W posiadanie tej czekolady weszłam w dziwny sposób. Sięgnęłam po nią w Rossmannie, bo wyglądała nieznajomo-znajomo. Stojąc w kolejce z kremami orzechowymi, sprawdzałam, czy nie ma czekolad, które mogłabym kupić w góry. Tam kokosową bym zjadła, ale nie nadziewaną. Są za potencjalnie problematyczne i delikatne na zabieranie je w trasy. A już na pewno takie nadziane po całości. Przypominała kolosalnego Zottera lub Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Spojrzałam na ojca, usłyszałam "bierz jak chcesz", ale już biorąc zrezygnowałam i jednak miałam odłożyć. Było jednak za późno, już ktoś mnie trochę poganiał, już kolejka się przesuwała... I uległam tej tabliczce. Kupiliśmy. Czy słusznie? Wątpiłam i sceptycyzm rósł, ilekroć o niej pomyślałam, więc w końcu uznałam, że czas się za nią zabrać. I starałam się zrobić to bez uprzedzeń. Wspomniana niestety bowiem źle się kojarzyła. Na koniec wstępu jeszcze taka ciekawostka: na opakowaniu producent zdradził, że kokos użyty do zrobienia tej czekolady, pochodzi z Filipin.
Das Exquisite Erlesene Qualitat Kokos Zartbitter Zartbitter-Schokolade Gefullt mit Kokoscreme to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao nadziewana (58%) kremem kokosowym, wyprodukowana w Niemczech dla drogerii Rossmann.
Po otwarciu rozszedł się dość ciężki, wyrazisty zapach, kojarzący się z likierem kokosowo-kakaowym. Dominował kokos o ewidentnie "aromatowym" podszyciu, kokos słodki w poważniejszy, alkoholowy sposób, ale i czekolada miała wiele do powiedzenia. Czuć jej przecukrzenie, ale i dość mocno paloną gorzkość. Ogół wydał mi się jednocześnie przecukrzony, jak i wcale nie tak mocno słodki. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasiliła kokosowość: do aromatu doszły całkiem pewne siebie wiórki.
Tabliczka była średnio gruba. Składała się z niezbyt grubej warstwy twardo polewowej czekolady oraz dużej ilości plastycznego, grudkowego nadzienia z wiórkami. Wyglądał trochę jak marcepan.
Przy łamaniu za sprawą czekolady, tafla chrupko trzaskała. Nie jakoś szczególnie głośno, ale wyraźnie. Wydała mi się średnio twarda i dość masywna.
W ustach czekolada potrzebowała chwili, po czym rozpływała się trochę opornie ulepkowato. Była średnio tłusta i trochę mazista, ale też nieco polewowo-plastikowa. Aspirowała do gładkiej, lecz czuć w niej lekką proszkowość. Szybko odsłaniała nadzienie, po czym rozpływała się razem z nim, aby zniknąć tylko trochę szybciej od niego.
Wnętrze okazało się średnio wilgotne i grudkowo rozlazłe. Miękło średnio tłusto i trochę zawiesinowo. Kojarzyło się z marcepanem z przemielonymi, chrzęszczącymi wiórkami i kawałkami kokosa oraz lukrem.
Czekolada i nadzienie czasem bardziej się rozpadały, czasem mieszały się razem w luźną masę.
Na koniec w ustach zostawało sporo różnej wielkości kawałków kokosa i wiórków, w tym przemielonych. Trzeszczały porządnie, wyraźnie wiórkowo, ale wciąż też trochę udając marcepan.
W smaku czekolada od początku zaserwowała mi sporo słodyczy o głównie cukrowym charakterze. Wpisała się w wizję taniej polewy kakaowej. Zaraz odezwała się palona gorzkość, ogólnie trzymająca się niskiego poziomu, acz wyraźna. Aromat kokosa dołączył po chwili. Wkradł się w słodycz i jeszcze ją podkręcał. Czekolada, gdy nadzienie się wyłaniała, robiła mu miejsce na przodzie.
Gdy spróbowałam trochę czekolady osobno, okazało się, że przesiąkła kokosem tak delikatnie, że to aż dziwne.
Wnętrze odzywało się wprawdzie poprzez kokosa, a dokładniej aromat kokosowy, jednak szybko drastycznie podnosiło słodycz. Okazało się okrutnie przecukrzone. Przywodziło na myśl lukier kokosowy, w którym kokosa czuć dopiero za cukrem. Kokos połączył w sobie aromat i wiórki. Przewinęła się tam jeszcze niedookreślona jakby sztuczna słodycz oraz nieśmiały mleczny akcent.
Nadzienie spróbowanie osobno okazało się bardziej sztuczne, wręcz cukierkowe.
Czekolada robiła nadzieniu za tło, ani przez chwilę się nie zatracając, acz znacząco słabnąc w punkcie kulminacji wzrostu słodyczy.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz drapała już w gardle. Do głowy przyszedł kokosowy cukier puder, choć wraz ze słodyczą nasilał się też smak kokosowy. Wiórki przedzierały się całkiem udanie przez aromatową toń.
Niska gorzkość utrzymywała mocno palony charakter i wraz ze zwyklejszą, cukrową słodyczą czekolady, całą słodycz zawróciła na bardziej zwyczajnie cukrowy tor zawrócić słodycz. Nie obniżyć, ale odwrócić uwagę od sztucznej cukierkowości.
Gdy z nadzienia wyłaniało się coraz więcej wiórków, smak robił się właśnie bardziej wiórkowy, ale i wiórki nie dały rady przełamać słodyczy. Kojarzyło mi się to trochę z batonem Bounty.
Gdy trochę podgryzałam wiórki wcześniej, i tak było okrutnie słodko. One wydawały się przygłuszone.
Pod koniec słodycz - głównie za sprawą nadzienia - ogólnie bardzo męczyła, wręcz paliła w gardle. To zaś obudziło skojarzenie ze znacząco alkoholowym, rozgrzewającym likierem kokosowym. Bountym dla dorosłych? Czekolada, choć i ona dokładała się do słodyczy, zdobyła się jeszcze na ostatnie, bardziej cierpko-gorzkie zabłyśnięcie. W zestawieniu z nadzieniem jawiła się jako bardziej gorzko-cierpka. Niestety dość polewowo.
Wiórki, jakie zostały na koniec, przywróciły trochę kokosowy smak. Udało mu się zagrać naturalniejszą, wiórkową kartą, acz motyw aromatu, sztuczności wciąż pobrzmiewał, wraz z poczuciem przesłodzenia.
Po zjedzeniu został mocno kokosowy posmak, łączący wiórki i denerwującą sztuczność oraz ogólnie przesłodzenie. Czułam jakby mieszankę cukru, lukru i czegoś bardziej cukierkowego. Cierpka, palona goryczka też znalazła sobie sporo miejsca, ale niestety pobrzmiewała bardzo tanio.
Czekolada za nic mnie do siebie nie przekonała, ale jak pomyślę o jej cenie w odniesieniu do wielu innych czekolad, wydaje się śmiesznie tania i w tej swojej śmiesznej cenie, zapewne satysfakcjonująca wiele osób. Było bardzo kokosowo? Było. Było bardzo słodko? Zaiste. W moim odczuciu okrutnie przesłodzona, z wyczuwalną sztucznością nadzienia i taniością wierzchu, ale jednocześnie nie jakaś szczególnie w tym zła. Szkoda, bo potencjał w niej jest. Mieszanka kokosowy jakby marcepanu i Bounty pokryta ciemną czekoladą - to naprawdę mogłoby być smaczne, gdyby było wykonane lepiej. Po 8 gramach odpadłam - za słodko, za sztucznie i zupełnie nie moja forma.
Bardzo przypominała Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym. Powiedziałabym wręcz, że to ten sam producent, a różnice były małe, acz na korzyść dzisiejszej. Dziś przedstawiana była mniej wilgotna i mniej tłusta - może coś w tym jest, a może po prostu trafiła się bardziej podeschnięta. Na pewno ma nieznacznie mniej (o 1%) nadzienia.
Resztę oddałam Mamie, której czekolada ta smakowała: "Za nic nie umiałam zgadnąć, ile miała kakao, bo ten środek bardzo słodki. Bardzo, bardzo słodki. Za słodki, że na pierwszy miejscu cukier, potem w sumie też cukier i dopiero kokos, ale ogólnie dobra. Jedyna jej wada to to, że taka słodka, a tak.... całkiem przyjemna, jeśli tak mało kosztowała. Gdyby kosztowała jakieś 20 zł, to bym nie była taka łaskawa w odbiorze, ale tak to naprawdę nie ma co się jej czepiać. Fajnie tak kokosowa, tak ciekawiej... I tak jak coś znajomego". Gdy podpowiedziałam "ciemnoczekoladowe Bounty?", usłyszałam: "O tak, tak, dokładnie! Że też sama na to nie wpadłam, bo dokładnie tak można to opisać!".
ocena: 7/10
kupiłam: Rossmann
cena: 6,59 zł (za 140g)
kaloryczność: 474 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie
Skład: cukier, miazga kakaowa, wiórki kokosowe (16%), syrop glukozowy, tłuszcz kakaowy, woda, tłuszcz kokosowy, emulgator: lecytyna z soi; substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.