Odkąd dostałam te czekoladki od ojca, nie bardzo wiedziałam, co z nimi zrobić. Nie łudziłam się, że będą smaczne, więc było mi przykro, że dają logo HP na czymś takim. W dodatku żałowałam, że trafiły do mnie teraz, kiedy ogólnie nie lubię już takich słodyczy, a nie parę lat temu, kiedy cieszyły mnie takie klimaty i kiedy lubiłam ówczesną nowość, Milkę Oreo 100 g (2015), a która po paru latach (w 2018) się zepsuła.
Szkoda było mi poświęcać na ten twór dnia w domu, który mogłabym przeznaczyć na pyszną czekoladę degustacyjną. W góry? Właśnie że w górach czekolady nadziewane się nie sprawdzają. Uważam je za delikatne, boję się, że się rozcisną, latem popłyną. Jako że była zima, to ostatnie odpadało. I dlatego też zaczęłam rozważać, czy by nie zabrać tych czekoladek w góry. W końcu uznałam, że mogę zrobić wyjątek. Może nawet miałam się na trochę w nie wciągnąć sentymentalnie? Na jakiś krótszy szlak, nawet gdyby miały być porażką, nie powinno to być problemem. Stanęło na tym, że czekolada ruszyła ze mną w Beskid Sądecki, z Barcic przez Pod Garbem na Makowicę. Jako że to zalesiony szczyt bez widoków, opakowanie otworzyłam parędziesiąt metrów za szczytem, na polance, z której jakieś szczyty w oddali, za chmurami było widać.
Witor's Harry Potter Chocolate Frogs Snack - Snack Cioccorane to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem z kakaowymi ciasteczkami, w formie małych batoników / czekoladek; na licencji Warner Bros.
Opakowanie zawiera 8 sztuk po 25g.
Po otwarciu rozszedł się nieprzyjemnie plastikowy i cukrowo słodki, a zarazem mocno mleczny zapach, który od razu kojarzył się z czekoladkami dla dzieci, w których pod przesłodzoną czekoladą kryje się równie przesłodzone nadzienie mleczne. Takie, w którym jest za dużo waniliny. Gdy wąchałam spód, mogłam z łatwością stwierdzić też obecność mleka w proszku. Kakaowe ciastka prawie się ukrywały. Czegoś można było się doszukać, skupiając się na wąchaniu spodu, a po przełamaniu ewidentnie lekko zaznaczały swoją obecność.
Oddzielnie pakowane w papierki czekoladki były o wiele cieńsze i szersze niż czekoladki Kinder Chocolate, ale zbliżonej długości.
Zdziwiła mnie skąpa ilość jasnej czekolady mlecznej na spodzie. Tam aż przebijało się mleczne nadzienie z ciasteczkami.
W dotyku czekoladki zdradzały tłustość, plastikowość i wydawały się delikatne. Miałam wrażenie, że zaraz zaczną topić się w palcach. Przy łamaniu nie trzaskały, gdyż były wręcz miękkawe. Mimo to sprawiały wrażenie nieco... kruchych?
Nadzienie stanowiło dość grubą warstwę względem bardzo cienkiej czekolady. Urozmaicały je małe, średnie i całkiem spore kawałki kakaowych ciastek. Jak potwierdziło się w trakcie jedzenia, dodano ich mało i to głównie w wypukłych żabach (tam osiadły średniej i sporej wielkości kawałki). Zdarzało się sporo kęsów bez nich lub z malutkimi ciasteczkami (wokół żabek).
W ustach czekolada rozpływała się niby sprawnie, ale jakby trochę ociągając się. Była mazista i trochę oleiście-kremowo tłusta. Miękła w zasadzie natychmiast i zaraz ujawniała wnętrze.
Krem rozpływał się spójnie z czekoladą. Miękł jeszcze bardziej i łatwiej od niej, wykazując też znacznie silniejszą, jeszcze bardziej oleista tłustość. Był idealnie gładki (nie licząc kawałków ciastek).
Tłustość trochę przełamywały kawałki ciastek, które wyłaniały się z czasem. Ciastka wystąpiły w formie małych i średnich kawałków. Dodano ich nie za wiele, raczej średnią ilość, miejscami zaś mało, dosłownie pojedyncze kawałeczki. Początkowo krótko były twarde i suche. Poniekąd nasiąkały i rozpuszczały się, ale całkiem sporo zostawało ich też na koniec.
Gryzione wcześniej były bardziej chrupiące, konkretne, ale nie bardzo twarde.
Ja wolałam zostawiać ciastka na koniec. Wtedy były nieco delikatniejsze, wciąż trochę rzężąco-chrupiące, ale zarazem pod naporem zębów rozchodzące się na ciasteczkowy pyłek.
W smaku czekolada najpierw uderzyła przede wszystkim plastikiem, a zaraz jeszcze cukrową, wysoką słodyczą. Wraz z plastikiem utworzyły dominujący, mocny, zgrany duet. Plastikowy motyw podkręcała pobrzmiewająca wanilina.
Po chwili ruszyło też wyraziste mleko, które prawie doścignęło słodki plastik. Musiało się jednak jakoś podzielić miejscem ze słodyczą i plastikową nutą, więc nie udało mu się z nimi wygrać. A one bardzo szybko w dodatku aż drapały w gardle.
Czekolada spróbowana osobno okazała się nie dość, że okrutnie przesłodzona, to też plastikowa w stopniu wręcz przerażającym, czyli to nadzienie tak podkreślało mleko.
Czasem kakaowe ciastka dość szybko zaznaczały swoją obecność lekką cierpkością.
Motyw mleka rozkręciło nadzienie. Wydawało się wręcz śmietankowe, mimo że zaraz i ono okazało się przesadnie, męcząco przesłodzone. Okazało się jeszcze bardziej niż czekolada wanilinowe, a jednak... trochę rozgoniło plastikowy wydźwięk. Przybrało wręcz uroczy wydźwięk, typowy dla czekoladek dla dzieci.
Nadzienie spróbowane osobno natychmiast zaczynało drapać w gardle, zasładzając zupełnie. Wtedy też wyraźnie czułam motyw słodzonego mleka skondensowanego z tubki.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem również, jak czekolada, zaczął wydawać się coraz bardziej tani, ale nie jakoś tragicznie. Zahaczał bowiem także trochę o przecukrzone mleczko z tubki. Wtedy jednak ciastka odgrywały coraz ważniejszą rolę. Nie musiałam ich rozgryźć, by je poczuć. Wplotły delikatnie cierpki, trochę przypalony motyw.
Ogólnie kakaowe ciastka troch odciągały uwagę od cukrowości i tandety. Te jednak, choć przygłuszone, nie dawały o sobie zapomnieć.
Gdy z ciekawości raz czy drugi pogryzłam ciastka wcześniej, obok czekolady i kremu, nie wyszły szczególnie wyraźniej. Brakowało im siły przebicia, acz czuć ich kakaowo-przypalony smak.
Im jednak kremu i czekolady było mniej, ciastka wyłaniały się coraz bardziej, znaczyły coraz więcej i więcej. Rozbijały porażającą słodycz.
Gdy gryzłam ciastka, już trochę porozpuszczane, więc w zasadzie ciastka przechodzące w ciasteczkowy pyłek, na koniec okazały się bardziej wyraziste. One także były słodkie, nie jednak mocno. Dominowała w nich gorzkość kakao i przypalenia. Czasem przemykała mi w nich delikatna jakby słonawość. W ciemno powiedziałabym, że to nie Oreo, a coś bardziej... idącego w stronę oreowatych chrupek zbożowych?
Po zjedzeniu został posmak goryczkowatych, przypalonych ciastek z czarnym kakao oraz przesłodzenie w tanim stylu. Dusznego cukru i jakby mlecznie naaromatyzowanego plastiku. Czułam przesłodzenie w dużej mierze na poziomie gardła, w ustach trochę odpuściło dzięki ciastkom. Na ustach zaś czułam otłuszczenie.
Czekoladki były niskiej jakości, gdy chodzi o samą czekoladę i nadzienie. Plastikowa taniość i przecukrzenie wyszły tak, że w moim odczuciu bez sensu to jeść. Jedyne co, to ciastka okazały się przyjemnie i wyraźnie je czuć, acz też nie były idealne. Takie... jakby to były ciastka a'la Oreo zalatujące chrupkami zbożowymi. Plus, że nie miały problemy z przebiciem się przez bazę swym goryczkowatym, kakaowym smakiem. I tak jednak nie pomogło to w odbiorze. Ciastek było o wiele za mało - szkoda, że zatopiono je głównie po środku, w miejscu żabek i sporo kęsów było bez nich.
Zjadłam prawie jedną czekoladkę (w górach i trochę w domu) i to było moje maksimum. Zasłodziła i zatłuściła mnie kompletnie.
Mimo swej taniości, całość wyszła lepiej od Milki 100 g wersji od 2018 ze względu na wyraźnie wyczuwalne kakaowe ciastka a'la Oreo i mocno mleczny smak nadzienia, za czym pewnie stoi więcej mleka w składzie.
Niestety jej plastikowość i za mała ilość ciastek nie pozwoliły mi na wystawienie wyższej oceny. W zasadzie to przeciętne słodycze, ale uznałam, że muszę tę - powiedzmy czekoladę w formie czekoladek - jakoś wyróżnić, że jest lepsza od Milki. Myślę więc, że u fanów Milki Oreo ma większe szanse niż u mnie. Mnie trochę trudno to ocenić, bo zwyczajnie nie jestem grupą docelową. Obecnie nie lubię słodkich nadziewańców, a czekoladki dla dzieci tym bardziej mnie nie kręcą.
Resztę oddałam Mamie. Jej czekoladki bardzo smakowały. Dawno temu w 2015, jak ja, lubiła Milkę Oreo. O dziś prezentowanej powiedziała: "Taka zwykła, bardzo smaczna czekolada. Mocno mleczna, dużo jeszcze bardziej mlecznego nadzienia, a ciastka czuć wyraźnie. Mnie nie przeszkadzało, że nie dodano ich więcej, bo nie lubię Oreo, a te to powiedziałabym, że właśnie Oreo. Czekoladki słodkie, zwykłe, ale ja nie powiedziałabym, że jakieś tanie czy plastikowe. Ja bym im dała więcej niż 6".
ocena: 6/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: 12 zł (za 200g; jak wyżej, ale sprawdziłam)
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, tłuszcze roślinne (olej kokosowy, olej z palmy kernel, palmowy w zmiennych proporcjach), odtłuszczone mleko w proszku 10%, tłuszcz kakaowy, kawałki ciastek 8,4% (mąka ryżowa, cukier, skrobia kukurydziana, olej palmowy, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu w proszku 0,9%: kakao, regulator kwasowości węglany sodu, węglany potasu; syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca: guma guar; substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromaty), pełne mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, miazga kakaowa, serwatka z mleka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty
















