Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: piwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout ciemna z Dominikany

Nie jestem fanką smakowych, infuzowanych degustacyjnych czekolad. Czasem dopuszczam danie takim szansę, ale nigdy nie są moim wyborem. Abym się skusiła, za czymś takim musi stać marka, której jestem pewna. A Beskidu jestem. Zwłaszcza, że dziś przedstawiana bazowała na naprawdę zacnym kakao, którego smak (który poznałam dobrze za sprawą czystym ciemnych tabliczek, m.in. Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024) według mnie naprawdę miał szansę stworzyć z whisky coś pysznego. Niestety jednak dopiero na krótko przed samą degustacją dotarł do mnie wyraźnie fakt, że powinnam się nastawić także na aromaty stouta. Kakao dojrzewało bowiem przez 7 miesięcy w dębowych beczkach po burbonie Woodford Reserve oraz imperialnym stoucie Browarny Craft Beer – Bestie. Ten ponoć ma nuty palonego słodu, ciemnej czekolady i subtelnej słodyczy. A ta whisky... wow, jej opis mnie zaskoczył. Ponoć zawiera ponad dwieście wyczuwalnych nut: od mocnego zboża i drewna, po słodkie aromaty przypraw, owoców i nut kwiatowych".

Beskid Chocolate Barrel Aged Chocolate Hispaniola Barrel Aged 70 % Czekolada Gorzka z ziaren kakao leżakowanych w beczce po burbonie i piwie typu stout to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany, które leżakowało w beczkach po burbonie Woodford Reserve i imperialnym stoucie Browarny Craft Beer - Bestie.

Gdy tylko rozcięłam folię, uderzył bardzo silny, głęboko czekoladowy zapach, kojarzący się z podwójnie lub nawet potrójnie czekoladowym brownie, któremu towarzyszyła słodycz krówko-karmelu i czekoladowa kawa mokka z nieco mlecznym elementem, ale i goryczką. Przechodziła w kawowo-czekoladowy sernik ze słodką warstwą ze śmietany. Bardzo wyraźnie wszystko to przeplotła jakby karmelowo-pikantna, dosadnie alkoholowa i słodka w szlachetny sposób whisky. Choć z czekoladowością stworzyła wizję czekoladowych trufli z whisky, głównie wydawała się z nią ścigać. Ich zawodom z oddali przyglądała się lekka goryczka ciemnego, też jakby czekoladowego, piwa oraz motyw bardziej rześki, kwiatowy. Lekko zahaczający o owocową egzotykę? Pewna część alkoholowości wiązała się z tym soczystym motywem. Po głowie snuł mi się owocowo smakujący koniak i brandy mandarynkowa.

Niestety tabliczka trafiła do mnie źle zatemperowana. Ech, coraz częściej na takie trafiam. 
Masywna tabliczka podczas łamania trzaskała średnio głośno i kruszyła się przez miejscowe złe zatemperowanie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli wolno, bardzo długo zachowując zbity kształt, mimo mazistości. Podniebienie pokrywała maziście-soczystymi smugami, a raz po raz czuć w niej jakby chropowatość, pylistość - właśnie złe zatemperowanie.

W smaku pierwsza ruszyła niemal urocza słodycz krówek. Po chwili zaznaczyła się na tym etapie subtelna, jeszcze nie tak jednoznaczna whisky (bardziej jako "szlachetna alkoholowość") i poprowadziła je w stronę poważniejszego, palonego karmelu.

W tle przemknęły kwiaty, przygotowujące grunt pod rześkość. Ta szybko dała się poznać jako owocowa. Z alkoholową dosadnością whisky, która w tym czasie się rozkręcała, przywodziły na myśl koniak i mandarynkową brandy. Cytrusy nieco się nasilały i z czasem mandarynki wystąpiły jako owoce, nie tylko jako nuta alkoholu. Cytrusy, do których podkrada się coś egzotycznego?

Swą obecność delikatnie zaznaczyła torfowa ziemia, puszczając jednak przodem coś innego...

Whisky rozbrzmiała bardzo wyraźnie. Mimo że realnych procentów nie było w tej tabliczce, czuć jej alkoholową mocarność, splecioną z ciężko karmelową słodyczą. Właśnie jakoby za sprawą wątku alkoholowego znacząco wzrosła słodycz, a ja pomyślałam o specyficznym "cukrowym szkiełku" (czyli warstwie, jaka czasem pojawia się w czekoladach z płynnym alkoholowym nadzieniem np. Lindt Whisky).

Gorzkość bazy nie zwlekała i ruszyła, nasilając się znacząco. Była palona, trochę kawowa niczym palone ziarna kawy... Rozsypane na czarną, wilgotną ziemię? Odnotowałam motyw ciemnego, słodko-goryczkowatego piwa, ale nie piwo jako takie. Z alkoholi wyraźnie dominowała whisky.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość i lekki kwasek zaserwowały mi jeszcze trochę owoców w tle: już nie tylko mandarynki, ale też, a nawet bardziej mango i ananasa... może nawet winogrona? Robiące aluzje do mocnej grappy? Wydawało się, że kwiaty trochę próbowały je ukryć.

Ziarna kawy i ziemia nieco złagodniały, stając się czekoladową kawą mokka. Kawą z nutką pomarańczy? I śmietanką?

Część kwasku odłączyła się od owoców, idąc w kierunku kwaskawego sernika z warstwą śmietanową na wierzchu. Sernika czekoladowego, w dodatku jakby... ze skórką pomarańczy nasączoną whisky? Jakbym tak jedząc sernik trafiła raz za razem na nią właśnie, a po chwili... zagłuszył to mocny ananasowy alkohol - brandy ananasowa?

Whisky poniekąd zdawała się walczyć z czekoladowością, spierać się o dominację. Tu czekoladzie przyszło z pomocą... piwo? Jakby mocno czekoladowe piwo, a po chwili mocno czekoladowe brownie z piwem, którym czuć goryczkę słodu i kawy. Za ich sprawą na znaczeniu mocno przybrał palony wątek. Pomyślałam też o mocno alkoholowych czekoladowych cukierkach "trufle". Przez moment z mniej jednoznacznym alkoholem.

Goryczka z czasem przechwyciła plączące się tu i ówdzie kwiaty i pokierowała je w ziołowym, dosadniejszym kierunku. Goryczka i cierpkość ziół szybko zatonęła w pikanterii whisky, która wróciła bardzo wyrazista. Whisky, właśnie pikanterią i specyficzną, alkoholową słodyczą - ale bez alkoholu! - aż jakby rozgrzewała gardło i przyprawami piekła w język.

Wykorzystała to ziemia, porządnie wieńcząc końcówkę.

Po zjedzeniu został posmak whisky i słodu prosto z piwa, zupełnie, jakbym wypiła trochę jednego i drugiego oraz mocno czekoladowego brownie, w którym czekoladowość podkręcono kawą i palonym słodem. Whisky jawiła się jako niemal karmelowo słodka i pikantna, gryząca tym samym w język. Obecna soczystość wraz z nią udawała koniak i/lub owocową brandy. Mandarynkowo-pomarańczowo-ananasowe echo z owoców w posmaku miało najwięcej do powiedzenia, acz i ono nie było bardzo intensywne.

Czekolada na pewno była interesująca i niewątpliwie smaczna, ale nie chwyciła mnie tak, jak robią to czyste ciemne tabliczki tej marki. Mocne nuty alkoholi walczyły z czekoladą, która z jednej strony wydawała się tym zmotywowana i nakręcała się w swej czekoladowości, z drugiej... ja czułam się przytłoczona whisky. W moim odczuciu to wszystko było nazbyt chaotyczne. A jednak muszę przyznać, że wielbicieli whisky, powinna w sobie rozkochać. Bardzo subiektywnie wystawiłabym jej 8, ale nie ma zamiaru odejmować punktów za to, że wolę czyste czekolady do dodatków. Chyba wśród czekolad smakujących alkoholem to prawdziwa gwiazda.

Baza Beskid Chocolate Dominikana Hispaniola BIO Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 % Kakao; nowa 2024 do rozpoznania, ale w ciemno mogłoby to uciec, bo jednak uwaga skupiała się na przepychankach czekolady z whisky, a jeszcze i piwo co nieco wtrąciło.
Podobnie jak w podlinkowanej czułam tu sporo krówko-karmelu, kwiatów, sernika, ziół, trochę mandarynek i mango, cytrusy i pikanterię, ale inaczej rozłożyły się siły. Dziś prezentowana wyszła bardziej mandarynkowo-pomarańczowa, do czego doszedł ananas, mniej w niej było krówek, zniknęły soczyste daktyle i orzechy. To whisky zdawała się w dziś przedstawianej rozdawać karty, a i jej smak bardzo silnie czuć. W dodatku sprawiła, że słodycz wydawała mi się jakaś taka dosadniejsza i aż trochę przytłaczająca. Piwo nutami palonymi, słodowymi też to i owo pozmieniało, wydobyło i rozkręciło kawę, jak mi się zdaje, ale nie było aż tak imperatywne jak whisky.
Nie przekonuje mnie zabarwianie smaku kakao, a już tym bardziej dwom różnymi alkoholami. Ciekawe, czy można było by nadać kakao smak whisky delikatniejszy, gdyby tak np. dojrzewało w beczkach o wiele krócej?


ocena: 9/10
kupiłam: Beskid Chocolate
cena: 34,30 zł (za 70 g; dostałam rabat)
kaloryczność: 505 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakaowca, cukier trzcinowy nierafinowany

sobota, 3 sierpnia 2024

U Dziwisza Ciemne Piwo z Rokitnikiem ciemna mleczna 50 % z Peru ze słodem jęczmiennym i rokitnikiem

Choć czekolady U Dziwisza same w sobie łagodnie mówiąc mnie nie zachwyciły, uznałam, że w zasadzie takie czekolady jako bazy pod dodatki mogą być w porządku, stąd właśnie gdy skontaktowałam się z przedstawicielem marki, podsunęłam pomysł, że mogłabym popróbować tych z dodatkami w górach. Stąd 2 dni po zjedzeniu U Dziwisza Ciemne Piwo, gdy pojechałam w góry na niewymagającą, ale urokliwą trasę, wzięłam dzisiaj przedstawianą czekoladę. Ciekawiło mnie, ile wniósł rokitnik, który dodali w formie posypki. I zaczęłam się zastanawiać, czy coś takiego pasowałoby do ciemnego piwa? Pomyślałam sobie jednak, że czekolada czysta Ciemne Piwo była na tyle nudnawa, że może okazać się dobrą bazą.
Po ogarnięciu Rittera....... na Hali Boracza wybrałam szlak zielony, którym z czasem wyszłam na czarny szlak na Halę Redykalną. Dobrze, że nie radykalną - przeszło mi przez myśl. Oznaczenia jakoś mi nie leżały, wydawały się nieczytelne, ale udało mi się nie zgubić. Acz czułam się chwilami trochę niepewnie, bo pogoda była piękna, a ludzi spotkałam niewielu. Trafiłam za to na krokusy. Kiedy wreszcie dotarłam na Rysiankę, tknęło mnie, że jak na takie proste szlaki, dziwnie dużo tam schronisk co chwila. No, ale w sumie może to nie dziwne, jako że widoki zachwycały. Po drodze m.in. Mała Fatra, potem jeszcze Tatry - no cuda! Idealne miejsce, by zająć się czekoladą. Jadłam ją jednak nie tylko tam, a i schodząc szlakiem zielonym do parkingu, a potem jeszcze trochę dla weryfikacji w domowych warunkach. Miałam co prawda zahaczyć jeszcze o Halę Pawlusią, ale sobie darowałam, bo pogoda zaczęła się psuć. Deszcz nie był by taki straszny sam w sobie, lecz schodzący trafiłam na śliski, topniejący śnieg. A deszcz zacinał coraz mocniej. I tak jednak to była bardzo udana wyprawa. A czy z udaną degustacją? 

 U Dziwisza Ciemne Piwo + Rokitnik to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao Chuncho z Peru ze słodem jęczmiennym i rokitnikiem liofilizowanym; stylizowana na ciemne piwo z rokitnikiem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach goryczkowatego, cierpkiego i kwaśnego, suszonego owocu - rokitnika. Wydał mi się dziwnie ciężko soczysty. Zapach był jakby "znajomy, ale z czymś". Trochę jak kwaśny sok pomarańczowy z akcentem skórko cytrusów i jakiegoś soku czy dżemu morelowego. Sama czekolada stała dopiero za tym, dodając rokitnikowi echa... Bardzo stonowanej, trochę mlecznej, acz poważniejszej, na pewno nie uroczej czekolady. 

Lśniąca tabliczka z jednej strony była sowicie posypana liofilizowanym rokitnikiem. Wyglądał dosłownie jak tylko poukładany na czekoladzie i przy dotykaniu jej, kilka jego kulek natychmiast odpadło. Kolejne odpadły przy łamaniu. Łamaniu towarzyszyło nie tylko odpadanie dodatku, ale też całkiem głośne trzaskanie. A jednak częściowo był całkiem nieźle wtopiony. Część lepiej, część gorzej, bo i ogólnie czekolada była miejscami grubsza, miejscami standardowa. W dotyku były miękkawe, uginające się, acz zwarte zarazem. 
W ustach czekolada rozpływała się łatwo. Robiła to w tempie umiarkowanym, raczej ochoczo. Była gęsta i nieco lepkawa, ale nie mocno kremowa. Wydała mi się raczej gładka, acz nie do końca, a z pewną chropowatością do odnotowania. Tu nieco wchodził rokitnik, który odwracał też uwagę od tłustości czekolady, która wyłaniała się dosłownie na parę sekund. Nie kleiła się tak, jak wersja czysta - na drodze do tego stał rokitnik, który nie był zbyt integralny, ale przez pewien czas w ustach trzymał się wlepiony w czekoladę.
Owoce rokitnika szybko przybierały na soczystości. Faktycznie były miękkawe, z wyraźnym rozróżnieniem na skórkę i bardziej glutkowaty miąższ kojarzący się z miękkim winogronami lub wiśniami. Z zaskoczeniem trafiłam w każdym owocu na sporą pestkę, wyglądającą jak ziarenko siemienia lnianego, ale o twardości kamienia. 

W smaku czekolada przywitała mnie delikatną słodyczą karmelu wchodzącą w lekką goryczkę i mieszającą się z odrobiną mleka. 

Rokitnik bardzo szybko przeciął to wszystko intensywną, cierpką kwaśnością. Po chwili niemal zupełnie zdominował kompozycję. Kojarzył mi się z jakby mocno cytrusową wersją dzikiej róży. 

Soczysta kwaśność suszonego rokitnika nasilała się epizodycznie. Chwilami była tak mocna, że prawie zupełnie zagłuszała czekoladę. Potem jednak dawała jej trochę dojść do głosu. 

Czekolada mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa dała się poznać jako lekko słodkawa, nieco gorzkawa i mleczna, acz też nie mocno. Wydała mi się spokojna, ale z wyczuwalnym palonym wątkiem. Odezwał się słód. Wydaje mi się, że rokitnik podkręcił jego zbożowo-palony, goryczkowaty smak, acz sam mocno zabarwił czekoladę.
Kiedy spróbowałam odrobinę samej czekolady, okazało się, że mocno przesiąkła kwaśnym dodatkiem, choć nie czuć w niej samej takiej mocnej kwaśności. 

Z czasem kwaśność i cierpkość rokitnika znów się nasilała, zajmując i pierwszy, i drugi plan. Serwował soczystość typu ciężkiego. Czekolada tylko wówczas pobrzmiewała. Mimo tego, że słód całkiem wyraźnie się odzywał, nie było gorzko. 

Gdy wszystko mocno się ze sobą wymieszało, piwo faktycznie przychodziło do głowy, jednak na pewno nie ciemne, a jasne. Jasne, lekko palone, ale kwaśne i ciężko soczyste. 

Owoce gryzłam głównie dopiero na koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła, a tylko nieliczne podgryzałam wcześniej, obok czekolady. W zasadzie nie wymagały tego, bo i tak cały czas były wyczuwalne. Nawet za bardzo. 

Rokitnik końcowo okazał się mocno kwaśny. Był też cierpki, ciężko soczysty, a raz po raz sprawiał wrażenie goryczkowatego. Kojarzył mi się z dziwaczną, cytrusową wersją dzikiej róży, wymieszanej z... Czymś. Po czekoladzie był ciekawy, nawet smaczny, jeszcze nie przeraźliwie kwachowaty. 
Parę owoców spróbowałam jednak zupełnie osobno, bo wypadły. Te już były kwachowate za bardzo. Soczyste, cierpkawe, ale tak w tym dosadne, że niezbyt atrakcyjne do jedzenia osobno. 
Smakowo w zasadzie pestki były niby nijakie, ale jakoś się wyróżniały - trochę jak wielkie pestki malin.

Po zjedzeniu został wyrazisty posmak kwaśno-cierpkiego rokitnika. Był specyficzny i dominujący. Słodkawo-poważniejsza, nie gorzka, ale i nie wyraźnie mleczna czekolada stanowiła jedynie lekko odczuwalne, liche tło. 

Rokitnik trochę wydobył słód ze słodko-mlecznej toni, osłabił mleczność. Ogólnie osłabił czekoladę, zajmując pierwszy plan na sporo czasu. Tabliczka wydała mi się nawet w pewnym sensie ciekawa, dziwna, ale na raz, poznawczo, ciekawostkowo. Gdybym znała efekt i sam smak rokitnika, za nic bym nie kupiła. Rokitnik mocno zdominował czekoladę, więc wydaje mi się, że dodano go za dużo. Ja bym widziała dodanie go w towarzystwie innego owocu lub orzechów dla wyrównania. Prawdą jest, że podkreślił trochę słód, ale skojarzenie przekierował z tytułowego ciemnego piwa na jasne. Rokitnik do czekolady bardziej by się sprawdził chyba jako nadzienie, ewentualnie do bazy znacznie intensywniejszej, czyli dla mnie porządnie ciemnej lub pewnie jak ktoś lubi, bardziej mlecznej i słodszej. Po...... stwierdziłam, że to chyba dobra czekolada na bazę pod coś, jednak po tej stwierdzam, że chyba nie pod coś tak intensywnego. Na szczęście jednak miałam jeszcze tabliczkę z innym dodatkiem.  Ok, była ciekawa, bo była z rokitnikiem, ale to tylko dlatego, że rokitnik nie jest popularny. Sam, bez czekoladowej bazy, też wydał by mi się przy pierwszym spróbowaniu ciekawy. 
Na pewno nie podobała mi się taka forma. Małe wady samej czekolady, które wskazałam w czystej tu się ukryły, ale ta nie wyszła lepiej, ponieważ uważam, że jak robi się czekoladę z dodatkiem, to dodatek ten powinien być bardziej integralny, aniżeli być jedynie doklejoną, odpadającą posypką. 

Nie moja forma, nie dla mnie takie smaki i pestkowy dodatek-posypka, więc jakimiś 2-3 kostkami poczęstowałam kolegę na szlaku, a 2 paski wróciły do domu, dla Mamy. Jej opinia: "O ile czysta w zasadzie mi smakowała, tak w przypadku tej tabliczki samą tę czekoladę odebrałam gorzej. W dużej części wyskubałam tego rokitnika i zjadłam oddzielnie, ale potem ta czekolada wciąż nim smakowała, bo przesiąkła. I to przeszkadzało. A już jak wszystko razem jadłam to w ogóle! Obecnie lubię kwaśność w słodyczach, ale ten kwach tutaj kompletnie zabił smak czekolady. Dodano go za dużo i bezsensownie. Producent powinien pomyśleć, czy taki dodatek w ogóle do czekolady pasuje. Nie wiem, co to miało niby wspólnego z ciemnym piwem. Przecież one są słodko-gorzkie, a nie kwachowate. Jak już, to o jasnym bym pomyślała. Ja bym tę czekoladę o wiele niżej oceniła. Gdybym była producentem, w ogóle bym takiej nie wydała". 


ocena: 5/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za ok. 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, słód jęczmienny, rokitnik liofilizowany

środa, 31 lipca 2024

U Dziwisza Ciemne Piwo ciemna mleczna 50 % z Peru ze słodem jęczmiennym

Czasem daję markom drugą szansę, bo szczerze wierzę, że mogło się coś zmienić na lepsze, a czasem po dłuższym czasie próbuję czegoś nowego od danej marki niespecjalnie wierząc, że będzie znacznie lepiej niż w przypadku już próbowanych czekolad. Z czekoladziarnią U Dziwisza miałam bardzo mieszane uczucia. Znałam ich "popisy" i nie przypadły mi do gustu, a nowe... Nie sądziłam, że wyjdą dużo lepiej, ale wierzyłam, że lepiej, bo na szczęście zmienili sposób słodzenia ze słodzików na cukier trzcinowy.

 U Dziwisza Ciemne Piwo to czekolada mleczna o zawartości 50 % kakao Chuncho z Peru ze słodem jęczmiennym, stylizowana na ciemne piwo.

Po otwarciu poczułam zapach wiejskiego mleka - dosłownie całej wsi, mleka prosto od krowy w wiadrze, echa sianka i słońca, budzącego całą wieś do życia. Słodycz zaznaczyła się jako znacząca, ale nie za mocna. Miała karmelowy charakter. W oddali pojawiło się trochę soczystych przebłysków, nawet obietnica lekkiego kwasku, a słód czy piwo natomiast nie.

Tabliczka wyglądała na polewowo-śliskawą. W dotyku wydała mi się tłustawa, a przy łamaniu choć okazała się dość twarda, nie trzaskała ani trochę. Kruszyła się za to mocno. Przy odgryzaniu kęsa wydawała się nawet miękkawa, acz wciąż masywna.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ochoczo. Zalepiała dość kleiście - czuć w niej specyficzną lekką gumiastość pełnego mleka w proszku. Dała się poznać jako gładka i bardzo pełno mleczna. Rzedła z czasem, dosłownie zmieniając się w pełne mleko. Końcowo jawiła się jako tłusta i rzadka, znikała prawie na wodę, zostawiając lekką cierpkość.

W smaku pierwszą poczułam słodycz, która wydała mi się trochę karmelowa, ale jeszcze nieśmiała. Dopiero zaczęła rosnąć i w sumie robiła to dość szybko.

Usta zalało mi mnóstwo mleka. To bardzo naturalna mleczność - mleka tłustego, prosto od krowy ze wsi. Przejawiało nieco siankową nutę, pewną orzechowość w oddali. Słód mocno podkręcił zbożowy wątek.

Na mlecznej fali z czasem zaznaczyła się lekka goryczka słodu. Podkreśliła orzechowo-siankowy akcent, sama nie pchając się szczególnie na przód. Do zboża dodał jeszcze nieco paloną nutę, która wydobyła truflowo-kakaowy motyw, nawet akcent dymu, acz nie silną gorzkość. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko porządnie zmieszało się z nutą kakaowo-gorzkawą, że zmieniło się w mocno mleczny, a zarazem truflowo kakaowy blok czekoladowy. Taki na pełnym, intensywnym mleku w proszku. Choć kakao było wyraziste, wciąż o gorzkości jako takiej trudno tu mówić.

Słodycz zdążyła wzrosnąć porządnie i nawet zaznaczyć się trochę w gardle - acz jeszcze nie drapała. Pokazała swój bardziej palony karmelowy charakter - pomyślałam o karmelizowanym zbożu, więc i tu słód się trochę ujawnił. Wciąż lekki, ale już nie nieśmiały charakter. Słodycz poniekąd wpisywała się w jakby szlachetniejszy, naturalny blok czekoladowy, mieszając się z naturalną słodyczą mleka.

W jego delikatnej gorzkawości i cierpkości pojawiło się też skojarzenie z piwem za sprawą nienachalnie pobrzmiewającego słodu. Piwem...czekoladowym? Na pewno ciemnym, trochę cierpkawym.

W tle, w oddali zaznaczyła się soczystość... Trzymała się czekoladowego piwa i jakby soczystego kakao, acz też czerwone owoce przemknęły mi przez myśl. Nie na tyle mocno jednak, by jakieś konkretne uchwycić. Tonęły w mnóstwie mleka i delikatnej goryczko-cierpkości.

Po zjedzeniu został posmak mlecznie smakującego, ciemnego czekoladowego piwa i jakby rozgrzewający motyw. W głowie miałam charakterne piwo i ciepły dzień na wsi. Czuć ogrom mleczności, nie za wysoką, ale dosadną słodycz karmelu, a także lekką cierpkość truflowo-słodową.

Czekolada wyszła w zasadzie smacznie, intensywnie mlecznie, mlecznie do potęgi, a jednocześnie z charakterem. Nie była jednak gorzka - kojarzyła mi się z wyraźnie kakaowym, bardzo mlecznym blokiem czekoladowym oraz czekoladowym piwem. Nuta słodu nie była tu bardzo intensywna, ale spełniła swoją rolę, podsuwając do głowy ciemne piwo. Słód wiele dobrego dodał tej czekoladzie - bez niego byłaby nudna. Całościowo wyszło całkiem ok, acz dla mnie za tłusto, ciężko.

Ze względu na jednak mocno mleczny charakter, końcowo mnie znudziła i 2 paski z 5 oddałam Mamie. Jej opinia: "Z zaskoczeniem odkryłam, że ta czekolada mi... smakowała! Nie jakoś wyjątkowo, ale smakowała. Tak ciekawie najpierw słodka, mleczna, a potem nagle w połowie rozpływania się kęsa taka goryczka jakby zbożowa - chyba ten słód - się wyłaniała. I taka bardzo ciekawa mi się wydała, a potem znikała tak w ciemnej, mlecznej czekoladzie i słodyczy. Taka... może faktycznie trochę jak blok czekoladowy, przy czym wolę swój blok czekoladowy, ale ta... jak ktoś lubi ciemne mleczne i chce coś trochę innego, to naprawdę może smakować".


ocena: 7/10
kupiłam: Sklep U Dziwisza (dostałam)
cena: 22 zł (za ok. 50 g; ja dostałam)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, słód jęczmienny

środa, 11 października 2023

Prime Chocolate Barrel-aged 70 % Imperial Sout one year ciemna z Hondurasu "piwna"; z ziaren macerowanych w piwie

Nie lubię alkoholu, bardzo rzadko zdarza się, że coś tam wypiję. Dopuszczam tylko ciekawe smakowo rzeczy. W temacie mam więc znikomą wiedzę. Pod tę recenzję zrobiłam w internecie mały research. Opisywaną czekoladę zrobiono bowiem z ziaren kakao nasączonych piwem Imperial stout. Cóż to dokładnie za trunek? Ponoć bardzo ciemne i mocno palone piwo górnej fermentacji, wywodzące się z Anglii. Co więcej, zrobiono ją w ramach autorskiej technologii - ziarna kakao fermentowały podwójnie. Dzięki temu, że nasiąkały w tym piwie przed tym, jak je wysuszono, wciągnęły w siebie jego nuty, bez samego alkoholu.

Prime Chocolate Barrel-aged 70% Imperial Sout one year to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Hondurasu, nasączanego w piwie "imperial stout".

Po otwarciu poczułam wyraźnie palono-piwny zapach, za którym stała kwaśność lekko specyficznie piwna oraz cytrusowa - mieszanka cytryny i limonki, które nie zapomniały o swojej goryczkowatej skórce. Kompozycja była też znacząco słodka za sprawą miodu. Pomyślałam o jakimś oddającym zboże, ale niekoniecznie bardzo ciemnym... Właśnie i samo zboże, trawy z pewną rześkością też się pokazały. Na mocno słodowym, trochę migdałowym, gorzkawym tle. Nie brakowało soczyście-słodkich jeżyn i truskawek, które kontrastowo raz po raz wydały mi się aż pudrowe... I pasujące do ukwieconego pola, kwiatów pochowanych wśród zboża wpisanych w miód.

Tabliczka była twarda i już w dotyku zdradzała kremowość. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, przy czym kojarzyła mi się z dźwiękiem przesypywanych kamyków.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, acz raczej wolno niż szybko, niczym gęstawy i leciutko lepki budyń. Była mazista i maślano tłusta. 

W smaku przywitał mnie karmel o średnim stopniu palenia. Charakterny i palony, ale jednocześnie głównie słodki. Obok pojawiły się kwiaty, słodkie w rześki sposób.

Dosłownie w kolejnej sekundzie przemknęło piwo, a dokładniej kwaskawa pianka na gorzkawym piwie niemal czarnego koloru.

Pojawiło się też spienione mleko, dodane do kawy. To już było naprawdę mnóstwo pianki rozmaitej.

Za którą przewinęły się kwaskawo-cierpkie owoce. Na pewno jeżyny, może... czarny bez? Z motywem kwiatów czarnego bzu, rozchodzących się od mniej jednoznacznych kwiatów z samego początku. Pomyślałam też o słodszych truskawkach, acz wszystkie one po chwili jakby nieco ukryły się w gorzkiej paloności.

Owocową kwaśność i gorzkość hamowała i wygładzała jakby bazowa maślaność i mleczność. Może też sugestia migdałów? Te akcenty w końcu zaobfitowały w bardzo wyrazisty obraz cappuccino. 

Palona nuta rozbrzmiała, gdyż i piwo zdecydowało się na wyrazistszy występ. Ewidentnie poczułam mocne, ciemne piwo o wyraźnej gorzkości słodu. Słód, zboże... było palone i wszechobecne. Aż zaskakująco jednoznaczne ciemne piwo podkreślił akcent kawy. Mlecznej, ale wyraźnie palonej, wciąż gorzkiej. Takiej, do której dla osłody podano jakieś mleczne karmelki?

W tym czasie, odkąd tylko pojawiły się kwiaty na prawie samym początku, słodycz błądziła od kwiatowej po miodową. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przepłynął kwiatowy miód, a potem miód oddający... ukwiecone pole, kwiaty w zbożu. Z racji goryczki pomyślałam o miodzie gryczanym, jednak z kolei rześkość dopowiadała miód rzepakowy. Wciąż obecne kwiaty mieszały się z miodami, jeszcze bardziej to komplikując... W pozytywnym jednak sensie.

Niejednoznaczna słodycz epizodycznie przypominała sobie o jeżynach i truskawkach, niby kwaskawych, ale chwilami jednocześnie też słodkich aż pudrowo. To chyba kontrast tak podziałał.

Samo piwo bowiem upierało się przy subtelnej kwaśności. Nie była to jednak zwyczajnie piwna kwaśność. Ta była bardzo piwnie soczysta, mieszająca się z limonką i cytryną. Te tchnęły jeszcze więcej soczystości i w goryczce soczystość nakręciły. Mimo konkretniejszych, gorzkich nut, przełożyły się na lekki wydźwięk.

Lekki charakter podchwyciło też zboże, pole... Nie był to tylko słód, a cała sceneria zboża w słońcu oraz migdały w skórkach. Pewne ciepło zaznaczyło się na języku. Wiązało się z piwnym efektem, jakby pewnym szczypaniem, ale też słodyczą. Oto karmel powrócił. Słodycz zrobiła się bardziej jednoznaczna. Mógł to być średnio mocno palony karmel zrobiony z miodu - bo i w nim trwała pewna rześkość, ale... odnotowałam też jakby mleczne karmelki. Zjedzone po kawie? Aż, wraz z piwnym rozgrzewaniem, odrobinę zaznaczyły się w gardle.

Po zjedzeniu został posmak soczyście-gorzkiego piwa, z kwaskiem podkreślonym cytrusowym echem i goryczką, podkręconego paloną nutą. Było tak jednoznaczne, jakbym wypiła piwo smakujące czekoladowo-kawowo, z owocowym echem, nie zaś zjadła piwną czekoladę. Czułam też sam słód, a także maślaność i lekki, acz ciepły karmel. Jakby też rozgrzanie gardła piwem i słodyczą?

Ogół przypadł mi do gustu i jestem pod wrażeniem aż takiej jednoznaczności w kwestii ciemnego piwa. Czuć je bardzo wyraźnie, na szczęście bez alkoholowego uderzenia, które mogłoby przygłuszyć nuty samej czekolady. Jeżyny, bez, truskawki i trochę cytrusów nie sprawiły jednak, że czekolada była bardzo owocowa. Ona była bardzo rześko-soczysta, ale nie tylko owocowo. Kwiaty, pola, zboże - wszystko to na świeżym powietrzu - mieszało się ze słodkim, niedrapiącym miodem. Charakterny słód, karmel i paloność zapewniły harmonię. Całość była znacząco słodka, dla mnie trochę za słodka, choć jeszcze nie tak klarownie przesłodzona, bo i odpowiednio gorzka. Bardziej gorzko-piwna, niż tak mocno kakaowa, ale w przypadku takiej czekolady to zaleta. Miało być piwo? I było, bez alkoholu w składzie. Doceniam więc wykonanie (mimo że ja wolę czekolady bez udziwnień takich jak nasączanie ziaren). Przy takim smaku - rześkim i ciemno piwnym - maślana konsystencja w moim odczuciu mogłaby być właśnie mniej maślana.

Od razu przypomniały mi się nieco bardziej piwne Beskidy: IPA i APA. One zawierały olejki i miały tyle nut, że aż trudno wszystko połapać. Prime zrobiło czekoladę bardziej jednoznaczną i spokojniejszą, w której oprócz piwa, czekoladowości również zostało mnóstwo, co mnie bardziej przekonało. To, że raczyła takim "czekoladowym ciemnym piwem" wręcz mnie zachwycało, bo nie jestem wielką fanką piwa ogółem (stąd takie bardzo czekoladowe bardziej cieszy). Jednak mam i tak mam zastrzeżenia. Malutkie, ale jednak. Każda z tych piwnych czekolad jest zupełnie inna.
Co ciekawe, wydaje mi się, że bardzo wyraźnie czuć też nuty samego honduraskiego kakao, np. kawę, pewne ciepło, cytrusy, które przypomniały mi pyszną Duffy's Honduras Indio Rojo 72 %.


ocena: 9/10
kupiłam: dostałam od producenta Prime (cocoa.by)
cena: ja dostałam, ale ich cena to 12€, czyli ok. 54 zł za 70g
kaloryczność: 563,3 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale mogłabym znowu taką dostać

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 30 września 2023

Zotter Bier & Malzkrokant / Beer & Malt ciemna mleczna 50 % z czekoladowo-piwnym kremem z nugatem z orzechów laskowych i piwem oraz karmelizowanym słodem

Ostatnimi czasy uznałam, a właściwie po prostu dotarło to do mnie, że z nadziewanymi czekoladami mi nie po drodze. Owszem, jak jakaś jest zrobiona dobrze, czuję to i potrafię przyznać. Jak jednak przychodzi taką jeść, nie sprawia mi to takiej przyjemności, co jedzenie czystej ciemnej. Jednego nowego nadziewanego Zottera jednak uznałam, że przygarnę, choćby przez wzgląd na "stare dobre czasy", kiedy to wyczekiwałam sezonowych nowości co pół roku. Tym razem (wiosną 2023) nie widziałam niczego dla siebie, acz w końcu wybrałam... czekoladę z piwnym nadzieniem, mimo że nie lubię i nie pijam piwa. Po prostu to na tyle niecodzienna opcja, ze składników takich, że pomyślałam, iż może mimo wszystko i ja odnajdę w niej coś tam, co mi jakoś do gustu przypadnie. Z tego co poczytałam, piwo dodano do niej nie byle jakie, bo rzemieśnicze nazwane na cześć jedynej austriackiej kolonii na Oceanie Indyjskim, Wysp Nicobar (w pobliżu Malezji i Singapuru), w której pito pewne niezwykle mocne ale. Swoją drogą, kolonia nie przetrwała za długo. Pamięć o piwie natomiast tak. Nicobar ma być jego "wskrzeszeniem". Piwo dodane do tej czekolady, Nicobar IPA, to wielokrotnie nagradzane India Pale Ale organicznego mikrobrowaru Gusswerk z Salzburga, który warzy przy użyciu tradycyjnej metody.


Zotter Bier & Malzkrokant / Beer & Malt to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana czekoladowo-piwnym kremem zrobionym na bazie czekolady karmelowej, ciemnej czekolady 70% i nugatu z orzechów laskowych z piwem India Pale Ale (Nicobar IPA) oraz cienką warstwą siekanego i karmelizowanego słodu.

Po otwarciu poczułam wyraźny zapach mocnego, ciemnego piwa, podkreślonego kakaowo-słodowo-chmielową gorzkością. Spory udział w kompozycji miały orzechy laskowe - zwłaszcza wierzch wydawał mi się bardziej orzechowy, słodszy w nieco pralinkowo-karmelizowanym sensie. Całość pachniała także mlekiem, wysoką karmelową słodyczą, która nasiliła się po przełamaniu. Wtedy też polał się aromat piwa niczym tsunami, ale... całość sugerowała też mocniejszy alkohol - jakieś brandy czy whisky. Z racji karmelowości? To było aż w pewien sposób ciepło-pikantne ("korzenne" to chyba za wiele powiedziane).

Czekolada wydawała się masywna i tłustawo-kremowa. Przy łamaniu ogół nie trzaskał, ale był twardy. Nadzienie mimo masywności, wyglądało na plastyczne. Na pewno było maziste. Na oko słodu karmelizowanego nie widać, lecz - jak odkryłam - był umieszczony pod czekoladowym wierzchem, z racji czego ten łatwo odskakiwał.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto. Zalepiała usta w nieco mazisty, śmietankowo-maślany sposób. 
Nadzienie wyłaniało się spod niej dość szybko, choć rozpływało się ogólnie w tempie umiarkowanym. I spójnie z czekoladą. Było miękko-tłuste, ale masywne, bardzo maślane i kremowe w czekoladowy sposób. Trochę zalepiało, po czym rozpływało się, coraz bardziej rzednąc. Po pewnym czasie wypuszczało z siebie kawałki słodu. Te ulokowały się pod wierzchnią warstwą czekolady - trochę wtopiły się i w nią, i w nadzienie. Słód okazał się drobinkami i głównie łuskami, też jakby patyczkami siana.
Słód gryzłam dopiero na koniec, gdy reszta już zniknęła. Część wyszła delikatnie, trzeszcząco, mimo że niektórym drobinkom twardości nie brak. W większości jednak to łuski, które wypluwałam. Okropny, irytujący dodatek.

W smaku czekolada przywitała się wysoką słodyczą karmelu, który jakby osiadł na zaskakująco intensywnej, wręcz ziemistej gorzkości. Tę już po chwili poskromiła mleczność. Słodycz za to wzrosła.

Nadzienie w smaku w dużej mierze wydawało się kontynuacją smaku samej czekolady - okazało się niezwykle harmonijne, zgrane z nią. Wraz z jego czekoladową gorzkością, wypłynął też wątek maślano-mleczny. Leciutka goryczka o orzechowym charakterze rozchodziła się, przy czym wydawała się wpisana w czekoladowość.

Alkohol prędko zaznaczył swoją obecność - sama czekolada lekko nim przesiąkła. W pierwszej chwili wydał mi się bardzo mocny i tyle. Porządnie nadzienie, a wraz z nim alkohol, odezwało się dopiero po pewnym czasie. Cechowała je karmelowa słodycz, a także palona gorzkość. Należała do ciemnej czekolady z wyraźnie ziemistym wątkiem oraz słodu, zboża. Odnotowałam orzechy, początkowo niedookreślone. W  tym czasie jednak alkohol przedstawił się jako ciemne piwo, chyba wzmocnione nutami brandy, whisky czy czegoś mocnego i aż zasładzającego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa krem zaserwował więcej maślaności, trochę śmietanki, mleka... Słodycz też wzrosła, przy czym bardzo słodki, karmelowy alkohol nie odpuszczał. Wyłoniły się "orzechy chyba laskowe" w wydaniu słodko-nugatowym.

Na zasadzie kontrastu jednak wyłoniła się soczysta goryczka, nakręcająca smak piwa. Chmiel, kakao i ziemistość podkreśliły jego charakter. Alkohol znowu wydał się bardzo mocny, aż szczypiący w język. Kompozycja w pewien sposób przybrała na słodkiej pikanterii. Odnotowałam lekką korzenność, a słodycz karmelu wydała mi się mocniejsza i bardziej płytka. Na przód wyszło słodko-goryczkowate, mocno słodowe piwo. Z cytrusowym akcentem?

Z czasem sama czekolada zaczęła się wydawać bardziej maślano-słodka. Lekka cierpkość kakao zgrała się za to ze słodem, w zasadzie zlewając się w jedno.

Ssany, ciamkany i gryziony słód niewiele wnosił. Dużo zależało od tego, co się trafiło. Pojedyncze kawałki, dosłownie drobinki były cukrowo-goryczkowatymi pstryczkami, przypominającymi o piwie, jednak w większości w ustach zostawały łuski. Ten dodatek aż krzyczał "wypluj mnie", bo i niczym nie smakował.

Po zjedzeniu został posmak alkoholu, ewidentnie piwa. Czułam goryczkę słodu i kakao, pewną ziemistość, ale także przesłodzenie karmelem, niemal cukrowe... Nie tak jednak czysto cukrowe, bo z pikantnym tłem. Niewątpliwie to mocny alkohol (jakby wzmocnione piwo), ale i lekka korzenność.

Całość była smaczna, jednak tabliczka bardzo mi podpadła tym "karmelizowanym słodem" - to jakaś porażka, w większości łuski, niektóre w cukrowej otoczce. Tylko psuły efekt. A miały, co zepsuć. Sama czekolada mleczna była przyjemnie gorzka, a i w nadzieniu tej gorzkości nie brakowało. Ciemne piwo, ziemia, orzechy w palonym splocie sprawiły, że wysoka i rozgrzewająca, karmelowa słodycz nie męczyła. Alkohol był mocny, ale ciemne piwo i słód wciąż czuć wyraźnie. Podobało mi się, że ta czekolada była tak ewidentnie piwna, ale nie gubiąca czekoladowości. Zaskakująco "ciemno" wyszła, wcale nie tak mlecznie słodko. A jednak ten słód, a w zasadzie łuski, denerwował bardzo. Gdyby nie on, mogłabym to uznać za doskonałą piwną czekoladę i z ochotą zjadłabym całą. Przez okropne łuski, dokładnie po 24 gramach czekoladzie podziękowałam. I aż dziwnie mi to oceniać - tabliczka jest świetna, ale przez te łuski zupełnie nie do jedzenia.

Reszta trafiła do Mamy. Powiedziała: "Przepyszna! Kojarzy mi się z takimi szlachetnymi, naprawdę dobrymi truflami, cukierkami czekoladowymi, mocno alkoholowymi. Jakby z rumem. Byłaby idealna, gdyby nie te łuski do wypluwania. Okropny pomysł, żeby dodać coś takiego. A ogólnie ona taka aż ciężka, że najeść się można, specyficzna. Dobra, bardzo dobra, ale z alkoholowych czekolad to wolę np. Lindta Whisky, choć to zupełnie dwa inne światy."


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 18,90 zł (cena półkowa za 70 g)
kaloryczność: 509 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, piwo Nicobar India Pale Ale (zawiera słód jęczmienny), mleko pełne w proszku, mleko karmelizowane w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), syrop ryżowy, brandy piwna, orzechy laskowe, odtłuszczone mleko w proszku, cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, sól, sproszkowany chmiel, sproszkowana wanilia, cynamon, kardamon, anyż gwiazdkowaty

poniedziałek, 10 lipca 2023

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % ciemna z chmielem, stylizowana na piwo (miniaturka 2022)

Na kolejną miniaturkę Beskidu wybrałam tę właśnie, ponieważ Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % była bardzo złożona i naprawdę mnie ciekawiło, jak to wszystko pomieści mniejsza wersja, na ile odda pełnowymiarową.

Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Sao Tome z olejkami z chmieli Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook; stylizowana na piwo APA; wersja mini na 2022 o wadze około 10g.

Po otwarciu poczułam znajomy z dużej wersji zapach ziemi, torfu i orzechów, wyraźnie zestawionych ze słodem. Podkreśliła je pieprzność i podsyciły owoce. Te w przypadku miniaturki odegrały ważniejszą rolę. Cytrynę poganiały inne, mniej dookreślone - mieszanka kwaskawych jabłek i bardzo słodkich gruszek. Słodycz przybrała wręcz karmelizowany charakter, a ten mieszał się ze słodem i nutką wytrawności jakby duszono-marynowanych owoców i np. japońskiej rzepy oshinko, co na myśl ewidentnie nasunęło piwo.

Mimo że mała, przy łamaniu tabliczka trzaskała głośno z racji twardości.
W ustach rozpływała się gładko, utrzymując twardość. Ze zwartego kawałka z czasem jakby wypływało coraz więcej soku. Mimo pewnej rzadkawości tym wywołanej, czekolada wyszła gęsto i tak... pełno. Cały czas jednak zachowywała zwarty kształt. Była nieco śliskawa i tłustawa, ale nie ciężko.

W smaku pierwsza pojawiła się cytryna i lekka, jakby podkwaszona nuta. Cytrusowa, ale nie do końca. Tuż za nią gnał duet nieokreślonych, delikatnych orzechów i maślaność.

Błyskawicznie odezwała się też słodycz, przy której pomyślałam o cukrze trzcinowym (też właśnie trzcinie jako szeleszczącej roślinie) i...

...zaraz splotło się to w nutę cytryn na słodko, a więc takich... duszonych w tymże cukrze? Może to jednocześnie kandyzowana skórka cytryny? Za nią znalazło się też sporo różnych, soczyście kwaśnych cytrusów. Nie do połapania, ale na pewno z goryczką. Ta rosła i powoli zmieniała owoce w coś wytrawniejszego. Warzywa?

Wyraźnie zagrała nuta słodowa; pojawił się chmiel i ziemia. Trzcina zmieniła się w chmiel-roślinę, zboże. Orzechowo-ziemisty wątek przejął kwaskawość, która zmieniła się w wizję wyraźnie, klarownie chmielowego piwa. Podkreśliła je ziemia i czarny pieprz, kierujące orzechy - laskowe? pekan? - w gorzkawym kierunku.

Mimo to, czekoladowa gorzkość ogółu nie była wysoka. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz, wysoka już wcześniej, ale dotąd jakaś nie aż tak imperatywna, podskoczyła. To było uderzenie karmelu, nuty karmelizowania samego w sobie, jak i cukru trzcinowego.

Trochę było w tym też coś... roślinnie-trzcinowo-kwiatowego, też słodkiego. Pomyślałam o  gruszkach (konferencja?) i jabłkach. Bardzo słodkich, trochę kompotowych, duszonych, dżemowych...? Czy raczej marynowanych, przez co przeszywały je niby goryczkowate (ale nie do końca), wytrawniejsze ukłucia.

W tle przewijała się kwaśność, coraz jednak subtelniejsza i zmieszana zarówno ze słodyczą, jak i goryczką, gorzkawością. Nie sposób nie pomyśleć o piwie. Przełożyła się na myśl o marynowanych owocach i warzywach np. marynowanej rzepie japońskiej oshinko (może też po prostu rzepie?), burakach (z ziemistym echem). Karmelowa i w sumie ogólna słodycz zasugerowała też marynowaną tykwę. Pieprz i piwo nabierały mocy.

Roślinny aspekt tych nut aż krzyczał: "zboże i chmiel!". Oto przeniosłam się w wyobraźni na pole, gdzie rosło zboże. Z lekką gorzkością, orzechowością. Wszystko podkreślała ziemia. Mieszając się z owocami, zasugerowało to średnio jasne piwo.

Właśnie wizja piwa w końcu wychodziła na pierwszy plan. Było mocno zbożowe, takie aż "namacalnie". Chmiel czuć... jakby dosłodzony. Otoczony i zasypany słodyczą cukru trzcinowego, przy czym właśnie jakby i chmielowe zboże, i cukrowa trzcina się umówiły i nakręcały nawzajem.

Po zjedzeniu został posmak mocno chmielowy, ale i wysoce słodki. Lekko karmelowy, ale denerwująco znaczący. Towarzyszyła temu nutka cytryny.

Duża wersja, czyli Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % była bardzo, bardzo bogata i taka "naładowana wszystkim". Nuty czekolady przeplatały się z piwnymi, nie zagłuszały się, a współgrały. Mała to prawdziwe streszczenie, przebieżka, która mnie w dodatku wydała się bardziej chmielowa - może w przypadku wersji mniejszej olejki jakoś bardziej przesyciły czekoladę? Wydała mi się też bardziej słodka, a mniej wyraźna w gorzkość kawowo-ziemistą bazy, na której ją zrobiono, czyli Beskid Sao Tome 70 %. Na szczęście wciąż była przyjemnie kwaśna. Dała dobre wyobrażenie tego, czego można się spodziewać, ale nie wyczerpała tematu. Od razu da się zgadnąć, co to za czekolada, a jednak przez mocniejszą piwną chmielowość i wyższą słodycz, mnie nie przekonuje.

To jakby okrojona duża, a z podkręconym chmielem (co przełożyło się na kilka aż dziwnych akcentów m.in. warzywnych) i słodyczą - wiadomo, że smaki rozchodzą się nieco inaczej, gdy czekolada jest po prostu cieńsza etc., aromaty inaczej się utrzymują w czymś dużym, a małym. W pewnej chwili miałam dodać jedynie jako aktualizację, ale... ten mocniejszy zbożowy smak chmielu jednak zmienił moją decyzję. Może teraz Beskid robi bardziej chmielowe Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 %? Choć i tak nie mam zamiaru do tej czekolady wrócić, mam nadzieję, że nie. Wolę, jak takie dodatki są subtelne, a gdy mi tak aż krzyczą... ja podziękuję.


ocena: 8/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: -
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, olejek chmielowy (Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook)

sobota, 20 listopada 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Beer Time IPA Hispaniola with Hops 75 % ciemna z Dominikany z chmielem, stylizowana na piwo

Po Beskidzie APA przyszła pora na drugą posiadaną tabliczkę z serii Beer Time, czyli inspirowanych piwami.
Ale, czyli piwa górnej fermentacji wywodzące się z Wielkiej Brytanii o gorzkim smaku, czasem dość ciemne to zdecydowanie bardziej moja bajka niż jasne, kwaskawe, jednak... nie ukrywam, że nie jestem znawcą i nigdy jakoś się w historię czy "jak to się robi" nie zagłębiałam. Wystarczyła mi wiedza, że preferuję ciemne rzemieślnicze piwa - piję na tyle mało, że nawet gdybym się porządnie dokształciła, i tak bym zapomniała. Co to IPA, a dokładniej India Pale Ale, na potrzeby tej recenzji więc zgooglowałam. Jako że wywodzi się z Wysp Brytyjskich, w czasach kolonialnych gdy Indie były pod protektoratem brytyjskim, po prostu na tamtejszy rynek głównie szło. A "pale"... no i tu leży mały problem. Pale, czyli jasny... tu chodzi o jasne ale. Peszek. Piwo to ochoczo przechwycili i rozsławili Amerykanie (a więc APA, bo "American Pale Ale"), celując jednak w wersje jasne. I... w tych czasach wśród IPA gama jest szeroka - barwa od jasnej po ciemną, mocno wyczuwalne chmiele. Od kwasku po słody; goryczka może być niska lub wysoka. Pocieszające, że przeważnie ponoć są raczej wytrawne. Tak sobie myślałam, że Beskid pewnie pójdzie właśnie w tym kierunku. Chociaż... marce ufam na tyle, że wierzyłam, że jakim IPA by się nie inspirowali, wyjdzie dobrze.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Beer Time APA Hispaniola Bio with Hops 75 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z olejkami z chmieli Azacca, Jaryllo, Cascade, Chinook, Cashmere, El Dorado; stylizowana na piwo IPA.
Rafinowana i konszowana 72 godziny.

Otwierając poczułam, jak w dzikim pędzie ruszyły łeb w łeb orzechy i słody oraz owoce: cytrusowe i trochę od nich odstające egzotyczne. Otoczyła je piwna wrzawa goryczkowato-kwaskawego piwa-publiczności.
Od orzechów i słodu rozchodził się motyw zielono-roślinny. Oczami wyobraźni patrzyłam na masywne, zielone łodygi i konkretne źdźbła trawo-siana. Łodygi... i lekko wędzono-palona nuta zasugerowała wytrawniejsze zielone szparagi - może grillowane? Przy słodzie zaś wyłapałam wędzoną nutą... odlegle podchodzącą pod soczyście-kwaskawy ser? A tę kwaskawość nakręcały cytrusy. Przodowała limonka, a zaraz za nią pomelo. Z cytrynowym podkreśleniem i istotną goryczką skórek. Ogólnie w głowie miałam mieszaninę żółto-zielonych owoców, też egzotycznych. Zwłaszcza z czasem pomyślałam o gryzącym ananasie i odstających nieco, osładzajacych to bananach. Wyłapałam chyba też jakby "gruszkowe piwo"? Przy całej tej piwności zaś, limonce i wytrawniejszych elementach raz i drugi mignęło mi danie typu caviche (ryby marynowane w cytrusach, tu też jakieś warzywa i przyprawy w tym - wersja wege?).

Przy łamaniu tabliczka wykazała się twardością, ale w końcu mój sukces ukoronowały piękne trzaski.
Rozpływała się powoli, ale łatwo. Niemal do końca zachowywała zwartość, acz z kawałka zachowującego formę jakby... wyciskała się soczystość i tłustawość (chwilami oleista). Były to fale pokrywające dość lepko podniebienie i usta. Z racji przeogromnej soczystości nie wydała mi się specjalnie masywna, a nawet w pewien sposób... rozlazła? Gęsto-gęstawa.

W smaku od początku czekolada przedstawiła mi się jako bazowo bardzo łagodna. Poczułam niemal maślaność, delikatność... białych pianek (takich na napojach, nie pianek-marshmallow). Pianki rozchodziły się na dwa obozy: soczysty i łagodnie-gorzkawo-maślany.

Już odgryzając kawałek czy umieszczając go na języku poczułam się, jakby zrobiła łyk piwa. To pierwszy obóz, który cechowała dynamika - rozwijał się znacznie szybciej. Pomyślałam o bardzo wysokiej piance na piwie. Takiej idącej do góry szklanki od piwa tylko co do niej nalanego. Buchnęło podgazowaniem i soczyście kwaskawym smakiem. Poczułam słodką goryczkę pomelo, w kolejnych sekundach podrasowaną soczyście-kwaśną limonką. Zaraz zaznaczała się jednak też gorzkawość, przekierowująca myśli na piwo odgazowane.

W tym czasie, acz nieśmiało rozeszła się też druga pianka: spienione mleko na mało wyrazistym cappuccino. Za nim pojawiła się słodycz - trochę i z niego płynęła. Motyw delikatnej kawy wiązał się z nutką słodu i tłustych orzechów, acz nie był jednoznaczny. Jakby były to orzeszki odrobinkę posolone?  Poczułam lekkie podpalenie, prażenie... potem raczej nutę wędzoną. Na pewno bardzo, bardzo rozgrzewała. Może to nawet nie kawa, a gorące kakao? Ze wsadem ("wlewem"?)... chili i alkoholu?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pojawiła się także wyraźna słodycz. Karykaturalnie do reszty w pierwszej chwili wydała mi się niemal cukrowa, potem bardziej... nie tyle karmelowa, co karmelizowano-kandyzowana. Nie jak karmel czy sam palony cukier, a jak rzeczy kandyzowane / karmelizowane. 

"Rzeczy"? Dokładniej cytrusy. Nie utraciły bowiem swej mocnej pozycji. Kwaśność przedstawiła się jako cytryny w cukrze (może nawet plaster cytryny po prostu posypany cukrem?), splot... "kwasideł i słodyczy" aż zadrapał w gardle. Limonka i pomelo, cytryny zawirowały to i... podjudziły, podbuzowały. Jak nic, poczułam kwaśne i mocno nagazowane, raczej jasne piwo. Słodycz też rosła też, a ja wyobraziłam sobie piwo gruszkowe. 

Nie trzeba było długo czekać, by gruszkowa nuta zaprosiła więcej owoców różnych, w tym egzotycznych i słodkich. Mignął melon, odlegle w tle, w cukrowej słodyczy może też "banan z czymś", ale że wśród cytrusów wciąż przodowała limonka i pomelo z wyczuwalną gorzkością skór.... Poprzez te skóry i goryczkę nagle lwia część uwagi skierowała się na ananasa. Takiego niedokładnie obranego. Widziałam soczyste, żółte kawałki z pozostawianą skórą... Znów dało się we znaki nawet ciepławe, odgazowane piwo... takie zostawione na dłużej w szklance... I zapomniane. Bo zaraz-zaraz! Usta zalała soczysta alkoholowość - więc tamto zostało zapomniane, bo pojawiło się inne, ciekawsze. Wróciła goryczkowata alkoholowość, łącząca się z wędzeniem.

Goryczka skóry ananasa połączyła się z pieczeniem. To już gryzienie anansowe i alkoholowe. Czułam gazowano-gryzące piwo, ale też limonki i chili. Chili, chili i rozgrzewanie... Goryczka... wszystko to zawiązało się jako... skórka sera... pleśniowego typu camembert? Albo podobnego, nawet nie pleśniowego. Wyczuwalna w tle łagodność-maślaność... kremowość! Przedstawiła się jako taki właśnie tłusty, kremowo-maślany, lekko śmietankowy ser. Na moment także kwaśność osiadła w śmietance. Może był to ser z orzechami...? Niemal oleiście-tłustymi... brazylijskimi? Doprawiony jednak sowicie chili, aż nieco kojarzący się z alkoholem?

I tu znów pomogły cytrusy. Alkohol jakby mocniej uderzył, napłynęło wiele goryczek. Wyobraziłam sobie chili w cukrze albo jakieś "alkoholowe szkiełko" w słodyczach. Czułam też goryczkę skór, słodu i... pestek chili? Podwędzona nuta zasugerowała mi dość wytrawne, a jednocześnie bardzo owocowo-soczyste i kwaśne danie. Wyobraziłam sobie jakąś chili-pomidorową i podwędzaną gęstwinę. Jakby orientalnie rześka wersja BBQ? Coś... z orzechami brazylijskimi? Zalały to cytrusy. Pomyślałam o caviche... albo daniu z sera i warzyw (zielonych? szparagów?) stylizowanych na to. Może z wędzonego tofu? Danie tajskie, na ostro... Z warzyw zielonych? Z ziołami-trawami? Pod koniec wyległa "zieloność" z zapachu. Rodem z tajskiej sałatki z orzechami i sosem, wędzoną nutką, w której wszystkiego jest tyle, że nie sposób połapać.

A jednak niemal cukrowy motyw też miał się nieźle. Jakbym... piła cukrowo słodkie, owocowe piwo z wyraźnymi goryczkami przy dość wytrawnym daniu. 

W posmaku został niezwykle obrazowy motyw piwa jasnego, już nieco odgazowanego, a jednak też gryzienie w język - piwa, ananasa i chili. Czułam rozgrzewanie i goryczki roślinnie-łodygowe. Odstawały od czekoladowości, więc przypisałabym je chmielom. Owocowość była mocarna, ale już tak zakręcona, że niejednoznaczna - na pewno bardzo soczysta i egzotyczna.

Całość charakteryzuje przeogromna moc. Cała wytrawność Dominikany Hispaniola Bio 80 % , a więc i ser, i podwędzenie (nawet dziwne skojarzenie z BBQ - choć w dzisiaj prezentowanej bardziej "sos chili podwędzony" - i "tłustymi orzechami") oraz zieloności jako warzywa zmieszały się z goryczkami chmieli.
Zaowocowało to w jeszcze więcej skór i zieloności-wytrawności. A jednak i z czekolady, i z chmieli płynęło dosłownie owocowe tsunami. Cytrusy (limonka, pomelo, cytryna), egzotyczny ananas, ale też gruszki i "nieokreślone wsparcie innych" intrygująco mieszały się z ostrością (chili w cappuccino? kremowym serze?), która osadziła się z kolei... we wręcz maślanej łagodności. Karykaturalnie jednak do tego wszystkiego wyszła słodycz - bo była jakby po prostu cukrowa. Tak myślę, że przez to, przez chmiele zupełnie zniknęły owoce leśne (m.in. jeżyny) z czystej 80 %.
Ogół jednak nie był ani bardzo kwaśny, ani gorzki. A jednocześnie był... Z tym że tak zgrany i osłodzony, że jak najbardziej przystępny.
O wiele dalej jej za to do Dominikany Hispaniola BIO 70 %.

Oczywiście zupełnie inna niż APA Sao Tome 75 % - kwaśniejsza, ostrzejsza, wytrawniejsza. Jakby bardziej przebojowa, a zarazem więcej w niej harmonii. Jak APA to pikle, marynowane owoce / warzywa z cytrusami i owocami sadu, tak IPA to wędzona sałatka z cytrusami i owocami egzotycznymi. Intrygujący duet w ofercie. Co ciekawe, chmiele w dzisiaj przedstawianej wydają się mniej odstawać, ale ta tabliczka podpadła mi trochę maślanością i jednak zbytnim natłokiem kwaśności i cukrowości. Mimo to, była wprost przepyszna.


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 594 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, olejek chmielowy (Azacca, Jaryllo, Cascade, Chinook, Cashmere, El Dorado)

środa, 17 listopada 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % ciemna z Sao Tome z chmielem, stylizowana na piwo

Alkoholu piję niewiele, ale dobry bardzo lubię. W zasadzie, zdanie powinnam napisać inaczej: Lubię dobry alkohol, więc piję niewiele. O! Chociaż... Może nie do końca? Czasem po prostu na dobry mnie nachodzi, o. Powiedzmy. Czekolady z alkoholem jednak kiedyś lubiłam bardziej niż teraz, bo obecnie za bardzo cenię sobie smak czystej czekolady i alkohol za bardzo mi ją zagłusza. Czasem jednak te propozycje "inne" właśnie mnie ciekawią. A to z ziaren leżakujących w beczkach po bourbonie (Fruition Chocolate Hudson Bourbon Dark Milk 61%), a to z ziaren aromatyzowanych (Raaka 82% Bourbon Cask Aged Unroasted), a to z nasączonymi (Chocolate Tree 70 % Dark Whisky Nibs) a to piwne (nadziewane Zottery: Yacon Beer & Whisky, Strong Beer; Vosges Smoke & Stout Caramel czy "czysta" Naive Imperial Stout Noble Beer). I nawet z takim piwem sprawa jest złożona! W czekoladach występuje rzadko, a ja rzadko je pijam. Jak już jednak, to gustuję w ciemnych i o ciekawych nutach. American Pale Ale (APA) to jasne piwa, często ponoć rześkie, a więc nie w moim typie. Czekolada z takim jednak by mnie trochę ciekawiła... Nie tak jednak, jak czekolada stylizowana na takie w wykonaniu uwielbianej marki! O tak, wiedząc, jak Beskid potrafi dobrać odpowiednie ziarna i dodatek, jak to zgrać, by czekolada bez herbaty smakowała jak prawdziwy earl grey (Earl Grey Ecuador National Arriba Flavoured 75 %)... piwna seria od nich bardzo mnie intrygowała. Nawiązuje ona do różnych styli piwa, w tym wypadku do American Pale Ale (APA). Z tego, co wiem, to ich pierwsza z tej linii, miło więc, że i ja po nią jako po pierwszą sięgam (acz to przypadek).

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Beer Time APA Sao Tome with Hops 75 % Dark to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Sao Tome z olejkami z chmieli Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook; stylizowana na piwo APA.

Gdy tylko otworzyłam, poczułam wyrazisty zapach ziemi i przesiąkniętego orzechami torfu... torfowego nibsowego słodu? Wydał mi się pieprzny, ale bardziej gorzki niż ostry. Zawinął się w tym lekki, metaliczny orzech oraz kwasek. Pierwsze mignęły cytrusy, potem kwaskawe jabłko i średnio dojrzała gruszka, które wprowadziły słodycz. Nuty te wydały mi się lekko podbuzowane. Oczami wyobraźni patrzyłam na piwo w szklance, stojącej na drewnianym blacie. Nie wiem dlaczego, ale w wizji tej szkło miało wielkie znaczenie. Chwilami kwasek / podbuzowanie przywodziły na myśl jakieś... owoce / warzywa marynowane.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, aż miło.
W ustach rozpływała się łatwo i gładko, podtrzymując twardość i zwartość. Robiła to powoli, a dopiero z czasem przyspieszając. Z esencjonalnego, tłustawego kawałka zachowującego kształt odchodziły smugi, a z czasem smugo-fale jakby gęstych soków owocowych. Chwilami wydała mi się leciutko oleista jak cięższe piwo (ale z sokiem owocowym?). 

Od początku czułam smak "kwasku wskakującego w orzecha". Otóż w chwili odgryzania kawałka / umieszczania w ustach uderzył lekki, soczysty kwasek, by następnie nagle wsiąknąć w orzechy. Orzechy wydały mi się więc podkwaszone, a jednocześnie... niekwaśne, a orzechowe. Dziwna to była para, po chwili rozstała się, choć pewną roślinną kwaśność czułam jeszcze długo.

Kwaśność popłynęła jako cytrusy, w których wzbierała ogólnie owocowa słodycz. Drogę przecięła cytryna, którą później zatopiły dojrzałe pomarańcze z goryczkowatym akcentem (czyżby zahaczyły o grejpfruty?). Słodkie pomarańcze po paru chwilach mieszały się z jabłkami. Soczystymi, słodkimi, ale.. też przerobionymi na dżemo-kompoty? W szklanych słoikach?

Równocześnie orzechy poznały się z drzewami. Choć najpierw myślałam, że wśród orzechowego miksu przewodzą laskowe, potem straciłam pewność. Może było tam też sporo ziemnych... dosłownie z ziemistą nutą? Pekany? Mieszały się z ziemią, dodając jej odrobinkę naturalnej słodyczy. Ta bardzo szybko dodała pikanterię, w której wyłapałam czarny pieprz. Tu odnalazła się roślinna kwaśność i roślinna goryczka - do głowy przyszły mi... owocowe i warzywne pikle? Marynowane... warzywa? Słodkawo-kwaskawo-ostrawa japońska rzepa oshinko? Kojarzyło się to z... alkoholem.

Owoce wciąż zalewały usta. Czułam sporo egzotycznej kwaśności trudnej do określenia mieszanki, jakby dodatkowo nieco stopowanej goryczką. Chwilami myślałam o pomelo, imbirze...? Na pewno o roślinach żółtych. Na zasadzie kontrastu, gdy tylko mignęła jakaś goryczka, owoce przybierały na owocowej soczystości. Wyraźnie poczułam zielone, kwaskawe jabłuszka, a następnie kontrastowo do nich słodkie gruszki. Przejęły słodko-kompotowy motyw od jabłek, dzięki temu jabłka miały lepszą możliwość połączenia się z cytrusami i egzotyką jako kwaśność.

W drugiej połowie rozpływania się kęsa soczyście-kwaskawe owoce trafiły na orzechy i kompozycja częściowo złagodniała. Dłuższą chwilę myślałam o kefirze, jego podbuzowaniu... by następnie oczami wyobraźni zobaczyć wysoooką, białą piankę na jasnym piwie. Jak nic czułam piwo, sugestywną alkoholowość - jakby było w tej czekoladzie! W szklance koniecznie. Tymczasem, wydało mi się, że sama baza łagodnieje do aż maślanego punktu, wciąż z kwaskawo nabiałowym echem. Roślinne, charakterne nuty zrobiły ukłon w stronę kwiatów.

Po piwie rozlało się więcej cytryny z imbirem / marynowanymi tworami, która szczypnęła, a potem uchyliła się. Poczułam szczypanie w język, jakby... Lukrecji? Soczystego marynowanego imbiru? Słodycz i rześkość znalazły tu upust. Ostrość też dała o sobie znać i zrobiło się korzennie.

Ostrość i korzeń lukrecji podkręcały ziemiste nuty. Ziemia, czarny torf wyraźnie mieszały się z nutą słodu i jakby... roślinnej goryczki? Goryczek w tym splocie przewijało się wiele, różnych. Gorzkość ogólna była znacząca i choć nie dominująca w kompozycji, to jednak wyraźna. Na tyle, by poczuć, że nie wszystkie goryczki pochodzą od kakao. Nagle na przód w tej strefie wyszedł czarny pieprz. Świeżo zmielony pieprz. Piwny motyw znów się pojawił, ale już bardziej jako piwna esencja, nie pianka. Niejednoznaczny, ale jednak. Wyłonił się na płaszczyźnie drewna, drewnianych blatów, drzew i słodu, orzechów, które z natury miały w sobie coś łagodzącego, słodkawego... Tutaj też jakby kwiatowego. Po lukrecjowo-pieprznym występie orzechy znów wydały mi się lekko metaliczne i jakby się zawstydziły. Schowały się w drewnie, nabiałowej nutce i... skojarzeniu z piwem.

Pod koniec drewno i nabiał, z dopływającymi do nich kwaśnymi nutami owoców (cytrusów, gruszek i jabłek) przypomniały o podbuzowaniu, idącym w parze ze szczypaniem przypraw w język. Pomyślałam o skwaśniałym mleku... To wspomnienie piwnej pianki? Resztka piwa - odgazowanego już - na dnie szklanki? Pusta szklanka z ostatkiem pianki zsuwającej się po ściankach, maślaność z roślinnymi goryczką i kwaskiem... Jakby wyciszały się.

Po zjedzeniu został posmak łagodny.. właśnie jak orzechów z drewnem, nasączonych cytrusami i doprawionych niby tam bonusową goryczą, pieprzem i lukrecjo-anyżem, ale dosłownie otulony... motywami niejednoznacznymi. Piwna pianka, rześkość - były wyraźnie wyczuwalne, owoce... nie jako konkrety, ale ich soczystość i słodycz owszem. Trochę rzeczywiście jak po łagodnym, jasnym piwie.

Tabliczka w tym wszystkim wyszła bardzo wyważona i sugestywna, a co za tym  idzie, ciekawa. Nie wydała mi się jednak bardzo głęboka. Z piwem się kojarzyła; czułam w niej też ogrom orzechów, torfów, drzew i owoców (cytrusy, jabłka), nabiału... wszystko to jednak miało element... chyba chmielu: jakby nasączony piwem i metalicznością. Ostrość pieprzu też wyszła jak dodatek. Bardzo mi smakowała, acz doszukałam się w niej drobiazgów, które mogłyby wyjść inaczej.
W zasadzie mało słodka, ale i nie mocno gorzka. Raczej goryczowato-kwaśna, soczysta.
(Z tego, co wyczytałam, chmiele smakują kolejno: Azacca intensywnie tropikalnie, cytrusowo, dojrzałym mango, gruszkami, jabłkami, igłami sosnowymi; El Dorado owocami tropikalnymi, arbuzem, gruszką; Cascade goryczkowato, cytrusowo, kwiatowo i niemal korzennie; Chinook goryczkowato, żywiczno-ziołowo cytrusowo-grejpfrutowo.)

Określiłabym to jako inwazję chmieli na Beskid Sao Tome 70 %. Podlinkowana była znacznie słodsza i gorzkawo-korzenna w sposób czysto czekoladowy (np. kawowa; acz ciekawe, że ponownie poczułam niecodzienne nuty, m.in. oshinko, pomelo). W dzisiaj opisywanej czuć piwo i chmiele (a właściwie chmiele wywołały skojarzenie z piwem) i... wydaje mi się, że jeszcze klarowniej dlatego, że dobrali doskonałe ziarna kakao do APA. Lubię gorzkość i ta tu była ciekawa, acz w czekoladzie... wydała mi się właśnie dziwnie nieczekoladowa, więc świetna jako ciekawostka, acz nie czuję potrzeby powrotu do niej (do czystej Sao Tome natomiast chciałabym!). Bardzo dużo się w niej działo (a jednocześnie nie miałam wrażenia pozytywnego tonięcia w czekoladowej głębi).


ocena: 9/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 17,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy nierafinowany, olejek chmielowy (Azacca, El Dorado, Cascade, Chinook)