Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jęczmień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: jęczmień. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 stycznia 2022

Omnom Chocolate Black n' Burnt Barley Black Chocolate biała z jęczmieniem, słodem i solą morską

Ta czekolada wpadła mi w oko z racji czarnego koloru. Na zdjęciach wyglądała fenomenalnie do tego stopnia, że przestało mnie interesować, czym dokładnie jest, jak w przypadku czarnych rożków Leone Black Cone. Zerknęłam na dodatek - czarna sól (barwiona), słód. Mimo że nie przepadam za jego dodatkiem, przypomniała mi się Bean Geeks Beer Geek Crunch, w której dodano okropny z łuskami, ale wszystko to nie miało znaczenia. Wygląd przemówił. Założyłam, że sama czekolada jest czarna jak np. prawie czarne są niektóre Vosges, co uzyskuje się mocnym i silnym paleniem lub bardzo mocnym alkalizowaniem (tak robią "czarne kakao" - to bardzo, bardzo mocno zalkaizowane kakao o pH na poziomie 8.). Mniejsza o szczegóły, bo gdy już czekolada do mnie trafiła i na potrzeby wstępu (te piszę zazwyczaj parę / dzień wcześniej) recenzji zaczęłam przepisywać skład... czekał mnie szok. Otóż to czekolada biała... tak gatunkowo oczywiście ("nikt mi nie wmówi, że czarne jest czarne" - cytując klasyka). Barwiona biała... pięknie. To jak te kolorowe owocowe, które do mnie nie przemawiają (przede wszystkim cenię sobie smak kakao). Cóż... gdybym wiedziała, że to biała, nie zaś choćby licha ciemna... to już nie wiem, czy obecnie bym kupiła.
Od jakiegoś czasu chciałam poznać tę markę z Rejkiawiku (Islandii), ale jak się przypatrzyłam, jakie mają warianty i składy, przeszło mi. Jak już miałabym ją poznać, wolałabym zacząć od czystej ciemnej, ale uznałam, że jak z dodatkiem (innych nie miałam do wyboru), to czarna może być. Jednak czarna biała? I jak ja niby miałam się na starcie negatywnie na markę nie nastroszyć? Nie podobało mi się to.
A że przypadkiem się władowałam w białą, w sumie zgrało się z tym, że... przypadkiem zrobili czarną. Już wyjaśniam!
Miała odzwierciedlać islandzką tradycję i tamtejsze zamiłowanie do dobrego piwa, hm. Wszystko było prawie gotowe, do białej czekolady dodawali prażony jęczmień (miała być ze słodem i nibsami), gdy okazało się, że był prawie spalony. Biała czekolada zrobiła się trochę czarna... Gdy czekoladnicy spróbowali z ciekawości efektu, okazało się, że "to było to". Zaczęli eksperymentować. Nie zaniechali pomysłu ze słodem. Wciąż dawali palony słodowany jęczmień z Niemiec, zwykle używany do warzenia piwa Porter i Stout. Kolejny składnik to sól lava ("z lawy"), a więc morska zmieszana z aktywowanym węglem drzewnym. Robią ją na hawajskiej wyspie Molokai (gdzie uważana jest za niezbędną do osiągnięcia wewnętrznej harmonii jako symbol jedności ze środowiskiem). Czarny kolor bierze się oczywiście od wulkanicznego pochodzenia. Wodę morską przelewa się do mis ze skały wulkanicznej, a potem wystawia na słońce, aby odparowała. I powstaje sól naturalnie zmieszana ze składnikami mineralnymi. No i jest jeszcze prażony jęczmień od producenta Móðir Jörd jako iście islandzki dodatek na wierzchu.


Omnom Chocolate Black n' Burnt Barley to "czarna" biała czekolada smakowa (barwiona na czarno) z dmuchanym, palonym i prażonym jęczmieniem, słodem jęczmiennym i czarną solą morską mineralizowaną (minerałami z lawy) z jęczmieniem w czekoladzie (białej barwionej) na wierzchu.

Po otwarciu poczułam przeciętny zapach białej czekolady, na który złożyła się wysoka maślaność oraz aż duszny splot cukru i mleka z motywem tego w proszku. Za tym poczułam nutkę dmuchanego, bliżej nieokreślonego zboża. Przy maślanej tłustości stała też roślinność... jakby oleistych traw? Właśnie zbóż? Na pewno bardziej czuć je, kiedy nachylałam się nad posypką, ale też nie tak, by precyzyjnie określić. Udało mi się to dopiero w trakcie jedzenia - toż tam się węgiel snuł. Chwilami wydawało mi się, że wyłapuję leciuteńką sugestię słodko-gorzkawej kawy.

W dotyku tabliczka wydała mi się okropnie gładka - jakby glazurowana, aż "nieprawdziwa" (nic a nic nie brudziła). Przy łamaniu wydawała pykanio-trzaski, choć też częściowo ze względu na wtopione dodatki. Była dość twarda (polewowo?).
Dodatki trzymały się dość mocno. Kilka odskoczyło, ale to nie problem. Dali ich dużo i w miarę równomiernie, acz zrobienie gryza bez nich było możliwe. Je również pokrywała otoczka - jakby miękkawa polewa.
W ustach sama czekolada podtrzymała swą idealną gładkość, zachowując się jak tafla z początkowo chłodnego masła, ale szybko mięknąca i topiąca się już nieco zwalniając. Trochę stopowała ją posypka. Wydała mi się bardzo tłusta w kontekście masła z domieszką oleju, co mnie odpychało. A jednak nie była ciężka.
Jęczmień (?) otaczała warstwa mięknącej i szybko rozpuszczającej się plastiko-polewy. Dało się ją "zrolować zębami / paznokciem". Odsłaniała coś, co wyglądało jak ekspandowano-prażone zboże, ale okazało się twardym i dość... sucho-kruchawym (na szczęście bez żadnych łusek). Obstawiam, że przypominają twarde ziarenka kukurydzy w takowych waflach kukurydzianych. Trochę jak połączenie chrupiących zbóż i płatków (owsianych, jęczmiennych itd.). Parę wyszło jakby rozmiękło i stwardniało. Zdarzyło się dodatkowi chrupnąć, pyknąć, ale raczej rzęził, trochę twardo-papkowato wlepiając się w zęby. 

W smaku czekolada przywitała się nutką kawy pod postacią słodkiego cappuccino, a więc też całkiem wyraźnym mlekiem. Słodycz odeszła nieco na tył, choć cały czas pobrzmiewała.

W ciągu sekundy-dwóch zrobiło się dziwnie: ni stąd ni zowąd zrobiło się słonawo-kwaskawo, a ja poczułam zboża. Wyeliminowały cappuccino, mimo że nie były siekierą. Była to delikatna, roślinnie-zbożowa nutka, kojarząca się z "bliżej nieokreśloną kaszą" i ryżem brązowym (ale jedno i drugie "na słodko"?). To też smak zbóż ekspandowanych o jakby wyciętej goryczce. Albo raczej jak jakieś wafle ryżowe (z ryżu brązowego)... Albo właśnie z kaszy jęczmiennej? (Zupełnie nie mam doświadczenia w tych produktach, więc to bardziej wyobrażenia, domniemania itp.) Zdecydowanie on był bazą samej czekolady (dokładnie tak smakowała niezależnie od posypki). Rozszedł się motyw kartonu, trochę właśnie za sprawą zbóż. Zboża ekspandowane nakręcały się, wyłapałam pewną słodowość, ale jedynie sugestię gorzkawości. Zboża i karton stały na pierwszym planie i dominowały, z czasem łaskawie dopuszczając nutę kaszy jęczmiennej (pęczaku), podkreślonej przez niby palony akcent... Palono-słonawy?

Słodycz pobrzmiewająca w tle z czasem zaczęła szybko rosnąć (już przy trzecim kęsie zaznaczała swoją obecność w gardle). Należała do średniej jakości białej czekolady. Mieszając się ze smakiem ekspandowanych zbóż podrzuciła skojarzenie z rozmiękłymi, cukrowymi płatkami do mleka... właśnie jakimiś ekspandowanymi, preparowanymi.... W wariancie cukrowo-karmelowym. Zmieszanymi z maślanością i jednak mlekiem... Mlekiem, które też się zatracało chwilami. O maślaność z kolei zabiegała słoność, raz po raz ją podkręcając. A jednak nie układało się to zbytnio w "smak białej czekolady". Raczej w karmelowawe polewy.

