Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firetree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firetree. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 grudnia 2023

Firetree Madagascar Sambirano Valley 84 % Cocoa Single-Estate ciemna z Madagaskaru

Sięgając po tę czekoladę czułam, że marka nie zdoła już sprawić, że zmienię o niej zdanie. Producent chyba po prostu nie umie zrobić czekolady, którą uznałabym za pyszną. A jednak ciekawiło mnie, co też zmajstrował z wyższą niż zwykle zawartością kakao. Może akurat mu się udało i wyszło coś dobrego? Aczkolwiek wydaje mi się, że właśnie gdy nie umie się najlepiej postępować z kakao, im go więcej, tym łatwiej efekt końcowy zepsuć - bo nic się nie ukryje.

Firetree Madagascar Sambirano Valley 84 % Cocoa Single-Estate to ciemna czekolada o zawartości 84 % kakao z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam zapach czerwonych owoców: od porzeczek, przez słodko-kwaśną suszoną żurawinę, po wiśnie miękkie i aż przejrzałe. Do tego drobny akcent słodszych od nich malin. Słodszych w aż nieco pudrowym kontekście. Obok zarysowała się rozgrzana ziemia i lekka gorzkawość orzechów chyba włoskich. Kryła się za nimi lekka pieprzność. Przy goryczce odnalazły się kolejne owocowe akcenty w postaci skórki i białych włókien grejpfrutów. 

Tabliczka była bardzo twarda w sposób masywny. Przy łamaniu było w niej coś z zastygniętej masy, kremu, wykazującego kruchość. Trzaskała głośno.
W ustach rozpływała się gęsto i kremowo. Robiła to w tempie umiarkowanie wolnym, eksponując swoją aksamitną, nieidealną, ale jednak gładkość. Z czasem zrobiła się plastyczna, acz zwarta. Cechowała ją ciężka, oleiście-maślana tłustość. Z czasem dołączyła do niej soczystość, rozrzedzająca lepkawo-mazistą masę, która też sprawiła, że łatwo i całkowicie to zniknęło, zostawiając jedynie lekkie ściągnięcie.

W smaku pierwsza rozeszła się znacząca, choć nie za wysoka słodycz palonego karmelu.

Paloność zaraz przywołała też trochę gorącej, rozgrzanej czarnej ziemi. Zadbała o gorzkość, nieco ją rozwijając.

Tuż za nią wychylił się na moment delikatny, owocowo-cierpkawy kwasek.

Słodycz z karmelowej pod jego wpływem częściowo zmieniła się w owocową. Poczułam winogrona... mieszankę czerwonych i zielonych, a po chwili jeszcze żurawinę. Wyobraziłam sobie dość słodkie, ale soczyście kwaśne suszone owoce, po których wkroczyła znacznie soczystsza dojrzała wiśnia. Nie jednak typowa, a słodsza wiśnia groniasta? Przez moment pomyślałam o słodkim syropie z czerwonych owoców, acz ten nie utrzymał się długo.

W tle wzrosła kwaśność i cierpkość za sprawą mieszanki porzeczek i wiśni zwykłych. Za nimi zakręciło się trochę aronii, acz jakby wpisanych w dość słodkie czerwone wino.

Cierpkość podkreśliła gorzkość. Ziemia wydała mi się lekko dymna, jakby z pobliża ogniska, ale ogólnie jakoś w połowie rozpływania się kęsa bardzo złagodniała. Co nie znaczy, że zniknęła w ogóle. Gorący od słońca piach pobrzmiewał łagodnie.

Pojawiły się nerkowce, w zasadzie pchając się na pierwszy plan. Zrobiły miejsce bardziej maślanym nutom. Maślanemu karmelowi, który nie szczędził słodyczy. Ta szybko wzrosła, a ja pomyślałam o nieco karmelowej krówce.

Kwasek owoców z tła przycichł, ale odbił w kierunku cierpkości i lekkiego kwasku nabiału. Do głowy przyszła mi delikatna, mleczna kawa, ale... z tak orzechowym wątkiem, że jakby zrobiona ze spora ilością wege napoju nerkowcowego (wegańskiej alternatywy mleka)?

Owoce też złagodniały... Ogólnie nieco przycichły, ale z oddali dobiegały mnie słodkie nutki jasnych winogron i malin o drobnym kwasku. Ich słodycz jednak i tak otarła się wręcz o lekką cukierkowość. I syrop owocowy? Coś aż lekko cukrowego, mimo że wciąż teoretycznie kwaskawego... Nagle przemknęło mi słodkie, mocno owocowe wino czerwone. I białe wino japońskie wino umeshu (śliwkowe).

Do orzechów nerkowca dołączyły włoskie, wykazując odrobinę gorzkości. Zza nich raz po raz poczułam pieprzne pstryczki, przekładające się na ponowny wzrost gorzkości. Ziemia jednak pobrzmiewała delikatnie. Druga fala gorzkości należała raczej do owoców. Oto poczułam skórkę grejpfruta, jego białe włókna. I odrobinę skórki limonki? Przy nich wyłoniła się soczysta kwaśność.

Sama końcówka kontrastowo wydała mi się jednocześnie bardzo, aż za słodka. Maślano-karmelowa krówka niemal zdominowała wszystko.

Po zjedzeniu został posmak właśnie krówki mocno maślanej, z echem palonego karmelu i wiążące się z nimi lekkie przesłodzenie, a do tego motyw mlecznego shake'a malinowego. Za nimi stała goryczkowata cierpkość skórek cytrusów: grejpfruta i limonki.

Czekolada mi smakowała, ale dużego wrażenia nie zrobiła. Była nieco za słodka - może ogólnie nie mocno słodka, ale jak na tę zawartość trochę za. Karmel, krówka i złagodzenie nerkowcowo-maślano-mleczne sprawiły, że gorzkość nie znalazła sobie na dobre miejsca. Mignęła trochę ziemią, orzechami, ale nie rozbrzmiała tak, jak by mogła. Czerwone owoce wyszły ciekawie, bo parę razy z echem wina, czułam też jakby konkretnie słodsze wiśnie groniaste. Żurawina, porzeczki, a z czasem malinowy shake oraz skórki grejpfruta i limonki zapewniły soczystość i owocową cierpkość, acz i w nie wkradła się w pewnym momencie wręcz cukierkowa słodycz czy słodycz bardzo słodkiego wina.
W słodyczy właśnie czuję specyfikę Firetree, która mi nie odpowiada i, jak widać, jest nawet w tabliczkach o wyższej zawartości kakao, ale na szczęście nie aż tak dająca się we znaki, co w przypadku 70%.


ocena: 8/10
cena: cena półkowa to 23 zł (za 25 g; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 586 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier, tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa

wtorek, 12 września 2023

Firetree Solomon Islands Makira Island 75 % Cocoa Single-Estate ciemna z Wysp Solomona, z Makiry

Firetree wspominam na tyle negatywnie, że myślałam, iż nic więcej tej marki nie kupię. A jednak... są pewne czynniki, które potrafią w moim postrzeganiu czegoś jako wartego zakupu coś tam pozmieniać. Otóż możliwość nabycia miniaturki z miejsca, z którego nigdy dotąd czekolady nie jadłam, wydała mi się całkiem miła i na pewno warta wykorzystania. Nawet gdyby miała być niesmaczna, to byłby mały problem.
Wyspy Solomona - cóż to za region? Przede wszystkim, bardzo rzadki gdy chodzi o czekolady, do jakich mam dostęp. Zastanawiałam się, co jest powodem. Może żadne ciekawe nuty? Małe plantacje kakao czy trudna uprawa? To wydawało się mało prawdopodobne, gdy doczytałam, że wyspa Makira (wysunięta na wschód archipelagu Solomona) ma bardzo bogatą, wulkaniczną glebę. Uprawa powinna być więc łatwa, a nuty... w moim guście? Zazwyczaj bowiem smakują mi czekolady z kakao z wulkanicznych terenów. Tę czekoladę zrobiono dokładnie z wyspy Makira - to ponoć odległa, ostatnia warta uwagi wyspa we wschodnim regionie archipelagu Salomona - właśnie z bogatą wulkaniczną glebą.

Firetree Solomon Islands Makira Island 75 % Cocoa Single-Estate to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Wysp Solomona, z wyspy Makira.

Po otwarciu poczułam mocno maślany, delikatny, minimalnie palony karmel oraz subtelną owocową, acz niewątpliwie słodko-soczystą, sugestię w tle. Jakiś żółtych owoców? Były łagodzone mlecznym, znaczącym wątkiem. Chwilami owocowa słodycz wydawała się przybierać nieco pudrowy charakter. Czułam także sporo gorzkości przejawiającej się jako ziemia, dym i ognisko. Wyłapałam lekko wędzoną nutkę. One podszepnęły owocom grejpfruta, acz nie był odosobniony. Za nim chyba chowały się żółte, delikatne rodzynki Golden. Owoce wydawały się wkomponowane w jogurt lub jakiś deser śmietankowy. W wariancie brzoskwiniowym?

Tabliczka o kremowym wyglądzie była średnio twarda, ale masywna bez wątpienia. Podczas łamania miło trzaskała średnio głośno w nieco kruchy sposób.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, raczej szybciej niż wolniej, łatwo. Była kremowo tłusta i idealnie gładka. Wydała mi się zwięzła i gibka, bardzo plastyczna. Z czasem tłustość trochę zelżała, pojawiła się minimalna soczystość. Kojarzyło mi się to z jakimś mlecznym koktajlem z tłustego mleka i zmiksowanych owoców, znikającym z ust rzadko i łatwo.

W smaku pierwsze polało się dosłownie mleczne tsunami. Wtórował mu jakby lekki, słodki kwasek. Mleczność wydała mi się aż szokująco jednoznaczna i niemal dominująca.

Słodki kwasek czy raczej kwaseczuszek należał do słodkiego, delikatnego jogurtu brzoskwiniowego. Takiego, który zbyt wiele owoców nie zawiera i ogólnie jest raczej mało charakterny, bardzo lekki. Wydał mi się niemal mleczny. Może to w ogóle jakieś mleko owocowe? 

Do mleczności i słodyczy z opóźnieniem dołączyła gorzkość. Miała nieco dymny charakter. Poczułam też trochę ziemi i ledwo uchwytne, niejednoznaczne orzechy. Stały niemal pod znakiem zapytania, lecz na szczęście ziemia zaczęła budować obraz czarnej, suchej i kamienistej scenerii.

Mimo wszystko kompozycja była jednak bardzo łagodna. Mleczność zmieniła się w mleczno-maślany karmel, za sprawą którego bardzo wzrosła słodycz. Całość wydała mi się znacząco maślana. W tę właśnie maślaność wpisywała się słodycz. Niby lekko palona, a więc karmelowa, ale chwilami tak "urocza", że na myśl przychodziło mi toffi. I to wybijające się ponad wszystko inne, zasładzające.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ta pewna suchość, palenie i słodycz zasugerowały żółte rodzynki Golden. Na moment wymknęły się na przód. Kontynuowały soczysty kwasek, ale i odrobinę goryczki zawarły. To, wraz z żółtymi owocami z opisywanych już jogurtów, mlek zaobfitowało w nieśmiałego grejpfruta. Owocowa kompania nabrała więc nieco charakteru, ale też nie jakoś bardzo. Goryczka rodzynek i grejpfruta połączyły się. Słodyczy jednak nie przełamały. Ta chwilami wydawała się trochę pudrowa.

Gorzkość ogólna nieco wzrosła, acz nie ingerowała w maślano-mleczną i słodką strefę. Płynęła leniwie jako coraz więcej dymu, leciuteńka sugestia wędzenia i czarna, kamienista ziemia. Pomyślałam o miejscu na ognisko, otoczonym kamieniami. Było to suche, z pewnym ciepłem i wspomnieniem palenia. Obok jednak tej suchości, wędzony akcent miał w sobie coś soczystego. Do głowy przyszedł mi wędzony twaróg, a potem dziwne rodzynki bardziej wędzone niż suszone - to jednak luźne i bardzo ulotne skojarzenia.

Mleko i maślaność rządziły kompozycją. Z czasem pomyślałam o jakimś karmelowym deserze na bazie śmietanki z owocami, który zaplątał się wśród owocowych jogurtów. Tu znów prowadził wariant brzoskwiniowy. Za lekką, brzoskwiniową nutą wyłapałam bardzo słodki przecier z jabłek. Odrobinka kwaskawego grejpfruta i rodzynek podkręcała te akcenty i kibicowała śmietankowo-jogurtowym, zagłuszającym te łagodniej mleczne. Owoce pod koniec wydawały się jednak jakieś zgaszone, mimo lekkiego kwasku. Trochę pudrowe? 

Po zjedzeniu został posmak lekkiego cytrusa oraz jego delikatna goryczka. W oddali snuł się grejpfrut, odrobina dymu... Całość była nieco palona, acz raczej delikatnie, gdy chodzi o stopień palenia. Ten łagodził niemal mleczny, maślany karmel. Taki już nieco drapiący.

Całość była w porządku, ale nie chwyciła mnie. Ta mleczno-maślana łagodność, odrobinka nieśmiałych owoców i sporo karmelu, niemal toffi choć nie wyszły strasznie słodko, nie miały charakteru. Kwasek znikomy, odrobina brzoskwiń, grejpfruta i rodzynek Golden leniwie się snuły. Gorzkość ziemi i dymu też była, ale miała raczej ulotny charakter. 


ocena: 7/10
cena: 20 zł (za 25 g; cena półkowa; ja dostałam zniżkę)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, nierafinowany cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 13 marca 2022

Firetree Vanuatu Malekula Island 72 % Cocoa Single-Estate ciemna z Vanuatu, z Malekuli

Pierwsza z dwóch posiadanych Firetree (Papua New Guinea Karkar Island 72 %) okazała się rozczarowaniem. O drugiej wprawdzie upadło mi się nie myśleć specjalnie negatywnie, ale nie robiłam sobie nadziei na coś diametralnie pyszniejszego. Założyłam, że może być smaczniejsza, ale nie musi. Jeśli więc takie coś miało mi się w szafce przewalać (tylko tak piszę, bo prawda jest taka, że czekolady leżą elegancko poukładane), wolałam się za nią w miarę prędko zabrać. Podczas dodawania do koszyka różności, na tej konkretnej bardzo mi zależało, bo malutkie państwo Vanuatu wydawało się bardzo tajemnicze. Niewiele, ale za to jakich dziwnych rzeczy, o nim czytałam. Z łagodniejszych, a ciekawych, to że słynie z rysowania na piasku, a kontrowersyjnych? Stamtąd wywodzi się skakanie na bungee, co początkowo wcale nie było wesołą zabawą, a rytuałem dla wojowników; samo zaś słowo nawiązuje do śmierci. Pomysł na skakanie z klifu z lianą uwiązaną do stopy wiąże się z opowieścią, jak to zaradna niewiasta, uciekając od faceta, którego nie chciała, przechytrzyła go. Skoczyła, on za nią... tylko, że ją ocaliła liana właśnie. Wywarło to spory wpływ na stosunek wojowników do kobiet (zazdrościli im) w tamtejszej kulturze. Vanuatu kusiło o tyle bardziej, że leży w regionie świata, z którego czekolad jadłam niewiele, a które i tak dopisały mi w głowie do niego, że "to coś dobrego".

Firetree Vanuatu Malekula Island 72 % Cocoa Single-Estate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z państwa Vanuatu, z wyspy Malekula.

Już otwieraniu towarzyszył intensywny zapach drzew, podrasowanych w poważnym klimacie popiołem i nasączanych przez ocean soków soczystych wiśni, cytryn i kwaśnych śliwek. Te ostatnie były twardymi, jasnymi owocami, co z kolei z "jasności" i nieśmiałych promieni porannego letniego słońca (w których śliwka dopiero dojrzewa), wydobyło karmel, a raczej jego domniemanie. Podobnie było z orzechowo-migdałową nutą. Zwłaszcza w trakcie jedzenia nasiliła się raczej owocowa część, jakby śliwki już dojrzały, dołączyły do nich winogrona. Oczami wyobraźni patrzyłam też na miskę pełną dojrzałych, acz różnych wiśni: i tych miękko-słodkich, i bardziej kwaskawych, choć też już dojrzałych.

Tabliczka na dotyk sugerowała, że będzie kremowa, ale jej "ciemność" była nie do podważenia. Cechowała ją twardość, a trzaski wydawała ładne, choć nie bardzo głośne.
Przekrój też zapewniał o kremowości.
Rozpływała się rzeczywiście bardzo kremowo, w umiarkowanym tempie. Z jej tłustej i idealnie gładkiej kremowości po pewnym czasie zaczynały wypływać soki jakby... była gęstym, mazistym kremem zrobionym m.in. ze zmiksowanych owoców. Jakby tak... był wkomponowany w ciasto z kremami (kilkoma warstwami? na bazie masła?). Pod koniec znikała jak sok (nie tak rzadko jak woda).

Smakowy występ rozpoczęła słodycz prosta, ale nasączona owocami, jak to tylko możliwe. Uderzyła pomarańcza, by następnie błyskawicznie zmienić się w słodziutką mandarynkę. Po mandarynce słodycz rozdzieliła się na dwa: owocowa rosła i rozwijała się, a ta zwyklejsza... nieco się skarmelizowała i czmychnęła na bok. Słodycz po chwili wydała mi się... przesycona kwaskiem cytrusów i owoców średnio dojrzałych.

W tym czasie, na boku karmel podjudził lekką goryczkę. Ta zmieniła się jedynie w subtelną gorzkawość. W oddali mignął mi popiół... Razem kryły się wśród drzew lekko rozgrzanych słońcem... i nie tylko. Drzewa mieszały się z ciepłymi nutami podprażonych migdałów. Te przytuliły się zaś do owoców, podreślając tam pewną powagę, goryczkę. Bardzo wyraźny był duet migdał&pomarańcza, po czym nuty znów zaczęły łagodnieć. Tabliczka miała wydźwięk rześkiego, letniego poranka.

Owoce reprezentowały słodycz bardzo wysoką, aż za wysoką. Słodziutkie mandarynki mieszały się z zielonymi winogronami i wielkimi, jasnymi, żółtymi śliwkami. Te były soczyste i słodkie, acz... z domniemaniem kwasku i... w końcu kwaskiem. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam kwaśność cytryny. Soczystość ruszyła z impetem. Śliwki zaprosiły wiśnie. Wiśnie dojrzałe i słodko-kwaskawe, soczyste wyszły na przód.

Słodko-kwaśne, cierpkie wiśnie i cytrusy mieszały się, aż skorzystały na tym śliwki, znów łagodząc owoce. W pewnej chwili wydały mi się pudrowe, wciągając w to także wiśnie. Pomyślałam o pudrowych, aż cukierkowych tudzież koktajlowych. Przy jasnych śliwkach pojawiło się jeszcze więcej jasnych, zielonych winogron. Te zaś wydały mi się lekko cukrowo-alkoholowe... A jednak też wciąż słodkie, dojrzałe i wprowadzające lekką smakową wodnistość. Szła w parze z wysoką słodyczą (trochę jak owocowocukrowa woda?). Ta wydała mi się przesadzona, a przynajmniej o kiepskim wydźwięku.

Przesadzona, bo i ledwie gorzkawy motyw migdałowo-drzewny jeszcze złagodniał i przerobił się na słodkie, migdałowo-śmietankowe lody. Podłapały rześkość kompozycji, mimo nutki prażenia. Z czasem właśnie delikatne, migdałowe lody dominowały, choć przez słodycz owoców kryło się w nich smakowe rozwodnienie.

W tle przy prażeniu snuło się trochę popiołu, znikoma goryczka, może nawet migdałowa, jednak wraz z ogólnym łagodnieniem została zapomniana.

Migdałowo-śmietankowy splot po tym, jak wydał mi się zaskakująco mleczny nieco przemieszał się z owocami, sugerując torty z wieloma kremami. Zrobiło się aż maślanie, mimo soczystości. Słodycz iście tortowa, leciuteńko karmelowa i cukierniczo-owocowa przy tym łagodnym wydźwięku męczyła. Jakby tak polać to-to sosem wiśniowym, udekorować koktajlową wiśnią. 

W posmaku została ciastowo-lodowa (deserowa w tym sensie?) łagodna maślaność, a także owoce bardzo, bardzo słodkie i aż przez to mdławe - wielkie, jasne śliwki, winogrona; skropione odrobiną soku pomarańczowego i cytrynowego. Wszystko wprawdzie wydawało się nasączone cytrynką, ale dosłownie odrobinę. I może... oprószone popiołem?

Całość była smaczna, struktura adekwatna do smaku, jednak wydała mi się zbyt łagodna. Słodycz... może nie tyle, że bardzo za wysoka - po prostu na zasadzie kontrastu przy kwasku i z racji wydźwięku przeszkadzała mi. Brakowało gorzkości. Nuta migdałów i drzew była delikatniusia. Słodkie mandarynki, śliwki i winogrona szalały za to w najlepsze. Na szczęście jednak była też soczystość wiśni i cytryn. Ciekawie wyłonił się duet "migdał&pomarańcza", potem lody migdałowe, ale czegoś mi brakowało do pełni zachwytu. Niby wszystko spoko, ale czegoś brak, coś przeszkadzającego się zaplątało i... Tak jakoś.

