Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erithaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erithaj. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 stycznia 2022

Erithaj Cho Lach Mono-Plantation Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

Miłosć nie jest łatwa. Zwłaszcza moja do Erithaj, obecnie platoniczna. Jadłam w życiu dosłownie parę ich tabliczek, a tak mnie zachwyciły, że jako żywo pamiętam je nadzwyczaj dobrze. Są nie do zdobycia w Polsce, a i na zagranicznych stronach nie ma z nimi tak łatwo. Gdy więc na Cocoa Runners pojawiła się edycja bardzo limitowana, od razu uznałam, że jakieś większe zamówienie złożę. Resztę w zasadzie dobrałam pod tą właśnie. W sumie... zależało mi po prostu na ciemnej Erithaj, a że akurat takie cudo się trafiło... Dobra, to może wreszcie warto wyjaśnić, co w niej takiego niezwykłego. Wszak Ben Tre jest regionem spotykanym; jadłam nawet Erithaj Ben Tre Noir Vietnam 70 %... Taak, tylko że dzisiaj prezentowana to pierwsza tabliczka tej marki "single plantation", a więc z jednej plantacji, a nie tylko "single origin" (jeden region). Konkretnie z dystryktu Cho Lach, w którym to plantacje pamiętają czasy francuskich misjonarzy, którzy w przeszłości przybywali do Wietnamu.

Erithaj Chocolat Cho Lach Mono-Plantation Limited Edition Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu, z regionu Ben Tre, z dystryktu Cho Lach.

Już rozrywaniu sreberka towarzyszyło śliwkowe tornado. Oto śliwki wędzone i charakterne wirowały ze śliwkami soczystymi, świeżo-surowymi. Zarówno twardymi i kwaskawymi, jak i miękkimi, z których leje się bardzo słodki, słodko-wodnisty sok. Sok słodkich japonek i renklodów? Kwasek wiązał się z lekką cierpkością jeżyn i innych owoców, może nieco egzotyczniejszych. A wszystko to... podmyła alkoholowo-truflowa nutka. Śliwki wędzone i upite miały lekko drewniane tło, kojarzące się z beczkami do leżakowania alkoholu. A to był... może jakiś koniak? Whisky? Złocisty i naturalnie cukrowo-karmelowo-słodki, a także coś rodem z wyidealizowanych cukierków typu trufle, ale jakby w śliwkowym wariancie.

Przy łamaniu tabliczka wydawała ładne trzaski, acz wcale taka twarda nie była. Przystępna, trochę krucha. Wyglądała na nieco proszkową.
W ustach rzeczywiście lekki proszkowy efekt czułam, ale rozpływając się powoli, uraczyła mnie gęsto-śmietankową kremowością i po paru chwilach ogromną soczystością. Wyszła więc i syto, i lekko-nietłusto. Znikała, pozostawiając leciutką pyłkowość.

Jako pierwsze poczułam ciemne (fioletowe?) i zielone winogrona. Były bardzo, bardzo słodkie, ale w rześko-wodnisty, lekki sposób.

Tę lekką słodycz i przeogromną soczystość, rześkość wykorzystały śliwki, które zaatakowały delikatniejsze winogrona w ciągu kolejnych sekund. Poczułam wielkie śliwki japonki i renklody. Roztaczały słodziutki, aż naturalnie zasładzający, soczysty smak przełamany kwaskiem.

Cała ta lekka, zwiewna soczystość wiązała się ze sobą, acz gdy winogrona umknęły na tył przed śliwkami, zaczęły tam knuć. Ich działania zakryła drobna nutka dymu / wędzenia (jakby drewna z drzew-śliw?). Zielone winogrona mignęły mi słodko-kwaskawym kiwi, więc już zaznaczyła się pewna egzotyka, ale to wciąż one - winogrona - zaczęły budować kwaskawo-poważniejszy wątek. Do głowy przyszedł mi verjuice (znany mi tylko z czekolad Zottera kwaśny sok wytwarzany przez wyciskanie niedojrzałych winogron), a potem jakby tak dodały do niego alkoholu. Pojawiła się grappa, a więc mocny, ale także słodki winogronowy alkohol. Ocieplił gardło wyraźnie, acz nie było to nieprzyjemne.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa po ustach rozeszła się spokojna gorzkość drzew. Wyobraziłam sobie śliwy i masywne dęby, i... jakieś wielkie drzewa tropikalne... Drzewa, z których... robi się beczki do alkoholu? Myśli wciąż wokół niego krążyły, czemu pomagała wędzona mgiełka. Drewno wydawało się dosłownie nasączone: i śliwkami, i "otoczeniem" (gdy mowa o tropikach). Drzewa zbudowały podstawę, bazę tego wszystkiego pilnując gorzkością, by dostojność i szlachetność nie zagubiła się w soczystości.

Słodycz wzrosła trochę, ale wydawała się należeć głównie do śliwek i owoców. Te jednak same w sobie zdawały się na pewne scukrzenie przystawać. Po drzewach pojawiła się nieco palono-karmelowa sugestia, lecz trzymała się na dalszym planie. Robiła małe wybiegi do zasładzania.

Drewniano-beczkowe nuty przerobiły śliwki na... wędzone-suszone. Najpierw niejednoznaczne, z czasem coraz wyraźniej wędzone węgierki. Cierpkawo-kwaskawe, a jednocześnie słodkie - takie, które można zssysać z pestek. Czuć dym ewidentnie. Drzewa, drewno w bardzo udany sposób połączyły wszelkie nuty owoców (w tym pestek?), alkoholu i dymu pewną beczkowością. Wędzono-dymne nuty podkręcały śliwkowość. A na zasadzie kontrastu wzrosła słodycz śliwek i cukro-karmelu, przez co zdarzyło mi się pomyśleć o śliwkowo-czekoladowych cukierkach typu trufle.

Oto z tła znów zaczęły wyłaniać się inne owoce i kwasek. Płynęły jakby trochę niezależnie od słodyczy, ale bardzo dobrze do niej pasując (trochę jak horyzont - jest podział między ziemią a niebem, ale musi być i jedno, i drugie). Śliwki zostały podkreślone jeżynami, może w towarzystwie... cytryny i wiśni? Z czasem pomyślałam o śliwkach w jogurcie w sensie jogurtu śliwkowego... Wyobraziłam sobie jakieś "śliwkowe lassi" (lassi to indyjski napój przyrządzany z jogurtu, wody i przypraw, opcjonalnie z owocami; jednym z popularniejszych wariantów jest chyba mango lassi - w przypadku tej czekolady to też może nawet śliwko-mango-lassi?). Doprawiono je lekko korzennie. I choć również wpisało się w orzeźwianie, nie brak mu swoistego ciepła.

W tym cieple z czasem na dobre rozgościł się alkohol. Karmel to wykorzystał, pozwalając sobie na więcej. Wędzono-upite śliwki wirowały ze śliwką w czekoladzie z truflową masą miedzy nią, a czekoladą. Przy tym stała podwędzona nuta, gorzkawy dym i drewno, co alkohol osadziło w koniakowo-whisky'owatych realiach. Wydały mi się one niemal cukrowo słodkie, właśnie karmelowe, rozgrzewające. Cukierki typu śliwka w czekoladzie i śliwki nasączone słodkim alkoholem - to było to!

Pod koniec rześkość, soczystość śliwek z nieco egzotycznie-orientalniejszym podszyciem zderzyła się z drewniano-alkoholowym motywem. Smakowa słodycz nieco przed tym pierzchła. Kryła się w gardle jako rozgrzewanio-drapanie.

Po zjedzeniu został posmak śliwek i wędzono-dymny (trochę ze sobą związane, a trochę niekoniecznie) oraz poczucie jak po dobrym, karmelowo-drewnianym alkoholu. Czułam leciutką cierpkość owoców ciemnych, ale i drzew. Drzewa / drewno jakby ukoronowały wszystko.

Była równie śliwkowa co Ben Tre Noir Vietnam 70 %, ale wydała mi się bardziej niż ona egzotyczna, trochę winogronowa. Zamiast miodu i kawy wspomnianej, czułam słodko-drewniane, alkoholowe nuty. Gorzkość wydała mi się właśnie... drzewna.
Choć wydała mi się słodsza od Ben Tre Noir Vietnam 70 %, urzekła mnie jej szlachetna alkoholowość i to, jak drzewa "sterowały z tylnego siedzenia", zgrywały nuty. Nutka egzotyki też fajnie wyszła przy tych różnych wariantach śliwek: od świeżo-soczystych, przez wędzone i jogurty śliwkowe po alkoholowe śliwki.
Otarła się o przesłodzenie, ale wydało mi się ono... w pełni uzasadnione, pozytywne. W pełni zaspokoiła moją chęć na dobrą Erithaj.
Zdarzyło mi się o niej pomyśleć jako o "uerithajowionej Fair Dunkle Schweizer Bio-Schokolade 70 % (jedna z moich ulubionych czekolad, niestety dawno wycofana) w wersji uszlachetnionej i upoważnionej".


ocena: 10/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £7.95 (za 100g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

czwartek, 3 grudnia 2020

Erithaj Lam Dong Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

W marce Erithaj szybko się zakochałam, ale niestety bardzo szybko utraciłam możliwość zdobywania jej tabliczek. Po wielu miesiącach nawet udało mi się pogodzić z tym, że to koniec, ale... tak się zdarzyło, że pojedyncze sztuki były dostępne na stronie, na której akurat składałam większe zamówienie. W zasadzie było mi obojętne, co i jak, ważne, że jeszcze jej nie jadłam. Trochę zdziwiłam się na widok tego, co przyszło, bo zdjęcie w internecie było inne (albo nie zwróciłam uwagi). Moja tabliczka miała  czerwone opakowanie, w momencie gdy wszystkie inne mają czarno-białe. Co to znaczyło? Nie wiedziałam. Bo że to jakaś limitowana czekolada to tak, wiedziałam, ale... pod jakim względem? Dlaczego? Tego już nie.

Erithaj Lam Dong Chocolat Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji  Lam Dong.

Rozrywając sreberko, poczułam intensywny zapach drzew o niemal wytrawnym wydźwięku, zalatujących podwędzeniem i grochem oraz wyraźny motyw palenia, nasuwający na myśl kawę. Gdy zaś o drzewa chodzi, oczami wyobraźni widziałam kwitnące jabłonie. Czułam też soczyste jabłka i ogólną, esencjonalnie słodką rześkość owoców. Oprócz jabłek wskazałabym morele i brzoskwinie, może nawet coś lekko cytrusowego - mandarynki? Kiedy trafiły na wędzoną wytrawność do głowy przyszedł mi delikatny kwasek cytryny i... piwa? Albo cytrynowego piwa.

Gładka w dotyku tabliczka okazała się twarda i głośno trzaskająca. Przekrój wydał mi się zwarty i dość ziarnisty.
W ustach jednak rozpływała się początkowo gładko, a potem gładkawo-pyłkowo. Wydawało się, że gryziona trochę by trzeszczała (nie gryzłam, więc nie wiem). Owszem, była zwarta, ale nie stawiała oporu. Kawałek lekko miękł i jakby roztaczał pyłkowo-wodniście-soczystą zawiesinę. Na podniebieniu i ustach pozostawiała nietłuste smugi z tejże zawiesiny. Chwilami wydawała mi się przy tym śliskawa jak gładki, niemal zżelowany krem z owoców z dodanym kakao.

Od pierwszych sekund w smaku czułam intensywną i głęboką słodycz na stałe splecioną z rześkością oraz subtelną gorzkość. Dwa motywy pomknęły niemal równocześnie, acz najszybsza była słodziutka, łagodna mięta zielona. Chłodzący efekt wysunął pazurki, przez co pomyślałam też o anyżu czy lekkich ziołach, ale szybko podłapałam, że to żadne zioła, a kwiaty i miód.

Tę niepewność wprowadzała pobrzmiewająca od początku gorzkawość, która zasugerowała roślinę... wytrawniejszą. Strączkową? Ale nie ciężką, powiązaną z drzewami i orzechami.

Wstrzeliły się w to gęste, świeże morele. Morele, jasne śliwki, brzoskwinie i... takie już wchodzące w podsuszone klimaty również? Przerabiane na przecier...? Przy nich słodycz wydała mi się bardzo soczysta, orzeźwiająca, ale i dosadna. Dosadna w sposób... miodowy.

Prędko dołączyły do tego wszystkiego gorzka kora i drzewa - czyżby kwitnące jabłonie? Rozeszły się od miodu, od mięty wysupłały charakterek, poprzez który wydały mi się wytrawne jak groch. To w nich mniej więcej w połowie zaczęła przejawiać się mocno prażono-palona nuta. Paloność jakoby skłoniła miód do skarmelizowania grochu, zagęszczenia owoców. Drzewa w tym czasie wyszły na pierwszy plan. W połowie to one dominowały, a ja doszukałam się leciutko ostrych przypraw i orzechów.

Owoce wciąż i wciąż napędzały rześkość; po wytrawniejszych nutach wydawały się jeszcze lżejsze. To wciąż duet moreli i śliwek (jako jakiś mus?) i czerwone jabłka, ale też wodniste melony. Wydaje mi się, że także jakieś czerwone tam się chowały. Słodkawa mięta sprawiła, że pomyślałam raczej o mleczno-owocowych smoothie z nią, pitych latem. Delikatna mleczność również musiała tam być, wygładzając część wytrawną ze słodko-owocową. Od drzewnych nut odpadały i okrywały je lekkie płatki kwiatów. Za nimi mignęła jeszcze nutka cytrusów... choć kwasek niespecjalnie ze względu na ogrom miodu.. Zaraz zaczęły wyłaniać się jasne śliwki czy śliwki podwędzone.

Drzewa zaś, bardziej ukwiecone i już słodsze, bliżej końca poprzez wyrazistsze tony zwróciły moją uwagę ku orzechom. Orzechy miały okazję jedynie na krótki, acz zapadający w pamięć debiut. Były surowe, dziwnie soczyste jak... jak ugotowany groch i lekko piwne słodo-nibsy (co chyba podsyciły śliwki)? Ugotowany albo  jakiś prażono-palony - przez chwilę królujący ponad wszystko inne. Do głowy przyszedł mi też jakiś chutney (do tego grochu oczywiście) z czerwonych owoców. Tu odważniej pokazało się palenie, rozkręcając na dobre kawę. Palone ziarna kawy i kawa zaparzona pod koniec zrównała się z drzewami, po czym razem odeszły w błogą czekoladowość. Towarzyszyła jej pewna lekkość, może też mleczność wspomnianych wcześniej miksów.

Razem, kawa i soczyście-rześka lekkość cytrusów, kwiatów i mięty (tym razem wzbogaconej o ostrość anyżu) pozostały w posmaku razem z mocno słodkimi owocami i karmelem. Wymieszał on morelo-śliwki, jabłka i mniej wyraziste melony. Wszystko to było lekko podrasowane wytrawnością drzew.

Bardzo podobało mi się zestawienie rześkości, esencjonalnej słodyczy i prażenio-palenia. Wszystkie nuty mocne, a jednak zgrane. Słodka mięta, miód i morele, jabłka, brzoskwinie świetnie łączyły się z drzewami. Drzewa podkręcone wytrawnością grochu, paleniem i kawą zaserwowały pełnię smaku i gorzkawość. Ona i słodycz wydawały się idealnie wyważone, kwasku zaś w sumie brak - była bardziej soczystość.
Mięta, miód, drzewa i zestawienie owoców jakoś do mnie przemówiły, chwyciły i tyle. Może obeszłabym się bez grochu, a z silniejszą kawą, ale trudno.

Drzewa, niejednoznaczne orzechy i sugestie kawy czułam również w Marou Lam Dong 74%. Tam był też specyficzny wątek jogurtu ze wsadem owocowym, Erithaj to smoothie. Owoce różniły się (Marou to gruszki, wiśnie, śliwki i porzeczki), aczkolwiek w obu były świeże i podsuszone - dziwnie mieszające się. Marou to gruszko-rodzynki oblepione karmelem, tu wystąpiło zjawisko moreli podsuszonych i brzoskwinio-jabłek zagęszczonych miodem.
Mimo że Erithaj miała więcej wytrawnych nut (np. groch), to była słodsza miodowo-miętowo. Marou to nuty dosadniejsze, mocniejsze (chociażby wino, ocet balsamiczny).
Obie z pewną pikanterią i charakterem.
Pomyślałam o niej trochę jak o kawowo-miodowo-kwiatowej Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % z wyciętymi śliwkami tamtej, a wstawionymi innymi owocami i miętą.


ocena: 10/10
kupiłam: Cocoa Runners
cena: £7.95 (za 100g)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy znów kupię: chciałabym

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

niedziela, 9 lipca 2017

Erithaj Mo Cay Chocolat au Lait Vietnam 58 % mleczna z Wietnamu

Kupując czekolady Erithaj byłam przekonana, że zacznę je próbować od najmniejszej zawartości kakao, czyli od dzisiaj opisywanej, jednak nie przewidziałam, że po prostu najdzie mnie przeogromna ochota na ciemną Erithaj i jakaś ogólna tymczasowa niechęć do mlecznych. Wyszło więc tak, że to podsumowanie czterech zakupionych będzie "mleczne". I weź tu człowieku cokolwiek zaplanuj... Jeszcze gdyby tak można było zaplanować, że "będzie smacznie", chociaż po zjedzeniu ciemnych, w tej kwestii w sumie nie miałam wątpliwości.
Można by pomyśleć, że to po prostu mleczna, ale to, jak dokładnie określono pochodzenie kakao na pewno nie jest przypadkowe. Dystrykt wiejski jest położony w wietnamskiej prowincji Ben Tre między dwiema dużymi rzekami.

Erithaj Mo Cay Chocolat au Lait Vietnam 58 % to mleczna czekolada o zawartości 58 % kakao z dystryktu Mo Cay z prowincji Ben Tre z Wietnamu.

Po otwarciu poczułam prażone migdały i orzechy rodem z przyprawionych zotterowskich nugatów tonących w głębi kakao, cynamon oraz krówki w śmietankowo-mlecznej toni. Oprócz tego znaczący okazał się owocowy - może trochę jagodowy, choć bliżej nieokreślony - motyw nadający kompozycji rześkości.

Przy łamaniu czekolada okazała się solidna, lekko trzasnęła, a w ustach rozpływała się co najmniej intrygująco. Była kremowo-tłusta, przy czym nie była to tłustość zazwyczaj występująca w czekoladach za sprawą tłuszczu kakaowego, a jakby ewidentnie pochodzenia mlecznego. Pod koniec degustacji miałam nawet wrażenie, jakby trochę tłuszczu osiadło mi na ustach (jakbym wypiła szklankę mleka prosto od krowy), ale dzięki szorstkości (którą bardzo lubię) w trakcie jedzenia ta tłustość nie dawała się aż tak we znaki. 

Pierwszym, co poczułam po zrobieniu kęsa to łagodna kwaśność, natychmiast kojarząca się ze śmietaną. Nie, nie śmietanką, z której robi się lody, a właśnie ze zwykłą śmietaną, co jednak dość szybko zmieniało się tak, że i pod jogurt podchodziło. Smak ten po jakimś czasie odchodził na tył, ale powracał falami przez całą degustację. 

Osładzające pierwsze wrażenie jagodowe nuty z zapachu stworzyły z tym coś na wzór jagodowego jogurtu, albo jagód ze śmietaną, co później stało sie wyjątkowo skomplikowanym owocowym miksem.

W tym czasie jednak zdecydowanie dawało o sobie znać kakao. Najpierw pomyślałam o prażonych nugatach z cynamonem, które często stanowią nadzienia Zottera, po chwili jednak (i to jest trafniejsze skojarzenie) oczami wyobraźni ujrzałam rozpływające się w ustach, mocno cynamonowe i konkretnie wypieczone, ciasteczka korzenne. To całe prażenie, pieczenie podchodziło pod trochę dymne nuty, co z lekką słodyczą dało też nutkę palonego karmelu i suszonych owoców.

Wspomniany karmel jawił mi się chwilami jako pełnośmietankowe krówki - zwłaszcza, gdy akurat nadchodziła fala pełnej i zaskakująco naturalnej mleczności. Była wyrazistsza od słodyczy samej w sobie, bo słodycz była w tej czekoladzie głównie słodko orzeźwiająco-kwaskowata - wyraźnie owocowa, jakby głównie pochodzenia kakaowego.

I była to fuzja... jagodo-winogron, gdzie aż trudno było złapać przejście z jednych do drugich. Owoce te były niejednoznacznie słodkie i ewidentnie egzotyczne. Oczami wyobraźni zobaczyłam pitahaję (którą smakowo określają jako połączenie truskawki i gruszki, z czym w sumie ciężko się nie zgodzić), jakieś papaje, kiwi... Prawdziwe szaleństwo, ale... nie takie jednoznaczne. To znaczy: uwierzę, że każdy mógłby tu mieć skojarzenia z innymi owocami, w zależności od tego, jakie ma doświadczenie, ale jestem pewna, że każdy jakieś by wyczuł. Wśród tego szaleństwa wyróżniłabym dwa nurty: "jagodo-winogrona z egzotyką" oraz nieco stateczniejszy i słodki "banan z liczi" - a więc słodziutki banan z orzeźwieniem. 

Właśnie chyba "banan z liczi" pozostawał najdłużej, smaczek ten ponownie zalewała śmietana, a kakaowe wspomnienie ciasteczek korzennych gdzieś pierzchło.

Bardzo, bardzo smakowały mi nuty tej czekolady. Jestem zaskoczona, ile tego wszystkiego w niej było - i to jak skrajnych smaków! Znaczy... poniekąd jestem zaskoczona. Cynamonowe nugaty, ciasteczka korzenne prosto z kakao, palony karmel, śmietankowe krówki i śmietana, a i całe orzeźwienie egzotycznych owoców... Wydaje mi się, że to wszystko zostało tak wydobyte dlatego, że tłuszczu kakaowego dodano mało, a nie pożałowano pełnego mleka, co pozwoliło kakao zachować swoje nuty i nie pozwoliło aż tak dojść cukrowi do głosu. 
Sama jednak nie jestem do końca przekonana do posmaku śmietany i jej tłustości... nie to, żeby dali za dużo pełnego mleka, ale ja po prostu nie lubię śmietany i wiecie, jak to jest... Spróbować? Świetnie! W końcu tyle można tam odkryć, ale... drugi raz się nie zdecyduję.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: ok. 23 zł
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, pełne mleko, cukier trzcinowy

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Erithaj Ham Luong Chocolat Noir Vietnam 80 % ciemna z Wietnamu

Po niezwykle "winogronowej" Erithaj trudno mi było sobie wyobrazić, że może mi się trafić pyszniejsza czekolada, a przecież czekała mnie z jeszcze wyższą zawartością kakao! Przyznaję, że do tej degustacji podchodziłam z podekscytowaniem (kolejna Erithaj, kolejna z Wietnamu i to z dokładnie określonego miejsca, bo tym razem znad rzeki Hàm Luông, również z prowincji Ben Tre), ale i z malutką obawą, że nie dorówna wspomnianej.

Erithaj Ham Luong Chocolat Noir Vietnam 80 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre znad rzeki Ham Luong.

Po rozerwaniu sreberka zobaczyłam jasną jak na swoją zawartość, ale głęboko brązową tabliczkę, która pachniała mocnym paleniem, przy czym kręcił się cynamon. Skojarzyło mi się to z suchą korą cynamonową, ale żebyście nie myśleli, że był to zapach czegoś suchego, muszę napisać, że całkiem sporo było tam goryczkowatych owoców - jeżyn i czarnego bzu... choć bez rysował mi się tu i jako zapach bzu, w sensie jego kwiatów. Kwiaty przełożyły się na zapach czegoś cukierniczego, co z owocami i palonym kwaskiem (?) przywodziło na myśl... babkę cytrynową? Taak, ale nie wiem, czy nie za bardzo puściłam wodze fantazji. W każdym razie, zapach był jeszcze głębszy od koloru!

Przełamałam, tabliczka trzasnęła, chociaż nie była bardzo twarda. W ustach również okazała się delikatna, bo rozpływała się idealnie kremowo, mimo że na początku i na samym końcu miała leciutko suchy efekt.

Właśnie wraz z początkowym efektem "o, chyba zaraz zrobi się sucho", poczułam smak, który skojarzył mi się z "ekskluzywną wersją odtłuszczonego kakao" przez co rozumiem wyidealizowany smak takiego zwykłego kakao (jako dzieciak lubiłam sobie takie sypnąć na talerzyk i jeść paluchem; w moich wspomnieniach jawi się to jako coś wytrawnego i smakowicie kwaśno-gorzkiego) albo z takim... "kakaowym pyłkiem z trufli czekoladowych". Jakkolwiek to brzmi, to było smakowite! Takie... kwaskowate i cierpkie, ale nie w chamski sposób.

Być może dlatego, że szybko przechodziło w zupełnie inną sferę, bo wyraźnie owocową. Czułam cierpko-kwaskowate jeżyny, które po chwili przeobraziły się w niejednoznaczne cytrusy.

Gdzieś z tych jeżyn wymknął się gorzko-palony smak i zarysował się w tle jako bezkresna kawowa toń, utrzymująca się tam wyraźnie przez całą degustację. Miałam wrażenie, że gdyby nie ten motyw kawy, wszystko inne by po prostu... nie istniało?

Wracając do owoców, z czasem pojawiło się przy nich pewne orzeźwienie, a że z palonego smaku równocześnie wydobył się cynamon, pomyślałam o subtelnej pikanterii świeżego imbiru. On połączył cynamon z cytrusami, przy których coraz wyraźniej rysowała się słodycz - tak jakby mango?

To wszystko, z ciągle jednak palonym smakiem, momentami przywoływało też nutę octu balsamicznego, ale ten jakby pierzchł przed... motywem lekko śmietanowym? I nie była to śmietanka, a właśnie kwaśnawa śmietana, taka może podchodząca już pod coś maślanego, co pewnie wynika z zawartości tłuszczu kakaowego.

Na koniec kwasek robił się mocniejszy, a wszelkie owocowo-palone goryczki kojarzyły mi się z bzem. Jedno i drugie opływała esencjonalna kawa, potem lekko wysuszając. To właśnie jej posmak, czyli mocno palonej, mocnej kawy pozostawał w ustach wraz z pewnym cytrusowo pikantnieprzyprawowym motywem.

Muszę przyznać, że czekolada była dobra, jednak... nie aż tak dobra, jak mogłaby być. Mam wrażenie, że dodali trochę za dużo tłuszczu kakaowego, a ziarna trochę za mocno wypalili, bo gdzieś mi uciekły zasadnicze nuty, które czułam w innych czekoladach z Wietnamu. Tu jednak to palenie i maślaność je przysłoniły. I tak na szczęście było smacznie i nie za słodko, ale nie była to "kakaowa definicja Wietnamu".


ocena: 8/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 556 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

czwartek, 15 czerwca 2017

Erithaj Ba Lai Chocolat Noir Vietnam 74 % ciemna z Wietnamu

Przy Erithaj Ben Tre Vietnam 70 % wspomniałam już, że posiadam jeszcze parę tabliczek tej marki, i to z wyższą zawartością kakao oraz mleczną. Jak zaplanowałam, jako drugą do otwarcia przeznaczyłam, że tak powiem, "środkową", co do której miałam naprawdę ogromne oczekiwania, gdyż już pierwsze spotkanie z Erithaj było niezwykle... owocne. O tak, jej owocowa (śliwkowa) moc - cudo. Jak będzie z jej koleżanką, z tego samego regionu (Ben Tre), ale tylko i wyłącznie z kakao trinitario znad rzeki Ba Lai? Oj, lubię taką precyzję.

Erithaj Ba Lai Chocolat Noir Vietnam 74 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 74 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre znad rzeki Ba Lai.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach, który wydał mi się wręcz namacalny. Była to mokra ziemia, ogólne poczucie gęstości i wilgoci, co równie dobrze mogło przywodzić na myśl także jogurt oraz ogrom malutkich ciemnych owoców - raczej leśnych. Jeżyny, jagody itp. Oprócz tego, w tej całej mokrości czułam taką... roślinną, świeżo ziołową (lub bardziej "przyprawową") soczystość trudną do sprecyzowania.

Tabliczka o soczystym, ciepłym kolorze miło trzasnęła. Łamała się trochę nierównomiernie, a kiedy włożyłam pierwszą kostkę do ust, chyba odkryłam dlaczego. Otóż nie miała gładkiej, kremowej konsystencji. Cieszyła się charakterną pylistą szorstkością, zacięciem, zamkniętymi w lepiąco-bagienkowatej, ale nie tłustej, masie. Rozpływała się po prostu bosko. Mój ideał.

W pierwszej chwili poczułam łagodny, nieprażony smak mający owocowy klimat, jednak nie zdążyłam się nad nim zastanowić, a już nadciągnęło gorzkawe, soczysto-cierpkie uderzenie. W sekundę poraziła mnie intensywność i wyrazistość - krótko mówiąc: moc smaku, a także jego jednoznaczność. Miałam wrażenie, jakbym właśnie jadła jeżyny... garściami! Takie w pełni sezonu, a więc słodko-goryczkowate i po prostu przepyszne.
Zaraz po nich pojawiły się także ciemne - granatowe (np. Melody) i fioletowe, z przewagą tych pierwszych - winogrona. Również słodkie, dojrzałe. To było jak rozgryzanie tychże winogron, rozkoszowanie się ich słodyczą, a następnie wysysanie cierpkich skórek. Kocham to!

W tle zarysowała się subtelna słodycz kojarząca się z wyidealizowaną, bo nieprzesłodzoną krówką, w dodatku taką odrobinę przyprawioną i... przypieczoną? Zaraz! Przecież to była nutka batona Ania Owies!

Również subtelnie i również w tle pojawiły się cytrusy, jednak nie był to zbyt jednoznaczny smak. Owszem, wyraźny, ale jakby mi ktoś powiedział, że to nuta jogurtu... w sumie można by się nabrać. Zwłaszcza, jeśli mówiłoby się o cytrusowym jogurcie.

Cytrusy z czasem wzmocniły się i po złączeniu ze słodyczą, stworzyły efekt niejednoznacznej i niemal chłodzącej słodyczy, jakby takiej przytłumionej. Następnie uległy trochę goryczce jeżyn i winogron, do bukietu smaków dotarł lekko palony smak. Pomyślałam o niemocnej, ale głębokiej kawie o cytrusowych nutach. To było to!

Końcówka należała palonych nut, słodko-cierpkich owoców i jakby... cierpkiej słodyczy? Te smaki były niezwykle wyraziste i takie "stężone", jakby nie mogły pomieścić się w tabliczce.

Z zaskoczeniem więc odkryłam, że posmak należał do słodkich owoców i lekkiego palenia. To było jak spokojny, cichy wieczór po dniu pełnym wrażeń i emocji.

W czekoladzie zakochałam się już od pierwszego kęsa. Raz i drugi czuć w niej palenie, ale nie było mocne, dzięki czemu wszystkie nuty miały okazję świetnie się rozwinąć. Nie było ich jednak za wiele. Czekoladę nazwałabym wręcz prostą, bo była szokująco jednoznaczna. To po prostu jeżyny, ciemne winogrona i palona końcówka, z nutami krówkowo-przyprawowo-cytrusowymi. Te nuty były tylko tłem, zaś zasadnicze smaki... Dawały nieźle popalić. To doskonały przykład czekolady, która pokazuje smakowitość kakao - nie trzeba nic więcej. Genialna i bijąca na głowę wiele innych. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych.

Erithaj zszokowało mnie wyrazistością i jednoznacznością smaków w swoich tabliczkach.
Muszę przyznać, że orzeźwienie, wyrazistość fioletowych owoców i wytrawna (wręcz goryczkowata) słodycz troszeczkę kojarzyła się z Erithaj Ben Tre Vietnam 70 %, ale według mnie Ba Lai jest lepsza, choć to pewnie dlatego, że po prostu wolę winogrona i jeżyny od śliwek.


ocena: 10/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak (przy najbliższej możliwej okazji!)

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

czwartek, 18 maja 2017

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % ciemna z Wietnamu

O poznawaniu nowych marek czekolad napisałam trochę przy Madecasse 80 %, a dziś, przy kolejnej, z którą przygodę miałam dopiero zacząć, macie dobry przykład marki onieśmielającej mnie. Tutaj to chyba kwestia tych ekskluzywnie wyglądających opakowań i niecodziennego pochodzenia kakao. Erithaj to bardzo ciekawa francuska marka, której tabliczki robione są z wietnamskiego kakao w manufakturze A. Morin na zlecenie. Na początek, z tych, które miałam, wybrałam tę o najniższej zawartości kakao (nie licząc mlecznej, bo po prostu miałam ochotę na ciemną).

Erithaj Ben Tre Chocolat Noir Vietnam 70 % to ciemna czekolada czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wietnamu z prowincji Ben Tre.

Po otwarciu poczułam zapach czegoś palonego, mnóstwa dymu i odymionych, wędzonych śliwek, złagodzony przez słodycz łagodnego, kwiatowego miodu z akcentem słodkich przypraw.

Tabliczka o zachwycająco głębokim kolorze, który wydawał się wręcz soczysty, okazała się wyjątkowo twarda. Trzaskała przy tym bardzo donośnie. Nie kruszyła się, ani nic, przekrój nie był niezwykły, jednak w ustach rozpuszczała się niecodziennie i po prostu cudownie. Powoli roztaczała minimalnie tłustą, lepką czekoladową maź jakby stworzoną z suchawego, rozlazłego piasku, w dodatku z pyliście-kredowym akcentem, ani trochę nie wysuszając. 

Pierwsze wrażenie po włożeniu kostki do ust było takie, że czekolada była o wiele bardziej palona niż sugerował zapach, w którym przodowały wędzone śliwki.
Po chwili ten mocno palony smak jednak jakoś się rozpłynął, a za moment znów powrócił, ale już nie jako motyw przewodni. Można go skojarzyć z kawą, choć tak wyraźnie kawy tu nie było czuć (chodzi raczej o wydźwięk gorzkości palenia). Wrócił nieco podwędzony, bo po paru chwilach wyraźnie czułam wędzone, kwaskowate i soczyste śliwki oraz kwasek i subtelną gorycz jakby opalanych skórek cytryny. 

Przy tym całym paleniu, gorzkość była jednak i tak znikoma, kwasek należał do owoców, a z czasem zaczynała wyłaniać się słodycz. Nie byle jaka! Znacząca, ale nie przesadzona. Miała trochę miodowy, wyrafinowany charakter. 

Wędzone śliwki wysunęły się na prowadzenie, a wraz z tą słodyczą skojarzyły mi się z niemal gęstym od ilości owoców, kompotem śliwkowym - słodkim, ale i ze specyficznym kwaskiem, troszeczkę przyprawionym. Oprócz tego czułam też kwaskowate mirabelki i wielkie, okrągłe fioletowe śliwy tak dojrzałe, że aż kaszakowate. Śliwki, śliwki i jeszcze raz śliwki. 
Z czasem z owoców wyłuskałam także średnio dojrzałe, ale już bardzo soczyste, fioletowe winogrona, które dały lekko chłodząco-orzeźwiający efekt, taki podchodzący też pod coś mniej owocowego.

Gdy już wymieniłam każdy jesienny sposób na śliwkę, odmieniłam słowo "śliwka" przez wszystkie przypadki, a kawałek czekolady zniknął, w ustach pozostawała jedynie słodycz. Bogata i wykwintna, jednoznacznie kojarząca się z miodem i kwiatami. Ten łagodny posmak pozostawał na bardzo długo i bez wątpienia zaliczał się do tych jak najbardziej smakowitych, mimo że trudno go skojarzyć z czekoladą.

Wariactwa smaków tu nie doświadczyłam, ale i tak jestem pod wrażeniem, bo ta czekolada była niezwykle obrazowa. W mojej głowie pojawiło się dziwne przekonanie, że "jakby była kolorem, byłaby fioletem" (a to mój ulubiony kolor zaraz po czerni), wywołane pewnie śliwkami i winogronami. "Fiolet" mógłby być tytułem obrazu, jaki pokazała mi wyobraźnia: ciemne, kruche po bokach śliwkowe ciasto sowicie wypełnione owocami z kakaowo-cytrynową (mam na myśli skórkę) kruszonką w towarzystwie ciemnej kawy.
Powiedziałabym też, że miała więcej niż 70 % kakao; skojarzyła mi się trochę z Pralus Fortissima 80 %, w której również czułam dym i kompot śliwkowy, a jeśli chodzi o "nuty Wietnamu", to... z Marou Treasure Island 75 % łączy ją mocne palenie (choć to nie kwestia pochodzenia kakao), ale i przyprawy, kwiaty, mimo że w Erithaj czułam je głównie w zapachu.
To było pyszne, jednak żebym mogła z czystym sumieniem przyznać 10, musiałaby być bardziej gorzka, bo mimo całego palenia, była głównie owocowo kwaśna i słodkawa (ale to dopiero potem).


ocena: 9/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 23 zł (za 100 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład:  ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy