Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonvita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bonvita. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Bonvita Orange 72 % Cocoa Premium Chocolate ciemna z pomarańczą

Kupując tę czekoladę szczerze miałam na nią ochotę, ale potem jakoś... trafiłam na parę kiepskich pomarańczowych i doszłam do wniosku, że w ogóle chyba trudno, by czekolada z pomarańczą mnie usatysfakcjonowała. Kiedyś myślałam, że problem tkwi w tym, że zazwyczaj dodają kandyzowaną pomarańczę, a tej nie cierpię, ale Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72 % Cocoa Chocolate pokazała mi dosadnie, że pomarańczowa czekolada nawet bez kandyzowania może mi nie leżeć.
Dzisiaj przedstawianą wzięłam na Rysy, na które wreszcie weszłam od polskiej strony. Uznałam, że gdyby była kiepska, i tak będę zbyt zadowolona z miejsca, by się tym przejąć. Gdyby zaś miała okazać się dobra, byłaby zacnym zwieńczeniem trasy. Co prawda zdjęcia porobiłam na wierzchołku słowackim, bo był prawie pusty, ale to szczegół. Ogólnie Rysy od polskiej strony wreszcie były moje, a widoczność dopisała. A czekolada... No właśnie. 

Bonvita Orange 72 % Cocoa Premium Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Republiki Dominikany z pomarańczą.

Po otwarciu poczułam słodką, niezbyt soczystą pomarańczę o naturalnym, podsuszonym charakterze, nieco wyprzedzającą palono gorzką czekoladę. Była nie za mocno słodka w palono karmelowy sposób, porządnie spleciony z pomarańczą. Za palonością zaznaczył się akcent... zawilgoconego drewna i mokrych liści.

Tabliczka była twarda i przy łamaniu głośno, chrupko trzaskała. Dopiero przekrój ujawnił, iż skrywa mikroskopijne drobinki pomarańczy. Wyglądało na to, że bardzo niewiele, ale to tylko złudzenie. 
W ustach czekolada rozpływała się raczej, acz nie jakoś bardzo, powoli. Wyszła maślano, jednak nie tłusto. Była zbita i bardzo długo zachowywała kształt. Wykazywała lekką proszkowość, mieszającą się z mnóstwem drobinek pomarańczy. Była bardzo nimi najeżona, nie wypuszczała ich zbyt chętnie z siebie. Z czasem serwowała za to lekką soczystość i znikała dość wodniście. I już nieco bardziej tłusto. 
Kawałki były tak maleńkie, że w zasadzie nie wymagały gryzienia. W sumie nawet jakoś zbyt mocno nie zaburzały czekoladowości (niektóre bardzo ziarniste czekolady bez dodatków wychodzą podobnie). Z czekolady trudno je wydobyć, więc gryzienie obok było trudne. Za to zrobienie kęsa bez nich było niemożliwe. Próbowałam spiłować trochę samej czekolady zębami i potem w domu nożem, ale się nie dało nie trafić na pomarańczę. 
Kawałki, które zostały w ustach na koniec czasem bardziej trzeszczały, czasem chrupały lub skrzypiały. Były suche i delikatne, chrupko-trzeszczące w porywach. Kilka zaś cechowała pewna twardość, a mi kojarzyły się z piaskowym cukrem. Jak pisałam, nie wymagały gryzienia, ale ja trochę je podgryzałam i tak, o tak o sobie.

W smaku najpierw poczułam nie za wysoką, ale wyraźną słodycz. Miała nieco karmelowy odcień. Rosła spokojnie, ale konsekwentnie.

Początkowo pomarańcza zaznaczyła się w oddali. Był to motyw słodkiego, ale mało soczystego, a suchego owocu. Nie wychylał się jednak.

Gorzkość odezwała się po chwili. Nie miała jednak zbyt imperatywnych zapędów. Pomyślałam o starym drewnie... drewnie zawilgoconym, zalegającym w ciemnym lesie? Gorzkość była też trochę palona i... Soczysta? Pomyślałam o grejpfrucie.

Pomarańcza nasiliła się wraz ze słodyczą. Ogólnie była w jedno zmieszana z czekoladą - tej nie sposób spróbować osobno. Pomarańcza zdecydowała się na więcej - acz wciąż nie jakoś szczególnie dużo - soczystości. Spod niej wydobywały się inne owoce: grejpfrut i chyba wiśnia. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zasugerowały odrobinkę kwasku, acz ten nie rozwinął się za bardzo.

Gorzkość za to owszem. Pomarańcza wysunęła motyw skórki. Ogólnie smak dodatku podkręcał gorzkość bazy, niezależnie ku czemu się chylił. A to było zróżnicowane w zależności od tego, jakie kawałki się wyładniały. Czasem silniejsza była skórka, czasami owoc jako całość, czasami jak sok pomarańczowy.

Bardziej bliżej końca, raz po raz przemknęło mi echo olejku pomarańczowego. Acz nie zbliżało się nawet do naturalniejszej pomarańczy. Trzymało się w oddali.

Gorzka skórka mieszała się z lekkim akcentem... Jakiegoś naparu? Wyobraziłam sobie pomarańczową zieloną herbatę, acz pobrzmiewała jakoś bez przekonania. Cytrusowy napar wplótł motyw liści i podkręcił zawilgocone drewno. Palony, coraz wątlejszy akcent nie protestował. Wszystko to było w sumie mało kwaśne, ale w końcu całkiem soczyste.

Kawałki pomarańczy - z trudem wyłuskane - gryzione obok czekolady były bardzo nijakie. Tak, że nie umiałabym w ciemno zgadnąć, co to.
Kawałki ciamkane i gryzione na koniec smakowały pomarańczą suszoną. Znów - raz bardziej słodkim miąższem, raz całym owocem (przeważnie), czasem mignął kwasek, czasem goryczka skórki. 

Po zjedzeniu został mocno, ale naturalnie pomarańczowy posmak. Kojarzył mi się z sokiem z pomarańczy, ale czuć suchawy wątek suszonej pomarańczy. Nie było w niej nic nachalnego, mimo że dało się doszukać olejku. Pomarańcza mieszała się w zgodzie z odrobiną słodyczy chyba karmelu i zielono herbaciano-paloną goryczką.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Mimo że nie lubię tak napchanych dodatkiem czekolad, ani tak podrobionych dodatków, tutaj to się sprawdziło. Niezbyt przemawia do mnie forma - aż takie podrobienie suszonej pomarańczy... Wolałabym większe, może np. liofilizowane kawałki (jak maliny w (Leclerc) Marque Repère Equador Collection inspiree Czekolada Deserowa z Liofilizowanymi Malinami, ale... te były tak drobniusieńkie i delikatne, że nie zaburzały czekoladowości.
Wyszła znacznie lepiej niż Oxfam Fair Trade Organic Dark Orange 72 % Cocoa Chocolate - o wiele bardziej naturalnie. Obstawiam więc, że jak mielić pomarańczę suszoną, to zupełnie, czyli coś prawie jak w dziś przedstawianej, bo wtedy zlewa się w jedno z czekoladą (w Oxfam kawałki były jednak ciut większe). Olejek w dziś przedstawianej był marginalnym dodatkiem. Ogólnie ta wyszła nienachalnie, a wyraźnie pomarańczowo. Pomarańcza bardzo zgrała się z bazą i jej nutami grejpfruta, wiśni, zawilgoconego drewna i naparu - pomarańcza świetnie to podkręcała. Niska słodycz wydawała się zupełnie podporządkowana. Gorzkości nie brakowało, soczystości też nie, choć kwaśność nie była wysoka.
Większość zjadłam w górach, a to, co kończyłam w domu się obroniło.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 15,47 zł
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, pomarańcza 5%, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat pomarańczowy

czwartek, 3 lutego 2022

Bonvita Premium 71 % Dark Chocolate ciemna z Dominikany

Kocham czystą ciemną czekoladę i właściwie inne mogłyby dla mnie nie istnieć. Mało tego. Mogłabym się pewnie ograniczyć do swoich ulubionych, w tym także takich w cenie do 10 zł, ale dlaczego miałabym to robić, skoro i odkrywać uwielbiam? A od pisania jestem uzależniona, więc wszystko ładnie mi się zgrywa. Dzień w dzień jednak nie mam ochoty na niekończące się podróże przez nuty jak z kalejdoskopu. Czasem mam ochotę na tabliczki prostsze, dzięki którym z kolei potem jeszcze bardziej doceniam te z najwyższych półek. Kiedyś byłam sceptyczna do produktów, na których opakowaniach centrum stanowiły napisy eko / bio itp., jakby tylko to było najważniejsze. Obecnie jednak to właśnie wiele eko / bio czekolad marketowych sobie cenię. Ekologia leży mi na sercu, ale właśnie - denerwuje mnie zarabianie na niej w momencie gdy za napisami i ekologicznością nie idzie jakość / smak. Fajnie byłoby żyć w świecie, w którym wszystko z założenia byłoby eko, zdrowe itd. Ale cóż... Mniejsza o to. Mnie czekała czekolada producenta z Holandii, którego nie znam. Bonvitę wprawdzie widywałam już w internecie, ale nie mają za wielu interesujących dla mnie wariantów, więc kupiłam tylko jeden na próbę składając większe zamówienie, o którym pisałam przy Vivani 75 %.

Bonvita Premium 71 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam delikatny, a dopiero nasilający się w trakcie degustacji, zapach lekko prażony zestawiony z migdałami świeżo-surowymi w skórkach i drzewami. Obok nich stała waniliowa słodycz, mocno kojarząca się z waniliowym (żółtym!) budyniem na pełnym mleku, może aż nieco maślanym. W słodyczy krył się też drobny, owocowy wątek... pudrowych malin? Syropu malinowego? Też w nieco budyniowo-kleikowo-kaszkowym sensie.

W dotyku tabliczka wydała mi się lekko ulepkowa, przy łamaniu zaś twarda głównie z racji grubości. Trzask wydawała taki sobie, nie zachwycając. Gdy kawałek odgryzałam, powierzchownie wykazywała skłonność do mięknięcia, ale bazowo zachowywała twardość.
Także rozpływając się w ustach pozostawała w pewien sposób twarda. Wykazywała dość znaczącą tłustość, lekko mięknąc i znikając jako jedynie lepkawo-gładkie smugi. Wydawała się niegęsta, choć też nie rzadka. Zbita i masywna, a jednak nie konkretna. Powierzchownie kremowa, kryła chropowatość i nawet pojedyncze drobinki niedomielonego kakao i... czegoś*. Dziwna konsystencja, ale wcale nie zła (ale też nie dobra).
*Nie mam pojęcia, co to mogło być: dziwne jasne, przezroczyste drobinki, które ssane i gryzione przypominały drobinki-pyłek z np. płatków owsianych z dna torby / słoika.

W smaku przywitała się cierpkawą korą drzew, a następnie samymi drzewami. Wyobraziłam sobie gęsto porośnięty park ciepłą porą (wiosną?), by następnie poczuć się, jakbym zrobiła porządny łyk gorzkawej kawy.

Zaraz jednak rozeszła się także słodycz. Uderzyła i rozpłynęła się na wszystkie strony bardzo już nie rosnąć, a utrzymując jeden poziom. Zaserwowała mi gęsty, żółty budyń o maślanym podszyciu. Reprezentował smak waniliowy, acz nie tylko czystą wanilię. I choć naturalny, to też... jednoznacznie budyniowy. Było w nim coś lekko mlecznego, kleikowo-kaszkowego.

W słodyczy po pewnym czasie odnotowałam też lekką pudrowość. Najpierw pomyślałam o cukrze pudrze, ale pojawiła się soczystość. Pudrowa malina mignęła, po czym pudrowość uciekła przed nieco kwaskawym, soczystszym motywem syropu. Wciąż było słodko, ale dzięki niemu charakterniej - jednak miał znikome znaczenie w całej kompozycji.

W połowie rozpływania się kęsa wzmocniła się cierpkość drzew, a gorzkawość przeszła w gorzkość. Zrobiła to za sprawą skórek surowo-świeżych migdałów, by następnie cudnie zalać wszystko kawą. Kawa czarna, acz delikatna dominowała przez moment, a potem z jej toni zaczęły znów wyłaniać się migdały i motywy bardziej palono-prażone. Przez dłuższy okres czasu orzechy, migdały dominowały wraz z kawą, może nawet trochę odciągając od niej uwagę. Na moment pojawiły się włoskie, lecz nie zabawiły długo. Odważniejsze były orzechy laskowe, dość słodziutkie i... przejmujące syropowy wydźwięk. Jak orzechowy syrop do kawy? Palono słodki smak, pewna maślaność zasugerowały mi... kawowe ciasto... Wilgotne... A może orzechowo-kawowy biszkopt?

Goryczkę przejęła soczysta nutka z tła... Może pomarańcza? Syrop pomarańczowy lub skórka? Nie udało mi się jej jednak najlepiej uchwycić, bo wzrosła słodycz. W niej mignął mi karmel (karmelowy syrop?), ale i jego nie mogłam złapać. Uwadze nie umknęło natomiast, że słodycz mnogością nut zahaczyła o poziom przesady.

Kawowa gorzkość nieco oddalała się, a prażono-pieczony, biszkoptowy wątek i syrop / likier rosły w siłę. Budyniowe echo wciąż było wyczuwalne, słodycz "jasna" przypomniała mi ciasto-sękacz (jajecznie-biszkoptowo-tłuszczowe, akurat w tym przypadku z poprzypalanymi ciemnymi sękami). Za jego sprawą słodycz jeszcze wzrosła i wróciła do maślano-kleikowych motywów waniliowych.

Akurat, by w posmaku został ciastowo-waniliowy splot (jednak kawowego?) ciasta zrobionego ze sporą ilością jajek; goryczki bardziej pieczono-prażonej, mocno laskowo orzechowej, może lekko drzewnej i budyniu waniliowego. 

Całość smakowała mi, choć mam zastrzeżenia co do konsystencji i tłustości. Wolałabym inną, a tłustość niższą. Znacząca słodycz wanilii, aż budyniowa i ciastowa trochę za bardzo wypierały gorzkawość-gorzkość. Kawa jednak okazała się pewnym siebie smakiem. Syropowe zapędy owoców i orzechów na plus, budyń także wyszedł jak najbardziej pozytywnie. Z tym że... właśnie za dużo było tu słodkich wątków (na szczęście dobrych jakościowo!), za mało gorzkich. Nutka owoców, znikomy kwasek - te zaś dobrze, że silniejsze nie były, bo nie pasowałyby.
Bardzo poprawna, smaczna. Nie jakoś specjalnie dynamiczna, ale z głębią (także w kwestii słodyczy).
Czerwonymi owocami na słodko oraz orzechowo-kawowym duetem w ciastowej formie skojarzyła mi się trochę z Zotterem Labooko Dominican Republic 62%, jednak to, jak mniej słodka, a podpieczona i gorzkawa była Bonavita, bardziej mi się podobało - nie ma wątpliwości! Hm, jak Zotter wyszedł maślano, tak Bonavita budyniowo - tak na charakter konsystencjowo-smakowy; ciekawe.


ocena: 8/10
kupiłam: Allegro
cena: 13,95 zł
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, wanilia