Podobnie dziwnie odosobniona była słodycz Firetree Papua New Guinea Karkar Island 72 %. Nuty i wydźwięk miały wprawdzie zupełnie inne, choć charakter "cukierniczy" sprawił, że czuć, że to ten sam twórca. Dzisiaj opisywanej ocenę  trochę podwyższyłam, bo za nic nie mogę im wystawić tego samego.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 65g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier nierafinowany, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa 

środa, 9 lutego 2022

Firetree Papua New Guinea Karkar Island 72 % Cocoa Single-Estate ciemna z Papui Nowej Gwinei

Papua Nowa Gwinea wydaje się rzadko spotykanym regionem, jeśli o czekolady chodzi, a w dodatku jak dla mnie jest mało charakterystyczna. Pyszna, ale bez jakiś wyrazistych konkretów do przytoczenia na hasło "Papua". Z tym, że właśnie przez to, jak mało stamtąd jadłam, region ciekawił: czy to ja trafiłam na takie pyszne? A może kakao stamtąd już takie jest? Pyszne i... co dalej? Jakie powiązania wyłapię, gdy przejem więcej? No właśnie. Stąd bardzo się ucieszyłam na fakt, że jak już udało mi się zakupić tabliczki od Firetree, była wśród nich właśnie dzisiaj prezentowana. I od niej postanowiłam zacząć poznawanie marki, którą to... wzięłam sobie na celownik w internecie już jakiś czas temu. Zaintrygowały mnie ich czekolady, a kiedy weszłam na stronę (firetreechocolate.com), przepadłam ze względu na przewijający się w tle dym. Ta brytyjska marka (założona w 2017 roku) wzięła sobie na sztandary ogień i dym, robiąc czekolady z Pacyficznego Pierścienia Ognia, a więc z wulkanicznych wysp, gdzie gleba zapewnia niezwykłe nuty kakao (niektóre rosną w końcu na wulkanach – muszą mieć niezły charakterek!). Nazwa wzięła się od skojarzenia: kakaowce z ich żółtymi, czerwonymi i pomarańczowymi kabosami z oddali wyglądają jak drzewa w płomieniach. 
Ciekawe, że założyciele (Martyn O’Dare i David Zulman) w czekoladowym biznesie siedzą właściwie od dziecka (pochodzą z rodzin, które zajmowały się czekoladą). 
A gry chodzi o Pierścień Ognia... jest tam aż 452 wulkanów! Lokalni farmerzy, z którymi Firetree współpracuje, mają więc często trudne warunki pracy. Co ciekawe, marka płaci im więcej niż się przyjęło na rynku, by zapewnić jak najlepsze warunki, a tym samym: by jakość kakao była możliwie najwyższa. Dwie pieczenie (lub raczej dwa ziarna kakao) na jednym ogniu, hue hue. 

Firetree Papua New Guinea Karkar Island 72 % Cocoa Single-Estate to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao z Papui Nowej Gwinei z wyspy Karkar.

Po otwarciu poczułam zapach palono-prażono-wędzony, ale jakby czegoś co... tak przyrządzono, a potem zostało zawilgocone - oblane wodą? Np. zawilgocony węgiel, mokre drewno z ogniska etc. Obok roztaczał się wyraźny kwasek dzikiej róży (owoców) i ciemnego agrestu, które też nieco słodyczy w sobie kryły. Chwilami wydały mi się aż lekko cukierkowe - jak czekoladki z nadzieniami-konfiturami lub nawet jakaś "nierealistyczna wersja naturalnych landrynek"? To też same kwiaty dzikiej róży, a także inne porastające dość surowe, dzikie krzewy. Krzewów czułam znacznie więcej - jak takie porastające z obu stron leśną ścieżkę prowadzącą przez tereny leśno-górskie. Ścieżka ta miała w sobie coś wilgotnego, drzewnego.... Odnotowałam lekką nutę "niby grzybową" charakterystyczną dla różnych mousse'ów kakaowych / czekoladowych, a w końcu i właśnie sam czekoladowy krem z orzechami / orzeszkami. Mocną, chwilami aż przewodnią nutą były orzechy: dominujące ziemne i z dochodzącymi do nich włoskimi. Pierwsze kontynuowały prażenie, drugie podkreślały goryczkę. Całość jednak zwłaszcza w trakcie degustacji wydała mi się znacząco słodka - owocowo-kwiatowo i w sposób nie do końca sprecyzowany, czysto-słodki?

W dotyku niezbyt ciemną tabliczkę odebrałam jako "prawdopodobnie bardzo kremową". 
Przy łamaniu wydawała trzaski cienkich gałązek - nie była zbyt twarda. W przekroju wyglądała na dziwnie ściśniętą i zwartą, acz niewątpliwie kremową. Przy odgryzaniu kawałka podpowiadała, że chętnie zmięknie.
W ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie i właśnie bardzo, bardzo kremowo. Odznaczała się idealną, gładką kremowością, chwilami bardziej aksamitną, chwilami aż śliskawą (jak galaretka?). Wyszła średnio tłusto, mało gęsto jak... bardzo napowietrzone, biszkoptowo-puszyste ciasto przełożone galaretką. Właśnie z galaretki - tylko takiej chyba nierealnie soczystej - w sobie coś miała. Pod koniec znikała jak cukrowo-zagęszczony sok.

W smaku od pierwszych sekund dominowała słodycz. Najpierw aż trudna do zdefiniowana, po chwili "karmelowa ze znakiem zapytania". Niby był to karmel, ale... bardziej karmelkowy albo jak z czekoladek karmelowych. Z nutką mocnego alkoholu? Nie sam. Z czasem doszła do niego leciutka soczystość, a że poczucie słodyczy rosło, pomyślałam o bardzo, bardzo karmelowych daktylach - jakiejś pospolitszej, drobniejszej i jaśniejszej odmianie. Takiej, która wydaje się czysto słodka.

Po chwili słodycz otarła się wręcz o pewną cukierkowość, landrynkowość, lecz nagle naskoczyła na smak zielonych winogron. Poczułam... sok z nich, a po chwili pewną nalewkowość, zawłaszczającą je sobie... Czułam rozgrzewanie gardła (w dużej mierze od poziomu odosobnionej słodyczy), co przełożyło się na myśl o winogronowym białym winie albo... winogronowej brandy. Lub nawet mocnej grappie. Wyszło to bardzo rozgrzewająco, aż ostrawo.

I słodycz także rozłożyła przede mną kwiaty - róże? Pojawiła się nieśmiała roślinność, krzewy, pnące się winorośle i wreszcie same owoce. Bardzo, bardzo słodkie, ale już z zapowiedzią drobnego kwasku. Pomyślałam o czerwonym, słodkim i dojrzałym do miękkości agreście, a potem wyraźniej o winogronach. Przecinały sobie drogę słodyczą, do której z czasem dodawały leciutki kwasek. Winogrona były to fioletowe, różowe... może wciąż trochę zielonych? Wyobraziłam sobie nasączony cukrowym alkoholem owocowy tort z cukrowo słodkim kremem oraz warstwą z zielonej galaretki z wtopionymi winogronami (wyobrażenie; nigdy nie jadłam, ale tak musi smakować to, co wyświetla się po wpisaniu "krem winogronowy do ciasta" w google)

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwiatowo-krzewiasta nuta zaobfitowała w orzechy. Pomyślałam o ścieżce wśród drzew - jakby tak iść leśną, jeszcze spokojną częścią szlaku w góry i chrupać orzechy? Nie było tu ani trochę gorzkości, ale motyw prażenia owszem. Pojawiły się prażono-palone, naturalnie słodkawe fistaszki, dobrze odnajdując się w wilgotnym, ziemiście-krzewiastym otoczeniu. Orzeszki ziemne z czasem zaczęły wchodzić w ziemistość jak... czekoladowo-truflowe, orzeszkowe czekoladko-cukierki? Wyraźnie poczułam grzybowo-ziemisty motyw rodem z kakaowych / czekoladowych mousse'ów.

Z czasem pojawiło się więcej naturalnie słodkawych orzechów: pistacji, a także delikatnych włoskich. Te niby wplotły lekką goryczkę, ale w sumie... też wyszły słodkawo. Dominowały pistacje. Przy nich pomyślałam o dymie... słodkim, bo jakimś kadzidlanym - też mieszającym goryczkę i słodycz. Odrobinę drapał w gardle, ciągnął alkoholowe ciepło.

Owocowa strefa zaś zdecydowała się na różaną nutę jakiś... różanych cukierków? Soczystych, ale i cukierkowo słodkich w aż irytującym sensie. Wyobraziłam sobie cukrowe galaretki z orzechami, trochę soczyste "turkish delight" (dokładnie tak wyobrażam sobie ich smak, bo nigdy nie jadłam). To było jak przecukrzona, lepka od cukru konfitura, galaretka z landrynek... Dziwne wyobrażenie o galaretkach z migdałami trwało dość długo, choć schodziło na dalszy plan. Galaretkowo-tortowe nuty, a więc galaretka mieszająca się też z kremem przełożyła się na luźne skojarzenie z miękkim, białym turronem z orzechami... Wciąż z landrynkowym akcentem?
Owocowe nuty zrobiły się bardzo landrynkowe. Początkowo wciąż czerwone, więc może i agrestowo-winogronowe, ale już nie tylko. Czułam jakieś czerwone ale też ugalaretkowiono-użelkowione.... Granaty? Tylko że nie były to do końca "cukierki dla dzieci". Aluzje do alkoholowych, nalewkowo-brandy'owatych nut w tle tliły się niepewnie.

Winogrona zrobiły się nutą bardziej abstrakcyjną, równie dobrze mogły być zielone albo takie jak np. są dżemy "słodzone sokiem z winogron". Były to więc "winogrona słodzące" i tyle. Albo nie "i tyle", bo coraz mocniej grzejące w gardle. Cukierkowo-owocowy splot zaserwował mi za to trochę cytrusów. Bliżej nieokreślonych... może cytryn i limonek? W wydaniu galaretkowo-landrynkowym, kwaskawo-goryczkowatym, trochę alkoholowym, ale przede wszystkim cukrowym. 
 
Cukrowość pod koniec znów zahaczyła o cukierkowo-cukierniczy karmel, jednak że i orzechów sporo czułam, było dość soczyście... wyobraziłam sobie baklavy - może z zasładzająco-cukrowymi daktylami? Takimi też aż cukierkowymi? Do głowy przyszły mi lepkie, cukrowe słodkości tureckie (wyobrażenie o nich; taki był wydźwięk). Wszystkie nasączone w mocnym, pikantnie-rozgrzewającym alkoholu (brandy / grappa).

Po zjedzeniu został mocno cukierkowy posmak owocków winogronowo-czerwonych, nieco cytrusowych i karmelkowo-cukierkowy, który nie był ani trochę "dziecięcy". Nawet akcent ziemi czy orzechów wszedł w cukierkową strefę. Co więcej, czułam ciepłe rozgrzanie w gardle jak po owocowej, cukrowej nalewko-brandy albo grappie (tej samej w sobie nie piłam; znam tylko z Zotterów).

Ta tabliczka była jak pudełko cukrowych czekoladek w wielu wariantach: od owocowych (winogrona, róże, agrest), przez landrynkowo-galaretkowato owocowe (róże, czerwone, cytrusy), czekoladowe po cukrowo-orzechowe (głównie fistaszki, ale też włoskie i pistacje). Wszystkie nieprzyzwoicie cukrowe i alkoholowe. Konfiturki i soczystość uległy jakby roztworowi cukrowemu. Ułożyło się to jednak w dość interesujący wydźwięk "tureckich słodyczy". Szkoda tylko, że nie poszła za tym smakowitość. Nutę wilgotnej, leśnej ścieżki i pewną ziemistość wolałabym o wiele lepiej poczuć. Zawilgocono-palone nuty też mnie zaintrygowały, ale były niemal nieuchwytne przez słodycz.

Dużo orzechów i konfiturę różaną czułam również w Morinie Papouasie Nouvelle Guinee Sido 70%, jednak on był o wiele bardziej orzechowo-drzewny, owocowo-dżemowy, śliwkowy i... czekoladowy, nie zaś cukierkowy. Zotter Labooko Papua New Guinea 75% to też dżemy i nalewki, kwiaty, drzewa, ale o wiele więcej ziemi i cytrusów.
Firetree może i miała najwięcej poszczególnych nutek, ale wszystkie miały jeden, irytująco słodki aspekt, który całość uczynił na dłuższą metę nudną. Nic bowiem nie rozwinęło się w niej tak głęboko, ambitnie czekoladowo, jak bym sobie życzyła. I zupełnie nie przemówiła do mnie jej niegęsta konsystencja.
A jednocześnie to wciąż dobra i smaczna czekolada. Tylko że... też rozczarowanie, bo zupełnie inaczej, jako o wiele charakterniejszą ją sobie wyobrażam. A na marginesie: obstawiam, że to rozgrzewanie może wynikać z wulkaniczności... i też ocenę chyba nieco podciągam za obrazowość i ciekawy (niecodzienny, ale niestety niezbyt w moim typie) wydźwięk.


ocena: 7/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £6.95 (za 65g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier nierafinowany, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa