środa, 4 lutego 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador ciemna z płatkami owsianymi, orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, migdałami, pistacjami, rodzynkami i żurawiną

Marki Zdrowa Sowa ciekawiły mnie przede wszystkim czyste ciemne czekolady, ale gdy pierwszy raz odwiedziłam ich stronę, taka była jedna, po dłuższym czasie wprowadzono drugą. A ja nie przepadam za zamawianiem tylko jednej tabliczki. Stąd zainteresowałam się tymi z dodatkami. Oczywiście w góry. Przy nich jednak żałowałam, że zdecydowali się robić z innego kakao czekolady czyste, z innego z dodatkami. Dziś przedstawiana bowiem była tak bogato obdarowana różnościami, że smutno mi się zrobiło, że nie ma opcji, by poznać czystą. Tę producent zachwalał jako zdrową i zrobioną "wyłącznie z niezbędnych, zdrowych składników", cokolwiek to miało znaczyć. Twórczyni marki, Beata Pawlikowska, przyznała, że to jedna z jej ulubionych czekolad i dodała: "mam zawsze tabliczkę zdrowej czekolady w samochodzie, przydaje się kiedy zabłądzę, stoję w korku albo jestem zmarznięta i zmęczona".

Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao z Ekwadoru i Wysp Świętego Tomasza (Sao Tome) z bakaliami: prażonymi płatkami owsianymi, prażonymi orzechami nerkowca, arachidowymi, laskowymi, prażonymi migdałami, pistacjami, rodzynkami i suszoną żurawiną.

Po otwarciu poczułam kwiatowo słodycz i zapach znacząco, ale w łagodny sposób, gorzki. Gorzkość miała w sobie sporo z kawy. Powiedziałabym, że zbożowej, bo właśnie i zbożowość wyraźnie czułam. Jakby ciastka owsiane? Kompozycja kryła w sobie też trochę gorącej ziemi, mieszającej się z cynamonem. To jednak też jakby trochę osiadało w kwiatach... Do głowy przyszło mi ciepłe, tylko co wyjęte z piekarnika ciasto kakaowe z orzechami. Orzechowość czuć jako niejednoznaczny miks. Trudno powiedzieć, na ile to nuty kakao, a na ile dodatków. Podobnie z prawie soczystym echem: raz coś zaleciało, zniknęło, potem znowu... W ciemno mogłabym nie zgadnąć, że to tabliczka z też z orzechami.

Twarda tabliczka trzaskała przy łamaniu w kruchy sposób i kruchość wykazywała. W przekroju ujawniło się sporo małych kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim i maziście, niemal do końca zachowując zbity kształt. Początkowo wydawała się maślana, ale choć była dość tłusta, to wrażenie z czasem uciekło. Szybko poczułam za to narastająca pylistość, chwilami wręcz proszkowość. Końcowo niby trochę się wygładzała, ale nigdy zupełnie. Kawałki bardzo niechętnie się z niej wyłaniały, długo siedziały zatopione. Czasem wydawało mi się, że podkręcały w bazie wodnistość. W zasadzie w prawie każdym kęsie coś się trafiło, oczywiście w różnych zestawieniach. Zrobienie kęsa bez nich graniczyło z cudem, a by spróbować trochę samej czekolady, spiłowałam ją zębami z brzegu dwóch kostek.
Wszystkie dodatki wystąpiły w postaci kawałków małych i bardzo małych, malutkich.
Kawałki wyszły dość jednostajnie pod względem struktury. Ta nie różniła się, czy gryzłam wcześniej obok czekolady, czy na koniec.
Orzechy i chyba płatki owsiane okazały się chrupkawo-skrzypiące. Niektóre, dokładniej migdały, arachidy i laskowe nieco konkretniej, chrupkawo, zaś nerkowce i pistacje miękko. Przy niektórych zdarzały się orzechowe skórki. Owoce wyszły jednie, średnio soczyście. Niektóre jakby trochę scukrzono.

W smaku najpierw poczułam lekko paloną gorzkość, którą szybko zaczął osładzać wyrazisty karmel.

Karmel dał się poznać jako palony i dość władczy. Dołączyły do niego subtelne, słodkawe kwiaty. Trochę rosły, ale nie wyszły przed karmel. Ten podkreślała gorzkość o trochę dymnych, dymno-palonych zapędach.

W tle pojawiły się orzechy. Po chwili mogłam stwierdzić, że chyba laskowe i trochę migdałów. Nie wydaje mi się, by tabliczka mocno i tylko po prostu przesiąkła dodatkiem, bo to była pozytywna orzechowość*.
Kiedy spróbowałam odrobinkę samej czekolady, utwierdziłam się w tym, że za paloną gorzkością, wyraźnie czuć orzechy, acz dalej nie dało się orzec, czy przesiąkła, czy to jej nuta.

Paloność mieszała się z motywem pieczenia. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się wizja ciepłego ciasta kakaowo-cynamonowego z orzechami i palonym karmelem. Dodatki bardzo, bardzo nieśmiało dawały o sobie znać. 

Gdy na próbę gryzłam je obok czekolady, wyszły nijako, a w czekoladzie obudziły wodnistość.

W oddali zaznaczyła się echo czerwonych owoców. Acz bez kwasku... Chyba? Najpierw byłam pewna, że to przebija się żurawina, ale czuć to też w kęsach bez owoców. Z czasem powiedziałabym, że to bardzo słodki dżem z mieszanki porzeczek oraz... jakiś innych owoców... żurawiny i aronii?

Z czasem w pieczonym wątku dość często pojawiała się nutka wręcz owsiankowa. Owsianki pieczonej? Owsianki lekko kawowej? Albo owsianej kruszonki na kawowym cieście. W oddali przemknęła kawa... Kawa zbożowa?

Dodatki niegryzione wplatały lekką orzechowość, ale ogólnie nie rozbrzmiewały za mocno nawet gdy porządnie się wyłaniały.

Dodatki gryzione na koniec smakowały trochę nijako. Ogólnie orzechowo, często mało jednoznacznie, bo w ustach zostawały różne orzechy i mieszały się. Czasem wyłoniły się wyraźnie migdały i pistacje. Z rzadka przemykały arachidy, czasem robiło się słodko-maślano od nerkowców. Co jakiś czas wyskakiwały jakby stare orzechy laskowe (*o to mi chodziło, gdy pisałam, że baza wydawała się pozytywnie orzechowo laskowa, bez tej nuty goryczkowato-starej). Ogólnie jednak czuć nijaką orzechowość. Płatki owsiane chyba udawały nijakie orzechy. Wszystkie były lekko prażone tak delikatnie, że w porywach wydawały się surowe.
Suszone owoce - i żurawina, i rodzynki - wyszło słodko, wręcz scukrzono i tylko w porywach lekko kwaskowato. Te za to czuć jednoznacznie.
Orzechy i owoce gryzione razem, rozbrzmiewały na równych prawach. Nie przeszkadzały sobie, ale też jakoś nie łączyły się zachwycająco.


Po zjedzeniu został posmak ogólnie orzechowy, dość nijaki, rozmyty. W orzechy wmieszała się pewna nieoczywista zbożowość. Najłatwiej wybicie się przychodziło migdałowym i starym laskowcom. Za nimi stała słodka w kwiatowo-karmelową sposób czekolada. Lekko pobrzmiewał też akcent cynamonu i kawy, trochę osnutych dymem. 

