piątek, 10 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych

Jestem bardzo sceptyczna do produktów białkowych. W zasadzie do wszystkich zachwalanych jako 
funkcjonalne... Sama nie kupiłabym kremu czekoladowego proteinowego, który miałby w składzie podejrzane składniki, po których nie wiem, czego się spodziewać. Tak było właśnie z białkiem WPC. To kompletnie nie moja kategoria produktów. A jednak... lubię naturalne kremy orzechowe czekoladowe. Markę GymBeam bardzo polubiłam i weszłam z nimi we współpracę. Uznałam, że w jej ramach mogę dać szansę produktowi potencjalnie nie w moim typie. "Potencjalnie", bo na dobrą sprawę, wiedziałam, że GymBeam umieją zrobić naprawdę dobry krem. Założyłam więc, że może i białkowy wyda mi się udany.

GymBeam Hazelnut Butter + Protein + Cocoa  / Białkowa Pasta z Orzechów Laskowych to kakaowy krem z orzechów laskowych z białkiem GymBeam WPI, czyli izolatem białka serwatkowego.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam się, jakbym wąchała wafelki z kremem kakaowym, który miał szarawo-jasnobrązowy kolor i oddzielał od siebie blade, lekko wypieczone warstwy waflowe. Jeśli był oblany czekoladą, to tylko delikatnie po bokach. Taką słodką, niby cierpkawo kakaową, ale nie gorzką. Po chwili pomyślałam, że mógł to być wafelek z kremem kakaowo-orzechowym, bo orzechy laskowe zaprezentowały się całkiem przyzwoicie. Czuć naturalnie słodkawe prażone laskowce, ale niestety trzymało się ich metaliczne, sztuczne echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam jakieś 6,5 łyżeczki, a wymieszałam łyżeczkę.
Mieszanie nie było trudne, bo mimo wysokiej gęstości, krem cechowała miękkość. Wyglądał na zwięzły, ale nie zbity. Widać w nim też sporo drobinek i kropeczek skórek, które obiecywały miazgowy efekt.
W ustach krem od razu przedstawił się jako miękki i... aksamitny, ale tylko początkowo. Był masywny, gęsty, wręcz przytykający. Trochę oblepiał zęby, mimo że nie gryzłam. Wydawało się, że jeszcze gęstniał, po czym rozpływał się w średnim tempie. Raczył mnie wtedy efektem miazgowym, a także średnią tłustością. Szybko się jednak okazało, że to dziwna miazgowość. Nie wynikała bowiem tylko z drobinek orzechów. Krem powoli zmieniał się w zawiesinę drobinek orzechów oraz miękkich, lepkich kulek-zbitek proszku. Czuć w nim też proszkowość, która próbowała chować się w miazgowym efekcie. Miał w sobie też sporo z mleka w proszku, rozpuszczającego się w lepkim stylu oraz trochę ze trochę scukrzonego miodu.
Na koniec w ustach zostawały w dużej mierze drobinki orzechów, ale często też te drobinki zlepki proszku. Gryzione wydawały się miękko-gumiaste i wciąż lepkie.
Gryzione na koniec kawałki cechowała chrupkawość i delikatność. Były delikatne, mimo że wymagały ciamkania.
Zostawił po sobie trochę wręcz ściągające (od proszku? słodziku?) wrażenie.

W smaku od razu rozbrzmiała słodycz, kierująca moje myśli ku nieco przesłodzonemu wafelkowi. Przemknęła sztuczna... wanilina?... a potem umocniła się wizja wafelka z bladymi, słabo wypieczonymi warstwami waflowymi, poprzekładanymi jasnobrązowym, szarawym kremem kakaowym. Kremem zdecydowanie przesłodzonym i niegorzkim.

Wafelka uczepiła się sztuczność, kierująca go w tanim kierunku. Kakao zdobyło się na trochę cierpkości, sugerując, że może wafelek oblano po bokach... nie tyle czekoladą, co polewą kakaową.

Zaraz jednak do gry dołączyły orzechy. Dołożyły się do słodyczy, podrzucając jeszcze skojarzenie z niezbyt udaną podróbką Kinder Bueno. W tle zaznaczył się mleczny motyw... Niezupełnie jednak mleko. Bardziej coś z mlekiem w proszku.

Orzechy laskowe cały czas wiązały się ze słodyczą, ale po paru chwilach zmieniły jej wydźwięk za sprawą swej autentyczności. Wysoka słodycz w dużej mierze przeszła w naturalnie orzechową, acz... im więcej jadłam, tym bardziej i szybciej zaznaczał swą obecność słodzik. Prażone orzechy laskowe nie próżnowały, starały się jak mogły wyjść na prowadzenie. Acz nie udawało im się.

Niestety, dość długo i ich trzymało się sztucznawo-metaliczne echo. Cały czas czułam przesłodzonego, taniego wafelka, ale już bardziej kakaowo-orzechowego. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji słodycz przestała na trochę rosnąć rosnąć. Orzechy laskowe walczyły o dominację, ale trudno było skupiać się tylko na nich.

Słodycz na nowo zaczęła rosnąć, tym razem za sprawą słodziku.

Wafelkowy, przesłodzony motyw zaczął przejawiać coraz bardziej mleczne skłonności. Do głowy przyszły mi... kakaowo-orzechowe płatki śniadaniowe, które zdążyły zabarwiły już i zasłodziły mleko. Mleko po płatkach ze sztuczną słodyczą i niegorzkim, ale takim "komercyjnym" kakaowym smakiem przeszkadzały laskowcom.

Słodycz słodziku nagle wyrwała się na przód. Zrobiło się zdecydowanie za słodko i aż mało orzechowo. Słodycz podchwyciła metaliczność i dodała do niej chłód. Słodzikowy motyw zmieszał się z lichym kakao i orzechami, które z czasem wydały mi się zrezygnowane. Słodzikowość i jakby mdło kakaowy, słodzikowy krem z jakiś bezcukrowych wafelków zakończył kompozycję, aż wgryzając się w język.

Na koniec w ustach zostawały jeszcze dziwne kawałki i drobinki. Gryzione smakowały jak mleko w proszku ze sztucznie miodowym cukrem i orzechowo. Dominowało to pierwsze, mimo że drobinek nieorzechowych było mniej. Orzechy po prostu nie miały siły przebicia. Ich lekko prażony smak po tym wszystkim wydawał się bardzo zgaszony utrzymującym się motywem słodziku.

Po zjedzeniu został okropny posmak słodziku, który zdawał się aż wgryzać w język, sztucznego kremu kakaowo-orzechowego prosto z tanich wafelków, może też podróbek Kinder Bueno oraz motyw mleka po przesłodzonych płatkach kakaowych. Orzechy laskowe, nie za mocno prażone, znalazły się dopiero za tym wszystkim.

Krem bardzo mnie rozczarował. Liczyłam się z proszkowością i nutą tego izolatu, ale myślałam, że pójdzie bardziej w jakieś mleczno-mączne klimaty jak np. Vilgain Cheat Spread Choco Bar, a nie że to będzie białko tak mocno smakowe i słodkie od słodziku. O smaku tanich wafelków z kremem kakaowo-orzechowym, o smaku przesłodzonych kakaowo-orzechowych płatkach śniadaniowych zabarwiających mleko oraz mocno słodzikowe. Bardzo nie moje klimaty, a w dodatku jeszcze słodzik. W trakcie jedzenia jeszcze pół biedy, ale posmak był okrutnie słodzikowy. Orzechy, które stanowiły bazę kremu, się przed tym wszystkim chowały.
Mimo że za moją uwielbianą miazgowością kryła się proszkowość, konsystencja jeszcze nie była tragiczna. Myślę, że ta proszkowość jest zrozumiała.
Mimo szczerych chęci 96 gramów to moje maks, a i to się dziwię, że aż tyle zjadłam (akurat byłam trochę głodna). Resztę oddałam Mamie.

Opinia Mamy: "Okropny ten krem. Samego to na pewno nie da się jeść. Aż w nim orzechów prawie nie czuć przez ten słodzik i... yy, proteinę? Ale głównie słodzik wszystko popsuł. Bez niego chyba byłoby jeszcze w miarę, mogłoby być. A to było paskudnie słodzikowe, aż nieorzechowe. A w dodatku nie podobało mi się, jak ten krem oklejał zęby, przylepiał się do nich denerwująco, tak... proszkowo? Myślałam, na czym to by można jeść, by jakoś się dało... Na tostach z serem żółtym i dżemem był bardziej zjadliwy. Trochę wycofał się ten słodzik i... proteinowość? A sam krem na tostach poszedł w kierunku orzechowo-kakaowych, tanich wafelków. Też niesmacznych, ale nie aż tak słodzikowych przynajmniej. Ale nawet z tostami nie mam zamiaru go męczyć".
Niestety więc wyrzuciłyśmy.

Szkoda, że gdy sprawdzałam, co to za krem na stronie przed tym, jak o niego poprosiłam, nie dotarło do mnie, że w tym białku jest nie tylko białko, aromat i kakao, a właśnie też jeszcze ten słodzik. Gdyby nie on, myślę, że kremowi spokojnie dałabym 6. A kto wie, czy nie 7? Zależy, w jakim kierunku poszedł by smak.

Co do smaku... na pewno nie jest to krem, mogący przekonać do białkowych rzeczy. Jak ktoś ma do czynienia z takimi słodzikowymi białkami na co dzień, możliwe, że lepiej odbierze ten krem niż ja. Myślę jednak, że dodanie słodziku było strzałem w kolano. Samo białko mogłoby lepiej zagrać, a właśnie ten słodzik pokierował wszystko w obrzydliwym kierunku. Gdyby jeszcze dodano go znacznie mnie... a to niestety, zdominował krem. Nawet nie to, że tak go przesłodził, ale okropnie denerwował wydźwiękiem.
Poza tym... każdemu zdarzy się wpadka, więc mimo wszystko ten krem wybaczam i nie tracę wiary w kolejne (ale już na pewno nie białkowe!).


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 35,90 zł za 340g
kaloryczność: 626 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe 80%, białko GymBeam WPI 20% (izolat białka serwatkowego, odtłuszczone kakao w proszku 4%, aromat, barwnik: karmel amoniakalny; substancja słodząca: sukraloza; emulgator: lecytyna słonecznikowa)

środa, 8 lipca 2026

Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei mleczna 50 % z kremem z białej czekolady i nugatu migdałowego z ajerkoniakiem i móżdżkiem wieprzowym oraz nugatem z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, laskowych i migdałów

Kontrowersyjne połączenia czy nazwy dań jednych intrygują, drugich odrzucają. Przy czytaniu opisu tej czekolady przypomniało mi się danie Oyakodon, , które niektórych bulwersuje nazwą, wg nich jest upiorna, bo oznacza "rodzic" (oya) i "dziecko" (ko), odnosząc się do kury i jajka. Ciekawe, co też by powiedzieli o dziś przedstawianej czekoladzie... Chcąc na szybko znaleźć w internecie opis tej czekolady, wpisałam jej nazwę i trafiłam na informację, że Eggs 'n' brains to śniadaniowe danie cenione w Portugalii (omolete de mioleira) i Austrii: jajecznica z móżdżkiem wieprzowym. W tej drugiej znane właśnie jako Hirn mit Ei. To wydaje się... zwyczajne, pewnie nawet smaczne, ale że skwarki z móżdżku w czekoladzie z ajerkoniakiem? Druga warstwa z kolei miała się tak do tego, że... no, jej "pasowanie" oparto na powiedzeniu "jedzenie dla mózgu", bo orzechy są znane ze swoich właściwości zdrowotnych. Czytając opis z wnętrza papierka, trafiłam na jeszcze jedną grę słowną: "hirn in der birn ist", czyli "mózg jest w gruszce", co oczywiście odnosi się do dodanej gruszkowej brandy.
Co nie zmienia faktu, że umieszczenie móżdżkowych skwarek w tabliczce czekolady do mnie nie przemawiało. Uznałam, że wolę mieć ją za sobą szybciej, niż później, więc nie będę jej odkładać za bardzo w czasie.


Zotter Brains & Eggs / Hirn mit Ei to czekolada mleczna o zawartości 50% kakao nadziewana (30%) kremem "ganache" na bazie białej czekolady i nugatu migdałowego z likierem jajecznym (ajerkoniakiem), gruszkową brandy, wanilią i karmelizowanym w maśle móżdżkiem wieprzowym oraz (30%) kremem orzechowym na bazie praliny / nugatu z orzechów laskowych z kawałkami orzechów nerkowca, orzechów laskowych i migdałów. 

Po otwarciu rozszedł się uderzył zapach alkoholu. Kompozycję zdominowała soczyście gruszkowo-jabłkowa, a jednocześnie karmelowo-cukrowo słodka brandy, choć i ajerkoniak czuć wyraźnie. Trochę przesłodziły kompozycję. Dopiero jednak za brandy, w towarzystwie mleczno-waniliowego, wręcz śmietankowego splotu. W nim przewinął się też niedookreślony nugat. Taki ogólnie orzechowo-migdałowy - o, migdały czuć nieco wyraźniej. Sama czekolada wydawała mi się bardzo mleczna i bardzo słodka w sposób lekko karmelowy - powiedziałabym, że ma 40%, a nie 50%. Po przełamaniu piekąco słodka alkoholowość jeszcze się nasiliła.

Tabliczka wydawała się konkretna, ale jakby plątała się w niej pewna delikatność. Gruba warstwa czekolady choć twarda, nie trzaskała przy łamaniu, odsłaniając dwie warstwy nadzienia. Górna, orzechowa, mimo że nieco plastyczna, wykazywała kruchość ze względu na mnóstwo drobinek orzechów, jakie w niej zatopiono. Gołym okiem widać ich niewiele, więc potem czekała mnie niespodzianka. Grubsza jasna też była tłusta, ale o wiele bardziej. Ta dała się poznać jako maślano zbita, niczym chłodne masło. Na oko wydawała się gładka.
W ustach czekolada rozpływała się gładko i tłusto-kremowo. Czuć w niej pełnię mleka i maślaność. Swymi smugami pokrywała podniebienie i odsłaniała powoli również maziste nadzienia.
Warstwy ze środka zgrały się tłustością i kremowością, a także lekką pylistością. Obie były dość masywne, a także gęste w nieco biało czekoladowo-nugatowy sposób.
Spójniej z czekoladą rozpływał się krem orzechowy. Wydawało się, że gdyby nie kawałki orzechów, byłby bardziej zbity i może wręcz twardy. Kawałki jednak go poganiały. Mimo ich obecności, wydał mi się za tłusty niczym chłodne, zbite masło. Niezależnie od tego, kiedy gryzłam kawałki, były takie same. 
Krem jasny rozpływał się najwolniej, wykazując wysoką tłustość. Jego zwartość przełożyła się na pewną gibkość, ale nie gęstość. Miękką maślaność i gumowość?
Warstwa zaskoczyła mnie tym, jak połączyła gładkość z pylistością. Nie uświadczyłam w niej żadnych kawałków.
Kawałki gryzione na koniec były niechrupiące, delikatne, dość często wręcz sprężyście miękkie. Wśród tych bardziej sprężystych czasem miałam wrażenie, że chyba dwa czy trzy razy trafiłam na coś bardziej żujnego, może mięsnego, ale możliwe, że to autosugestia.

W smaku czekolada od początku łączyła ogrom pełnego mleka i maślaność z karmelową słodyczą. Lekko przesiąkła alkoholem - głównie brandy - i wydała mi się zaskakująco słodka, niegorzka jak na 50%.

Nadzienia bardzo szybko odzywały się za sprawą alkoholu i słodyczy. Nugat przesiąkł alkoholami z jasnej części, to pewne.
Po paru chwilach nadzienia odciągały uwagę od czekolady. Jasny krem okazał się bardziej jaskrawy smakowo ze względu na dominujący alkohol, ciemny orzechowy spokojniejszy i bardziej zgrany z czekoladą.

Krem orzechowy wkroczył poprzez mleczno-orzechowy motyw. Czuć w nim nugat laskowy, laskowo-migdałowy o średnio wysokiej słodyczy i lekką maślaność. Kolejne fale maślaności i pewne ciepło trochę rozmywały orzechowość, a wyłaniające się kawałki niezbyt pomagały, prawie nic nie wnosiły. Nawet pogryzienie orzechów wcześniej, obok czekolady, nie pomagało im z przebiciem się. Ta warstwa przegrywała z imperatywnymi alkoholami drugiego kremu.
Nugat spróbowany osobno wydawał się wyraźniej laskowy, a w dodatku wyraźnie poczułam w nim cynamon.

Nadzienie ajerkoniakowe przebijało się z łatwością alkoholem, który wydał mi się zasładzający i zarazem soczysty. Najpierw powiedziałabym, że dodano tam brandy gruszkowo-jabłkową, jednak po chwili została tylko gruszkowa. Soczyste gruszki były bardzo jednoznaczne przez pewien czas, choć mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dołączył do nich ajerkoniak. Owocowy wątek trochę ustąpił na rzecz jeszcze słodszego alkoholu oraz waniliowo słodkiej białej czekolady i śmietanki. W białoczekoladowym splocie, w oddali za alkoholami odnotowałam lekko nugatowe echo. 
Jasny krem spróbowany osobno okazał się leciutko migdałowo-nugatowy, co z czasem nieco podkręcało orzechowość nugatu. Do tego krem jasny, pod tym całym alkoholem, wydawał się wyraźniej waniliowy i nieco niepalono karmelowy / karmelowo-krówkowy.

Z czasem zrobiło się nieco bardziej orzechowo, ale nie jednoznacznie. Pomyślałam o likierze orzechowym / nugatowym. Słodycz i alkohole, które już się bardziej przemieszały, aż piekły w język, ale... w tej mieszaninie raz po raz przemknęło mi coś prażono-wytrawniejszego (nie jednak mięsnego).

Ukryły się jednak w cały czas narastającej słodyczy. Ta z nugatowej, białoczekoladowej końcowo robiła się bardziej karmelowa, karmelowo-cukrowa. Może brandy to narzuciła? Po tym uderzeniu i kolejnych falach alkoholowości, całość wydawała się nieco bardziej ciepło-korzenna.

Gdy z ciekawości pogryzłam kawałki wcześniej, obok czekolady, całość wydawała się jeszcze bardziej chaotycznie słodka i alkoholowa, a orzechy wydawały się nijakie.

Na koniec, gdy wszystko zniknęło, kawałki smakowały bardziej przejrzyście. Nie bardzo, ale bardziej niż wcześniej. Ogólnie były to delikatne orzechy, trochę onieśmielone mocnym alkoholem i słodyczą. Czuć tam głównie podprażone orzechy laskowe i migdały, ale też odrobinę trochę nerkowców. Czasem wśród kawałków zaplątało się coś nieco... słonawego? Prażonego w sposób, że powiedziałabym, że to mogło być coś mięsnego.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkiej gruszkowej brandy, chyba też echo likieru jajecznego i słodycz białej czekolady, nugatu i łagodnego karmelu. Czekolada mleczna też wydawała się bardzo słodka w sposób karmelowy. Czułam też sporo masła i nugat orzechowy z korzennym ciepłem, prawie pikanterią.

Czekolada zaskoczyła mnie, i pozytywnie, i niepozytywnie zarazem. Okazała się całkiem smaczna, ale zupełnie nie smakująca tym, czym powinna. Mleczna czekolada z mlecznym, lekko orzechowym nadzieniem z gruszkową brandy, słodko-soczyście gruszkowa i z subtelnymi orzechami do gryzienia. Trochę zbyt zasładzająca, ale robiąca to w sposób zrozumiały. Nijak miało się to do obiecywanego ajerkoniaku i kawałków karmelizowanego móżdżku. Niezbyt podobała mi się zbita tłustość nadzień, ale tragedii nie było.
Nadzienie ajerkoniakowe Zottera zawsze było mało ajerkoniakowe i kiepskie. Tym razem wyszło też niezbyt ajerkoniakowe, ale lepsze. Zawsze robił je za bardzo jabłkowo-octowe, tym razem wyszło bardzo brandy-gruszkowo. To w sumie było smaczne, ale jak ma być ajerkoniakowo, to tak... mam mieszane uczucia niezbyt. Mięsność zupełnie się schowała pod natłokiem alkoholu i słodyczy. Orzechowość nugatu nie była szczególnie intensywna, ale czuć ją w asyście korzennego ciepła. Sama czekolada wydawała się nieco za słodka, jak i cała kompozycja. Alkohole nieco za bardzo jej orzechowy charakter i ukryły. Nie wyszła więc kontrowersyjnie, ale po prostu całkiem smacznie. Nie jakoś wyjątkowo, ale tak całkiem przyjemnie do zjedzenia. Dużo w niej wszystkiego, ale efekt... raczej prosty.

W poszukiwaniu kawałków móżdżku, czy choćby mięsnej nuty, zjadłam 30g i to w zasadzie nawet z przyjemnością. Każdy kolejny gram jednak już by męczył słodyczą i trochę tłustością nadzień, niedookreślonym smakiem kawałków. 

Zjadłam połowę, choć w sumie 1/3 by wystarczyła. Potem słodycz i tłustość trochę nadto już męczyły. Zależało mi jednak na znalezieniu choć kawałka móżdżku. Niestety, nici z tego. Mama jednak też nie trafiła. Może dodano sproszkowane mięso? Stąd ta pylista struktura? Nie wiemy, nie czułyśmy niczego, co by mogło być móżdżkiem. Inna sprawa, że żadna z nas nie chciałaby go czuć... 
Dopiero z czasem tknęło mnie... że może ta czekolada miała strukturą udawać takie danie? W sensie że w tłustej, wręcz kremowej "jajecznicy" (kremach) znalazły się żujne kawałki "skwarki" (z orzechów)? Coś jak Zotter Pink Coconut and Fish Marshmallow udająca rybę, rybie mięso, a nie mocno smakująca rybą.

Mamie, której przypadła druga połowa czekolada ogólnie bardzo smakowała: "Od razu, jak tylko włożyłam kawałek do ust, uderzył alkohol. Taki mocny, ale dobry i szlachetny. Jakiś koniak czy coś. Najpierw takie mi się to trochę dziwne wydało, że sama czekolada z wierzchu nie zdążyła zacząć się rozpuszczać, a już ten alkohol, ale potem i reszta elementów się odezwała. Ajerkoniaku nie czułam, a szkoda, bo go uwielbiam. Słodka, taka naprawdę dobra mleczna z nadzieniem... Jakby właśnie głównie mlecznym i mocno alkoholowym. Takim mlecznym, porządnie mlecznym, kremem. Czułam w nim jednak coś jeszcze, na pewno coś smacznego, szlachetnego, miałam problemy z uchwyceniem tego. Z czasem mi się udało. Maślaność! Taka szlachetna, pyszna. Może to ten nugat? Ogólnie to wnętrze kojarzyło mi się trochę z takimi dobrymi, naprawdę dobrymi truflami. No i na koniec orzechy zostawały. Nie czuć dokładnie, jakie to, ale nie przeszkadzały. Dokładniej jednak nie umiem jej opisać. Smaczna, że gdybym miała sam smak oceniać, mogłaby mieć naprawdę wysoką ocenę. Z 9? Ale że jest zupełnie nie tym, czym miała być, to chyba te 6 to dobra ocena. No gdzie tam ten ajerkoniak? No i móżdżku nie czułam, ale to dobrze. Nie chciałabym go czuć". 


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, orzechy laskowe 11%, pełne mleko w proszku, migdały 5%, mleko, odtłuszczone mleko w proszku, orzechy nerkowca 3%, brandy gruszkowa 2%, syrop z cukru inwertowanego, syrop skrobiowy, żółtko jaja 1%, substancja słodząca: erytrytol; masło, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), móżdżek  wieprzowy 0,1%, emulgator: lecytyna sojowa; pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, sól, emulgator: lecytyna słonecznikowa; sok gruszkowy, cynamon, sproszkowany imbir, kardamon, anyż gwiazdkowy

wtorek, 7 lipca 2026

Steiner & Kovarik Aluna Cokolada 55 % S Ruzi Kolumbie / Milk Chocolate 55 % with Rose ciemna mleczna z różą

Długo zastanawiałam się, czy tę czekoladę wziąć w góry, czy jednak przeznaczyć na nią którąś z domowych degustacji. W końcu uznałam, że lepiej będzie zjeść ją w domu - jeszcze w górach by mi ta róża za bardzo uciekała... Kto wie? Choć reszta, a więc niska zawartość kakao oraz, jak się okazało dopiero przy przygotowywaniu posta pod recenzję (przy zamawianiu róża tak zawróciła mi w głowie, że to mi jakoś umknęło), obecność mleka, nie wróżyły w pełni zachwycającej degustacji tworu bardzo głębokiego i poważnego. A jednak jakoś tak... coś mną pokierowało, by z czekoladą rodzinnej czekoladziarni Steiner & Kovarik, której pracownia mieści się w Pradze, zapoznać się w domu. Jej założycielka, Silvie Steinerová kontynuuje czeską tradycję, a w 2005 roku postanowiła wskrzesić jedną z najstarszych firm cukierniczych Nachfolger, której korzenie sięgają końca XIX wieku. Parę lat później, w 2011 roku, wraz z Petrem Kovaříkem założyła rodzinną firmę Steiner & Kovarik. Ja najpierw skusiłam się na tabliczkę, która oferuje ponoć "nowy wymiar zmysłowości" dzięki dodatkowi róży, a bazuje na kolumbijskim kakao z farmy Justiniana Suareze.

Steiner & Kovarik Aluna Cokolada 55 % S Ruzi Kolumbie / Milk Chocolate 55 % with Rose to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao trinitario i Criollo z Kolumbii z różą. 

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mleka pełnego i naturalnego, do którego dolatywał wyraźny zapach solonych i chyba karmelizowanych fistaszków. Karmelowa nuta poniekąd się z nimi wiązała, ale nie kończyła na tym. Czuć bowiem też specyficzny, rześkawo-ciężki i melasowy cukier kokosowy, a także jakby trochę po prostu palonego karmelu. Słodycz choć szlachetna i poważna, stanęła na pierwszym miejscu. Fistaszki zaś wprowadziły lekko łagodzący wątek masła orzechowego i po prostu maślany, zapewniający spójność z tłustym mlekiem. Czasem wydawało mi się, że w oddali przemyka akcent kawy, ale jakby w wydaniu kawowego kremu orzechowego. W zapachu róża się ukryła, choć jakiejś kwiatowej namiastki za cukrem kokosowym można się doszukać.

Dość ciemna, ale ewidentnie mleczna tabliczka w dotyku zdradzała tłustość, ale nie jakąś bardzo dającą się we znaki. Przy łamaniu wydawała trzaski, przypominające strzały, acz jej twardość nie kojarzyła się z ciemnymi czekoladami, a właśnie twardymi mlecznymi.
W ustach rozpływała się maziście i bardzo gęsto, niby trochę zmieniając się w lepki krem, ale też po części starając się zachować kształt. Była niemal idealnie gładka i bardzo tłusta w sposób maślany. Tylko chwilami zdradzała jakby ukrytą szorstkość. Po chwili otłuszczała usta i znikała jakoś tak rzadko. Na koniec zaś ściągała.

Odkąd tylko kawałek trafił do ust, zalał je smak naturalnego, pełnego mleka. Pomyślałam o tłustym wiejskim mleku, do którego zaraz podkradła się lekka cierpkość. Nad nimi zaś zawisła, niczym burzowa chmura, rześka słodycz.

Cierpkość należała do... czerwonego owocu? Kwasek, prawie soczystość zaznaczyły się, po czym wycofały.

Mleka w tym czasie zbierało się coraz więcej i więcej. Toż to całe mleczne tsunami! Mleka wiejskiego, któremu towarzyszy odrobinka masła i które osładza palony karmel.

Na moment pokazało się trochę... karmelizowanych fistaszków? Karmelowego masła orzechowego?

Słodycz zaznaczyła się szybko, ale rosnąć zaczęła dopiero po chwili. Niby powoli i nie tak mocno, ale bardzo zwracała uwagę na swój mocno palony charakter. Od razu przyszedł mi do głowy karmel palony do goryczki, a zaraz wręcz ciężka, słodka melasa.
Wśród nich zaplątała się rześkość - owocowy wątek zmienił się w jedynie rześkość, a ta przedstawiła się jako cukier kokosowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do tłustego mleka, niczym takiego prosto od krowy, dołączyło jeszcze więcej masła i całość wydała mi się właśnie tak tłusta, że aż cierpka (?).

W maślaności chyba wciąż kryło się trochę arachidów, a na zasadzie kontrastu... wróciło trochę kwasku. Z jednej strony mógł to być kwasek kokosa (?), z drugiej jakby coś cytrusowo-egzotycznie owocowego, ale nic konkretnego.

Przy całej tej tłustości i ciężkości słodkiej melasy, do tej odrobiny rześkości podkradł się wątek kwiatów. Nie róży. W zasadzie na tyle wątły, że można by zapomnieć, że to czekolada z różanym ekstraktem. Kwiatowość... chyba podkręcała odrobinka wanilii. Niestety, wszystko zdominował cukier kokosowy.

"Wszystko" - dosłownie, nie tylko nuty słodkie. Z czasem i mleko przy nim wydawało się nieco osłabione, a gorzkość... gorzkość to jakby głównie ten karmel i melasa do gorzkości palone. Gorzkość jako taka nie domagała. Z czasem w goryczkowatych skłonnościach melasy doszukałam się odrobinę czarnej ziemi. Ziemi... suchej? Z ogrodu w pełnym słońcu? W nim też mogły rosnąć jakieś pojedyncze krzaki, może i róży, ale bardzo nieoczywistej.

Spod melasowego cukru kokosowego aż trudno się podoszukiwać reszty nut. Mimo że nie było znowuż jakoś szczególnie słodko... Po prostu wydźwiękiem tak przyciągał uwagę. Piekł w język, ale nie tyle samą słodyczą, a niemal korzennie-ziemistą pikanterią. A może... to lekka gorzkość czekolady próbowała się przebić? Nawet jeśli, to wrażenie było takie, że cukier kokosowy ją pochłonął.

Po zjedzeniu został posmak masła, wraz z tłustym wrażeniem na ustach oraz niemal gryzący w język motyw rześko-ciężkiego, specyficznego cukru kokosowego. Nie było jednak tak bardzo jednoznacznie słodko. Czuć melasę paloną do goryczki, która poprzez cierpkość miesza się z echem ziemi i ogródka... z krzewami, ale nie tyle kwiatowymi co... z owocami? Jakby cierpkiej, egzotycznej mieszanki cytrusowych owoców z czerwonymi.

Czekolada bardzo mnie rozczarowała, bo prawie nie czuć w niej róży. Może trochę róży zaplątało się na setnym planie... Aż trudno powiedzieć przez tak imperatywny cukier kokosowy i jego rześko-gryzący, ciężko melasowy smak. Echo fistaszków, owocowe przebłyski i odrobinka ziemi nie miały jak się rozwinąć. Trudno uchwytny owocowy kwasek przez swą niejednoznaczność niczego pozytywnego nie wniósł. Nawet mleko nie zawsze było tak samo intensywne, czasem jakby nieco dawało za wygraną. Maślaność ją wspierała, ale znów - to nie jest nuta, którą bym się zachwycała. Ogół był trochę cierpki, ale gorzkość stała na niskim poziomie. Słodycz... nie mogę powiedzieć, by była bardzo wysoka, ale okrutnie dominująca przez wydźwięk, że przytłoczyła i resztę nut, i mnie.
Jadłam kawałek po kawałku aż w końcu miałam dość tego, że co ciekawsze i charakterne przysłania dominujący cukier kokosowy, że robi się tak pełnomlecznie-maślanie tłusto i resztę chciałam oddać Mamie. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zjadłam jedynie 5g (a wydawało się znacznie więcej!).

W pierwszej chwili resztę chciałam oddać Mamie, ale uznałyśmy, że tylko spróbuje, a resztę będę miała do ciast, a dokładniej do ciasta pomarańczowego z kremem z mlecznej czekolady.
Po spróbowaniu Mama opisała ją: "Taka niezbyt mleczna, powiedziałabym, że raczej tak z 70% kakao. I trochę gorzka, i trochę kwaśna, ale w taki nieokreślony, nieznany mi sposób. Że aż trudno to jakoś opisać. Róży jednak nie czułam".


ocena: 5/10
kupiłam: Allegro
cena: 33,45 zł (za 70g)
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier kokosowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z róży (etanol, naturalny aromat różany, gliceryna, olejek różany), naturalny aromat waniliowy

niedziela, 5 lipca 2026

SOL Dark Chocolate Dominican Republic 75 % cacao ciemna z Republiki Dominikany

Gdy została mi ostatnia tabliczka ukraińskiej marki Sol, poczułam smutek. Bardzo się bowiem z nimi polubiłam i przyzwyczaiłam, że jakaś sobie na mnie spokojnie czeka. Co ciekawe, przekładając czekolady i raz po raz trafiając na tę, pomyślałam, że ma przepiękne opakowanie. Takie proste, ale łączące rzadko spotykane, a lubiane przeze mnie połączenie granatu i beżu. Tak jak pozostałe Sol, pod względem opisu, nut była enigmatyczna. Co jest zarówno plusem, biorąc pod uwagę niespodziankowość, tajemniczość, jak i minusem, bo lubię wiedzieć dużo o kakao, z jakiego zrobiono daną tabliczkę.


SOL Dark Chocolate Dominican Republic 75% cacao
 to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu uderzył prędko łagodniejący, nieco octowy zapach czerwonych owoców. Wydawały się skwaśniałe, bardzo kwaśne, a jednocześnie mocno osłodzone świeżymi figami i bananami. Figi tchnęły w tę kompozycję pewną lekkość, niemal kwiatowość. Do słodyczy dołożyły się też suszone owoce: figi z kolei suszone, suszone morele. Suszone owoce podkreślał trochę maślany karmel. Ogółem więc trochę się tej słodyczy nazbierało tak, że z łatwością zajęła wysokawo-średni poziom. Nie rządziła się jednak jakoś szczególnie ze względu na wyrazistą rozgrzaną czarną ziemię, która rozbrzmiewała tuż obok. I do niej zakradło się chyba trochę owoców jako wędzony susz owocowy.

Tabliczka ze względu na twardość, podczas łamania, trzaskała głośno.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli, przeistaczając się w gęsty, tłusto maślany krem, który jednak z czasem dość łatwo rzedł. Gdzieś w tle zaznaczało się lekko suchawe wrażenie, mimo ogólnie narastającej delikatnej soczystości.

W smaku pierwszy przemknął niedookreślony czerwony owoc, niosący trochę kwasku i cierpkości. Nie zdążyłam się jednak na nim skupić, a moją uwagę już przyciągnęło coś innego.

Niesamowicie jednoznaczne suszone mango wskoczyło na pierwszy plan. Było ciężkawo słodkie i bardzo, bardzo wyraziste. Zbudowało egzotyczny klimat, a po chwili dołączyło do niego trochę świeżych fig i bananów. Na boku zaczęło robić się nieco kwiatowo.

W tle powoli, spokojnie zaczęła się też rozwijać wysublimowana gorzkość.

Suszone mango wniosło też motyw suszenia, suszonych owoców. Tu pojawiło się też sporo suszonych fig i trochę chyba takich bardzo suchych, niesoczystych moreli.

Czerwono owocowy przebłysk z początku nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż to tu, to tam pobrzmiewał czerwono owocowy akcent. Z czasem nieco się nasilił, kojarząc się z cierpkimi suszonymi, niesłodzonymi wiśniami.

Ten motyw zmotywował resztę owoców, by jeszcze rozkręcić swą słodycz. Zaczęła zbliżać się do wysokiego, nieco drapiącego poziomu. Oto w tym samym momencie do suszonych owoców dołączył miód, a te egzotyczne utworzyły wizję chlebka bananowego. Chlebka bananowego z przypieczonymi na wierzchu plasterkami świeżych fig i... z suszonymi owocami w środku? Do głowy przyszło mi jeszcze ciasto z suszonych owoców "sticky pudding" z miodowo-toffi-karmelowym sosem (ale wyobrażone, bo bez daktyli, które w normalnym przepisie stanowią bazę). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa owoce zaczęły współpracować, przemieszały się wszystkie.

Szlachetna, nienachalna gorzkość podchwyciła suchy motyw i zaserwowała mi jednoznaczną wizję czarnej, gorącej ziemi. Stonowała więc słodycz, która tuż przed poziomem ewidentnie wysokim się zatrzymała i wróciła do raczej średniego.

Gorzkość trochę pozmieniała też wydźwięk słodyczy, kierując miód w poważniejszą, palono karmelową stronę. Miodowe echo zmieniło się w cierpki pyłek, pierzgę (moje o nich wyobrażenie?).

Gorzkość chwilami wydawała się wręcz nieco dymna... Rozgrzana ziemia zadomowiła się na pierwszym planie.

Bananowy chlebek z suszonymi morelami, suszonym mango i suszonymi wiśniami wypuścił na przód te właśnie najkonkretniejsze, cierpko-kwaskawe suszone wiśnie. Im dym raz czy drugi zasugerował trochę wędzony ton, ale owoce jednak na niego nie przystały.

Świeże figi przywołały na pomoc jasnofioletowe, też świeże figi oraz kwiaty i trochę na przekór słodyczy i gorzkości wywalczyły nieco miejsca w kompozycji na rześkość, świeżość. Chwilami także mango chyliło się ku świeżemu, zapewniając namiastkę egzotycznego kwasku.
Karmel zaczął łagodnieć, pokazując się jako karmel bardziej maślany. Łagodniała też owocowość.

Końcowo dymu zebrało się więcej, a motyw owoców przeszedł wręcz w... ocet winny? Wino bezalkoholowe? Acz jakby z kwaśnością przyciszoną dymem. Wydawało się to za to wręcz pikantne.

Po zjedzeniu został posmak bananów, świeżych fig i suszonego mango, budujących egzotyczny klimat, przepleciony kwiatami i niemal octowym kwaskiem czerwonych owoców. Czułam też wyważony motyw niemal miodowej, lekko karmelowej słodyczy i gorącej ziemi, związanej z dymną pikantnawo cierpkością, wręcz... sadzą?

Czekolada była pyszna i ciekawa. Podobało mi się, jak figi i mango pokazały się z dwóch stron: suszone i świeże. Świeżym towarzyszyły banany, stanowiąc o egzotycznym klimacie, a suszone mieszały się z innymi suszonymi owocami, a więc morelami. Z czasem za sprawą suszonego mango, suszonych wiśni i chlebka bananowego wszystko to układało się w jedność. Trochę jasnych śliwek i kwiatów, które przybyły potem, ciekawie przeplatały się z miodem i karmelem. Ogrom gorącej ziemi ciekawie przekierował miód w cierpki pyłek, a octowo-winna końcówka nadała temu głębi. Całość jednak mimo wszystko aż trochę zasładzała. Nie było to jednak denerwujące, a nawet jakby... zrozumiałe. Taki wydźwięk. A gdyby tak była odrobinę mniej słodka i miała mniej tłusto maślaną, a potem rzadko znikającą konsystencję, zgarnęłaby 10 i uznałabym ją za najlepszą tabliczkę tej marki.


ocena: 9/10
cena: 250 UAH (około 24 zł; za 70g)
kaloryczność: 592,65 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 4 lipca 2026

Nelli Tatransky Les Horka Cokolada Lieskove orechy, cucoriedky ciemna 54 % z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną

O słowackiej marce Nelli nie znalazłam za wiele, a o jej istnieniu dowiedziałam się w momencie, gdy natknęłam się na ich tabliczki w sklepie z pamiątkami i naturalnymi produktami (jedzeniem, ale też kosmetykami etc.). A tam zaszłam, bo znajomy szukał Kofoli. Jakoś bowiem szybko zrobiliśmy planowaną trasę w Tatrach i wróciliśmy do Starego Smokoveca, gdy jeszcze wszystko było pootwierane. Tabliczek Nelli była tam cała półka. Którą wybrać? Na pewno od razu odrzuciłam inne niż ciemne. Potem zaś... Zdałam się na wzrok i kupiłam tę w wyróżniającym się opakowaniu, zdobionym przez uroczą kozicę.
Wzięłam ją ze sobą na Przełęcz Krzyżne, na którą weszłam, idąc z Gęsiej Szyi przez Wolarczyską i koło Czerwonego Stawu w Dolinie Pańszczycy. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pobliskim szczycie w trakcie czekoladowej sesji zdjęciowej dostrzegłam... kozicę.

Nelli Tatranský Les horká čokoláda Ručne vyrábaná Lieskové orechy, čučoriedky to ciemna czekolada o zawartości 54 % kakao z orzechami laskowymi i suszoną żurawiną.

Po otwarciu rozszedł się przecukrzony zapach czekolady niewątpliwie ciemnej i bardzo orzechowej, zrównanej z surowymi orzechami laskowymi. Gorzkość przybrała klimat niemal niealkoholowego likieru, może bardziej syropu kakaowego, zaś orzechy... Mieszanki surowych orzechów i migdałów pod przewodnictwem laskowych. To, że to zapach dodatku, nie samej czekolady, wcale nie było takie oczywiste, orzechowość częściowo zdawała się płynąć z czekolady. Żurawina za to pobrzmiewała leciuteńko w oddali - i to bardziej jako czerwone owoce, w tym może i żurawina.

Spód tabliczki wyglądał smutno: dodatków pożałowano i umieszczono je głównie na środku. Parę połówek laskowców i sporo pyłu, drobnicy ze skórkami oraz kilka wielkich żurawin trzymała się całkiem nieźle. Przy łamaniu czekolada trzaskała głośno i chrupko, jako że była twarda. Dodatki, ku mojemu zaskoczeniu, mocno się jej trzymały.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, zaraz mięknąc. Stawała się gęstym, lepkim, tłustym kremem. Dodatki szybko od niej odpadały. 
Orzechy zawsze, czy to gryzione wcześniej obok czekolady, czy po jej zniknięciu miały taką samą strukturę. Żurawiny gryzione wcześniej przedstawiały się jako twardsze i suchsze. Po tym, jak czekolada zniknęła, minimalnie zmiękły i zdobyły się na soczystość. Nie wysoką, ale jednak. Trochę trzeszczały, a pesteczki dodały im chrupkości. 
Orzechy lekko chrupały, zdradzając miękkawość świeżych, potem skrzypiały, Drobinki tylko skrzypiały.

W smaku czekolada przywitała się dosadną słodyczą z echem... czegoś sztucznego. Do głowy przyszedł mi aromat / olejek migdałowy.
Słodycz już startowała z wysokiego poziomu, a po chwili jeszcze rosła. Zwłaszcza, że dołączyła do niej nuta wanilii. Wraz z niezbyt silnym, na pewno nie gorzkim na tym etapie kakao zbudowały klimat kakaowego syropu.

Aromat / olejek migdałowy zaczął z wolna przechodzić w ogólną orzechowość. A tę uszlachetniała lekka gorzkość. W kęsach z orzechami ewidentnie była to orzechowość rządzona przez surowe orzechy laskowe.
Gdy jadłam samą czekoladę, bez dodatków, orzechowość z dominującymi orzechami laskowymi też czułam.

Motyw syropu kakaowego przez moment zaczął iść w kierunku syropu kakaowo-kawowego, jednak słodycz wygrała z gorzkością i z czasem przeszedł w ogóle w jakiś syrop cukrowy. Słodycz aż trochę drapała. Niegryzione dodatki niezbyt ją tonowały, bo pobrzmiewały bardzo słabo.
Gdy z ciekawości pogryzłam je wcześniej, przebijały się przez czekoladę. Kawałki orzechów laskowych bardzo słabo, żurawina dosadniej. Sama czekolada jednak wtedy jawiła się jako słodsza i bardziej plastikowa, więc zostawiałam je na koniec.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa orzechowość wsparła nieśmiała nutka drewna. Naaromatyzowanie, olejkowość schowały się. Delikatna gorzkość otuliła drewno palonym motywem oraz odrobinką kawy ze śmietanką.

Słodycz... Może nie osłabła, ale przynajmniej przestała rosnąć. Czekolada zaczęła przejawiać lekko soczyste, czerwono owocowe skłonności. Czułam je nawet w kęsach bez żurawiny. To była słodka soczystość, trochę jak słodki syrop wiśniowy, ale jednak nieco ułatwiająca odbiór.

Dodatki nieco rosły w siłę. Żurawina długo prawie się nie odzywała, acz może i podkreślała soczyście owocowy akcent. Później dodawała do kompozycji trochę kwaśności. Laskowce za to na pewno podkręcały surową orzechowość - szybciej i częściej niż żurawina podkreślała soczystość.

Czekolada znikając jednak wróciła do bardziej słodkiego tonu, zacukrzając na poziomie gardła. Słodycz męczyła i drapała jeszcze bardziej w przypadku kęsów bez dodatków. Smakowo cukier trochę urozmaicało waniliowe echo.

Orzechy laskowe na koniec zaprezentowały się jako surowe lub prawie surowe i minimalnie słodkawe, łagodne, acz przeplecione goryczka orzechowych skórek.
Żurawina na końcu wciąż nie była jakoś szczególnie charakterna, ale pokazała się z bardziej kwaśnej strony. To na pewno suszona żurawina (nie kandyzowane czy liofilizowana).

Po zjedzeniu zostawał posmak dodatków, jeśli były w kęsie, a więc albo laskowców, albo żurawiny, albo obu na równych prawach. Oprócz tego czuć czekoladę jako splot cukrowego syropu, cierpkiej paloności i echa soczystego, ogólnie czerwono owocowego, jakby wpisanego w syropową słodycz. 

Czekolada wyszła bardzo w porządku. Baza, choć bardzo słodka, miała charakter orzechowo-migdałowy, lekko palony i z namiastką soczystości. Jak na 54%, całkiem przyjemna, mimo że pobrzmiewała nie w pełni naturalnie. Nie wiem jednak, dlaczego - skład nie wskazuje na dodanie aromatów innych niż waniliowy. Dodatków bardzo pożałowali, a i nie były jakoś szczególnie porywające, a po prostu dobre. Plus jednak, że świetnie dopasowały się do smaku bazy.


ocena: 7/10
kupiłam: mały sklep w Starym Smokovecu
cena:  4 (około 17 zł; za 80g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe, liofilizowana żurawina, lecytyna E322, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 2 lipca 2026

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit ciemna z Peru o smaku marakui z mango

Po dwóch ostatnio jedzonych Vanini czułam, że mam kompletnie dość tej marki. A niestety w komodzie czekały jeszcze dwie tabliczki. W tym dziś przedstawiana, jak te dwie poprzednie, co mi podpadły, z owocami. Uznałam więc, że chcę ją mieć jak najszybciej z głowy.
Wzięłam ją końcem listopada w Tatry na trasę na Krzyżne. Otworzyłam jednak znacznie wcześniej, na Gęsiej Szyi, jako że pomyślałam, że skoro miałby mnie mordować jakiś olejek / aromat, to nim wejdę na Krzyżne i zabiorę się za kolejną tabliczkę, zdążę o nim zapomnieć i przepłukać parę razy usta. Otworzyłam ją więc na Gęsiej Szyi, na którą weszłam z Łysej Polany przez Rusinową Polanę. Taki niepozorny punkt, a widoki tak zachwycające... Czy czekolada okazała się ich godna?

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami mango i marakują (aromatem).

Po otwarciu poczułam przerysowany zapach marakui, okrojonej z większości kwaśności. Miała władczy, dominujący charakter. Towarzyszyło jej delikatne, słodkie mango, a czekolada... Prawie się ukryła. Zajęła miejsce daleko w tle. Ogół wydał mi się nieprzesadnie, ale duszno słodki i z jedynie zaakcentowaną gorzkawością.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i lekką ulepkowatość. Przy łamaniu wykazywała twardość, obfitującą w głośne, chrupkie trzaski.
Na spodzie dało się dostrzec średnią ilość cząstek mango. Przekrój ujawnił dosłownie kilka średniej wielkości kawałków mango, które wyglądały na kruche i suche liofilizowane.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, kremowo maziście. Tłustość stanęła na średnim poziomie, a gdy zaczęły wyłaniać się z niej kawałki dodatku, doszła do tego lekka ulepkowatość i znikoma soczystość. Kawałki mango, które wyłaniały się z czekolady, wykazywały twardość. 
Gryzione wcześniej, obok czekolady, były twarde i kruche. Chrupały i skrzypiały, dając się poznać jako liofilizowane.
Na koniec czekolada znikała trochę wodniście, zostawiając kawałki mango. Nie było ich za wiele. Sporo kęsów była ich w ogóle pozbawiona.
Kawałki mango na koniec wciąż były twarde, acz nieco mniej. Acz... jedne nieco różniły się od drugich. Ich skrzypiąca kruchość utwierdziła mnie, że to liofilizowany owoc. Znalazła się w nim lekka proszkowość, ale gryzione na koniec, serwowały też sporo soczystości, by w większości przypadków zostawić jeszcze miękkie, delikatne farfocle. Jedne wydawały się bardziej rozpadać na proszek, inne zaś szły w farfoclowość.

W smaku od razu rozbrzmiała przesadzona słodycz. Zaleciała cukierkowym motywem egzotycznych owoców.

Zaraz odezwała się też leciutka goryczka. Dziwnie podkreśliła egzotyczny owoc.

Ten przedstawił się jako marakuja, choć trochę... karykaturalna? Z wyczuwalnej nuty zmieniła się w motyw przewodni. Choć ewidentnie marakujowy, owocowy wątek zapomniał o kwaśności. Marakuja, raczej słodka, nie była bardzo sztuczna, ale czasem naprawdę wydawała się przesadzona. Robiła wszystko, by zdominować kompozycję i na dłuższy czas jej to się udawało.

W kęsach nawet bez mango, smak tego owocu wtórował marakui, ale gdy kawałek się trafił, oczywiście bardziej. I czasem razem chyliły się ku cukierkowemu wydźwiękowi (przeważnie w kęsach bez kawałków mango), a czasem... mango i marakuja dziwnie splątały się z goryczką.
Gdy próbowałam samej czekolady, bez mango, czasem i tak pobrzmiewało. Ale bardzo rzadko i słabiutko.
Z ciekawości spróbowałam też pogryźć mango obok czekolady, wcześniej. Nie było wtedy jakoś szczególnie wyraziste, a czekolada wydawała się bardziej cukierkowa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za marakują gorzkawość przywołała zioła. Były lekko cierpkie i z ogromną ochotą podchwyciły egzotyczny klimat. Do głowy przyszły mi jeszcze liście bananowca, pędy bambusa i grube zielone liście z tropików.

Już myślałam, że pojawi się jakiś kwasek, ale nie. Po tym nasileniu się goryczki, nasiliła się też słodycz. Trzymała się marakui, ale też... Przemykało mi tam coś nugatowego - pomyślałam o bardzo cukrowym białym nugacie turron. W oddali, ale jednak. Skojarzenie tu umacniała maślaność, jaka też się z czasem zjawiła. Słodycz czasem trochę przesadzała. W zestawieniu z egzotycznymi owocami, sprawiała wrażenie cukrowo dusznej. Męczyła. Nie jakoś bardzo, ale sprawiła, że kompozycja była ciężka w niepozytywnym sensie.

Marakuja trochę ustąpiła, i choć wciąż była wyrazista, już nie wydawała się taka dominująca.
Wykorzystała to goryczka. Gorzkością wprawdzie się nie stała, ale zrobiła jakąś aluzję do czarnej, ale nie mocnej, kawy.

Gryzione na koniec kawałki mango były wyrazistsze, acz nie wszystkie tak samo. Niektóre bardzo wyraziste, inne delikatne (wydawały się stłamszone przez intensywną słodycz i marakujowość). Utwierdziłam się, że to liofilizowane cząstki. Cechowała je wysoka soczystość i wyrównane słodycz z kwaśnością. Mango starało się odciągnąć uwagę od przerysowania marakui, wciągając ją w naturalniejszy, egzotyczny klimat.

Po zjedzeniu został posmak głównie niezbyt naturalnej, przerysowanej marakui i palonej czekolady o kawowym echu, ale też wysokiej, maślano-nugatowej, duszno cukrowej słodyczy.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Aromat choć dominujący, nie był aż tak nachalny jak w Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Trzeba przyznać, że ta tabliczka wyszła przystępniej niż Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron czy Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew. Aromatowy charakter mango i marakui powstrzymywały trochę kawałki mango. Tych poskąpiono - czyli przegięcie w drugą stronę względem podlinkowanych (tam dodatków było za dużo, że aż przeszkadzały). W dziś przedstawianej czekoladzie nieźle czuć lekko ziołową gorzkość, jednak i słodycz była wyższa niż we wspomnianych. Słodycz wyszła aż dusznie ciężko - myślę, że dołożył się do tego także kontrast z egzotyką. Ciekawe, że i w dzisiaj przedstawianej przez myśl przemknął mi nugat, bo nie zawierała miazgi z orzechów jak jej poprzedniczki. A jednak, nugat o którym myślałam, biały hiszpański, opiera się na cukrze, nie orzechach (w przypadku wspominanych myślałam o normalnych orzechowych nugatach). Gdyby tak pojawiło się w niej więcej owocowego kwasku, kawałków było nieco więcej, a marakuję dodano jako np. sok, a nie tylko aromat, spokojnie miałaby 7, a kto wie, czy nie 8.
Sporo czekolady z gór zostało mi do skończenia w domu i choć myślałam, że skończę całą, jakoś mnie zmęczyła, przytłoczyła i ostatnią kostkę wcisnęłam Mamie.

Mama po swojej kostce powiedziała: "Dla mnie ona taka nieprzyjemnie gorzka jak leki, mango i marakuja to tam jako te kawałki, tak? Niesmaczna ogólnie. Nawet nie przez taką faktycznie trochę sztucznie owocową nutę. A z kolei te kawałki, no czyli mango naturalne, też niefajne, takie gąbczaste".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki mango 2%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat mango 0,1%, naturalny aromat marakui 0,1%, ekstrakt waniliowy

środa, 1 lipca 2026

Pszczelarz Kozacki Miód nekatarowy "leśny" wielokwiatowy prosto z ula

Kolejny miód...? Tak, w dodatku kolejny, który raz po raz pojawia się w moich rozmowach z Mamą już chyba rok. Ja po prostu nie mogłam się powstrzymać, by także go nie spróbować, skoro już był. Faktycznie bowiem... mógł uchodzić za dość tajemniczy. Opisy poszczególnych tego typu miodów bardzo się różnią, przewija się informacja następująca: " miód pochodzący z nektaru wielu leśnych kwiatów, krzewów i drzew, często zawierający domieszkę spadzi, co nadaje mu bogatszy smak i skład", czyli w zasadzie taki miód może smakować... czymkolwiek.

Pszczelarz Kozacki Miód nekatarowy "leśny" wielokwiatowy prosto z ula to miód wielokwiatowy pszczeli nektarowy wyprodukowany przez Pszczelarz Kozacki Pasieka Tadeusz Kozak / Kozacki Honey.

Po odkręceniu poczułam słodko-drapiący, acz wzbogacony o zaskakująco znacząco pikantną goryczkę, zapach. Wydał mi się trochę zwyczajnie wielokwiatowy, ale wzbogacony o głębię ciemnych miodów, tak, jakby z kwiatami mieszały się tam suche, kadzidlane żywice. Bardzo zaskoczył mnie tak obiecujący zapach.

Średnio ciemny ogólnie, ale jak na wielokwiatowy niespotykanie ciemny, miód był płynny i tworzący stożek przy laniu z łyżeczki. Na niej zaś formował się w ładną wypukłość. Jego krople przybierały postać "kuleczek". Oczywiście, jak na miód przystało, bardzo klejący.
W trakcie jedzenia wydał mi się niby typowo miodowy, ale zostawiał ciężkie wrażenie. Rzadki, lecz nie wodnisty, i z efektem jakby polerująco-otłuszczającym usta.

W smaku od początku rozbrzmiewała wyrazista, silna słodycz. W pierwszej sekundzie wydała mi się zwyczajna, trochę już na tym etapie drapiąca, ale nagle w drapaniu zaznaczyła się pikanteria.

Ostrość zadrapała w język i zaraz znalazła się też w gardle. Choć słodycz błyskawicznie osiągnęła bardzo wysoki poziom, pikanteria nadała jej trochę głębi i charakteru. Skojarzyła mi się z korzeniem imbiru, niosąc jakby trochę rześkości w tej ostrości. Imbirowo-ziołowy splot miał w sobie coś... leśno-żywicznego? Gdy pomyślałam, że zaraz do kompozycji dołączy też goryczka, słodycz napłynęła na ten poważniejszy wątek z nową siłą. I zasłodziła zupełnie.

Słodycz kwiatowa, bardzo, bardzo silna i drapiąca po tym charakterniejszym występie zapomniała o tym... dzikszym, niebanalnym wydźwięku. Wyobraziłam sobie kwiaty. Może i leśne, trochę wzbogacone o nieoczywiste zioła i żywice, ale głównie wręcz zasładzające.

Po zjedzeniu został posmak miodu bardzo słodkiego, drapiącego w gardle, ale w którym oprócz zasładzających kwiatów, leciutko pobrzmiewa drapiąca pikanteria. Drapaniem połączyła się ze słodyczą.

Bardzo zaskoczył mnie ten miód. Oczywiście pozytywnie, bo w tak tanim miodzie tej firmy nie spodziewałam się uświadczyć aż takiej pikanterii i wyrazistego charakteru. Główny, drapiąco-zasładzający wątek urozmaiciło sporo niemal imbirowej, leśnej pikanterii. Piękny, wręcz żywiczny zapach obiecał wiele, a smak starał się wyzwaniu sprostać. Gdybym miała nie patrzeć na cenę jego i ostatnio jedzonych drogich miodów, i tak zdobyłby wysoką ocenę (choć raczej 7?), ale tak absurdalnie niska cena sprawiła, że ocenę podniosłam. Powiedziałabym, że to wielokwiatowy wzbogacony o jakieś zioła, nie o spadziowość, tę może w minimalnym stopniu (acz ciekawe, co tam pszczoły nazbierały i gdzie).

Mama jednak aż tak entuzjastycznie się o nim nie wypowiedziała. Opisała: "Bardzo słodki, ale tego można było się spodziewać. Smak jak smak, powiedziałabym, że jak zwykłe miody. Ale mi w nim nie pasuje... konsystencja. Wydaje się bardzo tłusta, ciężka, dziwna. Czy miód w ogóle może był tłusty...? Ten taki się wydawał. Nie jakoś straszliwie, w końcu się przyzwyczaiłam, ale nie jest to miód marzeń".


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: ok. 20 zł (za 2,2kg)
kaloryczność: 321 kcal / 100g
czy kupię znów: nie