Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Standout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Standout. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2025

Standout Chocolate Piura Yahuanduz 2022 70 % Mikro-Lot Peru ciemna

Przypomnienie sobie marki Standout dzięki Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % było bardzo miłe, więc jak tylko dostrzegłam dziś przedstawianą w jednym z czekoladowych sklepów internetowych, o których słyszałam dobre opinie, zdecydowałam się na zamówienie. Mimo że w odróżnieniu od czekoladników zawodowo oceniających czekolady, ziarna Piura nie zawsze mnie w sobie rozkochują. Ta tabliczka jednak wydała mi się bardzo kusząca. Raz, że opis obiecywał intrygujące nuty, a dwa... w roku 2022 zebrano jedynie tonę takich ziaren. Ponoć więc to edycja bardzo limitowana. Radość ze zdobycia jej bardzo wzrosła. A cóż w niej niezwykłego? Użyto w niej kakao od trzech różnych rolników (Gregoria Chanta, Marcos Julca i Eradio Zurita), zrzeszonych w ramach kooperatywy Norandino. Przodkowie obecnych ich właścicieli znaleźli wodę u podnóża najwyższej części suchego lasu społeczności Adanjo, czyli bardzo zasłużyli się dla tamtejszej ludności i... dla kakaowców! Otóż to źródło umożliwiło wyhodowanie tam 1 hektara lasu kakaowego. Jakieś 90% ziaren ma biały kolor, bo to region tak odległy, odizolowany, że hybrydy nigdy tam nie dotarły. Być może to jedna z najczystszych genetycznie Piura Blanco, jakie istnieją obecnie.

Standout Chocolate Piura Yahuanduz 2022 70 % Mikro-Lot Peru to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z Peru, z regionu Piura; fermentacja ziaren trwała 6 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na siatce 6-8 dni; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam niejasny splot cytrusów, w których przewijały się grejpfruty i pomarańcze. Szły raczej w cierpką soczystość i swą także soczystą słodycz niż kwaśność. Czułam też słodko-kwaskawe suszone śliwki i jakby pitaję w kwaśniejszej wersji - niby walczące o kwasek, ale też słodkie. Na słodycz kierował uwagę miód i trochę karmelu, podyktowanego przez nienachalny, ale wyraźny, palony motyw. Wiązał się z suchym, jasnym drewnem oraz bardziej... ciepłem? Trudnej do uchwycenia przyprawy. Do głowy przyszła mi kurkuma i coś soczyście-ostrawego. Wszystko to harmonizowała śmietanka.

Bardzo jasna, koloru mlecznej, tabliczka w dotyku była lekko suchawa, a podczas łamania wyszła na jaw średnia twardość, obfitująca w średnio głośne, chrupkie trzaski. Brzmiały, jakby czekolada faktycznie była sucho-pełna.
W ustach czekolada rozpływała się średnio szybko, dając się poznać jako zbita i trochę maślano tłusta. Ogólnie jednak tłustość stanęła na niskim poziomie, przeplatając się z subtelną chropowatością. Czekolada stawała się lepkawą, jakby nieco homogenizowano serkową masą. Trzymała kształt, a jedynie coraz bardziej plastycznie-gibka i luźna się stawała. Z czasem upuściła trochę skąpej soczystości. Znikała, jakby zmieniając się w sok z pyłkiem i zostawiając suchawe wrażenie.

W smaku najpierw przemknął mi słodki grejpfrut. Nie jakoś bardzo soczysty, wręcz trochę suchawy, a tuż obok zaznaczył się egzotyczny kwasek chyba jakiś żółtych owoców. Właśnie zdecydowanie bardziej soczystych. Nuty się zawahały, czy kwasek ma iść w tym, czy jednak w cytrusowym kierunku.

Chyba padło na... cytrusy? Kwasek jednak błyskawicznie na chwilę stracił na znaczeniu, bo wkroczyła goryczka. Częściowo wynosząca na wierzch cytrusy, bo właśnie cytrusowa. Umocnił się goryczkowato-słodki grejpfrut i wzrosła, także jego, soczystość. Narzuciła ją soczysta pomarańcza z cierpkawo-goryczkowatą skórką. Stonowana kwaśność na nowo się rozwinęła - tym razem już spokojniej, jakby w tle.

Ogólna gorzkość powoli się nasilała, ale też nie była bardzo wysoka. Wiązała się z palonym motywem, a po chwili w tym odważniejszym wątku pojawiło się jeszcze szare, suche drewno.

Soczystość cytrusów jeszcze podkręciły nagle słodko-kwaśne maliny. Kwasek wrócił już pewniejszy siebie, acz cały czas był podległy owocowej słodyczy. Tak, słodyczy, bo goryczka owoców gdzieś zniknęła. Z cytrusów ostały się pomarańcze.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do gorzkości, drewna podeszło pewne ciepło. Ciepło przypraw... najpierw trudnych do uchwycenia. Do głowy przyszła mi kurkuma - niby ostrawa, ale w sumie łagodna, a po chwili też lekko soczysty, ostrawy imbir. Raczej świeży niż przyprawa w proszku. Przyprawy jakby trochę łagodziła... śmietanka? Ledwo uchwytna.

Nagle z owocowej toni wyskoczyło mango i niemal zdominowało kompozycję. Podniosło słodycz - czyniąc ją czysto owocową, ale też wręcz esencjonalną, ciężką. Maliny za sprawą egzotyczności, jaka się rozkręciła, zmieniły się w pitaję o różowym miąższu i smaku niby słodkim, ale i trochę kwaskawym. Jakby poczuła, że coś tu musi dbać o kwasek.

Gorzkość i przyprawy wydawały się przyglądać się temu z daleka. Słodycz, jak już się wybiła, rosła. Do mango dołączył miód, a mi do głowy przyszły niemal zasładzające, choć wciąż soczyste, suszone śliwki. Miód prawie zadrapał w gardle, ale... coś go powstrzymało.

Ciepło przypraw i palona nutka dopowiedziały słodyczy jeszcze palony karmel. Pikanteria leciutko wzrosła wraz ze słodyczą. Imbir pozwolił sobie na trochę więcej, ale z czasem jednak osiadł leniwie w słodyczy. Wystąpił jako... imbir w miodzie? Imbirowy napar z pomarańczową nutą z miodem.

Mango mieszało się z pitają różową... pitają? Jednak znów wracającą do maliny. Z racji ogólnej słodyczy wyobraziłam sobie jakiś słodki deser mango-malinowy. Deser... z takim kwaskawym musem na śmietankowym kremie. Kremie ze śmietanki kokosowej! Końcowo zrobiło się mlecznie za jej sprawą.

Po zjedzeniu został posmak mango i goryczkowatych cytrusów (niby czuć grejpfruta, ale w posmaku nie był bardzo jednoznaczny), osłodzonego palonym karmelem. Paloność wiązała się z ciepłem, nawet ostrością imbiru, starającego się zawładnąć posmakiem. Do tego pojawiło się trochę neutralniejszych, poważniejszych drzew.

Czekolada smakowała mi, jednak czułam niedosyt silniejszej gorzkości. Wyszła po prostu za łagodna dla mnie. Dużo słodyczy owoców: grejpfruta, pomarańczy, mango, suszonych śliwek oraz miodu z karmelem mieszało się z kwaśniejszymi przebłyskami. Trochę malin, różowej pitai nakręciło dynamikę owocowych nut. Ogólnie drewno, trochę paloności i pikanteria imbiru z kurkumą przełożyły się na to, że całość odebrałam jako intrygującą.


ocena: 8/10
kupiłam: cokobanka.cz
cena: €7,78 (33 zł; za 50g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % ciemna z Bali (Indonezji)

Sporo tabliczek szwedzkiej marki Standout zjadłam w 2021, jednak od tamtego czasu nie było okazji, by jakieś niepróbowane zdobyć. Składając większe czekoladowe zamówienie, w którym dominowały tabliczki Zoto, zaczęłam rozglądać się, co jeszcze innych marek można by dołożyć. I wtedy mój wzrok przyciągnęło jaskrawe, jakże odmienne od tych mi znanych, opakowanie Standout. Zrobiłam szybkie rozeznanie: jak rozumiem, takie szaty graficzne otrzymują ich limitowane tabliczki. Dziś przedstawiana była właśnie limitowaną. Zrobiono ją z kakao od spółdzielni z Jembrany, Kerta Semaya Samaniya (KSS), której historia to opowieść o wytrwałości, cierpliwości i kreatywności, bo nie miała lekko z przebiciem się. Jednym z kluczowych filarów strategii KSS jest równość płci. Postanowili przeciwstawić się temu, że historycznie w takich gospodarstwach rolę kobiet ograniczano do pomocnic. Ruszyły szkole w uprawie kakao dla kobiet, co otworzyło drogę rolniczkom do tego, by mogły samodzielnie sprzedawać swoje kakao bezpośrednio do KSS (bez pośredników ciągnących kasę). Dobrze, że wspierają przedsiębiorcze kobiety. Pomyślałam, że z ogromną ochotą zjem coś od Standout z Indonezji.

Standout Chocolate Indonesia Kerta Semaya Samaniya 2021 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao z wyspy Bali (z Indonezji), z regencji Jembrana; fermentacja ziaren trwała 6 dni w liściach bananowca w drewnianych skrzyniach, a suszenie "domowe" 6-8 dni; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam lekko kwaskawy zapach niedookreślonych czerwonych owoców i bananów, mieszających się z dosadną słodyczą a'la cukier kokosowy o mocno rześkim, karmelowym charakterze. Kwasek podkręciła marakuja, wpisująca się trochę w serek owocowy (acz jakby... wodniście wegański?) z marakują oraz trochę przywodzącą na myśl algi zieloną herbatę z marakują. Taki lekko glonowy wydźwięk herbaty wprowadził mokre od deszczu drzewa i glebę, wręcz błoto. Za tym wszystkim stanęły orzechy - niezbyt oczywiste.

Tabliczka w dotyku wydawała się zdradzać tłustość. Na pewno była bardzo twarda i dość głośno trzaskała przy łamaniu.
W ustach rozpływała się w tempie średnio-szybkim. Była maślano tłusta i zbito-gęsta, a jednocześnie lepkawa. Z czasem zmieniała się jakby w zbitą, konkretną i gładką masę sernika na zimo z serków homogenizowanych, do którego wkradła się wodnistość oraz drobna soczystość. Końcowo troszeczkę wysuszała niczym bardzo mocny, cukrowy alkohol.

W smaku pierwszą poczułam słodycz bardzo, bardzo rześką. Z jednej strony pojawiły się rześkie owoce, w których pierwsze mknęły melony, z drugiej zaś jakby rześko karmelowy cukier kokosowy.

Owoce szybciej rozłożyły swój wachlarz. Przy nieco wodnistym melonie pojawiły się też gruszki. Chyba mignęły mi jeszcze średnio dojrzałe banany. Słodycz rosła za ich sprawą, ale i wodnistość w nich pobrzmiewała. Podobnie zaraz zrobiło się z karmelowym motywem.

W oddali przemknęła niejasna nuta drzew i jakiś orzechów.

Po cukrze kokosowym przyszła woda kokosowa i żelowa kostka kokosowa nata de coco z kwaskawym echem.

Kwasek zatlił się także w owocach, by już po chwili rozbrzmieć wyraźnie jako zielona herbata z sokiem z marakui. Marakuja miała imperatywne zapędy, ale w sumie... wciąż pozwalała też melonom całkiem nieźle pobrzmiewać.

Zielona herbata wprowadziła gorzkość i cierpkość, po czym sama trochę osłabła. Narzuciła cukrowo-karmelowemu kokosowi trochę powagi, a ja pomyślałam o jakiejś kokosowej brandy i kokosowym rumie z echem kwasku. Orzechowe echo ponownie przemknęło w tle, jakby szukając sposobności na wzrost.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa herbata całkowicie przeszła jednak w drzewa, mokre od deszczu. Pomyślałam o takich, które deszcze znoszą od kilka dni i których pnie, konary wydają się kompletnie przesiąknięte wodą. Ich korzenie tonęły w mokrej glebie, błocie.

Ciężki, słodko-kwaskawy alkohol - kokosowy rum? - z kolei zaczął nasączać sobą... rodzynki? Wyjątkowo kwaśne i soczyste. To znów przypomniało o bardziej owocowej strefie, w której rządziła się marakuja (rządziła się w owocowej strefie, nie w całej kompozycji).

Marakuja osiadła w serku owocowym... A dokładniej w lekko wodnistej wegańskiej alternatywie serka zrobionej z kokosa. Kwasek wzbogacił się o czerwone owoce... Chyba poziomki, wśród których zaplątało się sporo biało-zielonych sztuk. Jednocześnie znów wzrosła słodycz i zmieniła trochę wydźwięk owoców z wodnistego na bardziej skondensowany. Spory udział miały tu banany, którym pomogły gruszki.

Owoce z czasem zmieniły się w sos do lodów z malin i poziomek ze sporą ilością marakui. Polano nim lody karmelowo-rumowe, bardzo słodkie i chyba urozmaicone kwasowatymi rodzynkami, nasączonymi alkoholem i z dodatkiem pojedynczych orzechów (włoskich?). Słodycz wyszła aż ciężko, jakby należała do jakiegoś mocnego alkoholu. A tego trzymało się kokosowe echo.

Po zjedzeniu został posmak ciężko alkoholowych, chyba rumowych, lodów ze słodyczą jakby cukru kokosowego o karmelowym wydźwięku z marakujowym sosem. Znalazły się tam już nieokreślone owoce czerwone. Słodycz wyważyła gleba, błoto i orzechy - w posmaku ewidentnie charakterne włoskie.

Czekolada wyszła intrygująco i smacznie, choć dla mnie nieco za słodko. Była bowiem bardzo dosadnie słodka (gdyby była mniej słodka, ocena byłaby maksymalna). Melony, gruszki, banany, serek "homogenizowany" kokosowy o owocowym smaku, lody z sosem z czerwonych owoców mimo kwaśności marakui i kwasku rodzynek to już było sporo słodyczy, a przecież jeszcze tyle czułam tu jakby cukru kokosowego, dosadnego, cukrowo słodkiego i jakby kokosowego rumu / brandy! Słodycz była więc bardzo złożona, ale co za tym idzie, wysoka. Kwasek był soczysty, ale nie tak imperatywny. Gorzkość wyraźna, ale średnio mocna. Zielona herbata, drzewa i błoto, końcówka orzechowa to bardzo przyjemny splot, ale niestety nie dominował. Podobało mi się, jak marakuja się w to wszystko wmieszała. Kokosowe nuty wody kokosowej, nata de coco, cukru kokosowego, wegańskiej kokosowej alternatywy kokosa i w końcu jakby kokosowa brandy i kokosowy rum - to dopiero coś niespotykanego! Zobaczyłam nuty producenta "azurec" to alkohol z kokosa - obstawiam, że właśnie to czułam, tylko nie znam tego, więc mi do głowy nie przyszło. To, jak obrazowa i jednoznaczna w swoim przekazie była, nawet mnie wydało się niecodzienne.

Karmel, drzewna herbata, banany, gruszki i czerwone owoce od razu przypomniały mi Beskid Chocolate Indonezja Bali Jembrana Czekolada Rzemieślnicza Gorzka 70 %, mimo że wydźwięk miały różny.


ocena: 9/10
cena: €6.95 (za 50g; około 29 zł)
kaloryczność: 585 kcal / 100g
czy kupię znów: nie, ale zacnie byłoby do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier

środa, 1 grudnia 2021

Standout Chocolate Lachua Guatemala 70 % ciemna z Gwatemali

Gdy planowałam degustację tej tabliczki, zrobiło mi się smutno. Miałam wrażenie, że moja przygoda ze Standout zleciała jakoś szybko, za szybko. Może nie pokochałam marki jak np. Duffy's, Marou czy Idilio Origins, ale jej czekolady zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Pozostało mi mieć nadzieję, że ta szwedzka marka z Kållered kiedyś poszerzy swoją ofertę czystych ciemnych, a mnie będzie dane ją poznać. A na razie cóż... została tabliczka w opakowaniu o miętowym kolorze (jednym z moich ulubionych, bo odbieram go jako taki "trupi", acz może akurat nie ten odcień - ten wydał mi się nieco zbyt jaskrawy). Kakao, z którego zrobiono tę czekoladę zakupiono od Uncommon Cacao, a więc firmy, która sprzedaje zbiory Cacao Verapaz, kooperatywy małych, lokalnych farmerów. Właściciel Standout ponoć wyjątkowo chwalił ten konkretny zbiór - to nakręciło moją ciekawość jeszcze bardziej. 

Standout Chocolate Lachuá Guatemala 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Gwatemali, z regionu jeziora Lachuá; fermentacja ziaren trwała 7-8 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie w cieniu 7-10 dni.

Gdy tylko otworzyłam opakowanie, uderzył mnie zapach soczystego banana. Owocu dojrzałego jak należy, ale dość zwartego i... mieszającego się z nutką nektaru / przecieru... z tym że już nie tyle bananowego, co... brzoskwiniowego? Soczystość banana, jego świeżą surowość podkreśliła odrobinka cytryny. Obok tego wyraźnie zarysowała się niemal neutralność, leciutkie przypieczenie należące do ciastek owsianych. Zdrowe ciastka owsiane z nutą masła orzechowego nieco pod jego naporem słabły w trakcie degustacji. Wtedy to na przód przed owsiany wypiek wychodził niemal fasolkowo-neutralny zapach masła orzechowego, podszyty lekką ziemistością / roślinnością. Ta zawracała zaś do soczystości i pewnego kwasku wpisanego w słodycz owoców. Obok masła orzechowego znalazło się bowiem sporo cierpkawych akcentów do bólu zasłodzonych dżemów typu "jelly" z fioletowych, niemal czarnych winogron i jeżyn. Roślinna ziemistość z czasem... kojarzyła mi się odlegle ze szlachetnie gorzkawą herbatą.

Pięknie trzaskająca tabliczka już w dotyku dała się poznać jako tłusto masywna i twarda.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, dość tłusto i zbito-gęsto. Oblepiała paszczę jak rozpływający się, kremowy sernik... owocowy? Soczystość w niej narastała, acz nie rozbiła masywności. Wyciskała się z niej.

W smaku jako pierwsza zaznaczyła się słodycz owoców egzotycznych. Pomyślałam o dojrzałych, soczystych i słodziutkich brzoskwiniach... Może nawet w delikatnym karmelu? 

Karmel krzyknął, huknął. Był delikatny, złocisty; wyskakiwał przed wszystko inne. Nagle wtórował mu puder - cukier puder. Karmel wrzasnął, zagłuszając go. To on wygrał spór i jako łagodny, choć palony i chwilami goryczkowaty, ustabilizował się w dalszej części degustacji. Po tej przepychance słodyczy jednak zza brzoskwiń wychynęły pudrowe banany. Z czasem zaskoczyły na tor bardziej ogólnie bananowy, jak to słodkie i dojrzałe owoce. Brzoskwinie zaś pod wpływem tego wszystkiego zmieniły się w przetwory... może zasłodzone, acz wyidealizowane brzoskwinie w puszce w słodkiej zalewie w zdrowej wersji, jakby duszących się w swoim własnym soku-sosie. Nagle ich soczystość podkreśliły mandarynki. Ich sok z kolei wsparły inne cytrusy.

W tym czasie dość prędko zaznaczyły się też gorzkawe nuty. Gdy tak słodyczowe nuty walczyły, która ma wyjść na przód, w tle gorzkości płynęły spokojnie, tworząc bazę. Najpierw poczułam delikatny węgiel i jego gorzkość. Wprowadził roślinność i pewną fasolkowość - jakby smak zapachu masła orzechowego. Był niemal naturalny. Fistaszki z czasem jednak odezwały się odważniej.

Fistaszki w koszulkach i bez utworzyły masło orzechowe. Kremowe, niemal maślane i delikatne, a jednak z prażono-pieczoną nutką. Wprowadziło pewną suchość, goryczkę. Przez moment pomyślałam o ziemi.

Owoce uchwyciły ziemistość, dodały jej więcej soczystego kwasku. Pomyślałam o niedojrzałej mandarynce i cytrusach - na pewno cytrynie. Polał się ich smakowity sok. Dominował w cytrusowej strefie, acz o goryczkowatych skórkach nie zapomniał. Kwaśność w połowie rozpływania się kęsa przepłynęła przez poszczególne nuty i zajęła miejsce blisko masła fistaszkowego jako kwaskawy dżem-jelly z owoców fioletowych, niemal czarnych. Oto takie winogrona (np. odmiany Melody) i jeżyny jako lepko-gęstawe twory przypomniały o soczystości. Tak jak i wśród słodko-żółtych owoców z początku, była w nich pewna egzotyka. Pomyślałam o jagodach acai, podrzucających cierpkość oraz o wiśniach (aceroli ze względu na egzotyczny wydźwięk?) podsycajacej kwaśność. Zdarzyło im się nawet o coś lekko alkoholowego zahaczyć.

Ziemia chwilowo wzrosła, mieszając się z bardziej roślinnym węglem. Nieco złagodniała, a ja pomyślałam o płatkach owsianych (czy jakimś wypieku z nich?). Fistaszki przemieszały się z... orzechami włoskimi? Też w skórkach. Ich goryczka i cierpkość stała się jeszcze bardziej roślinna i nagle zmieniły się - wliczając w to fasolkowość - w ciemną i gorzką herbatę. Była w pewien sposób gorzka, ale też rześka, roślinna. Pomyślałam o czerwonej, fusiastej herbacie. W pewnej chwili odnotowałam przy niej nawet pewną ostrość... ostrość ziemi? Ziemistej rośliny... czegoś ziołowego? A może egzotycznie ostro-owocowego? Trochę dochodziło do niej owocowych nut, trochę cierpkości ziemi i węgla. (Już sprawdzając recenzję pomyślałam o słodkiej, ale z ostrymi pestkami, papai - nie jestem jednak w pełni przekonana.) Może jak dżem z nutą wina? Albo jakaś... konfitura wiśniowa dodana do herbaty (to luźne wyobrażenie, nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia)? Gorzkość jednak miała taki wydźwięk dość długo.

Aż pod koniec gorzkość ta zmieszała się z maślanością masła orzechowego i poczułam się, jakbym mocną herbatą przepiła jakiś wypiek... drożdżowy? Drożdżowego rogala o gorzkawej skórce? Ewentualnie ciastka owsiane... też przypalone. Przypalone, palono-karmelowe flapjacki? Palony-przypalony karmel zmieszał ziemię, herbatę węgielno-mulistą z fasolkowym, goryczkowatym masłem orzechowym.

Akurat, by zostać w posmaku razem z soczystością ziemi, roślin i owoców cierpko-zasłodzonych. To owoce cierpkie ciemne, ale też banany - wszystko z kropelkami cytryny.

Całość zachwyciła mnie. Banany, brzoskwinie i winogrona, jeżyny wydawały się aż za słodkie, ale nie brak tu kwaśności i cierpkości cytrusów czy charakteru ziemi, ziemistej herbaty. Zacnie połączyły się na masłoorzechowym tle. Poprzypalane nuty może niezbyt pasowały, ale były z kolei tak dziwnie odstające, że intrygujące. Nie do końca moją konsystencję i nieco zbyt szybkie rozpływanie się (znaczy... powolne, ale wolałabym wolniejsze i mniej tłuste) wybaczam. Wpadłam w zachwyt jak śliwka w kompot (banan w herbatę?). Ocenę chyba trochę naciągam, ale po prostu trafiły się w niej nuty i moich ulubionych winogron, i masła orzechowego, i ulubionej herbaty, i bananów, więc nie mogłam inaczej. A do tego ziemia!

Orzechowa, ziemista, trochę pikantna (ale bardziej korzennie) a jednak też bardzo owocowa i to nawet też z brzoskwiniami w puszce była Duffy's Guatemala Rio Dulce 70 %, zaś Georgia Ramon Guatemala 72 % - pudrowa (choć owoce to raczej leśne) i drzewnie-ostrawa. A dżemowo-kwaskawa i zbożowo-ciastkowa, choć ogólnie inna była Utopick 75 % Chivite Guatemala .


ocena: 10/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 27 listopada 2021

Standout Chocolate Cap-Haitien Haiti 70 % ciemna

Zawsze kiedy słyszę doniesienia o kataklizmach w krajach uprawy kakao, wyjątkowo mi smutno. Może to i dość samolubne, ale co ja na to poradzę? Haiti właśnie od kilku lat głównie z kataklizmami mi się kojarzy, z kakao za to... niekoniecznie. Wszak to obszar niewielki, więc i nie dziwne, że nie obfity w kakao. Ale... czy ciekawy w nuty? Hm... w sumie na ten moment chyba zjadłam za mało, by orzec, ale niczego stamtąd wyjątkowego nie kojarzę. Pamiętam, że jedzone były po prostu przyjemne, ale żeby się w tym regionie zakochać? To to nie. A jednak czułam, że Standout zmajstrowało coś smakowitego. Kakao zostało zakupiona od kooperatywy PISA, której to nazwa raz po raz mi się już przewijała przed oczami.

Standout Chocolate Cap-Haïtien Haiti 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Haiti, z regionu miasta Cap-Haitien; fermentacja ziaren trwała 6-7 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 5-7 dni.

Po otwarciu poczułam zapach delikatnego wina o podszyciu czerwonoowocowym; także właśnie samych czerwonych owoców i orzechów. Do głowy przyszły mi piniowe, zapraszające mnóstwo drzew iglastych. Oczami wyobraźni widziałam ich korę, przyzwyczajoną do surowych warunków i zaciągałam się rześkością, jakie niosły wiecznie zielone igiełki. Mieszały się z soczystością owoców, a w trakcje degustacji splot ten przeszedł częściowo w kwiaty: zwiewne, lekkie, acz wonne. Mignęły mi krzaczki truskawek... blisko ziemi, z roślinną nutką, ale i wytrawniejszym akcentem. Między tym wszystkim przewijał się dość dosadny, wytrawniejszy i poważniejszy dym, pilnując, by całość trzymała się szlachetnej ciemnoczekoladowości.

Twarda tabliczka przy łamaniu raczyła trzaskami, będącymi muzyką dla uszu. Wydawała się zbita, masywna.
Także w ustach okazała się masywna i konkretna. Rozpływała się długo i kremowo, eksponując swoją tłustość. Była gęsta i maziście-lepka, jakby wilgotna jak gładki sernik, którego jedyną wadą jest wysoka tłustość. Wydała mi się przy tym definicją gładkości. Na szczęście jednak nie brakowało jej też soczystości, nieco tłustość osłabiającej. Sprawiała jednak, że czekolada znikała nagle na soko-wodę, lekko ściągając.

W smaku pierwsze swoją obecność zgłosiły słodkie czerwone owoce. Zaraz wytoczyły też odrobinę kwasku - hibiskusa? Pomknął w stronę naparu / herbaty i tam rozgościł się na dobre.

W tym czasie słodycz podskoczyła. Mignęła pudrowym echem, a ja pomyślałam o słodkich, miękkawych truskawkach... i trochę niewydarzonych poziomkach? Chwilami wciąż mrugały do kwasku, bo na ich krzaczkach nie brakowało tych jeszcze niedojrzałych, ale ogólna słodycz zdawała się nie zwracać na nie uwagi. Wyłapałam chyba jeszcze czereśnie - te czerwone, słodkie i dojrzałe nieco mniej.

Słodycz z czasem wydała mi się lekko karmelowa, choć wciąż mocno związana z owocami. Jeśli karmel to... jakiś łagodny, maślany i doprawiony wanilią.

Owoce prędko częściowo stały się naparem. Hibiskus roztoczył przede mną obraz czegoś parującego, czerwonego... Herbaty bez dwóch zdań. Owocowej? Taak, ale nie tylko. Była raczej słodka... nieco waniliowa z kwiatową mgiełką? W połowie rozpływania się kęsa pomyślałam konkretnie o grzańcach herbacianych. Raczej bezalkoholowych i... o mieszankach herbat, a więc liściach z różnymi suszonymi owocami i kwiatami.

Za herbatą dość szybko zaznaczyły się drzewa. Pobrzmiewały w tle, jednak kiedy słodycz zaczęła robić wybiegi inne, niż owocowe, one się także poruszyły. Drzewa mieszały się z liśćmi herbaty, a w drugiej połowie rozpływania się kawałka podkreślił je dym. Nie była to jednak nuta stricte palona, raczej... niosąca ciepło... Może lekko korzenna? Ocieplająca te drzewa, nie paląc ich. Dym... raczej prześlizgiwał się wśród nich w poszukiwaniu... orzechów? Drzewa - raczej iglaste - zawarły w sobie świeżość i rześkość. Pomyślałam o krzewach z listeczkami i kolcami (akacji?)... orzeszkach piniowych... Wszystkie one dozowały mi po trochu kwasku. Wyobraziłam sobie dziwaczny, mało słodki sok z drzew... nalewkę? Rozgrzewającą...

I to rozgrzanie i kwaski zmieszały się z herbacianymi grzańcami, podbite poważniejszą nutą drzew, w końcu przedstawiając się jako wino różowe (moje wyobrażenie, bo chyba nigdy go nie piłam). Miało nuty czerwonych owoców, może i truskawek... ale także kwiatów. Rozmaitych, raczej lekkich. Podtrzymały swoistą zwiewność herbat. Napary / nalewki kwiatowe? Przybrały na słodyczy. Pod koniec wydała mi się wyraźnie waniliowa. Jasne kwiaty wanilii i jej czarne kropeczki były niemal drapiące w gardle i w nosie. Wprowadziły złagodzenie, że o gorzkości trudno nawet myśleć.

Drzewa i kwiaty podsyciły jednak w owocach cierpkość. Może trochę porzeczkowate... wciąż z podszyciem delikatnego wina (już raczej czerwonego niż różowego?) pod koniec zmieszały się z  drzewami i ich korą. Szyszkami? Prażonymi orzechami? Wszystko to wyszło lekko cierpko, ściągając pod koniec.

Tak, że po zjedzeniu został posmak delikatnych czerwonych owoców i nieco winno-grzańcowo-herbaciane echo. Czułam dużo drzew, orzechów, podrasowanych nieco dymem i niosących ciepło. Lekko prażony motyw nadał im korzennego akcentu.

Całość smakowała mi, mimo że nie była wyjątkowo dynamiczna czy głęboka. Niegorzka, głównie słodka i z drobnymi, soczystymi "słodko-kwaskami". W zasadzie jej nuty wydawały się aż zawoalowane, mało jednoznaczne, ale... bardzo przyjemne. Orzechy piniowe i drzewa oraz herbaty, kwiaty nasączone hibiskusem, czerwonymi i słodkimi owocami to splot lekki i rześki, mimo nieco za silnej słodyczy. Ta wydała mi się częściowo owocowa, mocno waniliowa, taka też... roślinna? Zwiewny wydźwięk - to ją ratowało.
Konsystencję też wolałabym nieco inną, acz tłustość i szybkie znikanie jakoś tam się wybroniły dzięki lekkości, soczystości i kremowości.

Wiśnie, drzewa, kwiaty, orzechy i dym, z czasem wino czułam także w obłędnej GR Haiti 80 %, która jednak była o wiele charakterniejsza (kwestia zawartości kakao). W tamtej słodycz kojarzyła mi się z miodem gryczanym, więc też nie była taka czysta; podobnie jak owoce - wyraziste wiśnie GR kontra hibiskus, truskawki i czereśnie Standout.
Nie wiem za to, gdzie tu wg producenta niby mają być czarne oliwki - cieszę się, że ich nie czułam (może te drzewa-kory?), bo nie pasowałyby.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 1 września 2021

Standout Sambirano Madagascar 70 % ciemna z Madagaskaru

Gdy tak sobie myślę o ostatnio jedzonych czekoladach, w głowie plącze mi się pewien wniosek. Obecnie chyba mogłabym jeść tylko czyste ciemne czekolady. Choćbym nie wiem, jak smaczną inną miała przed sobą, to jednak zawsze czuję niedosyt, że nie jest czystą ciemną. Doceniam, owszem, ale... od czasu do czasu, trochę i na krótko. Trochę mnie to chyba uwiera. Lubię poznawać nowości i je opisywać, ale nie sprawia mi to tyle radości, co sama ciemna czekolada. Druga myśl wygląda już bardziej optymistycznie: jak ostatnio przypadkiem skumulowały mi się czekolady z Peru, tak teraz... dużo madagaskarskich się nazbierało. Nie miałam nic przeciwko, bo uwielbiam ten region, a przez dłuższą przerwę na takie porządnie, typowo madagaskarskie bardzo nabrałam ochoty. A już zwłaszcza na tę, bo zrobiono ją z kakao z plantacji należącej do jednej z moich ukochanych marek - Akesson's (należącą do Bertila Åkessona).

Standout Chocolate Sambirano Madagascar 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Madagaskaru z doliny Sambirano; fermentacja ziaren trwała 6 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 7-14 dni.

Już otwierając poczułam moc owoców i nabiału, które splotły się jako jeżynowy sernik. Był słodki i minimalnie cierpkawy. Nieśmiało podkradła się do niego dojrzała, soczysta wiśnia i podsyciła przy pomocy cytryny. Bazowy, łagodny sernik jednak dominował. Śmietankowo-twarogowa masa serowa optowała za delikatnością i podawała mi coraz więcej słodyczy. Ta działała jakby na dwóch płaszczyznach: z jednej strony czułam... mdławo miodowy motyw... takiego jasnego i rozcieńczonego, np. jedynie jako dodatek do herbaty (mrożonej?). Zdecydowanie i do niej dodano mnóstwo cytryny. Druga płaszczyzna, mniej znacząca, to subtelne egzotyczne owoce - może nawet ze skórkami (cytrusów?), ale słodkich... Cierpkość przewijała się jedynie poprzez poszczególne nuty (jeżyny, cytrusy, miód).

Mimo że tabliczka dotarła do mnie zupełnie połamana, tam, gdzie zdarzyło mi się coś przełamywać, pięknie trzaskała. Była twarda, co podtrzymała także w ustach.
Rozpływała się w tempie umiarkowanym, dość tłusto. Zmieniała się w zbito-gęsty, maziście-lepki krem o wysokiej soczystości owocowego sernika (może sernika na zimno? nie jadłam takiego). I to takiego... zbitego, może chłodnawego, a ociekającego sosem z owoców.

Gdy tylko kawałek wylądował w ustach, roztoczył w nich niewysoką, szlachetną słodycz. Oczami wyobraźni zobaczyłam bardzo jasny miód. Najpierw wyrazistszy, jakby tylko co rozlany do słoików przez pszczelarza (bardzo sielski klimat, który trwał ogólnie podczas degustacji). Był to jednak smak dynamiczny: zaraz był to taki... niemal przezroczysty, ściekający do szklanki z mrożoną, jasną herbatą (zrobionej z lodem lub wyidealizowanej z butelk - obojętne, bo to zbyt ulotne skojarzenie, by precyzować) albo... herbatą ogółem. Z tym, że na pewno dość słodką.

Myśl o mrożonej pewnie wzięła się z racji rześkiej soczystości. Jak zanotowałam, ta należała do: "owocków". Delikatnych i słodziutkich, otulonych w dodatku kwiatami. Były to mandarynki i coś aż miodowawego, lekkiego... wodnistego? Czyżbym poczuła miodowego melona?

Ta łagodność po paru chwilach zasugerowała słodziutki sernik na zimno, również rześki. Z owocami? Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kompozycja zrobiła się niemal mleczna. To było takie... słodkawo-kremowe, bardzo łagodne i sernikowo-śmietankowe, lecz zaraz kwaskawosć zaczęła rosnąć. Twaróg nabrał charakteru, poczułam aż podbuzowaną maślankę czy kefir.

Z czasem poczułam sporo cytrusów. Wydawały się... aż musować. Poniekąd wciąż słodkie, z mandarynek zrobiły się bardziej... pomarańczowe. Nabierając charakteru, ułożyły się w brzoskwinie...iową herbatę na zimno. Tę podkręciła kwaśna cytryna, wychodząc niemal na przód na krótki okres czasu. Raz po raz przewinęła się tu słodka egzotyka doprawiona leciutkim miodem (jakimś kwiatowym?), ale już i cierpkość zaczęła odgrywać coraz większą rolę. Zdarzyło mi się pomyśleć o limonce i ananasie.

Owocowe, mrożone herbaty skupiły uwagę na swoich liściasto-gorzkawych tonach. Pojawiła się ziemia. Nieco ostrzejsza, rozgrzana słońcem i aż pikantna. Porastały ją drzewa o mocarnych pniach, po których tańczyły promienie słońca. To też... Znów myśli o herbacie, ale już czarnej. Może też ziemistej kawie? Wyłapałam coś ziołowego... co zaraz zniknęło na rzecz gorzkości naparów... mocno kwiatowych, przesyconych takową słodyczą. Jakby tak przepić czymś takim wspomniany sernik... już nie taki łagodny, a wciąż soczysty. 

Zawarto w nim owoce... jako sos lub zżelowana warstwa o mocniejszym charakterze. Były słodkie i cierpkie, miodowo-syropowe. Jeżyny? Z nutką wiśni? Wszystkie były podszyte ciepłem, przyprawami. Może słodycz z kolei trochę się przypaliła jak jakieś powidlano-karmelowe twory. Bliżej końca wygładziło się to w charakterniejszej słodyczy i tonie bardziej gorzkawym, ale wciąż osadzonym w serniku.

W posmaku pozostała słodycz owoców w słodkim czymś: herbacie, serniku z miodem, pewna kwiatowość ale też kwaśność i cierpkość owoców ciemnych i egzotycznie-cytusowych - całego miksu, mieszającego się z podbuzowanym nabiałem i pikantniejszym wykończeniem.

Całość smakowała mi bardzo, aczkolwiek nie porwała mnie w wyjątkowy sposób. Miała przecudowne nuty, ale osadzone w łagodności i wysokiej słodyczy. Jeżyny i egzotyczne owoce z soczystością podkręconą cytrusami, miodowa herbata na sernikowym, łagodnym tle wyszły pysznie, acz brakowało temu wszystkiemu charakteru i impetu. Leciutka cierpkość ledwo ciągnęła, o gorzkości prawie nie ma co mówić. Kompozycja wyszła więc bardzo lekko, orzeźwiająco, ale... osadzona w kremowości... Łagodna, przystępna i jakaś... mało madagaskarska. 
Przypomniała mi się też mało madagaskarska, a właśnie bardziej wiśniowa (Standout jeżynowa), miodowa (Domori bardziej miodowo-figowa) i kremowa, dość drzewna Domori Trinitario 70 % Madagascar. Podlinkowanej jednak nie brak charakteru drzew, kawy, przypraw korzennych i kwaskawego nabiału.
Miód i cytrusy zmieszane z owocami egzotycznymi (w przypadku Akesson's nektarynki) i owocami czerwonymi drobnymi to Akesson's 75 % Criollo Madagascar Ambolikapiky Plantation, jednak... ponownie: Akesson's miała mocny charakter dymu i kawy. 


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 6 sierpnia 2021

Standout India Idukki 70 % ciemna z Indii

Standout zdążyłam już polubić, więc kolejna degustacja nadeszła szybko. Postanowiłam tym razem zaserwować sobie rzadko spotykany region, taki... ciekawszy może? Na Indie padło, bo... selekcji z posiadanych dokonywałam akurat w dniu publikacji Zottera Labooko India 70 %. Konkurencja ogółem robiła wrażenie, bo ciemne z Indii bez trudu zdobywają u mnie dziesiątki, stając się ulubionymi... Ciekawiło mnie, czy i Standout wywalczy sobie miejsce wśród nich. Bo np. w kwestii opakowania... mimo że dosłownie nieliczne odcienie pomarańczu lubię, ten wydał mi się cudny, idealnie pasujący do struktury i wzoru kartonika.

Standout Chocolate Idukki India 70 %to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Indii z regionu Idukki; fermentacja ziaren trwała 6 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie 5-6 dni.

Zapach wydał mi się spokojny, acz wyrazistości mu nie brak. Palono-podwędzony klimat budowało sporo korzennych, ciepłych przypraw i jakby mokro-węgielna kawa, rozmokły węgiel... czuć w tym lekką gorzkawość, ale i sporo słodyczy. Czułam daktyle... dość świeże i soczyste. Zaraz za nimi rozchodziła się soczystość słodkich pomarańczy i winogron. W trakcie jedzenia zwróciłam uwagę zwłaszcza na te ostatnie: fioletowe, ciemnawe i bardzo słodkie. Pomarańcza z kolei raz i drugi zaleciała mi trochę landrynkowo-galaretkowo. A w oddali... czyżby jakieś niemal nieuchwytne jabłka?

Tabliczka trzaskała głośno, gdy już przyszło mi kostkę od kostki odłamać (bo przysłano mi dosłownie jako połamane czekoladowe puzzle). Mimo to zanotowałam jej masywną twardość.
W ustach rozpływała się właśnie masywnie-gęsto, w tempie umiarkowanym (jak na ciemną dość szybko) w sposób pełny i idealnie gładki. Pozostawiała wokół siebie dość tłuste smugi, jakby spływające z niemal maślanego kawałka, ale nie wyszła zbyt tłusto, bo z czasem smugi te zaczęła rozbijać wodnista soczystość. Pomyślałam o twardo-wodnistych winogronach.

W smaku pierwsza pokazała się lekka gorzkawość o minimalnie palonym wydźwięku i podszyta zapowiedzią kwasku. Towarzyszyła jej również delikatna słodycz, jakby nieco palona, karmelowo-soczysta jak... Daktyle? Chwilowo skupiły na sobie uwagę i były wyczuwalne jako suszone, ale typu wilgotnego (czyli takie prawie jak świeże), coraz świeższe i... wreszcie słodycz przywołała kwasek.

Wyraźnie poczułam słodkie, chwilami minimalnie kwaskawe, bardzo soczyste rodzynki - jakiejś zacnej, dużej odmiany, np. królewskie, sułtańskie czy coś. Wielkie, ciemne i soczyste... Mieszały się z żywicznie-drzewnym wątkiem.

Drzewny wątek, żywiczność wzrosły i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkawość, także z nimi związana, wydała mi się węgielna. Oczami wyobraźni widziałam lepkawy, mokry węgiel, węgielne... fusy kawy i kawę. Dosłownie końcówkę kawy w kubku, co zdecydowanie miało palony wydźwięk. Wyłapałam subtelną cierpkość. Chyliła się trochę ku owocom - wiśniom? Z czasem pomyślałam, że... jakby i coś podwędzanego się tam zaplątało.

Gorzkawość wciąż z silnym wpływem słodyczy nagle podrzuciła mi cynamon. Pomyślałam o sowicie doprawionych nim jabłkach... a właściwie słodkiej masie jabłkowej. Jabłkach gotowanych z cynamonem? Rozbłysły ciepłe, korzenne przyprawy - zarówno dodane do tej kawy i węgielnych motywów, jak i trochę słodycz przyozdabiające. Suszone owoce raz jeszcze się pokazały, po czym zaczęła błyskawicznie rosnąć ich soczystość. Raz i drugi wyłapałam nutę wiśni... tak, jakby jeść wręcz przejrzałe i wśród nich trafić na taką zasuszoną.

Poczułam sok z bardzo słodkiej, dojrzałej pomarańczy, który - wyciskany - spływał po jej goryczkowatej skórce.... Zapewniło to cudowne przejście od gorzkawości i przypraw. Rodzynki zmieniły się w soczyste i bardzo słodkie fioletowe winogrona, a potem... całe misy i całe pole winogron różnych odmian. Ciemnawych, może trochę jasnych, ale pod przewodnictwem fioletowych. Niektóre były mniej dojrzałe, podkreślając cytrusowo-skórkowy aspekt.

Bliżej końca na znaczeniu przybrała gorzkawość drzew, może już bardziej jakby przyprawionych orzechów. Wciąż czułam też ogrom słodyczy soczystych owoców suszonych i świeżych. Pomarańcze w cynamonie, rodzynki i winogrona...

Te owoce zostały w posmaku razem z jabłkami i daktylami, niewiarygodnie już karmelowymi i lekką, palono-ciepłą gorzkawością. Wiązała się z owocami za sprawą przypraw i... orzechów laskowych.

Całość była przepyszna. Ciepła gorzkawość przypraw, kawa, drzewa... to miało taki indyjski klimat! A do tego soczyste, smakowite owoce... Tak zgrane, tak dobrane i do siebie nawzajem, i do tych innych nut (od daktylo-rodzynek po rodzynko-winogrona podkreślane wiśniami, jabłkami i cytrusami).
Mimo że niemal każda nuta miała słodki charakter, a inne smaki to jedynie gorzkawość i echo kwaskawości, nie wyszło za słodko. Pewna delikatność jak widać jest po prostu wpisana w region. A i tak zachwyca, choć struktura i rozpływanie się sprawiają, że na wyższą ocenę nie zasłużyła.

Rodzynki, czerwone owoce i cytrusy czułam również we Fjak 68 % India, która jednak była bazowo cudownie przyprawiono-herbaciana (Standout to raczej drzewa i kawa), a jej słodycz wydawała się miodowa (w przeciwieństwie do daktylowej Standout).
Przyprawy i kawa oraz mnóstwo owoców (jednak innych, np. śliwek i brzoskwiń) to też Zotter Labooko India 70 %. Daktyle, karmel i banany, raczej czereśnie - wszystko to uczyniło Zottera bardziej wielopłaszczyznowym.
Daktyle, cytrusy i jabłka świetnie pamiętałam z przyprawiono-ziemistej Soklet 70%, która kupiła mnie jeszcze twarożkowym smakiem i ziemistością.


ocena: 9/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

poniedziałek, 26 lipca 2021

Standout Peru Urubamba 70% ciemna

Po Standout Maya Mountain Belize 70 % uznałam, że w sumie marka... bardzo mi się podoba. Nie chciałam się zbytnio napalić na posiadaną serię, ale... nie ukrywam, że zapragnęłam jak najszybciej przekonać się, czy np. trafiłam na jedną najlepszą tabliczkę, czy wszystkie reprezentują ten sam wysoki poziom. Tym razem region wybrałam lubiany i nieźle mi znany. Powiedzmy, bo uważam, że akurat z Peru czekolady potrafią bardzo różne nuty dawać. Był to więc dobry sposób na zobaczenie, co potrafi ten producent, co z tego regionu wyciągnął. W dodatku bardzo ucieszyła mnie wzmianka, skąd dokładnie wzięli kakao. Otóż z regionu położonego na 1200 m n.p.m. (lubię znać takie szczegóły), od kooperatywy farmerów Alto Urubamba Cooperative, ale poprzez... uwielbiane przeze mnie Original Beans!

Standout Chocolate Urubamba Peru 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru, z regionu Urubamba; fermentacja ziaren trwała 2-4 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie na słońcu 6-8 dni.

Otwierając, poczułam kwaskawą soczystość splecioną ze słodyczą i "wilgotną" rześkością, jednak zaraz  zapach czekolady wydał mi się jednocześnie mocno słodko-cierpki. Należał do cytrusów i owoców leśnych: jeżyn, jagód. Ich malutkie krzaczki porastały ziemię, kryjąc się wśród innych, ciemnych i drobnych roślinek. Zapach odebrałam jako leśny... ale nie mocny, bardziej "polankowy", przyjazny. Do głowy przyszedł mi też miód - albo kwiatowy, albo kwiatowo-leśny... taki delikatniejszy właśnie i... być może dosładzający leciutko dżem z jagód, borówek i jeżyn, który wyszedł... jakoś kwaśno, jakby nieco przesadnie podkręcono go cytryną. Oprócz świeżo-surowych owoców, czułam bowiem także go. Może w tle majaczyło też słodkie wino o takich nutach?

Tabliczkę odebrałam jako nadzwyczajnie twardą z racji gęstości i zbitości, o czym świadczyły głośne trzasko-huki przy łamaniu czy robieniu kęsa.
W ustach podtrzymała swą gęstość, jednak była to gęstość kremowa i tłusta jak śmietanka... lub raczej lody na tłustej śmietance lub zimny sernik na zimno o niezaburzonej, idealnej gładkości... Jak na ciemną i tak zbitą, rozpuszczała się dość szybko. Otłuszczała usta, by następnie zniknąć w dość rzadkawy, na szczęście śmietankowo-soczyście-wodnisty (a nie tylko wodnisty) sposób. Akurat konsystencja mi nie odpowiadała.

Po zrobieniu kęsa poczułam słodziutką śmietankę, a do głowy przyszedł mi kwaskawy twarożek dosłownie zalany miodzikiem. Miało to niemal uroczy wydźwięk. Motyw ten budował tło na spokojnie, trwał w oddali cały czas.

Szybko jednak zaczął go dosłownie przeszywać niczym ostrą igłą kwasek: soczysty i w pełni owocowy (do głowy przyszła mi niedojrzała nektarynka).
Słodycz jednak nie wystraszyła się - rozwijała się dalej. Otóż miód musiał być jasny - powiedziałabym, że wielokwiatowy, bo właśnie także słodycz kwiatów miała tu ogromny udział, sprawiając, że wydźwięk cechowała lekkość, zwiewność.

Zaraz jednak mocniej wkradł się w nią uparty kwasek (wszyty mocno, jak na maszynie!). Miód kwiatowy zmienił się w leśny, właśnie z taką nutką (też iglastą, kwaskawą), a po chwili kwaśność rozlała się bez oporu w ustach jako tsunami soczystości. Oczywiście mieszało się ze słodyczą, serwując niejednoznaczne owoce żółte, mnóstwo jagód, borówek i jeżyn. Częściowo niedojrzałych, częściowo słodkich i jędrnych - różnych, bo takich prosto z krzaka. Odnotowałam lekką cierpkość owoców leśnych, ale też soku i skórek cytrusów (pomarańczy?).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o owocach miękkich i coraz bardziej kwaśnych. Niedojrzała drobnica, ale i coraz więcej cytrusów... może też jakiś agrest? Miękkość... należała także do roślinności - kwiatów i wilgotnych roślinek na polance lśniącej od rosy? Ale też... kwiatków nieco nadgniłych i leżących na ziemi? Wyłapałam jej lekką pikanterię, kierującą skojarzenie na owocowe, rozgrzewające wino (białe?). Cytrusowość, także cały czas obecna, podszepnęła tamaryndowca (albo coś z niego - wyjaśniam: to słodko-kwaśny owoc z pikantniejszym podrasowaniem).

Poprzez wyrazistszą, lekko goryczkowato-cierpką ziemię do owoców w końcu wyraźnie dołączyło jeszcze więcej cytrusów. Były dość zdecydowane, kwaśne. To jakby... z jagódko-jeżyn zrobić dżemik słodziutki od miodu i chcąc ratować sytuację przez przełamanie go sokiem z cytryny... I przesadzić z nim. Kompozycja wydała mi się kwaśna, ale wciąż słodka jednocześnie. Pomyślałam o agreście w dwóch kolorach... Owoce przemieszały się jednak ze słodką śmietanką z początku (więc jakoś nie umiałam czysto sprecyzować, co i jak).

Z czasem bowiem wszystko wyważyła śmietanka właśnie, nawet lekka maślaność... Taka "smakowa tłustość" nabiału, ze splecioną z nią wilgotna nutą... kwiatów? Miodu? Nagle pomyślałam o wilgotnych, maślano-tłustych pancake'ach, które zarzucono górą różnych owoców, zalano... kwaśno-słodkimi soko-syropami owocowymi, może z nutką alkoholu.

Po zjedzeniu w ustach została kwaskawa soczystość cytrusów, owoców agresto-leśnych, z lekko ziemistym charakterem i sugestią alkoholu (bez procentów!). Czułam śmietankę, która wyważyła to, a także wprowadzała słodycz. Mieszała się ze smakowo-nabiałowym wątkiem tłustości... maślano-maślanegoczegoś, może tłustego twarogu.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Owoce leśne i cytrusy do pary z kwiatami i miodem, które nie zapomniały o ziemi i bardziej "leśnej" nutce były przepyszne, a do tego... ciekawa rozgrzewająco-winna nuta - rzadko w czekoladach zdarza mi się wyłapać raczej białe wino. Też... bardzo ucieszyło mnie, że tłustość poszła raczej w śmietankę, nie masło. Ta bardziej tu pasowała, acz znów - ogólnie, zwłaszcza gdy o strukturę chodzi, wolałabym niższą tłustość i inną konsystencję. Bardziej kremową, ale w gęstym, nie tłusto-znikającym kontekście.

Śmietankę i cytrusy czułam i w Theobroma Cacao Store Peru 70%, ale tamta była znacznie wytrawniejsza. Wytrawniej herbaciano ziemista była też Meybol Cacao Chuncho Collection N3 Cusco z nabiałowymi motywami. Kwaśność cytrusów i w niej się znalazła... Jak i ogrom soczyście-kwaśnych owoców, trochę przypraw... Mam jednak wrażenie, że Standout była najmniej przyprawiona i najłagodniejsza z ostatnio jedzonych peruwiańskich. Co nie znaczy, że była bardzo słodka. Tylko... gorzkości trochę mi w niej mało.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

wtorek, 20 lipca 2021

Standout Maya Mountain Belize 70 % ciemna

 Po czekoladach Fjak także na kraje Skandynawii zaczęłam patrzeć przez czekoladowo optymistyczny pryzmat. Kolejnym obiektem mojego zainteresowania stała się mała marka Standout, o nowoczesnych opakowaniach w niespecjalnie mojej estetyce. Kojarzyły mi się ze skandynawską prostotą i choć prostotę i surowość lubię, to nie taką nowoczesną. Jednak nowoczesne podejście do sprawiedliwego handlu itp. popieram jak najbardziej, a właśnie takie ma Standout. Swoje bean-to-bary robią ręcznie, początkowo nawet sami ręcznie sortowali ziarna, które się nadają, a które nie. Jak pomyślę o ręcznym oddzielaniu łusek od tego, co potrzebne do czekolady... cieszę się, że moja miłość do niej rozumiana jest jako jedzenie jej. Obecnie właściciele Standout po prostu współpracują z farmerami, którzy wyznają te same zasady i standardy. Podoba mi się ich hasło: smak czekolady opowiada historię jej regionu oraz ludzi, którzy za nim i za nią stoją. Podpisuję się pod tym. 
Na pierwszy ogień wybrałam tabliczkę, której raził mnie po prostu... kolor opakowania. Lubię niebieski, ale ciemny. Ten mi jakoś... nie pasował, nawet nie wiem dlaczego. Wiem za to, że kakao do stworzenia tej czekolady kupiono od producenta Maya Mountain Cacao z kooperatywy Uncommon Cacao (lokalnych, uczciwych farmerów z Belize). 

Standout Chocolate Maya Mountain Belize 70  % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Belize, z regionu Maya Mountain; fermentacja ziaren trwała 6-7 dni w drewnianych skrzyniach, a suszenie 7-10 dni.

Już w chwili rozrywania folii uderzył mnie soczyście-słodki zapach dżemu czy soku z czarnych porzeczek o słodyczy podwyższonej i jednocześnie temperowanej miodem i kwiatami. Musiał być to "miodzik" jasny, wielokwiatowy, ale kompozycja na tym nie poprzestała. Pomyślałam o krzaczkach jeżyn: zarówno owocach, jak i ich kwiatkach. Kwiaty wprowadziły łagodność śmietanki, a od tej odchodziła kwaskawa nuta twarogu. Skojarzyła mi się z mało słodkim sernikiem, może nawet z cytrusową nutą, na pewno na orzechowym spodzie. Pistacjowym / z pistacjami? W tle zamajaczyły drzewa.

Tabliczka była bardzo twarda, łamała się jakby będąc niezwykle pełną i tak ją odebrałam przy odgryzaniu kawałka.
W ustach jednak szybko okazywała się niesamowicie kremowa, wysoce tłusta w śmietankowy sposób i idealnie gładka. Znikała przez to, jak na ciemną, tak raczej szybko-średnio. Oblepiała usta, udając lody śmietankowe lub gładki sernik na zimno. Mimo poczucia tłustości, nie wyszła ciężko, a jak... soczysty sernik. Tylko że taki bardzo zbity i dość szybko "na śmietankę i sok" znikający.

W chwili zrobienia pierwszego kęsa poczułam zaskakująco wyważone słodycz i kwaśność. W miarę jedzenia, pierwsza wydawała się istotniejsza. Każda pomknęła w swym kierunku, z tym że słodycz  chyba z małym wyprzedzeniem, co po chwili się rozmyło. Kwaśność jakby żywo sobie drogę przecinając, a słodycz zachowała spokój.

Poczułam słodziutki, jasny miód o nienapastliwym charakterze, który zajął się tworzeniem tła.

Po ustach rozlały się cytrusy mieszające się z porzeczkami, głównie czarnymi. Pomyślałam o słodkich dżemach z porzeczek i chyba jeżyn oraz o soku / nektarze z czarnych porzeczek, przy czym żadna z nut nie zapomniała o słodyczy. Moc owoców była jak eksplozja, z której resztki / odłamki... rozsypały się na również słodkim tle.

To nawet nie zachwiało się, roztaczając leniwie gęsty, jasny miód w ilości nieprzesadzonej. On dosładzał również wspomniane "dżemy" jak i kolejne twory. Zaznaczył swoją obecność trochę drapiąc w gardle i wydawał się wszechobecny. Zachował żywy wydźwięk kwiatów, jak również ich delikatność. Były to kwiaty także jasne, zwiewne, letnie.

Od kwiatów odchodziło skojarzenie ze śmietanką i twarogiem, którym owoce podszeptywały kwasek. Te z czasem zaczęły układać się w soczysty, wilgotny sernik. Może z jakimiś... rodzynkami? Czy to nasączony owocami (cytrusami) czy... z warstwą czarnoporzeczkową? Do głowy znów przyszedł mi słodki dżem z tychże owoców, może jakiś domowy sok.

Na pewno jakoś w drugiej połowie rozpływania się kęsa pojawiła się nieśmiała, pieczona nutka orzechów. Były delikatnie gorzkawe, ze skórkami... Albo jako delikatnie przypieczony, a zawilgocony od masy serowej spód. Z... pistacji? Wyraźnie czułam ich smak, acz wmieszany w ciastowo-"orzechową ogólnie", maślaną toń.

Bliżej końca śmietankowa ciastowość i orzechy mieszały się z owocami, które nabrały już sporo słodyczy. Ta ostatnia wydawała się wszechobecna i niby trochę rześko-zwiewna, ale... dojmująca. Zrobiło się maślanie, łagodniej. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy sernik z tymi wszystkimi wymienianymi już nutami, ale w wydaniu... delikatnym. 

Po zjedzeniu został posmak słodko-miodowy, nieco pieczony... orzechowo-kakaowy - nawet bym powiedziała, że leciutko cierpki. Cierpkość ta łączyła wymienione nuty z owocami. Te wyszły kwaśno-słodko i bardzo, bardzo soczyście. Wyraźniej przebiły się cytrusy, ale i ciemna drobnica miała się nieźle.

Całość smakowała mi, jednak mam zastrzeżenia do konsystencji. Mimo że pasowała do smaku, mnie nie odpowiadała jej gładka tłustość śmietanki (dobrze, że znikała na śmietankę, a nie wodę, ale wolałabym, by cały czas była kremowo-gęstsza). Smak jednak mnie zachwycił. Splot czarnych porzeczek, jeżyn z cytrusami i twarogo-śmietanki ze słodyczą miodu jako obłędny, czekoladowy sernik to coś wspaniałego. Wyszła bardzo wilgotnie, soczyście; niewiele w niej paloności, ale... niestety też nieco za mało gorzkości. W sumie... prawie wcale. Mogłaby jednak nie pasować, więc wybaczam.
Podobnie miodowo, orzechowo-maślanie i bardzo soczyście-owocowo (w tym podobne jeżyny, ale Zotter to ogrom innych) smakowała Zotter Labooko Belize Special 72%, jednak przegięła w swej delikatności. Co więcej, cechowała je śliska tłustość, ale i tu Zotter przegiął kojarząc się z awokado. Także delikatna, soczyście-owocowa i pyszna była GR Belize Trinitario 70 %, ta jednak... przez silniejszą prażoność miała zupełnie inny wydźwięk. 


ocena: 9/10
cena: 33 zł (za 50 g - cena półkowa)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy