środa, 28 lipca 2021

McEnnedy Syrop klonowy

Szczerze mówiąc, po dosłownie zmęczeniu prawie całej butelki syropu klonowego, próbując go na różne sposoby wiedziałam, że na parę lat już spokój - na pewno mnie na niego nie najdzie, mimo że teoretycznie lubię (a nie mam jak i do czego jeść; dodatkowa słodycz nie jest mi potrzebna). Mama jednak, jak już odkryła syrop klonowy, przepadła. Zakochała się w nim. Jako że takie różności (też np. masła orzechowe) staramy się kupować jak najtaniej, kolejnym kupionym był dzisiaj przedstawiany. Ja po prostu, jak już dwa wrzuciłam na bloga, nie mogłam mu się oprzeć, bo... kusił znacznie ciemniejszym kolorem. Wyglądał na taki zdecydowanie bardziej "mój".

McEnnedy Syrop klonowy to kanadyjski syrop klonowy ciemny typu A; dostępny wyłącznie w Lidlu.

Po odkręceniu buteleczki poczułam intensywnie słodki, aż nieco drapiący i mocno palony, pozytywnie drewniany zapach. Wydał mi się karmelowo-przypalony, jakby tak... karmelizować ciemny miód aż do goryczki. Bezkresne zasłodzenie skojarzyło mi się drewniano-alkoholowo. Na pewno charakteru tu nie brak!

Syrop zaskoczył mnie gęstą jak na syrop konsystencją. Był oczywiście lejący i lepkawy, a także rzadszy od miodu, ale nie aż tak jak biedronkowy GoBio czy Vermont. Nie miał efektu wodnistości i nie wsiąkał we wszystko tak błyskawicznie.

W smaku od początku uderzył słodyczą, ale taką wyraźnie uszlachetnioną intensywnie paloną nutą. Przywodziła na myśl drewno albo... żywe drzewa, z pewną niemal korzenno-pikantną, jakby alkoholową bez procentów nutą. To odrobinka roślinności, także kojarzącej się z ciemnym miodem, ale... karmelizowanym aż do goryczki. Ta była zaskakująco wyraźnie wyczuwalna (nawet nieco bardziej niż w miodzie gryczanym).

Wszystko to było zamknięte w bezkresnej słodyczy, która jednak umożliwiała im trwanie do końca, nawet gdy ona drapała już w gardle. Jej głębia też zdawała się nie mieć końca, więc to zasłodzenie jak najbardziej pożądane, szlachetne.

Syrop pozostawił posmak bardzo słodki, ale nie mulący... kojarzył mi się z goryczkowatym, karmelizowanym miodem gryczanym, nieco przypalonym. Nie wiem dlaczego, wyobraziłam też sobie... karmelizowane orzecho-drewienko.*

Z racji jego wyrazistości uznałam, że ten to sprawdzi się ze wszystkim i postanowiłam poeksperymentować i popełnić coś w stylu pancaków (jakiś, kurczę, racuchowatych), mimo że nie lubię smażonych rzeczy, a z naleśnikami obecnie też mi nie po drodze. Ale! Chciałam klasycznego połączenia spróbować. Nie wsiąkł w nie tak szybko, jakoś został w ich i tak wilgotnym wnętrzu i narzucił im swój smak (kompletnie zabijając naleśnikowość). Moje były miejscami mocno poprzypiekane (z patelni naleśnikowej bez tłuszczu) i podkreślił w nich taką swoistą spaleniznę (ja nie mam nic przeciwko, ale komuś może przeszkadzać).
Nie jestem przekonana do syropu klonowego z naleśnikami, ale to raczej kwestia tego, że naleśniki ze słodkim syropem to nie moja bajka (do grubych dżem, cienkie z serem jak już miałabym jeść). Dzięki temu skorzystała jednak Mama. Ona była zachwycona, bo ponoć przypomniało jej się dzieciństwo, bo "to było jak racuchy, tylko że... jakby z miodem gryczanym". Jej także ten syrop klonowy smakował najbardziej z próbowanych.

Znacznie tańszy, palono-goryczkowaty od konkurencyjnych, zdobył moje uznanie. Zaskoczył mnie. Mimo że to twór nie do końca mój, to najlepszy próbowany przeze mnie syrop klonowy. Na tle innych wypada jak miód gryczany w porównaniu do jasnych, czysto-mdło słodkich miodów.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 14,99 zł (za 250 ml)
kaloryczność: 349 kcal / 100 ml
czy kupię znów: Mama tak (ja mogłabym się podłączać)

Skład: syrop klonowy

*To raczej wyobrażenia, bo nigdy nie karmelizowałam miodu, a z tym drewienkiem... to może wspomnienie Zotter Firewood Brandy?

poniedziałek, 26 lipca 2021

Standout Peru Urubamba 70% ciemna

Po Standout Maya Mountain Belize 70 % uznałam, że w sumie marka... bardzo mi się podoba. Nie chciałam się zbytnio napalić na posiadaną serię, ale... nie ukrywam, że zapragnęłam jak najszybciej przekonać się, czy np. trafiłam na jedną najlepszą tabliczkę, czy wszystkie reprezentują ten sam wysoki poziom. Tym razem region wybrałam lubiany i nieźle mi znany. Powiedzmy, bo uważam, że akurat z Peru czekolady potrafią bardzo różne nuty dawać. Był to więc dobry sposób na zobaczenie, co potrafi ten producent, co z tego regionu wyciągnął. W dodatku bardzo ucieszyła mnie wzmianka, skąd dokładnie wzięli kakao. Otóż z regionu położonego na 1200 m n.p.m. (lubię znać takie szczegóły), od kooperatywy farmerów Alto Urubamba Cooperative, ale poprzez... uwielbiane przeze mnie Original Beans!

Standout Chocolate Urubamba Peru 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, z regionu Urubamba; fermentacja ziaren trwała 2-4 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 6-8 dni.

Otwierając, poczułam kwaskawą soczystość splecioną ze słodyczą i "wilgotną" rześkością, jednak zaraz  zapach czekolady wydał mi się jednocześnie mocno słodko-cierpki. Należał do cytrusów i owoców leśnych: jeżyn, jagód. Ich malutkie krzaczki porastały ziemię, kryjąc się wśród innych, ciemnych i drobnych roślinek. Zapach odebrałam jako leśny... ale nie mocny, bardziej "polankowy", przyjazny. Do głowy przyszedł mi też miód - albo kwiatowy, albo kwiatowo-leśny... taki delikatniejszy właśnie i... być może dosładzający leciutko dżem z jagód, borówek i jeżyn, który wyszedł... jakoś kwaśno, jakby nieco przesadnie podkręcono go cytryną. Oprócz świeżo-surowych owoców, czułam bowiem także go. Może w tle majaczyło też słodkie wino o takich nutach?

Tabliczkę odebrałam jako nadzwyczajnie twardą z racji gęstości i zbitości, o czym świadczyły głośne trzasko-huki przy łamaniu czy robieniu kęsa.
W ustach podtrzymała swą gęstość, jednak była to gęstość kremowa i tłusta jak śmietanka... lub raczej lody na tłustej śmietance lub zimny sernik na zimno o niezaburzonej, idealnej gładkości... Jak na ciemną i tak zbitą, rozpuszczała się dość szybko. Otłuszczała usta, by następnie zniknąć w dość rzadkawy, na szczęście śmietankowo-soczyście-wodnisty (a nie tylko wodnisty) sposób. Akurat konsystencja mi nie odpowiadała.

Po zrobieniu kęsa poczułam słodziutką śmietankę, a do głowy przyszedł mi kwaskawy twarożek dosłownie zalany miodzikiem. Miało to niemal uroczy wydźwięk. Motyw ten budował tło na spokojnie, trwał w oddali cały czas.

Szybko jednak zaczął go dosłownie przeszywać niczym ostrą igłą kwasek: soczysty i w pełni owocowy (do głowy przyszła mi niedojrzała nektarynka).
Słodycz jednak nie wystraszyła się - rozwijała się dalej. Otóż miód musiał być jasny - powiedziałabym, że wielokwiatowy, bo właśnie także słodycz kwiatów miała tu ogromny udział, sprawiając, że wydźwięk cechowała lekkość, zwiewność.

Zaraz jednak mocniej wkradł się w nią uparty kwasek (wszyty mocno, jak na maszynie!). Miód kwiatowy zmienił się w leśny, właśnie z taką nutką (też iglastą, kwaskawą), a po chwili kwaśność rozlała się bez oporu w ustach jako tsunami soczystości. Oczywiście mieszało się ze słodyczą, serwując niejednoznaczne owoce żółte, mnóstwo jagód, borówek i jeżyn. Częściowo niedojrzałych, częściowo słodkich i jędrnych - różnych, bo takich prosto z krzaka. Odnotowałam lekką cierpkość owoców leśnych, ale też soku i skórek cytrusów (pomarańczy?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o owocach miękkich i coraz bardziej kwaśnych. Niedojrzała drobnica, ale i coraz więcej cytrusów... może też jakiś agrest? Miękkość... należała także do roślinności - kwiatów i wilgotnych roślinek na polance lśniącej od rosy? Ale też... kwiatków nieco nadgniłych i leżących na ziemi? Wyłapałam jej lekką pikanterię, kierującą skojarzenie na owocowe, rozgrzewające wino (białe?). Cytrusowość, także cały czas obecna, podszepnęła tamaryndowca (albo coś z niego - wyjaśniam: to słodko-kwaśny owoc z pikantniejszym podrasowaniem).

Poprzez wyrazistszą, lekko goryczkowato-cierpką ziemię do owoców w końcu wyraźnie dołączyło jeszcze więcej cytrusów. Były dość zdecydowane, kwaśne. To jakby... z jagódko-jeżyn zrobić dżemik słodziutki od miodu i chcąc ratować sytuację przez przełamanie go sokiem z cytryny... I przesadzić z nim. Kompozycja wydała mi się kwaśna, ale wciąż słodka jednocześnie. Pomyślałam o agreście w dwóch kolorach... Owoce przemieszały się jednak ze słodką śmietanką z początku (więc jakoś nie umiałam czysto sprecyzować, co i jak).

Z czasem bowiem wszystko wyważyła śmietanka właśnie, nawet lekka maślaność... Taka "smakowa tłustość" nabiału, ze splecioną z nią wilgotna nutą... kwiatów? Miodu? Nagle pomyślałam o wilgotnych, maślano-tłustych pancake'ach, które zarzucono górą różnych owoców, zalano... kwaśno-słodkimi soko-syropami owocowymi, może z nutką alkoholu.

Po zjedzeniu w ustach została kwaskawa soczystość cytrusów, owoców agresto-leśnych, z lekko ziemistym charakterem i sugestią alkoholu (bez procentów!). Czułam śmietankę, która wyważyła to, a także wprowadzała słodycz. Mieszała się ze smakowo-nabiałowym wątkiem tłustości... maślano-maślanegoczegoś, może tłustego twarogu.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Owoce leśne i cytrusy do pary z kwiatami i miodem, które nie zapomniały o ziemi i bardziej "leśnej" nutce były przepyszne, a do tego... ciekawa rozgrzewająco-winna nuta - rzadko w czekoladach zdarza mi się wyłapać raczej białe wino. Też... bardzo ucieszyło mnie, że tłustość poszła raczej w śmietankę, nie masło. Ta bardziej tu pasowała, acz znów - ogólnie, zwłaszcza gdy o strukturę chodzi, wolałabym niższą tłustość i inną konsystencję. Bardziej kremową, ale w gęstym, nie tłusto-znikającym kontekście.

Śmietankę i cytrusy czułam i w Theobroma Cacao Store Peru 70%, ale tamta była znacznie wytrawniejsza. Wytrawniej herbaciano ziemista była też Meybol Cacao Chuncho Collection N3 Cusco z nabiałowymi motywami. Kwaśność cytrusów i w niej się znalazła... Jak i ogrom soczyście-kwaśnych owoców, trochę przypraw... Mam jednak wrażenie, że Standout była najmniej przyprawiona i najłagodniejsza z ostatnio jedzonych peruwiańskich. Co nie znaczy, że była bardzo słodka. Tylko... gorzkości trochę mi w niej mało.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 25 lipca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym ciemna mleczna z Dominikany

Ostatnio zebrało mi się parę czekolad z Dominikany o zbliżonej zawartości kakao 50-60%, a więc dość niskiej. Nadarzyła się okazja, by pokazać, jak cienka jest granica między ciemnymi o niskiej jak na ciemne zawartości kakao, a mlecznymi o wysokiej jak na takie. 10 % kakao to już samo w sobie sporo gdy mowa o tych bogate w nuty, a gdy jeszcze dołoży się do tego otoczenie, a więc dodane inne składniki... Wielu rzeczy można się spodziewać. Mleko kokosowe lubię w niektórych potrawach, jednak do czekolad z nim bywam sceptyczna. Szczerze to... nie wiedziałam, co wniesie do mlecznej wersji jednej z moich ulubionych czekolad, czyli Beskid Republika Dominikany Hispaniola BIO 70 %.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z mlekiem kokosowym; wegańska.
Czas konszowania i rafinowania to min. 48 godzin.

Zaraz po rozchyleniu papierka uderzyła mnie intensywna woń kokosa: wiórków, mleczka i orzecha; spleciona ze znaczącą słodyczą karmelu dość mocno palonego. Dominował kokos, otulając resztę śmietankowością, która wydawała się nie tylko pochodzenia kokosowego, ale też taka ogólna. Czułam również orzechowy motyw kakao, podkreślający... kokosa.

Czekolada łamała się z trzaskiem i swoją twardością kojarzyła się z ciemną.
W ustach rozpływała się bardzo powoli. Nie wykazywała jednak najmniejszego oporu, mimo że cechowała ją zbitość i zwartość, które częściowo zachowała do samego końca. Była odpowiednio, a więc nie za mocno tłusta w sposób śmietankowo-maślany. Odebrałam ją jako kremowo gładką - pyłek pojawiał się tylko chwilami na zasadzie sugestii. Znikała dość... gładko-rzadko. Jakby mleczko kokosowe spływało z coraz mniejszej, zbitej, chcącej zmięknąć i zalepić usta (ale w sumie nie robiącej tego) grudki.

W smaku jako pierwsza pomknęła słodziutka śmietanka.

Po ustach rozeszła się lekko palona słodycz karmelu; złocista w wydźwięku. Była delikatna i urocza, po chwili zmieniała się w karmel śmietankowo-maślany, coraz bardziej maślany, że właściwie... nagle kompletnie zmienił się w toffi. Lekko palona nuta odłączyła się od niego, na chwilę niknąc.

Śmietanka płynęła równie szybko i wyraźnie już po paru sekundach zaserwowała kokosowy smak. Czułam zarówno śmietankę kokosową, jak i po prostu śmietankowość.

Kokosowa nuta rosła bezkompromisowo, nie bacząc na inne. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszła na przód. Oto smak wiórków kokosowych zagrzmiał, a potem przeciął kompozycję jak błyskawica. To była istna kokosowa burza. Kokosa można by tak odmieniać przez wszystkie przypadki. Czułam jakby lekko podprażone wiórki i ich soczystość. Prezentowały się na mocno mlecznym - również kokosowo - tle.

Z czasem jednak zaczęłam zwracać uwagę także na to tło. Słodycz wciąż chełpiła się swoją "toffiowatością", maślanością. Otarła się nawet o krówkę, jednak po kokosowym natarciu wyraźnie pokazała się także cierpkość i gorzkawość. Lekko palona, kojarzyła się z karmelizowanymi orzechami (laskowymi?). Chwilami podpełzała nawet pod cierpkawo-goryczkowatą ziemistość czarnej ziemi wilgotnej i...

...Soczystej. Jak i soczysta zrobiła się bliżej końca kokosowość. Wydała mi się leciutko kwaskawa i owocowa jak suszone owoce - morele? Może raczej niemal naturalnie "karmelowe" daktyle? Morele, egzotyka... coś niemal cytrusowo-pinacoladowego? Niee... bardziej podkwaszono-kwaskowate daktyle. Trudno było uchwycić w tym jednoznaczny konkret. To jednak prędko zniknęło w ogólnej słodyczy i kokosowości.

Właśnie one, a więc kokos jako wiórki i mleczko, toffi i złocisto-karmelowe, suszone owoce, podkreślone lekko goryczkowato paloną nutką orzechowego kakao zostały w posmaku. Z wiórkowym smakiem wiązała się kokosowa kwaśność, uwypuklająca nutkę kakao.

Czekolada wyszła niewiarygodnie kokosowo i słodziutko, a jednocześnie nie słodziaśnie. Orzechowość i goryczka kakao, które nadały jej szlachetności cudnie przełamały słodycz, nie zaburzając kokosa. Ten... nie był smakiem odosobnionym - też reszty nie zabił, mimo że nią rządził.
Konsystencja wyszła wprawdzie tłusto i ciężkawo, ale jak na czekoladę kokosową (mam z nimi złe doświadczenie), spisała się naprawdę świetnie. 
To nie tylko cudowna kokosowa tabliczka, ale też bardzo dobrze zrobiony wegański zamiennik mlecznej. Właściwie... zachwyciła mnie, bo w tym, czym jest, lepszej nie znam. Jednocześnie nie trafiła do ulubieńców, bo jednak w czekoladach to ja szukam kakao i głównie jego nut (a przy 55 % już można by na coś więcej liczyć), a dla mnie była odrobinę za słodka.

Gdy pomyślałam o karmelowo-daktylowej, "kawowej krówce" i mleku, soczystości związanej z serem ciemnej 70 %, wydały mi się dość podobne. Tamta miała "strączkowe", mleczne nuty, więc wydaje mi się idealną bazą pod wegański zamiennik. A kokos nieźle się w tym wszystkim odnalazł i właściwie władał kompozycją.


ocena: 9,5/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie (acz gdybym dostała, ucieszyłabym się raczej)

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, mleko kokosowe w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany

sobota, 24 lipca 2021

Pump Street Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate ciemna z Jamajki

Przed degustacją dzisiaj prezentowanej czekolady trochę się zdziwiłam. Otóż dosłownie tydzień-dwa wcześniej jadłam Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % i... podobieństwo bardzo mnie zaskoczyło. To znaczy: zaskoczyła mnie ta sama zawartość kakao i region - wszak bardzo rzadki. Mało tego, Pump Street kupuje kakao z tej samej plantacji. Potem jednak zerknęłam w swoje notatki i do skrzynki mailowej i przypomniałam sobie, że specjalnie kupiłam je, by porównać. Chciałam wiedzieć, czym się tak wszyscy zachwycają w przypadku Dicka Taylora i... czy np. sława go nie wyprzedza, a równie dobrej / lepszej czekolady nie da się zrobić "za mniej" (Pump Street są tańsi). Dzięki temu mogłam też jeszcze lepiej (bardziej namacalnie) sprawdzić, co Pump potrafi z kakao - i czy ich nuty cukierni znów mnie nawiedzą. I odkryłam u siebie nową "cechę": o ile dokładnie pamiętam to, co jadłam, tak nie mam głowy do tego, co zaliczam do kategorii "kiedyś zjem" - to muszę sobie zapisać (jak naprawdę chcę zrealizować). Dotyczy to także przepisów i próbowanych ciekawostek.

Pump Street Bakery Chocolate Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Jamajki z plantacji Bachelor's Hall Estate.

Zaraz po otwarciu opakowania uderzyła mnie bezkresna soczystość limonek i innych cytrusów, zdecydowanie delikatniejsza jednak po wyjęciu czekolady i wąchaniu bezpośrednio jej. Wtedy czułam drzewa i zapach dziwnie jednocześnie wysoce słodki, jak i wytrawny. Przywiódł na myśl jakieś orientalne danie, np. warzywa (bakłażan?) w miodzie. Za wytrawnością, goryczką i ciepłem, jakie od tego biło stały też prażono-pieczone nuty jawiące się jako miks orzechów ze znaczącym udziałem brazylijskich. Do głowy przyszły mi też wypieki, np. suche tarty... te już cechowała wyższa słodycz. Może były z rodzynkami? Z kolei z nimi wiązała się soczystość, nieco hamowana kwiatami (fiołkami?), czymś... esencjonalnym? W trakcie degustacji było bardziej słodko-egzotycznie, mniej jednoznacznie. Myślałam o ananasie (może też mango)... właśnie z tymi rodzynkami... w rumie? Że aż lekko ciężko-dusznymi.

Przy łamaniu, do którego musiałam użyć dużo siły z racji kamiennej twardości, gruba tabliczka trzaskała bardzo głośno ujawniając ziarnisty przekrój. 
W ustach jednak rozpływała się gładko i tłusto jak chłodne masło. Robiła to bardzo powoli, nieco maziście. Mimo że oporna wydała się tylko w pierwszych sekundach, do końca pozostała twardo-zbita i masywna. Było w tym trochę soczystości, ale takiej... "ugęszczonej" (jakby tak sprasować owoce na jakiś żel / galaretę?), sprawiającej, że czekolada znikała tłusto-wodniście.

Od początku po ustach roztaczała słodycz. Nie za mocną, a wyważoną i jakby chłodną... Skojarzyła mi się ze zwietrzałym lukrem owocowym (albo kandyzowanymi owocami?). 

Niemal natychmiast pojawiała się także delikatna gorzkawość i drapanie. Bez ogródek wskazało na miód, całą słodycz właśnie w jego smak przemodelowując. Po ustach rozlał się ciemny miód gryczany z wyraźnie zaznaczoną gryką. Gorzkawość zaczęła przeobrażać się w kaszowość, do której dołączyły orzechy. Z paro sekundowym opóźnieniem do akcji wkroczyły drzewa.

Delikatna owocowo-kwiatowa nutka trzymała się z tyłu; była, ale trudno ją uchwycić.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewa zmieniły się w wypiek, częściowo dość suchawy i mocno przypieczony. Zdecydowanie maślany smakowo, ale nie tłusty, a taki... łagodzący inne nuty. To było jak tarta (jakieś twardo-kruche ciasto?) z... gęstym, niemal galaretowatym musem z owoców i miodu. Być może wypełnionym ciemnymi rodzynkami.

Rodzynkami scukrzonymi; bardzo, bardzo słodkimi. Do wyłaniającej się owocowości dodały nieco duszną ciężkość - jakby wykąpały się w rumie? Zaczęłam myśleć o ciężko-przyprawionych, słodkich rzeczach... np. o japońskiej marynowanej tykwie? Świeżo-podsuszonych daktylach, przypominających o miodzie na pewno.
Zaraz jednak po ustach rozeszła się też lekka soczystość, nawet leciuteńki kwasek. Należał do owoców w dużej mierze słodkich, egzotycznych, żółtych. Chyba był wśród nich ananas. Pomyślałam o takim jako część tarty z.... mnóstwem miodu. To też... sugestia mango w drewniano-leśnym kontekście (w wyobraźni obgryzałam już prawie samą pestkę).

Kumulująca się słodycz wydawała mi się szlachetnie miodowa, lekko palono-karmelowa, a jednocześnie z pobrzmiewających echem cukru i... wytrawności. Jak jakaś miodowa marynata, przyprawiona szczyptą ostrych przypraw i z dodanym alkoholem.

Z czasem kompozycja zrobiła się nieco bardziej cierpka. Za sprawą owoców, ale też drzew. Oczami wyobraźni zobaczyłam przekrajanego ananasa i sok wypływający spod skóry. Orientalna nutka drapiąco-goryczkowatego miodu przypomniała o warzywach w nim (pieczonych?), nieco przyprawionych, ale nie pikantnych. Bardziej goryczkowato... alkoholowych! Zupełnie, jakby rodzynki czy owocowe części nasączyć rumem.

Pod koniec zawładnęły nimi drzewa i orzechy - chyba głównie brazylijskie. Niemal "widziałam" drzewa - też tropikalniejsze. Może nawet palmy? Jakby tak przy nich jeść jakąś słodko-orientalną tartę...? I popijać rumem? Końcówka wyszła bardziej pikantnie-alkoholowo i niemal cukrowo słodko.

W posmaku została wysoka słodycz, wręcz maślana słodziuteńkość i kontrastowa do niej gorzkawa pikanteria przypraw i alkoholu. Trochę przełamała to lekka soczystość należąca do owoców egzotycznych.

Całość była smaczna, ale jej konwencja (?) i konsystencja niezbyt do mnie przemówiły. Twarda tłustość dodatkowo dopasowała się do łagodnego, przystępnego wydźwięku. Mimo wysokiej słodyczy, wiele nut wyszło tu ciekawie, acz nie wszystkie w pełni mi pasowały (do siebie nawzajem czy subiektywnie - wytrawne nuty gryzły się z tą słodyczą; powinno być jej mniej). Czekolada nie była ani gorzka, ani kwaśna. Na szczęście przeraźliwie słodka też nie była, ale jednak jej smak właśnie wokół słodyczy się obracał. Hamowana owocowość czy ewentualna dzikość mogłyby pozwolić sobie na więcej.
Miód gryczany, kaszowość i drzewa były cudowne, ale... przygaszone (m.in. maślanością), a owoce (ananasy, rodzynki) dość rozmyte. Alkoholowy posmak, sugestia przypraw były delikatne i jakoś też nie uwypukliły charakteru.

Miodowo-karmelowa i rodzynkowa (bardziej jednak też morelowa) była Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % z mnóstwem ziemi, mułu i herbat, dzięki czemu smakowała mi bardziej. 
Podobnie kaszowo-drewniana z kolei była GR Jamaica 74 %. Ta jednak reprezentowała, oprócz żółtych, też czerwone owoce.
Ciekawością i jakością Pump im nie odstępuje i choć było w niej parę niemoich nut, konsystencja też nie moja, nie mogę jej w sumie niczego wielkiego zarzucić.


ocena: 8/10
kupiłam: Liberty London
cena: 42 zł (za 70g)
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 23 lipca 2021

whiskey Jack Daniel's (+18)

Dość dawno uznałam, że ta recenzja po prostu musi się na blogu znaleźć. Skoro Jim, którego pod koniec aż męczyłam plując sobie w brodę, że skusiła mnie szklanka... A powinnam trzymać się swojego "przystępnego Jacka" (uważam, że jest stosunkowo niezły, a i często są na niego promocje - to taki Lindt wśród whisky: nie jest to najwyższa półka, cena czasem podbijana logiem, czasem adekwatna, a smak prosty i przyjemny). I cóż... nawet specjalnie do zdjęć użyłam swojej starej szklanki do whisky, bo obecnie pijam z jimowej wysokiej, ale tu... jeszcze by mi się chłopy pogryzły.
Daniels to przedstawicielka Tennessee whiskey, czyli filtrowana przez ponad 3-metrową warstwę klonowego węgla drzewnego. Ta akurat przez okres około 10 dni, a potem leżakująca od czterech do sześciu lat w ręcznie robionych dębowych beczkach.

A teraz wybaczcie, nie gryźcie, młodzi czytelnicy, ale muszę Was wyprosić, gdyż wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 rok życia (18+). Wszystkich za to zapraszam już jutro.

Jack Daniel's Old No.7 to zawierająca 40 % vol. whiskey (whisky) destylowana w Lynchburg w stanie Tennessee (USA) przez firmę Brown-Forman; u mnie w butelce 500 ml.

Dość gęstawo-oleisty, pozostawiający smugi na ściankach szklanki płyn, wydał mi się zacnie miedziany. Przy piciu również sprawiał wrażenie dość gęstego, a także wręcz oblepiającego usta słodką warstewką. Pewnie dlatego niektórzy piją Jacka z lodem, bo nie robi się wtedy nijaka woda, ale ja trzymałam się swojego sposobu i temperatury pokojowej.

Alkoholowość już w słodkim zapachu zwróciła na siebie uwagę. Prosta i dosadna, a jednak nie chamska. Wyczuwalna słodycz wydała mi się ciężka, bo mimo że głównie waniliowa, to podrasowana dymem i drzewami.

Smak to kontynuacja zapachu. Alkoholowość uderzała, po czym rozchodziła się jako fala drzewno-odymionej słodyczy. Oczami wyobraźni widziałam drzewa i żywe, i te już suche, z grubą korą, jak również... suche laski wanilii. Alkohol rozgrzewający gardło wydawał się wręcz... słodko-lepiący, przez co pomyślałam o miodzie. Wanilia wyszła tu palono-odymiana, chwilowo dość ciężka, a zaraz przywodząca na myśl... waniliowo-miodowy krem. Rzadkawy i soczysty? Z rześką nutą owoców - również bardzo słodkich. Zasładzało to, dawało kopa, ale bez ordynarności.

Z czasem wróciły drzewa i dym. Pomyślałam o drzewach liściastych, może jakiś orzechowych... krzewach? Ich żywych gałęziach i zebranych już chrupiących dobrodziejstwach.

Posmak, jaki pozostał to zasłodzenie, ale przełamane poważniejszymi nutami: drzewną i odymioną. Wędzona / palona wanilia, karmelizowany miód o leciutkiej goryczce? Otuliły orzechy, które skojarzyły mi się z takimi iluzorycznie korzennymi. Koniec końców Jack okazał się zaskakująco gorzkawy i poważny.

Całość wydała mi się prosta i przyjemna, gdy ma się ochotę na niewymagające zasłodzenie bez wykręcenia twarzy i z zachowaną powagą. Całkiem przyjemnie drzewno-dymny splot wniósł wiele dobra.

W porządku łączy się z lodem (kiedyś sprawdzałam), ale to już nie dla mnie, bo wolę temperaturę pokojową. Nadmienię, że też kiedyś lubiłam np. w bliskim okresie czasu z czekoladą śmietankową o zwiększonej zawartości kakao. Tak mi ta dymna słodycz fajnie się łączyła z ze śmietankowym zasłodzeniem; jedno i drugie z dozą szlachetności.
Osobiście zdecydowanie wolę Jacka Danielsa od Jima Beama za tę powagę, charakterek drewna i dymu (Jim wydaje mi się czystą słodyczą z lichym, zbożowym smakiem), ale poziom - tak obiektywnie - uważam za w miarę równy.


ocena: 8,5/10
kupiłam: Lidl
cena: 64,95 zł (za 500ml)
czy kupię znów: tak

czwartek, 22 lipca 2021

Zotter Sweet Wine "red" / Susswein "Rot" ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem, grappą i rodzynkami

Po Zotter Red Wine uznałam, że z chęcią porównam ją w krótkim odstępie czasowym z propozycją z czerwonym winem słodkim. Oczywiście innym - Heinrich Salzberg Beerenauslese, z którym czekolada nie jest nowością w ofercie marki. Była już jako Zotter Red Wine Heinrich "Salzberg Beerenauslese". Po zmianach, których doszukałam się w Red Wine (w odniesieniu do Zotter Red Wine Rush Olivin Winkler Hermade) i po tym, że jednak jak na ciemną czekoladę z czerwonym winem wytrawnym była znacząco słodka, zaczęłam się trochę bać jej bliźniaczki. Z drugiej strony... to słodkie wino ze szczepów Blaufränkisch i Zweigelt od Gernot Heinrich wcale aż tak słodko w Red Wine Heinrich "Salzberg Beerenauslese" nie wyszło. A że tu składu nie zmieniono (minimalnie tylko kaloryczność), żadnej dodatkowej warstewki nie dodano, liczyłam, że może nie będzie źle. 


Zotter Sweet Wine "red" / Susswein "Rot" to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem ze słodkim czerwonym winem Heinrich "Salzberg Beerenauslese" oraz grappą i rodzynkami nasączonymi alkoholem; nadzienie stanowi to: 55% krem i 5% rodzynek całości.

Po otwarciu poczułam paloną, wręcz dymną woń gorzko-słodkiej czekolady zrównaną ze słodko-różanym, czerwonym winem. Wyszło to bardzo soczyście, za czym stała wyraźna nuta rodzynek i winogron, która wprowadziła wręcz "słodki kwasek". Pomyślałam o cytrusach, które nieśmiało wyłaniały się z dymu. Po przełamaniu wzrosła słodycz, pojawiła się "słodyczowa maślaność" (ciasta z kremem?), ale i alkoholowość. Odebrałam ją jako mocną i osadzoną w winogronowo-rodzynkowej toni.

Łamiąc, usłyszałam trzask grubej warstwy czekolady. Skrywała gęste, ale ewidentnie mazisto-plastyczne, bardzo wilgotne nadzienie. Wypełnione było kawałkami i paroma całymi rodzynkami, które z racji farfoclowatości ciągnęły się przy dzieleniu.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo, zostawiając smugi na podniebieniu. Nadzienie wydawało się z nią integralne, ale zdecydowanie bardziej miękkie. Z tego względu znikało szybciej od czekolady, w nieco zawiesinowy sposób. Mimo to zachowało czekoladowo-maślaną gęstość. Odznaczało się dość wysoką, maślaną tłustością, która zakrawała o śliskość, przy czym było zwarto-plastyczne. Maziało się jak tłusto-zakalcowe brownie, upuszczając z czasem nieco soczystości. Przerywnik stanowiły kawałki rodzynek. Raczej drobne, ale bez wątpienia kawałki: miękkie, farfoclowo-skórkowe i nasączono-scukrzone. Jedząc trafiłam nawet na całe, ale mikroskopijne i jednego giganta-mutanta. Zostawiałam je na koniec i wtedy zaprezentowały się jako mięciutkie, soczyste i "skórkowe".

Już przegryzając się, poczułam słodkiego kopniaka, na który złożyło się słodkie czerwone wino i stonowana czekolada o karmelowej nucie.

Czekolada zaprezentowała się jako palono gorzko-słodka. Wydała mi się przede wszystkim dymna, nieco karmelowa i soczyście cytrusowa, sama w sobie trochę sugerująca wino. Możliwe, że przesiąkła nadzieniem, bo ta nuta nasilała się wraz z rozpływaniem. Kontrastowo do niego, wydawała się przyjemnie gorzka.

Nadzienie bardzo szybko się odzywało, podwyższając słodycz i podkreślając soczystość, by następnie uderzyć swoją własną. Roztoczyło po ustach słodko-różany, kwiatowy i delikatny motyw. Wino czerwone wyraźnie słodkie, dało o sobie znać. W tle nieśmiało raz po raz przemknęły maliny.

W ciągu kolejnych chwil krem cisnął na to mieszankę smak rodzynek i winogron, które wyszły zaskakująco słodko-kwaśno. Pomyślałam o cytrusach, głównie o cytrynie i słodkich pomarańczach, oraz o kwaskawych winogronach, na łamach których po chwili wszedł mocny alkohol. Także on zdawał się wiązać z owocami. Podkreślił smak wina, jak również ten gorzkawo-czekoladowy. Pojawiła się przyjemna cierpkość, dzięki której w ciemno nie powiedziałabym, że to czekolada z winem słodkim (a przynajmniej nie byłabym pewna, z jakim). 

A jednak słodycz rosła cały czas. W połowie rozpływania się kęsa nieco rozmyła owoce, łagodząc je maślanym smakiem. Przypominało to trochę "apple butter" (trafiłam na to niedawno w internecie - to jakby kremo-sos korzenny z jabłek z cydrem). Z tym przemieszały się kwiaty, róże konkretniej. Wydały mi się dość "wilgotne", ale już nie soczyście, a nasączono-alkoholowe. Trzymały się winogronowo-rodzynkowego smaku, który nasilał się wraz z wyłaniającymi się drobinko-skórkami.

Wraz z nimi umacniała się alkoholowość. Częściowo ewidentnie czułam czerwone wino, ale podkręcone i aż grzejące nieco w język i gardło. To była bardziej nalewkowo-owocowa, mocniejsza nuta. Wydawała się na stałe scalona z winogronami, przypominająca o cytrusach. Przewijała się w nich cierpkość, odrobinę mieszająca się z kakao i dająca efekt owocowych, alkoholowych trufli (wyobraźmy sobie takie, jeśli nie istnieją). Uwypukliła też ogólną słodycz. Ta zaczęła obracać się wokół karmelowo-maślanych akcentów, by pod koniec zejść się z alkoholem.

Czekolada znikała powoli, a na końcówce jej gorzkawo-palony smak przebił się na powrót dzięki kontrastowi. Wydał mi się gorzko-dymny i cytrusowy, co trwało obok alkoholowego pieczenia w język i gardło. Ten efekt połączył się raczej z karmelową słodyczą, która wydawała się nagle podskakiwać.

Właśnie i bardzo, karmelowo-cukrowo słodkie wydały mi się rodzynki, jeśli jakieś na koniec zostały. Mimo że i sporo kwasku dodały, jakoś słodyczą bardziej zwracały uwagę. Co więcej, nawet na koniec "ocieplały" odrobinką alkoholu.

W posmaku został dość mocny alkohol jakby winogronowo-rodzynkowy, mieszający się z czerwonym winem a także wlany w słodko-kwiatowo-karmelowe otoczenie. Czułam delikatną gorzkawość kakao, nieco palony wątek, ale nie mocno wytrawny.

Całość smakowała mi... tak jak kiedyś. Chyba idealnie czuć nuty dodanego wina (o nich przeczytałam na stronie Fin-Wine), a więc róże, cytrusy, a i właśnie samo wino. Winogronowo-alkoholowe wzmocnienie z jednej strony uważam za zbędne, z drugiej... chyba właśnie dzięki temu kompozycja nie kojarzy się ze słodkim winem. Stopień zatrzymał się w punkcie "odpowiednio mocny", bez przegięcia i zagłuszania reszty. Mimo słodyczy, wciąż czuć wytrawność - pewnie dzięki przyjemnie gorzkawej czekoladzie. Podtrzymuję, że to obok "Sting" Red Edition mój ulubiony Zotter z winem. Tylko nadzienie wolałabym gęstsze, mniej rodzynkowe.

Obserwacja: nadzienie zrobili inne niż w Red Wine Olivin, w którym rodzynki (mniejszą ilość - 3%) w większości wmielono w nadzienie - wyszło nieco gęstsze, konkretniejsze. W dzisiaj przedstawianej wyszło rzadsze, nieco bardziej miękkie z dodanymi kawałkami rodzynek i dwoma gigantami (5%). Mnie bardziej odpowiadała opcja Olivin, bo było to wszystko spójniejsze, choć... rodzynki ogólnie od wina za bardzo uwagę odwracały. 


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 507 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, czerwone wino Salzberg Beerenauslese, rodzynki 5%, syrop skrobiowy, masło, pełne mleko w proszku, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia

wtorek, 20 lipca 2021

Standout Maya Mountain Belize 70 % ciemna

 Po czekoladach Fjak także na kraje Skandynawii zaczęłam patrzeć przez czekoladowo optymistyczny pryzmat. Kolejnym obiektem mojego zainteresowania stała się mała marka Standout, o nowoczesnych opakowaniach w niespecjalnie mojej estetyce. Kojarzyły mi się ze skandynawską prostotą i choć prostotę i surowość lubię, to nie taką nowoczesną. Jednak nowoczesne podejście do sprawiedliwego handlu itp. popieram jak najbardziej, a właśnie takie ma Standout. Swoje bean-to-bary robią ręcznie, początkowo nawet sami ręcznie sortowali ziarna, które się nadają, a które nie. Jak pomyślę o ręcznym oddzielaniu łusek od tego, co potrzebne do czekolady... cieszę się, że moja miłość do niej rozumiana jest jako jedzenie jej. Obecnie właściciele Standout po prostu współpracują z farmerami, którzy wyznają te same zasady i standardy. Podoba mi się ich hasło: smak czekolady opowiada historię jej regionu oraz ludzi, którzy za nim i za nią stoją. Podpisuję się pod tym. 
Na pierwszy ogień wybrałam tabliczkę, której raził mnie po prostu... kolor opakowania. Lubię niebieski, ale ciemny. Ten mi jakoś... nie pasował, nawet nie wiem dlaczego. Wiem za to, że kakao do stworzenia tej czekolady kupiono od producenta Maya Mountain Cacao z kooperatywy Uncommon Cacao (lokalnych, uczciwych farmerów z Belize). 

Standout Chocolate Maya Mountain Belize 70  % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Belize, z regionu Maya Mountain; fermentacja ziaren trwała 6-7 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie 7-10 dni.

Już w chwili rozrywania folii uderzył mnie soczyście-słodki zapach dżemu czy soku z czarnych porzeczek o słodyczy podwyższonej i jednocześnie temperowanej miodem i kwiatami. Musiał być to "miodzik" jasny, wielokwiatowy, ale kompozycja na tym nie poprzestała. Pomyślałam o krzaczkach jeżyn: zarówno owocach, jak i ich kwiatkach. Kwiaty wprowadziły łagodność śmietanki, a od tej odchodziła kwaskawa nuta twarogu. Skojarzyła mi się z mało słodkim sernikiem, może nawet z cytrusową nutą, na pewno na orzechowym spodzie. Pistacjowym / z pistacjami? W tle zamajaczyły drzewa.

Tabliczka była bardzo twarda, łamała się jakby będąc niezwykle pełną i tak ją odebrałam przy odgryzaniu kawałka.
W ustach jednak szybko okazywała się niesamowicie kremowa, wysoce tłusta w śmietankowy sposób i idealnie gładka. Znikała przez to, jak na ciemną, tak raczej szybko-średnio. Oblepiała usta, udając lody śmietankowe lub gładki sernik na zimno. Mimo poczucia tłustości, nie wyszła ciężko, a jak... soczysty sernik. Tylko że taki bardzo zbity i dość szybko "na śmietankę i sok" znikający.

W chwili zrobienia pierwszego kęsa poczułam zaskakująco wyważone słodycz i kwaśność. W miarę jedzenia, pierwsza wydawała się istotniejsza. Każda pomknęła w swym kierunku, z tym że słodycz  chyba z małym wyprzedzeniem, co po chwili się rozmyło. Kwaśność jakby żywo sobie drogę przecinając, a słodycz zachowała spokój.

Poczułam słodziutki, jasny miód o nienapastliwym charakterze, który zajął się tworzeniem tła.

Po ustach rozlały się cytrusy mieszające się z porzeczkami, głównie czarnymi. Pomyślałam o słodkich dżemach z porzeczek i chyba jeżyn oraz o soku / nektarze z czarnych porzeczek, przy czym żadna z nut nie zapomniała o słodyczy. Moc owoców była jak eksplozja, z której resztki / odłamki... rozsypały się na również słodkim tle.

To nawet nie zachwiało się, roztaczając leniwie gęsty, jasny miód w ilości nieprzesadzonej. On dosładzał również wspomniane "dżemy" jak i kolejne twory. Zaznaczył swoją obecność trochę drapiąc w gardle i wydawał się wszechobecny. Zachował żywy wydźwięk kwiatów, jak również ich delikatność. Były to kwiaty także jasne, zwiewne, letnie.

Od kwiatów odchodziło skojarzenie ze śmietanką i twarogiem, którym owoce podszeptywały kwasek. Te z czasem zaczęły układać się w soczysty, wilgotny sernik. Może z jakimiś... rodzynkami? Czy to nasączony owocami (cytrusami) czy... z warstwą czarnoporzeczkową? Do głowy znów przyszedł mi słodki dżem z tychże owoców, może jakiś domowy sok.

Na pewno jakoś w drugiej połowie rozpływania się kęsa pojawiła się nieśmiała, pieczona nutka orzechów. Były delikatnie gorzkawe, ze skórkami... Albo jako delikatnie przypieczony, a zawilgocony od masy serowej spód. Z... pistacji? Wyraźnie czułam ich smak, acz wmieszany w ciastowo-"orzechową ogólnie", maślaną toń.

Bliżej końca śmietankowa ciastowość i orzechy mieszały się z owocami, które nabrały już sporo słodyczy. Ta ostatnia wydawała się wszechobecna i niby trochę rześko-zwiewna, ale... dojmująca. Zrobiło się maślanie, łagodniej. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy sernik z tymi wszystkimi wymienianymi już nutami, ale w wydaniu... delikatnym. 

Po zjedzeniu został posmak słodko-miodowy, nieco pieczony... orzechowo-kakaowy - nawet bym powiedziała, że leciutko cierpki. Cierpkość ta łączyła wymienione nuty z owocami. Te wyszły kwaśno-słodko i bardzo, bardzo soczyście. Wyraźniej przebiły się cytrusy, ale i ciemna drobnica miała się nieźle.

Całość smakowała mi, jednak mam zastrzeżenia do konsystencji. Mimo że pasowała do smaku, mnie nie odpowiadała jej gładka tłustość śmietanki (dobrze, że znikała na śmietankę, a nie wodę, ale wolałabym, by cały czas była kremowo-gęstsza). Smak jednak mnie zachwycił. Splot czarnych porzeczek, jeżyn z cytrusami i twarogo-śmietanki ze słodyczą miodu jako obłędny, czekoladowy sernik to coś wspaniałego. Wyszła bardzo wilgotnie, soczyście; niewiele w niej paloności, ale... niestety też nieco za mało gorzkości. W sumie... prawie wcale. Mogłaby jednak nie pasować, więc wybaczam.
Podobnie miodowo, orzechowo-maślanie i bardzo soczyście-owocowo (w tym podobne jeżyny, ale Zotter to ogrom innych) smakowała Zotter Labooko Belize Special 72%, jednak przegięła w swej delikatności. Co więcej, cechowała je śliska tłustość, ale i tu Zotter przegiął kojarząc się z awokado. Także delikatna, soczyście-owocowa i pyszna była GR Belize Trinitario 70 %, ta jednak... przez silniejszą prażoność miała zupełnie inny wydźwięk. 


ocena: 9/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 19 lipca 2021

Choceur Feinherb Mandel ciemna 50 % z migdałami

Kiedyś słodycze z Aldiego postrzegałam jako pyszne i naprawdę warte uwagi. Potem się to zmieniło na "od biedy warte uwagi, czyli, że można spróbować". Byłam wówczas w stanie po prostu pójść po kilka Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % od Halba i skierować się do kasy, nie rozglądając się za nowościami. Gdy jednak market wycofał te moje ukochane czekolady, ja w ogóle przestałam go odwiedzać. Ta recenzja jest jedynie wynikiem tego, że dosłownie kilka tabliczek dostałam od kogoś, kto kupił je (po mojej sugestii) w Aldim w Niemczech. To były właśnie takie typowe "od biedy może i mogę zjeść". Ta miała o tyle dodatkowy plus w moich oczach już na starcie, że była względnie ciemnawa, a po J.D.Grossie Superieur 45 % z migdałami i RS Cashews czułam niedosyt czekolady "z czymś całym". Już mi było obojętne, czy to orzechy (jakie?), czy migdały, oby tylko były dobre i wtopione w dobrą bazę. Dopiero przy jedzeniu przypomniałam sobie (bo wiedziałam, a zapomniałam), że za Choceur stoi Storck (posiadający także Chateau i Moser-Roth). Może nie jest to moja ulubiona marka, ale wiadomość tę przywitałam uśmiechem, bo wcześniej dochodziły mnie nieprawdziwe słuchy o tym, że marka należy do koncernu Ludwig od Schogetten.


Choceur Feinherb Mandel to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z całymi migdałami; wyprodukowana przez WIHA GmbH (właścicielem jest grupa Storck) dla niemieckiego Aldi.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach prażonych migdałów ze słodko-cierpkawą czekoladą o wyraźnie zaznaczonym kakao i palono-piernikowej sugestii. Pierwszy dominował jednak, gdy wąchałam spód. Ogólnie snuła się za migdałami też palona nutka kawy, która z kolei wydała się złudnie... lekko śmietankowa. Połączyła poczucie wytrawności i bezsprzecznie silną słodycz. (Wydaje mi się, że migdały w zapachu wyszły tak prażono właśnie ze względu na ogólną paloność, bo w smaku prażenie wydawało się znacznie delikatniejsze.)

Tabliczka była bardzo, bardzo twarda, co częściowo wynikało z jej grubości. Przy łamaniu lekko trzaskała i sprawiała wrażenie zwartej, solidnej, tak jak i migdały w niej zatopione. Nie pożałowano ich. Głównie całe, wielkie i porządne, jak również duże kawałki (głównie połówki - i to sztuk przeogromnych) wtopiono bez zarzutów. Część łamała się wraz z czekoladą (a część zostawała w którymś z kawałków).
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym (umiarkowanym-wolnym) i bardzo gęsto. Cechowała ją znacząca, maślana tłustość, chwilami zakrawająca o śliskawość, jak również lekko pyłkowy efekt, osłabiający to. Rzeczywiście była pełna i dość zbita. Dodatki wypuszczała ze swych gęstych objęć leniwie. 
Migdałami zajmowałam się już na koniec, głównie gdy czekolada zniknęła. Potwierdziły swą nienaganną jakość. Były chrupiąco-kruche, acz z zachowaną naturalną soczystą tłustość. Obstawiam, że leciutko je podprażyli.

W smaku od początku czekolada serwowała sporo słodyczy. Cukier mieszał się z cukrem bardziej palonym, a więc wręcz karmelem. Mimo to, wydawała się wręcz słodziutka. Słodycz po chwili dopuściła do siebie także migdałowy wątek.

Migdały zdawały się integralne z czekoladą, gdyż pojawiło się między nimi pewne... maślane złagodzenie. Skojarzyło mi się z delikatnymi, tłustawymi i teoretycznie miękkimi piernikami w glazurze... coraz bardziej korzennymi. Piernikami zdecydowanie cukrowymi, wręcz z naciskiem na cukrową glazurę.

Otóż szybko poczułam leciutką gorzkawość, może nawet cierpkość o palonym charakterze, przejawiającej się coraz odważniej jako kawa i pierniki. Kawa trochę dopraszała się o śmietankę, podszeptywała ją. Chwilami może i dałabym radę się nabrać, że jest to czekolada śmietankowa. Z tym że... biorąc pod uwagę wyraźną nutę migdałów... czekolada ze śmietanką migdałową? Jednocześnie wciąż trzymała się wytrawności, co podkreśliła drobna cierpkość. W tej z kolei raz i drugi umykała przede mną smakowa tłusta polewowość.

W połowie rozpływania się kęsa w słodyczy i palono-prażonym tonie wyraźnie rozgościły się pierniki z dżemami bliżej nieokreślonymi (może nawet bardziej z nadzieniem? np. orzechowym), ale nieco cierpkawymi, przesłodzonymi. Wciąż jednak smacznymi. Pierniki z maślaną nutą... pełne migdałów. Ich smak wyraźniej czuć już w połowie rozpływania się kęsa, gdy zaczęły się wyłaniać (nie musiałam ich gryźć). Podkreśliły gorzkawość, uwypukliły paloność, a i słodycz przecięły. Były to jedynie podprażone, świeże migdały, mieszające się z piernikowym, nieco zbyt słodkim otoczeniem.

Z czasem słodycz, jakby pod wpływem wytrawnego splotu goryczki i cierpkości, zrobiła się nieco bardziej waniliowa. Zaczęła mimo wszystko dawać się we znaki niemal drapiąc w gardle. W smaku podporządkowała się palonościom, ale i cukrem wciąż nieco zajeżdżała. Ogólnie jednak zwłaszcza dzięki migdałom, smakowo udało się jej wyjść w miarę przystępnie. Na koniec wyszło to jak przesłodzona, nieco karmelowo-waniliowa przez syropy kawa z cukrowymi piernikami w glazurze.

Gdy zajęłam się migdałami, oczywiście to one dominowały, wyciszając słodycz, osłabiając posmak wszystkiego. Smakowały w pełni sobą. Cudownymi sobą! Były świeże, podkreślone minimalnym prażeniem, a więc charakterne i wciąż... naturalnie słodkawe i "suchawo"-maślane w smaku. Ta ostatnia nutka mieszała się z  czekoladową cierpkością i maślanością. Pochłaniały się wzajemnie, aczkolwiek... po migdale, robiąc kęsa z większą ilością czekolady, tę postrzegałam jako słodszą (kontrastowo).

W posmaku pozostały oczywiście migdały głównie delikatnie podprażone, lekkie palone przesłodzenie i cierpkość kawowo-piernikowa. Czułam sugestię wanilii, mnóstwo cukru, ale wkomponowanych właśnie w te nuty.
Po trochę więcej niż pasku, drapiąca (już nieustannie) słodycz w gardle mi przeszkadzała, acz dzięki migdałom odczucie smakowe nie było strasznie cukrowe. Tłustość z kolei tylko chwilami, bo i od niej ratowały migdały. Przy pierwszym podejściu podczas zdalnego nauczania zjadłam 4 paski, co prawda potem nieco zdychając z cukrowości, ale też bez efektu "błagam zabierzcie to ode mnie", bo wciąż było smacznie.

Czekolada mimo przesadniej słodyczy miała przyjemne nuty kawy i pierników. Lekka nutka wanilii i sugestywna śmietanka pasowały jak najbardziej. Migdały wydawały się być i w kawie (jako syrop), i w piernikach... wszędzie! Także jako składowa nuta. Czekolada musiała nimi przesiąknąć, co wyszło na dobre. Nie ukrywam jednak, że z nut, to wolałabym jakieś pierniki w czekoladzie / polewie, a nie glazurze. Tak samo zdecydowanie wolałabym niższą tłustość, ale przy tej zawartości kakao, aż tak nie dziwi. Zjadłam jednak prawie całość podczas wykładów (rozbijając na dwa dni, a już tylko ostatni pasek oddając ojcu).


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 10 zł (za 200g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (ale mogłabym np. w góry, gdybym była w sklepie, była ta, a nie było nic ciekawszego)

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy

niedziela, 18 lipca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Colombia Tumaco Dark 80 % ciemna z Kolumbii

Gdy dobra marka bierze się za kakao z Kolumbii, zawsze wychodzi coś pysznego. Pamiętając Beskid Kolumbia Tumaco Dark Milk 65 % nie mogłam doczekać się dnia spróbowania czysto ciemnej wersji. Tym bardziej, że posiadana zawierała zawartość kakao, która bardzo mi się podobała. Zawsze żałuję, że w przypadku czekolad plantacyjnych marki trzymają się raczej okolic 70 %.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Colombia Tumaco Dark 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80%  kakao z Kolumbii, z regionu Tumaco.
Rafinowana i konszowana min. 48 godzin.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach soczystych grejpfrutów (może z odrobiną limonki?) ze śmietankowo-jogurtowym tłem. Miały rześko-wilgotny, delikatnie kwaskawy wydźwięk. Osłodziły je kwiaty - ciężkawe, ale nie duszące, a również rześkie. Niemal zrównane z nimi było gorzkawo-ziemiste kakao, przejawiające orzechowe skłonności. Wskazałabym fistaszki, masło orzechowe mieszane (z różnych, ale 100 % orzechów), gorzkawe włoskie. Kompozycji trochę charakteru dodał dym, ale zdawała się raczej nasączono-wilgotna.

Przy łamaniu, czarna z jakby soczystym przebłyskiem, tabliczka trzaskała bardzo głośno. Była bardzo twarda i zwarta, a wydawany przez nią trzask skojarzył mi się ze zwielokrotnionym odgłosem miażdżonego szkła.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, ale raczej powoli i idealnie gładko. Chwilami wydawała się aż oleiście-śliskawa i ciężka, ale jednocześnie kremowa. Nieco oblepiała usta, po czym jej oleistość zmieniała się w soczystość.

W smaku od początku czułam wyraźną i głęboką słodycz, gonioną z drobnym opóźnieniem przez gorzkość. Obie cechowała niska paloność i pewna soczystość.

Oto gorzkość uderzyła i rozeszła się dynamicznie. Zaczęła od nieco węgielnej kawy. Otarła się nawet o specyficznie goryczkowato-maślaną nutę tahini (pasty z sezamu) oraz grejpfruta bardzo dojrzałego i soczystego, z goryczkowatą skórką. Z jednej strony wnosił drobną kwaskawość, z drugiej zaś... dodawał słodyczy egzotycznego wydźwięku.

Słodycz zawarła w sobie sporo paloności, kojarząc się z karmelem (a tahini jakby na chwilę mignęło chałwą, po czym zniknęło), jednak... Zaraz zmienił się on w "karmelowe suszone owoce". Pomyślałam o scukrzonych rodzynkach, suszonych bananach... Potem coraz więcej było łagodzących cytrusowych kwiatów, więc zdarzyło mi się pomyśleć o niezbyt dojrzałym kaki.

W tym czasie, jak już o łagodności, w kwaskawej strefie pojawił się łagodny jogurt. Z racji tłustości z czasem, na pewno jakoś w połowie rozpływania się kęsa, pomyślałam o śmietance i... maślanej nucie? Jakby jakiś taki słodki krem (do ciasta / deseru?)? Skojarzyło mi się to z niedookreślonym skyrem albo śmietankowymi lodami... sezamowymi? Na pewno czymś związanym z nabiałem.

Nabiałem wspartym nutą kwiatów cytrusów (bo o ich soczystości) czy nawet potem ogólnej roślinności (sugestie sezamu dziwnie dopowiedziały nabiałowi "wegańskość"). Słodycz śmietankowo-maślana, wspierana owocami przeskoczyła na tor bananowy. Kaki, banan... może średnio dojrzałe, bo jednak wybiegi ku kwaskowi pewnych owoców nabudowały i swoistą cierpkość, ale nie brakowało im słodyczy. Karmel mieszający się z sezamo-maślanością podkreślił je, jakby jednocześnie częściowo też je budując.

Gorzkość z kawowo-grejpfrutowej przeistoczyła się w ziemię. Odrobina pikanterii zaplątała się po czym... wydała się należeć do rozgrzewania tylko co zaparzonej czarnej kawy. Być może wciąż lekko przyprawionej korzeniami. Węgielna kawa o coraz bardziej orzechowych nutach przypomniała łagodniejącej całości o zawartości kakao.

Maślaność bliżej końca zdecydowała się na bardziej orzechową. Nabiał wmiksował się w węgielno-ziemistą wręcz pastę (z sezamu?)... W ziemi jakby kryły się zawilgocone orzechy... może zmiażdżone? Włoskie? Fistaszki? Nieco gorzkawe i... z nutą dymu? Czułam się, jakbym miała do czynienia z masłem z orzechów włoskich oraz nimi samymi z gorzkawymi skórkami. Skórkami... w które wsiąkał dym.

Dym pod koniec zasnuwał i wyciszał wszystko.

Tak, by w posmaku została goryczka dymu, węgla i kawy podszyte orzechami (może też sezamem) oraz soczystością grejpfrutów (niezbyt mocnych w smak sam w sobie), poprzez nabiał mieszających się z owocami egzotycznymi słodkimi i suszono-karmelowymi.

Całość była wprost przepyszna. Zdecydowanie gorzka, słodka wielopłaszczyznowo, ale nie mocno. Delikatne kwaskawe motywy przebijały się, nadając soczystości, ale nawet nie próbowały wyjść na przód, co pozwoliło gorzkości na wyeksponowanie kawy, orzechów, sezamo-węgla i odrobiny ziemi. Cudowny splot, w którym jedno wynikało z drugiego. Kompozycja nieco mniej owocowa niż jej podobne, a więc bardzo wyróżniająca się, ale wciąż z kolumbijską specyfiką i nabiałem. Zakochałam się.

Pod względem nut dzisiaj prezentowana przedstawiła się jako bez dwóch zdań ciemna wersja Beskid Kolumbia Tumaco Dark Milk 65 %. Zamiast kaszo-orzechów i cappuccino tamtej, ta raczyła orzechami i kawą. Banany podobne, cytrusy trochę się rozbiegły, ale były w obu. Obie były nabiałowe, szlachetnie i łagodnie słodkie, jednak zasadnicza różnica tkwi w tym, że Dark Milk 65 % postawiła raczej na kwasek owoców, a dzisiejsza skupiła się na gorzkości.
Nabiał i grejpfrut to też Tibitó Meta 80 %, jednak Beskid i w tym zestawieniu nie poszedł w kwaśne owoce (wiśnie Tibitó). 


ocena: 10/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy

sobota, 17 lipca 2021

Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted ciemna surowa z Tanzanii aromatyzowana bourbonem

Uwielbiam whisky i skłamałabym pisząc, że wraz z tym jak moje uczucia do czekolad z alkoholem osłabły, przestały mnie interesować czekolady z whisky. A że bourbonowi do whisky blisko... wiadomo. Ziarna kakao leżakowane w beczkach po bourbonach brzmiały intrygująco. A gdy tylko sobie pomyślałam o orzechach marynowanych w winie z Zottera White Praline + WineNuts, o jednym z najlepszych Lindtów, czyli Whisky... wiedziałam, że to będzie zupełnie coś innego. Coś innego, zupełnie nowego dla mnie, ale zapowiadało się równie smacznie. I wciąż kakaowo, a nie alkoholowo. Najlepsze było to, że... to alkoholowa czekolada, ale nie z alkoholem, ha! Po prostu zrobiona z kakao, które dwa miesiące leżakowało w beczce po bourbonie. Wiedząc, jak kakao nasiąka wszelkimi nutami, byłam bardzo ciekawa efektu. O tyle bardziej, że coraz mniej interesowały mnie "czekolady z alkoholem po prostu".
Jedynie wymieszanie cukrów budziło we mnie wątpliwości. Lubię smak syropu klonowego, ale to, jak wychodzi cukier klonowy w czekoladach mnie nie przekonuje. Wiem jednak, że nie powinnam rozsądzać na podstawie jednej czekolady (Zottera Squaring the Circle 70% Dark Choc with Maple Sugar), ale... ogólnie zamienniki cukru trzcinowego (czy też białego) w czekoladach rzadko mnie chwytają. Bałam się o tyle bardziej, że przez pomyłkę przy składaniu zamówienia kupiłam dwie tabliczki (co w sumie i tak jest raptem połową mojej czekoladowej dziennej normy).
Kakao do niej zostało zakupione od kooperatywy lokalnych, małych producentów Kokoa Kamili.

Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 82 % surowego kakao z Tanzanii, leżakowanego przez dwa miesiące w beczce po bourbonie.

Po otwarciu poczułam delikatną woń słodkich wiśni i wilgotnej, gęstej ziemi z lekko cytrusowym akcentem. Ten słodko-gorzki splot związało lekkie wędzenie. Za jego sprawą pomyślałam o ciemnym stoucie i drewnie / drzewach, ale też... o chrupkim, a nasiąkniętym czymś pieczywie pszennym (np. bagietce?), może drożdżowym. Takim na śniadanie... do kawy? 

Tabliczka trzaskała głośno, przy czym minimalnie się kruszyła, ale przy odgryzaniu kawałka nie sprawiała wrażenie twardej. 
W ustach rozpływała się zalepiająco-kremowo, ale nie gęsto. Robiła to w tempie umiarkowanym i łatwo, mimo że była dość zbito-zwarta. Mimo że z leciutko oleistą mazistością, daleko jej do tłustości czy ciężkości. Okazała się tłusto-gładka powierzchownie, a z czasem prezentująca się jako szorstka. Zdarzyło mi się trafić na drobinkę-dwie nierozpuszczonego cukru. Z lepkiej, niemal ziarnistej mazi wypływał po paru chwilach ogrom soku i całość tak znikała - jak gęstawy sok.

W smaku w pierwszej chwili poczułam paloną słodycz. Splótł się w niej syrop klonowy i karmel, które zaraz zaczęły nieco "ciemnieć", przybierając poważniejszy charakter, ale i łapiąc pewien dystans.

Zaraz pojawiła się także soczystość - również związana ze słodyczą - jogurtowych wiśni, przy czym kwasek najpierw był znikomy. Stłoczyły się wokół wręcz nieco mdląco-neutralnego motywu "wiśni z czegoś". Do głowy przyszła mi wanilia i pszenny wypiek... Nawet nie wiem, czy ciastowy, bo właśnie neutralność tej nuty była znacząca. Drożdżowo-pszenna? Chlebowa? I nieco maślana? Czułam, jakby od tyłu zaczęła ją trochę ośmielać torfowa mgiełka. 
I niespodziewanie usta zalała soczysta kwaśność, jakby żywo protestując.

Cierpkie wiśnie znalazły się na pierwszym miejscu, a kwaśno-soczyste cytryny żywo je dopingowały. Jogurtowa nuta zaopiekowała się "łagodzącymi maślanościami".

Chwilę później poczułam także subtelną gorzkawość, wspieraną przez palono-wędzoną nutę. Właśnie torfowe echo znów się odezwało. Wydawały się iść ramię w ramię, ale nie były jednością. Kojarzyła się z whisky / bourbonem, nawet nieco rozgrzewając język. Gorzkość prędko nasiliła się, przytaczając ziemię i kawę. Wiśnie i w nich uwypukliły odrobinkę kwasku, nasączając to soczystością, już nie tylko swoją, ale ogólnie owoców czerwonych (też porzeczek? żurawiny?) podkręconych cytrusami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wywalczyła miejsce na pierwszym planie obok słodyczy. Torfowość tego była dzika, mokra, a jednocześnie czysta (aż się chciało z rozkoszy rękoma zagrabić tę ziemię). Oczami wyobraźni zobaczyłam porastające czarną ziemię drzewa (klony?) i drewno jako meble... koloru mahoniowo-wiśniowego? Też jakby soczyście-zawilgocone od chłodnej, mglistej aury. Z jednej strony delikatne, a z drugiej takie, od których aż bije siła. Pomyślałam o szyszkach (?) i różnych orzechach / pestkach, w których było coś odrobinę ostrzejszego. Ta nuta nieco rozgrzewała język niczym bourbon... na które to poczucie z czasem napłynęła także jego waniliowo-drewniana nuta. Taki pity jesienią z odrobiną pikanterii i słodyczy tej pory roku.

Przemieszawszy się ze słodyczą klonowo-karmelową, rewelacyjnie oddawała bardzo waniliowo słodkiego whisky-burbona o drzewnym smaku, pozbawionym jednak alkoholu czy mocarności. Ponownie trafiłam na lekką drożdżowość / chlebowość. Znów pomyślałam o stoucie i kawie (kawowym stoucie?), co dopięło ziemisto-torfowe kakao.

Pod koniec zrobiło się nieco cierpkawo, nieco kawowo i owocowo. To już splot wiśni i... porzeczek? Zgranych cytryną.

W posmaku czułam słodką "wiśnię z czegoś" (np. jogurtu), w waniliowo-maślano-słodkim, a jednocześnie soczystym otoczeniu. Towarzyszyło temu poczucie... "orzechowo-alkoholowej" suchości? Jakbym najadła się surowych orzechów ze skórkami, wypiła coś... a jednocześnie zakropiły to wiśnie, porzeczki i odrobinka cytryn. Ostały się, trochę ściągając, co równoważył motyw syropu klonowego.

Czekolada okazała się i pyszna, i zaskakująco przyjemna jeśli chodzi o strukturę. Podobało mi się, jak szorstkość mieszała się ze specyficznie oleistym surowym kakao oraz że dzięki temu nie było za tłusto. 
Jej smak to popis ziemiście-kawowego, surowego kakao o odpowiedniej gorzkości i smakowitej kwaśności wiśni, z bardzo istotnym motywem bourbona - nawet nie jako on sam, ale dodanie wszelkich nut drzewnych, pikantniejszych. Cudnie podkreślił to klon (w sumie syrop klonowy sam w sobie kojarzy mi się nieco z whisky). Tabliczka połączyła charakterność z niemal neutralną łagodnością, co bardzo mnie zaskoczyło i ani trochę nie przeszkadzało. Świetnie to rozegrali. Owocowość i ziemistość o takim dosadnym, ale nie siekierowym wydźwięku, wyraźna kwaśność i zaskakująco istotna, mocna (acz nawet nie to, że wyjątkowo wysoka) słodycz, a stonowana gorzkość przy tej zawartości mnie zaskoczyły.
Szczerze cieszyłam się z posiadania dwóch. Mimo wszystko to nie czekolada, którą kupiłabym ponownie (właśnie choćby ze względu na słodycz i kwaśność, a znikomą gorzkość i jednak "zabarwienie" kakao), jednak na tyle pyszna, że degustacja jedynie 25 gramów pozostawiłaby niedosyt.


ocena: 10/10
cena: 34 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 480 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, cukier klonowy, tłuszcz kakaowy