Dodatki przeszkadzały dobrej czekoladowej bazie, nic pozytywnego w tej formie nie wniosły. Za dużo ich, jednak nie wyszło to bogato. Przez to, jak je podrobiono, wszystkie upodobniły się do siebie. Przez to ogrom "jakiejś drobnicy" denerwował odwracaniem uwagi od bazy, a smakowo w zasadzie czuło się niedosyt... wszystkiego. Wyraźnie gorzka w trochę dymny sposób, ciepła jakby cynamonowo-ciastowo i kwiatowo-karmelowo słodka czekolada była wyważona i zwyczajnie bardzo smaczna. A nijakie dodatki odwracały uwagę. Za ich formę poleciał jeden punkt, a za namieszanie, przesadę drugi. Sama baza spokojnie miałaby 8, a kto wie, czy nie więcej.


ocena: 6/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany, bakalie 15% (prażone płatki owsiane, prażone orzechy nerkowca, arachidowe, laskowe, prażone migdały, pistacje, rodzynki, suszona żurawina), tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 2 lutego 2026

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Bananem ciemna z Ekwadoru z bananem liofilizowanym

Kiedy po długiej przerwie skontaktowałam się z BTB Chocolate i dostałam informację o tym, jakie obecnie są tabliczki w ofercie, z tych z dodatkami dziś przedstawiana wydała mi się najbardziej kusząca. Wiele razy powtarzałam już, że jest o wiele za mało dobrych ciemnych czekolad z bananami. I tak się złożyło, że w tym roku na początku "tatrowego" sezonu, zdobyłam aż dwie obiecujące ciemne bananowe tabliczki. Po Cacao Crudo Banana / Banana Dark Chocolate 69 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru poprzeczka zawisła wysoko. Oby w tej kwestii BTB miała więcej szczęścia niż w sprawie otwarcia, bo z ostatniej wyprawy niestety wróciła nieotwarta (nie zrealizowałam planu, jakim było wejście na Krzyżne). Chcąc jej to jakoś wynagrodzić, postanowiłam raczyć się nią na Szpiglasowym Wierchu, czyli jednym z moich ulubionych szczytów. Weszłam na niego tradycyjnie od Doliny Pięciu Stawów i choć było sporo ludzi, znalazłam sobie spokojne miejsce.

BTB Chocolate Czekolada Ciemna 87 % z Bananem to ciemna czekolada o zawartości 87% kakao z Ekwadoru z bananem liofilizowanym.

Po otwarciu przywitał mnie wyrównany zapach czekolady i bananowego dodatku. Był to zapach ziemi i świeżych, goryczkowatych ziół, które mieszały się z cytrusami - z dużą ilością skórki pomarańczowej - i odrobiną owoców czerwonych. Bananowy przecier tak się pod nie podkradł, że powiedziałabym, że to poniekąd nuta czekolady. Nasilał się, gdy nachylałam się nad spodem. Banan miał w sobie coś z przecieru, jakiegoś świeżawo bananowego "papu", więc oczywiście był słodki. Niepodważalnie czuć w tym banana liofilizowanego i choć częściowo podpinał się pod czekoladę, czuć że to tabliczka z dodatkiem. Wydawał się wręcz słodziutki w zestawieniu z charakterną czekoladą. W oddali zaś pobrzmiewało mi jeszcze coś... Orzechowego?

Tabliczka była twarda, toteż łamaniu towarzyszyły głośne trzaski. Zapowiadało się masywnie.
Spód zdobiły duże i grube kawałki, w zasadzie plastry bananów. Były masywne i twarde, acz niektóre przy mocniejszym dotyku uginały się lub chociaż aspirowały do uginania się. Dały się poznać jako suche, trochę pyliste. Jeden sam z siebie po prostu odpadł, lecz większość jako tako się trzymała. Co ciekawe, przy podziale łamały się wraz z czekoladą. A jednak przy robieniu kęsa zdarzało się kawałkom odpadać. Przy przegryzaniu niektórym plastrom zdarzyło się lekko skrzypnąć.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno, w dość oleiście tłusty sposób. Długo, prawie do końca zachowywała kształt, a kawałki bananów po pewnym czasie od niej odpadały. Robiły to i nasiąkały w różnym tempie. Na próbę gryzione wcześniej, były sucho-twardsze, ale po chwili lepkie i wilgotne. Ja wolałam zostawić je na koniec.
Gryzione na koniec banany robiły się bardziej miękkie i wilgotne, ale wciąż masywne. Przypominały czasem twardawą, a mięknącą gąbkę, zmieniająca się w jędrnawe farfocle. Te oklejały zęby bardzo konkretnie. Niektóre kawałki nasiąkały błyskawicznie, stając się śliskawymi farfoclami, inne zaś miękły, robiły się żujne, a końcowo jawiły się jako lepka, wklejająca się w zęby papka.
Konsystencja czekolady była taka, co czystej, a różnił je tylko dodatek bananów, których nie przekonuje mnie forma.

W smaku pierwszą poczułam gorzką czekoladę, serwującą motyw czarnej ziemi z echem ziół. Ziół przechodzących w kwiaty, w tym lawendę. Kwiatową świeżość podkreśliło echo banana, którym leciutko przesiąkła całość. Początkowo aż trudno określić, że to on, ale już działał.

I ziemia, i zioła wyszły wilgotnie, świeżo, a po chwili do głowy przyszedł mi jeszcze wilgotny, ciemny chleb z bardzo mocno przypieczona skórką. Chleb... Z pomarańczą? Kwaskawość sugerowała coś więcej niż zakwas.

Banan czasem odzywał się niemal od razu, czasem po krótkiej chwili. Nie trafiał się jednak w każdym kęsie - te potwierdziły, że baza nim przesiąkła.

Banan wyszedł bardzo kontrastowo. Był bowiem wręcz słodziutki. Nie musiałam go gryźć, by go poczuć. Choć czuć jakby pudrowo-suchawy smakowo motyw liofilizowania, wraz ze słodyczą czekolady zaobfitował w nutę słodkiego przecieru bananowego. O skojarzenie to dbała kwiatowa słodycz. Kwiatów esencjonalnie słodkich i jednocześnie świeżych, niosących rześkość.

Obok polało się trochę cierpkiego, prawie kwaskawego wina czerwonego. Zrobiło się trochę ciężko alkoholowo... Wręcz koniakowo? Nie, nie. Jednak wino łączące cierpką wytrawność i słodycz wygrywało... Chociaż...? W kęsach bez bananów było bardziej winnie, w kęsach z koniakowo. Słodycz i soczystość miały w tym swój udział, acz zaraz przybył dym, by pilnować, aby nie zrobiło się za słodko. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość jeszcze trochę wzrosła, ale stapiała się w jedno z gorzkością. Odnotowałam skórkę pomarańczy, a za nią... Coś łagodniejszego... Orzechowego? Maślanego?

Smak kawałka banana nasilał się i w końcu stanął obok czekolady. Połączył przecier bananowy z bananem liofilizowanym, acz niektóre kawałki miały i świeżo bananowe zapędy. Niemal nieuchwytnemu wątkowi orzechowemu zasugerował fistaszkowe masło orzechowe. Trochę łagodziło gorzkość, a do słodyczy niby się dołożyło, ale nie podniosło jej poziomu.
Gdy trafił się większy, łatwiej wilgotniejący kawałek banana, pobudzał w bazie lekką maślaność.

Gdy na próbę pogryzłam kawałek banana obok czekolady, wyszedł słodko i wyraziście, jednak spłycił czekoladę. Wydawała się w tedy mocno maślano-dymna i tyle.

Zioła przewijały się w tle. Chyba zaznaczył się tam też dym. W pewnym momencie nagle zioła w parze wysunęły się na przód z kremem z fistaszków i... osiadły w kwiatach, stając się z nimi jednością.

Gdy czekolady robiło się coraz mniej, banan wychodził na pierwszy plan przed nią. Mocno osłodził kompozycję, będąc wyraziście bananowym, ale czasem jakby z echem cukru.

Banan gryziony na koniec potwierdził swoją słodycz. Smakował ewidentnie przede wszystkim bananem liofilizowanym, z nutką przecieru. Sporadycznie pojawiało się w nim złudne echo cukru białego.

Po zjedzeniu w posmaku zostały liofilizowano-przecierowo-świeże banany oraz ziołowo-dymna czekolada. Czułam też echo taninowego wina, czasem koniaku i skórki pomarańczowej. O wiele wyraźniej w kęsach bez bananów, gdzie oczywiście motyw bananowy nie wystąpił.

Banany w smaku niezbyt pasowały do tej bazy. Acz i tak smakowała za ich sprawą inaczej. Jakoś nie współgrały i jakby przeszkadzały sobie chwilami trochę z bazą. A jednak nie zawsze, bo czasem wyszły pozytywnie, np. budząc nutę masła orzechowego. Zioła, winna tanina i skórka pomarańczowa wydawały się toporne przy słodziuteńkosci dodatku. I to kolejna tabliczka BTB, w której nie przekonuje mnie ponalepianie takich wielkich kawałów, acz gdy o formę chodzi, banany w takiej akurat wyszły najlepiej z przedstawianych. Ogół był smaczny, ale nie zachwycający.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od BTB Chocolate
cena: jak wyżej, ale cena to 15 zł (za 50g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, banan liofilizowany

niedziela, 1 lutego 2026

Tokimeki Baumkuchen Cake Milk Flavour; Matcha Flavour

Kiedyś zrobiłam swego rodzaju zestawienie dostępnych w sklepach sękaczy, z których żaden nie umywał się do podlaskiego sękacza domowego, swojskiego czy kupionego ze sprawdzonego, pewnego źródełka. Ogólnie na dobrym sękaczu podlaskim się wychowałam (jedna babcia była mistrzynią w tym kunszcie). Poznałam też litewskie, ale tych wręcz nie cierpię. A swego czasu, googlając, znalazłam, że w Japonii też uwielbiają sękacze i mają całe mnóstwo ich wariantów. Jakoś mnie to nie dziwi. Coś tak dziwnego, jak to ciasto, musiało tam chwycić. Acz obstawiałam, że raczej nie dokładnie w takiej wersji, jaką wielbię ja. Gdybym pojechała do Japonii, na pewno bym spróbowała jakiś z porządniejszych cukierni, ale tak... Japońskie sękacze, jak i Japonia, pozostawały poza moim zasięgiem. Choć zdaję sobie sprawę, że paczkowane gotowce pewnie nijak mają się do tego, co można zjeść tam na miejscu w cukierniach, gdy natknęłam się na nie w Kuchniach Świata, od razu zadzwoniłam do Mamy z pytaniem, czy chce. Chciała i najpierw założyła, że chcę i ja. Tym mnie zaskoczyła, ale jak chwilę się zastanowiłam, uznałam, że w sumie tak, jestem ciekawa. Oddzielnie sobie jednak nie chciałam, bo... znam siebie w takich sprawach. Uznałam, że po prostu spróbuję po góra połowie każdego smaku. Co do tego, jakie brać, byłyśmy bardzo zgodne: najbardziej klasyczny oraz taki najbardziej "japoński". Acz co do "japońskości" produktów... to raczej sękacze typu japońskiego, może azjatyckiego, bo gdy sprawdziłam producenta, okazał się chiński.

Tokimeki Baumkuchen Cake Milk Flavour to sękacz japoński o smaku mlecznym; u mnie w opakowaniu, zawierającym krążek (teoretycznie) o wadze 70g.


Po otwarciu uderzył mnie nieprzyjemny, sztucznie-plastikowy zapach duszno-słodkiego ciasta-gotowca. Czuć wyraźnie mleczność, a także to, że to jasny biszkopt, ale tuż obok chemicznej niemal gorzkości. Po pierwszym szoku, wyjęciu i sesji zdjęciowej, sztuczność trochę zelżała, ale wciąż duszno-ciężka słodycz plastikowego ciasta-gotowca nie zachęcała do jedzenia. Przynajmniej słodycz, choć wysoka, nie była przesadzona. A jednak i tak już po powąchaniu miałam ochotę uciekać.

Ciasto w dotyku wydało mi się wręcz mokre, lepko tłuste i niesamowicie miękkie. Kawałek wydawał się bardzo delikatny, a pod najdrobniejszym dotyku, ciasto uginało się. Jako że tradycyjny sękacz to ciasto bardzo konkretne, ta miękkość za nic mi nie odpowiadała... A aż taka "mokrość" nie odpowiadała by nawet w przypadku zwykłego biszkoptu. Była przerysowana.
W trakcie jedzenia ciasto okazało się faktycznie miękkie i wilgotne, wręcz mokre, ale z czasem z wyczuwalnym jakby ukrytym, suchawym motywem. Trochę oklejało zęby, zmieniając się w lepką papkę. Tłustość w trakcie jedzenia nie wydawała się jakoś szczególnie napastliwa, a w sumie wręcz niska, ale ciasto porządnie i mokro otłuszczało palce.
Choć widać pręgi, warstwowość ciasta, w zasadzie nie dało się tego podzielić, rozwarstwić. Był zwarty i za miękki na coś takiego. Jedynie wierzch jako tako na siłę dałam radę trochę odskubać.

W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka słodycz, wpisana w ciastowo-sztuczne realia. Biszkoptowość od razu zdradziła swój gotowcowy, trochę wręcz plastikowy charakter.

Rosnąca słodycz próbowała to trochę ukryć. Przywołała mleko, idące w stronę trochę sztucznawej śmietanki. Słodycz mniej więcej w połowie kęsa zajęła średnio-wysoki poziom i dalej już nie rosła. Doszukałam się w niej jednak duszno-wanilinowego echa. Mleczny smak biszkoptu wyraźnie się zaprezentował i dopuścił do głosu wyraźną jajeczność. Częściowo odciął się od chemii i był po prostu biszkoptowo-jajecznie-mleczny, z drugiej zaś cały czas pobrzmiewała duszna sztuczność. Chemia nie dawała o sobie zapomnieć, acz chwilami odnotowałam, że próbowała ją lekko tonować pewna maślaność.
Sękacza próbowałam trochę rozwarstwiać, ale było to prawie niemożliwe. Odniosłam jednak wrażenie, że ciemniejsze pręgi i skórka smakowały tak samo, co jaśniejsze części.

Ogół był delikatnie wypieczony - to ewidentnie jasny, słodziutki, jajecznie-pszenny biszkopcik. Chwilami udawało mu się zepchnąć sztuczną gotowcowość na daleki plan.
Acz znów, już niezależnie od jakości: to nie pasuje do sękacza, który z zasady jest ciastem miejscami mocno poprzypiekanym.

Obstawiam jednak, że ta miękkość po prostu odpowiada na oczekiwania japońskiego społeczeństwa, które zajada się miękkimi słodyczami. Obstawiam, że konkretny sękacz podlaski po prostu by się u nich tak masowo nie przyjął. Ogólnie jednak nie rozumiem, jak ktoś mógłby chcieć coś takiego, jak dziś przedstawiany, kupić czy jeść. Nie potrafię znaleźć w nim niczego, co mogłabym pochwalić. Chociaż... obstawiam, że ta niecodzienna wilgotność niektórym osobom może się spodobać.

Przypomniały mi się Kinder Plum Cake Yoghurt Greca - to zbliżony poziom, choć prezentowany japoński sękacz wyszedł o wiele sztuczniej. Za to mniej słodko i ciekawie, niespotykanie mokro. W zasadzie może i mógłby wyciągnąć na 4, ale w kategorii zwykłych biszkoptów. Jak coś ma być sękaczem, to powinno jako tako w sękaczowość się wpisywać.

Odpadłam po malutkim kawałeczku, ważącym kilkanaście gramów. Taki słodki, najzwyklejszy biszkopcik to coś zupełnie nie w moim typie. A że ten był w dodatku sztuczny... No nie.

Resztę oddałam Mamie. Zjadła do końca i powiedziała: "Jaki okropnie miękki! I dziwnie za bardzo wilgotny, mokry! Ja lubię miękkie i wilgotne biszkopty, ale nie aż tak. Ten był aż trochę obleśnie. Po tym jednak jak mi powiedziałaś, jakie słodycze w Japonii lubią, to jestem pewna, że po prostu taki miał być i im pewnie smakuje. Ja jednak przez tą mokrą miękkość nie mogłam aż się w smak wczuć. Za bardzo mi przeszkadzała. Ale przynajmniej nie był tłusty! To mnie zaskoczyło pozytywnie. Smak... No bardzo sztuczny, ale w sumie nie obrzydliwie aż tak strasznie. Ja nie mam aż takiego problemu z chemią w słodyczach jak ty. Smak... Ja się zastanawiam, czy gdyby nie był taki miękki, gdyby miał strukturę inną, to czy by przypominał nasze podlaskie sękacze. Chyba trochę tak, bo był taki... Jajeczny? Dało się zjeść, trochę ciekawostkowo jako słodycz z Japonii. Dla mnie o wiele lepszy niż ten zielony!".


ocena: 3/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 11 zł (za 70g; mój ważył 80g)
kaloryczność: 418 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, cukier, bezwodny tłuszcz mleczny, mąka pszenna, skrobia kukurydziana, syrop glukozowy, trehaloza, mleko w proszku 3%, sól, barwnik E160a, emulgatory (E422, E471, E473, E477, E322 zawierający soję), substancja zagęszczająca E415, substancja konserwująca E202

-----------

Tokimeki Baumkuchen Cake Matcha Flavour to sękacz japoński o smaku zielonej herbaty "matcha"; u mnie w opakowaniu, zawierającym krążek (teoretycznie) o wadze 70g.


Po otwarciu poczułam zapach podobny do wersji wyżej opisanej, ale trochę mniej plastikowo-sztuczny, a z wyraźnym motywem zielonej herbaty matcha. Tchnęła w dusznego gotowca jakby zielonej świeżości, ratując zapach. Też nie był przyjemny, ale przynajmniej nie odpychał tak strasznie.

Struktura była podobna do wersji mlecznej, ale zielone ciasto już w dotyku dało się poznać jako masywniejsze, konkretniejsze. Też miękkie, ale nie aż tak.
W trakcie jedzenia zielone ciasto wydało mi się trochę bardziej pyliste i nie aż tak mokre, a po prostu bardzo wilgotne. Taka konkretniejsza struktura wyszła na plus.

W smaku jako pierwszy pokazał się mleczny, duszny motyw, układający się w ciasto-gotowca. Słodycz rosła, a po chwili za nią pojawił się akcent zielonej herbaty matcha.

Sztuczność i plastikowość biszkoptu-gotowca konsekwentnie trzymały się ciężkości i duszności, jednak matcha jak mogła, obniżała chemiczność i całą tą ciężkość. Jej świeży, trochę algowy akcent szybko rósł w siłę. Coraz bardziej zagłuszał, co nieprzyjemne. Nie całkowicie, ale tak, że można było skupić się na matchy. Mniej więcej w połowie przeżuwania zdawała się rządzić kompozycją, podrzucając jej zaskakująco rześki ton. Nie dominowała, ale zarządzała, co i jak mocno ma być wyczuwalne.

Matcha mieszała się z trochę mlecznym, łagodnym jasnym wypiekiem. Zdecydowanie wypieczonym leciutko i coraz słodszym.  Sama niby trochę wpisywała się w słodycz, ale taką jakby... wytrawniejszą? Wytrawniejszą od "biszkopcikowej". Końcowo słodycze się połączyły i przedstawiły jako słodycz wysoka. Maślaność i jajeczność schowały się niemal zupełnie.

Po zjedzeniu został posmak matchy na mlecznym, biszkoptowym tle, a także duszno-słodki motyw sztucznego ciasta-gotowca. Czuć oleistość i plastikowo-chemiczny efekt aż gryzący w język.

Zielona wersja nie miała niczego wspólnego z sękaczem, jednak była dla mnie bardziej zjadliwa dzięki wyrazistej matchy, która trochę stłumiła sztuczno-duszne nuty. Do tego stopnia, że to ciasto można uznać za przynajmniej ciekawe. Kiepskie, ale ciekawe, a to już plus. I tak jednak, gdy oswoiłam się z ciekawostkowością, po kilkunastu gramach odpadłam.

Nie moja bajka, acz muszę przyznać, że matcha całkiem nieźle robi słodziutkiemu, sztuczny biszkopcik całkiem nieźle.

Resztę oddałam Mamie, ale ona zjadła tylko część, a reszta trafiła do ojca. Skomentowała: "No ten dla mnie niezjadliwy. Smakował taką... W sumie nie wiem czym, ale - tak obstawiam - niesmaczną zieloną herbatą. Ale dziwną. No nie, przez to okropny. Ale zakładam, że jak ktoś lubi słodycze o tym smaku, to mu może posmakować. W moim przypadku nawet lepsza struktura niż mlecznego nie pomogła. Bo to mu trzeba przyznać, że taki suchszy i masywniejszy, lepszy. Wciąż wilgotny i miękki, ale już lepiej. No i fakt, że ten mniej sztuczny, ale co z tego, jak taki specyficzny, niesmaczny".


 ocena: 5/10
kupiłam: Kuchnie Świata
cena: 11 zł (za 70g; mój ważył 75g)
kaloryczność: 432 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: jaja, cukier, mąka pszenna, olej sojowy, syrop glukozowy, mleko w proszku, trehaloza, skrobia kukurydziana, matcha w proszku 2%, sól, aromat, barwnik E160a, emulgatory (E422, E471, E473, E477, E322 zawierający soję), substancja zagęszczająca E415, substancja konserwująca E202

piątek, 30 stycznia 2026

(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską ciemna z karmelem

Po (Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kandyzowaną Skórką Pomarańczową czułam, że dziś przedstawiana będzie smaczna. Wzięłam ją więc na trasę, na której zrobieniu bardzo mi zależało i na którą naprawdę długo jak na mnie musiałam poczekać. W końcu jednak dane mi było na nią ruszyć. Z Palenicy Białczańskiej poszłam do Doliny Pięciu Stawów Polskich, aby stamtąd wejść na Szpiglasowy Wierch. Zanim jednak znów miałam odwiedzić ten jeden z moich ulubionych szczytów, zatrzymałam się trochę przy jednym ze stawów, aby otworzyć i zrobić sesję zdjęciową czekoladzie. Właśnie przedstawianej.
 
(Netto) Premieur 70 % Kakao Czekolada Gorzka Z Kawałkami Karmelu i Solą Morską to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z kawałkami karmelu i solą morską; marki własnej Netto.

Po otwarciu poczułam paloną gorzkość czekolady, słodkiej w niskim stopniu. Gorzkość wydała mi się prosta w sposób ani pozytywny, ani negatywny. Czuć zwykłość białego cukru, ale wzbogaconego o wanilię i leciutki, łagodny karmel. Na tym etapie nie było takie oczywiste, że to tabliczka z karmelem, ale czuć go.

Tabliczka zdradzała obecność dodatków pojedynczymi prześwitami. Przy łamaniu była twarda niczym skala, a jej trzaski brzmiały głośno i imponująco. W przekroju pokazało się średnio dużo kawałków karmelu wielkości małej i średniej.
W ustach czekolada rozpływała się wolno. Trochę lepkawo i bardzo maziście. Wykazywała miękkość i aksamitną kremowość, a jej tłustość stała na średnim poziomie. Kawałki karmelu trochę poganiały ją z rozpuszczaniem się, same rozpuszczając się tylko częściowo. Wyłaniały się z czekoladowej mazi po jakimś czas. Niektóre wydawały się w niej osadzone do samego końca, dosłownie pojedyncze wypadały z niej i luźno turlały się po ustach. Niektóre rozpuszczały się wraz z czekoladą. Zrobienie kęsa, by nie trafić na karmel było bardzo trudno (w domu na próbę oddzieliłam z różnych stron kostki po trochu, by spróbować samej czekolady.). Sól pojawiała się co jakiś czas, nie tak często.
Wydawało się, że kawałków dodano dość sporo, acz na koniec w ustach zostawało nie za wiele, bo część się rozpuszczała. Wystąpiły małe kawałki oraz średnie i małe płatki. Pierwsze zostawały na koniec, drugie rozpuszczały się.
Wśród kawałków karmelu raz po raz zaplatał się kryształek soli. Czasem rozpuszczał się wraz z resztą, acz kilka razy został mi w ustach naprawdę duży kryształek doli (i, dla mnie, o kilka razy za dużo). Trafiały się kryształki soli wielkości kawałków karmelu.
Z ciekawości ze trzy raz pogryzłam kawałki obok czekolady. Wtedy były szliście chrupiące i twardawa, ale delikatne, rzadko bardzo twarde. Choć ogólnie nie uczyniły z czekolady zlepka-ulepka, wtedy obok wydawała się trochę ulepkowa, więc wolałam zostawiać karmel na koniec.
Kawałki karmelu gryzione na koniec nie porzuciły swej chrupkości, acz były nieco mniejsze, delikatniejsze i bardziej skrzypiące. Wciąż przypominały trochę szkło, a do tego spotkałam się z lepkością. Nie oblepiały jednak zębów męcząco.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia palonej, dosadniej gorzkości, do której po chwili zaczęły docierać soczyste sugestie i słodycz.

Słodycz wpisała się w palony ton, chyląc się ku karmelowi, ale spory udział w niej ogółem miała też wanilia. Wkroczyła odważnie. Słodycz stanęła na średnim poziomie z aspiracjami do jeszcze lekkiego wzrostu.

Karmel ewidentnie jako oczywisty dodatek długo się nie ujawniał, ale baza nawet bez kawałków smakowała leciutko palonym karmelem. Nie wiem, czy przesiąkła, bo karmel-dodatek nie był szczególnie palony. Wiem za to, że czekolada spróbowana osobno wydawała się bardziej gorzka w palono kakaowo prosty sposób, a mniej soczysta. Soczystość podkręcała sól i karmel trochę też.

Karmel, by wkroczyć czasem potrzebował paru chwil, czasem zajmowało mu to dłużej. Raz czuć go mocniej, raz słabiej, ale w tle pobrzmiewał prawie cały czas. Nie zawsze jednak tak jawnie.

Raz po raz przemykało słonawe echo, ale rzadko kiedy czułam po prostu słoność. Ona rację podkręcała paloność ogółu i soczystość.

Soczyste wtrącenia umacniały się, przybierając na wyrazistości. Do głowy przyszły mi słodkie jeżyny ze słodko-kwaskawymi malinami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z czekoladowej toni wyraźnie wyłaniały się kawałki dodatku. Przełożyły się na lekki wzrost słodyczy do poziomu średnio-wysokiego, bliżej wysokiego niż średniego. Trochę też złagodziły paloną gorzkość.

Niegryziony karmel czuć dobrze. Nie był szczególnie palony. Raczej mleczny.
Czasem robiło się dość słono, ale raczej na chwilę. Sól jednak starała się wydobyć z karmelu palony charakter, a bazie przypominała o soczystości.
Gdy w kęsie akurat trafił się duży kryształek soli, czuć ją, jednak nie starała się zdominować reszty. Słoność z kwaskawym echem nasilała się, nasilała... I czasem przez wielkość kryształów było to aż za silne. Trochę soli dobrze odnajdowało się w tej kompozycji, ale niektóre kryształki przesadzały (i te wypluwałam).

Gdy na próbę pogryzłam karmel wcześniej, obok czekolady okazał się mocno mleczny, słodki i łagodny. Sam w sobie nie wydawał się szczególnie słony. Pobrzmiewała mi w nim za to lekka sztuczność, związana ze słodyczą.

Baza końcowo starała się jednak wrócić do silniejszej gorzkości, ale z tym było trudno. Gdy pojawiła się sól, kierowała uwagę raczej na soczystość niż gorzkość. A jednak przyszła mi do głowy rozpuszczaną w rondlu czekoladą z masłem, lekko przypalającą się masą czekoladową albo raczej... Trochę przypalony domowy mleczno-kakaowy karmel?

Karmel gryziony na koniec wyszedł słodko i mleczne, łagodnie. Był karmelowy i trochę sztuczny. Gdy zaś na koniec został kryształek soli, wypluwałam czym prędzej. Zdarzyło się to kilka razy; więcej, niż bym sobie życzyła (raz czy dwa mogę wybaczyć, ale to naprawdę było z... około 8 razy?).

Po zjedzeniu został posmak palonego, ale słodkiego i łagodnego karmelu oraz palono gorzkiej czekolady. Czasem czułam też jakby kwaskawa sól. Towarzyszyła czekoladzie Gorzkiej w palony sposób i dość soczystej niczym mieszanka słodko-cierpko-kwaskawych owoców leśnych.

Czekolada wyszła bardzo smacznie w prosty, niewymagający sposób. Przede wszystkim wyszła gorzko w palony sposób, a jej słodycz nie była przesadzona. Dobrą robotę zrobiła tu wanilia, a i nuta karmelu w samej bazie na plus. Soczyste akcenty podobały mi się, jednak do dodatków mam zastrzeżenia. Wolałabym nie trafiać na duże kryształki soli. Mniejsze, rozpuszczające się były w porządku. Karmel strukturę i formę miał przyjemną, ale żałuję, że nie był palony i pobrzmiewał trochę sztucznie. Gdyby tylko karmel i sól wykonano lepiej, byłoby doskonale. 
Zarówno w górach, jak i domu to była przyjemna degustacja, no tylko ta sól...


ocena: 9/10
kupiłam: ojciec kupił w Netto
cena: 10,99 zł
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 4% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, emulgator: lecytyny sojowe), sól 0,5%, emulgator: lecytyny sojowe; ekstrakt z wanilii

czwartek, 29 stycznia 2026

krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla

Lubię połączenie migdałów i kokosa, więc jako że nie lubię białej czekolady, ubolewam, że przeważnie kremy w tym wariancie robią z nią. A jednak nawet one potrafią smakować! Dosłodzenie tym składnikom nie przeszkadza. Stąd dziś przedstawiany krem sycylijskiej marki NaMa wydał mi się obiecujący. Acz sama marka bardzo enigmatyczna: trudno znaleźć coś o niej. Ponoć pełna nazwa to Natura & Mandorle. Chociaż... w dniu degustacji zaczął mnie martwić inny element składu. O ile w pierwszej chwili zawahałam się, czy miód aby nie przesłodzi, tak później zaczęła mnie zastanawiać ta "mąka kokosowa". Najpierw założyłam, że chodzi o miazgę / pastę kokosową, ale w końcu zgłupiałam. A może miał to być twór nie wiadomo jaki jak "manna kokosowa" wymyślona przez Basię Basię na potrzeby Basia Basia Manna kokosowa Kokos + nic więcej? No nic, pozostało sprawdzenie.

NaMa Crema di Cocco & Mandorla to krem migdałowo-kokosowy z miodem.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam silny zapach słodko-neutralnych migdałów blanszowanych i płatków migdałowych oraz mąki kokosowej. Acz... w zasadzie nie tylko kokosowej, bo w zapachu było coś ogólnie mącznego. Do głowy przyszła mi też kasza manna zrobiona na mleku kokosowym lub z dodatkiem pasty kokosowej. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu i choć sugerowała trochę ciasteczka czy raczej surowawą masę na nie, kokosowe cookie dough z białą czekoladą, to wydawała się w pełni naturalnie migdałowo-kokosowa. Miód ukrył się w naturalnej słodyczy tych elementów. A do tego... odnotowałam dziwny, niejasny kwasek. Po zlaniu oleju i w trakcie jedzenia kompozycję wyraźnie przeplatał delikatny kwasek kokosa.

Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju, który wyglądał jakoś tłusto-wodniście. Aż ostrożnie sprawdziłam, czy nie był to miód... Nie był. Zlałam 5 łyżeczek, a odrobinę, acz nawet nie połowę łyżeczki (jakąś 1/3?) już wymieszałam. Wyglądało na to, że krem podeschnął i może tego oleju potrzebować więcej, jednak jak mieszałam dłużej, pasta przybierała bardziej kremową strukturę, jakby nasiąkając od wierzchu i wilgotniejszych części. Jadłam, cały czas mieszając, i nie miałam wrażenia, że krem był wyschnięty. Z zaskoczeniem odnotowałam, że nie był jakoś szczególnie lepki (a tego spodziewałam się po dodatku miodu).
Ogólnie cechowała go gęstość i pewien konkret, jednak nie był to wyjątkowo syty krem. Tłusty na poziomie średnio-wysokim, okazał się bardzo zwarty, acz w miękki, wręcz mięciutki sposób i trochę ciągnący.
W ustach rozpływał się w tempie wolno-średnim, pokazując się z kremowej, plastycznie-zawiesinowej strony. Choć wyglądał na gładki, okazał się pyliście-proszkowy. Gdy na próbę trochę pogryzłam masę, wiórkowo trzeszczała i skrzypiała leciutko. Oprócz proszkowości czuć w nim znikomy motyw jakby... niezbyt gładkiego sernika z mocno zmielonymi wiórkami. Był trochę lepki, ale nie od miodu, a w sposób typowy dla kremów orzechowych, a do tego miękki. Końcowo na język wylegały drobinki i małe kawałki wiórków, w których raz po raz zaplątał się jakiś średni kawałek. Trochę to urozmaicało konsystencję, ale nie było zbyt wymagające, gdy o gryzienie chodzi. Ot, raz po raz można na tym było zawiesić ząb. Zmielone wiórki delikatnie skrzypiały, trzeszczały. Przy niektórych zagarnięciach były pojedyncze drobinki, przy paru nieco więcej.

W smaku najpierw przemknął mi motyw dość mdławy, przywodzący na myśl mąkę... Acz żadną konkretnie. Dopiero po sekundzie czy dwóch do głowy przyszła mi mąka kokosowa. Swą obecność zgłosiła też leciutka słodycz.

W tle przemknął niby kwasek. Niemal iluzoryczny, trudny do uchwycenia, a po chwili prawie zupełnie kryjący się.

Zaraz odezwały się też migdały. Pomyślałam o delikatnych, surowych migdałach blanszowanych o słodko-neutralnawym charakterze. Migdały te mknęły przed siebie, szczycąc się właśnie łagodnością. Po chwili wydały mi się bardzo wyraziste w tę swoją delikatność.

Czasem, gdzieś hen, w oddali doszukałam się miodu - tak delikatnego, że dałabym się nabrać, iż to tylko złudzenie. Takiego, którego jest za mało, by poczuć, że to miód, ale na tyle, by wplótł dziwne echo. Echo, które związało się z niby nieobecnym kwaskiem? Ale coś mi tam w tle wadziło.

Początkowy mączny akcent i migdałom zasugerował trochę mączne echo. Wyobraziłam sobie zblendowane płatki migdałowe, właśnie mąkę migdałową... Acz dzielnie zawróciła ona zaraz na tor płatków i w końcu samych migdałów. Wciąż pozbawionych skórek i surowych. Migdały wyraźnie stanowiły bazę i dominowały w pierwszej połowie rozpływania się porcji.

Słodycz poniekąd wiązała się z migdałami, jednak z czasem okazało się, że płynie też z kokosa. Za jej sprawą kokos i migdały połączyły się w harmonii. Kokos stał tuż za migdałami. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszło mi słodkie kokosowe cookie dough. Wciąż wiele do powiedzenia miała mąka kokosowa, ale... wyobraziłam sobie masę na ciasteczka nie tylko z mąką kokosową, ale też podmielonymi wiórkami. Pewnie z kawałkami blanszowanych migdałów. Na pewien czas kokos prawie zrównał się z migdałami.

Słodycz rosła, umacniając wizję masy ciasteczkowej kokosowo-migdałowej, a także dopowiadając jej nutkę białej czekolady. Powiedziałabym, że cała słodycz płynie tylko z migdałów i kokosa. Miód skutecznie się ukrywał w zasadzie cały czas. Nie było czuć nuty miodu, ale dziwny, niedookreślony akcent. Delikatnie pobrzmiewał mi też kwasek - właśnie związany z tych echem miodu. Nawet nie mogłam dookreślić, czy to miód wyszedł kwaskawo, czy miód podkreślał kwasek (kokosa).

Wydawało mi się, że parę razy w tle wychwyciłam mglisty kwasek wyraźniej kokosa, ale potem kokos wracał do wizji kokosowego cookie dough, robiło się drapiąco słodko i... przechodził w mleczko kokosowe? Wyobraziłam sobie kaszę mannę na mleczku kokosowym, posypaną sporą ilością blanszowanych migdałów i trochę przesłodzoną. Końcowo migdały znów postarały się trochę wyprzedzić kokosa. Albo raczej na nowo przyciągnąć do siebie uwagę. W gardle zaś trochę drapało od słodyczy, jednak jakby w oderwaniu od smaku.

Po zjedzeniu został posmak migdałowo-kokosowy, słodki w naturalny sposób, jakby tylko za sprawą migdałów i kokosa. Myślę tu o migdałach łagodnych, pozbawionych skórek oraz mące kokosowej. Ta próbowała zdobyć się na pewną neutralność, jakby wbrew swojemu naturalnie słodkiemu charakterowi. Do głowy przyszła mi masa ciasteczkowa cookie dough kokosowa z migdałami. Do głowy przyszła mi raz czy drugi biała czekolada, ale i jakiś kwasek miodowo-kokosowy pobrzmiewał. Słodycz stała na średnim, ale niewiarygodnie naturalnie kokosowo-migdałowym tonie. Miód zupełnie się ukrył, wpisując się w kokosa i migdały, ale dodając też dziwnego kwasku albo podkreślając go.
Struktura, gęsta i nie za tłusta, a jednocześnie nie sucha, podobała mi się.

Ogólnie krem wyszedł mocno średnio (w nie średniej, a wysokiej cenie), bo sporo drobiazgów mi w nim nie grało, co jak się pozbierało, to razem przełożyło się na negatywny odbiór. Nie podobało mi się, że kokos tak ewidentnie smakował mąką kokosową, a miód wiązał się z kwaskiem, który był nie na miejscu. Miodu dodano za mało, by czuć wyraźnie, że tam jest, ale na tyle sporo, by wplótł czy podkreślił nieprzyjemne akcenty i drapał. Jak układał się w wizję kokosowego cookie dough, to ok, ale wolałabym, by był to bardziej kokos pastowy albo wiórkowy. Próbowałam się wkręcić, się wczuć, ale po jakiś 25 gramach sobie darowałam. Słodko i z dziwnymi posmakami, że zwyczajnie nie miałam z niego przyjemności. Nie lubię niedookreślonych kwasków i mącznego efektu. W dodatku nie widziało mi się próbowanie tego z czymś (np. w twarożku czy z jogurtem), bo po prostu brak w tym potencjału.

Dałam Mamie, ale nie chciała, bo po spróbowaniu powiedziała: "Okropny. Nawet nie umiem nic więcej o nim powiedzieć. Migdałów jak zwykle nie umiałam uchwycić, no, kokosa może czułam... Tak, kokosa to jeszcze...".


ocena: 4/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 32,49 zł (za 200g)
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały 75%, mąka kokosowa, miód

wtorek, 27 stycznia 2026

Vegetalia Chocolate Negro 73 % ciemna

Ta czekolada wyglądała niepozornie, gdy tak scrollowałam, co ciekawego można by zamówić ze strony Naturitas. A jednak... Może właśnie tym, że nigdy jej nie widziałam, a wszelkie informacje w opisie były bardzo skąpe, mnie skusiła? Taką tajemniczością? Oby smak nie zawiódł! Acz patrząc na kakao w proszku w składzie (na opakowaniu czekolady, bo na stronie, z której zamawiałam, pominęli) i to, że ten włoski producent to ogólnie producent ekologicznej żywności, czekolady są jedną z wielu kategorii, to mogło być różnie. Chyba powinnam się raczej spodziewać efektu bardziej średniego; acz wierzyłam, że wciąż smacznego.

Vegetalia Chocolate Negro 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73% kakao.

Po otwarciu poczułam palono-ciepły zapach, kojarzący się z czymś rozgrzanym: rozgrzanymi skałami, suszącą się na słońcu trawą, przechodzącą w siano, leżące w pełnym słońcu. To też trochę suchych, wysuszonych kwiatów oraz palony karmel... acz raczej jako rozpuszczalna kawa karmelowa. Za nią zaznaczyło się kakao w proszku - zwykłe, ale nie tanio-odtłuszczone. Za tym wszystkim chowały się owoce, jakby duszono-gorące, bulgoczące... Właśnie robiony dżem brzoskwiniowy... brzoskwiniowo-morelowy?

Tłusta w dotyku tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, niczym grube pałeczki puste w środku. 
W ustach rozpływała się łatwo i powoli, maziście łącząc wysoką tłustość z suchym wrażeniem. Była gęsto-zbita, acz nie mocno i marginalnie lepka. Przypominała trochę wyjęte z lodówki i lekko mięknące masło. Z czasem przewinęło mi się w niej wodniście-oleiste echo.

W smaku pierwsza pokazała się zdecydowana, średnio wysoka słodycz karmelu z aspiracjami do wzrostu. Za karmelem odnotowałam przebłyski bardzo słodkiego, wręcz przesłodzonego dżemu brzoskwiniowego.

Zaraz odezwała się cierpkość - swoją obecność zaznaczyło kakao w proszku, mieszające się i przechodzące w suche trawy, wysuszoną roślinność na terenie, który już nawet nie pamięta deszczu. 

Owocowe echo było bardzo słabe i z każdą chwilą mniej jednoznaczne. Do głowy przyszły mi poziomki, rwane prosto z krzaka. Słodkie i z motywem... leśnej roślinności? Ta już nie była taka sucha, acz zaraz umknęła, wiele nowego nie wnosząc.

Owoce ogólnie robiły tylko za subtelne echo, które na długi czas w ogóle się zatraciło.

Cierpkość kakao otworzyła drogę porządniejszej gorzkości. Wyszła palono-ciepło, przywodząc na myśl gorące, rozgrzane słońcem skały i skaliste zbocza gór. Proste kakao raz po raz się z tego ciepła wyłamywało, acz nie było ogólnie zbyt mocną nutą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość trochę załagodziła maślaność. Słodycz karmelu wykorzystała to i skokowo wzrosła do dość wysokiej, ale jeszcze nie przesadzonej.

Gorzkość podjęła walkę i wyszła z tego w zasadzie zwycięsko. Choć skupiła się na... cieple? Po rozgrzanych skałach pojawiło się więcej suchych roślin, traw. Suszących się, ale jeszcze nie siana. I właśnie w tych jeszcze nie do końca suchych, jeszcze trochę żywych raz po raz przemykało mi echo czerwonych owoców, chyba poziomek. Kakao też próbowało ukryć się właśnie w nich, acz ono optowało za suszonymi.

Goryczka trochę upominała słodycz, prowadząc chwilowo karmel ku wręcz gorzkawym tonom karmelu lekko przypalonego...? A może rozpuszczalnej kawy o smaku karmelowym? Gorzkość w jedno splatała się z paloną słodyczą.

Wątła, owocowa nutka - raczej czerwonych... poziomko-truskawkowa? - podpowiedziała słodyczy kwiaty. Raczej suche, suszone, ale wciąż wonne... Może podsuszone tylko częściowo, dopiero suszone? Wyobraziłam sobie suche pole z kwiatami... makami?

Słodyczy jakoś udało się znów podskoczyć, maślaność nie dała za wygraną i do głowy przyszła mi słodka bułeczka... Z owocowym nadzieniem, które zmieniało się jak film klatka po klatce: jak jagodzianka, ale z nadzieniem brzoskwiniowo-morelowym albo... brzoskwiniowo-poziomkowym/truskawkowym... a w końcu w ogóle czerwono owocowym oraz... kruszonką orzechową? Suche trawy zmieniły się w prażono-krokantowe orzechy (w karmelu?) chyba laskowe. Bułeczkę tą musiano polać polewą kakaową, choćby tylko dla ozdoby, ale tak, by proste, cierpkawe kakao w proszku jeszcze mogło się zaznaczyć.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej bułeczki z dżemem żółtego koloru oraz karmelu. Jakby trochę karmelowej w wydźwięku orzechowej kruszonki oraz proszku kawowego / suchej kawy rozpuszczalnej o smaku karmelu. Palona gorzkość na końcówce zmieszała się z prostym kakao w proszku, ale obie wydawały się załagodzone, bo i maślaność wyległa wyraźnie.

Czekolada byłaby bardzo dobra, gdyby kakao w proszku mniej dawało o sobie znać. Mam wrażenie, że gdy miazga robiła mu miejsce, słodycz wkraczała do akcji i skokowo wzrastała. Karmel miał wiele do powiedzenia. Echo owoców, brzoskwiniowo-morelowego dżemu i poziomek, tchnęło świeżość w kompozycję raczej suchą: bazującą na rozgrzanych skałach i suszonych trawach, suszonych kwiatach. Pojawiły się akcenty maślane, po prostu palone, karmelowo-kawowe i bułeczkowo-kruszonkowe, które dobrze tu to i owo podkoloryzowały. Ogólnie jednak i tak jestem zaskoczona, że mimo tych wad, wyszło tak smacznie. Podobała mi się jednoznaczna obrazowość paru nut.
Mam jednak żal do strony sklepu, że "zapomniano" tam o kakao w proszku w składzie, a do producenta, że nie zdecydował się na ambitniejszy produkt.


ocena: 8/10
kupiłam: naturitas.pl
cena: 13,50 zł
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, kakao w proszku, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 26 stycznia 2026

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif biała z kremem pistacjowym i ciastem kadayif / kataifi

W Dniu Matki ojciec wysłał mi zdjęcie dziś przedstawianej czekolady, bo jego Partnerka dostała ją w prezencie i pomyśleli o mnie, czy będę chciała spróbować, to by nie otwierali, poczekali, aż zrobię zdjęcia i wezmę, ile chcę. Zrobiło mi się niezwykle miło, mimo że jestem bardzo sceptyczna do wszystkiego, co płynące na fali mody na dubajskie czekolady. A do tego trzyma mnie zniesmaczenie Germiyan Angel Hair Chocolate. A jednak... jedzona przeze mnie "dubajska" - Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache -  nie była taka typowa, bo z ciemną czekoladą. A typ zakłada, że ma być chyba mleczna lub biała. Faktycznie, ciemna była trochę za ciężka. Może więc warto spróbować jej takiej... bardziej typowej?

VC (Viral Concept) Dubai Style Filled with Pistachio & Kadayif to czekolada biała barwiona z nadzieniem pistacjowym z kawałkami pistacji oraz ciastem kadayif / kataifi; "dubajska".

Po otwarciu poczułam delikatny, nieprzesłodzony zapach jakby smażono-karmelizowanych - ale nie zupełnie na słodko? - ciastek i wafelków. Pomyślałam o  tłustych feuilletine, ale nie za bardzo cukrowych, a kierujących się w wytrawniejszą stronę. Czułam też pudrowo słodką, truskawkową nutę leciutko truskawkowych lodów mlecznych (bardziej gelato). W mocno palonych, niesłodkich waflach. Przewinęły się jeszcze duszne pianki marshmallow truskawkowe i słodkie chrupki kukurydziane o smaku truskawkowym (np. Flipsy). Po przełamaniu do wszystkich tych ciastkowo-waflowych nut doszła jeszcze orzechowość - może i pistacje? Acz w ciemno trudno byłoby je uchwycić.

Gruba tabliczka była ciężka i konkretnie-delikatna. Choć wyglądała na plastikowo-masywną, ani trochę nie była twarda. Gruba warstwa czekolady łamała się miękko, prawie rwała, a wnętrze zdecydowanie się rwało i wręcz ciągnęło. Nitki ciasta kataifi trochę się kruszyły i sypały wokół. Kiedy robiłam kęsa, czekolada wgniatała się w nadzienie, a zielonkawy krem mocno się spod niej wyciskał. 
Ciasto kataifi okazało się warstwą otuloną z obu stron kremem pistacjowym, w którym widać parę drobinek pistacji. Zatopiono w nim bowiem malusieńkie i małe kawałki oraz trochę wręcz kropeczek.
Acz bardzo, bardzo trudno wygrzebać sam krem, bo nitki ciastka bardzo się w niego wmieszało. 
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko. Była gęsta i tłusta w maślano-śmietankowy sposób, a także lepka. Zmieniała się gęsty, bagienkowaty krem. Ani śladu plastikowości czy ulepkowości. 
Nadzienia szybko wyłaniały się spod niej.
Rzadsze pistacjowe wykazywało plastyczną miękkość i oleistość. Rozpuszczało się dość szybko i zaraz znikało. Wyszło raczej gładko, choć i pylistość w nim poczułam. Urozmaicały je kawałki pistacji. Były małe i średnie, mieszały się w jedno z ciastem.
Ciasto kataifi dodało chrzęstu i konkretu. Było twardawe i nie rozpuszczało się. Starałam się gryźć je bokami, tak, by nie gryźć czekolady i kremu. Wówczas twardo, czasem wręcz kamiennie chrupało. Pistacje plątały się wśród nitek, odróżniając się od nich miękkością.
Całość zostawiała mocno otłuszczone usta.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą i mocno mlecznym smakiem. Słodycz rosła dość szybko, dając się poznać jako trochę cukrowa. Mleko nie dało mu się jednak zagłuszyć. Było pełne i po chwili wzbogaciło się o śmietankę, a także... echo mleka truskawkowego. W tle przewinęła się nuta lodów śmietankowych, leciutko pobrzmiewających truskawkami.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nieprzesiąknięta nadzieniem, lekko truskawkowa i szybko zasładzająca w cukrowy sposób. Nadzienie trochę tonowało jej słodycz.

Słodycz rosła, a ja pomyślałam jeszcze o piankach marshmallow lekko truskawkowych i... truskawkowych chrupkach kukurydzianych (dokładniej Flipsach)? Nadzienie po chwili zaczęło dołączać do czekolady, nie zagłuszając jej. Do samego końca miała sporo do powiedzenia.

Krem pistacjowy kontynuował mleczno-śmietankowy wątek. On jednak trochę rozbił tę mocną mleczność bardziej oleiście-nijakim, wręcz trochę wodnistym smakiem. Był średnio słodki, jednak wyraźnie czuć jego cukrową naturą. Znacząco dosładzała go czekolada, pod którą chwilami zdawał się podpinać. Pistacje delikatnie z niego pobrzmiewały. Wyszły naturalnie, ale bardzo stłamszono. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, że tam są.
Gdy spróbowałam kremu osobno, był średnio słodki, mleczno-oleisty i mało pistacjowy, że aż trzeba się tego smaku doszukiwać.
Wyłaniające się pistacje leciuteńko podkręcały pistacjowość, ale w całokształcie nie były najlepiej wyczuwalne. Ogólnie krem szybko się zatracał w duecie czekolady i ciasta.

Ciasto kataifi po chwili bardzo podkręcało skojarzenie z truskawkowymi chrupkami kukurydzianymi, a po chwili ogólnie z chrupkami. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nawet niegryzione umacniało się i trochę rozganiało smak kremu i czekolady. Niegryzione jednak nie było zbyt wyraziste.

Kremu i czekolady jednak robiło się szybko coraz mniej i trudno powstrzymać się od gryzienia.
Ciasto gryzione, czy to obok czekolady razem z kremem, czy już bliżej końca, jak te prawie znikały wyszło jak niesłodkie, wytrawniejsze wafle duńskie do lodów. Z dziwnie wyciętą cukrowością. Gdy spróbowałam go osobno, wyszło niczym wytrawno-neutralna, mocno przypieczono-wysmażona wersja wafelków feuilletine. Było to trochę ciastowe, ale w sposób neutralny.
Gryzione wcześniej pistacje gubiły się w cieście i cukrowości.

To krem i czekolada dodawały całości słodyczy. Kontrast ten wyszedł dziwnie. Mdłość oleju, cukrowość i pudrowe truskawkowe echo czekolady kontrastowo splatały się i kłóciły ze sobą. Końcowo, mimo że smak był w sumie też wytrawny, cukrowość trochę drapała w gardle. Truskawkowe echo prawie zniknęło, a do końca pobrzmiewająca czekolada poszła bardziej w cukrowo-śmietankowym kierunku. Jej smak wyraźnie długo się utrzymywał.

Ciasto gryzione na koniec smakowało bardziej wytrawnym, przesmażono-wypieczonym wafelkiem i robiło drobne aluzje do przypalonej skórki chleba. Na koniec, gdy zostało same, kojarzyło mi się jeszcze z przypalonymi orzechami i niesłonymi paluszkami pszennymi.
Gryzione na koniec pistacje wyszły trochę pistacjowo, ale łagodnie. Łatwo, by zgubiły się wśród ciasta, ale tu już wyraźniej się wyłaniały.

Po zjedzeniu został posmak wytrawnych, wysmażono-wypieczonych waflo-chrupek (?) oraz cukrowość aż drapiąca w gardle. Czułam też nutę oleju i nijakość, mdłość, dziwnie mieszającą się z pudrowo truskawkowym, z kolei słodziusim echem.

Dziś przedstawiana tabliczka była bardzo uboga w pistacjowy smak, za to słodka i śmietankowa. Niestety też trochę oleista. Biała, śmietankowa i nieprzesłodzona, ale słodka wyraźnie czekolada na równych prawach rozbrzmiewała z ciastem, które... kompletnie mi nie pasowało. Wytrawnie-smażone i dziwne. Struktura bardzo nie w moim guście: za miękko, za rozlazło, za tłusto.
Ta tabliczka wydaje się jednak w miarę porządnie zrobioną dubajską czekoladą, bez taniości i tandety. Okazała się więc pozytywnym zaskoczeniem, bo nastawiłam się na paskudztwo, a była w zasadzie... całkiem w porządku jak na to, czym miała być. Gdyby pistacje były w niej wyraźniejsze, mogłaby i 6 zdobyć. A jako że 1 z dwóch warunkujących dubajkość rzeczy uciekła, no to jest średnio. Acz nie obrzydliwie. Jestem pod wrażeniem, że takie składniki mnie nie obrzydziły.

Gdy tak pomyślałam o Beskid Chocolate Dubai Chocolate Dark Chocolate Filled with Pistaccio Ganache, to muszę przyznać, że biała czekolada mniej przytłacza tego typu nadzienia i bardziej pasuje. Z kolei gdy pomyślałam o Germiyan Angel Hair Chocolate, echo truskawek dziś przedstawianej zostało o wiele lepiej zrobione, bo ze względu na delikatność, nie raziło sztucznością.

Otrzymałam jeden pasek, ale zjadłam ledwo pół i drugie oddałam Mamie. Jej opinia: "Jestem pozytywnie zaskoczona. Jak na coś takiego... nastawiłam się na coś złego, a ona nawet niezła była. Nie niesmaczna. Do tego nadzienia jednak chyba bardziej mleczna by pasowała i wtedy byłaby ok. Tak słodko, pistacji nie czuć, ale jakoś to wyszło... nieobrzydliwie, o wiele lepiej niż ta z anielskimi włosami*".
*Mama miała na myśli Germiyan Angel Hair Chocolate.


ocena: 5/10
kupiłam: poczęstowałam się (ale czekolada kupiona w Żabce - widziałam w gazetce)
cena: - (jak wyżej: cena to 19,99 zł)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada biała (50%: cukier, tłuszcz kakaowy 24,6%, pełne mleko w proszku 14%, demineralizowana serwatka w proszku,, laktoza, koncentraty roślinne: krokosz barwierski, rzodkiewka; lecytyna słonecznikowa), kremowe nadzienie pistacjowe (37,5%: cukier, pistacje 29,5%, oleje roślinne: słonecznikowy i bawełniany; odtłuszczone mleko w proszku, demineralizowana serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat, sól, barwniki: E141, E100), ciasto kataifi / kadayif (12,5%: mąka pszenna, olej słonecznikowy, sól)