Mniej więcej w drugiej połowie rozpływania się kęsa myśli kręciły się wokół kwasku... cierpkości... Pomyślałam o lukrecji / anyżu, za czym optował karton, roślinność... Znów wyobraziłam sobie zboża, trawy... Jęczmienność / kaszowość uciekały. Myśli niepewnie skierowały się ku kawie... A jednak sól po drodze do niej je zatrzymała. Chwilami, raz mocniej, raz słabiej - sól ogólnie nie była nachalna, ale dość zaskakująca każdorazowo. Pobrzmiewała, czasem wychodząc kwaskawo, chwilami nieuchwytna, chwilami podkreślała, acz zdarzyło jej się zabrzmieć wyraźniej.

Podkreśliła nutę roślinną... Jakby węgla i oleju roślinnego? Preparowanych zbóż ("dmuchanych" wafli zbożowych?), skojarzenie ze słodkimi, miękko-stwardniałymi płatkami z mlekiem i chyba jednak też pewną białoczekoladowość. Na pewno słodycz po prostu. Końcówka była już odważniejsza pod tym względem (bo i cukrowo-słodka otoczka z dodatków się dołożyła). Czekoladzie zdarzyło się zalecieć lekką spalenizną, sama zaś wykazała się jeszcze słodyczą... jak cukrowa otoczka płatków, aż lekko drapiąca w gardle. Także palona nuta odważyła się wyjść wyraźniej, walcząc o kawową gorzkość dosłownie w chwili znikania czekolady. Gdy czekolada już znikała i zniknęła zupełnie, zajmowałam się kulkami dodatku.

Otoczka na kulkach rozpuszczała się dość szybko, wychodząc nijako, a czysto słodko. Pod nią krył się jęczmień. Wydał mi się zbożowo-ziarenkowy jak... z kłosa, choć podprażony. Smakował siano-zbożem z nutą ziarenek i ekspandowania, nie zaś jak zwykłe ekspandowane-dmuchane zboża. Miał jednak tę nutę. Niektóre wyszły rzeczywiście jęczmiennie, inne nieokreślone.

Po zjedzeniu pozostał posmak dmuchanych zbóż i zboża-siana, kłosów. Oprócz tego lekka gorzkawość, znów jakby bardziej cappuccinowa... nutka mleka tak zmieszana ze słodyczą, że czułam się, jakby to były płatki z mlekiem dziwnie zabarwionym już nimi... Maślaność, biała czekolada pobrzmiewały, ale nie miałam wrażenia, że to właśnie białą czekoladę jadłam. Nic specjalnie mocno palonego czy jęczmiennego w sumie też nie. Czułam za to kwaskawą sól. I to jakby ona, wraz ze słodyczą drapała-paliła w gardle.

Całość nie podobała mi się. Znaczy... z wyglądu owszem, acz też... zbyt plastikowo trochę. Ani konsystencja, ani smak nie były miłe. Glazurowato-gładka, nierealistyczna tabliczka o maślanej bazie, lichej nucie lichej białej czekolady smakowała głównie dmuchanym zbożem i roślinnością. Jej lekka goryczka wyszła przy tym dziwnie. Z kolei słodycz... niby była wysoka i dziwnie odstająca, drażniąca, ale bez niej też nie byłoby najlepiej. Sól mi tam nie pasowała, jednak też nie mogę powiedzieć, że jakoś szczególnie przeszkadzała... to jak ze wszystkim w tej tabliczce: nic fajnego, nic pasującego. Kulki też niby nie wyszły tragicznie, ale zbędnie, że miałam ochotę je wypluwać.
A jednak nie było w niej niczego okropnego, by specjalnie zjechać. Czuć dmuchane zboża, ale... bez ich nieprzyjemnego niesmaku - a za to z kartonem. Dziwnie niebiała biała czekolada z solą, zbożowo-roślinnym smakiem i zbożem w swej dziwności wyszła aż przekornie nudno i nieciekawie. Nic, co w niej było do siebie nie pasowało, ale i nie przeszkadzało. Finalnie nie wyszło kontrowersyjnie czy jakoś odpychająco, a po prostu tak, że nie widzę sensu i nie czuję przyjemności z jedzenia takiej zbieraniny.
Nie lubię dodatku chrupaczy ani posmaku preparowanego zboża, nie moja słodycz i tłustość, więc po 1/3 z tym dziwnym drapaniem cukru i soli w gardle oddałam dla Mamy. Stwierdziła, że: "Nawet niezła, taka... zbożowo-kawowa, słodka, ciekawa, dziwna".
Z takich dziwności przypomniała mi się jedna: Torras chocolate blanco con algas y flor de sal negra biała z algami i czarną solą morską - obecnie też by mnie pewnie nie chwyciła, ale przynajmniej była bardziej logiczna (?). Omnom to przerost formy nad treścią.


ocena: 5/10
cena: 31 zł (za 60 g; cena półkowa)
kaloryczność: 599 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tłuszcz kakaowy (min. 40%), cukier trzcinowy, mleko w proszku, prażony słód jęczmienny, islandzki jęczmień, ekstrakt słodu jęczmiennego, barwnik (węgiel aktywny), sól morska, lecytyna słonecznikowa, substancja glazurująca, substancja nabłyszczająca

piątek, 6 listopada 2020

Bean Geeks Beer Geek Crunch ciemna 70 % z Kostaryki z karmelizowanym słodem jęczmiennym

To marka dość młoda, założona przez... czterech młodych facetów, których pasja do podróży i fotografowania zaprowadziła na lokalne bazarki w Kostaryce, gdzie poznali prawdziwy smak kakao i... zaczęli przygodę z nim, oddając się podróżom smakowym.
Do stworzenia tej tabliczki inspiracją było piwo MBCC'18 (za którym to stoi ponoć kultowy kopenhaski browar Mikkeller - właśnie jego słód dodano do tej tabliczki), czyli berlińskie pszeniczne z sokiem z owocu jabara.
Jabara to cytrus z Japonii, krzyżówka yuzu z pomelo i mandarynką. To brzmiało na coś dość kwaśnego... Zastanawiałam się, czy takie też wybrali ziarna kakao. Uściślili bowiem, ze pracowali na Heirloom Matina.
Mało tego! Na stronie dosłownie wszystko zostało opisano... w dość ciekawy sposób. Styl prażenia? Wok... hm, to mnie trochę zdziwiło. Nie lubię dań z woka (chyba, bo jadłam raz czy dwa w życiu), a tu... nie wiedziałam, do czego to odnieść. Zbiory to październik 2017 - to prawie jasne... rozumiem, że o słód chodzi (po obrazku obstawiam).


Bean Geeks Beer Geek Crunch to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Heirloom Matina z Kostaryki z okolic miasta Limón z karmelizowanym słodem jęczmiennym od Mikkeller; edycja specjalna / limitowana inspirowana piwem MBCC'18 browaru Mikkeller.

Gdy tylko otworzyłam folię, poczułam splot kawy i cytryny, przechylający się w stronę ziemi zalanej sokiem cytrusowym, zaprawiony słodyczą. Ta ostatnia odlegle kojarzyła mi się z miodem, chyba podkarmelizowanym, ale o niskim stopniu palenia. To w końcu częściowo zmieniło cytrynę w pomarańczę.
Wąchając wierzch, odnalazłam przy niej mnóstwo kwitnących, ale delikatnych kwiatów i ciemnych, drobnych owoców - jeżyn? Głównie kawowo gorzkawa, trochę ziemista baza pobrzmiewała nibsami i słodem. Gdy jednak zbliżyłam nos do spodu, na którym był słód, wcale aż tak mocno nim nie pachniała. Kompozycja od tej strony raczyła mnie sianem, a kwiaty tej części na pewno były polnymi; w głowie mocno osadził mi się rumianek, może też stokrotki.

Ciemna tabliczka była bardzo twarda, co przełożyło się na głośne trzaski, odsłaniające ziarnisty przekrój. Kłócił się z tym, co czułam pod palcami, bo wydawała się idealnie gładka.
Słód wtopiono porządnie; trzymał się jej mocno, ale paru, a właściwie paru skorupkom z karmelu zdarzyło się odskoczyć. Niestety nie udało mi się tego dziadostwa powydłubywać.
W ustach czekolada natychmiast rozpływała się z łatwością. Cały proces wprawdzie trwał średnio długo, ale wydała mi się bardzo ulotna. Otóż rozpuszczała się dość wodniście, co wzmacniał cukier pokrywający słód, kojarzyła się z kostką lodu: ze zwartego kawałka lały się fale rzadkiego, jedynie troszeczkę gęstawego czekoladowego syropu / sosu . Mimo to, odnotowałam też tłustość i... jakby czekolada sama w sobie marzyła o zgęstnieniu. Okazała się idealnie gładka, wręcz śliskawa.
Słód zaś - chrupiący jedynie w pierwszej chwili, gdy jeszcze pokrywała go skorupka karmelu. Ten rozpuszczał się, a gryziony przypominał cukier. Zboże szybko chrupnięte wyszło zaś jak... płatki kukurydziane. Takie pokryte warstewką cukru corn flaksy. Potem przegryzione raz czy dwa już miękło, wlepiało się w zęby. Okazało się, że te kryło miękkawe, dość żywo-siankowe wnętrze, pokryte wstrętnymi łuskami, jakie zdarzają się np. w płatkach owsianych. Uważam to za tragiczny dodatek - właśnie przez te łuski.
Większość obgryzałam dookoła, część wypluwałam. By jednak się doczekać, aż opuści czekoladę, musiał zostać w ustach do końca, co sprawiło, że rozpuszczał się cukier z niego, a on całościowo drapał podniebienie.

W smaku czekolada od samego początku zafundowała mi szlachetną gorzkość i cierpkawość sosu / syropu ciemnoczekoladowego, ciemnego miodu i miodową słodycz. Była silna, pobrzmiewająca paloną nutą.

Od palonej nuty z czasem rozkręciła się gorzkawość o zaskakującej intensywności, wciąż jednak pozostając raczej gorzką gorzkawością niż gorzkością przez duże G. Sam stopień palenia wydał mi się wyrazisty, ale wyśrodkowany w wydźwięku. Przez gorzkość przetoczył się wilgotny, szary dym, pozostawił kawę. Tylko co zalaną, zwykłą czarną i gorzką. Pojawił się obok niej kwasek - nie kawowy jednak. Bardziej soczyście-nibsowy przy kęsach bez dodatku, a soczyście-słodowy przy tych z dodatkiem.

Nagle wystrzeliły cytrusy z cytryną na przedzie. Zrobiło się kwaskawo i soczyście, ale szybko z kwaskiem wymieszała się słodycz dojrzałych pomarańczy. Tych trzymała się też lekka gorzkawość. W udany sposób mieszały się ze słodyczą delikatnego karmelu i miodu.

Miodo-karmel wraz z owocami wyszedł lekko, rześko. Pokazał mi ukwiecone pole. Słoneczko świeciło, wszędzie rósł rumianek i stokrotki, a wśród nich snuła się lekka kwaskawość. Pomyślałam także o ukwieconych drzewkach pomarańczy, białych kwiatach i sianie. To znów zawracało do poważniejszych, bardziej słodowych, a potem i kawowych tonów.
Części, gdzie wlepiono dużo dodatku były bardzo miodowo słodkie, zdecydowanie za słodkie... Zabijające wszystkie poważniejsze elementy.
Fragmenty, na których wtopiono go mniej, bliżej końca kontynuowały owocowy kwasek, dodając do cytrusów trochę ciemnych leśnych - słodkich jeżyn? Zagubionych jednak w tym wszystkim, m.in. w słodowo-nibsowych nutach, łączących odrobinkę kwasku i cierpkości.

Wraz z kawałkami słodu umacniało się siano (nie sam palony słód - co było dość dziwne, ale obstawiam, że to przez karmelizowanie) i rosła słodycz. Nie była jednak specjalnie karmelowa. Bardziej miodowa, trochę drapiąca w gardle i trochę zwyczajnie cukrowa.
Ssane i rozgryzane zboże zaserwowało mi najpierw smak cukru, nie jakiś tam mocny, ale jednak, a następnie... corn flaksy. Poczułam się, jakbym chrupnęła płatki kukurydziane, a zaraz... zmieniły się w kukurydziane chrupki? Nie wiem, na pewno w chrupki o smaku paprykowym. Bardzo paprykowe.

Nie było sensu rozgryzać ich obok czekolady, bo wtedy przez łuski, nutę siana i paprykowo-zbożowy smak nie mogłam skupić się na czekoladzie (jakby pobrzmiewającej kwaskiem czerwonoowocowym i ziemią). Męczyły mnie te łuski potwornie. Pozwoliłam kęsowi rozpuszczać się swobodnie, by potem wyjąć z ust wstrętny dodatek.

Po wszystkim wróciła kwaskawość nibsowo-słodowa, oraz cytrusowa, z trochę narzuconą goryczką. Odrobina siana i kwiatów wciąż się tego trzymała, ale i gorzkawość kawy się przyłączyła. Z tym że już taka gorzkawa nie była, bardziej kwaskawa i ziemista.W ustach i gardle czułam z kolei niemal miodową, przesadzoną słodycz.

To... wstrętny i sadystyczny pomysł na czekoladę. Nienawidzę wrażenia, że jedzenie chce mnie zabić - a tak było z tym dodatkiem. Zarówno smak słodu był okropny, jak i struktura. Te łuski... przecież to jest coś, co jak się trafi w płatkach, to człowiek się irytuje, a dodać je specjalnie?! Jeszcze w cukrze?! I... akurat takie coś to wtopili dobrze, że się trzymało... W konsekwencji trochę próbowałam wydłubać, a resztę powypluwałam nie rozgryzając, by nie uwolnić paprykowego smaku.
Ta tabliczka to bowiem genialna w smaku czekolada o nutach mocno kawowych, gorzkich, z lekko ziemistym motywem, który to wraz z cytryną połączył kawę ze słodyczą pomarańczy i miodu. Smakowo, gdyby nie zbyt silny motyw cukru od karmelizowanego dodatku, może i na 9-10 smakowała - w końcu na szczęście trafiło się parę miejsc bez słodu. Konsystencja samej czekolady jednak też mi się nie podobała, więc samej czekoladzie dałabym 8. A tak, jak ją jadłam wywalając zboże... to się męczyłam - uważam, że producent miał bardzo głupi pomysł.

Kawę, dym i jeszcze raz kawę z owocowymi przebłyskami w dość podobnym tonie czułam również w Cachet Costa Rica 71 %, a z kolei La Naya Costa Rica Maleku 72 % to bardzo podobna słodowość i cytrusy, nawet trochę jeżyny. Bardzo żałuję, że i ta nie była zupełnie czysta jak podlinkowane...


ocena: 4/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 23,05 zł (za 46 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 436 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, słód jęczmienny

niedziela, 2 października 2016

Manufaktura Czekolady Smoky Joe 70 % ciemna z Ekwadoru ze słodem whisky (jęczmieniem wędzonym torfem)

Wreszcie pocieszenie dla tych, których musiałam wyprosić wczoraj oraz druga część układanki dla reszty. ;) Miłego czytania.
Po odkryciu, co takiego czai się w piwie AleBrowaru Smoky Joe, sięgnęłam oczywiście po czekoladę stworzoną we współpracy z tym browarem przez polską manufakturę - Manufakturę Czekolady.

Manufaktura Czekolady Smoky Joe 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao (pochodzącego z Ekwadoru) ze słodem whisky, czyli słodem jęczmiennym wędzonym torfem.

Po otwarciu sreberka, wyjęłam bardzo ciemną tabliczkę o głębokim zapachu. Nie czułam w niej co prawda ani śladu wędzonego słodu, ale zostałam skutecznie udobruchana cudnym zapachem asfaltowo-ziemistym z charakterem wyraźnie prażonego kakao, który wydawał się suchy jak drzewa po pożarze, z jeszcze odrobiną dymu, ale pod tym wszystkim kryło się także coś bardziej soczystego.

Tabliczka także w dotyku wydaje się sucha, nie ma na jej spodzie posypki, wygląda zwyczajnie, ale gdy tylko spróbowałam ją przełamać, odkryłam jak twarda jest. Trzasnęła niezwykle głośno i "pusto", jakby wręcz z echem, i ukazała przekrój. Tutaj już naprawdę zrobiło się ciekawie, bo można zobaczyć wystające malutkie łuski słodu.

Gdy pierwsza kostka wylądowała w ustach, poczułam łagodny, wręcz maślany motyw orzechów (nerkowce? makadamia?), który szybko pomknął w kierunku prażonych nut. Takie błyskawiczne przejście od maślanych orzechów po mocne, gorzkie i wyraźnie wyeksponowane kakao.

Po pewnym czasie, zaczęły do mnie docierać wędzone nuty. Początkowo utrzymywały się w drzewnych klimatach, przy czym w tle zaczynała rozwijać się niemal kwiatowa słodycz.

Czekolada rozpuszczała się dość leniwie i w charakterystyczny dla Manufaktury nieco szorstko-ziemisty sposób. W końcu zaczynają wyłaniać się z niej drobne, ale twarde chociaż nie utrudniające konsumpcję, łuski, co było ciekawym urozmaiceniem (zwłaszcza biorąc pod uwagę smak i ogólny wydźwięk całości).

Drzewne nuty stawały się coraz bardziej wędzone i ciepłe, nadeszło skojarzenie z asfaltem, co odzwierciedlało zapach, tylko w wędzonym wydaniu. Tutaj wydało mi się, że czuję jakąś fuzję przypraw, lecz w tym momencie moją uwagę znów przyciągnęła słodycz.
Stała się lekka, rześka, czyli kontrastowa do powyższych nut. Miała w sobie coś mdłego, "niesłodkiego", wskazującego na... jagody? Zdecydowanie owoce wyłoniły się w tym wszystkim.

Gdzieś zagrały soczyste, słodkie pomarańcze, a tą słodycz zdominowały właśnie jagody, ale takie nieco już nadgniłe; po pewnym czasie wydały mi się przysypane ziemią.
Spod niej migały nuty cytrusów, ale koniec końców utonęły w mazistej czekoladzie i smaku wędzono-torfowym.

Zakończenie kompozycji było wyraziście drzewno-torfowe (z podkreśleniem tego drugiego), ewidentnie wędzone o nutach... wskazujących na jakby... ja wiem? mleko? ser? w wędzonych klimatach.

Po zniknięciu ostatniego kawałka gorzkoczekoladowy i lekko wędzony posmak utrzymywał się jeszcze bardzo, bardzo długo. Zaskakująco długo.

W towarzystwie piwa jej smak został jeszcze wzmocniony (pewnie przez podobieństwo nut), chociaż przyznam, że wtedy wydawała mi się nieco bardziej słodka (bo degustowana osobno miała w sobie taką nieoczywistą, mglistą słodycz).

Ta czekolada była niezwykle intrygująca, a jej smak autentycznie przypominał nuty piwa Smoky Joe: wędzone nuty raczej niewyczuwalne w zapachu, początkowa łagodność, a w końcu bogactwo torfu, drzew podszyte owocami i wędzonym, ale zupełnie nie obrzydliwym, motywie.


ocena: 10/10
cena: 16,90 zł (za 55 g)
kaloryczność: 590 kcal / 100 g
czy znów kupię: mogłabym do niej wrócić

Skład: ziarno kakao, cukier, słód whisky (jęczmień)

wtorek, 29 września 2015

Manufaktura Czekolady Przewrót Mleczny mleczna z palonym jęczmieniem

Jakiś czas temu wstukałam do nawigacji samochodowej kilka krakowskich adresów, po których skrupulatnie jeździłam. Od jednego, do drugiego. Bez powodzenia. W żadnych ze sklepów nie mogłam znaleźć tego, czego szukałam. Chodziło mi o czekoladę ze słodem whisky, ale niestety - nic z tego.
Były to adresy, gdzie można znaleźć czekolady Manufaktury Czekolady, a większość z nich okazała się pustymi sklepikami ze zdrową żywnością. Naprawdę nie lubię tej milczącej, sterylnej atmosfery w takich miejscach. W jednym aż głupio mi było po prostu wyjść, więc zaczęłam uważniej przyglądać się czekoladom i odkryłam, że trafiłam na promocję. 

Oczywiście, znalazłam coś dla siebie. Jedną z dwóch zakupionych 55-gramowych tabliczek była Manufaktura Czekolady Przewrót Mleczny, czyli czekolada mleczna z kakao z Ekwadoru z palonym jęczmieniem. Niby nie słód, ale z ciemnym piwem się kojarzy, prawda? 

Otworzyłam delikatny w dotyku kartonik i uporałam się ze sreberkiem, na które podziałały dopiero nożyczki. Tu spotkało mnie nie małe zaskoczenie, ponieważ cały spód usiany był czarnymi ziarnami jęczmienia (nie spodziewałam się właściwie niczego konkretnego, ale ta ilość i wygląd nieco mnie zdziwiły), a zapach... cóż to był za zapach! Gorzkie kakaowe nuty przeplatały się z głęboko dębowym zapachem oraz motywem palonym.
Zapach był tak gorzko-wspaniały, że prawie natychmiast połamałam cienką tabliczkę i umieściłam kostkę w ustach.
Najpierw zaczęła rozpuszczać się czekolada. Działo się to powoli, odrobinę proszkowo. W pewnym momencie tłustawość zaczęła się rozkręcać, ale nie dała rady. Nie przebiła się. Smak zaczął się rozchodzić po całych ustach, a ja mogłam wyodrębnić jego poszczególne składniki.

Na pierwsze miejsce wybiegła słodycz, bardzo silna, chociaż może jeszcze nie muląca. Zaraz za nią był kakaowy smak i właśnie... nie tyle sama cierpkość, ile taka gorzkawość przemieszana właśnie z cukrem i mlekiem w proszku. Nie było to świeże mleko, głębokie w smaku, a ten właśnie proszek, który ujawniał się także w konsystencji. Odrobina tłuszczyku była maślano-kakaowa, co było oczywiście na plus. Całość odebrałam jako dobrą, aczkolwiek czysta czekolada mogłaby zasłodzić. 
Było tu więcej cukru i kakao niż mleka, więc przypominała deserówkę z mlekiem w proszku, a nie czekoladę mleczną z podwyższoną zawartością kakao. 
Tak, jak napisałam: czysta czekolada mogłaby zasłodzić, ale... nie ta nie zasłodziła. Dlaczego? 

Palony jęczmień, którego było naprawdę dużo, miał gorzki, silny smak. Gorzkość ta była dosadna i nieugięta. Przeplatały się w niej motywy jakby dębowe, drzewne i przypalone. Każde ziarno chrupało przyjemnie, było dość twarde i musiałam trochę czasu spędzić na gryzieniu ich. Wtedy to uwalniały się nuty wręcz kawowe: małej i wręcz gęstej gorzkiej kawy. 
Miała w sobie pewien element upodabniający ją do piwa na słodzie jęczmiennym, aczkolwiek możliwe, że odebrałam to tak, dzięki skojarzeniom.
To wszystko było okrywane mleczno-słodkawą otoczką czekolady, która w końcu cały czas się rozpuszczała. Gorzkość ziaren dominowała, aczkolwiek smak czekolady sprawiał, że była jakby... łatwiejsza i odrobinę lżejsza w odbiorze.

Tabliczka ta kojarzyła mi się z barem w ciemnej kolorystyce, pełnym stołków i stolików w kolorze mahoniowym, gdzie unosiły się aromaty ciemnego piwa i gorzkiej kawy. A może ciemnego piwa o kawowych nutach? Było to skojarzenie przyjemne, lecz nigdy w życiu nie posądziłabym o nie żadnej mlecznej tabliczki.
Tak też mimo swojej słodyczy, ta czekolada słodka nie była. Słodycz w całości robiła za drobny szczegół. 
To była niezwykła czekolada, do której bardzo chciałabym jeszcze wrócić.


PS Zdjęcie kostki jest rozjaśnione, żeby dobrze było widać ziarna.

ocena: 10/10
kupiłam: Polskie Rarytasy
cena: 15 zł
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym

Skład: cukier, ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, palony jęczmień