czwartek, 9 kwietnia 2026

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro ciemna z Kostaryki

Z opisu tej czekolady dowiedziałam się, że Kostarykę uznaje się za jeden z najbardziej zaawansowanych krajów pod względem ochrony środowiska. Ciekawe. Wulkaniczne pasmo górskie biegnące przez centrum kraju jakoś odciągało moje myśli od tych kwestii. Acz że przyroda jest tam bogata to łatwo się domyślić po rozmaitości nut czekolad z kakao stamtąd. A to, z którego zrobiono tę czekoladę, Kakao Upala, pochodzi dokładnie z okolic granicy z Nikaraguą. Po podtytule tabliczki, Maleku, chyba śmiało można stwierdzić, że pochodzi od rdzennych mieszkańców, plemienia właśnie o nazwie Maleku. Liczy ono zaledwie 650 osób, która żyje w rezerwacie i jest znane z głębokiej więzi z naturą i lasem deszczowym. Ogromną wagę przywiązują do ochrony środowiska. Producent zdradził, że ze względu na niewielką goryczkę i kwaskowatość, a co za tym idzie wyższą słodycz, tego kakao zdecydował się zwiększyć zawartość kakao. Ponoć wyjątkową dla nich, co jednak musiało się na przestrzeni lat zmienić, bo w internecie widziałam też czekoladę z Kostaryki o zawartości 92% tej marki.

Feitoria Do Cacao Costa Rica Maleku 76 % Chocolate Negro to ciemna czekolada o zawartości 76% kakao z Kostaryki, z rezerwatu Maleku (okolic miasta Guatuso).

Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodko-pieczony zapach ciastek z rodzynkami i orzechami. Oczami wyobraźni zobaczyłam mieszankę laskowych, ziemnych i włoskich, może też migdałów. Większość  osiadła w słodkich, ciastkowych realiach, a tylko włoskie wiązały się też z subtelną goryczką. W tej kryła się jeszcze jakaś trudna do uchwycenia przyprawa. Słodycz ciastkowa mieszała się z bardzo słodkim ciastem banoffee z bardzo dojrzałymi bananami i śmietanką. Odnotowałam nawet wręcz lukrową mgiełkę. Przeplótł to soczysty kwasek jakby egzotyczniejszych truskawek, truskawek z nutą ananasa lub może anansowych truskawek (biała odmiana, tylko o niej czytałam, ale nie jadłam)?

Kiedy ją łamałam, tabliczka głośno trzaskała. Brzmiała na dosadną i konkretną, a w dotyku wydała mi się obiecywać i lekką suchość, i kremowość.
W ustach rozpływała się powoli, racząc mnie masywną gęstością i wyważoną, nie za silną, maślaną tłustością. Wydawała się bardzo pełna (trochę jak masła orzechowe?). Mimo całościowej konkretności, wykazywała też wysoką kremowość, mieszkającą się z subtelnym, pylistym wrażeniem. Czasem w kremowość wkradała się marginalna wodnistość.

W smaku pierwsza przywitała mnie wysoka słodycz, jak się po chwili okazało, słodkiego, mleczno-maślanego toffi. Toffi miękkiego i ciągnącego, a okrywające orzechy.

Spod toffi powoli wyłaniały się orzechy głównie laskowe, ale nie tylko... Wyobraziłam sobie jakieś ciasto-ciastka z masy toffi z laskowcami na kruchym spodzie. To przede wszystkim. A obok laskowców przewijały się fistaszki i chyba migdały. Wszystkie lekko podpieczone, naturalnie słodkie i mieszające się z toffi.

W oddali zaznaczyła się łagodna gorzkość. Ogrom orzechowości zasugerował jej orzechy włoskie, acz one stały jakby obok, nie weszły w tę słodką mieszankę.

Ciastkowość zaczęła przybierać na słodyczy - ta wzrosła do dość wysokiego poziomu za sprawą bananów, wkomponowanych w słodkie ciasto banoffee. Słodki, maślany kruchy spód i ogrom bardzo słodkich bananów mieszał się ze śmietanką. Toffi przeszło do  roli dodatku, a w tej wizji coraz większą rolę zaczęła odgrywać śmietanka. Śmietanka dosadna w niemal... alkoholowo-likierowy sposób?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przemknął subtelny kwasek. Pomyślałam o truskawkach w bardziej egzotycznym wydaniu. Być może to te białe ananasowe albo po prostu mieszanina truskawek i ananasa... Ogólnie nie było to jednak za silne i zaraz zaczęło się rozmywać.

Goryczka nieco się nasiliła, przywodząc na myśl niejednoznaczne przyprawy... Jakąś gorzkawo-wytrawniejszą, nieuchwytną porządnie... Gorczycę? Kolendrę?

Owocom spodobała się ta dość silna słodycz wypieku... ciastek konkretnie. Zmieniły się w rodzynki, dodane do ciastek z orzechami. Tu dowodziły laskowe, ale i fistaszki chyba się przewijały.

Ciągle rosnąca słodycz pokierowała śmietankę w lukrowym kierunku. Do głowy przyszły mi lukrowane ciastka i lukier nieco bardziej śmietankowy (nie taki czysto, chamsko cukrowy). Owoce i orzechy na dobre osiadły w krucho-maślanych, ciastkowo-wypiekowych realiach.

Przyprawy za sprawą ogólnej słodyczy nieco złagodniały i bogata orzechowość znów zawróciła goryczkę ku włoskim, a do tego... chyba odnotowałam tam troszeczkę kawy.

Po zjedzeniu został posmak śmietankowego toffi, śmietankowego lukru, przełamanego subtelnym kwaskiem rodzynek i czegoś truskawkowo-egzotycznego, dziwnych ananasowych truskawek oraz lekką goryczką orzechów włoskich i przypraw, które aż troszeczkę gryzą w język.

Całość wydała mi się za słodka w dziwny, niby lukrowy, ale nie cukrowy, bardziej lukrowo-śmietankowo-ciasteczkowy sposób oraz ogólnie łagodna, ale nie bez charakteru. Akcenty truskawkowo-ananasowe, potem rodzynkowe oraz goryczka orzechów włoskich, przypraw i kawy urozmaiciły motywy toffi z orzechami, banoffee oraz ciastek z orzechami.

Przypomniała mi się Chapon Costa Rica Cacao Rare o nutach lukrowo-śliwkowych. Chyba faktycznie to kakao już takie słodkie bywa. Nie jest to jednak nuta, którą zawsze czuję w czekoladach z Kostaryki, co też świadczy o bogactwie regionu.


ocena: 8/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: chyba około 30 zł (za 50 g)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 8 kwietnia 2026

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia ciemna z kawałkami kakao

Bardzo chciałam spróbować czekolady tej marki o tak wysokiej zawartości kakao, w dodatku nie byle jakiego, a z Boliwii, która byłaby czysta, niezaburzona nibsami, no, ale trudno. Taką bazę mają w ofercie tylko i wyłącznie z tym dodatkiem. Szkoda. Niepocieszona zamówiłam, stwierdzając, że po prostu wezmę ją w góry. Tu jednak robiło się ciekawie, bo... do boliwijskiej czekolady dodano kolumbijskie nibsy. Ciekawiło mnie, dlaczego i liczyłam, że może spróbowanie sytuację rozjaśni.
Tabliczkę zabrałam ze sobą na Rysy, na polski wierzchołek, na który weszłam właśnie od polskiej strony z Palenicy Białczańskiej, przez Morskie Oko. Na szczęście okrutnie wielkiego tłumu nie było, wspinaczka po łańcuchach poszła łatwo, a widoki dopisały. Nic, tylko radować się czekoladą!

