Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Peru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Peru. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 września 2026

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao ciemna

Choć moje początku z Meyboną były kiepskie, polubiłam tę markę po zmianach, jakie zaszły w ich czekoladach. Tym razem sięgnęłam po tę z peruwiańskiego kakao, bo czułam, że mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Peru to dość wyrazisty, znany region. Zjadłam już resztę tabliczek z tej serii z mniej popularnych krajów i te, które miały mleczne odpowiedniki - wraz z tymi. Zostałam więc z Peru oraz blendem. Blendy mają to do siebie, że nie wiadomo, czego się spodziewać. Na niespodzianki tym razem nastroju nie miałam. Tę zrobiono z ziaren typu Oro Verde, czyli podtypu Criollo. Szkoda tylko, że do zawartości policzyli i miazgę, i tłuszcz, ale po tych poprzednio zjedzonych wiedziałam już, że w granicach rozsądku. 

Meybona Feine Dunkle Schokolade Peru 72 % Kakao / Fine Dark Chocolate 72 % Cacao to ciemna czekolada o zawartości 72% (miazga + tłuszcz) kakao Criollo z Peru; konszowanie trwało 48 godzin.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźny zapach miękkich, cynamonowych pierników nieczekoladowych, za to z mazistym lukrem na wierzchu. Ich "ciasteczkowość" poniekąd tworzyło subtelne prażenie. W piernikach dominował cynamon, ale przyprawy korzenne na nim się nie kończyły, bo jakby obok pierników wystąpiły jeszcze migdały w cukrowo-waniliowej mlecznej czekoladzie i cynamonie oraz jeszcze sporo kolendry i kardamonu, acz bez pikanterii. Całość była znacząco słodka, właśnie lukrowo, ale też waniliowo i trochę kwiatowo. W tle doszukałam się jeszcze wilgotnych daktyli. 

Tabliczka ze względu na porządną twardość podczas łamania trzaskała głośno i chrupko. 
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jako że była bardzo gęsta i trochę kojarzyła się z gęstym serkiem homogenizowanym. Jej średnia tłustość dołożyła się do tego skojarzenia. Z czasem pojawiała się soczystość, przechodząca trochę w wodnistość - co z kolei znów podkręcało wizję serka: ale tym razem takiego, na którego wierzchu wydzieliła się woda. Końcowo odnotowałam lekko ściągającą pylistość.

W smaku pierwszą poczułam wysoką słodycz wanilii, wprowadzającą bardzo słodkie orzechy: w zasadzie nugat, pewnie posłodzony wanilią.

Pomyślałam o kremie z orzechów laskowych z dodatkiem mleka, a po chwili o mocno mlecznych lodach orzechowych. Wyobraziłam sobie lody zrobione na pełnej śmietance w wariancie "orzech laskowy", doprawione cynamonem. Mimo wiec skojarzenia z lodami, weszło - za sprawą cynamonu - ciepło.

W tle przemknęła nieśmiała, soczysta nutka trudno uchwytnych owoców. Czereśni?
Gorzkość też trochę się pokazała, ale trzymała się z boku, wprowadzając po prostu delikatny motyw palony.

Słodycz nie miała za to żadnych oporów. Rosła wraz z prażono-korzennym ciepłem, z czasem porzucając jednak wizję kremu nugatowego na rzecz migdałów w czekoladzie mlecznej i cynamonie. Z czasem orzechowe nuty przysłoniło trochę białych kwiatów, w tym jaśmin.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa soczystość z tła podkradła się do słodyczy a ja pomyślałam o soczystych świeżych daktylach Medjool. Choć orzechy się już wycofywały, daktyle podszepnęły im na odchodnym motyw karmelizowania.

Miękkie, słodkie daktyle i to karmelizowanie, ciepła obróbka nagle ułożyły się w miękkie pierniczki. Takie sowicie pokryte dobrej jakości, mazistym lukrem. Nie czekoladowe, łagodne i słodkie, ale niepodważalnie korzenne. Dominował w nich cynamon, ale czuć, że gdzieś wokół już zbierały się i inne przyprawy.

Soczystość przeszła w wyraźniejsze czerwone owoce. Zmieniły więc wydźwięk słodyczy na naturalniejszy, mniej zasładzający. Czułam przede wszystkim naturalnie bardzo słodkie świeże czereśnie. Za nimi, ze względu na ogólną wysoką słodycz przemknęła mi myśl o czerwonych jabłkach w karmelu, może karmelu waniliowym, ale potem czereśnie jednak odwracały od nich uwagę. Jakby już, już miały zaserwować trochę kwasku, a tu nagle zmieniły się w słodki, trochę przesłodzony owocowy sos... syrop! Żurawinowy.

Korzenność w tym czasie starała się zapobiec przesłodzeniu i wytoczyła kardamon i kolendrę. Zrównały i zmieszały się z łagodniejszym, słodkim cynamonem. Razem, lekką pikanterią i słodyczą, aż nieco przypiekły w język. Końcowo to w przyprawach osiadło trochę palono-ciepłej gorzkości.

Po zjedzeniu został posmak trochę palony, ale nie mocno gorzki. Czułam sporo mocno cynamonowych, ale słodkich i delikatnych miękkich pierników, a do tego jeszcze nugatowe lody. Jedne i drugie mogły być posłodzone wanilią, bo i jej sporo czułam. Słodycz wydała mi się ryzykownie wysoka, ale jeszcze nie bardzo zasładzająca. Chyba pomogło subtelne, choć w sumie też słodkie, acz przynajmniej soczyste echo czerwonych owoców.

Czekolada była smaczna, jednak doskwierał mi w niej prawie brak gorzkości. Lekko palone nuty gdzieś tam w tle osiadły i tyle. Odrobinka owoców nie przełożyła się na kwasek, ale już przynajmniej soczystość. Pracowały na nią świeże daktyle, jabłka w karmelu i syrop żurawinowy. Stanowiły jednak tylko wtrącenia, podczas gdy baza była głównie słodko pierniczkowa. Wizja miękkich, mocno cynamonowych pierników w lukrze niesamowicie jednoznaczna. Mieszała się z nugatem mlecznym i lodami z orzechami laskowymi oraz migdałami w cynamonie, a z czasem charakterniejszą korzennością kardamonu i kolendry. Kwiaty wszystko spajały zapewniając harmonię. Ogół był nieco za słodki i tutaj mam mieszane uczucia co do wanilii: z jednej strony było mi jej trochę za dużo, z drugiej jednak to ona przysłoniła cukrowość, która mogłaby wyjść chamsko.


ocena: 8/10
kupiłam: Auchan
cena: 17,99 zł
kaloryczność: 597 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa 59%, cukier, tłuszcz kakaowy, wanilia Bourbon

sobota, 5 września 2026

Vanini fondente 62 % con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62 % with amaretto taste biscuit ciemna z ciastkami amaretto

Po kilku czekoladach Vanini, które jadłam ostatnimi czasy, chciałam skończyć już z tą marką mimo że ten wariant wydawał się bardziej obiecujący niż okrutnie przerysowane cytrusowe. Stąd decyzja, by właśnie dziś przedstawianą tabliczkę zabrać ze sobą w góry tym razem. W sklepie, jeszcze zanim poznałam tamte, ten wydał mi się bardzo kuszący. Chyba z sentymentu. Pierwsza wersja deseru Deluxe Creamy Mousse Amaretti Flavour with Cake Pieces rozkochała mnie w sobie i była jednym z pierwszych produktów na blogu. Po tym migdałowe ciastka amaretti i likier amaretto wydawały mi się czymś bardzo smakowitym. Pamiętam, jak podekscytowałam się zdobyciem Lindt Creation Amarettini, chyba jedyną tabliczką z tym dodatkiem, jaką jadłam. Ach, kiedy to było! Teraz już słabość do tego smaku mi przeszła, ale po latach jako wariant nadal wydaje się ciekawy. Pewnie dlatego, że rzadko pojawia się w czekoladach.
Zabrałam tę czekoladę na krótką trasę na Jaworzynę Kamienicką od razu jak w lutym odpuściły najgorsze mrozy. Ruszyłam z Łopusznej, Zarębka Niżnego zielonym szlakiem przez Polanę Wysznią i Kiczorę. Zdjęcia porobiłam na samej Polanie Jaworzyna Kamienicka. Chciałam podejść jeszcze kawałek do punktu, z którego jest ponoć widok na zbocza Kudłonia (?), ale czas trochę naglił, więc zaraz po sesji zdjęciowej zabrałam się za schodzenie (tylko razem szlakiem czarnym, równoległym do zielonego).

Vanini fondente 62% con biscotto al gusto di amaretto / dark chocolate 62% with amaretto taste biscuit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru, z prowincji Bagua z kawałkami ciastek amaretto.

Po otwarciu rozszedł się zapach olejku migdałowego z echem bezalkoholowego amaretto i czekolady o mocno palonym, ale łagodnie gorzkim, w zasadzie jedynie gorzkawym charakterze z delikatnym wątkiem czerwonych owoców. Jej dość wysoka - ale nie przesadzona - słodycz kojarzyła mi się z.... marcepanowym budyniem? I miała w sobie coś z waniliowej lukro-polewy (na marcepanie?).
Co ciekawe, gdy otworzyłam ją w górach, a więc w chłodzie, sama olejkowość migdałowo-amaretto-marcepanowy była nieco mniej istotna względem innych nut niż gdy weryfikowałam odczucia w domu, w temp. pokojowej.

W dotyku tabliczka wydała mi się kremowa, ale bez wątpienia twarda. Podczas łamania słychać było przeciętnie głośne trzaski, jako że i twardość stała na średnim poziomie. Choć wyglądało na to, że ciastek dodano średnią ilość, w trakcie jedzenia okazało się, że było ich sporo. Łamały się wraz z czekoladą, a w przekroju wyglądały na pustawe. Dało się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się maziście w tempie średnim. Okazała się średnio tłusta i dość kremowa, od czego jednak z czasem odciągały uwagę małe kawałki ciastek. Sprawiały wrażenie suchych, ale choć po większej ilości drapały, to nie kaleczyły podniebienia. Były twarde i trochę nasiąkały. W dziwny jednak sposób. Niby wilgotniały, ale nie wydawały się wilgotne, a już na pewno nie miękkie. Częściowo malały, i rozchodziły się na coraz drobniejsze kawałki w nieco ziarnisty sposób. Ogółem, choć konkretne, nie były zwarte, a pustawe w środku.
Gdy gryzłam je wcześniej, obok czekolady, były nieznacznie konkretniejsze od tych gryzionych na koniec. Różnic trzeba było się doszukiwać. To czekolada wychodziła gorzej, bardziej ulepkowo, w zestawieniu z nimi.
Pod koniec czekolada robiła się coraz bardziej wodnista, mimo podtrzymania mazistości, i znikała łatwo, zostawiając dodatek.
Ciastka gryzione na koniec wciąż były dość twarde, raczej suche i chrupiąco-rzężące. Rozpadały się pod naciskiem zębów w mączny pyłek. Kojarzyły się trochę z chrupkami zbożowymi, nie takimi typowymi ciastkowymi ciastkami.

W smaku zawsze od razu czuć słodycz o średniej mocy, o nieco mgliście waniliowym charakterze. Po chwili dołączał do niej akcent ciężko-soczysty i echo olejku migdałowego.
Czasem, gdy zahaczyłam zębem o dodatek, od razu zaznaczało się w niej echo nie tylko aromatu migdałowego, ale też mdłego ciastka.

Zaraz odezwała się jeszcze delikatna, gorzkość. W pierwszej chwili skojarzyła mi się z gorącym kakao - z kakao w proszku - waniliowym, a po chwili wyraźnie zrobiła się nieco poważniejsza, palona. Niby rosła, ale nieznacznie, jedynie do średniego poziomu. Przy niej zaznaczył się jakby bezalkoholowy, goryczkowaty likier amaretto, wzmocniony aromatem migdałowym. Czuć go nawet w kęsach bez ciastek.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady, okazała się pobrzmiewać nieco nutą likieru z aromatu i olejku / aromatu migdałowo-marcepanowego, niezależnie od ciastek. W kęsach bez ciastek, ten motyw grał nieco mniej istotną rolę, ale był wyraźny tak czy inaczej.

Wyłaniające się ciastka w zasadzie niewiele wnosiły... Acz mam wrażenie, że mogły trochę przygłuszyć nuty owocowe i stawały na drodze skojarzenia z marcepanem.

Jednak nie zupełnie. Czerwone, ciężkie owoce z czasem się nasilały. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa byłam w stanie powiedzieć, że przewija się tam żurawina i czerwone jabłka. Może jakiś ciężki sos do dań wytrawnych? Kontrast z aromatem migdałowo-likierowym działał na ich niekorzyść.

Trochę ziołowa goryczka bazy podkreślała właśnie gorzkawość tychże, ale ogólnie nie osiągnęła wysokiego poziomu, bo i słodycz się w tym czasie rozwinęła.

Słodycz oparła się na wanilii, też raczej z aromatu. Gdy ciastka zaczynały się trochę częściowo rozpuszczać, wtłaczały właśnie jasno ciasteczkowy akcent. Bardzo delikatny, ale dał radę trochę uzasadnić aromaty amaretto (bez alkoholu) i migdałowy.

Ciastka gryzione obok czekolady były mniej wyraźne niż na koniec, ale czuć je całkiem nieźle: pszenne, lekko słodkie i z nutą powyższych aromatów. 

Z czasem w czekoladzie zioła przechodziły w niewyraźną kawę, a cierpkość i coraz bledsza soczystość przez moment jakby zgrały się z nią, by potem zrobić drobną aluzję do ziół pobrzmiewających cytrusami, a w końcu jednak schować się i przystać na kawowy smak.

Ciastka gryzione na koniec były wyrazistsze, ale nie jakoś szczególnie wyraziste. Wykazały się delikatnie pieczonym smakiem, dość wysoką słodyczą oraz lekką migdałową nutą. Czuć jej sztuczny, olejkowy charakter, wpisany w pszenność. Da się poznać, że nie ma w nich migdałów, jednak ciastka ogólnie smakowały tak delikatnie, że mogłabym się nabrać, iż odrobinkę dodano.

Po zjedzeniu został posmak aromatu / olejku marcepanowo-migdałowego, ale też cierpkawych czerwonych owoców, ziół i jakby cytrusowych ziół (?) z lekką paloną goryczką. Do tego czułam średnią słodycz, jakby nieco przygaszoną.

Czekolada zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, mimo że nie była spełnieniem marzeń. Przede wszystkim cieszę się, że nie była aż tak naaromatyzowana jak jej owocowe koleżanki. Mimo wszystko aromat czuć zawsze, niezależnie od ciastek. Te były przeciętne, nie jakoś szczególnie intensywne, ale uwierzę, że amaretti same w sobie mogą być właśnie takie łagodniejsze. Owocowy wątek sosu z żurawiny i czerwonych jabłek co prawda nie pasował do migdałowego wątku amaretti, ale nie pchał się na przód, więc nie przeszkadzał. Słodycz trzymała się średniego poziomu, jakby pilnowała się nawzajem z olejkiem. Gorzkości wolałabym więcej, ale wbrew pozorom ta bardzo delikatna jako tako i tak tu wyszła ok.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 571 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, ciasteczka amaretto (mąka kukurydziana, mąka ryżowa, fruktoza, olej kokosowy, skrobia kukurydziana, syrop glukozowo-fruktozowy, substancje spulchniające: węglany amonu, węglany sodu; aromat, sól, kukurydza, substancja zagęszczająca: guma guar), emulgator: lecytyna sojowa, naturalny aromat amaretto, ekstrakt waniliowy

czwartek, 3 września 2026

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru ciemna z Dominikany i Peru

Kupując tę czekoladę kompletnie nic nie wiedziałam o niej czy o marce. Wyglądała po prostu na całkiem porządną. I wszystko wskazywało na to, że Equal Exchange faktycznie porządnie przykładają się do swoich produktów, używając dobrej jakości ekologicznych składników. Działają z wanilią z Madagaskaru oraz cukrem z Paragwaju i Kostaryki. Oczywiście na tym sprawdzonych źródeł nie koniec. Kakao kupują od małych spółdzielni rolników, w tym od 2004 z El Quinacho w Sivii w Peru. Ta spółdzielnia została założona w 1970 roku w dolinie rzeki Apurimac i obecnie ma 220 członków. Dba o to, by lokalne społeczności miały godne wynagrodzenie, dobrą pracę, co się chwali.
Oczywiście poczytałam też o samej marce. To amerykańska firma zajmująca się głównie czekoladą i kawą, która obrała model handlu, w którym ma się pod kontrolą każdy element łańcucha dostaw. Założyciele - Rink Dickinson, Jonathan Rosenthal i Michael Rozyne - zaczęli od nikaragujskiej kawy  Fair Trade w 1986 roku, wyrażając solidarność z z rolnikami z Ameryki Łacińskiej w czasach, gdy życie utrudniało im embargo. Potem zaczęli współpracę z plantatorami kakao ACOPAGRO w Peru. Obecnie pozyskują produkty od ponad 40 organizacji zrzeszających drobnych rolników na całym świecie, stawiając na długoletnie relacje oraz wysokiej jakości szkolenia i aktywizację zawodową kobiet.

Equal Exchange Organic Dark Chocolate 71 % Cacao Very Dark Cacao from Dominican Republic & Peru to ciemna czekolada o zawartości 71% kakao z Republiki Dominikany i Peru, z regionu rzeki Apurimac.

Po otwarciu poczułam intensywny, niemal dominujący zapach wanilii i cytrusów. Wtórowało im sporo drzew, których z kolei trzymało się orzechowe echo. Wanilia współpracowała z maślanością, razem z nią tworząc ciastowy wydźwięk. Do głowy przyszły mi maślane waniliowe bułeczki oraz po prostu miękkie, wilgotne ciasto maślane. Cytrusy dopraszały się o wizję babki cytrynowej. Z cytrusów czułam sporo właśnie cytryny, ale też grejpfruta sweetie - słodszego od czerwonego. Cytrusowość wydawała się znacząco osłodzona, niezbyt kwaśna. Wydaje mi się, że zwłaszcza już w trakcie degustacji, za cytrusami kryły się jeszcze kwaśno-cierpkie ciemne owoce. Drzewa wydawały się żywe, acz gdzieś w oddali i palony akcent się zaznaczył, dopowiadając im trochę palonego drewna.

Suchawa, a zarazem dość tłusta w dotyku czekolada była twarda i przy łamaniu trzaskała głośno zupełnie jak suche gałęzie.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i bardzo maziście. Była gęsta i tłusta w sposób maślany z trochę oleistym echem, a także gładka, choć z jakby ukrytą lekką suchością. Niemal do końca zachowywała kształt, z czasem lekko rzednąc w soczystym ujęciu.

W smaku od razu rozbrzmiała przede wszystkim wanilia, a więc też słodycz. Słodycz nie za wysoka, ale średnia i aspirująca do zajmowania pierwszego planu. Choć nie w odosobnieniu.

Szybko zaznaczył się też orzechowy wątek, który część słodyczy pokierował w stronę jakiejś słodkiej, naturalnej masy, np. zdrowszej wersji amerykańskich fudge w wariancie orzechowym. Z dużą ilością masła orzechowe arachidowego. Właśnie fistaszki miały wiele do powiedzenia w orzechowości. Łagodnie prażone i naturalnie słodkawe.

Dzięki orzechom wemknęła się gorzkość. Lekko wzrosła w harmonii z intensywną słodyczą wanilii.

W tle w tym czasie w dodatku zaznaczył się kwasek chyba grejpfruta, co dodatkowo trochę słodycz przełamało.

Słodycz ogólnie rosła znacząco, choć taka wysoka nie była. Dosadna, mocarna z wydźwięku owszem, ale nie zdominowała kompozycji. Wanilia zrobiła trochę miejsca palonego karmelowi (który zajął miejsce krówkowej nutki), za czym optowała paloność. Ta dopiero się rozkręcała.

Słodycz zasugerowała kwaskowi w tle bardzo ciemne, niemal czarne winogrona granatowe. Odciągały uwagę od grejpfruta, jako że były bardziej podporządkowane słodyczy. Nagle bardzo wyraźnie poczułam dżem winogronowy i do głowy przyszło mi połączenie kremu fistaszkowego z galaretką "jelly" z ciemnych winogron (PB&jelly).

Do orzeszków ziemnych dołączyły drzewa, a tuż za nimi bardziej palony motyw. Zasugerował części drzewom wydźwięk palonego drewna, a także otworzył drogę wypiekom.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wanilia zmieniła się w waniliowe maślane bułeczki i waniliową, na pewno jasną i puszystą babkę. Maślaność zaczęła przybierać na znaczeniu, stając na drodze gorzkości i krzyżując jej plany przejęcia pierwszego planu. Na szczęście załagodziła też trochę słodycz. Karmel zrobił się łagodniejszy, choć wciąż palony, bardziej maślany.

Jedna z babek okazała się cytrynowa. Specyficzny motyw cytrynowego wypieku podkręcił zatracający się w pewnym momencie akcent grejpfruta w tle. Jako jednak że ogólnie było słodko, okazało się że to słodszy grejpfrut o zielonej skórce i żółtym miąższu, sweetie. Cytryna też trzymała się słodkiego wydźwięku. Z czasem cytrusy traciły na jednoznaczności, a ich kwasek rozmywał się.

W tym czasie w wypiekach nastąpiła kumulacja maślaności, po czym... nagle do słodyczy dołączyła rześkość, a słodkie bułeczki i babki zrobiły się lekko nasączone wodą różaną. Słodycz nagle dziwnie zaczęła zmierzać ku przesadzie - mimo że tak wiele elementów ją a to przełamywało, a to łagodziło.

Woda różana podpowiedziała rozpraszającym się cytrusom trochę kwasku... dżemu z czarnych porzeczek? Owoce przeszły bez większych zgrzytów właśnie w ten motyw. Motyw bardzo słodki, mimo kwasku i cierpkości.

Palony wątek bardzo się nasilił, mimo że maślaność starała się, by gorzkość nie była za silna. Drzewa do reszty zmieniły się w palone drewno, a orzechy gdzieś się zgubiły. Pewna jednak maślaność, kwasek w połączeniu z palonością zasugerowały wilgotny żytni chleb. Chleb, na który nałożono ogromną porcję soczyście-cierpkiego i bardzo słodkiego dżemu z czarnych porzeczek, słodzonego wanilią.

Po zjedzeniu został posmak mocno waniliowy oraz cytrusów w wydaniu "na słodko", a więc głównie babki cytrynowej. Czułam też lekką kwaskawą cierpkość, zmieszaną ze słodyczą, dżemu z czarnych porzeczek i dużo, bardzo dużo spalonego drewna, ale też drzew żywszych; drzew po prostu.

Czekolada była smaczna, ale żałuję, że aż tak waniliowa. Jej słodycz była intensywna, ale średnio wysoka, nie przesadzona, więc tu bardziej problem miałam z tym, jak wanilia rozpychała się wśród nut samego kakao. Fistaszki, drzewa i drewno, na koniec trochę żytniego chleba wyszły smacznie i spójnie, mimo że wszystkiego trzymało się bardzo mocne palenie. Nic z tego nie nakręciło jednak silnej gorzkości, bo było też sporo masła. Szkoda. A jednak maślaność w połączeniu z wanilią przełożyła się na wizję bułeczek i babek, więc też nie było źle. Waniliowe wypieki i babka cytrynowa współgrały z cytrusami w wydaniu na słodko, podobnie jak czarno porzeczkowy dżem z chlebem na koniec. Nudno nie było, a wadom i tak udało się przeobrazić w coś przyjemnego, więc "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".


ocena: 8/10
kupiłam: iHerb
cena: 22,13 zł (za 80g)
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nierafinowany pełny cukier trzcinowy, mielone ziarna wanilii

wtorek, 4 sierpnia 2026

Cokoladovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80 % ciemna z Peru

Po paru tabliczkach czeską markę Cokoladovna Lana uznałam za jak najbardziej w porządku. Po kolejną ich tabliczkę sięgnęłam, przeczuwając coś smacznego, ale... przewidywalnego? Obstawiałam, że będzie to typowy peruwiański smak i przyjemna moc kakao. Właśnie na to miałam ochotę.
Gdy chodzi o jej opakowanie, jak to się mówi, nie wiedziałam, z czym to zjeść. 150. rocznica Gymnazium Trebic, czyli szkoły z miasta Trebic, gdzie też mieści się firma Cokoladovna Lana. Aby to uczcić, twórca marki, który jest absolwentem tej szkoły, uznał, że zrobi edycję limitowaną. Taka czekolada, o tej zawartości kakao z Peru, pojawiła się więc w ofercie tylko na jakiś czas. Od razu więc moja radość z niej jeszcze wzrosła!

Čokoládovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru; edycja limitowana.

Po otwarciu rozszedł się zaskakująco łagodny zapach głównie delikatnych, drobnych kwiatów, którym towarzyszył nie za słodki, ale niewątpliwie krówkowy budyń. W nim zaanonsowała swą obecność maślaność, choć jeszcze nie było jasne, czy będzie bardzo wszystko łagodzić. Dopiero za nimi zaznaczyło się trochę rozgrzanej ziemi, żwiru i leciuteńki kwasek moreli. Nawet trudno było dookreślić, czy świeżych-surowych, czy suszonych.

Bardzo ciemna tabliczka wydawała się konkretna, mimo że na dotyk zdradzała kremowość. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, ale dosadnie niczym gałęzie, które nie chcą się łamać.
W ustach rozpływała się faktycznie bardzo kremowo, w tempie leniwie powolnym, początkowo niezbyt chętnie, ale potem bardzo ochoczo. Przemknęła mi w niej znikoma pylistość, jednak później zrobiło się gładko. Czekolada dała się poznać jako maślano tłusta i wręcz ciężkawa. Ze względu na wysoką gęstość, zachowywała kształt dość długo, ale nie szczędziła też mazistych smug. Nimi konkretnie pokrywała podniebienie, po czym łatwo odpuszczała, dodając jeszcze trochę cierpkiej soczystości.

W smaku przywitała mnie bardzo łagodna słodycz kwiatów i krówek. Choć była niska, jednoznaczność krówkowego klimatu aż mnie zaskoczył. Już po chwili jednak zaczęły nabierać bardziej karmelowego wydźwięku, bardziej... palonego po prostu.

Zza słodyczy jakby chciał się wyrwać leciutki, niedookreślony kwasek... Owocowy, niby cytrusowy, ale nie zupełnie... zatlił się i zniknął.

Cały czas w krówkach i potem karmelu - karmelu kakaowym? - czuć za to wyraźnie maślaność. Zarówno one ją zawierały, jak i zaraz pojawiło się obok całkiem sporo maślaności, zapowiadającej łagodną, spokojną kompozycję. Kwiaty zaś prawie zniknęły.

Nagle rozbrzmiał dym., Gorzki, cierpki i wprowadzający poważniejsze motywy żwiru i skał, które podkręcała paloność. Skał rozgrzanych i... trochę gorącej ziemi? Sporo goryczki się od nich rozeszło. Nadały całości poważniejszego, dosadnego wydźwięku.

Wystraszona tym maślaność zmieniła się w nieokreślone, ale niewątpliwie pieczone orzechy. Jej łagodność... próbowała się utrzymać i poszła w bardziej budyniowym kierunku. Choć najpierw jeszcze trochę pobrzmiewała krówko-karmelowość, więc powiedziałabym, że mógł to być budyń palono karmelowy, potem nasilała się też palono-pieczona orzechowość. Tak, budyń zrobił się orzechowy, ewentualnie kakaowo-orzechowy.

W tym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza żwiru i skał wyłonił się kwasek... cytryny? Mieszanki cytryny i moreli, które trochę rozmywała kwiatowa mgiełka. Trzymały się z tyłu, choć zerkały zazdrośnie i na pierwszy plan.

Dym, żwir i skały przeszły w bardziej ziemisty motyw. Rozgrzana ziemia przechwyciła poważniejsze, gorzkie motywy, cały czas pilnując, by były silne (acz ze względu na maślaność i orzechowość, niesiekierowe).

W orzechowym wątku też przemknęła goryczka, sugerując orzechy włoskie... Lecz nie jako same orzechy, a bardziej biszkopt orzechowy, ze zmielonych pieczonych orzechów włoskich i... wiórków kokosowych. Biszkopt przełożony budyniowym kremem? Biszkopt, jedzony w starej, zakurzonej bibliotece, pełnej starych ksiąg. Czyżby pobrzmiewał tam też motyw drewna?

Przez moment pomyślałam jeszcze o orzechowym biszkopcie z suszonymi, słodkimi morelami, ale... kwasek nieco wzrósł. A ze wzrostem owoce zyskały żywszy wydźwięk. Nie jednak jednoznaczność, bo morele mieszały się z cytrynami, tworząc motyw po prostu żółtych owoców. Taki delikatny, że z łatwością zanikający. Raz po raz przemykało mi tam jednak jeszcze coś... bardziej czerwono owocowego, dżemowego... Niby kwaśnego, ale niezupełnie, jak mocno dosłodzony dżem z rabarbaru? Owocowy motyw przysłoniły trochę... delikatniusie, drobne kwiaty? Kwiaty i więcej wiórków kokosowych.

Osłabienie owoców wykorzystała maślaność i karmelowo-krówkowy wątek. Maślaność przygłuszyła z zaskakującą łatwością silną gorzkość, robiąc miejsce pod wizję krówkowo-karmelowego budyniu i mocno maślanych, nieprzesłodzonych (aż nierealistycznie) krówek.

Po zjedzeniu został posmak odrobiny skał, ziemi, żwiru i cierpkawego dymu, mocno złagodzonych maślanością. Z nią wiązał się łagodny karmel, prawie krówka, acz... na tym etapie już bardziej karmel. Goryczkę i paloność nakręcały pieczone orzechy włoskie i chyba echo starych książek. W całości zaplątały się jakby zagubione kwaskawe żółte, niedookreślone owoce i bardzo słodki dżem rabarbarowy.

Czekolada zaskoczyła mnie, bo wbrew przewidywaniom wyszła bardzo mało peruwiańsko. Kwiaty, maślane karmelo-krówki, budyń karmelowy, potem orzechowy, orzechy włoskie i orzechowy biszkopt z drobnymi akcentami cytryn i moreli za nic nie skojarzyłabym z Peru. Jedynie dym, żwir i ziemie, ale... mimo że nie brakowało im mocy, stanowiły ledwie połowę kompozycji. Druga, maślana i łagodna, cały czas starała się je załagodzić. Wyszło to tak... jeszcze nie kontrastowo, ale z rozdźwiękiem, jakby czekolada sama nie mogła się zdecydować, czy chce być ciemną siekierą czy łagodną i spokojną. Trochę przeważało to drugie, że obstawiałabym raczej 75% niż 80%. Jak na 80% w dodatku z Peru była za łagodnie maślana, bym mogła wystawić jej więcej niż 8.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

wtorek, 14 lipca 2026

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75 % ciemna

Przygotowując posta pod recenzję, chciałam znaleźć tę czekoladę na stronie producenta. Jakież było moje zdziwienie gdy... trafiłam na problemy. Jakby czekoladę wycofano? Znalazłam za to jakąś "Special", też z Peru, ale z marną zawartością 70%. Marną w odniesieniu do posiadanej! Uf, wyglądało na to, że miałam szczęście z trafieniem na dziś przedstawianą. Ponoć zwą ją "el txakoli de los chocolates" ze względu na jej wyraźną i wyrazistą owocową kwasowość. Google mi z tym pomógł: chodzi o Txakoli wśród czekolad! Hm... dalej dość enigmatycznie. Po krótkim researchu okazało się, że Txakoli to lekkie, wytrawne, owocowe wino produkowane głównie w Kraju Basków w Hiszpanii, charakteryzujące się wysoką kwasowością, delikatnym musowaniem i niską zawartością alkoholu. Tabliczka ta dwukrotnie zdobyła brąz w w konkursie International Chocolate Awards 2018 i 2020 w kategorii europejskiej. Widać ta hiszpańska marka wiedziała, jak poradzić sobie z wysoce cenionym białym kakao Palo Blanco od producenta Cesar Vallejo. Nie ukrywam, że zrobiłam się jej bardzo, bardzo ciekawa

Kaitxo Speciality Chocolate Peru Chulucanas, Piura 75% to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao Nativo Blanco z Peru, z regionu miasta Chulucanas, z doliny Kilombero.

Po otwarciu rozbrzmiał słodki zapach kwiatów. Pomyślałam o jaśminie, mimo że kwiatowa nuta otoczona była pewnym ciepłem. Sugerowało kwiatom nawet suszoność, ale jaśmin uparł się na wizję ciepłego, letniego poranka. Suszona nuta nie opuszczała słodyczy i ujawniła się w rodzynkach. Z tym że też nie do końca suchych, bo w głowie siedziały mi słodkie rodzynki nasączono-zawilgocone, z czegoś, np. miodowej masy makowej, bardzo słodkiego sernika, ciasta. Za nimi przemykały jeszcze jakieś bardzo trudne do uchwycenia, dziwnie wręcz słodziutkie czerwone owoce. Motyw ciasta je przysłaniał, serwując jeszcze orzechowość, układającą się w migdałowe (z mąką migdałową) ciasto czekoladowe. 

Niestety czekolada dotarła do mnie połamana, w kiepskim stanie. Tam jednak, gdzie już miałam okazję przełamać ją sama, trzaskała głośno niczym gałązki, z chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się trochę miękkawo-lepkawo, średnio wolno. Czuć w niej wręcz piaszczystość, ziarnistość, przekładające się na pewną suchość. Z czasem rozeszła się soczystość, która częściowo odciągała uwagę od jakby skrytej pylistości. Końcowo nawet trochę ściągała.

W smaku od początku czuć przede wszystkim słodkie białe kwiaty. Powiedziałabym, że jaśmin, choć nie był w 100% jednoznaczny, możliwe, że towarzyszyły mu jakieś inne kwiaty. Poczułam też ciepło.

Przez sekundę czy dwie ciepło próbowało zasugerować kwiatom ich suszone wersje, ale suszony motyw jednak popłynął w kierunku bardziej... herbacianym. Możliwe, że fusy czarnej herbaty urozmaiciły jakieś kwiaty, ale jaśmin uparł się na wydźwięk świeższy. Zbudował obraz krzewów mijanych letnim porankiem - i tu w powietrzu znalazło się ciepło.

Słodycz po paru chwilach naparła z nową siłą. Wciąż poniekąd trzymała się kwiatów, ale odnotowałam w niej też aż nieco karmelowo cukrowy ton. Kwiaty później trochę się wycofały.

W tym czasie trochę na boku rozwinął się i zabłysnął kwasek. Średnio silny, ale pilnujący, by słodycz nie przegięła za bardzo. Odciągał trochę od niej uwagę. W pierwszej chwili pomyślałam o cytrynie, ale... kwasek ten po chwili jakby osiadł w rodzynkach, decydując się na fuzję ze słodyczą. To sprawiło, że ani słodycz, ani kwaśność długo za bardzo się potem nie umocniły. Potem, za rodzynkami, przemknęło mi jeszcze trochę... owoców czerwonych? Ale dziwnie niecodziennie słodziutkich...

Herbata przeszła w nieco wytrawny motyw. Pomyślałam o czarnej herbacie z prażonym ryżem (wyobrażenie, bo na pewno jest taka zielona), ale nie była to zbyt jednoznaczna nuta, która jakoś się potem rozmyła... Prażoność jednak zostawiając. Ta przytoczyła pewną niejasną orzechowość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam niemal ziemisty motyw. Goryczka wzrosła, podkreślając kwasek.

Orzechowość zaskoczyła wówczas na tor migdałowego ciasta czekoladowego o bardzo wilgotnym wnętrzu. Przez moment w zasadzie po głowie bardziej chodziła mi jeszcze surowa masa na takowe ciasto, masa bardzo maślana, ale potem... jednak już ciasto. Niby brownie, ale nie takim typowym, a w dodatku z... rodzynkami?

Rodzynki co i raz podkręcały kwasek. Wsparło je trochę czerwonych owoców. Mimo że też kwaskawych, nieodzownie związanych ze słodyczą. Jakby były to owoce... w jakimś słodkim syropie? Albo z ciasta, nasiąknięte nim czy z masy makowej z miodem, który wchłonęły.

Kwiaty wróciły z nową siłą i swą słodyczą próbowały przysłonić nieco owoce. Wydały mi się same w sobie aż nieco drapiące.

Rodzynki jednak dzielnie o siebie walczyły. Te w migdałowo-czekoladowym cieście pokusiły się o jakby opalaną goryczkę. Ta zaś przypomniała o czarnej herbacie. Herbata jakby się trochę rozproszyła... Pomyślałam o naparze o mocno drzewnym charakterze (bardziej drzewnym niż herbacianym?).

Słodycz i goryczka końcowo owocowym przebłyskom podpowiedziała jeszcze cierpkie skórki cytryny, chyba też z jakiejś masy, ciasta. 

Po zjedzeniu został posmak różnych owoców słodko-kwaskawych, jakby z czegoś: masy makowej, ciasta. Głównie rodzynki, choć czułam też coś czerwonego i cytrusowego. Może to jakieś... owoce w syropie, miodzie? To wpisało się w pewne odczuwalne drapanie. Słodycz końcowo wydawała się wręcz trochę przytłaczająca. W niej znów wyraźnie pokazały się białe kwiaty. Wszystko to tonował motyw migdałowego brownie i jakby drzewnej herbaty.

Czekolada była smaczna, choć dla mnie za słodka. Zwłaszcza po tym, jak naczytałam się o jej kwaśności, zdziwiłam się, że okazałą się w zasadzie raczej kwaskawa. Dużo rodzynek "z czegoś", trochę cytryny, trochę czerwonych owoców zatonęło w ogromie jaśminu, cieście czekoladowo-migdałowym i drzewnej herbacie. Lekka orzechowość nadała głębi i powagi, gorzkość jednak też nie była jakoś szczególnie silna. Wszystko wydawało się spokojne i wyważone, tylko słodycz miała czasem zbyt silne momenty.
Długo myślałam, że wystawię jej raczej 8, jednak w końcu ze względu na jednoznaczność motywu herbaty uznałam, że nawet z lekkim przesłodzeniem zasłużyła na 9. Naciągane.


ocena: 9/10
cena: € 7,30  (za 70g; około 31 zł)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 2 lipca 2026

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit ciemna z Peru o smaku marakui z mango

Po dwóch ostatnio jedzonych Vanini czułam, że mam kompletnie dość tej marki. A niestety w komodzie czekały jeszcze dwie tabliczki. W tym dziś przedstawiana, jak te dwie poprzednie, co mi podpadły, z owocami. Uznałam więc, że chcę ją mieć jak najszybciej z głowy.
Wzięłam ją końcem listopada w Tatry na trasę na Krzyżne. Otworzyłam jednak znacznie wcześniej, na Gęsiej Szyi, jako że pomyślałam, że skoro miałby mnie mordować jakiś olejek / aromat, to nim wejdę na Krzyżne i zabiorę się za kolejną tabliczkę, zdążę o nim zapomnieć i przepłukać parę razy usta. Otworzyłam ją więc na Gęsiej Szyi, na którą weszłam z Łysej Polany przez Rusinową Polanę. Taki niepozorny punkt, a widoki tak zachwycające... Czy czekolada okazała się ich godna?

Vanini fondente 62% con mango e passion fruit / dark chocolate 62% with mango and passion fruit to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami mango i marakują (aromatem).

Po otwarciu poczułam przerysowany zapach marakui, okrojonej z większości kwaśności. Miała władczy, dominujący charakter. Towarzyszyło jej delikatne, słodkie mango, a czekolada... Prawie się ukryła. Zajęła miejsce daleko w tle. Ogół wydał mi się nieprzesadnie, ale duszno słodki i z jedynie zaakcentowaną gorzkawością.

Tabliczka w dotyku obiecywała kremowość i lekką ulepkowatość. Przy łamaniu wykazywała twardość, obfitującą w głośne, chrupkie trzaski.
Na spodzie dało się dostrzec średnią ilość cząstek mango. Przekrój ujawnił dosłownie kilka średniej wielkości kawałków mango, które wyglądały na kruche i suche liofilizowane.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, kremowo maziście. Tłustość stanęła na średnim poziomie, a gdy zaczęły wyłaniać się z niej kawałki dodatku, doszła do tego lekka ulepkowatość i znikoma soczystość. Kawałki mango, które wyłaniały się z czekolady, wykazywały twardość. 
Gryzione wcześniej, obok czekolady, były twarde i kruche. Chrupały i skrzypiały, dając się poznać jako liofilizowane.
Na koniec czekolada znikała trochę wodniście, zostawiając kawałki mango. Nie było ich za wiele. Sporo kęsów była ich w ogóle pozbawiona.
Kawałki mango na koniec wciąż były twarde, acz nieco mniej. Acz... jedne nieco różniły się od drugich. Ich skrzypiąca kruchość utwierdziła mnie, że to liofilizowany owoc. Znalazła się w nim lekka proszkowość, ale gryzione na koniec, serwowały też sporo soczystości, by w większości przypadków zostawić jeszcze miękkie, delikatne farfocle. Jedne wydawały się bardziej rozpadać na proszek, inne zaś szły w farfoclowość.

W smaku od razu rozbrzmiała przesadzona słodycz. Zaleciała cukierkowym motywem egzotycznych owoców.

Zaraz odezwała się też leciutka goryczka. Dziwnie podkreśliła egzotyczny owoc.

Ten przedstawił się jako marakuja, choć trochę... karykaturalna? Z wyczuwalnej nuty zmieniła się w motyw przewodni. Choć ewidentnie marakujowy, owocowy wątek zapomniał o kwaśności. Marakuja, raczej słodka, nie była bardzo sztuczna, ale czasem naprawdę wydawała się przesadzona. Robiła wszystko, by zdominować kompozycję i na dłuższy czas jej to się udawało.

W kęsach nawet bez mango, smak tego owocu wtórował marakui, ale gdy kawałek się trafił, oczywiście bardziej. I czasem razem chyliły się ku cukierkowemu wydźwiękowi (przeważnie w kęsach bez kawałków mango), a czasem... mango i marakuja dziwnie splątały się z goryczką.
Gdy próbowałam samej czekolady, bez mango, czasem i tak pobrzmiewało. Ale bardzo rzadko i słabiutko.
Z ciekawości spróbowałam też pogryźć mango obok czekolady, wcześniej. Nie było wtedy jakoś szczególnie wyraziste, a czekolada wydawała się bardziej cukierkowa.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa za marakują gorzkawość przywołała zioła. Były lekko cierpkie i z ogromną ochotą podchwyciły egzotyczny klimat. Do głowy przyszły mi jeszcze liście bananowca, pędy bambusa i grube zielone liście z tropików.

Już myślałam, że pojawi się jakiś kwasek, ale nie. Po tym nasileniu się goryczki, nasiliła się też słodycz. Trzymała się marakui, ale też... Przemykało mi tam coś nugatowego - pomyślałam o bardzo cukrowym białym nugacie turron. W oddali, ale jednak. Skojarzenie tu umacniała maślaność, jaka też się z czasem zjawiła. Słodycz czasem trochę przesadzała. W zestawieniu z egzotycznymi owocami, sprawiała wrażenie cukrowo dusznej. Męczyła. Nie jakoś bardzo, ale sprawiła, że kompozycja była ciężka w niepozytywnym sensie.

Marakuja trochę ustąpiła, i choć wciąż była wyrazista, już nie wydawała się taka dominująca.
Wykorzystała to goryczka. Gorzkością wprawdzie się nie stała, ale zrobiła jakąś aluzję do czarnej, ale nie mocnej, kawy.

Gryzione na koniec kawałki mango były wyrazistsze, acz nie wszystkie tak samo. Niektóre bardzo wyraziste, inne delikatne (wydawały się stłamszone przez intensywną słodycz i marakujowość). Utwierdziłam się, że to liofilizowane cząstki. Cechowała je wysoka soczystość i wyrównane słodycz z kwaśnością. Mango starało się odciągnąć uwagę od przerysowania marakui, wciągając ją w naturalniejszy, egzotyczny klimat.

Po zjedzeniu został posmak głównie niezbyt naturalnej, przerysowanej marakui i palonej czekolady o kawowym echu, ale też wysokiej, maślano-nugatowej, duszno cukrowej słodyczy.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. Aromat choć dominujący, nie był aż tak nachalny jak w Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Trzeba przyznać, że ta tabliczka wyszła przystępniej niż Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron czy Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew. Aromatowy charakter mango i marakui powstrzymywały trochę kawałki mango. Tych poskąpiono - czyli przegięcie w drugą stronę względem podlinkowanych (tam dodatków było za dużo, że aż przeszkadzały). W dziś przedstawianej czekoladzie nieźle czuć lekko ziołową gorzkość, jednak i słodycz była wyższa niż we wspomnianych. Słodycz wyszła aż dusznie ciężko - myślę, że dołożył się do tego także kontrast z egzotyką. Ciekawe, że i w dzisiaj przedstawianej przez myśl przemknął mi nugat, bo nie zawierała miazgi z orzechów jak jej poprzedniczki. A jednak, nugat o którym myślałam, biały hiszpański, opiera się na cukrze, nie orzechach (w przypadku wspominanych myślałam o normalnych orzechowych nugatach). Gdyby tak pojawiło się w niej więcej owocowego kwasku, kawałków było nieco więcej, a marakuję dodano jako np. sok, a nie tylko aromat, spokojnie miałaby 7, a kto wie, czy nie 8.
Sporo czekolady z gór zostało mi do skończenia w domu i choć myślałam, że skończę całą, jakoś mnie zmęczyła, przytłoczyła i ostatnią kostkę wcisnęłam Mamie.

Mama po swojej kostce powiedziała: "Dla mnie ona taka nieprzyjemnie gorzka jak leki, mango i marakuja to tam jako te kawałki, tak? Niesmaczna ogólnie. Nawet nie przez taką faktycznie trochę sztucznie owocową nutę. A z kolei te kawałki, no czyli mango naturalne, też niefajne, takie gąbczaste".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki mango 2%, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat mango 0,1%, naturalny aromat marakui 0,1%, ekstrakt waniliowy

czwartek, 25 czerwca 2026

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % ciemna z Peru

Po dwóch czystych czekoladach marki Cacao Crudo mój zapał do nich jakoś trochę osłabł. O ile Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 90 % / Fondente 90 % wydała mi się dobra, ale zbyt kontrastowa, tak Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 % już trochę denerwowała za bardzo wybijającym się cukrem kokosowym. Co do dziś przedstawianej miałam złe przeczucia: obstawiałam, że w niej to już w ogóle cukier zdominuje nuty kakao. Skazałam ją więc na najdłuższe czekanie. W końcu jednak i na nią przyszła pora. Tak jak poprzednie, została zrobiona z tego samego, tak samo obrobionego - w temperaturze nie wyższej niż 42°C - kakao. Tylko że w niej znalazło się go mniej.

Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 70 % / Fondente 80 % to ciemna czekolada o zawartości 70% surowego kakao Criollo z Peru, z Amazonii.

Po otwarciu aż uderzył mnie zapach cukru kokosowego i melasy, co skojarzyło mi się z miazgą kokosową w wariancie mocno palono karmelowym. Ten motyw zdecydowanie dominował i ustanowił ciężkość kompozycji. Słodycz niby miała średni poziom, trudno nazwać tę kompozycję przesłodzoną, ale jej wydźwięk był aż przytłaczający. Dopiero za nią zaznaczyły się nibsy z wiórkami kokosowymi i jakby karmelowo-ziemiste, ciężkie czerwone wino. W całości, niezależnie od ciężkości, czuć też rześkość. Zapewniła trochę owoców, jakby mieszankę wiśni z gruszką i lychee, a także cierpkość jakby dymu unoszącego się nad taflą jeziora.

Twarda i dość tłusta tabliczka podczas łamania dała się poznać jako nadzwyczajnie twardo-masywna ze względu na gęstość, pełnię. Wydawała się też jakby nieco zawilgocona.
W ustach rozpływała się niemal nie zmieniając kształtu, powoli i długo utrzymując masywność, twardość. Jednocześnie raczyła mnie dość wysoką tłustością, której nie osłabił nawet lekko pylisty element. Z czasem doszukałam się w niej lekko taninowego efektu, a końcowo też jakby wodnistości.

W smaku od razu uderzył palony karmel. Bardzo mocno palony, wręcz melasowy, a co za tym idzie ciężki, ale... z podążającą za nim rześkością?

W rześkości odnotowałam jasne, wilgotne kwiaty i kokosa. Kokos ujawnił obecność cukru kokosowego, który zdecydowanie zdominował całą kompozycję, mimo że słodycz nie była bardzo wysoka. Powiedziałabym, że w sumie średnia, tylko że wydźwięk miała wręcz przytłaczający, imperatywny. Inne nuty przewijały się za nią, jakby trochę się tego cukru kokosowego bojąc.

Cukier kokosowy rozkręcał się w swym karmelowo-melasowym klimacie, ale za nim.... udało się wyłonić też gorzkości. Wzrosła trochę, idąc w palonym, wręcz dymnym kierunku. Słodycz ten dym, paloność starała się jakby przechwycić, zaskarbić.

Gorzkość więc przytoczyła trochę nibsów, jakby nibsów palono-prażonych z wiórkami kokosowymi. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nibsy zrobiły trochę miejsca kawie - palonej, a zarazem soczystej? Ich połączenie przełożyło się na lekkie umocnienie gorzkości. Mimo to jednak nie dała rady przebić się przez słodycz cukru kokosowego.

W oddali na pewno zamajaczyło coś nieco... soczystszego?

Ciężka, melasowo-karmelowa i dosadnie kokosowa słodycz rozdawała karty.

Zgodziła się jednak, aby do jej rześkości podczołgało się trochę owocowo-kwiatowych przebłysków.

Kwiatom nieco lepiej szło pokazanie się. Pomyślałam o żywych, delikatnych i wilgotnych kwiatach, rosnących w zacienionym ogrodzie. Kwiatach... przejawiających cierpkość?
Owoce zaś... znalazły się w cieniu kwiatów. Do głowy przyszły mi niemal nieuchwytne słodkie, wręcz kwiatowe gruszki i lychee, mieszające się z akcentem wiśni. Wszystko to jakby nieco przyprószone wiórkami kokosowymi.

Myśl o ogrodzie podchwyciła też gorzkość i poważniejszy motyw. W tle przemknęło mi trochę ziemi. Wciąż też pobrzmiewał dym...

Za ich sprawą owocowe nuty przeszły w czerwone wino. Dziwnie rześko-ciężkie, bardzo ciężkie w zasadzie, ale nie wytrawne, a wręcz... karmelowe? Karmelowo-kokosowe? Do głowy przyszedł mi jeszcze likier, nieokreślony kokosowy alkohol i jakby nasączona gruszka w karmelu?

Kwiatowe, ciężkie wino z czasem zatopiło owocowy wątek, a cały dym znalazł się w słodyczy. Dosadnej, melasowo-kokosowej. Końcowo niemal zupełnie przysłoniła też nibsy i ziemię, jakby spowijając ją wilgotną, kokosową mgłą. Był to raczej motyw karmelowo słodkiej miazgi kokosowej i oleju kokosowego niż wiórków.

Po zjedzeniu został posmak dosadnego, ciężkiego cukru kokosowego o melasowym charakterze, mieszającego się z miazgą kokosową oraz kwiatami. Kwiaty podkręcały rześkość, a miazga kryła trochę cierpkości oleju kokosowego. Do niego dołączyło trochę dymu i ziemisty motyw nibsów.

Czekolada była smaczna, ale denerwowała mnie jej słodycz. Mimo że nie była za silna, za wysoka, to i tak przytłaczała wydźwiękiem. Cukier kokosowy o melasowym, rześko-ciężkim smaku zdominował kompozycję. Trochę dymu, ziemi, wina i gruszek z wiśniami, wilgotnych kwiatów wydawały się wręcz trochę tym cukrem kokosowym zastraszone. Do tego stopnia, że można by zapomnieć, iż to czekolada z surowego kakao.

Cukier kokosowy narzucał się też w Cacao Crudo Modern Pleasure Dark 80 % / Fondente 80 %, ale w niej jednak czułam o wiele więcej dymu, kawy, wina i pojawiła się nawet kwaśność, w momencie gdy w dziś przedstawianej cukier kokosowy zdominował wszystko, sprowadzając gorzkość do niskiego poziomu. Kwaśności za to w ogóle nie czułam. 


ocena: 7/10
kupiłam: brainmarket.pl
cena: 13,80 zł (za 50g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa z nieprażonych ziaren kakao, zagęszczony sok z kwiatów kokosa, tłuszcz kakaowy

wtorek, 23 czerwca 2026

Vanini fondente 62 % con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62 % with orange zest and cashew ciemna z Peru z karmelizowanymi orzechami nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy

Poczułam się przytłoczona czekoladami z cytrusami, jakie miałam na wyjścia w góry. Nie są moimi ulubionymi, a miałam wrażenie, że zdominowały mi "górski stosik" w komodzie z czekoladami. Dziś przedstawianej czekolady trochę się bałam. Obstawiałam, że może być podobnie nijaka, a nachalnie olejkowa jak Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Niestety, kupiłam ją razem z innymi Vanini. Kupując ją, szczerze myślałam o niej jako o obiecującej, bo uwielbiam nerkowce. Tydzień po spróbowaniu wspomnianej, znów ruszałam w góry. I szczerze-szczerze, niespecjalnie miałam ochotę brać w nie kolejną Vanini. Przeważył fakt, że nie lubię za długo trzymać czekolad z orzechami, bo lubią iść od nich w plamki (chyba od wydzielającego się tłuszczu?), nawet mimo długich dat ważności. Wolałam więc czym prędzej wziąć się za pozostałe z orzechami, by żadna nie musiała zimować w mojej komodzie.
Sama nie wiem dlaczego, wątpliwą tabliczkę wybrałam na zwieńczenie listopadowej wyprawy na Świnicę. Weszłam na nią z Doliny Zielonej Gąsienicowej zimowym wejściem. Z czekanem poszło mi tak szybko, że aż się zdziwiłam i już byłam na Świnickiej Przełęczy. Dalszy odcinek po skałach i łańcuchach za kolei zaskoczył mnie brakiem śniegu. Na szczycie było przyjemnie, bo dość ciepło i nawet niespecjalnie wietrznie. Idealnie więc na czekoladę. A zeszłam przez Liliowe i wzdłuż kolejki na Kasprowy Wierch, Doliną Gąsienicową.

