Jakiś bardzo długi czas temu, szukając szlaków w Valdez na Alasce, natknęłam się na jeden, rzekomo dość niebezpieczny, na którym nie ma wyznaczonej konkretnej ścieżki, a idzie się trochę na dziko po kamienistym terenie, a w dole tylko lodowiec i rzeka. Normalnego człowieka chyba by to odstraszyło... Ja jednak wyszłam z założenia, że skoro ktoś przeżył, by to napisać, wcale tak ciężko być nie może, prawda? Haha, żartuje w tym momencie, ale tak, czy inaczej zdecydowałam się na wyprawę w celu zbadania tego miejsca. I wiecie co? Było warto!
Najpierw w jednym miejscu się trochę wystraszyłam, bo wydawało mi się, ze słyszałam niedźwiedzia, więc poszłam inną drogą "na dziko", a po drodze poznałam bardzo ciekawą parę, która mieszka w Kalifornii i ma własną plantację kawy, więc od razu znaleźliśmy wiele wspólnych tematów, dalej poszliśmy razem, a i tę czekoladę razem zjedliśmy. Co się okazało? Fabryka tej firmy jest blisko ich domu!
Jakiej firmy? O jaką czekoladę chodzi?
Ghirardelli Intense Dark Sea Salt Dark Chocolate with Sea Salt & Roasted Almonds, czyli ciemna czekolada z solą morską i prażonymi migdałami.
Usiedliśmy sobie na kamieniu, a ja wyjęłam z plecaka tabliczkę, na szczęście bez żadnych uszkodzeń. Otworzyłam i połamałam, przy czym już można było wyczuć lekko gorzkawy zapach kakao.
Kawałek robił to bardzo niechętnie, jakby jak najdłużej chciał skrywać kawałki, które jednak zaraz także poczułam.
Migdały, bardzo często obecne, jakoś się w to wpasowały i urozmaicały powolne znikanie kostki. Przy nich można było także wyłapać słoną nutkę. Jak już mówiłam, to słodycz tu przoduje, przez co niestety żadnej szczególnie bogatej głębi się tu nie doszukałam.
Wzięłam pierwszą wielką kostkę i ugryzłam. Słodki, z gorzkimi, lecz tępymi niczym grot starej strzały, nutami, smak rozlał się w mych ustach.
Czekolada się po nich jednak nie rozlała, bo jej rozpuszczanie się było jakby ociężałe, powolne, chociaż wcale nie suche, a odrobinę wilgotne.
Kawałek robił to bardzo niechętnie, jakby jak najdłużej chciał skrywać kawałki, które jednak zaraz także poczułam.
Przy nich smak zmieniał się, niczym kierunek rzeki, którą trafia na skałę. Czułam ten sam smak, ale zmierzający w stronę teraz także odrobinę prażoną. Smak migdałów był wyrazisty i dzięki temu, że kawałki były dość duże, a i całkiem sporo ich dodano, wybijał się ponad czekoladę. Kawałki miały dość delikatną, chrupiąca konsystencję.
Przy niektórych z nich, czekolada odsłaniała także sól. Kilka razy słony smak przebił nawet wszystko inne. Migdały jednak sprowadzały go we właściwy szereg, który był niestety daleko za słodyczą.
Właśnie, to słodycz wydaje się tutaj smakiem przewodnim. To z nią migdały tworzą nierozłączny duet. Gorzkość cały czas jakby stara się wejść pomiędzy nie.
Migdały, bardzo często obecne, jakoś się w to wpasowały i urozmaicały powolne znikanie kostki. Przy nich można było także wyłapać słoną nutkę. Jak już mówiłam, to słodycz tu przoduje, przez co niestety żadnej szczególnie bogatej głębi się tu nie doszukałam.
Brakowało mi w tym wszystkim soli, ponieważ, mimo że pojawiała się co jakiś czas, była zbyt osłabiona przez cukier i trzymała się niepewnie, jak ktoś próbujący ustać na szczycie góry, kiedy trzęsą mu się nogi. Ja tu potrzebowałam zdecydowanego dodatku. Szczypta soli co prawda dobrze wyostrzyła gorzkość i migdały, ale cóż... ta szczypta mogła być po prostu większa! Lindt łaskawie sypnął Polakom więcej soli, ale tam i tak było za słodko, a tutaj słodycz częściowo neutralizowały migdały.
Przyznam uczciwie, że czekolada smakowała mi. Do ideału zabrakło jej może całkiem sporo, ale i tak wiążę z nią przyjemne wspomnienia.
ocena: 8/10
kupiłam: Fred Meyer
cena: 2.99 $
kaloryczność: 500 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie wykluczam, jeśli miałabym okazję
czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, wanilia), migdały, sól morska
czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, wanilia), migdały, sól morska
