Zdrowa Sowa Czekolada z Nibsami Kakao 90 % Boliwia to ciemna czekolada o zawartości 90% kakao z Boliwii z 10% nibsami, czyli kawałkami kruszonego kakao z Kolumbii, z regionu miasta Tumaco.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach ziemistych nibsów w towarzystwie czerwonego wina, acz jakby przynajmniej częściowo okrojonego z alkoholu. Nibsy dominowały gdy wąchałam spód, lecz czuć je dobrze cały czas. Sama czekolada mieszała się z nimi wilgotną, czarną ziemią i dodała do kompozycji motyw soczystych, cierpkawych grejpfrutów oraz śliwek, ale właśnie z kolei lekko alkoholowych, likierowych (stały jakby w zupełnie innej sferze zapachu niż wino), nieco paloną słodycz i nieśmiałą sugestie orzechów bardzo, bardzo w oddali.

Nibsów trochę poskąpiono, a ich kawałki umieszczono głównie na środku tabliczki. Dotykając je, trafiłam na ostre krawędzie. Większość była średniego rozmiaru, ale trafiały się też małe. 
Twarda tabliczka trzaskała donośnie i głucho podczas łamania. Nibsy trzymały się jej porządnie - odpadło dosłownie kilka. Sama czekolada wydala mi się ziarnista w przekroju.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. W pierwszej chwili wydawało się, że będzie stawiać opór, ale zaraz zaskoczyła na mazisty tor. Była tłusta w średnio zbity, chłodno maślany sposób, z czasem trochę rzednąc w luźnym kontekście. Do tego doszła kremowość i delikatna, trochę ściągająca soczystość. Gładkości nie mogę jej odmówić, acz i lekko pylisty efekt uświadczyłam. Nibsy długo się jej trzymały i nie kaleczyły języka czy podniebienia. 
Nibsy zarówno gryzione wcześniej, jak i na koniec, były twardo chrupiące i jakby zawilgocono-soczyste wewnątrz.

W smaku pierwsza pokazała się delikatna kwaśność jakby... ziemistego pochodzenia? Kwasek zdobył się na skąpą soczystość nieco taninowego wina. Wina czerwonego, to pewne, ale jakby bez alkoholu. W oddali za to przemknął palony, niemal dymny akcent.

Po chwili wyłoniła się subtelna słodycz. Do głowy przyszedł mi cierpko-słodki grejpfrut o dość suchej strukturze, którego soczystość jawiła się jako skąpa.

Gorzkość wyraźniej zaznaczyła swoją obecność, gładko podpinając się pod ziemię. Jej nieco palony akcent trzymał się trochę na boku. Wyszła znacząco, ale trochę leniwie, jakby nawet nie próbując dorównać kwaśności.

Słodycz też trzymała się tyłów, nie ścigała się z innymi smakami i lekko pobrzmiewała palonym karmelem. Trochę pomogła tym samym palonej gorzkości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność ograniczyła się do cytrusów - i nie był to już tylko grejpfrut. Nie mogłam jednak połapać reszty, ale soczysta kwaśność zdawała się lać hektolitrami.

Słodycz nieco się nasiliła, lekko wygładzając kwaśność. Grejpfrut przeplotła znacznie słodsza mandarynka. Wpisywały się w ogólnie cytrusowy wątek. Wydaje mi się, że sporadycznie przemykała tam też nutka śliwek.

Kiedy jadłam kęsy pozbawione nibsów, potwierdziło się, że baza nie przesiąkła kawałkami kakao.

Niegryzione nibsy nie smakowały jakoś szczególnie wyraźnie. Czasem chyba dokładały lekko gorzko palonej nutki, ale ogólnie raczej głosu nie zabierały.

Kiedy na próbę z ciekawości ze dwa razy pogryzłam dodatek obok czekolady, nie zmienił jej bardzo. Tylko trochę uprościł i podkreślał a to nuty palone, a to kwaśno-winne. Chrupane kawałki za to wydawały się bardziej palono gorzkie, a dopiero potem winnie soczyste. Wolałam je zostawiać na koniec.

Kwaśność miała się całkiem nieźle, acz końcowo była o wiele bardziej łagodna i ugodowa. Gorzkość utrzymała ziemisty charakter i dodała do niego jakby nutę wilgotnych skał, kamieni.

Słodycz wtedy postarała się jeszcze nieco nasilić. Czułam więc palony karmel i z czasem słodsze czerwone wino. Za nimi zaś, niejednoznaczne, ukryte orzechy. Cechowała je naturalna słodycz.

Nibsy gryzione na koniec smakowały różnie, wiele zależało od poszczególnego kęsa. Niby były wyraźnie gorzko palone, ale też soczyste jak.... domowy syrop malinowy? Słodki i trochę cierpki. Do tego czasem do głowy przychodziły mi pestki malin. Nibsy w dużej mierze przygłuszały smak bazy.

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-nibsowy, trochę palony. Czuć kwaskawość i taninę. Wrócił grejpfrut i kwaskawa ziemia, mieszająca się z mokrymi skałami.

Mimo że baza i dodatek smakowały bardzo różnie, tworzyły harmonię. Kwaśno cytrusowa, ziemista baza, łagodniejąca w karmelowym kontekście oraz przełamania gorzko-soczystymi nibsami świetnie współgrały. Nibsow może trochę pożałowano, ale dzięki temu można się było wczuć w dobrą, wyrazista czekoladę. Ta była bardzo kwaśna, więc też nie każdemu i nie zawsze może posmakować. Ja czuję, że nie każdego dnia miałabym na taką ochotę. Gorzkość wyszła w niej wyraźnie, ale nie jakoś szczególnie mocno. Słodycz zaś długo pozostawała delikatna, a dopiero z czasem trochę rosła. I tak jednak żadna nie dorównała kwaśności.
Przypomniała mi o dymnej i kwaśno owocowej (ale od innych owoców: kiwi, cytrusów, marakui i ananana) Pol Contreras Vilaprino Bolivia 80 % Cosecha 2021 Chocolate negro / Dark Chocolate. Dziś przedstawiana poszła jakby jeszcze dalej.


ocena: 9/10
kupiłam: zdrowasowa.pl
cena: 30,90 zł (za 60g)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (ziarna kakaowca z Boliwii, cukier trzcinowy nierafinowany), nibsy kakao (z Kolumbii) 10%

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark ciemna z Peru z miętą i korzeniem maca

Miętowe czekolady choć są bardzo ryzykowne - bo potrafią miętą dosłownie mordować - czasem przyciągają moją uwagę. Dobrze zrobione miętowe lubię. Czy kupić dziś przedstawianą, zastanawiałam się na przestrzeni lat parę razy. Pierwszy raz dostrzegłam ją jeszcze przed zmianą opakowania. Zawsze jednak wydawała mi się za droga jak na czekoladę z dodatkiem. Kiedy jednak znów zaczęłam dużo chodzić po górach, zaczęłam szukać różnych czekolad na trasy. Ta w końcu zaciekawiła mnie na tyle, by kupić. Korzeń maca znałam - dostałam kiedyś małą paczuszkę, ale nie przekonało mnie to, bo do niczego mi nie pasowało. Odebrałam to jako przyprawę, tylko że nieprzydatną. Jadłam jakieś wydziwiane, bogato napchane dodatkami prozdrowotnościowymi, czekolady z macą, ale w sumie tylko Pacari Raw Maca + Coconut Sugar dawała mi niezłe wyobrażenie, jak ten korzeń może współgrać z czkeoladą. Faktycznie ma lekko ziemiście-korzenny smak, którego nie potrafiłam sobie wyobrazić w duecie z miętą. Opis z internetu głosi w ogóle, że: "maca ma lekko ziemisty, słodki i orzechowy smak z nutą karmelu, która jest trudna do określenia, ale często opisywana jako korzenna lub pikantna.." Z tym jednak nie do końca się zgadzam. Jak wyjdzie w tej tabloiczce, miałam przekonać sie po drodze na Rysy od polskiej strony. Otworzyłam ją trochę ponad Bulą pod Rysami, czyli w miejscu, które upatrzyłam sobie ostatnio, bo zależało mi, by uchwycić na zdjęciach i Czarny Staw, i Morskie Oko.

Benjamissimo Mint Maca 70 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru z miętą i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam dominujący zapach mięty o dosadnym, olejkowym charakterze. Wystąpiła w niej lekka cierpkość, ale też słodycz, przywodząca na myśl landrynki aka "miętusy" ewentualnie gwiazdkowe cukierki w kształcie lasek. Za nią rozbrzmiała wręcz lekko pikantna ziemia i palony, ciepły motyw. Trochę piernikowy? Z nutą mięty. Mięty zarówno olejowej, słodko-cukrowej jak i ziołowej.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a przy łamaniu miejscami niesamowicie twarda. Wtedy trzaskała głośno, w trochę kruchy sposób. Chwilami trochę się kruszyła, a przekrój wskazywał na drobną ziarnistość.
W ustach rozpływała się chętnie ze względu na dość wysoką tłustość. Robiła to w tempie średnim. Miękła i stawała się coraz bardziej mazista, racząc mnie idealną gładkością. Mimo że cechowała ją kremowość, zawarła też w sobie też wodnistość.

W smaku od razu czułam goryczkę, która choć niska, ochoczo rosła. Pomyślałam o pieprzu - acz jakoś nie w pełni pieprznym - i nieoczywistej mieszance korzennej. Wyszło to trochę ciężko i... ciepło?

Ciepło szybko trochę się cofnęło, gdy podkradła się mięta. Podchwyciła swoistą pieprzność. Ta miała chłodzący, orzeźwiający charakter. Nasilała się i aż trochę gryzła za sprawą olejku miętowego. Przez myśl przemknął mi miętowy płyn do płukania ust (dokładniej niebieski Listerine) w nieco mniej ordynarnej wersji, po czym zaraz się trochę schował.

Słodycz nie czekała i także się odezwała. Ona z kolei znów poprzez ciepło, a dokładnie ciepły, palony karmel.

Goryczka trochę zdradzała swój niekakaowy, dziwny charakter, acz wcale nie był silny czy szczególnie oczywisty (myślę, że można by uwierzyć, że to takie nuty kakao). Po paru chwilach starał się ukryć właśnie w kakaowym motywie ziemi.

Ziemi i piernika? Przyszła mi do głowy czarna ziemia z nieco ciepłym motywem, ziemia adoptująca miętę w nieco ziołowy wątek, a piernik... kryjący soczystą cytrusowość?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mięta częściowo przycichła, a w jej gryzącym efekcie pojawiła się... limonka? Limonka polała się nagle bardzo wyraźnie, acz kwaśność trzymała się niskiego poziomu.

Słodycz starała się nie mieszać do reszty, ale miarowo ewidentnie rosła. Osiągnęła średni, średnio-wysokawy poziom i trwała trochę na boku jako coraz łagodniejszy karmel, do którego czasem dolatywały landrynki-miętusy. Te miały nieco cukrowy charakter, mimo że były też aż lekko goryczkowate od olejku.

Soczysta, kwaskawa  limonka zaserwowała mi zarówno kwaskawy sok, jak i goryczkowatą skórkę.

Mięta starała się nadążyć za jej goryczką, ale średnio jej to wychodziło. O wiele łatwiej przyszło to ziemi i goryczkowatej niby korzenności. Nie była to jednak zwykła korzenność - chyba udało mi się rozpoznać macę, mieszkającą się z piernikowymi akcentami czekolady, ale jej dodatek nie był nachalny.

Słodycz wzrosła też właśnie poprzez tę korzenność, bardziej znów ciepło - tak kontrastowe do mięty! Ta chwilami wplatała też lekko wodniste echo, niczym woda z lodem i miętą. Na zasadzie kontrastu jednak, choć sama nie taka silna, podbiła ciepły wątek. Pomyślałam o korzennym palonym karmelu i karmelowym pierniku; pierniku przełożonym masą karmelową. Na końcówce zrobiło się nagle aż zaskakująco słodko.

W posmaku wyraźnie wyłoniła się goryczkowata, karykaturalnie korzenna maca (czuć, że to nie goryczka kakao; zwyczajnie korzenna też nie była). Otaczała ją kwaskawa limonka, trochę ciepła ziemia oraz olejek miętowy. Maca podkreśliła w mięcie cierpkość, goryczkę. Na jaw wyszła jej olejkowość. Mimo wszystko jednak i słodycz się pojawiła jako subtelny karmel. Olejek miętowy i maca trochę gryzły w język.

Tabliczka była dobra, ale dość specyficzna. Dziwna, lecz ciekawostkowo w pozytywnym sensie. Nie chciałabym jednak do takiej wracać. Miała bardzo nieoczywisty smak, w którym ziołowo-olejkowa mięta i goryczkowato-niby korzenna maca odgrywają główne role. Czekolada robiła za bazę mięcie i macy, mimo że wcale się nazbyt nie rządziły. Dały i jej dojść do głosu. Szkoda, że struktura była taka tłusto-wodnista - może miętowy chłód to poczucie wzmacniał?


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 14,28 zł (za 60g)
kaloryczność: 587 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, maca w proszku 2%, emulgator: lecytyna słonecznikowa; olejek eteryczny z mięty pieprzowej 0,03%

niedziela, 5 kwietnia 2026

Andante Biszkopty Ladyfingers

Mama uwielbia tiramisu, ale sklepowe z kiepskimi składami przestają jej odpowiadać. Choć nigdy nie próbowała, ma jakieś opory przed zrobieniem go, stąd słysząc już po raz kolejny, jak to chciałaby zjeść dobre włoskie tiramisu, zaczęłam przeglądać rozmaite przepisy i uznałam, że jej to tiramisu w końcu zrobię. Wszak likier likier Bartex Amaretto Diletto [18 LAT+] wciąż stał i czekał. Nie myślałam, że ta recenzja się tu pojawi, jednak dosłownie w ostatniej chwili, spontanicznie pomyślałam, że chyba jednak trzeba ich spróbować, by wiedzieć, jak słodzić resztę. Swoją drogą, marka ciekawie podaje skład - wszystko "na 100g produktu". Przygotowując recenzję do publikacji, z zaskoczeniem odkryłam, że stoi za nimi producent Góralków i Lusette.

Andante Biszkopty Ladyfingers to biszkopty typu ladyfingers (sponge fingers / savoiardi / boudoirs), produkowane przez I.D.C. Polonia S.A.

Biszkopty pachniały wyraziście, ale delikatnie najzwyklejszymi, słodkimi w prosty sposób biszkoptami. Nie do końca jednak okrągłymi, choć niewątpliwie był to zapach zwykłych: jajecznie-pszennych i o dziwo nie uderzających cukrem. Wydały mi się bardzo bazowe, podstawowe, a jednocześnie... już w zapachu delikatniejsze od okrągłych biszkoptów.

W dotyku biszkopty były suche i sypały się. Długie i grube ciastka wydały mi się jednak zaskakujące lekkie i jednocześnie konkretne. Łatwo je przełamać - nie wydawały dźwięku. Przy odgryzaniu kawałka zaś trafiałam na jakby pewną wewnętrzną miękkawość. Środek był właśnie jakby bardziej miękki niż sucha "skorupka", skórka na wierzchu. Ogólnie jednak i tak jawiły się jako w pewien sposób konkretne. Nie ciężkie, a konkretne.
W ustach biszkopty natychmiast miękły, zmieniając się w gęstą i w pewien sposób masywną papkę. Bardzo wklejały się w zęby. Rozpuszczały się szybko, przy czym suchość natychmiast odchodziła w zapomnienie.
Wydały mi się konkretniejsze, jednak nie twardsze - od przeciętnych okrągłych biszkoptów (za takie uważam np. biszkopty Delicpol dla Auchan).

Robiąc tiramisu, nasączałam je w kawie z likierem. Bardzo łatwo nasiąkały tą mieszanką, miękły i robiły się bardziej pulchne, ale nie rozpadały się. Uginały pod naciskiem, ale zachowywały swój kształt.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz. Wyraźna, średnio wysoka. Cukrowość o dziwo wcale nie szarżowała, a słodycz wpisała się w łagodny, zwyczajnie biszkoptowy klimat.

Czuć, że to biszkopty jajeczne i pszenne. Były łagodnie wypieczone i właśnie... ogólnie bardzo łagodne. Głównie za sprawą tego naprawdę bardzo delikatnego stopnia wypieczenia. Słodycz po chwili zaczęła jednak szybko rosnąć. Bardzo szybko, że po chwili zrobiło się za słodko. Słodycz zdominowała resztę, zbytnio się rządziła. Motyw łagodnych, wyważonych w kwestii jajeczności i pszenności, biszkoptów, wręcz biszkopcików pozostał w tle. Nie odnotowałam tam jednak żadnych innych nieprzyjemnych posmaków - wyszły niczym biszkopty ze zwykłej, naturalnej cukierenki.

Końcowo słodycz wyszła zbyt cukrowo, trochę nachalnie, ale w zasadzie jeszcze nie tak okrutnie cukrowo, jak można by się obawiać. Ogół do końca, mimo przesadzonej słodyczy, jawił się jako łagodniejszy, delikatniejszy od przeciętnych biszkoptów okrągłych (odnoszę się do np. biszkoptów Delicpol dla Auchan).

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się przesłodzona, ale nie było to drapanie cukru, a po prostu posmak za słodkich, jasnych jajecznych biszkoptów-biszkopcików.

To najzwyklejsze, słodkie biszkopty, które smakują właśnie tylko i aż biszkoptami. Charakteryzują się łagodniejszym, mniej wypieczonym smakiem, więc na pewno posmakują osobom, które nie lubią mocno wypieczonych ciastek. Ogólnie jawią się jako bardzo bazowe, wyjściowe, ale zdecydowanie przesłodzone. Dobrze, że po prostu cukrem, a nie syropem i aromatami. A strukturę miały dość masywną. Do jedzenia osobno chyba nieco zbyt sucho-masywną, jednak gdy pomyślę o tym, że to biszkopty do tiramisu, masywność tę widzę w pozytywnym świetle.

Do tiramisu się sprawdziły, acz musiałam trochę ostrożniej podejść do kwestii słodyczy ogółu. 

Mama kończyła biszkopty, które zostały z tiramisu i wydała taki osąd: "No, biszkopty same w sobie to obecnie nie moja bajka. Słodkie, za słodkie, a tak... faktycznie jakby takie delikatne, leciutko wypieczone. Strukturę za to mają bardzo masywną, konkretniejszą niż te zwykłe okrągłe. Wydaje się, że idealna do ciast, że lepiej się jako warstwa niż te okrągłe mogą sprawdzać. Do jedzenia osobno są jednak za suche, bez mleka nie przejdą".

Obie jednak przyznałyśmy, że odnosimy się do okrągłych biszkoptów ze wspomnień, dawno takich nie jadłyśmy (nawet biszkopty Delicpol dla Auchan recenzowałam przecież w 2020). Nie mamy też porównania z innymi długimi biszkoptami. Możliwe, że trafiłyśmy na konkretniejsze w strukturze i łagodniejsze w smaku. Kto wie, czy to norma, czy wiele zależy od konkretnego producenta etc.? Wiem jedno: ich neutralność, bazowość, czyniąca je uniwersalnymi, to niepodważalny plus. Pozwolę sobie trochę zaspoilerować, że niebawem miałyśmy się dowiedzieć...
Swoją drogą, na dopisek "without sugar topping" zwróciłam uwagę dopiero dodając zdjęcia do posta, po tym, jak poznałam........


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Kauflandzie (chyba)
cena: 8 zł (za 220g)
kaloryczność: 380 kcal / 100 g
czy znów kupię: ja nie; Mama do tiramisu może

Skład: na 100g: mąka pszenna 50g, jaja 47g, cukier 42g, sól 0,3g

piątek, 3 kwietnia 2026

Favarger Heritage Chocolate Noir / Dark Chocolate ciemna 60 %

Za długo siedzę już w temacie czekolad, by szwajcarskie robiły na mnie wrażenie. Doświadczenie nauczyło mnie, że w każdym kraju można stworzyć degustacyjne cuda, jak tabliczki przypominające wyroby czekoladopodobne. Firma Favarger nic mi nie mówiła, mimo że istnieje od 1826 roku. Jest ze Szwajcarii i ponoć słynie z pasji do czekolady i tradycyjnych metod produkcji. Acz ja stacjonarnie w ogóle jej nie widziałam. W internecie może raz czy drugi trafiłam na ich produkt, ale nigdy mnie nie zaciekawił. Dopiero gdy składałam jakieś zamówienie na czekolady różnych marek głównie w góry, przewinęła mi się tak, że zwróciłam uwagę. Gdy Mama zgodziła się mi ją kupić, zamówiłam. W tej cenie, takiej czekolady o tak niskiej zawartości kakao, nie kupiłabym sama sobie. Pewnego dnia, niedługo po "takiej zwykłej, ale chyba flagowej" tabliczce z Rosji, przyszła pora na takową ze Szwajcarii. Czyli... przeskok do innego świata? 

Favarger Heritage Chocolate Noir / Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach słodkiego karmelu z nieco alkoholowym echem, co kojarzyło się też z likierem karmelowym albo alkoholowo-karmelowym nadzieniem szlachetnej bombonierki. Obok tego pojawiła się myśl o orzechach ziemnych i laskowych w karmelu. Lekko prażonych i mocno osłodzonych ciągnącą, złocistą masą. Palona nuta przechodziła też w subtelną goryczkę. Z goryczką wiązało się jeszcze skojarzenie z lawendową, może lawendowo-waniliową herbatą. Ta miała trochę duszny, jakby babciny wydźwięk ze względu na to, jaki charakter przybrała wanilia. Kompozycja wydała mi się w pewien sposób słodko roślinna, herbaciano-roślinna, a bardzo nieśmiało w tle przewijała się tam jeszcze nutka czerwonych słodkich owoców granatu.

Twarda, dość jasna tabliczka w dotyku wydała mi się trochę sucho-ulepkowa, a przy łamaniu trzaskała średnio głośno, acz zapewniając o gęstości i pełności.
W ustach rozpływała się średnio-powoli i maziście, stając się coraz bardziej niż kształtnym kawałkiem, to gęstą, miękką masą. Odnotowałam w niej suchawą pylistość, ale też kremową tłustość.

W smaku od razu poczułam odważną, acz średnio silną słodycz, kojarzącą się z waniliowymi ciastkami: jasnymi, leciutko wypieczonymi herbatnikami i biszkoptami. Wanilia zaznaczyła się, ale wcale nie próbowała się rządzić, a nienachalnie kręciła się tu i tam w kompozycji.

Przemknęły mi kwiaty, łączące słodycz z drobną cierpkością. Motyw ten wydał mi się wręcz trochę roślinny... roślinny jak surowe orzeszki ziemne i pestki? Roślinny bardziej w słodkim kontekście jak... fusy herbat i naparów? Do głowy przyszła mi herbaciana mieszanka z lawendą. Ta, wraz z lekkim wątkiem wanilii, poszła w nieco babcinym, dusznym kierunku.

W tej słodkiej, babcinej mieszaninie, bardzo odlegle, nieśmiało zaznaczyła się pewna słodka soczystość... bardzo ulotna... jakby jakiegoś słodziutkiego dosłownie "dżemiku" czy "marmoladki" koloru czerwonego, z niejednoznacznych owoców.

Słodycz rosła, jako że do tego wszystkiego dołączył lekko palony, ale palony bez wątpienia, karmel. Zdawał się wszystko przeplatać, przez co a to mijał się, a to schodził z wanilią.

Karmel właśnie na lekką gorzkość przemodelował cierpkość. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość podchwyciła palony ton, acz ona ogólnie była bardzo subtelna.

Gdy rosła i delikatnie gorzkawość, i o wiele odważniej złożona z waniliowych jasnych wypieków i karmelu słodycz, w tle nieco wyraźniej zaznaczyły się słodkie czerwone owoce. Granat?

Po chwili jednak zaszył się w narastającej, trochę ciężkawej słodyczy. Karmel przez moment, po tym lekkim, owocowym ożywieniu, zdobył się na pokazanie pazurków i zasugerowanie alkoholowego karmelu lub likieru karmelowego np. jako nadzienie czekoladek. Ciemnoczekoladowej bombonierki?

Zaraz jednak zmienił się w zwyklejszy karmel. Acz wciąż mieszał się z motywem jakiś złożonych słodkości. Lekka roślinność przeszła w łagodnie podprażone fistaszki i orzechy laskowe. Gdy się pojawiły, karmel otulił je jako gęsta, ciągnąca masa. Wyobraziłam sobie herbatniko-ciastka z orzechami w karmelu, oblane czekoladą.

Ta zawarła w sobie cierpkość... aż  trochę zwyczajnie kakaową. Przemknęła myśl o kakao w proszku, acz na szczęście zwykłym, nie odtłuszczonym - a po chwili podpięło się pod herbatę, przekładając się na myśl o kakaowej herbacie i gorącym kakao. Podanym do ciastek z karmelem i orzechami.

Po zjedzeniu został posmak cierpki jako gorące kakao i lawendowo-kakaowa herbata osłodzona wanilią oraz motyw ciastek z łagodnym, ciągnącym karmelem oraz orzechami laskowymi i ziemnymi. Słodycz trochę za bardzo dawała się we znaki na poziomie gardła, ale nie była drapiąca czy bardzo męcząca. Z kolei na języku osiadł efekt jakby lekko gryząco-cierpki, trochę alkoholowo-aromatowy albo jak po pikantniejszej herbacie.

Czekolada była smaczna i w zasadzie nie aż tak powalająco słodka, jak bałam się po tych 66%. W zasadzie wyszła jak niektóre czekolady 70%, które są słodzone białym cukrem - z trzcinowym jakoś się to wyrównało. Mnie jednak i tak słodycz była nieco za wysoka, biorąc pod uwagę bardzo niską gorzkość. Kwasku zaś w ogóle brak, ale on tu akurat by nie pasował. Ta kompozycja wyszła tak... w klimacie słodkiego poczęstunku u babci. Lawendowo-waniliowa herbatka, jasne ciasteczka, ciasteczka dokładnie z karmelem i orzechami, potem nutka kakao, kakaowej herbatki.


ocena: 8/10
kupiłam: scrummy.pl
cena: 22,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, ekstrakt waniliowy

czwartek, 2 kwietnia 2026

Choceur Feinherb Nuss ciemna 50 % z orzechami laskowymi

Tę czekoladę kupiłam razem z Choceur Herbe Sahne / Śmietankowa Deserowa, by opłaciła się przesyłka. Pamiętałam Choceur Feinherb Mandel, która była po prostu w porządku i pomyślałam, że dziś przedstawiana w górach powinna się sprawdzić. Wzięłam ją w nie w drugiej połowie sierpnia. Dokładniej na Jarząbczy Wierch i Jakubinę od słowackiej strony, czyli z Uzkiej doliny, parkingu. Weszłam niebieskim, dość stromym, szlakiem przez Razcestie pod Hrubym Vrchom, przeszłam na zielony szlak i tak znalazłam się na Jarząbczym. Niestety okrutnie tam wiało, więc ze zdjęciami się spieszyłam. Z niego udałam się na Jakubinę, czyli Raczkową Czubę (dowiedziałam się o tym dopiero przygotowując tego posta), którą to Słowacy zwą Jakubiną, Polacy Raczkową. Potem zeszłam widokowymi Otargańcami, zataczając pętlę.


Choceur Feinherb Nuss to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi orzechami laskowymi; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach podprażonych orzechów laskowych w towarzystwie przesłodzonej cukrem i wanilią czekolady. Ta znajdowała się nieco za orzechami i w zasadzie trochę im przeszkadzała, przybierając nieco plastikowo-duszny wydźwięk. Wanilia wyszła jakoś tak... Tanio, jak rzeczy o smaku czy o zapachu, nie z wanilią. Przez myśl przemknęły mi jeszcze... miękkie czekoladowe ciastko-pierniki (w kształtach precli, gwiazdek itp., jak pierniki w czekoladzie Tesco Gingerbread Dark Chocolate Covered Soft & Sweet) w polewie kakaowej?

Na widok tak pokaźnej ilości orzechów aż wytrzeszczyłam oczy. Nie spodziewałam się, że zobaczę właściwie orzechy zlepione czekoladą. Niektóre siedziały dosłownie jeden na drugim.
Gruba czekolada była bardzo twarda. Zarówno ze względu na grubość, jak i ogólną masywność. Przy łamaniu trzaskała, właśnie zapowiadając masywność, ale też kruchą chrupkość orzechów. W ogóle orzechy dodały tabliczce trochę elementu kruchości, rozpadania się. Orzechy albo łamały się wraz z nią (rzadziej), albo zostawały w którejś części (przeważnie). Czasem zaś w ogóle wyłamywały się i wyskakiwały z czekoladowej tafli. Zdecydowanie dominowały całe, ale sporo było też połówek oraz parę kawałków. Pochwalić się mogły wielkimi rozmiarami, ale i trochę mniejszych było. Wszystkie za to łączył fakt, że nie posiadały skórek.
Da się zrobić jedynie malutkiego kęsa-kęsika bez orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko. Czuć w tym udział cukru - nie kryształki, ale jakby rozpuszczanie się cukru pudru (?). Była gęsta i tłusta w zbito-maślany sposób, przy czym czasem zahaczała ulepkowata plastikowość. Odebrałam ją jako teoretycznie gładką, ale z marginalną pylistością. Uparcie starała się pokrywać orzechy, jak długo się dało. Wolałam je więc zostawiać je na koniec, bo gdy gryzłam wcześniej, trudno było nie gryźć czekolady. A ta wtedy wychodziła bardziej ulepkowato.
Chwilami orzechów było aż trochę za dużo, bo uciekało poczucie czekoladowości. Czułam się, jakbym jadła orzechy w polewo-czekoladzie.
Orzechy gryzione były przeważnie chrupiące. Zwłaszcza całe. Niektóre bardziej, inne mniej kruche. Wśród połówek i kawałków trafiały się pojedyncze nieco bardziej miękkawe sztuki.

W smaku od razu poczułam przesadzoną słodycz. Błyskawicznie odezwała się nuta waniliowa, raczej aromatu niż wanilii, a tuż za nią cukrowość. Przybrały duszny wydźwięk. Rozbrzmiewały na równych prawach tak dosadnie, że wydawało się, że czekolada na słodyczy zakończy.

Orzechy laskowe dość szybko zaznaczały swoją obecność. Gdy robiąc kęsa zahaczyłam o któregoś, oczywiście od razu wyraźnie, a tak po prostu podkradając się pod słodycz.

Orzechów nie musiałam rozgryzać, by poczuć ich akcent. Gdy z ciekawości spróbowałam samej czekolady, okazała się lekko przesiąknięta prażonymi orzechami, ale w zasadzie zaskakująco słabo. Bez nich za to wydała mi się wyraźniej lukrowo-śmietankowa i bardziej waniliowa niż "o smaku wanilii".

Słodycz obok orzechów trwała w najlepsze. Niewiele robiła sobie z ich motywu - nie dały rady jej przełamać. Wanilia i cukier z czasem ułożyły się w motyw śmietankowego frostingu, śmietankowego lukru.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy doleciała lekka cierpkość, która skojarzyła mi się z przesłodzonym, proszkowym budyniem czekoladowo-kakaowym. Przemknęła mi też smakowa, orzechowa kawa instant. Gorzkości jednak na próżno tu szukać.

Gdy z ciekawości ze dwa razy pogryzłam orzechy obok czekolady, rozbrzmiały wyraźnie, jednak zamiast przełamać słodycz, sprawiły, że czekolada wyszła bardziej plastikowo. Wolałam więc zostawiać je na koniec.

Acz nawet bez rozgryzania orzechów, baza chyliła się trochę w plastikowym kierunku tego właśnie naaromatyzowanego budyniu nie najwyższych lotów. Plastikowo kakaowo-czekoladowego, w którym kawa szybko się zatracała, ale w którym znalazł się lukier i duszna wanilia. Właśnie też jakaś trochę plastikowa, acz starająca się zaskoczyć na naturalniejszy tor.

Do głowy przyszła mi jeszcze tania polewa waniliowa i jakaś cukrowo-lukrowa glazura np. na piernikach, którą próbowano uszlachetnić wanilia. I tak było jednak za słodko, a w gardle robiło się trochę ciepło. Acz przy tej ilości, czekolady nie było znowuż tak wiele, by mogła bardzo drapać. I tak jednak męczyła słodyczą i w zasadzie brakiem czegokolwiek innego. I tak bardzo delikatną gorzkość przysłoniła łagodna, maślana nutka.

Acz lekki akcent... a'la kawowy kawy instant z cukrem? Pierników czekoladowych w polewie kakaowej? Chyba próbował się jakoś chociaż w tle, za słodyczą, zaznaczyć.

Orzechy gryzione na koniec bez trudu przebijały się zza czekolady. smakowały naturalnie słodko, średnio mocno prażonymi laskowcami. Niektóre próbowały udawać surowawe. Gdy brałam się za orzechy, czekolada odchodziła w niepamięć.

Po zjedzeniu został posmak prażonych orzechów laskowych, w których czasem zaplątywała się goryczka. Ta wiązała się z cierpkością samej czekolady. Ta miała w sobie coś z kawy, ale jako proszkowy budyń czekoladowo-kakaowy. Ogólnie czułam też przesadzoną, duszną waniliowa słodycz i lekkie drapanie cukru w gardle.

Orzechów było aż za dużo, przez co ogół wyszedł mało czekoladowo. A jednak tak smakującej czekolady nie chciałabym więcej. Jako więc że orzechy były dobre, szczęśliwie nieprzeprażone, zwłaszcza w górach można zjeść. Przyszło mi ją kończyć w domu i... choć kiepskość i słodycz bazy dawały się we znaki, to też do zrobienia. Dziwne, jakby dobre, naturalnie smakujące orzechy podkreśliły kiepskość czekolady, a nawet ją... spotęgowały? Np. wanilia kojarzyła się z aromatem, mimo że dodano po prostu ekstrakt.
Gdy tak pomyślałam o Choceur Feinherb Mandel - czekolady w zasadzie były podobne, jednak migdały bardziej smakowo wtopiły się w czekoladę, wydobywając z niej nuty pierników i kawy. Orzechy laskowe były wyczuwalne jakby obok, przez co czekolada pozwoliła sobie na więcej tandety. Słodycz obrała w niej nieprzyjemnie lukrowo-waniliowy wydźwięk, a niska gorzkość i część wanilii poszła w plastikową czekoladowość.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł (za 200g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

wtorek, 31 marca 2026

Czarna Czekolada Belize Peini 80 % ciemna

Ostatnimi czasy jakoś bez emocji sięgam po tabliczki tej domowej marki, mimo że wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem, jakie efekty można uzyskać właśnie w domu. A jednak ta... była w pewien sposób szczególna. Otóż wiele miesięcy temu napisałam do Pani Anny, trochę przestraszona, że przegapiłam tę czekoladę, bo zobaczyłam post z opisem w stylu "ostatnie tabliczki"... Okazało się, że tak, wyprzedały się już. Było mi bardzo smutno, bo Belize uwielbiam, a 80% kakao świetnie pasuje do nut tego kraju (takiej zawartości brakowało mi właśnie wśród Beskidów Belize Peini, tak swoją drogą). Co gorsza, Pani Anna robiła sobie przerwę od robienia czekolady. Jakaż byłam szczęśliwa, gdy wróciła do czekolady, właśnie z tymi tabliczkami. Tym razem kupiłam natychmiast. 

Czarna Czekolada Belize Peini 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Belize, z regionu Peini.

Po otwarciu poczułam zapach prażonego kokosa z miodem i żywymi różami, ewentualnie świeżymi płatkami róż, grającymi na słodką, łagodną nutę. Za nimi pojawiły się naturalnie słodkie orzechy prażone i pozbawione skórek. Pomyślałam o arachidach, laskowych i migdałach. Ostatnie przechodziły w motyw karmelizowania... Do głowy przyszły mi migdały w miodzie z odrobinką soli. Karmelowy wątek, to właśnie karmelizowanie zdawało się należeć do miodu. Ogólna gorzkość wydała mi się wycofana, a za wypisanymi już nutami, krył się jeszcze drobny kwasek jakiś nieoczywistych owoców. Pomyślałam o mieszance czegoś egzotycznego z niezbyt dojrzałymi śliwkami o czerwonym miąższu i dżemowej galaretce z różowo-czerwonych długich chrupiących winogron.

Twarda, konkretna tabliczka podczas łamania trzaskała bardzo głośno, kojarząc się trochę z grubymi, suchymi gałęziami.
W ustach rozpływała się kremowo-gładko, nie spiesząc się. Robiła to w tempie wolno-średnim, maziście i dość tłusto pokrywając podniebienie. Podtrzymała poczucie konkretu i twardości, acz z czasem rzedła znacząco w soczysty, trochę soczyście-ściągający, sposób.

W smaku pierwszą poczułam łagodność żywych róż o mięciutkich płatkach. Przyniosły słodycz, a ja niemal czułam to delikatne niczym skrzydła motyla muskanie świeżych płatków kwiatów.

Zaraz zaznaczyły się wiórki kokosowe. Też naturalnie słodkie, ale osadzone w nieco prażonych realiach. Dołączyły do nich orzechy. Na pewno lekko prażone i delikatnie słodkie. Początkowo niezbyt jednoznaczne. Aż wyobraziłam sobie jakiś naturalny krem z mieszanych orzechów - laskowych i nerkowców? - z wiórkami kokosowymi.

Delikatne, słodkawe róże wplotły nagle pewną kwiatową cierpkość. Ta z kolei obudziła przy kokosie subtelny kwasek. Kwasek niewątpliwie owocowy, ale jaki dokładniej... trochę egzotyczny?

Prażenie podszepnęło słodyczy karmelowe echo, acz karmelu za wiele ogólnie nie uświadczyłam.
Do prażonego motywu raz po raz dolatywała też gorzkość. Ogólnie była niska, choć na pewien czas wspięła się na średni poziom. Dbała o palony wątek, może prawie dymny, acz ten co i raz przysłaniało wyrazistsze prażenie związane z orzechami.

Kokos podchwycił egzotykę, a ja wyobraziłam sobie jakiś ciasto-chlebek niemal na bazie ananasa i wiórków, ciasto wręcz chrzęszczące od nich i soczyście słodkie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyraźnie poczułam prażone oraz karmelizowane w miodzie migdały i orzeszki ziemne. Do nich podkradał się lekko drewniany, drewniano-palony akcent, acz to niewątpliwie orzechy dominowały w sferze prażenia. Mogły wieńczyć ananasowo-kokosowy wypiek.

Nerkowce i laskowe nagle weszły w miejsce charakterniejszych ziemnych i migdałów. Orzechy pozbawione skórek, naturalnie słodkie i ze słodyczą podkręconą karmelizowanym miodem... coraz bardziej podbijały miodowe ciasto... orzechowo-kokosowe? Kokos też dał się wciągnąć w prażono-miodową sferę.

W tym czasie owoce dosłownie na moment trochę wzmocniły kwasek, ale... zalała go słodycz. Zrobiły się więc słodko-kwaśne, a ja pomyślałam o miękkich tylko miejscami, a miejscami wciąż jeszcze niezbyt dojrzałych śliwkach o jajowatym kształcie, czerwonym wnętrzu oraz galaretko-dżemie z jasnoróżowych, chrupkich i kwaskawych w pozytywnym sensie winogron. Nie brakowało im ani kwasku, ani słodyczy, nagle zniknęła za to egzotyka, a po paru chwilach... większość owocowości ogólnie. Ależ szybko się to wszystko zmieniało!

Końcowo orzechy zdecydowały się na złagodzenie, Wyobraziłam sobie nerkowce, blanszowane migdały oraz orzechy laskowe pozbawione skórek, jedynie tylko lekko podprażone. Naturalnie słodkawe i niemal neutralne.

Po zjedzeniu został posmak prażonych, już niejednoznacznych orzechów oraz prażonego kokosa, kokosa w miodzie i / lub kokosowo-miodowego, wypieczonego znacząco ciasta. Obok stanęła kwaskawa, a jednocześnie bardzo słodka dżemowa galaretka z różowych winogron i akcentem śliwek.

Czekolada była smaczna, acz dla mnie za mało gorzka i ogólnie za łagodna jak na tę zawartość kakao. A jednocześnie - co już jest plusem - nie była dosadnie słodka, a jakby słodka w sposób naturalny. Po tej zawartości kakao liczyłam na więcej gorzkości, a jednak miała taki charakter, że czuć, że tak właśnie ma smakować. Nie ukrywam więc, że bardzo mnie urzekła, acz właśnie nie na maksymalną ocenę. O dziwo kwaśność też nie była za wysoka. Splot kwaskawych śliwek i różowych winogron, kwasek podkradający się pod kokosa i palono-prażony, chwilami karmelizowany motyw związany z orzechami, potem trochę z drewnem, uległy słodyczy kokosa, orzechów (migdały, arachidy i laskowe) oraz płatków róż. Potem zrobiło się trochę miodowo-ciastowo, przy czym prażenie wciąż wiele miało do powiedzenia,

Czereśnie, rośliny egzotyczne Pangea Chocolate Maya Belize 75 % czy ananasowo-egzotycznie kwaskawy motyw z kokosem Beskid Chocolate Belize Peini Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 100 % Kakao trochę kojarzyły się z tym, co tu uświadczyłam, ale żadna z nich nie była bardzo podobna. Miały po prostu wątki wspólne.


ocena: 9/10
cena: 30 zł (za 53g)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 30 marca 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts ciemna 60 % z karmelizowanymi orzechami nerkowca

Nie podoba mi się dodatek karmelizowanych orzechów. Nie mówię, że są złe lub że zawsze źle wychodzą, ale często czuć w nich bardziej karmelizowanie i cukier niż to, jakie orzechy się pod tym kryją. W przypadku dziś przedstawianej bardzo żałowałam, że dodane orzechy poddano temu procesowi. Uważam, że nerkowce są za delikatne, by im to robić. A jednocześnie za pyszne, bym mogła przewinąć obojętnie znalezioną w internecie czekoladę Dolfina z nimi.
Licząc, że dobra baza i nerkowce stworzą zachwycający duet, czekolada ta była moją celebracją wejścia na Rohatkę / Prielom. Na przełęcz weszłam niebieskim szlakiem z punktu Pod Poľským hrebeňom, do którego to wcześniej zeszłam z samego Polskiego Grzebienia (szlakiem zielonym). Na Rohatkę na szczęście prawie nikt nie szedł, więc znalazło się tam miejsce akurat dla mnie i czekolady. W porywach trochę wiało, ale tego gorącego letniego dnia to, i cień, w jakim siedziałam na przełęczy, przywitałam z ogromną radością. Czy radość miała zwieńczyć czekolada?

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Noix de Cajou Dark Chocolate & Cashew Nuts to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca.

Po otwarciu poczułam słodko-gorzką, bardzo w tym wyważoną czekoladę. Trochę cukrowy likier karmelowo-kokosowy mieszał się z paloną, gorzką kawą. Za tym zaznaczył się orzechowy akcent, ale nie powiedziałabym, że to wyraźnie konkretnie nerkowce czuć... acz jakiś maślany kokosowo-nerkowcowy krem przyszedł mi do głowy. Była to jednak bardzo luźna myśl.

Tabliczka była dość twarda. Przy łamaniu trzaskała przeciętnie głośno, ujawniając w przekroju niewiele średniej wielkości kawałków orzechów.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maślano kremowo. Była dość tłusta w maślany sposób i mazista, z czasem trochę zawiesinowa, ale gęsta. Pokrywała podniebienie smugami, z których to z czasem wyłaniały się kawałki orzechów. Przyspieszały rozpuszczanie się bazy, dodały trochę wodnistości, jako że niektóre posiadały cienką, szklista skorupkę, która także częściowo się rozpuszczała. Niektóre zaś były pozbawione tej otoczki. Okazało się też, że w czekoladzie pojawiły się nie tylko średnie, ale też sporo małych kawałków orzechów. Kęsy bez dodatku trafiały się, acz by zrobić taki kęs bez nich świadomie, musiałam gryźć uważnie.
Gdy z ciekawości parę kawałków nerkowców pogryzłam wcześniej, obok czekolady, były bardziej chrupiące w twardo-szklisty sposób.  Czekolada przy nich jednak szła w trochę ulepkowatym kierunku, więc wolałam zostawiać dodatek na koniec.
Orzechy gryzione po tym, jak czekolada już wodniście zniknęła, tylko częściowo miały jeszcze resztki karmelowej skorupki. Otoczka była subtelnie chrupiąca i szklista, ale delikatna. Orzechy na koniec dały się poznać jako typowo nerkowcowo miękkie. Trafiło mi się też trochę małych, cienkich kawałków jakby samego szkiełkowego, niesamowicie delikatnego, kruchego karmelu.

W smaku od początku czułam wyważone słodycz i gorzkość.

Gorzkość wydała mi się spokojniejsza, wyraźnie palona i lekko kawowa.

Słodyczy natomiast jakby trochę się spieszyło. Zaserwowała mi likier kakaowy, po chwili bardziej kakaowo-karmelowy. Zdawał się wlewać do łagodnej kawy i ją osładzać. A po chwili zaznaczyła się jeszcze wanilia.

Dodatki długo kryły się w bazie, lecz z czasem raz po raz podskakiwała za ich sprawa słodycz w nieco cukrowo-karmelowym kontekście.

Acz ogólnie słodycz nie potrzebowała tych podkręceń. Sama z siebie miarowo rosła. Wciąż trochę w likierowym kontekście, acz i wanilia coraz więcej miała do powiedzenia. Cukier czuć, acz na szczęście nie próbował dominować. Słodycz osiągnęła dość wysoki poziom, ale była do przyjęcia.

Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, nie wydała mi się przesiąknięta dodatkiem. Jakby ze względu na wanilię, miała w sobie coś bardziej kokosowego niż orzechowego, a słodycz szła w kierunku likieru, który utrzymywał trochę karmelowy charakter. Niby karmelowy, ale nie tak łagodniusio karmelowy jak otoczka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa paloną kawę załagodziła maślaność. Maślaność, która zasugerowała naturalny - i naturalnie słodki - krem kokosowo-orzechowy (pomyślałam o np. Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny). Może jednak... trochę dosłodzony wanilią? Choć sama nie rwała się na przód, to chyba ona podrzuciła skojarzenie z kokosem. Wizja ta nie od razu była wyrazista, bo przed nią wychodził znikomo palony karmel, bardziej jakby cukier karmelowy... Wręcz dziwnie cukierkowo słodziusi? Bardzo rzadko, ale jednak zdarzyło się, że przemknęła mi przy nim znikoma słoność. Jednak wraz z wyłanianiem się kawałków, wraz z tym, jak trochę znikała karmelowa otoczka, delikatnie przewijał się też akcent orzechów. Nerkowcowość jako taka jednak trochę się gubiła. Słodycz za to czasem aż lekko dawała o sobie znać w gardle, jednak nie można powiedzieć, by w nim drapała.

Gdy z ciekawości parę razy pogryzłam orzechy wcześniej, obok czekolady, podskakiwała słodycz leciutko karmelizowanego cukru, w zasadzie znikomo karmelowa, a po chwili dołączały do niej delikatne orzechy. Czasem nieokreślone, czasem lekko nerkowcowe. Czekolada wydawała się przy tym po prostu cukrowo-maślana, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Palona kawa dosłownie na końcówce wydała mi się udawać jakąś wymyślną kawę z wanilią i orzechową nutką. Gorzko paloną, nawet trochę cierpką, a jednak z dodatkiem mleka. Słodycz likieru waniliowo-koksowo-karmelowego zrobiła mały krok w tył.

Gryzione na koniec nerkowce sporadycznie smakowały leciutko palonym karmelem, ale przede wszystkim bardzo wyraźnie sobą: naturalnie słodko-maślanymi orzechami nerkowca. Trafiły się jednak też takie, w których karmelizowanie czuć bardziej niż to, jaki orzech skarmelizowano, jednak tych było najmniej.

Po zjedzeniu został posmak palono cierpkawy, trochę kawowy i bardzo słodki. Tu czuć wanilię, lekko palony cukier, acz niekoniecznie mocny karmel. Cukier, który mieszał się z likierowością oraz naturalną słodyczą orzechów nerkowca. Te czasem utrzymywały się mocniej - wyraźnie, ale też bez rewelacji, czasem leciuteńko.

Czekolada była dobra, ale bez szału. Nerkowce okazały się subtelnym dodatkiem. Ja czułam ich ogromny niedosyt. Wolałabym więcej większych kawałków niż taką delikatną drobnicę. Dobrze, że nie były zbyt mocno karmelizowane. Tak cienka szklista otoczka ok, acz ten nieco cukrowy smak mi nie leżał. W ogóle bym z niej zrezygnowała. Sama baza zaś niezła, bo jak kawa ze słodkim likierem, trochę kokosowa, trochę jak maślano-orzechowy krem, ale trochę przesłodzona. Gdyby tak dodać do niej po prostu nerkowce, mogłoby to zachwycić...


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, karmelizowane orzechy nerkowca 10% (orzechy nerkowca, cukier, karmel, sól), tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy