czwartek, 19 lutego 2026

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym

Przedstawianym kremem zainteresowałam się, bo pamiętałam, że podobny (Primavika masło orzechowe piernikowe) kiedyś wydał mi się smaczny w nieoczywisty sposób. Byłam dobrej myśli do otwarcia dwóch poprzednich tej polskiej firmy, zajmującej się raczej cateringiem niż kremami. Oprócz chwytliwych, pociesznych nazw, kremy mi nie pasowały. W sumie trudno było mi wyobrazić sobie, co tu mogli zepsuć, ale miałam złe przeczucia, podszepnięte przez doświadczenie.

Turlaj Klopsa Weź Nie Piernicz Pasta Orzech Ziemny o smaku Piernikowym to krem z orzechów arachidowych z przyprawami korzennymi / piernikowymi.

Po odkręceniu poczułam intensywny, wyrównany zapach przypraw korzennych i prażonych, solonych orzeszków ziemnych. Wśród przypraw dominowały goździki, gałka muszkatołowa i kardamon, dopiero później zaznaczył się bardziej oczywisty cynamon i imbir. Ogólnie jednak czuć tu mieszankę przypraw, nie konkretne osobno. Mieszankę o poważniejszym, goryczkowato-ostrym charakterze. Arachidy wyszły przy tym neutralnie i średnio mocno prażono. Dopiero gdy uporałam się z olejem, wyłoniła się ich naturalna, średnio wysoka słodycz o lekko maślanych zapędach. Ogólnie słodycz w zapachu nie odegrała zbyt znaczącej roli. Sól zaś trochę się potem ukryła.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju: jakieś 3,5 łyżeczki, które zlałam.
A starałam się zlać tyle, ile się dało. Krem był bowiem wystarczająco tłusto-miękki. Choć gęsty i zwarty, co ujawniło mieszanie, sprawiał wrażenie właśnie bardzo miękkiego w trochę oleistym kontekście. Ciągnął się średnio, za to bardzo się lepił do łyżeczki. Widać w nim dużo drobinek przypraw oraz orzechów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość, a także trochę oleista tłustość. Acz ogólnie krem nie był nazbyt tłusty. Tłustość stała na średnim poziomie. Szczególnie syty też mi się nie wydał, a jednak dość przytykający. W ustach rozpływał się w tempie umiarkowanym, już prawie wolnawo, mocno je zaklejając. Stawał się gęstą zawiesiną o gładko-niegładkiej strukturze. Czasem, nie często, ale jednak, przewijały mi się kryształki soli. Na szczęście, po tym jak zaznaczyły się na języku, rozpuszczały się wraz z masą. Krem był lekko miagzowy ogólnie i punktowo ziarnisty wyraźnie od przypraw, acz na koniec drobinki przeważnie jakoś ulatniały się wraz z masą.
Na upartego można te drobinki na koniec gryźć, acz nie wymagały tego. Okazały się w większości delikatnymi, chrupkawymi punkcikami. Tylko nieliczne były ewidentnie twarde.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, nierozerwalnie związaną z maślanym, łagodnym wątkiem. Orzeszki wkroczyły jako właśnie słodkawe, lekko prażone. Przyszło mi na myśl typowe masło orzechowe amerykańskiego typu.

Prażenie odezwało się z lekkim opóźnieniem i od razu zabrało się za wzrost. Osiągnęło tak średni poziom i pobrzmiewało sobie spokojnie, nie narzucając się przyprawom korzennym. A te wkroczyły tuż po nim, jakby to właśnie prażenie otworzyło im drogę.

Przy niektórych zagarnięciach łyżeczką już w tym momencie swoją obecność delikatnie zgłaszała sól. Pojawiała się punktowo. Podkreślała maślaną słodycz, jak również kierowała uwagę na prażenie. Stąd choć nie było bardzo silne, nie dało się na nie nie zwracać uwagi.

Słodycz zajęła sobie miejsce na tyłach i delikatnie, konsekwentnie maślano, stamtąd pobrzmiewała. Choć nie była wysoka, sprawiła, że kompozycja ogólnie miała słodki wydźwięk. Przyprawom zaś ewidentnie zależało na tym, by porządnie się zaprezentować. Sól zaś pokazywała się raczej epizodycznie, acz raz po raz wzrastając.

Z przypraw przede wszystkim czułam ostro przenikliwe goździki, a tuż za nimi goryczkę... chyba ziela angielskiego, ewentualnie gałki muszkatołowej. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach robiło się porządnie, ale nie przesadnie, korzennie-piernikowo. Przyprawy nie starały się zdominować arachidowości. Do już wspomnianych wyrazistszych dołączył słodszy cynamon, niemal rześki (?) kardamon i imbir. Czasem mieszanka przybierała lekko pieprzny klimat. Przyprawy dość często starały się zagłuszać słoność. W opozycji do niej wchodziły w sojusz ze słodyczą.

Przyprawy po tym swym wystrzale, gdy tak ścigały się ze sobą, po paru chwilach zaczęły się mieszać w bukiet bardziej rozmyty. Czułam bardziej ogólną, pikantnie-goryczkowatą i trochę słodką piernikowość niż jakieś konkretne przyprawy. Do tej piernikowości właśnie dobiegły orzeszki.

Arachidowość odzyskała siły do współpracy z piernikowością. Wyobraziłam sobie jakiś arachidowy piernik; nowoczesną alternatywę z mąki arachidowej i masła orzechowego (takiego bardziej typowo amerykańskiego), o zredukowanej słodyczy.

Ta nie odważyła się wyjść na przód, ale cały czas tylko pobrzmiewała. Trzymała się uparcie maślaności, choć i w korzenności się znalazła. Do piernika dołączyły bardziej maślane pierniczki - oczywiście wpisane w prażono-pieczoną arachidowość. Przy niektórych zagarnięciach sól nasilała się w stopniu, który przeszkadzał. Zwłaszcza gdy akurat trafił się kryształek, słoność gryzła się z przyprawami korzennymi i przeszkadzała.

Jak pisałam, na koniec drobinki raczej nie zostawały, ale gdy jakieś na upartego sobie wyszukałam i gryzłam, w większości wydawały się mdłe, nijakie i prawie bez smaku, acz czasem niektóre potrafiły zaserwować niemal kwiatową nutę lub lekką ostrość. Sporadycznie trafiały się też wyrazistsze drobinki prażonych fistaszków.

Po zjedzeniu został silny posmak wyraźnie słonego masła orzechowego arachidowego oraz, w drugiej kolejności, przypraw wraz z drobnym piekącym efektem zaznaczonym na języku. Wskazałabym tu spory udział goździków, imbiru, gałki, może kardamonu. Ułożyły się w pieprzny klimat, acz można było poszczególne przyprawy ponazywać. Orzechowość z kolei zaskoczyła mnie swoją konwencjonalną "peanut butterowość", łącząc słodycz z solą.

