poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Millennium Craft Series Art of Chocolate Dark Chocolate Gorzka Czekolada z Orzechami Laskowymi, Żurawiną i Płatkami Chabru ciemna 54 %

Kiedy zobaczyłam tę czekoladę w gazetce Lidla, spodobała mi się. Z wyglądu, bo dotąd do marki Millennium byłam bardzo sceptyczna (nie "w ciemno", a po nieprzyjemnej Millennium Exclusive Chocolate Collection Dark Chocolate with Salted Caramel). Trochę tylko zaciekawiły mnie ich czekolady z dodatkami, z okienkami, ale koniecznie ciemne. A tych w żadnych naszych sklepach nie znalazłyśmy. Skąd to moje zainteresowanie? Otóż Mama raz kupiła sobie mleczną z laskowcami Millennium i była pozytywnie zaskoczona. Może nie zachwycona, ale stwierdziła, że na tle tabliczek z Biedronki czy Lidla wypadła dobrze. Stąd zachciałam takiej ciemnej spróbować, ale widziałam je tylko w internecie. A zamawiać nie zamierzałam. Gdy więc tę pokazałam ojcu i zgodził się ją kupić, pomyślałam, że może to nawet lepiej, że ja spróbuję takiej niby porządniejszej tej marki. W internecie za to sprawdziłam, ile zawiera kakao, bo na opakowaniu brakowało tej informacji. Wzięłam ją jako jedyną tabliczkę na szlak na krańcu Tatr, na Siwy Wierch czerwonym szlakiem z Biela Skala, Horanen. W zeszłym roku już robiłam tę trasę, ale przez poprzymarzane do skał łańcuchy, nie weszłam na sam szczyt z tabliczką, a zdjęcia robiłam pod nim, bo za bardzo wiało i padał tnący w twarz śnieg. Wyglądało na to, że tym razem widoczność i warunki będą znacznie lepsze, lecz już na miejscu okazało się, że wieje tak mocno, że chwilami ciężko było iść. Dobrze, że na rozległym, skalistym szczycie udało mi się ukryć za skałą, idealnie mnie od tej wichury osłaniającą. A wróciłam tą samą drogą.

Millennium Craft Series Art of Chocolate Dark Chocolate Gorzka Czekolada z Orzechami Laskowymi, Żurawiną i Płatkami Chabru to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi, słodzoną żurawiną i płatkami chabru, produkowana przez Malbi Foods.

Po otwarciu zagrzmiał zapach orzechów laskowych prosto z przecukrzonego kremu czekoladowego typu Nutella. Słodycz za jej sprawą wydawała się wręcz duszna, na pewno przesadzona. Obok czuć trochę cierpkiego kakao, acz gorzkości brak. Wpisywało się w wizję oleistego kremu czekoladowego. Miało też w sobie trochę z taniej, wanilinowo-cukrowo przesłodzonej polewy kakaowej. Orzechy laskowe czuć też jako po prostu prażone laskowce, zwłaszcza gdy wąchałam spód. Odciągały trochę uwagę od siły słodyczy. Żurawina i kwiaty nie odzywały się.

Dodatków zatopiono średnią ilość, na którą nie można narzekać. O ile żurawiny wtopiono w czekoladę porządnie, orzechy nadto wystawały. Trzymały się jednak nieźle, przynajmniej do momentu podziału. Dodały całości kruchości. Sama czekolada w dotyku wydała mi się pylista i tłusta zarazem.
Tabliczka była średnio twarda, a przy łamaniu wydawała z siebie średnio głośne chrupnięcia. Sprawiała wrażenie masywnej i kruchej zarazem. Dodatki całkiem nieźle trzymały się przy łamaniu, choć pojedyncze orzechy wyłamywały się z niej wtedy. Gdy odgryzałam kawałek, orzechy prawie zawsze odłamywały się. Wtedy też, sama baza wydawała się trochę pyliście skrzypiąca.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie szybko-średnim. Miękła i robiła się bardzo mazista, acz kształt zachowywała niemal do końca. Odnotowałam w niej lekką pylistość, acz jakby skrytą w gładkości. Była tłusta i trochę plastikowo-ulepkowata. Płatki chabru i żurawinę długo trzymała przy sobie, jednak orzechy łatwo się od niej odłączały, pokryte odrobinką mazistej czekolady.
Orzechy czy to gryzione wcześniej, obok czekolady, czy na koniec były bardzo chrupiące i w porywach kruche. Wszystkie były duże, całe i pozbawione skórek.
Żurawiny dodano całe, średniej wielkości kulki i trochę połówek oraz małych, skórkowych kawałków. Żurawina gryziona wcześniej jawiła się jako twardsza i mniej soczysta, zaś na koniec bardziej soczysta. Wciąż twardawa, ale właśnie w soczystszy sposób. Co nie znaczy, że była bardzo soczysta. Miąższysta owszem. Jej skórki, których parę pojawiło się jakby samych, trzeszczały.
Chaber nasiąkał dość szybko, ale wcześniej ukrywał się w czekoladzie, zaznaczał swoją obecność dopiero na koniec. Był niczym płatki kwiatów z herbaty, do której je dodano.
Zdecydowanie wolałam gryźć dodatki na koniec. Raz, że czekolada przy gryzionych dodatkach wydawała się bardziej plastikowa, a dwa, że żurawina na koniec wychodziła lepiej.

W smaku pierwszy odezwał się przesłodzony krem a'la Nutella. Czekoladowo-orzechowe smarowidło zaraz okazało się nieco bardziej kakaowe, acz nie gorzkie czy wytrawne.

Delikatna cierpkość nie zdążyła się na dobre zaznaczyć, a już o uwagę dopraszała się słodycz. Wyszła wręcz dusznie, jak się okazało, od ciężkiej wanilinowej nuty, którą wsparł cukier. Gorzkości nie uświadczyłam, taka bardziej niby gorzkawość jakby się w tle kryła, ale bała do kompozycji wtrącić. Zalatywało to tanią polewą kakaową.

Orzechowy motyw wydawał się pochodzić z aromatu, a w dodatku ogół miał w sobie tanio-sztuczne akcenty, choć nie było to okrutnie jednoznaczne. To słodycz wydawała się złym gliną kompozycji, nasilając się do napastliwego poziomu.

Co jakiś czas, w kęsach z orzechami lub chociaż z ich pobliża, sztuczność, nutę aromatu, nieco przygłuszały naturalniejsze orzechy laskowe. Nie musiałam ich gryźć, by je poczuć. Próbowały też trochę wygłaskać słodycz.

Kiedy spróbowałam samej czekolady, bez dodatków, okazała się przesiąknięta orzechami częściowo. Wyraźnie czułam prażone orzechy laskowe w kęsach z ich okolicy. Jednocześnie sztuczność wydawała się nieco niższa. Gdy zaś spróbowałam samej czekolady tak po prostu, motyw laskowców był w niej wątły i przybierał wydźwięk aromatu orzechowego prosto z taniego kremu orzechowo-czekoladowego. Sama czekolada zasładzała szybko i okrutnie.
Żurawina i kwiaty nie wpływały na smak samej bazy, a i niegryzione specjalnie się nie zdradzały. 

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok czekolady, czekolada wydawała się jeszcze bardziej tanio-plastikowo wanilinowo-nutellowa. Wtedy orzechy nie uderzyły tak mocno, jak mogłyby. Dały z siebie może 50%,serwując trochę prażone-słodkiego smaku.
Gryziona obok czekolady żurawina wyszła kwaśno-słodko i odciągała uwagę od czekolady, ale nie od plastikowości.
Gryzione wcześniej kwiaty nie wnosiły nic.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz porządnie już dawała w kość, nie zmieniając swojego dusznego, cukrowo-wanilinowego tonu. Myśl o kremie typu Nutella osłabła jednak. Została jednak smakowa tłustość - oleistość? - takiego smarowidła. Acz wtedy także dodatki, zwłaszcza laskowce, zaczęły się nieśmiało wtrącać. Naprawdę nieśmiało, ale jednak. I chyba na zasadzie kontrastu jeszcze podkręcały słodycz bazy.

Czasem przemknął słodki czerwony owoc (żurawiną), czasem prażony orzech laskowy. W gardle czułam drapanie, a baza jeszcze bardziej łagodniała. O gorzkości nie było mowy, przemknęła mi za to oleista, może nieco margarynowa nutka oraz drobna aluzja do śmietanki. Acz delikatny wątek kakaowy czuć... jakby próbował uczepić się desperacko orzechów.

Orzechy gryzonie na koniec okazały się wyraziste. Uraczyły mnie pełnią swego naturalnie słodkiego, prażonego smaku.
Żurawina końcowo serwowała mieszankę słodyczy i kwaśności. Raz to słodycz nieco wygrywała, raz lekko soczysta kwaśność.
Chaber wnosił akcent łagodnie kwiatowy, kojarzący się z efektem, jaki serwują infuzowane kwiatami herbaty.
W zestawieniu, orzechy i żurawiną zagłuszały płatki kwiatów. Między sobą starały się wychodzić równo, acz wiele zależało od wielkości żurawiny lub jej kawałka. Przy kawałkach żurawiny zdecydowanie dominowały orzechy.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a dokładniej słodkich, prażonych orzechów laskowych lub kwaśnej, soczystej żurawiny. Czekolada stała za nimi jako wyraźna cierpkość prostego, palonego kakao, może polewy kakaowej, oraz - i tak - przesłodzenie w dusznym stylu. Trochę czuć przearomatyzowanie.
Dodatki wyszły w porządku, ale baza smutno kiepska. Kakao ledwie się zaznaczało, gorzkości brak, a słodycz męczyła. Upodobniła się przez większość czasu do kremu typu Nutella, ale i wanilina miała w niej duży udział. Rozumiem jednak, że niektórym to skojarzenie może się podobać.
Połączenie orzechów laskowych i żurawiny przyjemne, w zasadzie niespotykane, acz kwiaty raczej tylko dla efektu wizualnego, bo w smaku niewiele wniosły. 
W górach to-to jako tako pracowało, w domu męczyło wydźwiękiem i słodyczą, ale dało się skończyć dzięki dobrym dodatkom.


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: chyba 10 zł
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, całe prażone orzechy laskowe 10%, słodzone suszone żurawiny 10%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, kwiaty chabra bławatka 0,2%, emulgator: lecytyna sojowa; aromat: wanilina

sobota, 18 kwietnia 2026

Cauma Cacao Singular Mana Philippines 78 % ciemna z Filipin

Kakao Mana teoretycznie  jest mi znane, bo jadłam już czekolady z niego, ale nie powiem, bym w ciemno umiała natychmiast je scharakteryzować. W ogóle żeby dokładnie powiedzieć, czym jest, musiałam aż zgooglać, by sobie odświeżyć. To blend 5 wybranych odmian trinitario, uprawianych w regionie Davao. Mimo że kakao z Filipin nie robi na mnie wielkiego wrażenia, ta tabliczka mnie skusiła... W zasadzie skusiło mnie opakowanie i nieznana marka, a akurat ta czekolada była dostępna w sprzedaży. Opakowanie wydało mi się niesamowite, liczyłam, że i wnętrze będzie wyjątkowe. 
O marce za to nie wiedziałam kompletnie nic, więc zaczęłam googlać, by się czegoś dowiedzieć. Cauma, marka z Hiszpanii, to projekt rodziny Delgado-Ricart, czwartego pokolenia marki Trufas Martinez, która od ubiegłego stulecia specjalizuje się w truflach i jakiś rurkach "Cubanitos". Ponoć zajmują się tradycyjnym walenckim procesem produkcji czekolady, co mówiło mi tyle, co nic. Nie słyszałam o jakiś specyficznych walenckich czekoladach Google podpowiada, że Walencja słynie z "dobrych czekoladek, np. Valor". Ja znalazłam markę trufli Trufas Marinez , która właśnie jest na opakowaniu dziś przedstawianej tabliczki.

Cauma Cacao by Trufas Marinez Singular Mana Philippines 78 % to ciemna czekolada o zawartości 78% kakao trinitario Mana z Filipin, z regionu Davao.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny, słodki zapach kwiatów i jakby trochę ciastowy. Ciasta wypieczonego leciutko, jasnego i na pewno z owocami. Pomyślałam o cieście ze słodkimi jabłkami, przy którym plącze się nieoczywista nutka czerwonych owoców. Odnotowałam w tym kwasek, acz jakby osiadły w słodyczy. Kwiaty sugerowały rześkość i lekkość, ale nie mogę powiedzieć, by była to bardzo lekka kompozycja. W tle za to doszukałam się łagodnych, tłustych orzechów - mieszanki makadamii i nerkowców? Jako naturalny, jasny krem orzechowy?

Tabliczka, która trafiła do mnie w nieco opłakanym, połamanym stanie, w dotyku wydawała się zarówno sucho-pylista, jak i kremowa. Była bardzo twarda w kamienny sposób, a także trzaskała bardzo głośno i głucho podczas łamania. Przekrój sugerował ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli. Od razu dała się poznać jako szorstka, acz po pierwszych sekundach, początkowo starała się być kremową. O tym jednak zapominała dość szybko i szła w lekko mazistym, nietłustym kierunku, eksponując proszkowość. A ta przechodziła w ziarnistość. Długo, niemal do końca zachowywała zbity kształt oraz pewną twardawość. Chwilami było w niej coś nawet suchego, ale potem nadeszła wodnistość. Kremowość nieśmiało próbowała się pokazać, ale odpadała w wodniście-soczystym rozpuszczaniu się.

W smaku przywitała mnie słodycz. Łagodna, acz znacząca. Po prostu szybko okazało się, że czekolada wybrała sobie ogólnie łagodny klimat.

Słodycz na tej słodkiej płaszczyźnie za to początkowo dominowała na pewno, mimo że nie była wysoka. Po prostu kwiaty, które ją budowały, wiele znaczyły. A mowa tu o kwiatach jakby wilgotnych, białych - pomyślałam o jaśminie, jaśminowcu. Zaraz podkradł się do niego akcent jasnego miodu.

Miodu? Miód podchwycił kwiatowość i zrobiło się rześko. Rześko na tyle, że miód zmienił się w melona miodowego.

Do słodyczy dołączyła maślaność. Też łagodna, należąca z kolei do jasnego, nie za słodkiego wypieku. Oczami wyobraźni zobaczyłam ciasto, dokładniej tartę, z owocami... chyba jabłkami. Niby słodkimi, ale zdradzającymi kwasek. Słodycz tego niby rosła bardzo delikatnie, ale zdradzała dosadny charakter. Jakby tartę posypano przesadną ilością cukru pudru.
Obok odnotowałam nawet jakby wręcz mleczną sugestię. Przemknęła też ledwo uchwytna myśl o odrywaniu papieru do pieczenia z ciasta, w którym się piekło.

Hen, daleko w tle przemknęła subtelna gorzkość. Ta przejawiała nieco dymne skłonności, a ja pomyślałam o dymno-wędzonej herbacie, Lapsang souchong. Trochę gubiła się i czasem chowała zupełnie. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszły mi jeszcze kwiatowe, jakby kwiatowo-herbaciane kadzidła, nie herbata sama w sobie. Czułam się, jakbym wyjmowała kadzidełko patyczkowe z kartonika i papierka.
Słodycz, jaka się przy nich znalazła, wydała mi się skrywać pewną ostrość intensywnie słodkich kwiatów, ale też była w niej pewna ordynarność (białego cukru?).

Przy cieście z jabłkami raz po raz pokazywały się przebłyski jakiś czerwonych owoców... wiśni bardzo dojrzałych i słodko-cierpkich? Tylko że musiały i one znaleźć się w czymś słodkim, bo zostały mocno wygłaskane. Ciasto z jabłkami na moment zmieniło się w ciasto z pojedynczymi wiśniami, takie tylko z wiśniową nutą. A potem ciasto-placek owocowy zrobił się niejednoznaczny w kwestii owoców, za to na pewno posypany cukrem pudrem. Słodki, lekko kwaskawy i... odległy. Kwasek - teraz bardziej czerwono owocowy - próbował pobrzmiewać, ale naprawdę delikatnie to wychodziło. Słodycz ogólna zajęła średni poziom, ale i tak wydawała się najmocniejszym wątkiem kompozycji. Do głowy przyszły mi kruche ciastka obtoczone / posypane cukrem, które może i ogólnie nie są ogólnie za słodkie, ale są jawnie cukrowe.

Pojawiła się nieśmiała, orzechowa nutka. Orzechów bardzo łagodnych; powiedziałabym, że zmielonych razem na naturalny krem makadamia i nerkowców, z przewagą tych pierwszych. To było wręcz coś orzechowego... Może jasny, niedopieczony orzechowy spód do ciasta? Czasem do już wspomnianych dołączało jeszcze trochę laskowych.

Przy orzechach doszukałam się nuty pergaminu, papieru (ciekawe, czy czekolada nie przesiąkła tym, w który była owinięta?). Poprzez nią, do ogólnie łagodnej kompozycji, zakradła się pikanteria.

Pikanteria splotła się ze słodyczą, która nagle wydała mi się drapiąca niczym ostry, pikantnawy miód i równie ostre kwiaty. Pomyślałam o mocno kwiatowym, jasnym miodzie, ale właśnie i kumulacji kwiatów, które wcześniej jakby cały czas się nieco powstrzymywały.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego wypieku - chyba tarty - z owocami: jabłkami i czerwonymi, słodkimi, ale z kwaskiem, posypanej cukrem pudrem, a także kwiatów. Te, choć cechowała je znacząca, rześka słodycz, miały w sobie też coś pikantniejszego. Czasem wyłaniała się orzechowość. Do kwiatów dołączył miód, ale znów bardziej jako miodowo smakujący, rześki melon. Do tego na języku osiadła jakby taka najprostsza, najzwyklejsza cukrowość - nie silna, ale niepasująca do szlachetnej czekolady.

Czekolada niby była w porządku, ale dla mnie za łagodna. I to łagodna na tyle, że aż nie mogłam uwierzyć w te 78% kakao. Łagodna, nieprzesadzona słodycz była w tej kompozycji główną gwiazdą. Niestety przez brak charakternego towarzystwa, przeszkadzał mi jej prosty (wręcz tandetny?) ton. Skład sprawdziłam dopiero w trakcie degustacji i bez zdziwienia zobaczyłam biały cukier (jakoś mi to umknęło przy zamawianiu). Kwasek wystąpił jako przebłyski jabłek i chyba wiśni, a gorzkość w zasadzie jawiła się jako wręcz sugestywna. Kwiatowo-herbaciany dym, kadzidła? Coś takiego jedynie się przewinęło. Motyw jasnego ciasta, orzechowego spodu i kwiatów pilnował, by było spokojnie i łagodnie, a w zasadzie tylko na końcówce z miodu i kwiatów wyrwała się nawet pewna namiastka pikanterii. Brakowało mi tu czegoś charakterniejszego. Konsystencja też mnie nie przekonała - taka suchawa i wodnista. Długo się zastanawiałam, czy nie wystawić jej 6, ale no nie... za nic nie zasłużyła.

Jabłka i coś orzechowego, też pewną pikanterię, ale ogólnie w bardziej kwaśnym wydaniu, czułam w Auro Chocolate Regalo Philippine Origin 85 % Reserve 2018.
Kwiaty, przyprawy i owoce - ale o wiele więcej - złagodzone mlecznym wątkiem Chef Kankel Bean to Bar Philippines 75 % Cacao Craft Chocolate kojarzyły się na wydźwięk z dziś prezentowaną.


ocena: 6/10
cena: €11 (za 65g; około 47 zł)
kaloryczność: 460,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 17 kwietnia 2026

krem 4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural

Ostatnio coś bardzo, bardzo chodzą za mną kremy 100% z orzechów laskowych, ale nie mogę w pełni szczerze powiedzieć, że akurat ten. W ogóle to ten krem 4ProActive zostawiłam na koniec przygody z ich produktami, bo... bo tak wyszło? Zamawiając myślałam, że to pasta bezpieczna, jednak po dwóch z daktylami, zaczęłam być nieufna. Dzięki 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural odzyskałam jednak wiarę. Wciąż nie oznaczało to, że byłam hiperoptymistyczna. Coś mi mówiło, że mam przed sobą zwykły, smaczny, bo smaczny, ale nie taki, co się o stanie się mym ulubieńcem, krem z laskowców.

4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych orzechów laskowych.

Po zerwaniu wieczka poczułam intensywny zapach znacząco, ale nie przesadnie prażonych orzechów laskowych o stonowanie słodkim charakterze. W zasadzie wydał mi się wręcz słodkawo-neutralny, a do tego przepleciony szlachetną goryczką. Po uporaniu się z olejem, wszystko to wydało mi się minimalnie bardziej wyważone, ale w zasadzie prawie takie samo.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się mała jak na kremy z laskowców ilość oleju. Zlałam niecałe 4 łyżeczki, a summa summarum wymieszałam 2,5 łyżeczki (jadłam w dwóch podejściach: od razu wymieszałam 1,5 łyżeczki; 37g dodałam do ciasta i do tego, co zostało, czyli 79g kremu dodałam łyżeczkę). 
Krem choć niżej dość suchy, nie był zbity. Nie wydawał się też wyschnięty, a po prostu... suchy. Pochłaniał olej z łatwością, ale nie przybierał na kremowości jakoś szczególnie. Wciąż wydawał się jakiś suchawy. Wydawał się - słowo klucz, bo czuć jego tłustość. Wydawało się, że wchłonie każdą ilość oleju i nie będzie miał dość. Mało tego: i i tak nie wyjdzie kremowo. Ogólnie już na pierwszy rzut oka widać, że to krem bardzo miazgowy, albo wręcz crunchy, bo jakby składający się ze zlepionych drobinek. Ciągnął się, chwaląc się gęstością.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i drobinkowa miazgowość kremu. Rozpływał się w tempie średnim, pokazując się z dość sytej, ale nie ciężkiej strony. Czuć w nim oleistą, wysoką tłustość. W porywach jakby starał się zdobyć na trochę kremowości, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Z każdą chwilą wydawał się coraz bardziej chrupkawo-miękko-luźny, nieco żujny i jakby zlepiony z drobinek do gryzienia. Rozchodził się łatwo, a drobinki aż się prosiły, by je gryźć. Kiedy pogryzłam masę, słychać chrupnięcia i trzeszczenie. Drobinki gryzione na końcu dodały lekkiej chrupkości, acz bardziej trzeszczały niż chrupały; realnie chrupały w porywach. Zostawało ich naprawdę sporo.
To krem do ciągłego gryzienia, podgryzania i ciamkania. Brakowało mi w nim kremowości. Mimo że realnie był tłusty, zostawiał po rozpuszczeniu się suche wrażenie w ustach.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka słodycz orzechów laskowych. Przeplótł ją łagodny, niemal neutralny motyw.

Neutralność ta zaraz okazała się oleiście-maślanym wątkiem. Pozwolił on słodyczy na wzrost i gdy tak szła pewnie przed siebie, doskoczyło do niej prażenie. Prażenie wyraziste, bardzo w tej kompozycji znaczące, ale nie za mocne.

Podkręciło słodycz do poziomu dość wysokiego, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach w tle przemknęła goryczka. Goryczka szlachetna, należąca do skórek orzechów. Stanęła jakby obok słodyczy i neutralności, niespecjalnie angażując się w występ pozostałych nut.

I... zniknęła? Zatonęła w wątku bardziej maślanym, który to z nieprzesadzoną, ale wysoką słodyczą i prażeniem przełożył się na skojarzenie z jakimiś pralinowo-karmelowymi słodkościami, może nadzieniem czekoladek w stylu "orzech&feuilletine" (francuskie karmelizowane jakby "wafelki") lub coś podobnego.

Goryczka orzechowych skórek pobrzmiewała jako echo... bardzo delikatne, ale jednak. Słodycz osiadła na średnio-wysokawym poziomie, a prażenie... zgubiło się? Końcówka to jakby maślano-oleiste złagodzenie, wyciszenie.

Gryzione kawałki i drobinki okazały się harmonijną kontynuacją smaku. Okazały się słodkimi, prażonymi i zarazem łagodnymi laskowcami, w których sporadycznie przemyka echo skórki.

Po zjedzeniu został posmak słodko-maślany, z delikatnie zaznaczonym nieoczywistym, prażonym akcentem. W głowie siedziała mi myśl o słodko-orzechowym nadzieniu np. czekoladek.

Krem był smaczny, ale nie zachwycił mnie. Nie przekonała mnie konsystencja - taka do ciągłego gryzienia. Brakowało mi w nim kremowości. Do tego to dziwne pochłanianie oleju, a jednocześnie nie przybieranie na kremowości... Przez tę konsystencję aż się zastanawiałam, czy nie wystawić 7, ale w końcu uznałam, że smak nadrobił. Smak za to przyjemnie nie za słodki, lekko szlachetnie gorzki za sprawą skórek. Maślana neutralność przyjemnie je wyważyła. Cieszę się też, że choć prażenie było wyraziste, nie było za mocne. Jak dla mnie mogłoby być w ogóle słabsze, ale i to w zasadzie pasowało.

Jako że znam o wiele lepsze kremy z orzechów laskowych, a strukturę tego odebrałam jako nieco męczącą, uznałam, że część, jaka mi została pójdzie do mojego autorskiego ciasta, stylizowanego na Kinder Bueno White. Pisałam o tym nieco więcej na Instagramie. 37g tego kremu dodałam do kremu ciasta, który oprócz tego składał się z 100g ugotowanej kaszy jaglanej (czyli 29g suchej), 58g stałej części mleczka kokosowego i 8g cukru trzcinowego. Podyktował przyjemnie orzechowy motyw, upodabniając krem do nadzienia Kinder Bueno w wersji znikomo słodkiej i szlachetnej. Nie zdominował jaglanej nuty, w ogóle się nie narzucał, ale nadal mu odpowiedni klimat, co mnie bardzo ucieszyło. Po tym, jak zblendowałam go z resztą składników, ta kawałkowa struktura prawie odeszła w niepamięć (prawie, bo jednak krem wyszedł lekko skrzypiąco, nie idealnie gładko), a zostały smakowe zalety. Właśnie taki krem, nie za słodki, a trochę gorzkawy od skórek, był mi potrzebny do ciasta. Zdecydowanie ten krem sprawdza się w tego typu kombinacjach. Jest odpowiednio wyrazisty.


 ocena: 8/10
cena: 15 zł (za 250 g)
kaloryczność: 674 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy laskowe

środa, 15 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees ciemna 60 % z żurawiną, sezamem, pestkami dyni i komosą ryżową

Ta tabliczka bardzo mnie zaintrygowała, bo rzadko spotyka się czekolady z ziarnami. A to wydaje się właśnie całkiem przyjemny sposób na pestki. Tych bowiem jakoś nie umiem jeść samych (a np. orzechy za to jak najbardziej). Kupując, myślałam, że może być naprawdę niespotykana i od razu pomyślałam, że musi wieńczyć wejście na jakieś wyższe miejsce w górach. Niestety, choć gdy tak szłam z Kopskego Sedla widoczność się poprawiła, kiedy wyszłam na Chata pri Zelenom plese, na niebie zaczęło zbierać się coraz więcej chmur, zasłaniających szczyty. Czekoladzie tej wymyśliłam sesję na Wielkiej Świstówce (w Polsce znanej jako Rakuska Czuba), ale zaczęłam obawiać się, że z widoków nici. Poniekąd miałam rację, bo nie było nic widać, a chmury odsłaniały widoki dosłownie na parę sekund co parę minut... Tak, uparłam się, by coś uchwycić i dość długo tam spędziłam. Czy tabliczka była tego warta? Potem zeszłam do parkingu Biela voda, mijając stację kolejki i Skalnaté pleso.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z żurawiną i prażonymi pestkami: dynią, sezamem i komosą ryżową / quinoa.

Po otwarciu rozszedł się palono gorzki i słodki za sprawą karmelizowania zapach. Wyraźnie czułam niemal wytrawny, prażony sezam, niedookreślony motyw orzechów i pestek oraz lekką soczystość czerwonych owoców. Do głowy przyszedł mi likier... trochę palono kawowy? Kawowo-kokosowy? Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasilił się znacząco motyw owoców tak, że w sumie można rozpoznać żurawinę.

Tabliczka trzaskała średnio głośno podczas łamania, mimo że była bardzo twarda. Przekrój ujawnił sporo drobnych rozmaitości. Ogólnie dodatków znalazło się w niej tak wiele, że aż trudno zrobić kęsa bez nich - w domu, by się w nią wczuć, uważanie spiłowałam z brzegu trochę czekolady nożem.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jawiąc się jako maślano kremowa i gęsta. Odebrałam ją jako zbitą i uparcie zachowującą kształt. Mocno trzymała przy tym dodatki. Wydaje mi się, że miejscami wystąpiły w formie zlepko-grudek, ale w większości raczej osobno. Żadne z nich nie wydawało się specjalnie karmelizowane, acz z rzadka coś cukrowego się z nich nieco rozpuszczało. Gdy tak ją jadłam, raz po raz wracało wrażenie, że jest nazbyt mocno najeżona. Ze względu na to, jak dodatki trzymały się czekolady, wolałam zostawiać je na koniec. Gryzione wcześniej żurawina i komosa były nieco twardsze, acz nie mocno. Wszystkie okazały się bardzo małe. Sezam i dynia z kolei cały czas zachowywały się tak samo.
Ilość i wielkość dodatków jakby dopraszały się o gryzienie wcześniej, acz ja i tak głównie zostawiałam je już na koniec.
Dodatki gryzione na koniec były średnio wyrazistsze w kwestii tego, czym właściwie były. Pestki dyni mocno posiekano. One i sezam trochę się do siebie upodobniały. Były trzeszcząco-miękkawe, ale nie miękkie. Drobinki żurawiny to jędrno-soczyste kawałeczki, skórki i pojedyncze pesteczki o lepkawo-miękkiej, ale dość zwartej strukturze. Sezam trzeszczał. Malutkie kulki komosy ryżowej przeważnie były bardzo twarde i chrupiące, kojarzyły mi się z pełnymi chrupkami zbożowymi. Nieliczne nasiąkały i szły w papkowatym kierunku.
Dominowała komosa, potem żurawina. Sezamu było trochę, dyni miałam wrażenie, że mało.

W smaku pierwsza ruszyła odważna słodycz, w której wiele do powiedzenia miał karmel i konkretnie motyw karmelizowania.

Gorzkość snuła się za słodyczą i nawet nie próbowała jej dorównać. Miała nieco palony wydźwięk i zwłaszcza na początku kojarzyła się z kawą. Potem wiele zależało od układu dodatków i rozkładu sił wśród nich.

Czasem żurawina dość szybko zdradzała swoją obecność subtelnym splotem kwasku i słodyczy, czasem prawie nic się nie odzywało. Sporadycznie przewijał się mocniejszy akcent karmelizowana - obstawiam, że od nich.

Gorzkość, z nadrzędną słodyczą wszędzie wokół, zaserwowała nieco likierowy wydźwięk. Kawowo-jakiś, niedookreślony. Może kawowo-kokosowy? Na pewno palony, co żurawina pobrzmiewająca w tle jeszcze podkreślała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok gorzkawości stanął jeszcze motyw maślany. Czasem oleiście-wytrawniejszy, jakby oleju sezamowego? Rzadko jednak.

Gdy spróbowałam odrobinkę czekolady osobno z paru różnych miejsc, wydała mi się lekko przesiąknięta dodatkami, a dokładniej motywem karmelizowania i ziaren.

Ogólnie z czasem czuć w niej też motyw pestek, niezbyt konkretny, ale jednak. Czasem mocniej przemknął sezam, bardzo rzadko akcent zbożowo-kartonowy. Przy mieszaninie tego wszystkiego raz po raz odnotowywałam też aluzje do  kokosa w samej bazie.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki obok, czuć je. Sama baza starała się wtedy jawić jako bardziej gorzkawa-cierpka, palona, ale ogólnie wydawała się prostsza, bliska plastikowej. Dodatki zaś... Wychodziły różnie wyraziście. Sezam w miarę się przebijał, dynia niezbyt, komosa wydawała się nijaka. Żurawina przebijała wszystko kwaśnością.

Końcowo czekolada robiła się bardzo maślana, ale nie zapomniała o palonej, teraz już wręcz cierpkiej, nucie. Słodycz trochę za bardzo sobie pozwalała, ale nie czułam mocnego przesłodzenia.

Dodatki gryzione na koniec wyszły lepiej, bo smakowały sobą, a słodka baza im nie przeszkadzała. I tak jednak zazwyczaj czułam niedookreślony miks. Tylko co jakiś czas coś odzywało się wyraźnie. Przeważnie smak czy to dyni, czy sezamu czy komosy przemknął i mieszał się z resztą.
Niewątpliwie jednak żurawina trzymała się raczej kwaśności, ale i słodycz w niej czuć.
Pestki czasem smakowały sobą, czyli dynią, ale ogólnie były bardzo nieśmiałe. Zupełnie zapomniały o karmelizowaniu. Sezamowi lepiej szło wyskakiwanie z tego tłumu, ze względu na swój prażony, wyrazistszy i wytrawniejszy to. Najwyraźniej wyszedł właśnie wytrawny, prażony sezam, potem dynia, a tuż za nią końcu komosa ryżowa. Ta przypominała nijakie chrupki zbożowe, ryżowe - jakiekolwiek - o dość neutralnym smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków w różnych układach, a także echo cierpkiej i jednocześnie przesłodzonej czekolady. W zestawieniu z dodatkami jawiła się jako trochę likierowa. Dodatki utrzymywały się czasem na równych prawach, czasem któryś dominował. Kwaskawa żurawina nie miała z tym problemu. Sezamowi czasem udawało się wyłonić, dyni rzadziej. Komosa odpuszczała. 

Czekolada mnie trochę rozczarowała, bo pestki dyni i sezam mogłyby wyjść naprawdę charakternie, gdyby dyni tak nie posiekano, a sezamu dodano więcej. Po prostu, tylko tyle i aż tyle. Żurawina była podrobiona tak bardzo, że dawno takiej nie widziałam. Też niepotrzebnie. Komosa to dodatek zbędny, nudny, bo nic nie wnosił. Wyszedł z tego śmietnik dodatków bez wyraźnego charakteru. Sama baza po prostu w porządku - właśnie przydałyby się jej lepsze dodatki. Dużo tu gryzienia, gryzienia, ciamkania, ciamkania i tyle... Można zjeść, ale kompletnie bez emocji.
Na podobną dolegliwość cierpiała Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina 6%, mieszanka pestek 3% [karmelizowane pestki dyni i komosy ryżowej (pestki dyni, komosa ryżowa, cukier), sezam], tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

wtorek, 14 kwietnia 2026

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer ciemna 52 % z truskawkami i pieprzem

Połączenie truskawek i pieprzu jest według mnie nieoczywiste, ale w sumie nie kontrowersyjne. Na dziś przedstawianą czekoladę jednak wcale się jakoś szczególnie nie nakręciłam, bo Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper bardzo dobre zapadła mi w pamięć. Podlinkowana niby nie była zła, ale dobra też nie. Kupując dziś przedstawianą, do Meybony byłam nastawiona neutralnie. Dopiero już ją mając, brałam się za coraz kolejne i wtedy moje zaufanie do marki rosło. Czekoladę wzięłam ze sobą oczywiście w góry. Nie wiem, dlaczego to ją otworzyłam pierwszą... Podświadomie jednak w nią wątpiłam, że nie zachowałam jej na najwyższy punkt wyprawy na Wielką Świstówkę? Nie wiem. Jej wybrałam niższe, ale piękne miejsce: Kopske Sedlo, do którego doszłam z parkingu Biela Voda żółtym, a potem niebieskim szlakiem. Było jednak tyle chmur, że musiałam trochę poczekać na widoki. I... jednak się trochę cofnąć, by mieć lepsze ujęcia szczytów.

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z liofilizowanymi truskawkami i czarnym pieprzem.

Po otwarciu przywitał mnie wyrazisty zapach truskawek i palonego karmelu. Truskawki szły w trochę przecierowym, słodkim, ale jednocześnie lekko kwaskawym kierunku. Sama czekolada wydawała się palona nie tylko za sprawą karmelu, ale też ogólnie. W tle przemykała nieśmiała ziemistość, lecz gorzką trudno ją nazwać. Miała ciepło słodki charakter, acz fakt, że też nie była to słodycz bardzo wysoka. Jakakolwiek pieprzność czy ostrość nie dawały znaku życia.

Już na spodzie widać ogrom kawałków dodatku.
Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie tłustawej i bardzo twardej. Przy łamaniu trzaskała spodziewanie głośno, niemal kamiennie i trochę krucho. W przekroju pokazały się średnie i małe kawałki truskawek, które widać już na spodzie. Osiadły właśnie bliżej niego.
W ustach czekolada rozpływała się długo. Początkowo wręcz opornie, z każdą chwilą jednak coraz bardziej tłusto i wręcz ślisko. Zachowywała kształt i znikała trochę wodniście. Dodatki wyłaniały się z niej niezbyt chętnie i jakby trochę poganiały ją ze znikaniem. Mogłabym się założyć, że dodano ich o wiele więcej niż te 2,5%. Zrobienie kęsa tak, by chociaż nie zahaczyć o truskawki, graniczyło z cudem. 
Truskawki miękły i dodawały soczystości. Odrobinkę, częściowo jakby też się rozpuszczało, ale dużo ich i tak zostawało. Robiły się coraz soczyście wilgotniejsze i miękkie. Bardzo trudno uchwycić było drobinki pieprzu - świetnie ukrywały się wśród truskawkowych pesteczek. Zdecydowanie wolałam gryźć truskawki na koniec, ale z ciekawości ze dwa razy pogryzłam też wcześniej, obok czekolady. Wtedy były nieco suchsze, niektóre bardziej jędrne i trzeszcząco-skrzypiące.
Truskawki wystąpiły w różnej formie: sucho-kruchych kostek, które nawet na koniec potrafiły skrzypieć i trzeszczeć, twardszych i długo zachowujących suchość kawałków, śliskich farfocli i gąbczasto-miękkich kawałków. Wśród nich sporadycznie trafiały się pestki. Te dodały chrupkości. Dosłownie parę razy odnotowałam rozgryzienie twardszej drobineczki pieprzu.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz, w której natychmiast zaznaczyły swoją obecność truskawki. Otuliły je wanilia i palony karmel. Truskawki lekko pobrzmiewały, a karmel zaczął znacząco rosnąć.

Przemknęła myśl o fuzji przecieru i dżemu truskawkowego, trochę z palono słodką nutą.

W słodkiej paloności, właśnie za sprawą karmelu, pojawiło się whisky. Mocno karmelowe, słodkie i dosadnie alkoholowe. Rozgrzewało.

Akcent truskawek wzbogacił słodycz o lekki, owocowy kwasek, co w połączeniu z alkoholem odległe zasugerowało cydr, acz nie czysto jabłkowy, a jabłkowo-truskawkowy. 
Motyw truskawkowy rozchodził się oczywiście od kawałków i nasilał wraz z tym, jak się wyłaniały, acz odniosłam wrażenie, że baza znacząco nimi przesiąkła.

Gdy z ciekawości odrobinkę spróbowałam samej czekolady, czułam wyraźnie w niej nutę truskawek. 
Kiedy z ciekawości pogryzłam truskawki obok czekolady, wcześniej, wydawały się a to mdławe, a to w porywach kwaśniejsze, a baza przy nich bardziej maślana i mniej pieprzna, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem whisky przybrała na pikantności i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się wyraźnie ostro-pieprznie. Pieprz wydobył z bazy palony motyw i znikomą gorzkość. Na moment chyba nawet ziemia się tam zaplątała.

Truskawkowa nuta przy pieprzu zdobyła się chwilowo na więcej soczystej kwaśności, jednak z czasem wróciła do słodyczy. Znów po głowie chodził mi przeciero-dżemik z palono karmelowym echem. Może i wanilia się znów pokazała? Słodycz przejawiała lekko syropowe zacięcie.
Truskawki rozbrzmiewały w różnym tempie i w różnym natężeniu. Czasem prawie wyprzedzały czekoladę, czasem stały na równi z nią. Zawsze jednak po pewnym czasie uspokajały się i łagodniały.

Pieprz starał się podkreślać gorzkość, acz ta ogólnie była bardzo niska. Ciepła paloność jednak bez wątpienia się pojawiła. Pieprz gryzł lekko w język i rozgrzewał, po czym znikał.

Także smak truskawkowy robił się coraz delikatniejszy, a czekolada zdecydowała się na bardziej słodkie, karmelowo słodsze i nieco maślane zakończenie.

Truskawki gryzione na koniec wyszły w dużej mierze słodko, w porywach kwaskawo. Nie miały problemu z przebiciem się przez posmak czekolady. Czuć, że to jakby pobrzmiewające przecierowo liofilizowane sztuki. Czasem wśród nich zaplątała się drobinka pieprzu, która chrupnięta, potrafiła porządnie przypiec w język i gardło - to jednak jakby w porozumieniu z truskawkową słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkich truskawek w towarzystwie palonego karmelu i lekkiej, wytrawniejszej nutki palonej. Przy truskawkach przewinęło się jeszcze jakby jabłko, a ja czułam też rozgrzanie na języku i w gardle jak po pieprznej whisky, ale nie pieprzu jako takiego.

Tabliczka pyszna, tylko że trochę za słodka. Z większą zawartością kakao (choćby 60%) miałaby maksymalną ocenę. To połączenie słodkich, lekko kwaskawych truskawek i ostro-rozgrzewającego, ale nie napastliwego pieprzu na czekoladowej arenie wyszło świetnie. Sama czekolada przybrała słodko-palony charakter, choć głównie słodka, to nie w męczący sposób. Taka słodycz w zasadzie dobrze odnalazła się z dodatkami. Baza i dodatki stanowiły tu zacne trio, współpracowały.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 20,93 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy nierafinowany, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, liofilizowane kawałki truskawek 2,5 %, pieprz czarny 0,5 %, naturalny aromat truskawkowy, wanilia Bourbon

niedziela, 12 kwietnia 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % ciemna surowa z Peru

Po Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % byłam w miarę pozytywnie nastawiona do pozostałych dwóch posiadanych tabliczek tej marki, mimo że miały mniej kakao, a tym samym więcej intensywnego cukru kokosowego. Tę na stronie określono jako "kompromis pomiędzy ciemną czekoladą i słodkim smakiem".

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach, na który złożyły się wyrywające się, mknące na przód nibsy kakaowe, trochę czerwonego wina oraz ogrom ciężkiej melasy i karmelu. Słodycz wydała mi się bardzo ciężka, mimo że kryła się w niej też nie taka znowuż słaba rześkość. Specyficzna, jakby karmelowo-kwiatowa - cukier kokosowy da się od razu rozpoznać. Miał dominujące zapędy, mimo że i sama czekolada wykazywała się wyrazistością. Umiejętnie przejęła tę karmelowość, wtłaczając ją w mocno kawowe - niczym karmelowa czarna kawa - realia. W dodatku przy nibsach wyłoniła się lekka, wilgotna ziemistość. I chyba nawet odnotowałam leciuteńki, przebłysk ciemno owocowego dżemu.

Tabliczka była tłusta i twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i głucho, obiecując, że jest pełna i masywna.
W ustach rozpływała się powoli, długo zachowując kształt i do pewnego stopnia pewną twardość. Po chwili roztaczała tłustość, która rosła już do końca. Była wysoka, mimo że z czasem pojawiła się też leciutka pylistość, którą w zasadzie można by przeoczyć oraz znikoma soczystość. Ta jawiła się jako nieco taninowa. Końcowo zaś wyraźnie ściągała.
Na całą tabliczkę trafiło mi się kilka kryształków nierozpuszczonego cukru i parę drobinek niedomielonego kakao.

W smaku pierwszy przemknął dym, acz zaraz dogoniła go słodycz palonego karmelu. Ta może i startowała ze średnio wysokiego poziomu, ale od razu miała władcze zapędy.

Dosadny karmel nie czekał, by zmienić się w ciężką melasę. Melasa zajęła pierwszy plan, a jej słodka, palona ciężkość próbowała ukryć... wodnistość? W niej osiadła specyficzna, karmelowa rześkość cukru kokosowego. Czuć go wyraźnie w bezkresnej melasowości. Rześkość ta z czasem wydobyła kwiatowy motyw. Motyw kwiatów mokrych, zawilgoconych w wazonach w chłodnej kwiaciarni? Sporo wody się tam przewinęło. Ogólna słodycz rosła bez zahamowań.

Gorzkość dymu trochę leniwie, ale konsekwentnie też rosła. Dym zaczął przechodzić w soczyście-wilgotne nibsy kakaowe. Palony wątek z czasem w dużej mierze jakby odciął się od gorzkości, przechodząc raczej do słodyczy.

Nie jednak zupełnie. Oto poczułam czarną kawę... mocno osładzaną palonym karmelem. Paloność zdecydowanie wróciła do gorzkości za sprawą słodyczy, która tylko chwilami pozwalała innym nutom wyrwać się spod jej dominacji.

Kawa z palonym, niemal odymionym karmelem, mimo słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przejawiała cierpkawe skłonności. To była prawdziwa czarna siekiera, mimo że sowicie dosłodzona.

W zasadzie... nibso-kawa. Mieszanka soczystych nibsów kakaowych i ziarnistej kawy dopełniła ogólną ciężkość. Raz po raz przemknęła mi w ich splocie wilgotna, czarna ziemia. Bardzo mokra, taka wystawiona na kilkudniowy deszcz.

Za złudnie prawie kwasową czarną kawą odnotowałam owocowe echo. Pomyślałam o ciemnych... czarnych porzeczkach? Ich kwasek wsparła delikatna nuta cytrynowa. Ogólnie jednak owoce nie przełożyły się na silną kwaśność, raczej kwaskawość. Mimo że do ciemnych owoców podkradły się czerwone...

Ogólna słodycz zdążyła w tym czasie wzrosnąć do prawie wysokiego poziomu, ale przez jej władczy wydźwięk zdawała się tym wszystkim rządzić. Mimo że nie była naprawdę bardzo wysoka. Melasa wyróżniała się jeszcze bardziej poprzez kontrast do tych kwaskawych przebłysków.

Owoce, chyba trochę przez ciężkość, jaką melasa im narzuciła, zmieniły się w wytrawne czerwone i dość ciężkie wino. Wino, w którym, mimo tanin i cierpkości, można doszukać się drobnej kwiatowej rześkości?

Po zjedzeniu został posmak wina i jakby... malino-porzeczek? Niejednoznacznych owoców czarno-czerwonych zestawionych z melasą, która i na końcówce się rządziła. Palona, ciężka słodycz jednak nierozerwalnie wiązała się z kwiatowo-wodnistą, rześką nutą. Taką... chłodno-wodnistą?

Czekolada była smaczna, ale wyszła właśnie tak, jak się obawiałam. Melasowy w smaku cukier kokosowy za bardzo się rządził. Ta ciężka melasowość, palony karmel narzucał się wszystkim innymi nutom. Nibsy, ziemia i czarna kawa, trochę czarnych porzeczek, jakiś cytrusowy akcent i czerwone wino wyszły by lepiej przy łagodniej karmelowej słodyczy. Gorzkości bowiem nie brakowało. Kwasek raczej wręcz sugestywny, a słodycz... no właśnie że bardzo dosadna. Niestety do tego wszystkiego wkradała się też wodnistość. Aczkolwiek ogólny odbiór był całkiem przyjemny. 
Ogólnie wydała mi się mniej wodnista w smaku i mniej tłusto-wodnista, ogóle lepsza w strukturze niż Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 %, więc tym nadrabiała bardziej melasowy smak. Każda z nich ma inne wady i zalety, ocena koniec końców więc taka sama.
Dobrze, że sięgając po tę tabliczkę, nastawiłam się, że właśnie cukier kokosowy będzie grał tu ogromną rolę.


ocena: 8/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa

sobota, 11 kwietnia 2026

(Bio Planet) NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup

Nigdy nie miałam do czynienia z syropem daktylowym, bo wszelkie tego typu słodziła zwyczajnie do niczego nie są mi potrzebne. Miód czy syrop klonowy? To i owo dobrze jest poznać, ale w sumie też mogłyby dla mnie nie istnieć. No, miodu to naprawdę potrzebuję raz do roku. Ostatnio miałam do czynienia z 4ProActive Pastą daktylową, ale ta akurat okazała się kiepska. Parę lat temu nie pomyślałabym, że takie półprodukty w ogóle mnie zainteresują, ani że wciągnę się w wypiekami słodkości, ale stało się. Ok, w zasadzie ciast, bo ciastek nadal nie lubię, jednak... Raz na jakiś czas przychodzi mi i ciastka piec. Np. potrzebne mi były dobre korzenne do twarożków stylizowanych na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub. Pomyślałam, że najbardziej charakterne, nie słodkie, będą szwedzkie imbirowe (coś jak Annas Original Ginger Thins bardziej z 2015 niż z 2024; dobre). A do nich była potrzebna melasa. Tej w sklepach nie widziałam, zamawianie zaś wyszło by za drogo. Jako że znalazłam przepis, w którym było, że nada się do tego też syrop klonowy lub daktylowy, właśnie temu ostatniemu postanowiłam dać szansę, ze względu na niższą niż klonowy cenę. 

NaturaVena Syrop daktylowy / Date syrup to syrop w 100% z daktyli wyprodukowany dla Bio Planet.

Po odkręceniu i zerwaniu zabezpieczenia, poczułam intensywny, głęboko-ciężki zapach. Niewątpliwie był bardzo słodki i wyraźnie daktylowy, ale też nieco melasowo-karmelowy. Daktyle dominowały i wydawały się wręcz soczyste, ale pobrzmiewało przy nich iluzoryczne echo palonego cukru, a mi do głowy przyszło pekmez - melasa z owoców (ja jadłam np. Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree).

Konsystencja syropu przypominała trochę gęstszy miód. Niewątpliwie był płynny, ale też bardzo gęsty oraz klejący. Lany z łyżeczki tworzył coś na kształt stożka, podobnie jak kropla na płaskiej powierzchni przybierała postać powiedzmy-że-kulki, trochę jak miód, ale nie w pełni. Przy tym wszystkim jednak upewniałam się, że syrop jest gęstszy od miodu, a także w pełni płynny (nie skrystalizowany czy coś).
W ustach rozpływał się szybko, rzedł i zostawiał niemal sucho-cierpkawe wrażenie. Wydał mi się gęstszy od miodu, a jednak i pewne wodniste echo, trochę bardziej typowe dla syropów klonowych, mi w nim przemknęło pod koniec.

W smaku od razu poczułam słodycz, ale w pierwszej sekundzie czy nawet dwóch nie aż tak wysoką, jak się nastawiłam.

Słodycz zahaczyła o palony karmel, melasę - coś ciężkiego, mocniejszego i niewątpliwie dosadnego.

Jak już o dosadności mowa, nagle słodycz zaszarżowała. Stała się wysoka, bardzo wysoka. Wysoka i niemal przenikliwa, wszechobecna i bez dwóch zdań daktylowa. Daktyle o lekko karmelowo-melasowym, palonym echu skupiły na sobie całą uwagę i zasłodziły, ale bez drapania.

I nagle przemknął... kwasek? Soczystość świeżych albo suszonych wilgotnych daktyli przełamała nieco ciężkość słodyczy i zarazem jeszcze ją podkręciła.

Do głowy przyszedł mi daktylowy miód (abstrakcyjne wyobrażenie) i soczysta, owocowa melasa, po czym soczystość zatonęła w znów cięższej słodyczy. Daktyle wciąż czuć, ale jakby próbowały udawać melasowy miód. Wciąż nie czułam jednak drapania, jedynie lekkie pieczenie w język i gardło, charakterystyczne dla daktyli.

Po zjedzeniu został nieoczywiście daktylowy posmak, mieszający się z motywem palonej melasy, palonego cukru i coś karykaturalnie miodowego, a także niemal cierpkie, cierpko-zasładzająco-piekące wrażenie na języku.

Syrop był bardzo, bardzo dziwny. Nie przypominał ani miodu, ani syropu klonowego, ani melasy z owoców, a jednocześnie miał w sobie coś z każdego z nich. Przede wszystkim czuć daktyle, w pewnym momencie nawet ich soczystość, a choć był strasznie słodko, nie była to czysta, typowo przesładzająca słodycz, a coś o wiele cięższego i dosadnego. Bardzo ciekawe, smaczne, bo dość skomplikowane w odbiorze. Nie bardzo wiem, jak to ocenić, nie ukrywam.

Mama też spróbowała tego syropu i stwierdziła: "Ależ on dziwny. Ale dziwny w pozytywny sposób. Jak taki... dobry, ale specyficznie bardziej owocowy miód gryczany. Dobry, wyrazisty, ale w zasadzie trudno powiedzieć, do czego pasuje. Chyba do niewielu rzeczy. Do tych ciastek korzennych na pewno, ale do czego jeszcze?".

Jak pisałam, syrop był mi potrzebny do wypieku ciastek, a one do twarożku. 
Taki twarożek robiłam już wiele razy (pisałam o nim na Instagramie); ale pierwszy raz zrobiłam do niego ciastka.

Ciastka, choć niezbyt ładne, bo zwyczajnie trudne w formowaniu (no i nie widziałam sensu w staraniu się, skoro potrzebne mi były do pokruszenia na kawałki), okazały się pyszne. Niewątpliwie wiele zawdzięczały syropowi, bo dzięki jego połączeniu z cukrem trzcinowym, miały charakternie karmelowy i ogólnie ciepły wydźwięk. Czuć ich szlachetność, a poziom słodyczy był przyjemnie niski. Ciastka miały wyrazisty charakter i idealnie twardą w pozytywny sposób strukturę. Chrupiące, kruche, ale nie sypiące się. W twarożku nie nasiąkały przesadnie, więc tym bardziej podobały mi się w nim. 
Parę z pierwszej tury mi się przypaliło, ale je przytuliła Mama. Bo jej posmakowały. Otóż lekko przypalone, nabrały innego, też ciekawego charakteru, a ku uciesze Mamy, korzenność w nich trochę przycichła. Mama, choć stwierdziła, że obecnie z ciastkami korzennymi i ogólnie z ciastkami domowymi jej nie po drodze, te określiła jako rewelacyjne. Miło!


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 14,99 zł (za 345g)
kaloryczność: 290 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: daktyle