Przygotowując posta pod recenzję, chciałam znaleźć tę czekoladę na stronie producenta. Jakież było moje zdziwienie gdy... trafiłam na problemy. Jakby czekoladę wycofano? Znalazłam za to jakąś "Special", też z Peru, ale z marną zawartością 70%. Marną w odniesieniu do posiadanej! Uf, wyglądało na to, że miałam szczęście z trafieniem na dziś przedstawianą. Ponoć zwą ją "el txakoli de los chocolates" ze względu na jej wyraźną i wyrazistą owocową kwasowość. Google mi z tym pomógł: chodzi o Txakoli wśród czekolad! Hm... dalej dość enigmatycznie. Po krótkim researchu okazało się, że Txakoli to lekkie, wytrawne, owocowe wino produkowane głównie w Kraju Basków w Hiszpanii, charakteryzujące się wysoką kwasowością, delikatnym musowaniem i niską zawartością alkoholu. Tabliczka ta dwukrotnie zdobyła brąz w w konkursie International Chocolate Awards 2018 i 2020 w kategorii europejskiej. Widać ta hiszpańska marka wiedziała, jak poradzić sobie z wysoce cenionym białym kakao Palo Blanco od producenta Cesar Vallejo. Nie ukrywam, że zrobiłam się jej bardzo, bardzo ciekawa
Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Nativo Blanco z Peru, z regionu miasta Chulucanas, z doliny Kilombero.
Po otwarciu rozbrzmiał słodki zapach kwiatów. Pomyślałam o jaśminie, mimo że kwiatowa nuta otoczona była pewnym ciepłem. Sugerowało kwiatom nawet suszoność, ale jaśmin uparł się na wizję ciepłego, letniego poranka. Suszona nuta nie opuszczała słodyczy i ujawniła się w rodzynkach. Z tym że też nie do końca suchych, bo w głowie siedziały mi słodkie rodzynki nasączono-zawilgocone, z czegoś, np. miodowej masy makowej, bardzo słodkiego sernika, ciasta. Za nimi przemykały jeszcze jakieś bardzo trudne do uchwycenia, dziwnie wręcz słodziutkie czerwone owoce. Motyw ciasta je przysłaniał, serwując jeszcze orzechowość, układającą się w migdałowe (z mąką migdałową) ciasto czekoladowe.
Niestety czekolada dotarła do mnie połamana, w kiepskim stanie. Tam jednak, gdzie już miałam okazję przełamać ją sama, trzaskała głośno niczym gałązki, z chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się trochę miękkawo-lepkawo, średnio wolno. Czuć w niej wręcz piaszczystość, ziarnistość, przekładające się na pewną suchość. Z czasem rozeszła się soczystość, która częściowo odciągała uwagę od jakby skrytej pylistości. Końcowo nawet trochę ściągała.
W smaku od początku czuć przede wszystkim słodkie białe kwiaty. Powiedziałabym, że jaśmin, choć nie był w 100% jednoznaczny, możliwe, że towarzyszyły mu jakieś inne kwiaty. Poczułam też ciepło.
Przez sekundę czy dwie ciepło próbowało zasugerować kwiatom ich suszone wersje, ale suszony motyw jednak popłynął w kierunku bardziej... herbacianym. Możliwe, że fusy czarnej herbaty urozmaiciły jakieś kwiaty, ale jaśmin uparł się na wydźwięk świeższy. Zbudował obraz krzewów mijanych letnim porankiem - i tu w powietrzu znalazło się ciepło.
Słodycz po paru chwilach naparła z nową siłą. Wciąż poniekąd trzymała się kwiatów, ale odnotowałam w niej też aż nieco karmelowo cukrowy ton. Kwiaty później trochę się wycofały.
W tym czasie trochę na boku rozwinął się i zabłysnął kwasek. Średnio silny, ale pilnujący, by słodycz nie przegięła za bardzo. Odciągał trochę od niej uwagę. W pierwszej chwili pomyślałam o cytrynie, ale... kwasek ten po chwili jakby osiadł w rodzynkach, decydując się na fuzję ze słodyczą. To sprawiło, że ani słodycz, ani kwaśność długo za bardzo się potem nie umocniły. Potem, za rodzynkami, przemknęło mi jeszcze trochę... owoców czerwonych? Ale dziwnie niecodziennie słodziutkich...
Herbata przeszła w nieco wytrawny motyw. Pomyślałam o czarnej herbacie z prażonym ryżem (wyobrażenie, bo na pewno jest taka zielona), ale nie była to zbyt jednoznaczna nuta, która jakoś się potem rozmyła... Prażoność jednak zostawiając. Ta przytoczyła pewną niejasną orzechowość.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam niemal ziemisty motyw. Goryczka wzrosła, podkreślając kwasek.
Orzechowość zaskoczyła wówczas na tor migdałowego ciasta czekoladowego o bardzo wilgotnym wnętrzu. Przez moment w zasadzie po głowie bardziej chodziła mi jeszcze surowa masa na takowe ciasto, masa bardzo maślana, ale potem... jednak już ciasto. Niby brownie, ale nie takim typowym, a w dodatku z... rodzynkami?
Rodzynki co i raz podkręcały kwasek. Wsparło je trochę czerwonych owoców. Mimo że też kwaskawych, nieodzownie związanych ze słodyczą. Jakby były to owoce... w jakimś słodkim syropie? Albo z ciasta, nasiąknięte nim czy z masy makowej z miodem, który wchłonęły.
Kwiaty wróciły z nową siłą i swą słodyczą próbowały przysłonić nieco owoce. Wydały mi się same w sobie aż nieco drapiące.
Rodzynki jednak dzielnie o siebie walczyły. Te w migdałowo-czekoladowym cieście pokusiły się o jakby opalaną goryczkę. Ta zaś przypomniała o czarnej herbacie. Herbata jakby się trochę rozproszyła... Pomyślałam o naparze o mocno drzewnym charakterze (bardziej drzewnym niż herbacianym?).
Słodycz i goryczka końcowo owocowym przebłyskom podpowiedziała jeszcze cierpkie skórki cytryny, chyba też z jakiejś masy, ciasta.
Po zjedzeniu został posmak różnych owoców słodko-kwaskawych, jakby z czegoś: masy makowej, ciasta. Głównie rodzynki, choć czułam też coś czerwonego i cytrusowego. Może to jakieś... owoce w syropie, miodzie? To wpisało się w pewne odczuwalne drapanie. Słodycz końcowo wydawała się wręcz trochę przytłaczająca. W niej znów wyraźnie pokazały się białe kwiaty. Wszystko to tonował motyw migdałowego brownie i jakby drzewnej herbaty.
Czekolada była smaczna, choć dla mnie za słodka. Zwłaszcza po tym, jak naczytałam się o jej kwaśności, zdziwiłam się, że okazałą się w zasadzie raczej kwaskawa. Dużo rodzynek "z czegoś", trochę cytryny, trochę czerwonych owoców zatonęło w ogromie jaśminu, cieście czekoladowo-migdałowym i drzewnej herbacie. Lekka orzechowość nadała głębi i powagi, gorzkość jednak też nie była jakoś szczególnie silna. Wszystko wydawało się spokojne i wyważone, tylko słodycz miała czasem zbyt silne momenty.
Długo myślałam, że wystawię jej raczej 8, jednak w końcu ze względu na jednoznaczność motywu herbaty uznałam, że nawet z lekkim przesłodzeniem zasłużyła na 9. Naciągane.
ocena: 9/10
kupiłam: clubdelchocolate.com
cena: € 7,30 (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy








