wtorek, 28 lipca 2026

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout ciemna z Dominikany

Nie jestem fanką smakowych, infuzowanych degustacyjnych czekolad. Czasem dopuszczam danie takim szansę, ale nigdy nie są moim wyborem. Abym się skusiła, za czymś takim musi stać marka, której jestem pewna. A Beskidu jestem. Zwłaszcza, że dziś przedstawiana bazowała na naprawdę zacnym kakao, którego smak (który poznałam dobrze za sprawą czystym ciemnych tabliczek, m.in. Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024) według mnie naprawdę miał szansę stworzyć z whisky coś pysznego. Niestety jednak dopiero na krótko przed samą degustacją dotarł do mnie wyraźnie fakt, że powinnam się nastawić także na aromaty stouta. Kakao dojrzewało bowiem przez 7 miesięcy w dębowych beczkach po burbonie Woodford Reserve oraz imperialnym stoucie Browarny Craft Beer – Bestie. Ten ponoć ma nuty palonego słodu, ciemnej czekolady i subtelnej słodyczy. A ta whisky... wow, jej opis mnie zaskoczył. Ponoć zawiera ponad dwieście wyczuwalnych nut: od mocnego zboża i drewna, po słodkie aromaty przypraw, owoców i nut kwiatowych".

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada Gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany, które leżakowało w beczkach po burbonie Woodford Reserve i imperialnym stoucie Browarny Craft Beer - Bestie.

Gdy tylko rozcięłam folię, uderzył bardzo silny, głęboko czekoladowy zapach, kojarzący się z podwójnie lub nawet potrójnie czekoladowym brownie, któremu towarzyszyła słodycz krówko-karmelu i czekoladowa kawa mokka z nieco mlecznym elementem, ale i goryczką. Przechodziła w kawowo-czekoladowy sernik ze słodką warstwą ze śmietany. Bardzo wyraźnie wszystko to przeplotła jakby karmelowo-pikantna, dosadnie alkoholowa i słodka w szlachetny sposób whisky. Choć z czekoladowością stworzyła wizję czekoladowych trufli z whisky, głównie wydawała się z nią ścigać. Ich zawodom z oddali przyglądała się lekka goryczka ciemnego, też jakby czekoladowego, piwa oraz motyw bardziej rześki, kwiatowy. Lekko zahaczający o owocową egzotykę? Pewna część alkoholowości wiązała się z tym soczystym motywem. Po głowie snuł mi się owocowo smakujący koniak i brandy mandarynkowa.

Niestety tabliczka trafiła do mnie źle zatemperowana. Ech, coraz częściej na takie trafiam. 
Masywna tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno i kruszyła się przez miejscowe złe zatemperowanie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli wolno, bardzo długo zachowując zbity kształt, mimo mazistości. Podniebienie pokrywała maziście-soczystymi smugami, a raz po raz czuć w niej jakby chropowatość, pylistość - właśnie złe zatemperowanie.

W smaku pierwsza ruszyła niemal urocza słodycz krówek. Po chwili zaznaczyła się na tym etapie subtelna, jeszcze nie tak jednoznaczna whisky (bardziej jako "szlachetna alkoholowość") i poprowadziła je w stronę poważniejszego, palonego karmelu.

W tle przemknęły kwiaty, przygotowujące grunt pod rześkość. Ta szybko dała się poznać jako owocowa. Z alkoholową dosadnością whisky, która w tym czasie się rozkręcała, przywodziły na myśl koniak i mandarynkową brandy. Cytrusy nieco się nasilały i z czasem mandarynki wystąpiły jako owoce, nie tylko jako nuta alkoholu. Cytrusy, do których podkrada się coś egzotycznego?

Swą obecność delikatnie zaznaczyła torfowa ziemia, puszczając jednak przodem coś innego...

Whisky rozbrzmiała bardzo wyraźnie. Mimo że realnych procentów nie było w tej tabliczce, czuć jej alkoholową mocarność, splecioną z ciężko karmelową słodyczą. Właśnie jakoby za sprawą wątku alkoholowego znacząco wzrosła słodycz, a ja pomyślałam o specyficznym "cukrowym szkiełku" (czyli warstwie, jaka czasem pojawia się w czekoladach z płynnym alkoholowym nadzieniem np. Lindt Whisky).

Gorzkość bazy nie zwlekała i ruszyła, nasilając się znacząco. Była palona, trochę kawowa niczym palone ziarna kawy... Rozsypane na czarną, wilgotną ziemię? Odnotowałam motyw ciemnego, słodko-goryczkowatego piwa, ale nie piwo jako takie. Z alkoholi wyraźnie dominowała whisky.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość i lekki kwasek zaserwowały mi jeszcze trochę owoców w tle: już nie tylko mandarynki, ale też, a nawet bardziej mango i ananasa... może nawet winogrona? Robiące aluzje do mocnej grappy? Wydawało się, że kwiaty trochę próbowały je ukryć.

Ziarna kawy i ziemia nieco złagodniały, stając się czekoladową kawą mokka. Kawą z nutką pomarańczy? I śmietanką?

Część kwasku odłączyła się od owoców, idąc w kierunku kwaskawego sernika z warstwą śmietanową na wierzchu. Sernika czekoladowego, w dodatku jakby... ze skórką pomarańczy nasączoną whisky? Jakbym tak jedząc sernik trafiła raz za razem na nią właśnie, a po chwili... zagłuszył to mocny ananasowy alkohol - brandy ananasowa?

Whisky poniekąd zdawała się walczyć z czekoladowością, spierać się o dominację. Tu czekoladzie przyszło z pomocą... piwo? Jakby mocno czekoladowe piwo, a po chwili mocno czekoladowe brownie z piwem, którym czuć goryczkę słodu i kawy. Za ich sprawą na znaczeniu mocno przybrał palony wątek. Pomyślałam też o mocno alkoholowych czekoladowych cukierkach "trufle". Przez moment z mniej jednoznacznym alkoholem.

Goryczka z czasem przechwyciła plączące się tu i ówdzie kwiaty i pokierowała je w ziołowym, dosadniejszym kierunku. Goryczka i cierpkość ziół szybko zatonęła w pikanterii whisky, która wróciła bardzo wyrazista. Whisky, właśnie pikanterią i specyficzną, alkoholową słodyczą - ale bez alkoholu! - aż jakby rozgrzewała gardło i przyprawami piekła w język.

Wykorzystała to ziemia, porządnie wieńcząc końcówkę.

Po zjedzeniu został posmak whisky i słodu prosto z piwa, zupełnie, jakbym wypiła trochę jednego i drugiego oraz mocno czekoladowego brownie, w którym czekoladowość podkręcono kawą i palonym słodem. Whisky jawiła się jako niemal karmelowo słodka i pikantna, gryząca tym samym w język. Obecna soczystość wraz z nią udawała koniak i/lub owocową brandy. Mandarynkowo-pomarańczowo-ananasowe echo z owoców w posmaku miało najwięcej do powiedzenia, acz i ono nie było bardzo intensywne.

Czekolada na pewno była interesująca i niewątpliwie smaczna, ale nie chwyciła mnie tak, jak robią to czyste ciemne tabliczki tej marki. Mocne nuty alkoholi walczyły z czekoladą, która z jednej strony wydawała się tym zmotywowana i nakręcała się w swej czekoladowości, z drugiej... ja czułam się przytłoczona whisky. W moim odczuciu to wszystko było nazbyt chaotyczne. A jednak muszę przyznać, że wielbicieli whisky, powinna w sobie rozkochać. Bardzo subiektywnie wystawiłabym jej 8, ale nie ma zamiaru odejmować punktów za to, że wolę czyste czekolady do dodatków. Chyba wśród czekolad smakujących alkoholem to prawdziwa gwiazda.

Baza Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024 do rozpoznania, ale w ciemno mogłoby to uciec, bo jednak uwaga skupiała się na przepychankach czekolady z whisky, a jeszcze i piwo co nieco wtrąciło.
Podobnie jak w podlinkowanej czułam tu sporo krówko-karmelu, kwiatów, sernika, ziół, trochę mandarynek i mango, cytrusy i pikanterię, ale inaczej rozłożyły się siły. Dziś prezentowana wyszła bardziej mandarynkowo-pomarańczowa, do czego doszedł ananas, mniej w niej było krówek, zniknęły soczyste daktyle i orzechy. To whisky zdawała się w dziś przedstawianej rozdawać karty, a i jej smak bardzo silnie czuć. W dodatku sprawiła, że słodycz wydawała mi się jakaś taka dosadniejsza i aż trochę przytłaczająca. Piwo nutami palonymi, słodowymi też to i owo pozmieniało, wydobyło i rozkręciło kawę, jak mi się zdaje, ale nie było aż tak imperatywne jak whisky.
Nie przekonuje mnie zabarwianie smaku kakao, a już tym bardziej dwom różnymi alkoholami. Ciekawe, czy można było by nadać kakao smak whisky delikatniejszy, gdyby tak np. dojrzewało w beczkach o wiele krócej?


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

niedziela, 26 lipca 2026

Endangered Species Salted Peanuts 60 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z orzeszkami ziemnymi i solą

Gdy po latach wróciłam do amerykańskiej marki Endangered Species po zmianach, czekało mnie miłe zaskoczenie, bo tabliczki, które kolejno otwierałam, były bardzo dobre. Stąd, póki jeszcze internetowy sklep iHerb je oferował, zakupiłam kilka kolejnych. Dałam szansę także tym wariantom, które nie byłyby moim pierwszym wyborem, ale które wydawały się, że dobrze zrobione, mogą się udać. 
Tabliczkę wzięłam w wyjątkowe miejsce, bo na Szpiglasowy Wierch (jeden z moich najukochańszych szczytów), na który weszłam zimą od strony Doliny Pięciu Stawów. Z niego zaś zeszłam przez Morskie Oko. Pogoda dopisała! Słońce, nie za silny wiatr i... warunki wcale nie wydawały się takie zimowe. A trochę się ich obawiałam.

Endangered Species Salted Peanuts 60% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z fistaszkami i solą.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach prażonych orzeszków ziemnych częściowo wchodzących w motyw masła orzechowego typu amerykańskiego, a więc słodko-słonego. W zasadzie... mogło to być masło w wariancie czekoladowym. Sól wydała się znikoma, równie dobrze mogła to być tylko sugestia, nie dodatek.  Słodycz wykazała się większą odwagą, prezentując swój waniliowo-nugatowy charakter. Przemknęło więc nawet skojarzenie z wnętrzem Snickersa. W oddali zaś, związany z silna palonością, znalazł się delikatnie gorzki akcent, luźno nawiązujący do fistaszkowego cappuccino.

Tabliczka była twarda, toteż podczas łamania trzaskała bardzo głośno, jakby głucho. Przekrój ujawnił sporą ilość fistaszków. Łamały się wraz z czekoladą, choć i tak wystąpiły pod postacią mocno posiekanej. Były tam więc kawałki małe, średnie i bardzo małe.
Dało się zrobić kęsa bez arachidów, choć trafiły się w większości kęsów. Sól - czasem bardzo delikatna, ledwo wyraźna, czasem bardzo wyraźna, ale nigdy nachalna - wystąpiła może w połowie kęsów.
W ustach czekolada rozpływała się raczej wolno, niby chwaląc się kremowością, ale z szorstkością podążającą za nią jak cień. Kremowość połączyła trochę mazistą tłustość i leciutką pylistość. Z czasem robiła się gładsza, ale nie zupełnie gładka.
Konsystencję urozmaicało sporo kawałków orzeszków, które długo siedziały zatopione w czekoladowej gęstwinie. Kolejnymi mazistymi falami pokrywała podniebienie, a ja z czasem co jakiś czas, nie za często, trafiałam też na rozpuszczający się wraz z nią drobny kryształek soli. Większość soli rozpuszczała się jednak niezauważalnie.
Orzeszki tylko na próbę pogryzłam obok czekolady, by odkryć, że były takie same niezależnie od momentu gryzienia, a różnica tkwiła w czekoladzie, która wcześniej przy nich wydawała się bardziej tłusto -ulepkowata.
Czekolada znikała tłusto, zostawiając dodatki. Tylko fistaszki, bo sól na koniec nie zostawała.
Potwierdziło się, że orzeszków dodano sporo.
Fistaszki wystąpiły głównie w postaci kawałków średnich rozmiarów, ale było też trochę znacznie mniejszych. Chrupały aż miło.

W smaku przywitała mnie średnio silna, ale odważna słodycz o trochę dusznym charakterze, oddająca słodzone masło orzechowe. Amerykańskie "peanut butter", w którym nie żałowano wanilii. Masło w wariancie czekoladowym?

Czasem prawie od razu dawała o sobie znać sól, po czym cofała się i pobrzmiewała bardzo odlegle.

W tle przewinęła się nuta palona, która wprowadziła łagodną gorzkość. Miała ona charakter syropu kakaowego, który mimo cierpkości i gorzkości, dokładał się też do słodyczy. W tle odnotowałam nieśmiałe orzechowe cappuccino.

Dał też o sobie znać ogólnie orzechowy, przechodzący w konkretnie arachidowy motyw.
Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, uznałam, że płynął też z niej samej. Przesiąkła arachidami, ale sama w sobie musiała być orzechowa; bardziej ogólnie orzechowa, bo konkretnie masło orzechowe nie pojawiało się w wątku orzechowym bez kawałków orzeszków.
Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki arachidów wcześniej, obok czekolady, smakowały średnio, niebyt satysfakcjonująco wyraźnie, a czekolada wydawała się słodsza. Wolałam więc zostawiać je n koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa fistaszki wyłaniały się coraz bardziej i tym samym w smaku coraz więcej się udzielały. Nie trzeba było ich gryźć, by je poczuć. Wciąż kojarzyły się z masłem orzechowym, choć ze względu na rosnącą słodycz do głowy przyszedł mi masło orzechowy Snickers. Było wręcz trochę nugatowo w kwestii bazy.

Punktowo raz po raz pojawiała się sól, z różna siłą. Zawsze jednak podkreślała motyw masła orzechowego, a zagłuszała nugatowość. Parę razy sól wydała mi się wręcz kwaśna. Przebijała się przez wszystko, po czym znikała.

Słoność występowała często, przeważnie jednak była subtelna.

Niezależnie od słoności, z czasem rozchodził się soczysty kwasek. Im słabiej rozbrzmiewała sól, tym z jednej strony kwaśność wydawała się słabsza, ale z drugiej wyraźniej czuć w niej czerwone owoce. Z czasem kwaśność usuwała się, zostawiając te owoce słodkimi. Do głowy przyszły mi jakieś wiśnio-żurawiny. Może słodki sos-syrop z nich?

Słoność, czy to słabsza, czy silniejsza, na końcówce kierowała uwagę na prażone orzechy.

Gryzione na koniec kawałki fistaszki smakowały wyraźnie. Cechowała je średnio mocna, taka bardziej tylko podkreślająca, prażoność i subtelna słodycz.
Ze dwa razy jednak trafiłam na coś dziwnego: z rozgryzanego orzeszka wystrzeliwał smak kwaśny, ze słonawym echem. Może to jakoś sól się podczepiła pod orzeszki?

Po zjedzeniu przeważnie zostawał posmak prażonych, łagodnych, ale wyrazistych arachidów w akompaniamencie soczyście czerwono owocowej czekolady o dusznej, dość wysokiej słodyczy waniliowego masła orzechowego.

Tabliczka wyszła bardzo smacznie, mimo że z drobnymi wadami. Dla mnie przede wszystkim była nieco za słodka, a za mało gorzka. Gdyby producent dał 72% jak innym swoim czekoladom, byłoby świetnie. W obecnej formie może nie fundowała okrutnego przecukrzenia, ale słodycz robiła się ryzykowna. Fakt, że orzeszki bardzo ciekawie ją ograły, podpowiadając jej czekoladowo-waniliowe masło orzechowe i wnętrze Snickersa, ale myślę, że przy niższej słodyczy te nuty by nie uciekły. Akcent fistaszkowego cappuccino oraz czerwone owoce ciekawie ją urozmaiciły. Sól dodano bardzo z głową: wyczuwalnie, ale bez przesady. Co do orzeszków zaś... były bardzo dobre, smaczne i o przyjemnej strukturze, ale wolałabym większe kawałki.


ocena: 8/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 16,45 zł (za 85g; promocja)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (miazga czekoladowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), orzeszki ziemne, sól himalajska

sobota, 25 lipca 2026

Perle di Sole Cioccolato Findente Al Gusto Di Arancia Orange Flavoured Dark Chocolate Bar ciemna 51,4 % z pomarańczą

Dawno temu jadłam Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange, która sprawiła, że inaczej spojrzałam na pomarańczowe tabliczki. Ogólnie z wariantami pomarańczowymi różnych słodyczy odkąd pamiętam miałam problemy. Niektóre mnie obrzydzały (Tic Taki, draże), inne były obojętne, jeszcze inne zachęcające. A choć ogólnie zawsze byłam wrażliwa na olejki, akurat pomarańczowy stanowił wyjątek i te dopuszczałam. Może dlatego, że lepsza tabliczka z olejkiem niż ze skórką kandyzowaną? Ostatnio jednak beznadziejnie cytrusowo przearomatyzowane tabliczki Vanini zohydziły mi czekolady z olejkami cytrusowymi. Obstawiałam, że czasowo, nie na stałe, bo ogólnie uważam, że różne rzeczy dodane z głową mogą wyjść ok. Biorąc jednak to wszystko pod uwagę, w normalnych okolicznościach dziś prezentowaną tabliczkę odłożyłabym sobie na "kiedyś tam". A jednak kupiłam niepewnie dwie, zostawiając w sklepie trzeci wariant. Miałam różne obawy do tej nieznanej marki i czekolad: przede wszystkim bałam się, że to typ Modica, którego nie cierpię. Spieszyło mi się więc, by ją przetestować i tym samym rozsądzić, czy chcę trzeci smak.
Czekoladę wzięłam ze sobą na zimowe wejście na Szpiglasowy Wierch. Ruszyłam z Palenicy Białczańskiej, kawałek asfaltem, dalej Doliną Roztoki koło wodospadu Siklawa. Potem, podziwiając zamarznięte stawy, nie za długi odcinek szlakiem niebieskim aż do skrzyżowania z żółtym, gdzie oczywiście obrałam kierunek "Szpiglasowa Przełęcz". W śniegu była wydeptana bardzo wąska ścieżynka, na której leżał nieco sypki śnieg, więc szłam ostrożnie i aż zaczęłam wątpić, że uda mi się znaleźć trochę przestrzeni na czekoladową sesję, ale w końcu udało się i, jak planowałam, otworzyłam czekoladę na podejściu, jeszcze przed przełęczą. Tak, cukrowy zastrzyk był tam potrzebny. 

Perle di Sole Cioccolato Findente Al Gusto Di Arancia Orange Flavoured Dark Chocolate Bar to ciemna czekolada o zawartości 51,4% kakao o smaku pomarańczowym, czyli z aromatem pomarańczowym.

Po otwarciu uderzył zapach pomarańczy w wydaniu wyraźnie olejkowym, choć niekoniecznie bardzo sztucznym. Pomarańczowość ta nie mordowała, mimo że wyprzedzała czekoladę. Dopuszczała ją do siebie jako soczyste, bardzo słodkie galaretki w czekoladzie. Wysoka słodycz wydawała się trochę soczysta i nie cukrowa, mimo że bardzo silna. Czyżbym odnotowała próbę uszlachetnia jej wanilia? Cierpkość kakao niemal nie istniała w tej kompozycji, choć bez wątpienia oczami wyobraźni patrzyłam na galaretki w czekoladzie... "deserowej" (nie cierpię tego określenia, ale tu pasuje idealnie).

Bardzo ciemna, i lśniąca tabliczka była twarda i trzaskała chrupko przy łamaniu. Przypominała skałę. 
W ustach rozpływała się w średnim tempie, znacząco tłusto maziście. Czuć w niej lekką oleistość, ale też kremowość. Mimo że zachowywała kształt, znacząco miękła. Odznaczała się gładkością i gęstością. Znikając zostawiła tłuste i olejkowe wrażenie.

W smaku pierwszy rozlał się napój pomarańczowy. Taki zwykły, dosłodzony, z kartonu. Wyniósł słodycz na dość wysoki poziom z łatwością.

Z napoju wyłonił się motyw olejku pomarańczowego. Słodycz i jego nie odstępowała na krok, więc choć przemknęły mi przez myśl galaretki pomarańczowe, to okrojone z cierpkości, goryczki, nie utrzymały się na dłużej. Moje myśli zaczęły za to błądzić po żelkach i gumach rozpuszczalnych (mamba) pomarańczowych. Zrobiło się trochę cukierkowo.

Wreszcie ruszył jednak tez palony motyw. Taki prawie zbliżający się do gorzkości, ale nie gorzki. Obok płynęła maślaność, ogólnie harmonizująco-łagodząca kompozycję.

Gorzkawość wyprosiła w pomarańczy nieco bardziej naturalny motyw owocu pomarańczy. Bardzo słodkiej, acz soczystej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa palony motyw kakao zmieszał się z pomarańczą i poszły razem w stronę nadzienia-trufli czekoladowo-pomarańczowej. Bardzo słodkiej, choć udającej twór wytrawniejszy.

Trufli... z odrobinka alkoholu? Pomarańczowego likieru? Ale w sumie raczej bez alkoholu... Chyba. Słodycz trochę rozgrzewała język, trochę drapała w gardle, przez co ta sugestia cały czas gdzieś z boku wisiała. Zrobiło się też za słodko, mimo że czystej, chamskiej cukrowości nie czuć za to za grosz. Pomarańcza za mocno ją zabawiła. Olejkowy wydźwięk pomarańczy nie był jedynym wyczuwalnym.

Do głowy przyszła mi domowa galaretka jako nadzienie czegoś maślano-kakaowego (ciasta? domowych trufli?) chyb wciąż z likierem, po czym w tle przemknął mi... jakby zielony, trochę roślinny motyw. Należał do bardzo łagodnego kakao o znikomej cierpkości. Podkreślił też wanilię, która urozmaiciła pomarańczowość.

Roślinność, zmieszawszy się z jakby cukierniczą, słodko olejkowa pomarańczą, zaserwowała trochę kwasku. Końcowo pomyślałam o słodko-kwaśnych owocach i ich soku. 

Po zjedzeniu został posmak kwaskawego soko-napoju pomarańczowego, przepleciony motywem olejku pomarańczowego w z kolei słodkim wydaniu. Z olejkiem wiązała się delikatna cierpkość, do której podkradło się kakao oraz rozgrzewanie, w którym ujawniło się przesłodzenie.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie jak na to, czym była. Okazała się bowiem bardzo przyzwoita. W górach nieźle szła, w domu też do skończenia, choć ostatnie 6 kostek już mnie zmęczyło olejkowością i wcisnęłam je Mamie.
Szkoda, że była tak mało... prawie niegorzka i tak mocno pomarańczowa, że aż mało kakaowa. A jednak deserowo-kakaowo smakowała, nie czułam się, jakbym jadła oleje w formie tabliczki, a bardzo słodką, delikatną czekoladę mocno pomarańczową. Przynajmniej słodycz nie męczyła aż tak bardzo dzięki duetowi pomarańczy i wanilii, nie była chamsko-tania. Pomarańcza na szczęście oprócz olejkowości, miała też bardziej naturalne momenty soku, napoju. Skojarzenie z truflą kakaowo-pomarańczową w ogóle byłoby bardzo smaczne, gdyby wyszło wytrawniej.
Niestety jednak, jakby nie patrzeć, to wciąż niegorzka, bardzo słodka i tłusta tabliczka pomarańczowa bez pomarańczy... Nie umiem się nią zachwycić. Myślę, że pojedyncze kawałki suszonej czy liofilizowanej pomarańczy by pomogły.
Jakościowo blisko jej do Lindt Excellence Orange, acz oferuje pomarańczę "na inny sposób". Sposób podobny do Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange, ale bardziej męczący.

Mama, której jako wspomniałam wcisnęłam resztkę, nie dokończyła. Jak to opisała: "Ta czekolada bardzo mnie nudziła. Czułam pomarańcze i to wyraźnie, ale w nic w niej ciekawego nie uświadczyłam. Jakaś taka... deserowa? Nie wiem, kto lubi takie czekolady, ta był nudna, przeciętna taka".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 24,49 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), naturalny aromat pomarańczowy 1,5%

czwartek, 23 lipca 2026

(miniaturka) Chocolat Bonnat Voiron Chuao 75% "Venezuela" Cacao 75 % Chocolat ciemna z Wenezueli

Kiedy zobaczyłam zestaw tabliczek Pralusa Les Cru d'Excellence: 3 Rare Dark Chocolates, decyzję o zamówieniu podjęłam natychmiast. Żałuję, że 2 z nich występują tylko właśnie jako zestaw, bo jedną Pralus Chuao 75 % w 2017 już jadłam. Uznałam jednak, że skoro było to tak dawno, a wystawiłam jej 10/10 z przyjemnością do niej wrócę. Do zakupu dostałam też parę miniaturek, w tym neapolitanki Pralus Carré De Café Cafe au Lait; Noir "czekolada" kawowa mleczna; ciemna / "kawolada". Byłam pewna, że dostałam miniaturki tylko Pralusa, więc jakież było moje zdziwienie, gdy na dzień przed tym, jak miałam porobić jednej zdjęcia i ją zjeść, doczytałam, że to... miniaturki Bonnata. Marki też francuskiej, ale na którą patrzę krzywo. Mimo że jadłam tylko jedną, Chocolat Bonnat Asfarth 65 % Milk Chocolate. Kojarzyła mi się jednak z nieprzyjemną tłustością... Cóż, wygląda na to, że dobrze się stało, iż trafiła do mnie miniaturka. Miałam bowiem jak zweryfikować odczucia bez narażania się na koszty. A może miałam się przekonać?


Chocolat Bonnat Voiron Chuao 75% "Venezuela" Cacao 75% Chocolat to ciemna czekolada o 75 % zawartości kakao z Wenezueli z regionu wioski Chuao, u mnie jako miniaturka / neapolitanka ważąca 3g. 

Po rozchyleniu złotka poczułam intensywny zapach palono-prażonych orzechów. Dominowały włoskie, a towarzyszyły im łagodniejsze, słodsze laskowe. Orzechy umocniły drzewa - mieszane, i iglaste, i liściaste, rosnące sobie spokojnie w lesie. Ten wprowadził trochę świeżości, która wprowadziła kwaskawo-słodki motyw ni jagód, ni wiśni, łączących się na nieco winnej płaszczyźnie. Całość spowijała znacząca maślaność, kojarząca się z ciężko maślanym kakaowo-orzechowym deserem budyniowym.

Kosteczka już w dotyku była tłusta, a przy odgryzaniu kawałka wydała mi się bardzo, bardzo twarda. Wszak zrobiono ją naprawdę grubą. Nie dało się jej przełamać!
W ustach potrzebowała sekundy czy dwóch, trwając w nich niewzruszenie, a potem rozpływała się w tempie średnim, udając grudkę ocieplającego się leniwie masła. Tłusto pokrywała podniebienie smugami i zmieniała się w gęsty, masywny, dość zbity krem maślany.

W smaku pierwszy przemknął kwasek zespojony ze słodyczą, przywodzący na myśl czerwone owoce i jagody, może z cytrusem, który się przy nich zaplątał.

Ruszyła subtelna gorzkość i odważna, trochę wręcz dosadna, choć nie za wysoka słodycz, a kwaśność cofnęła się jeszcze szybciej niż się pokazała.

Jagodowo-czerwone, niedookreślone owoce w tle mimo nieco poważniejszego, niemal winnego charakteru, zapomniały o w kasku. Przeszły w słodycz, niczym najdojrzalsze borówki amerykańskie albo wręcz dżem (podkręcony winem?) z nich. Ogólnie był to jakby wątek poboczny.

Na przodzie za to rozbrzmiał ogrom drzew. Pomyślałam o wiekowym lesie mieszanym, gdzie styka się aromat drzew żywych i drewna leżącego i na przemian wilgotniejącego i schnącego. W akompaniamencie drzew wkroczyły orzechy włoskie. Odpowiadały za gorzkość, która choć wyraźna, nie była wysoka. Zwłaszcza, gdy zaczęły do nich dołączać orzechy laskowe, te już niegorzkie ani trochę. Za to słodkie i w pewien sposób... maślane?

Słodycz nie szalała, ale rosła konsekwentnie z łatwością wchodząc na średnio-wysokawy poziom. Wydawało się, że stara się nie mieszać do nut reszty, ale to silniejsze od niej i jednak to robi. Przede wszystkim na płaszczyźnie owocowej.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cytrusowe akcenty w owocach zaczęły w końcu przeważać. Nie znaczy to, że rosła kwaśność! Ta wciąż była dość niska. Poczułam grejpfruty i pomarańcze, niewykluczone, że jako kandyzowane skórki... Słodycz uległa im zupełnie i połączyła się z nimi.

Nagle poczułam się, jakby miała do czynienia z nieco przesłodzonym, trochę miodowym winnym grzańcem ze skórką pomarańczy i grejpfruta. Wokół przewijały się też słodkie w specyficzny sposób skórki kandyzowane.

Gorzkość w tym czasie mocno złagodziło masło. Orzechowo-drzewny motyw słabł na rzecz wizji kakaowego, mocno maślanego deseru - chyba w jakimś zimowym wariancie. Wyobraziłam sobie tłustą, orzechową pralinę zrobioną z orzechów... karmelizowanych? Słodycz i do nich się dobrała. Prażono-palone akcenty orzechów podpowiadały karmel, ale słodycz nie była bardzo karmelowa. Robiła aluzje do karmelu, ale nie zaserwowała mi wyrazistego karmelu.

Z czasem orzechowość i palony potencjał wygłaskało masło, masło z korzennymi zapędami i motywem kandyzowanych cytrusowych skórek. Masło... cytrusowo-kakaowe? Albo maślano-korzenny deser z nutą pomarańczy, kakaową śmietanką i kakaem posypany.

Po zjedzeniu został posmak grzańca z kandyzowaną skórką i orzechów włoskich, mocno złagodzonych masłem. Masło... niemal dominowało, choć na zasadzie kontrastu końcowo wychyliła się jeszcze cierpkość mocno palona. Jakbym tak jadła maślany deser, sowicie posypany cierpkim kakao. Niestety jednak, maślaność zepchnęła ją na margines.

Całość mnie nie chwyciła, mimo że czułam potencjał. Czułam też niedosyt gorzkości, niedosyt kwaśności, a słodycz miała niezgrany, denerwujący wydźwięk, mimo że też nie była wysoka. Drzewa, las, orzechy włoskie z dodatkiem laskowych i nuty czerwono-jagodowe, potem wyraźnie cytrusowe i grzańcowe miały potencjał, ale wkomponowano je w zbyt łagodzącą maślaną tłustość. Może gdybym miała więcej, wczułabym się bardziej, ale i tak wiem, że nie zmieniałabym zdania na pozytywne. Za dużo tłustości, a słodycz za prosta. Gdyby więc chociaż cukier dodawano tu trzcinowy zamiast białego, może i mogłabym dać marce szansę. Odstraszają jednak ceny i gramatury (gdybym miała trafić na kiepską czekoladę, wolałabym malutką tabliczkę).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: nie znam
kaloryczność: 603 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Składniki: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier

środa, 22 lipca 2026

Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem z ciemnej czekolady z przyprawami i kremem z bananów i limonek

Wśród nowości Zottera na jesień 2025 dwie z nadziewanych wyróżniały się. Widniał na nich dopisek "Safari" i... Rozumiem, że miały smakami nawiązywać do krajów pochodzenia kakao, z których otrzymały czekoladowe mousse'y? To, którą z dwóch zjem najpierw, zostawiłam przypadkowi. Padło na tę. Choć może... niezupełnie? Dotarła do mnie informacja, opis, że ta wydaje się nieco wytrawniejsza. Bo zaś gdy chodzi o to, czy wolę tabliczki z kakao z Ugandy, czy z Tanzanii, odpowiedź nie jest jasna. Zależy bowiem od tego, jak są zrobione. Dziś przedstawianą zrobiono z kremem "ganache" z ciemnej czekolady z kakao od producenta Latitude w Ugandzie. Ten wspiera lokalnych rolników, płacąc im godziwie za wysokiej jakości ziarna.


Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem "ganache" z ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao z Ugandy z przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami i chili oraz kremem "ganache" z bananów i limonek.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała kakaowo-maślany mousse i porządnie kakaowe trufle belgijskie czy też samą kakaową truflę-nadzienie. Już na tym etapie czuć również pikanterię. Czekolada ciemna wieńczyła te czekoladkowe skojarzenia dokładając jeszcze motyw marcepanu. Poprzez paloną, trochę chlebową nutę jawiła się jako wytrawne zwieńczenie tego wszystkiego. Truflę przeplotło sporo limonki - na tym etapie można by obstawiać, że jako jakiś limonkowy alkohol. Nie była jednak jedynym wyczuwalnym cytrusem: Wtórowały jej ogólnie cytrusy, nawet trochę ananasa. Zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch, czułam więcej owoców. Wtedy zaznaczył się nawet banan, który znacząco nasilił się po przełamaniu. Wtedy w harmonii połączył się z maślanymi mousse'ami i przyprawami. Te już też dało się ponazywać: najgłośniej rozbrzmiewały goździki i chili.

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała tak, że wydawało się, iż trzaska nie tylko średnio gruba warstwa czekolady z wierzchu.
Niespodzianka! U mnie jasny owocowy krem był na górze, czekoladowy na dole, czyli odwrotnie niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera.
Dolny krem czekoladowy też wydawał się konkretny i wręcz twardy, chłodno maślano-zbity. Górny krem owocowy wykazywał plastyczną miękkość i wyglądał na lepko-mazisty. Przy przegryzaniu się przez całość, czekolada trochę wgniatała się w jasny krem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, przedstawiając się jako dość zbita, ale też już mazista. Powoli odsłaniała środek. Cały czas wydawała się tłusta, a w zestawieniu z nimi ciężka.
Kremy rozpływały się w podobnym tempie, ale ciemne znikało po jasnym.
Czekoladowy krem starał się upodobnić do czekolady, jawiąc się jako gęsty, a jednocześnie maślano-śmietankowo mazisty; tłustszy od czekolady. Był niemal idealnie gładki. Niemal, bo czasem wyłaniały się z niego drobinki przypraw. Nie był bardzo zbity, ale w zestawieniu z jasnym kremem na jego zbitość bardziej zwracałam uwagę.
Krem owocowy okazał się o wiele lżejszy, choć także zbity. Je jednak zbitość jednak szybko opuszczała. Ta część rozpuszczała się wręcz ślisko i soczyście. Długo utrzymywała gładkość, acz z czasem poczułam w niej jakby zawiesistą pylistość.
Całość zmieniała się w gęsto-śliską, tłustą i trochę zawiesinowa masę.
Czasem na koniec w ustach zostawały drobinki przypraw: chrupiąco-twarde i miękko-trzeszczące.

Przy przegryzaniu się przez całość, nadzienia odzywały się już wraz z czekoladą.

W smaku czekolada od początku raczyła mnie dymną, paloną gorzkością oraz stonowaną słodyczą palonego karmelu. Było w niej coś z marcepanu w ciemnej czekoladzie, a w oddali przemykała sugestia ciemnego, mocno wypieczonego chleba i cierpko-winny akcent. Ogólnie czuć w niej też ciepło, poniekąd związane z palonością.

Jak się okazało po spróbowaniu osobno, czekolada trochę przesiąkła nadzieniami: przyprawami z ciemnego ganaszu oraz limonką z jasnego.

Ogólnie limonka szybko dawała o sobie znać. Czasem wydawało się, że towarzyszy jej jakiś czerwony, nieco cierpko-winny owoc. Krem owocowy przebijał się przez całą czekoladowość bardziej jednoznacznie i starał się zabłyszczeć na pierwszym planie.

Czekoladowy krem za nią na spokojnie kontynuował gorzką czekoladowość.

Krem czekoladowy miał mocno truflowy charakter, niczym maślana trufla kakaowa, trufle belgijskie i ciężki deser czekoladowo-marcepanowy. Choć cierpki, był słodszy od czekolady. Właśnie truflowy, a zarazem słodko korzenny. Przyprawy podkreśliły motyw palony, a także bardzo rozkręciły ciepło, niemal pikanterię. Przewodziły w niej chili i goździki (ogólnie poskramiane kwaśnością limonki). Słodsza korzenność pobrzmiewała słabiej. W nim także wystąpiły kwaskawo-owocowe akcenty.
Krem czekoladowy spróbowany osobno wydawał się bardziej słodki i bardzo pikantny, aż gryząco-szczypiący w język. Wtedy jednak wyraźnie poczułam też, że jego cierpkość kojarzy się z czerwonymi owocami. Częściowo musiał przesiąknąć limonką, ale ewidentnie sam z siebie też był lekko owocowy.

Krem owocowy przebijał się przez resztę kwaśnym, soczystym smakiem limonki, choć czasem także bananom zdarzyło się przemknąć. Kwaśność limonki, podkręcona jeszcze cytryną, trochę podsycała zarówno słodycz, jak i cierpkość drugiej warstwy. Limonka, z czasem tracąca na jednoznaczności, a  przechodząca w ogólnie cytrusowość, dominowała nie tylko w warstwie owocowej, ale w całości. Wsparły ją cytryny, chyba ananas i niedookreślone czerwone owoce (nuta czekoladowego kremu?). Z czasem całą tą kwaśność trochę osadzały... "chyba banany". W pierwszej zaznaczyły się jako jakaś "słodziaśna pudrowość", chyba przez kontrast, ale motyw ten układał się w po prostu bananowe echo. Bananowo-cierpkie? Do głowy przyszło mi owocowe, bardzo namieszane, ale na pewno bardzo kwaśne mleczne smoothie. W zestawieniu z ciemną warstwą, ta mleczność nie była jednak bardzo wyrazista. 
Gdy spróbowałam kremu owocowego osobno, wydał mi się o wiele kwaśniejszy, aż w przesadzony sposób, ale z wyraźniej mlecznym echem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność limonki i innych owoców związały się z piekącą pikanterią chili i goździków. Te, wraz ze słodyczą, już nawet gardło zaczęły trochę rozgrzewać, co zasugerowało alkohol. Kwaśność jeszcze wzmagała to poczucie. Słodko-ostre nuty aż mnie trochę przytłoczyły, po czym... wszystko się zmieniło.

Kwaśność limonkowo-cytrynowa niby trochę złagodniała, a warstwa owocowa poszła w bardziej mieszanym, multiwitaminowo egzotycznym kierunku. Krem czekoladowy wydał mi się bardziej maślany, łagodniejszy gdy chodzi o pikanterię, a bardziej ciepło-korzenny, mimo że z wciąż wyczuwalnym chili. Cynamon zapewniał harmonię, łącząc co ostrzejsze ze słodyczą, a także pielęgnując skojarzenie z cytrusowym, rozgrzewającym alkoholem.
Z kremu czekoladowego wyłoniły się jeszcze czerwone owoce - podkreślone owocowością jasnej warstwy? Jedynie czekolada wydawała się niewzruszona, wciąż gorzka w palono-dymny sposób i ostrożnie słodka.

Gryzione na koniec twarde drobinki na nowo podkręcały ostrość przypraw, ale nie tak, jak można by się obawiać. Zaplątało się w nich też parę drobinek raczej bez smaku (tych trzeszczących).

Po zjedzeniu został posmak intensywny posmak limonki z chili, żywo zarysowanych na tle maślanej, truflowej gorzkości, związanej z palono-ciepłą, nieco korzenną słodyczą. 

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, bo była za intensywna gdy chodzi o kwaśność i ostrość. Pikanteria chili i goździków chwilami odciągała uwagę od subtelniejszych niuansów kremu ciemnego, a limonka z cytryną zakrzyczały banany w jasnej części. Jej ogólna egzotyka i nutka cierpko-owocowa części ciemnej musiały o siebie walczyć. Korzenność, maślana czekoladowo-kakaowa trufla niezbyt pasowały mi do takiej limonkowości. Ta z przyprawami chwilami szła w złudnie alkoholowym kierunku. Czy kojarzyło się to wszystko z czekoladami czystymi z Ugandy? I tak, i nie. Pikanteria owszem, różne owoce też, ale nie powiedziałabym, by ugandyjskie kakao serwowało aż taką kwasowość limonkowo-cytrusowo-egzotyczną. Ta zagłuszała nutki czerwonych owoców, które za to bardzo często czuję w ugandyjskich tabliczkach.

Wiem, że Zotter naprawdę potrafi pokazać w mousse'ie nuty kakao dzięki Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %, w dziś przedstawianej jednak sam zagłuszył wszystko, co ciekawsze... Szkoda. Tabliczka ogólnie była w sumie smaczna, ale bez głębi czy większego zachwyty, a nieprzyjemna tłustość nie poprawiała odbioru. Gdyby to miała być czekolada z limonką i przyprawami dostałaby 8, ale obiecywane banany się schowały, a potencjał kakaowego nadzienia zagłuszono.

Zjadłam 28 g, a resztę bez żalu oddałam Mamie, nawet wiedząc, że może jej nie siąść ta ciemnoczekoladowość. Po prostu zmęczyła, znudziła mnie ta rozmywająca się i wszystko inne kwaśność.
Mama nie dała rady skończyć. Jak to ujęła: "Nie smakowała mi ta czekolada, mimo że zazwyczaj lubię kwaśne owocowe nadzienia. Tu jednak ta kwaśność poszła aż w kwasowość i niczego wyraźnego, smacznego w niej nie czuć. Powiedziałabym, że głównie cytrynę, no może też tą limonkę. Bananów jednak w ogóle nie czuć. Charakteru tego czekoladowego kremu zza tej kwaśności też za bardzo nie czuć. Z czasem wyłaniała się ostrość chili. Sama czekolada też mi nie smakowała, a tłusta konsystencja przeszkadzała". 


ocena: 5,5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop z cukru inwertowanego, liofilizowane banany 3%, syrop skrobiowy, koncentrat z limonki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z ananasa, emulgator: lecytyna sojowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, kardamon, cynamon, goździki, chili „Bird's eye”

poniedziałek, 20 lipca 2026

Green Touch Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji

Ta czekolada wygląda jak jedna z wielu takich niby bardziej eleganckich tabliczek z okienkami, które mocno kojarzą mi się z koszami prezentowymi. Nawet miałam problem z zapamiętaniem nazwy marki. Nie wiem, dlaczego w głowie ciągle siedziało mi Chocolate Bush. Green Touch, polską markę specjalizującą się głównie w herbatach, poznałam przypadkiem, kiedy szukałam najbardziej przystępnej cenowo suszonej lawendy. Jako że i tak zostawała kwestia przesyłki, patrzyłam na sklepy internetowe, w których można dostać też czekolady. Takie, które sprawdzą się w górach, a więc najlepiej z orzechami. 
Otworzyłam ją na Kopie Kondrackiej trochę przez pomyłkę. Planowałam to zrobić dopiero nieco dalej, na Małołączniaku, ale zwyczajnie pomyliłam szczyty, znalazłam sobie miejsce ze dwa-trzy metry pod szczytem, gdzie mniej wiało i zabrałam się za zdjęcia. I to było świetne posunięcie! Na Małołączniaku bowiem wiało tak, że trudno było ustać i oddychać.

Green Touch Ręcznie Robiona Czekolada Ciemna 70% z Orzechami z dodatkiem migdałów, orzechów laskowych, pistacji to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z (20%) orzechami: migdałami, orzechami laskowymi i pistacjami. 

Po otwarciu poczułam intensywny słodko-gorzki zapach czekolady z zaznaczonym soczyście owocowym akcentem (wyraźniejszym, gdy wąchałam wierzch). Przeplotły ją migdały i orzechy: laskowe i jakby jeszcze jakieś niedookreślone. Pistacji w sumie też da się doszukać. Powiedziałabym, że surowe i w skórkach. Pod względem słodyczy i gorzkości wydała mi się bardzo wyważona, acz trochę duszna. Z tym, że dodatki - zwłaszcza gdy wąchałam spód - w udany sposób odciągały od tej duszności uwagę.

Tabliczka była twarda, ale przez to, jak wlepiono dodatki, wydawała się delikatna i krucha. Trzaskała średnio głośno, krucho-chrupko. Orzechowy miks trzymał się średnio porządnie. Kilka dodatków odpadło.
Dodatków nie pożałowano. Postawiono na naprawdę wielkie orzechy laskowe i migdały. Pistacje dodano normalnych rozmiarów. Proporcje zachowano raczej równe.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, łatwo i gładko. Orzechy po pewnym czasie od niej odpadały, a wtedy bardzo dobrze się wczułam w jej maślano tłustą kremowość, w której kryła się jakby lekko suchawa, złudna pylistość. Z czasem narastała delikatna soczystość, a  kawałek z gęsto kremowej masy zmieniał się w gęstą zawiesinę.
Orzechy wolałam gryźć na koniec, jednak struktura nie różniła się od momentu, w którym to robiłam. 
Czekolada znikała bardzo maziście, bardziej tłusto i zostawiając pyliste wrażenie. orzechy nie rozbijały ani nie poganiały jej.
Orzechy, ogólnie mówiąc, były chrupiące. Najbardziej po prostu chrupiące, kruche okazały się orzechy laskowe. Migdały wykazywały bardziej twardość, zaś pistacje miękkość, ale i one potrafiły chrupnąć za sprawą skórki. Pistacje i migdały dodano właśnie ze skorkami. Orzechy laskowe skórka pokrywała tylko trochę w paru miejscach.

W smaku czekolada przywitała się prostą, duszną słodyczą. Towarzyszyła jej lekko palona gorzkość. Nie była mocna, ale wyraźna.

Słodycz odważnie rosła. Odnotowałam wanilię, która wyraźnie ją podniosła, ale jednocześnie podyktowała szlachetniejszy wydźwięk. Z dusznej zrobiła się jakby przydymiona, choć aspirowała do wysokiej.

W tle zaznaczyła się lekka, słodka soczystość, a także akcent drzew, do którego po chwili dołączyły orzechy.

Gorzkość miała w sobie coś z sadzy, jakby paleniska, obok którego leży suszące się drewno, ale łagodniała. Uległa waniliowej słodyczy. Coraz mocniej pobrzmiewały obok niej łagodzące migdały i nieokreślone orzechy nawet w kęsach bez dodatków.
W kęsach z laskowcami ogólna orzechowość wyszła nieco mocniej niż z pistacjami. Niegryzione orzechy laskowe lekko się wtrącały do smaku bazy. W kęsach z migdałami za to migdały starały się dorównać kroku nutom bazy i trochę tonowały słodycz. Czekolada w pobliżu migdałów znacząco nimi przesiąkła. Jedynie pistacje prawie się nie zdradzały.

Gdy z ciekawości pogryzłam dodatki obok, nie wykorzystały w pełni swojego potencjału. Wydawały się przygłuszone wanilią, cukrem i cierpkością bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada serwowała coraz więcej owocowych przebłysków. Przyszedł mi do głowy kompot wiśniowo-śliwkowy. Słodki, lekko cierpki, ale nie kwaśny... tak może tylko z sugestią kwasku. Przemykał jednak tyłami, nienachalnie.

Niegryzione orzechy laskowe i migdały trochę odciągały uwagę od kompotowego wątku, ale tak, że to skojarzenie zupełnie nie uciekało. Zostawało echo owoców tych owoców, choć nie bardzo jednoznaczne.

Z czasem łagodniejsza baza przywodziła na myśl naturalny krem z miksu wielu różnych orzechów. Robiło się coraz łagodniej, słodycz ryzykownie rosła, aż nagle... Krem zmienił się w zdrowe, naturalne trufle cierpko kakaowe z niedokładnie zielonych różnych orzechów, w tym migdałów i laskowych. Wyobraziłam sobie naturalne "raw barowe" kulki, nierzadko nawet z dodatkiem słodko-soczystych wiśni i śliwek. Drzewny akcent podbił ich naturalność, a wanilii zasugerował nieco żywiczny akcent.

Dodatki gryzione na koniec okazały się wyraziste. Wszystkie bardzo dobre, ale migdały wręcz zniewalające. Niesamowicie naturalnie słodkie, jakby same w sobie w porywach lekko marcepanowe, słodziutkie i takie... Łagodniejsze, lekko maślane, a jednocześnie z charakterem że względu na skórkę. Orzechy laskowe i pistacje dały się poznać jako słodkie, ale z epizodycznie pojawiającym się szlachetnym, gorzkawym echem skórek. Wydawały się surowe. Ewentualnie prażone w sposób znikomy.

Po zjedzeniu został posmak soczyście kompotowej, słodkiej czekolady z drzewną cierpkością oraz dodatków. Migdałów, orzechów laskowych lub pistacji, w zależności od tego, co akurat było w kęsie. Migdały wyprzedzał w posmaku czekoladę, pistacje i laskowe stały z nią na równi.

Tabliczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Sama czekolada smakowała dobrze, niebanalnie. Drzewna nuta i wątek śliwkowo-wiśniowego kompotu wynagrodziły łagodną gorzkość. Słodycz mimo że miała duszne skłonności i bardzo rosła, w ogólnym rozrachunku nie wyszła bardzo za wysoka. Wolałabym, by baza była mniej tłusta, ale i to nie było jakieś bardzo natarczywe. Dodatki mogłyby być porządniej wtopione, ale i tak jak były, nie było źle.
Dodatki okazały się gigantycznym plusem. Już bardzo dobre orzechy laskowe i pistacje mnie cieszyły, ale tak boskie migdały w ogóle rozkochały w sobie. W dodatku orzechów nie pożałowano, a proporcje były świetne.
Małe poprawki i byłaby czekolada z orzechami idealna. Zdziwiłam się, że odebrałam ją lepiej niż Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka Mix Orzechowy (ukochanego Beskidu!). Sowite sypnięcie dodatków zrobiło robotę.


ocena: 9/10
kupiłam: greentouch.pl
cena: 22,90 zł (za 85g)
kaloryczność: 549,5 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: czekolada ciemna (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; ekstrakt waniliowy), orzechy 20% w zmiennych proporcjach (migdały, pistacje, orzechy laskowe)

niedziela, 19 lipca 2026

Endangered Species Cherries 72 % Cocoa Dark Chocolate ciemna z suszonymi wiśniami

Amerykańską markę Endangered Species poznałam już dość dawno i nie polubiłam się z nią. Po latach natknęłam się w internecie na ich tabliczki, wyglądające zupełnie inaczej, że aż upewniłam się, czy to ta sama marka. Postanowiłam dać im szansę, bo przyciągały mój wzrok, a w góry i tak potrzebowałam jakiś nieznanych mi czekolad do testów. O nie było coraz trudniej. Szukałam bowiem nie za drogich, bo to na trasę, nie domowej degustacji, ale jednocześnie nie tanio smakujących, najlepiej nie za słodkich. Po Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate zaczęłam na tę amerykańską markę patrzeć bardzo przychylnym okiem. Dziś opisywaną czekoladę wzięłam więc na Giewont, licząc, że dane mi będzie w tym roku popodziwiać widoki stamtąd. Weszłam na niego z Kondrackiej Przełęczy, gdzie zaprowadził mnie żółty szlak przez Dolinę Małej Łąki, startujący z Gronika. W zasadzie aż do ostatniej chwili nie wiedziałam, po którą z dwóch zabranych ze sobą czekolad, sięgnę najpierw.

Endangered Species Cherries 72% Cocoa Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z suszonymi wiśniami.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach czekoladowej czarnej kawy, którą trochę przesłodzono słodkim syropem. Jego obraz budowała mieszanka cukru i wanilii. W tle zaznaczyła się nieśmiała ziemia. Wiśnie czuć bardzo delikatnie, w tle. Na tyle, że nabrałabym się, iż to nie dodatek, a nuta czekolady.

Twarda tabliczka, na której spodzie zaznaczyło się parę ledwo widocznych wypukłości, przy łamaniu trzaskała bardzo głośno, trochę głucho i jakby była bardzo zbita. Przekrój ujawnił niewielką ilość średnich kawałków wiśni. Reszta bardzo dobrze się kamuflowała.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, dziwnie łącząc pewną pylistą suchość z w sumie gładką kremowością. Tłustość, choć wyczuwalna, nie zwracała na siebie uwagi. Podczas pokrywania podniebienia mazistymi smugami, bazowo zbity kawałek zachowywał masywność i kształt. Bardzo niechętnie wyłaniały się z niego kawałki wiśni. Trudno było je gryźć wcześniej tak, by nie gryźć czekolady. Na próbę to zrobiłam, by utwierdzić się, że wolę zostawiać je na koniec.
Kawałki wiśni gryzione wcześniej były twarde i suchsze. Nie mocno, ale na tyle, by były mniej przyjemne w odbiorze. Okazało się, że dodano ich o wiele więcej, niż się wydawało. Co chwila w kęsie trafiała się ćwiartka, połówka lub mały kawałek, czasem dosłownie sama skórka.
Czekolada w chwili znikania nagle robiła się jawnie tłusto rzadka.
Wiśnie gryzione na koniec wciąż były dość twarde, ale wyraźnie soczystsze i lepkie. Trochę skrzypiały za sprawą skórek.

W smaku od razu rozeszła się mocno palona gorzkość, której wtórowała waniliowa słodycz. Gorzkość jednak wyraźnie lekko ją wyprzedzała. Była średnio silna, ale cały czas wyrazista, stateczna.

Czasem, gdy akurat zahaczyłam zębem o wiśnię lub którąś przegryzłam, dawały o sobie znać już w tym momencie. Nie narzucały się jednak rozwojowi smaku czekolady. Nieruszane zaś dość długo starały się nie wychylać.

Słodycz popłynęła w kierunku waniliowego karmelu, podłapując palony klimat. Rosła lekko, osiągając średni poziom, ale nawet nie próbowała zawalczyć z gorzkością.

Mieszając się, skojarzyły mi się z czarną kawa z czekoladowym syropem. Gorzkość za ich sprawą nieco wzrosła, acz w sposób ledwo zauważalny. Pilnowała tego łagodząca maślaność. Przypominało to trochę ciasto kakaowe z odrobinką kawy, która ma tylko podkręcić kakaowość; ciasto z kakaowym sosem.

Czasem niegryzione, a większe wiśnie dość szybko dawały o sobie znać, podkręcając gorzkość właśnie. Stawały z nią w opozycji do słodyczy. Były wyczuwalne z różnym natężeniem. Ogólnie jednak znały swoje miejsce: były tylko dodatkiem.

Czekolada tuż obok samych wiśni trochę nimi przesiąkła. Gdy jednak spróbowałam jej trochę samej, z brzegu, gdzie w pobliżu nie było dodatku, nie zdradzała wiśniowego charakteru, ale... pewną soczystość czułam i wtedy. Na znaczeniu trochę przybierała wtedy ziemia.

Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam wiśnie obok czekolady, wydawała się słodsza w pospolity (bardziej cukrowy) sposób, a wiśnie... raz była o wiele mniej wyrazista, a raz bardziej - wreszcie wyraźnie, mocno wiśniowo! - kwaśna.
 
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość dzięki paloności umocniła swoją pozycję. Pokazało się nawet trochę ziemi i jakby... orzechowo-migdałowe, niemal nieuchwytne jednak, echo?
Jednoczenie wzrosła słodycz, która przez pewien czas trzymała się karmelu. Wyobraziłam sobie sos karmelowo-czekoladowy z wanilią i... Ściekający po kakaowo-maślanym cieście, w którym coraz istotniejsza rolę grają wiśnie. Cieście aż wilgotnym od nich. I do którego podano kawę, przypominającą o palonym motywie. Maślaność próbowała łagodzić gorzkość, ale ta i tak miała się nieźle. Choć wciąż wysoką za nic jej nie nazwę.

Smak dodatków nasilał się wraz z tym, jak się wyłaniały.
Im większe były, tym mocniej. Gdy zaś w ustach znalazł się jedynie kawałek, kawałeczek wiśni, czekolada końcowo wydawała się bardziej palono gorzka i jednocześnie słodka. Jednoznacznie przypominała waniliową kawę. Jakieś jej echo czasem występowało też w towarzystwie większych wiśni.

Wiśnie gryzione na koniec dały się poznać jako słodko-kwaśne, soczyste. Bardzo w tym wyważone. Tak bardzo, że ta ich słodycz i w sumie brak cierpkości aż trochę dziwiła (wszak wiśnie nie są zbyt słodkie). Smak suszonych wiśni był nie do pomylenia z czymkolwiek innym.

Po zjedzeniu został posmak słodko-kwaśnych wiśni, mieszkających się na równych prawach z wysoką słodyczą wanilii i karmelu oraz palonym wątkiem z echem kawy i ziemi.

Bardzo dobra tabliczka, choć nieco mniej twarde wiśnie i bardziej zgrana, może mniej waniliowa baza, dopiero by uczyniły ją przepyszna! 
Przez gorsze wiśnie wyszła gorzej niż Manufaktura Czekolady MANU Wiśnia 70 % Kakao, ale było blisko.
Czuć, że baza ta sama co w Endangered Species Cranberry & Almonds 72 % Cocoa Dark Chocolate, tylko dodatki inne.


ocena: 9/10
kupiłam: pl.iherb.com
cena: 20,72 zł (za 85g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, wanilia), suszone wiśnie, cukier trzcinowy, celuloza w proszku, olej słonecznikowy

piątek, 17 lipca 2026

Dolfin Noir 73% Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate ciemna z Papui-Nowej Gwinei

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę czekoladę, poczułam, jak przyspiesza mi serce. Mam sentyment do tej marki, bo przyłożyła się do zaciekawienia odkrywaniem ciekawych czekolad. Czyste czekolady jednak dotąd, np. Dolfin noir 88 % Cacao, niezbyt Dolfinowi wychodziły. Może wzięli się do roboty, nauczyli się? Pełna nadziei zamówiłam wszystkie czyste, które były dostępne w sklepie. Niestety razem z nimi kupiłam parę nowości z dodatkami i te już zdążyłam zjeść, a one mnie zwyczajnie rozczarować. Zaczęłam się więc bać, że i z tymi może być podobnie. Zaczęłam od bardziej obiecujacej.

Dolfin Noir 73 % Cacao Origines Papouasie Nouvelle Guinee Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao z Papui Nowej Gwinei.

Po otwarciu poczułam mocno palony, gorzki zapach, kojarzący się z kakaowym, trochę murzynkowym ciastem kakaowym, w którym nie brakowało słodyczy i... orzechów laskowych? Słodycz i gorzkość wydały mi się bardzo zgrane, wyważone. Słodyczy dokładało sporo owoców suszonych: bardzo słodkich, niemal czysto słodkich moreli, śliwek i fig, bez choćby cienia kwasku. Mieszały się z kwiatami i wanilią, którą podkręciła subtelna maślaność. Gorzką kakaowość zaś chyba odrobinkę podbiało coś niemal pieprznego.

Czekoladę zapakowano zupełnie inaczej niż znane mi Dolfiny. Marka odeszła od opakowania, które przypomina elegancką kopertę, na rzecz zwykłego kartonika. Szkoda.
Tabliczka w dotyku wydała mi się pylista i zarazem tłusta. Przy łamaniu dała się poznać jako bardzo twarda i głośno trzaskająca. Jej brzmienie sugerowało pełnię i konkret. Gdy zaś robiłam kęsa, odnotowywałam w niej nieco pyliście-trzeszczący motyw.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, przedstawiając się jako kremowa, średnio tłusta w maślany sposób. Kryła w sobie nieco pylisty efekt, sprawiający, że nie była idealnie gładka. Trochę miękła, roztaczała smugi, a które czasem wkradła się marginalna wodnistość. Nie zaburzyła jednak kremowości. Nie zrobił tego też marginalny, pylisty efekt. Czekolada zostawiała suchawe wrażenie w ustach i nieco tłuste na ustach.

W smaku pierwszy rozszedł się wątek o łagodnym charakterze, maślano-bananowy, tworzący tło. Ustanowił średnio wysoką, wyraźną słodycz, która potem płynęła spokojnie, rosnąc tylko trochę.
 
Po chwili zaznaczyła się cierpkawa goryczka o palonym charakterze.

Nim się jednak bardziej rozeszła, w słodkiej strefie obecność zgłosiły... kwiaty? Kwiaty suszące się...? Suszone owoce! Przede wszystkim jasne, bardzo miękkie i słodkie suszone figi. Figi słodkie w niemal miodowy sposób, do których po chwili dołączyły też inne owoce suszone... A w każdym razie figi straciły trochę na jednoznaczności.

W tym czasie nasiliła się gorzkość. Zahaczała trochę o proste kakao w proszku, za sprawą którego motyw bananowo-maślany przeszedł w kakaowego murzynka, tylko że właśnie nieco "zdrowszego", bo bananowego. Ciastowy wydźwięk zwieńczyła wanilia.

Palona gorzkość umacniała paloność, jakby nie umacniając już poziomu gorzkości. Była raczej średnia i pilnowała się, by nie wyjść za dosadnie. W paloności rozgościły się palone ziarna kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za ich sprawą maślaność zmieniła się w orzechy.

Posypały się głównie naturalnie słodkawe orzechy laskowe, trochę urozmaicone arachidami. Prażone, niektóre w skórkach, przypominających o goryczce, inne bez, a więc słodsze. Zrobiło się orzechowo-prażono.

Na falach raz po raz nieco rosnącej słodyczy do suszonych fig zakradło się trochę prawie zupełnie czysto słodkich suszonych śliwek. Śliwek, które... pretendują do lekkiego kwasku? Za waniliową słodyczą i paloną gorzkością kawy przewijała się nieśmiała soczystość. Na moment nawet nieco mniej nieśmiała. W tle kręciło się coś niepodważalnie soczyście owocowego... teraz już czerwono owocowego? Tak jednak delikatnego, że trudno było dookreślić, czy te czerwone owoce też są suszone (raczej tak?), czy niekoniecznie.

Orzechy zatonęły zaś w maślaności, która odzyskała wpływy, zgrywając się z wanilią. Stworzyły wizję biszkoptowego ciasta typu "chlebek", z którego jednak uciekł motyw bananowy. To raczej jakby maślany keks, ale z samymi orzechami, bez bakalii.

A bakalie... w sensie suszone owoce jakoś się chyba ewakuowały.
Suszone owoce stawały się coraz bardziej niedookreślone. Przeszły bardziej w po prostu słodką soczystość, tęsknie zerkającą na kwasek, jako że słodycz zaserwowała wanilię, która to zaczęła miarowo umacniać swe wpływy. Wanilia przysłaniała suszone owoce i kwiaty. Połączenie tego wszystkiego w pewnym momencie jakby jeszcze spróbowało poudawać miód, ale wanilia w końcu wygrała. Zrobiła się trochę męcząco drapiąca i za ciężka. Acz właśnie w tym drapaniu... próbował utrzymać się miód.

Cierpkość palonej kawy raz po raz wydawała się robić aluzje do kakao w proszku, acz po tej soczystszej chwili, zaczęła wydawać się trochę wręcz pieprzna, konkretniejsza.

Po zjedzeniu został posmak palonych, nie jednak mocno gorzkich ziaren kawy oraz maślano-ciastowy, jakby chlebko-keksu z orzechami głównie laskowymi, intensywna wanilia, zgrana z ciastowym motywem i delikatne soczyste echo. Łączyło czysto słodkie figi i i czerwone owoce. Cierpkość zaś błądziła od mocno kakaowego murzynka (bananowego?) do ziaren kawy.

Czekolada wyszła całkiem smacznie, jednak mam żal do producenta o ten ekstrakt z wanilii. Zagłuszył słodkie nuty, w których było sporo suszonych owoców. Miał pewnie uszlachetnić cukier - poniekąd mu się to udało, bo to, że dodano tu biały, nie dawało się we znaki, ale i na kakao miało to wpływ. Kwiatowo-bananowo-figowe nuty budowały raczej słodki obraz, a murzynkowo-bananowe ciasto, maślaność i orzechy głównie laskowe z ochotą na słodycz przystały. Jedynie palona kawa i ogólnie silna paloność zgłosiły coś mocniejszego dla przeciwwagi. Wyszło to smacznie, acz prosto przez nieco za mocne palenie. Żałuję też, że soczystsze motywy nie rozwinęły się bardziej.
Szkoda, że skoro Dolfin zabiera się za czekoladę z danego regionu, tak mocno praży kakao i dodaje tyle wanilii. Wanilia przesłodziła, gdyby nie ona, całość miałaby 8. A kto wie, czy z innym cukrem i mniej palonym kakao, nie zgarnęłaby 10.

Kwiaty, banany, "suszone nuty", trochę czerwonych owoców, czekoladowy deser z chili, corn flakesy z orzeszkami, maślano-bananowe ciasto  MORO Markham Papua-Nueva Guinea 75 % rozkochały mnie w sobie i w pewnym sensie podobne nuty wystąpiły w dziś prezentowanej. Trochę uproszczone, trochę inne, ale podobne. Kakaowe, trochę przypalone ciasto murzynek z owocami, wiśnie, śliwki i banany z Klingele Chocolates from Heaven 72 % Dark Organic Belgian Chocolate także trochę się kojarzyły z dziś przedstawianą, ale i ta była smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 592 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy