sobota, 31 lipca 2021

Marana Peru Piura 80 % ciemna

 Nie lubię zaczynać serii od potencjalnie najlepszych, ale tym razem tak się stało. W dodatku w przypadku marki dotąd mi nieznanej. Po prostu ta jedna raz, że miała krótszą datę, a dwa... też jej opakowanie się wyróżniało i tym samym rzuciła mi się w oczy. Doczytałam, że pochodzi z linii inspirowanej akwarelami peruwiańskiego malarza Pancho Fierro, który w swych pracach uwiecznił życie i zwyczaje Peruwiańczyków z XIX w.
Ciekawe, że nazwa tej marki to celtyckie imię oznaczające "wodna", ale... obstawiam, że twórcy nie to mieli na myśli, bo są z Peru i angażują się lokalnie (więc wątpię, by interesowali się Celtami). Farmerzy od lat uprawiają tam organiczne kakao ręcznie, a marka podpisując z nimi umowy, odmieniła ich codzienność na lepsze. Dbając o środowisko, chce przedstawić światu korzenie smakowe tego kraju. Na dobrą sprawę, dopiero czytając o tym wszystkim zorientowałam się, że... jak nic wpisało się to w moją "peruwiańską serię"!

Marana Peru Piura 80 % to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao odmiany Blanco z Peru, z regionu doliny Alto Piura.

Po otwarciu uderzył mnie soczyście-kwaskawy zapach owoców z cytrynami na czele, które to zdawały się zalewać i nasączać ciemną ziemię i dym. Te odpowiadały za gorzkość w tle. Raz po raz mignęły mi za jej sprawą orzechy, może słód. Wśród owoców czułam jeszcze niezbyt dojrzałe, kwaskawe wiśnie i egzotyczne żółte, odpowiadające za słodycz. Dojrzały ananas i jakieś nieokreślone. Słodycz ogólnie była niska, ale i karmelowe echo się znalazło. Łagodziła kwasek, który chwilami pokazywał także nabiał: kefir, mieszający się ze śmietanką.

Tabliczka miała kolor ciemnej mlecznej, a i twarda była jakby głównie dzięki grubości. Trzaskała, acz nie bardzo głośno, przy łamaniu sprawiając wrażenie, jakby była bardzo pylista. Taka tłustawo-pylista tafla.
W ustach rozpływała się bardzo łatwo i kremowo w średnim tempie. Była przesadnie tłusta i raczej esencjonalnie zbita; konkretna. Pozostawiała gładko-maziste smugi, przeplatając je nieco soczystymi "dopływami", by znikając, zostawić smugi tłuszczu. Na szczęście nie wyszła jak gruda tłuszczu, bo nie brakowało jej pylistego efektu, który wkraczał chwilami. 

Jako pierwszą poczułam słodycz palonego cukru i egzotycznych, soczystych owoców. Na pewno dominowały żółte, ale i czerwonych nie brak. Najpierw pomyślałam o dojrzałym mango i cierpkawym ananasie, do których zaczęła docierać żywsza, lekko kwaskawa soczystość. Chyba wyłapałam cytryny, niedojrzałe nektarynki (?), po czym mignęły mi pomarańcze.

Karmel i pomarańcze, a dokładniej ich lekko goryczkowata skórka zaprosiły gorzkość dymu. To było trochę jak zasłona dymna dla niektórych owoców. Soczystsze na chwilę przeszły w bardziej po prostu słodkie, suszono-duszne morele z gorzkawo-suszonym zacięciem.

Kwaśność odleciała od nich, wpisała się w dym i przywiodła ziemię. W połowie rozpływania się kęsa dym kłębił się i kłębił, walcząc z wilgotną, chłodną ziemią. Był to jakby... ciężko-wilgotny dym na mnóstwie ziemi. Nagle dosadna gorzkość dosłownie uderzyła. Dym i ziemia zderzyły się ze sobą, upuszczając ten drobny chłodek...

Który z czasem chwilami podchodził pod chłodno-tłustawą nijakość. Jakby czekolada rozrzedziła się smakowo. Zaraz jednak załapałam, że to smak maślany, taki... tłuszczowy. Czułam tłusty nabiał: śmietankę? Śmietanę? Może nawet orzechową (wegańską; moje wyobrażenie)?

Wilgotny dym zdawał się nasączony cytrusami. W pewnym momencie pomyślałam o surowym kakao i słodzie... To znów więcej gorzkości... rozmytych / przysłoniętych orzechów nie pierwszej świeżości. Wyrazista ziemia wyszła na pierwszy plan. Słodycz też się nie poddała - trwała obok, sugerując karmelizowane orzechy... Cukrowo-przypalone aż do goryczki? Tak, ta też zdecydowanie wzrosła w karmelowym kontekście.

Oto po dłuższym czasie rozpływania się kęsa dym nieco opadł nieco, pokazując sporo gorzkiej ziemi. Gorzko-kwaśnej, bo kryły się w niej też wiśnie i inne drobne czerwone... jakieś różne i kwaśno-niedojrzałe i takie miękko-cierpkie... Sugerujące cierpkość także nabiałowi, z czego wyszedł kefir i śmietana. 

Czekolada pod koniec złagodniała w słodko-tłustym i jednocześnie śmietanowo-cierpkim kontekście. Maślaność mieszała się z karmelem... dziwnie jednak lekko soczystym. Pomyślałam o morelach i jakiś egzotycznych owocach... "lekko gryzącym" efekcie po zjedzeniu ananasa?

Po zjedzeniu został posmak cytrusowo-ananasowo-ziemisty, bardzo zadymiony i śmietankowo-śmietanowy. Czułam lekkie ściągnięcie, jakby taninę. 

Całość była smaczna, ale o nieprzyjemnej konsystencji (za tłustej!). Już nawet nie chodzi o to, że nie lubię zbyt tłustych tabliczek, ale w przypadku tak soczyście-rześkiego smaku to nawet nie pasowało. Nuty cytrusów, egzotycznych mango, ananasów oraz moreli i wiśni, ziemia, dym i orzechy były po prostu boskie, acz obracające się wokół kwaśności. Stąd wolałabym, by nieco ująć słodyczy, a podrasować gorzkość (np. zmieniając cukier z białego na trzcinowy?). Gdyby tak choć jeden z tych elementów zmienić, miałabym problem, czy 9 to nie za mało. A tak... niestety ocena aż do 8 spadła.

Przypomniałam sobie również łagodną śmietanowo-śmietankową, a jednak niepozbawioną charakteru ziemi, ze sporą ilością owoców (w tym podobnych moreli i czerwonych, cytrusów) i orzechami OB Piura Porcelana 75 %. Tamta jednak była słodka w przyjemniejszy, karmelowo-miodowy sposób, a znacząco odróżniła ją nuta przypraw korzennych.
Również cytrusowa, morelowo-mangowa i ogólnie owocowa, ziemista (choć bardziej drzewna) była Pacari Piura Quemazón 70 %. W niej czułam "wegański sernik", co w dzisiaj opisywanym można porównać do "orzechowej śmietano-śmietanki" oraz wino - w dzisiejszej "wiśnie i inne czerwone".
Nutę nadpsuto-karmelizowanych orzechów przypomniała mi za to Zottera Labooko Peru 100%, ale przy tym dotarło do mnie, że za nic nie zgadłabym zawartości kakao dzisiejszej. Mimo wszystko obstawiałabym raczej granicę 70-75 %.


ocena: 8/10
cena: 38 zł (za 70 g - cena półkowa)
kaloryczność: 644 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

piątek, 30 lipca 2021

Zotter Dark Choco Mousse 70 % ciemna z musem z ciemnej czekolady

Nie raz pisałam już o tym, jak to uwielbiam maksymalnie czekoladowe połączenia, zestawienia, smaki. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że często wychodzą... nie aż tak czekoladowo, jak bym sobie życzyła. Zottery z czekoladowymi kremami zawsze bardzo mi smakują, mimo że narzekam na maślaność nadzień. Wcześniej Zotter nie nazywał ich mousse'ami, w 2020 roku zaczął. Na oko nie znalazły się one bliżej chmurkowych wnętrz niż dawne, ale nie robiło to dla mnie to różnicy. Efekt ogólny, smakowy był ważniejszy. W przypadku tej liczyłam na wiele, mimo że White Choco Mousse nieco mnie zmęczyła. Wprawdzie łatwo o to, by w moich oczach wyszła lepiej od wspomnianej, ale z kolei w pamięci zbyt dobrze miałam jedną z moich ulubionych czekolad Boozy Chocolate Mousse, do której już pary razy wróciłam, czyli... poprzeczka była bardzo wysoko.


Zotter Dark Choco Mousse to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana kremem / mousse'em ciemnoczekoladowym na bazie czekolady o zawartości 80 % kakao i masła; nadzienie stanowi 56 % całości.

Po rozchyleniu papierka poczułam intensywną, paloną woń drewna i dymu, kryjących gorzkawą kawę. Obok stała całkiem wyraźna słodycz karmelu, wydobywająca maślano-orzechową nutę. Ta nasiliła się jako grzybowo-maślany motyw zwłaszcza po przełamaniu ("grzybowa" w sposób charakterystyczny dla kakaowych nadzień / mousse'ów) i do skojarzeń dodała trufle. Pomyślałam też o zakalcowym cieście. Całość robiła też wybiegi do niemal cukrowo-karmelowego i soczyście owocowego alkoholu. Czyżbym wyłapała jakieś wiśnio-śliwki? 

Przy łamaniu tabliczka zaskoczyła mnie twardością: trzaskała donośnie mimo że realnie bardzo twarda była tylko sama czekolada. Mousse był znacznie od niej delikatniejszy, bardziej miękki, jednak... mousse'em nie był. To raczej gęsto-gliniasty, zbity maślany krem. 
W ustach czekolada rozpływała się powoli kremowo, łatwo i dość tłusto. Była gęsta i mazista.
Krem rozpływał się spójnie z  nią, acz dodawał dużo maślanej tłustości i bardziej zalepiał. Zachował element "czekoladowego zagęszczenia". Miękł jak mieszanka masła i gliny. Dziwne było, jak połączył konkret z mięknięciem. Podczas rozpływania okazał się niemal śliskawy, mimo lekko pylistego efektu kakao. Maział się jak zakalcowe, zbito-ciężkie ciasto na bazie masła albo śliskawe trufle w pyłku kakao. Znikał nieco szybciej od czekolady.

W smaku sama czekolada zaczęła od dość wyrazistej, palonej gorzkości, kojarzącej się z ziemią i konarami ją porastającymi (i odrobinką kawy?) oraz soczystej goryczki skórki cytrynowej. Zmieszała je ze sobą nieco kwasowo-cierpka nuta dymu.

Z czasem nadzienie zaczęło się pod czekoladę podpinać. Rozbłysła też słodycz karmelu, mocno palona i... jak spadająca gwiazda, po debiucie znikająca z głównego pola. Pomyślałam o śliskawych truflach belgijskich, osnutych dymem. Jakby też... z dymu wyłoniły się trufle jako alkoholowe cukierki, które zaraz porządnie otuliła cierpkawość. 

Słodycz zrobiła się wycofana i przybrała na maślaności. Oto do czekoladowości zaczęły dołączać coraz bardziej maślane wątki, jakby ją nieco rozrzedzając smakowo. Samo nadzienie przedstawiło się jako bardziej maślane, łagodniejsze i słodsze, ale wciąż ciemnoczekoladowe. Może nieco zakalcowe? Odnotowałam lekko grzybowo-maślaną nutkę, a cierpkość nagle zmieniła wydźwięk. Wydało mi się też cierpko-dymne. 

W dymie pojawiła się delikatna, kwaskawa nuta soczystych owoców. Nie były zbyt jednoznaczne - ot, wiśnio-śliwki trochę chylące się ku winu, trochę ku... ciastowym klimatom. Jakby tak maślane ciasto czymś nasączyć (dodać owoce / owocowy alkohol). Pojawiła się leciutka, ciepła pikanteria chili. Zdecydowanie podtrzymało to poważniejszy, alkoholowy (bez procentów) wydźwięk i leciutko ogrzało gardło.

Bliżej końca, jako że nadzienie rozpuszczało się szybciej od czekolady, wróciła intensywniejsza gorzkawość. Palono-dymnym tonem wyrównała maślaność i słodycz. Reprezentowała i wilgotną, czarną ziemię, trochę drzew, i dym (jego cierpkość), zostawiając sobie soczystość.

Po zjedzeniu został posmak gorzkawego dymu i kontrastowy do niego maślano-karmelowy, słodki acz nie jakoś szczególnie. Wyraźnie czułam pyłkową cierpkość kakao, jak również zaskakująco wyraźną nutę chili, udającego procenty rodem z trufli i przyjemnie drapiącego w język.
Usta były trochę otłuszczone, ale że czułam też nieco pylisty efekt kakao, nie odebrałam tego źle.

Całość w zasadzie była smaczna: nie za mocno słodka, ale niestety też nie tak gorzka, jak liczyłam. Sporo w niej za to maślaności i kakaowej cierpkości. Chwilami wydawała się niemal surowa: dym, ziemia i alkoholowość (nakręcona chili) spisały się na medal, dobierając sobie nieco owoców, ale wolałabym mniej maślaności rozrzedzającej to. Nie odpowiadała mi śliska tłustość maślanego nadzienia, które z mousse'em niewiele miało wspólnego. Mimo mięknięcia, wyszło ciężko, a ja... wolałabym suchszy konkret.
Odpowiadało mi to mniej niż BitterClassic Mousse 2019 (o słodszym, a jednocześnie bardziej ziemistym niż czysto maślanym kremie), ale już do Mousse au Chocolat "Piura" 82 % była bardzo podobna (z tą różnicą, że wierzchnia czekolada 82 % chyba dodała więcej nut smakowych kakao, niż dodana do kremu 80 %).
Wiedziałam, że świadomie drugi raz przez maślaność bym jej nie zamówiła, ale koniec końców z drugiej tabliczki (wysłanej przez pomyłkę) cieszyłam się.


ocena: 9/10
kupiłam: FoodieShop24
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, masło, skrobia kukurydziana, tłuszcz kakaowy, chili "Bird's eye"

czwartek, 29 lipca 2021

Auchan Dark Peru 75 % ciemna

Po tym, jak zamknęli mi Tesco, z którego uwielbiałam czekolady Finest 70-80 % kakao, a także jak z Aldiego zniknęły Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 %, do odkrywania zostały mi jeszcze dobra auchańskie. Mimo całej miłości do Grossów, trochę się bałam ciemnych po zmianach. 70 % nieco pogorszyli, więc na razie je w czasie odłożyłam (mimo że nadal była przepyszna - to jednak nie znaczyło, że z resztą będzie tak samo). Z Grossami jest jeszcze jeden problem: rotacyjność / "limitowaność". O tym jednak za jakiś czas, a na razie czekolada, w stosunku do której żywiłam ogromne nadzieje. Próbowałam je hamować, bo i Auchan zaczął ostatnio wiele produktów pogarszać, ale i region, i zawartość wydawały się tak moje, że... że w ciemno kupiłam od razu dwie (co było motywowane panicznym lękiem, że wszystko mi pogarszają / wycofują). 

Auchan Dark Peru 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Peru.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam zapach drzew, wzmocniony wyrazistymi, gorzkimi  akcentami palono-ziołowymi. Niemal na równi z nimi stała soczystość i specyficzny akcent odzieży / mebli skórzanych. Soczystość zdawała się nasączać to wszystko, mieszać się, acz wyraźnie złożyły się na nią brzoskwinie i morele - może też trochę dżemowe, a nie tylko świeże oraz wiśnie (i jagody?), chylące się w stronę czerwonego, pikantniejszego wina.

Czekolada głośno trzaskała, kojarząc się z suchymi, grubymi gałęziami. Była skaliście twarda.
Mimo iż w dotyku wydawała się sucha, w ustach rozpływała się bardzo powoli, ale łatwo i przyjemnie. Początkowo gładki kawałek zachowywał kształt, acz miękł, zaczynał się giąć, by następnie rozleźć się po ustach na zwarto-lepki, gęsty i trochę maślany budyń. Jak wyjątkowo zbity budyń, ale jednak budyń: zalepiający usta i nieco przytykający przez wyczuwalny chwilami pylisty efekt kakao. Wyszło to bardzo zacnie.

Czekolada przywitała się słodyczą z pogranicza miodu i karmelu, wzbogaconą o odrobinkę cierpkości i już z sugestią paloności. Miód krył leciutki, niemal nieuchwytny kwasek (jak np. miody ze spadzi iglastej).

W ciągu kolejnych sekund roztoczyła po ustach paloną gorzkość drzew i suchych, szeleszczących liści, a także wyraźny motyw skóry. Drewno i skóra wydały mi się lekko cierpkawe, może nieco dymne, a na pewno poważne. W wyobraźni przeniosłam się do lasu iglastego (głównie), skórzanymi butami depcząc suche gałązki, igiełki i trochę liści. Jakbym zaciągnęła się też zapachem skórzanej kurtki, w którą się wtulałam.

W tym czasie jednak słodycz, nie zapominając o cierpkości i kwasku, przeszła na bardziej cukrową. Nie była za wysoka i jednoznacznie kojarzyła się z naturalnie scukrzonymi suszonymi owocami, np. rodzynkami i morelami. Od nich mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rozszedł się smak owoców, rozkręcający żywą soczystość. Morele suszone, trochę rodzynek zaprosiły soczyste egotyczne owoce, w tym brzoskwinie. Może jakieś cytrusy? Baza chwilowo jakby chciała bardziej rozwinąć tlącą się maślaną nutkę, jakby to był jakiś maślany keks z owocami (moje wyobrażenie), ale zaraz zaniechała pomysłu.

Gorzkość zdążyła się umocnić, ale do poziomu siekiery się nie zbliżyła. Skórzana, nieco odymiono-podwędzona zahaczyła o słód, a swoim poważnym klimatem do owoców dodała skórkę cytryny. Poprzez ziołowość wplotła odrobinkę pikantniejszych motywów, które razem z drobną taniną i cierpkością podszepnęły jeszcze wino i trochę wiśni - integralnych ze sobą. Wydaje mi się, że mignęły mi wśród nich też jakieś cierpkawe jagódki.

Wszystko to sprawiło, że słodycz wróciła do miodu, ale nie zasładzającego, a kwaśno-iglastego, przyprawionego, ziołowego... Nieco rozgrzewającego? A może to nutka wina i przypraw rozgrzewała, a miód trzymał się kwasku lasu iglastego, jego rześkości i drzew?

Po tym wszystkim gorzkość mocno przemieszała się z cierpkością, drzewa nieco zasnuły się dymem, a owoce nadały im życia, świeżości. To na pewno las, a nie drewno, mimo że palona nuta przewijała się raz po raz.

Pod koniec owoce przemieszały się z tą rześkością i w posmaku zostały cytrusowoe, pikantne akcenty wina, drzew i słodu, a także znacząca cierpkość jakby "drzewnego kakao".

Całość bardzo mi smakowała. Właściwie... gdyby nie jakieś dosłownie szczegóły (cukrowość, mimo że nie za wysoka, to taka "scukrzona" w wydźwięku, a więc nie dla mnie), mogłaby trafić na listę naj-naj. Nie była skomplikowana, ale głębi jej nie brak. Wysokie palenie nie ingerowało w nuty soczyste i pikantniejsze. Podobała mi się bazowa drzewność / iglasto-lesistość zmieszana z owocami (mnóstwem, ale głównie egzotycznymi i suszonymi). Świetnie połączyły się ze słodyczą, odrobinką kwasku i cierpkością ziół, co zapewniło cudowną spójność. Gorzkość, mimo że nie siekierowa, była wyraźna i nie zagłuszona (np. słodyczą). Wyszło tak... rześko, a jednocześnie bardzo poważnie. 

Cierpka słodycz i las skojarzyła mi się z Tesco finest Peruvian 70 %, jednak propozycja Auchana była bogatsza, bardziej iglasto-drzewna, mniej słodka.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 5,49 zł (za 90g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

środa, 28 lipca 2021

McEnnedy Syrop klonowy

Szczerze mówiąc, po dosłownie zmęczeniu prawie całej butelki syropu klonowego, próbując go na różne sposoby wiedziałam, że na parę lat już spokój - na pewno mnie na niego nie najdzie, mimo że teoretycznie lubię (a nie mam jak i do czego jeść; dodatkowa słodycz nie jest mi potrzebna). Mama jednak, jak już odkryła syrop klonowy, przepadła. Zakochała się w nim. Jako że takie różności (też np. masła orzechowe) staramy się kupować jak najtaniej, kolejnym kupionym był dzisiaj przedstawiany. Ja po prostu, jak już dwa wrzuciłam na bloga, nie mogłam mu się oprzeć, bo... kusił znacznie ciemniejszym kolorem. Wyglądał na taki zdecydowanie bardziej "mój".

McEnnedy Syrop klonowy to kanadyjski syrop klonowy ciemny typu A; dostępny wyłącznie w Lidlu.

Po odkręceniu buteleczki poczułam intensywnie słodki, aż nieco drapiący i mocno palony, pozytywnie drewniany zapach. Wydał mi się karmelowo-przypalony, jakby tak... karmelizować ciemny miód aż do goryczki. Bezkresne zasłodzenie skojarzyło mi się drewniano-alkoholowo. Na pewno charakteru tu nie brak!

Syrop zaskoczył mnie gęstą jak na syrop konsystencją. Był oczywiście lejący i lepkawy, a także rzadszy od miodu, ale nie aż tak jak biedronkowy GoBio czy Vermont. Nie miał efektu wodnistości i nie wsiąkał we wszystko tak błyskawicznie.

W smaku od początku uderzył słodyczą, ale taką wyraźnie uszlachetnioną intensywnie paloną nutą. Przywodziła na myśl drewno albo... żywe drzewa, z pewną niemal korzenno-pikantną, jakby alkoholową bez procentów nutą. To odrobinka roślinności, także kojarzącej się z ciemnym miodem, ale... karmelizowanym aż do goryczki. Ta była zaskakująco wyraźnie wyczuwalna (nawet nieco bardziej niż w miodzie gryczanym).

Wszystko to było zamknięte w bezkresnej słodyczy, która jednak umożliwiała im trwanie do końca, nawet gdy ona drapała już w gardle. Jej głębia też zdawała się nie mieć końca, więc to zasłodzenie jak najbardziej pożądane, szlachetne.

Syrop pozostawił posmak bardzo słodki, ale nie mulący... kojarzył mi się z goryczkowatym, karmelizowanym miodem gryczanym, nieco przypalonym. Nie wiem dlaczego, wyobraziłam też sobie... karmelizowane orzecho-drewienko.*

Z racji jego wyrazistości uznałam, że ten to sprawdzi się ze wszystkim i postanowiłam poeksperymentować i popełnić coś w stylu pancaków (jakiś, kurczę, racuchowatych), mimo że nie lubię smażonych rzeczy, a z naleśnikami obecnie też mi nie po drodze. Ale! Chciałam klasycznego połączenia spróbować. Nie wsiąkł w nie tak szybko, jakoś został w ich i tak wilgotnym wnętrzu i narzucił im swój smak (kompletnie zabijając naleśnikowość). Moje były miejscami mocno poprzypiekane (z patelni naleśnikowej bez tłuszczu) i podkreślił w nich taką swoistą spaleniznę (ja nie mam nic przeciwko, ale komuś może przeszkadzać).
Nie jestem przekonana do syropu klonowego z naleśnikami, ale to raczej kwestia tego, że naleśniki ze słodkim syropem to nie moja bajka (do grubych dżem, cienkie z serem jak już miałabym jeść). Dzięki temu skorzystała jednak Mama. Ona była zachwycona, bo ponoć przypomniało jej się dzieciństwo, bo "to było jak racuchy, tylko że... jakby z miodem gryczanym". Jej także ten syrop klonowy smakował najbardziej z próbowanych.

Znacznie tańszy, palono-goryczkowaty od konkurencyjnych, zdobył moje uznanie. Zaskoczył mnie. Mimo że to twór nie do końca mój, to najlepszy próbowany przeze mnie syrop klonowy. Na tle innych wypada jak miód gryczany w porównaniu do jasnych, czysto-mdło słodkich miodów.


ocena: 10/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 14,99 zł (za 250 ml)
kaloryczność: 349 kcal / 100 ml
czy kupię znów: Mama tak (ja mogłabym się podłączać)

Skład: syrop klonowy

*To raczej wyobrażenia, bo nigdy nie karmelizowałam miodu, a z tym drewienkiem... to może wspomnienie Zotter Firewood Brandy?

poniedziałek, 26 lipca 2021

Standout Peru Urubamba 70% ciemna

Po Standout Maya Mountain Belize 70 % uznałam, że w sumie marka... bardzo mi się podoba. Nie chciałam się zbytnio napalić na posiadaną serię, ale... nie ukrywam, że zapragnęłam jak najszybciej przekonać się, czy np. trafiłam na jedną najlepszą tabliczkę, czy wszystkie reprezentują ten sam wysoki poziom. Tym razem region wybrałam lubiany i nieźle mi znany. Powiedzmy, bo uważam, że akurat z Peru czekolady potrafią bardzo różne nuty dawać. Był to więc dobry sposób na zobaczenie, co potrafi ten producent, co z tego regionu wyciągnął. W dodatku bardzo ucieszyła mnie wzmianka, skąd dokładnie wzięli kakao. Otóż z regionu położonego na 1200 m n.p.m. (lubię znać takie szczegóły), od kooperatywy farmerów Alto Urubamba Cooperative, ale poprzez... uwielbiane przeze mnie Original Beans!

Standout Chocolate Urubamba Peru 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, z regionu Urubamba; fermentacja ziaren trwała 2-4 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 6-8 dni.

Otwierając, poczułam kwaskawą soczystość splecioną ze słodyczą i "wilgotną" rześkością, jednak zaraz  zapach czekolady wydał mi się jednocześnie mocno słodko-cierpki. Należał do cytrusów i owoców leśnych: jeżyn, jagód. Ich malutkie krzaczki porastały ziemię, kryjąc się wśród innych, ciemnych i drobnych roślinek. Zapach odebrałam jako leśny... ale nie mocny, bardziej "polankowy", przyjazny. Do głowy przyszedł mi też miód - albo kwiatowy, albo kwiatowo-leśny... taki delikatniejszy właśnie i... być może dosładzający leciutko dżem z jagód, borówek i jeżyn, który wyszedł... jakoś kwaśno, jakby nieco przesadnie podkręcono go cytryną. Oprócz świeżo-surowych owoców, czułam bowiem także go. Może w tle majaczyło też słodkie wino o takich nutach?

Tabliczkę odebrałam jako nadzwyczajnie twardą z racji gęstości i zbitości, o czym świadczyły głośne trzasko-huki przy łamaniu czy robieniu kęsa.
W ustach podtrzymała swą gęstość, jednak była to gęstość kremowa i tłusta jak śmietanka... lub raczej lody na tłustej śmietance lub zimny sernik na zimno o niezaburzonej, idealnej gładkości... Jak na ciemną i tak zbitą, rozpuszczała się dość szybko. Otłuszczała usta, by następnie zniknąć w dość rzadkawy, na szczęście śmietankowo-soczyście-wodnisty (a nie tylko wodnisty) sposób. Akurat konsystencja mi nie odpowiadała.

Po zrobieniu kęsa poczułam słodziutką śmietankę, a do głowy przyszedł mi kwaskawy twarożek dosłownie zalany miodzikiem. Miało to niemal uroczy wydźwięk. Motyw ten budował tło na spokojnie, trwał w oddali cały czas.

Szybko jednak zaczął go dosłownie przeszywać niczym ostrą igłą kwasek: soczysty i w pełni owocowy (do głowy przyszła mi niedojrzała nektarynka).
Słodycz jednak nie wystraszyła się - rozwijała się dalej. Otóż miód musiał być jasny - powiedziałabym, że wielokwiatowy, bo właśnie także słodycz kwiatów miała tu ogromny udział, sprawiając, że wydźwięk cechowała lekkość, zwiewność.

Zaraz jednak mocniej wkradł się w nią uparty kwasek (wszyty mocno, jak na maszynie!). Miód kwiatowy zmienił się w leśny, właśnie z taką nutką (też iglastą, kwaskawą), a po chwili kwaśność rozlała się bez oporu w ustach jako tsunami soczystości. Oczywiście mieszało się ze słodyczą, serwując niejednoznaczne owoce żółte, mnóstwo jagód, borówek i jeżyn. Częściowo niedojrzałych, częściowo słodkich i jędrnych - różnych, bo takich prosto z krzaka. Odnotowałam lekką cierpkość owoców leśnych, ale też soku i skórek cytrusów (pomarańczy?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o owocach miękkich i coraz bardziej kwaśnych. Niedojrzała drobnica, ale i coraz więcej cytrusów... może też jakiś agrest? Miękkość... należała także do roślinności - kwiatów i wilgotnych roślinek na polance lśniącej od rosy? Ale też... kwiatków nieco nadgniłych i leżących na ziemi? Wyłapałam jej lekką pikanterię, kierującą skojarzenie na owocowe, rozgrzewające wino (białe?). Cytrusowość, także cały czas obecna, podszepnęła tamaryndowca (albo coś z niego - wyjaśniam: to słodko-kwaśny owoc z pikantniejszym podrasowaniem).

Poprzez wyrazistszą, lekko goryczkowato-cierpką ziemię do owoców w końcu wyraźnie dołączyło jeszcze więcej cytrusów. Były dość zdecydowane, kwaśne. To jakby... z jagódko-jeżyn zrobić dżemik słodziutki od miodu i chcąc ratować sytuację przez przełamanie go sokiem z cytryny... I przesadzić z nim. Kompozycja wydała mi się kwaśna, ale wciąż słodka jednocześnie. Pomyślałam o agreście w dwóch kolorach... Owoce przemieszały się jednak ze słodką śmietanką z początku (więc jakoś nie umiałam czysto sprecyzować, co i jak).

Z czasem bowiem wszystko wyważyła śmietanka właśnie, nawet lekka maślaność... Taka "smakowa tłustość" nabiału, ze splecioną z nią wilgotna nutą... kwiatów? Miodu? Nagle pomyślałam o wilgotnych, maślano-tłustych pancake'ach, które zarzucono górą różnych owoców, zalano... kwaśno-słodkimi soko-syropami owocowymi, może z nutką alkoholu.

Po zjedzeniu w ustach została kwaskawa soczystość cytrusów, owoców agresto-leśnych, z lekko ziemistym charakterem i sugestią alkoholu (bez procentów!). Czułam śmietankę, która wyważyła to, a także wprowadzała słodycz. Mieszała się ze smakowo-nabiałowym wątkiem tłustości... maślano-maślanegoczegoś, może tłustego twarogu.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Owoce leśne i cytrusy do pary z kwiatami i miodem, które nie zapomniały o ziemi i bardziej "leśnej" nutce były przepyszne, a do tego... ciekawa rozgrzewająco-winna nuta - rzadko w czekoladach zdarza mi się wyłapać raczej białe wino. Też... bardzo ucieszyło mnie, że tłustość poszła raczej w śmietankę, nie masło. Ta bardziej tu pasowała, acz znów - ogólnie, zwłaszcza gdy o strukturę chodzi, wolałabym niższą tłustość i inną konsystencję. Bardziej kremową, ale w gęstym, nie tłusto-znikającym kontekście.

Śmietankę i cytrusy czułam i w Theobroma Cacao Store Peru 70%, ale tamta była znacznie wytrawniejsza. Wytrawniej herbaciano ziemista była też Meybol Cacao Chuncho Collection N3 Cusco z nabiałowymi motywami. Kwaśność cytrusów i w niej się znalazła... Jak i ogrom soczyście-kwaśnych owoców, trochę przypraw... Mam jednak wrażenie, że Standout była najmniej przyprawiona i najłagodniejsza z ostatnio jedzonych peruwiańskich. Co nie znaczy, że była bardzo słodka. Tylko... gorzkości trochę mi w niej mało.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 25 lipca 2021

(Słodki Przystanek) Beskid Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym ciemna mleczna z Dominikany

Ostatnio zebrało mi się parę czekolad z Dominikany o zbliżonej zawartości kakao 50-60%, a więc dość niskiej. Nadarzyła się okazja, by pokazać, jak cienka jest granica między ciemnymi o niskiej jak na ciemne zawartości kakao, a mlecznymi o wysokiej jak na takie. 10 % kakao to już samo w sobie sporo gdy mowa o tych bogate w nuty, a gdy jeszcze dołoży się do tego otoczenie, a więc dodane inne składniki... Wielu rzeczy można się spodziewać. Mleko kokosowe lubię w niektórych potrawach, jednak do czekolad z nim bywam sceptyczna. Szczerze to... nie wiedziałam, co wniesie do mlecznej wersji jednej z moich ulubionych czekolad, czyli Beskid Republika Dominikany Hispaniola BIO 70 %.

Beskid Bean-to-Bar Chocolate Darkmilk Dominikana Hispaniola BIO 55 % z Mlekiem Kokosowym to ciemna mleczna czekolada o zawartości 55 % kakao Hispaniola z Republiki Dominikany z mlekiem kokosowym; wegańska.
Czas konszowania i rafinowania to min. 48 godzin.

Zaraz po rozchyleniu papierka uderzyła mnie intensywna woń kokosa: wiórków, mleczka i orzecha; spleciona ze znaczącą słodyczą karmelu dość mocno palonego. Dominował kokos, otulając resztę śmietankowością, która wydawała się nie tylko pochodzenia kokosowego, ale też taka ogólna. Czułam również orzechowy motyw kakao, podkreślający... kokosa.

Czekolada łamała się z trzaskiem i swoją twardością kojarzyła się z ciemną.
W ustach rozpływała się bardzo powoli. Nie wykazywała jednak najmniejszego oporu, mimo że cechowała ją zbitość i zwartość, które częściowo zachowała do samego końca. Była odpowiednio, a więc nie za mocno tłusta w sposób śmietankowo-maślany. Odebrałam ją jako kremowo gładką - pyłek pojawiał się tylko chwilami na zasadzie sugestii. Znikała dość... gładko-rzadko. Jakby mleczko kokosowe spływało z coraz mniejszej, zbitej, chcącej zmięknąć i zalepić usta (ale w sumie nie robiącej tego) grudki.

W smaku jako pierwsza pomknęła słodziutka śmietanka.

Po ustach rozeszła się lekko palona słodycz karmelu; złocista w wydźwięku. Była delikatna i urocza, po chwili zmieniała się w karmel śmietankowo-maślany, coraz bardziej maślany, że właściwie... nagle kompletnie zmienił się w toffi. Lekko palona nuta odłączyła się od niego, na chwilę niknąc.

Śmietanka płynęła równie szybko i wyraźnie już po paru sekundach zaserwowała kokosowy smak. Czułam zarówno śmietankę kokosową, jak i po prostu śmietankowość.

Kokosowa nuta rosła bezkompromisowo, nie bacząc na inne. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wyszła na przód. Oto smak wiórków kokosowych zagrzmiał, a potem przeciął kompozycję jak błyskawica. To była istna kokosowa burza. Kokosa można by tak odmieniać przez wszystkie przypadki. Czułam jakby lekko podprażone wiórki i ich soczystość. Prezentowały się na mocno mlecznym - również kokosowo - tle.

Z czasem jednak zaczęłam zwracać uwagę także na to tło. Słodycz wciąż chełpiła się swoją "toffiowatością", maślanością. Otarła się nawet o krówkę, jednak po kokosowym natarciu wyraźnie pokazała się także cierpkość i gorzkawość. Lekko palona, kojarzyła się z karmelizowanymi orzechami (laskowymi?). Chwilami podpełzała nawet pod cierpkawo-goryczkowatą ziemistość czarnej ziemi wilgotnej i...

...Soczystej. Jak i soczysta zrobiła się bliżej końca kokosowość. Wydała mi się leciutko kwaskawa i owocowa jak suszone owoce - morele? Może raczej niemal naturalnie "karmelowe" daktyle? Morele, egzotyka... coś niemal cytrusowo-pinacoladowego? Niee... bardziej podkwaszono-kwaskowate daktyle. Trudno było uchwycić w tym jednoznaczny konkret. To jednak prędko zniknęło w ogólnej słodyczy i kokosowości.

Właśnie one, a więc kokos jako wiórki i mleczko, toffi i złocisto-karmelowe, suszone owoce, podkreślone lekko goryczkowato paloną nutką orzechowego kakao zostały w posmaku. Z wiórkowym smakiem wiązała się kokosowa kwaśność, uwypuklająca nutkę kakao.

Czekolada wyszła niewiarygodnie kokosowo i słodziutko, a jednocześnie nie słodziaśnie. Orzechowość i goryczka kakao, które nadały jej szlachetności cudnie przełamały słodycz, nie zaburzając kokosa. Ten... nie był smakiem odosobnionym - też reszty nie zabił, mimo że nią rządził.
Konsystencja wyszła wprawdzie tłusto i ciężkawo, ale jak na czekoladę kokosową (mam z nimi złe doświadczenie), spisała się naprawdę świetnie. 
To nie tylko cudowna kokosowa tabliczka, ale też bardzo dobrze zrobiony wegański zamiennik mlecznej. Właściwie... zachwyciła mnie, bo w tym, czym jest, lepszej nie znam. Jednocześnie nie trafiła do ulubieńców, bo jednak w czekoladach to ja szukam kakao i głównie jego nut (a przy 55 % już można by na coś więcej liczyć), a dla mnie była odrobinę za słodka.

Gdy pomyślałam o karmelowo-daktylowej, "kawowej krówce" i mleku, soczystości związanej z serem ciemnej 70 %, wydały mi się dość podobne. Tamta miała "strączkowe", mleczne nuty, więc wydaje mi się idealną bazą pod wegański zamiennik. A kokos nieźle się w tym wszystkim odnalazł i właściwie władał kompozycją.


ocena: 9,5/10
kupiłam: Słodki Przystanek (dostałam)
cena: 18,90 zł (za 60 g; ja dostałam)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie (acz gdybym dostała, ucieszyłabym się raczej)

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, mleko kokosowe w proszku, cukier trzcinowy nierafinowany

sobota, 24 lipca 2021

Pump Street Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate ciemna z Jamajki

Przed degustacją dzisiaj prezentowanej czekolady trochę się zdziwiłam. Otóż dosłownie tydzień-dwa wcześniej jadłam Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % i... podobieństwo bardzo mnie zaskoczyło. To znaczy: zaskoczyła mnie ta sama zawartość kakao i region - wszak bardzo rzadki. Mało tego, Pump Street kupuje kakao z tej samej plantacji. Potem jednak zerknęłam w swoje notatki i do skrzynki mailowej i przypomniałam sobie, że specjalnie kupiłam je, by porównać. Chciałam wiedzieć, czym się tak wszyscy zachwycają w przypadku Dicka Taylora i... czy np. sława go nie wyprzedza, a równie dobrej / lepszej czekolady nie da się zrobić "za mniej" (Pump Street są tańsi). Dzięki temu mogłam też jeszcze lepiej (bardziej namacalnie) sprawdzić, co Pump potrafi z kakao - i czy ich nuty cukierni znów mnie nawiedzą. I odkryłam u siebie nową "cechę": o ile dokładnie pamiętam to, co jadłam, tak nie mam głowy do tego, co zaliczam do kategorii "kiedyś zjem" - to muszę sobie zapisać (jak naprawdę chcę zrealizować). Dotyczy to także przepisów i próbowanych ciekawostek.

Pump Street Bakery Chocolate Jamaica 75 % - Bachelor's Hall Estate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Jamajki z plantacji Bachelor's Hall Estate.

Zaraz po otwarciu opakowania uderzyła mnie bezkresna soczystość limonek i innych cytrusów, zdecydowanie delikatniejsza jednak po wyjęciu czekolady i wąchaniu bezpośrednio jej. Wtedy czułam drzewa i zapach dziwnie jednocześnie wysoce słodki, jak i wytrawny. Przywiódł na myśl jakieś orientalne danie, np. warzywa (bakłażan?) w miodzie. Za wytrawnością, goryczką i ciepłem, jakie od tego biło stały też prażono-pieczone nuty jawiące się jako miks orzechów ze znaczącym udziałem brazylijskich. Do głowy przyszły mi też wypieki, np. suche tarty... te już cechowała wyższa słodycz. Może były z rodzynkami? Z kolei z nimi wiązała się soczystość, nieco hamowana kwiatami (fiołkami?), czymś... esencjonalnym? W trakcie degustacji było bardziej słodko-egzotycznie, mniej jednoznacznie. Myślałam o ananasie (może też mango)... właśnie z tymi rodzynkami... w rumie? Że aż lekko ciężko-dusznymi.

Przy łamaniu, do którego musiałam użyć dużo siły z racji kamiennej twardości, gruba tabliczka trzaskała bardzo głośno ujawniając ziarnisty przekrój. 
W ustach jednak rozpływała się gładko i tłusto jak chłodne masło. Robiła to bardzo powoli, nieco maziście. Mimo że oporna wydała się tylko w pierwszych sekundach, do końca pozostała twardo-zbita i masywna. Było w tym trochę soczystości, ale takiej... "ugęszczonej" (jakby tak sprasować owoce na jakiś żel / galaretę?), sprawiającej, że czekolada znikała tłusto-wodniście.

Od początku po ustach roztaczała słodycz. Nie za mocną, a wyważoną i jakby chłodną... Skojarzyła mi się ze zwietrzałym lukrem owocowym (albo kandyzowanymi owocami?). 

Niemal natychmiast pojawiała się także delikatna gorzkawość i drapanie. Bez ogródek wskazało na miód, całą słodycz właśnie w jego smak przemodelowując. Po ustach rozlał się ciemny miód gryczany z wyraźnie zaznaczoną gryką. Gorzkawość zaczęła przeobrażać się w kaszowość, do której dołączyły orzechy. Z paro sekundowym opóźnieniem do akcji wkroczyły drzewa.

Delikatna owocowo-kwiatowa nutka trzymała się z tyłu; była, ale trudno ją uchwycić.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewa zmieniły się w wypiek, częściowo dość suchawy i mocno przypieczony. Zdecydowanie maślany smakowo, ale nie tłusty, a taki... łagodzący inne nuty. To było jak tarta (jakieś twardo-kruche ciasto?) z... gęstym, niemal galaretowatym musem z owoców i miodu. Być może wypełnionym ciemnymi rodzynkami.

Rodzynkami scukrzonymi; bardzo, bardzo słodkimi. Do wyłaniającej się owocowości dodały nieco duszną ciężkość - jakby wykąpały się w rumie? Zaczęłam myśleć o ciężko-przyprawionych, słodkich rzeczach... np. o japońskiej marynowanej tykwie? Świeżo-podsuszonych daktylach, przypominających o miodzie na pewno.
Zaraz jednak po ustach rozeszła się też lekka soczystość, nawet leciuteńki kwasek. Należał do owoców w dużej mierze słodkich, egzotycznych, żółtych. Chyba był wśród nich ananas. Pomyślałam o takim jako część tarty z.... mnóstwem miodu. To też... sugestia mango w drewniano-leśnym kontekście (w wyobraźni obgryzałam już prawie samą pestkę).

Kumulująca się słodycz wydawała mi się szlachetnie miodowa, lekko palono-karmelowa, a jednocześnie z pobrzmiewających echem cukru i... wytrawności. Jak jakaś miodowa marynata, przyprawiona szczyptą ostrych przypraw i z dodanym alkoholem.

Z czasem kompozycja zrobiła się nieco bardziej cierpka. Za sprawą owoców, ale też drzew. Oczami wyobraźni zobaczyłam przekrajanego ananasa i sok wypływający spod skóry. Orientalna nutka drapiąco-goryczkowatego miodu przypomniała o warzywach w nim (pieczonych?), nieco przyprawionych, ale nie pikantnych. Bardziej goryczkowato... alkoholowych! Zupełnie, jakby rodzynki czy owocowe części nasączyć rumem.

Pod koniec zawładnęły nimi drzewa i orzechy - chyba głównie brazylijskie. Niemal "widziałam" drzewa - też tropikalniejsze. Może nawet palmy? Jakby tak przy nich jeść jakąś słodko-orientalną tartę...? I popijać rumem? Końcówka wyszła bardziej pikantnie-alkoholowo i niemal cukrowo słodko.

W posmaku została wysoka słodycz, wręcz maślana słodziuteńkość i kontrastowa do niej gorzkawa pikanteria przypraw i alkoholu. Trochę przełamała to lekka soczystość należąca do owoców egzotycznych.

Całość była smaczna, ale jej konwencja (?) i konsystencja niezbyt do mnie przemówiły. Twarda tłustość dodatkowo dopasowała się do łagodnego, przystępnego wydźwięku. Mimo wysokiej słodyczy, wiele nut wyszło tu ciekawie, acz nie wszystkie w pełni mi pasowały (do siebie nawzajem czy subiektywnie - wytrawne nuty gryzły się z tą słodyczą; powinno być jej mniej). Czekolada nie była ani gorzka, ani kwaśna. Na szczęście przeraźliwie słodka też nie była, ale jednak jej smak właśnie wokół słodyczy się obracał. Hamowana owocowość czy ewentualna dzikość mogłyby pozwolić sobie na więcej.
Miód gryczany, kaszowość i drzewa były cudowne, ale... przygaszone (m.in. maślanością), a owoce (ananasy, rodzynki) dość rozmyte. Alkoholowy posmak, sugestia przypraw były delikatne i jakoś też nie uwypukliły charakteru.

Miodowo-karmelowa i rodzynkowa (bardziej jednak też morelowa) była Dick Taylor Jamaica Bachelor's Hall 75 % z mnóstwem ziemi, mułu i herbat, dzięki czemu smakowała mi bardziej. 
Podobnie kaszowo-drewniana z kolei była GR Jamaica 74 %. Ta jednak reprezentowała, oprócz żółtych, też czerwone owoce.
Ciekawością i jakością Pump im nie odstępuje i choć było w niej parę niemoich nut, konsystencja też nie moja, nie mogę jej w sumie niczego wielkiego zarzucić.


ocena: 8/10
kupiłam: Liberty London
cena: 42 zł (za 70g)
kaloryczność: 488 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 23 lipca 2021

whiskey Jack Daniel's (+18)

Dość dawno uznałam, że ta recenzja po prostu musi się na blogu znaleźć. Skoro Jim, którego pod koniec aż męczyłam plując sobie w brodę, że skusiła mnie szklanka... A powinnam trzymać się swojego "przystępnego Jacka" (uważam, że jest stosunkowo niezły, a i często są na niego promocje - to taki Lindt wśród whisky: nie jest to najwyższa półka, cena czasem podbijana logiem, czasem adekwatna, a smak prosty i przyjemny). I cóż... nawet specjalnie do zdjęć użyłam swojej starej szklanki do whisky, bo obecnie pijam z jimowej wysokiej, ale tu... jeszcze by mi się chłopy pogryzły.
Daniels to przedstawicielka Tennessee whiskey, czyli filtrowana przez ponad 3-metrową warstwę klonowego węgla drzewnego. Ta akurat przez okres około 10 dni, a potem leżakująca od czterech do sześciu lat w ręcznie robionych dębowych beczkach.

A teraz wybaczcie, nie gryźcie, młodzi czytelnicy, ale muszę Was wyprosić, gdyż wpis ten przeznaczony jest tylko dla osób pełnoletnich, które ukończyły 18 rok życia (18+). Wszystkich za to zapraszam już jutro.

Jack Daniel's Old No.7 to zawierająca 40 % vol. whiskey (whisky) destylowana w Lynchburg w stanie Tennessee (USA) przez firmę Brown-Forman; u mnie w butelce 500 ml.

Dość gęstawo-oleisty, pozostawiający smugi na ściankach szklanki płyn, wydał mi się zacnie miedziany. Przy piciu również sprawiał wrażenie dość gęstego, a także wręcz oblepiającego usta słodką warstewką. Pewnie dlatego niektórzy piją Jacka z lodem, bo nie robi się wtedy nijaka woda, ale ja trzymałam się swojego sposobu i temperatury pokojowej.

Alkoholowość już w słodkim zapachu zwróciła na siebie uwagę. Prosta i dosadna, a jednak nie chamska. Wyczuwalna słodycz wydała mi się ciężka, bo mimo że głównie waniliowa, to podrasowana dymem i drzewami.

Smak to kontynuacja zapachu. Alkoholowość uderzała, po czym rozchodziła się jako fala drzewno-odymionej słodyczy. Oczami wyobraźni widziałam drzewa i żywe, i te już suche, z grubą korą, jak również... suche laski wanilii. Alkohol rozgrzewający gardło wydawał się wręcz... słodko-lepiący, przez co pomyślałam o miodzie. Wanilia wyszła tu palono-odymiana, chwilowo dość ciężka, a zaraz przywodząca na myśl... waniliowo-miodowy krem. Rzadkawy i soczysty? Z rześką nutą owoców - również bardzo słodkich. Zasładzało to, dawało kopa, ale bez ordynarności.

Z czasem wróciły drzewa i dym. Pomyślałam o drzewach liściastych, może jakiś orzechowych... krzewach? Ich żywych gałęziach i zebranych już chrupiących dobrodziejstwach.

Posmak, jaki pozostał to zasłodzenie, ale przełamane poważniejszymi nutami: drzewną i odymioną. Wędzona / palona wanilia, karmelizowany miód o leciutkiej goryczce? Otuliły orzechy, które skojarzyły mi się z takimi iluzorycznie korzennymi. Koniec końców Jack okazał się zaskakująco gorzkawy i poważny.

Całość wydała mi się prosta i przyjemna, gdy ma się ochotę na niewymagające zasłodzenie bez wykręcenia twarzy i z zachowaną powagą. Całkiem przyjemnie drzewno-dymny splot wniósł wiele dobra.

W porządku łączy się z lodem (kiedyś sprawdzałam), ale to już nie dla mnie, bo wolę temperaturę pokojową. Nadmienię, że też kiedyś lubiłam np. w bliskim okresie czasu z czekoladą śmietankową o zwiększonej zawartości kakao. Tak mi ta dymna słodycz fajnie się łączyła z ze śmietankowym zasłodzeniem; jedno i drugie z dozą szlachetności.
Osobiście zdecydowanie wolę Jacka Danielsa od Jima Beama za tę powagę, charakterek drewna i dymu (Jim wydaje mi się czystą słodyczą z lichym, zbożowym smakiem), ale poziom - tak obiektywnie - uważam za w miarę równy.


ocena: 8,5/10
kupiłam: Lidl
cena: 64,95 zł (za 500ml)
czy kupię znów: tak

czwartek, 22 lipca 2021

Zotter Sweet Wine "red" / Susswein "Rot" ciemna 70 % z czekoladowym kremem z czerwonym winem, grappą i rodzynkami

Po Zotter Red Wine uznałam, że z chęcią porównam ją w krótkim odstępie czasowym z propozycją z czerwonym winem słodkim. Oczywiście innym - Heinrich Salzberg Beerenauslese, z którym czekolada nie jest nowością w ofercie marki. Była już jako Zotter Red Wine Heinrich "Salzberg Beerenauslese". Po zmianach, których doszukałam się w Red Wine (w odniesieniu do Zotter Red Wine Rush Olivin Winkler Hermade) i po tym, że jednak jak na ciemną czekoladę z czerwonym winem wytrawnym była znacząco słodka, zaczęłam się trochę bać jej bliźniaczki. Z drugiej strony... to słodkie wino ze szczepów Blaufränkisch i Zweigelt od Gernot Heinrich wcale aż tak słodko w Red Wine Heinrich "Salzberg Beerenauslese" nie wyszło. A że tu składu nie zmieniono (minimalnie tylko kaloryczność), żadnej dodatkowej warstewki nie dodano, liczyłam, że może nie będzie źle. 


Zotter Sweet Wine "red" / Susswein "Rot" to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana czekoladowym kremem ze słodkim czerwonym winem Heinrich "Salzberg Beerenauslese" oraz grappą i rodzynkami nasączonymi alkoholem; nadzienie stanowi to: 55% krem i 5% rodzynek całości.

Po otwarciu poczułam paloną, wręcz dymną woń gorzko-słodkiej czekolady zrównaną ze słodko-różanym, czerwonym winem. Wyszło to bardzo soczyście, za czym stała wyraźna nuta rodzynek i winogron, która wprowadziła wręcz "słodki kwasek". Pomyślałam o cytrusach, które nieśmiało wyłaniały się z dymu. Po przełamaniu wzrosła słodycz, pojawiła się "słodyczowa maślaność" (ciasta z kremem?), ale i alkoholowość. Odebrałam ją jako mocną i osadzoną w winogronowo-rodzynkowej toni.

Łamiąc, usłyszałam trzask grubej warstwy czekolady. Skrywała gęste, ale ewidentnie mazisto-plastyczne, bardzo wilgotne nadzienie. Wypełnione było kawałkami i paroma całymi rodzynkami, które z racji farfoclowatości ciągnęły się przy dzieleniu.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i kremowo, zostawiając smugi na podniebieniu. Nadzienie wydawało się z nią integralne, ale zdecydowanie bardziej miękkie. Z tego względu znikało szybciej od czekolady, w nieco zawiesinowy sposób. Mimo to zachowało czekoladowo-maślaną gęstość. Odznaczało się dość wysoką, maślaną tłustością, która zakrawała o śliskość, przy czym było zwarto-plastyczne. Maziało się jak tłusto-zakalcowe brownie, upuszczając z czasem nieco soczystości. Przerywnik stanowiły kawałki rodzynek. Raczej drobne, ale bez wątpienia kawałki: miękkie, farfoclowo-skórkowe i nasączono-scukrzone. Jedząc trafiłam nawet na całe, ale mikroskopijne i jednego giganta-mutanta. Zostawiałam je na koniec i wtedy zaprezentowały się jako mięciutkie, soczyste i "skórkowe".

Już przegryzając się, poczułam słodkiego kopniaka, na który złożyło się słodkie czerwone wino i stonowana czekolada o karmelowej nucie.

Czekolada zaprezentowała się jako palono gorzko-słodka. Wydała mi się przede wszystkim dymna, nieco karmelowa i soczyście cytrusowa, sama w sobie trochę sugerująca wino. Możliwe, że przesiąkła nadzieniem, bo ta nuta nasilała się wraz z rozpływaniem. Kontrastowo do niego, wydawała się przyjemnie gorzka.

Nadzienie bardzo szybko się odzywało, podwyższając słodycz i podkreślając soczystość, by następnie uderzyć swoją własną. Roztoczyło po ustach słodko-różany, kwiatowy i delikatny motyw. Wino czerwone wyraźnie słodkie, dało o sobie znać. W tle nieśmiało raz po raz przemknęły maliny.

W ciągu kolejnych chwil krem cisnął na to mieszankę smak rodzynek i winogron, które wyszły zaskakująco słodko-kwaśno. Pomyślałam o cytrusach, głównie o cytrynie i słodkich pomarańczach, oraz o kwaskawych winogronach, na łamach których po chwili wszedł mocny alkohol. Także on zdawał się wiązać z owocami. Podkreślił smak wina, jak również ten gorzkawo-czekoladowy. Pojawiła się przyjemna cierpkość, dzięki której w ciemno nie powiedziałabym, że to czekolada z winem słodkim (a przynajmniej nie byłabym pewna, z jakim). 

A jednak słodycz rosła cały czas. W połowie rozpływania się kęsa nieco rozmyła owoce, łagodząc je maślanym smakiem. Przypominało to trochę "apple butter" (trafiłam na to niedawno w internecie - to jakby kremo-sos korzenny z jabłek z cydrem). Z tym przemieszały się kwiaty, róże konkretniej. Wydały mi się dość "wilgotne", ale już nie soczyście, a nasączono-alkoholowe. Trzymały się winogronowo-rodzynkowego smaku, który nasilał się wraz z wyłaniającymi się drobinko-skórkami.

Wraz z nimi umacniała się alkoholowość. Częściowo ewidentnie czułam czerwone wino, ale podkręcone i aż grzejące nieco w język i gardło. To była bardziej nalewkowo-owocowa, mocniejsza nuta. Wydawała się na stałe scalona z winogronami, przypominająca o cytrusach. Przewijała się w nich cierpkość, odrobinę mieszająca się z kakao i dająca efekt owocowych, alkoholowych trufli (wyobraźmy sobie takie, jeśli nie istnieją). Uwypukliła też ogólną słodycz. Ta zaczęła obracać się wokół karmelowo-maślanych akcentów, by pod koniec zejść się z alkoholem.

Czekolada znikała powoli, a na końcówce jej gorzkawo-palony smak przebił się na powrót dzięki kontrastowi. Wydał mi się gorzko-dymny i cytrusowy, co trwało obok alkoholowego pieczenia w język i gardło. Ten efekt połączył się raczej z karmelową słodyczą, która wydawała się nagle podskakiwać.

Właśnie i bardzo, karmelowo-cukrowo słodkie wydały mi się rodzynki, jeśli jakieś na koniec zostały. Mimo że i sporo kwasku dodały, jakoś słodyczą bardziej zwracały uwagę. Co więcej, nawet na koniec "ocieplały" odrobinką alkoholu.

W posmaku został dość mocny alkohol jakby winogronowo-rodzynkowy, mieszający się z czerwonym winem a także wlany w słodko-kwiatowo-karmelowe otoczenie. Czułam delikatną gorzkawość kakao, nieco palony wątek, ale nie mocno wytrawny.

Całość smakowała mi... tak jak kiedyś. Chyba idealnie czuć nuty dodanego wina (o nich przeczytałam na stronie Fin-Wine), a więc róże, cytrusy, a i właśnie samo wino. Winogronowo-alkoholowe wzmocnienie z jednej strony uważam za zbędne, z drugiej... chyba właśnie dzięki temu kompozycja nie kojarzy się ze słodkim winem. Stopień zatrzymał się w punkcie "odpowiednio mocny", bez przegięcia i zagłuszania reszty. Mimo słodyczy, wciąż czuć wytrawność - pewnie dzięki przyjemnie gorzkawej czekoladzie. Podtrzymuję, że to obok "Sting" Red Edition mój ulubiony Zotter z winem. Tylko nadzienie wolałabym gęstsze, mniej rodzynkowe.

Obserwacja: nadzienie zrobili inne niż w Red Wine Olivin, w którym rodzynki (mniejszą ilość - 3%) w większości wmielono w nadzienie - wyszło nieco gęstsze, konkretniejsze. W dzisiaj przedstawianej wyszło rzadsze, nieco bardziej miękkie z dodanymi kawałkami rodzynek i dwoma gigantami (5%). Mnie bardziej odpowiadała opcja Olivin, bo było to wszystko spójniejsze, choć... rodzynki ogólnie od wina za bardzo uwagę odwracały. 


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 507 kcal / 100 g
czy znów kupię: kiedyś mogłabym do niej wrócić

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, czerwone wino Salzberg Beerenauslese, rodzynki 5%, syrop skrobiowy, masło, pełne mleko w proszku, grappa, odtłuszczone mleko w proszku, sól, lecytyna sojowa, sproszkowana wanilia

wtorek, 20 lipca 2021

Standout Maya Mountain Belize 70 % ciemna

 Po czekoladach Fjak także na kraje Skandynawii zaczęłam patrzeć przez czekoladowo optymistyczny pryzmat. Kolejnym obiektem mojego zainteresowania stała się mała marka Standout, o nowoczesnych opakowaniach w niespecjalnie mojej estetyce. Kojarzyły mi się ze skandynawską prostotą i choć prostotę i surowość lubię, to nie taką nowoczesną. Jednak nowoczesne podejście do sprawiedliwego handlu itp. popieram jak najbardziej, a właśnie takie ma Standout. Swoje bean-to-bary robią ręcznie, początkowo nawet sami ręcznie sortowali ziarna, które się nadają, a które nie. Jak pomyślę o ręcznym oddzielaniu łusek od tego, co potrzebne do czekolady... cieszę się, że moja miłość do niej rozumiana jest jako jedzenie jej. Obecnie właściciele Standout po prostu współpracują z farmerami, którzy wyznają te same zasady i standardy. Podoba mi się ich hasło: smak czekolady opowiada historię jej regionu oraz ludzi, którzy za nim i za nią stoją. Podpisuję się pod tym. 
Na pierwszy ogień wybrałam tabliczkę, której raził mnie po prostu... kolor opakowania. Lubię niebieski, ale ciemny. Ten mi jakoś... nie pasował, nawet nie wiem dlaczego. Wiem za to, że kakao do stworzenia tej czekolady kupiono od producenta Maya Mountain Cacao z kooperatywy Uncommon Cacao (lokalnych, uczciwych farmerów z Belize). 

Standout Chocolate Maya Mountain Belize 70  % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Belize, z regionu Maya Mountain; fermentacja ziaren trwała 6-7 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie 7-10 dni.

Już w chwili rozrywania folii uderzył mnie soczyście-słodki zapach dżemu czy soku z czarnych porzeczek o słodyczy podwyższonej i jednocześnie temperowanej miodem i kwiatami. Musiał być to "miodzik" jasny, wielokwiatowy, ale kompozycja na tym nie poprzestała. Pomyślałam o krzaczkach jeżyn: zarówno owocach, jak i ich kwiatkach. Kwiaty wprowadziły łagodność śmietanki, a od tej odchodziła kwaskawa nuta twarogu. Skojarzyła mi się z mało słodkim sernikiem, może nawet z cytrusową nutą, na pewno na orzechowym spodzie. Pistacjowym / z pistacjami? W tle zamajaczyły drzewa.

Tabliczka była bardzo twarda, łamała się jakby będąc niezwykle pełną i tak ją odebrałam przy odgryzaniu kawałka.
W ustach jednak szybko okazywała się niesamowicie kremowa, wysoce tłusta w śmietankowy sposób i idealnie gładka. Znikała przez to, jak na ciemną, tak raczej szybko-średnio. Oblepiała usta, udając lody śmietankowe lub gładki sernik na zimno. Mimo poczucia tłustości, nie wyszła ciężko, a jak... soczysty sernik. Tylko że taki bardzo zbity i dość szybko "na śmietankę i sok" znikający.

W chwili zrobienia pierwszego kęsa poczułam zaskakująco wyważone słodycz i kwaśność. W miarę jedzenia, pierwsza wydawała się istotniejsza. Każda pomknęła w swym kierunku, z tym że słodycz  chyba z małym wyprzedzeniem, co po chwili się rozmyło. Kwaśność jakby żywo sobie drogę przecinając, a słodycz zachowała spokój.

Poczułam słodziutki, jasny miód o nienapastliwym charakterze, który zajął się tworzeniem tła.

Po ustach rozlały się cytrusy mieszające się z porzeczkami, głównie czarnymi. Pomyślałam o słodkich dżemach z porzeczek i chyba jeżyn oraz o soku / nektarze z czarnych porzeczek, przy czym żadna z nut nie zapomniała o słodyczy. Moc owoców była jak eksplozja, z której resztki / odłamki... rozsypały się na również słodkim tle.

To nawet nie zachwiało się, roztaczając leniwie gęsty, jasny miód w ilości nieprzesadzonej. On dosładzał również wspomniane "dżemy" jak i kolejne twory. Zaznaczył swoją obecność trochę drapiąc w gardle i wydawał się wszechobecny. Zachował żywy wydźwięk kwiatów, jak również ich delikatność. Były to kwiaty także jasne, zwiewne, letnie.

Od kwiatów odchodziło skojarzenie ze śmietanką i twarogiem, którym owoce podszeptywały kwasek. Te z czasem zaczęły układać się w soczysty, wilgotny sernik. Może z jakimiś... rodzynkami? Czy to nasączony owocami (cytrusami) czy... z warstwą czarnoporzeczkową? Do głowy znów przyszedł mi słodki dżem z tychże owoców, może jakiś domowy sok.

Na pewno jakoś w drugiej połowie rozpływania się kęsa pojawiła się nieśmiała, pieczona nutka orzechów. Były delikatnie gorzkawe, ze skórkami... Albo jako delikatnie przypieczony, a zawilgocony od masy serowej spód. Z... pistacji? Wyraźnie czułam ich smak, acz wmieszany w ciastowo-"orzechową ogólnie", maślaną toń.

Bliżej końca śmietankowa ciastowość i orzechy mieszały się z owocami, które nabrały już sporo słodyczy. Ta ostatnia wydawała się wszechobecna i niby trochę rześko-zwiewna, ale... dojmująca. Zrobiło się maślanie, łagodniej. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy sernik z tymi wszystkimi wymienianymi już nutami, ale w wydaniu... delikatnym. 

Po zjedzeniu został posmak słodko-miodowy, nieco pieczony... orzechowo-kakaowy - nawet bym powiedziała, że leciutko cierpki. Cierpkość ta łączyła wymienione nuty z owocami. Te wyszły kwaśno-słodko i bardzo, bardzo soczyście. Wyraźniej przebiły się cytrusy, ale i ciemna drobnica miała się nieźle.

Całość smakowała mi, jednak mam zastrzeżenia do konsystencji. Mimo że pasowała do smaku, mnie nie odpowiadała jej gładka tłustość śmietanki (dobrze, że znikała na śmietankę, a nie wodę, ale wolałabym, by cały czas była kremowo-gęstsza). Smak jednak mnie zachwycił. Splot czarnych porzeczek, jeżyn z cytrusami i twarogo-śmietanki ze słodyczą miodu jako obłędny, czekoladowy sernik to coś wspaniałego. Wyszła bardzo wilgotnie, soczyście; niewiele w niej paloności, ale... niestety też nieco za mało gorzkości. W sumie... prawie wcale. Mogłaby jednak nie pasować, więc wybaczam.
Podobnie miodowo, orzechowo-maślanie i bardzo soczyście-owocowo (w tym podobne jeżyny, ale Zotter to ogrom innych) smakowała Zotter Labooko Belize Special 72%, jednak przegięła w swej delikatności. Co więcej, cechowała je śliska tłustość, ale i tu Zotter przegiął kojarząc się z awokado. Także delikatna, soczyście-owocowa i pyszna była GR Belize Trinitario 70 %, ta jednak... przez silniejszą prażoność miała zupełnie inny wydźwięk. 


ocena: 9/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy