Marka Klingele okazała się bardzo miłym odkryciem. Wraz z tabliczkami Crudo sprawiły, że doszłam do wniosku, że chyba warto zaglądać na stronę Brain Market. I pomyśleć, że trafiłam tam i zainteresowałam się ofertą ze względu na kremy orzechowe, które to - wszystkie próbowane - bardzo mi nie odpowiadały. Ta czekolada bardzo mnie ciekawiła, bo blend ziaren z Peru i Dominikany wydał mi się apetycznym połączeniem, jednak... na opakowaniu tabliczki (i opisie wewnątrz), która do mnie dotarła było tylko Peru. A na stronie - też producenta, nie tylko sklepu - widziałam wyraźnie... Chyba znowu załapałam się na jakieś zmiany (ostatnio miałam taką sytuację z Sopocką Manufakturą - gdy zdecydowałam się zamówić ich ciemną czekoladę z Ekwadoru, akurat zmienili ją na z Nikaragui). Opis wewnątrz papierka utwierdził mnie w tym przekonaniu, bo tam było o kakao tylko z Peru.
Klingele Chocolates from Heaven 85 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 85% kakao z Peru, z amazońskiego lasu.
Po otwarciu przemknęły mi drzewa i sucha, rozgrzana ziemia w towarzystwie znaczącej, choć średnio wysokiej słodyczy karmelków. Po chwili drzewna nuta okazała się bardziej sucho-drewniana, a mnie do głowy przyszło drewno bukowe. Karmelki mieszały się z ciepłą słodyczą maślano-owsianej kruszonki, kwiatami i lekko soczystą słodyczą rodzynek oraz kandyzowanej żurawiny. Chwilami odnosiłam wrażenie, że ta druga z owoców stara się trochę dominować. Acz charakter miały zbliżony, bo oba owoce te wyszły "na słodko". Mieszając się z kwiatami i goryczką, przywodziły na myśl czarną herbatę z dodatkiem / aromatyzowaną kwiatami i suszem owocowym.
Bardzo ciemna tabliczka na dotyk uraczyła mnie tłustością, a przy łamaniu była twarda jakby w zbity, gęsty sposób. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się tłusto i powoli, dając się poznać jako masywna i zbito-zwarta. Długo zachowywała więc kształt. Tłustość stała na dość wysokim poziomie, łącząc maślaność z oleistością w trochę mazistym kontekście, ale w tle pojawiła się sugestia... suchości (?), która trochę ją tonowała. Całość sprawiała wrażenie bardzo gładkiej. Czasem przemykała jakby suchawa cierpkość, by na koniec, gdy czekolada znikała rzadko, zostawić cierpkie ściągnięcie i tłuste wrażenie.
W smaku przywitała mnie gorzkość o średnio mocno, ale wyraźnie palonym charakterze.
Po chwili przeplotła ją słodycz karmelu. On również był palony, ale wyraźnie mniej. W zasadzie przechodził w łagodniejsze karmelki, nie karmel. Im gorzkość robiła się silniejsza, tym słodycz wydawała się łagodniejsza (z charakteru, nie wysokości). Zza karmelu wyłoniła się soczystość bardzo słodkich rodzynek. Takich, w których kwasek w zasadzie się nie pojawia.
Gorzkość rosła spokojnie i konsekwentnie. Była silna i cały czas w dużej mierze palona, ale nie tylko. W tle zaznaczyło swoją obecność kakao w proszku, acz podczepiło się pod wyrazistsze, przewodnie motywy. Gorzkość wzbogaciła się o ziemię, w harmonii mieszającą się z nutą paloną poprzez motyw rozgrzania, suchości. Po chwili dołączyło do nich jeszcze ni drewno, ni drzewa - na tym etapie nie było to takie oczywiste.
Rodzynki zetknęły się z orzechami laskowymi. Naturalnie słodkimi, ale... słodko podkręconymi za sprawą karmelizowania? Może jednak niekoniecznie...? Raczej jako... element ciastek! Wyobraziłam sobie amerykanki / pieguski z rodzynkami i laskowcami.
Karmel zrobił się niepewny i trochę się oddalił. Po głowie zaczęła mi jeszcze krążyć maślano-owsiana, "zdrowsza" kruszonka.
Gorzkość stała na wysokim poziomie, ale mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drewno jakby nieco od niej odeszło. Grało na siebie, idąc w bardziej neutralnym, ale nie łagodzącym gorzkości kierunku. Wyobraziłam sobie suche, jasne drewno bukowe... Acz nie w 100% suche i nie stare, a pamiętające jeszcze cały las bukowy.
W trochę osamotnionej gorzkości, w rozgrzanej ziemi, osiadły nibsy kakaowe. Je udawać próbowało kakao w proszku, acz trochę pobrzmiewało.
W oddali przemknął lekki kwasek. Czyżby coś pojawiło się w rodzynkach? Rodzynkach i... kandyzowanej żurawinie? Owoce reprezentowały głównie słodycz, acz i echo kwasku raz po raz przejawiały.
Słodkie, bardzo słodkie owoce zmieszały się z kwiatami, które... zdawały się trochę ten kwasek kryć. Jakby w kwiatach ukrył się jakiś cytrus?
Wraz z gorzkością, słodycz ta poszła w kierunku herbaty. W pierwszej chwili pomyślałam o earl grey z lekko cytrusowym, ale nie kwaśnym akcentem, jednak zaraz zebrało się tyle kwiatów, a suszone owoce nie odpuszczały, że wygrała raczej czarna herbata infuzowana, podkręcona suszem owocowym i suszonymi kwiatami. Była słodka od nich... i lekko dosłodzona?
Maślaność, która już wcześniej bardzo delikatnie zaznaczyła się jako kruszonka, na końcówce wyszła bardziej zwyczajnie maślano, niczym... kruchy maślany, mało słodki spód. Spróbowała załagodzić gorzkość i to był jej błąd, bo ta na tę próbę zgłosiła sprzeciw silną cierpkością. Jakby zmieniając ten spód w spód kakaowy, lekko przypalony. Nagle doskoczyły do niego nibsy i ziarna kawy - też ryzykownie mocno palone.
Po zjedzeniu został posmak lekko przypalonego maślano-kakaowo-orzechowego spodu, drewna i herbaty z owocowym suszem. Herbaty czarnej, ale z kwiatami i słodzonej. Słodycz przypomniała sobie o karmelu, miała w sobie coś spodowo-kruszonkowo-ciastkowego. Przypaloną nutę przeplotła ziemia, dzięki czemu ta miała pozytywny wydźwięk (tej jeszcze dopuszczalnej, czasem właśnie nawet przyjemnej lekkiej spalenizny, bardziej przypalenia niż spalenia).
Czekolada bardzo mi smakowała. Może nie rozkochała przez jednak pobrzmiewające kakao w proszku, ale wierzę, że gdyby nie ono, mogłaby. Była dość prosta, bo wyraźnie gorzka i palona, ale jednocześnie nie "jak jedna z wielu". Sporo w niej rozgrzanej ziemi, mieszającej się z drewnem bukowym i czarną herbatą. Te znacząco osłodziły nuty piegusków z żurawiną i orzechami, owsiano-maślanej kruszonki i końcowo lekko przypalonego spodu. Owoce - rodzynki i kandyzowana żurawina - też grały na słodki akord. Ogół był więc gorzko-słodki, w sumie wyważony w tym i spokojny, ale nie nudny. Tylko konsystencja tłusto-ciężkawa mogła by być trochę... mniej tłusta. Przy tej zawartości jednak jeszcze taką wybaczam. Dziwne, że choć od Klingele Chocolates from Heaven 80 % Dark Peru Organic Belgian Chocolate różni ją tylko 5% kakao, smaki wyszły tak inaczej. Podlinkowana pełna dymu, z nutami ziemi i bulw, cytrusów i kwiatów tylko stopień palenia miała podobny. Co ciekawe, kakao w proszku bardziej dawało się w niej we znaki. Może... wanilia ją uszlachetniła?
ocena: 9/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 12,80 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 12,80 zł
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym do niej wrócić
Skład: miazga kakaowa, odtłuszczone kakao w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy






















