Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: 1 lub 2 składniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: 1 lub 2 składniki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

krem GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych 100 %

Wybierając, jakie kremy chcę otrzymać od lubianej przeze mnie marki GymBeam, dziś przedstawiany był oczywistym wyborem. Bardzo lubię kremy 100% z orzechów laskowych i od dłuższego czasu są stałymi bywalcami mojej komody i lodówki. To, jednak, jak interesujący jest ten konkretny krem, wyszło na jaw dopiero jakoś dzień czy dwa przed jego degustacją. Na słoiku nie znalazłam żadnej wzmianki na temat prażenia orzechów i tknęło mnie, by zapytać. Otóż okazało się, że marka robi go z orzechów nieprażonych, surowych. Wow, z takim chyba jeszcze do czynienia nie miałam! A trzeba Wam wiedzieć, że normalnie - gdy mowa o samych orzechach - zdecydowanie wolę surowe niż prażone.

GymBeam Hazelnut Butter / Masło z Orzechów Laskowych to krem 100% z surowych orzechów laskowych.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu przywitały mnie naturalnie bardzo słodkie orzechy laskowe. Bez wątpienia były to świeże orzechy. Nie tylko świeże w sensie "nie prażone", ale bardzo, bardzo świeże, jakby tylko co zerwane i wyłuskane z łupinek. Celowały w wizję orzechów w dużej mierze bez skórek, acz ich akcent zaznaczył się nienachalnie w tle. W dużej mierze jednak odciągał od nich motyw niemal roślinny: łagodny i rześki.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo dużo oleju. Zlałam jakieś 13 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3-4 łyżeczki. Krem pod olejem bardzo wysechł i zrobił się dość twardy, ale mieszanie o dziwo nie było bardzo wymagające. Podeschnięta masa ochoczo przyjęła olej. Krem choć gęsty i przez pewien czas grudkowaty, wydał mi się miękki i uległy, więc po paru chwilach mieszania uzyskałam jednolitość. Widać, że nie był gładki, a upstrzony kropeczkami i drobinkami, potencjalnie bardzo miazgowy i oleisty. Ciągnął się, wykazując zwięzłość.
Od pierwszej sekundy w ustach gęsty krem jakby rozkręcał się, na gęstości jeszcze przybierając. Rozpływał się powoli, chwaląc się mocno miazgową konsystencją. Tłustość rozkręcała się, serwując nieco oleisty motyw, ale w końcu zatrzymała się na średnio-wysokawym poziomie, który nie przełożył się na ciężkość. Jego tłustość szła troszeczkę w kierunku kremów z orzechów włoskich i pekanów (jakby do laskowych ich trochę dodano). Całość wydała mi się miękka i w pewnym sensie aksamitna, choć na pewno nie gładka.
Pasta gryziona całościowo skrzypiała, trzeszczała w twardawo marcepanowym stylu.
Po zniknięciu masy, w ustach za każdym razem zostawało mnóstwo drobinek i kawałeczków. Gdy gryzłam je na koniec, po kremie, również w większości były skrzypiące-trzeszczące, a zarazem chrupkawe. Odebrałam je jako niemal soczyste, ale zarazem konkretne i sporadycznie twardawe.

W smaku od razu poczułam delikatną, niską, ale nie mdłą słodycz. Należała do świeżych, niemal soczystych orzechów laskowych. Takich tylko co zebranych i rozłupanych chwilę wcześniej.

Ich delikatna słodycz... przez chwilę czy dwie to w zasadzie jedynie mgliście słodkawy motyw. Słodycz zeszła na niski poziom, dopuściła do głosu motyw jakby roślinny - świeży niczym powietrze, gdy pada, niczym zmoczona deszczem leszczyna. Cała ta roślinność wypływała z orzechów i umacniała wizję surowych. Czasem bardzo subtelnie zdradzało swoją obecność echo skórek orzechów. Ale nie gorzkość.

Nagle słodycz podskoczyła. Zajęła średni poziom, bo choć wzrosła od początku, to jednak bardzo wysoka się nie stała. Czy to delikatna, czy już ta silniejsza, świetnie czuła się na pierwszym planie i dyrygowała innymi nutami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przywołała szlachetną, subtelną goryczką świeżych skórek surowych orzechów. Dodawała kremowi głębi, długo trzymając się z tyłu.

Jako że słodycz wzrosła znacząco, goryczka w zasadzie jawiła się jako nieistotna. Motyw skórek za to owszem. Nie była to typowa gorzkość, raczej wytrawność, przełamująca słodycz.
Skórki mieszając się ze słodyczą laskowców czasami robiła aluzje do pieczonego biszkoptu orzechowego - z tym, że osadzonego w surowych realiach (ma to sens?). Słodko-wytrawnego w taki naturalny, nienachalny sposób.

Gryzione drobinki orzechów kontynuowały naturalnie słodki, ale już zdecydowanie mniej, bo jedynie słodkawy, i świeży smak orzechów laskowych ze skórkami. Wśród drobinek skórki odegrały ważniejszą, choć nadal nie bardzo silną i nie gorzką, rolę.

Po zjedzeniu został posmak świeżych, słodkawych orzechów laskowych z leciutko zaznaczonymi skórkami. Zupełnie jakbym jadła młode, soczyste orzechy, wśród których tylko co jakiś czas zdarza się zaplątać jakiemuś w skórce. Wydawały się niespotykanie słodkie i miały w sobie coś lekko świeżo-roślinnego, co mnie kojarzyło się z mokrą od deszczu leszczyną.

Krem był nie dość, że przepyszny, to jeszcze niespotykany. Jedyny w swoim rodzaju. Jadłam wiele kremów, w których pojawiały się sugestie świeżych orzechów, tak lekko prażone były, ale to, jak jednoznacznie świeże orzechy czułam w tym, było... wow, niecodzienne. Przy okazji zaskoczyła mnie ich słodycz - rzadko trafiają mi się tak naturalnie słodkie laskowce. Wydaje mi się, że niegorzkie, ale jednak dobrze wyczuwalne skórki podkręciły słodycz na zasadzie kontrastu (i zakładam, że to, że ich nie prażono nie przyprawiło im goryczki). Akcent roślinny, aluzja do deszczu przyjemnie wieńczyły świeżość.
Konsystencja wydawała mi się też bardziej świeża, a zatem... oleiście-tłusta, jak kremy z najtłustszych orzechów. Wolałabym, by nie szła w tym kierunku, ale rozumiem, że wynika to z surowości orzechów (które zachowały cały tłuszcz).


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 28,90 zł za 340g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: orzechy laskowe 100%

sobota, 13 czerwca 2026

krem GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan 100 %

Choć przejadłam w życiu naprawdę sporo kremów orzechowych, z orzechów pekan 100% jadłam tylko Maslove Pekan 100 % Zmielony Pieczony. Niestety jednak przez jego formę, konsystencję nie mogłam się wczuć w smak tak, jak bym chciała. Zlepek kawałków orzechów do gryzienia? Niee, wolę kremowe kremy. A jednak sama jakoś nie szukałam, gdzie by tu zakupić inny z pekanów, ze względu na wysoką cenę, a jednak wątpliwy efekt. Wszak to bardzo tłuste orzechy i wiedziałam, że kremy z takich niekoniecznie muszą być zachwycające, co pokazały mi kremy z orzechów włoskich (na razie w kolejce do publikacji), jednych z dwóch moich najukochańszych orzechów. Gdy jednak zaczęłam współpracę z GymBeam, dziś przedstawiany był jednym z pierwszych słoików, o jakie poprosiłam. Opis ("Pokochasz jego delikatnie słodki, maślany smak, który z pewnością przekona każdego fana masła orzechowego") zachęcał. 

GymBeam Pecan Butter / Masło z Orzechów Pekan to krem 100% z surowych orzechów pekan.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam zapach surowych orzechów pekan z wyraźnym motywem niegorzkich skórek. Wyobraziłam sobie całe orzechy o naturalnej lekkiej słodyczy i wysokiej tłustości, aż trzeszczące pod naciskiem zębów, nie chrupiące. Po zlaniu oleju do kompozycji dołączyła jeszcze subtelna goryczka, kojarząca się bardziej z orzechami włoskimi.

Na wierzchu wydzieliła się bardzo duża ilość oleju, z czego zlałam jakieś 77g, czyli 19 łyżeczek (jak zawsze do słoiczka, na wypadek, gdyby trzeba było dolać więcej), a wymieszałam niecałe dwie łyżeczki. Co ciekawe, najpierw wydzieliło się jakieś 72g, nałożyłam sobie porcję, wstawiłam do lodówki. Kiedy przyszła pora na dokończenie kremu, wtedy na wierzchu znowu wydzielił się olej - te kolejne gramy. Zaskoczyło mnie to, bo zazwyczaj kremy orzechowe raczej podsychają i wtedy dolewam ze słoiczka odpowiednią ilość.
Krem wyglądał interesująco, bo pod warstwą oleju, patrząc przez słoik, wyglądał na dwukolorowy: beżowy z ciemnobrązowymi, niemal czarnymi zawijasami. Po przemieszaniu zrobił się ciemny, w odcieniu pekanowych skórek.
Mieszając ze zdziwieniem odkryłam, że wyglądało, iż z kremu nie uciekł żaden olej, bo nadal był bardzo tłusty. Mieszał się łatwo, bo ogólnie mimo konkretu, był tłustą, lepko-plaskającą masą.  Wydawało się, że olej aż się z niego cały czas wyciskał. Krem wyglądał na trochę jakby papkowato-ciastowy, ale też miazgowy, usiany mnóstwem drobinek i malutkich kawałków, a także skórek.
Jedzony przedstawił się jako tłusty, już trochę ciężko-przytykająco tłusty, ale nie tak okrutnie tłusty, jak można by się obawiać. Choć wyraźnie czuć oleistość, nie wydawała się jego najistotniejszą cechą. Rozpływał się w tempie średnim, na pewien czas jakby gęstniejąc, po czym jednak rozchodził się na coś, przypominającego bardzo tłustą, ciastowatą papkę i tłustą zawiesinę z drobinkami. Znalazł się w nim ogrom malutkich kawałków i drobinek, a więc uwielbiany przeze mnie efekt miazgowy, a także dosłownie parę większych kawałków. Trochę odciągał uwagę od tłustości.
Gryziony krem wyszedł całościowo chrupko.
Gryzione po zniknięciu bazy drobinki i kawałeczki były całkiem angażujące. Niektóre bardziej trzeszczące, inne masywniej chrupiące.
Po zjedzeniu pasta zostawiała sucho-cierpkie wrażenie.

W smaku najpierw rozbrzmiała wysoka, intensywna słodycz, należąca do orzechów pekan o maślanym charakterze. Tłustość dała o sobie znać w smaku.

Słodycz wydała mi się bardzo dynamiczna. Czasem wyskakiwała ponad wszystko na poziom tak wysoki, jakby pasta była lekko dosłodzona. Słodycz ogólnie rosła, jakby jej się spieszyło, po czym... Zatrzymała się. Czasem w oddali zaznaczała się ledwo uchwytna goryczka. I... zaraz zniknęła?

Słodycz robiła się bardziej zachowawcza. Maślaność zaczęła ją coraz bardziej tonować, rozbijać. Sama nasilała się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że orzechów nie prażono. W głowie siedziały mi cały surowe orzechy pekan, co jeszcze wzmacniało smakowo tłusty wydźwięk kremu. Ewidentnie wraz ze skórkami.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach goryczka trochę wracała. Czasem bardziej, czasem słabiej. Miałam wrażenie, że wiąże się z wyłaniającymi się z masy kawałeczkami. Nie wydawała się należeć do skórek, które jawiły się tu bardziej jako neutralne. Goryczka zerkała raczej w stronę orzechów włoskich.

Słodycz, choć już stonowana, trochę przyciszona, wciąż była obecna. Gorzkawość nasilała się pod jej przyzwoleniem. Czasem zaskakiwała na bardziej neutralnie-skórkowy tor... A chwilami pekany ze skórkami uparcie mieszały się z jakby echem goryczkowatego oleju z orzechów włoskich.

Gryzione na koniec kawałeczki orzechów pekan chwilami wydawały się jakby lekko podprażone. W większości jednak surowe, tylko przy niektórych zagarnięciach tak się ze mnie naigrywały. Kawałeczki połączyły w sobie słodycz z neutralnymi skórkami pekanów oraz goryczkę o różnym nasileniu. I w różnych proporcjach.

Po zjedzeniu został posmak gorzko-oleisty. Powiedziałabym, że mieszanki orzechów włoskich i pekan w skórkach. Pekany na koniec wywalczyły trochę maślanej słodyczy, wpisując ją w wizję surowych orzechów. Posmak wskazywał na krem i olej z orzechów, czuć, że to nie orzechy sobie chrupałam. Nie był zbyt przyjemny.

Krem wydał mi się ciekawy i smaczny, choć też mnie w sobie nie rozkochał. Podobał mi się surowy charakter orzechów. Zaskoczyła mnie początkowa wysoka słodycz i to, że w zasadzie trwała do końca. Gorzkość okazała się niska, czasem udawała orzechy włoskie, ale w negatywnym sensie, bo wyszła orzechowo oleiście - to trochę mi nie podeszło, ale też nie było złe. Jako że mieszała się z naturalną, maślaną słodyczą, nie męczyła, a współpracowała z resztą nut. Orzechy pekan całkiem nieźle wyszły jako krem, ale wolę je jednak po prostu, jako orzechy.
Konsystencja miała wady tylko te wynikające z natury kremu z pekanów, włoskich i tego typu orzechów. Gdy chodzi o wykonanie kremu, zrobili go w najlepszej możliwej opcji, czyli kremowo-miazgowej. Z drobinkami, ale nie kawałkami jak kremy typu "crunchy".

Choć zmogła mnie papkowata, tłustość i nie podobała mi się oleista goryczka, nie sądzę, by można było lepiej zrobić krem z orzechów pekan. Jasne, sama wolę jeść łyżeczką kremy z innych orzechów, od tego w zasadzie nawet wiele kremów, którym wystawiłam np. 8, ale to wybitny krem 100% z pekanów.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 40,90 zł za 340g
kaloryczność: 732 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy pekan 100%

poniedziałek, 25 maja 2026

krem Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe

Odkąd zjadłam krem Sticky Blenders Migdał Vegan, wiedziałam, że będę chciała do niego wrócić. Albo do zbliżonego. Choć gdy mam jeść migdały, zdecydowanie wolę te w skórkach od blanszowanych, odkryłam, że kremy z blanszowanymi są... Niesamowite, odbierające mowę. Gdy mijałam nowe stoisko w galerii handlowej, w której raz w miesiącu bywam w Auchan, nie mogłam przejść obojętnie. Wypatrzyłam bowiem słoiczek, który natychmiast skojarzył mi się z podlinkowanym.

Spichlerz Zdrowia 100 % Naturalne Masło Migdałowe to krem 100% z blanszowanych migdałów.

Po odkręceniu poczułam niecodziennie delikatny zapach migdałów, kojarzący się z nierealistycznym marcepanem, zrobionym tylko i wyłącznie, w 100% z nieprażonych migdałów, bez dodatku żadnego słodzidła. Mieszał się z właśnie mieloną mąką migdałową i dosadną nutą oleju roślinnego, ogólnie neutralną roślinnością, śmietankowym echem - takiej bardzo tłustej, minimum 30% śmietany, a także krył w sobie leciuteńką słodycz. Ta, jak i motyw dziwnego marcepanu, przybrały na znaczeniu po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia.

przed i po uporaniu się z olejem
Krem miał bardzo dziwną strukturę. 
Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju. Zlałam jakieś 5 łyżeczek, a od razu wymieszałam 3,5 łyżeczek. Robiłam to bez przekonania, bo w zasadzie krem nie wydawał się suchy, ale... daleko mu było do formy kremu-pasty orzechowej. Niestety, ile nie lałabym oleju, nie przybierał na kremowości, więc po tej ilości sobie darowałam. I bardzo dobrze! Na spodzie zostało bowiem trochę... niezupełnie suchych, ale suchszych kawałków i te w smaku były najlepsze, najwyrazistsze.
"Krem" przybrał formę papkowatego marcepanu z oleistym motywem. Im więcej dolewałam oleju, tym bardziej rzadki, ale wciąż tłusto-papkowaty się robił. Za nic nie przybierał na kremowości, wciąż utrzymywał formę masy-zbitki grudek. W trakcie jedzenia w dodatku odnotowałam, że co i raz olej jakby z niego wypływa - no nie chciał się łączyć i już.
W ustach krem rozpływał się w średnio-szybkim tempie. Chwilowo nieco gęstniał i jakby zwiększał objętość, ale daleko mu do kremowości. To raczej papka, grudki pozlepiane olejem, oleistą zawiesiną. Zalepiało to na moment konkretnie. Po chwili szedł w kierunku rozrzedzonej olejem masy marcepanowej z kawałkami migdałów, których sporo kryło się w grudkowatej masie. Czuć wysoką oleistość, a "krem" (?) rozchodził się w ustach na marcepanową, trochę zawiesinową papkę z mnóstwa drobinek, grudek i trzeszcząco-skrzypiących marcepanowych wiórków migdałowych. Czułam się, jakbym jadła miazgę i schłodzony olej kokosowy z rozmieszanym marcepanem.
Zagarniając uważnie, da się zagarnąć trochę samego gładkawego tłustego lepiszcza, bez kawałków.
Gryzione grudki, małe kawałki i wiórki trzeszczały i skrzypiały jak marcepan. Spora ilość małych kawałków okazała się subtelnie miękka, jakby marząca o chrupkawości. Pogryzienie wszystkiego, co w ustach zostawało trochę trwało.
Całość miała tak nieprzyjemną strukturę, że te wszelkie kawałki aż się chciało gryźć szybciej, już w trakcie rozpływania się masy.

W smaku pierwszą poczułam nutę jakby roślinną, a po chwili oleistą. Do głowy przyszedł mi olej roślinny... który zaraz zaskoczył na migdałowy tor.

Ten wprowadził marcepan - podobnie jak w zapachu dziwny, bo zupełnie niesłodki. Jakby marcepan zrobiony jedynie z migdałów, czysty 100% migdałowy twór. Migdałowy smak zaczął przybierać na sile, a oleisty wątek odszedł na tyły. Jedynie lekko pobrzmiewał.

Gdy zagarniałam masę z dna, tę suchszą, z którą nie wymieszałam oleju, odkryłam, że była intensywniej migdałowa, a oleista w stopniu znikomym. Wierzch, ten najdokładniej przemieszany z olejem, pobrzmiewał olejem zbyt wyraźnie, że to aż rozbijało smak migdałowy.

W tle też zaznaczyła się nieśmiała słodycz. Jakby trochę śmietankowa? Najpierw pomyślałam o zwykłej śmietance minimum 30%, wręcz naturalnie słodkawo-mdławej, ale z czasem i ona uległa ogólnej migdałowości.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach przyszły mi do głowy domowa mąka migdałowa i płatki migdałowe. Łagodne, nieprażone i leciutko słodkie. Za ich sprawą migdałowość wzrosła znacząco i nagle zrobiła się bardzo wyrazista. Czułam neutralne, blanszowane i nieprażone migdały. Ich neutralność igrała trochę ze słodyczą. Marcepan na pewien czas zniknął.

Raz po raz przemknęła mi jakby... niemal neutralna wytrawność? Do mąki migdałowej podkradł się akcent ciecierzycy. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Słodycz na pewien czas lekko wzrosła, pozwalając także śmietance skąpać się w migdałowej chwale. Wraz z wyłanianiem się kawałków trochę nasilał się smak blanszowanych surowych migdałów, też właśnie z nutą śmietankową, już trochę słodszy.

W zagarnięciach, gdzie było mniej kawałków, a więcej "tłustego lepiszcza" smak robił się bardzo oleiście mdły i aż mało migdałowy.

Blanszowane, delikatne migdały końcowo trochę złagodniały, wracając do płatków migdałowych.

Gryzione kawałki serwowały łagodny smak słodkawo-neutralnych migdałów blanszowanych. Raczej surowych i choć ogólnie bardzo delikatnych, to po tej oleistej kompozycji, całkiem wyraźnych.

Po zjedzeniu został posmak właśnie płatków migdałowych. Delikatnych, naturalnie słodkawych, ale w zasadzie bardziej neutralnych. Czułam też lekką, prawie nieistotną oleistość.

Część na dnie, ta suchsza, złożona niemal z samych kawałków, była najsmaczniejsza. Im więcej oleistej masy, tym smakowo było gorzej.

Krem... nie podszedł mi. Nie podobała mi się struktura papkowatego lepiszcza z dodatkiem marcepanu. W trakcie jedzenia dolewałam trochę olejku i na bieżąco mieszałam, ale za nic nie chciało ułożyć się to w krem, a szło po prostu w kierunku rzadszej i bardziej oleistej marcepanowej papki. Smak w porządku, ale niestety też szedł w oleistość. Gdyby nie struktura, 6 by zdobył, bo był łagodnie słodkawy, bardziej neutralny i w dużej mierze bez wielkich wad... gdyby tak nie dodać do niego tego oleju, a cały zlać. Żałuję, że nie zlałam całości, bo część suchsza była nawet smaczna. Ta rozrzedzona olejem zbyt mdła. Ogół dziwnie kojarzył się z niesłodkim marcepanem, co było dość osobliwe, ale potem płatki migdałowe i same blanszowane migdały przy wtórowaniu śmietanki wyszły smacznie. Trochę przeszkadzała mi smakowa oleistość, ale akurat to nie była wielka wada. 
Dziwny twór. Mam wrażenie, że po prostu za krótko miksowali, mielili migdały, przez co nie osiągnęli efektu kremu, zatrzymując się przy etapie mąki migdałowej (z czymś podobnym zetknęłam się w przypadku NaMa Crema di Cocco & Mandorla) i oleju. Kremy orzechowe do 200g zjadam na raz, a tego nie byłam w stanie i po 133g odpadłam. To najgorszy krem 100% jaki jadłam w ciągu ostatnich lat (gorszy był tylko Sante Go On Peanut Butter Smooth 100 % Peanuts).

Resztka przypadła Mamie, która tak to opisała: "Ależ ten krem jest... żaden, prawie bez smaku, bez charakteru. Wzięłam tylko co i już mi się odrobinka oleju wydzieliła. Nijaki. Nałożyłam go na ciasto dyniowe z cynamonem i kompletnie się nie sprawdził, bo nic nie wnosił. Już bardziej do tostów z serem i dżemem mi pasował, ale też... w sumie go nie czuć. Bez sensu to jeść według mnie, jak się zatraca we wszystkim i go nie czuć. Nie podoba mi się". 


ocena: 5/10
kupiłam: stoisko-wysepka Spichlerz Zdrowia w krakowskim centrum handlowym Bonarka
cena: 20,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały

piątek, 8 maja 2026

krem GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe 100 %

Od jakiegoś czasu myślałam o zamówieniu jakiś kremów GymBeam, więc nawet trudno opisać moje zdziwienie, gdy marka napisała do mnie z propozycją współpracy. Bardzo się ucieszyłam, bo kilka już jadłam i były naprawdę smaczne. Spodobało mi się podejście firmy, atmosfera. Sama wybrałam, jakie produkty i kiedy chcę otrzymać do testów, stąd liczyłam, że to będzie bardzo miła przygoda. Od którego zacząć? A tu o dziwo nie miałam najmniejszego problemu, bo po prostu chodził za mną krem 100% z migdałów. Chciałam jakiś większy słoik takowego, bo po głowie chodziło mi parę rzeczy, które chciałam z nim zrobić (co u mnie nie jest takie typowe, ponieważ przeważnie kremy orzechowe jem po prostu łyżeczką). I do tych wymysłów potrzebny mi był właśnie bardziej "ciemny" migdałowy krem, nie z migdałów blanszowanych, ale z kolei nie za ciemny. A dziś przedstawiany dokładnie tak wyglądał. Na marginesie dodam jeszcze, że wszystkie słoiki, które otrzymałam w 2026 urzekły mnie zabezpieczeniem, a więc sreberkiem z języczkiem, który jest może detalem, ale niesamowicie ułatwiającym życie - wreszcie kremy, w których sreberko to można łatwo i czysto po prostu zerwać!

GymBeam Almond Butter / Masło migdałowe to krem 100% z prażonych migdałów.

przed i po uporaniu się z olejem
Po zerwaniu zabezpieczającego sreberka rozszedł się wyrazisty zapach migdałów średnio mocno prażonych z dodatkiem soli. Udawały trochę precelki... Wypieczone, lekko posolone, ale też pokryte miodem. Słodycz bowiem także się zaznaczyła, a nasiliła po uporaniu z olejem. Wtedy słoność przeszła jedynie w echo.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju, z czego zlałam trochę więcej niż 3 łyżeczki.
Od razu wymieszałam jedynie to, co mocno przemieszało się na wierzchu już z samą pastą, czyli jakieś niecałe 0,5 łyżeczki.
Olej zawsze zlewam do słoiczka i w przypadku większych słoików ewentualnie później dolewam. W tym przypadku ogólnie (to jeszcze do aktualizacji, bo kremu jeszcze nie skończyłam).

Mieszanie było w miarę łatwe i poszło szybko, mimo że krem na dole podsechł i mocno zgęstniał. Nie był strasznie suchy czy kamiennie twardy, ale suchawy i bardzo konkretny, gęsty i zbity. Chętnie jednak przyjmował olej i łatwo było uzyskać jednolitą konsystencję. Grudki suchszej pasty prędko przybierały postać pasty idealnie kremowej. Od razu widać, że tłustość stała na wysokim poziomie, a masę urozmaicało całe mnóstwo drobinek, w tym skórek migdałów.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość, przy czym chwilowo jeszcze jakby rosła, i masywność kremu. Po chwili dał się poznać jako tłusty i syty. Czuć konkretną, sytą maślaność, jak i leciuteńką, słabszą oleistość w tle. Mimo tłustości, czasem zaznaczało się jakby suchawe echo (pozytywnie tonujące tłustość). Pasta zalepiała usta zupełnie, po czym rozpływał się powoli. Eksponowały się wówczas drobinki, tworzące miazgowy efekt. Całość odebrałam jako bardzo kremową i aksamitną.
Gdy pasta zniknęła, w ustach zostawały drobinki i kawałeczki. Niby subtelne, ale do gryzienia, ciamkania. Były głównie leciutko chrupkawe, a trochę mniej skórek trzeszczących.

W smaku pierwszą poczułam słodycz o bardzo łagodnym charakterze. Miała naturalny, migdałowy charakter, a po chwili zrobiło się wręcz maślano. Bardzo maślano, cały czas w migdałowym ujęciu. Słodycz rosła, acz tak, że krem ogólnie można nazwać średnio słodkim.
Słodycz i maślaność nakręcały się nawzajem, aż w końcu w harmonii stały się jednym.

Prażenie podkradło się subtelnie, kojarząc się trochę z precelkami. Mocno wypieczonymi, trochę wytrawnymi, ale bez soli, a... z miodem. Słodycz robiła do niego aluzje, acz od pojawienia się precelkowej nutki prawie już nie rosła.

Pieczony motyw przeszedł w wyraźne prażenie. Przybierało na znaczeniu, dając się poznać jako średnio-silne. Ciągnęło za sobą słodycz, ale ta przed silniejszym wzrostem miała duże opory.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach do głowy przyszły mi maślane, słodkie bułeczki migdałowe, będące efektem splecionej słodyczy i maślaności. Bułeczki raczej drożdżowe, z przypieczonym kruchawym wierzchem, a łagodne i puchate wewnątrz. Słodycz zrobiła się wysoka i... przez chwilę czułam wręcz "słodziuteńkość", słodycz o uroczym wydźwięku, po czym zreflektowała się. Maślaność ją stonowała (przy jej pełnej zgodzie), kierując słodziutką bułeczkę w stronę jedynie słodkawej brioszki. Zdecydowanie ostrożniejszej w kwestii słodyczy. Za to posmarowanej masłem.

Maślaność ta przy okazji wyciszyła też prażenie, które po swoim debiucie znacząco słabło.

Jego miejsce, a także precelkowy akcent, zajął wytrawniejszy motyw migdałowych skórek.  Wyłaniał się z czasem coraz bardziej, ale nie zawojowywał tej łagodnej, słodkawo-maślanej kompozycji. Jedynie przecinał słodycz i rozganiał prażenie. I to właśnie o wytrawność, nie gorzkość dbał. Skórkowy akcent stanowił jedynie dodatek.

Gdy krem zniknął, a ja zajęłam się drobinkami, które nakręcały motyw prażonych migdałów oraz ich skórek. Tu już czasem przemknęła prawie goryczka.

Po zjedzeniu został posmak migdałów prażonych znikomo, których prażenie stonowały porządnie wypieczone z wierzchu maślane bułeczki, z echem wypieczonych precelków. Oczywiście wszystko to w migdałowych ramach. Było prażono, trochę skórkowo, ale przede wszystkim łagodnie maślano. Nie za słodko, ale i nie mocno wytrawnie.

Krem bardzo mi przypadł do gustu, bo miał charakter, a nie był ani za słodki, ani za wytrawny. Harmonijny, spokojny, ale właśnie pełen po prostu migdałowego smaku. Znaczące prażenie zatrzymało się w ostatnim punkcie, jaki uważam za przyjemny: jeszcze trochę i byłoby za silne. Takie jednak ok. Poszło w ciekawe skojarzenia z precelkami i sowicie wypieczonymi maślanymi bułeczkami. Ogół właśnie wyszedł tak maślano bułeczkowo, oczywiście w migdałowym kontekście.

To najlepszy krem z nieblanszowanych migdałów, jaki jadłam. Smaczniejszy i ciekawszy niż (Sante) Auchan Pasta z prażonych migdałów 100 %, który robił aluzje do smażenia. Przebił nawet Grizly Krem migdałowy 100% w tubce, bo ten GymBeam był gęstszy i konkretniejszy.

Do jedzenia tak osobno jego mniej charakterystyczny smak niż Ekogram The Real Almond Paste, a jednak nie brak głębi przypasował mi bardziej. Nie był bowiem "podstawowy", a wyrazisty, ale jakby... Łagodniejszy w swej wyrazistości.

Czułam, że świetnie będzie współpracował z innymi elementami, ale nie będzie zbyt uległy w kompozycjach, więc zrobiłam sobie na parę testów.

Krem był pyszny także w twarożku, jednym z moich ulubionych z migdałami i domową konfiturą z płatków róż ucieranych z cukrem trzcinowym. Acz trochę się zdziwiłam, bo w twarożku okazał się... trochę za łagodny. Nie jednak zupełnie łagodny czy mdły, o nie! Był wyrazisty, ale z resztą dodatków stał na równi, mieszał się z nimi w różnych proporcjach: zależy, jak zgarnęłam widelczykiem czy jak duży, jakiego migdała kawałek się trafił. Krem podkreślały migdały w skórkach. Blanszowane z kolei jeszcze łagodziły. Całościowo przy twarożku odnotowywałam czasem echo precelków, ale bardziej kojarzyło się to trochę drożdżówkowo, więc specyficzne nutki kremu nie uciekły. Twaróg w zasadzie podkręcał myśli o drożdżowce z twarożkiem. Róża też podsyciła motyw "skórki" drożdżówki. 
Twarożek był pyszny, ale z Ekogram The Real Almond Paste wychodzi lepszy, bo bardziej wyrazisty z tyloma dodatkami jednak lepiej wychodzi, rozdając karty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od gymbeam.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 24,90 zł za 340g
kaloryczność: 647 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: prażone migdały

piątek, 17 kwietnia 2026

krem 4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural

Ostatnio coś bardzo, bardzo chodzą za mną kremy 100% z orzechów laskowych, ale nie mogę w pełni szczerze powiedzieć, że akurat ten. W ogóle to ten krem 4ProActive zostawiłam na koniec przygody z ich produktami, bo... bo tak wyszło? Zamawiając myślałam, że to pasta bezpieczna, jednak po dwóch z daktylami, zaczęłam być nieufna. Dzięki 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural odzyskałam jednak wiarę. Wciąż nie oznaczało to, że byłam hiperoptymistyczna. Coś mi mówiło, że mam przed sobą zwykły, smaczny, bo smaczny, ale nie taki, co się o stanie się mym ulubieńcem, krem z laskowców.

4ProActive Hazelnut Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych orzechów laskowych.

Po zerwaniu wieczka poczułam intensywny zapach znacząco, ale nie przesadnie prażonych orzechów laskowych o stonowanie słodkim charakterze. W zasadzie wydał mi się wręcz słodkawo-neutralny, a do tego przepleciony szlachetną goryczką. Po uporaniu się z olejem, wszystko to wydało mi się minimalnie bardziej wyważone, ale w zasadzie prawie takie samo.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się mała jak na kremy z laskowców ilość oleju. Zlałam niecałe 4 łyżeczki, a summa summarum wymieszałam 2,5 łyżeczki (jadłam w dwóch podejściach: od razu wymieszałam 1,5 łyżeczki; 37g dodałam do ciasta i do tego, co zostało, czyli 79g kremu dodałam łyżeczkę). 
Krem choć niżej dość suchy, nie był zbity. Nie wydawał się też wyschnięty, a po prostu... suchy. Pochłaniał olej z łatwością, ale nie przybierał na kremowości jakoś szczególnie. Wciąż wydawał się jakiś suchawy. Wydawał się - słowo klucz, bo czuć jego tłustość. Wydawało się, że wchłonie każdą ilość oleju i nie będzie miał dość. Mało tego: i i tak nie wyjdzie kremowo. Ogólnie już na pierwszy rzut oka widać, że to krem bardzo miazgowy, albo wręcz crunchy, bo jakby składający się ze zlepionych drobinek. Ciągnął się, chwaląc się gęstością.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i drobinkowa miazgowość kremu. Rozpływał się w tempie średnim, pokazując się z dość sytej, ale nie ciężkiej strony. Czuć w nim oleistą, wysoką tłustość. W porywach jakby starał się zdobyć na trochę kremowości, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Z każdą chwilą wydawał się coraz bardziej chrupkawo-miękko-luźny, nieco żujny i jakby zlepiony z drobinek do gryzienia. Rozchodził się łatwo, a drobinki aż się prosiły, by je gryźć. Kiedy pogryzłam masę, słychać chrupnięcia i trzeszczenie. Drobinki gryzione na końcu dodały lekkiej chrupkości, acz bardziej trzeszczały niż chrupały; realnie chrupały w porywach. Zostawało ich naprawdę sporo.
To krem do ciągłego gryzienia, podgryzania i ciamkania. Brakowało mi w nim kremowości. Mimo że realnie był tłusty, zostawiał po rozpuszczeniu się suche wrażenie w ustach.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka słodycz orzechów laskowych. Przeplótł ją łagodny, niemal neutralny motyw.

Neutralność ta zaraz okazała się oleiście-maślanym wątkiem. Pozwolił on słodyczy na wzrost i gdy tak szła pewnie przed siebie, doskoczyło do niej prażenie. Prażenie wyraziste, bardzo w tej kompozycji znaczące, ale nie za mocne.

Podkręciło słodycz do poziomu dość wysokiego, ale mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach w tle przemknęła goryczka. Goryczka szlachetna, należąca do skórek orzechów. Stanęła jakby obok słodyczy i neutralności, niespecjalnie angażując się w występ pozostałych nut.

I... zniknęła? Zatonęła w wątku bardziej maślanym, który to z nieprzesadzoną, ale wysoką słodyczą i prażeniem przełożył się na skojarzenie z jakimiś pralinowo-karmelowymi słodkościami, może nadzieniem czekoladek w stylu "orzech&feuilletine" (francuskie karmelizowane jakby "wafelki") lub coś podobnego.

Goryczka orzechowych skórek pobrzmiewała jako echo... bardzo delikatne, ale jednak. Słodycz osiadła na średnio-wysokawym poziomie, a prażenie... zgubiło się? Końcówka to jakby maślano-oleiste złagodzenie, wyciszenie.

Gryzione kawałki i drobinki okazały się harmonijną kontynuacją smaku. Okazały się słodkimi, prażonymi i zarazem łagodnymi laskowcami, w których sporadycznie przemyka echo skórki.

Po zjedzeniu został posmak słodko-maślany, z delikatnie zaznaczonym nieoczywistym, prażonym akcentem. W głowie siedziała mi myśl o słodko-orzechowym nadzieniu np. czekoladek.

Krem był smaczny, ale nie zachwycił mnie. Nie przekonała mnie konsystencja - taka do ciągłego gryzienia. Brakowało mi w nim kremowości. Do tego to dziwne pochłanianie oleju, a jednocześnie nie przybieranie na kremowości... Przez tę konsystencję aż się zastanawiałam, czy nie wystawić 7, ale w końcu uznałam, że smak nadrobił. Smak za to przyjemnie nie za słodki, lekko szlachetnie gorzki za sprawą skórek. Maślana neutralność przyjemnie je wyważyła. Cieszę się też, że choć prażenie było wyraziste, nie było za mocne. Jak dla mnie mogłoby być w ogóle słabsze, ale i to w zasadzie pasowało.

Jako że znam o wiele lepsze kremy z orzechów laskowych, a strukturę tego odebrałam jako nieco męczącą, uznałam, że część, jaka mi została pójdzie do mojego autorskiego ciasta, stylizowanego na Kinder Bueno White. Pisałam o tym nieco więcej na Instagramie. 37g tego kremu dodałam do kremu ciasta, który oprócz tego składał się z 100g ugotowanej kaszy jaglanej (czyli 29g suchej), 58g stałej części mleczka kokosowego i 8g cukru trzcinowego. Podyktował przyjemnie orzechowy motyw, upodabniając krem do nadzienia Kinder Bueno w wersji znikomo słodkiej i szlachetnej. Nie zdominował jaglanej nuty, w ogóle się nie narzucał, ale nadal mu odpowiedni klimat, co mnie bardzo ucieszyło. Po tym, jak zblendowałam go z resztą składników, ta kawałkowa struktura prawie odeszła w niepamięć (prawie, bo jednak krem wyszedł lekko skrzypiąco, nie idealnie gładko), a zostały smakowe zalety. Właśnie taki krem, nie za słodki, a trochę gorzkawy od skórek, był mi potrzebny do ciasta. Zdecydowanie ten krem sprawdza się w tego typu kombinacjach. Jest odpowiednio wyrazisty.


 ocena: 8/10
cena: 15 zł (za 250 g)
kaloryczność: 674 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy laskowe

piątek, 27 marca 2026

Econoce 100 % Orzechy Nerkowca i Kokos Krem

Marka Econoce ma idealną gramaturę, więc po tym jak na dobre zakochałam się w Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem, widząc wariant podobny do Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny, z nadzieją pomyślałam, że może znajdzie się wygodny zamiennik (bo wspomniany jest mi dosłownie o jakieś 20 gramów za duży, więc na dwa nie podzielę, a się przejadam).

Econoce 100 % Orzechy Nerkowca i Kokos Krem to krem orzechowy 100% z prażonych orzechów nerkowca i kokosa.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach średnio mocno prażonych orzechów nerkowca. Wiórki kokosowe starały się je dogonić i całkiem nieźle im to szło. W prażeniu rozgościł się motyw wręcz lekko smażono-tłustych, słodkich naleśników. Rzecz jasna nerkowcowo-kokosowych. Ogół był bardzo słodki. Po zlaniu oleju całość nieco złagodniała, zwłaszcza w kwestii prażenia, a mi do głowy przyszły wafelkowo-kokosowe pralinki może i a'la Rafaello, ale w wersji wyidealizowanej i nerkowcowej.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Zlałam, ile się dało, czyli 3,5 łyżeczki. Krem ogólnie nie potrzebował tego tłuszczu, bo i tak był lepki i tłusto-ciągnący, nie suchy.
Mieszając, zetknęłam się z gęstością i miękkością. Krem zawierał sporo małych kawałków i drobinek, a także czarnych punkciko-kawałeczków.
W ustach krem chwilowo jakby nieco gęstniał w konkretny, masywny sposób. Był miękki i kremowy, ale niewątpliwie syty i tłusty. Jego tłustość kojarzyła mi się z puszystymi, tłustymi naleśnikami, polanymi gęstym, lepkim sosem. Rozpływał się powoli, właśnie jakby przechodząc od tej masywności, konkretu, w niemal sosowatość. Miał w sobie coś śmietankowego, śmietankowo-twarożkowego. To skojarzenie podkreślały liczne kawałki - niczym grudkowaty twarożek z wiórkami. Gryziony, okazał się subtelnie chrupkawo-trzeszczący. To był w zasadzie gładkawy krem z kawałeczkami i wiórkami, nie odebrałam go jako twór miazgowy. Jakbym miała klasyfikować, to takie "subtelne crunchy". Czasem te kawałki aż prosiły się, by zacząć je podgryzać wcześniej, nim jeszcze baza zupełnie się rozpłynie. Czasem im ulegałam - wtedy masa dawała się poznać jako chrupko-trzeszcząco-skrzypiąca.
Kawałeczki i drobinki gryzłam, gdy pasta się już rozpłynęła. Znalazły się tam podrobione, posiekane wiórki i drobinki wiórków, które mocno trzeszczały oraz kawałki kokosa. Małe, średnie i - jak na kokosa - całkiem spore. Te miały chrupiącą strukturę. Część była krucha i średnio twarda, część twarda, a parę kamiennie twarda.

W smaku pierwsza uderzyła naturalna słodycz nerkowców. Dały się poznać jako łagodne z charakteru, ale wyraziste, gdy chodzi o wyczuwalność. Początkowo na prażenie w zasadzie nie zwracało się uwagi.

Nerkowce gonił bowiem kokos. Równie bardzo słodki w naturalny sposób kokos przedstawił się jako wiórki kokosowe i... kokosowy twarożek? Twarożek z wiórkami, za sprawą którego pojawiła się niemal mleczny akcent.
Delikatnie prażona nuta w tym czasie zasugerowała mieszankę nerkowców i arachidów, ale ta iluzoryczna arachidowość zaraz znikała.

Słodycz wzrosła do wysokiego poziomu bez najmniejszych trudności i nagle wyraźniej zaznaczyło się prażenie. Orzechy nerkowca zaserwowały mi cienkie naleśniki, wysmażone na brzegach na chrupko. Naleśniki tłuste i słodkie, nerkowcowe, z mąki nerkowcowej, ale... skrywające słodkie, kokosowe nadzienie twarożkowe. Prażone nerkowce przy tym wysoce słodkim kokosie czasem próbowały jawić się jako te bardziej zachowawcze w kwestii słodyczy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach średnio mocne prażenie znów zaczęło się jakby nieco chować w słodyczy, i jakby od środka ją podkreślać, a ja pomyślałam o nerkowcowej pralinie. To nerkowce cały czas dominowały. Odtąd słodkie, pralinowo mleczno-maślane realia wydawały się im właśnie zawdzięczać swoje istnienie. Kokos był jedynie dodatkiem, który pralinowe skojarzenie pielęgnował.

Czasem dodatkiem bardzo znaczącym. Od drobinek i kawałków nakręcał się smak wiórków kokosowych, ale... ku mojemu zaskoczeniu, także prażenia. Nie musiałam ich nawet gryźć, ale gryzienie oczywiście te nuty potęgowało. Czasem w oddali przemknęło przy nich liche skojarzenie z kokosowym wafelkiem.

Gryzione kawałki faktycznie były w większości kokosem. Co drobniejsze i trzeszczące smakowało wyraźnie wiórkowo, natomiast twardo-chrupkie kawałki zaskakiwały słodyczą. Wręcz słodziuteńkością, podkreśloną prażeniem. Wśród kawałków zaplątało się chyba tylko kilka drobinek nerkowców, więc końcówka należała do kokosa.

Po zjedzeniu został posmak prażonych, naturalnie słodkich orzechów nerkowca i echo słodkich wiórków kokosowych. Jedne i drugie były naturalnie słodkie, a do tego... chyba napędzały się wzajemnie.

Krem był bardzo smaczny. Jednak przy całej mojej miłości do nerkowców, w tego typu kremie bardziej odpowiada mi bardziej zrównany, wyważony smak nerkowców i kokosa. Nerkowce z dodatkiem kokosa były boskie, ale nie aż tak jak boski jest ich duet w Orzechownia Miazga orzechowa o smaku Kokosowej Praliny. Kremy ogólnie były trochę podobne. Wizja nerkowcowych naleśników z kokosowym twarożkiem i tu się pojawiła, acz z nieco innym towarzystwem. Kokos w dziś przedstawianym wyszedł bardziej wiórkowo i prażono niż miazgowo jak w podlinkowanym.


ocena: 9/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 175g)
kaloryczność: 623 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 80% orzech nerkowca, 20% kokos

środa, 18 marca 2026

krem NaMa 100 % Crema integrale di Nocciole

Krem NaMa Crema di Cocco & Mandorla podpadł mi, jednak nie zabił wiary w dziś opisywany. Choć trafiły mi się także kremy 100%, które nie usatysfakcjonowały, to ten nadal wydawał się obiecujący. Wydawał się bowiem taki... zwyczajny. A dla kremów 100% z orzechów laskowych to w sumie norma, standard, że są obłędne.

NaMa 100% Crema integrale di Nocciole to krem 100 % z orzechów laskowych.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty, a zarazem bardzo łagodny w wydźwięku, zapach orzechów laskowych o wysokiej, naturalnej słodyczy. Wydały mi się wręcz słodziusie, na pewno bez skórek i lekko podprażone. Delikatne prażenie jeszcze tę słodycz nasilało.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliło się dużo oleju. Zlałam trochę ponad 8 łyżeczek, niezbyt dokładnie, trochę - dosłownie parę kropel, góra pół łyżeczki - w słoiku na wierzchu zostawiając i mieszając. Wierzch był bowiem wyraźnie rzadszy, oleisty. Niżej też nie było sucho, choć krem trochę się zbił. Chwila moment, lekkie przemieszanie i już uzyskałam jednolitą konsystencję. Krem dał się poznać jako gęstawy i ciągnący. Wyglądał na niemal idealnie gładki, a tylko z pojedynczymi punkcikami do dostrzeżenia podczas uważnego oglądania masy.
W trakcie jedzenia krem okazał się gęsty i jakby jeszcze gęstniejący. Był średnio syto-konkretny, a także trochę oleiście tłusty. Ogólna tłustość zajęła raczej przeciętny dla takich kremów poziom. Rozpuszczając się wolno-wolnawo, pasta raczyła mnie niemal idealną gładkością i aksamitną, mięciutką kremowością. Subtelne kropeczki i drobinki (jakby czarnych skórek?) w zasadzie nie odegrały żadnej roli. Gdy na upartego je wyłapywałam i podgryzałam, czasem wprowadzały ledwo uchwytną chrupkawość. Krem trochę na pewien czas zalepiał, ale łatwo odpuszczał. Gdy z ciekawości raz czy dwa pogryzłam masę, skrzypiała subtelnie.

W smaku pierwsza przemknęła jakby zwiewna słodycz. Wiązała się z bezkresną łagodnością, niemal neutralną maślanością, choć ewidentnie należała do orzechów laskowych. Zbadała grunt i rozeszła się leniwie.

Za nią zaznaczyła się subtelna goryczka. Wręcz echo goryczki, które po chwili wydało się niemal iluzoryczne i nieuchwytne. Po sekundzie czy dwóch zniknęło prawie zupełnie i można by zapomnieć, że w ogóle tam było.

Słodkie orzechy laskowe zdradziły swój lekko prażony charakter. Prażenie to zbudowało trochę ciepły klimat, a ogólna łagodność coraz bardziej zapewniała mnie o swej maślaności. Przez chwilę krem jakby chciał pójść w neutralniejszym kierunku. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach maślaność wzmocnił trochę oleisty akcent i razem zasłoniły zupełnie jakiekolwiek nawet podejrzenia co do gorzkości. Już myślałam, że pójdzie to w ogóle w mdłym kierunku, ale nie.

Słodycz nagle uderzyła z impetem, rosnąc bardzo mocno. Prażony motyw zmotywował ją do znaczącego wzrostu. Nie odrzuciła jednak tego całościowo łagodnego klimatu i pokazała się jako niemal słodziusia, urocza i ciepła.

Neutralniejszo-maślany motyw przeszedł na dalszy plan, choć wciąż pobrzmiewał, trochę rozrzedzając, poskramiając słodycz.

Na końcówce słodycz zrobiła się już wysoka, a i prażenie wzrosło, dotrzymując jej kroku. Przy tej słodkiej prażoności, raz po raz na chwilę wychylało się jeszcze subtelnie wspomnienie gorzkości. Choć było niskie, łatwo je odnotować ze względu na kontrast do słodyczy.

Po zjedzeniu został posmak słodkiego prażenia, oczywiście orzechów laskowych. Te wyszły słodziuteńko, ale z jakby maślano-oleiście-neutralniejszym, mgliście gorzkawym echem. Ono trochę nie tyle łagodziło, co rozrzedzało słodycz.

Krem mi smakował, choć nie rozkochał w sobie w pełni. Pasta sprawiała wrażenie... niepewnej co do  tego, jak chce smakować? Początkowo jakby ostrożny smak, łagodność łącząca słodycz, maślaność i niemal neutralność. Przemknęła goryczka, ale zaraz zniknęła, potem zaś przemknęła pewna neutralna mdławość - do słodyczy więc cały czas coś się wtrącało, ale ona sobie nic z tego nie robiła. Ciekawie rozwinęła się po swojemu w słodziuteńkość, a i prażenie nie cały czas było tak samo silne. Ogólnie nie było silne, miało tylko swój epizod. Gładka konsystencja za to jednoznacznie przyjemna, acz gdybym uświadczyła miazgowy efekt, byłoby jeszcze przyjemniej. Na plus też to, że krem łatwo dało się porządnie wymieszać, a mimo że sporo oleju się wydzieliło, nie cierpiał na suchość.


ocena: 8/10
kupiłam: guiltfree.pl
cena: 31,65 zł (za 200g)
kaloryczność: 655 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy laskowe

wtorek, 10 marca 2026

krem 4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural

Po dwóch produktach tego producenta już wątpiłam, że jakoś szczególnie mnie do siebie przekona. Na szczęście został mi jeszcze tylko krem 100%... ale nie dziś przedstawiany. Pistacjowego nieznanego producenta w ciemno bym nie zamówiła, bo jakoś kremy 100% z pistacji nie są moimi ulubionymi (nie były?). Ten dostałam w ramach przeprosin za pomylenie zamówienia, w którym zamiast 4ProActive Pasty sezamowej z daktylami dostałam 4ProActive Pastę daktylową. Gdy rozmawialiśmy, zapytałam, czy wspomniany krem powinien być kwaśny, nadmieniając, że dostałam krem z 1 dniem terminu ważności. Usłyszałam, że wyślą mi na przeprosiny ten, który na pewno mi posmakuje. Na stronie internetowej zachwalano go, że powstał ze specjalnej odmiany starannie wyselekcjonowanych, prażonych pistacji w celu zapewnienia najwyższej jakości. Opracowali własną metodę mielenia orzechów, aby "zamknąć w słoiku 100% naturalnego smaku i aromatu".

4ProActive Pistachio Cream It's nuts' time 100% Natural to pasta / krem 100% z prażonych pistacji.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny, słodko-wytrawny zapach, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z miodowym zielonym pesto. Po uporaniu się z olejem i przemieszaniu, poszedł w świeżym kierunku. Było w nim wręcz coś kwiatowego, a prażenie wydawało się znikome. Można by się nabrać, iż pistacji nie prażono wcale. Czuć ich naturalną słodycz, acz przeplecioną wytrawnością pistacjowego pesto.

Na wierzchu wydzieliło się bardzo mało oleju, z czego w pierwszym odruchu zlałam większość, ile się dało, a i tak była to nawet nie połowa łyżeczki; dosłownie 1 gram. Trochę oleju - pewnie można by liczyć na kropelki - jako tako przemieszałam od razu. A krem tego potrzebował, bo zwłaszcza na dnie wysechł. Dobrze, że zlewam olej do słoiczka - w tym przypadku bowiem cały wrócić do kremu. Czyli... praktycznie nie było co zlewać. A nawet... musiałam dolać dodatkowy olej, bo gdy wzięłam się za drugą połowę (jakieś 2 tygodnie później) krem był za suchy, że aż utracił na kremowości. Dopraszał się o więcej oleju, więc dolałam łyżeczkę oleju, który został mi z jednego Econoce 100 % Migdały i Pistacje Krem. Wtedy było idealnie.
Już mieszając zauważyłam, że całościowo krem był pokaźnie gęsty. Kleił się i lepił. Wyglądał na bardzo miazgowy, bo widać w nim pełno drobinek i czarnych kropeczek. Wyglądał i na suchy, i na oleisty. 
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i lepkość, wręcz kleistość, za to tłustość ukryła się niemal zupełnie. Masa rozpuszczała się powoli. Mocno zalepiała i wydawała się jeszcze trochę gęstnieć, racząc miazgowym efektem. Wyszła bardzo konkretnie, syto, a chwilami suchawo. Mimo to, pewną tłustość też czuć. Drobinki bardzo szybko i wyraźnie zaznaczały się na języku.
Drobinki gryzłam na koniec. Niektóre potrzebowały tego, większość w zasadzie niekoniecznie. Okazały się subtelnie chrupkawe. Większość drobinek była po prostu świeżo miękka, zaś czarne kropeczki bardziej sucho twardo-trzeszczące.

W smaku najpierw poczułam słodką maślaność. Naturalną słodycz pistacji, którą wydawała się łagodzić delikatna, ogólna maślaność.

Zaraz jednak pistacje wysunęły świeżą kartę. Zrobiły aluzje do lekko kwaskawego miodu, mignęły mi kwiaty...

Po czym zaznaczyło się subtelne prażenie. Było znikome, jednak.... wychylało się. Acz jakby się obawiając, czy wypada... Choć w ogóle wydawało się znikome, zawróciło pistacje z tej niesamowicie świeżej, wręcz rześkiego kierunku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz pozbyła się echa kwasku. Udawała miód wielokwiatowy, jasny; wciąż było w niej coś... świeżo-kwiatowego, ale już trudnego do uchwycenia. Złudna miodowość zaczęła budować nugatowy klimat. Oto pistacje zaserwowały mocno słodki motyw nugatu pistacjowego. Na pewien czas zrobiło się bardzo słodko, potem zaś... słodycz została przełamana, ale cały czas wyraźnie ją czuć.

Potem jednak maślana neutralność zaczęła się zmieniać w... wytrawność? Miodowego pistacjowego pesto? Zaraz i zmieniło się w zwykłe (niemiodowe) zielone pesto, obok nugatowości wysuwając właśnie coś dla przeciwwagi. Czasem i prażenie trochę się przy nim nasilało.

Gryzione drobinki przejawiały wyraźniejsze prażenie, a niektóre z nich - czarne punkciki - wprowadzały jakby smakowo suchawą neutralność.

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo-miodowo słodki. Wydawało się, że naturalna słodycz pistacji została podkreślona świeżym, pistacjowym miodem. Przechodziło to w trochę maślano-nugatowy motyw, a ten przełamało wytrawniejsze zielone pesto.

Krem bardzo mi smakował. To połączenie kwiatowego miodu i nugatu maślano-pistacjowego przełamanych wytrawniejszym zielonym pesto było świetne. Wysoka słodycz obok wyraźnej neutralności i znikome prażenie wyszły świetnie. A konkretna, prawie miazgowa konsystencja była by idealna, gdyby krem nie wyszedł tak sucho. Acz może to po prostu mój egzemplarz taki się trafił? 
Odzyskałam wiarę nie tylko w markę i to, że ostatni posiadany krem (z laskowców) może być pyszny, ale też ogólnie zaczęłam patrzeć bardziej optymistycznie na kremy 100% z pistacji.


 ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od kremyorzechowe.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 39 zł za 250 g
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone pistacje