sobota, 3 października 2026

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit biała marakujowo-jogurtowa / z marakują i jogurtem

O tę tabliczkę wchodzącą w linię Labooko Fruit nie prosiłam z prostej przyczyny: nie lubię białych, a w dodatku nie jestem wielką fanką marakui. Na pewno nie chwytają mnie marakujowe rzeczy. Włożyłam ją do komody z myślą "o rany, kiedy to ja się za nią zabiorę?" i nie myślałam o niej. Przypomniałam sobie w dniu degustacji Pink Grapefruit (która czeka na publikację w kolejne). W niej warstewka czekolady marakujowej wydała mi się... dziwna, łagodna. Zdecydowałam, że wezmę ją na kolejny wypad w góry, jadąc z bardzo świeżym wspomnieniem.
Otworzyłam ją na podejściu na Kozi Wierch w marcu, czyli w sumie jeszcze tatrzańską zimą. Ale na pewno nie w zimowych warunkach. Było ciepło prawie jak latem. Taka słoneczna czekolada (jak określił ją sam Zotter) więc wpasowała się w klimat wyprawy.

Zotter Labooko fruit Maracuja / Passion Fruit to biała czekolada marakujowa ze sproszkowaną liofilizowaną marakują oraz jogurtem.

Po otwarciu poczułam zapach egzotycznych owoców, w tym wyraźnie wyczuwalnej, nadrzędnej marakui. Zmieszanej jednak z mango, brzoskwiniami i cytrusami tak intensywnymi, że mogłabym się kłócić, że je też dodano. Owoce były soczyste, ale przybrały też sporo pudrowej słodyczy. Pomyślałam o egzotycznych cukierkach pudrowych, choć całość nie wyszła mocno cukierkowo. Czuć też trochę wanilii, zdradzającej udział białej czekolady. Acz z ciężkością poskromioną jogurtem i / lub maślanką.

W dotyku tabliczka wydała mi się sucha, pylista i zarazem tłusta. Jej twardość miała w sobie coś z polewy, co przełożyło się na chrupkie trzaski podczas łamania. 
W ustach czekolada rozpływała się bardzo ochoczo, średnio-szybko. Zaraz zrobiła się miękka i kremowo-maziście pokryła podniebienie. Po chwili dała się poznać jako pudrowa i wręcz proszkowa, a także soczysta. Coraz bardziej soczysta. Soczystość nie przeszkodziła tłustości w pokazaniu się. Ta jednak trzymała się z tyłu, mimo że niewątpliwie była co najmniej średnia.

W smaku czekolada przywitała mnie delikatnym motywem cytryny, po czym rozlał się wątek ostrożnie mleczny.

W tle przemknęła słodycz niemal kajmakowa, trudna do uchwycenia, bo bardzo wycofana, nieśmiała.

Jako że kwaśność nie zwlekała i dosłownie ułamek sekundy później też wchodziła do gry, pomyślałam o jogurcie i maślance.

Słodycz wkroczyła odważnie, niosąc ogrom owoców egzotycznych i żółtych. W pierwszej chwili miały w sobie coś pudrowego, coś z gumy rozpuszczalnej, ale wraz z tym, jak po ustach rozlewały się kolejne soczyste fale, ta nuta odeszła w niepamięć. Poczułam marakuję, ale jakby tylko jako składową soczystej, słodko-kwaśnej mieszanki cytrusów, mango, brzoskwini i innych. Słodycz w dużej mierze płynęła z owoców, przeplatając się z kwaśnością tak, że choć wyraźna, wydawała się przyjemnie niska i naturalna. Z czasem, w oddali zatliło się coś trochę cukierkowego, ale trudnego do uchwycenia.

Jogurtowy motyw polubił się z owocami i z czasem owocowy jogurt i kwaśna owocowa maślanka rozgościły się na dobre. Wniosły rześkość, która jeszcze podkreślała soczystość owoców.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa marakuja zaczęła wychodzić na przód owocowej mieszanki. Dała się poznać jako bardzo świeża, niczym sok, lejący się z surowego owocu.

Za marakują zaznaczyła się szlachetna, słodka biała czekolada i nienachalna maślaność. Pozbawiona ciężkości. Może nawet w porywach z wanilią? Jogurt i maślanka przypomniały sobie o mleku, które przecież je wprowadziło.

Marakuja zaczęła trochę trącić na jednoznaczności. Chyba kontrast ze słodyczą sprawił, że jej kwaśność zrobiła się cytrynowa.

Ten raczej cytrynowy wątek, zmieszawszy się z delikatną, ale niewątpliwie obecną słodyczą nagle przybrał postać cytrynowej gumy rozpuszczalnej, np. Mamby. Wciąż wokół kręciło się sporo innych egzotycznych owoców, więc nie był to na pewno pierwszo planowy smak, ale dość znaczący.

Po zjedzeniu został posmak mieszanki świeżej surowej marakui i cytrynowej gumy rozpuszczalnej (Mamby!). Łączył naturę z jakby lekką cukierkowością oraz słodycz i kwaśność prawie w równych proporcjach. Czułam też rześkość i soczystość, co trochę rekompensowało Mambę.

Czekolada była dobra i niespotykana. Choć nie taka klarownie marakujowa, to przyjemnie egzotyczna. Lekka, rześka, soczysta i po prostu ciekawa. Czuć jej subtelną, szlachetną biało czekoladowość, ale bez choćby odrobiny ciężkości. To, jak marakuja mieszała się z iluzorycznymi nutami cytryny, brzoskwini i mango oraz motyw jogurtowo-maślankowy wyszło naprawdę smacznie. Orzeźwiająco, nie zasładzająco. Gdy pomyślałam o trochę podobnej (z założenia, formy) Zotter Labooko fruit Mango Lassi - dziś przedstawiana wyszła znacznie lepiej!
Ciekawe, że w Zotter Pink Grapefruit dziś przedstawiana wyszła... mniej bogato owocowo. Jednocześnie nie jestem przekonana, czy taka, tak złożona czekolada, nadaje się jako dodatek do innej.

Dziś przedstawiana niewątpliwie cierpi na brak jednoznaczności tytułowego owocu jak Zotter Labooko fruit Johannisbeer / Blackcurrant, ale była równie smaczna i ciekawa. Tak jak tamta jednak nie jest czymś, co sprawia mi przyjemność, nie widzę sensu w jedzeniu takich rzeczy, więc po zweryfikowaniu odczuć w domowych warunkach, połowę oddałam Mamie.

Mama tak ją opisała: "Bardzo fajna, biała, a taką bardzo rześka, lekka, soczysta. Kwaśna, że gdy zjadłam wszystko, co dostałam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie za kwaśna. Zależy, jak sama marakuja smakuje, bo ja ją znam tylko z jogurtów, gdzie występuje z brzoskwinia. Nie wiem, co tam jeszcze w niej czułam. Cytrynę? Ogólnie bardzo dobra, taka chyba na 8, na pewno jedna z lepszych z tych jego nowości tegorocznych". Gdy podsunęłam, że jogurt, usłyszałam:" Ach, jogurt! No tak, to wiele tłumaczy".


 ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 36%, marakuja liofilizowana 11% (maltodekstryna, koncentrat soku z marakui), jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka, emulgator: lecytyna sojowa

piątek, 2 października 2026

jogurt Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą

Jakby mi jakiś czas temu ktoś powiedział, że ten post się tu pojawi... Hm, w sumie nie. Jestem zbyt ciekawska, by się dziwić, że porwałam się na ten produkt. Nie cierpię pączków i bardzo nie lubię skyrów. Więc...? Więc na logikę powinnam się trzymać od tej biedronkowej nowości z daleka. A jednak! Przeważył fakt, że lubię różane smaki. Gdyby to nawiązywało do paczka z jakimkolwiek innym nadzieniem, nie byłoby najmniejszych szans, bym się na to porwała. Wprawdzie dla różanego pączka wyjątku bym nie zrobiła (czasem mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, na której żadne tłuste czwartki wrażenia nie robią i pączków i tak nie lubię), ale skyr aż tak straszny jednak się nie wydawał. W dodatku to i tak było... A zakładałam, że znając życie tylko spróbuję, będzie niesmaczny i oddam Mamie. To ona bowiem w ogóle to dziwo kupiła. Jak to ujęła, "takie dziwne, że musiała wziąć", mimo że też nie lubi skyrów. Kupując, nie wiedziała, czy bierze to sobie, czy może ja się skuszę. A jako że wspomniany Tłusty Czwartek dla mnie jest dniem jak każdy inny, recenzja spędziła w kolejce do publikacji bardzo długo. 

Fruvita Skyr Smak Pączka z Różą to jogurt typu islandzkiego ze wsadem o smaku pączka z różą.

Po otwarciu poczułam zapach, który od razu skojarzył mi się z malinowym serkiem homogenizowanym. Był trochę duszny, słodkawy, ale też cierpki w bardziej jogurtowym stylu. Gdy zaczęłam mieszać, ta duszność wydała mi się bardziej sztuczno-stęchła, a w trakcie jedzenia mnie olśniło: to motyw mdło biszkoptowy jak z serków biszkoptowych. Gdy dokopałam się do wsadu, poczułam lekki, rozwodniony, słodki motyw czerwonych owoców.

Odpowiednio wcześniej przed jedzeniem wystawiłam skyr z lodówki, by doszedł do temperatury pokojowej.

Zawartość kubeczka była bardzo gęsta, wręcz sztywna. Powiedziałabym, że to typowy skyr, konsystencją podszywający się pod serek.
Pod nim znalazł się rzadki wsad, o bladym, zaskakująco bezowym kolorze i strukturze wodnistego, rzadkawego przeciero-żelu.

W trakcie jedzenia biała część okazała się faktycznie gęsta, jakby trochę śmietanowo gładka, ale nie realnie tłusta. Przez to wręcz cierpka. Skyr ten trochę ściągał zęby. Bliżej spodu zabarwił się na bladoróżowy kolor od wsadu.

Wsad cechowała wodnistość i niska lepkość. Gdy zagarniałam tylko go, kojarzył mi się z mocno rozrzedzonym wodą żelowym przecierem. W zasadzie z zagęszczoną wodą z dodatkiem przecieru.
Rzadki wsad i gęsty skyr trochę mieszały się ze sobą, co im na dobre wyszło.

W smaku biała baza wyszła przede wszystkim kwaskawo skyrowo. Mnie kojarzy się to z połączeniem jogurtu i serka. A jednak wyraźnie wyłaniała się z niej nuta duszno-biszkoptowa, typowa dla serków biszkoptowych. Ze względu na to, jak delikatna była, denerwująco pobrzmiewała, chwilami jawiąc się jako niedookreślona.

Przez tą nieokreśloność wydawała się lekko sztuczna. W dodatku nie służył jej w zasadzie brak słodyczy, która w serkach biszkoptowych występuje. Echo biszkoptowego serka ze skyrową cierpkością wyszło osobliwie.

Masa skyrowa z pobliża wsadu prezentowała się nieco lepiej - tam, gdzie zabarwiła się na różowo, biszkoptowa nuta była nieco wyraźniejsza, a i skyr przejął trochę słodyczy wsadu. Poszedł dzięki temu w kierunku bardziej serkowym. Wciąż jednak serka nijakiego, słodkiego i lekko pobrzmiewającego biszkoptowo- i już trochę owocowym smakiem. Powiedziałabym, że to serek homogenizowany lekko malinowo-truskawkowy (ani malinowy, ani truskawkowy, ale trochę kojarzący się z tymi owocami). Różowa część skyra pobrzmiewała mi Danone Gratką (trauma dzieciństwa).

Gdy spróbowałam samego wsadu, okazał się bardzo słodki i wodnisty, a jednak trochę faktycznie czerwono owocowy. Jak mocno rozwodniona marmolada ogólnie owocowa. W dodatku... był zaskakująco biszkoptowy. Nie jakoś mocno, ale jednak. Owoce dzikiej róży trudno było w nim wyróżnić. Na pewno nie czuć tu róży jako płatków, kwiatów. To róża-owoc. Tylko że wyprana z charakteru i cierpkości.

W przypadku próbowania wszystkiego obok, połączenie duszno biszkoptowego, cierpkiego skyra i nijako-słodkiego wsadu wydało mi się zwyczajnie osobliwe, okropne. Ciastowo-owocowawe, robione po kosztach. Sztuczność i cierpkość taniego nabiału nie odpuszczała. Przemieszane smakowało to jako tako. Jak lekko biszkoptowy, nijaki "powiedzmy, że z nutką malinowo-truskawkową" serek. Jakby tak do skyra dodać po trochu produktów Danone: jogurtu biszkoptowego i truskawkowej Gratki.


Po zjedzeniu została cierpkość i duszny, sztucznawy motyw pseudobiszkoptowy, typowy dla serków. Czułam wodniście-cukrowy, nijako owocowy tani dżemor, nieprzyjemnie mieszający się ze skyrową cierpkością.

Całość bardzo mi nie smakowała. Nie obniżam oceny za to, że skyr był skyrem, a ja skyrów nie lubię, ale za to, że to produkt nieprzemyślany. Cierpki Skyr zwyczajnie do takich smaków nie pasuje. Założę się, że serek homogenizowany lepiej by to udźwignął. Biszkoptowa nuta wydawała się zbyt nieśmiała, by skyr ten nazwać biszkoptowym, a jednak na tyle silna, by denerwować. Bez wyższej słodyczy wydawała się dziwna. Ale tam, gdzie warstwy się mieszały i było słodko, też nie chwyciło.  słodycz, która osiadła we wsadzie, też nie działała na plus. Zmieszała się z wodnistością i niesatysfakcjonująco różanym smakiem. Ten zamiast przybrać postać smakowicie płatkowo różanej konfitury, oddawał liche owoce róży, które w sumie mogłyby być czymkolwiek, w znikomej ilości.

Dałam radę tylko trochę, resztę, jak zakładałam na początku, oddałam Mamie. Ona zjadła, ale... Tak to opisała: "Sama nie wiem, po co to w ogóle jadłam. To było okropne. Nie lubię skyrów, to jedno, ale nie dlatego to mi się wydało okropne... Ten smak... Taki trochę jak jogurty biszkoptowe Danone, które kiedyś lubiłam. Ale tamte były smaczne, a to nie było. Taki tylko ich dziwny, za delikatny posmak miało. I pytanie, gdzie pączek, a gdzie biszkopt? To nie to samo. Wsad to jakaś woda bez wyraźnego, określonego smaku. Wymieszałam to wszystko, bo tak to jeszcze jakoś... lepiej? Było. Potem mi się jakby chemią, sztucznością odbijało. Okropne. W ogóle nie wiem, czy do takich stylizacji skyry pasują. I nie wiem, jak to wypada na tle innych skyrów.".


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: 2,49 zł (za 150 g)
kaloryczność: 87 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

  Skład: mleko, cukier, sok z owoców dzikiej róży z zagęszczonego soku 3%, pokruszone ciastko 1% (mąka kukurydziana, cukier, masło, mąka ryżowa, sól), naturalne aromaty, stabilizatory: pektyny, mączka chleba świętojańskiego; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnej marchwi, substancja wiążąca: cytryniany wapnia; kultury bakterii jogurtowych.

środa, 30 września 2026

ChocoMe AtelieR Akesson Dark chocolate bar 69 % ciemna z Madagaskaru

To właśnie tę tabliczkę marki ChocoMe zobaczyłam jako pierwszą. Od razu i się zainteresowałam, i posmutniałam. Oczywiście z powodu, że zawartość kakao jest tak niska. Aż tak ciężko było dociągnąć chociaż do 70%? Normalnie nie kupiłabym o niższej, bo te 70% uważam za minimum, i tak za słodkie. Do tej jednak przyciągnęło mnie kakao od Åkesson’s. Ileż to już lat nie jadłam żadnej ich tabliczki! Były za to czekolady robione z ich kakao właśnie. A to już zawsze coś.

ChocoMe AtelieR Akesson Dark chocolate bar 69 % to ciemna czekolada o zawartości 69% kakao trinitario Acriollado z Madagaskaru, z regionu doliny Sambirano, z plantacji Bejofo Bertila Akessona.

Po otwarciu poczułam delikatny, głównie słodki, ale z zaznaczonym kwaskiem, zapach borówek amerykańskich i malin. Może też trochę jakby niekwaśnych wiśni? O kwasek walczyło trochę cytrusów, lecz ogólna słodycz zdominowała kompozycję. Ta przybrała ciepły, nieco babciny wydźwięk. Owoce, w tym cytrusy, osładzał ciepły, właśnie pieczony sernik ze skórką pomarańczy. Pomyślałam też o cieple promieni słońca, wpadających i mocno rozgrzewających mieszkanie (właśnie jakiejś gościnnej babci). Owoce, głównie borówki amerykańskie, inne drobne leśne za sprawą takich przytulnych tonów wchodziły w sferę trochę pudrowo-cukierkową, w której doszukałam się jeszcze jakby... miodowych, ewentualnie miodowo-cytrynowych tabletek na gardło (Cholinex - moja babcia zawsze je kupowała, a ja ich nie cierpiałam).

Tabliczka w dotyku wydała mi się szorstka i pylista, ale zdradzała też tłustość. Była twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Zaczęła trochę kremowo, lecz potem robiła się coraz bardziej szorstka. Przez pewien czas zachowywała kształt i pewną twardość, ale później pojawiła się soczystość, która je skutecznie rozbiła. Czekolada stała się zawiesiną piasku, pyłku i soku, z czasem zaś znikała wodniście, wciąż z wręcz piaszczystym wrażeniem.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz, która skojarzyła mi się z suszonymi kwiatami. Oczami wyobraźni zobaczyłam przytulny, babciny salonik, w którym stoją wazony z suszonymi bukietami, a który ociepla słońce wpadające przez okna z koronkowymi firankami.

W tle przemknął lekki, cytrusowy kwasek... i skojarzył mi się z cytrynowo-miodowymi tabletkami na gardło, a potem dokładniej z dziwnie "miodowymi" tabletkami Cholinex, po czym usta zalała mi kolejna fala jakby ciepłej słodyczy. Jakby z babcinej kuchni popłynął intensywny zapach właśnie pieczonego sernika. Sernika bardzo słodkiego, ale i leciutko specyficznie kwaskawego, z dodaną skórką pomarańczy. Skórka, choć niewątpliwie cytrusowa, opowiedziała się za słodyczą - wszak musiała to być skórka kandyzowana. Cytryna przeszła na tyły, cały czas lekko pobrzmiewała, ale co innego przyciągało uwagę.

Słodycz zajęła nadrzędną pozycję, kwasek zaś pomykał bokami. Ich przeplatanie się zaobfitowało w trochę owoców leśnych w tym jagód, borówek amerykańskich, które odznaczały się raczej słodyczą. Najpierw jakby w ogóle szły w kierunku pudrowych cukierków? Szybko się jednak zreflektowały. Kwasek był w nich minimalny, aż nagle dołączyło do nich trochę malin i pojedyncze wiśnie... Już, już zebrało się trochę więcej kwasku, po czym owoce przeszły w bardziej dżemowo-konfiturowe klimaty. Kwasek jakby uwięziono na niskim poziomie.

Niska gorzkość pokazała się z ociąganiem. Pomyślałam o skałach... skałach wulkanicznych, bo z pobrzmiewającym echem dymu... ale też po prostu rozgrzanych skałach i również rozgrzanej, suchej ziemi. Gorzkość, poważniejszy, wytrawniejszy motyw znalazł się na dalszym planie.

Ciepło to jednak rosło, chwytając się w zasadzie na co tylko trafiło. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczucie ciepła związało się z ciemno-leśno-czerwonymi owocami, serwując mi kruche ciasteczka z owocowym dżemem oraz nadziane nim małe, kruche rogaliki. Dżemem z mieszanki owoców, niby kwaskawym, ale trochę przesłodzonym.

Sernik, choć i w nim było trochę kwasku, także zrobił się przesłodzony. Pomyślałam o serniku lekko ciepłym, który się jeszcze nie przegryzł w lodówce, więc jest denerwująco słodki. Skórka pomarańczowa kandyzowana stanowiła w nim istotny dodatek, aż nagle... do jej cytrusowości dołączyło trochę cytryny. Znowu zrobiła mi nadzieję na więcej kwasku, ale jednak nic z tego nie wyszło. Kwasek czułam, ale... jakby zamknięty w cytrynowych, przesłodzonych tabletkach na gardło.

Pomyślałam o serniku nie dość, że przesłodzonym, to jeszcze zbyt tłustym, wręcz maślanym.

Choć kwasek za sprawą owoców i ciemnych, czerwonych, i cytrusów starał się, jak mógł, końcowo owoce przybrały trochę cukierkowo pudrowy wydźwięk. Słodycz wydała mi się jeszcze bardziej babcina. Taka... pudrowo-dusznawa, ciężkawa. Wróciła też myśl o suszonych kwiatach. Z czymś ostrawym? Acz tonącym w słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak dżemu z ciemnych leśnych i czerwonych owoców, niby podkręconych cytryną, ale też mocno osłodzonego babcinym sernikiem właśnie pieczonym albo tylko co wyjętym z piekarnika. W jego cieple znalazło się trochę gorącej ziemi, skał, ale w posmaku ogólnie było raczej słodko-kwaskawo; bez gorzkości. Kwasek i słodycz zdawały się jednak jakby dziwnie gryźć w język.

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, uważam ją jako zmarnowany potencjał ziaren. Tak wysoka, rządząca słodycz zgasiła madagaskarską soczystość. Kwasek niby obecność ciągle zaznaczał, ale nie rozwinął skrzydeł. Całość przybrała babciny wydźwięk i choć pieczony sernik to w sumie ciekawa i smakowita nuta, to jednak jego przesłodzenie, maślaność, mieszająca się z resztą słodyczy mi nie leżało. Trochę borówek, jagód i wiśni zatraciło się w przesłodzonym dżemie, a dokładniej ciastkach z dżemem. Suszone kwiaty i odrobinka skał, rozgrzanej ziemi, dymu nie dały rady nadać odpowiedniej głębi i wytrawności tej słodziaśnej kompozycji. Szkoda, bo czuć, że to kakao mogłoby zaprezentować coś ciekawszego, gdyby nie było tak stłamszone ciężkawą słodyczą.
W dodatku nie pasowała mi struktura: zbita i piaszczyście-szorstka, znikająca wodniście-soczyście. W zasadzie nie krytykowałabym jej jakoś szczególnie mocno przy np. mocno soczystym, skalistym, ziemistym smaku, ale w przypadku dzisiaj przedstawianej zupełnie nie pasowała do smaku i klimatu.

Nie kojarzyła się za bardzo z Beskid Chocolate Madagaskar Akesson Bejofo Estate Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao, ani z soczyście owocową, gorzko kawową Akesson's 75 % Criollo Cocoa Madagascar Ambolikapiky Plantation. Już nieco bardziej z Aruntam Sensory Chocolate 72 % Madagascar Bio Dark Chocolate Bejofo Estate Akesson's Beans, w której oprócz cytrusowej soczystości, było wiele innych kwaśnych owoców, ale też np. sernik wiśniowy. Też nie była gorzka, ale przyjemnie herbaciano-ziołowa. W dziś przedstawianej mocno brakowało "tego czegoś".


ocena: 6/10
kupiłam: cokobanka.cz
cena: €6,58 (28 zł; za 50g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier, tłuszcz kakaowy

wtorek, 29 września 2026

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów

Kiedy zleciłam ojcu trzy wówczas nowości Sante: kremy słodzone z daktylami, byłam zaciekawiona, ale nie na tyle, by dokładniej się nimi interesować, co i jak. Wystarczyło mi kontrolne spojrzenie na składy. Wtedy uznałam, że pewnie będą przesłodzone, ale miałam nadzieję, że w stopniu, który nie wyklucza jeszcze przyjemnej uczty. Składy więc widziałam. Nie wiem więc, skąd u mnie przekonanie, że dziś przedstawiany był na bazie orzechów laskowych. Przecież tych w jego składzie w ogóle nie ma. Dziwne. A co było? Moje ulubione orzechy! Włoskie i nerkowce to moje naj. Ale... nauczona doświadczeniem z wybuchami optymizmu byłam ostrożna. Raz, że wymieszanie dwóch najlepszych składników nie zawsze oznacza arcypyszny efekt, a dwa... Słodycz i sól potrafią wszystko zepsuć. Właśnie podobny krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl rozczarował mnie. Ale... stworzyć coś z tym wszystkim oczywiście też można, nie wątpiłam. Ale właśnie i zepsuć. Do kremu podeszłam więc z ciekawością, a jednocześnie trochę sceptyczna.

Sante Krem orzechowo orzechowy z daktylami 84 % orzechów to krem z prażonych orzechów włoskich i nerkowca, słodzony daktylami w proszku.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach orzechów włoskich, osłodzonych motywem łagodnego, wręcz trochę krówkowego karmelu. Karmelu i krówek maślanych, które to skojarzenia podpowiadały nerkowce, jednocześnie do rozpoznania jako one same bez trudu. Słodycz stanęła jednak na średnim poziomie, gdyż przełamywały ją nutki z tła: goryczka skórek orzechów włoskich oraz trochę soli. Ta ostatnia osłabła po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 3,5 łyżeczki, a wymieszałam 2-2,5, może nawet też 3 (trudno się doliczyć). Miałam wrażenie, że ten olej był jakby troszeczkę rozwodniony.
Gdy mieszałam, krem niżej wyglądał na suchy, więc myślałam, że jeszcze później z powrotem doleję więcej, ale nie. Dobrze więc, że od razu tego nie zrobiłam. Z łatwością przyjmował olej i robił się bardziej kremowy, jakby wilgotniał. Mimo to, trudno było uzyskać jednolitą konsystencję, bo grudko-zbitki kremu nie chciały się tak łatwo rozmieszać z resztą, nieco rzadszego, ciągnącego kremu. Widać w nim było coraz więcej drobinek i ciemnych kropek.
Mimo że miejscami krem wyglądał na suchy, jedzony jakby przybierał na wilgotności i przedstawił się z bardzo tłustej strony. Krem był gęsty i zbity, ale w trakcie jedzenia szybko zmieniał się w oleiście miękki. Zalepiał usta i gęstniał w sposób typowy dla czystych past orzechowych. Rozpływał się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej, zapominając trochę o początkowej gęstości. Robił to z łatwością, gdyż zawierał sporo jakby kryształków. Te rozpuszczały się, udając zwykły cukier. Wraz z drobinkami orzechów dołożyły się do niemal ziarnistego, pylistego wrażenia. Nie było to wrażenie miazgowe, jakie czasem tworzą drobinki orzechów. Kryształki z czasem sprawiały wrażenie lekko zawilgoconego cukru. Gdy gryzłam je, także przypominały cukier. Wolałam więc dać im się rozpuszczać. Rozrzedzały więc masę, zmieniając ją w swego rodzaju zawiesinę, walczącą o zwięzłość. Z czasem w tłusto-ziarnistej zawiesinie pobrzmiewała jakby ukryta suchość orzechów włoskich. Całość zaś w końcu łatwo, wręcz trochę tłusto-wodniście znikała.
Ogólnie masa, pogryziona z ciekawości, trzeszczała, skrzypiała i pochrupywała; wtedy miałam wrażenie, że jest z drobnym cukrem.
Po zniknięciu masy i kryształków w ustach prawie nic nie zostawało. Naprawdę pojedyncze drobinki o mniej lub bardziej miękkiej strukturze, tak niewymagające, że nie trzeba było ich gryźć i dziwnie twarde drobinki trochę większe, których nie dało się gryźć, bo były twarde jak kamień - kawałki pestek daktyli czy co?

W smaku pierwsze odezwały się władcze orzechy włoskie  oraz przebłysk wysokiej, złudnie cukrowej słodyczy. Same w sobie orzechy wydały mi się lekko słodkawe, jak takie młodziutkie sztuki, w dodatku pozbawione skórek, ale też z nutką wręcz ciasteczkową tuż obok.

Ciasteczka wyobraziłam sobie jasne, maślane - takie przeuroczo słodziutkie, np. wyidealizowane herbatniki "zwierzaki". Ta ciasteczkowa słodycz wpisała się w orzechowość - nietrudno zgadnąć, że to orzechy nerkowca ją zbudowały. Nie kryły się z tym, że to właśnie one. Nerkowce czuć wyraźnie, ale dopiero za włoskimi.

Słodycz startująca z wysokiego pułapu ani myślała odpuszczać, mimo że orzechy włoskie zajęły pierwszy plan, jawiąc się jako coraz mniej słodkie. Nie to, że robiły się gorzkie, ale po prostu obok pojawiało się coraz więcej słodszych elementów, za sprawą których na jaw wychodził ten poważniejszy charakter lekko prażonych orzechów włoskich.

Ogólna słodycz bowiem rosła odważnie. Przez moment wydała mi się iść w nieco cukrowym kierunku, ale potem znów zaskoczyła na krówkowo-karmelowy tor, a zaraz i daktyle się zdradziły.

Raz po raz w tle przemknęło echo soli, podkreślające orzechy włoskie, ale i motywujące słodycz do działania.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji daktyle rozbrzmiały wyraźnie. Choć w żadnym wypadku nie przesłodziły kompozycji, czasem czuć ich lekko piekący efekt i zbliżały się ryzykownie do przesady. Zgrały się z lekko prażonymi nerkowcami, przywodząc na myśl ciasteczka karmelowe. Nerkowce właśnie nadawały słodyczy naturalniejszego, szlachetniejszego charakteru.

Orzechy włoskie dbały o to, by słodycz nie pozwoliła sobie na zbyt wiele. Raz po raz w tle przemykała delikatna, szlachetna goryczka skórek orzechów. Do głowy przyszła mi też "smakowa suchość", mimo oleistego echa, które pojawiło się przy włoskich. Rzadko, ale jednak, epizodycznie wychylała się odrobinka soli. Słodycz w końcu zdecydowała się trochę odpuścić.

Mimo to, i tak sporadycznie nawet w gardle się zaznaczała, choć faktycznie pod koniec już się oddalała. Nakręcała się nawzajem z tym poważniejszym, goryczkowatym motywem orzechów. Do głowy przyszedł mi wytrawniejszy tort z biszkoptu karmelowego z kremem z orzechów włoskich, a co jakiś czas, z czasem coraz częściej, wychylało się echo soli. Przełamywało słodycz i podkręcało motyw sucho-oleisty (?) orzechów włoskich. Nie jako krem czy tort, a po prostu podprażono-podsmażonych orzechów.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich wraz z goryczkowatym akcentem skórek, ale też ciasteczkowo-karmelowo słodki. Za niego odpowiadały wyraźnie wyczuwalne orzechy nerkowca i nieco mniej wyraźne, ale też do rozpoznania daktyle o wręcz piekących, ale nie przesłodzonym za cięciu. Wyraźnie wyłoniła się też sól.

Krem był smaczny, ale mam zastrzeżenia. Połączył goryczkę orzechów włoskich ze słodyczą niemal krówkowo-karmelowo-ciasteczkową, którą stworzył duet orzechów nerkowca i daktyli. Ciekawie splatały się tu niemal urocza słodycz z wytrawniejszą goryczką. Naprawdę bardzo ciekawa kompozycja, wyważona i zarazem trochę przyjemnie kontrastowa. Ryzykownie słodka, ale to jeszcze nie jest jej jednoznaczny minus. Na pewno minusem była sól, , która niczego dobrego nie wnosiła, a przeszkadzała, będąc jakby dodaną kompletnie bez sensu. Specyficzna, jakby sucho-oleiście-tłusta konsystencja kremów z orzechów włoskich została trochę uładzona i wtłoczona w realia reszty kremów orzechowych (wg mnie moje kochane włoskie niezbyt nadają się na kremy 100%). Wszystko byłoby dobrze, gdy o strukturę chodzi, gdyby nie te sporadycznie trafiające się kamienne drobinki, przez które bałam się o zęby. One i sól przełożyły się na odjęcie 2 punktów, za to 0,5 punktu poleciało za jednak czasem nieco za silną słodycz daktyli i jednak ogólny odbiór.
Niewątpliwie wyszedł więc lepiej niż zdecydowanie bardziej słony krem Basia Basia Dolce Kita Krem z orzechów włoskich Orzech włoski + nerkowiec + daktyl.


ocena: 7,5/10
kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Lidlu)
cena: 11,99 zł (za 180 g; sprawdziłam)
kaloryczność: 625 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy włoskie 52%, prażone orzechy nerkowca 32%, proszek daktylowy 16%, sól

niedziela, 27 września 2026

Zotter Red Fruit / Rote Fruchtchen owsiana 50 % z owocowym kremem z truskawek, wiśni, malin, żurawiny i czekolady białej i kokosowej i nugatem migdałowym z kawałkami marakui, pomarańczy i cytryny oraz cienkimi warstwami ciemnej czekolady

Od dawna chodziło mi to po głowie, acz dopiero pisząc wstęp pod tego posta, zdałam sobie sprawę, za jak bardzo problematyczny uważam termin "czerwone owoce" w odniesieniu do nut np. czekolad. Przecież czerwony jest i grejpfrut, i poziomki, i czerwone porzeczki. Wśród czerwonych owoców są moje ukochane grejpfruty, wiśnie o kwaśno-cierpkim smaku, niemal zasładzające czereśnie, jabłka, a także chyba jedyne powszechne owoce, których bardzo nie lubię, czyli czerwone porzeczki. Kompletnie różne wydźwięki, smaki... Mogą być do sienie podobne, ale też zupełnie inne; mogą współpracować lub się kłócić. Jakie i w jaki sposób połączył Zotter? Kiedyś pewnie od razu w ciemno uwierzyłabym, że z głową, ale obecnie łypnęłam na to podejrzliwie. Sama z siebie pewnie więc nie zainteresowałabym się tą tabliczką. Traf jednak chciał, że ją dostałam. Skład zaś zaczęłam przeklejając do posta na krótko przed degustacją. Wtedy też się trochę zdziwiłam. Czekolada owsiana? Takiej od Zottera nie jadłam. Aż za dobrze kojarzyłam za to "wydziwianą" Zotter Labooko Single White Rice Coconut no sugar added. A jednak... z kolei Zotter Labooko Soy milk / dark wyszła bardzo przyjemnie. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak ta owsiana mogłaby wyjść z czerwonymi owocami... Do głowy szybko przyszła mi myśl, że jeśli coś łączy większość czerwonych owoców w moim odczuciu, to to, że pasują do ciemnej czekolady, niekoniecznie mlecznej albo jakby mlecznej. Coś czułam, że ta kompozycja może nie być najlepsza...


Zotter Red Fruit / Rote Früchtchen to wegańska ciemna "mleczna" czekolada owsiana o 50% zawartości kakao nadziewana (28%) kremem "ganache" z czerwonych owoców: truskawek, wiśni, malinowo-kokosowej kuwertury / białej czekolady, żurawinowej kuwertury / białej czekolady i cytryny oraz (28%) praliną / nugatem migdałowym z kawałkami owoców: marakui, pomarańczy i cytryny, a także cienkimi warstwami ciemnej czekolady. 

Po otwarciu otwarciu poczułam zapach głównie łagodnej czekolady zgranej z migdałami. Sama w sobie wydała mi się bardzo chlebowa, przywodziła na myśl też jakieś ugotowane na słodko kasze z kakao. Zarówno słodycz, jak i chlebowość podkręcały migdały. Wyobraziłam sobie chleb mieszany pszenno-żytni posmarowany korzennym karmelem. Za tym wszystkim stanęły kwaskawe i zarazem lekko pudrowe owoce: przede wszystkim cytryna, ale też czerwone: wiśnie, truskawki, żurawina, a nawet pewna egzotyka. Motyw kwaśnych owoców nasilił się po przełamaniu i w trakcie jedzenia. Cytrusy wystąpiły wtedy na równi z czerwonymi, a i marakuja się pokazała. Przy cytrynie z korzenności chyba wychylił się imbir. Migdały zaś zrobiły się wyraźnie nugatowe.

W dotyku czekolada wydała mi się dziwnie ulepkowata-sucha, a cała tabliczka średnio masywna. 
Przy łamaniu czekolada chrupko trzaskała, a wnętrze dało się poznać jako dość miękkie za sprawą różowego nadzienia. Nugat, wyglądający na suchy, trochę się kruszył, ale i on nie był bardzo konkretny.
W ustach czekolada okazała się niespotykanie gęsta. Potrzebowała chwili, by zacząć się rozpływać, a gdy już zaczęła, poszła w kierunku zbyt gęstego, pylistego budyniu. Pomyślałam o takim, do którego dosypano o wiele za dużo kakao.
Po chwili do czekolady dołączały nadzienia.
Ku mojemu zaskoczeniu szybciej rozpuszczało się nugatowe, czerwona warstwa stawiała najpierw stawiała drobny opór.
Nugat dał się poznać jako zbity, masywny, ale chętnie chętnie zmieniał się w mazistą, tłustą masę. Gdyby nie owocowe drobinki, byłby za tłusty, ale przez nie wyszedł... ślisko. Owocowe wystąpiły w zaskakującej, różnej formie. Były tam głównie trochę zżelowane, gumiaste jakby zlepki soki i pyłku. W większości soczyste, ale niezbyt chętnie się rozpuszczały wraz z nadzieniem.
Krem czerwony był zbity i trochę proszkowy. Rozpuszczając się, wykazywał średnią tłustość, ale mocno miękł. Wydał mi się zagęszczony w sposób czekoladowo-żelowo-galeretkowy. Z czasem zostawało tylko poczucie zżelowania, spójne z narastającą soczystością.
A jednak czekoladowa kremowość nie zatraciła się, bo z czasem, z nadzień wyłaniała się właśnie ona: bardziej tłusto-mazista kremowość czekolady ciemnej ze środka.
Na koniec w ustach prawie nic nie zostawało: jakieś resztki rozpuszczających się owocowych zżelowanych glutków i dosłownie pojedyncze skórki. Gryzione, zanim zupełnie się rozpuściły, lepiły się do zębów.

 W smaku czekolada przywitała się delikatną słodyczą i znikomą gorzkawością kakao. Po chwili splótł je roślinny motyw, na który powoli nałożył się obraz jakiejś kaszy ugotowanej na wodzie, ale za to z kakao, przyprawami korzennymi i karmelem. Słodycz rosła, ale ogólnie trudno stwierdzić, do jakiego poziomu, bo wnętrze szybko dochodziło do głosu. Przygłuszało jej specyfikę, a już na pewno owsianość. W zestawieniu z nadzieniami odlegle kojarzyła mi się po prostu zbożowo, czasem trochę chlebowo.

Czekolada spróbowana osobno była wyraźniej owsiana i wręcz pikantna, ale też trochę rozwodniona. Kakaowość mieszała się w niej z korzennym ciepłem. A to zaś ze słodyczą aż nieco piekło w język. Sama w sobie była znacząco słodka w ciężki, melasowo-korzenny sposób. Sama kojarzyła się trochę z melasowo-karmelowymi ciastkami korzennymi.

Do głosu szybciej dochodziło nadzienie czerwone, nugatowe trzymało się z tyłu, pobrzmiewając delikatniej.
Z czasem kakaową nutę podkreślała gorzkość warstwy czekolady ciemnej. Wydała mi się soczysta, a przynajmniej harmonijnie zgrana z soczystością nadzień.

Krem z czerwonych owoców przebijał się kwaśnością cytryny i wiśni, chyba też żurawiny, do których dołączała trochę leniwa słodycz. Przybrała trochę pudrowy wydźwięk. Poprzez nią wkroczyła mieszanka czerwonych owoców. Pojawiły się truskawki, w porywach chyba maliny, po czym wszystkie one zmieszały się w motyw po prostu czerwonych, bardzo soczystych i zaskakująco świeżych owoców.

Krem spróbowany osobno okazał się kwaśniejszy, ale nieco wyraźniej czerwono owocowy. Nugat podkreślił jego cytrynowość.

Nugat kompozycji dodał przede wszystkim maślaność. Nugatowe migdały jednak też czuć, ale bardzo słabo. I w zasadzie tylko gdy dopiero wkraczał, kiedy to jeszcze sporo do powiedzenia miała czekolada. "Kaszowata" nuta podkreślała bowiem migdały.  Z czasem jednak nugat zdawał się już tylko osładzać warstwę czerwoną, aż potem nagle przechwycił kwaśność. Raz po raz, gdy rozpuszczały się kleksy i drobinki owocowe, kierował wszędobylską cytrynę w stronę ogólnie żółtych owoców. Serwował kwaśne prztyczki marakui, przebłyski mango (?). Tchnęły w kompozycję trochę egzotyki i przygłuszyły migdałowość.

Nugat spróbowany osobno z jednej strony był trochę wyraźniej słodko nugatowy, ale wcale nie koniecznie migdałowy. Zanim na dobre rozbrzmiały w nim kwaśne owoce egzotycznie-cytrusowe, odnotowałam w nim korzenne ciepło: jakby wręcz pieprzność, imbir. Potem jednak, gdy wkraczały owoce, odnotowałam w nim mydlaną nutę, związaną z egzotycznymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciemna czekolada ze środka próbowała wszystko trochę harmonizować, ale i ją zagłuszyły owoce. Jej nie dało się wyodrębnić od nadzień.

Wszystko mieszało się w kwaśno-słodki, głównie owocowy, ale trochę zbożowo-korzenny miszmasz. Sporo cytryny dopuszczało do głosu trochę wiśni, w porywach wychwytywałam i inne, gdzieś tam przemykały mi iluzoryczne czerwone porzeczki. Potem jednak znów robiło się bardziej cytrynowo, a w zasadzie nawet nie jednoznacznie cytrynowo, a cytrusowo, czasem egzotycznie. Ciągle coś się działo, ciągle jakiś inny owoc wychodził na przód. Za to migdałowa warstwa w tle zrobiła się jakaś słodko-tłusto nijaka. Migdałowość niby próbowała uchwycić się zbożowo-ciasteczkowej czekolady, ale i ona w zestawieniu z owocami wydawała się wodnista. Owocowa kwaśność jakby wręcz trochę zaznaczała się w gardle, chyba razem ze słodyczą i ostrością (imbiru?).

Jedyne co, to do końca utrzymywał się akcent cierpkawego kakao, zgrany i pasujący do kwaśnych owoców, ale z kolei... podkreślający pudrowość i mydlaność, też obecną w nadzieniu czerwonym. Zbożowa czekolada podtrzymała akcent ciasteczek melasowo-korzennych, które choć ciekawe, gryzły się z owocami.

Końcowo większość się już rozpuściła, a klekso-drobinki jeszcze kończyły - no i one zapewniały kolejne ukłucia cytryny, marakui. Kwaśne, soczyste.

Po zjedzeniu został posmak egzotycznie-cytrusowo-czerwono owocowy. Czuć marakuję i mango, ale też ogrom czerwonych, powiedziałabym, że wiśnie, żurawiny, ale też jakby czerwone porzeczki. Do tego echa korzenne i migdałowe. Czułam też słodycz korzenną i obok jakby pudrową, ale nie wysoką, bo przełamaną kwaśnością. Do głowy przyszła mi jeszcze kakaowa kasza, owsianka ugotowana na wodzie, niestety z mydlanym echem. Posmak, jak i cała degustacja, był nieprzyjemnie namieszany i chaotyczny, niejasny.

Tabliczka mi nie smakowała. Chaos smakowy zupełnie mi się nie podobał. Nie rozumiem, po co tam tyle cytryny, która rozmyła ciekawsze zestawienie owoców. Czerwonych było tam za dużo - trudno je połapać i porządnie się czymś nacieszyć. Drobinki ze sproszkowanych soków marakui, mango i cytrusów w żaden sposób do nich nie pasowały, a tylko zagłuszały migdałowość i działały na niekorzyść i nugatu, i całej kompozycji. Trochę ciemnej czekolady z wnętrza smakowo na plus, ale z kolei owsiana czekolada z wierzchu traciła swą charakterystykę w tym wszystkim. Co do konsystencji - też mnie nie przekonała. Niby ten tłusty nugat z żelowymi kleksami owoców i lżejsze owocowe nadzienie w pewnym sensie były spójne, ale poprzez akurat niezbyt przyjemny efekt właśnie "zżelowanie".
Naprawdę wierzę, że sam nugat migdałowy z owsianą czekoladą i tą warstwą ciemnej mógłby stworzyć zacną, zbożowo-owsiankową, korzenną kompozycję, za to wszystkie te owoce odnalazłyby się lepiej w np. po prostu w towarzystwie czekolady ciemnej i spokojniejszych, jednoznacznych nadzień, może w formie galaretek?

To właśnie głównie przez zaintrygowanie, jak ta owsiana czekolada łączyła się z nugatem w pierwszych sekundach zjadłam sporo jak na coś takiego, złożonego z elementów, którym wszystkim miałam coś do zarzucenia. Dlatego właśnie jednak 6 nie 5. Wyszło, że zjadłam jedynie 14 g i nie miałam ochoty wczuwać się w ten chaos wszystkiego, co się tam tylko dało wepchnąć. Jednocześnie to nie było niesmaczne... Tylko że na tyle smaczne, bym chciała zjeść więcej niż tylko spróbować, też.

Mama tak ją opisała "Może i niezła czekolada cytrynowa z czerwonymi owocami. Niezło-średnia? Zjadłam ją, bo zjadłam, taka ot... Ale bez zachwytu. Lepsza od wielu nowości z tego roku, ale wciąż jakaś taka niedookreślona. Opis długi, a nic z tego prawie nie czuć."  


ocena: 6/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 68g)
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, migdały 13%, napój owsiany w proszku 5% (owies fermentowany), wiśnie 3%, syrop z cukru inwertowanego, koncentrat truskawkowy 3%, syrop skrobiowy, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), olej migdałowy, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), liofilizowane pomarańcze 1% (koncentrat soku pomarańczowego, miąższ pomarańczowy), proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), liofilizowana żurawina 1%, liofilizowane maliny 1%, liofilizowana cytryna 0,5% (cukier, koncentrat soku cytrynowego, mango, skrobia), koncentrat soku z cytryny, cukier trzcinowy pełny, chipsy kokosowe, emulgator: lecytyna słonecznikowa; emulgator: lecytyna sojowa; sól, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowany imbir, anyż gwiazdkowy, cynamon

sobota, 26 września 2026

Cokoladovna Lana Tanzanie 70 % ciemna z Tanzanii

Po kilku czekoladach czeskiej marki Cokoladovna Lana wyrobiłam sobie opinię, że jest dobra i dość bezpieczna, choć nie w sposób, który by mnie jakoś szczególnie w sobie rozkochał. Sięgając po dziś przedstawianą nie spodziewałam się więc niczego porywającego. Acz nie tylko przez to, jak wychodzą robione przez nich tabliczki, a też przez zawartość kakao tak po prostu. Te 70% kakao jakoś coraz mniej mnie satysfakcjonuje. I nie pomógł region: bardzo lubiana Tanzania. Wyszło, że otworzyłam ją niedługo po Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili, która poprzeczkę zawiesiła wysoko. W większości lubię takie porównania, ale tutaj Lana była na przegranej pozycji już u startu, właśnie przez zawartość kakao.

Čokoládovna Lana Tanzánie 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Tanzanii.

Po otwarciu poczułam kwaśny zapach niemal czerwono winnego octu balsamicznego i wiśni, z łagodzącym, lekkim akcentem słodszych śliwek z tyłu. Obok pokazały się skały i trochę ziemi oraz dymna paloność, obiecujące więcej niż 70 % kakao. W oddali doszukałam się trochę surowych orzeszków ziemnych. Osłodził to wszystko nieco wycofany karmel i jakby drzewno-palonego syrop klonowy. Przy nich zaznaczyły się też kwiaty, jakby ukwiecone drzewa? Drzewka owocowe?

Niemal czarna tabliczka, o tłustych skłonnościach w dotyku, była dość twarda przy łamaniu. Acz jej trzask wydawał się jakby stłumiony.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-wolnym. Początkowo nieco chropowato, potem coraz bardziej gładko, wręcz aksamitnie, mimo że była znikomo tłusta. To wrażenie podkreślała miękkość. Z czasem wróciła chropowatość... Acz bardziej jako proszkowość? Czekolada robiła się coraz bardziej proszkowo-zawiesinowa, choć uparcie trzymała kształt niemal do końca, i znikała łatwo.

W smaku pierwsza rozbrzmiała bardzo wysoka słodycz o palono karmelowym charakterze. Mimo paloności, niewątpliwie był to karmel mocno maślany. Paloność dopuściła do głosu syrop klonowy - nie jakoś szczególnie wyrazisty, ale po prostu coś... dopowiadającego karmelowi nutę drzew? Trochę naturalnie palonego?

Po chwili w oddali odnotowałam bardzo nieśmiałą słodką soczystość czerwonych owoców. Jakby obiecała trochę kwasku, mimo że na razie sama była raczej słodka. Zaraz do głowy przyszły mi poziomki: takie prosto z lasu, też kwaskawe, ale jedzone z miodem.

Początkowa drzewna nutka zgrana ze słodyczą w jedno, zasugerowała kompozycji też pewną orzechowość. Orzechy jednak wydawały się cały czas bardzo niezdecydowane. Na pewno jednak umacniały skojarzenie z "drzewnym" syropem klonowym.

W słodkiej strefie na znaczeniu przybierał miód. Prawie zapomniał o poziomkach. Zaczął zdradzać wspólny charakter z drzewami, ale już innymi, bo kwitnącymi, ukwieconymi drzewkami owocowymi. Właśnie, że ta niełatwa do uchwycenia miodowość jakby obiecała kwiaty.

W tym czasie pojawiła się też i umacniała gorzkość. Na pewno palona, acz nie za silna. Po chwili zaczęła przywodzić na myśl gorące skały i trochę również rozgrzanej ziemi.

Zarówno słodycz, jak i gorzkość, łagodziła delikatna maślaność. Rosła, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa sprawiając, że słodycz zatrzymała się na tym wysokim poziomie - jeszcze trochę, a mogłaby zrobić się za silna! Za to goryczce uniemożliwiła już u startu silniejszy wzrost.

Miód i kwiaty próbowały się przebić nieco ambitniej, ale w końcu jednak odpuściły i zajęły miejsce trochę z boku.

Kwiatowość i wcześniejsza myśl o drzewkach owocowych przełożyła się za to na myśl o sadzie, rozgrzanym słońcem, w którym trwają zbiory dojrzałych, słodko-kwaskawych śliwek. Śliwki wprowadziły leciutki kwasek, a potem w ten wstrzeliło się trochę dojrzałych, cierpkich, ale i słodkawych wiśni. Do nich dołączyło trochę poziomek, które zdążyły po drodze trochę zaniknąć. Osładzały te bardziej cierpkawe owoce, bo wciąż trzymał się ich miód.

Te cierpkawe owoce podkręciły trochę ziemistość. A ona z kolei troszeczkę podkręcała kwasek. Do tego dym i palone tony także spróbowały się jednak nasilić. Maślaność jakby straciła czujność i... gorzkość nieco wzrosła.

Owoce czerwone zrobiły więcej miejsca na kwasek, a tam nagle wsparło je troszeczkę cytryny. Słodycz, jakby chcąca uniemożliwić kwaśności rozwój, podskoczyła. I to bardziej niż gorzkość. Oferowała głównie karmel, po czym przypomniała sobie o orzechach. Wydobyła miód i fistaszki z oddali, wtłaczając je w miodowo-nugatowe realia. Połączyła maślaność z orzechami i podporządkowała ją tym samym sobie, słodyczy. "Drzewny" syrop klonowy też na to z ochotą przystał. Poczułam lekkie drapanie w gardle jakby od miodu, ale w sumie nie miód jako nutę smakową.

Po zjedzeniu został posmak palony, ale jako tło dla wyrazistej, silnej słodyczy maślano-karmelowego nugatu. Chyba z miodem. Wróciło trochę owoców, ale już tylko słodkich, jedynie z nikłym echem kwasku cytryny. To poziomki oraz śliwki i wiśnie, ale wkomponowane w słodycz kwitnącego sadu (tak, wiem, że drzewka najpierw kwitną, potem rodzą owoce, ale tutaj te nuty wystąpiły razem).

Czekolada była smaczna, ale jak dla mnie za słodka i za mało gorzka. Brakowało mi też wyrazistszych owoców i kwaśności. Zwłaszcza po tak niesłodkim, charakternie winnie-wiśniowym, skaliście-ziemistym zapachu. Ileż bym dała, by czekolada smakowała jak pachniała! Tak to w duże mierze serowała karmel, trochę bardziej drzewny syrop klonowy, kwiatowość miodu. Wymieszała je z palonością, drzewami i skałami, ale te mocno złagodziła maślaność, potem maślano-nugatowy wątek oraz no, jednak ta słodycz. Poziomki nieźle się odnalazły, acz charakterniejszych wiśni i śliwek, osłodzonych kwiatowym sadem, czułam niedosyt.

To, czego mi brakowało w dziś przedstawianej, a więc porządnie kwaśnych owoców, czułam w Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 85 % Trinitario Tanzania Kokoa Kamili. Karmel, kwiaty, owoce czerwone - coś podobnego można wychwycić, ale nie były zbyt podobne.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 149 Kč (26 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 24 września 2026

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon mleczna 41 % z roślinnym bekonem, syropem klonowym i wędzoną solą morską

Ostatnimi czasy zauważyłam, że już kilka razy zdarzyło mi się przeczytać to, co przeczytać chciałam, a nie to, co realnie było napisane. Tak właśnie stało się z tą czekoladą. Zdecydowałam się ją zamówić, bo naprawdę uważam, że Amerykanie umieją łączyć czekoladę z mięsem. Tu też zarówno mleczne, jak i ciemne się sprawdzają, gdy się umiejętnie je zrobi. Marka Chuao ma zwariowane smaki, wiele z nich jest nie po mojemu z dodatkami poprzylepianymi do tabliczki, ale... pomyślałam, że mięso może w takiej formie się odnaleźć. Niestety, po otwarciu przesyłki zobaczyłam kompletnie zmiażdżone tabliczki. Ech. Było tak źle, że aż zwrócili pieniądze. Postanowiłam więc przez jakiś czas po prostu o niej nie myśleć. Postanowiłam, że wezmę ją w góry, jak już zrobi się cieplej, by nie odmrozić sobie rąk podczas układania czekolady do zdjęć. Wreszcie więc nadeszły cieplejsze dni, a ja zaczęłam planować wyprawę na Babią Górę od strony słowackiej. I wtedy czekała mnie wielka niespodzianka: to tabliczka z roślinnym "bekonem"! Od jakiegoś czasu od znajomego słyszałam pozytywne opinie, że właśnie różne wege zamienniki, które próbował, całkiem nieźle udawały mięso, więc zamiast wściekać się na siebie za zamówienie czegoś takiego, podeszłam raczej zaintrygowana. Fakt, jestem mięsożerna, ale cenię też po prostu smaczne różności i lubię ciekawostki.
Czekoladę wzięłam na niewymagającą trasę w Beskid Sądecki, bo wyżej akurat strach było jechać przez roztopy i lawiny. Akurat w towarzystwie kolegi, optymistycznie wyrażającego się o wege nibymięsach. Otworzyłam ją jakoś nietypowo, bo już prawie na zejściu, w okolicach Szałasów Jarzębackich, gdzie dotarłam z Hali Pisanej, na którą weszłam od strony Hali Łabowskiej. Potem już tylko przez błoto i wieś do Piwnicznej-Zdrój, skąd wystartowałam.

Chuao Chocolatier Signature Collection Milk Chocolate Bar Baconluxious with plant-based bacon to mleczna czekolada o zawartości 41% kakao z Wenezueli z wegańskim / roślinnym "bekonem", syropem klonowym i wędzoną solą morską.

Po otwarciu rozszedł się intensywnie wędzony zapach, poniekąd po prostu dymny, poniekąd należący do wędzonej papryki, ale też kojarzący się z bekonem albo jerky (amerykańskie suszone mięso) nią przyprawionymi. Czuć sól, ale też trochę karmelowej słodyczy wszystko to na tle czekolady raczej delikatnej, lecz wyraźnie mlecznej. Dałabym się nabrać, że to tabliczka z prawdziwym bekonem, ale mocno przyprawionym. Gdybym nie wiedziała, co wącham, powiedziałabym, że dodatek do mlecznej czekolady to wędzona papryka i sól.

Połamana czekolada wydawała się konkretna i tłusta. Na spodzie widać było też trochę zatopionego dodatku, ale przebijającego spod czekolady (a nie jak się spodziewałam w formie doklejonej "posypki").
Tam gdzie przyszło mi ją łamać, była dość twarda, ale nie trzaskała. Przekrój ujawnił średnią ilość raczej małych kawałków nibybekonu. Jak się jednak okazało, trudno zrobić kęsa, by nie trafić na dodatki.
Kawałków roślinnego bekonu dodano do niej średnio dużo, acz bardzo często na niego trafiałam, bo wystąpił pod postacią głównie bardzo małych kawałków i płatków. Tylko jeden czy dwa trafił się większy. Kęsy bez niego jednak też się zdarzały, choć niewiele. W nich jednak dodatkowo, odnotowywałam kryształki. Nie udało mi się więc zrobić kęsa samej czystej czekolady.
W ustach czekolada rozpływała się kremowo i tłusto. Była maślana i gęsta, wysoce mazista. Miękła i rozpływała się w średnim tempie, końcowo jednak łatwo, rzadko znikając jak tłuste mleko. Dość szybko jej bazową gładkość zaburzały kryształki, cukrowo-piaszczyste drobinki oraz kawałki "bekonu", jako że wyłaniały się z niej. Przyspieszały jej rozpuszczanie się, a same potrafiły cukrowo zastukać o zęby. Wolałam zostawiać je na koniec. Dodawały czekoladzie lekkiej wodnistości, jako że miały otoczkę, trochę szklista warstwę cukro-karmelu i soli. Sól płatki karmelizowanego syropu klinowego wystąpiły też osobno.
Na próbę jednak pogryzłam dodatki też wcześniej. Wtedy były twarde, mocno chrupiąco-trzeszczące w cukrowy sposób. Wtedy to cukrowa otoczka, nie suche wnętrze dodatku, skupiała na sobie uwagę.
Na koniec, po czekoladzie, zostawały dodatki, a więc głównie roślinny bekon, ale sporadycznie też kryształki soli i cukru.
Kawałki roślinnego bekonu gryzione na koniec wciąż były trochę twarde, w porywach cukrowe, ale bardziej chrupiące jak suche, twarde i kruche kawałki ni ciastek, ni chrupek zbożowych. W nielicznych odnotowałam jakby włóknistą miękkawość, mogącą kojarzyć się z delikatnym suszonym mięsem (jerky). Na niektórych cukrowa otoczka zostawała i dalej przypominała cukier, acz bardziej ciasteczko-cukier.

W smaku czekolada przywitała mnie splotem mleka i wysokiej słodyczy. Choć najpierw wydała mi się cukrowa, po chwili zaczęła przechodzić w troszeczkę karmelową.

Nie w każdym kęsie tak samo szybko i wyraźnie wchodziła wędzona nuta. Często jednak zaznaczała się zaraz po słodyczy i spokojnie pobrzmiewała sobie w tle. Czasem dłużej trwało jej wkroczenie, czasem dość mocno przecinała słodycz nutą dymu wędzarniczego, a czasem wędzonej papryki.

Raz po raz po paru chwilach odzywała się sól. Wystarczyło, że na chwilę się wychyliła i już podkreślała trochę zarówno wędzenie, jak i mleko. Pomyślałam o wiejskim mleku, wspartym masłem. Te zgrały się z solą bardzo harmonijnie, nakręcając się. Przez pewien czas czekolada była więc naprawdę mocno mleczna. Maślaność też miała spory udział, ale trzymała się z boku.
Nawet w kęsach bez kawałków "bekonu" czuć wędzenie.

Z czasem cukrowość została zabarwiona oraz odrobinką wanilii oraz nutką syropu klonowego i karmelu. Czuć je w całej tabliczce, acz to od kawałków "bekonu" i kryształków rozchodziło się najwięcej szlachetniejszego wątku syropu klonowego. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki roślinnego bekonu przyciągały uwagę motywem delikatnego karmelizowania w syropie klonowym, co szło w trochę cukrową stronę, solą oraz kolejną falą wędzenia. Dym wędzarniczy czasem wychodził niemal na przód i przynosił skojarzenie ze skwarkami. Wędzona papryka też się przewijała, acz z różnym nasileniem.

Gdy z ciekawości gryzłam dodatek wcześniej, słodycz i słoność uderzała, a drobinki pod jakby wręcz cukrem, autentycznie kojarzyły się trochę z przesadnie wędzonym i posłodzonym bekonem jerky. Sama czekolada jawiła się wtedy jako mocno mleczna, ale też przesłodzona do przesady i drapiąca w gardle.

Wraz z otoczką dodatku czasem w pewnym momencie bliżej końca dość często na chwilę robiło się bardzo słono. A mieszanka soli i cukru / syropu potrafiła sporadycznie za drapać w gardle. Nie zawsze, bo i nie zawsze było mocno słono; czasem po prostu słono. W dodatku nie była to po prostu słoność, a słoność wędzona, a dzięki temu nie aż tak strasznie jawna, chamska, a tylko trochę przesadzona. Ciekawa.

W tle czekolada na pewien nie za długi czas debiutu "bekonu" jakby odpadła. Potem jednak, gdy otoczka z nibybekonu się w dużej mierze rozpuściła, wracała poprzez słodycz.

Słodycz po natarciu dodatku utrzymała charakter syropu klonowego, ale i cukrowość się w niej objawiała. Nie była mocno przesadzona, ale po prostu słodycz robiła się prostsza i trochę zbliżała się do poziomu przesady, drapiąc w gardle. Mleko zaś wyszło bardzo osłabione, acz maślaność się utrzymała na niezmienionym poziomie.

Gryzione na koniec kawałki dodatku przeważnie były już pozbawione cukrowo-słonej otoczki. Wtedy smakowały mieszanką kartonu, ciasteczek karmelowych i chrupek zbożowych z suchymi skwarkami tak wysmażonymi / wypieczonymi, że aż zapominającymi o mięsnym smaku. Nie udało im się udawać bekonu, czuć, że to nie bekon czy suszona wieprzowina (pork jerky).
Kilka razy została też jakby sama cukrowo-klonowa skorupka bez "bekonu"; jawiące się jako klonowo słodkie płatki. Parę razy z kolei został kryształek soli, oczywiście słony, ale wciąż w wędzonej otoczce. 

Po zjedzeniu został posmak wędzono-słony, z wędzoną papryką w to wpisaną. Czułam też wysoką słodycz cukru i klonową. Wszystko wpisane w znów znaczącą mleczność, maślaność. Ostał się motyw ciasteczkowo-zbożowo-kartonowy.

Czekolada mnie nie chwyciła, ale nie mogę powiedzieć, by była niesmaczna. Na pewno interesująca. Dobra, mocno mleczna baza dobrze wyszła z tymi dymno-wędzonkowymi nutami i solą. Choć wolałabym, by soli było mniej. Rozumiem jednak, że coś musiało napędzać skojarzenie z bekonem. Choć za słodka, nie chamsko cukrowa, a uszlachetniona syropem klonowym. Nutka wędzonej papryki była dziwna, ale też się wpasowała. Acz nie wiem, skąd się wzięła. A jednak nie podobał mi się tak wędzony smak przy w sumie nijakiej niebekonowej drobnicy. Początkowo nieźle udawała bekon, ale na koniec wychodziło na jaw, że nie ma z nim wiele wspólnego. To wszystko świetnie by pasowało z mięsnym dodatkiem, ale z czymś a'la chrupki zbożowe niekoniecznie. Mnie w dodatku nie pasowała jej konsystencja: wyszła według mnie za bardzo tym wszystkim najeżona, za dużo było w niej kryształków, a sam tak twardy, niebekonowy nibybekon po prostu mi się nie podobał. Wątpię, że posmakowałaby fanom bekonu, jednak tym, którzy lubią słone i ciekawe dodatki w czekoladach oraz lubią, jak im ciągle coś chrupie, jak najbardziej.

Muszę przyznać, że na tyle dziwna, że ciekawostkowo można się wciągnąć, ale nie w większej ilości. Przynajmniej nie w moim przypadku. Trochę w górach - spoko, część co została w domu do zweryfikowania, spoko, ale i tu, i tu po paru kostkach czułam się już przesłodzona i przesolona, więc jakieś 34 g oddałam, nie zmogłam.

Poczęstowany w górach kolega powiedział, że czuje "mleczną czekoladę z wędzoną papryką". Zdziwił się, gdy mu powiedziałam, że jest z roślinnym bekonem.

Mama, której przypadła moja resztka powiedziała zaś: "ja nie rozumiem, po co i dla kogo takie czekolady robić. Według mnie to by była dobra mleczna, gdyby nie ta wędzona sól i bekon. Wtedy byłaby zjadliwa. Spoza tego wydzierała bardzo przyzwoita czekolada. Te dodatki jednak ją zepsuły, w ogóle mi się nie podobały. Ale trzeba jej przyznać, że bekon, boczek, wędzonkę było czuć, to mnie zdziwiło. W sensie, że jakby to naprawdę był boczek w smaku. Ale to w trakcie jedzenia, nie gdy gryzłam te... chrupki. Spróbowałam trochę i mi wystarczy, reszty nie chcę".


ocena: 6/10
kupiłam: iHerb
cena: 20,66 zł (za 80g; promocja)
kaloryczność: 525 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko, kakao, lecytyna słonecznikowa, naturalna wanilia), cukier klonowy, roślinny bekon (teksturowane białko roślinne: mąka sojowa, barwnik karmelowy; olej sojowy, sól, naturalny aromat), wędzona sól morska, naturalny aromat klonowy (klon, olej rzepakowy)