piątek, 29 maja 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna z Papui Nowej Gwinei

Bardzo cieszę się, że gdy czekolady Meybony zawitały do Auchan, kupiłam wszystkie. Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao była ciekawa, choć nie usatysfakcjonowała mnie. Kupiłam ją bowiem do kremu do ciasta, a jej nuty w pierwszej chwili wydały mi się za specyficzne tak właśnie do czegoś. To jednak sugerowało, że ciemna wersja może być naprawdę warta uwagi.

Meybona Feine Dunkle Schokolade Papua New Guinea 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam złożony, rześkawy zapach, na który złożyło się trochę cierpkich ziół, kwaskowato-słodkich owoców i kwiatów, które niewątpliwie dopuściły do głosu sporo słodyczy. Mieszany się z wanilią, co stanęło jakby w opozycji do bardziej wytrawnego splotu ziół i przypraw. Te miały w sobie coś aptecznego i goryczkowo-ostrego. Chyba czułam rozmaryn oraz tymianek, kardamon, goździki i gałkę muszkatołową. Korzennie jednak nie było. Zioła wydawały się bardzo... roślinne? Co podchwyciła nutka kaszy, chyba pęczak. Wspomniane już owoce kojarzyły mi się z kwaskawo-słodkim duetem mango i brzoskwiń, przerobionych na soczysty, a zarazem lekko octowy relish, głównie mango relish. W nim wskazałabym obecność czerwonego octu winnego.

Tabliczka szczyciła się twardością i przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko.
W ustach rozpływała się gęsto i powoli. Przejawiała średnią tłustość, kojarzącą się z serkiem homogenizowanym, w którym z czasem pojawia się trochę wody. Z czasem woda mieszała się zaś z namiastką soczystości, a a na koniec serwowała pylisty efekt. Do tego lekko ściągała.

W smaku przywitała mnie słodycz wanilii. Za nią zaznaczyło się trochę cukru, słodycz wzrosła, ale trzymając się jednak waniliowego kontekstu.

W tle przemknęły zioła, lekko apteczna cierpkość i sporo rześkości, świeżości. W niej coś było... coś niemal niemożliwego do uchwycenia, coś trochę... ciężko-kwaskawo owocowego? Czerwono owocowego?

Słodycz w tym czasie zrobiła się dosadniejsza, przywodząc na myśl waniliowe toffi, miękkie i bardzo słodkie cukierki. Poprzez nie do kompozycji na sekundę czy dwie wkradł się lekko cukierkowy element. I on podkreślił owocowy akcent. Jednocześnie potencjalne cukrowe zapędy zyskały bardziej palony charakter. Słodycz szybko wzrosła znacząco, po czym zatrzymała się i na pewien czas nawet trochę cofnęła.

Polała się gorzkość. Ta ewidentnie wykazywała paloność, która umiejętnie wprowadziła do kompozycji wytrawność. Wytrawny motyw płynął z przypraw. Pomyślałam o rozmarynie i tymianku, wspartych nieco korzennymi wątkami chyba kardamonu, gałki muszkatołowej i goździków. Połączyły ostrawość, cierpkość też z pewną rześkością. Tego wszystkiego nie było jednak szczególnie dużo; kryły się w wyrazistej, dosadnej gorzkości na dość wysokim poziomie.

Cukrowo-cukierkowe akcenty podsunęły trochę kwasku, trochę owoców. Najpierw zakręciło się coś czerwono owocowego, a potem przez myśl przemknęło mi cukrowo-ciężkawe, wytrawniejsze mango relish. Takie z odrobiną czerwono winnego octu balsamicznego, z przyprawami. Duszone owoce trochę egzotyczne mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa w nieoczywisty sposób zaadoptowały rześkość. Była to jakby... ciężka rześkość?

Zioła i przyprawy, mieszając się z paloną nutą, przełożyły się na myśl o wytrawnym wypieku, chyba m.in. z ciastem francuskim, trochę maślanym... Do głowy przyszedł mi podwędzany twaróg z ziołami i chyba podpieczony... A podany z żurawiną?

Do owoców dołączyło trochę więcej kwasku ewidentnie  czerwonych owoców. Jakby czerwone owoce podsyciły owocowość relish, wciąż z octem winnym. W tym znalazł się teraz już duet mango i... brzoskwini? Która nieśmiało się pokazała, razem jednak z mango roztoczyła więcej rześkości, egzotyki.

Swoistą rześkość poczułam też w tle jako... roślinność? I do niej też zawitała lekka goryczka, w jaką idą niektóre kasze. Ogólna gorzkość bowiem trochę złagodniała.

Słodycz w tym czasie pozostawała nieco wycofana, acz nagle pozwoliła sobie na więcej. Wanilia nie dała o sobie zapomnieć, ale pikanteria ziół zasugerowała też trochę miód. Jakiś dziwny sos miodowo-malinowy, miód przemieszany z malinami, że zrobił się gęsty i czerwony...? Albo to kleisto-szkliste nadziewane cukierki owocowo-ziołowe prosto z apteki, które trochę drapią ostrawą słodyczą?

Roślinność udało mi się dookreślić jako kasza np. pęczak ugotowana na wodzie. Kasza z... orzechami? I suszoną żurawiną? Kasza prażona, palona... i robiąca aluzje do drewna? Nagle w wyobraźni przeniosłam się do wilgotnego, mokrego po kilkudniowych opadach, lasu.

Słodycz podpięła się pod ten nieco wręcz wodnisty wątek, przywodząc na myśl waniliowy ryż lub kaszę, ugotowane na wodzie, ale posłodzony. Z ochotą przemieszało się to z maślanością z pieczonej strefy, bardzo łagodząc kompozycję. Słodycz przybrała za to postać kwiatów, godząc wanilię i miód, a także kryjąc je w sobie. Kwiaty musiały też kwitnąc we wspomnianym lesie. Słodycz przechwyciła nieco piekący element ziół i przypraw.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkiej, trochę winnie octowej, trochę jak ziołowe cukierki mieszanki mango i czerwonych owoców, mieszających się z rześkimi, słodkimi kwiatami. Kwiaty miały w sobie sporo rześkości, wręcz wody. To wiązało się też z motywem kaszy na wodzie oraz mokrego lasu, drzew. Cierpkość, goryczka i trochę ziół zajęły miejsce w tle, razem z maślanym, wędzono-pieczonym twarogiem.

Czekolada była nie tylko bardzo dobra, ale też ciekawa, przy czym region da się rozpoznać. Wyraziście cierpko-gorzkawa za sprawą ziół i przypraw (rozmaryn, tymianek, korzenne i trochę aptecznych wątków), ale też bardzo słodka od wanilii, wręcz waniliowego toffi i ziołowych cukierków czy kwiatów. Nie brakowało w niej owoców, ale w formie wytrawniejszego relish (mango), czerwono owocowej nuty przechodzącej w ocet winny czy żurawiny do wędzono-pieczonego... czegoś. Ciasto-twarogu na wytrawnie. Trochę kasz, mokrego lasu przełożyły się na bardzo roślinny wydźwięk. I nawet lekka wodnistość bardzo nie przeszkadzała, jak w wersji mlecznej ta dziwna roślinność nie pasowała. Zastanawiam się, czy gdyby ująć jej sporo wanilii, byłoby lepiej (zakładam, że tak), czy to właśnie wanilia tak ciekawie pewne nuty pokierowała i podkreśliła.

Nieoczywiste czerwone owoce, trochę kwasku, trochę naprawdę dosadnej słodyczy, pikanteria  kojarzyły mi się z MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 %. Podlinkowana zawarła w sobie jeszcze bananowo-maślany wypiek, dzisiaj przedstawiana wypiek i słodycz waniliową niby rozdzieliła, ale w pewnym sensie i to było jakoś podobne.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie wykluczam

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

czwartek, 28 maja 2026

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao mleczna z Papui Nowej Gwinei

Gdy jesień się rozkręcała, zatęskniłam za moim ciastem pomarańczowym z kremem z mleczną czekoladą (więcej pisałam o nim na instagramie), więc uznałam, że to odpowiedni moment na dziś przedstawianą czekoladę. Po Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao wiedziałam bowiem, że czekolada mleczna tej marki bardzo dobrze sprawdza się w kremach.

Meybona Feine Vollmilch Schokolade Papua New Guinea 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao to mleczna czekolada o zawartości 45% (tłuszcz + miazga) kakao trinitario z Papui Nowej Gwinei; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu rozszedł się silny, słodki zapach wanilii i domowego toffi, przeplecionych pełnym mlekiem i masłem. Wydawały się naturalne, wiejskie i tworzyły sielski klimat. Toffi było to bardzo, bardzo mleczne - może amerykańskie fudge (masa z mleka skondensowanego) w wariancie toffi? Do tego w tle przewinęła się jakby świeższa, subtelna roślinność. Zapach jednak sugerował dość ciężkie przesłodzenie. Szlachetne, owszem, ale przesłodzenie.

W dotyku tabliczka zdradzała tłustość i kremowość. Mimo to, nie była miękka. Wydawała z siebie coś na kształt trzasku, może bardziej pyknięcia podczas łamania. Trochę - minimalnie - się przy tym kruszyła.
W ustach rozpływała się średnio szybko, eksponując tłustość pełnego mleka i masła. Była miękka, niemal śliska i niesamowicie gładka. Jej kremowość osiągnęła niecodzienny, zjawiskowo wysoki poziom. Zmieniała się w lepki krem, końcowo zostawiając lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza rozbrzmiała średnio wysoka, acz intensywna słodycz wanilii. Zaraz za nią mknęło mleko. Aż się rwało, by zająć pierwszy plan, więc bez trudu zrównało się ze słodyczą.

Ta jednak nie czekała i też jeszcze wzrosła. Była mocno waniliowa, poniekąd przemieszana z mlekiem niczym tłuste mleko waniliowe. Wanilia podyktowała słodyczy szlachetność, tłuste mleko zaś zbudowało sielski, wiejski klimat.

Pomyślałam o wiejskim maśle i wiejskim, tłustym mleku, a także o zrobionym z nich domowym toffi.

Pod wanilię w tym czasie podkradła się lekko roślinna nutka. Zboże? Jeszcze świeższe, rosnące, nie zaś ścięte. Prawie... akcent drzew? Acz niekoniecznie. To była bardzo delikatniutka nutka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się trochę za słodko. Zbierało się też coraz więcej mleka, co sprawiło, że mleczno-maślane toffi zmieniła się w amerykańską masę fudge z mleka skondensowanego. Niewykluczone, że w wariancie toffi, leciutko palonym. Masa fudge-toffi, sowicie posłodzona wanilią, o! Ta bowiem wróciła wyraźniej.

Palony akcent toffi wydobył z oddali sugestię kakao. Na pewno nie gorzkość, ale jego lekką, wytrawniejszą cierpkawość. Przypomniało o motywie nieco bardziej roślinnym. Jak mleko roślinne? I zboża, trawy, skąpane w słońcu.

W świeżości roślin chyba raz po raz przemknęła mi ledwo uchwytna... Świeżość? Soczystość...? Trochę jak ciasto-placek z czerwonymi owocami, robiącymi aluzje do kwasku czy cierpkości, ale bez realnej kwaśności czy cierpkości. Pojawiły się dosłownie w chwili znikania kęsa. A do tego echo wodnistości napoju roślinnego?

Po zjedzeniu został posmak mleka i masła - dokładnie w tej kolejności - układających się w toffi i fudge w wariancie sowicie posłodzonym szlachetną wanilią. Do tego pobrzmiewał leciuteńki, roślinny akcent wegańskiego napoju zamiennika mleka i zbóż. Czułam lekkie przesłodzenie i drapanie w gardle.

Czekolada była bardzo smaczna, bo bardzo, bardzo szlachetna, mimo wysokiej słodyczy. Nie czuć cukrowości, a wanilię, domowe toffi bardzo mleczne, mleczne "fudge", i potem znów więcej wanilii. Mieszało się to wszystko z ogromem naturalnego mleka i masła, odpowiadających za sielski wydźwięk. Leciutka roślinność próbowała wpleść lekką świeżość, która na sam koniec zahaczyła o owoce. Ona jakoś tak... niezbyt pasowała do słodziakowej kompozycji. I chyba na zasadzie kontrastu sprawiała wrażenie, że słodycz wydawała się przesadzona.

Leciuteńka roślinność oraz bardziej mleczny wydźwięk masy fudge różni ją od nieco bardziej jakby kakaowo-orzechowawej, bardziej krówkowo-toffi Meybona Feine Vollmilch Schokolade Tanzania 45 % Kakao / Fine Milk Chocolate 45 % Cacao. Dziś przedstawiana jakoś łatwiej zasładzała - może przez to, że słodycz przeplotła ta roślinność, w smaku jakby bardziej "żadna" w momencie gdy w podlinkowanej jednak jakby ciutkę więcej czuć kakao? Co jest dziwne, bo zawiera ona o 1% mniej miazgi kakaowej od dziś prezentowanej. Liczę, że w kremie do ciasta te mankamenty się ukryją.

Ogólnie jednak były dość podobne, na pewno podobnej jakości - dobrze, że zostawiłam sobie odrobinkę tamtej do porównania!

Jak napisałam we wstępie, czekolady mleczne są mi potrzebne do kremu do ciasta pomarańczowego.
Trochę się bałam, czy te wodniście-roślinne nuty nie będą przebijać w moim kremie czekoladowym, ale na szczęście nie. Niestety jednak stało się coś innego. Jak zawsze dodałam do niego kakao i... z tą czekoladą za bardzo wysuwało się na przód. Krem wyszedł bardziej kakaowo-serkowo-maślano. Aby to jakoś wyrównać, dodałam mleko - słodkie, bo bez laktozy - nie żałując go. Dopiero to nakierowało kompozycję na bardziej mleczno czekoladowe tory. Stąd wniosek, że w czymś ta czekolada jest bardzo uległa, więc nie do wszystkiego się nadaje. Nie, że się nie nadaje, ale jest mało wyrazista i to trzeba brać pod uwagę.
Pod względem struktury w kremie była... grzeczna. Ładnie, porządnie rozpuściła się z masłem, tworząc gęstą masę, a potem to było łatwo zmiksować z serkiem i kakao, dzięki czemu powstał gęsty krem. Jako że czekolada znacząco zastygła, był masywnie gęsty.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne 22%, miazga kakaowa 22%, lecytyna sojowa, wanilia Bourbon

wtorek, 26 maja 2026

Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao ciemna

Czekolady z kakao z Haiti nie trafiają się za często. Po zjedzeniu paru wiem, że nie jest to mój ulubiony region, ale zwłaszcza w wykonaniu kochanego Beskidu, ciekawił. Swoją tabliczkę stworzyli z kakao uprawianego w ramach projektu PISA. zapewnia on transparentność cen, stabilność rynku i eliminuje ryzyko dla rolników, wspierając ich w dostępie do rynku wysokiej jakości. Uprawy te prowadzone są w „kreolskich ogrodach” w zgodzie z naturą, wspierając bioróżnorodność i reforestację Haiti.


Beskid Chocolate Haiti Pisa Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Haiti.

Po otwarciu rozszedł się dominujący zapach wanilii, która mieszała się z ciężkawo-słodkimi białymi kwiatami - liliami ogrodowymi? - oraz nieco bardziej soczystą nutką borówek amerykańskich. Dominowały właśnie te słodkie amerykańskie, acz podkradał się pod nie... nieco charaktaerniejszy owocowy motyw. Nie jednak zupełnie jakiś kwaśny czy cierpki - powiedziałabym, że wiśniowej tarty. Takiej sowicie dosłodzonej gdy chodzi o wiśnie, w której bardzo ważną  rolę odgrywa kruchy, niemal niesłodki dla odmiany, spód. Obok zaplątał się motyw drzew i trochę jakby wypieczono preclowo-obwarzankowy. Mimo to, to słodycz rządziła. Oprócz wanilii jako samej w sobie, miała w sobie też sporo z lodów waniliowo-ciasteczkowych.

Tabliczka w dotyku obiecywała masywność, a przy łamaniu była twarda, toteż głośno trzaskała. Trzaski również zapowiadały konkret.
W ustach czekolada rozpływała powoli, zachowując kształt bardzo długo. Wykazywała zawartość i konkret, ale nie twardość. Miękła i maziście-kremowo pokrywała podniebienie. Z czasem upuściła trochę soczystości.

W smaku pierwsza zagrzmiała intensywnie waniliowa słodycz. Nie oznacza to, że była bardzo wysoka, raczej średnia, a zbliżająca się do wysokiej, ale miała bardzo odważny, imperatywny wydźwięk. Zaraz pomyślałam o naturalnie, szlachetnie waniliowym budyniu.

W tle przemknęła lekka, niemal zwiewna soczystość... chyba borówek amerykańskich. Owoców słodkich i zmieszanych z... kwiatami? Po chwili zaczęły ulegać lodom borówkowym, ale na śmietance i chyba przesłodzonych wanilią.

Obok budyniu pojawiły się jeszcze lody waniliowe, może waniliowo-ciasteczkowe... Po chwili dołączyły do nich jeszcze precle, a ja wyobraziłam sobie właśnie lody waniliowe z preclami.

W tym czasie odezwała się też gorzkość, cierpkość. Nie mocna, ale wyraźna. Przełamała słodycz, a preclom podpowiedziała bardziej drzewny kierunek.

Borówki amerykańskie wzbogaciły się o lekką cierpkość i prawie kwasek. Pomyślałam o borówkach czerwonych, a także wiśniach, ale bardzo dosłodzonych. Owoce te musiały tworzyć farsz-masę tarty owocowej. Takiej koniecznie na kruchym spodzie. Do głowy przyszły mi jeszcze pieczone winogrona czerwone, których słodycz została podkręcona ciepłem, ale szybko zniknęły.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce nieco się wycofały, a właśnie ten trochę wytrawniejszy spód przybrał na znaczeniu. Odrobina drzew mu pomagała, a przez moment poczułam jeszcze cierpkawą ziołowość.

Raz i drugi precle dopraszały się o swoje, ale oto słodycz jednak zawładnęła kompozycją zupełnie. Jakby te wytrawniejsze motywy ją zmotywowały. Zmieniła więc precla i kruchy spód w co najwyżej bardziej bułkowato-słodkawy obwarzanek. Albo w ogóle... obwarzanek muśnięty czekoladą? Parę razy przemknęła mi też niewyrazista myśl o daktylach w czekoladzie, ale co do niej nie będę się upierać; nie mogłam jej uchwycić.

Wśród owoców cierpkość zniknęła zupełnie i na prowadzenie znów wyszły borówki amerykańskie. Może z lekkim akcentem pieczonych winogron? Ogólnie nie było bardzo owocowo, więc w zasadzie tylko lekko pobrzmiewały.

Kwiaty zrobiły się wyrazistsze i zagłuszyły ziołowe zapędy. Pomyślałam o liliach ogrodowych i jakiś ogólnie ciężkawych białych kwiatach. Zrobiło się trochę drapiąco. Kwiaty próbowały uciszyć owoce i w dużej mierze im się udało. Tak, że borówki amerykańskie końcowo stały się jedynie echem.

Wanilia postawiła kropkę nad i, łącząc się z kwiatami i zasładzając, a następnie pochłaniając i je, by zamknąć kompozycję naturalnie waniliową, szlachetną i ciężkawą słodyczą.

Po zjedzeniu został jednak posmak bardziej rześko borówkowy, borówkowo-waniliowy? Jak z lodów waniliowo-borówkowych albo naturalnego budyniu waniliowego z borówkami. Czułam też akcent słodkawego, lekko wypieczonego, obwarzanka i echo drzew.

Czekolada była bardzo smaczna, choć nie rozkochała mnie w sobie przez swój słodki charakter bez charakternego pazura. Wanilia, waniliowy budyń, kwiaty, lody ciasteczkowe z preclami, precle i kruchy spód tarty, potem słodkawy obwarzanek z akcentami borówek amerykańskich, borówkowo-wiśniowej tarty i echem pieczonych winogron ciekawie urozmaiciła odrobinka drzew i ziołowe zapędy, ale właśnie tych ostatnich z chęcią poczułabym więcej. Waniliowość całości uważam za intrygującą. Tak jednoznaczny smak bez wanilii nie trafia się bardzo często. Ta właśnie jednoznaczność prawie skłoniła mnie do wystawienia 9, ale jednak jak więcej zjadłam, było za słodko na 9.
Za nic nie przypominała np. Zotter Labooko Haiti 72 % Dark Chocolate czy Ajala Single Origin Haiti Pisa 70 %. Kto by pomyślał? Wszak Haiti to niewielki region, a jednak jak tak sobie o tych tabliczkach myślę, różnorodny. Fakt jednak, że czerwone winogrona i raczej słodki klimat wszystkie je łączył. Wiśnio-winogrona z Chapon Haiti trochę kojarzyły się z nutami dzisiejszej, ale ta podlinkowana była o wiele bardziej owocowa, jak i Zotter.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 20,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

poniedziałek, 25 maja 2026

krem Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe

Odkąd zjadłam krem Sticky Blenders Migdał Vegan, wiedziałam, że będę chciała do niego wrócić. Albo do zbliżonego. Choć gdy mam jeść migdały, zdecydowanie wolę te w skórkach od blanszowanych, odkryłam, że kremy z blanszowanymi są... Niesamowite, odbierające mowę. Gdy mijałam nowe stoisko w galerii handlowej, w której raz w miesiącu bywam w Auchan, nie mogłam przejść obojętnie. Wypatrzyłam bowiem słoiczek, który natychmiast skojarzył mi się z podlinkowanym.

Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe to krem 100% z blanszowanych migdałów.

Po odkręceniu poczułam niecodziennie delikatny zapach migdałów, kojarzący się z nierealistycznym marcepanem, zrobionym tylko i wyłącznie, w 100% z nieprażonych migdałów, bez dodatku żadnego słodzidła. Mieszał się z właśnie mieloną mąką migdałową i dosadną nutą oleju roślinnego, ogólnie neutralną roślinnością, śmietankowym echem - takiej bardzo tłustej, minimum 30% śmietany, a także krył w sobie leciuteńką słodycz. Ta, jak i motyw dziwnego marcepanu, przybrały na znaczeniu po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Krem miał bardzo dziwną strukturę. 
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam jakieś 5 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3,5 łyżeczek. Robiłam to bez przekonania, bo w zasadzie krem nie wydawał się suchy, ale... daleko mu było do formy kremu-pasty orzechowej. Niestety, ile nie lałabym oleju, nie przybierał na kremowości, więc po tej ilości sobie darowałam. I bardzo dobrze! Na spodzie zostało bowiem trochę... niezupełnie suchych, ale suchszych kawałków i te w smaku były najlepsze, najwyrazistsze.
"Krem" przybrał formę papkowatego marcepanu z oleistym motywem. Im więcej dolewałam oleju, tym bardziej rzadki, ale wciąż tłusto-papkowaty się robił. Za nic nie przybierał na kremowości, wciąż utrzymywał formę masy-zbitki grudek. W trakcie jedzenia w dodatku odnotowałam, że co i raz olej jakby z niego wypływa - no nie chciał się łączyć i już.
W ustach krem rozpływał się w średnio-szybkim tempie. Chwilowo nieco gęstniał i jakby zwiększał objętość, ale daleko mu do kremowości. To raczej papka, grudki pozlepiane olejem, oleistą zawiesiną. Zalepiało to na moment konkretnie. Po chwili szedł w kierunku rozrzedzonej olejem masy marcepanowej z kawałkami migdałów, których sporo kryło się w grudkowatej masie. Czuć wysoką oleistość, a "krem" (?) rozchodził się w ustach na marcepanową, trochę zawiesinową papkę z mnóstwa drobinek, grudek i trzeszcząco-skrzypiących marcepanowych wiórków migdałowych. Czułam się, jakbym jadła miazgę i schłodzony olej kokosowy z rozmieszanym marcepanem.
Zagarniając uważnie, da się zagarnąć trochę samego gładkawego tłustego lepiszcza, bez kawałków.
Gryzione grudki, małe kawałki i wiórki trzeszczały i skrzypiały jak marcepan. Spora ilość małych kawałków okazała się subtelnie miękka, jakby marząca o chrupkawości. Pogryzienie wszystkiego, co w ustach zostawało trochę trwało.
Całość miała tak nieprzyjemną strukturę, że te wszelkie kawałki aż się chciało gryźć szybciej, już w trakcie rozpływania się masy.

W smaku pierwszą poczułam nutę jakby roślinną, a po chwili oleistą. Do głowy przyszedł mi olej roślinny... który zaraz zaskoczył na migdałowy tor.

Ten wprowadził marcepan - podobnie jak w zapachu dziwny, bo zupełnie niesłodki. Jakby marcepan zrobiony jedynie z migdałów, czysty 100% migdałowy twór. Migdałowy smak zaczął przybierać na sile, a oleisty wątek odszedł na tyły. Jedynie lekko pobrzmiewał.

Gdy zagarniałam masę z dna, tę suchszą, z którą nie wymieszałam oleju, odkryłam, że była intensywniej migdałowa, a oleista w stopniu znikomym. Wierzch, ten najdokładniej przemieszany z olejem, pobrzmiewał olejem zbyt wyraźnie, że to aż rozbijało smak migdałowy.

W tle też zaznaczyła się nieśmiała słodycz. Jakby trochę śmietankowa? Najpierw pomyślałam o zwykłej śmietance minimum 30%, wręcz naturalnie słodkawo-mdławej, ale z czasem i ona uległa ogólnej migdałowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przyszły mi do głowy domowa mąka migdałowa i płatki migdałowe. Łagodne, nieprażone i leciutko słodkie. Za ich sprawą migdałowość wzrosła znacząco i nagle zrobiła się bardzo wyrazista. Czułam neutralne, blanszowane i nieprażone migdały. Ich neutralność igrała trochę ze słodyczą. Marcepan na pewien czas zniknął.

Raz po raz przemknęła mi jakby... niemal neutralna wytrawność? Do mąki migdałowej podkradł się akcent ciecierzycy. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Słodycz na pewien czas lekko wzrosła, pozwalając także śmietance skąpać się w migdałowej chwale. Wraz z wyłanianiem się kawałków trochę nasilał się smak blanszowanych surowych migdałów, też właśnie z nutą śmietankową, już trochę słodszy.

W zagarnięciach, gdzie było mniej kawałków, a więcej "tłustego lepiszcza" smak robił się bardzo oleiście mdły i aż mało migdałowy.

Blanszowane, delikatne migdały końcowo trochę złagodniały, wracając do płatków migdałowych.

Gryzione kawałki serwowały łagodny smak słodkawo-neutralnych migdałów blanszowanych. Raczej surowych i choć ogólnie bardzo delikatnych, to po tej oleistej kompozycji, całkiem wyraźnych.

Po zjedzeniu został posmak właśnie płatków migdałowych. Delikatnych, naturalnie słodkawych, ale w zasadzie bardziej neutralnych. Czułam też lekką, prawie nieistotną oleistość.

Część na dnie, ta suchsza, złożona niemal z samych kawałków, była najsmaczniejsza. Im więcej oleistej masy, tym smakowo było gorzej.

Krem... nie podszedł mi. Nie podobała mi się struktura papkowatego lepiszcza z dodatkiem marcepanu. W trakcie jedzenia dolewałam trochę olejku i na bieżąco mieszałam, ale za nic nie chciało ułożyć się to w krem, a szło po prostu w kierunku rzadszej i bardziej oleistej marcepanowej papki. Smak w porządku, ale niestety też szedł w oleistość. Gdyby nie struktura, 6 by zdobył, bo był łagodnie słodkawy, bardziej neutralny i w dużej mierze bez wielkich wad... gdyby tak nie dodać do niego tego oleju, a cały zlać. Żałuję, że nie zlałam całości, bo część suchsza była nawet smaczna. Ta rozrzedzona olejem zbyt mdła. Ogół dziwnie kojarzył się z niesłodkim marcepanem, co było dość osobliwe, ale potem płatki migdałowe i same blanszowane migdały przy wtórowaniu śmietanki wyszły smacznie. Trochę przeszkadzała mi smakowa oleistość, ale akurat to nie była wielka wada. 
Dziwny twór. Mam wrażenie, że po prostu za krótko miksowali, mielili migdały, przez co nie osiągnęli efektu kremu, zatrzymując się przy etapie mąki migdałowej (z czymś podobnym zetknęłam się w przypadku NaMa Crema di Cocco & Mandorla) i oleju. Kremy orzechowe do 200g zjadam na raz, a tego nie byłam w stanie i po 133g odpadłam. To najgorszy krem 100% jaki jadłam w ciągu ostatnich lat (gorszy był tylko Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts).

Resztka przypadła Mamie, która tak to opisała: "Ależ ten krem jest... żaden, prawie bez smaku, bez charakteru. Wzięłam tylko co i już mi się odrobinka oleju wydzieliła. Nijaki. Nałożyłam go na ciasto dyniowe z cynamonem i kompletnie się nie sprawdził, bo nic nie wnosił. Już bardziej do tostów z serem i dżemem mi pasował, ale też... w sumie go nie czuć. Bez sensu to jeść według mnie, jak się zatraca we wszystkim i go nie czuć. Nie podoba mi się". 


ocena: 5/10
kupiłam: stoisko-wysepka Spichlerz Zdrowia w krakowskim centrum handlowym Bonarka
cena: 20,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

niedziela, 24 maja 2026

SOL Dark Chocolate Colombia 75% cacao ciemna z Kolumbii

Ta czekolada czekała dość długo, w zasadzie sama nie wiem, dlaczego. Wszystkie jedzone dotąd Sol tylko utowerdzaly mnie w przekonaniu, że zapewniają bardzo miłe degustacje. Ta, jak i poprzednie, wydawała się bardzo tajemnicza. Co oczywiście bardzo kusiło. W dodatku ostatnio czułam niedosyt tabliczek z Kolumbii. Cudny smakowo region, a jakoś ostatnio niewiele czekolad z niego jadłam.


SOL Dark Chocolate Colombia 75% cacao to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Kolumbii.

Po rozchyleniu papierka poczułam mocno kwaśne, wytrawne wino i suszone owoce z wyraźnie dominującą wśród nich żurawiną. Zaraz za nią stanęły kwaśne rodzynki. Mimo że suszone, zawarły w sobie trochę soczystości, którą dodatkowo podkręciła słodko-kwaśna, lekko cierpka-goryczkowata za sprawą skórki, pomarańcza. W zasadzie pomyślałam o jakimś wytrawniejszym grzańcu z pomarańczą. Choć... ciepło, jakie czułam, niekoniecznie wiązało się z przyprawami korzennymi - te wydały mi się sugestywne i prawie nieobecne. W nim - w cieple - też jednak osiadła pewna słodycz - karmel? Na pewno za to czułam jeszcze kwaskawy jogurt z sowitą ilością masła orzechowego.

Bardzo twarda tabliczka podczas łamania trzaskała porządnie głośno.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i średnio powoli. Po chwili w zasadzie zmieniała się w śmietankowo-maślany krem, po czym rzedła i zdradzała kremowość, przeplecioną lekką piaszczystością. Niską tłustość rozproszyła wysoka soczystość.

W smaku pierwszy wyraźnie przywitał mnie pewny siebie karmel. Mimo iż nie bardzo słodki sam w sobie, sprawił, że to właśnie słodki motyw porządnie rozwinął się jako pierwszy.

W tle przemknęło mi coś owocowego... Pomarańczowego? Nie, chyba jednak nie... Nie za mocno, w zasadzie bardzo subtelnie palony karmel zaprosił do gry kandyzowaną żurawinę. Lekko kandyzowaną, już specyficznie "cukrowawą", ale wciąż też soczyście kwaśną. Żurawina zaczęła mieszać się z innymi czerwonymi, słodko-kwaśnymi owocami. Przemknęło mi przez myśl czerwone wino, ale zaraz zniknęło zupełnie.

Paloność częściowo odłączyła się od słodyczy i zajęła budowaniem gorzkości. Nie silnej, ale wyraźnej. Sprawiła, że kompozycja przybrała poważny wydźwięk. Oczami wyobraźni patrzyłam na rozgrzane, wręcz gorące skały i żwir.

Nagle wyraźnie ponad to wszystko wyskoczyła lekko prażona, łagodna pasta 100% z fistaszków. Trochę masło orzechowa, ale bardziej naturalna. Narastająca za nią kwaśność zasugerowała jogurt z chlapniętą łychą kremu arachidowego.

Słodycz w dużej mierze za sprawą karmelu wzrosła wtedy znacząco. A że i cały czas coś słodko-owocowego było wyraźnie wyczuwalne, czerwone owoce urozmaiciła jakby skórka pomarańczy w karmelu.
Jednocześnie za sprawą gorzkiej paloności rozeszło się palone w kominku drewno. Jeszcze umocniło ciepło.

Po wybiciu się na pierwszy plan, pasta fistaszkowa zaraz się wycofała i wraz z owocami zaczęła budować klimat słodkawo-orzechowego, soczyście słodko-kwaśnego peanut butter & jelly. Takiego już mocniej prażonego, niemal ciepłego w wydźwięku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wykorzystał to karmel i dołączył do kremu, sugerując masło orzechowe o smaku karmelu.

Galaretka "jelly" musiała bazować na żurawinie, ale przy mocnym wsparciu granatu. Za sprawą dżemowej galaretki kwaśność i słodycz zmieszały się w jedno, dzięki czemu smaki te wydały mi się bardzo wyważone. Każdy intensywny, ale nie za silny.

Do palonego drewna i lekko rosnącej gorzkości dołączyła cynamonowa kawa. Kwaśność spróbowała jednak jakby je otulić, przygłuszyć. Zupełnie, jakby gorzkie nuty opływały jogurt i maślanka. Pomyślałam o kawowym nabiale i cynamonowym jogurcie z masłem orzechowym. Wszystko to zaczęło tracić na jednoznaczności.

Przy tych poważniejszych wątkach owoce przez chwilę jakby spojrzały tęsknie ku czemuś poważniejszemu... grzanemu winu? Słodkiemu i z akcentem... pomarańczy?

Im więcej kwaśności przechodziło w jogurt, tym mniej kwaśne robiły się owoce. Stąd ogólnie nie za wysoka kwaśność kompozycji nie zmieniała nasilenia, a wydźwięk. Z owoców znów ostały się głównie żurawiny, już nie tak kandyzowane, a bardziej suszone. Zaraz dołączyły do nich słodko-kwaśne rodzynki i kwaśne suszone śliwki. Takie, przy których zsysaniu z pestki trzeba się napracować. Suszone owoce przygłuszyły wszelkie karmelowe akcenty, ale nie osłabiły słodyczy, a kontynuowały ją.

Wtedy i orzeszki ziemne, jakby uwolnione od dżemo-galaretki i karmelowego echa, wybiły się na pierwszy plan. Krem orzechowy pobrzmiewał słabiej, teraz orzeszkowa nuta oddawała same prażone arachidy. Arachidy, które wsparło palone, jakby poważne drewno.

Po zjedzeniu został posmak fistaszków i fistaszkowego masła orzechowego, znów z motywem słodkiego, nie za mocno palonego, ale jakby ciepłego karmelu. Towarzyszyła mu kwaskawo-słodka nuta czerwonego "jelly", w którym przewijała się żurawina i chyba granat. Owocowość na koniec jawiła się jako słodka, ale i porządnie kwaśna, bo i owoce suszone łączyły w sobie i to, i to. Myślę głównie o rodzynkach i śliwkach. W dodatku wyłoniła się jeszcze skórka pomarańczy. Palone drewno zaś osiadło spokojnie w tle.

Czekolada była smaczna i ciekawa, dynamiczna, ale bez "przewrotów", raczej z nutami zgodnymi ze sobą. Owoce od bardzo słodkich kandyzowanych, galaretkowo-dżemowych (tu czuć głównie żurawinę i granata) po kwaśno-słodkie suszone (rodzynki i śliwki) współgrały z kremem fistaszkowym, masłem orzechowym i drewnem, jak również kwaśną nutą jogurtu i maślanki. Żwawa, wszechobecna słodycz i kwaśność trochę wyprzedzały gorzkość, ale ogólnie wszystkie były bardzo zgrane. Ja bym jednak wolała, by to kwaśność lub gorzkość, wyraźniej dominowała, a niestety to słodycz miała najwięcej do powiedzenia (ale znów: wcale tak słodko nie było, po prostu ta słodycz... była wszędzie). Akurat tej kompozycji jeden wiodący smak by wyszedł na dobre i mogłoby to mnie w sobie rozkochać.

Kawowo-rodzynkowa końcówka dziś prezentowanej przypomniała mi BTB Chocolate Czekolada Ciemna Colombia 80 %, splot fistaszków i chałwy z Zoto Betulia Ocho Hacienda Betulia Antioquia Colombia 70 % Single Variety Chocolate trochę przypominał krem fistaszkowy z dziś przedstawianej, acz ogólnie... zaserwowała mi trochę nowych doznań niż kolumbijskie kakao ostatnimi czasy.


ocena: 8/10
cena: 250 UAH (około 24 zł; za 70g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 23 maja 2026

Das Exquisite Erlesene Qualitat Kokos Zartbitter ciemna 50 % z nadzieniem kokosowym

W posiadanie tej czekolady weszłam w dziwny sposób. Sięgnęłam po nią w Rossmannie, bo wyglądała nieznajomo-znajomo. Stojąc w kolejce z kremami orzechowymi, sprawdzałam, czy nie ma czekolad, które mogłabym kupić w góry. Tam kokosową bym zjadła, ale nie nadziewaną. Są za potencjalnie problematyczne i delikatne na zabieranie je w trasy. A już na pewno takie nadziane po całości. Przypominała kolosalnego Zottera lub Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Spojrzałam na ojca, usłyszałam "bierz jak chcesz", ale już biorąc zrezygnowałam i jednak miałam odłożyć. Było jednak za późno, już ktoś mnie trochę poganiał, już kolejka się przesuwała... I uległam tej tabliczce. Kupiliśmy. Czy słusznie? Wątpiłam i sceptycyzm rósł, ilekroć o niej pomyślałam, więc w końcu uznałam, że czas się za nią zabrać. I starałam się zrobić to bez uprzedzeń. Wspomniana niestety bowiem źle się kojarzyła. Na koniec wstępu jeszcze taka ciekawostka: na opakowaniu producent zdradził, że kokos użyty do zrobienia tej czekolady, pochodzi z Filipin.

Das Exquisite Erlesene Qualitat Kokos Zartbitter Zartbitter-Schokolade Gefullt mit Kokoscreme to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (58%) kremem kokosowym, wyprodukowana w Niemczech dla drogerii Rossmann.

Po otwarciu rozszedł się dość ciężki, wyrazisty zapach, kojarzący się z likierem kokosowo-kakaowym. Dominował kokos o ewidentnie "aromatowym" podszyciu, kokos słodki w poważniejszy, alkoholowy sposób, ale i czekolada miała wiele do powiedzenia. Czuć jej przecukrzenie, ale i dość mocno paloną gorzkość. Ogół wydał mi się jednocześnie przecukrzony, jak i wcale nie tak mocno słodki. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasiliła kokosowość: do aromatu doszły całkiem pewne siebie wiórki.

Tabliczka była średnio gruba. Składała się z niezbyt grubej warstwy twardo polewowej czekolady oraz dużej ilości plastycznego, grudkowego nadzienia z wiórkami. Wyglądał trochę jak marcepan.
Przy łamaniu za sprawą czekolady, tafla chrupko trzaskała. Nie jakoś szczególnie głośno, ale wyraźnie. Wydała mi się średnio twarda i dość masywna.
W ustach czekolada potrzebowała chwili, po czym rozpływała się trochę opornie ulepkowato. Była średnio tłusta i trochę mazista, ale też nieco polewowo-plastikowa. Aspirowała do gładkiej, lecz czuć w niej lekką proszkowość. Szybko odsłaniała nadzienie, po czym rozpływała się razem z nim, aby zniknąć tylko trochę szybciej od niego.
Wnętrze okazało się średnio wilgotne i grudkowo rozlazłe. Miękło średnio tłusto i trochę zawiesinowo. Kojarzyło się z marcepanem z przemielonymi, chrzęszczącymi wiórkami i kawałkami kokosa oraz lukrem.
Czekolada i nadzienie czasem bardziej się rozpadały, czasem mieszały się razem w luźną masę.
Na koniec w ustach zostawało sporo różnej wielkości kawałków kokosa i wiórków, w tym przemielonych. Trzeszczały porządnie, wyraźnie wiórkowo, ale wciąż też trochę udając marcepan.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi sporo słodyczy o głównie cukrowym charakterze. Wpisała się w wizję taniej polewy kakaowej. Zaraz odezwała się palona gorzkość, ogólnie trzymająca się niskiego poziomu, acz wyraźna. Aromat kokosa dołączył po chwili. Wkradł się w słodycz i jeszcze ją podkręcał. Czekolada, gdy nadzienie się wyłaniała, robiła mu miejsce na przodzie.

Gdy spróbowałam trochę czekolady osobno, okazało się, że przesiąkła kokosem tak delikatnie, że to aż dziwne.

Wnętrze odzywało się wprawdzie poprzez kokosa, a dokładniej aromat kokosowy, jednak szybko drastycznie podnosiło słodycz. Okazało się okrutnie przecukrzone. Przywodziło na myśl lukier kokosowy, w którym kokosa czuć dopiero za cukrem. Kokos połączył w sobie aromat i wiórki. Przewinęła się tam jeszcze niedookreślona jakby sztuczna słodycz oraz nieśmiały mleczny akcent. 
Nadzienie spróbowanie osobno okazało się bardziej sztuczne, wręcz cukierkowe.

Czekolada robiła nadzieniu za tło, ani przez chwilę się nie zatracając, acz znacząco słabnąc w punkcie kulminacji wzrostu słodyczy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz drapała już w gardle. Do głowy przyszedł kokosowy cukier puder, choć wraz ze słodyczą nasilał się też smak kokosowy. Wiórki przedzierały się całkiem udanie przez aromatową toń.

Niska gorzkość utrzymywała mocno palony charakter i wraz ze zwyklejszą, cukrową słodyczą czekolady, całą słodycz zawróciła na bardziej zwyczajnie cukrowy tor zawrócić słodycz. Nie obniżyć, ale odwrócić uwagę od sztucznej cukierkowości.

Gdy z nadzienia wyłaniało się coraz więcej wiórków, smak robił się właśnie bardziej wiórkowy, ale i wiórki nie dały rady przełamać słodyczy. Kojarzyło mi się to trochę z batonem Bounty.
Gdy trochę podgryzałam wiórki wcześniej, i tak było okrutnie słodko. One wydawały się przygłuszone. 

Pod koniec słodycz - głównie za sprawą nadzienia - ogólnie bardzo męczyła, wręcz paliła w gardle. To zaś obudziło skojarzenie ze znacząco alkoholowym, rozgrzewającym likierem kokosowym. Bountym dla dorosłych? Czekolada, choć i ona dokładała się do słodyczy, zdobyła się jeszcze na ostatnie, bardziej cierpko-gorzkie zabłyśnięcie.  W zestawieniu z nadzieniem jawiła się jako bardziej gorzko-cierpka. Niestety dość polewowo.

Wiórki, jakie zostały na koniec, przywróciły trochę kokosowy smak. Udało mu się zagrać naturalniejszą, wiórkową kartą, acz motyw aromatu, sztuczności wciąż pobrzmiewał, wraz z poczuciem przesłodzenia.

Po zjedzeniu został mocno kokosowy posmak, łączący wiórki i denerwującą sztuczność oraz ogólnie przesłodzenie. Czułam jakby mieszankę cukru, lukru i czegoś bardziej cukierkowego. Cierpka, palona goryczka też znalazła sobie sporo miejsca, ale niestety pobrzmiewała bardzo tanio.

Czekolada za nic mnie do siebie nie przekonała, ale jak pomyślę o jej cenie w odniesieniu do wielu innych czekolad, wydaje się śmiesznie tania i w tej swojej śmiesznej cenie, zapewne satysfakcjonująca wiele osób. Było bardzo kokosowo? Było. Było bardzo słodko? Zaiste. W moim odczuciu okrutnie przesłodzona, z wyczuwalną sztucznością nadzienia i taniością wierzchu, ale jednocześnie nie jakaś szczególnie w tym zła. Szkoda, bo potencjał w niej jest. Mieszanka kokosowy jakby marcepanu i Bounty pokryta ciemną czekoladą - to naprawdę mogłoby być smaczne, gdyby było wykonane lepiej. Po 8 gramach odpadłam - za słodko, za sztucznie i zupełnie nie moja forma.

Bardzo przypominała Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Powiedziałabym wręcz, że to ten sam producent, a różnice były małe, acz na korzyść dzisiejszej. Dziś przedstawiana była mniej wilgotna i mniej tłusta - może coś w tym jest, a może po prostu trafiła się bardziej podeschnięta. Na pewno ma nieznacznie mniej (o 1%) nadzienia.

Resztę oddałam Mamie, której czekolada ta smakowała: "Za nic nie umiałam zgadnąć, ile miała kakao, bo ten środek bardzo słodki. Bardzo, bardzo słodki. Za słodki, że na pierwszy miejscu cukier, potem w sumie też cukier i dopiero kokos, ale ogólnie dobra. Jedyna jej wada to to, że taka słodka, a tak.... całkiem przyjemna, jeśli tak mało kosztowała. Gdyby kosztowała jakieś 20 zł, to bym nie była taka łaskawa w odbiorze, ale tak to naprawdę nie ma co się jej czepiać. Fajnie tak kokosowa, tak ciekawiej... I tak jak coś znajomego". Gdy podpowiedziałam "ciemnoczekoladowe Bounty?", usłyszałam: "O tak, tak, dokładnie! Że też sama na to nie wpadłam, bo dokładnie tak można to opisać!".


ocena: 7/10
kupiłam: Rossmann
cena: 6,59 zł (za 140g)
kaloryczność: 474 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe (16%), syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, woda, tłuszcz kokosowy, emulgator: lecytyna z soi; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

czwartek, 21 maja 2026

Chocolates Sole Chocolate Puro Bitter 70 % Cacao ciemna

Hiszpańską markę Sole polubiłam już za samą Chocolates Solé Chocolate Puro 56 % Cocoa Dark Chocolate Republica Dominicana Organic con Canela / with Cinnamon i w zasadzie w ciemno (bo znając tylko podlinkowaną) zaczęłam gromadzić różne jej tabliczki, na jakie się natykałam. Dziś przedstawianą kupiłam chyba w ogóle jako pierwszą, a potem zupełnie nie skojarzyłam jej z tą marką. Powód? Nie wczytanie się. W mojej głowie zapisała się linia organiczna, a jak widać, marka ma też zwyklejszą. Liczyłam, aby nie mniej pyszną.


Chocolates Sole Chocolate Puro Bitter 70% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao.

Po otwarciu rozszedł się zapach drewna i sezamu. Sezamu surowego, naturalnie słodkawego i wchodzącego w roślinne tony. W tejże roślinności osiadł też motyw zdrowych wegańskich słodyczy z bakalii, mleczka i oleju kokosowego etc. Przy motywie związanym ze słodyczami też odnotowałam wątek niebezpiecznie tanio wanilinowo-margarynowej polewy kakaowej. Ogólna słodycz wydała mi się trochę ciężka, ale ogólnie niska. Jednak to niewątpliwie drewno i sezam dominowały, dopuszczając do siebie trochę orzechów: surowych arachidów z małym wsparciem laskowych. Przez to wszystko przebijało się też trochę owoców: bardzo słodkich gruszek i śliwek powidlano-suszonych. 

Gruba tabliczka była spodziewanie kamiennie twarda, a trzaskała dość głośno. W dotyku wydawała się tłusta przesadnie.
W ustach rozpływała się w sumie ni jeszcze średnio, ni już powoli. Wydawało się, że mięknie z wierzchu, a w środku zachowuje masywność, wręcz twardość. Do końca nie wyzbyła się swego kształtu, mimo że raczyła mnie smarowo-mazistą kremowością. Była tłusta w maślany sposób, a także niemal idealnie gładka. Pozostawiała lekko cierpko-suche wrażenie.

W smaku od razu poczułam zgrany duet słodyczy i gorzkości. Zaczynały ze średnio-niskiego poziomu i razem się nasilały.

Trochę się tylko rozchodziły. Oto słodycz zaczęła zmierzać w niebezpiecznie wanilinowo-margarynowym kierunku, wydała mi się nieprzyjemnie ciężka, toporna, mimo że wcale nie jakoś szczególnie silna. Przez chwilę kojarzyła mi się z białymi kremami pseudomlecznymi, pseudowaniliowymi z tanich nadziewanych czekolad / czekoladek.

Gorzkość w tym czasie otarła się o proste kakao w proszku. Zrobiło się trochę cierpko, po czym przybrała mocno palony wydźwięk. Poczułam w niej drewno. Stare, suche, z odpadającą suchą korą. Sucho-cierpkie? Gorzkość nie była jakaś szczególnie mocna, ale wyrazista. Z czasem trochę zaczęły łagodzić ją niejednoznaczne orzechy i trochę surowego sezamu.

Słodycz w tym czasie przeszła na bardziej prosty, cukrowy ton. Nasiliła się już do poziomu średniego i zaczęła przejawiać trochę likierowe zapędy. Nieśmiało zaznaczyła się w niej ledwo uchwytna owocowa, ale ciężka, nutka jakby... likieru gruszkowego? Alkohol jednak nie pojawił się jako taki i już po chwili likierowy motyw zmienił się w waniliowe echo. Zaraz też same słodkie gruszki (konferencja?) przyszły mi do głowy. Za ich sprawą słodycz znowu trochę wzrosła i... jednak przysłoniła owocowość.

Motyw białych kremów zmienił się w po prostu maślaność. Taniość znikła, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten wątek ogólnie sporo łagodził i trochę przeszkadzał. Choć zatrzymał wzrost słodyczy, nad gorzkością też trochę pracował.

Palona nuta osłabła. To wykorzystały surowe arachidy i sezam. Sezam na moment wyszedł na pierwszy plan orzechowego wątku. Arachidy i trochę orzechów laskowych rozmywały się za nim. Łagodnienie, maślaność wydobyły więcej roślinnych akcentów, które w harmonii mieszały się z sezamem.

Lekka cierpkość zetknąwszy się z owocową nutą, zaobfitowała w trochę ledwo uchwytnych cierpko-słodkich powideł śliwkowych. Bardzo odległych... czekoladowo-kakaowych powideł? Słodkich w prosty, nieco ciężki sposób. I znów owocowy akcent zatracił się w prostej, cukrowej, choć tym razem z waniliowym przebłyskiem, słodyczy.

Delikatna cierpkość prostego kakao w proszku też podchwyciła ogólne łagodnienie. Z mlecznych kremów podkradła sobie mleczność, toteż do głowy przyszło mi słodkie mleko po płatkach śniadaniowych kakaowych / czekoladowych. Nie utrzymało się jednak długo, bo sezam i roślinne nuty uparły się na naturalniejszy wydźwięk.... kakaowej owsianki? Możliwe, że na kokosowym roślinnym zamienniku mleka.

Wróciło więcej drewna. Suchych, starych drzew z odpadającą korą, a także luźna myśl o wegańskich zdrowych słodyczach z surowych orzechów i pestek, z suszonymi owocami, z olejem i mleczkiem kokosowym i w polewie kakaowej.

Po zjedzeniu został cierpki posmak prostego zwykłego kakao w proszku, mieszającego się z drzewami i lekko roślinnym (trochę sezamowym?) echem. Czuć palony akcent, umacniający gorzkość, ale też bardzo dużo aż ciężkiej słodyczy. Połączyła się w niej cukrowość z wanilią i echem tanim i mało jednoznacznym, jakby wanilinowo-margarynowym, ale niezupełnie. Czułam też jakby cierpkie, kakaowe powidła śliwkowe, ale bardzo, bardzo delikatne.

Czekolada była smaczna w prosty sposób. Słodycz miała niestety tanie zapędy wanilinowo-margarynowe (przez za dużą ilość lecytyny?), ale potem przeszła w bardziej owocowe klimaty likieru gruszkowego i powideł. Owocowych akcentów ogólnie było niewiele. Gorzkość też, choć jej już czułam więcej, nie wykazała się szczególnie. Palona, drzewna strefa jednak charakter niewątpliwie miała. Do tego sporo roślinności i sezamu oraz akcenty prostego kakao jako polewy i mleko po płatkach kakaowych. Wszystko to złożyło się na nie za słodką, nieszlachetnie prostą kompozycję. Wydaje mi się, że tę nieszlachetność - jeszcze nie taniość - narzuciło za dużo lecytyny słonecznikowej. Od jakiegoś czasu zdarzyło mi się trafić na parę czekolad, w których była właśnie ona i pobrzmiewały w nich dziwne akcenty. Gdyby nie to, z łatwością zgarnęłaby 8.


ocena: 7/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 14,45 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt waniliowy

środa, 20 maja 2026

Benjamissimo 70 % Dark No Added Sugar ciemna z Peru

Kupując tę czekoladę razem z Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark  jakoś nie do końca zarejestrowałam świadomie fakt, że dziś prezentowana zawiera słodzik zamiast cukru. Tak, widziałam skład, ale jakoś nie przełożyło się to na pomyślenie, czy aby NA PEWNO chcę ją zjeść. Trochę ciekawiła, ale czy aż żeby kupić? Do marki miałam mieszane uczucia. Wiedziałam, że potrafią zrobić smaczne tabliczki, ale przecież wiele mieli takich bardzo nie w moim typie, których nie znałam. Szkoda, że dopiero po zakupie sobie przypomniałam, że Benjamissimo Dark 80 % No Added Sugar przecież nie wróżyła niczego dobrego. Jeszcze więcej słodzika? To mogło się bardzo nie udać.

Benjamissimo 70 % Dark No Added Sugar to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, bez cukru, słodzona słodzikiem (erytrytolem).

Po otwarciu poczułam chłodno-słodzikowy, słodki zapach, mieszający się z orzeźwiającym, schłodzonym napojem w wariancie wiśnia&mięta. W rześkości odnalazło się też trochę kwiatów i eukaliptus. Narzucił ją ewidentnie słodzik, choć wanilia i korzenne echo starały się go trochę ukryć. Wanilia naprowadziła słodycz na niewyraźną wizję kremu orzechowego, cienko rozsmarowanego na kromce ciemnego chleba. Wraz z nim nieśmiała korzenna sugestia wspomniała też coś o pierniku. Do chłodu dołożyła się też gorzkawa nuta ziemi i dymu.

Tabliczka wydawała mi się wręcz kamienie twarda. Trzaskała głośno niczym mieszanka skały i szkła.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Tam, gdzie kawałek był grubszy wolniej, gdzie cieńszy szybciej. Z czasem miękła i oleiście-maziście pokrywała podniebienie. Choć zachowywała kształt niemal do końca, nie wydawała się zbita. Na pewno za to tłusta i wodnista. Przewinęła się w niej soczystość, acz jakby stapiała się z narastającą wodnistością, co przez denerwujący aspekt, bardziej się rzucało w oczy (w język?).

W smaku przywitała mnie chłodna, bardzo słodka wiśnia... w zasadzie napój wiśniowo-miętowy. Połączenie wiśni i mięty od razu orzeźwiało, ale też fundowało sporo słodyczy; nie kwaśność.

Słodzik szybko zdradził swoją obecność, ale nie od początku pchał się na pierwszy plan w kwestii słodyczy. Zaznaczył jednak, że także w goryczkowato-cierpkim wątku ma coś do powiedzenia. Słodzikowość zrobiła miejsce pod zioła, które pojawiły się po chwili.

Do gorzkości próbował dołączyć dym, acz nie znalazł sobie za dużego pola do popisu, pobrzmiewał więc delikatnie. Ziemia... też spróbowała swoich sił, ale nie udało jej się utrzymać. A po niej przemknął... chleb pumpernikiel?

Trochę gryzący w język efekt słodziku wydobył z ziemi namiastkę korzenności. Mieszanki na bazie cynamonu i anyżu?

Wiśniowo-miętowy motyw nasilił się i wzbogacił o niejednoznaczną mieszankę czerwonych owoców. Owoce głównie trzymały się napojowego wydźwięku, tylko raz po raz trochę się z niego wychylając.  Wszystkie łączyła przeważająca słodycz. Kwasek odnotowałam tam tylko i wyłączeni na zasadzie sugestii. Jakby chciał się pokazać, a nie mógł. Rześko-soczyste owoce wsparło trochę kwiatów.

Kwiaty zaś podszepnęły pewną pikanterię, przyprawy. Mieszanka ta zahaczała trochę o... pierniki z czerwonym, marmoladowym nadzieniem? Ogrom rześkości zasugerował nawet podkręcenie czerwonych owoców limonką, ale... ten wątek jakoś uciekał. Pumpernikiel starał się tę wizję utrzymać, lecz jednak umknęła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do ziół i słodziku dołączyło jeszcze więcej chłodnej rześkości w wydaniu eukaliptusa i mięty pieprzowej. Mimo że nuty te starały się trochę ukryć słodzik, ten uparcie wychodził na przód.

Czyżby ziemia znów spróbowała się pokazać? Chłodna i mokra...? I nagle jednak znów zniknęła. Dym starał się umocnić gorzkość i choć ogólnie ją nieco wzmocnił, to jednak go z kolei dopadła wodnistość i złagodziła. Pikanteria za to się utrzymała, jako że uchwyciła się gryzącego elementu słodziku

Nagle wyobraziłam sobie kromkę ciemnego chleba-pumpernikla skąpo posmarowaną bardzo słodkim, oleistym kremem orzechowym... może orzechowo-kokosowym? Zrobionym z miazgą kokosową. Słodki krem zasugerowała wanilia, która przybyła nie wiadomo skąd na odsiecz słodzikowi. Mieszała się trochę z odrobinką różnych ostro-słodkich przypraw korzennych. Trochę im się to udało, bo słodzik nie był już taki jawny. W dodatku chlebowy akcent zaaprobował korzenność i piernik z owocową nutą (wiśni z odrobiną limonki?).

Tłuszczowo-wodnisty motyw jednak nie dał się łatwo odpędzić. Po kremie orzechowo-kokosowym skierował moje myśli ku korzennemu "cappuccino mocy", czyli kawie z olejem kokosowym. Kawie... leciutko korzennej... korzenno-miętowej? Łagodnej, niezbyt gorzkiej. Zarówno ona, jak i krem, przybrały wydźwięk "zdrowych słodyczy", bez chamskiej słodzikowości, ale z wyczuwalną nutą słodziku.
Słodycz jednak, lekko ostro-mrożąca, aż zaznaczała się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak oleistego, słodkiego od wanilii i słodziku kremu orzechowo-kokosowego, do którego zakradł się cierpki dym i łagodna kawa. Cierpkość połączyła lekką gorzkość z denerwująco chłodno-cierpkim słodzikiem. Ten mieszał się z motywem mięty i kwiatów. Rześkość i chłód wydawały się aż namacalne. Choć smak słodziku jako tako starał się ukryć, wydawał się aż gryźć w język. Tu z pomocą przyszła odrobina korzenności i cierpkość soczysta (limonki?), ale czuć, że to nie korzenna ostrość, a słodzik gryzie.

Czekolada nie przemówiła do mnie, ale ku mojemu zaskoczeniu nie mogę stwierdzić, że była niesmaczna. Wodniście-tłusta struktura (za którą odjęłam cały punkt) i nuty wody i oleju bardzo mi przeszkadzały, słodzik denerwująco powracał przy każdej okazji, ale uświadczyłam tam i parę przyjemnych wątków. Napój wiśniowo-miętowy na plus, w zasadzie nawet mięta i eukaliptus, mimo że to słodzik je napędzał, miały i lepsze momenty. Wanilia, maskująca nachalność słodziku, trochę kwiatów i korzenności też wiele dobrego zdziałały. Żal mi jednak było dymu i ziemi, że nie dały rady porządnie rozbrzmieć. Gdyby nie struktura, smakowo mogłaby nawet zdobyć 7,5.

Ziemię i piernik czułam wyraźnie w Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark i w tej nuty bazy cudownie rozwinęły się wraz z dodatkiem mięty i macy. Słodzik w dziś przedstawianej za to za bardzo w nie ingerował. Szkoda, że dziś przedstawianej nie posłodzili cukrem trzcinowym. Smakowo wydała mi się lepiej zrobiona od Benjamissimo Dark 80 % No Added Sugar, mimo że przy 70% kakao to było trudniejsze zadanie. Marka przeszła od tamtej pory jednak wiele zmian. Uwierzę więc, że teraz działają na lepszym kakao albo i się wiele nauczyli, jak umocnić jego kakao, by nie przegrywało aż tak bardzo ze słodzikiem.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Allegro
cena: 16,08 zł (za 60g)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, substancja słodząca: erytrytol; tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyny ze słonecznika; wanilia Bourbon, sól himalajska