Ostatnimi czasy jakoś bez emocji sięgam po tabliczki tej domowej marki, mimo że wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem, jakie efekty można uzyskać właśnie w domu. A jednak ta... była w pewien sposób szczególna. Otóż wiele miesięcy temu napisałam do Pani Anny, trochę przestraszona, że przegapiłam tę czekoladę, bo zobaczyłam post z opisem w stylu "ostatnie tabliczki"... Okazało się, że tak, wyprzedały się już. Było mi bardzo smutno, bo Belize uwielbiam, a 80% kakao świetnie pasuje do nut tego kraju (takiej zawartości brakowało mi właśnie wśród Beskidów Belize Peini, tak swoją drogą). Co gorsza, Pani Anna robiła sobie przerwę od robienia czekolady. Jakaż byłam szczęśliwa, gdy wróciła do czekolady, właśnie z tymi tabliczkami. Tym razem kupiłam natychmiast.
Czarna Czekolada Belize Peini 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Belize, z regionu Peini.
Po otwarciu poczułam zapach prażonego kokosa z miodem i żywymi różami, ewentualnie świeżymi płatkami róż, grającymi na słodką, łagodną nutę. Za nimi pojawiły się naturalnie słodkie orzechy prażone i pozbawione skórek. Pomyślałam o arachidach, laskowych i migdałach. Ostatnie przechodziły w motyw karmelizowania... Do głowy przyszły mi migdały w miodzie z odrobinką soli. Karmelowy wątek, to właśnie karmelizowanie zdawało się należeć do miodu. Ogólna gorzkość wydała mi się wycofana, a za wypisanymi już nutami, krył się jeszcze drobny kwasek jakiś nieoczywistych owoców. Pomyślałam o mieszance czegoś egzotycznego z niezbyt dojrzałymi śliwkami o czerwonym miąższu i dżemowej galaretce z różowo-czerwonych długich chrupiących winogron.
Twarda, konkretna tabliczka podczas łamania trzaskała bardzo głośno, kojarząc się trochę z grubymi, suchymi gałęziami.
W ustach rozpływała się kremowo-gładko, nie spiesząc się. Robiła to w tempie wolno-średnim, maziście i dość tłusto pokrywając podniebienie. Podtrzymała poczucie konkretu i twardości, acz z czasem rzedła znacząco w soczysty, trochę soczyście-ściągający, sposób.
W smaku pierwszą poczułam łagodność żywych róż o mięciutkich płatkach. Przyniosły słodycz, a ja niemal czułam to delikatne niczym skrzydła motyla muskanie świeżych płatków kwiatów.
Zaraz zaznaczyły się wiórki kokosowe. Też naturalnie słodkie, ale osadzone w nieco prażonych realiach. Dołączyły do nich orzechy. Na pewno lekko prażone i delikatnie słodkie. Początkowo niezbyt jednoznaczne. Aż wyobraziłam sobie jakiś naturalny krem z mieszanych orzechów - laskowych i nerkowców? - z wiórkami kokosowymi.
Delikatne, słodkawe róże wplotły nagle pewną kwiatową cierpkość. Ta z kolei obudziła przy kokosie subtelny kwasek. Kwasek niewątpliwie owocowy, ale jaki dokładniej... trochę egzotyczny?
Do prażonego motywu raz po raz dolatywała też gorzkość. Ogólnie była niska, choć na pewien czas wspięła się na średni poziom. Dbała o palony wątek, może prawie dymny, acz ten co i raz przysłaniało wyrazistsze prażenie związane z orzechami.
Kokos podchwycił egzotykę, a ja wyobraziłam sobie jakiś ciasto-chlebek niemal na bazie ananasa i wiórków, ciasto wręcz chrzęszczące od nich i soczyście słodkie.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam prażone oraz karmelizowane w miodzie migdały i orzeszki ziemne. Do nich podkradał się lekko drewniany, drewniano-palony akcent, acz to niewątpliwie orzechy dominowały w sferze prażenia. Mogły wieńczyć ananasowo-kokosowy wypiek.
Nerkowce i laskowe nagle weszły w miejsce charakterniejszych ziemnych i migdałów. Orzechy pozbawione skórek, naturalnie słodkie i ze słodyczą podkręconą karmelizowanym miodem... coraz bardziej podbijały miodowe ciasto... orzechowo-kokosowe? Kokos też dał się wciągnąć w prażono-miodową sferę.
W tym czasie owoce dosłownie na moment trochę wzmocniły kwasek, ale... zalała go słodycz. Zrobiły się więc słodko-kwaśne, a ja pomyślałam o miękkich tylko miejscami, a miejscami wciąż jeszcze niezbyt dojrzałych śliwkach o jajowatym kształcie, czerwonym wnętrzu oraz galaretko-dżemie z jasnoróżowych, chrupkich i kwaskawych w pozytywnym sensie winogron. Nie brakowało im ani kwasku, ani słodyczy, nagle zniknęła za to egzotyka, a po paru chwilach... większość owocowości ogólnie. Ależ szybko się to wszystko zmieniało!
Końcowo orzechy zdecydowały się na złagodzenie, Wyobraziłam sobie nerkowce, blanszowane migdały oraz orzechy laskowe pozbawione skórek, jedynie tylko lekko podprażone. Naturalnie słodkawe i niemal neutralne.
Po zjedzeniu został posmak prażonych, już niejednoznacznych orzechów oraz prażonego kokosa, kokosa w miodzie i / lub kokosowo-miodowego, wypieczonego znacząco ciasta. Obok stanęła kwaskawa, a jednocześnie bardzo słodka dżemowa galaretka z różowych winogron i akcentem śliwek.
Czekolada była smaczna, acz dla mnie za mało gorzka i ogólnie za łagodna jak na tę zawartość kakao. A jednocześnie - co już jest plusem - nie była dosadnie słodka, a jakby słodka w sposób naturalny. Po tej zawartości kakao liczyłam na więcej gorzkości, a jednak miała taki charakter, że czuć, że tak właśnie ma smakować. Nie ukrywam więc, że bardzo mnie urzekła, acz właśnie nie na maksymalną ocenę. O dziwo kwaśność też nie była za wysoka. Splot kwaskawych śliwek i różowych winogron, kwasek podkradający się pod kokosa i palono-prażony, chwilami karmelizowany motyw związany z orzechami, potem trochę z drewnem, uległy słodyczy kokosa, orzechów (migdały, arachidy i laskowe) oraz płatków róż. Potem zrobiło się trochę miodowo-ciastowo, przy czym prażenie wciąż wiele miało do powiedzenia,
Czereśnie, rośliny egzotyczne Pangea Chocolate Maya Belize 75 % czy ananasowo-egzotycznie kwaskawy motyw z kokosem Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao trochę kojarzyły się z tym, co tu uświadczyłam, ale żadna z nich nie była bardzo podobna. Miały po prostu wątki wspólne.
ocena: 9/10
kupiłam: czarna_czekolada na Instagramie
cena: 30 zł (za 53g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie
Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy





