Vanini fondente 62% con scorze di arancia e anacardi / dark chocolate 62% with orange zest and cashew to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Peru z prowincji Bagua z kawałkami karmelizowanych orzechów nerkowca i kandyzowaną skórką pomarańczy.

Po otwarciu poczułam intensywny, zdecydowanie dominujący zapach olejku pomarańczowego z echem słodkiego soku / napoju pomarańczowego. Ledwo dopuszczał do głosu paloną, cierpką, ale niezbyt gorzką czekolada. Ogólna słodycz była średnio wysoka, ale i ona zdawała się podległa olejkowi, skądinąd sama wydawała się trochę pomarańczowa.

Tabliczka w dotyku wydawała się kremowa i potencjalnie ulepkowata. Kiedy ją łamałam, wykazywała twardość i porządnie, chrupko trzaskała. W przekroju pokazało się mnóstwo kawałków dodatków: średnio-małych nerkowców i średnich oraz dużych pomarańczy. Te drugie przybrały dziwnie zielonkawy odcień.

W ustach czekolada rozpływała się maziście, w tempie średnim. Dała się poznać jako średnio tłusta i kremowa. Po pewnym czasie wyłaniały się z niej dodatki. Jak się okazało, całe mnóstwo. Wprowadziły wodnistość, jako że z pomarańczy i nerkowców rozpuszczał się cukier. To subtelna karmelowa otoczka rozpuszczała się częściowo wraz z czekoladą. Acz była tak znikoma, delikatna, że uwierzę, że niektórzy mogli by nawet nie zarejestrować, że jakaś tam była.
Gdy z ciekawości raz i drugi pogryzłam dodatki wcześniej, obok czekolady, były twardsze. Zwłaszcza nerkowce wydały mi się niecodziennie twardo-chrupiące i w porywach pokryte trochę krucho-cukrową skorupką, a pomarańcza dlatego, że nie zdążyła jeszcze nasiąknąć i miała jeszcze suchą, aż dziwnie kruchą od cukru strukturę.
Czekolada w końcu stała się nazbyt najeżonym zlepem dodatków. Zrobienie kęsa bez dodatków w zasadzie było niemożliwe. By wczuć się w bazę, w domu odskrobałam trochę czekolady z brzegu przy pomocy noża.
Kawałki pomarańczy gryzione na koniec wciąż były suche i dość twarde, acz minimalnie bardziej miękkie. Rozpadały się częściowo na jakby pyłek z cukrem, częściowo wykazywały lepkawość.  
Nerkowce gryzione na koniec potrafiły jeszcze trochę chrupać, ale zaskoczyły na bardziej typowo nerkowcowy, miękkawy tor.

W smaku od razu dosadnie uderzał olejek pomarańczowy, zgrany w jedno ze słodyczą. Zaserwował motyw bardzo słodkiej, olejkowej pomarańczy. Z czasem robiła aluzje do soku / napoju pomarańczowego z kartonu.

Lekka goryczka, cierpkość płynęła z motywu olejku, acz przez moment zdobyła się na leciutką gorzkość. W tle doszukałam się lekko ziołowej nuty.

Zioła mieszając się z olejkiem pomarańczowym z pomarańczowej toni wydobyły cierpkawy akcent skórek, a do tego obudziły lekko cytrynowy wątek.

Smak pomarańczy olejkowej urozmaicał motyw skórek wraz z tym, jak wyłaniały się kawałki pomarańczy. Trzymał się ich jednak wręcz cukierkowo słodki motyw i ewidentnie nuta kandyzowania. Ogólna słodycz podkręcała pomarańczowość.

Gdy ciekawości pogryzłam dodatki wcześniej, pomarańcza dała się poznać jako mało wyrazista, a głównie słodka w sposób kandyzowany. Orzechy nerkowca jawiły się jako słodko-orzechowe, niekoniecznie nerkowcowe, ale trochę owszem.
Sama baza wtedy szarżowała jeszcze bardziej olejkiem.

Gdy spróbowałam troszeczkę samej czekolady, potwierdziło się, że zdominował ją olejek pomarańczowy, choć cały czas czułam też sugestie soku / napoju pomarańczowego (nie najwyższych lotów).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz wydała mi się ciężka, gorzkawość jeszcze osłabła. Miałam wrażenie, że na arenie został posłodzony cukrem olejek pomarańczowy.

Bardzo odlegle raz po raz doszukiwałam się nuty łagodnie, wręcz maślano orzechowej, lecz trudno stwierdzić, czy rozchodziła się od kawałków nerkowców, czy z bazy.

Wydawało mi się, że niegryzione nerkowce nie wnosiły niczego. Pomarańcza o wiele więcej, ale nawet te skórki nie zwalczyły olejku, który podyktował całości mocno przerysowany wydźwięk.

Gryzione na koniec dodatki były wyrazistsze. To, co dominowało, zależało od układu sił, ale ogólnie to pomarańcza stała na wygranej pozycji. Gdy gryzłam je razem, przeważnie dominowała pomarańcza. Tylko gdy nerkowców czasem zebrało się o więcej, także im udało się dojść do głosu. Czasem zadawałam sobie trud, by najpierw je sobie rozdzielać językiem i dopiero gryźć: oddzielnie nerkowce i oddzielenie pomarańcze. Wtedy czuć, i że to nerkowce, i że to pomarańcza.
Pomarańcza była bardzo słodka w cukierkowo-kandyzowany sposób, prawie nawet nieskórkowa i minimalnie cierpko-gorzka - prawie wcale.
Nerkowców trzymało się jeszcze prażone-słodkie echo, ale czuć też orzechowy smak. To jednak, że to akurat nerkowce, czuć w porywach. Często orzechy gubiły się wśród skórki pomarańczy, która stanowiła większość.

Po zjedzeniu został posmak głównie olejku pomarańczowego, wymieszanego z kandyzowaną do przesady, suchą skórką pomarańczy. W porywach czułam cierpkość... Ale nawet trudno dookreślić, czy czekolady, czy tez olejku. Z rzadka zaznaczał się jeszcze łagodny akcent nerkowców (gdy akurat trafiło się ich w kęsie więcej).

Tabliczka wyszła mocno niesatysfakcjonująco, męcząco od olejku. W zasadzie czułam się, jakbym jadła olejek w formie tabliczki, czyli powtórka z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron. Chociaż... minimalnie więcej udało się tu zdziałać samej czekoladzie. Zaś nerkowców czułam... niedosyt. Były karmelizowane minimalnie, tylko że to i tak w ogóle niewiele dawało. Olejek i skórka pomarańczy je przytłoczyła. Gubiły się bardzo. Te sucho-kandyzowane kiepskie kawałki pomarańczy może i trochę odciągały uwagę od olejku, ale same w sobie też nie były atrakcyjne. 
Olejek pomarańczowy bardziej niż olejek cytronowy z Vanini fondente 62% con mandorle e cedro / dark chocolate 62 % with almonds and citron dopuszczał samą bazę, ale i tak za słabo ją czuć. Nerkowce w dziś przedstawianej były większe niż migdały we wspomnianej, więc to na plus, ale z kolei na ogromny minus ta sucho-cukrowa skórka pomarańczy, która odciągała od nich uwagę.
Nawet w górach mi to nie szło i zjadłam suma summarum jedynie 13 gramów. Była zbyt męcząca, bym dała radę więcej.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan
cena: 19,99 zł
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, posiekane karmelizowane orzechy nerkowca 7% (orzechy nerkowca, cukier), kandyzowana skórka pomarańczowa 7% (skórka pomarańczowa, syrop glukozowo-fruktozowy, cukier, dekstroza, zagęszczony sok z cytryny), pasta z orzechów laskowych, emulgator: lecytyna sojowa; olejek pomarańczowy 0,1%, ekstrakt waniliowy