środa, 31 marca 2021

Auchan Blanc Noix de Coco biała z karmelizowanymi wiórkami kokosowymi

Czekolady białe dawno już przestały mnie interesować. Zdarzy się jednak, że naprawdę dobrą mogę zjeść, gdy trafi się dzień, że mam ochotę na coś słodszego. Wtedy jednak musi to być naprawdę porządna sztuka. A takich (oczywiście porządnych w moim rozumieniu) znam niewiele. Moją faworytką jest Chateau Weisse Kokos, acz i mięciutko mousse'owa J.D.Gross Mousse au Lait Coconut Macaroon mnie zachwyciła. Do Chateau miałam okazję wrócić jakoś wiosną 2020, gdy z Mamą kupiłyśmy na podział. To wciąż mocne 10/10 stąd i decyzja o kupnie dzisiaj przedstawianej. Niby nie ciekawiła, nie kusiła, ale... ale jak już trafiłam na nią w sklepie, jednak zaciekawiła. Karmelizowane wiórki wydały mi się dość dziwne, rzadko spotykane, toteż nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Auchan Blanc Noix de Coco to biała czekolada z karmelizowanymi wiórkami kokosowymi; marki własnej Auchan, wyprodukowana we Francji.

Po otwarciu poczułam intensywną woń karmelu i kokosa, co miało mocno prażono-karmelizowany charakter, wpleciony w słodką białą czekoladę. Zahaczyło o leciutką goryczkę i odległe skojarzenie z... płatkami kukurydzianymi (typu Corn Flakes od Nestle). Wyraźnie przewijała się dość ciężka nuta mleka w proszku, lecz w miarę pasowała. Wyszło harmonijnie i ogólnie nieciężko.

W dotyku tabliczka była bardzo tłusta i wydawała się aż śliska, brudząca ręce. Sugerowała, że będzie miękka, a łamiąc trafiłam na opór tylko wynikający z grubości. Odebrałam ją jako nieco krucho-miękkawą i sowicie wypełnioną trzeszcząco-trzaskającymi wiórkami. Kojarzyła się trochę z chałwą.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo, w umiarkowanym, ale raczej szybszym niż wolnym, tempie. Zamieniała się w minimalnie proszkowy, rzadkawy budyń najeżony mnóstwem chrupiących wiórków. Nie wydawały się posiadać cukrowych otoczek, choć czuć częściowo rozpływający się karmel. Były twardo-kruche w pozytywnym sensie, zwłaszcza pochrupywane "obok czekolady". Ja  gryzłam je i podsysałam pod i na sam koniec. Wtedy były jeszcze w porywach krucho-chrupiące, a dopiero potem trzeszczące. Zachowały lekką soczystość, ale nie memłały się i nie irytowały (np. bezcelowym pałętaniem się po ustach). Z ust w miarę szybko znikały. Mimo ich ilości, nie było wrażenia bezsensownego zlepka-ulepka.

W smaku od początku czuć zarówno wysoką słodycz, jak i mleczność czekolady. Niestety od razu mignęło mi mleko w proszku, a słodycz pomknęła w cukrowym kierunku. Zaraz jednak napotkała na swej drodze palono-karmelowy motyw, na który to przystała. I choć drapała w gardle już w ciągu kolejnych sekund, nie wydawała się jałowo cukrowa.

Szła łeb w łeb z mlekiem, które jakby gęstniało. Od mleka w proszku przez mleko skondensowane - być może karmelowe - po niemal śmietankę. Rosło też znaczenie maślanej nuty. Mniej więcej w połowie zrobiło się trochę bardziej maślano, tak karmelowo-białoczekoladowo, jakby nie była to zwykła biała. Mleko w proszku cały czas pobrzmiewało, ale w tym wydaniu to nie przeszkadzało.

Kokos dość szybko zaczął zdradzać swoją obecność, ale wraz z wyłanianiem się coraz to kolejnych wiórków, miałam różne skojarzenia. Chwilowo podskakiwała słodycz, ale w kontekście palonym i wręcz leciutko goryczkowatym. Najpierw udawał kokosowe Corn Flaksy, a to orzechy w karmelu z kokosową nutą.... Gdy jednak karmel nieco osłabł, kokos okazał się naturalny, świeży i wreszcie porządnie kokosowy. Kokosowy smak wychodził na przód na tle cukrowo-mlecznej czekolady. Ta z kolei podkreślała same wiórki kokosowe.

Mocno mleczna, niestety też przesadnie cukrowa, maślano-karmelowa toń bliżej końca wydała mi się wzbogacona o niemal sugestywną nutkę soli gdzieś tam w tych kokosowych skupiskach. Wiórki gryzione i podsysane wprowadziły także leciutki kwasek. Przełamało to słodycz, choć drapania w gardle nie osłabiło.

Bliżej końca i na koniec przesadnią słodycz neutralizowały wiórki, sprowadzały wszystko do poziomu. Gryzione dominowały, lekko tylko przyozdobione przecukrzoną, biało czekoladową otoczką.

W posmaku pozostał oczywiście kokos, palony karmel i jego szlachetniejszy akcent wmieszany w cukrowo-mleczną czekoladę. Wydaje mi się, że czułam też leciutki kokosowy kwasek, ale na pewno był świeży (w sensie: niestęchły); nie wyszedł źle. Jedyne, co mi przeszkadzało to jednak męczące drapanie w gardle.

Całość bardzo mi się podobała. Cukru... wolałabym mniej, ale akurat w tej kompozycji aż tak nie przeszkadzał. Bardzo tłusta czekolada mogłaby męczyć, gdyby nie to, jak świetnie zrobili kokosa. Ta jego kruchość, jak również to, że karmel na nim był karmelem, a nie zwykłym cukrem, kupiło mnie. Mimo iż czekolada sama w sobie była jedynie dobra, stanowiła tylko tło. Cieszy mnie w sumie, że wyszła w dużej mierze mlecznie, w pozytywnym sensie.
W sumie... byłam bardzo zdziwiona, jak podobnie w kwestii dodatku wyszła do Chateau - kokos udający Corn Flaksy? Jednak sama czekolada Chateau robi wrażenie, ta trąci o budżetowość i jednak przesłodzenie. Na pewno jednak jest znacznie ciekawsza i lepsza od np. takiego Lindta Excellence White Coconut, a już na pewno od Katy Kokosowej.
Słodyczy wystarczyło mi już po kostce, aczkolwiek zjadłam dwie (i przy drugiej w gardle czułam już piekło), bo to ciekawy kokos. Na drugie podejście zostawiłam sobie 4, ale znów 2 mnie zacukrzyły i znudziły (bo już i element "ciekawostkowy" osłabł), więc resztę (planowo) oddałam Mamie. Co do oceny mam o tyle mieszane uczucia (wystawiam bez emocji), że gdyby nie cukier, to pewnie byłaby czekolada tego typu idealna, a jednak mi niczego nie urwała, bo za bardzo odbiega od tego, co ze słodyczy lubię jeść w ilości większej. Ja takimi słodkościami po prostu za szybko się nudzę. Mama uznała, że bardzo smaczna i ciekawa ("zwłaszcza ten kokos"), jednak właśnie w kontekście "jako ciekawostka". Zgodziłyśmy się co do oceny, jak i tego, że jak znowu zechcemy kupić białą z kokosem, zdecydowanie będzie to Chateau.


ocena: 9/10
kupiłam: Auchan
cena: 7,99 zł (za 180g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, karmelizowane wiórki kokosowe 20% (wiórki kokosowe 14%, cukier, dekstroza, sól), aromat, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 30 marca 2021

Ajala Kvety a Pomerance 70 % ciemna z Dominikany i Nikaragui z pomarańczą i kwiatami

O tej marce nie wiedziałam nic, decydując się na jedną tabliczkę. Wybór miałam niewielki, a jeśli mam być szczera to nie przepadam za maleństwami poniżej 50 gramów - z czekoladą wolę spędzić więcej czasu i móc się nią nacieszyć, a nie np. żałować, że nie mam więcej. Dzięki m.in. Beskidowi na wszelkie malutkie, niepozorne marki (nie tabliczki!) zaczęłam patrzeć jeszcze pozytywniej. Ajala, czeska z Brna, kupiła mnie w dodatku (ale to już przy pisaniu wstępu) opisem swoich produktów: 70 % kakao, 100 % miłości. Cudo! Dodatki mieli różne, a że czekolady z najwyższych półek wolę czyste, to wybrałam akurat tę, bo... Zaciekawił mnie kwiat pomarańczy. Potem się jednak okazało, że to nie kwiat pomarańczy, a pomarańcza i kwiaty. Wciąż jednak zapowiadało się miło, bo owszem, z pomarańczą, ale żadnymi tam kawałkami kandyzowanymi (nie lubię ich), a z ekstraktem. Pacari OrangeAmbiente Truffle Chocolate Negro Sabor Naranja i nawet Lindt Lindor Orange pokazały mi, że olejek w czekoladzie to w sumie fajna sprawa, o ile z nim nie przesadzą jak Hoja Verde Ecuador 66% Orange. Tu jednak humor popsuły mi kwiaty. Suszone? Że badylkowato-płatkowate? Miałam mieszane uczucia. Chyba wolałabym jakiś ekstrakt czy coś, bo np. w Zotter Cashew Nougat with Flowers z duetu Bouquet Of Flowers samych kwiatów w smaku prawie nie czułam.

Ajala Tmava Cokolada Kvety a Pomerance 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany i Nikaragui z ekstraktem z pomarańczy i suszonymi kwiatami.

