.

Maślane ciastka lśniące od kryształków cukru i trochę orzechów zgrało się z drewnem. Drewno zrobiło się nieco istotniejsze, ziemia gdzieś się zatraciła. Gorzkość złagodniała.

Kwaśność, choć bardzo poskromiona, próbowała się utrzymać. Przywróciła też świeżość kwiatów, co... zabiło ją niemal zupełnie. W kwiatach zaczęły przewijać się zielone winogrona: słodkawe, ale i średnio dojrzałe, co i raz dające nadzieję na powrót kwasku. Za nimi kręciło się trochę wiśni i śliwek... Aż nagle śliwki wyrwały się na przód. W pierwszej chwili soczyste i świeższe, zgarnęły słodycz, zapożyczyły niemal znikającą kwaśność i pokazały się jako suszone, podwędzane, a przez to nieco dymne śliwki. I... kompot śliwkowy?

Poczułam, jak coś zaznacza się na języku. W pierwszej chwili pomyślałam, że to słodycz, ale przy niektórych kęsach wskazałabym raczej przyprawy. Jałowiec? Ziele angielskie? Lekka goryczka zasugerowała im... mak? Pomyślałam o śliwkach dodanych do miodowo-cukrowej masy makowej... razem z rodzynkami? Goryczka ostała się tylko właśnie jako mak, osłodzona miodem i tymi suszonymi owocami.

Drewniana nuta prawie odpuściła. Delikatna maślaność przestała więc ją łagodzić, a sama wydała mi się końcowo nieco bardziej orzechowa, ale niejednoznaczna.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-śliwkowy, ale niezbyt kwaśny i wręcz cukrowo słodki. W głowie siedziała mi nieco przesłodzona masa makowa, słodzona miodem wielokwiatowym i cukrem, ciastka z orzechami, lśniącymi od cukru, a do tego sporo kwiatów i średnio dojrzałych zielonych winogron, przechodzących w rodzynki. Echo zbutwiałego drewna i dymu starały się wprowadzić poważniejszy akcent, ale w duecie cukru i kwaśności stanowiły jedynie wątek poboczny.

Czekolada była smaczna, ale przeszkadzała mi jej jawna cukrowość, wyłaniająca się raz po raz. Cukier jakby osłodził cytrynę, wymieszał się z miodem, a pod koniec przesłodził masę makową ze śliwkami suszono-wędzonymi i rodzynkami. Podobała mi się tu owocowa dynamika, to, jak cytrynowo-limonkowy duet rozpoczął kompozycję, to, jak potem pojawiło się trochę winogron, wiśni i śliwek, a na koniec rodzynek. Czuję jednak niedosyt kwaśności po tej początkowej obietnicy oraz zacnych nut drewno zbutwiałego, ziemi i dymu. Więcej tych właśnie bardzo by się przydało w miejsce słodyczy. Bo właśnie że ta chwilami zbyt dosadna, prosta słodycz wydawała się zwyczajnie nieadekwatna, niedopasowana. Za nic nie zgadłabym zawartości - upierałabym się, że to jakieś 70 % kakao.


ocena: 7/10
cena: € 6,50  (za 70g; około 28 zł)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 października 2026

(Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71 % Cocoa + Almonds ciemna z migdałami

Nie pałam wielką miłością do Supe Fudgio (dawniej Super Krówka), ale ich (Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa smakowała mi i wydawała się właśnie idealną bazą pod dodatek, który by trochę przełamał dość dosadną słodycz. Stąd, gdy wypatrzyłam dziś przedstawianą, zdecydowałam się na zakup wierząc, że będzie udana.
Tabliczkę otworzyłam na Kozim Wierchu, na który zimą udało mi się wejść dopiero za drugim podejściem. Tym razem z Palenicy Białczańskiej doszłam do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, a stamtąd na Kozi Wierch i z powrotem tak samo. Ależ mi się tej zimy piękna, wiosenna pogoda trafiła!

(Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa + Almonds to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao, słodzona daktylami (bez cukru białego) z całymi migdałami.

Po otwarciu rozszedł się delikatny zapach palonej kawy z nieco soczystym tłem oraz słodko-ciężki splot melasy i suszonych daktyli. Daktyle były jednoznaczne, acz nie dominujące. Choć nieco bardziej niż suszone, oddawały syrop daktylowy. Z kolei soczystość czerwonych owoców, która przewijała się w kompozycji trudno było dookreślić. Słodycz nie szarżowała, choć robiła aluzje do karmelowych słodkości typu Toffifee. Odnotowałam jeszcze lekko dymną gorzkość, coś nawet ziemistego. Migdały w zasadzie się ukryły. Motyw orzechowy z Toffifee mógł, ale nie musiał się z nimi wiązać. 

Tabliczkę zdobiło całkiem sporo małych i średnich migdałów w skórkach. W dotyku była lekko pylista, ale miałam wrażenie, że zdradza też lepkość.
Przy łamaniu trzaskała głucho, jak cienkie gałązki. Była średnio twarda. Migdały a to zostawały w którejś części, a to krucho łamały się wraz z bazą.
W ustach czekolada rozpływała się raczej wolno, stawiając lekki opór i długo zachowując zbitość. Migdały długo siedziały w zbitym kawałku, bo okazały się mocno wtopione.
Gdy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, wyszła nieprzyjemnie plastikowo-ulepkowato, więc zostawiałam je na koniec.
Czekolada niby wykazywała mazistość i pewną lepkość, ale nie kremowość. Nie była tłusta, a taki jej odbiór nasilała szorstkość, która wyszła na jaw z czasem. Chwilami próbowała uraczyć mnie lekką kremowością, ale marginalną. Została w tyle za wręcz ziarnistym, na pewno pylistym wrażeniem. Do tego doszła lekka wodnistość, a końcowo w ustach zostawało wrażenie wysuszenia (jak czasem po zjedzeniu daktyli).
Migdały gryzione na koniec były twardo chrupiące. Powiedziałbym, że surowe.

W smaku pierwsza odezwała się słodycz oraz niska, ale poważna i pewna siebie gorzkość. Czasem zdarzało się, że przemknęła lekka soczystość i zniknęła, nim zdążyłam bardziej świadomie ją zarejestrować.

Słodycz wskoczyła na średnio-wysoki poziom i podszyła się pod najzwyklejszą cukrowość, po której jednak z lekkim ociąganiem wkroczył karmel. Zaczęła znacząco rosnąć właśnie w karmelowym, wręcz mleczno-maślano krówkowym kierunku. Daktyle już, już zaczynały trochę zdradzać swoją obecność.

Gorzkość leniwie przyniosła czarną kawę i dym. Podkręcił palony wydźwięk karmelu, ale ogólnie słodycz rosła szybko, więc ten palony, poważniejszy nie utrzymał się za szybko. Ja pomyślałam o karmelowej łódeczce Toffifee (oczywiście z całą resztą pralinki, ale na dalszym planie).

Karmel zaczął robić się jakiś coraz mniej karmelowy... Soczysty? Kolejne uderzenie słodyczy, które przybyło parę chwil po pierwszym, przyniosło całkiem wyraziste daktyle. Słodycz zrobiła się specyficznie soczyście ciężka, a ja poczułam się, jakbym jadła suszone daktyle typu twardego o niemal czekoladowym charakterze.

Po pokazaniu się, daktyle jakby zatonęły w karmelu, zrobiły się mniej jednoznaczne. Czasem chyliły się ku słodyczy bardziej cukrowej, czasem ku ciężkawo melasowej, kojarzącej się bardziej z syropem daktylowym niż owocami. Soczystość, choć znikoma, miała coś do powiedzenia (jakby nie godząc się na taki wydźwięk słodyczy?) i przemknęły mi czerwone owoce. W zasadzie konfitura z czerwonych owoców? I prawie od razu uciekła... przed ziemią.

Niegryzione  migdały w zasadzie się nie odzywały, ale jakby swoją obecnością nieco rozbijały smak, głównie słodycz.
Ogólnie czekolada nie przesiąkła migdałami.
Gdy z ciekawości pogryzłam migdała wcześniej, obok czekolady, czuć go było dobrze, ale sama czekolada wydawała się bardziej słodka w sposób cukrowo-melasowy i wodnista, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dym się wycofał. Daktyle odżyły wyraźniej, tym samym motywując do działania gorzkość. Jakby tak to z nich wypłynęło więcej kawy? Ziemia, która zagłuszyła soczystość, zajęła miejsce dymu, stojąc na straży wytrawniejszego, gorzkiego wątku. Pomyślałam o ziemi czarnej i rozgrzanej.

Niezależnie od migdałów, także w kęsach bez nich z czasem wychwyciłam pewną ni migdałowość, ni orzechowość. Orzechy laskowe? Wciąż więc kompozycja miała w sobie coś z Toffifee. Acz ta orzechowość w końcu jednak poszła w kierunku niemal mlecznym, wege mlecznym? Z pobrzmiewającą w nim wodnistością.

Przemknęły mleczne krówki, acz takie nieco bardziej palone. Krówki daktylowe? Daktyle może nie były bardzo jednoznaczne w smaku, ale zdradzały się lekkim, specyficznym pieczeniem.

A może to... Korzenność? Rozgrzewanie języka i pieczenie w gardle mogło pochodzić nie tylko od słodyczy daktyli, ale i słodkiej pikanterii. I lekką goryczka - ziemiście-węglowa? - też się do tego dołożyła?

Końcowo daktyle otulił dym. Wróciło trochę kawy, mieszając się z dymem jako czekoladowe espresso zrobione na mocno palonych, dymnych ziarnach.

Migdały gryzione na koniec smakowały bardzo wyraziście. Były naturalnie słodkie, ale z charakterem, dodanym przez skórki. Parę miało zaskakująco mocne marcepanowe skłonności.

Po zjedzeniu kęsów z migdałami zostawał posmak głównie ich, podkolorowanych delikatnymi nutami czekolady. Ta na koniec ostała się jako splot orzechowej mleczność, karmelu prosto z krówek i Toffifee oraz trochę kawy i dymu. Czuć słodycz daktyli, ale nie wyraźnie daktyle jako one same.

Czekolada była smaczna i ogólnie trudno jej coś zarzucić. Dobra, nie przesłodzona, choć wyraźnie słodka baza, łącząca słodycz daktyli z nutami dymu i kawy, ale oferująca też Toffifee, karmel i krówki, nie zawsze klarownie daktylowa pasowała do dobrych migdałów. Może nie tworzyły nadzwyczaj spójne kompozycji, ale dobrze współpracowały. Mnie słodycz trochę dawała się we znaki, ale raczej wydźwiękiem niż siłą. Trudno ją za to krytykować, wszak wyobrażam sobie, że osoby unikające zwykłego cukru, a np. nielubiące słodzików, będą zachwycone taką alternatywą.

Z całą pewnością mogę po niej stwierdzić, że to (Megusto) Super Fudgio Vegan Chocolate Sweetened with dates 71% Cocoa, która jako baza pod dodatek bardzo dobrze się sprawdziła. Acz migdały żadnej rewolucji nie przeprowadziły, bo prostu... były.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: około 20 zł (nie pamiętam dokładnie)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, sproszkowane daktyle 27%, tłuszcz kakaowy), całe migdały 20%

sobota, 3 października 2026

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit biała marakujowo-jogurtowa / z marakują i jogurtem

O tę tabliczkę wchodzącą w linię Labooko Fruit nie prosiłam z prostej przyczyny: nie lubię białych, a w dodatku nie jestem wielką fanką marakui. Na pewno nie chwytają mnie marakujowe rzeczy. Włożyłam ją do komody z myślą "o rany, kiedy to ja się za nią zabiorę?" i nie myślałam o niej. Przypomniałam sobie w dniu degustacji Pink Grapefruit (która czeka na publikację w kolejne). W niej warstewka czekolady marakujowej wydała mi się... dziwna, łagodna. Zdecydowałam, że wezmę ją na kolejny wypad w góry, jadąc z bardzo świeżym wspomnieniem.
Otworzyłam ją na podejściu na Kozi Wierch w marcu, czyli w sumie jeszcze tatrzańską zimą. Ale na pewno nie w zimowych warunkach. Było ciepło prawie jak latem. Taka słoneczna czekolada (jak określił ją sam Zotter) więc wpasowała się w klimat wyprawy.

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit to biała czekolada marakujowa ze sproszkowaną liofilizowaną marakują oraz jogurtem.

Po otwarciu poczułam zapach egzotycznych owoców, w tym wyraźnie wyczuwalnej, nadrzędnej marakui. Zmieszanej jednak z mango, brzoskwiniami i cytrusami tak intensywnymi, że mogłabym się kłócić, że je też dodano. Owoce były soczyste, ale przybrały też sporo pudrowej słodyczy. Pomyślałam o egzotycznych cukierkach pudrowych, choć całość nie wyszła mocno cukierkowo. Czuć też trochę wanilii, zdradzającej udział białej czekolady. Acz z ciężkością poskromioną jogurtem i / lub maślanką.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucha, pylista i zarazem tłusta. Jej twardość miała w sobie coś z polewy, co przełożyło się na chrupkie trzaski podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się bardzo ochoczo, średnio-szybko. Zaraz zrobiła się miękka i kremowo-maziście pokryła podniebienie. Po chwili dała się poznać jako pudrowa i wręcz proszkowa, a także soczysta. Coraz bardziej soczysta. Soczystość nie przeszkodziła tłustości w pokazaniu się. Ta jednak trzymała się z tyłu, mimo że niewątpliwie była co najmniej średnia.

W smaku czekolada przywitała mnie delikatnym motywem cytryny, po czym rozlał się wątek ostrożnie mleczny.

W tle przemknęła słodycz niemal kajmakowa, trudna do uchwycenia, bo bardzo wycofana, nieśmiała.

Jako że kwaśność nie zwlekała i dosłownie ułamek sekundy później też wchodziła do gry, pomyślałam o jogurcie i maślance.

Słodycz wkroczyła odważnie, niosąc ogrom owoców egzotycznych i żółtych. W pierwszej chwili miały w sobie coś pudrowego, coś z gumy rozpuszczalnej, ale wraz z tym, jak po ustach rozlewały się kolejne soczyste fale, ta nuta odeszła w niepamięć. Poczułam marakuję, ale jakby tylko jako składową soczystej, słodko-kwaśnej mieszanki cytrusów, mango, brzoskwini i innych. Słodycz w dużej mierze płynęła z owoców, przeplatając się z kwaśnością tak, że choć wyraźna, wydawała się przyjemnie niska i naturalna. Z czasem, w oddali zatliło się coś trochę cukierkowego, ale trudnego do uchwycenia.

Jogurtowy motyw polubił się z owocami i z czasem owocowy jogurt i kwaśna owocowa maślanka rozgościły się na dobre. Wniosły rześkość, która jeszcze podkreślała soczystość owoców.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa marakuja zaczęła wychodzić na przód owocowej mieszanki. Dała się poznać jako bardzo świeża, niczym sok, lejący się z surowego owocu.

Za marakują zaznaczyła się szlachetna, słodka biała czekolada i nienachalna maślaność. Pozbawiona ciężkości. Może nawet w porywach z wanilią? Jogurt i maślanka przypomniały sobie o mleku, które przecież je wprowadziło.

Marakuja zaczęła trochę trącić na jednoznaczności. Chyba kontrast ze słodyczą sprawił, że jej kwaśność zrobiła się cytrynowa.

Ten raczej cytrynowy wątek, zmieszawszy się z delikatną, ale niewątpliwie obecną słodyczą nagle przybrał postać cytrynowej gumy rozpuszczalnej, np. Mamby. Wciąż wokół kręciło się sporo innych egzotycznych owoców, więc nie był to na pewno pierwszo planowy smak, ale dość znaczący.

Po zjedzeniu został posmak mieszanki świeżej surowej marakui i cytrynowej gumy rozpuszczalnej (Mamby!). Łączył naturę z jakby lekką cukierkowością oraz słodycz i kwaśność prawie w równych proporcjach. Czułam też rześkość i soczystość, co trochę rekompensowało Mambę.

Czekolada była dobra i niespotykana. Choć nie taka klarownie marakujowa, to przyjemnie egzotyczna. Lekka, rześka, soczysta i po prostu ciekawa. Czuć jej subtelną, szlachetną biało czekoladowość, ale bez choćby odrobiny ciężkości. To, jak marakuja mieszała się z iluzorycznymi nutami cytryny, brzoskwini i mango oraz motyw jogurtowo-maślankowy wyszło naprawdę smacznie. Orzeźwiająco, nie zasładzająco. Gdy pomyślałam o trochę podobnej (z założenia, formy) Zotter Labooko fruit Mango Lassi - dziś przedstawiana wyszła znacznie lepiej!
Ciekawe, że w Zotter Pink Grapefruit dziś przedstawiana wyszła... mniej bogato owocowo. Jednocześnie nie jestem przekonana, czy taka, tak złożona czekolada, nadaje się jako dodatek do innej.

Dziś przedstawiana niewątpliwie cierpi na brak jednoznaczności tytułowego owocu jak Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant, ale była równie smaczna i ciekawa. Tak jak tamta jednak nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność, nie widzę sensu w jedzeniu takich rzeczy, więc po zweryfikowaniu odczuć w domowych warunkach, połowę oddałam Mamie.

Mama tak ją opisała: "Bardzo fajna, biała, a taką bardzo rześka, lekka, soczysta. Kwaśna, że gdy zjadłam wszystko, co dostałam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie za kwaśna. Zależy, jak sama marakuja smakuje, bo ja ją znam tylko z jogurtów, gdzie występuje z brzoskwinia. Nie wiem, co tam jeszcze w niej czułam. Cytrynę? Ogólnie bardzo dobra, taka chyba na 8, na pewno jedna z lepszych z tych jego nowości tegorocznych". Gdy podsunęłam, że jogurt, usłyszałam:" Ach, jogurt! No tak, to wiele tłumaczy".


 ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 36%, marakuja liofilizowana 11% (maltodekstryna, koncentrat soku z marakui), jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, emulgator: lecytyna sojowa

piątek, 2 października 2026

jogurt Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą

Jakby mi jakiś czas temu ktoś powiedział, że ten post się tu pojawi... Hm, w sumie nie. Jestem zbyt ciekawska, by się dziwić, że porwałam się na ten produkt. Nie cierpię pączków i bardzo nie lubię skyrów. Więc...? Więc na logikę powinnam się trzymać od tej biedronkowej nowości z daleka. A jednak! Przeważył fakt, że lubię różane smaki. Gdyby to nawiązywało do paczka z jakimkolwiek innym nadzieniem, nie byłoby najmniejszych szans, bym się na to porwała. Wprawdzie dla różanego pączka wyjątku bym nie zrobiła (czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, na której żadne tłuste czwartki wrażenia nie robią i pączków i tak nie lubię), ale skyr aż tak straszny jednak się nie wydawał. W dodatku to i tak było... A zakładałam, że znając życie tylko spróbuję, będzie niesmaczny i oddam Mamie. To ona bowiem w ogóle to dziwo kupiła. Jak to ujęła, "takie dziwne, że musiała wziąć", mimo że też nie lubi skyrów. Kupując, nie wiedziała, czy bierze to sobie, czy może ja się skuszę. A jako że wspomniany Tłusty Czwartek dla mnie jest dniem jak każdy inny, recenzja spędziła w kolejce do publikacji bardzo długo. 

Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą to jogurt typu islandzkiego ze wsadem o smaku pączka z różą.

Po otwarciu poczułam zapach, który od razu skojarzył mi się z malinowym serkiem homogenizowanym. Był trochę duszny, słodkawy, ale też cierpki w bardziej jogurtowym stylu. Gdy zaczęłam mieszać, ta duszność wydała mi się bardziej sztuczno-stęchła, a w trakcie jedzenia mnie olśniło: to motyw mdło biszkoptowy jak z serków biszkoptowych. Gdy dokopałam się do wsadu, poczułam lekki, rozwodniony, słodki motyw czerwonych owoców.

Odpowiednio wcześniej przed jedzeniem wystawiłam skyr z lodówki, by doszedł do temperatury pokojowej.

Zawartość kubeczka była bardzo gęsta, wręcz sztywna. Powiedziałabym, że to typowy skyr, konsystencją podszywający się pod serek.
Pod nim znalazł się rzadki wsad, o bladym, zaskakująco bezowym kolorze i strukturze wodnistego, rzadkawego przeciero-żelu.

W trakcie jedzenia biała część okazała się faktycznie gęsta, jakby trochę śmietanowo gładka, ale nie realnie tłusta. Przez to wręcz cierpka. Skyr ten trochę ściągał zęby. Bliżej spodu zabarwił się na bladoróżowy kolor od wsadu.

Wsad cechowała wodnistość i niska lepkość. Gdy zagarniałam tylko go, kojarzył mi się z mocno rozrzedzonym wodą żelowym przecierem. W zasadzie z zagęszczoną wodą z dodatkiem przecieru.
Rzadki wsad i gęsty skyr trochę mieszały się ze sobą, co im na dobre wyszło.

W smaku biała baza wyszła przede wszystkim kwaskawo skyrowo. Mnie kojarzy się to z połączeniem jogurtu i serka. A jednak wyraźnie wyłaniała się z niej nuta duszno-biszkoptowa, typowa dla serków biszkoptowych. Ze względu na to, jak delikatna była, denerwująco pobrzmiewała, chwilami jawiąc się jako niedookreślona.

Przez tą nieokreśloność wydawała się lekko sztuczna. W dodatku nie służył jej w zasadzie brak słodyczy, która w serkach biszkoptowych występuje. Echo biszkoptowego serka ze skyrową cierpkością wyszło osobliwie.

Masa skyrowa z pobliża wsadu prezentowała się nieco lepiej - tam, gdzie zabarwiła się na różowo, biszkoptowa nuta była nieco wyraźniejsza, a i skyr przejął trochę słodyczy wsadu. Poszedł dzięki temu w kierunku bardziej serkowym. Wciąż jednak serka nijakiego, słodkiego i lekko pobrzmiewającego biszkoptowo- i już trochę owocowym smakiem. Powiedziałabym, że to serek homogenizowany lekko malinowo-truskawkowy (ani malinowy, ani truskawkowy, ale trochę kojarzący się z tymi owocami). Różowa część skyra pobrzmiewała mi Danone Gratką (trauma dzieciństwa).

Gdy spróbowałam samego wsadu, okazał się bardzo słodki i wodnisty, a jednak trochę faktycznie czerwono owocowy. Jak mocno rozwodniona marmolada ogólnie owocowa. W dodatku... był zaskakująco biszkoptowy. Nie jakoś mocno, ale jednak. Owoce dzikiej róży trudno było w nim wyróżnić. Na pewno nie czuć tu róży jako płatków, kwiatów. To róża-owoc. Tylko że wyprana z charakteru i cierpkości.

W przypadku próbowania wszystkiego obok, połączenie duszno biszkoptowego, cierpkiego skyra i nijako-słodkiego wsadu wydało mi się zwyczajnie osobliwe, okropne. Ciastowo-owocowawe, robione po kosztach. Sztuczność i cierpkość taniego nabiału nie odpuszczała. Przemieszane smakowało to jako tako. Jak lekko biszkoptowy, nijaki "powiedzmy, że z nutką malinowo-truskawkową" serek. Jakby tak do skyra dodać po trochu produktów Danone: jogurtu biszkoptowego i truskawkowej Gratki.


Po zjedzeniu została cierpkość i duszny, sztucznawy motyw pseudobiszkoptowy, typowy dla serków. Czułam wodniście-cukrowy, nijako owocowy tani dżemor, nieprzyjemnie mieszający się ze skyrową cierpkością.

Całość bardzo mi nie smakowała. Nie obniżam oceny za to, że skyr był skyrem, a ja skyrów nie lubię, ale za to, że to produkt nieprzemyślany. Cierpki Skyr zwyczajnie do takich smaków nie pasuje. Założę się, że serek homogenizowany lepiej by to udźwignął. Biszkoptowa nuta wydawała się zbyt nieśmiała, by skyr ten nazwać biszkoptowym, a jednak na tyle silna, by denerwować. Bez wyższej słodyczy wydawała się dziwna. Ale tam, gdzie warstwy się mieszały i było słodko, też nie chwyciło.  słodycz, która osiadła we wsadzie, też nie działała na plus. Zmieszała się z wodnistością i niesatysfakcjonująco różanym smakiem. Ten zamiast przybrać postać smakowicie płatkowo różanej konfitury, oddawał liche owoce róży, które w sumie mogłyby być czymkolwiek, w znikomej ilości.

Dałam radę tylko trochę, resztę, jak zakładałam na początku, oddałam Mamie. Ona zjadła, ale... Tak to opisała: "Sama nie wiem, po co to w ogóle jadłam. To było okropne. Nie lubię skyrów, to jedno, ale nie dlatego to mi się wydało okropne... Ten smak... Taki trochę jak jogurty biszkoptowe Danone, które kiedyś lubiłam. Ale tamte były smaczne, a to nie było. Taki tylko ich dziwny, za delikatny posmak miało. I pytanie, gdzie pączek, a gdzie biszkopt? To nie to samo. Wsad to jakaś woda bez wyraźnego, określonego smaku. Wymieszałam to wszystko, bo tak to jeszcze jakoś... lepiej? Było. Potem mi się jakby chemią, sztucznością odbijało. Okropne. W ogóle nie wiem, czy do takich stylizacji skyry pasują. I nie wiem, jak to wypada na tle innych skyrów.".


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: 2,49 zł (za 150 g)
kaloryczność: 87 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

  Skład: mleko, cukier, sok z owoców dzikiej róży z zagęszczonego soku 3%, pokruszone ciastko 1% (mąka kukurydziana, cukier, masło, mąka ryżowa, sól), naturalne aromaty, stabilizatory: pektyny, mączka chleba świętojańskiego; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnej marchwi, substancja wiążąca: cytryniany wapnia; kultury bakterii jogurtowych.

środa, 30 września 2026

ChocoMe AtelieR Akesson Dark chocolate bar 69 % ciemna z Madagaskaru

To właśnie tę tabliczkę marki ChocoMe zobaczyłam jako pierwszą. Od razu i się zainteresowałam, i posmutniałam. Oczywiście z powodu, że zawartość kakao jest tak niska. Aż tak ciężko było dociągnąć chociaż do 70%? Normalnie nie kupiłabym o niższej, bo te 70% uważam za minimum, i tak za słodkie. Do tej jednak przyciągnęło mnie kakao od Åkesson’s. Ileż to już lat nie jadłam żadnej ich tabliczki! Były za to czekolady robione z ich kakao właśnie. A to już zawsze coś.

ChocoMe AtelieR Akesson Dark chocolate bar 69 % to ciemna czekolada o zawartości 69% kakao trinitario Acriollado z Madagaskaru, z regionu doliny Sambirano, z plantacji Bejofo Bertila Akessona.

Po otwarciu poczułam delikatny, głównie słodki, ale z zaznaczonym kwaskiem, zapach borówek amerykańskich i malin. Może też trochę jakby niekwaśnych wiśni? O kwasek walczyło trochę cytrusów, lecz ogólna słodycz zdominowała kompozycję. Ta przybrała ciepły, nieco babciny wydźwięk. Owoce, w tym cytrusy, osładzał ciepły, właśnie pieczony sernik ze skórką pomarańczy. Pomyślałam też o cieple promieni słońca, wpadających i mocno rozgrzewających mieszkanie (właśnie jakiejś gościnnej babci). Owoce, głównie borówki amerykańskie, inne drobne leśne za sprawą takich przytulnych tonów wchodziły w sferę trochę pudrowo-cukierkową, w której doszukałam się jeszcze jakby... miodowych, ewentualnie miodowo-cytrynowych tabletek na gardło (Cholinex - moja babcia zawsze je kupowała, a ja ich nie cierpiałam).

Tabliczka w dotyku wydała mi się szorstka i pylista, ale zdradzała też tłustość. Była twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Zaczęła trochę kremowo, lecz potem robiła się coraz bardziej szorstka. Przez pewien czas zachowywała kształt i pewną twardość, ale później pojawiła się soczystość, która je skutecznie rozbiła. Czekolada stała się zawiesiną piasku, pyłku i soku, z czasem zaś znikała wodniście, wciąż z wręcz piaszczystym wrażeniem.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, która skojarzyła mi się z suszonymi kwiatami. Oczami wyobraźni zobaczyłam przytulny, babciny salonik, w którym stoją wazony z suszonymi bukietami, a który ociepla słońce wpadające przez okna z koronkowymi firankami.

W tle przemknął lekki, cytrusowy kwasek... i skojarzył mi się z cytrynowo-miodowymi tabletkami na gardło, a potem dokładniej z dziwnie "miodowymi" tabletkami Cholinex, po czym usta zalała mi kolejna fala jakby ciepłej słodyczy. Jakby z babcinej kuchni popłynął intensywny zapach właśnie pieczonego sernika. Sernika bardzo słodkiego, ale i leciutko specyficznie kwaskawego, z dodaną skórką pomarańczy. Skórka, choć niewątpliwie cytrusowa, opowiedziała się za słodyczą - wszak musiała to być skórka kandyzowana. Cytryna przeszła na tyły, cały czas lekko pobrzmiewała, ale co innego przyciągało uwagę.

Słodycz zajęła nadrzędną pozycję, kwasek zaś pomykał bokami. Ich przeplatanie się zaobfitowało w trochę owoców leśnych w tym jagód, borówek amerykańskich, które odznaczały się raczej słodyczą. Najpierw jakby w ogóle szły w kierunku pudrowych cukierków? Szybko się jednak zreflektowały. Kwasek był w nich minimalny, aż nagle dołączyło do nich trochę malin i pojedyncze wiśnie... Już, już zebrało się trochę więcej kwasku, po czym owoce przeszły w bardziej dżemowo-konfiturowe klimaty. Kwasek jakby uwięziono na niskim poziomie.

Niska gorzkość pokazała się z ociąganiem. Pomyślałam o skałach... skałach wulkanicznych, bo z pobrzmiewającym echem dymu... ale też po prostu rozgrzanych skałach i również rozgrzanej, suchej ziemi. Gorzkość, poważniejszy, wytrawniejszy motyw znalazł się na dalszym planie.

Ciepło to jednak rosło, chwytając się w zasadzie na co tylko trafiło. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczucie ciepła związało się z ciemno-leśno-czerwonymi owocami, serwując mi kruche ciasteczka z owocowym dżemem oraz nadziane nim małe, kruche rogaliki. Dżemem z mieszanki owoców, niby kwaskawym, ale trochę przesłodzonym.

Sernik, choć i w nim było trochę kwasku, także zrobił się przesłodzony. Pomyślałam o serniku lekko ciepłym, który się jeszcze nie przegryzł w lodówce, więc jest denerwująco słodki. Skórka pomarańczowa kandyzowana stanowiła w nim istotny dodatek, aż nagle... do jej cytrusowości dołączyło trochę cytryny. Znowu zrobiła mi nadzieję na więcej kwasku, ale jednak nic z tego nie wyszło. Kwasek czułam, ale... jakby zamknięty w cytrynowych, przesłodzonych tabletkach na gardło.

Pomyślałam o serniku nie dość, że przesłodzonym, to jeszcze zbyt tłustym, wręcz maślanym.

Choć kwasek za sprawą owoców i ciemnych, czerwonych, i cytrusów starał się, jak mógł, końcowo owoce przybrały trochę cukierkowo pudrowy wydźwięk. Słodycz wydała mi się jeszcze bardziej babcina. Taka... pudrowo-dusznawa, ciężkawa. Wróciła też myśl o suszonych kwiatach. Z czymś ostrawym? Acz tonącym w słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak dżemu z ciemnych leśnych i czerwonych owoców, niby podkręconych cytryną, ale też mocno osłodzonego babcinym sernikiem właśnie pieczonym albo tylko co wyjętym z piekarnika. W jego cieple znalazło się trochę gorącej ziemi, skał, ale w posmaku ogólnie było raczej słodko-kwaskawo; bez gorzkości. Kwasek i słodycz zdawały się jednak jakby dziwnie gryźć w język.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, uważam ją jako zmarnowany potencjał ziaren. Tak wysoka, rządząca słodycz zgasiła madagaskarską soczystość. Kwasek niby obecność ciągle zaznaczał, ale nie rozwinął skrzydeł. Całość przybrała babciny wydźwięk i choć pieczony sernik to w sumie ciekawa i smakowita nuta, to jednak jego przesłodzenie, maślaność, mieszająca się z resztą słodyczy mi nie leżało. Trochę borówek, jagód i wiśni zatraciło się w przesłodzonym dżemie, a dokładniej ciastkach z dżemem. Suszone kwiaty i odrobinka skał, rozgrzanej ziemi, dymu nie dały rady nadać odpowiedniej głębi i wytrawności tej słodziaśnej kompozycji. Szkoda, bo czuć, że to kakao mogłoby zaprezentować coś ciekawszego, gdyby nie było tak stłamszone ciężkawą słodyczą.
W dodatku nie pasowała mi struktura: zbita i piaszczyście-szorstka, znikająca wodniście-soczyście. W zasadzie nie krytykowałabym jej jakoś szczególnie mocno przy np. mocno soczystym, skalistym, ziemistym smaku, ale w przypadku dzisiaj przedstawianej zupełnie nie pasowała do smaku i klimatu.

Nie kojarzyła się za bardzo z Beskid Chocolate Madagaskar Akesson Bejofo Estate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ani z soczyście owocową, gorzko kawową Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation. Już nieco bardziej z Aruntam Sensory Chocolate 72 % Madagascar Bio Dark Chocolate Bejofo Estate Akesson's Beans, w której oprócz cytrusowej soczystości, było wiele innych kwaśnych owoców, ale też np. sernik wiśniowy. Też nie była gorzka, ale przyjemnie herbaciano-ziołowa. W dziś przedstawianej mocno brakowało "tego czegoś".


ocena: 6/10
kupiłam: cokobanka.cz
cena: €6,58 (28 zł; za 50g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 29 września 2026

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów

Kiedy zleciłam ojcu trzy wówczas nowości Sante: kremy słodzone z daktylami, byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by dokładniej się nimi interesować, co i jak. Wystarczyło mi kontrolne spojrzenie na składy. Wtedy uznałam, że pewnie będą przesłodzone, ale miałam nadzieję, że w stopniu, który nie wyklucza jeszcze przyjemnej uczty. Składy więc widziałam. Nie wiem więc, skąd u mnie przekonanie, że dziś przedstawiany był na bazie orzechów laskowych. Przecież tych w jego składzie w ogóle nie ma. Dziwne. A co było? Moje ulubione orzechy! Włoskie i nerkowce to moje naj. Ale... nauczona doświadczeniem z wybuchami optymizmu byłam ostrożna. Raz, że wymieszanie dwóch najlepszych składników nie zawsze oznacza arcypyszny efekt, a dwa... Słodycz i sól potrafią wszystko zepsuć. Właśnie podobny krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl rozczarował mnie. Ale... stworzyć coś z tym wszystkim oczywiście też można, nie wątpiłam. Ale właśnie i zepsuć. Do kremu podeszłam więc z ciekawością, a jednocześnie trochę sceptyczna.

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów to krem z prażonych orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami w proszku.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów włoskich, osłodzonych motywem łagodnego, wręcz trochę krówkowego karmelu. Karmelu i krówek maślanych, które to skojarzenia podpowiadały nerkowce, jednocześnie do rozpoznania jako one same bez trudu. Słodycz stanęła jednak na średnim poziomie, gdyż przełamywały ją nutki z tła: goryczka skórek orzechów włoskich oraz trochę soli. Ta ostatnia osłabła po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 3,5 łyżeczki, a wymieszałam 2-2,5, może nawet też 3 (trudno się doliczyć). Miałam wrażenie, że ten olej był jakby troszeczkę rozwodniony.
Gdy mieszałam, krem niżej wyglądał na suchy, więc myślałam, że jeszcze później z powrotem doleję więcej, ale nie. Dobrze więc, że od razu tego nie zrobiłam. Z łatwością przyjmował olej i robił się bardziej kremowy, jakby wilgotniał. Mimo to, trudno było uzyskać jednolitą konsystencję, bo grudko-zbitki kremu nie chciały się tak łatwo rozmieszać z resztą, nieco rzadszego, ciągnącego kremu. Widać w nim było coraz więcej drobinek i ciemnych kropek.
Mimo że miejscami krem wyglądał na suchy, jedzony jakby przybierał na wilgotności i przedstawił się z bardzo tłustej strony. Krem był gęsty i zbity, ale w trakcie jedzenia szybko zmieniał się w oleiście miękki. Zalepiał usta i gęstniał w sposób typowy dla czystych past orzechowych. Rozpływał się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, zapominając trochę o początkowej gęstości. Robił to z łatwością, gdyż zawierał sporo jakby kryształków. Te rozpuszczały się, udając zwykły cukier. Wraz z drobinkami orzechów dołożyły się do niemal ziarnistego, pylistego wrażenia. Nie było to wrażenie miazgowe, jakie czasem tworzą drobinki orzechów. Kryształki z czasem sprawiały wrażenie lekko zawilgoconego cukru. Gdy gryzłam je, także przypominały cukier. Wolałam więc dać im się rozpuszczać. Rozrzedzały więc masę, zmieniając ją w swego rodzaju zawiesinę, walczącą o zwięzłość. Z czasem w tłusto-ziarnistej zawiesinie pobrzmiewała jakby ukryta suchość orzechów włoskich. Całość zaś w końcu łatwo, wręcz trochę tłusto-wodniście znikała.
Ogólnie masa, pogryziona z ciekawości, trzeszczała, skrzypiała i pochrupywała; wtedy miałam wrażenie, że jest z drobnym cukrem.
Po zniknięciu masy i kryształków w ustach prawie nic nie zostawało. Naprawdę pojedyncze drobinki o mniej lub bardziej miękkiej strukturze, tak niewymagające, że nie trzeba było ich gryźć i dziwnie twarde drobinki trochę większe, których nie dało się gryźć, bo były twarde jak kamień - kawałki pestek daktyli czy co?

W smaku pierwsze odezwały się władcze orzechy włoskie  oraz przebłysk wysokiej, złudnie cukrowej słodyczy. Same w sobie orzechy wydały mi się lekko słodkawe, jak takie młodziutkie sztuki, w dodatku pozbawione skórek, ale też z nutką wręcz ciasteczkową tuż obok.

Ciasteczka wyobraziłam sobie jasne, maślane - takie przeuroczo słodziutkie, np. wyidealizowane herbatniki "zwierzaki". Ta ciasteczkowa słodycz wpisała się w orzechowość - nietrudno zgadnąć, że to orzechy nerkowca ją zbudowały. Nie kryły się z tym, że to właśnie one. Nerkowce czuć wyraźnie, ale dopiero za włoskimi.

Słodycz startująca z wysokiego pułapu ani myślała odpuszczać, mimo że orzechy włoskie zajęły pierwszy plan, jawiąc się jako coraz mniej słodkie. Nie to, że robiły się gorzkie, ale po prostu obok pojawiało się coraz więcej słodszych elementów, za sprawą których na jaw wychodził ten poważniejszy charakter lekko prażonych orzechów włoskich.

Ogólna słodycz bowiem rosła odważnie. Przez moment wydała mi się iść w nieco cukrowym kierunku, ale potem znów zaskoczyła na krówkowo-karmelowy tor, a zaraz i daktyle się zdradziły.

Raz po raz w tle przemknęło echo soli, podkreślające orzechy włoskie, ale i motywujące słodycz do działania.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji daktyle rozbrzmiały wyraźnie. Choć w żadnym wypadku nie przesłodziły kompozycji, czasem czuć ich lekko piekący efekt i zbliżały się ryzykownie do przesady. Zgrały się z lekko prażonymi nerkowcami, przywodząc na myśl ciasteczka karmelowe. Nerkowce właśnie nadawały słodyczy naturalniejszego, szlachetniejszego charakteru.

Orzechy włoskie dbały o to, by słodycz nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Raz po raz w tle przemykała delikatna, szlachetna goryczka skórek orzechów. Do głowy przyszła mi też "smakowa suchość", mimo oleistego echa, które pojawiło się przy włoskich. Rzadko, ale jednak, epizodycznie wychylała się odrobinka soli. Słodycz w końcu zdecydowała się trochę odpuścić.

Mimo to, i tak sporadycznie nawet w gardle się zaznaczała, choć faktycznie pod koniec już się oddalała. Nakręcała się nawzajem z tym poważniejszym, goryczkowatym motywem orzechów. Do głowy przyszedł mi wytrawniejszy tort z biszkoptu karmelowego z kremem z orzechów włoskich, a co jakiś czas, z czasem coraz częściej, wychylało się echo soli. Przełamywało słodycz i podkręcało motyw sucho-oleisty (?) orzechów włoskich. Nie jako krem czy tort, a po prostu podprażono-podsmażonych orzechów.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich wraz z goryczkowatym akcentem skórek, ale też ciasteczkowo-karmelowo słodki. Za niego odpowiadały wyraźnie wyczuwalne orzechy nerkowca i nieco mniej wyraźne, ale też do rozpoznania daktyle o wręcz piekących, ale nie przesłodzonym za cięciu. Wyraźnie wyłoniła się też sól.

Krem był smaczny, ale mam zastrzeżenia. Połączył goryczkę orzechów włoskich ze słodyczą niemal krówkowo-karmelowo-ciasteczkową, którą stworzył duet orzechów nerkowca i daktyli. Ciekawie splatały się tu niemal urocza słodycz z wytrawniejszą goryczką. Naprawdę bardzo ciekawa kompozycja, wyważona i zarazem trochę przyjemnie kontrastowa. Ryzykownie słodka, ale to jeszcze nie jest jej jednoznaczny minus. Na pewno minusem była sól, , która niczego dobrego nie wnosiła, a przeszkadzała, będąc jakby dodaną kompletnie bez sensu. Specyficzna, jakby sucho-oleiście-tłusta konsystencja kremów z orzechów włoskich została trochę uładzona i wtłoczona w realia reszty kremów orzechowych (wg mnie moje kochane włoskie niezbyt nadają się na kremy 100%). Wszystko byłoby dobrze, gdy o strukturę chodzi, gdyby nie te sporadycznie trafiające się kamienne drobinki, przez które bałam się o zęby. One i sól przełożyły się na odjęcie 2 punktów, za to 0,5 punktu poleciało za jednak czasem nieco za silną słodycz daktyli i jednak ogólny odbiór.
Niewątpliwie wyszedł więc lepiej niż zdecydowanie bardziej słony krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl.


ocena: 7,5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy włoskie 52%, prażone orzechy nerkowca 32%, proszek daktylowy 16%, sól

niedziela, 27 września 2026

Zotter Red Fruit / Rote Fruchtchen owsiana 50 % z owocowym kremem z truskawek, wiśni, malin, żurawiny i czekolady białej i kokosowej i nugatem migdałowym z kawałkami marakui, pomarańczy i cytryny oraz cienkimi warstwami ciemnej czekolady

Od dawna chodziło mi to po głowie, acz dopiero pisząc wstęp pod tego posta, zdałam sobie sprawę, za jak bardzo problematyczny uważam termin "czerwone owoce" w odniesieniu do nut np. czekolad. Przecież czerwony jest i grejpfrut, i poziomki, i czerwone porzeczki. Wśród czerwonych owoców są moje ukochane grejpfruty, wiśnie o kwaśno-cierpkim smaku, niemal zasładzające czereśnie, jabłka, a także chyba jedyne powszechne owoce, których bardzo nie lubię, czyli czerwone porzeczki. Kompletnie różne wydźwięki, smaki... Mogą być do sienie podobne, ale też zupełnie inne; mogą współpracować lub się kłócić. Jakie i w jaki sposób połączył Zotter? Kiedyś pewnie od razu w ciemno uwierzyłabym, że z głową, ale obecnie łypnęłam na to podejrzliwie. Sama z siebie pewnie więc nie zainteresowałabym się tą tabliczką. Traf jednak chciał, że ją dostałam. Skład zaś zaczęłam przeklejając do posta na krótko przed degustacją. Wtedy też się trochę zdziwiłam. Czekolada owsiana? Takiej od Zottera nie jadłam. Aż za dobrze kojarzyłam za to "wydziwianą" Zotter Labooko Single White Rice Coconut no sugar added. A jednak... z kolei Zotter Labooko Soy milk / dark wyszła bardzo przyjemnie. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak ta owsiana mogłaby wyjść z czerwonymi owocami... Do głowy szybko przyszła mi myśl, że jeśli coś łączy większość czerwonych owoców w moim odczuciu, to to, że pasują do ciemnej czekolady, niekoniecznie mlecznej albo jakby mlecznej. Coś czułam, że ta kompozycja może nie być najlepsza...


Zotter Red Fruit / Rote Früchtchen to wegańska ciemna "mleczna" czekolada owsiana o 50% zawartości kakao nadziewana (28%) kremem "ganache" z czerwonych owoców: truskawek, wiśni, malinowo-kokosowej kuwertury / białej czekolady, żurawinowej kuwertury / białej czekolady i cytryny oraz (28%) praliną / nugatem migdałowym z kawałkami owoców: marakui, pomarańczy i cytryny, a także cienkimi warstwami ciemnej czekolady. 

Po otwarciu otwarciu poczułam zapach głównie łagodnej czekolady zgranej z migdałami. Sama w sobie wydała mi się bardzo chlebowa, przywodziła na myśl też jakieś ugotowane na słodko kasze z kakao. Zarówno słodycz, jak i chlebowość podkręcały migdały. Wyobraziłam sobie chleb mieszany pszenno-żytni posmarowany korzennym karmelem. Za tym wszystkim stanęły kwaskawe i zarazem lekko pudrowe owoce: przede wszystkim cytryna, ale też czerwone: wiśnie, truskawki, żurawina, a nawet pewna egzotyka. Motyw kwaśnych owoców nasilił się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Cytrusy wystąpiły wtedy na równi z czerwonymi, a i marakuja się pokazała. Przy cytrynie z korzenności chyba wychylił się imbir. Migdały zaś zrobiły się wyraźnie nugatowe.

W dotyku czekolada wydała mi się dziwnie ulepkowata-sucha, a cała tabliczka średnio masywna. 
Przy łamaniu czekolada chrupko trzaskała, a wnętrze dało się poznać jako dość miękkie za sprawą różowego nadzienia. Nugat, wyglądający na suchy, trochę się kruszył, ale i on nie był bardzo konkretny.
W ustach czekolada okazała się niespotykanie gęsta. Potrzebowała chwili, by zacząć się rozpływać, a gdy już zaczęła, poszła w kierunku zbyt gęstego, pylistego budyniu. Pomyślałam o takim, do którego dosypano o wiele za dużo kakao.
Po chwili do czekolady dołączały nadzienia.
Ku mojemu zaskoczeniu szybciej rozpuszczało się nugatowe, czerwona warstwa stawiała najpierw stawiała drobny opór.
Nugat dał się poznać jako zbity, masywny, ale chętnie chętnie zmieniał się w mazistą, tłustą masę. Gdyby nie owocowe drobinki, byłby za tłusty, ale przez nie wyszedł... ślisko. Owocowe wystąpiły w zaskakującej, różnej formie. Były tam głównie trochę zżelowane, gumiaste jakby zlepki soki i pyłku. W większości soczyste, ale niezbyt chętnie się rozpuszczały wraz z nadzieniem.
Krem czerwony był zbity i trochę proszkowy. Rozpuszczając się, wykazywał średnią tłustość, ale mocno miękł. Wydał mi się zagęszczony w sposób czekoladowo-żelowo-galeretkowy. Z czasem zostawało tylko poczucie zżelowania, spójne z narastającą soczystością.
A jednak czekoladowa kremowość nie zatraciła się, bo z czasem, z nadzień wyłaniała się właśnie ona: bardziej tłusto-mazista kremowość czekolady ciemnej ze środka.
Na koniec w ustach prawie nic nie zostawało: jakieś resztki rozpuszczających się owocowych zżelowanych glutków i dosłownie pojedyncze skórki. Gryzione, zanim zupełnie się rozpuściły, lepiły się do zębów.

 W smaku czekolada przywitała się delikatną słodyczą i znikomą gorzkawością kakao. Po chwili splótł je roślinny motyw, na który powoli nałożył się obraz jakiejś kaszy ugotowanej na wodzie, ale za to z kakao, przyprawami korzennymi i karmelem. Słodycz rosła, ale ogólnie trudno stwierdzić, do jakiego poziomu, bo wnętrze szybko dochodziło do głosu. Przygłuszało jej specyfikę, a już na pewno owsianość. W zestawieniu z nadzieniami odlegle kojarzyła mi się po prostu zbożowo, czasem trochę chlebowo.

Czekolada spróbowana osobno była wyraźniej owsiana i wręcz pikantna, ale też trochę rozwodniona. Kakaowość mieszała się w niej z korzennym ciepłem. A to zaś ze słodyczą aż nieco piekło w język. Sama w sobie była znacząco słodka w ciężki, melasowo-korzenny sposób. Sama kojarzyła się trochę z melasowo-karmelowymi ciastkami korzennymi.

Do głosu szybciej dochodziło nadzienie czerwone, nugatowe trzymało się z tyłu, pobrzmiewając delikatniej.
Z czasem kakaową nutę podkreślała gorzkość warstwy czekolady ciemnej. Wydała mi się soczysta, a przynajmniej harmonijnie zgrana z soczystością nadzień.

Krem z czerwonych owoców przebijał się kwaśnością cytryny i wiśni, chyba też żurawiny, do których dołączała trochę leniwa słodycz. Przybrała trochę pudrowy wydźwięk. Poprzez nią wkroczyła mieszanka czerwonych owoców. Pojawiły się truskawki, w porywach chyba maliny, po czym wszystkie one zmieszały się w motyw po prostu czerwonych, bardzo soczystych i zaskakująco świeżych owoców.

Krem spróbowany osobno okazał się kwaśniejszy, ale nieco wyraźniej czerwono owocowy. Nugat podkreślił jego cytrynowość.

Nugat kompozycji dodał przede wszystkim maślaność. Nugatowe migdały jednak też czuć, ale bardzo słabo. I w zasadzie tylko gdy dopiero wkraczał, kiedy to jeszcze sporo do powiedzenia miała czekolada. "Kaszowata" nuta podkreślała bowiem migdały.  Z czasem jednak nugat zdawał się już tylko osładzać warstwę czerwoną, aż potem nagle przechwycił kwaśność. Raz po raz, gdy rozpuszczały się kleksy i drobinki owocowe, kierował wszędobylską cytrynę w stronę ogólnie żółtych owoców. Serwował kwaśne prztyczki marakui, przebłyski mango (?). Tchnęły w kompozycję trochę egzotyki i przygłuszyły migdałowość.

Nugat spróbowany osobno z jednej strony był trochę wyraźniej słodko nugatowy, ale wcale nie koniecznie migdałowy. Zanim na dobre rozbrzmiały w nim kwaśne owoce egzotycznie-cytrusowe, odnotowałam w nim korzenne ciepło: jakby wręcz pieprzność, imbir. Potem jednak, gdy wkraczały owoce, odnotowałam w nim mydlaną nutę, związaną z egzotycznymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciemna czekolada ze środka próbowała wszystko trochę harmonizować, ale i ją zagłuszyły owoce. Jej nie dało się wyodrębnić od nadzień.

Wszystko mieszało się w kwaśno-słodki, głównie owocowy, ale trochę zbożowo-korzenny miszmasz. Sporo cytryny dopuszczało do głosu trochę wiśni, w porywach wychwytywałam i inne, gdzieś tam przemykały mi iluzoryczne czerwone porzeczki. Potem jednak znów robiło się bardziej cytrynowo, a w zasadzie nawet nie jednoznacznie cytrynowo, a cytrusowo, czasem egzotycznie. Ciągle coś się działo, ciągle jakiś inny owoc wychodził na przód. Za to migdałowa warstwa w tle zrobiła się jakaś słodko-tłusto nijaka. Migdałowość niby próbowała uchwycić się zbożowo-ciasteczkowej czekolady, ale i ona w zestawieniu z owocami wydawała się wodnista. Owocowa kwaśność jakby wręcz trochę zaznaczała się w gardle, chyba razem ze słodyczą i ostrością (imbiru?).

Jedyne co, to do końca utrzymywał się akcent cierpkawego kakao, zgrany i pasujący do kwaśnych owoców, ale z kolei... podkreślający pudrowość i mydlaność, też obecną w nadzieniu czerwonym. Zbożowa czekolada podtrzymała akcent ciasteczek melasowo-korzennych, które choć ciekawe, gryzły się z owocami.

Końcowo większość się już rozpuściła, a klekso-drobinki jeszcze kończyły - no i one zapewniały kolejne ukłucia cytryny, marakui. Kwaśne, soczyste.

Po zjedzeniu został posmak egzotycznie-cytrusowo-czerwono owocowy. Czuć marakuję i mango, ale też ogrom czerwonych, powiedziałabym, że wiśnie, żurawiny, ale też jakby czerwone porzeczki. Do tego echa korzenne i migdałowe. Czułam też słodycz korzenną i obok jakby pudrową, ale nie wysoką, bo przełamaną kwaśnością. Do głowy przyszła mi jeszcze kakaowa kasza, owsianka ugotowana na wodzie, niestety z mydlanym echem. Posmak, jak i cała degustacja, był nieprzyjemnie namieszany i chaotyczny, niejasny.

Tabliczka mi nie smakowała. Chaos smakowy zupełnie mi się nie podobał. Nie rozumiem, po co tam tyle cytryny, która rozmyła ciekawsze zestawienie owoców. Czerwonych było tam za dużo - trudno je połapać i porządnie się czymś nacieszyć. Drobinki ze sproszkowanych soków marakui, mango i cytrusów w żaden sposób do nich nie pasowały, a tylko zagłuszały migdałowość i działały na niekorzyść i nugatu, i całej kompozycji. Trochę ciemnej czekolady z wnętrza smakowo na plus, ale z kolei owsiana czekolada z wierzchu traciła swą charakterystykę w tym wszystkim. Co do konsystencji - też mnie nie przekonała. Niby ten tłusty nugat z żelowymi kleksami owoców i lżejsze owocowe nadzienie w pewnym sensie były spójne, ale poprzez akurat niezbyt przyjemny efekt właśnie "zżelowanie".
Naprawdę wierzę, że sam nugat migdałowy z owsianą czekoladą i tą warstwą ciemnej mógłby stworzyć zacną, zbożowo-owsiankową, korzenną kompozycję, za to wszystkie te owoce odnalazłyby się lepiej w np. po prostu w towarzystwie czekolady ciemnej i spokojniejszych, jednoznacznych nadzień, może w formie galaretek?

To właśnie głównie przez zaintrygowanie, jak ta owsiana czekolada łączyła się z nugatem w pierwszych sekundach zjadłam sporo jak na coś takiego, złożonego z elementów, którym wszystkim miałam coś do zarzucenia. Dlatego właśnie jednak 6 nie 5. Wyszło, że zjadłam jedynie 14 g i nie miałam ochoty wczuwać się w ten chaos wszystkiego, co się tam tylko dało wepchnąć. Jednocześnie to nie było niesmaczne... Tylko że na tyle smaczne, bym chciała zjeść więcej niż tylko spróbować, też.

Mama tak ją opisała "Może i niezła czekolada cytrynowa z czerwonymi owocami. Niezło-średnia? Zjadłam ją, bo zjadłam, taka ot... Ale bez zachwytu. Lepsza od wielu nowości z tego roku, ale wciąż jakaś taka niedookreślona. Opis długi, a nic z tego prawie nie czuć."  


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 68g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 13%, napój owsiany w proszku 5% (owies fermentowany), wiśnie 3%, syrop z cukru inwertowanego, koncentrat truskawkowy 3%, syrop skrobiowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), olej migdałowy, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), liofilizowane pomarańcze 1% (koncentrat soku pomarańczowego, miąższ pomarańczowy), proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), liofilizowana żurawina 1%, liofilizowane maliny 1%, liofilizowana cytryna 0,5% (cukier, koncentrat soku cytrynowego, mango, skrobia), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, chipsy kokosowe, emulgator: lecytyna słonecznikowa; emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowany imbir, anyż gwiazdkowy, cynamon