Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Milka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 stycznia 2025

Milka Mmmax Trauben-Nuss / Raisins & Hazelnuts mleczna z rodzynkami i kawałkami orzechów laskowych

Razu pewnego ojciec zapytał, czy chcę "fajną czekoladę z rodzynkami i orzechami", bo jakaś tam promocja była 2 w cenie 1, a wybierał sobie... No, generalnie już wiedziałam, że nie będzie to nic szczególnie w moim typie, ale i tak zapytałam, jaka dokładniej. W pierwszej chwili chciałam powiedzieć, że nie chcę, ale przypomniałam sobie, że w górach Milka Mmmax Ganze Haselnusse / Whole Hazelnuts całkiem nieźle się sprawdziła, a od jakiegoś czasu chodziła za mną czekolada i z orzechami laskowymi, i rodzynkami. Wszak ciemna, ale jak się nie ma, co się lubi... Niestety, gdy tuż przed wyruszeniem w góry wczytałam się w skład i dowiedziałam się, że dodano nie całe, a siekane orzechy, zrobiłam się mniej optymistyczna. Tabliczkę zdecydowałam się wziąć ze sobą w wyższe góry, gdzie temperatura nie była zabójczo wysoka i nie groziło jej popłynięcie, na trasę, na której nie chciało mi się robić kilku sesji kilku czekoladom. Ta miała być bowiem zajmująca i intrygująca sama w sobie. Upatrzyłam ją sobie już dawno temu - była jako jeden z wariantów wycieczki w góry z liceum (padło na coś innego), co w połączeniu z tym, że słyszałam, że to jedna z trudniejszych do przejścia przełęczy w Tatrach Słowackich, intrygowało. Punktem startowym był Stary Smokowiec, z którego musiałam minąć nudną drogę do Hrebienoka, a potem schroniska rozmieszczone już w o wiele ciekawszej scenerii: Bilikova Chata koło wodospadów, Rainerova Chata (najstarszy obiekt turystyczny zachowany w Tatrach) i Chata Zamkowskiego, aż w końcu Téryho chata, gdzie też zrobiłam małą przerwę i otworzyłam czekoladę.


Milka Mmmax Trauben-Nuss / Raisins & Hazelnuts to mleczna czekolada o zawartości 33 % kakao z rodzynkami i siekanymi orzechami laskowymi.
Tabliczka to 270g.

Po otwarciu poczułam cukrowo-mleczny zapach o uroczym, acz drapiącym charakterze. Da się rozpoznać, że to Milka i jak zwykle kojarzył mi się trochę z czekoladkami z nadzieniem mlecznym dla dzieci, tylko że wymieszanym z wyraźnym motywem słodkich, kadzidlanych rodzynek. Orzechy zaznaczyły się nieśmiało bardzo daleko. Można by jednak je przeoczyć, bo w dodatku były niejednoznaczne. 

Tabliczka w dotyku jakby obiecywała miękkawość, jednak była dość twarda. Czuć, że ze względu na grubość. Dodatków nie pożałowano, czego aż tak nie widać na spodzie (w ogóle to sugeruje on, że to orzechów można spodziewać się więcej, ale to złudzenie), natomiast już w przekroju owszem. Często trafiała się dosłownie rodzynka wciśnięta na rodzynkę. Orzechów, w dodatku posiekanych, dodali znacznie mniej. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie dość szybkim, ale nie błyskawicznym. Miękła i zmieniała się w kremową, tłustawo-przytykającą maź. 
Uparcie otulała dodatki, których obecność zaznaczała się na języku.
Tylko na próbę pogryzłam je obok czekolady - wolałam zostawiać je na koniec, gdy czekolada się już rozpłynęła. Uważnie gryzłam najpierw orzechy, potem rodzynki.
Orzechy gryzione niby były trochę chrupiące, ale chyliły się ku miękkawości i wyszły nijako. Bardzo je posiekali - na kawałki małe i malutkie. Skórek nie miały. 
Rodzynki już wcześniej wtłoczyły trochę soczystości. Końcowo też mi ją zaserwowały. Były jędrne i świeże, miąższyste. Trafiłam jednak też na twarde i jakby spłaszczone.

W smaku od razu uderzyła wysoka, cukrowa słodycz. Zaraz zadrapała w gardle, co ujawniło za cukrem obecność specyficznej, "orzechowo-jakiejś" (zawsze ją tak sobie określam), milkowej nuty.

Mleko pojawiło się po chwili. Niby wyraziste, ale podlegle cukrowi.

Raz mocniej, raz słabiej dawały o sobie znać dodatki. W zasadzie tylko rodzynki - czekoladowa baza trochę nimi miejscami nasiąkła. Orzechy niegryzione nie ujawniały się - chyba że... Coś raz czy drugi im się udało? Mogło to być jednak odczuwanie życzeniowe (bo czułam te kawałki na języku).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa rodzynki nieco przemodelowały słodycz bazy, do splotu mleka i cukru o uroczym charakterze dodając kadzidlaną soczystość.

Pomyślałam o czekoladkach z nadzieniem mlecznym dla dzieci, ale z rodzynkami, przy czym typowa milkowość słabła.

W gardle i tak jednak zaczęło drapać, choć trzeba przyznać, że nie palić. Wyłaniające się dodatki nieco rozgoniły smakową słodycz, ale ta i tak dawała się we znaki.

W obliczu zacnych, naturalnych rodzynek czekoladowa baza bliżej końca wydała mi się trochę bardziej po prostu cukrowa. Gdy trafił się kęs z mniejszą ilością dodatków, w gardle czułam wręcz palenie słodyczy. Specyficzny milkowa "orzechowość z czymś" prawie schowała się za nutką rodzynek.

Gdy próbowałam gryźć rodzynki obok czekolady, czuć je dobrze, ale sama baza jawiła się jako bardziej plastikowa. Z kolei orzechy obok czekolady nikły, nic nie wnosiły. 

Orzechy laskowe gryzione po zniknięciu czekolady okazały się trochę nijakie, acz czuć prażony motyw i naturalną słodycz. Bardzo się skupiając, da się rozpoznać laskowe. 
To jednak gdy gryzłam same orzechy. W zestawieniu z rodzynkami ich smak się ukrył. 

Gryzione na koniec rodzynki poniekąd kontynuowały słodycz, ale wynosząc na pierwszy plan tę kadzidlano-soczystą. Jestem pewna, że to sułtańskie. Były bardzo słodkie, tylko sporadycznie przemknął w niektórych lekki kwasek.

Po zjedzeniu został posmak rodzynek, otulonych milkową, cukrowo-mleczną czekoladą. Prażoną nutkę orzechów czasem lekko czuć, ale nie były zbyt jednoznaczne. Drapanie słodyczy w gardle było za to bardzo jednoznaczne.

Czekolada sama w sobie to typowa Milka, acz jakby nieco mniej słodka. Ogólnie jednak i tak po prostu nie dla mnie, ale jej fani nie powinni mieć z nią problemów. Jedyna jej zaleta to dużo dobrych rodzynek. Sprawiły, że całość była nawet dla mnie nieco bardziej do przyjęcia (zjadłam jakieś 7 kostek, w tym jedną w domu do weryfikacji odczuć). Orzechy, jakie dodano, to chyba kpina - nie dość, że mało, to jeszcze okrutnie posiekane że aż nijakie. Obstawiam, że z całymi orzechami mogłoby być... Smacznie. Za słodko, ale smacznie i w górach mogłoby się sprawdzić. Swoją drogą, przy tej czekoladzie odkryłam, że Milka podniosła swoją zawartość kakao z 30 na 33%. Ładnie!

