Kiedy weszły nowości Zottera na jesień 2025 dziś prezentowana była jedną z tych tabliczek, która z łatwością przyciągnęła mój wzrok. We wcześniejszych latach wszystkie miętowe Zottery mnie zachwycały. Niestety, pech chciał, że najpierw spróbowałam Zotter Elderflower / Marzipan / Mint // Holunderbluten / Marzipan / Minze i straciłam nadzieję, że dziś prezentowana będzie porządniej miętowa.
Zotter Hibiscus + Mint / Zotter Hibiskus + Mint to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (30%) kremem na bazie białej czekolady z miętą pieprzową i (30%) kremem "ganache" z mleka, w którym rozpuszczono sproszkowanego hibiskusa, praliny /nugatu migdałowego i białej czekolady z cytryną i solą.
Po otwarciu poczułam zapach, który skojarzył mi się z szlachetniejszymi czekoladkami miętowymi: pastylkami Goplany i After Eight, a więc łączący w sobie sporo chłodnej mięty prosto ze słodkiego kremu z ciemną czekoladą. Ta miała charakter wyraźnie gorzki, palony i trochę chlebowy. Powiedziałabym, że w oddali pobrzmiewały migdały - trudno powiedzieć, czy z czekolady, czy z nadzień. Mięta wydawała się lekko likierowa, olejkowa, ale nie nachalnie czy sztucznie. W tym wszystkim zaplątała się lekka nuta mleczna. Nasiliła się po przełamaniu wraz z delikatnym kwaskiem.
Tabliczka w dotyku wydawała się twarda i masywna, ale wrażenie to szybko się rozwiało podczas łamania. Sama dość gruba, twarda czekolada lekko trzaskała, wgniatając się w miękkie i tłuste nadzienia.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gładko. Była gęsta i tłusto-mazista. Zachowywała masywność, podczas gdy nadzienia w zasadzie się spód niej wyciskały. Rozpływały się w podobnym tempie, łatwo mieszając się ze sobą. A jednak różnice dobrze czuć.
Hibiskusowa warstwa była średnio gęsta, niby zwarta, ale też wysoce plastyczna. Kojarzyła się z bardziej mlecznym, lżejszym nugatem o wysokiej tłustości i soczystości. Łączyła gładkość ze znaczącą proszkowością. Z czasem znikała wodniście, szybciej od warstwy miętowej.
Bardziej gładki krem miętowy był rzadszy, ale nie rzadki... Jakby luźny, acz zagęszczony tłusto-miękką czekoladą białą. Czuć w nim tłustość maślano-śmietankową i bardzo subtelną pylistość.
Po paru kęsach czułam się tym wszystkim zbyt zatłuszczona.
W smaku sama czekolada od początku roztaczała paloną gorzkość. Miała dymny i migdałowo-orzechowy charakter oraz niską słodycz karmelu. Bardzo szybko przechodziła do roli tła intensywnego wnętrza.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieco mniej gorzka, bardziej harmonijna. Nie przesiąkła nadzieniami.
Nadzienia szybko odzywały się równocześnie i z równym natężeniem, podkreślając gorzkość czekolady. Warstwa miętowa wydawała się jednak spokojniejsza, podczas gdy czerwona jaskrawo-wyskokowa.
Krem hibiskusowy przedzierał się kwaśnością cytryny, którą po chwili przeplatał mlecznym, maślanym motywem. Cytryna zaczęła robić się mniej jednoznaczna, a mi do głowy przyszły cierpkie czerwone porzeczki. Kwaśność owoców zdecydowanie dominowała. A jednak migdałowy charakter tej warstwy też się rozkręcał. Słodycz rosła, kierując migdały w nugatową stronę. Czasem zahaczała o białą czekoladę... Acz wszystko to rozgrywało się w towarzystwie - chwilami wręcz w cieniu - owocowej kwaśności.
Czerwony krem spróbowany osobno wydał mi się wręcz kwachowaty, nie kwaśny. Bardziej czuć w nim cierpko-kwaśną herbatkę czerwono owocowo-hibiskusową. Migdałowość wtedy prawie się chowała (biało czekoladowy krem miętowy w połączeniu zapewne ją wydobywał).
Słodycz całości mocno podniosło nadzienie miętowe o wyraźnie, ale nienapastliwie, olejkowym charakterze. Jego miętowość ogólnie wyszła wyraźnie, ale łagodnie. Mleko też w nim nie próżnowało za sprawą znaczącego wątku białej czekolady. Jej motyw z obu nadzień nakręcał się nawzajem. Mięta nieźle rozbrzmiewała obok kwaśności drugiej warstwy, ale nawet nie próbowała się rządzić. Raz czy drugi wydała mi się lekko likierowa, przyszła mi nawet do głowy jakaś dziwna wariacja na temat mojito. Niestety ten krem nie rozwijał potencjału z intensywniejszą warstwą czerwoną, przez dłuższy czas po prostu ją osładzał, dodając nutkę mięty.
Krem miętowy spróbowany osobno okazał się wyraźniej miętowy i trochę bliżej mu było do zwyklejszego kremu miętowego rodem z czekoladek miętowych jak Goplany czy After Eight, ale też nie tak w pełni. Okazał się o wiele bardziej śmietankowo-maślany, biało czekoladowy. Acz słodki w stopniu średnim (wydawał się słodszy w zestawieniu z drugą warstwą). A do tego lekko przesiąknięty hibiskusem.
Po tym, jak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność kremu czerwonego zaczęła trochę odpuszczać, nieco wyraźniej czułam krem miętowy i jego nienachalną olejkowość. Wydawał się wręcz ochładzać usta i język. Z tym że wciąż z cierpko-kwaskawym, czerwono o owocowym echem. Ogólnie jednak zrobiło się bardziej mlecznie i słodko. Końcowo wręcz ryzykownie. Na końcówce biała czekolada pozwoliła sobie aż zaznaczyć się w gardle.
Czekolada po debiucie nadzień wydawała się bardziej gorzka, bardziej palona i dymna, a jednak nie wróciła już na przód z tła.
Po zjedzeniu został posmak olejku miętowego z wpisaną w niego lekką goryczką oraz poczuciem ochłodzenia oraz kwaśno-cierpkich owoców czerwonych, jak po herbatce owocowo-hibiskusowej, trochę podkręconych jeszcze cytryną. Był to dość osobliwy, niezbyt przyjemny splot cierpkości. Do tego motyw cierpkawej, palonej czekolady i rześkość. Rześkość poniekąd wiązała się z soczystą kwaśnością, ale i mięta się w to wpisywała. Mimo kwaśności, czułam też niemało słodyczy. W posmaku było tak dużo skrajności, wszystkiego, że nie był przyjemny.
Czekolada nie przekonała mnie do siebie. Od razu przyszła mi na myśl Zotter Nashido Peppermint / Pfefferminze. Zacność takich nadzień miętowych tkwi według mnie w prostocie. Wystarczy im ciemna czekolada. Tu, taki niby lepszy, ale w sumie zwykły miętowy krem, z całą tą kwaśnością a'la czerwonych owoców i cytryny niby zyskał inny wydźwięk, czegoś ochładzacająco-rześkiego, innego mojito, ale... wcale nie wyszło to porywająco smacznie; raczej po prostu "może być" i z potencjałem (przeważył nad tym, że jednak 6, nie 5). Do mnie w dodatku nie przemówiła taka jawna biało czekoladowość wnętrza. Jak w przypadku wielu nowych Zotterów miałam wrażenie, że warstwy niby starają się sobie pomagać, ale tak naprawdę to nie pasują do siebie i każdej przydałby się inny towarzysz. Bo z kolei osobno też żadna z nich nie jawi się jako coś zbyt atrakcyjnego. Chociaż nie wiem, czy warstwie hibiskusowej coś by mogło pomóc. Była po prostu mocno średnia i za cytrynowa, więc ją po prostu trzeba by poprawić. Hibiskus sam w sobie jest kwaśny, więc po co go nią zagłuszać? Cieszę się za to, że nie czułam soli, która jest w opisie.
Rozdźwięk między tłustą konsystencją, a rześko-ochładzającym smakiem, soczystą kwaśnością a słodyczą białej czekolady, olejkowa mięta zmęczyły mnie po 17 gramach i oddałam Mamie.
Opinia Mamy: "Zupełnie nie moje smaki, ale przy tych wszystkich próbowanych nowości Zottera, co to go już zdążyłam znielubić, ta była na swój sposób ciekawa. Nawet niezła, tylko że nie w moim typie. Nawet miętę faktycznie w niej było czuć... Mimo tej cytryny, co zawsze".
ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 83g)
kaloryczność: 506 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy mleko, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, migdały, słodka serwatka w proszku, hibiskus (1%), koncentrat soku z cytryny, pełny cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sproszkowana wanilia, sól, olejek miętowy (0,01%), cynamon, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), płatki róży








