Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kardamon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: kardamon. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem z ciemnej czekolady z przyprawami i kremem z bananów i limonek

Wśród nowości Zottera na jesień 2025 dwie z nadziewanych wyróżniały się. Widniał na nich dopisek "Safari" i... Rozumiem, że miały smakami nawiązywać do krajów pochodzenia kakao, z których otrzymały czekoladowe mousse'y? To, którą z dwóch zjem najpierw, zostawiłam przypadkowi. Padło na tę. Choć może... niezupełnie? Dotarła do mnie informacja, opis, że ta wydaje się nieco wytrawniejsza. Bo zaś gdy chodzi o to, czy wolę tabliczki z kakao z Ugandy, czy z Tanzanii, odpowiedź nie jest jasna. Zależy bowiem od tego, jak są zrobione. Dziś przedstawianą zrobiono z kremem "ganache" z ciemnej czekolady z kakao od producenta Latitude w Ugandzie. Ten wspiera lokalnych rolników, płacąc im godziwie za wysokiej jakości ziarna.


Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana kremem "ganache" z ciemnej czekolady o zawartości 70 % kakao z Ugandy z przyprawami: cynamonem, kardamonem, goździkami i chili oraz kremem "ganache" z bananów i limonek.

Po otwarciu poczułam się, jakbym wąchała kakaowo-maślany mousse i porządnie kakaowe trufle belgijskie czy też samą kakaową truflę-nadzienie. Już na tym etapie czuć również pikanterię. Czekolada ciemna wieńczyła te czekoladkowe skojarzenia dokładając jeszcze motyw marcepanu. Poprzez paloną, trochę chlebową nutę jawiła się jako wytrawne zwieńczenie tego wszystkiego. Truflę przeplotło sporo limonki - na tym etapie można by obstawiać, że jako jakiś limonkowy alkohol. Nie była jednak jedynym wyczuwalnym cytrusem: Wtórowały jej ogólnie cytrusy, nawet trochę ananasa. Zwłaszcza, gdy wąchałam wierzch, czułam więcej owoców. Wtedy zaznaczył się nawet banan, który znacząco nasilił się po przełamaniu. Wtedy w harmonii połączył się z maślanymi mousse'ami i przyprawami. Te już też dało się ponazywać: najgłośniej rozbrzmiewały goździki i chili.

Tabliczka była twarda, a przy łamaniu trzaskała tak, że wydawało się, iż trzaska nie tylko średnio gruba warstwa czekolady z wierzchu.
Niespodzianka! U mnie jasny owocowy krem był na górze, czekoladowy na dole, czyli odwrotnie niż pokazują zdjęcia na stronie Zottera.
Dolny krem czekoladowy też wydawał się konkretny i wręcz twardy, chłodno maślano-zbity. Górny krem owocowy wykazywał plastyczną miękkość i wyglądał na lepko-mazisty. Przy przegryzaniu się przez całość, czekolada trochę wgniatała się w jasny krem.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, przedstawiając się jako dość zbita, ale też już mazista. Powoli odsłaniała środek. Cały czas wydawała się tłusta, a w zestawieniu z nimi ciężka.
Kremy rozpływały się w podobnym tempie, ale ciemne znikało po jasnym.
Czekoladowy krem starał się upodobnić do czekolady, jawiąc się jako gęsty, a jednocześnie maślano-śmietankowo mazisty; tłustszy od czekolady. Był niemal idealnie gładki. Niemal, bo czasem wyłaniały się z niego drobinki przypraw. Nie był bardzo zbity, ale w zestawieniu z jasnym kremem na jego zbitość bardziej zwracałam uwagę.
Krem owocowy okazał się o wiele lżejszy, choć także zbity. Je jednak zbitość jednak szybko opuszczała. Ta część rozpuszczała się wręcz ślisko i soczyście. Długo utrzymywała gładkość, acz z czasem poczułam w niej jakby zawiesistą pylistość.
Całość zmieniała się w gęsto-śliską, tłustą i trochę zawiesinowa masę.
Czasem na koniec w ustach zostawały drobinki przypraw: chrupiąco-twarde i miękko-trzeszczące.

Przy przegryzaniu się przez całość, nadzienia odzywały się już wraz z czekoladą.

W smaku czekolada od początku raczyła mnie dymną, paloną gorzkością oraz stonowaną słodyczą palonego karmelu. Było w niej coś z marcepanu w ciemnej czekoladzie, a w oddali przemykała sugestia ciemnego, mocno wypieczonego chleba i cierpko-winny akcent. Ogólnie czuć w niej też ciepło, poniekąd związane z palonością.

Jak się okazało po spróbowaniu osobno, czekolada trochę przesiąkła nadzieniami: przyprawami z ciemnego ganaszu oraz limonką z jasnego.

Ogólnie limonka szybko dawała o sobie znać. Czasem wydawało się, że towarzyszy jej jakiś czerwony, nieco cierpko-winny owoc. Krem owocowy przebijał się przez całą czekoladowość bardziej jednoznacznie i starał się zabłyszczeć na pierwszym planie.

Czekoladowy krem za nią na spokojnie kontynuował gorzką czekoladowość.

Krem czekoladowy miał mocno truflowy charakter, niczym maślana trufla kakaowa, trufle belgijskie i ciężki deser czekoladowo-marcepanowy. Choć cierpki, był słodszy od czekolady. Właśnie truflowy, a zarazem słodko korzenny. Przyprawy podkreśliły motyw palony, a także bardzo rozkręciły ciepło, niemal pikanterię. Przewodziły w niej chili i goździki (ogólnie poskramiane kwaśnością limonki). Słodsza korzenność pobrzmiewała słabiej. W nim także wystąpiły kwaskawo-owocowe akcenty.
Krem czekoladowy spróbowany osobno wydawał się bardziej słodki i bardzo pikantny, aż gryząco-szczypiący w język. Wtedy jednak wyraźnie poczułam też, że jego cierpkość kojarzy się z czerwonymi owocami. Częściowo musiał przesiąknąć limonką, ale ewidentnie sam z siebie też był lekko owocowy.

Krem owocowy przebijał się przez resztę kwaśnym, soczystym smakiem limonki, choć czasem także bananom zdarzyło się przemknąć. Kwaśność limonki, podkręcona jeszcze cytryną, trochę podsycała zarówno słodycz, jak i cierpkość drugiej warstwy. Limonka, z czasem tracąca na jednoznaczności, a  przechodząca w ogólnie cytrusowość, dominowała nie tylko w warstwie owocowej, ale w całości. Wsparły ją cytryny, chyba ananas i niedookreślone czerwone owoce (nuta czekoladowego kremu?). Z czasem całą tą kwaśność trochę osadzały... "chyba banany". W pierwszej zaznaczyły się jako jakaś "słodziaśna pudrowość", chyba przez kontrast, ale motyw ten układał się w po prostu bananowe echo. Bananowo-cierpkie? Do głowy przyszło mi owocowe, bardzo namieszane, ale na pewno bardzo kwaśne mleczne smoothie. W zestawieniu z ciemną warstwą, ta mleczność nie była jednak bardzo wyrazista. 
Gdy spróbowałam kremu owocowego osobno, wydał mi się o wiele kwaśniejszy, aż w przesadzony sposób, ale z wyraźniej mlecznym echem.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność limonki i innych owoców związały się z piekącą pikanterią chili i goździków. Te, wraz ze słodyczą, już nawet gardło zaczęły trochę rozgrzewać, co zasugerowało alkohol. Kwaśność jeszcze wzmagała to poczucie. Słodko-ostre nuty aż mnie trochę przytłoczyły, po czym... wszystko się zmieniło.

Kwaśność limonkowo-cytrynowa niby trochę złagodniała, a warstwa owocowa poszła w bardziej mieszanym, multiwitaminowo egzotycznym kierunku. Krem czekoladowy wydał mi się bardziej maślany, łagodniejszy gdy chodzi o pikanterię, a bardziej ciepło-korzenny, mimo że z wciąż wyczuwalnym chili. Cynamon zapewniał harmonię, łącząc co ostrzejsze ze słodyczą, a także pielęgnując skojarzenie z cytrusowym, rozgrzewającym alkoholem.
Z kremu czekoladowego wyłoniły się jeszcze czerwone owoce - podkreślone owocowością jasnej warstwy? Jedynie czekolada wydawała się niewzruszona, wciąż gorzka w palono-dymny sposób i ostrożnie słodka.

Gryzione na koniec twarde drobinki na nowo podkręcały ostrość przypraw, ale nie tak, jak można by się obawiać. Zaplątało się w nich też parę drobinek raczej bez smaku (tych trzeszczących).

Po zjedzeniu został posmak intensywny posmak limonki z chili, żywo zarysowanych na tle maślanej, truflowej gorzkości, związanej z palono-ciepłą, nieco korzenną słodyczą. 

Czekolada nie przekonała mnie do siebie, bo była za intensywna gdy chodzi o kwaśność i ostrość. Pikanteria chili i goździków chwilami odciągała uwagę od subtelniejszych niuansów kremu ciemnego, a limonka z cytryną zakrzyczały banany w jasnej części. Jej ogólna egzotyka i nutka cierpko-owocowa części ciemnej musiały o siebie walczyć. Korzenność, maślana czekoladowo-kakaowa trufla niezbyt pasowały mi do takiej limonkowości. Ta z przyprawami chwilami szła w złudnie alkoholowym kierunku. Czy kojarzyło się to wszystko z czekoladami czystymi z Ugandy? I tak, i nie. Pikanteria owszem, różne owoce też, ale nie powiedziałabym, by ugandyjskie kakao serwowało aż taką kwasowość limonkowo-cytrusowo-egzotyczną. Ta zagłuszała nutki czerwonych owoców, które za to bardzo często czuję w ugandyjskich tabliczkach.

Wiem, że Zotter naprawdę potrafi pokazać w mousse'ie nuty kakao dzięki Zotter Mousse au Chocolat "Piura" 82 %, w dziś przedstawianej jednak sam zagłuszył wszystko, co ciekawsze... Szkoda. Tabliczka ogólnie była w sumie smaczna, ale bez głębi czy większego zachwyty, a nieprzyjemna tłustość nie poprawiała odbioru. Gdyby to miała być czekolada z limonką i przyprawami dostałaby 8, ale obiecywane banany się schowały, a potencjał kakaowego nadzienia zagłuszono.

Zjadłam 28 g, a resztę bez żalu oddałam Mamie, nawet wiedząc, że może jej nie siąść ta ciemnoczekoladowość. Po prostu zmęczyła, znudziła mnie ta rozmywająca się i wszystko inne kwaśność.
Mama nie dała rady skończyć. Jak to ujęła: "Nie smakowała mi ta czekolada, mimo że zazwyczaj lubię kwaśne owocowe nadzienia. Tu jednak ta kwaśność poszła aż w kwasowość i niczego wyraźnego, smacznego w niej nie czuć. Powiedziałabym, że głównie cytrynę, no może też tą limonkę. Bananów jednak w ogóle nie czuć. Charakteru tego czekoladowego kremu zza tej kwaśności też za bardzo nie czuć. Z czasem wyłaniała się ostrość chili. Sama czekolada też mi nie smakowała, a tłusta konsystencja przeszkadzała". 


ocena: 5,5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 71g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, mleko, syrop z cukru inwertowanego, liofilizowane banany 3%, syrop skrobiowy, koncentrat z limonki 2%, odtłuszczone mleko w proszku, masło, koncentrat z ananasa, emulgator: lecytyna sojowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, sproszkowana wanilia, kardamon, cynamon, goździki, chili „Bird's eye”

środa, 2 października 2024

Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua z wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem

Do otwarcia tej czekolady byłam pewna, że zjem ją w domowych warunkach w dniu, w którym chciałam coś mniej degustacyjnego. Marzyła mi się herbaciana kompozycja ze szczyptą przypraw, jednak gdy już ją otworzyłam, odnotowałam zapach taki, że... no cóż, uznałam, że to jeszcze nie jej pora i poczeka do następnego wyjazdu w góry. Zabrałam ją na sporą pętlę w Beskidach. Ruszyłam ze Szczyrku niebieskim szlakiem na Skrzyczne. Po krótkim marszu wyszłam na schronisko i uznałam, że to pora na tę czekoladę.


Beskid Chocolate Czekolada Rzemieślnicza Chai Latte z herbatą i mieszanką aromatycznych przypraw Mleczna 55 % kakao Nikaragua to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55% kakao odmiany Amaya z Nikaragui z herbatą cejlońską, wanilią, cynamonem, imbirem i kardamonem; inspirowana indyjskim napojem Chai Latte.

Po otwarciu uderzył mnie intensywny zapach ciepłego cynamonu, który mieszając się z ogromem mleka i słodyczą, poszedł w nieco rzygowinowym kierunku. Oprócz niego czułam korzenno-ciepłe, mniej jednoznaczne przyprawy. Goryczkowaty kardamon mieszał się z orzechowawo-drzewnym akcentem. Doszukałam się cierpkości, być może herbacianej, a także czegoś plastikowo-mydlanego, skrytego w korzenności. Słodycz połączyła wanilię, kwiaty i karmel, lecz nie była za wysoka. 

Tabliczkę cechowała twardość i masywność. Podczas łamania trzaskała nie tyle głośno, co konkretnie, obiecując gęstość i zbitość.
W ustach rozpływała się w średnim tempie. Potwierdziła się jej gęstość. Była bardzo kremowa, tłusta w maślany sposób i niemal idealnie gładka. Sporadycznie trafiłam na leciutki, ziarnisty element przypraw. Była tłusta w maślany sposób, jednak znikała niczym tłuste mleko.

W smaku pierwszy rozbrzmiał intensywny, lekko gorzkawy kardamon, wzmocniony nieoczywistą, cierpkawą goryczką. Zaraz rozłożył się cały korzenny wachlarz, a goryczka przedstawiła się jako czarna herbata. Do dominującego kardamonu dołączył cynamon i odrobina imbiru.

Zza przypraw popłynęło mleko i delikatna słodycz. Mleko nieco spowolniło przyprawy, co wykorzystała słodycz. Zaczęła rosnąć odważnie, ale nie jakoś bardzo mocno. Wpisała się w ciepło, robiąc aluzje do karmelu. Zaraz jednak trochę się wycofał, otwierając drogę wanilii i... kwiatom?

Mleko dało się poznać jako naturalne i pełne, a ze względu na ciepłą pikanterie przypraw pomyślałam o ciepłym mleku z nimi. Zakręciły się w nim... suszone liście czarnej herbaty. Była coraz wyraźniejsza.

Przyprawy z czasem porządniej wydobyły herbatę. Cierpkość uplasowała się właśnie w niej. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dodatkowo wzmocniła subtelne kakao o orzechowym charakterze. Splotło się w jedno z tą łagodną, czarną herbatą. Gorzkość, którą sugerowały przyprawy, nie nadeszła. Czułam jedynie gorzkawość. 

Z czasem słodycz na mlecznej fali wzrosła znacząco. Wanilia wyłoniła się wyraźniej, w zasadzie rządząc w słodkim wątku. To zaś skierowało imbir w ryzykownie nieco mydlanym kierunku. A jednak... jakby próbował zapewnić ostrawą soczystość?

Z pomocą przyszła jednak słodka soczystość z oddali. Była subtelna... Trudna do nazwania, acz może leciutko... Mandarynkowa? Czmychnęła jednak w rześkawe kwiaty. Słodycz jednak nie podjęła tego lżejszego tonu - jawiła się raczej jako dość ciężkawa.

Końcowo łagodna, ale czarna herbata przemieszała się z kardamonem, siląc się na lekką, cierpkawą goryczkę, acz tę skutecznie stopowało mleko i silna, ale szlachetna i niedrapiąca słodycz. 

Po zjedzeniu został posmak kardamonu i jego lekkiej goryczki, spleciony ze szlachetnie cierpkawą czarną herbatą - czy raczej jej cierpkością - oraz cynamonem. Czułam też pełną mleczność i słodką wanilię.

Ogół był smaczny, jednak mam parę zastrzeżeń. Jak na kompozycję stylizowana na herbatę z przyprawami, za mało było mi tu herbaty. Uległa przyprawom i mleku do tego stopnia, że dałabym się nabrać, iż jej nuta pochodzi od kakao. Splot przypraw i mleka wyszedł nieźle, choć i on mógł wyjść lepiej. Na plus, że nie było za słodko. Mimo to, bez wanilii by się obeszło. Ogólnie więc można spróbować i trochę podjeść z ochotą, ale w warunkach domowych, nie górskich mogłoby mnie znudzić w większej ilość (dojeść dojadłam, ale bez szału - gdyby kardamon i imbir nie były nielubianymi przez Mamę przyprawami, tak z 1/3 powędrowała by do niej). 

Przyszła mi na myśl Beskid Chocolate Nikaragua Mila Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % o nutach wanilii, kwiatów, drewna, herbaty z rześkością kokosa. Była oczywiście bardziej gorzka i bogata w owoce, jednak dałabym się nabrać, że to to kakao było bazą ze względu na to, że samo w sobie smakowało trochę dodatkami dzisiaj przedstawianej. A jednak bazą było kakao, z którego zrobiono Beskid Chocolate Nikaragua Amaya Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, która również miała nuty kwiatów i cytrusów, ale na pewno nie herbaty. W podlinkowanej czułam za to drewno sandałowe - tu więc wydaje mi się, że mogło lepiej zaopiekować się dodanymi przyprawami. I w takim wypadku nie ma wątpliwości, że herbatę w dzisiaj przedstawianej czuć tę dodaną, nie płynącą z czekolady.


ocena: 8/10
kupiłam: Beskid Chocolate (dostałam)
cena: 25 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, cukier trzcinowy, herbata Ceylon 5,5%; wanilia Bourbon, cynamon, imbir liofilizowany, kardamon

środa, 26 czerwca 2024

Casa Kakau Craft Chocolate Bulgarian Rose Water & Cardamon Chocolate ciemna z Ekwadoru 66 % z wodą różaną i kardamonem

Kupiłam tę czekoladę, chcąc poznać bułgarską markę Casa Kakau, założoną w 2016, która obecnie jest ponoć numer 1 bułgarską czekoladziarnią bean-to-bar, i skuszona różanym smakiem. Kocham róże, a tak rzadko trafia się z jedzenia coś mojego różanego, że zawsze - jak się już coś trafi mojego - nie mogę odpuścić. Miałam mieszane uczucia co do kardamonu w tej kompozycji, ale machnęłam na niego ręką. Z czasem jednak tabliczka zaczęła mi się wydawać "za bardzo z dodatkami" na tradycyjną degustację i miałam wziąć ją w góry. Pomyślałam trochę i z kolei wystraszyłam się, że róża w obliczu górskiego powietrza może mi za bardzo uciekać. I padło, że jednak tabliczkę zjadłam w domowych warunkach. I to dnia zwykłego, bo po powrocie z gór, kiedy to głowę zajmowało mi parę innych spraw... I dobrze się stało, bo innego dnia bym się pewnie zdenerwowała. Dlaczego? Zapraszam do recenzji, choć wcześniej jeszcze nadmienię, że zrobiono ją z kakao mielonego w kamiennym młynie.

Casa Kakau Craft Chocolate Bulgarian Rose Water & Cardamon Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 66% kakao z Ekwadoru z wodą różaną i kardamonem.

Po otwarciu poczułam słodkie, niemal karmelowo-cukrowe ciasteczka korzenne i delikatny zapach kwiatów, w tym róż. Nie był jednak dominujący, a podporządkowany spokojnej, w zasadzie niskiej słodyczy karmelu oraz kardamonowi. Karmel i kwiaty szły w kierunku uroczego wydźwięku, a ostrawa przyprawa ze względu na nie umocniła skojarzenie z ciastkami korzennymi. To one zajęły pierwszy plan. Czułam w nich pikanterię, przechodzącą w... colę? I nieśmiało zaznaczony soczysty owoc w tle - może jakiś grzaniec owocowy?

Tabliczka była niepozorna, wyglądała na suchawą i delikatną, acz gdy ją łamałam okazała się bardzo twarda, a jej krawędzie wręcz ostre. Wydawała z siebie donośne trzaski, przypominające trzask łamanych grubych, suchych gałęzi.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym. Łatwo miękła, przedstawiając się jako trochę plastyczna, ale wciąż zachowująca kształt. Zaraz poczułam lekką szorstkość. Po paru chwilach ujawniła lekką wodnistość, a to tego średnio wysoką, maślaną tłustość. Raz po raz na koniec została jakaś drobinka - obstawiam dobrze zmielony kardamon, ale równie dobrze mogło być to niedomielone kakao.

W smaku pierwsza rozeszła się słodycz, za którą podążała sugestia cytrusów.

Słodycz od razu ułożyła się w jakieś słodkości - korzenno-maślany nugat? Leciuteńka gorzkawość dymu próbowała się zaznaczyć, ale maślaność stanęła jej na drodze.

Słodycz skupiła na sobie uwagę. Wydała mi się intensywna i żywa, świeża... Kwiatowa! Kwiaty nie zdradziły się od razu, ale kiedy już się pokazały, były dość intensywne. Zdawały się płynąć z samej czekolady. Były tam m.in. róże o spokojnym, nawet nieco nieśmiałym charakterze.

Do słodyczy dołożył się też palony, ale delikatny karmel. Zmieszawszy się z kwiatami, poszedł w nieco ciężkawym kierunku. Chyba i do niego dopłynął maślany akcent.

Z tła dolatywać zaczęła pikanteria. Początkowo wydała mi się zgaszona kwiatami. Zajęły się już nie prezentowaniem swego smaku, ale właśnie jakby stopowaniem ostrości. Karmel i maślaność zmieniły się w ciasteczka korzenne o wysokiej słodyczy i poziomie pikanterii.

Świeżość i rześkość od kwiatów przejęły więc cytrusy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam kwasek, nasuwający na myśl cytrynę, jednak zaraz trafiła na ogólną słodycz. Przemknęła kwaskawa, ale jednak zdecydowanie słodsza od cytryny pomarańcza. Ułożyły się w...cytrusowy grzaniec? Zrobiony na kwiatowym winie? Czułam motyw wody różanej bardzo w tle.

Pikanteria wzrosła, a kardamon zabrzmiał wyraźnie jako on sam, lekko szczypiąc w język. Mieszając się z cytrusami przełożył się na myśl o coli. To jednak nie jakieś szczególnie mocne skojarzenie... taka, przemykająca limonkowa cola? Korzenna ostrość trochę z czasem wyhamowała. Wróciła do ciastek korzennych, a cola zmieniła się w perfumowe echo.

Wysoką słodycz przełamały leniwe akcenty ziemi i dymu. Dosłownie odrobinka, ale jednak. Przypieczętowały cięższy wydźwięk całości. Róże jako słodka woda różana podporządkowały się, a mi do głowy przyszedł różany, nie za mocno, ale wyraźnie palony karmel. I... kwiatowo-karmelowy nugat z odrobiną odymionego kakao? Końcowo, wraz z gryzieniem przypraw, wyszło to dość duszno i męcząco z racji słodyczy, która była nie to, że bardzo wysoka, ale wyodrębniona i bez charakternego towarzystwa.

Po zjedzeniu został posmak delikatnych cytrusów, wkomponowanych w karmelowo-kwiatową słodycz i pikanterię, czego trzymało się echo coli. Splot ten wydawał się gryzący. Wyraźnie czułam kardamon. Róże były nieco nieśmiałe, ale też wyczuwalne. Jakby niezależnie od nich na języku pojawił się motyw perfum, niezbyt przyjemny. Baza jawiła się jako ciężkawo-karmelowa i leciutko cytrusowa z drobną cierpkością w tle (dymu?).

Czekolada była smaczna, ale trochę mnie rozczarowała. Liczyłam, że będzie przede wszystkim różana, a to kardamon miał więcej do powiedzenia. Róże wpisały się w kwiatowe nuty czekolady. To było ciekawe, ale różano niesatysfakcjonujące. Z kolei ostry kardamon z nutami cytrusów dziwnie ocierał się o colę. Sporo karmelu, ale nie przesadzona słodycz na plus, acz znikomej gorzkości trochę mi żal. Ogólnie poprawna, bez większych wad oprócz mało różanego smaku, a obecnego echa perfum; taka, co to można zjeść zwyklejszego dnia, jak się już kupiło. Ale żeby to odznaczyć na Akademii Czekolady? Nie.


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 22,90 zł (za 70g)
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao 66%, tłuszcz kakaowy, brązowy cukier trzcinowy, bułgarska woda różana, kardamon

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Raaka 70% Rose Cardamom Unroasted ciemna surowa z Tanzanii z różą i kardamonem

Jak udało się Bourbon Cask Aged rozpalić we mnie entuzjazm co do marki, tak Green Tea Crunch umiejętnie go zgasiła. A przynajmniej przygasiła. Powiedzmy, że się to wyrównało i Raaka nieco mi zobojętniała. Dzisiaj opisywana teoretycznie powinna pójść w kierunku pierwszej próbowanej... głupie, chrupiące kulki mi nie groziły, jednak i tak jakoś przed otwarciem oczy nie lśniły mi tak, jak podczas składania zamówienia. Wtedy bowiem bardzo zachciało mi się różanej czekolady - uwielbiam je (gdy nie wychodzą przeperfumowane), a dawno nie jadłam. Nadal się jednak cieszyłam - wszak i zawartość kakao lepsza niż w tamtym niewypale i... dzisiaj przedstawiana okazała się limitką (o czym dowiedziałam się dopiero pisząc wstęp). Niestety moja radość znów została wystawiona na próbę przy przepisywaniu składu. Liczyłam na gładką tabliczkę, a płatki róż...? I już nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zwróciłam też uwagę na to, że Raaka na pewno dobiera region kakao pasujący do danego dodatku, skoro co dodatek, to inny. Raczej nie losują (mam nadzieję).

Raaka 70% Rose Cardamom Unroasted Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 70 % surowego kakao z Tanzanii ze zmielonymi płatkami róż i kardamonem.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach ziemi i migdałów, jakby tą ziemią przysypanych... Niemal neutralnych... pomyślałam o migdałach dziwnie zajeżdżających ziemniaczaną, bulwiastą nutą, jednak z czasem wmieszały się w mnóstwo orzechów. Pojawiły się młode laskowe, które swoją soczystością aż z owocami się mieszają. Na pewno poczułam słodkie wiśnie (może w nieco bombonierkowym wydaniu), zahaczające o wino. Nie brakowało też czysto świeżej soczystości słodkiej pomarańczy, ale i czegoś bardziej czerwonego - słodziutkich truskawek, malin. Przyszedł mi nawet na myśl grejpfrut, ale wydawał się czymś przełamany. Dodatkowo dookreślenie owoców utrudniała gorzkość jakby wilgotnego dymu, za sprawą którego w trakcie degustacji myśli szły ku kardamonowi.

Bardzo ciemna tabliczka sprawiała wrażenie tłusto-kremowej i takiej, co to może okazać się lepka jak zawilgocony pyłek... Mimo to łamała się z przyjemnym trzaskiem, zachowując kruchą twardawość. Wyglądała na gładką (żadnych suszonych paprochów / przypraw ani w przekroju, ani na spodzie).
Gdy odgryzałam kęs, wydawała mi się dziwnie twardo-miękkawa, jak "tabliczka z jakiejś masy", nie ciemna czekolada.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym (bardziej umiarkowanie-szybkim) tempie, łatwo i nie ociągając się. Zmieniała się w tłustawy krem, jakby zrobiony w wyniku zmieszania kredowego-proszkowego pyłku z mleczno-maślana bazą. Pozostawiała swe kolejne lepkawe fale na podniebieniu i języku. Na całą tabliczkę odsłoniła ze dwie mikroskopijne drobinki kardamonu (obstawiam niedokładne przemielenie - "wypadek przy pracy"?). Wraz z jedzeniem wydawał się coraz rzadszy, by zniknąć niemal wodniście. Odebrałam ją jako tłustą w mleczny sposób.
Z jednej strony ta rzadkawość i znikanie niezbyt mi się podobały, ale ogromnie ucieszyło mnie, że gruncie rzeczy była gładka: dodatki zmielono.

W smaku od początku czułam wysoką słodycz miodu. Oczami wyobraźni widziałam lejący się litrami, jasny miód. Może kwiatowy? Miał w sobie coś trochę karmelowego, takiego wyrazistszego, palonego, ale też...otwierał drogę soczystości.

Po chwili wydało mi się, że mam do czynienia ze słodyczą złocistych, miękkich suszonych fig. Delikatne i słodziuteńkie, wprowadziły też suszony motyw, odchodzący nieco na tył. I nie były to tylko suszone owoce.

Zaraz jednak poprzez soczystość uderzyły owoce znacznie żywsze, surowo-świeże i kwaśne. Prowadziły dojrzałe, miękkie wiśnie, podrasowane nutą czerwonego wina. Nie brakowało im słodyczy, toteż pomyślałam o wiśniowej bombonierce. Wino... musiało być jakieś delikatne, zdecydowanie kwiatowe - różowe? Pojawiły się słodkie truskawki i maliny.

Z czasem za nimi poczułam nutę surowych, świeżych migdałów. Otaczała je ziemia, jakby usilnie próbowała dodać im mocy. Ziemia wydała mi się nieco węgielna. To miało wydźwięk czegoś... suchego z natury, ale zawilgoconego. Wiele migdałów było z gorzkawymi skórkami, niemal neutralne, surowe (znów raz i drugi zdarzyło im się mignąć ziemniako-migdałem)... też wydały mi się w pewien sposób "suche" w smaku. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa na przód wyskoczyły orzechy. Orzecho-migdały zdawały się trochę otulone dymem... dymem wilgotnym i gorzkawym... jak dymo-mgłą? Nie zakrył jednak samych orzechów. Wśród nich zaczęły dominować delikatne orzechy laskowe. Czułam młode i niemal soczyste, co z kolei przywracało soczystość.

W nią też najpierw wpisywał się wilgotny dym / mgła, co przeszło w grejpfruta, ale może raczej... jakieś inne cytrusy. Może nawet dziwnie karmelizowano-kandyzowane? Mignęła cytryna; jakaś wariacja na jej temat... Coś podkręconego słodyczą fig i słodko-kwaskawych rodzynek. Znów w kwaśności odnotowałam wiśnię. I to ponownie dzięki ziemi w wydaniu nieco winnym... Tym razem jednak wyłapałam różany motyw. W drugiej połowie rozpływania się kęsa chwilami róża - naturalna i kwiatowa - zrobiła się wiodącą nutą na parę chwil. Myślałam o niej jako o "różo-winie".

A jednocześnie, za orzechami, wciąż kryła się tym razem bardziej gorąca ziemistość, goryczka. Pomyślałam o wilgotnych, chyba aż przegniłych płatkach róż. Wydawały się wgniecione, wmieszane w lekko zawilgoconą ziemię. Jakby wycisnąć z nich... esencję różaną... Czułam taką... gorzkawą, w pełni naturalną kwiatowość. W pewnym momencie wzrosła poprzez "suszoności". Z mgły wyłoniły się lekko ostre, gorzkawe zioła. Bliżej końca wyraźnie poczułam gorzki kardamon. Rozkręcił gorzkawe akcenty orzechów, podkreślając je. Dodał goryczkę słodyczy, uwypuklając miód.

Oto pod koniec słodycz znowu wzrosła jako miodowo-złote figi i kwiatowy miód. Miód... albo wino o mocnej nucie miodu i kwiatów. Wraz z przyprawą wnosiło ciepło, a w tle pobrzmiewała kwiatowa delikatność - rzeczywiście róże. Za sprawą ziemi wydały mi się nieco... przegniłe? Bardzo jednak autentyczne. Kardamon zawalczył o ich suszono-kwiatowy (mieszający się z ziołami?) aspekt.

Pod koniec umocniła się czekolada, ale... już bardzo złagodzona. Słodziutko-miodzikowa i aż lekko maślana. Ziemistość i ziołowość trwały jako jedynie cierpkawe, nieco węgielne echo.

W posmaku został przede wszystkim kardamon sugerujący pewną pieprzność. Aż się zdziwiłam, jak się popisał na koniec. Mimo to, był niemal utopiony w ogromie słodyczy miodu, suszonych fig i karmelu. Na szczęście jednak wyraźnie czułam soczystą kwaśność cytrusów i taninę czerwonego wina. Trochę winno-wiśniowa soczystość, lekka ziemia i ogrom orzechów stłay za wytrawniejszym akcentem, ale o gorzkości trudno tu mówić. Było słodziutko i ciepło, a jednocześnie kwaśno-owocowo.

Całość wyszła smacznie, ale za łagodnie. Wprawdzie bardzo spodobała mi się niezwykle naturalna róża, ale wolałabym, by była wyrazistsza. Mieszała się ogółem ze smakiem czerwonego słodkiego wina i ziołowości, co z jednej strony wyszło cudownie harmonijnie, ale z drugiej właśnie tak "uładzenie". Wino i ziołowość przez słodycz też niemal bez charakteru i pazurów. Słodycz była wprawdzie przyjemna (miód, figi), ale... za wysoka, za... za pierwszoplanowa. Orzechy i migdały okazały się bazową nutą, co też przełożyło się na delikatny efekt. Jedynie akcenty ziemi i owoców (wiśnie, inne czerwone słodkie, odrobinka cytrusów) przypominały o surowości, ale nie bardzo. Kardamonu dodano niewiele, podkreślił jedynie pewne aspekty i wyszedł na koniec. To mnie akurat cieszy, bo nie zagłuszył czekoladowości; więcej mogłoby ją przytłoczyć. Z tym, że tak słabo go czuć... Może więc taka kompozycja powinna mieć mocniejszą bazę?
Tak wyszła łagodniutka, przystępna i wyważona, zachowawcza, ale z domniemanym charakterem, "brudem"... wolałabym, by te ostatnie były o wiele mocniejsze.
To trochę jakby połączyć Pacari Andean Rose z Cardamom / Cardamomo, ujmując im większość dodatków oraz niemal cały charakter bazy. Wciąż smacznie i przyjemnie, ale tylko tyle. Ocenę chyba trochę naciągam za ciekawy wariant i jednak zahaczanie o moje nuty.


ocena: 8/10
cena: 28 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 532 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, płatki róż, tłuszcz kakaowy, kardamon

wtorek, 1 września 2020

Vosges Turmeric Ginger mleczna 45 % z imbirem, kurkumą, kokosem, pieprzem i innymi przyprawami curry

Bardzo lubię orientalne przyprawy, mimo że do znawcy mi daleko, a nie jestem też za przesadnie (bezcelowo) przyprawionymi daniami. Kuchnia indyjska czy tajska... mniam! Na wszelkie więc mieszanki z tego regionu patrzę raczej pozytywnie. Czy w czekoladach? A tu już nie wiem. Ostatnimi czasy wcale aż tak wielu czekolad z przyprawami nie zamawiam, zwłaszcza, gdy chodzi o te z wyższych półek. Pamiętam jednak, jak smakowała mi Dolfin Hot Masala. O tym, jak smakują mi wszystkie Vosges też zapomnieć się nie da. Zanim więc na dobre miałam się wciągnąć w odkrywanie nowych smaków, które jakiś czas temu zakupiłam, czekała mnie jeszcze ostatnia z poprzedniego zamówienia. W sumie wcześniej myślałam, że to ciemna i trochę się rozczarowałam, że jednak nie, ale już jak mi "kliknęło", że wspomniany Dolfin też był mleczny... Już było lepiej.
Na stronie w opisie znalazłam, że to ich "złota tabliczka" zainspirowana wieczornym eliksirem, miksturą na zdrowie o nazwie Złote Mleko, w której to połączono tytułowe adaptogeny, czyli "leki na stres, stany wyczerpania i niepokoju" w ogólnie rozgrzewającej kompozycji. Co więcej, dowiedziałam się, że połączenie kurkumy z pieprzem uwalnia więcej ich właściwości prozdrowotnych.

Vosges Turmeric Ginger to czekolada mleczna o zawartości 45 % kakao z kurkumą, imbirem, kokosem ze Sri Lanki oraz mieszanką przypraw m.in. curry, z czarnym pieprzem Telicherry, kozieradką, kardamonem i gałką muszkatołową.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam bukiet korzenno-orientalnych przypraw i intensywny zapach świeżego mleka oraz słodyczy mocno palonego, wręcz gorzkawego karmelo-toffi. Bardzo wyraźnie swoją obecność zaznaczył kokos (trochę jakby z aromatu), podrzucający skojarzenie z mleczkiem kokosowym. Przewijała się w tym pewna orzechowość, siankowo-wiejska nuta, podsycona suszonym motywem i rozgrzewająco-goryczkowatymi przyprawami. Klimat był indyjski, jak nic!

Tabliczka już w dotyku zdradzała swoją tłustość, ale nie lepiła się. Przy łamaniu ładnie trzaskała, ujawniając ziarnisty przekrój, w którym (albo mi się wydaje) widać przyprawy i średniej wielkości odpowiednią ilość kawałków kokosa. Trochę zaskoczył mnie zielonkawym odcieniem. Wystąpił pod postacią wiórko-płatków i kawałków wiórków. Na całą tabliczkę przypadły dwa kawałki pieprzu do chrupnięcia (a tak był bardzo zmielony i w nieprzesadzonej ilości). Nie jestem pewna, czy nie plątały się wśród nich mdławe kawalątki imbiru... Przypraw w całości nie brakowało, a zabarwiony kurkumą kokos trudno od niego odróżnić.
W ustach czekolada rozpływała się przyjemnie powoli, tłusto kremowo. Zalepiała w bardzo gęsty sposób. Oprócz dodatków i szorstkości zmielonych przypraw, sprawiała wrażenie idealnie gładkiej.
Kokos był podprażono-chrupiący, a zarazem soczyście-trzeszczący. Raz po raz dziwnie skojarzył mi się ze świeżymi płatkami migdałów. Na koniec zostawały wiórki, które w zasadzie "zrobiły się świeże", nasiąkając. Jego ilość uważam za odpowiednią - to jedynie dodatek, nie zaburzający w tabliczce niczego. Trafiłam też na parę drobinek korzenia imbiru (również wyszedł dość świeżo).

W smaku czekolada przywitała się głębią mleka, niemal śmietanki oraz wysoką, ale szlachetnie, delikatnie paloną słodyczą, a dopiero na końcu nutką przypraw. O ile jednak pierwsze utworzyły stateczną bazę, tak ostatnie zaczęły dynamicznie rosnąć.

Baza wydała mi się łagodna, przywodząca na myśl maślane toffi i jakieś rozgrzewające język chai latte, w wydaniu może bardziej kawowym, cappuccinowym (bo i "kawowe" kakao odlegle się zaznaczyło). Czułam też echo kokosa. Miał wydźwięk takiego z aromatu; nie był nachalny, a tak wkomponowany, że przyjemny. Nie sposób było nie myśleć o mleczku / śmietance kokosowej.

Z przypraw już w ciągu paru-parunastu sekund najpierw poczułam kurkumę i cynamon nieodzownie wmieszany w nutę orzechowo-goryczkowatego, palonego kakao. Zaraz dołączył do tego cały bukiet. Oto imbir i kardamon, a po nich mieszanina (kurkuma i charakternie gorzki pieprz czy gałka) uderzyły mocniej. Rozgrzały i nieco przypiekły w język. Raz po raz imbir wydawał mi się zaskakująco świeży. Miało to cudowny wydźwięk odważnie przyprawionej i zrobionej na mleczku kokosowym chai latte.

We wszystkim doszukałam się też pewnej rześkości. Płynęła z tych mocnych nut, jako goryczkowato-ostro-rześka kozieradka, pomykała po naturalnej mleczności i poprzez nią zahaczała o kokosa. Gdy z czekoladowej toni zaczęły wyłaniać się wiórki, okazało się, że to ich jakby uczepiła się kurkuma. Połączenie to wydobyło orzechy. Skojarzenie  z mleczkiem kokosowym jeszcze się umocniło, by następnie podkreślić... orzechowo-maślane toffi? Tylko że mocno palone. Kokos wzrastał przy wyłaniających się (nawet nierozgryzanych) wiórkach.

Paloność podkreślał pieprz, chwilami aż kręcący w nosie. Wpisał się w korzenność, przemodelował toffi na karmel, wplatał się w śmietankowo-mleczne tony. Cynamon i imbir, towarzyszące mu, sprawiły, że pikanteria i słodycz aż rozgrzały gardło, co z aromatem kokosowym skojarzyło mi się z likierem kokosowym czy jakimś korzenno-kokosowym drinkiem.

Bliżej końca i na koniec rozgryzałam kokosa, dzięki czemu wzrastał jego smak. Wtedy też trafiałam na małą ilość większych kawałeczków przypraw, które z kolei drastycznie podnosiły korzenną pikanterię, rozgrzewając. Mimo to, nawet zostawione na koniec i wtedy pogryzione dodatki nie zabiły smaku samej czekolady.

Po wszystkim na bardzo długo pozostał posmak mnóstwa przypraw, na bezkreśnie mlecznej i słodko-maślanej, orzechowej toni. Kojarzyło mi się to z jakąś kawową chai latte z nutą kokosa "mieszanego". Rozumiem przez to bardzo naturalnego, świeżo-mleczkowego i "aromatowego likieru". Po zjedzeniu czułam się zacnie rozgrzana i nieco zasłodzona. W korzennym, nie za mocnym rozgrzanio-pieczeniu byłam w stanie bez problemu wskazać kurkumę, imbir i bardziej gorzkie przyprawy: kardamon, pieprz, gałkę, cynamon.

Tabliczka wydała mi się niezwykle intrygująca, choć niebezpiecznie mało czekoladowa. To bukiet przypraw takich jak imbir, cynamon, kardamon, kurkuma, pieprz... słodko-indyjska mieszanka zestawiona z niebanalnym kokosem. Słodycz czekolady była bardzo wysoka, miała wydźwięk toffi, gdzieś pobrzmiewało mi cappuccino. Wszystko to jednak było takie... bogate, szlachetne i wykwintne. Zasłodzenie na poziomie, upicie się... złotem - takie określenia przychodzą mi do głowy. Hm, jak mleczność przełożyła się na mleczko kokosowe, cappuccino przyprawione i toffi, w sumie podobało mi się. Z wyższą zawartością kakao takiego efektu by nie było, ale ciekawi mnie, jak by wyszła ciemna wersja. To było bowiem bardzo ciekawe, ale jednak na swój sposób delikatne. Może i parę rzeczy bym w niej pozmieniała, ale... niekoniecznie. Jeśli taki był jej zamysł, że miała to Złote Mleko udawać, cel został osiągnięty (obiektywnie więc może to i czekolada na 9). A fakt, że do ostatniej kostki nie przestała intrygować, o czymś świadczy.
Żeby było śmieszniej, raptem parę dni wcześniej spróbowałam Molly's Cappuccino, która niespodziewanie też smakowała duetem cappuccino-toffi, ale oczywiście to nirwana (osiągnięta przez braminów?) a poziom pariasów.


ocena: 8/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 8 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalny aromat), suszony (odwodniony?) kokos, mniej niż 2%: sproszkowane słodkie curry, naturalne aromaty, kurkuma, imbir, kardamon, czarny pieprz, gałka muszkatołowa

czwartek, 20 sierpnia 2020

Pacari Cardamom / Cardamomo ciemna 60 % z Ekwadoru z kardamonem

W dniu degustacji Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom uznałam, że jak nic muszę niedługo po niej zjeść Pacari z tą przyprawą. Byłam ciekawa, w jaki sposób tabliczkę przyprawi ta marka i... jak tu wyjdą proporcje między słodyczą, a innymi nutami, jak to Ekwador zagra z kardamonem. A co najważniejsze - która okaże się smaczniejsza.

Pacari Cardamom / Cardamomo to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Ekwadoru z kardamonem.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam splot lekkich kwiatów, soczystej cytryny i bardzo wytrawnego, goryczkowatego, ciężkiego kardamonu. W pierwszej chwili skojarzył mi się wręcz "obiadowo". Wydał mi się zarazem kontrowersyjnie osaczony dość wysoką słodyczą palonego karmelu. Z czasem osadził się w kawowych realiach. Do kwiatów, wilgotnych płatków róż, dołączyło więcej cytrusowych nut, doszukałam się nabiałowości, a razem z goryczką przyprawy, pokazała się też wyrazista ziemia. Wszystko było jednocześnie lekkie i rześkie oraz ciężkie, poważne.

Przy łamaniu tabliczka była twarda jak kamień. Trzaskała, chwaląc się ziarnistym przekrojem, ale ani jedną drobinką przyprawy.
W ustach rozpływała się powoli. Była gęsta i zbita, tłustawa, ale rozpuszczająca się trochę wodniście. Lepiła się tylko trochę i mimo że kremowa, to wykazała odrobinę szorstkości. Kojarzyła się z mocno przyprawionym kremem-budyniem na pełnej śmietance kremówce.

W smaku od samego początku na prowadzenie wyszły goryczkowato-ostre przyprawy korzenne. Wydawało mi się, że cały bukiet, lekko osnuty ciężkim dymem oraz słodyczą karmelu i kwiatów. Karmel cechowała tu szlachetność, wydał mi się uwodzicielsko subtelny i niezwykle istotny. Kwiaty nie były jedynie różami (charakterystycznymi dla Pacari), ale różnymi, zmieszanymi z roślinną rześkością - tak kontrastową do ostrości przypraw.

Obie, korzenna kawa i słodycz, podrasowane były pewną ciężkością, goryczką. Zrobiło się wręcz... pieprznie. Pieprznie piernikowo i... gorzko. Gorzko w sposób kawowy, niczym kawa z przyprawami korzennymi. Szybko wyraźnie wyłonił się spod nich konkretnie kardamon, ze specyficzną nutką dymu.

Gorzkość kakao, dymu i kardamonu zaprosiła do zabawy także nutkę ziemi i goryczkowato-palony karmel. Ten nieco osłodził, podkreślając ciężkość kwiatów. Zrobiło się bardziej orzechowo, bardziej maślano. Z kwiatów wyłoniły się ciężkie róże, ich wilgotne płatki. Płatki... też nieco podsuszone. Mieszały się z kardamonową kawą, same wnosząc chłodek. Pomyślałam o lodach, może też czymś chłodno-korzennym jak... anyż? Odważnie zaszczypał w język.

Mniej więcej w połowie wyraźniej, jakby ośmielona pewnym zawilgoceniem kwiatowo-roślinnego pochodzenia, wyeksponowała się ziemia. Niosła leciutki kwasek, zmieszany z cytryną, która też nie była tak jednoznacznie kwaśna, a skórkowo-gorzka. Ten aspekt znów podkreślał kardamon, rozgrzewający nieco usta, ale nie zabijający poszczególnych smaków.

Bliżej końca robiło się kwaśniej. Cytryna chwilowo podkreśliła ziemię, ale ta jakoś tego nie podłapała. Z łagodniejszej, kwiatowo-maślanej toni wyszły nabiałowe nuty nabierające kefirowego wydźwięku. Znów był to jakiś kefir / jogurt orientalny, bo z przyprawami. Niemal z kojarzącym się z pieprzem kardamonem. W tle pomykała ziemistość, wpisująca się w powagę kompozycji. Znów wzrastała ostrość.

Po zniknięciu kęsa na języku czułam dość znaczące, ale w pełni przyjemne, korzenne i rozgrzewające pieczenie. W posmaku paradoksalnie oprócz mocnego, gorzko-ostrego i dymnego kardamonu, kawy i ziemiście cytrusowych, kefirowych nut, pozostała też wręcz słodziuteńkość karmelu, otulonego kwiatami.

Całość bardzo mi smakowała, bardziej niż GR. Tutaj po prostu wyraźnie czuć kardamon, jakby był równie ważny, co znakomita czekoladowa baza. We wspomnianej jedynie nieśmiało wniknął w pewne nuty, inne zgłuszył, a w momencie, gdy czekolada jest z dodatkiem, to właśnie fajnie go czuć, gdy tak nie zabija, a wnika i podkręca we smaki, jak w przypadku Pacari. Ciekawie połączył się bowiem a to z kawą, a to z karmelem i kwiatami. Obstawiam, że to dzięki zastosowaniu ekstraktu - całość po prostu przeszła nim zupełnie. Jak na Pacari kompozycja wyszła mało kwaśno cytrusowo-ziemiście, ale w tym wariancie nie mam tego za złe.
Czekolada, mimo słodyczy, kwiatów i pewnej lekkości wyszła przyjemnie poważnie, dosadnie i z niezłym, przewrotnym charakterkiem.
Jedyne, do czego bym się trochę poczepiała to jednak nazbyt wysoka słodycz kosztem kakao i struktura, a więc i tłustość. Niby nie taka wysoka, ale wolałabym coś... lżejszego.


ocena: 9/10
cena: £4.39
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z kardamonu (0,15%)

wtorek, 18 sierpnia 2020

Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom Dominican Republic ciemna z Dominikany z kardamonem

Zimą 2019/20 przemierzając wzrokiem listę posiadanych czekolad, nie wiedziałam, czym się kierować. Pomyślałam, że może coś adekwatnego do pory roku? Nie goniły mnie daty, ale łypnęłam okiem na propozycje z najkrótszymi. Georgia Ramon z kardamonem? Trochę się jej bałam po GR 70 % Carolina Reaper Chili, mimo że lubię kardamon (właśnie chili też, ale bez przesady...). Planując jednak tę degustację, akurat miałam podwyższoną tolerancję na mocne smaki. I zupełnie przypadkiem stało się tak, że zjadłam ją dzień po Morinie z tego samego regionu (Morin Republique Dominicaine Yamasa Noir 63 %).
Na opakowaniu spostrzegawcze oko (huehue) dostrzeże napis: "Oko Caribe", co znaczy "eco-Caribe". Jest to nazwa dostawcy - ponoć diament pośród dostawców kakao z tego regionu.

Georgia Ramon 70 % Kardamom / Cardamom Dominican Republic to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Republiki Dominikany z kardamonem.

Po otwarciu poczułam rześkość kwiatowo-pudrowej, lekko palono-kurzowej czekolady. Kardamon nie zdradzał swojej obecności. Kompozycja wydała mi się delikatna, przywiodła na myśl pudrowe lub palono-konfiturowe maliny i truskawki. Tę przetworową paloność podkreślały drzewa i orzechy, tworzące wyrazistą, gorzkawo-poważną bazę.

W dotyku raczej matowa tabliczka wydała mi się dość suchawa. Przy łamaniu odznaczała się twardością i głośnym trzaskiem. Ujawniła nieco ziarnisty przekrój. Przy sesji zdjęciowej dostrzegłam jedną drobinkę kardamonu, a podczas degustacji innej nie znalazłam.
W ustach czekolada rozpływała się powoli. Początkowo stawiała lekki opór, potem ulegała, opływając nieco wodniście. Wydawało się, że kawałek ma "rdzeń", który bardzo długo pozostaje zwarty, zbity. Nie była tłusta. Z czasem jakby się przełamała i upuściła nieco niezbyt gładkiej kremowości, trochę się lepiąc i maziając.

W smaku przy każdym kęsie zaczynało się od powolnego rozejścia się subtelnej, zwiewnej słodyczy. Do głowy przyszła mi soczyście-wodnista, świeża i bardzo słodka gruszka. Otulały ją kwiatowo-roślinne nuty. Skojarzyły mi się z jakimś... owocowym pudrem? Niczym jakieś pudrowe maliny i truskawki. W tle przemknęło coś jakby roślinnie-wegańskiego, może trochę papierowego i...

...jednocześnie wegańsko ostrawego? Jak np. sojowe / ryżowe danie (czy nawet one same) z chili, cynamonem i pieprzem? Pomyślałam o jakiejś kaszy, czymś gotowanym. Pikanteria przypraw nie przypominała jednak kardamonu zbyt jednoznacznie. Nie była też silna. Kardamon jedynie przewijał się gdzieniegdzie niepewnie.

Szybko zaznaczyła się również gorzkość orzechów i drzew. Te drugie... były raczej drewnem, może okurzonymi drewnianymi meblami. Orzechy... raczej mniej jednoznaczne, ale i jakieś zwietrzałe... włoskie? Na pewno gorzkie. Te nuty zawarły w sobie korzenność. Postawiłabym na mieszankę kardamonu, gałki muszkatołowej i jeszcze czegoś.
Pudrowość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydobyła z tych tonów nugat z orzechów laskowych, tworząc z niego bazę. Pudrowa, lekko karmelowa zrobiła się słodycz, odgrywająca w tej kompozycji nadrzędną rolę.

Gorzkość rosła, pikanteria też, jednak ogólnie nie były to siekiery, a smaki wkomponowane w czekoladę. Nagle wyraźnie odnalazłam kardamon. Owocowo-słodki motyw zaskoczył na paloną konfiturę lub... syrop do... kawy? Gorzkość zrobiła się silniejsza i nagle kardamon przeciął inne nuty, przedostając się na pierwszy plan...

By po chwili utonąć w kwiatowo-gruszkowo-malinowej toni. Cierpkość i gorzkość zasugerowała owocowe czerwone wino. Tu może i uchwyciłam odrobinkę kwasku, ale dosłownie odrobinkę. Korzenność podkreśliła nieco nugat, a jej pikantno-gorzka część weszła w tę winność. Poczułam się, jakbym miała do czynienia ze słodkim i rozgrzewającym, soczystym grzańcem.

Po wszystkim został soczyście-ostry posmak przypraw w akompaniamencie drzew i roślinności. Orzechy dopuściły tu odrobinę słodko-kwaskawych owoców, ale też goryczki kardamonu. Ta weszła jakby w cały bukiet przypraw. Te zaś... osadziły się w pudrowo-słodkim, trochę kaszowym nugacie.

Całość okazała się zaskakująco delikatna i spokojna. Zszokowało mnie, jak słodko łagodnie wyszła, jej gorzkość zaś... tak obudowana, że w wydźwięku wydała mi się niemal niegorzka. A jednak była. Żadnej realnej kwasowości. Żadnego uderzenia. Smaki płynęły i przeplatały się z wolna. Z jednej strony miało to swój urok, podobało mi się, jak w przyprawowe nuty Dominikany wszedł kardamon, ale z drugiej... miałam wrażenie, jakby inne nuty czekolady przygłuszył. Ogólnie spodziewałabym się intensywniejszej smakowo bazy. Po wyrazistych czystych i mocnym chili w GR 70 % Carolina Reaper Chilli ta była przegięciem chyba w zbyt łagodną stronę. Smaczna, ale aż nudnawa.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 10 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 558 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kardamon 1 %

sobota, 14 marca 2020

Heidi WinterVenture Crunchy Almonds mleczna z karmelizowanymi migdałami, płatkami słodowymi i kardamonem

Lubię prostotę i niemal spartańskie wnętrza, ale jednocześnie jestem typem zbieraczki i zagracam się... czym tylko mogę. W tym opakowaniami po czekoladach - kolekcjonuję te po zjedzonych. W głowie mam taką blokadę, że koniecznie muszą to być opakowania "wiem po czym", czyli takich, których chociaż trochę spróbowałam. I z tą miałam problem, bo dostałam ją od taty, który dostał ode mnie tyle Heidi-odrzutów, że chyba zapamiętał tę markę jako "dobrą na prezenty", mimo że nie ukrywałam, że oddaję, bo mi nie smakują. Mogłam oddać Mamie nie otwierając (ale nie lubi kardamonu, więc tym razem nie była przekonana, mimo że zawsze pozytywnie odnosi się do Heidi, czego ja nie rozumiem), mogłam pogonić tatę, ale... chciałam kartonik, bo ładny. A i w sumie, takiego zestawienia dodatków to jeszcze nie widziałam. O jednym z nich w ogóle dowiedziałam się przy otwarciu - że chrupiące płatki słodowe?! Że co...? Oj, byłam sceptyczna i niechętna, ale cóż. Dla wyższych celów: dla recenzji, dla opakowania, dla Waszej uciechy, zrobiłam z siebie królika doświadczalnego.

Heidi WinterVenture Crunchy Almonds to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z karmelizowanymi migdałami, chrupiącymi płatkami słodowymi i kardamonem (a dokładniej, wg producenta: "naturalnym aromatem Kardamonu").

Gdy tylko zbliżałam się do tabliczki, zadrapało mnie w nosie od cukru i przypraw korzennych. Jedno i drugie tonęło w mleku, co i tak dało tandetny efekt. Było bowiem przerysowane i tanie. Mimo że ewidentnie czuć ostro-gorzki kardamon kojarzący się z pieprzem, doszukałam się sztuczności a'la cola.

Tabliczka w dotyku wydała mi się suchym ulepkiem. Lekko trzaskała przy łamaniu, ale raczej dzięki dodatkom. Tych było sporo, można powiedzieć - dosłownie - że tabliczkę nimi najeżono.
W ustach rozpływała się opornie. Zwlekała, po czym powoli i wodniście znikała, stając się grudą do złudzenia przypominającą plastelinę. Dlatego też mnogość dodatków wyszła tu jako plus - tabliczka to i tak okropny ulepek.
Dodatków dodano mniej więcej po równo, acz miałam wrażenie, że migdałów nieco mniej.
Migdały - chrupiące i przypominające świeże, bez skórek, karmelizowane minimalnie - to kawałki wielkości średniej i dość sporej (jak na tak cienką tabliczkę). Bardzo pozytywny element!
Z kolei kawałki słodowe... to zarówno spore sztuki, jak i drobinki, do złudzenia przypominające skrzypiący i okropnie przyklejający się, chrupiący cukro-karmel. Minimalnie mniej irytująca wersja tworu (nugatu) z Toblerone. Nie rozpuszczał się zbyt chętnie, drapał i irytował, zostając na koniec.

W smaku czekolada od początku powalała cukrem, któremu towarzyszyła dziwna, naperfumowano-naaromatyzowana korzenność. Sztuczna i tandetna.

W cukrowości odnalazło się też mleko, ale tabliczka jawiła mi się jako plastikowa, zrobiona głównie z cukru i doprawiona coraz mocniejszą nutą. Korzenność szybko zaczęła robić się coraz bardziej wyrazista, ostrawo-gorzka i niemal pieprzna. Kardamon czułam, ale nie był czystym, prawdziwym kardamonem, a takim przytępionym i zarazem sztucznie podrasowanym. Co więcej, pobrzmiewał obok cukrowości, nie przełamał jej.

Bliżej dodatków nakręcała się cukrowość, choć chyba w bardziej karmelowo-korzennym kontekście. Migdały zacnie się w to wpisały. Im w smaku nie mam nic do zarzucenia: lekko podprażone i wyraziste. Nawet nie wydały mi się za mocno karmelizowane (albo zjadłam za mało). Smaczne, ale w złym otoczeniu gubiły się.

Drugi dodatek wpisał się w sztuczność i goryczkę. Kojarzył mi się z tandetnym, kawowym karmelem. Cukrowo-sztuczny, przy rozgryzaniu bardziej słodowo-kakaowy, ale nadal sztuczny i cukrowo słodki. Zagłuszał kardamon i uwypuklał plastikowy akcent.

Pod koniec wszystko i tak tłamsił cukier i tandetny posmak.

W posmaku po przełknięciu pozostał jednak niemal pieprzny kardamon, odległe wspomnienie migdałów i ten dziwny... nieokreślony sztucznie-kawowy, karmelowy chrupacz. Cukrowość wypalająca usta i gardło nie dopuściła do przejrzystości.

Całość była do bólu tania, plastikowo-ulepkowata i tandetna. Może i z pomysłem, ale jakimś dziwnym, bo tak nawet teoretycznie, dodatki mi do siebie nie pasowały. Dobre migdały to chyba jedyny plus, ale i tak nie przełożyły się na zjadliwość całości (po gryzie nie chciałam mieć z tym do czynienia; drugi zrobiłam, na potrzeby recenzji, brr). Pseudokardamon był dziwny, słodo-karmel też - nie wiadomo co, a jego struktura strasznie irytowała. Czekoladowa baza to dziadostwo w każdym milimetrze. Mamie też nie smakowała ("jak tylko poczułam tę przyprawę, nie chciałam się nad tym nawet zastanawiać, ale całościowo tak mi się jakoś z wafelkiem kojarzyła"), więc oddałyśmy Tacie. Ten to pochrupał, pochrupał i był zadowolony, bo "słodko i chrupiąco".


ocena: 2/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, karmelizowane migdały 7,7 % (migdały 89%, cukier), chrupiące płatki słodowe 4,4% (ekstrakt słodu jęczmiennego, cukier, fruktoza, odtłuszczone kakao w proszku, pełne mleko w proszku, sól, aromat), odtłuszczone mleko w proszku, lecytyna sojowa, naturalne aromaty (wanilii, kardamonu 0,02%)

niedziela, 17 marca 2019

Terravita CocoaCara 77 % Cacao Coffee & Cardamon Dark Chocolate ciemna z kawą i kardamonem

Uwielbiam czarną kawę i chyba piję jej za dużo, przez co naprawdę trudno o to, by kawowe słodycze mnie usatysfakcjonowały. Z kawowych czekolad, jakie zamawiam, dotychczas stawiałam głównie na Zottery, ale dzisiaj przedstawiana wyjątkowo mi się spodobała dzięki drugiemu dodatkowi. Bardzo lubię kardamon, ale... w czekoladzie w duecie z kawą? Jakoś nie wpadłabym chyba na takie połączenie. Całe szczęście, że wpadła Terravita, która to wysłała mi kilka czekolad w ramach współpracy. Czułam, że może być naprawdę dobrze.

Terravita CocoaCara 77 % Cacao Coffee & Cardamon Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z kawą i kardamonem.

Po otwarciu zbombardował mnie piękny, wytrawnie-słodki zapach kawy. Kojarzył się trochę z mocno cappuccino-kawowymi, gorzkawymi cukierkami w ciemnej czekoladzie podanymi do kawy właśnie (przywołało to wspomnienie, gdy babcia przynosiła cukierki Pyszne, jadły je z Mamą do kawy, a mała ja tylko patrzyła, jak tu z mieszanki wybrać wszystkie kawowe cukierki - jedyne, które mi smakowały; po latach jednak do cukierków nie wróciłam - pewnie w rzeczywistości są paskudne). Kardamon plątał się w tle.
Po przełamaniu wzmocniła się goryczka i słodka wytrawność, bo kardamon odezwał się odważniej i zrównał się z kawą. Jego woń aż osadziła się na moich palach. To on zaczął dominować, tworząc słodko-goryczkowaty, korzenny klimat.

A właśnie: przełamanie... było łatwe z racji cienkości, a nie miękkości tabliczki. Okazała się strasznie twarda i trzaskająca bardzo głośno, jakby była sucha. Ujawniła przekrój z mnóstwem drobinek kardamonu.
W ustach szybko miękła, choć rozpuszczała się powoli i leniwie. Robiła to w maziście-lepiący sposób, kojarząc się trochę z nie za tłustym, ale kremowym bagienkiem. Nie zabrakło jej suchej pylistości, która wyszła pozytywnie z racji tego, że w dużej mierze utworzył ją dodatek kardamonu (w postaci trzeszczących drobinek / pyłku).

Od pierwszego kęsa rozbrzmiała ordynarna, acz nie przesadzona słodycz. Po prostu najpierw miała zwyczajny (trochę cukrowy) wydźwięk, by po chwili zrobić się bardziej korzennie-cappuccinową.

Szybko opłynęła ją mocno palona gorzkość, kojarząca się z wytrawnym kakaowym sosem i paloną kawą. Nie była to siekiera, ale gorzki smak wydawał się bezkompromisowy i zespojony z cierpkością kakao oraz kawy.
Kawa właśnie łączyła się ze zdecydowaną słodyczą i maślanością (myślę, że konsystencja czekolady mlecznej się na to przełożyła) wyszła niczym cappuccino albo raczej jak całkiem gorzkawe (dobre jakościowo) słodycze o tym smaku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kardamon przestał spoufalać się z cappuccino, a wyprzedził je. Podporządkował sobie słodycz i goryczkę, tak że cappuccino zrobiło się... słodko-goryczkowatą korzennością wspartą cierpkością kakao i kawy. Słodycz nabrała o wiele wytrawniejszego wydźwięku.

Im bliżej końca, tym kardamon był silniejszy. Rozgrzewał i mieszał się łaskawie z poszczególnymi smaczkami. Słodyczy się narzucił, ale że i ona znacząco wzrosła, bliżej końca przestała wydawać jakkolwiek szlachetna, a wyszła po prostu za mocna.

W posmaku pozostała przesadzona słodycz ciemnej czekolady i taka "korzenna", cierpkość kakao, a także kardamon z całkiem znaczącą goryczką. Kawa jakoś szybko zniknęła.
Było dobrze, jeśli chodzi o balans między tłustością, a suchością - przyjemne proporcje. Osobiście czułam się jednak zasłodzona już tak trochę w kontekście "przesłodzenia", a nie pożądanego zasłodzenia, ale nie było źle. Jako ciekawostkę nadmienię, że od kardamonowo-korzennej mocy raz aż kichnęłam.

Czekolada bardzo mi smakowała, choć osobiście wolałabym, by dodano mniej cukru, a jej struktura była bardziej ciemna, a nie miękka jak mleczne czekolady (z takich większych to mój jedyny zarzut; jakości się nie czepiam, bo w swojej kategorii jest ok). Zadowalająca, ale nie rewelacyjna ciemna czekolada dobrze wyszła z wyrazistym kardamonem i nieco mniej wyrazistą, ale wciąż smakowicie wyczuwalną kawą jako łagodne cappuccino. Korzenna kawa z kakaowym syropem, w której nie pożałowano, ale i nie przesadzono z dodatkami? O tak, to wyszło o wiele lepiej niż palące chili z nijaką pomarańczą.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od Terravity
cena: -
kaloryczność: 490 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, kawa (0,5%), kardamon (0,5%), emulgatory: lecytyna sojowa i E476; aromaty