Mimo że nie cierpię czekolad z kryształkami, w tym głównie typu Modica i ogólnie wyczuwalnych chrupiących kryształków cukru w czymkolwiek, pojedynczym rzutem 3 włoskich tabliczek na Lidle się zainteresowałam. Tylko dlatego, że nadarzyła się okazja dostania ich od ojca. Sama bowiem nie wydałabym na nie ani grosza. Uznałam jednak, że nic nie stracę, jeśli dam im szansę. W końcu wyszukiwanie ciekawych, dobrych tabliczek w góry robiło się coraz trudniejsze, gdy nie chciałam zbankrutować, wydając też na nie, czy zwyczajnie brać na szlaki najtańszych i potencjalnie niezjadliwych. Wracając do czekolady. Te z kryształkami cukru, jakoby grubo ziarniste, bo mielone na tradycyjnych kamieniach do mielenia kakao o nazwie metate, Czekolady di Modica IGP (chronione nazwą pochodzenia) są ponoć największą dumą marki Peluso, założonej w 1964. Jej słodycze ponoć "opowiadają Sycylię". Od lat firma pozostaje wierna lokalnym recepturom i wartościom, tworząc produkty mające być dziełami sztuki. Do swoich czekolad dodają składniki, które rosną właśnie tam, we włoskim słońcu.
Tak się zdarzyło, że sięgnęłam po nią bardzo słonecznego dnia. Niebieskie, bezchmurne - prawie jak włoskie - niebo robiło jej za tło, gdy wyciągnęłam ją na Hali Łabowskiej, koło schroniska. Weszłam tam niebieskim szlakiem z Piwnicznej-Zdroju w dniu, kiedy przez roztopy i stopień zagrożenia lawinowego zrezygnowałam z Tatr.
Peluso 1964 Cioccolato Di Modica IGP N° 2 Al Pistacchio to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z pistacjami; typu Modica (z kryształkami) z miasta Modica (chroniona nazwa pochodzenia).
Po otwarciu rozszedł się ziemisty zapach, któremu towarzyszyła mocno palona kawa, wiórki kokosowe i trochę niedookreślonych orzechów. Pistacje jednak nie znalazły się wśród nich. Z kokosem wiązała się jakby rześkość i świeżość, dodatkowo nakręcone słodyczą kwiatów. Czułam lekką cukrowość, ale zawoalowaną. Czasem czekolada zalatywała trochę polewowo, ale to był marginalny wątek. Do głowy przyszło mi jeszcze soczyste, właśnie kwiatowe lekkie wino czerwone. Możliwe, że też jakiś nieokreślony czerwony owoc. W ciemno powiedziałabym, że czekolada zawiera jakieś 70%.
Tabliczka o niemal czarnym kolorze w dotyku wydała mi się pyliście-aksamitna. Wygląd mamił kremowością, ale... wyglądała trochę jakby rozpuściła się i zastygła. Od razu na spodzie też dostrzegłam kryształki cukru.
Przy łamaniu czekolada dała się poznać jako bardzo twarda i krucha. Wydawała z siebie średnio głośny trzasko-chrzest, w czym spory udział miał cukier.
W przekroju kryształki cukru połyskiwały. Widać, że było ich bardzo dużo, w przeciwieństwie do małych, pojedynczych pistacji. Te stanowiły marginalny dodatek. Gdy odgryzałam kawałek, rozpadał się, rozstrzeliwując po ustach dużo kryształków cukru.
W ustach czekolada rozpływała się szybko, jako że często od razu rozpadała się na kawałki. Początkowo jakby się zawahała, czy w ogóle zacząć, potem zaś zmieniała się w zawiesinę i kiedy cukier się ujawniał i zaczynał się rozpuszczać, bardzo przyspieszała. Ogólnie cechowała ją ziarnistość, piaszczystość, chwilami wręcz szorstkość, ale nie tylko od cukru. Stawała się najeżoną kryształkami, luźną masą, w której większość uwagi przyciągają kryształki cukru. Jak się z czasem okazało, wśród nich znalazły się drobinki niedomielonego kakao. Za nimi czuć pylistą suchość czekolady, którą trochę łagodziła lekka wodnistość i chwilowa namiastka soczystości.
Kawałki pistacji stanowiły mało znaczący dodatek. Niezależnie od tego, kiedy je gryzłam, wypadały tak samo. Gdy jednak robiłam to wcześniej, zupełnie nikły w chrupiąco cukrowej bazie. A jako że nie cierpię chrupiącego cukru, wolałam tego nie gryźć, a pozwalać się rozpuścić.
Pistacje gryzione na koniec były spodziewanie specyficznie miękkie, trochę sprężyste. Większość to naprawdę malutkie kawałeczki, tylko kilka trafiło mi się nieco większych, ale też małych. Zaplątało się kilka trzeszczących skórek. Oprócz pistacji uświadczyłam jeszcze całkiem sporo kamienie twardych i trochę bardziej miękkich drobinek kakao, udających piasek. Czasem próbowały odciągać uwagę od pistacji.
W smaku pierwsza pojawiła się wyraźna, choć łagodna gorzkość. Przeważnie, zupełnie obok, obecność zdradzał też cukier, którego kryształki często rozsypywały się na języku.
Gorzkość miała palony charakter, najpierw serwując mi motyw palonych kadzidełek.
Paloność po chwili wzbogaciła się o paloną kawę, która trochę rozmyła kadzidła, a po chwili... zrobiła się koniecznie słodzoną kawą... kakaową? Zalatującą... polewą kakaową? Gorzkość zmieniła się w zasadzie jedynie w gorzkawość.
W tym czasie cukier roztoczył słodycz. Wydawała się jednak jakby obok gorzkawości, rozchodziła się równolegle. Przemknęły mi przez myśl ciastka z cukrem na wierzchu, a potem słodycz obrała rześki, wręcz trochę kwiatowy wydźwięk. Nabrałabym się, że to jakiś inny niż biały cukier. Rosła szybko.
Nie zastopowała jednak niskiej, choć wyraźnej, gorzkości, która żyła własnym życiem. Narzuciła klimat nieco cięższy niż mają typowe 60%, dorzucając czarną ziemię. Nie szarżowała, nie była bardzo silna, ale swoje powiedziała. Pomyślałam o wilgotnej, świeżej ziemi i przesadzaniu kwiatków.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta świeżość, wręcz rześkość zmieszała się z jakby rześkością słodyczy, co skojarzyło mi się z kokosem.
Słodycz wpisała się w to z ochotą. Wiórki kokosowe rozgościły się na dobre, po czym wzbogaciły się o trochę orzechów. Na pewno jednak nie pistacje.
Pistacje nie odzywały się gdy ich nie gryzłam.
Gdy z ciekawości pogryzłam pistacje wcześniej, obok czekolady, miały problem z przebiciem się, acz ich jakby naturalnie lekko słonawe echo jakoś tam się pokazywało. I tonęło w ziemi - napędzanej przez drobinki kakao - i cukrze. Ziemi i odrobinka czerwonego wina?
Ziemia z czasem zmieniła się w suche kamienie, żwir i płytę chodnikowa. Przez moment wątek ten zrobił się pierwszoplanowy, mimo równolegle wysokiej słodyczy.
Wtedy też czasem przemykała soczystość. Nie w każdym kęsie taka sama. Im więcej akurat posypało się kryształków cukru po ustach, tym słabsza była. Ogólnie jednak miała w sobie coś z owoców, ale... nie należała do owoców. Przywodziła na myśl lekkie, rześkie wino truskawkowe, acz bez silnej alkoholowości. Ziemiste nuty trochę przekierowały ją w stronę soczystości nibsów kakaowych.
Słodycz, gdy cukier kończył się rozpuszczać, wydała mi się przesadzona i już, choć wciąż też rześka, jawnie cukrowa. Acz w gardle nie drapała, trzymała się jeszcze średniego poziomu. Acz nadal miała w sobie sporo z kokosa - choć już bardziej miazgi niż wiórków.
Nuta trochę soczyście winnych nibsów ogólnie się w kompozycji raz po raz przewijała i na końcówce przeważnie mocno rosła w siłę.
Zostawione na koniec pistacje smakowały... sobą. Pistacje były bardzo delikatne, naturalnie słodkawe. Przy dwóch zaznaczyła mi się jednak jakby naturalna słonawa nutka. Czasem drobinki kakao je przygłuszały, czasem nie, a po prostu dały o sobie znać obok. Te smakowały gorzko palono, ziemiście i mokrym chodnikiem, a czasami (te nawet jak na ziarna kakao bardzo twarde) jakoś nijako.
Po zjedzeniu został posmak cukru, ale jakby złagodzonego rześkim kokosem. Czułam też motyw ziemi, płyty chodnikowej i soczystego, lekkiego wina czerwonego (truskawkowego?). Było bardzo słodko, ale i gorzko-palono. Czasem udało się też utrzymać pistacjom (zwłaszcza większym kawałkom).
Oceniając, przede wszystkim odcinam się od tego, że bardzo nie lubię typu Modica. Rozumiem, że ona ma być tak kryształkowa, a jednocześnie czuję, że 60% kakao chyba do tego typu czekolady nie jest najlepszym wyborem, bo cukier aż przytłacza. Acz jest to na swój sposób ciekawe, to muszę przyznać. Z kolei obiecany dodatek, czyli pistacje... Ta ilość to jakaś kpina. Nie dość, że dodano ich tak mało, że można by je przeoczyć to jeszcze chowały się w wyrazistym smaku bazy i drobinkach kakao. Nie podobały mi się te drobinki kakao twarde jak kamień - łuska kakaowa? Przy dość ziemiście-kamienno-chodnikowym smaku miałam wrażenie, że chrupie mi tam prawdziwy piasek. A właśnie smak, co najważniejsze. Na plus, że mimo takiej ilości cukru wbrew pozorom nie smakowała samym cukrem, a wręcz wyszła ciekawie rześko słodka w sposób kwiatowo-kokosowy. Płynące obok gorzkawość, nuty ziemi, kamieni i chodnika oraz nibsowy smak świetnie wypadły. To było ciężko-rześkie, kontrastowe w przyjemny sposób, więc naprawdę żałuję, że aż taka ilość cukru i ta kamienna twardość kakaowych drobinek mi tak bardzo przeszkadzały.
W górach jeszcze jakoś szło, ale to, co wróciło do domu i normalnie zweryfikowałabym odczucia i dojadła, niestety za bardzo mnie denerwowało. Gdyby lepiej rozegrali sprawę pistacji, mogłaby mieć 6-7 (zależy, jakby to z nimi wyszło). Podobnie wyższa zawartość kakao na pewno wyszłaby jej na dobre. Tak jawi się jako przeciętna czekolada typu Modica z ciekawym charakterem, ale której odbiór psuły źle zrobione dodatki (pistacji, drobinki nibsów).
Odpadłam po 33g i oddałam Mamie. Jej opinia: "Bardzo dziwna. Ale trochę w sumie z ochotą, taka zaintrygowana zjadłam. Mimo że bałam się o zęby, bo było w niej coś dziwnego, jakby piasek zostawał w gębie. Aczkolwiek właśnie dzięki temu, ogólnie strukturze, wyróżniała się była ciekawa, niespotykana. Właśnie ten piasek złożył się też na tą strukturę chyba. No, cukier jeszcze. Mnie ona się przez to wypowiadała napowietrzona! Zdziwiłam się, bo mimo że 60% kakao, to była zjadliwa, mimo że nie lubię ciemnych. I to mnie strasznie dziwiło. Ona jakby nie była gorzka na te 60%. Bo czasami już 50% jest dla mnie niezjadliwa. A ta była bardzo przystępna. Pistacje nawet czułam, jak na koniec koniec zostały, jakieś 2 czy 3 kawałki. Przebijały nad kakao. Ale mimo wszystko nie chcę całej tej reszty, co dostałam. Trochę mi wystarczyło, by poznać ciekawostkę.".
ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 75g; sprawdziłam)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: miazga kakaowa, cukier, pistacje