Krem był ciekawy i całkiem niezły... Albo byłby taki, gdyby nie sól. Przy wielu zagarnięciach łyżeczką soli wyraźnie nie czuć jako sól. Niestety, czasem trafiała się odważniejsza słoność - i te zagarnięcia mi nie odpowiadały. Wyraźnie wyczuwalna sól tu nie pasowała. Ogólnie jednak podszepnęła arachidom wydźwięk amerykańskiego masła orzechowego, które tańczyło, jak przyprawy mu zagrały. Najpierw było wyrazistsze, potem ustąpiło im miejsca i znów wróciło. Przypraw czułam dużo nieoczywistych, acz na pewno piernikowych. Po prostu nie był to cynamon, a inna, ciekawa mieszanka. Jej ostrość i goryczka niekoniecznie najlepiej pasowała do właśnie masło orzechowego wydźwięku, ale było ok, ciekawostkowo. Osobiście jednak wolę duet fistaszków z cynamonem po prostu. To jednak najlepszy z jedzonych kremów tej firmy.
Przy większości słoika myślałam, że wystawię 7, ale pod koniec cały czas trafiałam na więcej soli i uznałam, że jednak za nic 7 nie wystawię. Beznadziejny mieli pomysł z dodaniem do tej kompozycji takiej ilości soli. O połowę mniej i już byłoby lepiej. Przez pewne problemy związane z zamówieniem, dostałam od firmy drugi słoik "na przeproszenie", ale oddałam go Mamie. Ciekawostkowo taki krem mogę zjeść raz; nie chciałam nawet myśleć o powrocie do niego przez tę epizodyczną słoność.

Mamie bardzo nie smakował. "Spróbowałam go trochę samego, a potem jeszcze jadłam na niesmacznych bułeczkach (Carrefour Classic Bułeczki Mleczne z Kawałkami Czekolady) licząc, że jak to się czasem zdarza, nieprzyjemne z nieprzyjemnym, razem się spisze. Niestety, krem i tak był niesmaczny. Niesłodki, a taki od przypraw aż ziołowy. Zamiast w słodką korzenną pierniczkowość, poszło to w ziołowym, wytrawnym kierunku. A ta sól nie pomogła. Zupełnie takie coś do kremu fistaszkowego nie pasuje".


ocena: 6/10
kupiłam: turlajklopsa.pl
cena: 14 zł za 200g
kaloryczność: 595 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy ziemne, przyprawy piernikowe (cynamon, goździki, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon, ziele angielskie, pieprz), sól

wtorek, 17 lutego 2026

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint ciemna 47 % z miętą; nowa / zmieniona 2025

W 2021 jadłam Auchan Dark Mint, która chyba zniknęła, by wrócić w nowym opakowaniu. Nie wiem, czy zmieniła się sama czekolada, a jeśli tak, to czy na dobre, czy złe. Choć po tamtej uznałam, że nie wrócę do niej, gdy dostrzegłam obiekt dzisiejszej recenzji, kupiłam od razu dwie. Odbiło mi? Nope. Od jakiegoś czasu rozglądałam się za czekoladą miętową, którą mogłabym dodać do swojego miętowego brownie. Z braku alternatyw, pomyślałam, że ta będzie idealna. Podlinkowana co prawda nie przekonała mnie do jedzenia osobno, ale jako kawałki w cieście? Mogła pracować. Najpierw jednak jedną chciałam spróbować nie w cieście, a normalnie. Wzięłam ją na Krzyżne, na które w końcu udało mi się wejść od strony Granatów. Na przełęczy nie wiało, świeciło słońce, a że widoki były piękne... miło mi się tam siedziało. Jeszcze milej by było, gdyby nie tłumek ludzi, ale skupiłam się na czekoladzie.

Auchan Gorzka Miętowa / Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 47% kakao o smaku miętowym; po zmianach / nowa od 2025.

Po otwarciu poczułam wręcz napastliwy, intensywny zapach mięty, kojarzącej się z miętową pastą do zębów, wymieszaną z gumami miętowymi z ogromnym udziałem olejku miętowego. Wszystko to cechowała słodycz, pod którą podpięła się słodycz czekolady o lukrowym, a dokładniej miętowo lukrowym charakterze. Cieprkość stała na końcu i próbowała zdobyć się na lekką ziołowość, jakby trochę urozmaicając olejkową cierpkość. Czekolada pachniała tak nachalnie, że gdy tylko otwierałam w górach plecak, czuć miętę. Podobnie było z tym, co wróciło do domu, kiedy otwierałam komodę.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała chrupko i niezbyt głośno. Wydawała się delikatna, ale nie miękka. Kiedy odgryzałam kawałek, czułam miękkawe zacięcie. Czekolada dała się poznać też jako pyliście trzeszcząca.
W ustach rozpływała się ochoczo, w tempie średnim. Niby zachowywała kształt, ale w lepkawo-luźny, trochę plastyczny sposób. Miękła bowiem i maziście pokrywała podniebienie. Była gęsta i tłusta, w czym czuć duet masła i śmietanki, przechodzące w oleistość i wodę.

W smaku pierwsze rozbrzmiały średnia, ale wyraźna gorzkość i mentol.

Mentol wręcz mało spożywczy, szybko zmieniający się w mocno miętową, orzeźwiająco-chłodzącą pastę do zębów.

Słodycz cukru była tuż za nimi. Cukier, choć silny, nie zacukrzał tak łatwo ze względu na chłód mięty. Przechodził w lukier. Oczywiście lukier miętowy oraz cukierki, gumy do żucia miętowe z litrem olejku miętowego.

Pasta do zębów ciągle pobrzmiewała, acz nie cały czas tak samo intensywnie. Na trochę usunęła się z pierwszego planu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa olejek miętowy z całej tej miętowej mieszaniny wybił się na prowadzenie. Połączył słodycz z cierpkością, a to ośmieliło goryczkę bazy. Ogólnie ani na chwilę nie wzrosła ponad średni poziom, acz na moment zaprezentowała się trochę lepiej. Była trochę palona i wprowadziła motyw cierpkich, świeżo-chłodnych ziół, w tym mięty pieprzowej. Takiej wręcz trochę ostrej?

Mięta uderzyła z nową mocą, a gorzkość złagodził jakby... Olej maślany? Ogólna maślaność chyba wyszła tak przez olejek miętowy. W dodatku przemknęła mi lekka wodnistość.

Przy tym natarciu mięty, nasiliła się też słodycz. Przechwyciła ostrość mięty i zaznaczyła się w gardle. Acz nie było to zwykłe drapanie. Jako że wyszła integralnie z miętą, odebrałam to jako mrożąco-drapiący słodki chłód i... Drapiący likier miętowy?

Wrócił miętowy lukier, zmieniający się w pastę do zębów i mentol niekoniecznie spożywczy. Ten nawet goryczkę jakby... wchłonął. To aż trochę mdliło - jakbym najadła się pasty do zębów.

Po zjedzeniu został posmak pasty do zębów, olejku i oleju (?) miętowego, mentol i woda, a także niska cierpkość ziołowo-kakaowa. Słodycz przybrała postać gumy do żucia miętowej z echem lukru, a ja ogólnie czułam się, jakbym umyła zęby i żuła gumę do żucia miętową. W ustach czułam chłód i ogólne lekkie ochłodzenie.

Czekoladę odebrałam na tyle słabo, że aż zaczęłam się bać, czy nie zepsuję nią ciasta. Nie podobało mi się to chłodzenie, wręcz mróz, ale uwierzę, że w pewnych warunkach niektórym może się podobać. Z mocą mięty jednak przesadzili. Za silna, a w dodatku o dość okrutnym wydźwięku pasty do zębów i gumy do żucia. Nie tylko, ale jednak na tyle, by odbierało przyjemność z jedzenia. Przewinął się jeszcze lukier i likier miętowy, ukryła się ziołowa goryczka, ale nie stworzyło to zbyt zachęcającej kompozycji. Myślę, że sama silniejsza gorzkość by sobie trochę bardziej poradziła z tym aromatem miętowym niż słodycz i tłustość. Olejek miętowy aż na strukturę się przełożył, dodając wręcz oleistość i wodnistość. O ile jeszcze w górach jakoś szła, w domu ta jej napastliwa, mrożąco-przenikliwa mentolowość za bardzo męczyła, przytykała, że ostatnich 4 kostek na czysto nie dałam rady zjeść i odłożyłam do ciasta, bojąc się, co z tego wyjdzie. A jednak też wiem, że nie była to wyjątkowo podła tabliczka, bo po prostu przeciętne czekolady miętowe potrafią być tak przesadnie intensywne.

Dodałam sporo tej czekolady połamanej na kawałki do ciasta czekoladowego, do którego potem zrobiłam krem kakaowo-czekoladowy i miętową bitą śmietankę. Pisałam o nim na Instagramie.
W bazowym, nie za słodkim, ostrożnie gorzkim cieście, maziste kleksy o mocno miętowym smaku odnalazły się doskonale. Jako że całość była mało słodka, słodycz tej czekolady nie wydawała się przesadzona. Ogólnie gorzkości kakao było na tyle sporo, że także tym kawałkom czekolady została narzucona. Ze względu na głównie naturalną miętowość śmietanki, pastodozębna miętowość czekolady też starała się jakoś schować, iść bardziej w olejkową, spożywczą stronę. Tak, ta czekolada nadaje się do ciasta.

Zaprezentowana tabliczka mroziła prawie jak Wizarding World Harry Potter Slytherin Mint Flavoured Dark Chocolate. Podlinkowana przynajmniej nie zajeżdżała pastą do zębów, jednak ogólnie nie była lepsza, a w dodatku kosztowała o wiele więcej. (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Chocolate Preto E Menta / Czekolada Deserowa o Smaku Miętowym wyszła tylko trochę lpeiej, bo była mentosowa, a więc jednak bardziej spożywcza. 
Auchan Dark Mint z 2021 była o wiele smaczniejsza, bo bardziej miętowo zachowawcza; spożywcza. Smuci ten spadek jakości i jednoczesny wzrost ceny.


ocena: 5/10
kupiłam: Auchan
cena: 9,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, tłuszcz kakaowy, lecytyny, naturalny aromat miętowy 0,15%, naturalny aromat waniliowy

poniedziałek, 16 lutego 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Nibsami ciemna z Ekwadoru

Na koniec zostawiłam czekoladę, którą dostałam od BTB, choć o nią nie prosiłam. W zasadzie nie wiem, dlaczego tak zdecydowałam. Wszak ta wyróżniała się posypką z kawałków kakao, a nie wielkich kawałów owoców, które do mnie nie przemawiały. Prawda, że nie jestem fanką nibsów, jednak w góry ogólnie zabieram mniej moje (bo z dodatkami) czekolady. Może więc czekało mnie pozytywne zaskoczenie? Już w domu zaplanowałam, że otworzę ją na którymś z Granatów. Na którym? Na tym, na którym akurat będzie mi się dobrze siedziało. Granaty same w sobie zafundowały mi jednak wiele zaskoczeń, bo chmury i mgła a to zakrywały wszystko, a to nagle odsłaniały. Zawahałam się, czy nie robić zdjęć na Skrajnym, ale jednak nie. Jednak czekolada poczekała, aż czerwonym, trochę wspinaczkowym szlakiem, doszłam do Zadniego. Z niego kawałeczek przez Granaty wróciłam.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Nibsami to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z nibsami (kawałkami kruszonego kakao).
 
Po otwarciu poczułam silny zapach kwaskawo-cierpkich ziół, osłodzonych kwiatami oraz cytrusów. Po chwili okazało się, że w zasadzie głównie pomarańczy, z wyraźnie zaakcentowaną skórka. Pojawiły się też prażone orzechy - arachidy? Laskowe? Słodycz oprócz kwiatów miała w sobie coś z karmelu, może koniaku, który łączy pewną karmelowość z soczystością. Nibsy prawie się nie wyłoniły, acz można doszukać się ich winnych i gorzkich akcentów, uważnie i mocno wąchając spód. Zapach był bardzo podobny do czystej wersji.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno, w masywny sposób. Nibsy okazały się wtopione średnio porządnie, bo część z ochotą odpadała. Dodano je w postaci sporych, twardych kawałków. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnio-wolnym,  przy czym mam wrażenie, że nibsy trochę ją poganiały i przyspieszała. Tak samo rozbijały jej zbitość. Nie drapały podniebienia ani języka, mimo że szybko odpadały i turlały się po ustach.. Gdy na próbę gryzłam nibsy obok czekolady, przypominała zamrożone masło, a one nie różniły się od tych gryzionych na koniec, więc wolałam gryźć je na koniec.
Czekolada była maślano-oleiście tłusta, z czającą się w tle wodnistością. Znikała rzadko, ściągając i zostawiając cierpkość.
Nibsy gryzione na koniec, jak i wcześniej, były średnio twarde i konkretnie chrupiące. Po chwili zaś wykazywały soczystość, bo wydawały się wilgotne i mniej twarde wewnątrz. Tylko parę była suchsza (prażona mocniej?). Bardzo podobała mi się ta struktura.

W smaku najpierw poczułam słodycz dojrzałej pomarańczy i kwiatów. Może kwiatów pomarańczy?

Pomarańcza upuściła trochę kwaśności, także soczystej i integralnej ze słodyczą, a za nią swoją obecność zaznaczyła mocno palona, trochę dymno-kawowa gorzkość.

 Soczystość szybko rosła, dodając do pomarańczy jeszcze czarne porzeczki i wiśnie. Może też czerwone porzeczki? Przepłynęło za nimi wytrawne, a jednocześnie słodkie wino. Na jego cierpkość, pojawiło się jeszcze więcej soczystych, słodko-kwaśnych pomarańczy.

Kwiaty na zasadzie kontrastu mocno podniosły słodycz. Przez moment wydała mi się wręcz urocza, a potem... Wilgotna? W sposób rześko kwiatowy. Pomyślałam o kwiatach pokrytych rosą i deszczem. Wszystko to zawilgociły też gorzkość, zmieniając kawę w czarną, wilgotną ziemię. Gorzkość, w tym ziemia, zdawała się lekko zaciągać kwaskiem.

Nibsy bardzo niewiele wnosiły niegryzione, ale... Może podkreślały samą czekoladę? I umocniły jej winną nutę.

Gdy spróbowałam czekoladę osobno, wydawała się bardziej pomarańczowo-czerwono owocowa, winno-koniakowa niż - jak w przypadku kęsów z nibsami - mocno, jednoznaczne winna, ale nie w 100%, a 99% identyczna co czysta. A nie wydawała się nimi przesiąknięta.

Nibsy gryzione obok czekolady wychodziły smakowo tak, jak gryzione na końcu, ale spłycały czekoladę, rozkręcając jej wodnistość. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w kwasku owoców przemknął mi kwaskawy żytni chleb na zakwasie. Też wilgotny, trochę przypalono-palony? Gorzkość jeszcze wzrosła, a kwasek jej wtórował.

Gorzkość zaserwowała ogrom ziemi. Gdy robiłam kęsa zaraz po schrupaniu nibsa, ziemistość wzrastała. W gorzkości krył się lekki motyw orzechów... Mocno prażonych arachidowych i laskowych? I coś fasolowego, wytrawnego, a jednocześnie łagodnego. Coś maślanego, ale nie masło... nerkowce?

W tle przewinęła się jeszcze jakby lekko cytrusowe zioła... Albo ziołowe wino. Końcowo nibsy bardziej trochę dawały o sobie znać.

Nibsy gryzione przypominały lody gorzko kawowe z sosem cytrusowym. Głównie z pomarańczy, do których czasem dolatywały czerwone owoce. Były też mocno wilgotne ziemiste w winnym kontekście. Niektóre zaskoczyły mnie wyraźna orzechową nutą... Chyba prażonych laskowych i arachidowych.

Po zjedzeniu został posmak nibsów zawsze o kwaskawym, winnym wydźwięku. Niektóre wydawały się zostawiać bardziej orzechowy, inne kawowo-ziemisty motyw. Nie odciągały jednak uwagi od echa pomarańczowo soczystej, też winnej czekolady o niskiej, rześkiej słodyczy kwiatów, lekkim akcencie karmelu i... Karmelowej kawy zbożowe? Ze zbożowo-palonym wątkiem.

To była ewidentnie BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % Ekwador wzbogacona o nibsy, które podkreśliły w niej nuty wina i ziemi, za sprawą których wyszła kwaśniej w ciężki, dosadny sposób. Ogólnie nie narzucały się, odzywały raczej pod koniec, nie drapały podniebienia. I samej miały świetna strukturę. Szkoda tylko, że dodane w takiej formie jako nalepka. Dla osób lubiących czekolady z dodatkami od czystych, idealna. Znów: żadna nie jest obiektywnie lepsza, są po prostu inne, każda jest, czym ma być.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, nibsy / kruszone kakao

sobota, 14 lutego 2026

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca i solą

Dziś przedstawiana czekolada, mimo że zwykła mleczna, przyciągnęła mój wzrok w gazetce Lidla. Wszystko przez tak rzadko dodawane do czekolad, a uwielbianie przeze mnie, nerkowce. Gdy doczytałam, że to tabliczka nie tylko z orzechami, ale też z solą, zainteresowanie straciłam. Jako jednak że ojciec mi ją kupił, uznałam, że spróbować mogę. Oczywiście wzięłam ją w góry. A dokładniej na szlak na Granaty. Tej przypadło najmniej widowiskowe, ale też piękne miejsce: nad Czarnym Stawem, nad który dotarłam niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Murowaniec. Dokładniej przy odbiciu na Granaty. A najmniej widokowe nie tylko ze względu, że niższe... Ten poranek nie był dla mnie łaskawy pogodowo, bo padało, a potem wszystko ukryła mgła. Zdjęcia czekoladzie robiłam więc niepocieszona i nieprzekonana... A gdy w zasadzie już skończyłam, mgła odsłoniła staw i trochę gór. Ja i moje "szczęście"!.

Fin Carre Czekolada Mleczna z Orzechami Nerkowca to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z orzechami nerkowca i solą; marki własnej Lidla.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach mleka i słodycz cukru z wanilią, wymieszane z orzechami nerkowca. Gdy wąchałam spód, czekolada i nerkowce rozbrzmiewały na równych prawach, gdy zaś wierzch, czekoladowa baza jednak trochę wyprzedzała nerkowce. Wydawały się lekko podprażone i niesamowicie integralne z wręcz uroczo, dziecięco słodko-mleczną czekoladą. 

Orzechów nie pożałowano. Od razu widać, że dodano mnóstwo całych, połówek, ćwiartek i różnej wielkości kawałków. Niektóre wystąpiły wręcz jeden na drugim, acz da się i malutki kęs bez orzechów zrobić. Nie wszystkie jednak fragmenty, które od spodu wyglądały na pozbawione orzechów, takie były. Bardzo często nerkowce zupełnie kryły się pod czekoladą,
Jasna tabliczka w dotyku wydała mi się plastikowa i tłusta, acz przy łamaniu wykazywała kruchość. W zasadzie prawie łamała, rozwalała się sama z siebie ze względu na dodatki. Udało mi się usłyszeć kruche, lekkie pyknięcia, a jednak, gdy robiłam kęsa, zęby spotykały się z pewną miękkością.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnio-szybkim, mięknąc szybko. Była gęsta i bardzo tłusta, wręcz śliska w maślany sposób. Miękła, chwilami wydając się plastikową. Z czasem zdobyła się na mazistą kremowość. Niechętnie wypuszczała z siebie orzechy, uparcie je pokrywając. 
Gdy na próbę pogryzłam orzechy obok czekolady, wydawała się bardzo plastikowa.
Orzechy dość długo zostawały zatopione w czekoladowej, ale w końcu wyłaniały się. Strukturę miały cały czas taką samą, niezależnie od tego, kiedy je gryzłam. Wolałam to robić dopiero na końcu. Były tłusto-miękkie w charakterystyczny dla nerkowców sposób. Zachwyciły mnie świeżością i formą. Duże i średnie sztuki oraz spore kawałki były doskonałe. Wśród orzechów nie plątały się kryształki soli. Dodana była drobna i integralna z resztą.

W smaku pierwsza przemknęła plastikowa nuta, a tuż za nią polała się cukrowa słodycz i łagodne mleko.

Słodycz trochę się zreflektowała i choć cały czas miała cukrowy charakter, nie był to czysty cukier. Mieszał się z echem wanilii i układał się w bardzo słodki, maślany nugat.

Orzechy nerkowca nawet niegryzione dawały o sobie znać. Nie mocno, ale wyraźnie wyczuwalnie, umacniając maślaną nugatowość czekolady, a jednocześnie trochę tonując słodycz.

Mleko mieszało się ze słodyczą jako nugat, ale przemknęła mi też przez myśl czekolada z nadzieniem mlecznym dla dzieci. A jednak to nie mleko wiodła prym. To maślaność starała się zająć pierwszy plan. Zawiązała sojusz z waniliową słodyczą i razem rozgościły się na nim.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada wydała mi się do potęgi maślana, do czego dołożyły się nerkowce. Wszystko to konsekwentnie sugerowało nugat. Czekolada sama w sobie wydała mi się lekko orzechowa, ale niekoniecznie nerkowcowa. Było w niej też coś ogólnie orzechowego, jednak przesiąknięcia nie wykluczam.

Kiedy spróbowałam trochę samej czekolady z ciekawości, potwierdziła się jej lekka nugatowość oraz to, że była mocno maślana, ale niestety też delikatny plastik wyraźniej czuć. Nie mocno, ale jednak. Bez orzechów zacukrzała też szybko.

Orzechy gryzione wcześniej obok czekolady okazały się nijakie, a sama czekolada poszła w plastikowym kierunku. Wolałam więc zostawiać je na koniec. 

Co kilka kęsów, w oddali, subtelnie pojawiało się słonawe echo. Tak łagodne, że uwierzyłabym, iż iluzoryczne. Podkreślała maślaność i trochę mleko z czekolady. Wydaje mi się, że trochę uwypuklała szlachetniejszy - waniliowy - wydźwięk słodyczy.
Na prawie całą tabliczkę, sól dyskretnie przypomniała o sobie może ze 3-4 razy.

Z czasem waniliowo-cukrowa słodycz w ogóle przeszła do poziomu średnio-wysokiego, nie mordowała, a wpisywała się w maślaność; maślany nugat. Przy nim niestety raz po raz wyłaniał się plastik. Gdy akurat w kęsie było więcej czekolady niż orzechów, zaznaczała się gardle, ale nie mogę nazwać tego drapaniem; nie męczyła.

Końcowo nerkowcowy smak rósł na znaczeniu i gdy zaczęłam gryźć orzechy, wystrzelił na przód. Tonowały słodycz. Orzechy zaprezentowały się w pełni. Były cudownie intensywne: naturalnie maślane i słodkawe. Czuć, że podprażono je leciutko, tylko dla podkreślenia. Dominowały, zostawiając sobie czekoladowe echo. Nie trafiła mi się przy nich sól na końcu.

Po zjedzeniu został posmak orzechów nerkowca. Maślanych i łagodnie słodkawych, przyozdobionych lekko nugatowym echem słodko-maślanej czekolady. Ta na koniec wyszła bardzo wycofana.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Wszystko do siebie tu pasowało, sól okazała się marginalna i nie zaburzyła duetu nerkowców i jakby nugatowo-maślanej czekolady. Ta choć sama w sobie ryzykownie słodka, z orzechami tak nie zasładzała. Czuć w niej nie tylko cukier, a też wanilię. Pobrzmiewało w niej echo plastiku, ale nerkowce skutecznie odciągały od niego uwagę i wynagrodziły to. Były boskie. Takie, jakie nerkowce powinny być, a i dodano ich mnóstwo.

Tabliczka wprawiła mnie w szok, bo choć prosta i słodko-mleczna, z przyjemnością ze względu na nerkowce zjadłam prawie całą. W górach szła dobrze, a w domu też całkiem w porządku, że zostawiłam tylko 3 kostki Mamie (a pierwotnie obstawiałam, że pewnie dam jej połowę). Jej opinia: "No tak, zaskakująco dobra ta sama czekolada jak na Fin Carre. Ryzykownie słodka, ale dobra, bo ta co jest w stałej ofercie - mleczna z laskowymi - to sama czekolada jak plastik. Dziwne, że limitki mają aż podejrzanie dobre. W ostatniej kostce jednak trafił mi się kryształek soli i powiem, że kompletnie do niczego tam nie pasował". Obie się zgodziłyśmy, że miała wyjątkowego pecha tak trafić na jeden kryształek...


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: jak wyżej (sprawdziłam: 6,99 zł)
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, orzechy nerkowca 22%, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku (z mleka), bezwodny tłuszcz mleczny, miazga z orzechów laskowych, olej rzepakowy, sól 0,2%, emulgator: lecytyny; ekstrakt z wanilii

piątek, 13 lutego 2026

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami

Kiedy przypadkiem trafiłam na stornie 4ProActive, nie wydała mi się jakoś szczególnie kusząca do momentu, gdy zobaczyłam dzisiaj przedstawiany krem. Na cudownie wysoką zawartość sezamu rozbłysły mi oczy. Czyżbym znalazła godnego zastępcę kremu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym?! Może oznaczało to koniec z wyliczaniem, ile dodać, ważeniem i mieszaniem Ekogram The Real Tahini z cukrem trzcinowym? Bałam się ucieszyć, ale długo nie czekając, zamówiłam. Niesyty, pomylili się i wysłali mi 4ProActive Pastę daktylową. Po podlinkowanej zaczęłam się trochę obawiać. Co, jeśli dziś przedstawiany krem miał iść w jakąś kwasotę albo struktura miała mi nie leżeć? Wprawdzie ten nie zawierał kwasku cytrynowego, ale co poradzę na to, że wyobraźnia swoje zrobiła? Opis ze strony producenta jednak trochę pocieszał, bo brzmiał następująco: "połączenie goryczki sezamu z daktylami dało efekt idealnego balansu smaków". A ja właśnie w chałwowych rzeczach lubię czuć tę specyficzną, lekko goryczkowatą nutkę sezamu.

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami to pasta sezamowa z daktylami.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam głównie neutralny, tylko troszeczkę słodkawy sezam. Powiedziałabym, że prawie surowy, ale nie surowy. Bez jednak wyraźnego motywu prażenia. Podkradła się do niego niemal mleczno-maślana nuta, acz i niesezamowa słodycz zdradziła swą obecność. Była jednak niesamowicie niska, aż trudna do nazwania. Czuć, że to nie biały cukier, ale że daktyle też bym nie powiedziała. Odległe skojarzenie z chałwą, bardzo mało słodką, pojawiło się, acz nie było oczywiste.

Na wierzchu wydzieliła się mało-średnia ilość oleju, z czego zlałam 2,5, no, prawie 3 łyżeczki*. Było to dość trudne, bo wierzch pasty był rzadko-lejący.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pod oleistą, rzadką warstwą pasty trafiłam na bardzo gęstą pastę o ewidentnie niegładkiej strukturze. Nie wydawała się wyschnięta, ale w pewien sposób... suchsza, acz nie do końca sucha. Mieszając trafiłam na pewien konkret, ale nie zbitość. Mieszanie w zasadzie przyszło z łatwością, a masa wchłaniała, co rzadsze i tłustsze i nie było widać efektu.
W trakcie jedzenia krem okazał się tłusty i znikomo wodnisty, a jednocześnie gęsty... A przynajmniej w pierwszej chwili, bo z gęstej masy przechodził w coraz rzadszą zawiesinę. Czuć w nim jednocześnie i oleistą, dość wysoką tłustość, i jakby ukrytą suchość. Zalepiał usta porządnie, kleił się do zębów i rozpływał się w tempie średnim. Był papkowo miękki i jakby trochę zwięzło-ciastowy, a także mocno proszkowo-miazgowy; wręcz ziarnisty. Przemielono go niedokładnie i często na języku zaznaczały się niedomielone kawałki sezamu. Często na języku pojawiały się drobinki, które proszkowość przemianowały na wręcz ziarnistość. Nie był to jednak efekt chałwowy, a trochę... twardo cukrowy. Jakby kryształków cukru daktylowego Gryzione czy to drobinki, czy cała pasta, wydawały się od tego twardawe w trochę utwardzono cukrowym stylu; twardość jakby osiadła w ziarnistości (?). Krem skrzypiał jednak trochę sezamowo-chałwowo, acz ogólnie nie wydawał się bardzo chałwowy. Brak też temu wszystkiemu kremowości.
Po zjedzeniu za to zostałam z jakby daktylową suchością w ustach. Mimo że i tłustość czułam.

*Struktura jakoś mi nie leżała i zaczęłam kombinować. Na małym fragmencie dodałam trochę z tego zlanego oleju, jednak nie przełożyło się to w najmniejszym stopniu na kremowość. Było po prostu miazgowo-proszkowo-zawiesinowo i tylko że bardziej tłusto. Przypomniały mi się przepisy na zdrowy krem chałwowy z daktyli i sezamu i tam było, by dodawać wodę z zalanych wrzątkiem daktyli do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Na małej części spróbowałam i tego, co okazało się totalną porażką, bo woda... wysuszyła ten krem. Zbił się w twardą, kruszącą się masę. Dziwna sprawa!

W smaku pierwsza rozeszła się neutralna, łagodna nuta sezamu. Sezamu, którego nie prażono prawie wcale, surowego i... obiecującego trochę słodyczy.

Po chwili przemknęła też lekka goryczka. Pojawiła się i cofnęła, osiadła gdzieś daleko w tle i... niemal się ukryła.

Sezam okazał się jednak głównie naturalnie lekko słodki, a subtelną słodycz wciąż spowijał dominujący, neutralny wątek. Prażenie odrobinkę się nasiliło, ale cały czas było niskie. Podszepnęło więcej naturalnie "orzechowej" słodyczy.

A jednak cały czas czuć też neutralność, która chyliła się trochę w bardziej roślinie-wytrawnym kierunku, jakby chciała w nim pójść, ale coś ją powstrzymywało (lekkie prażenie?). Podbudowała ją maślana, niemal mleczna nuta.

I mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, słodycz wzrosła. A potem jeszcze trochę. W zasadzie słodycz nasilała się i wycofywała falowo, epizodycznie. Zaczęłam uświadczać coraz więcej słodkich przebłysków, które przełożyły się na miarowy wzrost. Czasem była trudna do nazwania, czasem udawała cukier, acz raczej trzcinowy, a więc trochę karmelowy w smaku.

W momentach kulminacyjnych, gdy słodycz osiągała dość wysoki poziom, robiła się trochę piekąca i wtedy wyraźnie czuć jej daktylowy charakter.

Słodycz mieszała się ze słodyczą sezamu, idąc w trochę chałwowym kierunku, jednak... i tak kompozycja wydała się rozchodzić na smak sezamowy i piekąco - i zarazem złudnie cukrowo - słodki. Słodycz wyraźnie rozchodziła się od wyłaniających się drobinek i stała jakby obok sezamowej bazy. Motywy te były niechętne do współpracy.

Słodycz wydobyła z sezamu odrobinkę goryczki. Ogólnie sezamowej, acz chwilami powiedziałabym, że bardziej wyraźnie oleju sezamowego. Ta nutka jednak w ogóle wydawała się marginalna i niemal nieistotna.

Skojarzenie z chałwą leniwie, niechętnie gdzieś tam się zaplątało, zwłaszcza pod koniec. Acz wciąż mowa o  chałwie stosunkowo mało słodkiej, acz zbliżającej się do pieczenia w gardle od słodyczy (ten piekący efekt był jednak od daktyli, nie tyle od samej wysokości słodyczy). Sezamu cały czas trzymało się jednak też jakby roślinnie-maślane echo, z kolei rozbijające skojarzenie z chałwą.

Po zjedzeniu został posmak neutralnego sezamu z echem oleju sezamowego oraz średnio wysoka słodycz. Połączyła się ta naturalnie sezamowa ze słodyczą dosadniejszą, acz niejasną. Miała w sobie i coś z cukru, i daktyli. Choć na smak daktyle nie były bardzo jednoznaczne, czuć ich specyficzny, lekko słodko-piekąco-suchawy efekt, nierównoznaczny z przesłodzeniem.

Krem bardzo mnie rozczarował. Mimo że był dobry! Po prostu gdybym przed nim nie poznała idealnego, nie czułabym braku tego, co sprawiało, że Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym był doskonały. Dziś przedstawiany wyszedł papkowo-suchawo, ale nie sucho. Wysoką tłustość czuć. Obstawiam, że daktyle odciągały strukturę od typowo kremowej czy chałwowej. W smaku wyszedł bardzo łagodnie, niemal neutralnie, a jednocześnie słodko - w niezgrany sposób. Przeszkadzał mi tu brak harmonii. Jego słodycz była niska i aż trudno określić, że daktylowa. Paradoksalnie, nie wyszło to na plus. Sezam starał się być neutralniejszy, co sprawiło, że pasta jakby nie wiedziała, czym chce być. Za słodka na neutralny krem sezamowy, za neutralna na coś chałwowego. Chałwa przewinęła się, ale nie miał z nią wiele wspólnego. Wyszedł słodkawo i ogólnie trochę mdławo. Wysokość słodyczy podobna jak Nutury, ale inny wydźwięk, dosadniejszy, bo nie w parze, a obok sezamu (daktyle są słodsze od cukru).


 ocena: 8/10
cena: 12,50 zł za 300 g
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażony sezam 91%, daktyle suszone 9%

środa, 11 lutego 2026

Maua India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71 % Craft Chocolate ciemna z Indii

To, dlaczego kupiłam tę czekoladę, jest nie do końca dla mnie zrozumiałe. Dwie tabliczki hiszpańskiej marki Maua, które jadłam były po prostu ok i jakoś marka przestała mnie ciekawić. Ta znalazła się w kolejnym zamówieniu nie dlatego, iż uznałam, że dam jej szansę. Po prostu zaintrygowały mnie nuty tej, a jednocześnie wspomnienia o tym, w jaki sposób tamte były niesatysfakcjonujące, trochę zaszły mgłą. Wierzyłam, że może mimo wszystko te nuty zrobią wrażenie, ale nie wierzyłam, że ta tabliczka może zmienić moją ogólną opinię o marce.

Maüa India Idukki District, Kerala Trinitarios y Forasteros 71% Craft Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao trinitario i forastero z Indii, ze stanu Kerala, z dystryktu Idukki.

Po otwarciu poczułam zapach trochę suchych (i jakby trochę starawych?) orzechów włoskich i dymu, mieszających się z przyprawami o ziołowo-ostrawym charakterze. Do głowy przyszedł mi pieprz, pieprz cayenne i tymianek, albo coś w jego klimacie, zbliżonego. Do tego trochę wyraźnie cieplejszych przypraw korzennych. Te mieszały się ze słodyczą słabo palonego karmelu i wręcz trochę... wodnistą (?) słodyczą zielonych winogron. Odnotowałam też miód oraz jakby słodko-ziemisty motyw... liści? 

Trochę tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu dała się poznać jako delikatna, a zarazem twarda. Trzaskała wtedy głośno i chrupko-donośnie.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej tłustość, ale mieszająca się z lekką pylistością. Czekoladowa masa starała się znikomo maziście pokrywać podniebienie. Była gładka i kremowa, lekko soczysta, a w tle wisiała sugestia ulepkowatości. Znikała rzadko, łącząc lekką soczystość z wodnistym motywem.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, w której dużo do powiedzenia miały zielone winogrona oraz miód... Winogrona słodkie, ale jednocześnie trochę wodniste? Pomyślałam o konkretnie bezpestkowych, bardzo jasnych, których słodycz mieszała się z inną słodyczą. Jasny miód trochę się rozpychał, jakby chciał zawładnąć całą słodycz (a może i kompozycję?).

Słodycz ogólnie rosła, zbierało się jej więcej i więcej. Odniosłam wrażenie, że próbuje podkraść się pod owoce i zająć ich miejsce? Na pewno był to miód, ale nie tylko.

Winogrona zaczęły się rozmywać... Ich zieloność przeszła w zieleń... liści? Do głowy przyszły mi liście winogron w ramach jakiegoś dania, może sałatki... subtelnie skropionej kwaskawym dressingiem, przyprawionej ziołowymi przyprawami, w tym tymiankiem? Przewijały się też korzenne, słodkawe. Korzenna słodycz dołożyła się do ogólnego, ciągłego wzrostu słodyczy.

Pojawiła się maślaność, idąca w parze z lekką gorzkością. W zasadzie gorzkość, nawet drobna cierpkość, jakby niepewna siebie przemykała za bardziej wyrazistą maślanością. Obok miodu chyba zaznaczył się mało palony karmel...?

Owocowe echo odeszło na tyły. Przemykał raz po raz drobny kwasek - trochę winogronowy, trochę niedookreślony. Jakiś słodko-kwasek. Wtedy jednak słodycz - znów wyraźnie bardziej miodowa - upewniwszy się co do swojego miejsca na pierwszym planie, zostawiła owoce samym sobie i zajęła się czymś innym. Do miodu dopłynęła wanilia.

Wanilia mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączyła do przypraw i osłodziła także je. Zrobiły się słodsze, bardziej głównie korzenne, choć pikanteria nie dawała o sobie zapomnieć. Wanilia wymieszała się z pieprzem.

Wanilia i wytrawniejsze przyprawy przełożyły się na myśl o liściach, ale już suchych, szeleszczących i słodkawo-ziemistych.

W tym czasie owoce zdobyły się na odrobinę więcej kwasku. Pomyślałam o jasnych, średnio dojrzałych winogronach, jabłkach oraz chyba morelach, też łączących słodycz z kwaskiem. Jabłkach, szybko zmieniających się w przecier? Próbowały się przebić coraz mocniej, acz owoce ogólnie stanowiły łagodną nutę.

Po suchych liściach przyszła pora na drewno i... orzechy włoskie? Takie nie pierwszej świeżości, przypominające o lekkiej gorzkości. Nagle trochę podkręcił ją dym - w sumie zgrany z tymi liśćmi. Orzechy zdawały się trochę w dymie właśnie ukrywać, ale nie powiedziałabym, że one były jakoś szczególnie palone. Zaraz jednak masło przypomniało sobie o swojej łagodzącej roli i nieco tę gorzkość wygłaskało.

Także zapędy owoców ukróciło i je przyćmiło. Maślaność po tym zmieszała się bardzo mocno ze słodyczą miodu, idąc w stronę jakiegoś... miodowego masła. Masła jabłkowego (ale nie do końca "apple butter", które przeważnie robi się bez masła, z tego co widziałam po przepisach)? Zrobionego z miodem i wanilią, które aż zaznaczały się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak wanilii z pieprzem - może też tymiankiem lub czymś podobnym do niego? - przechodzących w liście. Zarówno suche, cierpkawe liście, mieszających się z orzechami włoskimi, osnutymi dymem, jak i trochę liście świeższe, zielone. Może liście winogron? Oraz same winogrona z miodem i miodowe masło jabłkowe, ale o jakby... w dużej mierze zredukowanej owocowości, soczystości.

Czekolada była w porządku, ale mnie nie porwała. Za dużo było mi w niej słodyczy i maślaności, które łagodziły i owocową soczystość, i gorzkość. Słodycz miodu, wanilii i owoców, ale bez charakternej owocowości, szły nie w tym kierunku, co bym chciała i w pewnym momencie zaczynały już denerwować. Czułam niedosyt winogron, moreli i jabłek wyrazistych w smak. Liście winogron, pod wpływem ziół, w tym tymianku i przypraw korzennych z pieprzem, zmieniające się w słodko-ziemiste suche liście bardzo mi się podobały, ale niestety nie udało im się tak pokierować kompozycją tak, by było satysfakcjonująco charakternie. Odrobina orzechów włoskich i dymu nie zapewniły tyle gorzkości, ile bym chciała. Ciekawą nutą było masło jabłkowe, ale ogólnie mi całość była za maślana. I ogólnie Maua już mnie do siebie nie przekona. Tabliczka ciekawsza od dwóch poprzednich jedzonych, ale nie smaczniejsza od Maua Nicaragua Waslala Region Caribe Norte 75 %.


ocena: 7,5/10
cena: €8,60 (za 70g; około 37 zł)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 10 lutego 2026

4ProActive Pasta daktylowa

Choć zdarzyło mi się robić jogurty stylizowane na Snickersa ze zdrowym karmelem m.in. z daktyli, a do głowy raz po raz wracały jakieś pomysły na ciasto ze zdrowym, daktylowym karmelem, nigdy nie interesowały mnie pasty z daktyli. Aż pasta taka sama do mnie przyszła... Co mnie wcale nie ucieszyło. Ze sklepu 4ProActive zamiast pasty sezamowej wysłano mi daktylową. Oczywiście po tym, jak się z nimi skontaktowałam, wysłano właściwą, a tą mi zostawiono. Łaskawie... Bo w dniu otwarcia paczki, słój był już 2 dni po terminie. "Świetne" dbanie o to, co się wysyła, nie ma co. A ja zostałam z połową kilograma niechcianego produktu. A jednak... gdy nadmieniłam i o przeterminowaniu, usłyszałam, że w ramach przeprosin, do sezamowej, dołożą mi jeszcze pastę pistacjową. Takie podejście do klienta to już należy pochwalić! Każdemu wpadki się zdarzają. Nie miałam serca wyrzucić, mimo że skład (i data) budził wątpliwości. Czy pasta z daktyli nie powinna być tylko z daktyli? Co to za dziwnie niski procent? A jednak... zaczęłam się zastanawiać, czy może przypadkiem nie znalazłam sobie sposobu na ułatwienie życia? Może wreszcie znalazłam odpowiednią motywację do zrobienia zdrowego ciasta a'la Maxi King z daktylowym karmelem bez bawienia się z miksowaniem daktyli? Moje blendery niestety jakoś sobie z nimi nie radzą.

4ProActive Pasta daktylowa to krem z daktyli z kwaskiem cytrynowym.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-ciężkawy zapach daktyli. Wilgotnych i soczystych suszonych, udających świeżo-surowe. Soczystość podkręcił kwasek, który niby trzymał się tyłów, ale jednak przeszkadzał, jako że w ogóle tam nie pasował. Wysoka słodycz niby robiła aluzje do karmelu i miodu, ale... Miodu taniego, kwaśnego.

Zawartość słoika trochę się rozwarstwiła na brązową wodę oraz wilgotną, lepką masę. Łatwo to jednak połączyć, mieszając.
Pasta wyglądała na gęstą, lecz okazała się bardzo miękka i wilgotna, wręcz mokra do tego stopnia, że w pewnym sensie rzadkawa. W ustach okazała się niegęsta i bardzo wilgotna. Może nie bardzo rzadka, ale taka... Lekka? Miała w sobie wiele z przecieru, rozpuszczała się dość szybko na jakby zawiesinowy, trochę papkowaty rozwodniony przecier. Jawiła się jako gładkawa, acz ze sporadycznie wyczuwalnymi małymi, delikatnymi, rozlazłymi kawałkami i przecierowym efektem.
Mimo że zjadłam niewiele, to Mama zjadła większość, raz trafił mi się kamiennie twardy kawałek pestki...

