Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scholetta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scholetta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 czerwca 2021

Scholetta Fijne Chocolade Irish Coffee & Karamel ciemna mleczna 55 % i biała z whisky, kawą i toffi

Stwierdziłam, że obecnie nie lubię białej czekolady. Dobrą potrafię docenić, ale ochota na nią już mnie nie nachodzi. Sama więc już żadnych nie kupuję, ale jakiś czas temu tym z Mamą nie mogłyśmy się oprzeć. Ja mam za wielką słabość do whisky, a Mama do kawy i toffi. W sumie... ogólnie byłam do tego czegoś dość sceptycznie nastawiona, bo jakoś nie przemawiają do mnie te (chyba ostatnio modne?) kruszone kawałki czekolady, a już na pewno nie podoba mi się łączenie czekolad np. białej z ciemną. Gdy jednak pomyślałam o łączeniu białej z whisky... przypomniała mi się Astor Chocolate Alaska Milk Pretzel swirl Peanut Butter i biała zmieszana z masłem orzechowym, co było jej największym atutem. I w końcu wygrało to, że "mieć takie dziwne coś w domu i nie spróbować? no way!". A jednak biało-mlecznej Kokos Mandel & Meersalz nawet nie wąchałam - całość poszła od razu do Mamy (mimo że w sumie podobało mi się połączenie kokosa, migdałów i soli, ale... nie w tej formie, nie tej marki).

Scholetta Fijne Chocolade Irish coffee & karamel to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao z białą czekoladą (43%), irlandzką whisky (1,35%) oraz posypką czekoladową o smaku kawowym (6,7%) i kawałkami toffi (3,3%).

Po otwarciu uderzył mnie zapach kawy i whisky, a zaraz potem także dość wysoka słodycz. Połączywszy się z whisky, poszła w kierunku przyziemnie alkoholowo-cukrowym, kojarząc się z Pawełkiem toffi. Taak, cukierkowo-karmelkowe toffi też wyłapałam. Gorzko-kawowy wątek stał z tym na równi. Czekoladowości dziwnie nie zarejestrowałam, może daleko w tle jako cukrowo-proszkowy motyw a'la Wedel? Zalatywało mi to lekką sztucznością ("wedlową piankowością"? - mleczne Wedle dawniej wg mnie miały specyficzną nutę i ją tu czułam) i mlekiem w proszku. Biała czekolada też raczej się kryła.

Forma zupełnie do mnie nie przemówiła. Według mnie zawartość opakowania wyglądała po prostu niechlujnie, brzydko. Zdobienia tandetne, posypka też... W dodatku rozlokowana nierównomiernie. Jeśli chodzi o łączenia się czekolad, to wbrew pozorom trudno o kawałek albo czystej białej, albo ciemniejszej. Zachodziły bowiem na siebie, jedna na drugą. Np. gdy wierzch był biały, spód ciemny (i to aż przebijało miejscami).
Kawałki czekolady przy łamaniu okazały się kruche, ale konkretne, twardo-trzaskające, choć nie jakoś mocno. Biała część na dotyk wydała mi się sucho-lepkawa, a ciemniejsza plastikowo-polewowa. Dodatki były w nie mocno wtopione. Kawa z czekolady przypominała plastik, toffi zaś było tylko początkowo suche, a potem miękkie i gumkowo-lepkie.
W ustach w sumie wszystko rozpływało się z lekkim oporem (mniejszym lub większym), ale jak plastikowa polewa.
Biała czekolada była straszliwie, wręcz niewiarygodnie proszkowa i wodnista, a jednocześnie dość zbita, zwarta.
Ciemniejszą cechowała bardziej zawiesista proszkowość, jakby osadzona w polewowo śliskawej bazie. Ona rozpływała się chętniej, ale też nieprzyjemnie.
Ziarna czekoladowej "kawy" z kolei były gładkie, ulepkowo-polewowe i wodniste. W nich najbardziej dawała o sobie znać tłustość gładkiej tafli masła. 
Toffi okazało się lekko skrzypiące, rozpuszczało się powoli, a gryzione przypominało gumkę do ścierana z cukrem. Przylepiało się na jakiś czas do zębów, by się w końcu rozpuścić.
W zasadzie wszystko znikało na wodę.

W smaku... to zależy. Ogólnie muszę powiedzieć, że od czego by nie zacząć, jak sobie nie mieszać, kompozycja była raczej spójna, bez zgrzytów - przeraźliwie cukrowa i zgrana w tym.

Najpierw spróbowałam trochę białej. Poraziła mnie cukrem, drapiąc w gardle natychmiast po przełknięciu śliny. Na cukrowość zaraz naszedł maślany, ciężki smak nijakiej białej czekolady. Posypało się mleko w proszku. Odegrało dość istotną rolę w miejscach łączonych z brązową czekoladą. Mleko w czystobiałych częściach wyszło ciężko i nijako. Co więcej, doszukałam się w nim sztuczno-stęchłej nuty. W zestawieniu z brązową stanowiła głównie dosładzacz, jednak nabrała też śmietankowego wydźwięku, a jej kiepski posmak ukrył się w kawie.

Ciemna mleczna czekolada dominowała zdecydowanie. A w niej z kolei rządziła kawa. Goryczkowato-gorzkawa i niemożliwie cukrowa. Przejawiała też lekką cierpkość i kakaowy motyw, ale i tak szybko męczyła cukrem. Jemu dopomogła przesłodzona biała.
Zacukrzały okropnie, mimo posmaku mleka, które to całkiem nieźle opływało kawę.
Doszukałam się też alkoholowo-whisky, znacznie delikatniejszego niż sugerował zapach (aż trudnego do wyczucia) akcentu. Mimo alkoholowego posmaku, procentów nie czuć.

Kawowe kulki smakowały czysto kawowo-cukrowo, bez śladu innych posmaków czy mleka. W sumie nawet czekoladowe były minimalnie. Odbijały bardziej ku nijako-kawowej, plastikowej polewie, ale paskudne nie były.

Toffi wyszło straszliwie słodko-cukrowo. Właściwie... było niemal wyprane z jakiegokolwiek smaku innego niż cukier. Toffi-karmelkowe? Niee, może minimalnie, tylko dlatego, że wiedziałam co jem. Raczej cukierkowo-cukrowe. 

We wszystkim przewijała się lekka cierpkawość, która z cukrowością i tak nie wygrała. Nie było zgrzytów, ale wszystko smakowało tak cukrowo, że sens jedzenia tego był taki, co w łyżeczkowaniu cukru prosto z torby. 

Po zjedzeniu każdego kęsa w ustach zostawało przecukrzenie i posmak kawy, jak również lekka cierpkość: od kakaowej, kawowej po "z aromatu". Wraz z ciężkością maślanej, białej czekolady było to dalekie od przyjemnego posmaku.

Całość wyszła ciężko, słodko, kawowo i w sumie nudno. Mimo wielu elementów nie było tu nic przyjemnie wyróżniającego się. Konsystencja zła, smak cukrowy. Prawie całość powędrowała do Mamy (jak się spodziewałyśmy).
W pierwszej chwili Mama wykrzyknęła: "O fu! Jak mi tu walnęło jakimś paskudztwem, stęchlizną, okropnym czymś...". Potem jednak zaczęła jeść, jeść i uznała, że to chyba rzeczywiście whisky i: "no, rozpuszcza się, zwłaszcza ta biała część, bardzo ciężko, ale tak... to mi smakuje! Słodkie to bardzo, aż za bardzo chyba, ale kawę jakoś czuć, mlecznie jest, i te toffi niby w porządku, bo nietwarde, ale nie wiem, czy potrzebne. Niegorzko, ale rzeczywiście trochę kawowo i potem już tego okropnego czegoś zupełnie nie czuć, a tak alkoholowo. Ten jakiś bourbon czy whisky, ale też nie w każdym kawałku. Dobrze to w tym ciemniejszym wyszło, a biała dziwnie". Doszłyśmy do wniosku, że biała chyba po prostu dziwnie przesiąkła resztą, co dało nieprzyjemny efekt wraz z jej cukrowością i mlekiem w proszku (i po prostu smakiem białej?). Co więcej w sumie zgodziłyśmy się, że mimo iż zamysł jakiś ewidentnie był to wyszło to takie... bezsensowne. Wszystkiego pełno, napchane, a efekt dziwny. Mnie jednak od tego odpychało, a Mama bez problemu na raz zjadła jakieś 60 gramów. Stwierdziła, że niezjadliwe to na pewno nie było, a ja... no nie wiem, dla mnie na pewno nie było zjadliwe. Zgodziłyśmy się jednak co do tego, że forma beznadziejna - obu nam skojarzyło się z "rzuceniem takich kawałków, jak kości dla psa". 


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi (Mama płaciła)
cena: 7,49 zł (za 105g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, posypka czekoladowo-kawowa "mokka" 6,7% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, 1% kawa w proszku, naturalne aromaty, substancje powlekające glazurujące: szelak, guma arabska; lecytyny słonecznikowe), bita śmietana, irlandzka whisky 1,4%, migdały, lecytyny sojowe, naturalne aromaty, masło, odtłuszczone mleko w proszku, śmietana w proszku, kawa w proszku 0,3%, syrop glukozowy, stabilizator: difosforany, kakao

-------------
PS O drugim wariancie nawet myśleć nie chciałam. I ja na szczęście nie musiałam; co więcej Mama jedząc, uznała, że mi na pewno by nie smakował. Drugim wariantem była bowiem prawie zachwycona ("połączenie białej i mlecznej bardzo słodkie, ale ta czekoladowa baza sama w sobie dobra; tylko te dodatki niezbyt potrzebne, te jakieś karmelizowane słupki i płatki (kokosa?) dziwne i sól niepotrzebna").

czwartek, 13 lutego 2020

Scholetta Raspberry Yoghurt mleczna z nadzieniem jogurtowo-malinowym z kawałkami malin

Zakończenie serii tej tabliczką jest przypadkiem. Tamte musiały mieć swoją kolejność, a ta została. Poważnie zaczęłam wątpić w jakość i smak proponowane przez tę markę, ale wciąż było to połączenie, które mogło trafić w mój gust.

Scholetta Raspberry Yoghurt in finest milk chocolate with a delicious yoghurt filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z "nadzieniem jogurtowo-malinowym", które stanowi 38 % i jest dokładniej: kremem jogurtowo-malinowym z kawałkami malinowymi.

Po otwarciu poczułam silny zapach mleka w proszku i słabszy, acz wciąż wyraźny - malin. W dużej mierze pudrowe (częściowo przez mleczność), ogółem zaś łagodne i słodziutkie. Kwasku nie czuć, sztuczność minimalnie, a słodką czekoladę daleko w tle

Przy łamaniu tabliczka wykazywała twardawość za sprawą grubych warstw samej czekolady. Pozornie kruchawa, przy wgryzaniu się w kostkę okazała się miękkawa. Otóż nadzienie było bardzo miękkie, plastyczne i oleiście-maziste, pełne czerwono-białych drobinek (jak się okazało, głównie pestek).
Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, stając się gęsto-gładkim, zalepiającym bagienko-kremem.
Nadzienie wyciskało się spod niej szybko i tak też się rozpływało, zalepiając przy tym niemiłosiernie w mniej miły sposób. Cechowała je margarynowo-oleista miękkość, minimalna soczysto-wodnistość, ale i straszliwa proszkowość / pyłkowość.
Kawałki trochę się rozpuszczały, trochę pochrupywały. Wydawało mi się, że to głównie pestki.
Całość zalepiała i oleiście zatłuszczała, szybko znikając.

W smaku czekolada rozpoczęła występ cukrem i mlekiem, do których zaraz dołączyła nuta plastiku. Podkreśliła, że to mleko w proszku przewodzi, ale z czasem smakowita śmietanka osłabiła jego wyczuwalność. Cukier z powodzeniem walczył o swoje.

Nadzienie nasiliło przede wszystkim smak mleczny, w którym doszukałam się nuty tego w proszku. Cukier i pewna mdłość nie pozostały bierne, acz to właśnie dzięki pustemu polu do manewru (jakie utworzyły) wyłoniła się lekka, cukierkowo-pudrowa nuta malin. Były to delikatne mydlano-sztucznawe maliny, trochę jak jakaś guma rozpuszczalna, ale ogólnie minimalnie wyczuwalne jako przygłuszony motyw.

W miejsce tego łagodnego, nijakiego zbiorowisko mniej więcej w połowie wszedł kwaskawy jogurt. Mieszał się z ogromem cukru, ale był wyraźnie wyczuwalny. W zasadzie... przez pewien czas dominował, by potem osłabnąć.

Bliżej końca, gdy językiem zaczęłam trafiać na kawałki dodatku, podkreślił naturalniejsze, suszone maliny. Od kawałków właśnie ich kwaskawy smak się rozchodził. Malina nagle wzrosła, jednak tylko na chwilę, bo potem znów kwaskawość stała się bardziej jogurtowa. Ostała się jednak sztuczna pudrowość malin (nie tyle same maliny).

Po wszystkim pozostało przesłodzenie. Mimo to, posmak należał zarówno do jogurtowej kwasowości, malinowej mydlanej gumy, jak i do nutki naturalnych, kwaśnych malin. Czułam też całkiem przyjemną, niemal śmietankową czekoladę, ale i i nijaką tłuszczowość - znów nakręcającą pudrowość. Może nie paląco-chemiczne, ale nieprzyjemne. Przerysowane, sztuczne, a jednocześnie w irytujący sposób wyciszone.

Całość uważam za złą, za jedynie cień dobrej tabliczki. Sama czekolada znośna, mimo że i jej nie ominęły nieprzyjemne posmaki. Nadzienie  to już porażka.
Wprawdzie czuć jogurt, ale przytłumiony (o wiele mniej wyrazisty niż w wersji truskawkowej). Malin prawie nie czułam (a wyczuwalne sugestie mydlano-pudrowe i kwaśno-suszone miłe nie były), za to ich pestki... aż nadto. Słodycz, nijakość, mleko w proszku... Nawet jogurt i śmietanka nie pomogły. A pod względem struktury to okropna miękka muziaja, która zalepiała nieprzyjemnie, atakując jeszcze prochowością i potwornymi pestkami. Na szczęście nie była wyjątkowo tłusto-ciężka, mimo że oleistość pokryła usta.

Truskawkowo-jogurtowa przynajmniej była całkiem przyjemnie jogurtowa i nie zawierała pestek. Ta... nawet jogurtowa była mniej, a o owocowości nie mówię. Już jak dali pestki, to naprawdę mogliby zrobić ją bardziej malinową... A że im się nie sproszkowały? Zdecydowanie wolę cukierkowo-gumową, za mało jogurtową Terravitę, która przynajmniej nie miała pestek, a jej konsystencja była spójniejsza. Też miękko-ulepkowata, ale w kremowy, jakby uzasadniony sposób.
Większość oddałam Mamie. Jej też nie smakowała, w ogóle najpierw myślała, że to kolejna truskawkowa. A komentarz? "No jogurt jakiś tam czuć... Nie chce mi się jej jeść." Marnie dziadostwo skończyło.


ocena: 3/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczony jogurt w proszku 6,6%, dekstroza, olej słonecznikowy, laktoza, proszek malinowy 0,6%, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, śmietanka w proszku, pasta z orzechów laskowych, barwnik (czerwień buraczana), naturalny aromat, ekstrakt wanilii, sól, regulator kwasowości: kwas cytrynowy

sobota, 8 lutego 2020

Scholetta Strawberry Yoghurt mleczna z nadzieniem jogurtowo-truskawkowym z kawałkami o smaku truskawkowym

Powodem mojego zadowolenia z otrzymania Terravity Jogurtowo-Truskawkowej było to, że miałam do porównania analogiczny smak Scholetty. Dawno, dawno temu obstawiałabym, że to tabliczka z Aldiego będzie miała u mnie większe szanse, jednak z każdą kolejną próbowaną utwierdzałam się, że Scholetty są niewarte uwagi. Ot, może jakaś się uda, ale większość nie dla mnie. Nie martwiło mnie to jednak, bo tabliczki kupiłyśmy z Mamą, przewidując, że raczej dla niej. Porównanie jednak nie mogło mnie ominąć (choć przyznaję, że w trakcie zwątpiłam w... misyjność tego, czego się podjęłam).

Scholetta Strawberry Yoghurt in finest milk chocolate with a delicious yoghurt filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z "nadzieniem jogurtowo-truskawkowym", które stanowi 38 % a dokładniej jest kremem jogurtowym z kawałkami truskawkowymi.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko trafiłam na bardzo słaby zapach głównie mleka, a jedynie z motywem truskawek. Wydanie ewidentnie bardzo słodkie i kiepskie, bo zarejestrowałam, że to mleko w proszku. Przez to i truskawki wyszły pudrowo-cukierkowo. Po przełamaniu, a już w ogóle przy rozkrojeniu kostki odezwał się jogurt (mieszający się z mlekiem w proszku).

Tabliczka wydawała mi się konkretna i krucha zarazem. Lekko pykała z racji grubości czekolady. Nadzienia koloru ecru nie pożałowano, ale ono było już plastyczne, maziste i miękkie. Okazało się wypełnione drobinkami i małymi kawałkami koloru czerwonego.
W ustach czekolada rozpływała się w kremowo-tłusty sposób, leniwie zalepiając; w zasadzie aksamitnie, ale chwilami ujawniając proszkowy motyw.
Nadzienie wyciskało się szybko, ponieważ było tłusto-miękkie i o wiele bardziej od czekolady mazisto-lepiszcze. Oblepiało, przy czym jego rzadkość dziwnie się wyeksponowała. Widziało mi się jako śliskawa, "gładko-oleista masa wymieszana z proszkiem", odsłaniało kawałki...
Kawałki nie wiem czego. Skrzypiały i rozpuszczały się szybko. Niektóre próbowały udawać farfocle, ale wyszły raczej jako cukro... nie wiem co. Dziwne (nazwałam je sobie "cukroskrzypkiem").
Średnio to wszystko spójne. Takie... Rozrzedzone, wybrakowane bagienko, do którego wpadło dziwne coś.

Czekolada przywitała mnie na starcie o wiele za cukrowym i zarazem mlecznym smakiem. Wręcz śmietankowe, może i kakaowe sugestie nie pomogły jej, gdyż wyraźniejszy od nich był jakiś sztuczny / plastikowy motyw. Szybko ujawniło się mleko w proszku.

Za sprawą plastiku przeniknęła do niej lekka cukierkowa nuta. Nadzienie podkręciło mleczność. Przez moment byłam pewna, że czuję stare, zjełczałe mleko w proszku. Starło się z cukrem w boju o dominację. Mniej więcej w połowie poczułam kwaśność... jogurtową? Smak jogurtu przejął kontrolę i mleko odeszło na o wiele dalszy plan. Osadziło się przy mdławym motywie margaryny. Jogurt mieszał się z cukrem, jakby trochę pudrowym...

Aż nagle w tej pudrowości, bardziej sztucznej, poczułam kwasek czerwonoowocowych landrynek. Smak kwaśno-truskawkowych cukierków nakręcał się przy kawałkach dodatków i tonął w kwaśności (już nie tylko jogurtowej).

Rozpuszczające się kawałki dodatku prezentowały smak głównie kwaśny i trochę cukierkowy, truskawkowy, ale w sposób mało jednoznaczny. Powiedziałabym, że to takie dżemowo-cukierkowe truskawki w ogromie słodyczy i z zaleciałością chemii.

W posmaku pozostała kwaśność jogurtowa, trochę owocowa i poczucie przesłodzenia bez smaku cukru w ustach. Mleczna czekolada bez impetu, a truskawki tylko jako element echa sztuczności.
Do tego miałam nieprzyjemnie wrażenie umazania ust olejem, mimo że całość nie była bardzo tłusta.

Czekolada nie odpowiadała mi, acz nie miała elementów, które uczyniłyby ją wyjątkowo okropną wśród jej podobnych. Mimo że zdecydowanie przesłodzona, to wyraźnie jogurtowa. Jogurt wprawdzie potrzebował chwili, ale jak już się wyłonił, był. Tylko bez tych wszystkich sztucznych nut by się obyło. O truskawki z kolei naprawdę tu ciężko. Dziwne kawałki nie smakowały zbytnio nimi.
Nawaliły po całości, bo także ich struktura to jakaś pomyłka. Konsystencja całości mi się nie podobała. Strasznie miękko-mazista, lepiąca w rzadko-oleisty sposób, a z ogromem proszku.

Poniżej przeciętnej, to pewne. Przynajmniej nie była aż tak napastliwie chemiczna jak Wedel. Kiedyś Scholetty (a'la Spekulatius i Orangen Creme) to była prawdziwa taniocha o nienagannym smaku. Cena wzrosła, jakość spadła... Smutne. Rozumiem, że wszystko drożeje, ale niech sobie drożeje, zachowując jakość. Tu, w przeciwieństwie do Terravity, jogurt czuć. Zawiodła jednak reszta. Tej nie dałam rady zbyt wiele zjeść, oddałam więc Mamie, która tak je skomentowała: "Razem trzeba jeść" - no jasne. Ta Scholetta najpierw i jej nie smakowała, bo Mama specjalnie nie przepada za jogurtowymi słodyczami, a tu liczyła na truskawki... no właśnie... których prawie nie czuć. Przy drugim podejściu wczuła się i uznała, że całość jest w porządku, gdy "człowiek nie zagłębia się, co to ma być". Podtrzymała jednak, że truskawek mogłoby być więcej, bo pestki (kawałko-kryształki?) to nie wszystko.


ocena: 4/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 550 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz palmowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczony jogurt w proszku 7,4%, miazga kakaowa, dekstroza, laktoza, przecier truskawkowy 0,7%, tłuszcz mleczny lecytyny (sojowa, słonecznikowa), skrobia kukurydziana, śmietanka w proszku, pasta z orzechów laskowych, naturalny aromat, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, ekstrakt wanilii, sól

środa, 18 grudnia 2019

Scholetta Iced Coffee mleczna z mlecznym kremem kawowym z kawałkami kawy rozpuszczalnej

Mama kupując słodycze nie wczytuje się aż tak jak ja w to, co bierze. Gdy kupowałyśmy wiosenną serię czekolad marki Scholetta, wzięłyśmy wszystkie, bo Mama zadeklarowała, że jakby co, to zgarnia ona (cała linia, oprócz Orange Liqueur Truffle, jest mleczna). Stąd i trochę zaskoczeń przy bliższym poznaniu tabliczek. O tej na ten przykład myślała, że to "z likierem kawowym". Nie każdy bowiem wie, czym jest iced coffee. Ja z kolei nie rozumiem, jak coś może być o smaku kawy mrożonej... Dlaczego nie po prostu kawy? Z takich to przypomniały mi się na tę chwilę tylko Lindt Eiscafe, który niezbyt mi przypasował i Fazer Travel New York Iced Coffee & Mudcake, która była niby jak trzeba, a coś nie grało. Parę dni przed dzisiaj opisywaną krzywiłam się na batona Agent Cooper od Zmiany Zmiany, dochodząc do wniosku, że jednak mi nie po drodze ze słodyczami kawowymi. Chciałam mieć tę czekoladę jak najszybciej z głowy. W sumie był dzień, w którym byłam bliska oddania jej Mamie nawet nie otwierając, ale potem przypomniałam sobie np. Moser Roth Chocolat Delice Edel Nugat czy Milkę Oreo Choco, które wydawać by się mogło, są nie w moim stylu, a jednak zachwyciły mnie.

Scholetta Iced Coffee in finest milk chocolate with a delicious iced coffee filling to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao "z nadzieniem kawowym", a dokładniej z mlecznym nadzieniem kawowym z granulkami kawy rozpuszczalnej, stylizowana na mrożoną kawę; edycja na wiosnę 2019.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, poczułam się skołowana. Otóż na myśl przyszedł mi ser topiony, dopiero potem odnotowałam mleczną-śmietankową słodycz. Zapach, który unosił się nad czekoladą, był odrzucający i mało czekoladowy. Przy podziale itp. kostek ten ser w ogóle wydał mi się jakiś skarpetowy.

Przy łamaniu tabliczka była dość twarda, nawet lekko pykała, choć wyglądała na kruchą.
Pod grubą warstwą czekolady znajdowało się miękkie nadzienie ze sporą ilością średniej wielkości brązowych kawałków.
Czekolada w ustach rozpływała się powoli i przyjemnie, stając się kremowo-gęstą masą. Zalepiała usta, a jej tłustość równoważył lekko proszkowy efekt.
Nadzienie wyciskało się spod niej chętnie, gdyż było znacznie tłustsze i miękkie w margarynowo-mleczny, wręcz oleisty sposób. Wilgotne i mazisto-plastyczne, ale wciąż kremowo-zwarte, nie lepiło się w denerwujący sposób. Oblepiało jedynie dodatek, który chyba był kawą rozpuszczalną granulowaną. Rozpuszczała się w średnim tempie, raczej łatwo. Trochę skrzypiała. Takie coś świetnie się sprawdziło, rozbijając poczucie tłustości.
Całość miękła i zalepiała, była spójna i przemyślana, acz jak dla mnie za miękko-tłusta.

W smaku czekolada przywitała mnie sztucznym, bliżej nieokreślonym motywem, głęboko mlecznym smakiem i silną słodyczą. Pierwszy szybko się nasilił, spychając mleko i cukier na dalszy plan. Otóż poczułam motyw sera topionego, pewnie płynący z nadzienia, którym (jak się okazało) czekolada przesiąkła znacząco. (Gdy z czystej ciekawości skroiłam odrobinkę, która nie dotykała nadzienia, w smaku przypominała mlecznego Lindta.)

Nadzienie wchodziło właśnie podkręcając smak sztucznego sera topionego, który wcale ze słodyczami się nie kojarzył, a potem łaskawie dodało słodko-mleczny motyw. Słodycz rosła bez ograniczeń. Pojawił się dziwny wątek mydła, mieszającego się z mleczną serowością. W tej fuzji doszukałam się margaryny i posmaku sztucznej kawy. Wciąż dominującym smakiem był jednak ser... Ser okropny i skarpetowy, sztuczny.

Kawa nasilała się przy dodatkach, które przebijały wszystko gorzkością. Właściwie odzywały się dopiero pod koniec przyjemnym smakiem... po prostu kawy rozpuszczalnej (jej granulek). Gorzkie to i kawowe... Po tym wszystkim zbawienne.

W posmaku na szczęście to głównie gorzka kawa, prawie zerująca wszystko pozostała, ale też jakby poczucie, że skarpetowo-topiony sztuczny ser wgryzł się w język. Oprócz tego czułam lekkie przesłodzenie, ale przy reszcie wad to był mój najmniejszy problem. Poczucie zatłuszczenia, takiego mokro-mazistego, nasilał smak sera topionego. Tłusta warstwa na ustach i dłoniach stanowiła tego zwieńczenie.

Ta czekolada to po prostu paskudztwo. Powąchałam, ugryzłam i miałam odruchy wymiotne, poczułam chęć pozbycia się tego nie tylko z ust, ale też z pamięci. Owszem, mogę na siłę doszukiwać się, że dobry pomysł z granulkami rozpuszczalnej kawy, że sama czekolada w sumie dobra jakościowo, ale w momencie, gdy to tak wali i smakuje, że nie da się jeść, a chce się uciec jak najdalej....
Po kęsie oddałam Mamie... po prostu nie mogłam. Najpierw, wąchając stwierdziła, że "dziwne, ale wiesz... ja mam nos zapchany", a gdy zjadła trochę, była przerażona: "Jakbym jadła mydło, okropne pierwsze wrażenie. Potem już trochę lepiej, ale... jak mydło".


ocena: 2/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, śmietanka w proszku, kawa 0,7%, lecytyna sojowa, laktoza, tłuszcz mleczny, naturalny aromat, pasta z orzechów laskowych, ekstrakt z wanilii

środa, 11 grudnia 2019

Scholetta Orange Liqueur Truffle ciemna 50 % z pomarańczowym nadzieniem truflowym z likierem pomarańczowym

Jakież było moje zdziwienie, gdy już przy otwieraniu zorientowałam się, że... mam deja vu. Otóż zdarzyło się to samo co z Scholettą Winter Schokolade Orangen Creme: kupując byłam pewna, że czekolada jest mleczna - naprawdę, czy producenci uznali, że to ciemna ma monopol na pomarańczę?
Historia tej tabliczki jest dość dziwna. Z jednej strony przełożyła się na to, że wyszła mi jakby kolejna seria czekolad pomarańczowych, z drugiej zaś nawet nie wiem, czy bym kupiła. Na pewno sama z siebie bym jej tak szybko nie otworzyła. Kupując wydała mi się ciekawa, "pomarańczowa mleczna i to z nadzieniem, a nie kawałkami" i wzięłam ją głównie pod Mamę - uwielbia słodycze z alkoholem i mleczną czekoladę; zawsze narzeka, że rzadko to łączą. Miałam więc sobie trochę zgarnąć, a resztę jej oddać.  I oto znalazłam się w głupiej sytuacji, bo Mama nie lubi ciemnych... Ech. A ja wiedziałam, że takie nadziewane czekolady już nie są w moim stylu. Postanowiłam zgarnąć tylko trochę, bo latami się za takimi uganiałam, a jak mi przeszły, to nagle zaczęły się pojawiać. Pozostało pytanie: do kogo trafi większość czekolady?

Scholetta Orange Liqueur Truffle in finest plain chocolate with a delicious ganache filling to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana (39%) mleczną truflą z pomarańczowym likierem; edycja na wiosnę 2019.

Po otwarciu poczułam słodziutką pomarańczę, powiedziałabym że wręcz mandarynkę, co było likierowo-cukierkowe w dość sztuczny i jakby niemający prawa istnieć sposób. Kojarzył się bowiem z gumą rozpuszczalną (typu Mamba?), jak również czuć było alkohol. Ciemnawa czekolada zaznaczyła się w tle, przywodząc na myśl czekoladowe pierniki w czekoladzie.

Tabliczka przy łamaniu była twarda za sprawą grubej i nieco skorupkowej czekolady. Skrywała miękko-plastyczne, na oko raczej zwarte nadzienie.
Dopiero w trakcie jedzenia odkryłam, iż między pomarańczowym kremem, a czekoladą, była jeszcze cieniutka warstewka mokro-mazistego kremu w kolorze brązowym. Niemal niezauważalna i niewyczuwalna (bo strukturą mieszała się z głównym nadzieniem).

W ustach czekolada rozpływała się trochę pyliście, opornie, a jednocześnie maziście. Początkowo twarda, pękała i ulepkowato zalegała, ale z czasem miękła na tłustą, coraz gładszą grudkę. Potrzebowała czasu, pozostawała jeszcze na koniec, gdy środek już zniknął.
Nadzienie, plastyczne i miękkie już od początku, wydało mi się zdecydowanie za maziste. (To niby ma być "ganasz", awięc właśnie taki bardziej wilgotnie-miękki krem, ale nie jestem przekonana...) Wręcz mleczno-wodniste i gładko-śliskawe. Wyciskało się spod czekolady dość szybko, częściowo znikało, częściowo zlepiało jej fragmenty. Nadzienie-łącznik wydało mi się minimalnie bardziej ślisko-mokre.
Blisko temu było do zlepka-ulepka, acz pomogło, że w sumie całość miękła, stając się zalepiającą i wilgotną masą. Było w tym jednak coś niespójnego i nieprzyjemnego. Za duży kontrast między jednak w pewien sposób twardawym wierzchem, a miękkim, wręcz rzadkawym, środkiem.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrem, do którego po chwili dorzuciła wręcz przypalony motyw. Nie był zbyt gorzki, trochę tylko cierpkawy i polewowy (wcale nie w złym tego słowa znaczeniu). Szybko skojarzył się z czekoladowymi, raczej tanimi piernikami w polewie czekoladowej. Leciutka nutka pomarańczy dała o sobie znać dopiero po dłuższej chwili, wpisując się w piernikowy klimat.

Nadzienie podbijało oczywiście także słodycz. Właściwie dzięki niej wchodziło do gry. Niemal pudrowe, wydało mi się słodkie w sposób sztuczny. Zadrapało w gardle, przez co wkradł się likier. Był zaskakująco wyraźnie wyczuwalny jako alkohol, który nie miał w sobie nic z ordynarności.
Mimo to, ogrom pudrowości wprowadził też smak mleka. Rozbiło poważniejszy klimat, rozrzedziło poszczególne smaki, jednak na czekoladę nie wpłynęło (nie "umleczniło" jej).
Nuta pomarańczy najpierw mignęła właśnie cukrowym likierem, potem zaś soczyście-słodziuteńkim owocem, pomarańczą / mandarynką, by za chwilę zrobić się cukierkową. Znów pomyślałam o Mambie i jakiś pudrowych cukierkach. Słodycz bezkarnie rosła do tego stopnia, że w pewnym momencie to cukier dominował. Bliżej końca do głowy przyszły mi też cukierki typu trufle (ale bardzo odlegle i tylko sekundowo). Lekka goryczka pomarańczy, przy asyście ciemnej (ciemnawej?) czekolady, odchyliła się w stronę wręcz pomarańczowo grzańcowatym. Niestety jednak, i grzaniec był to przesłodzony.

Tonął w słodyczy i lekko mlecznej nijakości. Jako że nadzienie znikało szybciej od czekolady, a ta zostawała, pod koniec posmak polewowo-pierniczkowej czekolady przysłaniał resztę... Był to jednak moment, w którym alkohol odebrał jej impet - wydawała się mdła.

Po wszystkim pozostało przecukrzenie - takie dziwne, sztucznawe oraz posmak alkoholu. Całkiem przyjemny motyw pomarańczy był za słaby. Czułam też palony akcent delikatnej, niewyrazistej czekolady.

Po raptem dwóch kostkach reszta trafiła do Mamy. I to wcale nie dlatego, by była jakaś wyjątkowo tragiczna. Po prostu... cukrowo-mazista, wydawała mi się raz, że tłustsza niż istotnie była, to jeszcze za mało czekoladowa. Odrzucało mnie skojarzenie z alkoholową Mambą, mimo że to i tak był bardzo delikatny smak, jak cała pomarańczowość. To bardziej... likierowe nadzienie. Likierowe i ogółem dziwnie słodkie. Chodzi mi o to, że właśnie słodycz wydawała się sztuczna, nie sama pomarańcza. Bardzo przeciętna czekolada nie pomogła. A ogrom cukru? Dla mnie nie do zniesienia, bo taki szybko drapiący w gardle (pewnie przez rzadkawość nadzienia i jeszcze wymieszanie z alkoholem).
Kiedyś, gdy bardziej lubiłam takie nadziewańce, pewnie byłabym w miarę zadowolona, teraz postrzegam ją jako tabliczkę bez sensu. Jak ktoś takie właśnie miękkie, alkoholowe nadzienia, bardziej ją doceni. Mama bowiem wszystkie środki wyjadła (nie cierpi ciemnej czekolady). Wprawdzie do końca nie mogła się zdecydować, czy jej smakuje, czy nie, ale wiadomo, że jedzenie samego nadzienia to też co innego.
Właściwie trudno powiedzieć, dla kogo to czekolada. Taka słodycz (gumy rozpuszczalnej / cukierków pudrowych), miękkość, a jednak alkohol i ciemny wierzch... Myślę, że z mleczną byłoby harmonijniej. Ewentualnie nadzienie mogłoby być gęstsze, konkretniejsze (tak jak w cukierkach typu trufle?).


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, tłuszcz mleczny, syrop cukru inwertowanego, syrop glukozowy, likier pomarańczowy 2,7%, substancje utrzymujące wilgoć (sorbitole, inwertaza), mleko odtłuszczone w proszku, mleko pełne w proszku, śmietanka w proszku, serwatka w proszku, alkohol, laktoza, lecytyna sojowa, naturalny aromat pomarańczowy, ekstrakt wanilii

sobota, 5 października 2019

Scholetta Caramel Liqueur Truffle mleczna z karmelowym kremem z likierem

Po pierwszym dobrym wrażeniu, jakie zrobiła na mnie marka Scholetta, przyszły kruche czasy gorszych smaków. Niestety, cała seria nowych była już kupiona. Szaleństwo? Nie. Dobrze wiedziałam, że to raczej propozycje nie dla mnie, ale z Mamą wzięłyśmy je głównie pod nią; ze świadomością, że pewnie tylko po pasku pod recenzje zgarnę. Tym razem więc to Mama decydowała, którą kiedy otwierać (no dobra, z moimi małymi sugestiami). Jako wielbicielka karmelu i alkoholowych słodyczy... wiadomo, co wybrała.

Scholetta Caramel Liqueur Truffle in finest milk chocolate with a delicious ganache filling to mleczna czekolada nadziewana (39%) karmelową truflą z karmelowym likierem; edycja na wiosnę 2019.

Po otwarciu poczułam nienapastliwy, a przyjemnie wyrazisty, niemalże słodziutki zapach obrazujący mocno mleczno-śmietankowe toffi. Na drodze do w pełni dziecięcego wydźwięku stała tylko poważniejsza nuta słodkiego likieru. Skojarzyło mi się to z wyidealizowanym, delikatnie alkoholowym Pawełkiem toffi.

W dotyku czekolada sprawiała wrażenie kremowo-proszkowej, acz przy łamaniu pykała. Kiedy zajęłam się poszczególnymi kostkami, odkryłam, iż wierzch cechowała skorupkowata twardość, nadzienie zaś mazista plastyczność. Trochę się lepiło i rwało, ale w gęsto-śmietankowy, przystępny sposób.
W ustach czekolada rozpływała się błogo, gęsto-kremowo w tłusty, śmietankowo-maślany sposób, nie szczędząc jednak proszkowości.
Rzadsze od niej nadzienie po chwili się wyciskało i rozpuszczało nieco od niej szybciej, wpisując się w zalepiającą konwencję. Wydawało się, że pójdzie w śliskość, a tym czasem podtrzymało lekką proszkowość, podłączając się do niej lekkim scukrzonym efektem. Odebrałam je jako odpowiednio (a więc nie za mocno) tłuste w sposób jedynie śmietankowy. Zaskoczyło mnie swoją przyjemną gęstością.
Całość wyszła bardzo spójnie, choć w pierwszej chwili nic tego nie zapowiadało.

W smaku czekolada okazała się niemal tornadem mleka, zacukrzonym co niemiara, z tak znaczącą maślaną nutą, że sama w sobie wydała mi się trochę zalatywać toffi (a nie jak by przesiąkła). Wyrazista, niemal dziecięca i bardzo w tym udana, choć za cukrowa.

Nadzienie również wyszło bardzo słodko, ale... ono kontynuowało raczej śmietankowość. Niezwykle ją podkreśliło, co wyszło niczym nadzwyczajnie śmietankowy karmel, tak łagodny że w sumie bardziej jak śmietankowe toffi. W tym wszystkim, słodycz dość szybko przełamała leciutko podszczypująca w język nuta alkoholu. Ewidentnie słodki, nie za mocny likier dodał powagi i trochę rozgrzał gardło. Alkohol czułam wyraźnie, ale jako jeden z elementów (co było plusem).

Zamknęło się to w śmietankowo-cukrowej, "toffiowato"-likierowej toni. Czekolada odeszła na tył, ulegając "toffiowatości" i śmietance z cukrem.

Całość wyszła świetnie, choć skupiła się na śmietankowym toffi i likierze. Idealne proporcje, brak napastliwości i ordynarności, a w ich miejscu wyrazisty smak. Za silna słodycz zaserwowana umiejętnie - tak, że wyszła jakoby pożądanie (choć mimo wszystko uważam, że powinna być odrobinę niższa). Mnie brakowało chociaż namiastki kakao, ogólnie czekoladowości i... to twór zupełnie nie w moim stylu, jednak robiący wrażenie, że można tak tanio i tak, że w sumie nie mam do czego się przyczepić.
Fakt, po kostce oddałam Mamie, bo... co innego docenić, a co innego jeść to, co się lubi. Czekolada wyszła tak dobrze, że miałam wyrzuty, iż nie kupiłam jej dwóch. Po prostu tak bardzo w jej stylu, że wiecie... Jak przewidziałam, uznała, że ona to i 9 by dała. Jedynymi maminymi zarzutami było to, że do takiej słodyczy, to "alkoholu za mało", stwierdziła, że przydałaby się tam chociaż jeszcze odrobina spirytusu, a nadzienia karmelowe woli lejące (np. Milka Caramel). Piszę jednak to wszystko, bo też chyba warto też wziąć pod uwagę konsumenta, do jakiego ten produkt ewidentnie jest skierowany (tylko i wyłącznie subiektywnie wystawiłabym jednak niższą ocenę).


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,99 zł
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, mleko zagęszczone odtłuszczone, tłuszcz mleczny, syrop cukru inwertowanego, likier karmelowy 1,3%, syrop glukozowy, substancje utrzymujące wilgoć: sorbitole, inwertaza, mleko odtłuszczone w proszku, śmietanka w proszku, laktoza, serwatka w proszku, syrop karmelowy, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, aromat naturalny, ekstrakt wanilii

środa, 2 października 2019

Scholetta Winter Schokolade a'la Zimtsterne mleczna z mlecznym nadzieniem cynamonowym z maślanymi ciasteczkami cynamonowymi

Kiedy to w marcu pojawiła się nowa, jeszcze większa od poprzedniej, limitowana seria czekolad tej marki, miałam trochę mieszane uczucia. Trzy zjedzone były różne, że zastanawiałam się, czy jest sens inwestowania w aż tyle smaków, które... jakbym pomyślała, mogą naprawdę różnie wyjść. Albo pysznie jak Schokolade a'la Spekulatius czy Orangen Creme albo nie w moim stylu jak a'la Vanillekipferl. I tak jednak je kupiłam. Mama zje. Chciałam się za nie zabrać jak najszybciej, by nie musiała jakby co za długo czekać, a i nie chciałam potem publikować ich zimą, bo smaki niezimowe. Mam jednak taką zasadę, że za nową serię po prostu nie mogłam się wziąć, zanim nie wykończyłam starej. A na koniec tej zostawiłam tabliczkę, którą obstawiałam jako najsmaczniejszą. Dopiero po sztucznej waniliowej Scholetcie i colowo-korzennym Wedlu o smaku Piernikowym zorientowałam się, że może nie być tak pięknie.

Scholetta Winter Schokolade a'la Zimtsterne mit Keksstuckchen to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao nadziewana mlecznym kremem cynamonowym (32%) z kawałkami maślanych ciastek cynamonowych (3,7%); lub jak sobie życzy producent: "kremem o smaku ciasteczek cynamonowych z kawałkami maślanych herbatników".

Po otwarciu poczułam zapach cynamonu wymieszany z nieprzyjemnym motywem colowo-skarpetowego, sztucznego cynamonu i całkiem smakowicie mleczną, acz przesłodzoną czekoladą.

W dotyku tabliczka nie wydała mi się bardzo tłusta, ale trochę plastikowa. Łamała się normalnie, zachowując twardość. Przy podziale okazało się, że i nadzienie musi być gęste i zbite, bo nic się nie uginało.
W ustach czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w gęsto-tłusty sposób. Zalepiała usta zupełnie, stając się błogim kremem z lekko proszkowym efektem.
Proszkowością i kremowością mieszała się z nadzieniem. Ono również zalepiało, było tłuste, acz w bardziej rzadko-mazisty sposób. W dużej mierze odebrałam to jako tłuste mleko, z miękkim motywem margaryny, ale tragedii nie było.
Gorzej, jeśli chodzi o dodatek ciastek. Te okazały się twarde i chrupiące... stanowczo zbyt twarde, bo jakby niezbyt świeże i dziwnie sucho-pyliście mączne - nie pasowały do kremowości. Całkiem spore kawałki i drobinki... o ile drobinki jeszcze jakoś tam wyszły (udawały przyprawy?), tak te duże mi przeszkadzały.

W smaku sama czekolada uderzyła ogromem wyrazistego mleka i przesadzoną słodyczą, w którą wpisała się lekka nuta cynamonu. Pobrzmiewała w tym sztucznawość, nie jakaś napastliwa jednak.

Nadzienie mocno podbiło mleczność i słodycz. Niczym... mleko zacukrzone do gęstości i rozgrzewające pikantną nutką cynamonu. Ogrom mleka i śmietanki uległ cukrowości i tańczył, jak ta mu zagrała. Cukrowa słodycz drapała w gardle, ale... cynamon śmiesznie się w to wkradł tak, że nie było aż takie strasznie. Całkiem wyraźny smak cynamonu tłumił sztucznawość i margarynę - ich groźba zawisła, ale smak nie nadszedł.

Przy ciastkach słodycz wzrastała, sztuczność wybijała się. Cynamon odbił właśnie w jej kierunku. W język zapiekła pikanteria cynamonu za każdym razem, gdy brałam się za rozgryzanie ciastek. Słodycz została przełamana ostrością i... smakiem cukrowego kartonu. Lekko przypieczono-korzenny karton był w pewien sposób nijaki, minimalnie sztucznawy i nieprzyjemny, ale potem jakoś tonął w cukrze. Niepewnie zahaczał też o maślaną nutkę.

Pod koniec to cukrowość, urocza mlecznoczekoladowa korzenność i cynamonowa nuta znów przejęły ster.

W posmaku pozostała pikanteria cynamonu oraz lekkie poczucie colowo-sztucznego cynamonu i margaryny. Czułam się zacukrzona i zatłuszczona. Posmak okropnych ciastek też powrócił i psuł wszystko.

Do tej tabliczki odnoszę się z dystansem. Cukrowa, ale w sumie przyjemnie mleczno-cynamonowa, raczej niezła jak na swoją półkę, ale nie na tyle dobra, by jej jedzenie mnie cieszyło. Tłusto-kremowa, ale w tej kwestii znośna... niestety z okropnie twardo-nijakimi ciastkami niskich lotów. One w ogóle przeszkadzały. Wprawdzie bez elementu przełamującego słodycz i tłustość też nie byłoby tak pięknie... ale te ciastka mi po prostu nie smakowały. Mimo to, trochę można zjeść, ale na dłuższą metę cukrowość męczyła. W kwestii sztuczności, najgorszy był zapach. W smaku aż takie straszne to nie było (w składzie niby jest i cynamon, i aromaty naturalne, ale mi i tak jakieś to chemiczne się wydawało). Nie była też taka mocno-mocno cynamonowa, a szkoda. To taki... trochę lepszy jakościowo E. Wedel Korzenny Cookie. Generalnie nudna w swojej słodyczy, że po trzech kostkach podziękowałam. Na Mamie również większego wrażenia nie zrobiła, jej jednak bezsprzecznie smakowała (mimo że nic ciekawego nie dostrzegła).
Hm, jeśli o starcie zapach vs. smak idzie, to sytuacja była zupełnie odwrotna jak w przypadku a'la Vanillekipferl.


ocena: 6,5/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,79 zł
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, mąka pszenna, śmietanka w proszku, masło 0,6%, laktoza, lecytyna sojowa, aromaty naturalne, cynamon 0,1%, miazga z orzechów laskowych, skrobia pszenna, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, ekstrakt z wanilii, sól, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu

czwartek, 15 sierpnia 2019

Scholetta Winter Schokolade a'la Vanillekipferl mleczna z nadzieniem waniliowo-mlecznym z ciasteczkami maślanymi

Strasznie podoba mi się moje wyobrażenie o ślicznych ciasteczko-rogalikach waniliowo-migdałowych vanillekipferl, ale przy rozczarowującej Chateau Winter Kipferl uznałam, że nie dość, że nie da się chyba wtłoczyć tego do czekolady, to jeszcze w rzeczywistości pewnie nawet takich tradycyjnych ciastek bym nie polubiła. A to, że mi motyw księżyca itd. się podoba, to... no cóż. Po dwóch smacznych Scholettach (a'la Spekulatius i Orangen Creme) uznałam, że jednak może i dla tego smaku jest nadzieja.

Scholetta Winter Schokolade a'la Vanillekipferl to "mleczna czekolada zawierająca 30 % kakao nadziewana kremem mlecznym (32%) o smaku ciasteczek waniliowych z kawałkami herbatników maślanych (3,7%)"; powiedziałabym, że po prostu z waniliowym kremem mlecznym... Stylizowana na waniliowe ciastka Vanillekipferl.

Już przy otwieraniu poraził mnie intensywny i jednoznaczny zapach waniliowego, a właściwie wanilinowatego, serka homogenizowanego. Taki śmietankowo-mleczny aromat o homogenizowanym, może też budyniowym wydźwięku z niemal cukrową słodyczą miał swój urok, muszę przyznać, mimo że zupełnie nie w moim guście.

Lśniąca tabliczka wydała mi się konkretna, co potwierdziły trzaski przy łamaniu.
Gdy jednak do zdjęć spróbowałam nadgryźć czy przekroić kostkę, zdziwiłam się. Pod twardą czekoladą kryło się bardzo miękko-maziste nadzienie.
O ile czekolada rozpływała się w tłusty, ale cudnie gęsto-śmietankowo-maślany, kremowy, odrobinę tylko proszkowy sposób, tak środek... Był tłusty w negatywnym sensie. Miękki i przypominający ciepłą plastelinę, upuszczał trochę oleistej rzadkości i proszkowego efektu, pojawiającego się bliżej końca.
Całość szybko miękła, powoli, acz chętnie zalepiając usta i odsłaniając kawałki ciastek.
Dodatków było sporo. Wydały mi się stwardniałe. Chrupały jak to konkretne, naturalnie suche, ale jakby zawilgocone-utwardzone, tłusto-pszeniczne ciastka.

Czekolada roztaczała błogi, głęboko mleczny smak. Pełne mleko, niemal śmietanka, mieszkało się z czekoladową maślanością, łagodnością i silną słodyczą wanilii. Niestety, szybko zahaczyła o sztuczny aromat waniliowy (przesiąkła nadzieniem?), co skutecznie zepsuło cały efekt. Wszystko to nakręcało się wzajemnie, a nutka kakao jakby wystraszyła się.

Mleko i śmietanka nasilały się wraz z odsłanianiem się nadzienia. Sprawiło niestety, że i słodycz wzrosła do przesady, w dużej mierze za sprawą cukru i poczucia tandety. Wanilia zaczęła robić się coraz bardziej "o smaku", waniliowata, jakaś sztuczno wanilinowa (mimo że skład na to nie wskazuje). Poczułam smak z zapachu, a więc serek homogenizowany lub waniliowy budyń z torebki. Chemiczny aromat waniliowy w pełnej okazałości w pewnym momencie stał się smakiem głównym. Pobrzmiewała w tym wszystkim sztuczność i olej palmowy (wydaje mi się, że to on nadał wanilii tak sztucznego wydźwięku). Smak taniochy jak się wkradł, tak pozostał do końca. Przecukrzony, waniliowy serek homo / budyń zasładzał, drapiąc w gardle już po kostce.

Ciastka prawie nic nie wyniosły. Blade, niewyraziste, lekko tylko tłusto-pszeniczne. Nawet nie rozbiły słodyczy ani nic. Ot, dodatek nijaki do bólu.

Pod koniec waniliowa słodycz o przesadzonym wydźwięku wymieszała się z mdławą i zarazem słodką śmietanką, jak również ze słodką czekoladą, co wyszło zabójczo cukrowo.

To właśnie poczucie zbyt silnej, sztucznej słodyczy waniliowego budyniu czy serka homogenizowanego zostało w posmaku wraz z mleczną czekoladą i nijaką ciastkowością, a także oleistością na ustach i palcach. Miałam też wrażenie, że aromatu wanilii to się tak szybko (z ust, rąk i nawet chusteczki do nosa!), nie pozbędę.

Całość wyszła może i ciekawie, ale tanio-ciekawie. Jednoznaczny smak waniliowego budyniu / serka i mocno mleczna, nie mocno cukrowa czekolada byłyby cudowne, gdyby nie nawaliła jakość przejawiająca się we wszelkich nieprzyjemnych posmakach i za silnej tłustości. Wadą okazały się też kiepskie ciastka. Rozumiem jednak, że to smak "a'la ciasteczka waniliowe", więc jakieś musieli dać (szkoda, że nie lepsze).
Wanilia z aromatu bardzo mnie razi, zwłaszcza w tym połączeniu (nie wiem, coś tu musiało być, co się bardzo gryzło), acz uwierzę, że czekolada znajdzie wielbicieli. Ja, z racji przesłodzenia i tego, że to kompletnie nie moja bajka, odpadłam po niecałych dwóch kostkach, resztę oddając Mamie. Nadzienie jej smakowało. Przyznała, że zajeżdżało "waniliowatością", jednak przypomniała mi, że przecież ona lubi wszelkie serki waniliowe, np. Danio, dodając: "wiesz, ja do tego jestem przyzwyczajona". Podobały jej się też "te takie fajne chrupiące w środku" (mimo że jak usłyszała, że to ciastka, to się zdziwiła").

Bardziej niż Chateau Winter Kipferl przypominała Milka a'la Vanille Pudding. Była chyba jednak jeszcze bardziej cukrowa, bo aż się nie dało jeść, ale za to zdecydowanie wyraźniej waniliowo serkowo-budyniowa. Jakość bardziej podoba mi się Scholetty (mimo że też nie najwyższa), ale cukier... tu jednak no nie wiem, też mam problem z porównaniem przez ogromną różnicę w czasie.


ocena: 6/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,79 zł
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, tłuszcz palmowy, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, mąka pszenna, śmietanka w proszku, masło 0,6%, laktoza, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy 0,2%, miazga z orzechów laskowych, skrobia pszenna, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, ekstrakt wanilii 0,1%, sól, substancje spulchniające (węglany amonu, węglany sodu)

środa, 12 czerwca 2019

Scholetta Winter Schokolade Orangen Creme ciemna 50 % z mleczno-śmietankowym nadzieniem pomarańczowym z migdałami

Ostatnio marki Aldiego (własne lub też po prostu w nim występujące) nieźle mnie zirytowały. Znośna Freihofer Gourmet Kakao mogła wyjść lepiej, Chateau Winter Kipferl była słodko-nudna i przeciętna, niesmaczna Ambiente Truffle Chocolate Con Leche Speculoos to coś negatywnie dziwnego, a Chateau Ce'Real z mlecznym nadzieniem z ekspandowanym zbożem to w ogóle totalna porażka jadąca czekoladopodobną taniochą. Zaufanie do Aldi i wręcz uwielbianie Chateau (Weisse Kokos, śmietankowa Herbe Sahne, Salzbrezel, Honig Salz Mandel) zostały wystawione na próbę. Do wszystkich tych marek chwilowo się zraziłam i tego dnia nie miałam ochoty na żadną z nich. Musiały swoje poczekać. A tak się złożyło, że marka Scholetta, której tabliczki kupowałam z myślą, że pewnie to jakaś taniocha, którą i tak oddam Mamie, akurat mnie zszokowała. Scholetta Winter Schokolade a'la Spekulatius była bardzo dobra. A że mnie wzięło na pomarańczowe czekolady, ta jawiła się jako indywidualistka wyróżniająca się na tle ciemnych ze skórką i migdałami (choć nie ukrywam, że teoretycznie to tamte powinny mieć u mnie większe wzięcie, praktycznie - strasznie często coś jest nie tak). Otworzyłam i... zaskoczenie. Szybko zerknęłam na opis tabliczki... ta jako jedyna z serii jest ciemna. Wcześniej do głowy mi to nie przyszło!

Scholetta Winter Schokolade Orangen Creme to "ciemna czekolada zawierająca 50 % kakao nadziewana kremem mleczno-śmietankowym (36%) o smaku pomarańczowym z kawałkami krokantu migdałowego (3%)".

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam intensywną woń soczystej, autentycznej pomarańczy, w której przeplatały się słodycz, goryczka i kwasek. Delikatna, acz dość mocno palona i niemal kawowa czekolada stanowiła jedynie tło. Później dołączyła do tego jeszcze niby migdałowa nuta. Wszystko to trochę kojarzyło mi się z ciastem.

Przy łamaniu tabliczka pykała, wydawała się dość twarda i konkretna. Nadzienie wyglądało na zwarte, ale maziście-mokre z małymi kawałkami dodatków, których było w sam raz.
W ustach czekolada rozpływała się leniwie i gładko kremowo, mięknąc w gęsto-lepiący sposób. Pod koniec pozostawiała leciutko pylisty efekt.
Z wolna odsłaniała nadzienie, które mięknąć nie musiało. Ono było miękkie w tłusto-margarynowo-mleczny sposób, a przy tym rześko soczyste. Wydało mi się niezwykle mokro-wilgotne. Osadziła się w nim silna, niezbyt przyjemna proszkowość. Całość wyszła miękko i trochę ulepkowo, ale też gęsto-kremowo.
Dodatki były bardzo chrupiące, ale do złudzenia przypominały po prostu... cukier i ciasteczka. Wielkie kryształki albo coś w cukrze. Pomyślałabym, że to cukier (częściowo się rozpływały), ale po wyodrębnieniu i przyjrzeniu się, odkryłam, że były w tym i skórki (te kawałki miały kolor pomarańczowy). Trafiały się niemożliwie "obcukrzone i docukrzone" pomarańcze: mikroskopijne skórki swoją drogą, ale też jakby "zupełnie scukrzony sok". Zatopiono tam także coś jak ciastka rozpływające się w ustach po lekkim nadgryzieniu. To były migdały, też w cukrze (?). Ze zdziwieniem odkryłam, że całkiem sporo tego wszystkiego tam było. Wszystko niestety strasznie posiekane.

W smaku czekolada okazała się przyjemnie gorzkawo-palona, bardzo słodka, ale nie przesłodzona. Skojarzyła mi się z łagodną kawą z pianką, którą po paru chwilach zaczęła otaczać maślaność. Słodycz rosła, ale była przystępna, bo mieszała się z nią. Dopilnowała tego leciutka cierpkość kakao, pobrzmiewająca w tle.

Maślaność i cierpkość nasiliły się, gdy spod czekolady zaczęło wyłaniać się nadzienie. Oto smak maślany zaczął się rządzić, a kakaową cierpkawość do zabawy wciągnął smak naturalnego soku pomarańczowego. Słodziutka pomarańcza była wyraźnie wyczuwalna, ale daleko jej do napastliwości. Nadzienie miało jej smak, choć jego baza była mleczno-maślana. Te jednak wcale nie "umleczniły" czekolady - jej cierpkość i lekka wytrawność cały czas czuwały. Wyłapałam w tym też nutę "niby migdałową", ale nie było to złe.

Przy rozgryzaniu chrupiących dodatków podskakiwała cukrowość. Pomarańcza jednak też - jako skórka z odrobiną goryczki, migdały... jakoś bardziej jako scukrzone orzeszki albo cukrowe ciasteczka. Ich samych prawie nie czułam, w oddali chyba olejek pobrzmiewał (ale na tyle słabo, że nawet mi nie przeszkadzał - a ja nie cierpię olejku migdałowego).

Pod koniec mleczna, trochę śmietankowo-margarynowa słodycz kremu i słodka soczystość pomarańczy mieszały się z maślaną czekoladą sugerującą kawową pianką, a cukrowym chrupaczom podyktowały korzenny wydźwięk.
Jakieś pozostałe na dosłownie sam koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła, dodatki wreszcie trochę wyszły z cukrowości i dorzuciły smak suszonej pomarańczy i "ciasteczkowość migdałów").

I właśnie z posmakiem soku pomarańczowego, posmakiem mleczno-maślanym z sugestią margaryny i nibykorzenności, osnutych cierpkim kakao pozostałam.
Czułam silną słodycz, ale właśnie jeszcze nie za silną; tłuszczowość dosłownie na granicy przesady, bez nieprzyjemnych posmaków.

Ta czekolada była niczym siedzeniu w milusim, cieplutkim kocyku w towarzystwie maślanych ciasteczek w cukrze i delikatnej kawy z pianką, oraz obieranie i jedzenie pomarańczy (nie wychodząc spod kocyka). Słodziutkie, nieskórkowe, a wkomponowane w przystępne, słodkie nadzienie mleczno-margarynowe. Ciasteczkowy efekt wyszedł całkiem przyjemnie, ale... miały być migdały. Sama czekolada nad wszystkim czuwała, co też cieszy, bo była bardzo dobra. Słodka, łagodna, ale wciąż ewidentnie ciemna.
To niewątpliwie słodki i miękki ulepek, ale... w dobrym tych słów znaczeniu. To wszystko miało coś w sobie, pewien charakterek: bo a to ciemna czekolada, a to niewiarygodnie naturalna pomarańcza. Owszem, ogrom słodyczy i maślaności swoją drogą, ale wyważono to. Miękkość osadzono jakoś w gęstości. Pomarańczowy smak był delikatny, ale nie że "za mdły", tylko po prostu... delikatny. Nie sztuczny, nie napastliwy, więc w sumie dobry. Nie czułam też kandyzowania, a podcukrzenie - z dwojga złego wolę to drugie. Migdały genialnie udawały ciastka. Bardzo mi się to podobało, ale z drugiej strony szkoda, że migdałów w sumie brakowało. Nutka olejku i margaryny były tak znikome, że mi nie przeszkadzały.
Naprawdę, jestem pod wrażeniem.
Za sprawą palono-kawowej czekolady przypomniała mi Wedla Orange Mocha, tylko że Scholetta pochwalić się może jakością.


ocena: 8/10
kupiłam: Aldi
cena: 2,79 zł
kaloryczność: 561 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

 Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), tłuszcz kakaowy, słodka serwatka w proszku, mleko pełne w proszku, śmietanka w proszku, tłuszcz mleczny, migdały 0,5%, lecytyna sojowa, suszona pomarańcza 0,2%, naturalny aromat pomarańczowy, ekstrakt z wanilii, barwnik: wyciąg z papryki