Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: karmelowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: karmelowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 kwietnia 2026

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa z ananasem, goji i zdobieniami z czekolady karmelowej

Ta czekolada z jednej strony mnie kusiła, z drugiej wydawała się nie po mojemu. Jagody goji w czekoladach są według mnie bardzo pomijane, co mnie smuci, bo wydają się zacnym dodatkiem. Składając zamówienie ucieszyłam się (trochę się z tym pospieszyłam), bo wyglądało na to, że wreszcie udało mi się upolować tabliczkę z kakao Ekwadoru, tej marki (była pierwszą, na jaką trafiłam i miesiącami miałam zamiar ją zamówić aż nagle wycofali dokładnie wtedy, gdy składałam zamówienie). Ta więc wydawała się skrojona pode mnie. Gdy jednak otworzyłam paczkę, okazało się, że i tutaj bazę stanowi czekolada z kakao z Nikaragui. No, i jeszcze ten ananas... Świeże w sumie lubię, choć jadam raz na parę lat. Suszony mnie nie przekonuje, a tym bardziej w formie wielkiego plastra. Jak to się będzie łamało? Miałam się przekonać na najwyższym punkcie jednej z wrześniowych wypraw, na Lodowej Przełęczy, na którą weszłam po Czerwonej Ławce, zielonym szlakiem z Razcestie pod Sedielkom. Chwilę nacieszyłam się nią i widokami (wreszcie na nie trafiłam! gdy byłam poprzednio, nie było nic a nic widać), po czym zeszłam do Schroniska Teryego i potem do Starego Smokoveca.

Sopocka Manufaktura Czekolady Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna z Dodatkami 70 % Trinitario/Criollo Ingemann O'Payo + Ananas, Jagody Goji, Czekolada Karmelowa to ciemna czekolada o zawartości 70%  kakao O’Payo fermentowanego w beczkach po rumie z Nikaragui z suszonym ananasem i jagodami goji oraz zdobieniami z czekolady białej karmelowej.

Po otwarciu poczułam intensywny, kwaskawo-ziołowy, soczysty zapach ciemnej czekolady. Czuć w niej owoce egzotyczne (m.in. ananasa z... brzoskwinio-nektarynką?) i cierpkiego rokitnika, może cytrusowy akcent. Powagi dodała jej odrobinka ziemi. Czekolada zdominowała kompozycję, ananas tylko lekko za nią pobrzmiewał, podpinając się pod jej ananasową nutę. Acz gdy wąchałam spód, owoce odzywały się wyraźnie. Słodki suszony ananas wydał mi się dziwnie ciężki, doszukałam się cierpkości goji, acz nie upierałabym się, że to je czuje. Całość była średnio, nienachalnie słodka. Wydaje mi się, że czasem w słodyczy przemykało nawet echo toffi.

Tabliczka była twarda, ale raczej chrupała niż trzaskała. Łamanie utrudniał dodatek plastra ananasa, który wyginał się i rwał bardzo niechętnie. Trudno go było przerwać, a czekolada dziwnie się przy nim też niezbyt chętnie chciała podzielić. Pękała, ale trzymana przez owoc, nie dzieliła się. Pod naciskiem palców ananas lekko się uginał, a porwany, podzielony kleił się do rąk. Jagody goji jawiły się jako jędrne. Dodatki trzymały się bardzo mocno. Karmelowe zdobienie także. Nie odpryskiwało ani nic, ale da się je w miarę łatwo oddzielić zębami od ciemnej.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, zmieniając się w mazistą zawiesinę, w której kryła się pylistość. Po chwili już nawet nie próbowała utrzymać swego kształtu, roztaczając wokół soczystość. Ta była bardzo wysoka.
Zdobienie z białej karmelowej czekolady nie wyróżniało się szczególnie mocno, jednak odnotowałam jego lekko kremowe i proszkowo-ulepkowate wtrącenia. Znikało szybciej od ciemnej.
Owoce w tym czasie nasiąkały i upuszczały swoją soczystość. Soczystość owoców była wyważona. Odpadały od czekolady, ale częściowo starały się jakby nią osłaniać. Ja wolałam gryźć je na końcu, gdy czekolada zniknęła.
Z ciekawości ze trzy razy zabrałam się za owoce wcześniej. Pokazały się wtedy z masywniejszej, nieco twardszej strony. Ananas lekko skrzypiał, a goji po prostu były twardsze. Tylko czekolada przypominała tłusto-wodnisty ulepek.
Owoce gryzione na końcu, po zniknięciu czekolady, były wilgotniejsze i bardziej miękkie. Ananas poszedł w trochę gąbczastym kierunku i wlepiał się w zęby. Goji zaś aż zaskoczyły soczystością. Wciąż były jędrne, ale zarazem trochę farfoclowe. Ich pesteczki lekko chrupały.
Całość zostawiała nieco sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku... Dużo zależało, jaki kawałek ugryzłam.

Tam, gdzie była sama ciemna czekolada, smakowała wyraźnie jak czysta (Sopocka Manufaktura Okrągła Sopocka Czekolada Rzemieślnicza Ciemna 70 % Trinitario/Criollo Nicaragua O'Payo). Nie przesiąkła dodatkami. Zafundowała mi więc rześki, kwaskawy splot egzotycznych owoców, w tym ananasa, moreli, brzoskwiń, z rokitnikiem, dziką róża, znacząco osłodzonych gruszkami i miodem, który to z kolei mieszał się z ziołową pikanterią. Gorzkość jawiła się jako oszczędna, a słodycz znacząca i trochę kandyzowana.

Tam, gdzie zdobiła ją czekolada karmelowa, było nieco bardziej słodko. Zdobienia wprowadziły lekko maślano-toffi akcent, dosłownie sugerowały odrobinkę mleka oraz trochę hamowały soczystość i kwaśność czekolady ciemnej, ale zaraz przegrywały z nią i odchodziły w niepamięć. W zestawieniu z owocami te karmelowe maźnięcia smakowały jeszcze delikatniej. Czasem można je było wręcz przeoczyć. Po zniknięciu jednak sprawiała, że ciemna jawiła się jako kwaśniejsza.
Karmelowe zdobienia, spróbowane osobno, okazały się słodkie, ale nie za mocno. Kojarzyły mi się z toffi i mlekiem skondensowanym. A do tego odnotowałam mleko w proszku.

W przypadku kęsów z goji, jagody długo się ukrywały, dopiero z czasem zaczynały podkreślać to i owo.
W kęsach z ananasem, ten od razu wyskakiwał na przód, przed czekoladę, zaskakująco udanie udając ananasa świeżego, słodkiego i soczystego, po czym trochę się cofał i pobrzmiewał dziwną słodyczą, dopuszczając czekoladę. Czekolada i ananas stały na równi.

Ananasa nie musiałam gryźć, by go dobrze poczuć. Pobrzmiewał dziwnie, jakby kandyzowaniem; kandyzowanym, niedookreślonym żółtym owocem. Przemknęła mi w nim nawet jakby... pikanteria? Splótł się tym samym z kandyzowanym motywem samej czekolady. Podkreślił go. Ananas przy czekoladzie robił się coraz słodszy, aż słodko-ciężki, ona zaś rozkręcała się w swej kwaśności. Sama w sobie wydawała się ananasowa - świeżo - trochę brzoskwiniowo-rokitnikowo-cytrusowa. 

Goji jakoś mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa podkreślały kwasek i cierpkość owocowego wątku bazy. Do głowy przyszła mi dzika róża, a rokitnik się nasilił. Ogólnie te owocowe nuty miały więcej do powiedzenia niż w czystej tabliczce.

Goji w zestawieniu z ananasem trochę się gubiły. Ananas bowiem był bardzo władczy. A jednocześnie nie taki znowuż ananasowy. Czuć, że był suszony, ale wzbogacił to o owocową pikanterie i jakby echo umami. Czasem miał w sobie coś alkoholowego, jak nalewka ananasowa.

Ananas gryziony wcześniej wychodził lepiej, bardziej ananasowo soczyście i czasem nawet kwaskawo, ale czekolada wtedy szła w słodszym, kandyzowano-lukrowym kierunku i zwyczajnie wydawała się gorsza.
Jagody goji gryzione wcześniej bez trudu się przebijały i smakowały wyraźnie słodko-cierpko-goryczkowato, tylko trochę osłabiając czekoladę.
Ogólnie więc i tak zostawiałam dodatki na koniec.

Spod dodatków gorzkość prawie się nie wychylała. Czułam jedynie jakby kwasko-gorzkawość ziół. Czasem wiązały się mocno z ananasem i goji, ale nie tylko. Baza z dodatkami wydawała się bardziej ziołowa, nie gorzkawa czy pikantna - połączyła te dwa wątki czystej. 

Z czasem ananas i ta ziołowa baza wyszły ciężko w leśny, wilgotny sposób. Wyobraziłam sobie leśny, jakby wręcz owocowy miód, o niemal ziołowo-alkoholowej duszności, a także egzotyczny, mieszany dżem i... jakieś fusy. Słodycz bazy uszlachetniła się.

Co ciekawe, gdy po paru kęsach z owocami, zrobiłam kęsa samej ciemnej czekolady, była przede wszystkim soczyście kwaśno owocowo egzotyczna i leciutko dżemowa.

Dodatki gryzione na koniec skupiały na sobie prawie całą uwagę. Łatwiej przychodziło to ananasowi. Niewątpliwie suszonemu, ale takiemu, który za wszelką cenę próbuje zaserwować coś jeszcze. Miał w sobie coś ze świeżego, coś z dżemu... Ależ on był słodki! Aż dziwnie i trochę wciąż tak ciężko-słodki. Goji przy nim czuć słabiej. Wolałam więc nie łączyć dodatków. Same w sobie bowiem były petardami swego słodko-goryczkowato-cierpkiego smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, raczej i częściej słodkiego, soczystego ananasa. Cierpkie, goryczkowate i słodkie goji też nieźle sobie radziły. Czekolada stała dopiero za nimi jako splot kwaskawo-słodkich owoców egzotycznych i cytrusowych. Czułam lekką pikanterię ziół i jakby owoców (?), a także wysoką rześkość wody i egzotyki, zestawionych jednak z jakimś mocno mieszanym, niejednoznacznym dżemem i motywem suszono-kandyzowanych owoców (na tej płaszczyźnie spotykały się nuty czekolady i dodatków).

Tabliczka mogłaby mieć 9 gdyby nie forma - ten plaster ananasa to naprawdę kiepski pomysł. Przez niego tabliczka była bardzo niewygodna w jedzeniu i dzieleniu. Takie rozmieszczenie dodatków przełożyło się też na efekt zbieraniny różności, nie spójną kompozycję. Nie przekonuje mnie też karmelowe zdobienie - było zupełnie zbędne. Jasne, i tak było smacznie, ale można to było zrobić lepiej. Na pewno jagody goji z tą bazą wyszły świetnie. Ananas sam w sobie nie wyszedł tu najlepiej, ale trochę dobrego zrobił. Ciekawie podkreślił soczystą kwaśność i ziołowość bazy, więc w sumie też na plus, ale wolałabym, by dodano go mniejsze kawałki.
Cieszę się, że trafiło, że to właśnie nikaragujskie kakao poszło pod te dodatki.


ocena: 8/10
cena: 35 zł (za 90g)
kaloryczność: 521,6 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ananas suszony, jagody goji, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 9 grudnia 2025

Schogetten Blonde Pure Caramel Flavoured White Chocolate biała karmelowa

Przy Zotter Labooko Caramel / Karamell opisałam bardzo lubiany przeze mnie twarożek, stylizowany na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire Golden Caramel Chocolate Tub. Gdy jednak Zotter mi się skończył, ratowałam się E.Wedel Karmellove! / Karmelowa, ale w tej wersji kompozycji coś mi nie grało. Na jednych zakupach z ojcem, gdy zobaczyłam tę, uznałam, że mogę wziąć - skoro już ojciec płacił - i spróbować, jak ta się sprawdzi.

Schogetten Blonde Pure Caramel Flavoured White Chocolate to czekolada biała karmelowa / o smaku karmelu; wyprodukowana przez Ludwig Czekolada / Ludwig Schokolade

Po otwarciu rozszedł się delikatny zapach kajmaku i karmelowego, bardzo słodkiego mleka z tubki. Zaprezentowało się to na mocno śmietankowym, trochę maślanym tle. Słodycz, jak na białą, choć wysoka i z aspiracjami do drapania, nie wydała mi się za wysoka na tym etapie.

Kostki w dotyku były tłuste i polewowe. Na pewno masywne i powiedziałabym też, że twarde. Przy krojeniu trafiłam na twardość, ale już gdy odgryzłam kawałek, pod zębami czułam miękkość. Zęby wchodziły łatwo, ale masywność uświadczyłam. Kojarzyły się z grubą czekoladą-polewą z lodów na patyku. Na etapie odgryzania kawałka, czułam też zapowiedź proszkowości.
W ustach czekolada rozpływała się szybko i gładko. Trochę miękła, eksponując tłustość masła i śmietanki, po czym łatwo rzedła. W oddali zaznaczyła się w niej znikoma proszkowość, ale zaskakująco niska po tym, co poczułam przy gryzieniu. Czasem, epizodycznie uświadczyłam na języku drobinki, które rozpuszczały się wraz z czekoladą. Niektóre były mikroskopijne, ale dało się taki kryształek wychwycić i chrupnąć. Kawałek taki okazał się jakby lepkim, zawilgoconym cukrem.

W smaku pierwszą poczułam średnio wysoką słodycz. Pokazała się, zdradziła swój trochę cukrowy charakter i zaczęła rosnąć. Po chwili dało o sobie znać echo kajmaku.

Zza słodyczy wyłoniło się mleko. W pierwszej chwili mleko w proszku, jednak po chwili zalało je... powiedziałabym, że skondensowane i słodzone, ale mieszające się z po prostu drapiącym, przesłodzonym, choć mlecznym smakiem białej czekolady. W nim właśnie ukryło się mleko w proszku. Na moment zawitała śmietanka i maślaność, kierując kompozycję w ciężkawą stronę.

Biało czekoladowy motyw przyozdobiły akcenty karmelków - szklistych, mlecznych cukierków - oraz krówek bardzo, bardzo maślanych. Kajmak też pobrzmiewał niemal cały czas. W zestawieniu z cukrową słodyczą jednak chwilami wydawał się trochę nieśmiały.

Słodycz bowiem za to cały czas parła przed siebie. Już w połowie rozpływania się kęsa okrutnie drapała w gardle. Uczyniła kompozycję duszną w typowy dla średniej półki białych czekolad, a jednak nie mogę powiedzieć, by był to czysty cukier.

Maślany wątek też trwał niestrudzenie. Z czasem w jedno mieszał się z karmelowawym, kajmakowym motywem, jeszcze bardziej go łagodząc. Prawie, choć nie zupełnie, zatracił się w biało czekoladowości. Walczył, by ją urozmaicić. Raz po raz wyłaniało się też mleko w proszku, dokładając się do ciężkiej duszności.

Po zjedzeniu został posmak bardzo cukrowego, mocno mleczno-śmietankowego kajmaku, który strasznie drapał w gardle. Pojawiło się też mleko w proszku. Było tak nieprzyjemnie cukrowo, że aż umknęło pozytywne wrażenie, jakie zrobiły kajmakowe nuty.

Czekolada nie chwyciła mnie i nie usatysfakcjonowała pod względem karmelowości. Wyszła jak straszliwie cukrowa biała z nutą kajmaku. E.Wedel Karmellove! / Karmelowa o nutach kajmakowo-krówkowych był w nie intensywniejszy, podczas gdy jego słodycz wyszła słabiej, bardziej zachowawczo. A co za tym idzie, smaczniejszy. Schogetten miała wprawdzie nieco przyjemniejszą strukturę (zwyczajniej polewowo-białoczekoladową niż twardo-proszkową), ale nie pomogło to jej za bardzo w ogólnym rozrachunku. Była tak słodka, że aż trudno docenić kajmakowość.
Pomyślałam o niej jako o (Ludwig Schokolade) Kaufland Classic Weisse Schokolade z wyciętym motywem wanilii, a dodanym kajmakiem.

Jako że kupiłam ją, by zobaczyć, czy da radę jako dodatek do twarożku wspomnianego we wstępie, oczywiście jakieś 3 kostki do takowego dodałam. Łatwo mięknąca i rozpuszczająca się w ustach struktura wyszła w takim wydaniu lepiej niż twardy Wedel, jednak zbyt cukrowy smak psuł efekt. Przy charakternym cynamonie, naturalnych pekanach i intensywnych ciastkach korzennych (Annas Original Ginger Thins wersja od 2024), czekolada wydawała się jeszcze mniej karmelowa, a jeszcze bardziej cukrowo-biała. Choć za słodki smak reszta umiejętnie ograła, czekolada szybko zaczynała drapać w gardle. Z zamienników zacnego Zottera zdecydowanie wolę E.Wedel Karmellove! / Karmelowa.

Ogółem zjadłam więc 4 kostki (jedną osobno, 3 z twarożkiem) Schogetten, a resztę bez żalu oddałam Mamie. Zjadła wszystko, co dostała, opisując: "Najpierw, tak w pierwszej chwili, to poczułam jakby... plastik? Mleko z puszki czy z tubki z posmakiem tej właśnie puszki czy tubki, ale potem już nie. Potem to słodycz uderzała. I rzeczywiście było trochę karmelowo, ale tak tylko trochę. Przez tę słodycz to mi to bardziej się kojarzyło ze zwykłą białą czekoladę. Wolę Wedla karmelowego zdecydowanie. A jednak ta nie była jakaś taka bardzo zła... Taka, jak mówisz, na 6."


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 4,88 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, serwatka słodka w proszku, laktoza, tłuszcz mleczny, karmel* 1,5%, emulgator: lecytyny z soi; aromaty

*tylko w tłumaczeniu na polski jest "syrop karmelowy", w innych językach "caramel" itp.

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

Zotter Labooko Caramel / Karamell biała karmelowa

Dziś przedstawiana czekolada sama z siebie za nic by mnie nie skusiła. Nie jest to nowość, ale chyba kiedyś w ofercie Zottera karmelowa Labooko wyglądała nieco inaczej. Nie wiem, nawet kiedyś specjalnie mnie nie ciekawiła. Jak to się stało, że poprosiłam o nią w pełni świadomie? A no potrzebowałam dobrej czekolady do twarożku inspirowanego lodami Magnum Double Caramel Gold Billionaire, jaki sobie wymyśliłam (i pojawił się na instagramie). Pierwsza do głowy przyszła mi co prawda Wedel Karmellove! karmelowa, ale potem mnie tknęło, że jak taki deser ma się udać, to chyba lepiej pomyśleć o czymś potencjalnie bardziej w moim guście, wyższej jakości.

Zotter Labooko Caramel / Karamell to biała czekolada karmelowa z cukrem Muscovado.

Po otwarciu poczułam zapach miękkich, ciągnących i lepiących karmelków oraz jasnych ciastek korzennych. Istotna w obu wątkach, w całości, była maślaność. Kompozycja była słodka, ale w szlachetny, łagodnie karmelowo-karmelkowy, minimalnie waniliowy sposób. Zapach ogólnie wydał mi się zaskakująco delikatny.

Tabliczka w dotyku sugerowała pylistość i tłustość. Przy łamaniu nie trzaskała, lecz była masywna, a do tego trochę krucha. Gdy odgryzałam kawałek, potrafiła zdrowo chrupnąć.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanie-szybkim, kremowo i nie za gęsto. Była tłusta w maślano-pełnomleczny sposób. Próbowała przedstawić się jako gładka, acz przewijała się w niej lekka proszkowość. Końcowo wydawała się nieco obklejać podniebienie, po czym jednak znikała już rzadkiej - jak tłuste mleko.

W smaku od początku czułam ogrom mleka. Dołączył do niego delikatny, słodki karmel, który przemodelował główny wydźwięk na mleko karmelowe. Słodycz nieco rosła, umacniając swój szlachetny ton. Tu pomogła wanilia.

Pomyślałam o karmelowym mleku skondensowanym, wręcz... kajmaku czy krówce? Miękkich, ciągnąco-lepkich karmelkach.

Palony akcent niby się zaznaczył, ale nie był mocno istotny. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa już więcej uwagi skupiło na sobie ciepło. Ciepło korzenne, ale na pewno nie ostrość. Odnotowałam cynamon i już po chwili oczami wyobraźni zobaczyłam ciastka cynamonowe. Acz takie jaśniejsze, maślane? Maślaności ogólnie nie brakowało.

A słodyczy mało, że nie brakowało - zbierało się jej nieco za dużo. Wraz z ciepłem aż rozgrzewała trochę gardło.

Ciągnące karmelki też musiały być maślane. Końcowo jednak to cynamonowość i ciepła korzenność zajęły pierwszy plan. Zrobiło się ciasteczkowo jakby za sprawą delikatnych ciastek karmelowych. Słodycz ogólna już znacząco wzrosła, a wanilia, choć jakby działała z dalszego planu, nie walcząc o jednoznaczność całkiem wiele miała do powiedzenia. 

Po zjedzeniu został posmak cynamonowo-karmelowy. Ciepły i mocno ciasteczkowy, ale nie pieczono-palony. Karmel? Powiedziałabym, że ciągnące, delikatne karmelki z echem mleka skondensowanego. Było bardzo słodko, za słodko, co czuć aż na poziomie gardła.

Czekolada była bardzo ciekawa i w sumie smaczna, ale nie wydaje mi się wyjściową czekoladą karmelową. Za dużo było w niej korzenności i ciasteczkowości, by była po prostu karmelowa. Gdy jadłam ją samą, taki efekt w sumie mi pasował, jednak potrafię sobie wyobrazić, że jak ktoś chce po prostu czekoladę karmelową, to... może niekoniecznie korzenną? 

Kompozycja bardzo słodka i ciepła, ale wciąż szlachetna i niebanalna. Moje maksimum jedzenia osobno to 5g (a założyłam, że zjem 10... - przerosło mnie to jednak, wiem, że po takiej ilości zrobiłoby się nieprzyjemnie), ale reszta miała mi posłużyć do deserów (miałam nadzieję, że na tyle udanych, że do powtarzania). Ciekawostkowo doceniam, ale mnie aż taka słodycz i tłustość, a niska czekoladowość zwyczajnie przytyka, i tak degustacyjnie nie czerpię z tego przyjemności.

"Deserów" - właściwie jednego, bo stylizowanego na lody Magnum Double Gold Caramel Billionaire. Twarożek (jogurt typu greckiego Piątnicy i pół twarogu Pilos) wymieszałam z 2 łyżeczkami cynamonu, dodałam jakieś 30g orzechów pekan, 15g Zottera Labooko Caramel i 3 ciastka Annas. Czekolada w takim wydaniu się sprawdziła. Nie zasładzała aż tak bardzo, a i przy sowicie korzennym otoczeniu, jej korzenność aż tak nie wychodziła na pierwszy plan. Przekornie czekolada wydawała się nieco bardziej krówkowo-karmelkowa, karmelowa. Czyli wyszła dokładnie tak, jak wyjść miała. To był dobry pomysł! Tak, do połączenia wracałam (za pierwszym razem próbowałam jeszcze dodać JAL Mleko karmelowe w tubce, ale okazało się porażką).


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: surowy cukier trzcinowy Muscovado, 35% tłuszcz kakaowy, 24% karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), pełne mleko w proszku, cały cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia, sól, cynamon

PS Zapraszam na aktualizację E. Wedel Karmellove! biała karmelowa. Zmienione opakowanie, wygląd tabliczki i... gdy skończyła mi się wyżej opisywana Zotterka, musiałam przeprosić się z Wedlem. I spojrzałam na niego łaskawiej.

sobota, 29 czerwca 2024

Hands Off My Chocolate Chocolate Chip Cookie Dough Flavoured Chocolate mleczna z wafelkami i biała karmelowa o smaku cookie dough z kawałkami czekolady

Może i powinno paść pytanie, co też mnie podkusiło, by sięgnąć po tę tabliczkę. Gdyby padło, sytuacja nie byłaby jaśniejsza, niż jest, bo zwyczajnie nie wiem. Wyglądało to-to dziwnie i ponoć cała seria jej podobnych robi furorę w Niemczech. Czekolada niby do dzielenia się, którą jednak będzie się wolało zjeść samemu, nie oddając nawet kawałka? Wątpiłam. A byłam ciekawa, czy ciekawostkowo, trochę może jakoś się wkręcę? Chodziło tylko o dzisiaj prezentowany smak, bo zwyczajnie mam słabość do dobrego cookie dough. Tylko że nie przychodzi mi do głowy forma inna niż nadzienie, która mogłaby się w czekoladzie sprawdzić. Halloren Original Cookie Dough Chocolate Chip była przepyszna i pomyślałam, że skoro Mama zdecydowała się na kupić parę słodyczy na Allegro (mi czekolady w góry, sobie różne), do zamówienia dodam i tę. By zobaczyć, jak to inny producent z innym podejściem oddaje surową masę ciasteczkową. 

Hands Off My Chocolate Chocolate Chip Cookie Dough Flavoured Chocolate to (43%) mleczna czekolada o zawartości 38% kakao z kawałkami ciasteczek (wg mnie wafelków) połączona z (43%) czekoladą białą karmelową o smaku cookie dough z kawałkami czekolady.

Po otwarciu poczułam jednoznaczny zapach lodów waniliowych z kawałkami cookie dough o sztucznym, acz jeszcze nie rażąco charakterze. Czuć sporo mleka, a także wysoką słodycz. Zwłaszcza wierzch pachniał lodami cookie dough. Spód był nieco bardziej jawnie cukrowo słodki w typowy dla przeciętnych mlecznych czekolad sposób. Lody cookie dough jednak bardzo się rządziły. Mimo to zapach nie był chamski. Wielbicielom tego wariantu lodów powinien się spodobać, ja mam mieszane uczucia. Skojarzenie z lodami pełnymi aromatów wyjętymi z zamrażarki było aż szokujące. Wąchając tak pachnące lody w sumie nie narzekałabym, ale przy czekoladzie to było dziwne.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę plastikowa, tłustawo-sucha. Przy łamaniu dała się poznać jako krucha, a także zaskakująco twarda. Łamała się z trzaskiem, a kiedy jedną kostkę przekroiłam, twardość ta się potwierdziła. Widać, że w obu częściach zatopiono sporo dodatków. Bazę stanowiła czekolada mleczna - było jej więcej, na łączeniach wystąpiła tylko ona. Biała to tylko "wierzchy" poszczególnych kostek. Choć jak się patrzy na niepodzieloną tabliczkę, wydaje się, że to białej jest więcej, no ale to tylko wrażenie. W obrębie samych kostek warstwy były równe.
Czekoladę łatwo rozdzielić na dwie części: białą (dla rozróżnienia tak ją będę nazywać, choć daleko jej do zwykłej białej czekolady) i mleczną. Można zrobić to przy użyciu noża lub po prostu gryząc pod odpowiednim kątem. Górną białą wzbogaciły malutkie czekoladowe kwadraciki w ilości nieco większej, niż się wydaje, natomiast mleczną ogrom średniej i malutkiej wielkości kawałków wafelko-ciastek.
W ustach całość rozpływała się w tempie szybko-umiarkowanym. Dała się poznać jako bardzo tłusta w sposób maślano-oleisty. Bazowo obie warstwy wydały mi się wręcz śliskawe. Kojarzyły się trochę z połączeniem polewy czekoladowej i mleka skondensowanego zagęszczonego. Zachowywały kształt niemal do końca. Także poczucie zbitości się utrzymywało, mimo że w ustach twarde to już nie było.
Rozpływały się mniej więcej równo i harmonijnie, ale różnice czuć. Próbowałam oczywiście i razem, i osobno.
Biała czekolada znikała nieco szybciej. Mimo że w pierwszej chwili przemknęła w niej proszkowość, okazała się bardziej gładko-polewowa, ślisko-mazista i oleista. Cechowała ją jedynie gęstawość. Z czasem wyłaniały się z niej drobne czekoladowe punkciki. Czuć je na języku, bo rozpływały się niby razem z nią, ale stawiając opór (nie tak jednak, by zostać na koniec). Wyszły plastikowo jak w produktach stracciatella. Gdy parę wyłuskałam i spróbowałam osobno, doszła do tego jeszcze proszkowość.
Mleczna czekolada była tłusta w bardziej maślano-kremowy sposób i pozbawiona proszkowości. Ta dała się poznać jako bardziej lepkawa, acz też niemal śliskawo-polewowa. Od jej struktury odwracały jednak uwagę "ciasteczka", bo była nimi najeżona aż przesadnie. Nie da się zrobić kęsa, by je ominąć. Według mnie to wafelki. A w zasadzie... jakby nieco skarmelizowane grubawe (jak na te gabaryty) płatki waflowe, miejscami w formie skupisk, pozbijane w kawałki - dziwny twór (feuilletine?). W pierwszej chwili, gdy zaczynały się wyłaniać, wydawały się ostro-suche, ale już po chwili nasiąkały. Zmieniały się w miękką, wafelkową papkę. Gryzione lekko chrupały, potem bardziej trzeszczały, skrzypiały.
Ciasteczka tudzież wafelki zostawiałam sobie na koniec, tylko sporadycznie podgryzałam już wcześniej. 
Całość jawiła się jako mocno tłusty, polewowy twór z ryzykownie dużą ilością wafelków, które z jednej strony nie były idealnie trafionym dodatkiem, z drugiej odwracały uwagę od wad bazy.

W smaku pierwszy uderzył cukier. Obie warstwy dały się poznać jako przesłodzone właśnie cukrowo, ale nie tylko.

Pierwsza zaznaczyła się czekolada mleczna. Roztoczyła właśnie cukrowość i mleczność, a także powiedzmy akcent kakao - nie, że kakao jako kakao, ale po prostu w odróżnieniu do białej specyficzną nutkę. To najzwyklejsza, przeciętna i powalająca cukrem mleczna czekolada (nawet nie przesiąkła szczególnie drugą warstwą). Puściła przodem czekoladę białą, która przez pewien czas dominowała.

Górna warstwa to ogrom słodyczy, ale nie czystego i samego cukru. Przypominała przesłodzone, mocno waniliowe lody na bazie mleka. Czuć w niej ogrom mleka, ocean mleczności. Na tej płaszczyźnie właśnie zarysował się charakter lodów coraz bardziej sztucznych. Wanilia mieszała się z jednoznacznym smakiem cookie dough, zupełnie jakbym jadła te kawałki-kulki z lodów w tym wariancie. Pojawiła się też maślaność - nie jednak zwykła, a właśnie tych kawałków surowego, sztucznawego ciasta z lodów - a mleko stało się mlekiem skondensowanym karmelowym.

Kumulacja obu części i ich słodyczy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drapała w gardle porządnie. Na języku jednak wtedy zaczęły wyłaniać się kawałki ciasteczek-wafelków. Dodały pszennego smaku, a także nieco odciągały uwagę od cookie dough, bo przedstawiły się jako dość mocno wypieczone, karmelizowane wafelki. Gdy czekoladowe punkciki z czekolady karmelowej rozpływały się porządniej, przemykało nawet echo... nie tyle kakao, co cierpkości takich kawałków posypek czekoladowych.

Mocniej rozbrzmiała cukrowa, dolna warstwa czekolady mlecznej. Sprawiła, że poziom słodyczy męczył - ona sama była do bólu przecukrzonym średniakiem. Czekolada z wierzchu nieco osłabła, a w obliczu tego wszystkie wyszła bardziej jak typowe czekolady karmelowe. Otoczenie nieco stonowało bowiem sztuczność.

Wątek cookie dough, surowej masy na ciastka prosto ze sztucznawo waniliowych lodów w tym wariancie, do końca był wyraźny, mimo że przepleciony... cukrem, karmelizowanymi wafelkami i jeszcze raz cukrem.

Gdy na koniec zaczęłam gryźć dodatki, kakaowe, ale w sumie nijakie punkciki-kwadraciki zaplątały się jeszcze sporadycznie wśród ciasteczko-wafelków. Zawilgocone, trzeszczące wafelki smakowały karmelizowanymi waflami duńskimi, które przy echu waniliowych lodów cookie dough przywiodły na myśl właśnie wafelki do lodów.

Po zjedzeniu już małej ilości zostało silne przesłodzenie, w tym drapanie w gardle. Czułam się przecukrzona, ale posmak był wręcz szokujący. Zupełnie jakbym tylko co zjadłam lodowate, przesłodzone i sztuczne lody waniliowe z cookie dough. Chemia zdawała się nieco gryźć w język ze specyficznym przechłodzeniem, zamrażarką. W tle zaznaczyła się też zwykła cukrowa czekolada i wafelki karmelizowane. Osobliwe, nieprzyjemne odczucie - zwłaszcza, że dawno przeszły mi już lody. Jeszcze jak się je, on aż tak nie przeszkadzał, ale jak zrobi się choćby krótką przerwę, posmak dręczył i męczył, toteż taak, faktycznie trudno się od czekolady oderwać, bo wisi groźba czegoś takiego.

Całość wyszła ciekawie. Nie w moim typie, ale jako ciekawostkę sporo zjadłam - prawie połowę (przy czym zgryzałam raczej wierzchy, jedząc mniej mlecznego spodu); częściowo pozbywając się dolnej warstwy. Górna była właśnie ciekawsza i nawet smaczna, dół nie był smaczny ani trochę.
Zasłodziłam się kompletnie, ale nawet słodycz wydała mi się zrozumiała dla wariantu... do pewnego stopnia. Także ten smak można by zrobić mniej słodko i w moim odczuciu wyszłoby lepiej, ale porywając się na coś takiego raczej można przewidzieć efekt. Jak w końcu, jak nie słodko, ma smakować cookie dough? Zaskoczyło mnie skojarzenie nie tylko z samą surową masą na ciastka, ale konkretnie ze sztucznawymi lodami waniliowymi na mleku z cookie dough. W zasadzie potencjał tkwi w górnej części - czuję, że gdyby dać jej dobry, np. mocniej kakaowy, nieprzesłodzony dół, wyszłaby mniej sztucznie i smaczniej.
Całość była mocno mleczna, mimo słodyczy, a to plus.
Czekolada mleczna wyszła bardziej chamsko cukrowo i do bólu przeciętnie, a biało-karmelowa sztuczniej. Nie była to jednak bardzo odpychająca sztuczność - waniliowe lody z cookie dough nawet przyjemnie wyszły. Sprawiły, że słodycz tej części aż tak bardzo nie męczyła. 
Szkoda, że aż tak przesłodzono mleczną czekoladę z dołu - gdyby dół był zacny, a nie tak zwyczajnie przeciętny, całość mogłaby bardziej po prostu smakować, a nie w dużej mierze głównie plusować przez intrygowanie. Czekoladowe punkciki niewiele wniosły. Nie były najlepiej zrobione, ale w sumie gdyby nie było żadnego przerywnika od tej tłustości i słodyczy, może byłoby gorzej. Ciasteczko-wafelków dodano tak dużo, że aż przeszkadzały. Karmelizowane wafelki w sumie wpisały się na wydźwięk do wariantu, jeśli mówimy np. o lodach cookie dough podanych w rożku-waflu, wtedy już owszem, ale powinno być ich znacznie mniej.

Reszta, której nie zjadłam, powędrowała do Mamy, która opisała ją tak: "Czekolada ciekawa, ale zdecydowanie obie części lepiej smakują oddzielnie. Dobrze więc, że łatwo je rozdzielić. Razem ta ciekawość i charakter uciekają. Całość byłaby świetna, ale na jedną dużą wadę: zdecydowanie za słodka. Ta ciemniejsza, dolna bardziej ciekawa chyba. Zdecydowanie były w niej wafelki, nie ciastka. Ta na górze chyba smaczniejsza, ale nie wiem, czy taka mocno smakująca zakalcowymi kulkami cookie dough, bardziej całymi lodami cookie dough. rzeczywiście tam trochę cookie dough pobrzmiewało, ale nie wiem, czy naprawdę to czułam, czy bo wiedziałam, że mam czuć".


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 5,90 zł (za 200g)
kaloryczność: 535 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, 6,9% kawałki ciastek (mąka pszenna, cukier, olej kokosowy, lecytyna sojowa), proszek karmelowy (odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, cukier, tłuszcz mleczny, naturalny aromat: wanilia), odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, cukier karmelizowany, 0,4% naturalny aromat cookie dough, lecytyna sojowa, naturalny aromat: wanilia; sól, tłuszcz mleczny

piątek, 9 lutego 2024

Zotter Whisky + Caramel + Pecan ciemna 70 % z karmelowym kremem z whisky oraz nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym

Po dwóch ryzykownych tabliczkach postanowiłam sięgnąć po nadziewanego Zottera, który autentycznie miał duże szanse mi posmakować. Dla nieciastowej mnie, inspiracja amerykańskim ciastem pekanowym "pekan pie" (którego nigdy nie jadłam), brzmiała całkiem nieźle. Z tego, co wyczytałam, dodano do niej whisky od David Gölles, zajmującego się głównie winem austriackiego producenta alkoholu. Dopiero w dniu degustacji przypomniało mi się, że jadłam dość podobną czekoladę Zottera, acz z dodatkiem bardziej kontrowersyjnym niż karmelizowane pekany: Zotter Whisky & Bacon. Bo to, że Scotch Whisky "Highland Harvest" po prostu zwyczajnie mi smakowała, pamiętałam. Obstawiałam, że z tą może być podobnie.


Zotter Whisky + Caramel + Pecan to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana (30%) karmelowym kremem (na bazie czekolady białej karmelowej) ze styryjską whisky od David Gölles oraz (30%) praliną / nugatem z orzechów pekan z pekanami karmelizowanymi w syropie klonowym.

Po otwarciu poczułam mocny, acz szlachetny alkohol, a dopiero za nim palono-gorzką i karmelowo słodką ciemną czekoladę o nieco piernikowych zapędach. Zwłaszcza gdy wąchałam wierzch, słodycz karmelu zdawała się bardzo istotna. Alkohol sugerował obecność warstwy "cukrowego szkiełka", sprawiał wrażenie niemal czystego... Ogół wydawał się też ciepły od sporej ilości dobrego, acz niedookreślonego alkoholu. Spód wydawał się raczej bardziej ogólnie orzechowy i rozmyty także w kwestii słodyczy. Po przełamaniu za to wyklarowała się karmelowo słodka whisky i nasiliła karmelowa słodycz ogólna. Pojawiła się też maślaność. W orzechowości pekanów może i można się doszukać, ale mogła to być jedynie autosugestia.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna już w dotyku. Łamanie tylko to potwierdziło. Bardzo gruba czekolada cicho trzasnęła. Także nugat - wyglądający na suchy - popisał się konkretnością. Jedynie karmelowy krem jawił się jako bardziej plastyczny i mazisty (lecz nie do tego stopnia, by czekolada się w niego wgniatała).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo. Była maślano-tłusta, nieco mazista i w harmonii mieszająca się z nadzieniami.
Szybciej wyciskało się spod niej karmelowe, by rozpuszczać się już równo z nugatem i zostawać dłużej od niego. Krem karmelowy był miękki i tłusty w mleczno-maślany sposób. Miał w sobie nieco kremowo czekoladowy element, acz chwilami wydawał się lekko gumiasty. Mimo że gładki, końcowo zdradzał lekką pylistość.
Pekanowy nugat okazał się pudrowo-pylisty i tłusty w maślany, trochę jakby gumkowo-zbity sposób. Był konkretny, ale rozpływał się łatwo i dość szybko, pod koniec wodniście.
Z nugatu wyłaniało się sporo różnej wielkości kawałków orzechów. Na język wylegały w większości jakby pokryte cukrem kawałki, kawałeczki i dosłownie drobinki (tych chyba było najwięcej) oraz parę sporych kawałków.
Orzechy okazały się miękkie i delikatne. Gryzione dłużej niektóre zdradzały tłustość, trzeszcząc wręcz wiórkowo.

W smaku czekolada była gorzko-palona i subtelnie słodka w palono-karmelowy sposób, a do tego jakby wzmocniona słodkim, mocnym alkoholem (musiała przesiąknąć wnętrzem). Sama w sobie wydała mi się nieco orzechowa, a jej gorzkość w obliczu słodkich nadzień z czasem zahaczała lekko o dym i kawę.

Delikatna orzechowość, najpierw jednak niedookreślona, szybko zapowiedziała swoją obecność, jakby podpinając się smakiem pod czekoladę, lecz nagle szybko to alkohol przyciągnął uwagę. Nadzienia jednak smakowo rozchodziły się mniej więcej równo.

Nadzienie karmelowo-alkoholowe okazało się dynamiczniejsze. Uderzyło słodkim, mocnym alkoholem, który po chwili przedstawił się jako whisky o nieco karmelowym charakterze. Wtapiał się w maślaność i śmietankę, jakie roztaczała ta część, dopowiadając toffi i karmel maślany. Za jego sprawą bardzo rosła też słodycz, chwilami zahaczająca o krówkową. Czekolada z wierzchu próbowała ją nieco poskromić. W pewnej chwili jednak to i tak whisky zdominowała wszystko. Rozgrzała język i usta, sama zaś zdradziła jakby lekką cukrowość. Potem trochę się uspokoiła i... podkreśliła charakter oraz szlachetność nugatu.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do słodyczy sporo dołożył jeszcze nugat. Przedzierał sobie drogę jakby czystą, acz rześką słodyczą.
Zwłaszcza spróbowany osobno wydał mi się przesłodzony i wręcz pudrowo-cukierkowy, choć z czasem rzeczywiście i syrop klonowy się w nim ujawnił. Wydawał się płynąć z całej warstwy, a nie tylko od kawałków orzechów. Co ciekawe, to właśnie chyba whisky z drugiej warstwy nieco podkreśliła sam smak syropu.
Orzechy mieszały się z maślaną nutą bardzo spójnie, ale też czuć, że to pekany. Same w sobie były jakby maślane, jak słodko-tłustsza i znacznie łagodniejsza mieszanka orzechów włoskich i laskowych. Może subtelnie podkreślone cynamonem? Zapewnił ciepło, podkręcając się wzajemnie z rozgrzewającym aspektem whisky.

Z czasem słodycz wzrosła ryzykownie, alkoholowość nieco osłabła i rozmyła się jej jednoznaczność (szlachetność na szczęście pozostała), a nugat mieszając się z karmelową warstwą, wydobył z kompozycji biało czekoladową nutę. Wtedy z nugatu wylegać na język zaczęło sporo kawałków orzechów. Zapewniały słodkie pstryczki. Niektóre ewidentnie syropu klonowego, innej bardziej po prostu słodkie, może z echem karmelizowania. Czekolada z czasem kontrastowo wyszła jeszcze bardziej palono-gorzka, ale mocny alkohol akurat jej odebrał głębię.

Orzechy gryzłam głównie na koniec, w trakcie rozpływania się kęsa zdarzało mi się je jedynie lekko raz po raz podgryzać. Niektóre do końca okrywała nuta syropu klonowego, który czasem jawił się po prostu czysto słodko, a czasem wyraźnie jako on sam. Pod nim orzechy zachowały swój własny, delikatnie słodkawo-maślany smak. Nie były jednak jakoś szczególnie intensywne, jako że cały czas pobrzmiewało echo alkoholowości.

Po zjedzeniu został posmak słodkiej, mocnej whisky (znów jednoznacznej), cierpkawo gorzkiej, dymnej czekolady oraz przesłodzenie od kumulacji maślanego karmelu, syropu klonowego i echa białej czekolady. Czułam też specyficzny efekt jakby takiej śliskości syropu klonowego na języku. Mieszało się to z mocnym, acz także bardzo słodkim alkoholem, ewidentnie whisky. Orzechowość czuć bardzo dobrze, alkohol jej nie zagłuszył. W posmaku okazała się niewiarygodnie jednoznacznie pekanowa.

Czekolada była smaczna, ale bez szału. Ciemna czekolada nie poradziła sobie z przesadzoną słodyczą. Maślany karmel, wręcz toffi, whisky o karmelowych nutach, biała czekolada i syrop klonowy - po prostu za dużo tu tego wszystkiego. Alkoholowo-karmelowy krem nie był mocno karmelowy, raczej maślano-krówkowy i trochę jak wyidealizowane nadzienie Pawełka, słodki, ale bardzo dobry. Nugat jednak nazbyt łagodny, a mocny od alkoholu, co już nie chwyciło. Pekanowy krem był za delikatny, nieco stłamszony. Syrop klonowy chwilami też się zatracał, a słodyczy dokładał cały czas. Wydaje mi się, że aby pokazać charakter pekanów i syropu klonowego przydałoby się pozwolić działać im, bez tak złożonej otoczki. Kompozycja to więc w porządku, niby przejrzysta, ale i tak z czasem nieco męcząca przeładowaniem. Niby z pomysłem i potencjałem, ale coś jakby nie do końca wyszło... Co oczywiście nie sprawia, że to zła czekolada! Zjadłam nawet ze smakiem, ale wiem, że bym nie kupiła (a już na pewno nie kupiłabym, gdybym znała efekt).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, orzechy pekan 14%, tłuszcz kakaowy, karmelizowane mleko w proszku 5% (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), whisky, masło, mleko, syrop skrobiowy, syrop cukru inwertowanego, pełne mleko w proszku, napój ryżowy w proszku (ryż, olej słonecznikowy, sól), pełny cukier trzcinowy, odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, sól, słodka serwatka w proszku, sproszkowana wanilia, cynamon, chili "Bird's eye"

sobota, 30 września 2023

Zotter Bier & Malzkrokant / Beer & Malt ciemna mleczna 50 % z czekoladowo-piwnym kremem z nugatem z orzechów laskowych i piwem oraz karmelizowanym słodem

Ostatnimi czasy uznałam, a właściwie po prostu dotarło to do mnie, że z nadziewanymi czekoladami mi nie po drodze. Owszem, jak jakaś jest zrobiona dobrze, czuję to i potrafię przyznać. Jak jednak przychodzi taką jeść, nie sprawia mi to takiej przyjemności, co jedzenie czystej ciemnej. Jednego nowego nadziewanego Zottera jednak uznałam, że przygarnę, choćby przez wzgląd na "stare dobre czasy", kiedy to wyczekiwałam sezonowych nowości co pół roku. Tym razem (wiosną 2023) nie widziałam niczego dla siebie, acz w końcu wybrałam... czekoladę z piwnym nadzieniem, mimo że nie lubię i nie pijam piwa. Po prostu to na tyle niecodzienna opcja, ze składników takich, że pomyślałam, iż może mimo wszystko i ja odnajdę w niej coś tam, co mi jakoś do gustu przypadnie. Z tego co poczytałam, piwo dodano do niej nie byle jakie, bo rzemieśnicze nazwane na cześć jedynej austriackiej kolonii na Oceanie Indyjskim, Wysp Nicobar (w pobliżu Malezji i Singapuru), w której pito pewne niezwykle mocne ale. Swoją drogą, kolonia nie przetrwała za długo. Pamięć o piwie natomiast tak. Nicobar ma być jego "wskrzeszeniem". Piwo dodane do tej czekolady, Nicobar IPA, to wielokrotnie nagradzane India Pale Ale organicznego mikrobrowaru Gusswerk z Salzburga, który warzy przy użyciu tradycyjnej metody.


Zotter Bier & Malzkrokant / Beer & Malt to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana czekoladowo-piwnym kremem zrobionym na bazie czekolady karmelowej, ciemnej czekolady 70% i nugatu z orzechów laskowych z piwem India Pale Ale (Nicobar IPA) oraz cienką warstwą siekanego i karmelizowanego słodu.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach mocnego, ciemnego piwa, podkreślonego kakaowo-słodowo-chmielową gorzkością. Spory udział w kompozycji miały orzechy laskowe - zwłaszcza wierzch wydawał mi się bardziej orzechowy, słodszy w nieco pralinkowo-karmelizowanym sensie. Całość pachniała także mlekiem, wysoką karmelową słodyczą, która nasiliła się po przełamaniu. Wtedy też polał się aromat piwa niczym tsunami, ale... całość sugerowała też mocniejszy alkohol - jakieś brandy czy whisky. Z racji karmelowości? To było aż w pewien sposób ciepło-pikantne ("korzenne" to chyba za wiele powiedziane).

Czekolada wydawała się masywna i tłustawo-kremowa. Przy łamaniu ogół nie trzaskał, ale był twardy. Nadzienie mimo masywności, wyglądało na plastyczne. Na pewno było maziste. Na oko słodu karmelizowanego nie widać, lecz - jak odkryłam - był umieszczony pod czekoladowym wierzchem, z racji czego ten łatwo odskakiwał.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto. Zalepiała usta w nieco mazisty, śmietankowo-maślany sposób. 
Nadzienie wyłaniało się spod niej dość szybko, choć rozpływało się ogólnie w tempie umiarkowanym. I spójnie z czekoladą. Było miękko-tłuste, ale masywne, bardzo maślane i kremowe w czekoladowy sposób. Trochę zalepiało, po czym rozpływało się, coraz bardziej rzednąc. Po pewnym czasie wypuszczało z siebie kawałki słodu. Te ulokowały się pod wierzchnią warstwą czekolady - trochę wtopiły się i w nią, i w nadzienie. Słód okazał się drobinkami i głównie łuskami, też jakby patyczkami siana.
Słód gryzłam dopiero na koniec, gdy reszta już zniknęła. Część wyszła delikatnie, trzeszcząco, mimo że niektórym drobinkom twardości nie brak. W większości jednak to łuski, które wypluwałam. Okropny, irytujący dodatek.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą karmelu, który jakby osiadł na zaskakująco intensywnej, wręcz ziemistej gorzkości. Tę już po chwili poskromiła mleczność. Słodycz za to wzrosła.

Nadzienie w smaku w dużej mierze wydawało się kontynuacją smaku samej czekolady - okazało się niezwykle harmonijne, zgrane z nią. Wraz z jego czekoladową gorzkością, wypłynął też wątek maślano-mleczny. Leciutka goryczka o orzechowym charakterze rozchodziła się, przy czym wydawała się wpisana w czekoladowość.

Alkohol prędko zaznaczył swoją obecność - sama czekolada lekko nim przesiąkła. W pierwszej chwili wydał mi się bardzo mocny i tyle. Porządnie nadzienie, a wraz z nim alkohol, odezwało się dopiero po pewnym czasie. Cechowała je karmelowa słodycz, a także palona gorzkość. Należała do ciemnej czekolady z wyraźnie ziemistym wątkiem oraz słodu, zboża. Odnotowałam orzechy, początkowo niedookreślone. W  tym czasie jednak alkohol przedstawił się jako ciemne piwo, chyba wzmocnione nutami brandy, whisky czy czegoś mocnego i aż zasładzającego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem zaserwował więcej maślaności, trochę śmietanki, mleka... Słodycz też wzrosła, przy czym bardzo słodki, karmelowy alkohol nie odpuszczał. Wyłoniły się "orzechy chyba laskowe" w wydaniu słodko-nugatowym.

Na zasadzie kontrastu jednak wyłoniła się soczysta goryczka, nakręcająca smak piwa. Chmiel, kakao i ziemistość podkreśliły jego charakter. Alkohol znowu wydał się bardzo mocny, aż szczypiący w język. Kompozycja w pewien sposób przybrała na słodkiej pikanterii. Odnotowałam lekką korzenność, a słodycz karmelu wydała mi się mocniejsza i bardziej płytka. Na przód wyszło słodko-goryczkowate, mocno słodowe piwo. Z cytrusowym akcentem?

Z czasem sama czekolada zaczęła się wydawać bardziej maślano-słodka. Lekka cierpkość kakao zgrała się za to ze słodem, w zasadzie zlewając się w jedno.

Ssany, ciamkany i gryziony słód niewiele wnosił. Dużo zależało od tego, co się trafiło. Pojedyncze kawałki, dosłownie drobinki były cukrowo-goryczkowatymi pstryczkami, przypominającymi o piwie, jednak w większości w ustach zostawały łuski. Ten dodatek aż krzyczał "wypluj mnie", bo i niczym nie smakował.

Po zjedzeniu został posmak alkoholu, ewidentnie piwa. Czułam goryczkę słodu i kakao, pewną ziemistość, ale także przesłodzenie karmelem, niemal cukrowe... Nie tak jednak czysto cukrowe, bo z pikantnym tłem. Niewątpliwie to mocny alkohol (jakby wzmocnione piwo), ale i lekka korzenność.

Całość była smaczna, jednak tabliczka bardzo mi podpadła tym "karmelizowanym słodem" - to jakaś porażka, w większości łuski, niektóre w cukrowej otoczce. Tylko psuły efekt. A miały, co zepsuć. Sama czekolada mleczna była przyjemnie gorzka, a i w nadzieniu tej gorzkości nie brakowało. Ciemne piwo, ziemia, orzechy w palonym splocie sprawiły, że wysoka i rozgrzewająca, karmelowa słodycz nie męczyła. Alkohol był mocny, ale ciemne piwo i słód wciąż czuć wyraźnie. Podobało mi się, że ta czekolada była tak ewidentnie piwna, ale nie gubiąca czekoladowości. Zaskakująco "ciemno" wyszła, wcale nie tak mlecznie słodko. A jednak ten słód, a w zasadzie łuski, denerwował bardzo. Gdyby nie on, mogłabym to uznać za doskonałą piwną czekoladę i z ochotą zjadłabym całą. Przez okropne łuski, dokładnie po 24 gramach czekoladzie podziękowałam. I aż dziwnie mi to oceniać - tabliczka jest świetna, ale przez te łuski zupełnie nie do jedzenia.

Reszta trafiła do Mamy. Powiedziała: "Przepyszna! Kojarzy mi się z takimi szlachetnymi, naprawdę dobrymi truflami, cukierkami czekoladowymi, mocno alkoholowymi. Jakby z rumem. Byłaby idealna, gdyby nie te łuski do wypluwania. Okropny pomysł, żeby dodać coś takiego. A ogólnie ona taka aż ciężka, że najeść się można, specyficzna. Dobra, bardzo dobra, ale z alkoholowych czekolad to wolę np. Lindta Whisky, choć to zupełnie dwa inne światy."


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, piwo Nicobar India Pale Ale (zawiera słód jęczmienny), mleko pełne w proszku, mleko karmelizowane w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), syrop ryżowy, brandy piwna, orzechy laskowe, odtłuszczone mleko w proszku, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowany chmiel, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, anyż gwiazdkowaty

niedziela, 9 kwietnia 2023

Zotter Sea Buckthorn & Quince / Sanddorn & Quitte ciemna 70 % z marcepanem z rokitnikiem, galaretką z pigwy i kremem pigwowym na bazie mleka, białej czekolady, czekolady karmelowej i nugatu migdałowego

Wybierając kolejną nadziewaną tabliczkę kierowałam się tym, które lepiej zjeść jak najświeższe. Na pewno były to propozycje z galaretkami, bo te Zottera są niezwykle specyficzne: niewiarygodnie naturalne, soczyste i rzadkawe. Z nich świeżość aż powinna bić! Dalej pokierowała już tylko ochota, bo miałam ją na coś mniej słodkiego, a właśnie może soczyśśście kwaśnego? Pamiętam, jak za dzieciaka z przyjaciółką z jej ogródka zdarzało nam się rwać pigwę i wgryzać się w nią, wysysać w momencie gdy większość dzieciaków wolała kwachowate orandżadki na sucho (brr). Z kolei rokitnikowy marcepan był dla mnie tajemnicą, bo smaku tego składnika nie kojarzę - w internecie znalazłam, że jest nazywany "rosyjskim ananasem", ponieważ przypomina ananasa w smaku i jest cierpki.


Zotter Sea Buckthorn & Quince / Sanddorn & Quitte to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana nadziewana marcepanem z rokitnikiem (18%), galaretką z pigwy (22%) i kremem ("ganache") z pigwy na bazie mleka, białej czekolady, czekolady karmelowej i nugatu migdałowego (18%).

Po otwarciu poczułam palony zapach ciemnej czekolady o chlebowo-orzechowym charakterze i kwaskiem w tle, podsyconym owocową nutą. Nachylając się nad spodem wyłapałam nawet pewną mleczność, nad wierzchem zaś - ewidentnie marcepan. Po podziale i przełamaniu rozbrzmiały owoce. Czułam wyraźnie pigwę i cytrynę, ale też coś bardziej cierpkiego. Pomyślałam o ananasie. Całość wydała mi się bardzo słodka w sposób trochę mleczno-białoczekoladowy, a trochę karmelowy.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się zaskakująco masywna. Bardzo gruba warstwa czekolady trzasnęła, a choć wnętrze było miękkawo-plastyczne i wilgotne, także one okazało się zbite, zwarte. Galaretka o niewyobrażalnej soczystości nieco się rwała, ale trzymała środka.
Marcepan był minimalnie wilgotny i zbito-grudkowaty, miękki. Umieszczona po środku galaretka (swoją drogą o pięknym, jasnozłotym kolorze, co widać chyba tylko na jednym zdjęciu, a w rzeczywistości tylko pod światło) nie była typową galaretką, a lepko-rzadkawą, zżelowaną masą z owoców i soku.
Dolny krem cechowała miękka tłustość i mazistość. Był jednak zbity, gęsty (ciekawostka: na stronie Zottera wygląda, że są w nim kawałki owoców; u mnie był gładki).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo, smugami pokrywając podniebienie i powoli ujawniając nadzienia. Rozpływały się w tempie mniej więcej równym, acz najprędzej wyciskała się rzadko-soczysta i bardzo lepka galaretka, gładki i kremowo-tłustawy krem pigwowy znikał najszybciej (ale wcale nie tak szybko), rozpływając się spójnie z czekoladą, a lekko skrzypiące grudki marcepanu zostawały jeszcze na koniec. Trafiłam w nim na kilka kuleczek pomarańczowego koloru twardych tak, że zupełnie nie do pogryzienia i chyba w obu warstwach (trudno stwierdzić, gdy całość się rozpływała, a nie było tego dużo) na dosłownie drobineczki owoców - tak małe, że aż bez smaku (stąd "chyba"). Odrobinka czekolady zamknęła występ.

W smaku czekolada przywitała mnie paloną słodyczą o karmelowym charakterze i również paloną gorzkością. Pomyślałam o kawie i orzechach. Przemyciła też kwasek i cierpkość.

Nie było jednak bardzo kwaśno, bo krem pigwowy rozniósł mleczno-słodką mgiełkę, unoszącą się nad tym, co robiły inne części czekolady.

Prędko odezwała się galaretka. Przecinała wszystko kwaśnością pigwy i cytryny, za którymi tuż-tuż była wysoka słodycz. Okazała się w połowie smakować specyficznie galaretkowo, a w połowie zaskakująco świeżo. Przez moment to pigwowa galaretka dominowała. Początkowo soczystość wydawała się nieskończona, lecz z czasem, też pod wpływem innych części, słodycz okazała się aż drapiąca. Co więcej, zahaczyła o cukierkowość. 

Do słodyczy i kwasku dołożyły się pozostałe nadzienia. Marcepan rozpływał się spokojnie, wpasowując się w orzechowość czekolady, a drugie nadzienie podkręciło słodycz i rozlało mleczność. Oba obudowały pigwową galaretkę migdałami.

Krem pigwowy wprowadziła galaretka, ale nie tylko, bo i migdałowość właśnie od niego odchodziła. Ewidentnie czuć pigwę, ale też cytrynę i mnóstwo słodyczy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wypuścił z siebie białą czekoladę i nugatowość. Zrobił się pudrowo-słodki, "słodziaśny", mignął mi nawet toffi. Okazał się bardzo słodki i aż wyciszył na pewien czas owoce. Następnie wyważył całą kompozycję mlekiem i maślanością, złagodniał sam i złagodził otoczenie. Wydał mi się przede wszystkim głęboko mleczny, aż zaskakująco. 

Za tym optował także bardzo owocowy marcepan, świetnie dopasowujący się do kremu. W czekoladzie podkreślił orzechową nutę, sam zaś nie był tak czysto i mocno migdałowy. Do pigwy dołączył poprzez bardziej cierpko-owocowy, egzotyczny wątek. Zdecydował się jednak też na delikatne migdały, łączące i wygładzające wszystko. Czuć je wyraźnie, zwłaszcza w drugiej połowie rozpływania się kęsa. Wtedy też płynąca z niego owocowa słodycz i trochę kwasku sprawiły, że wyszedł jak ananasowy marcepan. Owocowa cierpkość mieszała się z nieco drzewną. Bo właśnie drzewa zasugerował splot marcepanowych migdałów i czekolady.

Z czasem migdały przypomniały właśnie i o niej, czekoladzie. Ta również przejawiała subtelną kwaśność, a jej  karmelowa słodycz wydała mi się jeszcze wyższa. Gorzkość na szczęście też. Dodała wszystkiemu trochę powagi.

Gryzione na koniec grudki marcepanu oczywiście jego smak czyniły nadrzędnym.

Mimo to, po zjedzeniu czułam się przesłodzona, zacukrzona w zasadzie. Posmak był białoczekoladowy, acz jednocześnie kwaśno-soczysty, bardzo cytrynowo-egzotyczny, może już nie taki klarowny, ale przyjemny częściowo. Cierpkość owoców mieszała się z cierpko-goryczkowatą czekoladą o palonym charakterze. 

Całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Bardzo wyraźnie czuć pigwę zarówno w słodkim, mlecznym kremie, jak i galaretce. Co prawda, poszczególne części były mi za słodkie, ale całościowo za słodko wcale aż tak bardzo nie było, muszę to przyznać. Ogrom mleczności i białej czekolady w pewnym momencie bardzo złagodził kompozycję, ale tytułowych smaków nie zabił. Kwaśność stanęła na wysokości zadania zapewniając soczystość. Wydaje mi się, że także rokitnik nieźle się sprawdził. Marcepan i krem bardzo się zgrały, a ciemna czekolada pasowała doskonale. Z przyjemnością to zjadłam, bo było nie tylko ciekawe i niespotykane, ale też smaczne. I, co najważniejsze, mimo wielu warstw, tabliczka nie wyszła przeładowana. A jednak nie przekonuje mnie dosładzanie w takim stylu (cała ta białoczekoladowość, nugatowosć, toffi) czegoś takiego jak pigwa i rokitnik. Ja bym tę tabliczkę widziała o wiele kwaśniej, soczyściej, a zasładzacza jakiegoś innego, nieowocoego zrobiła (coś toffi-nugatowego?).


ocena: 8/10
kupiłam: zotter.pl
cena: 17,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy surowy, miazga kakaowa, marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), pigwa, tłuszcz kakaowy, syrop skrobiowy, pełne mleko w proszku, miód, mleko, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), koncentrat soku z rokitnika, migdały, odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku z cytryny, sok z cytryny, słodka serwatka w proszku, cukier trzcinowy pełny, substancja żelująca: pektyna jabłkowa, lecytyna sojowa, sól, sproszkowana wanilia, cynamon, płatki róży, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)