W smaku pierwszą poczułam słodycz. Jakby niezdecydowaną, czy ma udawać zwykły biały, dosadny cukier, czy zdobyć się na coś więcej. Na pewno od początku była wysoka.

I jeszcze rosła. A wraz z nią kwasek. Najpierw tak leciutki, że uwierzyłabym, iż złudny, jakby to od wysokiej, skondensowanej słodyczy tak coś aż się odłączyło. Potem jednak robił się coraz wyraźniejszy. Skojarzył mi się z nieudanym przecierem jabłkowym, który podkręcono cytryną.

Słodycz rosła nieubłaganie. Rozwinęła się w nieco wyraźniej daktylowym kierunku, acz daktyle nie były jedyną rzeczą, która siedziała mi w głowie. Bez wątpienia jednak czuć soczyste, wilgotne daktyle... Świeżo-podsuszono albo suszone o wysokim stopniu wilgotności, ale wciąż także przecier i... powidła śliwkowe? Mniej więcej w połowie rozpływani się porcji słodycz wciąż z jednej strony wydawała się konwencjonalne cukrowa, z drugiej przewijały się w niej nuty świeższe. Kwasek dziwnie podkręcił świeżość i soczystość, lecąc właśnie w powidlanym - acz już nawet niekoniecznie wyraźnie śliwkowym - kierunku. Też trochę powidlano-palonym? Daktylowy smak a to nasilał się, a to słabł.

Jak bardzo nie pasowało to do daktyli! Pomyślałam też o tanim, kwaśnym miodzie. Wszystko to i tak jednak z łatwością zasładzało. Nie pomogła wodnista nuta, która zakradała się raz po raz. Ona jakby... Sprawiała, że słodycz wydawała się jeszcze bardziej dotkliwa, jaskrawa.

Po zjedzeniu został posmak soczystych, suszonych daktyli słodkich w zacukrzający sposób oraz kwaśnego, kiepskiego miodu. Ten kwasek był dziwny, jakby sztuczny. Może nie wysoki, ale zupełnie nie adekwatny.

Chcąc sprawdzić, jak ta pasta sprawdza się z czymś, wymieszałam troszeczkę z kremem z sezamu, tahini (Ekogram The Real Tahini), chcąc uzyskać efekt kremu chałwowego. Zapach był w miarę chałwowy i ok, ale z niedookreślonym kwaskiem w tle. Struktura zaskoczyła mnie bardzo negatywnie. Otóż pasta daktylowa jakby odciągnęła tłustość z tahini i nadto wysuszyła masę. Zniknęła też wilgotność pasty daktylowej. Mieszanka była sucha i grudkowata, rozpadała się wręcz krucho. Bardzo kleiła się do łyżeczki i oklejała zęby. W ustach rozpływała się za to szybko i wodniście, a jednak w pewien sposób gumiasto. Bez jakiegokolwiek elementu chałwowego. Czuć za to sporo daktyli w formie drobinek wraz ze skórkami.
W smaku pyszne tahini próbowało ratować sytuację, jednak nie dało rady z podkwaszonymi, wodnistymi daktylami. Te okazały się bardzo imperatywne, a ich daktylowość nie przełożyła się na zbyt chałwowy efekt. Były słodkie aż zabójczo i jakby zwyczajnie cukrowo, w porywach trochę karmelowo-miodowo, a jednocześnie kwaskawe jak niedookreślony przecier owocowy niskiej jakości. Charakter daktyli dodatkowo rozbijał motyw wody. Wszystko to tahini pokierowało w dziwnie wytrawnym kierunku. Dobrze, że tylko trochę tak wymieszałam. 

Okropny produkt. Nie mam pojęcia, po co dodawać tyle kwasu do daktyli. Jak to miała być pasta z daktyli do zrobienia czegoś z niej, półprodukt to naprawdę... Po co to jakoś doprawiać? Każdy sam zdecyduje, czy chce jakoś przełamać słodycz, czy nie. Tu przełamano ją w kiepski sposób. Ani to smaczne, ani szczególnie funkcjonalne... Gdy jednak rozmawiałam z przedstawicielem marki przez telefon (omawiając pomyłkę), z ciekawości zagadnęłam o tę pastę i usłyszałam, że właśnie taki - kwaśny - był ich zamysł. Wytłumaczył, że kwaśność miała w tej paście jak najbardziej wystąpić, że o to im chodziło i że pasta nawet jakiś czas po terminie powinna być jak najbardziej zdatna do spożycia i nic dziwnego nie powinno z nią się dziać. Acz... zamysł czy nie zamysł... Można by to jakoś zaznaczyć wyraźnie, pisząc np. "Kwaśna pasta daktylowa" czy "pasta daktylowo-cytrynowa" - no, jakkolwiek.
Po dosłownie odrobince resztę oddałam Mamie.

Mama stwierdziła: "Starałam się podejść do tego, odcinając się, że to daktyle. Nie lubię rzeczy daktylowych, z daktyli, więc starałam się nie myśleć, że to one. I... Smakowało mi! Nie zawsze smakowało daktylami, a tak trochę kwaśno i zarazem słodko jak powidła śliwkowe. Jadłam z ciastkami, niby markizy sobie robiłam, a także jako dżem na tostach. W zasadzie to jako dżem, na tostach z kremem fistaszkowym 100% i serem żółtym. W takiej formie sprawdziły się najlepiej. No jak powidła. Tylko że... To dziwne, że tak pastę z daktyli zrobili, że taką kwaśną".
Potem dodała: "Próbowałam też z kluskami na parze, ale jakoś to się nie sprawdziło za bardzo. Ogólnie jednak, no, mnie smakuje, ale to czysty przypadek. Czasem jednak, bardziej pod koniec słoja, w smaku bardziej też daktyle się pojawiały. Ogólnie nie wiem, od czego to zależało, że smak był taki nierówny. Na pewno jednak pasta z daktyli nie powinna chyba być kwaśna".

Za namową Mamy postanowiłam dać szansę tej paście, traktując nie jak pastę z daktyli, a coś powidlanego. Zasiadłam z - powiedzmy - czystym umysłem do jogurtu typu greckiego Piątnicy wymieszanego z kakao, z suszonymi śliwkami i orzechami włoskimi oraz recenzowaną pastą daktylową. Śliwki dodałam, by rozkręcić skojarzenie z powidłami.
Mama miała rację, że jak traktować tę pastę jako powidła, sprawdza się. Faktycznie tak się kojarzyła ze względu na kwaśność. Gorzkość kakao uwypukliła słodycz, ale też trochę umocniła daktyle. Śliwki podkręciły powidlaność, więc kwasek nie był tak denerwująco cytrynowy, ale z kolei orzechy podkreśliły smak daktyli. Efekt powideł daktylowych. Raczej słodkich, daktylowo-miodowych, ale wciąż kwaśnych. W głowie rozgościło mi się określenie: podkwaszone zasłodzenie.
Jeśli miałabym ochotę na powidła, chciałabym wyraźnie powidlano śliwkowe powidła, a jak daktyle, to wyraźnie daktylowe daktyle. Nie jestem fanką rzeczy między czymś a czymś.


 ocena: 3/10
kupiłam: przysłano mi z kremyorzechowe.pl przez pomyłkę
cena: sprawdziłam: 9,90 zł za 500 g
kaloryczność: 215 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: daktyle 66%, woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy