Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Das Exquisite. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Das Exquisite. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2026

Das Exquisite Erlesene Qualitat Kokos Zartbitter ciemna 50 % z nadzieniem kokosowym

W posiadanie tej czekolady weszłam w dziwny sposób. Sięgnęłam po nią w Rossmannie, bo wyglądała nieznajomo-znajomo. Stojąc w kolejce z kremami orzechowymi, sprawdzałam, czy nie ma czekolad, które mogłabym kupić w góry. Tam kokosową bym zjadła, ale nie nadziewaną. Są za potencjalnie problematyczne i delikatne na zabieranie je w trasy. A już na pewno takie nadziane po całości. Przypominała kolosalnego Zottera lub Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Spojrzałam na ojca, usłyszałam "bierz jak chcesz", ale już biorąc zrezygnowałam i jednak miałam odłożyć. Było jednak za późno, już ktoś mnie trochę poganiał, już kolejka się przesuwała... I uległam tej tabliczce. Kupiliśmy. Czy słusznie? Wątpiłam i sceptycyzm rósł, ilekroć o niej pomyślałam, więc w końcu uznałam, że czas się za nią zabrać. I starałam się zrobić to bez uprzedzeń. Wspomniana niestety bowiem źle się kojarzyła. Na koniec wstępu jeszcze taka ciekawostka: na opakowaniu producent zdradził, że kokos użyty do zrobienia tej czekolady, pochodzi z Filipin.

Das Exquisite Erlesene Qualitat Kokos Zartbitter Zartbitter-Schokolade Gefullt mit Kokoscreme to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (58%) kremem kokosowym, wyprodukowana w Niemczech dla drogerii Rossmann.

Po otwarciu rozszedł się dość ciężki, wyrazisty zapach, kojarzący się z likierem kokosowo-kakaowym. Dominował kokos o ewidentnie "aromatowym" podszyciu, kokos słodki w poważniejszy, alkoholowy sposób, ale i czekolada miała wiele do powiedzenia. Czuć jej przecukrzenie, ale i dość mocno paloną gorzkość. Ogół wydał mi się jednocześnie przecukrzony, jak i wcale nie tak mocno słodki. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasiliła kokosowość: do aromatu doszły całkiem pewne siebie wiórki.

Tabliczka była średnio gruba. Składała się z niezbyt grubej warstwy twardo polewowej czekolady oraz dużej ilości plastycznego, grudkowego nadzienia z wiórkami. Wyglądał trochę jak marcepan.
Przy łamaniu za sprawą czekolady, tafla chrupko trzaskała. Nie jakoś szczególnie głośno, ale wyraźnie. Wydała mi się średnio twarda i dość masywna.
W ustach czekolada potrzebowała chwili, po czym rozpływała się trochę opornie ulepkowato. Była średnio tłusta i trochę mazista, ale też nieco polewowo-plastikowa. Aspirowała do gładkiej, lecz czuć w niej lekką proszkowość. Szybko odsłaniała nadzienie, po czym rozpływała się razem z nim, aby zniknąć tylko trochę szybciej od niego.
Wnętrze okazało się średnio wilgotne i grudkowo rozlazłe. Miękło średnio tłusto i trochę zawiesinowo. Kojarzyło się z marcepanem z przemielonymi, chrzęszczącymi wiórkami i kawałkami kokosa oraz lukrem.
Czekolada i nadzienie czasem bardziej się rozpadały, czasem mieszały się razem w luźną masę.
Na koniec w ustach zostawało sporo różnej wielkości kawałków kokosa i wiórków, w tym przemielonych. Trzeszczały porządnie, wyraźnie wiórkowo, ale wciąż też trochę udając marcepan.

W smaku czekolada od początku zaserwowała mi sporo słodyczy o głównie cukrowym charakterze. Wpisała się w wizję taniej polewy kakaowej. Zaraz odezwała się palona gorzkość, ogólnie trzymająca się niskiego poziomu, acz wyraźna. Aromat kokosa dołączył po chwili. Wkradł się w słodycz i jeszcze ją podkręcał. Czekolada, gdy nadzienie się wyłaniała, robiła mu miejsce na przodzie.

Gdy spróbowałam trochę czekolady osobno, okazało się, że przesiąkła kokosem tak delikatnie, że to aż dziwne.

Wnętrze odzywało się wprawdzie poprzez kokosa, a dokładniej aromat kokosowy, jednak szybko drastycznie podnosiło słodycz. Okazało się okrutnie przecukrzone. Przywodziło na myśl lukier kokosowy, w którym kokosa czuć dopiero za cukrem. Kokos połączył w sobie aromat i wiórki. Przewinęła się tam jeszcze niedookreślona jakby sztuczna słodycz oraz nieśmiały mleczny akcent. 
Nadzienie spróbowanie osobno okazało się bardziej sztuczne, wręcz cukierkowe.

Czekolada robiła nadzieniu za tło, ani przez chwilę się nie zatracając, acz znacząco słabnąc w punkcie kulminacji wzrostu słodyczy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz drapała już w gardle. Do głowy przyszedł kokosowy cukier puder, choć wraz ze słodyczą nasilał się też smak kokosowy. Wiórki przedzierały się całkiem udanie przez aromatową toń.

Niska gorzkość utrzymywała mocno palony charakter i wraz ze zwyklejszą, cukrową słodyczą czekolady, całą słodycz zawróciła na bardziej zwyczajnie cukrowy tor zawrócić słodycz. Nie obniżyć, ale odwrócić uwagę od sztucznej cukierkowości.

Gdy z nadzienia wyłaniało się coraz więcej wiórków, smak robił się właśnie bardziej wiórkowy, ale i wiórki nie dały rady przełamać słodyczy. Kojarzyło mi się to trochę z batonem Bounty.
Gdy trochę podgryzałam wiórki wcześniej, i tak było okrutnie słodko. One wydawały się przygłuszone. 

Pod koniec słodycz - głównie za sprawą nadzienia - ogólnie bardzo męczyła, wręcz paliła w gardle. To zaś obudziło skojarzenie ze znacząco alkoholowym, rozgrzewającym likierem kokosowym. Bountym dla dorosłych? Czekolada, choć i ona dokładała się do słodyczy, zdobyła się jeszcze na ostatnie, bardziej cierpko-gorzkie zabłyśnięcie.  W zestawieniu z nadzieniem jawiła się jako bardziej gorzko-cierpka. Niestety dość polewowo.

Wiórki, jakie zostały na koniec, przywróciły trochę kokosowy smak. Udało mu się zagrać naturalniejszą, wiórkową kartą, acz motyw aromatu, sztuczności wciąż pobrzmiewał, wraz z poczuciem przesłodzenia.

Po zjedzeniu został mocno kokosowy posmak, łączący wiórki i denerwującą sztuczność oraz ogólnie przesłodzenie. Czułam jakby mieszankę cukru, lukru i czegoś bardziej cukierkowego. Cierpka, palona goryczka też znalazła sobie sporo miejsca, ale niestety pobrzmiewała bardzo tanio.

Czekolada za nic mnie do siebie nie przekonała, ale jak pomyślę o jej cenie w odniesieniu do wielu innych czekolad, wydaje się śmiesznie tania i w tej swojej śmiesznej cenie, zapewne satysfakcjonująca wiele osób. Było bardzo kokosowo? Było. Było bardzo słodko? Zaiste. W moim odczuciu okrutnie przesłodzona, z wyczuwalną sztucznością nadzienia i taniością wierzchu, ale jednocześnie nie jakaś szczególnie w tym zła. Szkoda, bo potencjał w niej jest. Mieszanka kokosowy jakby marcepanu i Bounty pokryta ciemną czekoladą - to naprawdę mogłoby być smaczne, gdyby było wykonane lepiej. Po 8 gramach odpadłam - za słodko, za sztucznie i zupełnie nie moja forma.

Bardzo przypominała Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Powiedziałabym wręcz, że to ten sam producent, a różnice były małe, acz na korzyść dzisiejszej. Dziś przedstawiana była mniej wilgotna i mniej tłusta - może coś w tym jest, a może po prostu trafiła się bardziej podeschnięta. Na pewno ma nieznacznie mniej (o 1%) nadzienia.

Resztę oddałam Mamie, której czekolada ta smakowała: "Za nic nie umiałam zgadnąć, ile miała kakao, bo ten środek bardzo słodki. Bardzo, bardzo słodki. Za słodki, że na pierwszy miejscu cukier, potem w sumie też cukier i dopiero kokos, ale ogólnie dobra. Jedyna jej wada to to, że taka słodka, a tak.... całkiem przyjemna, jeśli tak mało kosztowała. Gdyby kosztowała jakieś 20 zł, to bym nie była taka łaskawa w odbiorze, ale tak to naprawdę nie ma co się jej czepiać. Fajnie tak kokosowa, tak ciekawiej... I tak jak coś znajomego". Gdy podpowiedziałam "ciemnoczekoladowe Bounty?", usłyszałam: "O tak, tak, dokładnie! Że też sama na to nie wpadłam, bo dokładnie tak można to opisać!".


ocena: 7/10
kupiłam: Rossmann
cena: 6,59 zł (za 140g)
kaloryczność: 474 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe (16%), syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, woda, tłuszcz kokosowy, emulgator: lecytyna z soi; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

środa, 18 maja 2022

Das Exquisite Noir Feinherb Extra Dunkel 78% Cacao ciemna

W Rossmannie bywam rzadko, a ich czekolady zawsze wyglądały mi na badziewne, na udające ekskluzywne. Niemniej kiedyś tam uznałam, że głupio oceniać po opakowaniu i parę mnie skusiło. Większość była paskudna (np. Karamell & Meersalz / Karamell-Mandel-Nougat to jakaś tragedia, Minze Zartbitter / mit feiner Minz-Note niewiele lepsza), ale może po prostu były czymś nie w moim typie? Bardziej moja Chili Zartbitter mi smakowała, toteż gdy złe wspomnienia jakoś tam się rozeszły, postanowiłam jeszcze dać szansę ich czystej czekoladzie. Nie nastawiałam się na nic pysznego, ale ciekawiła mnie.

Das Exquisite Noir Feinherb Extra Dunkel 78% Cacao to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao, wyprodukowana w Niemczech dla drogerii Rossmann.

Po otwarciu poczułam mocno palony, aż nieco za mocno, zapach kawy. Była to kawa czarna i gorzkawa, ale... jakby dolewano właśnie śmietankę - ciekawe wrażenie. Niosła łagodzenie wraz z maślanością z tła. Trochę jak maślane tosty, poprzypalane po bokach. Chwilami myślałam o niedoprecyzowanych lodach "ni waniliowych, ni śmietankowych". W oddali doszukałam się lekko soczystego akcentu, przywodzącego na myśl śliwki w czekoladzie z mulistą, maślaną warstwą kremu lub ciasto czekoladowo-śliwkowe, a realnie bardzo maślane.

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie bardzo twardej, lecz mimo głośnych trzasków suchych gałęzi, nie była taka bardzo, bardzo twarda. Trochę kamienna, ale jak jakiś porcelanowy kamień.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, zachowując niemal do końca kształt. Miękła jednak błyskawicznie. Gięła się trochę, roztaczając wokół siebie pylistą zawiesinę i przypominając po części węgiel rozrabiany w wodzie. Centrowo była w miarę zbita i dość tłusta, a jednocześnie sucha. Wszystko to przełożyło się na to, iż wyszła jedynie gęstawo, acz lepko (aż przytykająco-kleiście), nie zaś gęsto-masywnie, o co mam żal. Znikała w ogóle licho, tak na tłustą wodę. Pod koniec lekko wysuszała pyłkowym efektem kakao, ściągającym zęby.

W smaku od razu okazała się wyraźnie słodka. To jednak słodycz zachowawcza, bo choć już startująca z wysokiego pułapu, to nie uderzająca i nie rosnąca jakoś drastycznie.

Prędko pojawiła się obok niej lekka goryczka, robiąc aluzję do kwasku gdzieś w oddali. Zbadała grunt jako pyliste kakao z czekoladowych trufli belgijskich, albo... wymyślnej kawy z kawiarni, oprószonej kakao, po czym zaserwowała kawę właśnie. Gorzką i paloną, dobitną. Zaraz jednak wlała się do niej śmietanka, łagodząc kompozycję.

Śmietanka zmieszała się ze słodyczą, kojarząc się z lodami, które choć dobre jakościowo, bo na śmietance zrobione, to niemogące się zdecydować co do smaku, czy są waniliowe, czy śmietankowe. Słodycz trochę tu pogmerała. Zaleciała jakby paloną wanilią i... kremem śmietankowo-"waniliowatym" (nie waniliowym)... Z ciemnego ciasta przypalonego po bokach lub... poprzypalano-kakaowych, niemal czarnych markiz (a'la Oreo), ewentualnie kakaowych wafli z jasnym kremem. Choć w dużej mirze chodziło o krem, to wypieczona reszta nie uszła uwadze. Pomyślałam też o nieco przypalonych, maślanych tostach (z serkiem śmietankowym? z czekoladowym kremem?). 

Mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa wróciła lekka cierpkość i goryczka. Choć łagodzone śmietanką i masłem, walczyły dzielnie. Nie wychodziły przed słodycz, ale i tak dały radę podkręcić gorzkawo-palony motyw. Wróciła kawa, i to ta czarniejsza, choć... pylista? Lody kawowe, delikatne i tłustawe, z wyczuwalnym pyłkiem kawy? I właśnie z tej pyłkowości wydostało się więcej kakao. Takiego... słodkiego jednak, rozpuszczalnego. Sowicie wypieczone tosty bardzo maślane zmieniły się w maślane, muliste ciasto kakaowe. I choć suche od pylistego kakao, to leciutko nasączone suszonymi śliwkami. Motyw czekośliwki w zasadzie do kwaskawości się nie zbliżył (lekko ją tylko zasugerował?), a podniósł słodycz.

Bliżej końca słodycz wzrosła mocniej, mimo cierpkawości. Na łagodzącej płaszczyźnie zajęła mocną pozycję i jako prosta, cukrowo-śmietankowa kierowniczka, zupełnie podporządkowała sobie kakao, przerabiając je na jakiś "słodyczowy twór". Oprócz opisanego ciasta, mignęły mi cukierki "śliwka w czekoladzie", ale oklapły w słodyczy i delikatnej, prostej cierpkości.

Po zjedzeniu został posmak kakao prostego, odtłuszczonego i... aż z nieco kurzową nutą. Pomyślałam też o słodkawym węglu, starej, pylistej kawie. Słodyczy nie brakowało, ale nie była wysoka. Maślaność... w zasadzie jakby próbowała się ukryć, ale ostała się jako tłustawy efekt fizyczny. Co więcej, usta i zęby trochę ściągnęło mi suche, pyliste kakao. Za jego sprawą, posmak nie trwał jednak długo.

Całość wyszła w porządku, ale tylko tyle. Prosta i niewymagająca, a w miarę zadowalająca, jak się już kupiło. Gorzkawa, w porywach gorzka - osiągnęła to głównie za sprawą mocnego palenia, przywodzącego na myśl kawę i kakaowe wypieki. Sporo w niej prostej słodyczy, która z łagodniejszymi nutami (śmietanka, maślaność) zgrała się i wyszła pierwszoplanowo. Ciekawe było skojarzenie z lodami, ale już konsystencja bardzo mi nie odpowiadała. Wydała mi się po prostu licha - taka miękka, niepozostawiająca za wiele po sobie. Czuć odtłuszczone kakao bardzo mocno. Wyszło to średnio półkowo, acz zadowalająco, myśląc o tym właśnie poziomie. Tylko albo aż tyle (droga nie jest). Gdy sobie pomyślę o Das Exquisite Mouse au Chocolate, to taak, ta zdecydowanie jest lepszym wyborem, acz taniość chwilami i tak daje się we znaki.
O tej samej zawartości kakao jadłam np. (Vanini) Tesco finest Uganda 78 % - ta niby też miała kakao w proszku, ale czuć lepszą jakość, nuty kakao (a nie np. gorzkość wynikającą z palenia) i niższą słodycz.
Rossmannowa wydała mi się bardziej czysto słodka i z wyraźniejszym kakao w proszku niż J.D. Gross 85%, bo podlinkowana wyszła już nieco tłusto-rozmyto. Wydają się jednak na mniej więcej podobnym poziomie.


ocena: 7/10
kupiłam: Rossmann
cena: około 3-4 zł (promocja)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao niskotłuszczowe w proszku

sobota, 20 czerwca 2020

Das Exquisite Karamell & Meersalz / Karamell-Mandel-Nougat mleczna z solonym karmelem i migdałami

"Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego" - mogłabym pewnie powiedzieć, planując, że otworzę kolejną czekoladę marki własnej Rossmanna. To mogłyby być również słowa, jakie producent wyrzekł, swoje czekolady komponując. W Rossmannie bywam bardzo rzadko, bo nienawidzę kupować kosmetyków i właściwie tego nie robię, nigdy mnie ich słodycze specjalnie nie interesowały. Jak jednak parę miesięcy temu tam zaszłam, trafiłam na promocję czekolad i akurat pojawienie się nowych smaków, toteż postanowiłam dać szansę, robiąc rozeznanie w "różnych kategoriach". I o ile Chili Zartbitter była smaczna, tak Mouse au Chocolate czy Minze Zartbitter to porażka. Na koniec zostawiłam potencjalnego najsilniejszego zacukrzacza, bo po tamtych nie miałam wątpliwości, że będzie słodko. Również dlatego, że to z zakupionych jedyna "inna", a więc mleczna, odróżniająca się. Niestety jakością pewnie nie.
Na mej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech, gdy dzień po Czekoladzie Gorzkiej 72 % Belgijskiej od Baronie z Biedry (recenzje rozplanowałam trochę łamiąc chronologię) właśnie ta miała mieć swój dzień. Światowo, co? Zaraz jednak optymistyczniej pomyślałam, że tamtą też posądziłam o niesmaczność.

Das Exquisite Karamell & Meersalz Milchschokolade mit Gesalzenem Karamell-Mandel-Nougat to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao z karmelem z solą morską, a dokładniej solonym nugatem karmelowo-migdałowym.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam się nieźle skołowana. Otóż dosłownie jak bym wąchała plastelinę / ciastolinę. Taką ciepłą, mdląco-naaromatyzowaną i... słodką. W życiu nie powiedziałabym, że wącham czekoladę, ewentualnie plastelinę naaromatyzowaną "czekoladowo". To było okropne, odpychające.

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie dziwnie tłusto-suchej.
Przy łamaniu trzaskała, gdyż była dość twarda. Nie kruszyła się, mimo iż wtopiono w nią mnóstwo małych kawałków karmelu i mikroskopijnych drobinek... nugatu? Na oko trudno stwierdzić, powiedziałabym, że jest tam tylko karmel.
W ustach rozpływała się raczej łatwo, w tempie umiarkowanym i dziwnie z... poślizgiem. Była gładka, nie za mocno tłustawa i trochę pyliście-proszkowa. Wyszło, że jest strasznie najeżona twardo-ostrawymi kawałkami: mniejszymi i większymi.
Okazało się, iż drobinki migdałów znalazły się w karmelu. Jego kawałki były chrupiące jak grudki cukru. Minimalnie się lepiły, ale w żadnym stopniu nie przypominały tworu z Toblerone, a po prostu orzechy w ogromie cukro-karmelu. Znalazło się w nich także sporo soli. Karmel bowiem w zasadzie rozpuszczał się, tylko że bardzo powoli - a sól wraz z nim. Przynajmniej jej kryształki nie zostawały na języku samodzielnie.

Już robiąc pierwszego kęsa także w smaku poczułam słodką plastelinę.

Po ustach jednak jako smak wiodący rozeszła się słodycz. Cukrowo-niecukrowa, a zabarwiona... czymś dziwnym, sztucznym (najpierw do głowy przyszły mi jakieś tanie czekoladki "o smaku cappuccino / karmelu", a tak naprawdę po prostu nijakie).

Słodycz goniona była przez smak masła. Po prostu. Czułam masło i jakby "aromat maślany", smak mojego wyobrażenia o "Smakowitej z masłem" (Mama to codziennie je, ja nigdy nie próbowałam). Słodycz poganiana masłem... skrywała... jeszcze więcej słodyczy? i mleko? W tle pobrzmiewało mi sztuczne toffi i mleczność najtańszych czekolad - mleko w proszku. Cukrowość szybko drapała w gardle.

Smak toffi nasilał się, gdy trafiałam na dodatki. One jeszcze bardziej podbijały cukrowość, ale... nagle atakowała sól. Nie pożałowali jej, co wyszło na jaw wraz z częściowym rozpuszczaniem się dodatku. Kawałki karmelo-nugatu smakowały więc do bólu słodko i słono jak lizawka dla konia. Kontrast był nie do zniesienia, ale nie odwrócił uwagi od smaku tychże chrupaczy.
W żadnym wypadku nie był to solony karmel. To raczej cukierki maślane / śmietankowe typu karmelki, ale właśnie z karmelem niemające wspólnego. To było jak tanie, sztuczne i słone toffi.

Dodatek ten podkreślił cukrowo-maślany, ten sztucznie-maślany, tani smak czekolady. Plastelinowość może trochę się zagubiła, ale to i tak było podłe.
Gdy bliżej końca i na koniec gryzłam te kawałki, nasilał się smak sztucznych toffi-karmelków, soli i pojawiała się nutka migdało-orzecha (tak niejednoznaczna i delikatna, że można przeoczyć - w ciemno nie umiałabym powiedzieć, czy to orzech, czy migdał).

Po wszystkim został tandetny posmak plasteliny / ciastoliny, sztuczny i maślany. Czułam masło, ale właśnie i jakby "aromat masła", wzmocniony solą i solonym toffi.

Od razu pragnę zaznaczyć, iż nienawidzę masła, a u mnie karmel z zasady wygrywa z toffi. Być może więc, czekolada jest po prostu kiepską czekoladą, a to ja odebrałam ją jako aż tak skrajnie parszywą. Nie mniej jednak, trudno w niej znaleźć plusy.
Struktura czekolady przeciętna, ale dodatek zły - ot, jakby zatopić tam dużo bryłek cukru, w których niby miały być migdały, ale których prawie brak.
Paskudny zapach smród plasteliny i plastelinowo-sztuczna nuta w smaku to kwestie odpychające. Cukrowość przesadzona, jak tylko się dało, a do tego jeszcze taniość, sztuczność i masło. Nie wiem, po co tam ono. Karmel to nie karmel, a toffi złej jakości. A do tego wszystko to przesolone. Sól podkreśla... tak, zwłaszcza tutaj świetnie podkreśliła wady.
Tabliczkę postrzegam jako ohydną. Nawet połowie kostki nie dałam rady. W zasadzie gdyby nie blog, po powąchaniu bym jej nie ruszyła. Ocenę tak wysoką wystawiłam tylko dlatego, by te naprawdę zabijające trutki na wielbicieli słodyczy słodycze czuły się wyróżnione; a tu jednak silny był też pryzmat mojego "ja".
Reszta powędrowała do Mamy. Ucieszyła się, stwierdzając, że według niej smaczna (wystawiłaby 6/10) i podobało jej się, że "te solone to bardziej toffi niż karmel". Jak wypytywałam, czy czuła masło, odparła, że "raczej nie, ale wiesz, ja nie mam problemu z masłem, takiego jak ty" (lubi masło i rzeczy maślane).

Wprawdzie struktura chrupacza była o niebo lepsza niż w Toblerone Milk, ale całościowo np. z Toblerone Crunchy Salted Almonds (wersja amerykańska) przegrała z kretesem.


ocena: 2/10
kupiłam: Rossmann
cena: około 3 zł (promocja)
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, nugat karmelowo-migdałowy 13% (cukier, migdały, pełne mleko w proszku, masło, sól morska 3%, syrop glukozowy), miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, masło skoncentrowane, lecytyna sojowa, aromaty

czwartek, 20 lutego 2020

Das Exquisite Minze Zartbitter / mit feiner Minz-Note ciemna z 50 % miętowa z kawałkami miętowymi

Tę czekoladę widziałam chyba jeszcze przed blogiem, w starym miejscu zamieszkania, gdzie tylko co otworzyli mi pierwszego Rossmanna - możliwe? Tak przynajmniej to pamiętam. Rossmann wprowadził tam wtedy słodycze... i miętowa nienadziewana czekolada była czymś, czego wcześniej nie jadłam, ale wtedy i później nigdy specjalnie mnie nie zainteresowała. Dopiero jakoś po latach uznałam, że warto zerknąć, co ciekawego w Rossmannie z czekolad mają. Po Das Exquisite Mouse au Chocolate miętowej na pewno bym nie kupiła, ale że wzięłam je w ciemno... Postanowiłam otworzyć ją niedługo po smacznej Das Exquisite Chili Zartbitter, aby zrobić to przy sprzyjających warunkach (względnie pozytywnym nastawieniu), a i choć raz zamiast serii, postanowiłam pójść w kontrast (no ok, nie całkiem, bo parę dni wcześniej zjadłam Lindt 70 % Edelbitter Mousse Minze i czekała mnie jeszcze jedna miętowa). To, na jaką formę mięty postawili, trochę mnie przerażało, mimo że akurat Baron Luximo ciemna 70 % o smaku mięty z granulatem miętowym wyszła całkiem przyjemnie. Jednak już Chocolate and Love Mint 67 % w kwestii struktury była tragedią.

Das Exquisite Minze Zartbitter / mit feiner Minz-Note to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z chrupiącymi granulkami miętowymi.

Rozchylając papierek poczułam intensywny zapach mięty, przywodzący na myśl miętówki-landrynki (twarde cukierki). Miał wydźwięk bardzo, bardzo słodki, wręcz cukrowy. Także cukrowe było delikatne, ciemnoczekoladowe tło. Cierpkawe jedynie jak "kakałko", nawet mało "ciemne", z tym że przynajmniej palone.

Tabliczka była bardzo twarda, co przełożyło się na głośne trzaski. Raz i drugi usłyszałam jednak dziwny chrzęst. Na podkładkę, na której robię zdjęcia, wypadł kryształek cukru ("Pięknie" - pomyślałam). Już zwarty, jakby gładki przekrój pokazał, że dodatku w postaci sporych cukrowych kawałków nie pożałowano.
W ustach czekolada rozpływała się dość szybko, acz początkowo jakby usiłowała się hamować, pozostając zwartą. Z jednej strony próbowała nieco zalepiać gładko-tłustawymi smugami, ale z drugiej... z każdą chwilą coraz bardziej raczej opływała wodnistością, by w tej wodzie zniknąć i pozostawić lekki, pylisty efekt.
Ujawniała tym samym dużo kryształków cukru wielkości standardowej (chyba) i dużej. Rozgryzane oczywiście chrzęściły-chrupały w specyficzny sposób, a tak to rozpuszczały się powoli. Nakręciły wodnistość całości. Większe rozpuszczały się wolniej od czekolady i pozostawały na koniec, wcześniej irytując dotykaniem podniebienia i języka.

W smaku od pierwszej chwili czekolada zaserwowała mi silną słodycz cukru i maślano-palony smak. Lekka nutka kakao kojarzyła się bardziej z kakao niż z ciemną czy deserową czekoladą (nie uznaję tego podziału, ale chodzi mi o "wydźwięk deserówki"), układając się w łagodną bazę bez wyrazu.

Mięta wpływała poprzez cukier dość szybko. Cukrowość rosła więc szybko i znacząco, przy czym niestety smakowała czystym cukrem. Po paru chwilach chłodząca nuta mięty popłynęła spokojnie obok bazy. Mniej więcej w połowie wzrosła, by bazę zdominować i zaprezentować smak twardych miętówek. Było to cukrowo-cukierkowe, podkręcone. Na myśl przyszedł mi chłodny miętowy lukier. Dodatkowo wyjałowił bazę. Mimo ochłodzenia, wydało mi się to ciężkie i skojarzyło z męskimi perfumami lub odświeżaczami do samochodu.

Jeśli już tu mówić o lichej nibygorzkawości, to oprócz palonego motywu, wskazałabym chyba jakieś gorzkawe pestki (np. dyni) czy orzechy (włoskie). Nie chodzi mi nawet o te konkretne, ale o porównanie stopnia gorzkawości. Tę iluzję chyba trochę podkreślał olejek miętowy.

Cukier tylko odrobinę podkręcał właśnie ten miętowy smak, bo w dużej mierze wydawał się po prostu cukrem. Czułam chłodek, ale i nakręcającą się chamską cukrowość. W tym chamstwie i ciężkości (niezbyt)czekoladowa baza gubiła się.

Końcówka była przecukrzona i mocno miętowa w kontekście cukierkowym. Z czekolady na wierzch wyłoniła się maślana nuta i lekka cierpkość (zakładam, że mieszanka kakao i olejków).

Po zjedzeniu pozostał zaskakująco przyjemny posmak lekko ziołowego olejku miętowego i nieprzyjemne przecukrzenie ordynarnym cukrem. Obok lekkiego chłodku w ustach była też pewna suchawość. Mięta w tym momencie wiązała się z cierpkością, ale... smak kakao odebrałam jako jakiś taki lichy.

Całość wyszła kiepsko. Nie dość że sztucznawo w kontekście cukierkowym, a nie aromatu (aromat miętowy lubię, skojarzenie z twardymi cukierkami nie), to jeszcze te kawałki cukru... Pomijam, że sama czekolada przeciętna, więc i w niej plusów nie ma co szukać. Przeciętna - jak słodycze (miętówki) przy kasie, a nie produkt ekskluzywny (jaki chyba udaje).
To tabliczka o wiele gorsza od miętowego Barona Luximo 70% , ponieważ granulki przy 70 % pozostają dodatkiem, nie wydawały się czystym cukrem, a przy marnych 50 % (pewnie i tak wliczyli sporo tłuszczu) ma się wrażenie, że je się cukroladę z cukrem.
Generalnie jednak nie byłoby tragicznie, gdyby nie te kryształy i bryły cukru... Jedne z najgłupszych i najgorszych chrupaczy, jakie można dodać do czekolady. (I pomyśleć, że raptem parę dni wcześniej próbowałam zagryźć coś Luximo z solą i wykończyły mnie bryły soli... Narzekałam na sól... to teraz mam cukier. Aha, producentom się nie podoba, że ich nie kupuję?)
Chciałam oddać Mamie, która wprawdzie nie cierpi ciemnych czekolad, ale lubi słodycze miętowe, wszelkie dodatki do chrupania w czekoladzie, a i np. pastylki Goplany też zawsze lubiła (a przecież nie są w mlecznej). Stwierdziła, że cukier niepotrzebny, ale zdziwiona: "sama czekolada nawet dobra, zupełnie niegorzka taka, a słodka". Mimo to, przez ciemny kolor kończyć jej nie chciała, toteż uznałam, że zasreberkuję (czekoladę oczywiście!) i niech leży, jak będę chciała czymkolwiek jakieś chemiczne paskudztwo zagryźć (miętowe rzeczy dobrze sobie z tym radzą). A zostającym w ustach cukrem plułam.


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 3,99 zł (promocja)
kaloryczność: 514 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, granulki miętowe 3 % (cukier, olejek miętowy), lecytyna ze słonecznika, olejek miętowy, naturalny aromat waniliowy

niedziela, 5 stycznia 2020

Das Exquisite Chili Zartbitter ciemna 50 % z chili

Kiedyś tam pomyślałam sobie, że może warto spróbować jakieś czekolady z Rossmanna, bo coś cicho o nich. Zdarzyło się, że akurat trafiłam na pojawienie się nowych smaków i promocję, więc zamiast "jakiś dwóch", kupiłam cztery. Los sprawił, że pierwsza spróbowana (Das Exquisite Cremig Gefullt Mouse au Chocolate Zartbitter) była paskudna, więc mój zapał opadł. Do czekolady z chili podeszłam jednak bez niechęci, bo dawno nie jadłam żadnej z tym dodatkiem, a czekały mnie dwie lepsze z chili właśnie i chciałam porównać trochę, zaczynając serię od potencjalnie najgorszej.

Das Exquisite Chili Zartbitter / mit feiner Chili-Note to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z chili.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach dość maślanej, acz niewątpliwie ciemnej czekolady o silnej soczystości chili i wina oraz charakterze palonej kawy. W trakcie jedzenia suma tego podchodziła pod wędzoną śliwkę. Słodycz nie była bardzo wysoka, ale miała esencjonalny wydźwięk słodkiego wina / likieru czy właśnie takiej alkoholowej, wędzonej śliwki.

Niemal czarna tabliczka była odpowiednio twarda, dzięki czemu ładnie trzaskała, ujawniając zbity, jakby gładki przekrój. Przy robieniu kęsa jednak wydała mi się trochę krucha, nie za twarda.
W ustach z kolei rozpływała się w odpowiednim tempie, bez ociągania się z racji kremowej tłustości. Mimo że dość zbita, nie była gęsta. Raczej nie zalepiała. Pojawiła się za to soczystość i pyłkowo-trzeszczący efekt, jakby za sprawą "osuszania" obniżający tłustość.

Od początku czułam mocną słodycz o przyjemnie likierowym wydźwięku, podrasowanym cierpkością i soczystością. Palona kawa rozchodziła się jako lekka gorzkość, tonowana sporą ilością masła. Słodycz rosła, układając się w palono karmelowy sos, tak słodki że aż scukrzony. W tle pobrzmiewała sugestia słodkiej papryczki chili. Smak rozgrzewał...

Mimo że szybko został zalany delikatną, słodką śmietanką. Wypływała z maślaności, mieszała się z kawą i słodyczą. Obok kawy poczułam mocno śmietankowy karmel, którego to śmietankowość była cudownie rześka, nieciężka, bo znacząco podbita soczystością.

Początkowo nieśmiała soczystość mniej więcej w połowie dzięki słodyczy wyniosła smak papryczki chili oraz wędzono-suszonej, słodkiej śliwki kalifornijskiej. Robiła sugestie do alkoholu / likieru, może wina (o śliwkowych nutach?), ale była przede wszystkim... słodziuteńką śliwką (taką aż scukrzoną). Smak papryczek z kolei trzymał się jej, wychodząc przystępnie i też słodko, ale wyraźnie. Lekkie pieczenie chili pojawiało się chwilami. Przez większość czasu jedynie rozgrzewało usta i gardło.

Bliżej końca śliwka mieszała się z paloną kawą i śmietanką, a przesadzona słodycz wciąż wtulała się w karmel dzięki ogólnej paloności, a więc ciepłu. Chili uprzyjemniło ją, podkreśliło te nuty, a na zasadzie kontrastu z silnym śmietankowo-maślanym wątkiem, samo też swe walory pokazało.

W posmaku pozostał już cukrowo-palony karmel, przesadzona słodycz , słodziuteńkość likierowo-winno-śliwkowa i przyjemnie soczyste, delikatne chili obok lekkiej, palonej cierpkości łagodnej kawy. To, że słodycz była za silna, czułam już przy pierwszej kostce, więc łatwo sobie wyobrazić, jak łomotało mi serce i jakie przecukrzenie totalne ostało się po zjedzeniu całości.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Mimo że zdecydowanie za słodka, pozostała wyrazista w kwestii smaku. W ogóle zdziwiłam się, jak czysto w smaku wyszło chili, bez takiej mocnej ostrości. W ciepłym klimacie miejsce dzięki palonej nucie odnalazły śmietanka, karmel i kawa, świetnie pasujące do słodkiej wędzono-suszonej śliwki (realnie śliwki kalifornijskie są mi za słodkie, ale jako nuta - spoko). Chili to jedynie nuta, ale integralna i nakręcająca soczystość oraz rozgrzewanie. Nie paliło, nie szczypało - słabe, ale wyczuwalne w przystępny sposób. Uładzone w pozytywnym znaczeniu, bo całość nie sprawiała wrażenia takiej ugłaskanej (tu już dopomogły alkoholowe sugestie, poniekąd z chili związane).
Na plus także to, że zachowała pewną twardość ciemnej czekolady, mimo kremowości - w przeciwieństwie do miękko-ulepkowatego Lindta Excellence Chili, od którego ogółem wyszła lepiej: także smaczniej i ambitniej. Nie dorównała Grossowi Ekwador 56 % z płatkami chili. Wyszła od niego bardziej słodko (tak, może być bardziej słodko niż w Lidlu!) i mniej ostro. Gross skupił się na palono-gorzkawych nutach, w tym kawie, Das Exquisite odbiła w kierunku śmietanki, palonego ciepła i owoców (śliwek i słodkiego chili).
Uważam, że w tej cenie i przy tej dostępności trudno o tak dobrą - mimo przecukrzenia - tabliczkę.


ocena: 8/10
kupiłam: Rossmann
cena: 3,99 zł (promocja)
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: możliwe

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt z papryki chili 0,1%, naturalny aromat waniliowy

środa, 7 sierpnia 2019

Das Exquisite Mouse au Chocolate ciemna 50 % z nadzieniem czekoladowo-truflowym

To, że Rossmann ma swoje czekolady wiedziałam nie od dziś, jednak nigdy nie kupowałam stamtąd słodyczy, ogólnie bardzo rzadko tam bywam, toteż i nie kusiły. Raz jednak, gdy poszukiwałam smacznej ciemnej z czekoladowym / kakaowym nadzieniem, postanowiłam także propozycji tego sklepu dać szansę. Jako że moje zakupy czekolad czasem bywają dość obsesyjnie, a akurat była promocja, wyszłam z czterema różnymi tabliczkami. Poznawanie marki (o której w sumie prawie nic nie słyszałam, niewiele pamiętałam z tego, co czytałam) zaczęłam od tej, która mnie w ogóle do niej skierowała. Szczerze? Wyglądała mi na taką typową udającą wykwintną, więc efekt był wątpliwy, ale co z tego? Logika mojego działania zaś... Niech pozostanie bez komentarza.

Das Exquisite Cremig Gefullt Mouse au Chocolate Zartbitter to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao nadziewana czekoladowo-truflowym mousse'em (25%); powiedziałabym, że kremem (albo po prostu nadzieniem) z ajerkoniakiem.
Wyprodukowana w Niemczech dla Rossmanna.

Po otwarciu poczułam pyszny, truflowo-alkoholowy zapach. Nie była to co prawda głęboka czekoladowość z wytrawnym kakao, ale poważny i wręcz cukrowo-słodki aromat cukierków typu trufle (takie jak np. Odry).

Brzydka, acz ciemna tabliczka w dotyku wydała mi się tłusta, ale okazała się zacnie twarda i głośno trzaskająca przy łamaniu.
Przy podziale kostki do zdjęć zaskoczyła mnie forma środka. Otóż twarda i gruba czekolada skrywała... mokro-mazisty, acz zwarty i gładki krem. Przy przegryzaniu kostki na pół, cały wyciągnął się z kostki, pozostawiając drugą połówkę pustą. Na pewno nie był to mousse.
W ustach czekolada potrzebowała chwili, by zacząć się rozpuszczać, a i potem robiła to z lekkim oporem. Najpierw myślałam, że pójdzie w kierunku maślanej miękkości, ale nie. Mimo właśnie przesadnej, okropnej wręcz maślaności, okazała się bardzo wodnista. Pozornie gładka, ale z pobrzmiewającym... nawet nie pylistym, ale coś z tego rodzaju, efektem.
Nadzienie okazało się bezsprzecznie gładkie i mokro-śliskie. Było jeszcze tłustsze od czekolady, oleisto-śmietankowe i miękkie. Wyciskało się spod czekolady i rozłaziło po ustach, kojarząc się przy tym z... kremami np. do rąk. Przez tę śliskość, jego tłustość wydała mi się nie do przebrnięcia, obrzydzająca.
Czekolady było dużo, zabrakło mi zgrania, bo wyszła "miękko skorupkowo" w stosunku do wnętrza. Całość odebrałam jako tak tłustą, że cały czas aż się krzywiłam.

W smaku czekolada okazała się głównie cukrowa, a tak to bardzo delikatna, prawie żadna. Wydała mi się jakby... smakowo rozrzedzona, wodnista. Silna słodycz została wprawdzie trochę "uszlachetniona" lekką cierpkością kakao. Ta szybko dała o sobie znać dzięki nutce likieru, którą musiała przesiąknąć (co chyba dodatkowo podkreśliło wodnistość). Potem w ustach rozchodził się maślano-mdławy smak. Nie było to gorzkie, ani nawet specjalnie wytrawne.

Krem z kolei wchodził jako lekko kakaowo-likierowa sugestia. Najpierw alkohol był delikatny.
Po ustach rozszedł się smak głównie maślano-śmietankowy, ale dziwnie zgaszony, a co za tym idzie mdły. Minimum kakao zaraz też się pojawiło, ale nie było w tym głębi. Odezwała się za to bardzo słodka likierowość. I była to bardziej "słodycz likieru" / "likierowa słodycz", niż po prostu alkohol. Tego, jako uderzenia procentów, praktycznie nie czuć. Jakby był tam aromat, a nie alkohol. Takie coś właśnie wyprało nadzienie z innych smaków. Zabiło je, nie dając nic w zamian. Mieszając się z czekoladą, wyszło wodniście-czekoladowo, tak... "o smaku", tanio. Prosta alkoholowość do końca była jakoś tam wyczuwalna, gdy krem już na dobre rozlazł się po ustach.

Potem znów zatopiło się to w wodniście-maślanej mazi. Zamknięte zostało mdłą, odrobinę cierpkawą czekoladą, w której za to cukier miał się dobrze.

W posmaku pozostała tłuszczowość, rozumiana w każdym możliwym kontekście, nijaka cukrowość i likierowość bez silniejszego procentu. Lekka cierpkość została dodatkowo złagodzona maślanością. Na ustach czułam tłuszcz i dziwną śliskość kremu.

Całość, nie dość, że niezbyt smaczna, miała w sobie coś obrzydzającego. Oprócz ordynarnej, śliskiej tłustości, nawet trudno mi wypunktować, co w niej aż takiego okropnego było, ale... Nie wiem, ten śliski, wodniście "żaden" krem był obrzydliwy. Maślaność i cukrowość doprawione smakiem likieru. Mało procentu, mimo że alkohol rozegnał inne smaki. Wytrawnie przez niego też nie wyszło. Mnie zmogła tłustość, słodycz, wodnistość i w dodatku to, że chyba po prostu nie lubię ajerkoniaku. Mousse to na pewno nie był, a jakaś obleśna gruda.
Nie dałam rady więcej niż 1,5 kostki. Resztę oddałam Mamie, która lubi słodkie i tłuste czekolady, a także słodycze z ajerkoniakiem czy trufle. Bardzo smakował jej alkohol z tej czekolady, nie przeszkadzało jej, że to ciemna czekolada, ale i ją obrzydziła tłustość. Stwierdziłyśmy się, że przez konsystencję to było po prostu niezjadliwe (Mama jednak sobie nadzienie ze względu na ajerkoniak wyssała i uznała, że pasowałoby jej do mlecznej czekolady).
Gdyby ocena miała być tylko taka moja, oparta tylko na subiektywnie subiektywnych odczuciach... na szczęście (dla tej czekolady) zer nie wystawiam. Jednak jakość składników, ogół w porównaniu do tego, co jest w sklepach, cena... skłoniła mnie do wyrównania tego. Nie chcę bowiem wystraszyć np. kogoś, komu nie straszne tłuste słodycze. Myślę, że gdyby nadzienie miało strukturę cukierków typu trufle (twarde, cukrowe, ale mniej tłuste), wyszłoby zjadliwie.


ocena: 3/10
kupiłam: Rossmann
cena: 3,99 zł
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, śmietanka, ajerkoniak, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, syrop glukozowy, alkohol, lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa, aromat