Resztę oddałam Mamie, która opisała ją: "Od razu, jak dostałam, sporo zjadłam, ale końcówki już jednak nie chcę, bo to taka zwykła czekolada, to dla Andrzeja (mojego ojca) będzie. No taka w porządku, ale słabo czuć, że to Milka. A ja nastawiłam się na Milkę tym razem, no, jak to po Milkę sięgając. Chyba przez rodzynki wyszła tak inaczej. Nie drapała! I to może być plusem i minusem, zależy, czego się oczekuje. Rodzynki były w niej po prostu fajno-zwyczajne. Dobre jak to rodzynki. Orzechy - bez sensu je tak siekać, bo w ogóle nie czuć. Z całymi byłaby naprawdę smaczna, a tak to po prostu zwyczajna, ale tak w pozytywnym sensie, tak zwyczajnie-smaczna, taka właśnie na 6".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam
cena: (jak ojciec niczego nie pokręcił, to jakieś 8-9 zł za sztukę przy zakupie dwóch tabliczek po 270g)
kaloryczność: 508 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, rodzynki 19%, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, kawałki orzechów laskowych 5%, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, aromat

wtorek, 22 lutego 2022

deser (Muller) Milka Darkmilk Pudding + extra cocoa

W kwietniu stanęłam przed trudną, życiową decyzją wagi państwowej... A dokładniej zostałam zapytana przez Mamę: czy to w końcu zjem? I właśnie - decyzję musiałam podjąć, bo data ważności była nieubłagana. Mama kupiła mi ten pudding, kojarząc, jak lubiłam Mullery de Luxe (czekoladowy, orzechowy i pistacjowy). Taki tylko szczegół, że to była miłość sprzed lat, obecnie zaś trochę brzydzą mnie słodkie desery z lodówki. Milka trafiła do nas w ogóle krótko po tym, jak się w tym utwierdziłam, czyli po Almighurcie i serku kozim czekoladowym Danmis. Na kolejną porażkę nie miałam ochoty. Z drugiej jednak strony, zastanawiałam się, czy taki mocno czekoladowy by mi jednak może chociaż trochę posmakował i... to jednak Muller. Mimo że Milka odstraszała, wierzyłam, że ten producent potrafi zrobić porządnie ciemnoczekoladowy deser. Tylko czy ja wciąż lubię czekoladowe desery? Desery tego typu jakiekolwiek? Obecnie mi z nimi nie po drodze. Tylko że "obecność" to też problem, bo nie wiedziałam, czy to nie jednorazowy rzut i czy gdy deser nie zniknie, nie będzie mi żal, że miałam, a nie zjadłam. I tak też - raz kozie śmierć (Danmis, teraz akurat nie do Ciebie)! Porwałam się. Szczerze, to była szybka decyzja - bo co tu myśleć, lepiej zjeść i wiedzieć, jak jest. A przecież mimo że cukrowa, Milka Pudding Alpenmilch Schokolade nie była zła. Liczyłam, że dzisiaj prezentowany będzie między nią, a czekoladowym Muller de Luxe Creme au Chocolat.

Milka Darkmilk Pudding + extra cocoa to "deser mleczny czekoladowy" z dodatkowym kakao, którego producentem jest Muller (wyprodukowany we współpracy z Mondelez).

Po zerwaniu wieczka poczułam intensywny, bardzo słodki zapach sosu / syropu kakaowego z nieco likierowym echem (bez realnych procentów) mieszający się z cukrowością i wyraźną, mleczną bazą. Nie powiedziałabym jednak, że reprezentuje on smak czekolady ciemnej mlecznej, a ciemnej bardzo słodkiej. Był dość wyważony i smakowity.

Deser cechowała gęstość zawierająca glutowato-budyniowy element. Był gładki i kremowy, tłusty. Chwilami wydawał mi się wręcz śliskawy i otłuszczający usta. Mimo to, doszukałam się w nim lekko pyliście trzeszczącego efektu kakao. Gibał się przy poruszaniu kubeczkiem. Do łyżeczki się lepił, acz ciągnąco w końcu z niej częściowo skapywał. Konsystencja miała w sobie coś odpychającego, ale nie była jednoznacznie zła.

W smaku wyraźnie czuć mleczną bazę, mocno związaną ze smakiem czekolady. Była to czekolada ciemna, bo kakao znalazło w niej sporo miejsca. Lekka gorzkość, cierpkawość starały się przełamywać słodycz, ale... szybko okazało się, że są na stałe zespojone. Deser zafundował mi smak ciemnoczekoladowego, cukrowego likieru bez procentów, którym... polano mleczny / śmietankowy budyń? Właśnie mleczność bazy odegrała bardzo ważną rolę. Chwilami aż jakby spłycała ciemnoczekoladowy smak, a jednak nie miałam wrażenia, że deser reprezentuje jakąkolwiek mleczną czekoladę (nawet ciemną mleczną).

Słodycz w pierwszej chwili wydała mi się silna, ale jeszcze nie przeraźliwie. Umacniała się dopiero z czasem, na co pozwoliła jej mleczność kompozycji. Rosła i szybko aż drapała w gardle. 
Przy kolejnych łyżeczkach wydawała mi się męcząca, a jednak... aspirująca do cukrowo-kakaowej czekoladowości rodem z zacukrzonej ciemnej. Tylko że zestawionej z mlecznym budyniem... Bardzo mleczna baza nie dawała o sobie zapomnieć. Czuć w niej posmak typowego desero-budynio-puddingu lodówkowego, pewną mdławość (jakby wodnistość?). Milkowego posmaku nie odnotowałam (co mnie akurat cieszy).

Po zjedzeniu czułam na pewno przecukrzenie, ale też posmak lekkiej cierpkości kakao. Trochę jak... po cukrowym mleku kakaowym? W dodatku ze sztuczną nutą i motywem "lodówkowym" (deseru z lodówki, nie umiem tego określić).

Całość nie była zła, ale nie chwyciła mnie. Strasznie słodka, nie tak ciemnoczekoladowa jak bym chciała, ale w sumie z wyczuwalnym i kakao, i mlekiem... Przesłodzenia po Milce można było się spodziewać, więc specjalnie się nie czepiam. Jakość / konsystencja chyba typowe. Trochę to drogie, ale spróbować można.
Męczyłyśmy z Mamą, ale końcóweczka i tak wylądowała w śmieciach. Zjadłam z połowę i chciałam jej wcisnąć, ale po jakiś dwóch łyżeczkach uznała, że jej o wiele za gorzkie i chciała wyrzucić ("zrobione dobrze, więc nie wiem, dlaczego ci nie smakuje! ja po prostu nie lubię gorzkiej czekolady"), a że mnie Mullera szkoda się zrobiło, to jeszcze próbowałam pomęczyć, ale jakoś pod koniec nieźle mnie już ta słodycz, deserolodówkowość przytkała i... no, po prostu coś w tym było - albo właśnie nie było (porządnego ciemnoczekoladowego kopa?) - że mnie zmogło. Utwierdziłam się, że nie dla mnie takie desery. W zasadzie... chyba blisko temu było do Mullera de Luxe, ale bez kakaowego sosu, a jakby z naciskiem położonym na mleczną, budyniową bazę.


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła w Żabce
cena: nie wiem
kaloryczność: 128 kcal / 100 g; deser - 192 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: 55% mleko pełne, mleko odtłuszczone, cukier, 4% czekolada mleczna (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, aromat), skrobia modyfikowana, 3% kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, 2% czekolada (miazga kakaowa, cukier, lecytyna sojowa, aromat), koncentrat mleka odtłuszczonego, substancja zagęszczająca: karagen

sobota, 27 lutego 2021

Milka Alpine Milk mleczna

Jakiś czas temu pewnie sama siebie bym wyśmiała za tę recenzję, ale pisząc ten wstęp nie widzę niczego dziwnego w tym, że ta czekolada też zawitała na mojego bloga. Otóż nie jestem pewna, czy kiedykolwiek jadłam czystą Milkę - zawsze wydawała się za nudna i za słodka. Ostatnimi czasy ponoć Milka się zepsuła (zdanie m.in. Mamy), a skoro Terravita Classic Mleczna zrecenzowana została, konkurencja też mogła. Wprawdzie był moment, w którym chciałam oddać ją całą Mamie, nawet nie otwierając (dostałam ją w podzięce), ale uznałam, że jak już się trafiła, to spróbować nie zaszkodzi. Gorsze rzeczy po trochu się próbowało. Końcowo aż samą siebie zaskoczyłam, jak pozytywnie się nastawiłam przed otwarciem.


Milka Alpine Milk to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao.

Po otwarciu poczułam straszliwie słodki, cukrowy zapach wymieszany z wyrazistym mlekiem, które w połączeniu jednoznacznie kojarzyły się z mlecznymi czekoladkami. Miało to specyficzny, milkowo-plastikowy, sztucznawy (ale jeszcze nie sztuczny) motyw, jakby kryjący "czystość" cukru. Dla mnie nie było to przyjemne, ale rozumiem, że kogoś może kupić, bo było... urocze.

Tabliczka wydała mi się miękko-konkretna. Niby nawet pykała przy łamaniu, ale wydawało się, że zaraz zacznie się topić w dłoniach. Trochę się też jakby kruszyła.
W ustach rozpływała się zaskakująco powoli i gęsto. Zalepiała, tworząc kremową masę, aż przytykającą w gardle. Ogólnie była gładka i dość tłustawa, choć jakby kryła leciuteńką proszkowość.

W smaku od samego początku dominowała przesadzona słodycz czystego cukru. Dosłownie uderzyła mi do głowy, po czym spłynęła do gardła, drapiąc w nim już w pierwszych sekundach. Z minimalnym opóźnieniem w słodyczy znalazło się "coś".

Jednocześnie, acz wolniej, po ustach zaczął rozchodzić się wyrazisty smak mleka, który oczywiście ulegał słodyczy i podporządkowywał się jej, ale miał się względnie nieźle. Zmieszały się zupełnie. Mleczność okazała się naprawdę dość wyrazista, choć nie jak z głęboko mlecznej czekolady, a czekolady z nadzieniem mlecznym. Druga fala, tym razem nie samej cukrowości, a mleczności, jakby spłynęła do gardła mniej więcej w połowie, zmieniając drapanie w palenie.
Bardziej czekoladkowa, dzięcięco-urocza mieszanina w końcu zajechała plastikowo-polewową nutą. Nawet nie tyle, że sztucznie i chamsko tanią, a bardzo odlegle kojarzącą się z figurkami mlecznoczekoladopodobnymi (z cukru, z mlekiem).

Bliżej końca wyłapałam specyficzny posmak Milki, połączenie "orzechowości z czymś", bliżej nie do określenia, bo tłamszone przez tandetną cukrowość, jakby... orzech wymieszany z czymś sztucznym? Nie zaś sztuczny orzech. Chyba wreszcie udało mi się nazwać posmak Milki (jak ja go odbieram)!

Po małej ilości w gardle paliło od cukru, czułam cukrowego kaca, a w ustach posmak głównie cukru. Dopiero w tle, jakieś mgliste echo przypominało, że to urocza Milka i właśnie wreszcie jakoś sobie ten jej posmak nazwałam: "orzech z czymś sztucznym".

Jeśli mam być szczera, mam wrażenie, że czysta-czysta Milka to czysta słodycz. Smaki, w których jest ona zestawiona z czymś (choćby z orzechami w Mmmax Nuss & Nougat Creme), wydala mi się paradoksalnie bardziej milkowa. Odosobniona wyszła dziwnie. Aż zakrawała o cukrową, mleczną polewę czekoladkową... Znaczy... jakby ten jej milkowy posmak trochę o to zahaczał (nie, że waliła tym na kilometr). W Oreo 100 g po zmianach też mi jakaś "nie teges" się wydawała, więc muszę przyznać, że sprawa to dziwna.
Obstawiam, że po prostu czysta Milka jest kiepska, a zyskuje przy czymś. Czy ogółem się zepsuła? Pewnie jak wszystko - jak pisałam, nie kojarzę, czy czystą samą kiedyś jadłam świadomie, ale teraz... wydała mi się i tak mało milkowa w porównaniu do innych produktów marki.
Z takich czystych zasładzaczy wolałabym katować się Terravitą Classic mleczną, która była wyraźniej mleczna i waniliowa. Cukrowa do bólu, ale wolę to, niż dziwny motyw Milki.

Raptem po jednej kostce szczerze miałam dość cukru i autentycznie niesmaku... Plastiku.
Pod recenzję zmuszałam się do drugiej, ale w niej po prostu było coś nie tak. I wiem, że mogłabym się uporać bez problemu z całą przesłodzoną Terravitą PB, mlecznym Lindtem Whisky, ale tak słodka czysta, po prostu płaska czekolada jak Milka nie tylko nudzi, ale i męczy.
Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że z tej półki trudno pewnie o coś o wiele lepszego. Bo co, Alpen Gold, Goplana, Wedel? Lepsze na pewno są Terravita i Gross (ale ten chyba nie występuje jako samodzielna czysta mleczna czekolada).
Prawie cala powędrowała do Mamy. Jej w zasadzie smakowała, ale: "był w niej ten milkowy posmak, ale bardzo, bardzo w oddali. Nie tak, jak kiedyś, że od razu było czuć, że to Milka. Tutaj... smaczna była, ale ten posmak jakby zmieszany z czymś. I rzeczywiście, nawet mnie ten cukier powalił, już jak kończyłam. Z Wedlem dalej wygrywa.".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, pasta z orzechów laskowych, aromat

sobota, 13 lutego 2021

Milka Oreo White Chocolate biała z nadzieniem mlecznym o smaku waniliowym i kakaowymi ciasteczkami

Raz i drugi zdarzyło mi się zastanowić, czy kiedykolwiek jadłam np. czystą zwykłą białą Milkę czy Wedla. Zawsze kolejną myślą była wątpliwość, czy takie w ogóle istnieją. Na pewno dawno temu jadłam trochę łaciatej Milki, bo wtedy to było coś dziwnego i innego. Pamiętam, że porównując do zwykłej smakowała mi... ale obie były tak słodkie, że nie wiedziałam, czy jest między nimi jakaś wielka różnica, haha. Teraz na pewno wiem za to, jaka jest u mnie różnica ze słodyczami z kakaowymi ciasteczkami. Wizualnie podoba mi się wariant bieli przełamanej niemal czarnymi ciastkami, ale na smak zdecydowanie wolę połączenie wymaksowane, to znaczy bardzo czekoladowe i z kakaowym dodatkiem. Hershey's Cookies 'n' Chocolate smakowała mi o wiele bardziej niż Cookies 'n' Creme. Tu warto zauważyć, że w czekoladach o tym smaku nie pasuje mi to, że robią je z kremem. Milka Oreo po zmianach jakoś mnie nie chwytała, a jej bardzo czekoladowa odpowiedniczka już owszem. Milkę Oreo Choco w ogóle uważam za jedną z lepszych czekolad tej marki. Białej byłam i ciekawa, i bałam się.

Milka Oreo White Chocolate to biała czekolada nadziewana kremem mlecznym o smaku waniliowym (40%) i pokruszonymi ciastkami kakaowymi (12%).


Zaraz po otwarciu poczułam zapach cukru i mnóstwa śmietanki. Odnotowałam też śmietankę / mleko w proszku. Śmietanka poganiała śmietankę i mleko, pozwalając wmieszać się w siebie maślanej, typowo białoczekoladowej nucie oraz dusznej, sztucznej wanilinie. Zrównały się, ale nie były jednością. Na tej płaszczyźnie jednak i tak bardzo wyraźnie wyłoniły się kakaowe ciastka, których zapach umocnił się przy podziale.

W dotyku tabliczka była polewowo-miękkawa. Poniekąd się łamała, ale blisko jej do rwania się, wginała się w nadzienie. To było znacznie od niej tłustsze i bardziej miękkie, jednak... całościowo niezupełnie miękkie ze względu na dodatek. Wypełniała je sowita ilość większych i mniejszych kawałków ciastek. Chwilami wydawało mi się, że dodali ich więcej niż kremu.
W ustach czekolada rozpływała się raczej szybko, trochę polewowo-parafinowo miękko. Bardzo zalepiała, pozostawiając lekkie poczucie proszkowości. Odznaczała się maślaną tłustością. Nadzienie wyszło spójnie z nią, konsekwentnie zalepiało, mimo że było tłustsze w kontekście śmietankowo-oleistym, a więc miękko-rzadkim. Nie męczyło jednak, bo... wcale nie znalazło się go tam za wiele.
Skrywało chrupiąco-twardawe, ale z czasem też nasiąkające i rozpływające się herbatniki. Wydawało się, jakby to one były bazą nadzienia. Miejscami były jakby wręcz zmiażdżone i wymieszane z kremem. Chwilami miałam wrażenie, że między nimi rzęził cukier. Były dość konkretne, ale na pewno nie stwardniałe. Świeżą chrupkość zachowywały do końca, ale gdy się im na to pozwoliło, po dłuższym czasie miękły i wilgotniały, rozpływając się. Zacnie wpisały się wtedy w miękkie otoczenie.

W smaku sama czekolada dosłownie powaliła mnie ogromem cukru. Zaraz spróbowała ratować sytuację maślano-wanilinowym smakiem, co jeszcze pogorszyło sytuację. Wyszła nie dość, że przesłodzona, to odpychająco sztucznie jak tania polewa. Smakowała również śmietanką, ale doszukałam się w niej nuty mleka w proszku. Była nieprzytłaczająco białoczekoladowa tylko w pewnym stopniu. Drapała w gardle niemal od razu.

Nadzienie podbiło cukrowość, choć wydawało się to niemożliwe. Uwypukliło również śmietankę i dziwny motyw sztuczności nieudolnie udającej wanilię. Wanilina? Nie tylko, bo kojarzyła mi się ze szucznawym lukrem. Zapisałam sobie "wanilina-parafina", gdyż wiązało się z konsystencją. Kamuflowało się to trochę w śmietankowo-cukrowej toni, zaprawionej mlekiem w proszku. Mniej więcej w połowie zarejestrowałam też akcent oleju.

Ciastka w pierwszej chwili wydały się nie mieć wyraźniejszego smaku, a jednak odezwały się dość szybko, nawet nie rozgryzane (właściwie gryzienie ich prędzej, "obok" czekolady nie miało sensu, bo zagłuszała je). Po pewnym czasie wprowadziły kakaowo-pieczoną nutkę, choć same także były słodkawe. Z czasem wyszły wyraźniej; bliżej końca przełamały nieco wszystko inne goryczką. Należała do spalenizny, dopiero potem do kakao, które z kolei podkreśliła odrobinka soli.

Ciumkane i podgryzane ciastka okazały się bardzo wyraźnie i jednoznacznie. Zaskoczyły mnie gorzkawym i słonawym smakiem. Niewątpliwie jednak były również dość słodkie same w sobie, co wyjątkowo dobrze czułam, gdy próbowałam je osobno.

Mimo to, na końcówce to cukrowość grała pierwsze skrzypce, drapała w gardle. Ciastka rozgryzane kończone już po czekoladzie smakowały goryczkowatymi Oreo, ale słodycz wciąż była wyczuwalna bardzo mocno. Śmietanka schodziła na dalszy plan, a w ustach utrzymywała się ta wanilino-parafinowość i nieprzyjemna sztuczna oleistość.

Smaki całkiem nieźle się zgrały, zostając w posmaku jako przypalono-kakaowa goryczka ciastek i śmietankowe zacukrzenie od białej polewo-czekolady. Był też ten nieprzyjemny motyw smakowo-strukturalny. Jakiegoś tłuszczu i sztuczności, aż trudny do nazwania.

Nie mogę jednak powiedzieć, by była to kompozycja wyważona. Przesłodzona do bólu i tłusto-miękka, aż odpychająca w tym, choć wzbogacona o ciastka ratujące sytuację, które niewątpliwie czuć. Wyszło to więc ciekawiej od klasycznej. Na śmietankowo-cukrowym tle Oreo po prostu dały radę się pokazać, chociaż... nie tyle równoważyły słodycz, co wyróżniały się na jej tle. Gdy dochodziła do tego specyficzna Milka, zupełnie przegrywały. Tu jednak jej specyfikę wypchnął dziwny motyw. Kojarzył mi się z białymi polewami i kremem z Oreo. Nie był pierwszoplanowy, ale stał na drodze do cieszenia się z zalet, które też (jakieś) były. Pierwszy raz w życiu w ogóle używałam tak słowa "parafinowy", ale... wcześniej z czymś takim się nie spotkałam.

Całość wyszła ciekawie, ale na pewno do dopracowania, gdy chodzi o jakość. Wydawała się stworzona z cukru i taniochy, zabarwionego różnymi czynnikami. Postrzegam ją jako czekoladowo-nadziewaną wersję Hershey's Cookies 'n' Creme, co wyszło na plus, bo kremowi takie kiepskości jestem jeszcze skłonna wybaczyć (czystej tabliczce nie).
Wyszła według mnie ciekawiej od klasycznej Milki Oreo, bo z wyczuwalnymi oreowatymi ciastkami (i ogromną ich ilością!), ale do bólu cukrowo i kiepsko, więc z innymi wadami (ciastka jedynym plusem? słabo)... W zasadzie po dwóch kostkach miałam dość cukru, ale zjadłam ogółem 5 kostek - moje maksimum. Reszta powędrowała do Mamy. Jej w miarę smakowała: "zwłaszcza te ciasteczka smaczne i fajne, ogółem taka w porządku, ale nie, żeby drugi raz kupić". I nawet ona przyznała, że za słodka oraz że było w niej coś z polewy.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 3,49 zł
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, mąka pszenna, tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 0,7%, syrop glukozowo-fruktozowy, emulgator: lecytyny sojowe; skrobia pszenna, substancje spulchniające: E501, E503, E500; sól, aromaty, regulator kwasowości: E524

niedziela, 17 stycznia 2021

Milka Almond Crispy Creme mleczna z nadzieniem migdałowym i karmelizowanymi, solonymi migdałami

Mimo że nie przepadam za Milką, do samej marki nic tak specjalnie nie mam. Ich czekolady po prostu nie zapewniają tego, czego w czekoladach szukam, a inne ich słodycze postrzegam jako drogie i przeciętne jakościowo (z obserwacji, co tam Mama szamie, bo ogólnie inne mnie nie ciekawią). Wiele czekolad omijam, patrzę nie patrząc, ale są też takie, które kuszą. Są takie, które potrafiły mi bardzo, bardzo posmakować jak np. Mmmax Nuss & Nougat Creme. Nie wiem dlaczego to właśnie o niej pomyślałam, gdy zobaczyłam nowość - dzisiaj przedstawianą - i zaplanowałam upolowanie jej. O wiele bardziej w końcu przypominała Crunchy Hazenut, która bardzo mnie rozczarowała już w czasach, gdy czekolady Milki lubiłam. Nie wiedziałam, czego spodziewać się "jak wyjdzie", ale wiedziałam, że lata nie przetrwa, toteż wzięłam się za nią niedługo po zakupie, nie z jakąś szczególną ochotą, ale np. z całkiem miłymi wspomnieniami związanymi z Terravitą Peanut Butter.


Milka Almond Crispy Creme to czekolada mleczna nadziewana kremem migdałowym (39%) i karmelizowanymi, solonymi kawałkami migdałów (5%).

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam wyrazisty cukrowo-mleczny zapach, który miał dziwny, podprażono-nieokreślony motyw i skojarzył mi się z chałką / mleczno-maślaną bułeczką. Zarejestrowałam w tym migdałowość, a całość przypominała mleczne, ale właśnie bardziej migdałowe, czekoladki dla dzieci. Migdały i mleczna bułeczkowość nasiliły się po przełamaniu

Tabliczka już w dotyku była tłusta, prawie lepka, ale nie aż tak bardzo miękka. W sumie to jeszcze jakoś tam się łamała, a nie rwała. Przy robieniu kęsa kostki trochę się już uginały.
Średnio gruba warstwa czekolady skrywała przeciętną ilość tłustego i miękkiego kremu.
Cechowała go plastyczność i wyciskanie się, mazianie typu wręcz oleistego. Dostrzegłam w nim parę rozmaitych kawałków: migdałów, migdałów pokrytych karmelem oraz kawałków-kryształków. Wielkość miały różną, acz same migdały-migdały to najmniejsza część.
W ustach czekolada szybko miękła, rozpływała się w średnim tempie, ujawniając błyskawicznie rozpływające się nadzienie, które... od razu w sumie było miękkie i lepiszcze. Odznaczało się miękką, niemal półpłynną, tłustością oleju i śmietanki. Sporo w tym wszystkim było proszkowości (jakby całość aż trzeszczeć chciała), a przerywnik stanowiły pozytywnie twarde chrupacze. Na tym jednak koniec ich plusów. Migdały to drobinki chrupiąco-prażone, większość jakby w warstwie chrupiąco-rozpływającego się cukru i kryształki cukru z solą osobno. Zupełnie mi to nie odpowiadało - poczucie, jakby dodali tam bryły cukru i tyle ("migdały"... pff, dobre sobie).

W smaku już od samej czekolady rozchodziło się cukrowe tornado, po czym usta zalewało mleko. Zaraz zaczęło mnie drapać w gardle od przesadzonej słodyczy, a w ustach poczułam dziecięco czekoladkowy smaczek. Sama czekoladowość wydała mi się dziwnie podrasowana (pewnie przesiąkła nadzieniem).

Mleczne tsunami wraz z kolejnymi falami słodyczy dołączyło do tego wraz z nadzieniem. Wydało mi się przede wszystkim śmietankowo-mleczne. Szybko wyłapałam w nim migdałowy element. To on podkreślał samą czekoladowość. W pierwszej chwili przypominał raczej nugat, ale zaraz pokazał się od wyraźniejszej, ewidentnie migdałowej strony, choć cukier bardzo ją przygłuszał. Wydaje mi się, że wyłapałam olejek migdałowy. Czułam też mdławość oleju / tłuszczu, jakby rozrzedzającą smak wnętrza. Znów skojarzyło mi się z czymś mlecznym i wypieczonym (bułeczki / chałka?). Kiedy dodatki zaczęły się nieco wyłaniać, w wysokiej cukrowości doszukałam się smażonego motywu, przy czym zaplątała się też palona goryczka, niewątpliwie nakręcająca się przy wyłaniających się dodatkach.

Od chrupaczy rozchodziły się różne nuty. Smażono-przepalony motyw zaburzał mi resztę, ale nie był bardzo silny. Dodatki dodawały dużo cukrowości swojej własnej: zarówno czystej cukru, jak i karmelowo-palonej. Niektóre, te kryształkowo-cukrowe, wydały mi się jednocześnie słone same w sobie, przez co jeszcze bardziej kojarzyły się ze smażonym karmelem. Soli na pewno nie pożałowało. Większe kawałki migdałów na szczęście smakowały po prostu migdałami. Wyszły bardzo zwyczajnie, nie jakoś specjalnie wyraziście. Często trafiłam na odrobinkę soli, podkreślającej bardziej prażenie migdałów niż migdały.

Część cukru z dodatków zostawała zadziwiająco długo i chcąc nie chcąc gryzłam ją, co przełożyło się na bonusowe kopsnięcia cukru i palono-smażonego cukru z solą. Gdy bliżej końca zaczęłam porządniej podgryzać dodatki, migdały przełamały nieco kompozycję, sól przy nich dogorywała. Mimo to... wciąż zdarzyło mi się też kryształki soli chrupnąć. Potem razem tonęły w cukrowości i nijakości mleka i oleju / tłuszczu, które jakoś się zrównały.

Dodatki zostawione na sam koniec niby smakowały kolejno: solą, cukro-karmelem i mocno prażonymi migdałami, ale takimi bez charakteru po tym wszystkim. To jednak i tak m.in. dla migdałów było lepsze niż rozgryzanie w trakcie jedzenia, bo po prostu w trakcie nie było ich czuć.

Po zjedzeniu został nieprzyjemny posmak cukru, olejku migdałowego i oleju, sztuczności, ale też soli i samych migdałów. Miałam wrażenie, ze wisi nad tym jakiś nieokreślony kwasek.

Czułam się zatłuszczona, także na ustach i dłoniach, a także zacukrzona. Po trzech kostkach zemdliło mnie od cukru i tej oleistej tłustości, czemu nie pomagała sól, bo kręciło się przy niej smażenie cukru.

Kompozycja wydała mi się iście amerykańska: do bólu cukrowa, słona i tłusta. Ok, spora ilość soli przełamała słodycz, ale... nie tędy droga, bo ta i tak drapała w gardle. Dodatki zepsuto, bo migdały były mało wyraziste, a kryształki cukru nie tylko je pokrywały, ale też wystąpiły osobno. Na smak też... przesmażony cukier z solą? Bardziej to niż solony karmel. Migdałowości nie mogę jej odmówić, ale nie grała mi zbytnio. Czekolada niby migdałowa, niby z przełamaną cukrowością, ale jednocześnie... w same migdały skąpa i i tak za słodka.
Mamie smakowała, a dokładniej... zakochała się w kremie, którego jednak smaku sprecyzować nie umiała. Stwierdziła: "tego posmaku specyficznego Milki nie czułam to i całość chyba trochę mi za słodka była. Ale dlatego to i ta sól mi zupełnie nie przeszkadzała. Tylko te kawałki chrupiące już tak. Co to było? Jakiś karmelizowany cukier?". Jak ją oświeciłam, że migdały, odparła, że w życiu by nie zgadła.


 ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland
cena: 3,99 zł (za 90g)
kaloryczność: 568 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, miazga kakaowa, pasta z migdałów (4,5%), tłuszcz mleczny, kawałki migdałów (2,5%), lecytyny sojowe, pasta z orzechów laskowych, sól, aromat

niedziela, 13 września 2020

Milka Dark Milk Salted Caramel mleczna 40 % z solonym karmelem

Sporo czasu minęło odkąd próbowałam ciemną Milkę Zartherb / Extra Cocoa. Była niezła, ale w zasadzie znudziła mnie. Ta ciemniejsza seria, która pojawiła się w Polsce jakoś na jesień 2019 (?), niespecjalnie mnie kręciła: czysta nudna, a za karmelizowane i pokawałkowane migdały podziękuję. Dzisiaj przedstawiana też jakoś specjalnie nie kusiła, nie interesowała, ale postanowiłam ją sprawdzić. Może to akurat moja Milka? A może miała się przy niej zwiększyć tolerancja na kakao Mamy?
Miałam nadzieję, że producent napisał prawdę, podkreślając, że karmel został lekko posolony. Lubię, gdy sól czuć, ale jest to w granicach rozsądku, a nie... kopalnia soli. I byłam ciekawa, jak wypadnie w porównaniu do solonego karmelu z Vosges Pink Salt Caramel jedzonej parę dni wcześniej (degustacje planuję z wyprzedzeniem). Jako jednak, że przybrał inną formę, niż się spodziewałam... ot, takie zestawienie dwóch różnych oblicz się skumulowało.


Milka darkmilk Salted Caramel to mleczna czekolada o 40 % zawartości kakao z "lekko solonymi kawałkami karmelu (10 %)".

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, poczułam zapach cukru oraz cukrowo-maślanych cukierków, karmelków oraz - bardzo obrazowy - kakao / czekolady na wyrazistej śmietance. Trochę "kakałko dla dzieci", ale nie takie urokliwe. Doszukałam się w tym motywu sztucznego, mało karmelowego karmelu (karmelków?).

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusta, jakby chciała zacząć się rozpuszczać już w dłoniach, ale coś ją stopowało. Okazała się dość twarda, a przy łamaniu trzaskała jak przeciętna ciemna. Wykazywała lekką kruchość. Hojnie sypnięte dodatki trzymały się jej jednak dobrze. Okazało się, że zatopiono całkiem spore sztuki i trochę mniejszych, ale nie śmieszną drobnicę.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, bez oporu. Wykazywała lekką gęstość, a jej cechą główną okazała się śliskość i zbito-maślana tłustość.
Z wolna ujawniała karmel. W zasadzie trudno było o kęs bez niego. Był lekko chrupiący do samego końca, choć częściowo nasiąkał i rozpuszczał się (bardzo powoli). Przypominał cukierki typu Werther's w wersji zawilgocono-krucho krówkowej. Były twardawe, ale w pozytywnym sensie. Rozchodziły się bowiem na grudki jak suche krówki, chrupiąc przy tym i skrzypiąc jak rozgryzane Werthersy, trochę tylko oblepiały zęby, bo zaraz się rozpuszczały. Wyszły naprawdę świetnie - to główna zaleta tej czekolady.

W smaku od początku poczułam lekko gorzkawe kakao, z zaznaczoną leciutką cierpkością i goryczką.  Miało wydźwięk nie tyle ciemnoczekoladowy, co polewowo-kakaowy. Wydało się przyzwoicie poważne, trochę torfowo-grzybowe. Goryczkę zdecydowanie podkreślił palony motyw, wręcz spalenizna, który przybierał na sile i w końcu wyszedł na pierwszy plan.

Wysoka słodycz zaznaczyła swoją obecność, ale mieszając się z mlekiem i maślano-grzybowym posmakiem, wyszła bardzo przystępnie i nienachalnie. Niestety jednak szybko odnotowałam w niej pewną sztuczność... Tanie toffi lub...? Coś słodko-sztucznego, bliżej nieokreślonego. Cukier swoją obecność zaznaczył delikatnie także w gardle.

W połowie rozpływania się kęsa spalona nuta, paloność ogółem znalazły się na przodzie i wymieszały się z maślanością i słodyczą. W to z kolei świetnie wpisał się palony cukier, którego smak wzrastał przy wyłaniających się kawałkach. Wyszły jak palono-cukrowe maślane cukierki typu Werther's Original, a więc zdecydowanie bardziej maślano-toffi niż karmelowe.
Tu jednak wkroczyła sól, wydobywająca się z tychże "cukierków". Ewidentnie to je posolono (nie czekoladę). W samej czekoladzie podkreśliła goryczkowato-przypaloną nutę oraz karmelowość właśnie. Była wyraźnie wyczuwalna, ale wkomponowana w otoczenie. Sól nie odstawała, w dużej mierze zabiła natomiast nieprzyjemny, sztuczny posmak.

Po wyłonieniu się dodatków, bliżej końca, smak zrobił się bardziej śmietankowo-maślany, złagodniał. Mimo że smakowa słodycz aż tak nie wzrosła, w gardle drapała dość mocno. Goryczka z paloną nutą nieźle się trzymała.
Gdy jednak rozgryzałam karmelki, zdecydowanie mniej było paloności samej w sobie, a więcej maślano-karmelowo-cukrowej słodyczy i soli.

Po wszystkim pozostał posmak gorzkawej, ale łagodnie maślanej, a jednocześnie cukrowej czekolady, podkreślonej szczyptą soli oraz maślanych cukierków, zdecydowanie podkręconych solą (bo gryzłam je już na koniec i bliżej końca). Niestety po raptem dwóch kostkach cukier nieprzyjemnie znaczył teren w gardle.

Bardzo spodobał mi się dodatek, którego tak się bałam. Chrupacz okazał się mieć idealną strukturę, a i w smaku nie wyszedł źle. Może nie był to karmel, a maślano-toffi karmelki, ale już ilość soli - doskonała! Żałuję, że paloność nie pochodziła właśnie od nich, a z czekolady. Kakao musiało zostać przypalone i właśnie większość gorzkości była tu pochodzenia spaleniznowego (chociaż przy 40 % nigdy nie będzie mocnego kakaowego kopa). W całości i tak był cukrowy posmak sztucznego czegoś, jaki czułam też w Milce Zartherb / Extra Cocoa, a nawet inny - dziwnie grzybowy (ale często pojawiający się w czekoladach) i polewowy. Gdy wracam do tamtej myślami, wydaje mi się, że baza dzisiaj przedstawianej była po prostu gorsza - ocenę wystawiam tak wysoką, bo tu kupił mnie dodatek (sama baza chyba dostała by 4 albo 5 - bo nie wiem, na ile przesiąkła dodatkiem). Tak mi go szkoda... żałuję, że nie można tego jakoś wyjąć i wsadzić w lepszą bazę.
To w sumie nie zła tabliczka, która... mnie nie kręci ze względu na kiepską bazę. Zdecydowanie to czekolada łagodna, niezabijająca cukrem. Mimo że nie tak przesłodzona, to niestety z innymi wadami... Kiedyś czytałam, że lecytyna słonecznikowa może dodawać taki dziwny posmak, olej też - może to to?
Cztery kostki wystarczyły, by zmęczyć mnie tym posmakiem i drapaniem w gardle oraz trochę tym znudzić. Wolałam zostać z całkiem spoko wrażeniem, bo czułam, że w moim przypadku może być już tylko gorzej. Resztą obdarowałam dwie bliskie mi osoby, które Milki itp. potrafią docenić bardziej, niż ja: Mamę i Olgę.
Mamę również zachwycił dodatek, bo stwierdziła, że to właśnie "solone toffi doskonałe, takie maślane i nietwarde, niezaklejające zębów". Po kostce jednak odpadła, bo baza jej nie smakowała - "jakaś taka ciemna... gorzka, ale w dodatku trochę czekoladopodobna". Po tym trochę było mi wstyd przed Olgą to wysyłać, ale... uznałam, że chociaż ze względu na karmel toffi warto.


ocena: 6/10 (głównie za zacny dodatek)
kupiłam: Tesco
cena: 3 zł (za 85g; promocja)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, syrop cukru inwertowanego, masło, syrop glukozowy, sól morska, emulgatory (lecytyny sojowe, lecytyny słonecznikowe), naturalny aromat waniliowy, regulator kwasowości (E 500), olej słonecznikowy

niedziela, 9 sierpnia 2020

Milka Mmmax Strawberry Cheesecake mleczna z nadzieniem o smaku sernika, herbatnikiem i nadzieniem truskawkowym

Nie ukrywam, że nie przepadam za Milką, ale nie wypieram się, że parę bardzo mi smakowało. Dużych sama sobie jednak za nic bym nie kupiła, choćbym nie wiem, jak pyszne miały być. Mam jednak to szczęście, że Mama wręcz kocha plebejskie, przeraźliwie słodkie słodycze, a jej ulubiona forma to ciastka i batony. Dobrze się więc złożyło, że większość dużych tablic popularnych marek takie właśnie przypomina - znalazły się w kręgu zainteresowań Mamy. Mogłam więc zgarnąć sobie porcję, jaka mi odpowiadała, nie wydając ani grosza! Cudnie. Nie wszystkie jednak nas ciekawiły. Ta na ten przykład o dziwo ciekawiła mnie nieco bardziej niż Mamę, bo ona bała się kwasku. Ja z kolei mam całkiem niezłe doświadczenie z sernikowymi czekoladami. Nie mówię już nawet o przepysznym Zotterze Cheese-Walnut-Grapes, czy niemieckich dawnych limitkach Lindta mit Liebe gemacht: Kasekuchen-Mandarine i Quark-Kirsch, ale też o Wedlu Cookie o smaku Cheesecake. Ok, gdy chodziło konkretnie o serniki truskawkowe (Lindt Hello... oraz First Nice), było już gorzej, a tej zdecydowanie bliżej do nich, ale... Nie skreślałam jej. Sernik zawsze bowiem był jednym z ciast, które lubiłam (mimo nieciastowej natury). Może nie owocowy, ale co tam.


Milka Mmmax Strawberry Cheesecake to mleczna czekolada z kremem o smaku sernika (35%,) herbatnikami (13%) i nadzieniem / żelem truskawkowym (11%).

Po otwarciu poczułam intensywny zapach przecukrzonego do granic możliwości sernika... serniczka, serniczusia. To niemal serkowy, twarożkowy sernik z czystym cukrem, wzbogacony o uroczo-słodziaśny motyw. W oddali dowąchałam się też sugestii homogenizowanego serka truskawkowego, zwłaszcza po przełamaniu, kiedy to też pojawiła się nutka ciasteczkowo-biszkopcikowa. Wszystko to było urocze, jak tylko można sobie wyobrazić.

Przy łamaniu tablica wydawała się konkretna i miękkawa zarazem. Wydawało się, że lada moment zacznie rozpuszczać się w dłoniach, wginać, ale... Słychać, jak się łamała. Sama czekolada leciuteńko pykała - to ciastko wydawało chrupnięcia. Krem, otaczający herbatnik z dwóch stron, wyglądał na dość zwarty, ale to tylko pozór.
Samo ciastko za to też takie zwarte nie było, bo łamało się idealnie po liniach, krusząc się bardzo. Twardości i konkretu jednak na pewno dodało.
Truskawkowy żel mieścił się na wierzchu, po środku każdej kostki, nieco się ciągnął i lepił. Nie było go zbyt wiele.
W ustach czekolada szybko miękła, rozpływając się z ochotą. Cechowała ją tłustość i gęstość.
Krem okazał się jeszcze tłustszy, ale w kontekście strasznie oleiście-śmietankowym. Był mięciuteńki i mazisty. Mieszał się jednak spójnie z szybko mięknącą i zalepiającą czekoladą.
Warstwy te zalepiały wspólnie.
Sos truskawkowy też zalepiał, ale znikał szybciej z racji tego, że mimo że jak na żelo-sos był gęsty, to jednak rzadszy od pozostałych warstw. Wydał mi się "przyjazny" (bez pestek, scukrzenia czy czegoś tego typu), choć mało soczysty, a gładki w sposób nie owocowy, a bardziej po prostu żelowy.
Ciastko z kolei to konkretny twór dość tłusty i dobrze wypieczony, chrupki i pełny.
W porę gryzione chrupało, pozostawione samo sobie, rozpływało się na gęstą, tłustą masę ciasteczkową z ciastkowymi płatami (?), więc w zasadzie i na koniec było, co chrupnąć. Przez proporcje zrównał się z resztą, uważam więc, że był za gruby (bo to jednak nie ciastko miało być główną atrakcją).
Przez układ warstw, dość spore znaczenie miało, jak umieściło się kawałek w ustach. Wolałam do góry spodem, a najlepiej w ogóle bokiem kęsa, bo wtedy ciastko miało więcej czasu, by się rozpłynąć, a żel szybciej wkraczał w smaku.

W smaku czekolada uderzyła cukrem i mlekiem, przy czym miało to specyficzny, uroczy posmak. Co więcej, nasiąkła motywem słodkiego ciasta.

To był sernik serkowo-serusiowy, bardzo słodki, cukrowy, ale wyraźnie śmietankowo-sernikowy. Trochę zaleciał mi margaryną.
Na próżno szukać w nim kwasku nabiału, zaraz za to wzrosła mleczność, a jednocześnie... cukrowa słodycz. Drapała w gardle.
Biały krem okazał się więc przede wszystkim słodki, ale autentycznie sernikowo-serkowy, ciastowy. Niestety, z czasem zaczął się wydawać również margarynowy i tłuszczowo-mdławy. Trochę, ale jednak.

Co więcej, był to konkretnie sernik na ciasteczkowo-biszkoptowym spodzie. Słodki biszkopcik również w tym kremie czułam. Skojarzenie to podkreśliło ciastko, które odzywało się niepytane niegryzione. Zrównało się ze smakiem pozostałych warstw, odciągało czasami uwagę od smaku truskawkowego sernika / serka.

W tym czasie dawało o sobie znać także nadzienie truskawkowe. Prezentowało słodziuteńką, dżemikową truskawkę, przy czym był to smak delikatny, nienapastliwy. Z jednej strony wplatało też kwasek, podpinający się pod biały krem. Podkreśliło więc skojarzenie z sernikiem. W całości jednak ten kwasek wydawał się niemal iluzoryczny (na pewno za to czułam go, gdy wydobyłam trochę żelu osobno). Żel smakował zaskakująco naturalną truskawką, ale jego słodycz i tak była przesadzona.

Ciastko w odniesieniu do tego wszystkiego wyszło mało słodko, ale także ono do słodyczy się dołożyło. Znacznie wyraźniej jednak czułam w nim porządne wypieczenie i smak maślano-margarynowych ciastek średniej jakości, które udawały biszkopty. Albo biszkopty, które wyszły jak ciastka maślane? Raz czy drugi nawet trochę słonawo zaleciało.

Wszystko łącząc się autentycznie odlegle przypominało sernik serniczek z maślanym ciastkiem i nutką truskawek. Czekolada cały czas również była obecna, nadając jeszcze bardziej dziecięcy kontekst.

Po zjedzeniu zostało zacukrzenie totalne (cukrowy pożar w gardle właściwie już po dwóch kostkach), ale też posmak mleka, śmietankowego serka i ciastka. Czułam sztuczność, bliżej nieokreśloną... ciastkowo-ciastową? Na pewno nie truskawkową, owoce wcale jakoś się rozmyły.

Zdziwiłam się, że całkiem-całkiem mi to smakowało, ale... po dwóch-trzech kostkach mogłabym skończyć. Zjadłam pasek, bo tyle przygotowałam na pierwsze podejście, ale... nie miałam ochoty na kolejne. Mimo to, zrobiłam je - wtedy nie podołałam już takiemu paskowi, bo takie zacukrzenie szybko mnie męczy / nudzi. Patrząc na cenę, formę i efekt, jakoś bardziej mi się to podoba niż Lindt.
Problemem tej tabliczki jest mordercza słodycz, a przez to mdły, nijaki smak. Cukier przykrył wszystko. Słodki krem... leciutko sernikowy. Słodki żel... leciutko truskawkowy. Ciastko jak ciastko, może być. Jeśli miało neutralizować słodycz... słabo mu szło. Może miało osłabić smaki? To poszło mu już lepiej. Najpiękniejszy to był zapach. Chciałabym, by czekolada smakowała, jak pachniała.
Planowana połowa (z nadwyżką) Mamy wróciła do niej, ja zaś ze swojej części dwa paski wysłałam Oldze z livingonmyown (zapraszam także na jej recenzję). Mama uwielbia serniki, ale słodycze sernikowe już mniej, więc jej entuzjazm ogromny nie był. Stwierdziła jednak, że czekolada smaczna, ale - nawet ona to powiedziała! - za słodka. Jedząc ją na przestrzeni dwóch-trzech dni, zmieniła nieco zdanie, dodając: "jednak coś w niej jest", "taka... ciekawa".


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Tesco
cena: jak wyżej (ale chyba 11 zł zapłaciła za 300g)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, syrop glukozowy, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, koncentrat truskawkowy (1,5%), śmietankowy ser w proszku (1%), substancja utrzymująca wilgoć (glicerol), lecytyny sojowe, koncentrat soku cytrynowego, odtłuszczony jogurt w proszku, pasta z orzechów laskowych, koncentrat soku z czarnej porzeczki, aromaty, sól, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu)

piątek, 3 kwietnia 2020

Milka Zartherb / Extra Cocoa ciemna mleczna 45 %

Nie ukrywam, że nie lubię produktów Milki, ale nie jestem bardzo negatywnie nastawiona do marki. Z jednej strony nie podoba mi się to, jak się panoszą, windując swe ceny, za którymi w parze nie idzie jakość, ale z drugiej lubię marki "z pomysłem" i chyba dobrze, że wprowadzają taką różnorodność. Tylko żeby jeszcze z rozsądkiem... No ale dobra. Od czekolady po żelki... a zobaczcie, że ciemnej czekolady to Milka nie ma. Nawet w Triolade jest przecież mleczna o zwiększonej zawartości kakao, a nie ciemna. Zawsze byłam ciekawa, jak też smakowałaby ich ciemna, ale... może właśnie taka kłóciłaby się z konwencją marki? Bo jednak krowa, całe to "alpejskie mleko"... Bo rozumiem, że żelka to coś tam z krową pewnie ma wspólnego... Nie rozumiem, dlaczego żelki tak, całkiem ciemna czekolada nie. Mimo wszystko, ucieszyłam się z możliwości spróbowania tej o podwyższonej zawartości kakao. Szkoda tylko, że wśród ostatnio próbowanych i tak wypada raczej blado.


Milka Zartherb / Extra Cocoa to ciemna mleczna czekolada o 45 % zawartości kakao.

Po otwarciu poczułam delikatny, bardzo słodki zapach kakao dla dzieci i mdławej śmietanki. Wyraźnie czuć mleczność kompozycji, a ja miałam wrażenie, że wącham orzechowe ciastka w czekoladzie nieokreślonego rodzaju.

W dotyku tabliczka sprawiała wrażenie tłustawej, ale nie lepiła się i nie topiła. Polewowo gładka, przy łamaniu niewątpliwie twarda, trzaskała, jak by była zastygłym na twardo miękkim kremem.
W ustach rozpływała się tłusto-kremowo i trochę zalepiając. Dość szybko, ale wolniej niż przeciętna czekolada, bo w gęstszy sposób. Miękła, ale pozostawała częściowo zwarta. Jawiła mi się jako lekko pylista.

Od pierwszego kęsa miałam wrażenie, że to "czekolada z czegoś", a więc jakiś ciastek, ewentualnie  taka do rozpuszczenia na mleku. Kakałko, jakie szybko zajmowało pozycję na czele, było bowiem słodkie i delikatne.

Wtórowała mu silna słodycz, która już po chwili aż zadrapała w gardle, a w ustach roztoczyła smak cukru i trochę sztucznawy, najpierw bliżej nieokreślony.

Minimalna, wręcz złudna goryczka czy cierpkość kakao natychmiast została zalana... śmietanką rozrzedzoną mlekiem. Nie było to "esencjonalne" smakowo, acz niewątpliwie mleczne.

Kakałko, mleczność i poczucie "czekolady z czegoś" w połowie rozpływania się kęsa przywołały skojarzenie z ciastkami orzechowymi. Wyraźniej czułam sztucznawy posmak - nie jestem jednak pewna, czy orzechowy... Wpisywał się w wysoką słodycz, więc z czasem myślałam raczej o niemożliwie cukrowym, maślanym toffi. Trochę było w tym i palono-karmelowej nuty z racji wyczuwalnego kakao, ale w gruncie rzeczy to wciąż słodycz milusia, cukrowa.

Pod koniec słodycz i sztucznawe echo mieszały się z nieźle wyczuwalnym, acz prostym kakao za sprawą mleka / śmietanki. Kojarzyło mi się z takim do picia.
Po zniknięciu kawałka pozostało poczucie przesłodzenia, posmak delikatnego, słodkiego kakao i orzechowo-śmietankowy. Leciutka cierpkość też się w tym odnalazła.

Tabliczka miała wydźwięk przesłodzonego kakao na mleku / śmietance "o smaku..." od Milki. I tutaj takie milkowato-sztuczne nuty maślano-toffi czy orzechów można podpiąć. Szczerze to nie kojarzę już tak bardzo, jak smakuje czysta Milka, ale ta... wydaje się do niej zbliżona, tylko jakby dosypać trochę słodkiego kakao. To na plus, i pewnie tak miało być. Co więcej, zawarła pewne cechy czekolad ciemnych śmietankowych, ale... w zasadzie wszystkie takie, jakich próbowałam, były od niej lepsze. Niektóre też zasładzające, ale jakieś... śmietankowo-ambitniejsze?
W zasadzie całkiem smaczna, ale szybko nużąca przez cukrowość. Przy drugiej kostce pojawiło mi się w głowie "po co ja to jem?", więc nawet nie mam zamiaru sprawdzać, jak ona się ma do czystej dark milk, która zawitała jakiś czas temu do Polski. A i większość tej oddałam Mamie, która to lubi silniejszą słodycz ode mnie, a nie lubi goryczki kakao. W tę czekoladę się wciągnęła, stwierdzając: "Nie za słodka, dobrze się rozpuszcza; dobra, ale taka bardziej ciemna, dla mnie trochę za bardzo gorzka". Gdy powiedziałam o moim skojarzeniu z kakao dla dzieci, przyznała mi rację, że tabliczka jest bardziej "jak kakao niż ciemna czekolada".
Gorsza od mocno śmietankowej, pełnomlecznej i lekko waniliowej Merci Dark Cream / Herbe Sahne i już na pewno gorsza od Kaufland Classic Edel Herbe Sahne (i Bellarom, ale ta została dawno wycofana). Wspomniane są po prostu głębsze (nawet nie to, że np. bardzo mniej słodkie).


 ocena: 7/10
kupiłam: stoisko z produktami z Niemiec
cena: 3 zł (chyba)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, masło klarowane, słodka serwatka w proszku, lecytyna sojowa, orzechy laskowe, naturalne aromaty

wtorek, 14 stycznia 2020

Milka Choco Jaffa Chocolate Flavor Mousse

"Kto nie zna obgryzania Delicji dookoła, oddzielania biszkoptu i zjadania galaretki na koniec?" - a no ja nie znam. Nigdy bowiem nie lubiłam galaretek. Znam za to obgryzanie biszkoptu z czekoladą, zjadanie samego biszkoptu i ze wstrętem oddawanie galaretki Mamie. Jednym z moich dziecięcych marzeń były ciastka tego typu, które zamiast galaretki miały by czekoladowy zakalec lub coś w podobie do trufli z alkoholem, tylko bardziej miękkiego. Jedno i drugie widziało mi się jako coś "dla dorosłych", zakazanego. Z uśmiechem to wspominam. Z nieco mniej pewnym, a bardziej ironicznym przypominam sobie ciastka Milka ChocoJaffa Toffee Flavoured Mousse. Dzisiejsze ciastka może tylko odrobinę zbliżają się do tego wyobrażenia, ale jako że czekolada zawsze wygrywa u mnie z toffi, założyłam, że będą lepsze. A i tak kupione zostały raczej  "dla zgrywu" i bo na takie wyskoki pozwalam sobie z lekkim sercem, tylko dlatego że mieszkam z Mamą codziennie pochłaniającą słodkości, w których ilość cukru mnie by zmogła.


Milka Choco Jaffa Chocolate Flavor Mousse to biszkopty z pianką o smaku czekoladowym (46%) oblewane czekoladą mleczną (20%).

Zbliżywszy nos do paczki po otwarciu poczułam nawet przyjemny, cukrowo-czekoladowy zapach podchodzący pod alkoholowe / spirytusowe tony. Wąchając ciastka uważniej, trafiłam jednak na wręcz duszną mieszaninę cukru i margaryny. Ani krzty kakao.

Czekolada wydawała się tylko czekać na okazję, by ostać się na dłoniach, jednak nie mogę powiedzieć, by już w nich się topiła. Spełniała jednak wszystkie warunki takowej. Tłusta i ulepkowata, stanowiła cienką, w ustach szybko rozpuszczającą się warstwę.
O ile czekolady trochę pożałowali (kwestia dyskusyjna, czy to dobrze, czy źle), tak miękkiej pianki nie (tłumaczenie adekwatniejsze od tytułowego "mousse") . Wydała mi się glutowato-żelkowata i nieco ciągnąca. Była śliska i trochę margarynowa. Niby roztrzepana, ale ciężka. Kojarzyło mi się to ze zżelowaną bitą śmietanką w sprayu tak ciężką i "nieteges", że zapychającą dozownik (żeby było śmiesznie, nigdy z żadną nie miałam do czynienia). Mousse? Jakiś jednak galaretowaty.
Biszkopt wyglądał na suchy, bo trochę się kruszył, ale podczas jedzenia wilgotniał w sekundę. Rozpływał się na kapciowatą, nieco tłustą masę. Trochę zapychał, ale wyszedł raczej lekko, biszkopcikowo. Sprawdził się doskonale, gdyż równoważył galaretowate nadzienie.
Ciastka wyszły spójnie. Miękko fafłate, raczej tłuste, ale jak na takie coś w miarę wyważone. Według mnie było to jednak obleśne. Taka gluto-żelka z biszkoptem, ciagnąco-zalepiająca.

Czekolada atakowała czystym cukrem. Przy jej ilości trudno wyłapać inne posmaki, w tym mleko.

Pianka uderzała cukrem, który mdlił niemal natychmiast. Łączył się bowiem z pewną... pudrowością / sztuczną piankowością (rodem z marshmallow). Ogromną rolę odegrał smak margaryny i masła, które zrobiły też trochę miejsca mleku. Smak był trudny do określenia, gdyż zaburzony przez irytującą sztuczność. Cukier przodował, a mieszając się z nimi, przełożył się na skojarzenie raczej z wyjątkowo kiepskim toffi niż czekoladą. Białą śmierć goniła mdłość, nieco zakropiona udawanym procentem.

Biszkopt także raczył słodyczą, ale o dziwo w miarę w normie. Smakował delikatnie, jajecznie i wręcz mlecznie. Zajeżdżał margaryną i waniliną / pseudowaniliową nutą, ale nie mam mu nic większego do zarzucenia. Przeciętniak. Szkoda tylko że w całości odegrał znikomą rolę.
Nad wszystkim górowała bowiem cukrowo-margarynowa, chemiczna pianka - paskudna, jak mało co.

To, czego w końcu kęs przybrał formę w ustach, by zaraz zniknąć i w smaku, i w konsystencji kojarzyło mi się z zepsutym, wysmarkanym Pawełkiem, którego alkohol w większości się ulotnił.
Cukrowość i sztuczna pudrowość pozostały w posmaku.

Ciastko obrzydziło mnie, że do drugiego gryza nie mogłam się zmusić. Nawet próbowałam to trochę jeszcze skubnąć... a to nożem, a to zębem, ale... brr. Aż mi ciary po plecach przeszły! To biszkopt z żelko-pianką przypominającą glut z nosa, co tworzyło gęsto-śliską zbitkę o smaku przede wszystkim cukrowo-sztucznym. To pudrowo-sztuczna słodycz, margaryna i mleczonść z udawanym alkoholem. Toffi-czekoladowa pianko-żelka z biszkoptem utworzyły kompozycję jakby wręcz zepsutą (ale czuć, że taka nie była). Dawno czegoś tak potwornego nie próbowałam.
Resztę oddałam Mamie i powiedziała dosłownie to samo! I nie mogła uwierzyć, że Milka coś takiego wypuściła.


ocena: 1/10
kupiłam: Carrefour
cena: 5,19 (Mama płaciła)
kaloryczność: 375 kcal / 100 g; sztuka 14,2 g- 53 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, mąka pszenna, jaja, woda, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, skrobia ziemniaczana, serwatka w proszku, olej rzepakowy, tłuszcz mleczny, substancja żelująca (pektyny), barwniki (karmel amoniakalny, węgiel roślinny, karoteny), białko jaja w proszku, aromaty, emulgatory (lecytyna sojowa, E476, E471), pasta z orzechów laskowych, sól, substancja spulchniająca (węglany amonu), regulator kwasowości (kwas cytrynowy)