Otworzywszy, poczułam intensywną soczystość pomarańczy, całego pomarańczowego arsenału: od owocu, przez olejkowatą sugestię przerysowania po skórkę i sok... wmieszane w wilgotną masę makową. Wąchając spód miałam wrażenie, że czuję takową masę, a więc mak i dużo orzechów, bakalii. Wszystko miało lekko suszony klimat nakręcany kwiatami. Niby były delikatne, ale czuć je wyraźnie. Znaczącą słodycz łagodziła wytrawniejsza nuta kojarząca się ze skórzanymi portfelami oraz mieszanka orzechów i makaronowo-zbożowych akcentów (jakby z nimi była masa makowa).

Piękna tabliczka łamała się  z głośnym trzaskiem, a nieprzesadna ilość sporych suszonych płatków raczej nie osypywała się.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, gęsto i soczyście. W pierwszej chwili wydała się miąższysta i gładka, zwarta. Ulegała jednak z łatwością, ujawniała pylistość (jakby w ogóle od pyłku / proszku miała zacząć trzeszczeć) i... zaczęła udawać lepko-mleczną, wciągając w swą gęstą toń nasiąkające suszone płatki. Nie przeszkadzały na szczęście. Pod koniec soczystość tak wypływała z "mlecznej" toni, że... przypominało to efekt lekko nadzianej czymś soczystym czekolady.

Od chwili odgryzania kawałka, otworzyła pomarańczowy parasol nad gorzkawym smakiem ziemi i orzechów wmieszanych w nią. Pomyślałam o pekanach oraz maku, leciutko osnutymi pleśniowością. Zaskoczyła mnie wytrawność goryczki, która skojarzyła mi się ze skórzanymi rzeczami (znowu z portfelem, tak), ale to też goryczka skórki... że pomarańczy (skóra i skórka - śmiesznie wyszło).

Pomarańcza była też kwaskawa i bardzo soczysta. Już po chwili uderzyła i pokazała się z najlepszej strony, niestety prawie wychodząc przed czekoladę. Słodko-kwaskawy splot prezentował sok właśnie i esencjonalną pomarańczę z odrobiną goryczki. Ta chwilami odbijała w niemal grejpfrutowym kierunku, chwilami kojarzyła się z olejkiem. Mimo iż wydawało się, iż płynie także z kakao, przez dużą część degustacji za bardzo wywyższała się nad czekoladę.

Sama czekolada sprawiała wrażenie gorzkawo-wytrawnej, trochę jak mało słodka masa makowa z gorzkawymi orzechami i niemal neutralnym motywem makaronu. Mimo że wciąż z goryczką od połowy rozpływania się kęsa zdawała się łagodnieć i łagodnieć.

Pobrzmiewająca goryczka z ziemiście-orzechowej odbijała w nieco słodko-ziołowym kierunku... "Suszkowym", powiedziałabym. Suszone owoce z masy makowej i słodkie pomarańcze zespoiły się z nią, przez co o mocnej gorzkości nie ma mowy. Dominowała pomarańcza, na szczęście nie zabijając czekolady. W zasadzie wydawało się chwilami, że jest trochę nadziana jakimś gęstym, naturalnie słodkim przecierem / przetworem (?) z pomarańczy. Było słodko, jak słodkie pomarańcze i... coś kwiatowego, lżejszego. Gdy płatki kwiatów odsłaniały się, chyba trochę je czułam, ale gubiły się prawie zupełnie w pomarańczowości. To jakby... roślinna, lekko ziołowo-neutralnawa, słodka nutka.

Pod koniec pomarańcza nieco osłabła, a czekolada zagrała na niemal mleczną nutę... Pomyślałam o zupie mlecznej z makaronem; niesłodzonej, ale naturalnie właśnie delikatniejszej. Pomarańcza trzymała się w tle.

Po zjedzeniu został jednak dość mocny posmak tego soczystego owocu, jak na mój gust nieco zbyt imperialnego w stosunku do czekolady. Ta była gorzkawo-orzechowa, trochę jak masa makowa z suszoną nutą, a także odległą goryczką ni skórki pomarańczowej, ni ziemi. Gdy został mi jakiś płatek kwiatów do ciumkania na koniec, czułam lekką roślinność, nieco osłabiającą przerysowanie pomarańczy... które potem i tak wyłaziło.

Całość smakowała mi i nawet nie mam jej nic do zarzucenia, ale niespecjalnie mnie chwyciła. Łagodna czekolada wyszła orzechowo, przypominała odlegle bardzo pomarańczową masę makową, ale właśnie pomarańczy zdawała się podporządkowywać. Mało tego! Udawała mleczną, a kwiaty nie za wiele wniosły. Dobra, ale bez szału. Gdybym wiedziała, jak wyjdzie, w życiu bym jej nie kupiła.
Jak Carrefour Noir Saveur Mangue & Poivre Sichuan waliła przearomatyzowaniem, że aż jeść się nie dało, tak ta była przearomatyzowana szlachetnie, w dobrym stylu. Lubię nuty pomarańczy w czekoladach, ale czuję, że z mocniejszą bazą byłoby super.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 28,58 zł (za 45 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, nierafinowany cukier trzcinowy, ekstrakt pomarańczowy, suszone kwiaty

poniedziałek, 29 marca 2021

baton Legal Cakes Yogi

Jak pisałam przy Pacmanie, nowości od LC zawsze po prostu lubię mieć i kropka. Nawet jakby miały okazać się średnie, to... i tak wydają się ciekawsze od większości ogólnodostępnych słodyczy. Ten baton jednak nie podobał mi się z nazwy i opakowania; kusił wnętrzem. Dlaczego nie podobał mi się? Nigdy nie oglądałam Yogiego, nie lubiłam go. "Do Legalowej bajki dołącza Yogi, ulubiony miś dzieciaków na całym świecie." - przykro mi, Legalu... nie byłam typowym dzieciakiem. W ogóle nie lubiłam miśków. Kiedyś dostałam jednego od jakiejś ciotki-klotki... to się poryczałam. Fajnie. Miałam nadzieję, że ten batonowo-ciastowy miś nie przyprawi mnie o łzy. W końcu... połączył jedne z ulubionych suszonych owoców (daktyle) z ulubionymi świeżymi... No, tylko taki "mały" sęk w tym, że akurat w formie liofilizowanej.

Legal Cakes Yogi to baton daktylowy z wiśnią liofilizowaną i orzechami włoskimi.

Batona przechowywałam w lodówce, czyli tak, jak nakazuje producent, ale nim zasiadłam do jedzenia, godzinę przed wyjęłam, by doszedł do temperatury pokojowej (nie lubię zimnego jedzenia). Jadłam go jak ciasto: widelczykiem z talerzyka. Muszę przyznać, że trzeba tu było nieźle widelczyk przyciskać z racji zwartości i gęstości.

Po otwarciu poczułam średnio przyjemny duet kakaowych lodów na mleku i tłustej, białej polewy - taniej i odrzucającej. Miało to chłodny wydźwięk wywołany słodzikiem. Z czasem zarysował się przy tym akcent mączno-gorzkawy, ciastowy, a słodzikowa polewowość w trakcie jedzenia przemieszała się z nieśmiałymi daktylami. Wydało mi się to lekko orzechowo-wiśniowe, podszyte goryczkowato-ziemistym charakterem. Kryło podkwaszenie, jakąś owocową soczystość, początkowo bliżej nieokreśloną. Wszystko zwieńczyła lekko cierpka nuta kakao, podsuwająca skojarzenie z kiepskim brownie.

spód
Baton wydał mi się konkretny. To dość twarda i ciężka, wilgotna cegła, łatwa jednak przy podziale. Zarówno przy krojeniu jak i łamaniu wykazywał miękkawość.
Podczas jedzenia odebrałam go jako rzeczywiście konkretny, zwarty i gęsty. Wydał mi się gładkawy jak wilgotne i gęsto-tłuste ciasto, ale jednocześnie mączny. W trakcie jedzenia dał się poznać jako miękko-gumiasta papka. Rozpływał się... na ciasto rzadsze; własnie trochę mączno-papkowatą zawiesinę. Niestety baza była bardzo przemielona, więc struktura daktyli za wielkiej roli nie odegrała, mimo że trafiło się sporo ich włókien. Obok mączno-kakaowej suchości trwał śliskawo-tłusty, polewowy motyw. Całość i tak sucho zatykała. Wewnątrz znalazło się sporo drobnych skórek owoców, jędrnawych kawałków-farfocli wiśni oraz średnich kawałków raczej miękko-wilgotnych orzechów (na cały baton trafił mi się też jeden cały gigant, który zupełnie do otoczenia nie pasował). Trochę chrupały, ale bez życia. Wiśnie wyszły zaskakująco świeżo.
Czekolada w batonie została raczej rozpuszczona i wmieszana, a jej (?) podejrzany kawałek, na który ja trafiłam pewnie... znalazł się tam przypadkiem.

W smaku baton uderzył słodyczą o karmelowo-daktylowym wydźwięku. Wydawała się osadzona w czekoladowych realiach, mieszających się z likierem i dziwną... polewowością? Jakbym czuła tam tłustą, białą polewę oraz miała do czynienia z lodami czekoladowymi. Silna słodycz zaraz odbiła w bardziej owocowym kierunku.

W zależności od tego, jaki kawałek zagarnęłam, chwilami pojawiała się soczysta kwaśność wiśni. Była niczym pojedyncze, delikatne szpileczki.
Karmel wyraźnie przeskoczył na daktyle. Pomyślałam o likierowo-miodowym alkoholu, truflowości... mieszających się z cierpkością. Truflowy charakter skojarzył mi się z brownie.

Brownie nieco ukwaszonym. Daktyle podrzuciły lekko kwaskowato-podfermentowany motyw, a to wykorzystała wiśnia. Przemknęła jako słodko-kwaskawa nuta, podkręciła cierpkość kakao. Kwasek w tle dopiero po dłuższym czasie udało mi się nazwać - to leciutki akcent kwaskawego kokosa, mieszającego się z wilgotnie-chłodną ziemistością. Cierpkawość prezentowała ziemiste, chłodno-słodzikowe brownie z wiśniami, zalatujące winem.

Trafiając na większe kawałki wiśni, wyraźnie czułam ich kwaśny smak wychodzący niemal na pierwszy plan (nie były to jednak najlepsze wiśnie, z jakimi się spotkałam). Chwilami wydawały się jakieś mało wiśniowe, a bardziej czerwono owocowe.

Orzechy włoskie poprzez swoją gorzkawość, ale ogólnie niezbyt wyrazisty smak, podkreśliły ziemistość właśnie i pewną mdławość. W bazie plątało się coś neutralnie-nijakiego, trochę mącznego i... zakalcowo-tłuszczowego? Kokosowego? To znów skojarzyło mi się z gorszym brownie, ale... wciąż brownie.
Goryczka, jak się szybko okazało, należała do kakao. Walczyła z kolei z pewną wytrwanie mączno-roślinną nutą. W batonie czułam bliżej nieokreślony posmak, który w okolicach orzechów tracił na znaczeniu na ich sprawę. Niektóre większe kawałki chwilowo wyłaniały się ponad wszystko inne - wtedy orzechy włoskie dominowały.

W całym batonie trafiłam na jeden dziwny kawałek. Była to obleśna gruda tłuszczo-polewy - chyba czekolady, przy której nagle pojawił się mocny smak grochu.

Wytrawna cierpkawość idealnie wciągnęła w siebie wiśnię. Pod koniec jedzenia czułam wiśniowo-zdrowe brownie o ziemistej nucie, akcencie mąki i... oleju kokosowego?
Bliżej końca kakao złagodniało na rzecz bazowej neutralności oraz słodyczy daktyli. Daktyle drapały w gardle, ogólna słodycz wzrosła, a w ustach czułam chłodek słodziku - to znów skojarzyło mi się z lodami.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao i oleju kokosowego, a także drażniąco słodzikowy oraz przesłodzenie wyprane z jakiegoś konkretniejszego smaku.

Ziemiście-truflowe brownie nasączone winem, z wiśniami, kiepskimi orzechami włoskimi i lodami? Tak, szkoda, że tak mocna była nuta słodziku i "zdrowa mączność". Całość... w zasadzie była dobra, acz z elementami do poprawki. Bardzo podobało mi się, jak kokosowa nuta odwracała uwagę od potencjalnych gorszych składników bazy i jak zharmonizowała kwaśne wiśnie, daktyle i cierpko-gorzkawe kakao. Dziwny, nierozpuszczony kawałek to... pewnie wypadek przy pracy. Wiśnie wolałabym w formie lepszych kawałków, a i orzechy włoskie mogły być lepsze. Ogół jednak wyszedł pozytywnie.


ocena: 8/10
kupiłam: Legal Cakes
cena: 6,49 zł (promocja; za 90 g)
kaloryczność: 404,5 kcal / 100 g; sztuka - 364,1 kcal
czy znów kupię: nie

Składniki: daktyle 43,8%, mąka ryżowa, orzechy włoskie, wiśnia liofilizowana 8,2%, izolat białka grochu, miazga kokosowa, czekolada (miazga kakaowa, substancja słodząca: erytrytol), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, olej kokosowy, regulator kwasowości: węglan potasu.

sobota, 27 marca 2021

Carrefour Selection Noir Saveur Mangue & Poivre Sichuan ciemna 55 % z naleśnikami, mango i pieprzem

Nie zawsze działam racjonalnie. Zdarza się, że mnie to trochę denerwuje, ale... czasem lubię swoje dziwne decyzje. Nie wiem dlaczego, ciągnie mnie do czekolad marek własnych różnych marketów - nawet do wariantów wątpliwych. Carrefour Bio 74 % była przepyszna (wróciłam do niej już nie raz). Tabliczki z tego marketu mają ciekawe dodatki, choć trochę boli mnie niska zawartość kakao. Dzisiaj opisywana brzmi dobrze w sensie, że bardzo chciałabym poczuć takie nuty w czystej ciemnej, ale z takimi dodatkami zatopionymi w czekoladzie? To już budziło wątpliwości. Kiedyś lubiłam naleśniki, obecnie lubię w teorii (nie jem ich), a mango świeże surowe uwielbiam (choć prawie w ogóle nie jem), suszonego zaś nie. I dochodzimy do momentu, w którym każdy normalny zadałby sobie pytanie: czy to się może udać w czekoladzie? No właśnie. Otóż szansa na to, że mi przypasuje, była znikoma, jednak to tak dziwna wrzutka do czekolady, że... po prostu mnie zaintrygowała. Bałam się tylko, że te "naleśniki" wyjdą jak dziwne wafelki "feuilletine" w Lindt Creation Knusper Praline. A o obecności pieprzu... w ogóle dowiedziałam się parę dni przed degustacją (a pisząc wstęp i przepisując skład).

Carrefour Selection Noir Saveur Mangue & Poivre Sichuan to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z kawałkami naleśników francuskich, kawałkami o smaku mango i pieprzem syczuańskim; marki własnej Carrefour, zatwierdzone przez Gault&Millau.

Nie zdążyłam porządnie rozerwać sreberka, a już przytłoczyła mnie porażająco silna perfumowość, zbyt intensywny, przearomatyzowany zapach egzotycznego napoju z kartonu (takiego jak jakieś multiwitaminy; nie chodzi o sok!), egzotycznego napoju gazowanego. W tym, owszem, czułam soczyście słodko-kwaskawe mango, ale też ananasy i pomarańcze. Daleko w tle o głos walczyła z miernym skutkiem palono-kurzowa, ciemna czekolada, która była cukrowo wręcz słodka. Kojarzyła się trochę z delikatną kawą. W tle doszukałam się niejasnej ciepłej rześkości, czegoś orzechowego? Po przełamaniu poczułam jakby pogłębiającą czekoladową część zapachu ostrawość, ale i lekkość (jakby ziół?). Zarejestrowałam leciutko wafelkowo-maślane echo. Niestety jednak, tak mocny zapach na pierwszym planie odpychał. Nie kojarzył się z jedzeniem.

Twardawa tabliczka trzaskała wprawdzie w bardzo głośny sposób, ale sprawiała wrażenie takiej, która zaraz zmięknie. Jej dźwięk częściowo wynikał chyba z dodatków, bo był dziwnie szklisty. Przy robieniu kęsa zaś usłyszałam jakby chrzęst cukru.
W ustach czekolada zmieniała się w gęsty, giętki i zalepiający krem. Robiła to w tempie umiarkowanym, szybko dając się poznać jako czekoladowy jeż, przesadnie zapchany drobnicą. Sama baza wydawała się gładka i maślano tłusta, acz trudno się na niej skupić przez dodatki (skojarzyła mi się z wnętrzem Grossa Mandel Creme / Almond Creme). Te stopowały ją. Wlepione mocno sprawiały, że czekolada wyszła nieprzyjemna do jedzenia.
Mango dodano pod postacią bardzo zwartych, miękkawych kostek żelko-galaretek (miękkie żelki / twarde galaretki - nie czuję się na siłach w sprecyzowaniu tego, bo nie jem ich). Sprawiały wrażenie dość naturalnych, jakby częściowo zrobiono je z przecierów owocowych. Trochę rozpuszczały się, częściowo lepiły do zębów, irytując żelkowością.
Naleśniki zmielono tak, że udawały cukier i cieniutkie zmielone wafelki z cukrem. Mikroskopijna drobnica w pierwszej chwili trzeszczała / rzęziła i chrupała jak cukier, a potem trochę miękła. Nieco się rozpuszczała, trochę zostawała żeby stworzyć efekt drobinek chrupkawego waflo-kartonu.
Dodatków było tak mnóstwo, że aż sama czekoladowość wystraszyła się i uciekła.

W smaku, już wkładając kawałek do ust, poczułam przesadne naaromatyzowanie egzotycznymi owocami i mango. Perfumy owocowe zaraz zmieniły się częściowo w podkręcony napój gazowany lub z kartonu. Nie były to owoce naturalne, acz przejrzyste. Mango, jabłka i cytrusowe czuć wyraźnie.

Szybko do wyścigu dołączyła wysoka słodycz, trochę wpisana w owoce i ich aromat, jak również po prostu cukrowa. Równo z nią weszła gorzkość kawy, a potem całkiem sporo palonych nut. Zmieszane z cukrem goryczka i cierpkość przywiodły na myśl likier lub... kawę z rumem? Cierpkość perfum właśnie też na to przystała. To wszystko jednak było tłumione przez perfumowość.

Owoce mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, a już zwłaszcza w kęsach z kostkami mango, jeszcze zyskały na znaczeniu i wyrazistości. Kolejno wymieniłabym świeże, surowe ananasy, mango i pomarańczę w wydaniu trochę bardziej soczyście-rześkim i naturalnym. Wszystko to wyraźnie skąpane było w nienachalnym kwasku cytryny. Ten jednak nie płynął z kostek mango, bo jedzone osobno nie były ani trochę kwaśne. Pobrzmiewające od początku jabłka także wyszły tu wyraźniej, jako słodko-kwaskawy przecier. Łączyły słodycz i kwaśność, niestety wciąż czuć, że je podkręcono.

Perfumowość nieco rozgoniła słodycz. Prosta i cukrowo-likierowa wprawdzie była za silna i szybko zaczęła przeszkadzać, ale... łączyła owoce z alkoholową, rozgrzewająco-pikantniejszą bazą. Przy wyłaniających się nienaleśnikowych naleśnikach podskakiwał smak czystego cukru.

Zaraz jednak poprzez słodycz dochodziła nutka wafelków. Pomyślałam o czymś prażonym (karmelizowanych orzechach?), ale wafelki to jednak trafniejsze określenie. Cukrowo słodkie, pszeniczne i gubiące się w coraz bardziej tłusto-łagodnej, maślanej bazie.

Czekolada sama w sobie bowiem zrobiła się maślana i za słodka. Nie pomogło echo palono-kawowej gorzkawości i drobna cierpkość zmieszana z perfumowymi owocami. Paloność jednak... jeszcze wzmocniła ciepło, pikanterię. Pod koniec poczułam ostrość, co znów skojarzyło mi się z alkoholem (likierem czekoladowym?). Czekolada zniknęła, a ja zostałam z resztami dodatków.

Żelkowe owoce roztoczyły ciężką słodycz surowo-żelkowego mango i ananasa; plątał się przy nich akcent jabłek. Kostka owocowa sama w sobie okazała się wręcz... słodziuteńka.
Naleśniki wyszły nijako, trochę wafelkowo-kartonowo. Nie przełamały przesłodzenia.

Posmak należał do przerysowanych aromatem owoców oraz cierpkości aromatu i kakao. Zdecydowane czułam przesłodzenie - także w gardle, wzmocnione ostrością.

Całość do mnie nie przemówiła, wręcz odpychała. Smak, gdyby nie był tak przearomatyzowany, jeszcze mógłby być, nawet mimo przesadzonej słodyczy. Owoce nie były w sumie aż gryząco-sztuczne. Trzymały się naturalności, ale jakby dodano perfumy. Przy jedzeniu doczytałam, że pieprz syczuański ma "cytrynowo-pikantny" smak - to by wyjaśniało cytrusowość całości i kwasek owoców niepochodzący od kostek mango. Naleśniki wyszły okropnie, bo nie dość, że nie kojarzyły się z naleśnikami, a z cukrowymi wafelkami, wnosiły niefajną kartonowość, to jeszcze tak najeżyły tabliczkę, że... Mnie to aż odrzuciło. Szorowały podniebienie, rzęziły, zostawały na koniec w ilości sowitej. A nie było w nich nic fajnego. Wolałabym po prostu wafelki sprecyzowane, a nie byle co. Żałuję też, że spora ilość kawałków owocowych poszła w tak żelkowym kierunku. Mimo że nie potwór, po kostce odpadłam, bo po prostu tak zrobiona, że jeść się czegoś takiego nie chce. Sam fakt czekoladowości za bardzo uciekł. Sama nie wiem, za co aż 3 wystawiłam. Może za to, że gdyby nie dali tyle aromatu i "naleśników", byłoby coś naprawdę fajnego?
Tak się piekliłam, że aż Mama z ciekawości powąchała i stwierdziła, że "pachnie zupełnie nie jak czekolada, a jak perfuma jakaś, nieprzyjemnie, aż się jeść nie chce". Tak ją ta wysoka perfumowość zaintrygowała, że spróbowała. "Ohydna, jakbym jakąś perfumę jadła. Najpierw ta perfuma, potem rzeczywiście mango - i byłoby przyjemne, gdyby nie perfuma, a potem... no, coś chrupało, chrupki takie, ale że naleśnik to nigdy bym nie powiedziała. A na koniec żelka mango została, chyba najfajniejsza z całej czekolady." Zdziwiona zapytałam ją o samą czekoladę, bo w końcu ciemna, a Mama takich nienawidzi. Zaśmiała się: "a była tam jakaś?".


ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour
cena: 6,99 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyny słonecznikowe, naturalny aromat waniliowy), kawałki naleśników 9% (mąka pszenna, cukier, olej słonecznikowy, mleko w proszku odtłuszczone, słód jęczmienny, sól), zagęszczony przecier z mango 2,8%, cukier, zagęszczony przecier jabłkowy, syrop fruktozowy, naturalne aromaty, mąka ryżowa, pieprz syczuański 0,3%, tłuszcz kakaowy, substancja żelująca: pektyny, kwas: kwas cytrynowy

piątek, 26 marca 2021

J.D.Gross Superieur Czekolada z migdałami 32 % Migdały ciemna 45 %

Uwielbiam czekolady J.D. Gross, jednak parę razy marce zdarzyło się mi podpaść a to nietrzymaniem świeżości, a to cukrowością. Rozczarowała mnie mieszanką czekoladek. Obstawiałam, że będą to miniaturki, a więc po prostu warianty, które nie występują jako duże tabliczki i których w większej gramaturze bym nie chciała. Niestety, wyszły jak typowe czekoladki: smak zszedł na miejsce za formą. Szkoda. W dodatku (ale to już z własnej bezmyślności) władowałam się w dużo maluchów (jakich to nie lubię) w wariantach nie w moim typie. Grossowi jednak szybko trafiła się możliwość uratowania swego dobrego imienia. Postanowiłam ruszyć z tabliczkami z linii ściągniętej od Lindta, na którą... właśnie przychylniej niż na oryginalną patrzyłam. Ze względu na cenę i na to, że w kwestii miękkości, tłustości i słodyczy Lindtowi nie ufałam tak, jak Grossowi. Zaczęłam od migdałowej, bo... raz, że najbardziej mnie kusiła, a dwa po Grossie Mandel-Milch-Nuss / Hazelnut & Almond czułam ich niedosyt. W dniu przed degustacją jednak odkryłam, że... być może będę czuć niedosyt czegoś innego po tej. Otóż okazało się, że to nie czekolada ciemna śmietankowa, za jaką ją miałam, a... pseudo ciemna.

J.D. Gross Superieur Czekolada z migdałami 32 % Migdały to czekolada ciemna o zawartości 45 % kakao z migdałami całymi, karmelizowanymi siekanymi i mielonymi.

Po rozerwaniu sreberka, dobiegła mnie intensywna woń migdałów świeżych, prażonych, goryczkowato-karmelowych i splecionych z nutami drzewnymi, kakaowo-cierpkimi. Otaczała je zaskakująco niska, choć prosta słodycz bardzo maślanej czekolady. Migdałowość zdawała się płynąć także z niej. W ciemno powiedziałabym, że to jakaś mleczna ze średniej półki z genialnymi migdałami.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowo-tłustawa, ale twarda jak ciemna. W istocie taka była, lecz raczej po prostu przez grubość. Trzaskała bowiem lekko, choć już przy łamaniu także migdały pochrupywały.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i dość szybko zmieniała się w bardzo gęsty, zalepiający krem o wysokiej, maślanej tłustości. Mimo że do pewnego stopnia aksamitna, nie była zupełnie gładka. Cechowała ją delikatna pylistość, jakby wręcz skryta w całej jej kremowości (miałam wrażenie, że to migdałowy pyłek). Całe migdały dość szybko wyłaniały się z czekoladowej toni. Karmelizowane były sporymi kawałkami-słupkami w cieniutkiej, chrupiącej otoczce, która trochę się rozpuszczała.
Migdały zostawione na koniec dały się poznać jako świeże, zacnie chrupiące i odpowiednio twarde w kruchy sposób; długo gryzione i ciumkane - soczyste. Część karmelizowana była twardsza, ale też nie negatywnie, a po prostu mniej soczysta. Nie miałam wrażenia, że to migdały w cukrze, a właśnie nieprzesadnie podkarmelizowano-prażone.
Kupiło mnie, że w tabliczce najwięcej było surowych całych. Dodatkowo ucieszył mnie fakt, że nie pozbawiono ich skórek.

W smaku od początku czekolada uderzyła cukrowością z waniliowym echem. Chwilowo wydała mi się wręcz plastikowa, ale zaraz przybrała palono-karmelowy i maślany wydźwięk. Zdecydowanie pomogła w tym nuta migdałów. Mignęła mączność, ale zaraz, pod wpływem migdałowo-orzechowego wątku, pomyślałam o maśle migdałowym. Zaserwowała migdałowo-orzechowo-drzewny klimat, w który wpisała się maślaność. Kompozycja była łagodna i intensywnie migdałowa, przy czym świetnie wyłoniła się gorzkawość migdałów.

Wyraźnie czułam leciutką cierpkość kakao o orzechowo-palonym wydźwięku, ale to migdałowa goryczka wydawała się odgrywać ważniejszą rolę. Smak skórek migdałów łączył się z kakao w jedność.

Maślaność rosła, choć przez wszechobecność surowych migdałów zahaczała o... ciastowość. Niczym jakieś migdałowe ciasto... może marcepanowe? Marcepan pobrzmiewał jako echo, tak jak chwilami  prawie nieuchwytna, ale jednak obecna mleczna nuta. Podkreśliła ją wanilia, która jednocześnie uwypukliła plastikowe przesłodzenie. Moje myśli obracały się wokół mącznego, przesłodzonego ciasta-zakalca, masy na ciasto.

"Ciasto" migdałowe w połowie przypieczętowały wyłaniające się z czekoladowej gęstwiny migdały. Zdecydowanie to one rządziły tą tabliczką.

Czekolada, mimo iż migdałowa i gorzkawa, była głównie słodka i szybko drapała w gardle. Spływał do niego karmelowy, palony i ciepły cukier, co kojarzyło się trochę z ciepłymi przyprawami. Mimo to, nie miała wydźwięku ciemnej. Wydawała się dość... "mlecznawa" (choć bez mleka).

Słodycz czasami nasilała się przy przy wyłaniających się kawałkach migdałów. Nakręcał się wtedy karmelowy wydźwięk, co migdały tylko uwypuklały. Nie musiałam ich rozgryzać, by poczuć intensywny, naturalny smak.

Gdy bliżej końca i na koniec zaczęłam je rozgryzać, chwilami jeszcze mocniej poczułam palony, goryczkowaty cukier. Karmel nieźle się wyeksponował, a potem wybuchła migdałowa moc. Migdały można by odmieniać przez wszystkie przypadki. Smakowały sobą w 200 %-ach. były to sztuki świeże, gorzkawo-skórkowe, soczyste, choć niektóre kawałki podszeptywały prażony element. Podprażone, ciepłe... wcale nie za mocno. Wciąż smakowite.

Właśnie migdały rożnego typu: od świeżych po podkarmelizowane, także takie "orzechowawe" (jakby płynące z bazy) zostały w posmaku wraz z leciutką cierpkością, karmelowo-mlecznawą, waniliowo-plastikową słodyczą i zasłodzeniem totalnym. Bardziej niż cukrowy smak, czułam drapanie w gardle i przyspieszone bicie serca, bo smak przejęły migdały. Niestety jednak przesłodzenie i tak przeszkadzało.

Czekolada wyszła... ciekawie. Migdałowo w wielu płaszczyznach. Sama baza chwilami wydawała się przy smacznych migdałach nieco plastikowa, ale tak nimi smakowała, że... w sumie i ona była zjadliwa. Mimo że przecukrzona, to gorzkawa migdałowo, ciekawie właśnie. To jednak dobra ciekawostka na raz, którą z chęcią wzięłabym w góry. Szkoda, że zamiast tyle cukru, nie zrobili jej właśnie śmietankową lub bardziej ciemną.
Co ciekawe, nie wydawało się, że to czekolada maślana udająca mleczną (jak Tesco finest Swiss Dark Chocolate with Orange Pieces & Almonds czy Lindty Pink Grapefruit /Limette), a jakieś migdałowe (może np. wegańskie?) dziwo. Skojarzyła mi się z turronem La Confiteria Delaviuda Chocolate Almond, ale w wersji bardziej czekoladowej mimo wszystko i lepszej jakościowo.
Z racji cukrowości i tłustości chciałam upchnąć Mamie, by nie spisać na straty, ale dla niej była za gorzka, a migdały za twarde na jej zęby (ma z nimi problemy) i stwierdziła, że nie da rady tego zjeść, więc skończyłam ja. Bez cierpień, ale już i bez większego wow - okazała się tabliczką idealną na popołudnie dnia egzaminów. Mama za to stwierdziła: "w pierwszej chwili taka gorzka, potem tłusto i słodko rzeczywiście, ale i rozpuszczała się trochę dziwnie, a migdały faktycznie cudowne, pyszne, tylko za twarde, zwłaszcza te kawałki".
Z oceną trochę miałam problem, ale postanowiłam jej trochę podciągnąć (bo musiała dostać lepszą niż wspomniany turron).


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 5,99 zł (za 150 g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie (choć może kiedyś w góry bym mogła)

Skład: cukier, 32% migdały (21% całe migdały, 6% mielone migdały, 5% karmelizowane migdały: 60% migdały, cukier), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, naturalny aromat waniliowy

czwartek, 25 marca 2021

Georgia Ramon Chuao Venezuela Trinitario 75% ciemna z Wenezueli

Sama nie wiem, co mnie ostatnio tak wzięło na wenezuelskie kakao. Nigdy jakoś szczególnie akurat w nim się nie zakochałam, ale jego wyrazisty charakterek spleciony z cytrusami i kwiatami, często wręcz mlecznymi tonami, lubię. Po paru mlecznych Beskidach postanowiłam wreszcie region ten przypomnieć sobie właśnie "od ciemnej strony".

Georgia Ramon Chuao Venezuela Trinitario 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Wenezueli z regionu wioski Chuao.

Po otwarciu opakowania poczułam mocny, dość ciężki zapach kwiatów i piżma, mieszających się z trochę przytłaczającymi, drapiącymi perfumami i ziołami. Kryły się w tym lekko ostre przyprawy, ale też pewna soczystość. Przypomniała mi się szafa babci, a dokładniej woń skórzanych ubrań, pośród których leżało mnóstwo skórek pomarańczy ("na mole"). Miało to dziwnie "stary" wydźwięk. Pomyślałam też o tabace, papierze, pergaminie, ale głównie skórzanych ubraniach. Pośród nich przepływał kwasek niedojrzałych czerwonych owoców. Nasiliły się podczas degustacji.

Twarda i pyliście-tłustawa w dotyku tabliczka głośno trzaskała. Wydała mi się twarda jak kamień, przekrój zaś sugerował wysoką ziarnistość.
W ustach rozpływała się powoli. Chwilę trwało, nim się na to zdecydowała, a gdy już doszło co do czego, powoli upuszczała gęste, zalepiające smugi i małe, soczyste fale. Miękła, wykazując chwilowo idealnie kremową gładkość. Mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa, "krem"  robił się suchawy, trochę wręcz proszkowy. Wydawała się gęsto-mięsista. Cały czas jednak skąpo upuszczała coraz więcej soczystości, która w zasadzie też donikąd się nie spieszyła. Czekolada zostawiała leciutko wysuszający efekt, mimo soczystości wyczuwalnej przez połowę degustacji.

W smaku od pierwszej chwili czułam przygłuszoną słodycz. Była odrobinkę przypudrowana, schowana w szafie. To dojrzałe i wysuszone pomarańcze, ale także owoce świeże i słodko-soczyste. Mandarynki, albo i mandaryneczki, chciałoby się rzecz.

Pomyślałam o delikatnym karmelu, mieszającym się z maślaną nutą. Szybko jednak nabrał na wyrazistości, zrobił się nieco goryczkowato-palony i jakby przyprawiony np. cynamonem.
Maślaność roztoczyła neutralne tło, na którym pokazał się naperfumowany papier, pergamin, może trochę skór i w końcu kwiaty.

Kompozycję raz po raz przeszywał lekki kwasek owoców. Czmychał jakby od pomarańczy, ale sam w sobie wydawał się raczej czerwonoowocowy, jak porzeczki czy inna drobnica.

Za to odeszła neutralność, ustępując na przodzie miejsca smakom wyrazistszym. Trochę papierowo-orzechowa, trochę drzewna jak drewniana szafa z ubraniami skórzanymi, drewniano-skórzane meble, nazbierała gorzkości i cierpkości. Te jednak nie były tyle mocne, co ciepłe. Kwiaty spoważniały, zmieniając się w zioła. Zebrał się wokół nich dym. Przyniesiono cygara, tabakę. Zrobiło się suszono-gorzko, cierpkawo. Dym... rozchodził się od wonnych, ciepło-cierpkich i aż drapiących kadzideł oraz perfum. Nagle cierpkość przybrała na mocy i...

Zalała ją maślano-mleczna delikatność. Po punkcie kulminacyjnym w połowie, znów zaczęła łagodnieć. Kwiaty i drewno zmieszały się. Kadzidła i drzewo sandałowe, ciepłe przyprawy korzenne, w tym może soczyste chili splatały się z owocowymi nutami. Do głowy przyszły mi pestkowce, właśnie z goryczkowatymi pestkami i mocnymi, twardymi skórami. To pestkowe porzeczki, pomarańcze, ale już i słodycz.

Wróciły słodziutkie mandarynki, a zaraz po nich więcej pomarańczy i grejpfrut. Otworzył drogę czerwonym owocom. Pomyślałam o kiepskich, niedojrzałych truskawkach. Mieszały się z chili, a ja wyraźnie poczułam kwaśno-nijakie czerwone porzeczki.

Cały czas osładzał je karmel, trzymający się owoców. Czerwone wydały mi się lekko niedojrzałe, pudrowe, przez co wróciły skojarzenia z perfumową papierowo-skórzaną goryczką. Do głowy przyszła mi tabaka i cygara, które owocom podyktowały nieco niemal alkoholowej powagi i ostrości.

Takie  rozgrzanie przypraw / ziół i owoców wyszło nieco pikantniej, acz pod koniec było dość owocowo, kwaskawo. Tabaka, odrobina skóry i orzechów zostały w posmaku wraz z... sokiem pomidorowym? Gubił się na szczęście w kwaśno-cierpkich czerwonych owocach i pikanterii m.in. cynamonu (i pieprzu? chili?).

Całość wyszła bardzo słodko, a jednocześnie wytrawnie-neutralnie. Nie było gorzko, choć w zasadzie kwaśno też nie. To kompozycja wbrew pozorom delikatna i przewidywalna, tym bardziej, że smak, nakłuwany czerwonymi owocami i przyprawami, rozwijał się w lustrzany sposób: od pomarańczy i karmelu do maślaności i szafy, ubrań skórzanych, porzeczek - bum! - i znowu maślaność, karmel i pomarańcze.
Przeszkadzało mi zestawienie łagodnych nut i słodyczy z neutralnością. Specyficzna perfumowość, papierowa nuta GR tutaj jakby... jakby nie miały czegoś mocnego (gorzkości, kwasku), na którym porządnie mogły by się oprzeć.
Przyprawy i drewno-orzechy przypomniały mi cynamonowo-orzechową Idilio Origins 14rto Chuao, wytrawność i skóra wydobyły zaś z pamięci Pralus Chuao 75 %, więc... wydaje mi się dobrze oddawać właśnie charakterystykę Chuao, acz sama czuję, że była o wiele mniej śmietankowo-mleczna i inna, gdy chodzi o owoce (o to, jak się wkomponowały) od reszty jedzonych wenezuelskich. Wydała mi się specyficzna.
Gdy pomyślę o GR Venezuela Criollo Porcelana 75%, nasuwa mi się myśl, że... tamta była po prostu bardziej czekoladowa.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 27,99 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 24 marca 2021

lody Marletto Vegan Coconut & Brownie taste

Moda na produkty wegańskie jest dla mnie zupełnie niezrozumiała. Czy ktoś naprawdę decyduje się na zakup czegoś głównie ze względu "wegański" na opakowaniu? Oczywiście nie mam na myśli osób, które z sobie znanych powodów nie jedzą mięsa, nabiału itd., chodzi mi o resztę, a więc odżywiającą się normalnie. "Wegański" jako synonim "zdrowy" / "dobry"? U mnie to działa zupełnie na odwrót, co też jest nieracjonalne w wielu przypadkach. Niektóre rzeczy po prostu wegańskie są i to wynika z tego, czym one są. Weźmy ciemną czekoladę - dziwne, gdyby była niewegańska. Jednak na niesmaczne odpowiedniki mlecznych / białych wegańskich trafiłam... na całkiem sporo. Ogólnie więc wegańskie rzeczy nie kojarzą mi się dobrze, zwłaszcza te, z których napisy o wegańskości aż krzyczą. To nie znaczy, że będę twardo stała na stanowisku, że wszystko co wegańskie jest złe. Nie, nie. Właśnie w wegańskich lodach Syrenka się zakochałam, ale już do wegańskiej linii B&J's podchodziłam ostrożnie (Peanut Butter & Cookies i Chunky Monkey). Smaki fajne, ale końcowo żaden mnie w pełni nie zachwycił. Gdy zobaczyłam obiekt dzisiejszej recenzji, napaliłam się bardzo, bo od razu wyobraziłam sobie HD Coconut Chocolate, w których kawałki czekolady zamieniono na brownie. Potem jednak dostrzegłam "vegan" i długo, długo się zastanawiałam, czy ryzykować. Dopiero po paru miesiącach z Mamą wzięłyśmy po jednym smaku. "Nie umrę" pomyślałam i za lody wzięłam się jakoś tworząc lodową brownie-serię. To akurat samo tak wyszło.

Marletto Vegan Coconut & Brownie taste to wegańskie lody kokosowe z kawałkami ciasta o smaku kakaowym i wiórkami kokosowymi, wyprodukowane przez Ice Cream Factory Italy S.r.l.
Pudło zawiera 500 ml / 330 g.

Po otwarciu poczułam bardzo naturalny zapach kokosa. Był to kokos słodki i lekko "orzechowawy". Po zruszeniu lodów i w trakcie jedzenia przeistoczył się w kokosowo-ciastowy. Gdy bardzo, bardzo skupiłam się, obok ciasta dowąchałam się też trochę cierpkiego kakao. Wtedy wydało mi się to nieco likierowe, ale bez procentów.

Masa była twarda, ale nie przeraźliwie, a dość przystępnie. Przy nakładaniu sprawiała wrażenie sucho-gumowatej. Wydała mi się trochę dziwnie zagęszczno-miazgowo-pylista, ale i kremowa. Z czasem coraz bardziej gumowo-ciągnąca, ale... to akurat nawet nie minus. Topiła się powoli, jednak dość gęsto-normalnie, udając lody śmietankowe i mleczko / śmietankę kokosową. Dla mnie były za tłuste, ciężkie, zupełnie jak gładka śmietanka kokosowa. Pozostawiały warstwę tłuszczu na ustach, co im więcej jadłam, tym bardziej mnie obrzydzało. Po konsystencji w życiu nie powiedziałabym, że zawierają wodę (a mają ją na początku składu!).
Na szczęście wiórki kokosowe ratowały sytuację. Wydało mi się, że jest ich tam zaskakująco dużo i że są zaskakująco świeże. Chrzęszczące i z czasem trochę memłające się okazały się plusem, odciągając uwagę od wad struktury. Nie było ich bowiem na tyle dużo, by miały przeszkadzać jako one same.
Przekonania o tym nabierałam przy kawałkach brownie. Tych również za wiele nie dodano, co normalnie byłoby minusem. Tu jednak...
Zatopiono kilka dość małych kostek i korków ciasta a'la brownie oraz trochę drobinek wmieszanych w masę.
Okazały się ciastem bardzo konkretnym, ciężkim. Z czasem przypominały z założenia suchawą, ale zawilgoconą bułkę. Zwarte ciasto opornie rozpływało się, przy czym wyłonił się przytykający element. Było bowiem tłustawe i kapciowo-biszkoptowo-zwarte. Suchawo-mączne, a natłuszczone i rozmokłe. Jedząc, miałam wrażenie, że to zawilgocone, bardzo słodkie bułki... No kakaowe. Ewentualnie... kiepskie kakaowe murzynko-biszkopty? 

W smaku masa lodowa przywitała mnie bardzo wysoką słodyczą. Smakowała wyraźnie kokosowo, naturalnie. Przypominała... tłustą, słodziutko-mdławą śmietankę kokosową. Kryła orzechowo-śmietankowy posmak i pewien "tłuszczowo-roślinny" (?), ale nie przeszkadzało to jakoś bardzo. Chwilami wydawała się zaskakująco karmelowa. Wiórki rozkręcały kokosa, bo wyraźnie nim smakowały (nie stały się kamieniami bez smaku). Po paru łyżeczkach byłam już pewna co do przesłodzenia bazy, ale wciąż była dość smaczna.

Brownie pojawiało się oczywiście bardzo epizodycznie. Trochę przebijało się przez bazę. Smakowało przede wszystkim słodko i ciastowo-pszenicznie. Chwilami podkradało się pod coś dusznego, jak kapciowate wypieki z worka, coś... kakaowo-truflowego, złudnie alkoholowego - w negatywnym sensie. Rozpływając się w ustach, upuszczało dziwny posmak gorzkawo-jakiś, wytrawniejszy i niezbyt przyjemny. Jakby zjełczały tłuszcz? (Powiedziałabym, że to sugestia oleju kokosowego, który jakoś dziwnie tu wyszedł.)

Po brownie masa sama w sobie wydawała się jeszcze słodsza, a i echo mdłej tłuszczowości mleczka / śmietanki kokosowej wyszło na równi ze smakiem kokosa. Nie wykluczam, że to rozwodnienie (niewyczuwalne w strukturze) wyłamało się w smaku. Kokos, w takiej czy innej formie, wciąż jednak był smakiem wiodącym. Szkoda tylko, że z gorszymi naleciałościami. Ciamkając i gryząc wiórki trafiłam na naturalnie-kwaskawe nuty wiórków właśnie, co wyszło całości na dobre.

Po zjedzeniu został posmak tłuszczowego ciasta kakaowego i kokosowo-tłuszczowy, trochę... z nutą czegoś bliżej nieokreślonego - "niesłodkiej wytrawności" - jakby... mąki? Słodycz była ciekawie przełamana motywem oleju kokosowego i kakao, a więc goryczki.

Przerażała mnie baza, a zaskoczyły brownie... Dziwne małe kostko-walce kojarzyły się z "czymś udawanym", wprowadzały dezorientację i w sumie mam problem z powiedzeniem, czym były. A jednak po prostu dziwne, aż zagubione w tym udawaniu. Zawilgocone bułko-ciastka? Do samej bazy za to nie miałabym zarzutów, gdyby nie przesadnia tłustość. Wprawdzie dobrze, że udawała śmietankę kokosową, ale np. dla mnie śmietanka kokosowa (czasem nawet mleczko) jest zdecydowanie za tłusta. Lody przez to wyszły ciężko. Nie było to jednak aż takie obleśne. Silna słodycz... w zasadzie była jeszcze do wybaczenia, acz wolałabym niższą (albo lepsze brownie).
Początkowo jadłam zaintrygowana, ale im więcej, tym coraz bardziej wady wychodziły na pierwszy plan, przez co kończyłam już z lekkim obrzydzeniem, ale... to była taka "nuta obrzydliwości wpisująca się jeszcze do smaczności". Nigdy więcej nie chciałabym więc do nich wrócić, by je zapamiętać je względnie dobrze.

Gdy tak pomyślę o mocno kokosowo-śmietankowych, z kawałkami porządnie udającymi czekoladę o gorzkim smaku, nie ma porównania, że HD wygrywają, acz biorąc pod uwagę cenę i np. na Marletto patrząc jako na zamiennik dla wegan, to niezła konkurencja.
Przypomniały mi się też B&J's Coconutterly Caramel'd Non-Dairy - ok, bogatsze w dodatki, ale w sumie... na jednym poziomie tak ogółem.


ocena: 7/10
kupiłam: Biedronka
cena: 9,99 zł (za 500 ml - my trafiłyśmy na jakiś rabat przy zakupie dwóch...)
kaloryczność: 240 kcal / 100 g; 158 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda: cukier trzcinowy, tłuszcz kokosowy, krem kokosowy 9% (ekstrakt z kokosa, woda), kawałki ciasta o smaku kakaowym 5% (cukier, woda, mąka pszenna, tłuszcz kokosowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, skrobia modyfikowana, substancja sżelującaL karagen; sól), błonnik kukurydziany, inulina (z cykorii), wiórki kokosowe 1%, białko grochu, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; aromaty, sól

wtorek, 23 marca 2021

Legal Cakes The New Black ciemna białkowa 63 % z czarnymi porzeczkami

Jak batony Legal Cakes zawsze mnie ciekawiły z racji dziwności i tego, że niektóre autentycznie są bardzo smaczne, tak ich czekolady... nigdy. Początkowo mieli tylko dwie z dodatkami: mleczną z ciastkami orzechowymi i białą z malinami, co już sprawia, że to tabliczki niespecjalnie dla mnie. Zrobili je jednak według swoich reguł, a więc ze słodzikiem, z białkiem - no, wszystko, czego unikam w czekoladach. Kiedy wzbogacili ofertę o ciemną, także z tym całym dobrem, wiedziałam, że mnie nie zachwyci. Czekolada na batonach (np. Chiacho, Sneaky) ich roboty nie zachwycała tak, bym chciała ją jako tabliczkę, ale wejście tej zgrało się w czasie z Pacmanem i Yogim, trochę przekornie postanowiłam także ją zakupić. Z najczystszej ciekawości. Dodatkowym argumentem "za" była nazwa kojarząca się z niezłym serialem "Orange Is the New Black". Nie wiem, czy bym to zrobiła, gdybym o zawartość kakao zapytała przed zakupem.
I dopiero po degustacji pomyślałam sobie, że w sumie dobrze trafiło, że zjadłam ją w tak krótkiej odległości od Wedla Premium Gorzka Cząstki Wiśni i Chili.

Legal Cakes The New Black Premium Protein Chocolate to ciemna czekolada proteinowa o zawartości 63 % kakao z Afryki oraz Ameryki Południowej z czarną porzeczką (6,7%).

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam dziwnie znajomy, dość wyrazisty zapach, który w pierwszej chwili nazwał mi się w głowie makowcem i "słodkim proszkiem ryżowym", a potem rozjaśniło mi się tam. To proszek-puder - w sensie, że cukier, którym posłodzono... sezamową chałwę. Być może z fistaszkami. Postawioną obok makowca, bo odchodziła od niej duszno-ziemista nuta, integralna ze słodzikowym akcentem (wyczuwalnym dopiero w tle). Dosłownie czułam stęchławo-drożdżowe ciasto, jak i masę makową. Chałwa na pewno zawierała lekką goryczkę kakao. W tle i już po przełamaniu, w trakcie jedzenia doszukałam się sugestii kawy i taniej polewy, także w "chałwowatym" czymś osadzone.

Na dotyk bardzo ciemna tabliczka była aż szorstko proszkowa. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, choć była bardzo twarda. Nie jak ciemne-kamienne czekolady jednak. Przekrój odsłonił sporo zatopionych w niej kulek liofilizowanych porzeczek. Odgryzając kawałek, miałam wrażenie, że trzeszczy od cukru, jednak skojarzenie to chwilami wydawało się wywołane trafieniem na kruche porzeczki.
W ustach czekolada rozpływała się szybko i tłusto-wodniście, znikając na nic. Była bardzo w tym słodzikowa. Jej tłustość wydała mi się gładka tylko w pierwszej chwili, potem całość robiła się coraz bardziej ziarniście-kryształkowa (efekt kryształków cukru - tu słodziku), proszkowa. W falach "tłustawej wody" pod koniec pojawiała się pylistość. Wszystko to podkręcały suche porzeczki.
Porzeczki w większości były sucho-trzeszczące. Nasiąkały po dłuższym czasie i mimo że wręcz kruche, w trakcie jedzenia, a zwłaszcza pod koniec rozpływania się kęsa, okazywały się soczyste i dość świeżawe (napęczniałe?). Niestety jednak raczej pesteczkowe, niż choćby skórkowo-farfoclowo owocowe. Pesteczki jednak pod koniec przypominały o trzeszczeniu chałwy, choć w dużej mierze nasilały poczucie kryształkowości.

W smaku od pierwszej chwili ruszył silny słodzik. Było więc słodko, choć nie jakoś strasznie mocno, w wyraźnie chłodny sposób.

Prędko dogoniło go skojarzenie z lodami. Lodami na śmietance? Na mleku? Łagodnymi na pewno i... włoskimi! Poczułam pełne smaku lody włoskie (prawdziwe, nie świderki amerykańskie). Tylko że w wydaniu z nutką kakao lub kawy. Pojawiło się skojarzenie z kiepską kakaowo-tłuszczową, mdławą i zimną polewą na lodach na patyku.

Słodko-słodzikowe lody zaczęły mieszać się z pudrowo-słodką, duszną mieszanką. Zadrapały trochę w gardle.
Gdy trafiłam na kęs z dużą ilością dodatku (o to nietrudno), smaki te były ledwo uchwytne, szybciej pojawiała się za to kwaśność owocu i więcej słodzikowo-mącznych, słabiutko kawowych nut.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa (zwłaszcza z mniejszą ilością porzeczek) pomyślałam o niewyraźnie sezamowej (ale jednak) chałwie. Była mdława, lekko mączno-sezamowa i orzechowa jak fistaszki, trochę jak Chiacho, bo i nutka kakao się przy niej obróciła. Pomyślałam też o starym i mdłym, makowcu-roladzie, ale raczej jego cieście... który w dodatku polano polewą kakaową? Czułam zaskakujące echo mleka. i wciąż ciemnopolewową nutę. To wszystko jednak liche i odległe nuty, mieszające się z tłuszczowością.

Polewa obróciła się, zakręciła, kopsnęła lekką cierpkość. Ta wymieszała się ze słodzikiem i przyniosła trochę ziemi i kawy. Ziemistość kręcąc z orzeszkami, zaserwowała odrobinę pikanterii. Dzięki słodzikowi przywiodła na myśl stonowaną lukrecję.

Kawowa ziemia pomogła wydostać się na przód porzeczkom. Były kwaśno-soczyste, ale początkowo mało porzeczkowe, a bardziej jak "suszone owoce leśne". Przecięły słodycz i skupiły uwagę na kawie oraz ziemiście-kwaśnych tonach.
Na koniec poczułam porzeczki bliżej nieokreślone, obstawiałabym raczej czerwone. Dopiero jak czekolada zniknęła, a ja skupiłam się porządnie, rzeczywiście cierpko-kwaśne i już słodsze porzeczki czarne wyłapałam. Wtedy wydały mi się dość świeżawe.

Po zjedzeniu został posmak porzeczek nasilony przez ich obecność w zębach oraz słodzikowo-ostrawy posmak bazy. Było to dość mleczno-chłodne jak lody; trochę mączne, ale też zasładzające i pikantnawe jak za dużo słodziku albo efekt jak po zjedzeniu za zimnych lodów.

Ta tabliczka... była dziwna. To mleczne / śmietankowe lody o rozmaitych, delikatnych smakach w polewie kakaowej... w formie tabliczki. Zaskoczył mnie jej zaskakująco "mlecznawy" (nie w pełni mleczny) smak. Kakao było cały czas wyczuwalne, ale jedynie jako właśnie polewa, nie nazwałabym tej czekolady ciemną. Gorzka nie była, a jej jedyna kwaśność pochodziła od porzeczek. Do nich mam mieszane uczucia. Nie przekonały mnie, bo wyszły kiepsko czarno porzeczkowo, a jednocześnie... nie mam do nich większych zarzutów. Sama czekolada mimo iż jawnie słodzikowa, nie odrzucała przez to - i znów nie mam się do czego przyczepić, mimo że mi taka słodzikowość burzyła czekoladowość zarówno w smaku, jak i w strukturze. Ta bowiem była nieprzyjemna, bo i wodnista, i tłusta. Całość najeżona średnim dodatkiem, ale gdyby nie on, byłoby bardzo źle.
To chyba... dobra jak na słodzikowo-białkową tabliczka, a jednocześnie kiepska czekolada tak ogółem. Jako polewa na batonach Legal Cakes zdałaby egzamin, tabliczka? Nie. Po dwóch całych i trzeciej zaczętej zaczęło mi w niej przeszkadzać tyle drobnych czynników, że odpadłam. Nijakość, ten chłód, struktura i niesatysfakcjonująco czarne porzeczki.
Resztę wepchnęłam Mamie. Nastawiona sceptycznie spróbowała i: "nastawiłam się na ciemną, a tu... w ustach tak szybko, fajnie się rozpuszczała, nie taka gorzka nawet, dość dziwna, ale o samej czekoladzie nawet nie umiem nic powiedzieć. Te porzeczki jakie fajne! Jakby tak puchły aż w ustach, świetne. Tylko nie powiedziałabym, że to czarne, a czerwone raczej, bo w smaku to kwaśne po prostu. I bardzo sycąca, że tak trzema kostkami się nasyciłam, dziwne to też. Co prawda jak kończyłam następnego dnia, już ten element dziwności osłabł, to mi tak nie smakowała, ale wciąż w porządku". I... nastawiła się raczej pozytywnie. Jak na moje oko, to raczej "zgasiłoby" każdą szanującą się ciemną czekoladę.
Można powiedzieć, że to zdrowy odpowiednik Wedla Premium z chili i wiśniami (o innym smaku). Mimo wszystko wolę przystępniejszą strukturę Wedla i to, że dodatki tytułowe dobrze wyszły. Aż śmieszy mnie jednak dziwna mleczność obu.


ocena: 5/10
kupiłam: Legal Cakes
cena: 9,49 zł (promocja; za 75 g)
kaloryczność: 387 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, substancja słodząca: erytrytol; liofilizowane czarne porzeczki, odżywka białkowa (białka serwatkowe, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa)

poniedziałek, 22 marca 2021

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka / ciemna z kawałkami karmelu i solą morską

Nie lubię Millano-Barona, aczkolwiek parę ich czekolad produkowanych dla Biedronki pozytywnie mnie zaskoczyło. Gdy jakiś czas po kupnie Moser Roth Dark Caramel Sea Salt dostrzegłam analogiczny smak w tymże markecie właśnie, kupiłam z przekonaniem, że na pewno tragedii nie będzie. Luximo Premium 70 % z solą morską była naprawdę dobra, więc mimo że Luximo Premium 72 % z kawałkami karmelu mi nie podeszła, myśląc o dzisiaj prezentowanej, czułam się... bezpiecznie. Wreszcie przynajmniej słuszna zawartość kakao, a nie jak w podlinkowanej już MR.

Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu i solą morską to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Ekwadoru z solonymi karmelem, produkowana przez Baron-Millano dla Biedronki.  Występuje jako 126-gramowa czekolada podzielona na 6 mini-tabliczek.

Rozchylając papierek poczułam słodkie, delikatne kwiaty i gorzki zapach spalenizny, jak również gorzkich orzechów... laskowych? Odnotowałam też tanie karmelki... nie do końca czysto karmelowe, ale chyba z sugestią soli. Potem pomyślałam także o kawie i węglu. Po przełamaniu umocniły się karmelki, do których dołączyło przypalone masło i karmelowo-cukierkowa sztuczność. Sól wszystko to podkreślała, przekładając się na lekką rześkość. Wszystko to miało niestety dość tani wydźwięk bez polotu.

Twarda, ale sprawiająca wrażenie dość tłustej tabliczka elegancko, głośno trzaskała przy łamaniu. Ujawniała przekrój z dużą ilością lśniących kawałków karmelu koloru ecru ("brudnobiałych").
W ustach rozpływała się powoli. Początkowo trochę stawiała opór, ale w końcu miękła na gęsty krem. Trochę oblepiała podniebienie i usta, kojarząc się z miękkawą, ciepłą plasteliną. W kremie tym bliżej końca odnotowałam pyłkowość; pewnie trzeszczałaby, gdybym czekoladę gryzła.
Dość szybko zaczęły wyłaniać się większe i mniejsze kawałki karmelu. Nie wydawało się, że tabliczka to zlepek-ulepek, ale na ich brak narzekać nie można. Rozpływały się w miarę spójnie z resztą, a chrupnięte szybciej nie sprawiały większego kłopotu.
Karmel bowiem był szkliście chrupiąco-trzeszczący, mimo że się rozpuszczał. Zostawał do końca i wtedy dał się poznać jako wręcz skrzypiący, chrupiący, ale już dość miękkawy i trochę na krótko przylepiający się do zębów. W sumie nie irytował.
Soli było niewiele, musiała być bardzo drobna i rozpuszczająca się wraz z otoczeniem, ALE... W 3 na 5 tabliczek soli prawie nie było, a jak już to w ilości i formie zupełnie do przeoczenia w większości. Trafiłam tylko (aż?) na 5-6 kryształków i płatków wielkości karmelu skumulowanych w dwóch mini tabliczkach (i to ze 4 w jednej, 1 w drugiej...). Rosyjska ruletka? Bez komentarza.

W smaku przywitała mnie delikatna słodycz o wydźwięku kwiatów i cukru pudru oraz gorzkość spalenizny i palonej kawy. Zdarzało się (nawet bardzo często), że za nimi zarysowała się lekka słonawość lub karmelkowość, gdy odgryzając kawałek akurat trafiłam zębem na karmel.

Najprędzej i najkonsekwentniej rozchodziła się łagodna i przystępna gorzkość. Połączyła w sobie nieco spaloną nutę z węglem i odległymi, zgorzkniałymi orzechami. Wydała mi się w tym nieco kakaowo niegłęboka, ale w sumie nie w negatywnym sensie. Pomyślałam o przypalonym cieście kawowo-czekoladowym, może pierniku, zrobionym niestety ze sporą ilością masła. Dodano do niego trochę kawy i kawą prawdopodobnie się przy nim raczono. Nie wykluczyłabym, że to kawa z mlekiem, bo i jego posmak wyłapałam.

Po pewnym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, gdy spod czekolady wyłaniały się kawałki karmelu, rosła słodycz, Masło, trochę palone i dość natrętne, nabrało znaczenia, wychodząc na przód. Trzymała się go lekka mleczność i sztucznie cukierkowa nuta niby karmelu. Do głowy przyszły mi głównie cukrowo-sztucznawe, maślano-tanie karmelki. Ich słodki, coraz bardziej maślano-mleczny smak rósł. Wyszedł jakoś mało wyraziście, słodko-słodko, i nijako. Odrobinka soli, pojawiającej się przy nim bardzo rzadko, epizodycznie, podkreśliła w nim... niekarmelowość.
Gdy jednak raz czy dwa trafiło mi się nieco więcej soli (na całe opakowanie przypadły dwie mini tabliczki, w których były duże kryształki), zwróciła uwagę na drobną cierpkość czekolady.

Zza dodatku wychyliła się jakby mleczna nutka. Słodycz rosła, i choć nie była bardzo za silna, wyszła natrętnie. Wyraźnie czuć wanilię, ale też przytłaczający, kwiatowo-pudrowy i cukrowy motyw. Jakby i mleczne karmelki, i ciasto oprószyć zamiecią cukru pudru. To zaś zasugerowało pewną mleczność samej bazy.

Bliżej końca ciasto kakaowe podjęło walkę z cukierkami, ale bez efektu. Ciasto (piernik?) na pewno posypano cukrem pudrem, bo bliżej końca słodycz zrobiła się zwyklejsza, nudna, lecz wciąż nie zacukrzająca. Gdy czekolada już zniknęła, zostałam ze słodkim, mało karmelowym karmelem. Wzrosła jego cukierkowość, wydał mi się nijako-mlecznawy. Gdy przyspieszałam językiem jego rozpuszczanie się, trochę podgryzłam, wydał mi się jeszcze bardziej mleczny. Czyżbym wyłapała namiastkę słonawości? Tak mało, że nabrałabym się, iż to tylko iluzja, acz raz i drugi autentycznie poczułam szczyptę soli (podkreślającą maślaność i mleczność, nie karmel).

W posmaku oprócz po prostu słodkiego i cukierkowych, mleczno-maślanych karmelków został posmak delikatnej, palono-rozpuszczalnej kawy oraz leciutka cierpkość.

Czekolada wyszła dość budżetowo, bez polotu, ale sama w sobie raczej zadowalająco. Mimo maślaności w smaku, nie była bardzo tłusta. Sama w sobie przesłodzona nie była tak bardzo, to karmel ją przesłodził. Na szczęście jednak ilościowo nie było go tyle, by miał odciągać uwagę od bazy. Paloność... zostawała w sferze przyjemnej, poprzypalano-węgielnej, jeszcze nie czystej, okropnej spalenizny. Karmel mi jednak nie odpowiadał. Czysty cukier zabarwiony cukierkowością oraz mlekiem i masłem? Sól też okazała się problematyczna. Dodali ją okropnie: jakby kilka gigantycznych kawałów miało załatwić sprawę, a przez większość czasu miałam wrażenie, że o soli zapomnieli, ale... do takiego "karmelu" nie pasowałaby. Powinni lepiej ją wmieszać, drobniejszą. Coś tu nie zagrało, ale ogółem źle nie było.
Okropny był strach, że skoro zjadłam prawie całą mini tabliczkę i nie trafiłam na sól, to w końcu zamiast karmelu, chrupnę jej kulę... I to się powtarzało. Dwie były jakby bez soli, jedna ogólnie wyszła bardzo wypełniona... w tym solą. Beznadziejnie rozlokowali dodatki.
Jadłam sobie jadłam od biedy, ale gdy w przedostatniej tabliczce trafiłam na gigantyczną bryłę soli równą całej grubości tabliczki... straciłam apetyt.
Karmel z tej czekolady był jeszcze mniej karmelowo-palony (nawet po kolorze to widać) niż w Luximo Premium 72 % Ekwador Czekolada gorzka z kawałkami karmelu ciemna z Ekwadoru, a bardziej mleczno-maślany, przez co cała tabliczka wydawała się jeszcze mniej kawowo gorzka.
Zdecydowanie jednak wyszła o wiele lepiej niż Moser Roth Dark Caramel Sea Salt - Luximo miała ambitniejszy smak samej bazy, karmel dodano w odpowiedniej ilości i całość reprezentuje wyższą jakość. Spokojnie mogłaby mieć 7, gdyby nie problem soli.


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 4,99 zł (za 125g)
kaloryczność: 529 kcal / 100 g; 1 mini tabliczka (21g) - 111kcal
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kawałki karmelu 15% (cukier, syrop glukozowy, tłuszcz mleczny, sól, naturalny aromat, lecytyna sojowa), sól 0,5%, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii