sobota, 12 czerwca 2021

Michel Cluizel Plantation La Laguna 70 % Guatemala ciemna z Gwatemali

Mogę jeść czekolady lepsze i gorsze, ale zawsze w końcu nadchodzi moment krytyczny, w którym po prostu muszę sięgnąć wreszcie po dobrą czystą ciemną. Cluizel nie jest moją ulubioną marką, ale swoje potrafi. I... mając w szufladach całkiem sporo nowych marek do testowania, zachciało mi się czegoś, po czym wiedziałam, czego się spodziewać. I... niczym konkretnym oprócz tego się nie kierowałam. Ciekawa jednak sprawa z zakupem tej czekolady: jakoś sobie weszłam na stronę Sekretów Czekolady, patrzę... a tu nieznana mi tabliczka Cluizela. I to wcale nie nowość, w dodatku "ostatnie egzemplarze". Nie wiem, jak ją przegapiłam. Ważne jednak, że zauważyłam. Marka w ofercie ma też mleczną, ale mnie zainteresowała tylko ciemna. Wreszcie i Cluizel dobił "aż" do 70 % (zawsze ubolewałam nad jego niższymi zawartościami w okolicach 60 %).

Michel Cluizel Plantation La Laguna 70 % Guatemala to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Gwatemali z departamentu Alta Verapaz z plantacji La Laguna.

Już rozrywaniu sreberka towarzyszył zapach lejącego się bez końca soku wiśniowego, swoją słodyczą - podrasowaną kwaskiem i cierpkością - mieszającego się z jeżynami i ciemnymi, drobnymi jagodami. Szybko wśród nich pojawił się też charakterny twaróg oraz mleko... i ser... białawy, ale twardy - jakiś kozi? Przy nim sok wiśniowy wydał mi się odbijać w kierunku wina o leciutkiej pieprznej pikanterii. To zaś otworzyło drogę wilgotnej, czystej ziemi i drzewom. Takich z grubą, miejscami odpadającymi, zwilgotniałą korą? I... liśćmi i... poważniejszym wątkiem czegoś skórzanego?

W dotyku tabliczka wydała mi się idealnie kremowo-gładka, a przy łamaniu prawie nie trzaskała; jedynie pykała, mimo że była twarda. Cechowała ją kruchość niektórych ciemnych mlecznych.
W ustach rozpływała się łatwo w tempie umiarkowanym, choć jak na ciemną raczej umiarkowanie-szybkawym. Okazała się rzeczywiście niemal idealnie gładka, wręcz trochę tłusto-śliskawa i drożdżowo gęsta. Nieco miękła, stając się maślano-drożdżową grudką, roztaczającą tłuste smugi i nagle znikającą bez echa. Mimo wszystko nie wyszła zbyt ciężko.

W chwili zrobienia kęsa w smaku rozbłysła słodycz, po czym została zepchnięta w stan dziwnego zawieszenia przez... eksplozję ciemnych, soczystych, słodko-kwaskawych owoców: jeżyn, porzeczek, jagód.

Po ustach zaś rozszedł się twaróg, kozi biały ser twardy... taki mleczny, bez ostrości, soli itp.. Chwilami czekolada wydawała mi się zaskakująco tłustomleczna. "Ser" był łagodny, dość mleczny i zarazem wyrazisty.

Nagle nasączać go zaczęły soczyście-kwaskawe, a jednocześnie bardzo słodkie owoce: ciemne jeżyny, jagody i sok wiśniowy. Odrobinę ściągnęły.

Owoce uwolniły słodycz, która okazała się silna i jakby opływająca wszystko. Z zawieszenia wyszła poprzez owocowość i chłodzącą słodzikowość. Wydała mi się mdława, po czym miała parę miodowych zawirowań. Mieszała się z nimi z sokiem wiśniowym, jakby to może bardziej jakiś słodki, czerwonoowocoy syrop był. A może... syrop drzewny? Z brzozy lub klonu?

Owoce w tym czasie rozlewały w najlepsze swój słodko-cierpkawy smak. Robiły się coraz bardziej ściągające. Podeszły pod wino, które to nasączyło i tak już wilgotną czarną ziemię. Ta reprezentowała gorzkość, było w niej trochę drzew i sugestia palonych drewienek; skóra - może nieco odymiona. To też kawa, czarna i lekko ziemista, wnosząca odrobinkę prażoności. Też odrobinkę pikanterii? Takiej... ziołowej? Tym samym odebrała owocom nieco cierpkości, a sama zmieszała się z chłodzącą słodyczą.

W drugiej połowie rozpływania się kęsa było rześko i chłodnawo, jakby nieco miętowo, może szałwiowo, ostrawo...

Owoce schowały się częściowo za ziemią. Już nie były to tylko czerwone. Dołączyły do nich żółte: w tym może ananasy i kwaskawe jabłka? Słodycz, zwłaszcza ta miodowa, ale i ziołowo-drzewna, zasugerowała jakieś rodzynki - słodkie, choć wciąż robiące kwaskawe wybiegi. Taki właśnie owocowy susz, może coś kompotowego (wiśniowy kompot)? zamknęło kompozycję do pary ze skórą (lub skórą owoców?).

Po zjedzeniu został posmak soczyście słodko-kwaśnych czerwono-czarnych owoców leśnych i soczyście słodsza nuta egzotyczna (rodzynki), karmelowawy miód (sok z drzew?) i ziołowy chłodek, mieszający się z ziemistą kawą. O tak, kawa w posmaku jakoś nagle dziwnie się wyeksponowała, łącząc cierpką goryczkę ze słodyczą.

Całość uważam za pyszną, jednak nie podobała mi się jej niemal śliskawo-maślana konsystencja i nagłe znikanie. O wiele bardziej wolałabym, by poszła w czysto drożdżowo-kremowym kierunku, a nie zawisła pomiędzy tym. Wyraziste owoce i wino kupiły mnie, ale też brakowało mi silniejszej gorzkości ziemi, kawy. Ta wydawała się bardzo uładzona słodyczą, która to miała ciekawy wydźwięk, jednak było jej za dużo. Wyszła tak roślinnie, miodowo-drzewnie (brzoza, klon?), że nawet chwilowa słodzikowość nie wydała mi się wadą. Wręcz przeciwnie - miło wprowadziła zioła.

W Georgii Ramon Guatemala 72 % czułam "miód malinowy" i "inne mleko", coś roślinnego, co pod względem wydźwięku można porównać z miodowo-sokowym, mleczno-serowym i znów ziołami / sokiem z drzew dzisiaj opisywanej. GR wyszła jakoś za łagodnie. Zotter Labooko Guatemala 75 % z kolei kwaśny w owoce czerwone i cytrusy, był łagodny, bo maślany i orzechowy, ale jakby po prostu taki miał być. Cluizelowi bliżej do niego, ale... nie wierzę, że to piszę... to Cluizel wydaje się wyróżniać największym charakterkiem mimo najniższej zawartości kakao (!). To... pazurki schowane w porównaniu do pazurków przyciętych i przypiłowanych. Ser, wiśnie, czerwone owoce (raczej jako dżemy niż soki), drzewa to też Utopick 75 % Chivite Guatemala. Ta miała bardzo podobną konsystencję (z tym, że Cluizel był gładszo-drożdżowy, bez lepkości).
Może to wszystko wynika stąd, że od tamtych spodziewałam się mocy i charakteru, a od Cluizela nie i po prostu milo mnie zaskoczył? A może ogarnął się, że warto odejść od delikatności? Ocenę trochę podciągnęłam, ale powiedzmy, że to za zmiany w dobrym kierunku.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 26 zł (za 70g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 570,8 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym wrócić, gdybym np. dostała

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia burbońska

czwartek, 10 czerwca 2021

Zotter Pecan and Tamarind mleczna 50 % z nadzieniem z tamaryndowca i nugatem z orzechów pekan z kawałkami prażonych orzechów

Kiedyś wydawało mi się, że rzadko dodają pekany do czekolad. Ostatnio jednak się to zmieniło. Nazbierałam takich dość sporo. Lubię je, jednak wolę włoskie. Dopiero przy tej czekoladzie dowiedziałam się, że mówi się, że to "słodka odmiana włoskich" - o, proszę. Tamaryndowiec to kolejna ciekawostka w tym przypadku. Lubię smaki Dalekiego Wschodu, więc też się na to pozytywnie nastawiłam. Zauważyłam, że w kompozycjach, do których Zotter go dodaje, automatycznie nie dodaje kwasku cytrynowego. I szczerze mnie to ucieszyło, bo w ciągu ostatnich lat miałam wrażenie, że przedobrza z nim, pchając wszędzie, nawet tam, gdzie nie pasuje. Tamaryndowiec ma sam w sobie smak trochę kojarzący się z cytryną, ale według mnie jest znacznie ciekawszy. (M.in. ta czekolada sprawiła, że jak tylko zobaczyłam go w Auchanie, kupiłam, by spróbować, jak to smakuje tak "na czysto".) I na ciekawą wyglądała dziś opisywana czekolada. Wreszcie pekany nie na słodko z syropem klonowym, a... jakoś inaczej.


Zotter Pecan and Tamarind to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana (28 %) praliną / nugatem z orzechów pekan z kawałkami prażonych orzechów i kremem z tamaryndowca.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywny, prażony zapach orzechów i motyw kojarzący się z chlebem z przypieczoną aż nieco za mocno skórką. W kwestii orzechów to ewidentnie czuć pekany, ale niemal na równi z jakby... fistaszkami podkreślonymi solą, co odrobinę podkradało się pod masło orzechowe. Podkreśliła je lekka goryczka i cierpkość. Pomyślałam o ziemi zalewanej cytrusem... W ciepłym, orientalnym wydaniu. Myślałam o połączeniu cytryny i świeżego imbiru. Zwłaszcza po przełamaniu tabliczki czuć korzenne przyprawy, choć wtedy pokazał się też mleczny wątek.

Tabliczka ogółem wydała mi się konkretna, choć nadziana... "mokro-miękkim dobrem". Gruba warstwa czekolady lekko pykała, ujawniając kremy.
Na dole był o dziwo mniej zwarty, maziscie-lepki nugat orzechowy, który wyglądał jak masło orzechowe. Cechowała go wysoka tłustość i... rzadkawość naturalnego masła orzechowego.
Wierzch to wilgotny, soczysty i lepki krem owocowy. Ten cechowała zaskakująca zwartość.
W ustach czekolada rozpływała się tłusto-kremowo i powoli, zalepiając usta idealnie gładkimi, gęstymi smugami. Z wolna odsłaniała nadzienia, również bardzo zalepiające i aż nieco... przytykające. Orzechowe rozpływało się spójniej z nią, wolniej. Było bowiem śmietankowo-orzechowo tłuste; mimo że dość miękkie i plastyczne, to jednocześnie konkretne. Zalepiało za to bardzo mocno, kojarząc się z oleistym masłem orzechowym. Odsłaniało, nie spiesząc się, drobinki orzechów, które odciągały uwagę od jego nugatowej pylistości.
W tym czasie spod czekolady zdążyło wydostać się soczyste nadzienie tamaryndowcowe. Mazisto-lepkie, okazało się mokrą masą rozchodzącą się na proszkową, bardzo soczystą zawiesinę.
Orzechy z nugatu zostające na koniec okazały się kawałkami średnimi (w większości), drobnicą i paroma znacznie większymi.
To zdecydowanie jedna z tych czekolad, które zgrywają się idealnie i dzielenie ich na warstwy to zbrodnia. Spróbowałam tego oczywiście na małym fragmencie, stąd i takie stanowisko.
Poza tym, biorąc pod uwagę lepkość nadzień i to, jak wilgotne były (a tym samym jak w przypadku mojej tabliczki nieco zawilgociły samą czekoladę na spodzie), to trudne.

Przegryzając się przez całość od razu czuć wnętrze, jednak przez całą degustację czekolada świetnie się utrzymywała, przyozdabiając każdą nutkę.

W smaku sama czekolada wydała mi się orzechowa - nie tylko przesiąknięta nadzieniem, ale w dużej mierze orzechowa sama z siebie. A do tego palono-karmelowa, gdy o nieprzesadzoną, ale wyraźną słodycz chodzi. Była też palono-pieczona, lekko gorzkawa i sugerująca mocno wypieczoną skórkę od chleba. Lekka cierpkość pochodząca od kakao zaznaczyła się obok wręcz fistaszkowej nutki. Jej mleczność była wyraźna, ale spokojna i wycofana.

Mleko i orzechowość wyraźnie wydobywały się za to z wnętrza. Napływały z obu warstw. Poczułam delikatny, pudrowo słodkawy nugat (nie wyróżniłabym żadnych konkretnych orzechów; nabrałabym się, że to laskowe), ale zaraz się wycofał.

Szybciej i odważniej jednak kompozycję przebiła tamaryndowcowa część. Na mlecznym, delikatnym tle smagnęła kwaśna, cytrusowo-soczysta fala... a zaraz wręcz orientalny bicz. Nie była to siekiera, bo wszystko rozgrywało się na słodko czekoladowym tle, ale... Było to kwaśno cytrynowe ilekko goryczkowate jak limonka, a jednocześnie wytrawne i orientalne, podkreślone kwiatowym wątkiem i rześkością trudną do uchwycenia. Ta część przejawiała pikanterię, kojarzącą się z indyjskimi daniami. Pomyślałam o cytrynowym imbirze (?), jednak zdecydowanie wtłoczonym w słodką ramkę. Niewątpliwie bowiem krem wyszedł też słodko.
(Spróbowany osobno bardziej eksponował kwaśność, jednak odosobniony wydał mi się "dodatkiem zabranym od czegoś".)

Pekanowy krem, gdy przegryzałam się przez całość, wydał mi się słodszy i bardziej zgrany z czekoladą poprzez mleczno-maślaną bazę. I on zawarł w sobie pikanterię oraz trochę gorzkawości, w tym cynamonowej. Sporo w nim prażono-palonych, ewidentnie orzechowych nut. Łączyły  nugatowy motyw z bardzo wyrazistym... masłem orzechowym. Trochę udawało to fistaszki, czasami chyląc się ku oleistemu, słonawo-wytrawniejszemu charakterowi, a czasami... szło w ostrym kierunku. Przyprawy korzenne jakby podkreśliły pleśniową ziemistość pekanów. Mimo że czułam tu pudrowo-waniliową, niemal uroczą słodycz typową dla nugatów, pekany zaprezentowały swój charakterek. Były jak połączenie włoskich z laskowymi i pleśnią. Niby goryczkowato, ale delikatnie.
(Nadzienie spróbowane osobno wyszło prażono-wytrawniej i zaskakująco ostro-orzechowo-olejowo.)

W drugiej połowie rozpływania się kęsa, kremy mocno się już ze sobą przemieszały. Cynamon i ogólna ostrość podkreśliły bardziej ziemistą nutę, cudnie zgrywającą się z gorzkawą czekoladą. Uwypukliła (na zasadzie kontrastu?) kwiaty, wśród których zaskakująco wyraźnie nagle poczułam róże. Były wilgotne, kwiaciarniowe - to podkreśliła cytrusowo-orientalna nuta tamaryndowca.

Smak orzechów pekan oczywiście wzrastał przy nich samych. Smakowały bardzo delikatnie (przez to, jak malutkie były), ale... smakowały sobą. Raz i drugi wydało mi się, że zaplątała się przy nich sól czy bardziej cynamonowa nuta, lecz otulone gorzkawo-karmelową czekoladą bliżej końca dominowały.
Oczywiście, gdy rozgryzałam je już na koniec, po czekoladzie, wyszły na pierwszy plan.

W posmaku pozostały podprażone orzechy pekan, jak i cierpkawo-karmelowa, gorzkawa czekolada mleczna. Czułam delikatną w wydźwięku, ale dość znaczącą słodycz i sporo orientalnej kwaśności cytrusowo-wytrawniejszej, mocno podkręconej cynamonowym ciepłem i utulonej słodyczą kwiatowego nugatu.

Co do czekolady mam mieszane uczucia. Z jednej strony była smaczna i ciekawa, z drugiej zaś... cała jej kremowość, orzechowość i orientalność były tak wyraziste, że to raczej nadzienio-kremolada. Otoczka czekolady podporządkowała się miękko-mokremu wnętrzu. Przeszkadzała mi jego mazista miękkość, soczysta rzadkość i własnie bezkresna kremowość, a także to, że czekolada od tego aż trochę się zawilgociła (możliwe, że to przypadłość tylko mojej tabliczki, acz zrozumiałam wreszcie, po co Zotter tak często daje krytykowane przeze mnie "cienkie warstewki" oddzielające czekoladę właściwą od nadzień). Zdecydowanie wolałabym, by orzechowa warstwa była suchszo-konkretniejsza (jak w przypadku dawnych nugatów Zottera, np. Peanut Crunch with Salt, narzekałam na tłustość, ale wolę konkret niż takie mazianie chyba; smaku nie porównuję), ale... smakowała mi. To, że jakby zawisła między nugatem a masłem orzechowym wyjątkowo pasowało do tamaryndowca, który właśnie do czegoś takiego doskonale pasował. Czekolada stanowiła z tym jedność.


ocena: 8/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, orzechy pekan, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, pasta z tamaryndowca (tamaryndowiec, woda), odtłuszczone mleko w proszku, mleko, syrop skrobiowy, masło, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

środa, 9 czerwca 2021

Svitoch Exclusive 51 % Ginger & Lemon ciemna z imbirem i skórką cytrynową

Połączenie cytryny i imbiru zawsze wydawało mi się w porządku, jednak trafiwszy np. na Novi Nero Nero 70% Extra Bitter chocolate with lemon peels and ginger crystals jakoś się zraziłam. Nie to, że znielubiłam, ale zaczęłam być bardziej podejrzliwa i sceptyczna. Ostatnio też nawet w czekoladach z dodatkami zbyt niska zawartość kakao, a za duża cukru zaczęła mi przeszkadzać. Stąd w pierwszej chwili, po trzymaniu tej czekolady od Olgi z livingonmyown (dziękuję!) razem z Choceur Zitrone-Ingwer 55 % i Svitoch Exclusive 51 % Hazelnut & Peanut, wystraszyłam się. Wystraszyłam się, że chciała mi sprawić radość - i samym faktu podarowania czekolad niedostępnych w Polsce autentycznie już od razu sprawiła - a ja nie będę umiała się cieszyć z tych czekolad... I mimo że Choceur jakoś niezbyt mi podeszła, nestlowata Svitoch okazała się miłym zaskoczeniem. Stąd i obudziła się we mnie nadzieja, że może ostatnia czekolada też będzie w porządku - przecież to także Svitoch. Ok, to ci od Nestle, a Nestle nie lubię, ale... jak już zaskoczyłam na lepsze nastawienie, trudno było je zepsuć. Do tego stopnia pozytywnie się nastawiłam, że nawet mleko i serwatka w składzie widziały mi się jako plus - postanowiłam potraktować ją po prostu jako ciemną mleczną. Takiej z tym zestawieniem dodatków jeszcze nie jadłam - to raz. I dwa: ciemna mleczna to zawsze nie ciemna przesłodzona. Aż sama się dziwię, jak koniec końców zaintrygował mnie obiekt dzisiejszej recenzji.

Svitoch Exclusive Ginger & Lemon 51 % Dark Chocolate to ciemna (mleczna?) czekolada o zawartości 51 % kakao ze skórką cytrynową i imbirem; produkowana przez Nestle.

Rozchyliwszy sreberko poczułam splot cukru i imbiru-przyprawy. Ten w pierwszej chwili mignął mi mydlaną nutą, ale szybko zniknęła na rzecz ciepło-ostrej korzenności. Baza reprezentowała przesłodzoną, nieco budżetową czekoladę, przejawiająca nutę orzechów laskowych w wydaniu zimowo-korzennym, prażonym. Rozkręciły skojarzenie z imbirowymi ciastkami muśniętymi polewą kakaową, budżetową czekoladą o wytrawniejszej cierpkości (przypomniały mi się ciastka Tesco Finest Spicy Dark Chocolate Ginger Cookies). Niewątpliwie czuć aromaty (orzechowy i wanilinę - tę drugą zwłaszcza w trakcie jedzenia). Cierpkość otwierała drogę soczystości. Czułam w niej cytrusy, poprzez goryczkowatą skórkę mieszające się z bazą, a z imbirem soczystością właśnie. Dzięki temu pomyślałam o imbirze świeżym (korzeniu).

W dotyku tabliczka wydała mi się gładko-kremowa, ale niewątpliwie ciemnoczekoladowa. Przy łamaniu jedynie pykała, ale była twarda. Przekrój ujawnił mnóstwo dodatków. Przy robieniu kęsa skórka cytrynowa dała się poznać jako sucho-ciągnąca, odrobinę lepkawa. Po drobinkach imbiru zęby się zsuwały.
W ustach czekolada rozpływała się dość powoli i gęsto, stając się tłusto-ulepkowatym, miękkim budyniem. Zawierał pylistość i mnóstwo dodatków, szybko wyłaniających się. Chwilami wydawało mi się, że imbiru dodano więcej, niż wskazuje na to skład, ale to chyba przez smak. Kiepsko sprawdził się przy tym mój sposób zostawiania i rozgryzania dodatków na koniec, bo wtedy za bardzo palił imbir; z kolei tylko cytryna lepiej wychodziła... Stąd zajmowałam się nimi, gdy czekolada już prawie zniknęła, ale jeszcze była, "obok", próbując wybierać najpierw imbir.
Do czekolady dodano: początkowo sucho-twardawe, a z czasem upuszczające cukrowo-kandyzowaną otoczkę z wierzchu (rozpuszczającą się na pyłkowe-grudki i wodę) i nasiąkające skórki cytrynowe. Część wydawała się otoczką w 80 %, cytryną tylko w 20 %. Ogólnie jednak wyglądały na niemal białe, trochę przezroczyste. Na koniec robiły się miękkawo-jędrne i odlegle "świeżawe", chwilami niektóre dziwnie lepko-kartonowe (jak rozmiękły, rozmoczony?).
Imbir z kolei to kawałki ciemniejsze i na pewno twardsze,  niektóre bardzo twarde, a tylko niektóre twarde aż niepozytywnie. Niektóre udawały twardawe kawałki orzechów. Inne zaskoczyły mnie... włóknami.
W zasadzie nie odnotowałam zasady, czy któreś były większe. I imbir, i cytryna wystąpiły pod postacią sporych, średnich kawałków i drobnicy.

Już w chwili robienia pierwszego kęsa uderzyła mnie wysoka słodycz cukru, prędko łagodzona wanilinowo sztuczną naleciałością i delikatną gorzkawością, prawie wytrawnością. Skojarzyło mi się to z czekoladowym likierem - czymś zasładzającym niemal natychmiast, ze sztucznym echem aromatu, ale też z zaznaczoną drobną cierpkością kakao.

Cierpkość ta, likierowość po chwili zaczęła nieco rozgrzewać. Odnotowałam soczystość, cierpkość czy nawet goryczkę, zmieszaną z cytrusowością. Po paru chwilach imbir wyraźnie dał o sobie znać. Oto przejął rozgrzewanie, serwując ciepły, korzenny smak. Był pikantny, ale jednocześnie specyficznie słodkawo-gorzkawy. Tak, smakował głównie świeżym imbirem i - jak to on - zalatywał delikatną mydlaną nutą, ale także imbirem-przyprawą w proszku. To przełożyło się na skojarzenie z imbirowymi ciastkami. Takimi... z połyskującym cukrem: bardzo, bardzo słodkimi. Trochę... piernikowymi? Może z podprażonymi orzechami laskowymi?

A przynajmniej z polewą kakaową rodem z korzennych pierników. Niestety budżetowych. Lekka gorzkawość zasugerowała zacukrzone, tanie kakałko zrobione na śmietance. Śmietankowość i maślane wybiegi podkreśliły wanilinę, jednak nie ugłaskały ogólnej słodyczy. To próbował zrobić imbir. Czasem nawet z niezłym skutkiem, a czasem skórka cytryny stawała mu na drodze,podbijając cukrowość. Czasem pomogła mu... sól. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa między dodatkami przeważnie pojawiała się zaskakująco wyraźna nutka soli hamująca przesłodzenie. Wydobywała czekoladowość tak, że imbir jej nie zagłuszał. W paru kęsach jej nie było, więc miałam okazję utwierdzić się, że to dobry pomysł.

W drugiej połowie wyraźniej odezwała się cytryna, a właściwie jej "otoczka". Najpierw podwyższała cukrowość swoim słodko-kandyzowanym wierzchem. Był... słodko-żaden, mdły i dziwnie słodko-wodnisty. Następnie roztoczyła po ustach delikatnie cytrynowo-kartonowy smak, ale w dużej mierze wydawała się ze smaku wyprana. Co ciekawe, trochę tonowała słodycz samej czekolady.
Jak pisałam na początku, dodatki podgryzałam już w trakcie rozpływania się czekolady, a nie tylko na koniec (tak lepiej to wychodziło).

Po debiucie dodatków czekolada pełniła już tylko funkcję zasładzacza, powoli i marnie odzyskując palono-orzechowy, łagodnie gorzkawy smak. Bliżej końca wydała mi się bardziej śmietankowa i kakaowo-polewowa, budżetowa. Kojarzyła się z lekko orzechowym słodkim kakao na śmietance. Tu doszukałam się też sztucznych sugestii drażniącego aromatu: waniliny (i chyba orzechowego).

Dodatki gryzione na koniec zachowywały się różnie. Niektóre kawałki cytryny wyraźniej, ale wciąż minimalnie smakowały zacukrzoną do bólu, gorzkawą skórką, prawie w ogóle cytryną ogółem (nie były kwaśne), inne kartonem albo niczym, a imbir... czasami występował jako ciepło-pikantny szatan, chwilami te mniejsze kawałki też wyszły na tyle nijako, że nabrałabym się, że to karmelizowane orzechy. Te większe i średnie jednak, a więc większość, uderzały ostrością, paliły w język i gryzły. Zerowały też całą resztę, w tym... przesłodzenie.

Po zjedzeniu został posmak głównie imbiru, jego goryczka, ostrość i wręcz kwaskawość "poostrościowa", ogólna cierpkość, także kakao. Nie obyło się bez posmaku cukru, ale bardziej jako "cukru wanilinowego", który tylko trochę dokładał się do drapania w gardle. Za tym stała bowiem imbirowa pikanteria. Czułam też kwasek, ale powiązałabym go raczej z imbirem i budżetowym kakałkiem, aromatami niż cytryną... Czułam się jakbym wypiła przesłodzone kakao i zjadła jakieś cukrwo-imbirowe ciastka z orzechami w budżetowej polewie.

O tak, taniość, polewowość dawały się we znaki. Mimo że bardzo słodka, to jednak tak skomponowana, że nie była to wielka wada. Bardziej niż z przesłodzoną ciemną kojarzyła się ze śmietankową czy kakao na mleku. Dodatki w takiej formie (drobnica) nadały tabliczce efektu zlepka-ulepka, tym bardziej, że była znacząco tłusta. I do nich mam wielki żal. Otóż imbir swoją ostrością wiele tu trzymał w szachu (przesłodzenie, budżetowość, aromaty), ale wydaje mi się, że rządził się swoją silną ostrością za bardzo. A jednocześnie cieszę się, że dodali kawałki prawdziwego. Cytryna to jakaś pomyłka. Bardziej to kandyzowany cukier, niż skórka. Zaskoczyła mnie też sól... o dziwo pozytywnie.
Wyszła ogółem nieco gorzej Lindt Excellence Lemon with a Touch of Ginger, ale... to, którą wolałabym to zależy od dnia. I Lindt, i Choceur to przecukrzone ulepki, zaś Svitoch to ulepek, ale bardziej w tym wyważony. Całkiem ciekawy dzięki soli. Lindt był przyjemnie soczysty, mimo że mało cytrynowy; imbir zahaczał w nim o mydlaność. Svitoch z kolei wcale nie była soczysta, cytrynowa niespecjalnie; za to mocno, naturalnie imbirowa (aż za mocno, biorąc pod uwagę łagodne otoczenie). Zaś Choceur była zacnie imbirowa (korzennie), a cytryna wyszła zbyt podrasowana, aż drażniąca w tym. I tu dochodzimy do kwestii: takie sztuczne i napastliwe podrasowanie przeszkadza mi o wiele bardziej, niż przegięcie z naturalnym dodatkiem. Niestety i w Svitoch czuć aromaty, ale w takiej ilości, że mogą być.
W pierwszej chwili obstawiałam, że zjem pewnie kostkę czy dwie, resztę upchnę dla ojca, ale się wciągnęłam (żałuję mu tych kiepskich-ale-zjadliwych, z nieśmieciowym składem), nie każdy kęs niósł imbirowe palenie. Zjadliwa, mimo że daleka od ideału.


  ocena: 6/10
kupiłam: dostałam (dziękuję!)
cena: -
kaloryczność: 495 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier. miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz kakaowy, kawałki skórki cytrynowe 3% (skórka cytryny, cukier, syrop glukozowy, dekstroza, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy), pełne mleko w proszku, odtłuszczone kakao w proszku, kawałki imbiru, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, E476), sól, aromaty

wtorek, 8 czerwca 2021

Scholetta Fijne Chocolade Irish Coffee & Karamel ciemna mleczna 55 % i biała z whisky, kawą i toffi

Stwierdziłam, że obecnie nie lubię białej czekolady. Dobrą potrafię docenić, ale ochota na nią już mnie nie nachodzi. Sama więc już żadnych nie kupuję, ale jakiś czas temu tym z Mamą nie mogłyśmy się oprzeć. Ja mam za wielką słabość do whisky, a Mama do kawy i toffi. W sumie... ogólnie byłam do tego czegoś dość sceptycznie nastawiona, bo jakoś nie przemawiają do mnie te (chyba ostatnio modne?) kruszone kawałki czekolady, a już na pewno nie podoba mi się łączenie czekolad np. białej z ciemną. Gdy jednak pomyślałam o łączeniu białej z whisky... przypomniała mi się Astor Chocolate Alaska Milk Pretzel swirl Peanut Butter i biała zmieszana z masłem orzechowym, co było jej największym atutem. I w końcu wygrało to, że "mieć takie dziwne coś w domu i nie spróbować? no way!". A jednak biało-mlecznej Kokos Mandel & Meersalz nawet nie wąchałam - całość poszła od razu do Mamy (mimo że w sumie podobało mi się połączenie kokosa, migdałów i soli, ale... nie w tej formie, nie tej marki).

Scholetta Fijne Chocolade Irish coffee & karamel to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z białą czekoladą (43%), irlandzką whisky (1,35%) oraz posypką czekoladową o smaku kawowym (6,7%) i kawałkami toffi (3,3%).

Po otwarciu uderzył mnie zapach kawy i whisky, a zaraz potem także dość wysoka słodycz. Połączywszy się z whisky, poszła w kierunku przyziemnie alkoholowo-cukrowym, kojarząc się z Pawełkiem toffi. Taak, cukierkowo-karmelkowe toffi też wyłapałam. Gorzko-kawowy wątek stał z tym na równi. Czekoladowości dziwnie nie zarejestrowałam, może daleko w tle jako cukrowo-proszkowy motyw a'la Wedel? Zalatywało mi to lekką sztucznością ("wedlową piankowością"? - mleczne Wedle dawniej wg mnie miały specyficzną nutę i ją tu czułam) i mlekiem w proszku. Biała czekolada też raczej się kryła.

Forma zupełnie do mnie nie przemówiła. Według mnie zawartość opakowania wyglądała po prostu niechlujnie, brzydko. Zdobienia tandetne, posypka też... W dodatku rozlokowana nierównomiernie. Jeśli chodzi o łączenia się czekolad, to wbrew pozorom trudno o kawałek albo czystej białej, albo ciemniejszej. Zachodziły bowiem na siebie, jedna na drugą. Np. gdy wierzch był biały, spód ciemny (i to aż przebijało miejscami).
Kawałki czekolady przy łamaniu okazały się kruche, ale konkretne, twardo-trzaskające, choć nie jakoś mocno. Biała część na dotyk wydała mi się sucho-lepkawa, a ciemniejsza plastikowo-polewowa. Dodatki były w nie mocno wtopione. Kawa z czekolady przypominała plastik, toffi zaś było tylko początkowo suche, a potem miękkie i gumkowo-lepkie.
W ustach w sumie wszystko rozpływało się z lekkim oporem (mniejszym lub większym), ale jak plastikowa polewa.
Biała czekolada była straszliwie, wręcz niewiarygodnie proszkowa i wodnista, a jednocześnie dość zbita, zwarta.
Ciemniejszą cechowała bardziej zawiesista proszkowość, jakby osadzona w polewowo śliskawej bazie. Ona rozpływała się chętniej, ale też nieprzyjemnie.
Ziarna czekoladowej "kawy" z kolei były gładkie, ulepkowo-polewowe i wodniste. W nich najbardziej dawała o sobie znać tłustość gładkiej tafli masła. 
Toffi okazało się lekko skrzypiące, rozpuszczało się powoli, a gryzione przypominało gumkę do ścierana z cukrem. Przylepiało się na jakiś czas do zębów, by się w końcu rozpuścić.
W zasadzie wszystko znikało na wodę.

W smaku... to zależy. Ogólnie muszę powiedzieć, że od czego by nie zacząć, jak sobie nie mieszać, kompozycja była raczej spójna, bez zgrzytów - przeraźliwie cukrowa i zgrana w tym.

Najpierw spróbowałam trochę białej. Poraziła mnie cukrem, drapiąc w gardle natychmiast po przełknięciu śliny. Na cukrowość zaraz naszedł maślany, ciężki smak nijakiej białej czekolady. Posypało się mleko w proszku. Odegrało dość istotną rolę w miejscach łączonych z brązową czekoladą. Mleko w czystobiałych częściach wyszło ciężko i nijako. Co więcej, doszukałam się w nim sztuczno-stęchłej nuty. W zestawieniu z brązową stanowiła głównie dosładzacz, jednak nabrała też śmietankowego wydźwięku, a jej kiepski posmak ukrył się w kawie.

Ciemna mleczna czekolada dominowała zdecydowanie. A w niej z kolei rządziła kawa. Goryczkowato-gorzkawa i niemożliwie cukrowa. Przejawiała też lekką cierpkość i kakaowy motyw, ale i tak szybko męczyła cukrem. Jemu dopomogła przesłodzona biała.
Zacukrzały okropnie, mimo posmaku mleka, które to całkiem nieźle opływało kawę.
Doszukałam się też alkoholowo-whisky, znacznie delikatniejszego niż sugerował zapach (aż trudnego do wyczucia) akcentu. Mimo alkoholowego posmaku, procentów nie czuć.

Kawowe kulki smakowały czysto kawowo-cukrowo, bez śladu innych posmaków czy mleka. W sumie nawet czekoladowe były minimalnie. Odbijały bardziej ku nijako-kawowej, plastikowej polewie, ale paskudne nie były.

Toffi wyszło straszliwie słodko-cukrowo. Właściwie... było niemal wyprane z jakiegokolwiek smaku innego niż cukier. Toffi-karmelkowe? Niee, może minimalnie, tylko dlatego, że wiedziałam co jem. Raczej cukierkowo-cukrowe. 

We wszystkim przewijała się lekka cierpkawość, która z cukrowością i tak nie wygrała. Nie było zgrzytów, ale wszystko smakowało tak cukrowo, że sens jedzenia tego był taki, co w łyżeczkowaniu cukru prosto z torby. 

Po zjedzeniu każdego kęsa w ustach zostawało przecukrzenie i posmak kawy, jak również lekka cierpkość: od kakaowej, kawowej po "z aromatu". Wraz z ciężkością maślanej, białej czekolady było to dalekie od przyjemnego posmaku.

Całość wyszła ciężko, słodko, kawowo i w sumie nudno. Mimo wielu elementów nie było tu nic przyjemnie wyróżniającego się. Konsystencja zła, smak cukrowy. Prawie całość powędrowała do Mamy (jak się spodziewałyśmy).
W pierwszej chwili Mama wykrzyknęła: "O fu! Jak mi tu walnęło jakimś paskudztwem, stęchlizną, okropnym czymś...". Potem jednak zaczęła jeść, jeść i uznała, że to chyba rzeczywiście whisky i: "no, rozpuszcza się, zwłaszcza ta biała część, bardzo ciężko, ale tak... to mi smakuje! Słodkie to bardzo, aż za bardzo chyba, ale kawę jakoś czuć, mlecznie jest, i te toffi niby w porządku, bo nietwarde, ale nie wiem, czy potrzebne. Niegorzko, ale rzeczywiście trochę kawowo i potem już tego okropnego czegoś zupełnie nie czuć, a tak alkoholowo. Ten jakiś bourbon czy whisky, ale też nie w każdym kawałku. Dobrze to w tym ciemniejszym wyszło, a biała dziwnie". Doszłyśmy do wniosku, że biała chyba po prostu dziwnie przesiąkła resztą, co dało nieprzyjemny efekt wraz z jej cukrowością i mlekiem w proszku (i po prostu smakiem białej?). Co więcej w sumie zgodziłyśmy się, że mimo iż zamysł jakiś ewidentnie był to wyszło to takie... bezsensowne. Wszystkiego pełno, napchane, a efekt dziwny. Mnie jednak od tego odpychało, a Mama bez problemu na raz zjadła jakieś 60 gramów. Stwierdziła, że niezjadliwe to na pewno nie było, a ja... no nie wiem, dla mnie na pewno nie było zjadliwe. Zgodziłyśmy się jednak co do tego, że forma beznadziejna - obu nam skojarzyło się z "rzuceniem takich kawałków, jak kości dla psa". 


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi (Mama płaciła)
cena: 7,49 zł (za 105g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, posypka czekoladowo-kawowa "mokka" 6,7% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 1% kawa w proszku, naturalne aromaty, substancje powlekające glazurujące: szelak, guma arabska; lecytyny słonecznikowe), bita śmietana, irlandzka whisky 1,4%, migdały, lecytyny sojowe, naturalne aromaty, masło, odtłuszczone mleko w proszku, śmietana w proszku, kawa w proszku 0,3%, syrop glukozowy, stabilizator: difosforany, kakao

-------------
PS O drugim wariancie nawet myśleć nie chciałam. I ja na szczęście nie musiałam; co więcej Mama jedząc, uznała, że mi na pewno by nie smakował. Drugim wariantem była bowiem prawie zachwycona ("połączenie białej i mlecznej bardzo słodkie, ale ta czekoladowa baza sama w sobie dobra; tylko te dodatki niezbyt potrzebne, te jakieś karmelizowane słupki i płatki (kokosa?) dziwne i sól niepotrzebna").

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Moser Roth Dark Mint ciemna 52 % z miętą

Parę razy w życiu miałam tak, że nagle zorientowałam się, że w danej kwestii... nic nie czuję. Miałam tak z marką Moser Roth, na którą kiedyś bardzo optymistycznie patrzyłam, kilka czekolad naprawdę mi od nich smakowało, ale w końcu zaczęłam trafiać na coraz to gorsze dziadostwa. Czasem się wkurzałam i grzmiałam, że chyba ich znienawidzę. Pewnego dnia, mając sięgnąć po kolejną niestety już posiadaną, zdałam sobie sprawę, że marka jest mi kompletnie obojętna. Obojętność czasem (!) postrzegam jako coś gorszego niż nielubienie. Jeśli coś potrafi wzbudzić jakieś emocje, przynajmniej jest jakoś określone, choćby może być tematem do dyskusji (wylewania jadu?). Miętowej się trochę bałam. Lubię miętę, ale jak pomyślałam o teoretycznie rześkiej mięcie zmieszanej z tłusto-cukrowym ulepem, nie miałam na to ochoty. Albo... zatopiony w czymś takim chrupacz? Jeszcze gorzej. Aż do dnia degustacji z tego powodu nie sprawdziłam, pod jaką postacią dodali tę miętę. Nie chciałam się negatywnie nastawiać. Przed jedzeniem bowiem lepsza już obojętność niż skrajne emocje. A z drugiej strony trochę wyolbrzymiam, bo... aż takiego wstrętu czy obawy nie czułam - właśnie tylko obojętność. Po prostu... nie chciałabym wyrzucać czy coś (oddać ojcu coś, za co sama zapłaciłam i co jest potencjalnie do zmęczenia zgodnie z zasadą "kupiłaś, to zjedz", która nauczyła mnie rozsądnego kupowania czekolad).

Moser Roth Dark Mint to ciemna czekolada o zawartości 52 % kakao "o smaku miętowym", czyli z aromatem miętowym.

Zapach był dość słaby, ale ewidentnie palony i słodki. Kojarzył się z cukrem pudrem, do którego doszła pewna maślana ciężkość i niewyraźny motyw orzechowo-kawowy. Mięta subtelnie zaznaczyła swoją obecność. Aż trudno było określić, czy jest bardziej naturalna, czy z aromatu. W trakcie jedzenia bardziej pobrzmiewała czekoladowymi pastylkami miętowymi.

Tabliczka przy łamaniu ze względu na twardość przyjemnie trzaskała, ukazując jakby zbity i gęsty przekrój.
W ustach rozpływała się bardzo powoli, lecz szybko miękła. Gięła się wtedy i zmieniała w maślano-zbity krem (jak chłodne masło), z czasem opływający jak... lukier? Była gładka i bardzo tłusta, a jednocześnie przejawiała skłonności do pyliście-wysuszającego efektu, który nie pomógł w odbiorze.

W smaku od początku rozchodziła się cukrowość, choć nie aż taka powalająca od razu. Delikatna gorzkawość zaznaczyła smakową suchawość kakao, jego lekką cierpkość, po czym uległa na rzecz cukrowo-maślanej bazy.

W tym czasie w język zaczął lekko gryźć aromat miętowy i złudne poczucie chłodu, ale... podałabym w wątpliwość tenże chłód. Niby był, ale jakby nie...

Dopiero z czasem zaskoczył na miętę i wtedy było już lepiej; w tle pojawiła się naturalniejsza, delikatna mięta, kojarząca się "słodyczowo", a więc z jakimiś kremami, nadzieniami... Może nawet trochę likierem miętowym ze względu na cierpkawość? Daleko było temu jednak do klimatu poważnie-wytrawnego.

Na przodzie stała bowiem bezkompromisowa słodycz. Jej smak był najwyrazistszy i wszechobecny. Zaraz podsunęła skojarzenie z białymi nadzieniami pastylek miętowych, zahaczyła o lukier, rozsypując przy tym wór cukru. Drapała w gardle już po paru chwilach od zrobienia kęsa.

Jednocześnie rozchodziła się chłodząco-słodka mięta. Wyszła trochę olejkowo, ale w miarę naturalnie. Zaniechała napastliwości, a od połowy rozpływania się kęsa wyraźniej zagrała w smaku - powiedziałabym, że bliżej jej do mięty zielonej (łagodniejszej) niż pieprzowej. Zrównywała się z czekoladą, uwypuklając jej nijakość. Przez otoczenie, mimo że odświeżająca, nie wyszła lekko i orzeźwiająco. Szła w kierunku cukierniczym, acz zdarzyło się jej trochę ziołowo "capnąć" w język.

Czekoladowa baza z łatwością się poddała. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydała mi się mdła i maślana, nieznacznie gorzkawa, ale trochę... kakaowo-przypalona? Jak kiepska, plastikowa polewa? Może trochę jak poprzypalane i zwietrzałe ziarna kawy? Wydawało mi się, że przy niektórych kęsach koło mięty uchwyciłam cierpkawość. Na pewno pod koniec rozpływania się kęsa czułam dziwną goryczkę aromatu, na pewno nie kakao.

Pod koniec przesłodzenie i mięta zawiązały sztamę w zagłuszaniu czekolady, jednak ta do końca jako odrobinka cierpkawej paloności była wyczuwalna. Maślaność też sobie jakoś radziła, ale pod koniec to cukrowość szalała.

W posmaku zostało przesłodzenie i mięta, ale też tłuszczowa polewa koloru ciemnego (udająca czekoladę). Przesłodzenie wydało mi się takie... polewowo-lukrowe, jak kiepski lukier o konsystencji plastikowo-łamliwej polewy. Mieszało się to z "cukierniczą miętą", aż taką cukrowo-cukierkową (oczami wyobraźni patrzyłam na gablotkę w cukierni pełną kolorowych babeczek, makaroników itp. w pudrowo-miętowych wariantach). Mięta za to robiła dziwne aluzje do kwasku, co wiązało się z nieokreśloną cierpko-goryczkowatością.
Na ustach czułam realną tłustość, przez co całość wyszła ciężko mimo odświeżającej oddech mięty.

Całość uważam za przeciętnie kiepską. Przesłodzona i tłusta, a przez to ciężka. Czekolada miętowa powinna być lżejsza, zdecydowanie. Z tym całym przesłodzeniem mięta niestety wyszła kiepsko, a sama czekoladowość uciekła. Mimo tego nie była wyjątkowo zła. Po prostu kiepska i niewarta zakupu, ale taka którą da się zjeść... trochę. Bo na całą nie ma się ochoty. 3 minitabliczki na jedno podejście pod koniec strasznie mnie umęczyły, a podczas drugiego zrobiła to już jedna minitabliczka w połowie jedzenia.
Wady Moser Roth "na chłodno" o wiele lepiej da się zmęczyć niż z chili.
Przypomniała mi się za to Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Peppermint - też przesłodzona, o podobnej zawartości kakao, a jednak nie zapchana tłuszczem, z wyczuwalnym kakao (miazgą). Jak wiele zależy od producenta...


ocena: 5/10
kupiłam: Aldi
cena: 5,49 zł (za 125g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, aromat mięty, wyciąg z wanilii

niedziela, 6 czerwca 2021

lody Magnum Almond Tub

Orzechy laskowe z Magnum Praline Chocolate & Hazelnut Tub i migdały z dzisiaj opisywanych miały mi posłużyć jako takie... sprawne, gładkie przejście do posiadanych już "jaśniejszych" smaków. Sporo jednak się wahałam, czy się na nie w ogóle porywać. Otóż gdy jeszcze lubiłam lody na patykach, Magnum z migdałami przegrywało u mnie z klasycznym. Po Kaufland Bio Bourbon-Vanilleeiscreme z kolei jakoś zachciało mi się dobrych lodów waniliowych, ale zaś Magnum Double Chocolate Deluxe Tub, a właściwie mleczna czekolada z nich, sugerowały mi, że waniliowe lody z mleczną czekoladą mogą mnie po prostu nudzić. A nie chciałam męczyć całego pudła nudy (Mama nie lubi migdałów / orzechów w lodach). Uznałam więc, że migdały powinny mi ucztę nieco urozmaicić i mogły przełamać słodycz. Niestety dopiero znacznie później wróciłam do swojej recenzji Magnum Almond na patyku, gdzie przeczytałam, dlaczego smakowała mi mniej niż klasyczna. Waniliowość samego loda była niższa... i już zaczęłam się bać pudła.

Magnum Almond Tub to lody waniliowe z 28 % mleczną czekoladą (w formie polewy z wtopionymi migdałami, skorupki, dna i kawałków w masie) i 5% migdałami (jako słupki w polewie z czekolady na wierzchu oraz jako kawałki w masie lodowej).
Pudło zawiera 440 ml / 297 g.

Po otwarciu poczułam intensywny, zasładzający zapach mocno mlecznej czekolady z zaznaczoną paloną goryczką kakao. Mieszał się z migdałami, a po zruszeniu wierzchu i w trakcie jedzenia także z wanilią, co po dłuższym czasie wydało mi się aż trochę mdlące. Na szczęście nieustannie w trakcie jedzenia czułam też uroczą i intensywną mleczność bazy oraz migdały, co ratowało przesłodzenie.

Forma ta sama, co w innych pudełkowych Magnum. Tu jednak już w warstwę mlecznej czekolady na wierzchu grubości około centymetra wtopiono duże (niektóre aż podejrzanie wielkie) słupki migdałów.
Ścianki pudła pokrywała cienka warstwa czekolady mlecznej. Po naciskaniu pudełka miejscami łamała się i odstawała, a miejscami zostawała przylepiona (i wraz z topieniem się lodów miękła). Dało się ją zeskrobać - wtedy rolowała się i wydawała się ulepkowata.
Tylko początkowo była bardzo twarda, potem łamała się miło z trzaskiem, a w ustach rozpływała powoli i kremowo-tłusto. Zalepiała jak porządnie mleczna, gęsta tabliczkowa. W masę lodową wtopiono ogrom gigantycznych kawałów czekolady. Trzaskała, by następnie rozpłynąć się na tłusty budyń. Znów jak czekolada z lodami, nie odwrotnie. Pośród kawałków czekolady plątało się mnóstwo  kawałków i drobinek (może nawet drobineczek) migdałów. Były delikatne i miękkawo-pochrupujące, wydawały się świeże; jedynie niektóre ewentualnie minimalnie podprażone. Trochę zawilgocone, ale jeszcze nie na poziomie, na który bym narzekała. Narzekać mogę jednak na to, jak bardzo je posiekano - przez to wydaje się, że jest ich strasznie mnóstwo i zaburzały mi to, jak kremowo rozpływała się reszta.
Przekopawszy się przez wszystko trafiłam na warstwę-"denko" czekolady.
Masę lodową tradycyjnie cechowała gęsta kremowość i tłustość mleka. Skojarzyła mi się ze spienionym, łącząc to z kremowością, co dało błogo-puszysty efekt. Lody były pozytywnie miękkie, choć topiły się raczej powoli (ale szybciej od czekoladowych z np. Intense 70 %) i chętnie.
Mimo to, całość odebrałam jako dość tłustą i ciężkawą. Stała za tym głównie czekolada, ale i trochę lody.

W smaku czekolada każdorazowo witała się cierpkością kakao, po czym szybko zasładzała. Ogrom cukru krył odrobinkę wanilii, co mieszało się z pełną, intensywną mlecznością. O kakao zawalczyła migdałowo-orzechowa mgiełka.
Nie wiem, czy to od dodatków nasiąkła - kawałki czekolady z masy wydawały się bardziej słodko-mleczne po prostu.
Migdały z wierzchniej warstwy wydały mi się wyrazistsze, jakby bardziej podprażone, co je podkreśliło.

Baza sama w sobie odznaczała się wysoką słodyczą o wyraźnie i naturalnie waniliowym smaku. Mimo to wraz z jedzeniem wydała mi się za słodka. Nie pomogła zacna, głęboka mleczność.
Miałam wrażenie, że zalatywała trochę spienionym mlekiem, co świetnie łączyło się z mlecznością czekolady. Mleko, chwilami udające śmietankę, zapewniło harmonię, jednak... Czekolada niestety także drastycznie to zasładzała.

Po tym, jak jej kawałki dorzucały goryczkę kakao, mleczna czekolada zaczynała drapać w gardle cukrem i wanilią. Chwilami wyszła męcząco-mdląco, zwłaszcza gdy do ust wzięłam wyjątkowo wielki kawałek. W takich sytuacjach raz i drugi doszukałam się trochę plastikowej naleciałości.  Potem baza lodowa też wydawała się już bardzo słodka, ale na szczęście nie mdła. Wciąż trzymała się waniliowej drogi, jednak i w niej zarejestrowałam słodko-sztucznawe echo.

Migdały przełamywały przesłodzenie, łagodząc to wszystko. Odciągały trochę uwagę od wanilii, ale nie od czekolady czy mleka. Je czuć wyraźnie jako świeżawe, naturalnie delikatne sztuki, które w sumie zachowały swój smak. Czuć go zwłaszcza, gdy zebrało się w ustach kilka kawałków, bo niektóre były tak małe, że szło je przeoczyć. Im mniejsze kawałki, tym oczywiście ich smak był słabszy. Za sprawą migdałów baza wydawała się głównie uroczo-słodko przesłodzona, a dopiero na drugim miejscu waniliowa.

Żałuję, że to czekolada była na zakończenie jako te denko, bo przez nią po zjedzeniu zostałam z silnym przecukrzeniem, a dopiero potem posmakiem migdałów i samej czekoladowości mlekiem zmieszanej z bazą lodową.

Lody uważam za smaczne, ale przesłodzone do bólu. Waniliowa baza nadała trochę szlachetności temu przesłodzeniu, ale i tak było za dużo cukru. Tym bardziej, że jednak znalazły się elementy wanilię spychające (baza wyszła mlecznie-waniliowo). Czekolada mleczna nabrała charakteru dzięki migdałom, a one jak na migdały w lodach wyszły bardzo dobrze. Mimo że osobiście uważam Almond Tub za nudniejsze od np. Magnum Chocolate & Cookies Tub czy Praline Chocolate & Hazelnut Tub, to wcale nie za gorzej zrobione. Wręcz przeciwnie. Tak obiektywnie patrząc, mleczna czekolada, waniliowa i mocno mleczna baza reprezentowały świetną harmonię, a takie właśnie delikatne migdały to również dobre posunięcie. Przesłodzenie i tłustość również są bardziej uzasadnione, pasujące w mlecznych, jasnych (nie np. kakaowych) wariantach. Po prostu... wariant trochę nie mój, nudził mnie (a za to nie mogę odjąć punktów).


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 11,49 zł (promocja; za 440 ml)
kaloryczność: 349 kcal / 100 g; 234 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, cukier, śmietanka 15%, tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, koncentrat odtłuszczonego mleka (proszek lub płyn), migdały, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny,  miazga kakaowa, syrop glukozowy, emulgatory (E471, E442, E476), stabilizatory (E410, E412, E407), kawałki wanilii, aromaty (w tym mleko), syrop cukru karmelizowanego, barwnik (E106a)

PS Mama jadła pudełkowe Classic i zakochała się w samej "pysznej, rzeczywiście puszystej bazie waniliowej", a choć czekolada jej smakowała, to miała problem tego typu: "przy jej (bazy) słodyczy czekolada wydawała się za gorzka, z kolei gdy jadłam dłuższy czas samą czekoladę, i to takie duże kawałki, to nie była taka gorzka, a bardzo słodka.". Mamie z początku za dużo było czekolady - ona woli, by to lody w lodach były podstawą, ale gdy skończyła pudełko uznała, że ilość jednak była "na granicy" (w drugiej połowie pudła trafiło się jej już mniej kawałków). Z kolei ja... nie mam nic przeciwko, że to bardziej czekolada z lodami niż odwrotnie - wciągnęłam się w konwencję, mimo wad czekolad.

sobota, 5 czerwca 2021

Zotter Fig & Port / Portwein & Feige ciemna 70 % z czekoladowym kremem z suszonych fig i czerwonym winem; słodzona "alternatywnie"

Po kontrowersyjnym Zotter Cola & Popcorn, którego zniosłam zadziwiająco dobrze (bo nie był aż tak colowo-popcornowy?), postanowiłam sięgnąć po na pewno smaczną (a przynajmniej moją) nowość Zottera. Padło na nadzienie, z jakim nigdy się jeszcze nie spotkałam. Figowe? Brzmiało jak spełnienie marzeń! Gdy zerknęłam na czysty skład, w ogóle poczułam, że to dosłownie miód na moje serce! Mało tego! Akurat co zakończyłam serię "czekolad z syropem klonowym"... Jak widać, jednak nie, więc może raczej "syrop na moje serce"? Nie wiedziałam tylko, co myśleć o paście z tamaryndowca - na szybko wygooglałam. "Miąższ owocu tamaryndowca ma lekko pikantny, słodko-kwaśny smak, jest powszechnie wykorzystywany do produkcji napojów, soków i dżemów. W kuchni indyjskiej pulpa z owoców tamaryndowca jest szeroko stosowana jako składnik nadający potrawom kwaśny smak." - brzmiało wybornie i przypomniałam sobie, że w curry się już z tym spotkałam, ale... w czekoladzie?
A wino porto - cóż to? Czerwone, może być i słodkie, i wytrawne, ale ważne jest, że to wzmacniane wino portugalskie, wytwarzane z winogron zbieranych w dolinie rzeki Douro (hiszp. Duero) na północy kraju. Do tej dodano konkretnie dojrzewające w dębowych beczkach portugalskie Reserve Ruby Port od Romariz.


Zotter Fig & Port / Portwein & Feige to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana figowym kremem z winem porto i figami marynowanymi w winie porto; słodzona tylko cukrem klonowym, daktylowym, miodem i wanilią; przy czym nadzienie stanowi 60 % całości.

Już rozchylając papierek poczułam intensywną woń czerwonego, wytrawnego wina i mocno palony, gorzkawy zapach czekolady o chlebowo-dymnym, trochę kawowym wydźwięku. Mieszał się z lekkim, soczystym kwaskiem, przywodzącym na myśl mieszankę cytrusów i fig. Kompozycja wyszła wytrawnie; skąpo słodko. Figi, mimo że delikatne, czuć wyraźnie - zwłaszcza po przełamaniu. Wtedy nasilił się też alkohol - wciąż w winnym kontekście. A i pojawiła się wyraźniejsza słodycz - przybrała postać "roślinnie palonokarmelowej", co przypisałabym splotowi klonowo-miodowemu. Kompozycja wyszła dość ciężko i wytrawnie. Bardzo apetycznie dla mnie.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała dość głośno. Wydała mi się konkretna ze względu na grubą warstwę czekolady.
Kryło się pod nią wilgotne, maziste, acz dość gęste nadzienie. Zrobiło mi się smutno, gdy nie dostrzegłam ani drobinki pestki, ale po prostu dobrze się kamuflują.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo gęsto, pozostawiając gładkie smugi. Mam wrażenie, że nieco stawiała opór (najpierw trochę kontrastowa do nadzienia; wydaje się taka sama co w Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar). Wydała mi się dość tłusta, a poprzez to nabierająca spójności z gęstawym, ale miękkim nadzieniem. Było maziste i plastyczne. Odznaczało się tłustością śmietanki i masła, jednak nie było nazbyt ciężkie. Kojarzyło się z wilgotnie-zakalcowym wnętrzem jakiegoś brownie (w formie kremu?). Niemal mokrym, nasączonym czy wręcz zalanym (winem). Okazało się zaskakująco winnie-soczyste i... całkiem zadowalająco wypełnione pesteczkami, jak i małymi kawałkami oraz drobinkami skórek, mikro farfoclami. Bardzo odlegle, do pewnego stopnia oddawało środek suszonej figi.

W smaku czekolada przywitała się gorzkością dymu oraz pieczono-palonymi akcentami orzechów i chleba. Niemal równocześnie zaznaczyła, że słodyczy też jej nie brak. Znalazła się pomiędzy taką syropu klonowego, a palono-karmelową.

Nadzienie szybko dochodziło do głosu poprzez zdecydowaną nutę alkoholu, podkreślającego czekoladę. Wyraźnie poczułam czerwone wino wytrawne, a zaraz za nim soczystą kwaśność. Pomyślałam o cytrusach w orientalnym wydaniu, jednak była to też pozytywna kwasowość czerwonego wina i "podkwaszonych" suszonych fig. Mimo to, to wino było smakiem numer jeden malującym się na bezkresnej czekoladowości. Aż, za sprawą alkoholu, rozgrzewało i drapało gardło swą mocą (robiąc aluzję do imbiru?).

(Nadzienie spróbowane osobno uderzyło mnie alkoholem jak obuchem, po czym mocno zapiekło w gardło, a w ustach zaserwowało ogrom charakternego czerwonego wina, czemu potem z pomocą przyszła słodycz fig i miodowo-klonowa, podkreślająca ją wraz z silną maślanością.)

Normalnie, gdy przegryzałam się przez całość do alkoholowości kolejno dołączały inne smaki. Po paru chwilach wzrosła słodycz. Wyraźnie czułam figi i miód (też jakby naturalnie jedno z drugiego wynikające). Kontynuowały drapanie w gardle (albo wydawało się, że to robią), choć były zaskakująco stonowane. Zaraz za nimi płynął splot syropu klonowego i palonego karmelu uroślinnionego jakby. Rozkręcił maksymalnie figi same w sobie. Wszystkie te słodzidła przyodziały suszone, wciąż soczyste figi. Te czuć zarówno jako one same, jak i trochę "ogólnie skojarzeniowo". Wyłapałam chyba także daktyle.

Wszystko to na czekoladowej bazie, bo krem także czekoladzie nie darował. Wplótł w nią nieco mleka i masła, sugerując lekką grzybowość ("w czekoladowym kontekście"). Przypomniała także o wytrawności i winie. Alkohol sam w sobie był uderzający, a wszystko przypominało zdrowe brownie z figami zalane winem.

Bliżej końca dosłownie czułam muląco słodkie wnętrze suszonych owoców, naturalnie przełamane soczystością i kwaśnością. Przy kawałkach owoców nasilał się smak... najpierw wina czerwonego, a potem w pełni wyrazistych, naturalnych suszonych fig.

Pod koniec rozpływania się kawałka czułam już zasłodzenie, acz na szczęście figowe, i wciąż, nawet nieco silniejszą, nutkę czerwonego wina, trochę kwaskawość i cierpkość w mocno czekoladowej, głębokiej otoczce.
Gdy wszystko się już porozpływało, zajęłam się gryzieniem figowych kawałków, farfocli i pesteczek. Wtedy smakowały w pełni sobą: skórkami, wnętrzami suszonych fig i... odrobinkę winem.

Po zjedzeniu został posmak fig - zupełnie jakbym jadła te owoce, a więc już i poczucie, że najadłam się czegoś słodkiego, dziwnie przejawiające się jako "słodycz na języku" - taka od fig (choć jeszcze nie przesłodzenie). I jakbym nie żałowała sobie wina, co przełożyło się razem na ciepełko, drapanie w gardle. Lekka alkoholowość i czekolada z cierpko kakaowym cieniem to "podsuszyły".

Całość uważam nie tylko za udaną, bo pyszną kompozycję, ale również intrygującą czekoladę, która odlegle kojarzy się z suszoną figą. Osobiście mam jednak problem z tym, że to wino dominowało w kompozycji, w której nastawiłam się głównie na figi. Niby oryginalny tytuł (niemiecki) rzeczywiście przyznaje mu pierwszeństwo, ale już z opakowania to figi aż biją w oczy. I jednak... Zotter ma i miał kilka winnych czekolad, nic nie stało na przeszkodzie, by ta skupiła się bardziej na figach (mógł np. w kwestii słodzideł skupić się tylko albo prawie tylko na nich). Pozytywnie mnie jednak zaskoczyła w kwestii konsystencji: krem niby miękki, ale zarazem gęsty i esencjonalny; niby tłusty, ale też soczysty i z pesteczkami, więc wyszedł bardzo po mojemu, mimo że w pierwszej chwili się wystraszyłam, że nie. Tak samo ostatnio nie po drodze mi z mocno alkoholowymi czekoladami - ta była mocno alkoholowa, ale pozytywnie.
Dobrze, że dodano ciekawe alternatywy cukru. Z drugiej jednak strony, mimo że w smaku słodycz nie była pierwszoplanowa, a realnie zasładzająca, to swoim bogactwem, wyrazistością i mnogością z czasem aż zaczęła przytłaczać. Jednak przy całej mojej miłości do czerwonego wytrawnego wina i suszonych fig, jestem zakochana.


ocena: 9,5/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, wino porto, tłuszcz kakaowy, syrop klonowy, cukier daktylowy, suszone figi, pełne mleko w proszku, miód, pasta z tamaryndowca (tamaryndowiec, woda), odtłuszczone mleko w proszku, sól, sproszkowana wanilia

piątek, 4 czerwca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid No Sugar Darkmilk Peru Satipo BIO 60 % ciemna mleczna bez cukru

Przy czekoladach o zawartości 100 % kakao powtarzam jak mantrę, że czekolada według mnie trochę cukru potrzebuje. Oczywiście są wyjątki potwierdzające regułę, a więc tabliczki, którym nie trzeba ani grama, a w tym... Zotter Labooko Milk Chocolate "dark style" 70 % czy Labooko 80% / 20% Milk Chocolate Super Dark - obie wprost obłędne i... z dodatkiem mleka. Zupełnie tak jak obiekt dzisiejszej recenzji. Wprawdzie kakao już mniej, ale co tam. Z nostalgią pomyślałam, że cóż - gdy odkryłam ciemne mleczne, był to mój ulubiony typ czekolady.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate No Sugar Darkmilk Peru Satipo BIO 60 % to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao z Peru; bez cukru.
Czas konszowania i rafinowania to min. 48 godzin.

Kiedy tylko rozchyliłam papierek, poczułam wyrazisty zapach mleka i dymu, którego kłęby prędko odsłoniły orzechy (mieszankę laskowych, włoskich, pekan). Chwilami mleko wydawało mi się dominujące. Odnotowałam kwaśność kefiru / maślanki czy nawet jogurtu, charakterniejszym twarogiem splatających się z cytrusami, m.in. limonką. Jej skórka zataczała krąg do dymu, przy czym pojawiła się leciutka słodycz. Zasugerowała delikatne, wilgotne kwiaty. W trakcie jedzenia te zdawały się zakrywać lekką, słodkawą korzenność.

Przy łamaniu tabliczka trzaskała jak ciemna, bo i podobnie twardo-zbita była.
W ustach rozpływała się bardzo powoli i leniwie, zmieniając się w lepką papkę jak daktyle. Cechowała ją gęstość, wręcz ciężkość, acz wpisana w kremowe realia. Tu zarejestrowałam też lekką proszkowość, ale... wyszło to przyjemnie charakternie, chwilami wręcz szorstko.

W smaku od początku czułam gorzki dym. Dała o sobie znać palona cierpkość, łącząca go z orzechami, które osnuwał. Do gorzkawych włoskich zaczęły dołączać pekany i laskowe. Przy orzechach wyłapałam kwaskawą nutkę ziemi. Upuszczała kwasek i cierpkość, dodając do tego dziwną, przenikliwą, ściągającą... metaliczność? Pomyślałam o smole i przyprawo-ziołach.

Tuż-tuż za tym wszystkim rozlało się tsunami mleka. Pełnego, wyrazistego. Zalewało usta swym smakiem, chwilowo kojarząc się z lepkim, wilgotnym twarogiem, a zaraz potem i śmietanką. Kryło swoistą naturalną słodycz i akcent mleka w proszku po prostu. Kręcąca się wokół kwaśność złagodniała, ale nie poddała się.

Nad wszystkim wciąż czuwał gorzkawy dym i orzechy. Nie było za ich sprawą bardzo gorzko, ale gorzko-wytrawnie z wyraźną nutą... naturalnej słodyczy. W połowie rozpływania się kęsa zrobiło się zaskakująco słodko.
Nagle gorzkość wydała mi się nieco palona i goryczkowato-ostra. Zaczerpnęła to z ziemi i przemodelowała w wyrazistą, rozgrzewająco-pikantną korzenność. Przyprawy piernikowe szalały niczym piasek podczas burzy piaskowej. Wydała mi się aż gryząca, bardzo mocna. Tym samym wyszła na prowadzenie. Pomyślałam o ciastkach korzennych z mnóstwem goździków, cynamonu i imbiru. Takimi w towarzystwie mleka oczywiście, co je nieco uładzało.

Ziemia po tym wszystkim wciąż była wyczuwalna, ale jej kwasek wydał mi się bardziej zmieszany z soczystością. Czyżbym wyłapała ananasa, cytrynę i limonkę? Ta ostatnia swym kwaskiem i goryczką skórki otworzyła drogę soczystości. Przy przyprawach korzennych mignęły mi jakieś czerwone (dżem truskawkowy, wiśniowy albo coś żurawinowego). Łagodniejsza ziemia zaczęła przeistaczać się w rośliny... tropikalne? Mnóstwo kwiatów. Wilgotnych, żywych, wonnych. Łączyły w harmonijny i łagodny sposób nabiał z cytrusami, by nie było zgrzytów. Dym od siebie dodał liście tabaki, może akurat szykowane pod cygara. Nieźle wyczuwalnej limonce także ewidentnie to odpowiadało.

Podkreśliła w mlecznej strefie kwaskawy twaróg, a następnie kefir czy / i maślankę. Te wraz z kwiatami w drugiej połowie rozpływania się kęsa dominowały. W cytrusach obudziły słodycz, dopuszczając do korzenności pomarańczę. W ogóle pomyślałam o ciastkach-piernikach pieczonych aż do... karmelowości?

W posmaku została nuta właśnie goryczkowato-soczyście pierniczkowa, trochę karmelowo-tabakowa, ale i gorzkawy smak dymu i orzechów. Również po prostu mleczny (z motywem mleka w proszku), naturalnie słodkawy i orzeźwiający jak kefir i owoce. A także rozgrzewanie dwóch rodzajów: korzenne, jak i egzotyczne, słoneczne.

Dym, orzechy, przenikliwa smolistość i pikanteria oraz owoce egzotyczne, w tym cytrusy, wyraźnie czułam także w Beskid Peru Satipo 100 %. Tamta jednak wyszła bardziej owocowo i gorzko (kawowo), ale wiadomo, że mleko wiele zmieniło.
Podobne było nawet mokre zalepianie, ale... dzisiaj przedstawiana bardziej kojarzyła się z papką z daktyli. Była podobna do Zottera "dark style" 70 %, ale bardziej proszkowa.
Dym, rośliny i ananasa czułam także w Beskid Peru 70 %, która była karmelowo słodsza, ale... o dziwo nie aż tak bardzo, jak bym się spodziewała. Na pewno była soczystsza. I różni je nuta kawy, wiśni.
Mam taką swoją teorię, że w tej nie czułam kawy, bo jeśli taka w niej jest, to bardzo delikatna, a w moim słowniku skojarzeniowym kawa nie występuje u mnie naturalnie obok mleka.
Czekolada zachwyciła mnie swoją dynamiką i różnorodnością. Smakowała gorzkawo-szlachetnie, ale nie wytrawnie, wciąż słodkawo. Tylko że nie słodko, a jakby została utemperowana mlekiem.


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, mleko pełne w proszku