Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Peru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Peru. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Cokoladovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80 % ciemna z Peru

Po paru tabliczkach czeską markę Cokoladovna Lana uznałam za jak najbardziej w porządku. Po kolejną ich tabliczkę sięgnęłam, przeczuwając coś smacznego, ale... przewidywalnego? Obstawiałam, że będzie to typowy peruwiański smak i przyjemna moc kakao. Właśnie na to miałam ochotę.
Gdy chodzi o jej opakowanie, jak to się mówi, nie wiedziałam, z czym to zjeść. 150. rocznica Gymnazium Trebic, czyli szkoły z miasta Trebic, gdzie też mieści się firma Cokoladovna Lana. Aby to uczcić, twórca marki, który jest absolwentem tej szkoły, uznał, że zrobi edycję limitowaną. Taka czekolada, o tej zawartości kakao z Peru, pojawiła się więc w ofercie tylko na jakiś czas. Od razu więc moja radość z niej jeszcze wzrosła!

Čokoládovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru; edycja limitowana.

Po otwarciu rozszedł się zaskakująco łagodny zapach głównie delikatnych, drobnych kwiatów, którym towarzyszył nie za słodki, ale niewątpliwie krówkowy budyń. W nim zaanonsowała swą obecność maślaność, choć jeszcze nie było jasne, czy będzie bardzo wszystko łagodzić. Dopiero za nimi zaznaczyło się trochę rozgrzanej ziemi, żwiru i leciuteńki kwasek moreli. Nawet trudno było dookreślić, czy świeżych-surowych, czy suszonych.

Bardzo ciemna tabliczka wydawała się konkretna, mimo że na dotyk zdradzała kremowość. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, ale dosadnie niczym gałęzie, które nie chcą się łamać.
W ustach rozpływała się faktycznie bardzo kremowo, w tempie leniwie powolnym, początkowo niezbyt chętnie, ale potem bardzo ochoczo. Przemknęła mi w niej znikoma pylistość, jednak później zrobiło się gładko. Czekolada dała się poznać jako maślano tłusta i wręcz ciężkawa. Ze względu na wysoką gęstość, zachowywała kształt dość długo, ale nie szczędziła też mazistych smug. Nimi konkretnie pokrywała podniebienie, po czym łatwo odpuszczała, dodając jeszcze trochę cierpkiej soczystości.

W smaku przywitała mnie bardzo łagodna słodycz kwiatów i krówek. Choć była niska, jednoznaczność krówkowego klimatu aż mnie zaskoczył. Już po chwili jednak zaczęły nabierać bardziej karmelowego wydźwięku, bardziej... palonego po prostu.

Zza słodyczy jakby chciał się wyrwać leciutki, niedookreślony kwasek... Owocowy, niby cytrusowy, ale nie zupełnie... zatlił się i zniknął.

Cały czas w krówkach i potem karmelu - karmelu kakaowym? - czuć za to wyraźnie maślaność. Zarówno one ją zawierały, jak i zaraz pojawiło się obok całkiem sporo maślaności, zapowiadającej łagodną, spokojną kompozycję. Kwiaty zaś prawie zniknęły.

Nagle rozbrzmiał dym., Gorzki, cierpki i wprowadzający poważniejsze motywy żwiru i skał, które podkręcała paloność. Skał rozgrzanych i... trochę gorącej ziemi? Sporo goryczki się od nich rozeszło. Nadały całości poważniejszego, dosadnego wydźwięku.

Wystraszona tym maślaność zmieniła się w nieokreślone, ale niewątpliwie pieczone orzechy. Jej łagodność... próbowała się utrzymać i poszła w bardziej budyniowym kierunku. Choć najpierw jeszcze trochę pobrzmiewała krówko-karmelowość, więc powiedziałabym, że mógł to być budyń palono karmelowy, potem nasilała się też palono-pieczona orzechowość. Tak, budyń zrobił się orzechowy, ewentualnie kakaowo-orzechowy.

W tym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza żwiru i skał wyłonił się kwasek... cytryny? Mieszanki cytryny i moreli, które trochę rozmywała kwiatowa mgiełka. Trzymały się z tyłu, choć zerkały zazdrośnie i na pierwszy plan.

Dym, żwir i skały przeszły w bardziej ziemisty motyw. Rozgrzana ziemia przechwyciła poważniejsze, gorzkie motywy, cały czas pilnując, by były silne (acz ze względu na maślaność i orzechowość, niesiekierowe).

W orzechowym wątku też przemknęła goryczka, sugerując orzechy włoskie... Lecz nie jako same orzechy, a bardziej biszkopt orzechowy, ze zmielonych pieczonych orzechów włoskich i... wiórków kokosowych. Biszkopt przełożony budyniowym kremem? Biszkopt, jedzony w starej, zakurzonej bibliotece, pełnej starych ksiąg. Czyżby pobrzmiewał tam też motyw drewna?

Przez moment pomyślałam jeszcze o orzechowym biszkopcie z suszonymi, słodkimi morelami, ale... kwasek nieco wzrósł. A ze wzrostem owoce zyskały żywszy wydźwięk. Nie jednak jednoznaczność, bo morele mieszały się z cytrynami, tworząc motyw po prostu żółtych owoców. Taki delikatny, że z łatwością zanikający. Raz po raz przemykało mi tam jednak jeszcze coś... bardziej czerwono owocowego, dżemowego... Niby kwaśnego, ale niezupełnie, jak mocno dosłodzony dżem z rabarbaru? Owocowy motyw przysłoniły trochę... delikatniusie, drobne kwiaty? Kwiaty i więcej wiórków kokosowych.

Osłabienie owoców wykorzystała maślaność i karmelowo-krówkowy wątek. Maślaność przygłuszyła z zaskakującą łatwością silną gorzkość, robiąc miejsce pod wizję krówkowo-karmelowego budyniu i mocno maślanych, nieprzesłodzonych (aż nierealistycznie) krówek.

Po zjedzeniu został posmak odrobiny skał, ziemi, żwiru i cierpkawego dymu, mocno złagodzonych maślanością. Z nią wiązał się łagodny karmel, prawie krówka, acz... na tym etapie już bardziej karmel. Goryczkę i paloność nakręcały pieczone orzechy włoskie i chyba echo starych książek. W całości zaplątały się jakby zagubione kwaskawe żółte, niedookreślone owoce i bardzo słodki dżem rabarbarowy.

Czekolada zaskoczyła mnie, bo wbrew przewidywaniom wyszła bardzo mało peruwiańsko. Kwiaty, maślane karmelo-krówki, budyń karmelowy, potem orzechowy, orzechy włoskie i orzechowy biszkopt z drobnymi akcentami cytryn i moreli za nic nie skojarzyłabym z Peru. Jedynie dym, żwir i ziemie, ale... mimo że nie brakowało im mocy, stanowiły ledwie połowę kompozycji. Druga, maślana i łagodna, cały czas starała się je załagodzić. Wyszło to tak... jeszcze nie kontrastowo, ale z rozdźwiękiem, jakby czekolada sama nie mogła się zdecydować, czy chce być ciemną siekierą czy łagodną i spokojną. Trochę przeważało to drugie, że obstawiałabym raczej 75% niż 80%. Jak na 80% w dodatku z Peru była za łagodnie maślana, bym mogła wystawić jej więcej niż 8.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

wtorek, 14 lipca 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75 % ciemna

Przygotowując posta pod recenzję, chciałam znaleźć tę czekoladę na stronie producenta. Jakież było moje zdziwienie gdy... trafiłam na problemy. Jakby czekoladę wycofano? Znalazłam za to jakąś "Special", też z Peru, ale z marną zawartością 70%. Marną w odniesieniu do posiadanej! Uf, wyglądało na to, że miałam szczęście z trafieniem na dziś przedstawianą. Ponoć zwą ją "el txakoli de los chocolates" ze względu na jej wyraźną i wyrazistą owocową kwasowość. Google mi z tym pomógł: chodzi o Txakoli wśród czekolad! Hm... dalej dość enigmatycznie. Po krótkim researchu okazało się, że Txakoli to lekkie, wytrawne, owocowe wino produkowane głównie w Kraju Basków w Hiszpanii, charakteryzujące się wysoką kwasowością, delikatnym musowaniem i niską zawartością alkoholu. Tabliczka ta dwukrotnie zdobyła brąz w w konkursie International Chocolate Awards 2018 i 2020 w kategorii europejskiej. Widać ta hiszpańska marka wiedziała, jak poradzić sobie z wysoce cenionym białym kakao Palo Blanco od producenta Cesar Vallejo. Nie ukrywam, że zrobiłam się jej bardzo, bardzo ciekawa

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Nativo Blanco z Peru, z regionu miasta Chulucanas, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał słodki zapach kwiatów. Pomyślałam o jaśminie, mimo że kwiatowa nuta otoczona była pewnym ciepłem. Sugerowało kwiatom nawet suszoność, ale jaśmin uparł się na wizję ciepłego, letniego poranka. Suszona nuta nie opuszczała słodyczy i ujawniła się w rodzynkach. Z tym że też nie do końca suchych, bo w głowie siedziały mi słodkie rodzynki nasączono-zawilgocone, z czegoś, np. miodowej masy makowej, bardzo słodkiego sernika, ciasta. Za nimi przemykały jeszcze jakieś bardzo trudne do uchwycenia, dziwnie wręcz słodziutkie czerwone owoce. Motyw ciasta je przysłaniał, serwując jeszcze orzechowość, układającą się w migdałowe (z mąką migdałową) ciasto czekoladowe. 

Niestety czekolada dotarła do mnie połamana, w kiepskim stanie. Tam jednak, gdzie już miałam okazję przełamać ją sama, trzaskała głośno niczym gałązki, z chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się trochę miękkawo-lepkawo, średnio wolno. Czuć w niej wręcz piaszczystość, ziarnistość, przekładające się na pewną suchość. Z czasem rozeszła się soczystość, która częściowo odciągała uwagę od jakby skrytej pylistości. Końcowo nawet trochę ściągała.

W smaku od początku czuć przede wszystkim słodkie białe kwiaty. Powiedziałabym, że jaśmin, choć nie był w 100% jednoznaczny, możliwe, że towarzyszyły mu jakieś inne kwiaty. Poczułam też ciepło.

Przez sekundę czy dwie ciepło próbowało zasugerować kwiatom ich suszone wersje, ale suszony motyw jednak popłynął w kierunku bardziej... herbacianym. Możliwe, że fusy czarnej herbaty urozmaiciły jakieś kwiaty, ale jaśmin uparł się na wydźwięk świeższy. Zbudował obraz krzewów mijanych letnim porankiem - i tu w powietrzu znalazło się ciepło.

Słodycz po paru chwilach naparła z nową siłą. Wciąż poniekąd trzymała się kwiatów, ale odnotowałam w niej też aż nieco karmelowo cukrowy ton. Kwiaty później trochę się wycofały.

W tym czasie trochę na boku rozwinął się i zabłysnął kwasek. Średnio silny, ale pilnujący, by słodycz nie przegięła za bardzo. Odciągał trochę od niej uwagę. W pierwszej chwili pomyślałam o cytrynie, ale... kwasek ten po chwili jakby osiadł w rodzynkach, decydując się na fuzję ze słodyczą. To sprawiło, że ani słodycz, ani kwaśność długo za bardzo się potem nie umocniły. Potem, za rodzynkami, przemknęło mi jeszcze trochę... owoców czerwonych? Ale dziwnie niecodziennie słodziutkich...

Herbata przeszła w nieco wytrawny motyw. Pomyślałam o czarnej herbacie z prażonym ryżem (wyobrażenie, bo na pewno jest taka zielona), ale nie była to zbyt jednoznaczna nuta, która jakoś się potem rozmyła... Prażoność jednak zostawiając. Ta przytoczyła pewną niejasną orzechowość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam niemal ziemisty motyw. Goryczka wzrosła, podkreślając kwasek.

Orzechowość zaskoczyła wówczas na tor migdałowego ciasta czekoladowego o bardzo wilgotnym wnętrzu. Przez moment w zasadzie po głowie bardziej chodziła mi jeszcze surowa masa na takowe ciasto, masa bardzo maślana, ale potem... jednak już ciasto. Niby brownie, ale nie takim typowym, a w dodatku z... rodzynkami?

Rodzynki co i raz podkręcały kwasek. Wsparło je trochę czerwonych owoców. Mimo że też kwaskawych, nieodzownie związanych ze słodyczą. Jakby były to owoce... w jakimś słodkim syropie? Albo z ciasta, nasiąknięte nim czy z masy makowej z miodem, który wchłonęły.

Kwiaty wróciły z nową siłą i swą słodyczą próbowały przysłonić nieco owoce. Wydały mi się same w sobie aż nieco drapiące.

Rodzynki jednak dzielnie o siebie walczyły. Te w migdałowo-czekoladowym cieście pokusiły się o jakby opalaną goryczkę. Ta zaś przypomniała o czarnej herbacie. Herbata jakby się trochę rozproszyła... Pomyślałam o naparze o mocno drzewnym charakterze (bardziej drzewnym niż herbacianym?).

Słodycz i goryczka końcowo owocowym przebłyskom podpowiedziała jeszcze cierpkie skórki cytryny, chyba też z jakiejś masy, ciasta. 

Po zjedzeniu został posmak różnych owoców słodko-kwaskawych, jakby z czegoś: masy makowej, ciasta. Głównie rodzynki, choć czułam też coś czerwonego i cytrusowego. Może to jakieś... owoce w syropie, miodzie? To wpisało się w pewne odczuwalne drapanie. Słodycz końcowo wydawała się wręcz trochę przytłaczająca. W niej znów wyraźnie pokazały się białe kwiaty. Wszystko to tonował motyw migdałowego brownie i jakby drzewnej herbaty.

Czekolada była smaczna, choć dla mnie za słodka. Zwłaszcza po tym, jak naczytałam się o jej kwaśności, zdziwiłam się, że okazałą się w zasadzie raczej kwaskawa. Dużo rodzynek "z czegoś", trochę cytryny, trochę czerwonych owoców zatonęło w ogromie jaśminu, cieście czekoladowo-migdałowym i drzewnej herbacie. Lekka orzechowość nadała głębi i powagi, gorzkość jednak też nie była jakoś szczególnie silna. Wszystko wydawało się spokojne i wyważone, tylko słodycz miała czasem zbyt silne momenty.
Długo myślałam, że wystawię jej raczej 8, jednak w końcu ze względu na jednoznaczność motywu herbaty uznałam, że nawet z lekkim przesłodzeniem zasłużyła na 9. Naciągane.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 2 lipca 2026

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit ciemna z Peru o smaku marakui z mango

Po dwóch ostatnio jedzonych Vanini czułam, że mam kompletnie dość tej marki. A niestety w komodzie czekały jeszcze dwie tabliczki. W tym dziś przedstawiana, jak te dwie poprzednie, co mi podpadły, z owocami. Uznałam więc, że chcę ją mieć jak najszybciej z głowy.
Wzięłam ją końcem listopada w Tatry na trasę na Krzyżne. Otworzyłam jednak znacznie wcześniej, na Gęsiej Szyi, jako że pomyślałam, że skoro miałby mnie mordować jakiś olejek / aromat, to nim wejdę na Krzyżne i zabiorę się za kolejną tabliczkę, zdążę o nim zapomnieć i przepłukać parę razy usta. Otworzyłam ją więc na Gęsiej Szyi, na którą weszłam z Łysej Polany przez Rusinową Polanę. Taki niepozorny punkt, a widoki tak zachwycające... Czy czekolada okazała się ich godna?

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami mango i marakują (aromatem).

Po otwarciu poczułam przerysowany zapach marakui, okrojonej z większości kwaśności. Miała władczy, dominujący charakter. Towarzyszyło jej delikatne, słodkie mango, a czekolada... Prawie się ukryła. Zajęła miejsce daleko w tle. Ogół wydał mi się nieprzesadnie, ale duszno słodki i z jedynie zaakcentowaną gorzkawością.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i lekką ulepkowatość. Przy łamaniu wykazywała twardość, obfitującą w głośne, chrupkie trzaski.
Na spodzie dało się dostrzec średnią ilość cząstek mango. Przekrój ujawnił dosłownie kilka średniej wielkości kawałków mango, które wyglądały na kruche i suche liofilizowane.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, kremowo maziście. Tłustość stanęła na średnim poziomie, a gdy zaczęły wyłaniać się z niej kawałki dodatku, doszła do tego lekka ulepkowatość i znikoma soczystość. Kawałki mango, które wyłaniały się z czekolady, wykazywały twardość. 
Gryzione wcześniej, obok czekolady, były twarde i kruche. Chrupały i skrzypiały, dając się poznać jako liofilizowane.
Na koniec czekolada znikała trochę wodniście, zostawiając kawałki mango. Nie było ich za wiele. Sporo kęsów była ich w ogóle pozbawiona.
Kawałki mango na koniec wciąż były twarde, acz nieco mniej. Acz... jedne nieco różniły się od drugich. Ich skrzypiąca kruchość utwierdziła mnie, że to liofilizowany owoc. Znalazła się w nim lekka proszkowość, ale gryzione na koniec, serwowały też sporo soczystości, by w większości przypadków zostawić jeszcze miękkie, delikatne farfocle. Jedne wydawały się bardziej rozpadać na proszek, inne zaś szły w farfoclowość.

W smaku od razu rozbrzmiała przesadzona słodycz. Zaleciała cukierkowym motywem egzotycznych owoców.

Zaraz odezwała się też leciutka goryczka. Dziwnie podkreśliła egzotyczny owoc.

Ten przedstawił się jako marakuja, choć trochę... karykaturalna? Z wyczuwalnej nuty zmieniła się w motyw przewodni. Choć ewidentnie marakujowy, owocowy wątek zapomniał o kwaśności. Marakuja, raczej słodka, nie była bardzo sztuczna, ale czasem naprawdę wydawała się przesadzona. Robiła wszystko, by zdominować kompozycję i na dłuższy czas jej to się udawało.

W kęsach nawet bez mango, smak tego owocu wtórował marakui, ale gdy kawałek się trafił, oczywiście bardziej. I czasem razem chyliły się ku cukierkowemu wydźwiękowi (przeważnie w kęsach bez kawałków mango), a czasem... mango i marakuja dziwnie splątały się z goryczką.
Gdy próbowałam samej czekolady, bez mango, czasem i tak pobrzmiewało. Ale bardzo rzadko i słabiutko.
Z ciekawości spróbowałam też pogryźć mango obok czekolady, wcześniej. Nie było wtedy jakoś szczególnie wyraziste, a czekolada wydawała się bardziej cukierkowa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za marakują gorzkawość przywołała zioła. Były lekko cierpkie i z ogromną ochotą podchwyciły egzotyczny klimat. Do głowy przyszły mi jeszcze liście bananowca, pędy bambusa i grube zielone liście z tropików.

Już myślałam, że pojawi się jakiś kwasek, ale nie. Po tym nasileniu się goryczki, nasiliła się też słodycz. Trzymała się marakui, ale też... Przemykało mi tam coś nugatowego - pomyślałam o bardzo cukrowym białym nugacie turron. W oddali, ale jednak. Skojarzenie tu umacniała maślaność, jaka też się z czasem zjawiła. Słodycz czasem trochę przesadzała. W zestawieniu z egzotycznymi owocami, sprawiała wrażenie cukrowo dusznej. Męczyła. Nie jakoś bardzo, ale sprawiła, że kompozycja była ciężka w niepozytywnym sensie.

Marakuja trochę ustąpiła, i choć wciąż była wyrazista, już nie wydawała się taka dominująca.
Wykorzystała to goryczka. Gorzkością wprawdzie się nie stała, ale zrobiła jakąś aluzję do czarnej, ale nie mocnej, kawy.

Gryzione na koniec kawałki mango były wyrazistsze, acz nie wszystkie tak samo. Niektóre bardzo wyraziste, inne delikatne (wydawały się stłamszone przez intensywną słodycz i marakujowość). Utwierdziłam się, że to liofilizowane cząstki. Cechowała je wysoka soczystość i wyrównane słodycz z kwaśnością. Mango starało się odciągnąć uwagę od przerysowania marakui, wciągając ją w naturalniejszy, egzotyczny klimat.

Po zjedzeniu został posmak głównie niezbyt naturalnej, przerysowanej marakui i palonej czekolady o kawowym echu, ale też wysokiej, maślano-nugatowej, duszno cukrowej słodyczy.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Aromat choć dominujący, nie był aż tak nachalny jak w Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Trzeba przyznać, że ta tabliczka wyszła przystępniej niż Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron czy Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew. Aromatowy charakter mango i marakui powstrzymywały trochę kawałki mango. Tych poskąpiono - czyli przegięcie w drugą stronę względem podlinkowanych (tam dodatków było za dużo, że aż przeszkadzały). W dziś przedstawianej czekoladzie nieźle czuć lekko ziołową gorzkość, jednak i słodycz była wyższa niż we wspomnianych. Słodycz wyszła aż dusznie ciężko - myślę, że dołożył się do tego także kontrast z egzotyką. Ciekawe, że i w dzisiaj przedstawianej przez myśl przemknął mi nugat, bo nie zawierała miazgi z orzechów jak jej poprzedniczki. A jednak, nugat o którym myślałam, biały hiszpański, opiera się na cukrze, nie orzechach (w przypadku wspominanych myślałam o normalnych orzechowych nugatach). Gdyby tak pojawiło się w niej więcej owocowego kwasku, kawałków było nieco więcej, a marakuję dodano jako np. sok, a nie tylko aromat, spokojnie miałaby 7, a kto wie, czy nie 8.
Sporo czekolady z gór zostało mi do skończenia w domu i choć myślałam, że skończę całą, jakoś mnie zmęczyła, przytłoczyła i ostatnią kostkę wcisnęłam Mamie.

Mama po swojej kostce powiedziała: "Dla mnie ona taka nieprzyjemnie gorzka jak leki, mango i marakuja to tam jako te kawałki, tak? Niesmaczna ogólnie. Nawet nie przez taką faktycznie trochę sztucznie owocową nutę. A z kolei te kawałki, no czyli mango naturalne, też niefajne, takie gąbczaste".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki mango 2%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat mango 0,1%, naturalny aromat marakui 0,1%, ekstrakt waniliowy

czwartek, 25 czerwca 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % ciemna z Peru

Po dwóch czystych czekoladach marki Cacao Crudo mój zapał do nich jakoś trochę osłabł. O ile Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % wydała mi się dobra, ale zbyt kontrastowa, tak Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % już trochę denerwowała za bardzo wybijającym się cukrem kokosowym. Co do dziś przedstawianej miałam złe przeczucia: obstawiałam, że w niej to już w ogóle cukier zdominuje nuty kakao. Skazałam ją więc na najdłuższe czekanie. W końcu jednak i na nią przyszła pora. Tak jak poprzednie, została zrobiona z tego samego, tak samo obrobionego - w temperaturze nie wyższej niż 42°C - kakao. Tylko że w niej znalazło się go mniej.

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 70% surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu aż uderzył mnie zapach cukru kokosowego i melasy, co skojarzyło mi się z miazgą kokosową w wariancie mocno palono karmelowym. Ten motyw zdecydowanie dominował i ustanowił ciężkość kompozycji. Słodycz niby miała średni poziom, trudno nazwać tę kompozycję przesłodzoną, ale jej wydźwięk był aż przytłaczający. Dopiero za nią zaznaczyły się nibsy z wiórkami kokosowymi i jakby karmelowo-ziemiste, ciężkie czerwone wino. W całości, niezależnie od ciężkości, czuć też rześkość. Zapewniła trochę owoców, jakby mieszankę wiśni z gruszką i lychee, a także cierpkość jakby dymu unoszącego się nad taflą jeziora.

Twarda i dość tłusta tabliczka podczas łamania dała się poznać jako nadzwyczajnie twardo-masywna ze względu na gęstość, pełnię. Wydawała się też jakby nieco zawilgocona.
W ustach rozpływała się niemal nie zmieniając kształtu, powoli i długo utrzymując masywność, twardość. Jednocześnie raczyła mnie dość wysoką tłustością, której nie osłabił nawet lekko pylisty element. Z czasem doszukałam się w niej lekko taninowego efektu, a końcowo też jakby wodnistości.

W smaku od razu uderzył palony karmel. Bardzo mocno palony, wręcz melasowy, a co za tym idzie ciężki, ale... z podążającą za nim rześkością?

W rześkości odnotowałam jasne, wilgotne kwiaty i kokosa. Kokos ujawnił obecność cukru kokosowego, który zdecydowanie zdominował całą kompozycję, mimo że słodycz nie była bardzo wysoka. Powiedziałabym, że w sumie średnia, tylko że wydźwięk miała wręcz przytłaczający, imperatywny. Inne nuty przewijały się za nią, jakby trochę się tego cukru kokosowego bojąc.

Cukier kokosowy rozkręcał się w swym karmelowo-melasowym klimacie, ale za nim.... udało się wyłonić też gorzkości. Wzrosła trochę, idąc w palonym, wręcz dymnym kierunku. Słodycz ten dym, paloność starała się jakby przechwycić, zaskarbić.

Gorzkość więc przytoczyła trochę nibsów, jakby nibsów palono-prażonych z wiórkami kokosowymi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nibsy zrobiły trochę miejsca kawie - palonej, a zarazem soczystej? Ich połączenie przełożyło się na lekkie umocnienie gorzkości. Mimo to jednak nie dała rady przebić się przez słodycz cukru kokosowego.

W oddali na pewno zamajaczyło coś nieco... soczystszego?

Ciężka, melasowo-karmelowa i dosadnie kokosowa słodycz rozdawała karty.

Zgodziła się jednak, aby do jej rześkości podczołgało się trochę owocowo-kwiatowych przebłysków.

Kwiatom nieco lepiej szło pokazanie się. Pomyślałam o żywych, delikatnych i wilgotnych kwiatach, rosnących w zacienionym ogrodzie. Kwiatach... przejawiających cierpkość?
Owoce zaś... znalazły się w cieniu kwiatów. Do głowy przyszły mi niemal nieuchwytne słodkie, wręcz kwiatowe gruszki i lychee, mieszające się z akcentem wiśni. Wszystko to jakby nieco przyprószone wiórkami kokosowymi.

Myśl o ogrodzie podchwyciła też gorzkość i poważniejszy motyw. W tle przemknęło mi trochę ziemi. Wciąż też pobrzmiewał dym...

Za ich sprawą owocowe nuty przeszły w czerwone wino. Dziwnie rześko-ciężkie, bardzo ciężkie w zasadzie, ale nie wytrawne, a wręcz... karmelowe? Karmelowo-kokosowe? Do głowy przyszedł mi jeszcze likier, nieokreślony kokosowy alkohol i jakby nasączona gruszka w karmelu?

Kwiatowe, ciężkie wino z czasem zatopiło owocowy wątek, a cały dym znalazł się w słodyczy. Dosadnej, melasowo-kokosowej. Końcowo niemal zupełnie przysłoniła też nibsy i ziemię, jakby spowijając ją wilgotną, kokosową mgłą. Był to raczej motyw karmelowo słodkiej miazgi kokosowej i oleju kokosowego niż wiórków.

Po zjedzeniu został posmak dosadnego, ciężkiego cukru kokosowego o melasowym charakterze, mieszającego się z miazgą kokosową oraz kwiatami. Kwiaty podkręcały rześkość, a miazga kryła trochę cierpkości oleju kokosowego. Do niego dołączyło trochę dymu i ziemisty motyw nibsów.

Czekolada była smaczna, ale denerwowała mnie jej słodycz. Mimo że nie była za silna, za wysoka, to i tak przytłaczała wydźwiękiem. Cukier kokosowy o melasowym, rześko-ciężkim smaku zdominował kompozycję. Trochę dymu, ziemi, wina i gruszek z wiśniami, wilgotnych kwiatów wydawały się wręcz trochę tym cukrem kokosowym zastraszone. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, iż to czekolada z surowego kakao.

Cukier kokosowy narzucał się też w Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 %, ale w niej jednak czułam o wiele więcej dymu, kawy, wina i pojawiła się nawet kwaśność, w momencie gdy w dziś przedstawianej cukier kokosowy zdominował wszystko, sprowadzając gorzkość do niskiego poziomu. Kwaśności za to w ogóle nie czułam. 


ocena: 7/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy

środa, 17 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron ciemna z Peru z migdałami i cytronem

Tajemniczego cytrusa z opakowania dziś przedstawianej tabliczki widywałam na pewno w internecie, ale na żywo chyba też. Nigdy też nie jadłam. Cytron to gatunek roślin wieloletnich z rodziny rutowatych o grubej skórze i mało soczystym miąższu. Prawdopodobnie pochodzi z podnóża Himalajów (północno-wschodnie Indie, północna Mjanma), ale już w starożytności dotarł do Chin i Europy, jako pierwszy z owoców cytrusowych ok. 300 r. p.n.e. Ponoć smakuje jak trochę słodsza cytryna.
Tabliczkę zabrałam ze sobą w góry, w dniu, w którym pogoda niestety mi nie dopisała. Miałam spontanicznie zdecydować, czy otworzę ją na Wołowcu (na którego weszłam z Rakonia), czy dalej, np. na Jarząbczym Wierchu, ale że widziałam zawracających ludzi, ostrzegających przed wiatrem na grani, wystraszyłam się, że potem zdjęcia mogą być problematyczne i porobiłam je na Wołowcu. Niestety osnutym mgłą i chmurami. Ale przynajmniej przestało padać. I akurat podczas tej sesji zdjęciowej, wietrzysko trochę odpuściło (więc potem mogłam kontynuować podróż przez Jarząbczy Wierch).

Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62% with almonds and citron to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami migdałów i cytronem (olejkiem cytronowym).

Po otwarciu rozszedł się głównie cytrusowy zapach, kojarzący się ze skórką cytryny i olejkiem cytrynowym, mieszających się z paloną, delikatnie gorzką czekoladą i orzechowym, niedookreślonym motywem. Słodycz, choć niewątpliwie obecna i prosta, nie odegrała większej roli.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość. Łamana, dała się pozna jako twarda i przeciętnie trzaskająca. Przekrój ujawnił ogromną ilość małej wielkości migdałów, zlokalizowanych głównie bliżej spodu.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była mazista i kremowa, a jej tłustość stanęła na średnim poziomie. Gdyby nie dodatek, byłaby gładka. Prędko zaczęły wyłaniać się z niej kawałki migdałów. Okazało się, że dodano ich jeszcze więcej, niż na to wyglądało. Z czasem zmieniły czekoladę w zlepa drobnicy.
Migdały były podobne niezależnie od momentu, w którym się je gryzło. Ja wolałam zostawiać je na koniec.
Czekolada najpierw zmieniała się w zlepek dodatków, by z łatwością zniknąć, i zostawić tylko je.
Kawałki migdałów były w większości pozbawione skórek, acz te czasem się zaplątały.
Migdały gryzione były niby w porywach chrupkawe, ale dość miękkie. Skrzypiały, trzeszczały. Bardzo kojarzyły się z twardawymi, mocno zmielonymi skórkami cytrusowymi (twardymi jak na skórki, nie migdały).

W smaku pierwszą poczułam słodycz natychmiastowo tonowaną olejkiem cytrusowym. Szły w parze, w zasadzie tworzyły jedność, bo zaraz także olejek wydał mi się głównie słodki.

Pomyślałam o słodkim, nieco wręcz napastliwym olejku cytrynowym, który bezkarnie podbił całą kompozycję. Czekoladzie pozwolił jedynie pobrzmiewać, zaś migdałów wcale nie dopuścił do głosu.

Słodycz dopiero pod egidą olejku cytrusowego zaczęła rosnąć. Serwowała trochę ciężki motyw cukru, ale nie była szczególnie wysoka czy znacząca.

Powoli wkroczyła palona, bardzo delikatna gorzkość, w której przemknął ziołowy akcent. Zgrał się z cytrusowym wątkiem, który zaczął kojarzyć się ze skórką cytryny, chyba kandyzowaną. Ta gorzko-ziołowa nuta wydała mi się okrutnie stłamszona słodkim smakiem skórki cytrynowej. Kawałki migdałów wpisywały się w to skojarzenie i udawały skórki, nie zdradzając swego migdałowego charakteru.

Gdy z ciekawości pogryzłam migdały wcześniej, obok czekolady, udawały słodką skórkę cytrynową, a czekolada smakowała w zasadzie tak samo mocno cytrusowo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czekolada zaczęła wydawać mi się sama w sobie lekko cytrusowa, jako że cytrusowy motyw zrobił się nieco mniej olejkowy.
Utwierdziłam się w tym, gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady. Ogólnie smakowała bez zmian, tak, jak z migdałami.
Kiedy wydłubałam migdały, spróbowane okazały się bardzo nijakie. Mogłyby być każdymi innymi orzechami, czymkolwiek, wymieszanymi ze skórką (czyli migdały przesiąkły olejkiem?).

W tle wychwyciłam coś orzechowo-palonego, co zneutralizowało gorzkość i czasem sugerowało, że w kawałkach mogło zaplatać się coś orzechowego. Przez pewien czas czasem wydawało się, że czekolada chociaż zawalczy o siebie w tej kompozycji, ale nie. Nie wyszła przed cytrusy.

Słodycz wzrosła znacząco, do poziomu ciężkiego, ale jeszcze nie drapiącego. Cytrusowość jakby opierająca się na cytrynie, ale wpisanej w słodkie realia, skojarzyła mi się z mousse'em cytrynowym. Może na lekko przesłodzonym, orzechowo-kakaowym spodzie?

Migdałowa drobnica gryziona na koniec nadal udawała skórkę cytrynową, ale taką, w której raz po raz zaplątały się jakieś orzechy i/lub migdały. Nie przełamały cytrusowości, a tylko trochę tonowały słodycz.
Dopiero gryzione, ciamkane, mielone zębami bardzo długo, gdy zebrało się ich odpowiednio dużo, smakowały migdałami.

Po zjedzeniu został posmak olejku słodko cytrusowo-cytrynowego, lekka gorzkawość i akcent ni orzechów, ni migdałów.

Zupełnie nie przemówiła do mnie konwencja tej czekolady. Okrutnie posiekane migdały udawały skórkę cytryny lub... mogłyby udawać wszystko, co producent by sobie wymyślił. Może to i było w pewnym sensie ciekawe, ale kompletnie nie po mojemu. Zwłaszcza, że tej drobnicy było przesadnie dużo. Nie podobało mi się, że czekolada robiła tu jedynie za nośnik dla olejku. O tym powiedziałabym, że był cytrynowy. Słodycz nie musiała płynąć z cytryna, a po prostu cukier mógł się tak z olejkiem zgrać. Taka zachowawczo gorzka, acz nie przesłodzona baza wyszła bardzo nijako pod naporem intensywnych cytrusów. Może taki był zamysł, by zrobić trochę lepszą czekoladę z cytrusową, by pominąć skórkę i kandyzowanie, ale mnie to nie chwyciło. Czułam się, jakbym jadła olejek w tabliczce.
W Vanini dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt z łagodniejszymi dodatkami, bardziej pasowała. Do dziś przedstawianej aż się prosi dać charakterniejszą bazę.
Przypomniała mi się Auchan Noir Citron, która nadrabiała bardziej gorzkawym smakiem, ale w której niestety skórki cytryny były kiepsko zrobione, kandyzowane w syropie f-g. Dziś prezentowana podpadła mi tym, że spod cytrona nie czuć w niej za wiele z bazy, a już na pewno migdałów.

Zjadłam - razem i w górach, i w domu dla weryfikacji odczuć - jakieś 3 kostki i resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "Okropna. Taka kwaśna jak nieprzyjemnie, tanio kwaśne ciemne czekolady. Nie wiedziałam, że ona z tym jakimś cytronem, ale tak, to mogło być to. To, że to jakiś olejek cytrynowy to od razu nie wpadłam. Jak potem kawałek zjadłam już świadomie, to faktycznie taki jakiś olejek na początku uderzył i potem na końcu bardziej znów go czuć. Ale powiedziałabym, że bardziej jakby cytrynowy. Ta drobnica mi nie odpowiadała. Pewnie jakieś orzechy, ale w zasadzie w ogóle nie czuć ich smaku. Czekolada nie była szczególnie ani słodka, ani gorzka, a niesmaczna. Kompletnie w ciemno, nie wiem dlaczego, dałabym jej 61%. Trochę zjadłam i więcej nie tknę".


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 578 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane migdały 8%, pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek eteryczny z cytronu, ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt ciemna z Peru z kawałkami orzechów laskowych, karmelem i solą

Solone orzechy laskowe? Z czymś takim w czekoladzie jeszcze się nie spotkałam. Fistaszki, migdały - te producenci solą ciągle, ale laskowe? Nie. Co innego, że uważam, że ich naprawdę nie ma sensu solić, bo to nie pasuje, no ale... Nie mogłam wiedzieć na pewno przed spróbowaniem. A markę Vanini kiedyś lubiłam (ale dawno nic od nich nie jadłam).
Za czekoladę wzięłam się na Świnickiej Przełęczy, na którą weszłam od Zielonego Stawu Gąsienicowego, idąc z Kościelca. Wspinając się w śniegu, cały czas zastanawiałam się, czy wchodzić na szczyt. Czasu było coraz mniej, a wiało coraz mocniej. Gdy w końcu Świnicę zasłoniły chmury i wyglądało na to, że będzie już tylko gorzej, pomyślałam, że nie ma sensu. Już na Świnickiej Przełęczy ledwo porobiłam zdjęcia czekoladzie bez straty kawałka. Było parę takich momentów, że musiałam łapać kostki. A na moje nieszczęście tabliczka była bardzo połamana.

Vanini fondente 62% con granella di nocciole caramello e sale / dark chocolate 62% with chopped hazelnuts, caramel and salt to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z posiekanymi orzechami laskowymi, karmelem i solą.

Po otwarciu poczułam zapach głównie znacząco palonej, ale nie mocno gorzkiej czekolady, mieszającej się z motywem wegańskiego budyniu orzechowego, z zaznaczonym w tle dodatkiem jakby cukierkowego karmelu. Orzechowość w zasadzie była trochę niejasna. Orzechy laskowe dało się rozpoznać, ale nie tak, bym miała się założyć i... wydawało się, że towarzyszą im fistaszki (może nawet trochę wyprzedzają?). Słodycz trochę sugerowała nugat, ze względu na gorzkawość, kakaowy. Po przełamania czy odgryzieniu kawałka czasem za to swoją obecność zdradzała sól.
Tabliczka na dotyk obiecywała kremowość, acz mimo twardości, podczas łamania trzaskała przeciętnie głośno, łącząc kruchą chrupkość z dźwiękiem suchych, łamanych gałęzi.
W przekroju zobaczyłam sporo średnich kawałków orzechów i głównie małych karmelu o niemal czarnym kolorze. Większość orzechów znalazła się bliżej spodu, karmel zaś przy wierzchu. Nie wiem, czy to przemyślane, czy tak wyszło. Szybko okazało się, że tak gęsto je rozmieszczono, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez dodatków - by popróbować wszystkiego osobno, bawiłam się już w warunkach domowych z nożem i dobrym oświetleniem.
W ustach czekolada rozpływała się średnio wolno i bardzo maziście. Miękła, racząc mnie średnią tłustością i kremowością, którą z czasem zaczęły zaburzać wyłaniające się dodatki. Karmel w większości rozpuszczał się wraz z nią, dodając lekką wodnistość. Czekolada starała się jak najdłużej kryć dodatki, stąd gryzienie wcześniej bardzo mi nie odpowiadało. Z czasem w ustach zmieniało się to wszystko w przesadnie najeżony zlepek kawałków.
Na próbę raz czy dwa pogryzłam dodatki obok czekolady. O ile orzechy zawsze były takie same, tak karmel gryziony wcześniej... w ogóle wyraźnie był. Lekko skrzypiąco-skrzyliście chrupał. Potem w większości się rozpuszczał. Sól na szczęście też się rozpuszczała w większości.
Czekolada znikała maziście-wodniście i zostawało dużo kawałków, głównie orzechów.
Karmelu na koniec zostawało niewiele. Tak, że jakaś drobinkami czasem lekko skrzypnęła i tyle. 
Gryzione kawałki, kawałeczki i drobinki orzechów lekko chrupały z jakby skrzypiącym pogłosem. W większości były delikatne, tylko parę trafiło się twardszych.

W smaku najpierw przeważnie rozchodziła się słodycz. W przypadku niektórych kęsów czasem równo z nią zaznaczała się średnio silna nuta soli. Zaraz się rozchodziła i trochę wycofywała.

Do słodyczy dołączyła palona gorzkość. Wydawało się, że zacznie rosnąć, ale po lekkim wzroście, spoczęła na średnim poziomie.

W gorzkości poczułam trochę ziół. Cierpkich, właśnie gorzkawych... Acz zaraz zostały w tyle. Czasem ich cierpkość podkreślał subtelny akcent soli.

Słodycz bowiem rosła i skupiała na sobie większość uwagi. Miała w sobie coś lekko karmelowego, acz nie wyraźnie palonego, a także... orzechowego? Do głowy przyszły mi jakieś orzechowe placki, kombinowane pancake'i z masła orzechowego, może z dodatkiem kakao.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, wydała mi się sama w sobie lekko orzechowa jak kakaowy nugat, a także mniej karmelowa i mniej słodka. Orzechami laskowymi mogła przesiąknąć trochę, ale orzechowa nuta chyba płynęła i z niej samej. Motyw karmelu za to na pewno rozchodził się od kawałków.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kawałki wyraźnie wyłaniały się z czekolady. Karmel jednak ogólnie bardzo podpinał się pod samą czekoladę. Kawałki orzechów wnosiły niewiele, bo lekki orzechowy akcent, którym podczepiały się pod bardziej kakaowo-nugatową nutę bazy, acz osłabiały słodycz.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, były mało wyraziste. Trudno było określić, jakie orzechy tam dodano, a karmel jawił się jako bardziej cukrowo-cukierkowy, trochę sztuczny, prawie nie palony (drobna paloność ujawniła się tylko przy rozpuszczaniu?). Czekolada z kolei wydawała mi się słodsza i zarazem bardziej tanio gorzka w niemal plastikowy sposób.

Gdy spróbowałam samego karmelu (z trudem wydobytego i wydzielonego), wydawał się smakować cukrem, trochę wręcz cukierkowo, ale nieokreślono.
Orzechy zawsze smakowały tak samo, ale przy próbowaniu osobno utwierdziłam się, że w bazie czuć nugatowo-pancake'owy motyw niezależnie od nich.

Z czasem odnotowałam nugatowo-karmelową kawę. Nie zawsze tak samo nugatową czy karmelową - te smaki pojawiały się w różnych proporcjach, na pewno jednak kawę smakową. Jakby głównie to rozpuszczający karmel ją sugerował. A z kolei karmelowość karmelu chyba podkreślała odrobinka soli. 
Samego wyraźnie karmelowego smaku uświadczyłam w tej kompozycji w sumie niewiele.

Raz po raz przewijała się nie nachalna, ale wyraźna sól. Podkręcała słodycz i smak nieszczególnie palonego karmelu, a także znikomą soczystość.

Bardzo odlegle przemykała owocowo-cierpkawy motyw. Jakby jakiegoś cierpkiego cytrusa? Czasem przychodziła mi do głowy owocowa bombonierka, cytrusowo-czerwono owocowa? Taka, w której dodano też parę czekoladek z warstwą kakaowo-nugatową z pieczonych orzechów?

Ogólna orzechowość czasem rozmywała się pod naporem rosnącej słodyczy. Ta przynajmniej zachowała jakiś ambitniejszy wydźwięk. Już nawet niekoniecznie nugatu, ale... czegoś, nie cukru. Choć trochę niedookreślona, na szczęście w pozytywnym sensie.

Dodatki, głównie orzechy, gryzione na koniec były wyraźniejsze. Orzechy laskowe do rozpoznania. Łączyła je lekko prażona nuta i łagodna neutralność. Niektóre były bardziej słodkawe, inne lekko gorzkie. Bardzo harmonijnie wkraczały po lekko nugatowej bazie.
Śladowe resztki karmelu smakowały bardziej cukrowo-karmelowo, może nie mocno palono, a bardziej karmelkowo, ale bez dziwnej cukierkowości.
Na szczęście sól na koniec nie zostawała.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków, a więc lekko prażonych orzechów. Czasem czułam też sól, a przy niej echo sztucznego, cukierkowego karmelu. Czekolada, jako słodko-gorzkawy, lekko palony splot, robiła im za tło.

Tabliczka ogólnie tylko trochę wybiła się ponad przeciętność. Wiele w niej kwestii bym bardzo pozmieniała. Sól zbędna, ale nie jakoś szczególnie przeszkadzająca. Dodano jej na tyle mało, że "uszła w tłumie". Orzechy jako zbyt drobne, a przez to pozbawione charakteru nie zachwyciły, a niesatysfakcjonująco karmelowy, cukrowo-sztucznawy karmel był kiepski. Niby fajne było to, że rozpływał się wraz z czekoladą, ale mogli dodać lepiej zrobiony. Przynajmniej baza dobra, choć nie idealna. Kojarzyła mi się trochę z tabliczkami marki Tesco finest (np. Tesco finest Peruvian 70 % Dark Chocolate ciemna z Peru o cierpkiej słodyczy), które chyba właśnie Vanini robiło, tylko w wersji nieco "tańszej". W sumie pomysł, by zrobić czekoladę o niższej zawartości kakao, ale która nie jest okrutnie cukrowa, a trochę orzechowa, ciekawy.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane orzechy laskowe 7%, kawałki karmelu 7% (cukier, syrop glukozowy), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; sól 0,2%, ekstrakt waniliowy