Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: chrupki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: chrupki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 kwietnia 2022

Lindt Joghurt Himbeer-Crisp mleczna z nadzieniem jogurtowym z kawałkami malin i wafelków oraz nadzieniem malinowym

Lubię smak malin, jednak gdy o same owoce chodzi... coraz bardziej przeszkadzają mi ich pestki. Nienawidzę tych diabłów. O ile w przypadku idealnie dojrzałych, słodkich owoców jestem w stanie przymknąć oko na pestki, tak gdy trafię na kwaśne czy coś - nie ma nic fajnego z jedzenia ich. A niestety ostatnimi laty w sezonie głównie na takie niedorobione trafiam. Stąd i epizodyczne zainteresowanie czekoladami malinowymi, ale nie najpopularniejszego typu, a więc z kawałkami / dodatkiem. Jak już, celuję raczej w nadzienia, w których pestek nie uświadczę. Dzisiaj opisywaną kupiłam trochę bezmyślnie, a trochę okazyjnie. Aby za przesyłkę bananowej dobrać coś jeszcze. Kojarzyłam, że a to Creation Himbeere de Luxe / Raspberry Dream była oki, a to jogurt Lindtowi wyszedł w Hello Frozen Yoghurt Caramel & Cookies. Tylko właśnie! Z konkretnie jogurtowo-owocowym nadzieniem nie musiało być tak dobrze, bo... takie to już kiedyś wychodziły średnio (np. Joghurt Heidelbeer-Vanille i Joghurt Pfirsich-Aprikose). Po ostatniej serii beznadziejnych nadziewanych Lindtów zaczęłam się bać; znając tamte, tej za nic bym nie kupiła. Jednak... dałam jej szansę, jak już była. Bo jogurt...? Bo z kolei malinowy dżem i nadzienie mleczne nie wzbudziłyby we mnie najmniejszych emocji. Jogurtowe to co innego, coś ciekawszego. A z tą o tyle wygodniej, że forma i typ bardzo w guście Mamy, więc jakby co - wiadomo. Szkoda tylko, że zupełnie zapomniałam o Lindt Hello Frozen Yoghurt, która nie była satysfakcjonująca.

Lindt Joghurt Himbeer-Crisp to mleczna czekolada o zawartości 31% kakao nadziewana kremem jogurtowym z kawałkami ("chrupkami") malinowymi i kawałkami granoli (wafelków?) i sosem malinowym, z linii Eistafel; edycja limitowana na lato 2021. 

Otworzywszy, poczułam intensywny zapach malinowego, sztucznawego jogurtu... dosłownie jogurciku dla dzieci, serka... Zrównanego z mlecznością cukrowej i właśnie głęboko mlecznej czekolady. Chyba tylko troszeczkę zahaczyła o plastik. Maliny, zwłaszcza po podziale i przy jedzeniu odciągały od niej uwagę swoją soczystą kwaśnością łączącą cukrowo-kwaśne cukierki (podkręcone cytryną?) oraz cukrową słodycz syropu malinowego.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusta i ulepkowata, acz nie topiła się. Łamała się z łatwością, choć z racji bardzo grubej warstwy czekolady była nawet w pewien sposób twardawa... co nie przeszkodziło czekoladzie chwilami, przy robieniu kęsa nieco wciskać się w nadzienie.
Na górze bowiem znalazło się trochę żelowatego, klejąco-ciągnącego sosu malinowego. Mimo iż rzadki, nie lał się. Dziwnie ciągnął się i "wracał" pod czekoladę. 
Na dole był biały, nieco mazisto-tłusty, ale jednocześnie zwarty, gęstawy krem. Zatopiono w nim sporo kawałków: ciemnoczerwonych malinowych i "wafelków", które mi wyglądały na drobinki granoli. Wszystkie były irytującą drobnicą.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, trochę ulepkowo. Prędko miękła na gęsty, zalepiający krem, odsłaniając nadzienie. Malinowe wypływało spod niej szybko. Dało się poznać jako rzadkie, bardzo kleiste i... ciągnąco-zwarte. Zżelowane, gładkie i znikające nie tak szybko, jak można by się spodziewać. 
Konsekwentnie z czekoladą rozpływało się nadzienie jogurtowe, które też było bazowo gładkie i kremowe, a jednak o wiele bardziej oleiście-tłuste, aż śliskawe. Wydało się miękkie, choć też znikające w średnim tempie. Stopowały je dodatki. Chrupiąco-trzeszczące w nieco cukrowy sposób ogólnie kojarzyły się z mieszanką cukru, cukrowych wafli i granolowatych chrupek zbożowo-mącznych. W większości były twarde, mimo że z czasem nasiąkały. Zajmowałam się nimi już po czekoladzie.
Kawałki malinowe połowicznie miękły, zawarły w sobie lekką soczystość, ale także kleistść i twardość. To głównie zżelowane grudki przecieru, niektóre pokaźne, niektóre mikroskopijne. Nieliczne pochrupywały, choć głównie lepiły się do zębów i powoli rozpuszczały się. Ogólnie jednak w nadzieniu trafiło mi się ich o wiele mniej, niż sporo średniej wielkości grubych kawałków "wafli".
Ich kawałki okazały się twardą, trochę chrupiącą i nieco mączną fuzją cukrowych, twardych wafli i minigranoli. Wraz ze wszystkim rozmiękały i wilgotniały. Chwilami wydawały się zawilgocone na twardo, niektóre z kolei zmieniały się w mokry karton.

W smaku sama czekolada zaserwowała mi zabójczo wysoką dawkę cukru, gonionego przez  plastikowość. Mlecza fala, choć imponująco wyrazista, sunęła za nimi i tylko trochę pomogła całości.

Prędko do głosu doszły nadzienia - mniej więcej równocześnie, ale to malinowe zwracało na siebie o wiele więcej uwagi.

Otóż malinowy żel przebił się sztucznym, malinowym kwaskiem, na który nakładał smak malinowej, cukrowo-kwaśnej gumy do żucia. Pomyślałam o różowej gumie balonowej, którą zaraz nieco stonował motyw żelo-dżemu, syropu malinowego... może przeciero-konfiturki. To dosłownie gryzło, grzało cukrem i chemią w język. Wciąż było to cukrowo-słodkie, sztuczne, ale już bardziej owocowe. Nadzienie jednocześnie wtłaczało w kompozycję sporo malinowej, podkręconej kwaśności. Odnotowałam cytrynę, a potem jeszcze więcej syropowo-cukierkowych akcentów. Cukierkowość i landrynkowość chyba podkręcały malinowe kawałki.

A jednak jakoś w połowie rozpływania się kęsa nadzienie białe trochę uładziło żel malinowy. Podszepnęło nieprzyjemną nutę kwaskawego mleka... może i malinowego, sztucznego. Wydało mi się, oprócz tego, lekko kwaskawe, tłuszczowo-mdłe, margarynowe i bardzo, bardzo słodkie. Zdarzyło mu się zajechać mlekiem w proszku. W drugiej połowie rozpływania się kęsa kwasek nieco wyłonił się właśnie jako bardziej taki... jogurtowy...? Lekko, ale jednak. Bardziej w sumie kojarzyło się to z malinowym serkiem homogenizowanym. Podkręcił go ogólnie czerwono owocowy motyw, a następnie razem zatonęły w cukrowości, cukierkowości wręcz. Szybko zaczęło to drapać, palić w gardle

Ogólną słodycz chwilami nieco przerywały dodatki z jogurtowego nadzienia. Kawałki malin chyba walczyły o przecierowo-konfiturkowy aspekt, ale niespecjalnie im szło. Dodatki przez większość czasu niewiele wnosiły. Dopiero gdy reszta prawie zniknęła, "wafelki" przejawiały lekko pieczono-orzechowe nuty. Zostawiłam je na koniec.

Wszystko znikając, zadbało o to, by chemia i cukier ponapastowały język, ile im się żywnie podobało, a słodycz "zaopiekowała się" gardłem, drapiąc w nim.

Wtedy przyszła pora na gryzienie dodatków, które częściowo nieco rozgoniły sztucznie-cukierkową słodycz. Chociaż nie były zbyt wyraziste. Malinowe kawałki smakowały cukrowo i właśnie też sztucznawym przecierem, ale były także lekko kwaskawe i nieco mniej napastliwe po prostu. 
Z kolei "wafelki" w smaku zawisły między cukrem, a wafelkiem-feuilletine z nutą zbożowo-mącznej granoli. Ssane i gryzione dłużej wytaczały też lekką kartonowość. Trochę ratowała chemiczny posmak, ale kiepsko jej szło.
Muszę przyznać, że mieszanina dodatków w miarę nieźle do siebie pasowała... tak posypkowo-granolowo rzeczywiście.

Po zjedzeniu została napastliwa sztuczność, cukierkowość i syropowość malin jako splot cukru i kwasku, sztuczność, mdła nuta nadzienia oleiście-jogurtowego oraz czekolady... cukrowo-mlecznej i raczej plastikowej przez to wszystko.

Kostkę bez przekonania (jeszcze przed spróbowaniem "normalnie"), jak zaleca producent, włożyłam do lodówki i... choć spędziła tam jakąś godzinę, potem zaś poleżała na talerzyku pół godziny, by trochę doszła do siebie, to jednak coś tam się zmieniło. Czekolada z wierzchu chyba wróciła do punktu wyjścia, nadzienie natomiast wydało mi się bardziej... gęste jak lody, jeszcze cukrowo-słodsze i minimalnie mniej gryzące od chemii. Nawet połowy tej kostki nie zjadłam.
Ogólnie summa summarum zjadłam dwie kostki, po czym było mi okropnie słodko, sztucznie i... po prostu obleśnie. Resztę oddałam Mamie. Jej też bardzo nie smakowała. Powiedziała: "Jak tanie słodycze się je, to jeszcze się je, a dopiero posmak nieprzyjemny zostawiają. Z tą czekoladą jest inaczej. Okropny posmak czuć już w trakcie jedzenia, że się nie chce tego robić. Sztuczna, słodka... jak tym Wedlem truskawkowym, co do niego wróciłyśmy ileś tam lat temu, byłyśmy zniesmaczone, to tak ja tym; tak mi się to skojarzyło".

Całość wyszła źle. Paskudne nadzienie malinowe było niemożliwie sztuczne, a jogurtowy krem to jakość naprawdę niska i prawie brak jogurtowego smaku. Chrupiące dodatki o dziwo nie podpadły mi niczym większym. W zasadzie to był dobry "sposób na maliny", by jeszcze pestkami człowieka nie katować. Konsystencja całości w zasadzie znośna... niczego nie pożałowano, ale co z tego, skoro cukier i chemia uniemożliwiają jedzenie?
Tabliczka wyszła chyba jeszcze bardziej słodko niż bananowa (bananowa to "w tym cukry 52", malinowa w tym cukru 55). Prawie powtórka z rozrywki po lodach Magnum Double Chocolate & Strawberry Tub. Ta czekolada utwierdziła mnie w przekonaniu, że takie już nie są dla mnie.

Z Mamą dyskutowałyśmy o jednej kwestii. Może nie wszystkie Lindty się tak pogorszyły, a po prostu te nowe mleczne "najlepiej jeść schłodzone" wychodzą tak plastikowo? Trochę jak mleczna czy biała czekolada Magnum jako tabliczki były niesmaczne, a w lodach Tub takie "cosie" się sprawdziły. Tylko właśnie - kto w takim razie, jeżeli mamy rację, wpadł na tak głupi pomysł czekolad do chłodzenia? Już za sam pomysł prosi się odjąć punkty. A jednak do tylko luźna myśl, bo też tego typu Creation Refreshing Lemon / Citron Frappe czy Coconut Dark wyszły dobrze. A te, oprócz plastikowości, mają mnóstwo innych wad. Oj, Lindt mocno mi podpadł.


ocena: 3/10
kupiłam: Allegro
cena: 13 zł
kaloryczność: 513 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcze roślinny (palmowy, kokosowy), syrop glukozowy, jogurt z odtłuszczonego mleka w proszku (3,5%), przecier malinowy (2,7%), odtłuszczone mleko w proszku, koncentrat soku z cytryny, laktoza, mąka pszenna, sok wiśniowy z koncentratu, syrop cukru inwertowanego, aromaty naturalne, emulgator (lecytyna sojowa i słonecznikowa), skrobia kukurydziana, sól, aromat, syrop cukru karmelizowanego

piątek, 8 października 2021

Jelly Belly słodycze Harry Potter ze sklepu Kuri; czekolada mleczna z chrupkami ryżowymi

Jestem ogromną fanką Harry'ego Pottera. Z Mamą lata temu z wypiekami na twarzy czekałyśmy na najnowsze tomy i czytałyśmy wspólnie na głos (swoją drogą szkoda, że w latach mojego liceum przestałyśmy, ale dowalił nam brak czasu). Potterowe słodycze dostępne do kupienia jednak zupełnie mnie nie interesują. Gdybym mogła ganiać razem z bohaterami uciekające żaby - świetnie! Ale namiastka? Nie moja bajka. A jednak podjęłam współpracę z internetowym sklepem Kuri, który oferuje głównie słodycze dla młodszych słodyczomaniaków i... właśnie fanów świata Harry'ego. W ofercie znalazły się różności, w tym piękna puszka, na którą kiedyś z zachwytem spoglądałam w internecie. Nie ukrywam, że to była moja główna motywacja do współpracy. A bilet do Hogwartu, czekoladka z kartą (naklejką, jak się później okazało)? Wcześniej nawet się zainteresowałam, czy oprócz wyglądu jest coś jeszcze. Co dokładniej? Ot, jako takie drobiazgi postanowiłam sprawdzić. Choć z mojej strony to raczej prezentacja zestawu słodyczy, aniżeli recenzja wszystkiego-wszystkiego. Warto pamiętać, że wszelkie gadżety filmowe rządzą się swoimi prawami - są znacznie droższe niż normalnie. Ode mnie przeczytacie, co myślę o spróbowanych, o formie wydania. Choć same czekolady tego typu są nie w moim typie, je spróbowałam z ciekawości, na ile to gadżety, a na ile "gadżety & coś do zjedzenia". Żelki z pięknej puszki natomiast oddałam Mamie, prosząc o opinię.

Na rozgrzewkę postanowiłam zabrać się za rzeczy czekoladowe. Żadna z nich nie była prawdziwą, książkowo-filmową czekoladową żabą, więc mi nie uciekła.


Harry Potter Milk Chocolate with Crisped Rice Ticket London to Hogwarts to czekolada mleczna o zawartości 25 % kakao z chrupkami ryżowymi (10%), w opakowaniu stylizowanym na bilet do Hogwartu, wyprodukowana przez Jelly Belly Candy Company, na licencji Warner Bros.

Zapach, który poczułam to przede wszystkim cukier i mleko w proszku z wyraźnym motywem karmelu. To jednak karmelo-toffi dość tandetne (z aromatu?). Pomyślałam o jakimś karmelkowym mleku z tubki. Aromat iście dziecięcy, nie najgorszy mimo wszystko.

Tabliczka w dotyku wydawała się tłustawo-lepkawa. Łamała się bez trzasku, choć była twarda. To jednak wynikać musiało z grubości. Dodatek wtopiono do niej porządnie, nie odskakiwał, acz dodał czekoladzie trochę kruchości. Znalazł się jedynie na spodzie, pod cieniuteńką warstewką czekolady.
W ustach rozpływała się łatwo i szybko, wykazując się idealną gładkością. Była kremowa i tłusta w maślany sposób, acz znikająca dość wodniście, z małym poślizgiem.
Kulki chrupek ryżowych niezbyt chętnie z się z niej wyłaniały, nie drapały podniebienia ani nic. Osamotnione zostawały dopiero na koniec. 
Nawet wtedy nie zawilgociły się i początkowo chrupały, po czym wlepiały się w zęby. Były chrupiąco-kruche, twardawe, ale nie stwardniałe, a świeże. Choć trochę pustawe w środku, zaskakująco ciężkie jak na twór tego typu. Niezbyt rozpływały się, nawet trzymane w ustach bardzo długo.

W smaku uderzył cukier, szybko łagodzony mlekiem. Okazało się zaskakująco wyraziste. Miało pełny, przyjemny smak, jednak nie udało mu się wybić ponad cukier. Zaleciało natomiast mlekiem w proszku.

Z czasem obok pojawiła się maślana nuta, a mleczność sama w sobie wydała mi się słodziusia i urocza, 
mocno kojarząc się z karmelowym mlekiem z tubki / skondensowanym czy jakimś tworem tego typu. Może z delikatniusim, nesquikowym kakałkiem w tle? Bardzo szybko zaczęło to drapać w gardle, a cukier szalał w najlepsze. Wyłaniające się chrupki nic nie wnosiły.

Dopiero gdy czekolada prawie zniknęła, cukier dominował, a ja zabrałam się za dodatek i gryzłam go po rozpłynięciu się czekolady, okazało się, iż był leciusio słonawy. A ogółem nijako-zbożowy. Bardzo delikatny w smaku. Nie przełamywał przesłodzenia.

W posmaku i tak został cukier, karmelkowo-mleczny posmak o dość tandetnym. Cukrowe piekło w gardle męczyło i zniechęcało skutecznie do kolejnych kęsów.

Całość to niezła gratka dla najmłodszych fanów Harry'ego. Smak chyba idealnie oddaje to, co lubią dzieci, ale nie wiem, czy wszystkie, bo i tak stanowczo to za cukrowe. A jednak słodziutkie mleczko, delikatniusi, słodziusi karmel i delikatne chrupki to - siląc się na obiektywizm - spoko kompozycja. Jednocześnie jednak nie wydaje mi się to jakieś odkrywcze. Nie mogę powiedzieć, by ogólnie było niesmaczne, a właśnie taki ot, przeciętny słodycz.
Tabliczkę uważam za wybór lepszy od czekoladki, bo forma jest przyjaźniejsza do jedzenia, a jakość i smak lepsze.

Gdyby to była czekolada, która kosztuje 3 zł za 100g, prawdopodobnie powinna dostać jakieś 6. Niestety jednak tak nie jest - producent o wiele więcej. Rozumiem, że coś może być trochę droższe ze względu na wygląd, ale bez przesady.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam ze sklepu Kuri
cena: 16,39 zł (za 42g - cena półkowa)
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (sama nigdy bym nie kupiła)

Skład: mleczna czekolada 90% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromaty), chrupki ryżowe 10% (mąka ryżowa, cukier, sól).

------------

Harry Potter Milk Chocolate with Crisped Rice Chocolate Creature to czekolada mleczna o zawartości 25 % kakao z chrupkami ryżowymi (10%), w formie czekoladki ze stworzeniem ze świata Harry'ego Pottera, wyprodukowana przez Jelly Belly Candy Company, na licencji Warner Bros.
 
Zapach w zasadzie bardzo podobny, co czekolady, ale bardziej cukrowy, a mniej "karmelowo-mlecznotubkowy". Tu już na próżno szukać choćby namiastki apetyczności.

Czekoladka już na oko różniła się od tabliczki, bo była jaśniejsza. Wyglądała przeciętnie, plastikowo. Z racji formy, a więc tego, że ramka oraz stworzenie były wypukłe i więcej tam czekolady niż kulek, natomiast to co niższe / bardziej płaskie było mocno najeżone to twór raczej do chrupania.
Czekolada tłusto-gładka, lekko mazista, rozpływała się szybko i szybko odsłaniała kulki. W dużej mierze odwracały od niej uwagę. Wydały mi się nieco lżejsze i bardziej skore do rozpływania niż w przypadku tabliczki. I chrupały, wlepiając się w zęby, i rozpuszczały się częściowo.

W smaku czekolada to prawie czysty cukier i jeszcze więcej cukru. Dopiero potem pojawiało się średnio wyraziste, też jakby naturalnie słodkie mleko. Również miało to dość dziecięcy wydźwięk, też doszukałam się lekkiego naaromatyzowania, ale czekoladka wydała mi się po prostu bardziej cukrowa. Drapała w gardle w zasadzie od momentu znalezienia się w ustach.
Kulki w zetknięciu z czekoladą, czy to nawet gryzione wraz z nią, nie wnosiły nic. Dopiero po zniknięciu czekolady ujawniały swój słonawy, zbożowo-kartonowy smak. Okazały się o wiele więcej wnoszące (właśnie w tym soli) niż w przypadku tabliczki.

W posmaku została przerażająca cukrowość i właśnie mdłe chrupki ryżowe.

Tej czekoladki w zasadzie nawet nie mam za co pochwalić. Wygląd poprawny, smak powalił mnie cukrem. I w zasadzie na próżno szukać tam czegoś więcej. A przecież nawet figurki czekoladowe mogą być w porządku. Ta nie była; smakowała po prostu cukrowo, a więc w moim odczuciu niesmacznie.
Opakowanie i pomysł na to, że mamy do czynienia z małą loterią, na jakie stworzenie trafimy - w porządku. Do tego karta-naklejka z magicznym stworem. Ten pomysł mi się podoba... prawie. Wiadomo, że coś innego niż karta z czarodziejem jest zasadne - karty są w Czekoladowych Żabach. A jednak tu trochę nie rozumiem, że skoro na czekoladce był np. Testral (z tego to cieszę się jak dzieciak, bo zawsze miałam do nich słabość), a na naklejce Puszek to... no nie wiem, spodziewałabym się, że będzie jedno i to samo.


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam ze sklepu Kuri
cena: 17,98 zł (za 52g - cena półkowa)
kaloryczność: 546 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie (sama nigdy bym nie kupiła)

Skład: mleczna czekolada 90% (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, aromaty), chrupki ryżowe 10% (mąka ryżowa, cukier, sól)

------------
I zwierzak, i czekolada były podobne, tak cukrowe, że zupełnie niezachęcające do jedzenia. Czekolada wyszła minimalnie lepiej dzięki jakiejś tam karmelowej nutce, bardziej "dziecięco mlecznie czekoladkowo" niż "tylko cukrowe" stworzenie-czekoladka, ale i tak nie uważam jej za wartą uwagi. A jednak było to, czym być miało - czekoladą, której bardziej niż smak, liczy się wygląd. Myślę, że smak jak każdej innej z chrupkami ryżowymi ze sklepowej półki.

Większość czekolad oddałam Mamie, bo nie są tym, czego oczekuję od czekolad.
Podobnie jak mnie, bardziej nie smakowała jej czekoladka z Testralem. Stwierdziła, że: "jak cukrowa, tania czekolada z niepotrzebnie słonymi chrupkami". Tabliczkę natomiast określiła jako: "taka tania, zwykła czekolada, zdecydowanie za słodka, nic ciekawego w niej nie ma".

------------

Puszka-autobus prezentuje się całkiem ładnie. Choć trochę blisko tandety, ma wypukłości, gdzie trzeba, a więc nie jest taka zupełnie płaska. Na górze ma otworek, więc może służyć jako skarbonka - dla dzieci jest w dodatku funkcjonalna.

W środku natomiast znalazły się dwie, smutne paczki żelek. Wydają się wrzucone od niechcenia. Podobnie jest z doborem koloru do kształtu - losowo, bo nie widzę żadnej zasady. W większości kształtne, ale jak widać, nie wszystkie. Nie zrobiły na mnie wrażenia. Jako osoba bardzo nielubiąca żelek, po prostu oddałam je Mamie. Ją na żelki czasem nachodzi, stąd poprosiłam ją o opinię.

Mama była nimi - ich smakiem, jakością - przerażona. Pozwolę sobie zacytować: "gdybyś mi kazała jeszcze więcej ich zjeść, miałabym ochotę cię zabić. Okropne po prostu od struktury zaczynając, na smaku kończąc. Twardo-suche, a potem lepkie, że od zębów nie da się odkleić. Jakby dziwnie mąką zagęszczone, no obrzydliwe. Rozpadają się na jakieś grudki, zupełnie nie jak żelki. Smaków nie idzie nazwać. Czuć, że niby owocowe, ale jakie to miały być owoce? Czasami  czułam się, jakbym cytrynowe mydło jadła. Najgorsze to chyba żółte - cytrynowe? Fuj. Pomarańczowe też straszne, a wydawało mi się, że pomarańczowe żelki najtrudniej zepsuć. Ohyda po prostu. O dziwo najlepsze to chyba te zielone i może czerwone, ale wszystkie okropne. A przecież żelki, tak ogółem, przecież są i smaczne, można je jakoś normalnie zrobić. Nie podjęłabym się oceniania, bo to dno zupełne."

Od siebie więc dodam, że nie pachną prawie niczym, a tylko lekką, mdlącą i starą słodyczą i... no cóż. Jak ktoś chce ładną puszkę...
Dla ciekawskich smaki były takie: żółte - bananowe, niebieskie - borówkowe, czerwone - wiśniowe, pomarańczowe - mandarynkowe, zielone - arbuzowe.

Skład: cukier, syrop glukozowy, modyfikowana skrobia ziemniaczana, woda, regulator kwasowości (E296, E325, E330), aromaty, koncentraty warzywno- owocowe (marchew, spirulina, jabłko, czarna marchew, dynia), środek glazurujący (E903), olej canola, olej kokosowy, barwnik E102

------------

Wszystko oceniam też przez pryzmat wydania i formy, bo wiadomo, że czekolada z ryżem nie ma tu być po prostu czekoladą z ryżem; chodzi głównie o opakowanie. Niemniej, miło gdy środek zadowala, nie zaś rozczarowuje. Osobiście uważam, że nawet kiedy wykorzystuje się logo jakiejś serii, to miło byłoby jednak coś fanom zaoferować oprócz opakowania. Myślę tu też o wszelkich np. figurkach czekoladowych świątecznych. Przecież każdy wolałby dostać ładną, kształtną figurkę, która byłaby chociaż w miarę smaczna, mimo że i tak przepłacona. Dla formy przepłacić bowiem można trochę, ale bez przesady. To jednak nie zmienia faktu, że i tak znajdą się maniacy-wzrokowcy. Stąd pozostaje mi tylko poinformować, że te, i inne zwariowane słodycze, można znaleźć w Kuri.

sobota, 23 stycznia 2021

Terravita Jogurtowa z Płatkami mleczna z kremem jogurtowym i płatkami kukurydzianymi

Czekolady jogurtowo-owocowe nie wydają mi się tak atrakcyjne co jogurtowe po prostu. W ogóle przyznać muszę, że niewiele naprawdę dobrych jogurtowych mi się trafiło (Lindt Hello Frozen Yoghurt Caramel & Cookies pokazał, że jakoś się da), ale jakoś do tego zestawienia nieracjonalnie mnie ciągnie. Na tej więc bardzo mi zależało. Do tego stopnia, że nie mogąc jej nigdzie znaleźć, po zakończeniu współpracy z marką, sama kupiłam ją w ich sklepie internetowym. Z jednej strony bałam się podobieństwa z Milką Crispy Joghurt, lecz pocieszał mnie fakt, że polska marka nie dodała żadnych bezsensownych chrupek ryżowych, a skupiła się na kukurydzianych.

Terravita Jogurtowa z Płatkami Czekolada Mleczna Nadziewana to czekolada mleczna o zawartości 30 % kakao z nadzieniem (45%) jogurtowym i płatkami kukurydzianymi (5%).

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, poczułam cukrowość leciutko zabarwioną waniliową nutką i minimalnym kwaskiem jogurtu, wkomponowanym w mleczność. Zwłaszcza po przełamaniu byłam w stanie wyróżnić jogurtową nutę, ale i akcent płatków kukurydzianych.

W dotyku tabliczka była tłusta, ale nie miękka. Łamała się jednak bez najcichszego trzasku, a przy robieniu kęsa poszczególne kostki już prawie się rwały. Na pewno czekolada nieco wgniatała się.
Skrywała bowiem dużą ilość nadzienia typu miękkiego i mazistego, wysoce tłustego.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, mięknąc bardzo szybko. Zmieniała się w zalepiającą, kremową gęstwinę o znaczącej tłustości. Wydała mi się leciutko pylista.
Nadzienie chętnie, dość szybko się spod niej wyciskało, ponieważ było tłustsze w oleiście-śmietankowym kontekście. Lepiło się i zalepiało, ujawniając silną proszkowość.
Wyłaniało się z niego bardzo dużo chrupiących płatków, które nawet zostawione na koniec chrupały. Gdy się nad nimi pracowało, obracało i podsysało, po dłuższym czasie nieco nasiąkały i miękły. Dodano je w ciekawej formie: parę drobnych i połówek, a w większości jako trochę pokruszone, podrobione w większych skupiskach. Tych było bardzo, bardzo dużo. Tak jakby poszczególnie płatki podmiażdżono trochę. Dzięki temu i współgrały, nie zaburzały rozpływania się, i było co pochrupać. Trzymane w ustach bardzo długo, miękły i rozpływały się nieco.

W smaku czekolada uderzyła mnie cukrem od samego początku, by po chwili ugłaskać waniliowym akcentem i mlekiem. W gardle jak słodycz zadrapała, tak już cały czas drapała, ale mleczny smak był całkiem wyraźny.

Wzmocnił się przy nadzieniu. Cukier nie został wprawdzie powstrzymany, ale mleczność złączyła się z lekkim kwaskiem. Zahaczyło to o mdławą, tłuszczową nutę, jednak po chwili wyraźniej poczułam jogurt. Nie był bardzo kwaśny, ale poprzez ten specyficzny leciutko kwaskawy akcent wyróżniał się. Wyłapałam za nim też nutę mleka w proszku, która skojarzyła mi się aż dziecięco-kinderkowo ze wspomnień, a więc z Terravitą Mleczną z nadzieniem mlecznym.

Płatki dość szybko zdradzały swoją obecność leciutkim posmakiem. Dodały palono-kukurydzianego smaczku, trochę przełamały słodycz, ale w tym wszystkim i one jakoś słodko wyszły. Gdy próbowałam zająć się nimi "obok reszty" w trakcie rozpływania się kęsa, wychodziły średnio wyraziście. Dopiero zostawione na koniec i wtedy pogryzione / pociamkane smakowały ewidentnie Corn Flakes'ami (tak, myślę o tych od Nestle).

Po zjedzeniu został posmak płatków kukurydzianych, jogurtu o całkiem niezłym kwasku, ale też cukrowo-mlecznej czekolady z odległą nutką jogurtu i oleju. Ten ostatni nie był przyjemny, ale na szczęście nieźle się kamuflował. Warstwa tłuszczu na ustach jednak ni jak nie zdołała się ukryć, podobnie zacukrzenie totalne odczuwalne jako cukrowy kac. To straszliwie miękko-tłusta tabliczka, ale jednocześnie nie odpychająca.
W końcu jednak ten cukier i miękkość zaczęły mnie męczyć, toteż dwie kostki dałam Mamie. W sumie... pewnie dałabym radę zjeść i je, ale chciałam Mamie pokazać, że jogurtowa czekolada może być naprawdę smaczna (Mama bywa sceptyczna). Stwierdziła, że "naprawdę dobra! I słodka, sama czekolada... co ty mówisz?! Za słodka? Nie, ja nie mam żadnych zastrzeżeń, ale w sumie chrupek mogłoby być nieco mniej, żeby jeszcze lepiej ten krem i czekoladę czuć.". (Obstawiam, że przeszkadzały jej, bo jest za bardzo przyzwyczajona, że jak płatki kukurydziane, to z mlekiem, nie jogurtem).

Całość smakowała mi, mimo piekielnego zacukrzenia. Uważam ją za zdecydowanie lepszą od Milki - w Terravicie płatki zostały dodane w bardzo przystępnej formie, dzięki której nie drapały / nie kaleczyły. Mimo że całość drapała jednak przesadzoną cukrowością, wciąż całkiem wyraźnie jogurt było w niej czuć. Obstawiam, że kluczem do sukcesu było to, że poziom cukrowości i mleczności był bardzo zrównany, a jogurtu nie podkręcono kwaskiem cytrynowym - dodano go po prostu więcej niż w Milce.
Osobiście wprawdzie z dwóch nowości wolę PB, ale uważam, że każda reprezentuje swój smak należycie.


ocena: 8/10
kupiłam: sklep.terravita.pl
cena: 3,89 zł (za 95g)
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: kiedyś mogłabym, ale tylko stacjonarnie

Składniki: czekolada mleczna 50% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii), tłuszcz palmowy, cukier, płatki kukurydziane 5% (kaszka kukurydziana 92%, cukier, sól, ekstrakt słodowy z jęczmienia, regulator kwasowości: fosforan sodu), proszek jogurtowy 4,5% (mleko odtłuszczone, kultury bakterii jogurtowych), serwatka w proszku, mleko w proszku pełne, lecytyna sojowa, aromat, ekstrakt wanilii

piątek, 15 stycznia 2021

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal biała karmelowa z solonym jajkiem, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą

Dzisiaj przybywam z recenzją tak dziwnej czekolady, że aż się sama dziwię, że zdecydowałam się ją kupić. Stworzyła ją ponoć najlepsza singapurska marka Fossa, o której to trochę napiszę przy innej okazji. Mam też czystą ciemną, myślę, że tam to będzie lepiej pasować. Właśnie: takie dwie kupiłam i długo nie mogłam wybrać, co najpierw zjeść, bo w końcu potem mogło to ugruntować moją opinię na temat marki. Ta jednak miała krótszą datę, a chciałam zjeść ją jak najświeższą. Solone jajo w czekoladzie karmelowej brzmi obrzydliwie, ale... to ich popisowa tabliczka, ponoć w Singapurze bardzo dobrze się sprzedaje. Byłam tym trochę zdziwiona, ale potem poczytałam co nieco. Fossa odwołuje się tu do tradycyjnych solonych jajek po chińsku - chodzi o namaczanie kaczych w solance. Z czegoś takiego czekoladnicy wyprażyli płatki i przyprawili na styl dania tze-char. Tak w Singapurze nazywają "chińszczyznę", czyli smażone lub duszone rozmaitości: mięso i / lub warzywa, często właśnie z jajkiem. Pomyślałam o tym jako o singapursko-chińskim curry (a curry lubię bardzo), więc zainteresowałam się.

Fossa Chocolate Salted Egg Cereal to biała czekolada karmelowa z płatkami z solonego jajka kaczego, płatkami zbożowymi, liśćmi curry, chili i solą.

Po otwarciu poczułam zapach tak mocno maślany, maślano-białoczekoladowy i maślano-ciastowy, że aż duszny. Był słodki w palonokarmelowy sposób; karmelowo głęboki choć też z nutą, która mi skojarzyła się z mlekiem skondensowanym - wciąż na maślanej bazie. Po połamaniu, bardziej od spodu i skupiając się, odnotowałam sól, podkreślającą karmel i pewną soczystość. Nie było zanadto słodko, ale ciężko.

W dotyku tabliczkę odebrałam jako bardzo tłustą i kruchą zarazem. Wyglądało, że zaraz zacznie się topić w dłoniach, a przy jedzeniu może wykaże proszkowość.
Przy łamaniu nie wydawała dźwięku, szło to z łatwością, a parę drobinek dodatków wyskakiwało, mimo że ogólnie wtopione były solidnie. Co więcej, nie pożałowano ich.
W ustach sama czekolada rozpływała się szybko i gęsto. Miękła i zachowywała formę.  Była tłusta w sposób maślany, ale rzeczywiście także dość proszkowa. W pewnym momencie wydała mi się śliskawa, gdy tak jej tłuste smugi odsłaniały dodatki.
Te były różne. Od drobinek suszonych ziół, przez drobinki soli integralnie rozpuszczającymi się z czekoladą, ale do wymacania językiem po większe kawałki. Wydaje mi się, że trafiłam na bardzo dużo płatków, zdecydowanie za dużo w stosunku do jajka (chyba że się tak chowało, że po prostu je kilka razy przeoczyłam). Rozmiarem pochwalić się mogły płatki przypominające mocno wypieczone ciasteczka, duże i sucho-chrupiące (karmelizowane?) liście oraz kawałki... które przypominały rozpływające się na suchawe grudki zbitki masy na ciasto - obstawiam, że to jajka.

W smaku sama czekolada okazała się mocno maślana, a dopiero potem słodko-mleczna. W pierwszych sekundach w ogóle czułam po prostu masło. Palony smak karmelu zaskoczył po chwili i roztoczył paloność właśnie, która następnie też osiadła w maślaności. Było to ciężkie i esencjonalne. Pomyślałam też o skondensowanym mleku, bo i jego nuta z czasem się pojawiła. Raz i drugi zdarzyło mi się pomyśleć o maślanej krówce.

Na maślanej bazie kolejno, razem i osobno - zależy od kęsa - prezentowały się dodatki. Sól w zasadzie przez cały czas podkreślała maślaność samą w sobie i złocisty, bardzo słodki karmel. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy dodatki upuściły smak, poczułam ciasto maślane. Miękkie, jasne ciasto lub jakieś bułeczki maślane, maślano-mleczne. Mleko odzywało się niepewnie, bo to maślaność podchwytywała poszczególne dodatki. Osłabiały "słodyczowy" wydźwięk, mimo że od nich także rozchodziła się pewna karmelowość.

Coś kopsnęło mi smak wafelkowo-płatkowo-kartonowy. Gdy cienkie płatki papuciały, rozchodził się od nich smak, który kojarzył mi się z bran flakes'ami, corn flakes'ami i kartonem. Jedynie ciumkane i podsysane wychodziły prawie na przód jako głównie kartonowo-waflowe "cosie", nawet z lekką goryczką; bran flakes'y do mleka... bez mleka? Za sprawą paloności, całość chwilami na myśl przywodziła wypieczone, korzennawo-wytrawne ciastka.

Od poszczególnych liści i drobinek rozchodziło się bowiem wytrawne ciepło, prawie pikanteria.  Poczułam sól, karmel, a zaraz... coś rześkiego i ziołowego. Ugryzłam jakiś kawałek i znów trafiłam na zbożowo-słonawy motyw. Ten dziwnie wydobył wiejską naturalność kompozycji. Parę razy na pewno nasiliła się wytrawna ziołowość, rzadziej i subtelniej chili. Nie paliło, ale rozgrzewało i dodawało swojego smaku.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć to, jak uchwyciłam w maślaności nutę znajomą, nieoczywistą, a... jak niewyraziste jajko. Lekko doprawione suche żółtko mieszało się wówczas z maślano-mleczną bazą. Gdy już udało mi się to wyłapać i nazwać, określić, mogę stwierdzić, że naprawdę je czuć, ale subtelnie.

Bliżej końca rozpływania się kęsa jeszcze uwypukliło się masło, maślaność słodka i ciastowa, ciasteczkowość, a słodycz zaczęła aż drapać w gardle, nie tracąc karmelowego charakteru. Ten wydał mi się podkreślony sugestywną, w zasadzie prawie nieuchwytną orientalną ostrością. Czułam, że to na zasadzie kontrastu po wytrawniejszych dodatkach oraz kartonowych branflakso-waflach. Nie jestem jednak pewna, czy i w nich jakieś motywy jajka się nie ukryły.

Na koniec zajmowałam się większymi dodatkami, które jeszcze zostały. Przeważnie były to duże liście curry o specyficznym, goryczkowato-ziołowym smaczku oraz skartonowiałe już płatki.

Po zjedzeniu został ciężki posmak bardzo maślanej białej czekolady, nuta karmelowo-korzennych wypieków i ziołowo-wytrawne przyprawy, słonawość. Mimo rozgrzania i lekkiej ostrości, pikantną bym tej czekolady nie nazwała. Czułam się zatłuszczona, tłuszcz pokrywał też palce, a w gardle rozbrzmiewała słodycz w asyście orientalnych przypraw.

Całość niezbyt mi smakowała, choć raczej przez ciężką maślaność i maślaną białoczekoladowość oraz dodatek płatków, które wyszły kiepsko. Nie była kontrowersyjna, gdy chodzi o dodatek. Ten wyszedł wręcz nieśmiało. Nie wiedząc, że tam jest, jajka nigdy bym nie zgadła.
Mama bardzo się zdziwiła wąchając: "ja tu mam jajko czuć? Ona ładnie pachnie, jak Wedel karmelowy mi się skojarzyła"- i nagle jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Już wiedziałam, że sporo powędruje do niej. Koniec końców oddałam jej 8 z 12 kostek. Nie żeby coś tam, bo... całość była na tyle nudna, że dałoby się zjeść całość bez większych problemów, ale równie dobrze można skończyć po kostce. Ja po dwóch-trzech nie miałam ochoty na więcej (bo za maślano-kartonowo, tłusto), ale postanowiłam przynajmniej pół zjeść w poszukiwaniu jajka. Epizodycznie dało się uchwycić.
A co Mama? "Oczywiście zjadłam całość, ale do końca to nie umiem powiedzieć, czy mi smakowała. Bardzo poprawna. Dla mnie nie za tłusta, na pewno nie za słodka, ale jaka dziwna! Tak jak trochę gryzłam to rzeczywiście czuć te solone jajko, jak wiedziałam, że tam jest, a ogółem co tam jeszcze w niej było? Bo zostawały mi jakieś paprochy, nie wiem, czy potrzebne były. Jakbym miała kupić, to nigdy w życiu. Wolałabym Wedla Karmelowego". Potem jednak, żeby wyrobić swoją dzienną słodyczową normę, dojadała swoje Toffifee (jedne z jej ulubionych słodyczy) i z zszokowana mi zameldowała, że po tej czekoladzie "jakieś tanie i prawie niezbyt smaczne" jej się wydały.

Niby taka kontrowersyjna, a nudna. Poprawna i zwyczajna, choć tytuł sugerowałby co innego... Aż trudno ją ocenić, bo nie wiem, czy tak miała wyjść, czy jajo im się nie udało.
Płakać mi się chciało, bo... gdybym pewnie kupiła karmelowego Wedla z wafelkami, wyszłoby na to samo. Nijako, nudno, nawet niespecjalnie smacznie, a tyle kasy i szumu...


ocena: 5/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £8.95 (za 50g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier, solone żółtka jaj kaczych, płatki zbożowe (mąka pszenna, zmielony ryż, cukier, słód, grys kukurydziany, maltodekstryna, wodorowęglan wapnia, sól, fosforan dipotasu, wanilina), masło, liście curry, chili, sól morska

sobota, 2 stycznia 2021

Wegmans Dark Chocolate with Raspberry Flavored Flakes ciemna 61 % z kawałkami cukierków o smaku malinowym

Nigdy nawet bym nie pomyślała, by wrócić do tej czekolady. Jest tyle ciekawszych i smaczniejszych! A ta... była tym, czego naprawdę nie lubię, bo z dodatkiem chrupiących cosiów o smaku owoców, a nie owocami. Wprawdzie kawałków malin bym nie chciała, ale... to akurat ciekawa sprawa. W przypadku malin kawałki owocowe nie będące pestkowymi malinami wydają mi się fajne, ale... w momencie gdy nie mają być chrupkami czy kryształkami. Nie cierpię bowiem czegoś takiego. Genialny według mnie jest J.D.Gross Ekwador 70 % z kawałkami nadzienia malinowego, gdy chodzi o formę, a nie jakość (ta trochę kulała). Ale... cóż, chcąc nie chcąc wracam, bo dostałam. Wiedziałam, że to ulubiona czekolada pewnej osoby, ale wiedziałam też, że się nie przekonam. Ok, sporo zmieniło się od 2016 roku i recenzji z wtedy, ale nie pewne, że tak powiem, sprawy fundamentalne.

Wegmans Dark Chocolate with Raspberry Flavored Flakes to ciemna czekolada o zawartości 61 % kakao z kawałkami / cukierkami o smaku malinowym.

Po otwarciu poczułam intensywny splot cierpkawej, przypalonej polewy kakaowej i cukru, związanych tanią nutą. Doszukałam się też sugestii kawy i słodko-soczystej nutki owocowej. Ta ostatnia nasiliła się po przełamaniu, a ja pomyślałam o jakimś budżetowym tworze w polewie i z czerwoną (niejednoznaczną) marmoladą.

Tabliczka łamała się ze skrzypiącym trzaskiem ujawniając mnóstwo czerwonych drobinek, które aż z niej wyskakiwały. Była nimi najeżona do granic możliwości. To twarde, duże, mikroskopijne i średnie bryłki-kryształki.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, gładko i idąc w smugi, znikające bez echa. Była zbita i gęstawa, ale nie mięknąca mimo znaczącej tłustości.
Wypełniało ją mnóstwo kawałków dodatku. Chrupały. W pierwszej chwili wydawały się twarde. Rozpadały się jak po prostu zrobione z cukru i częściowo miękły przylepiając się trochę do zębów. Zostawały dłużej niż czekolada. Z czasem trochę się rozpływały, trochę miękły. To jak połączenie chrupaczy z Toblerone z rozmiękłymi od ciepła landrynkami i Daimem.

W smaku czekolada zaczęła od utworzenia słodko-gorzkawego tła. Była mocno palona, lekko cierpka jak jakiś syrop kakaowo-czekoladowy. Subtelna cierpkość mieszała się z delikatną gorzkością. Pomyślałam o kawie, do której zaraz dołączyła kwaśność cytryny i palona słodycz, która wyszła trochę karmelowo. Słodycz rosła, ale nie zacukrzała, bo tonowała ją pobrzmiewająca w tle maślaność. Nie dała jednak rady stonować narastającego kwasku, który z czasem zaczął mi się wydawać nie dość, że irytująco cytrynowy, to jeszcze po prostu landrynkowy.

Soczystość cytryny wkradła się też w słodycz i bazę. Przypominała czerwone landrynki. Gdy mieszała się z czekoladą pomyślałam o wiśniowych, potem rzeczywiście może bardziej malinowych. To jednak maliny kwaśno-cukierkowe, nieautentyczne. Serwowały kwaśność, cukrowość i dziwny posmak, którego nie umiem nazwać.
Przez większość czasu dominowały nad czekoladą.

Po nich czekolada wydała mi się jeszcze bardziej tania jak polewa kakaowo-czekoladowa na czymś kawowym. Końcówka to powrót delikatnej gorzkości, goryczki... chyba kawy z ekspresu właśnie.

Po zjedzeniu pozostał trochę suchawy posmak kakao (nie suchy efekt tylko "suchy posmak"), cierpkawo-polewowy, bliżej nieokreślony, bo z czymś tłuszczowy (?); czymś dziwnym, co stanowiło mocny pomost do sztucznie-cukierkowego posmaku cytrynowo-czerwonych cukierków, może i malinowych.

Wróciwszy do starej recenzji widzę, że... czekolada się nie zmieniła. Dalej gorzkawo-słodka i kwaśna, cukierkowo-landrynkowa... tylko, że ja mam większe wymagania. Ok, to byłaby przeciętna czekolada z kawałkami o smaku... bo nikt nie obiecywał owoców, ale... "o smaku malin", a wali cytryną i landrynkami nie do określenia... Nawet więc przeciętności i tego, czym miała być tak obiektywnie nie zapewniła.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ciemna czekolada (ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ziarna wanilii), płatki o smaku malinowym (cukier, syrop ryżowy, koncentrat z buraka, kwas cytrynowy, olej kokosowy, naturalne aromaty, lecytyna sojowa)

sobota, 26 grudnia 2020

Ritter Sport Marhaba Joghurt Honig Nuss mleczna z nadzieniem jogurtowym z miodem i orzechami laskowymi

Marzy mi się dobra czekolada jogurtowa. W kefirowej Naive zakochałam się i z chęcią zjadłabym tego typu jogurtową, ale... mam ochotę na nieprzesłodzoną nadzianą mocno jogurtowym kremem. Niestety, takich nie widziałam. Zotter Strawberry Yoghurt "Classic" to nie to... Nie mleczna z po prostu jogurtowym, nie jogurtowo-owocowym nadzieniem. Z desperacji więc sięgam po różne plebejskie z nadzieniami jogurtowymi licząc, że może od biedy chociaż częściowo mnie usatysfakcjonują. Te obecne stale (Milka Yoghurt, RS Joghurt) też w sumie bym spróbowała, ale że wiem, że cukier i tak mnie porazi i całych nie zjem, nie spieszno mi do tego. Milka Crispy Joghurt ogólnie niespecjalnie mi podeszła, ale to też, bo z chrupaczami. Przy limitkach, gdy pojawia się groźba, że niedługo znikną, jakoś łatwiej jest mi zmotywować się do zakupu. Jednak czy na dobrą sprawę ma on sens? Raczej nie, ale cóż zrobić... Nadzieja, że wreszcie jakaś gorsza mi posmakuje, jak widać matką głupich. A z nabyciem tej wiązała się ciekawa sytuacja. Mama chciała ją kupić i zapamiętała sobie, by polować na żółte opakowanie (mimo że jest sceptyczna do nadzień jogurtowych). Przez pomyłkę jednak kupiła białą z orzechami... Która bardzo jej smakowała dzięki "rewelacyjnym orzechom" (ja próbowałam ją już dawno i mi nie pasowała). To jednak sprawiło, że zdobycie tej uznała za punkt honoru. I w końcu jej się udało. Tym razem to ona tak się zapaliła, bo ja po Schogetten Yoghurt & Honey trochę się bałam.

Ritter Sport Marhaba Joghurt Honig Nuss to czekolada mleczna nadziewana jogurtowym kremem (32%) z kawałkami orzechów laskowych (7,5%) i chrupkami / kawałkami miodowymi (5%); edycja limitowana na lato 2020.

Po otwarciu czekolada przywitała mnie cukrowo słodkim, a zarazem mocno mlecznym zapachem z wyraźnym, palono-prażonym motywem orzechów i wafelków. Te podsunęły mi skojarzenie z lodami w waflu... Lodami jogurtowymi? Ten na pewno ujawnił się po przełamaniu. Doszukałam się pewnej rześkości, nawet kwasku, co nie zmieniło ulepkowatego charakteru, ale na pewną smakowitość się przełożyło. Miód ukrywał się, choć w trakcie degustacji (może trochę na siłę) doszukałam się go.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-delikatna, wykazywała miękkawość, choć w dłoniach się nie topiła.
Przy łamaniu prawie się rwała, a przy robieniu kęsa trochę się uginała.Mimo że czekolada to gruba warstwa, nadzienie odznaczało się tłustą miękkością, co nie mogło dać innego efektu. Dodatki w niej trzeszczały: były to spore, wyprażone kawałki orzechów bez skórek oraz drobinki lśniące jak żółtawe kryształki (miodowe chrupki). Dodano ich mnóstwo - była nimi tak najeżona, że mimo miękkości wyszła w sumie jak twór do chrupania.
W ustach całość błyskawicznie przybierała postać miękkiej, zalepiająco-zapychającej, tłustej masy.
Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, gęsto i tłusto zalepiając. Zdradzała lekką proszkowość.
Nadzienie okazało się gładsze od niej i również tłuste, acz w bardziej rzadko-mleczno-oleistym kontekście. Było miękkie, znikało szybciej, ale jeszcze też gęstawo.
Wyłaniały się z niego dodatki w ilości sowitej: drobne kawałki orzechów i małe miodowe płatko-chrupki. O ile pierwsze delikatnie chrupały, były miękkawo-świeże (gdy chodzi o strukturę) i w porządku, tak te drugie szkliście chrupały trochę jak cukier, częściowo rozpływały się. Na szczęście nie przylepiały się do zębów. Żaden z dodatków nie zdobył mojej przychylności, acz przynajmniej odwracały uwagę od tłustości i miękkości ogółu.

Czekolada uderzyła przesadzoną słodyczą, którą szybko zalało wyraziste mleko. Było pełne i naturalne, choć zacukrzone do bólu. Przełykając ślinę miałam wrażenie, że cukier przełożył się także na gęstość i... na pewno przełożył się na drapanie w gardle.

Nadzienie kontynuowało zabójczą słodycz, ale zgrało się także z mlecznym smakiem. W zasadzie poniekąd wydawało się też naturalnie słodkie dzięki mleku. Podpinając się pod nie, tchnęło trochę lekkości. Poczułam delikatną rześkość, kwasek. Spróbowane osobno lub w częściach, gdzie czekolady i dodatków przypadło mniej, zaskoczyło mnie swoim w miarę wyczuwalnym kwaskiem. Zrobiło się trochę jogurtowo, choć bardzo słodko. W tle czułam nutkę nijakości, oleistości.

Od tej jednak odwracały uwagę dodatki, które już jakoś w połowie rozpływania się kęsa wylegały na język. Orzechy nierozgryzane, wnosiły jedynie echo siebie jako coś bardziej prażonego po prostu. Miód - owszem, wnosił więcej. Oczywiście podbijał słodycz, miodowego smaku raczej nie dodając. Raz po raz, skupiwszy się, poczułam jego delikatny akcent. Jasny, nieambitny i, jak i cukier, drapiący w gardle.
Orzechy trochę bardziej ciumkane i gryzione bliżej końca smakowały już bardzo wyraziście sobą. Tylko chwilami prażono-świeżawe, ewidentnie laskowe, a w większości tak prażone, że aż poprzypalane. Te drugie kojarzyły się z fistaszkami i waflami. Raz po raz trafiłam na gorzkawy kawałek.

Końcówka była już bardzo słodka, ale... wciąż mleczna, już bardziej orzechowa, przy czym wróciły skojarzenia z poprzypiekanymi za mocno wafelkami. W gardle drapała słodycz, czekolada na powrót zaczęła zagłuszać nadzienie, ale bliżej końca wydała mi się już mniej mleczna, a bardziej mleczno-maślano-orzechowawa, rozmyta.

Po zjedzeniu małej ilości pozostał tłuszcz na ustach i przesłodzenie jako mieszanka cukru z posmakiem czegoś (może i miodu). Motyw jogurtu zniknął, za to zostały orzechy... prażone tak, że właśnie bardziej ich prażoność niż one same w sobie.

Zjadłszy dwie kostki nie doszukałam się niczego, za co mogłabym ją zjechać, a jednocześnie nie znalazłam nic, co by sprawiło, że uznałabym ją za fajną. Miękko, chrupiąco, słodko, mlecznie i jakoś tam orzechowo - nuda. Brakowało mi wyrazistego jogurtu (gdybym nie wiedziała, że to nadzienie jogurtowe, mogłabym nie zgadnąć), brakowało mi miodu i... w sumie nawet laskowców (ich smaku), choć do tej kompozycji orzechy uważam za zbędne. Gdyby mi wpierali, że dodano fistaszki, wafelki czy cokolwiek innego, uwierzyłabym.
Z obiecanych smaków kompletnie nic nie dostałam. Na pewno więc wyszła smaczniej i lepiej jakościowo niż Schogetten Yoghurt & Honey, jednak RS nie dostała 6 za to, że z tytułowych smaków kluczowych brak.

Resztę oddałam Mamie. Jej smakowała, ale nawet ona przyznała, że już samą czekoladę przesłodzono i... że orzechy dodano niepotrzebnie, że tylko zagłuszają (w dodatku nie zgadła, że to laskowe przez to, jak mocno je uprażyli). "Miękka, tłusta w punkt. Nie lubię jogurtowych rzeczy, a ta była tak mało jogurtowa, że mi smakowała. Te takie chrupki fajne były, ale już prędzej obstawiałabym jakieś zbożowe czy nawet owocowe niż że to miód" - ekhem.
Uznałam, że definitywnie kończę zwłaszcza z nadziewanymi czekoladami tej marki; nie chcę mieć z nimi do czynienia. Jakaś nienadziewana, jak się ciekawa trafi...? To może jeszcze, ale ogólnie w mojej głowie marka jest już raczej skreślona, bo po prostu nie dla mnie.


 ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 4,99 zł (chyba)
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, orzechy laskowe siekane, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, jogurt w proszku z odtłuszczonego mleka 5,5%, laktoza, miód 2,5%, odtłuszczone mleko w proszku, maltodekstryna, masło klarowane, śmietanka w proszku, lecytyna sojowa, środek zagęszczający: alginian sodu

wtorek, 17 listopada 2020

Ritter Sport Waffel mleczna z kremem kakaowym z chrypkami ryżowymi oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym

Przy Loacker Chocolate Cream wspomniałam, że miałam jeszcze jedną wafelkową czekoladę. To właśnie dzisiaj prezentowana. Mimo że nie przemawiają do mnie nazbyt waflowe czekolady, ta mnie ciekawiła, bo obstawiałam, że w pewnym stopniu może wyjść podobnie do jednego z moich ulubionych RS (za którymi ogólnie specjalnie nie przepadam) Kakao-Mousse i zarazem do jednego ulubionych z niegdyś batonów (KitKatów). Kusiła elementem przełamującym tłustość, więc jakoś tak... Kolejną motywacją była limitowana seria czekolad letnich 2020 - smaki wyglądały na ciekawe, ale najpierw chciałam sprawdzić, jak właściwie znoszę waflowe czekolady (bo jedna to była z kremem kokosowym i waflem).

Ritter Sport Waffel to mleczna czekolada nadziewana kakaowym kremem (28%) z kawałkami / płatkami ryżowymi (1,5%) oraz wafelkiem przełożonym nadzieniem kakaowym (11%).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach pełnego mleka, które mieszało się z pewną proszkowością i "kakałkiem". Nie było ani gorzką siekierą, ani dziecięco słodziutkim, a takim... po prostu jak z lekko "grzybowych" kremów kakaowych. Wafelek delikatnie sugerował swoją obecność dopiero po przełamaniu.

Już w dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, jakby zaraz miała zacząć się lepić, ale wciąż dość konkretna. Nie gięła się. Przy łamaniu chrupała / trzaskała... czy może raczej trzeszczała za sprawą wafla. Dwie warstwy, które przełożono kremem były bowiem porządne i świeże. W przekroju wydały mi się zwarte, krem między nimi też, ale ewidentnie tłusty. Było go jednak mało, czego nie mogę powiedzieć o tym na wierzchu, wypełnionym chrupkami ryżowymi.
Gruba warstwa czekolady w ustach szybko miękła, po czym rozpływała się w sposób bardzo gęsty i zalepiający. Była tłusta, a krem pod nią... jeszcze tłustszy, choć w bardziej oleiście-mazistym kontekście. Zarówno czekolada, jak i nadzienie, cechowała lekka proszkowość (ta kremu bardziej pyliście-kakaowa). Krem spomiędzy płatów warstwowych wydał mi się najtłustszy. Dano go jednak na tyle mało, że w całości trudno go jakoś specjalnie opisać.
Wafle ratowały sytuację, bo wprowadzały chrupkość, suchawość. Okazały się zacnie wypieczone na krucho, jednak nie miały problemu z nasiąkaniem, mięknięciem i integracją z resztą. Mimo suchości / konkretu były bowiem dość napowietrzone.
Chrupki ryżowe też sobie delikatnie chrupały, mimo świeżej twardości. Nie przeszkadzały, choć wystąpiły w sowitej ilości.
Nawet bez noża z łatwością dało się to rozdzielać, ale w ustach (samo z siebie) zachowywało zacną spójność. Pod tym względem przypominała dawnego KitKata Chunky, którego można było obgryzać bez szkody dla smaku. Miękło to na gęstą, lepko-tłustą papkę, chrupało przy tym, co mimo iż nie dla mnie, niewątpliwie może się podobać.

W smaku, jak i w zapachu, czekolada uderzyła mnie pełnym, wyrazistym mlekiem i słodyczą. Lekko waniliowa, od początku nieco za silna, zacnie łączyła się z leciuteńkim wątkiem kakao, tworząc uroczy klimat.

W ten słodki urok nie wpisał się nasilający wraz z wyłanianiem się kremu, smak kakao. Płynęło jakby obok. Było proste, gorzkawo-cierpkie i pełne smaku. Przecinało słodycz, by następnie przemieszać się z nią. Krem także był słodki, ale nie do przesady. Kojarzył mi się lekko grzybowo, maślanie... było w nim coś tłuszczowo-obrzydliwawego, ale wciągającego. Natychmiast skojarzył mi się z moussem z RS Kakao-Mousse.

Jego kakaowy smak podkreślił mało słodki, średnio wypieczony, a więc delikatny wafelek, który poczułam już w połowie rozpływania się kęsa. Był pszeniczny, neutralny, że aż trochę kartonowy, ale wciąż świeży.

Krem między warstwami waflowymi wydał mi się słodszy i bardziej nijaki od tego z wierzchu. Wciąż kakaowy, ale już nijako-tłuszczowy, trochę tani. Na szczęście w całości zbyt wielkiej roli nie odegrał.

Przez większość czasu chrupki ryżowe też wydawały się żadne, ale gdy za nie się zabrałam (bliżej końca i na koniec), okazało się, iż oprócz kontynuowania lekko zbożowego wątku kopsnęły... słonawość. Wyraźną, przecinającą słodycz i podkreślającą ambitniejszy charakter. Uwypukliły tym samym kakaowy smak kremu "mousse'owego".

Już pod koniec rozpływania się kawałka słodycz trochę drapała w gardle, ale wcale nie było przeraźliwie słodko, a całkiem nieźle kakaowo. Czekolada nie "umleczniła" tego, ale osadziła w łagodniejszym, mlecznie-waniliowym tonie. Pomyślałam o kakaowych lodach czy deserze. Oczywiście z wafelkiem, bo był do końca wyczuwalny, mimo że nawet ciamkany na koniec, nie zdominował czekoladowo-kakaowego towarzystwa (i zachował chrupiący element).

Pozostałam z posmakiem słono-wafelkowym i mocno mleczno-czekoladowym. Kakaowe kremy były w tle, niestety wraz z posmakiem "kiepskości" (żadnym wyrazistym, ale jednak). Czułam tłuszcz na ustach, co mnie nieco odrzucało, ale także lekkie podsuszenie wywołane pyłkiem cierpkawego kakao i samymi chrupaczami.

Zdziwiłam się, że czekolada ta wyszła w sumie tak nieźle wyważona i wcale nie odebrałam jej bardzo źle, jak się obawiałam. Za słodka i za tłusta, na szczęście jednak zarówno przyjemnie mięknąca i chrupiąca; smakująca, czym miała. Ani zbyt "słodziaśna", ani gorzka... W sumie jak wafel bardzo dobrej jakości, więc i nie taka mocno plebejska. Bardzo poprawna.
Może i sama forma bardziej do mnie przemówiła niż czekolad Loacker, bo jednak wyszła jak czekolada, ale niestety wyłożyła się na jakości, tłustości i słodyczy.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 5 zł
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, laktoza, mąka pszenna, odtłuszczone kakao, masło klarowane, olej kokosowy, ryż, syrop glukozowy, dekstroza, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, mąka sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, miazga z orzechów laskowych, zmielona wanilia Bourbon, przyprawy