Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: beza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: beza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2020

Lindt Creation Macaron Vanille / Vanilla Macaron mleczna z nadzieniem waniliowym i mlecznym kremem z bezą, migdałami i ciastkami

Mleczne nadziewane Lindty jakie jadłam ostatnimi czasy mocno mnie zawiodły. Niektóre trochę z mojej winy. Makaronikowe smaki były bowiem... makaronikowe, wow. A to już mój problem, że nie cierpię makaroników. Tę kupiłyśmy z Mamą wychodząc z założenia, że pewnie to, czego nie zjem, trafi do niej. Tak jednak sobie myślałam po niesmacznych Macarons Pistazie i Macarons Zitrone, że one w sumie to trochę inna linia niż płaskie Creation, a tak się składało że z tej linii Les Macarons Fraise mimo że nie w moim typie, smakowała mi. Inna sprawa, że zrobiłam się sceptyczna do mlecznych smaków z tej linii (po mdłej i przesłodzonej Creation Schwarzwalder-Kirsch). Na domiar złego byłam parę dni po paskudnych czekoladach Roshen Nougat z pudrowo-gumiastymi nadzieniami, które okazały się tworami skrajnie nie dla mnie i bałam się, że ta może okazać się podobna.

Lindt Creation Macaron Vanille / Vanilla Macaron to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z nadzieniem waniliowym (typu "ganache") i mlecznym kremem z kawałkami migdałów, ciastek i bezy.

Już w trakcie rozrywania sreberka uderzył intensywny zapach przesłodzonego, naturalnego mleka. Zaprawiony był wanilią, która niezwykle nasiliła się przy łamaniu. Wtedy okazało się, iż to mieszanka wanilii i sztucznawo-waniliowatej nuty. Miałam wrażenie, że w mleczności pobrzmiewa mleko w proszku, a to z kolei uwypukliło pudrowy charakter i przywiodło na myśl budyń.

Konkretna tablica przy łamaniu lekko pykała z racji tego, jak gruba była warstwa czekolady.
Obu nadzień też było sporo, proporcje mniej więcej równe, acz wierzchnie umiejscowiono tak raczej na środku, dolne zaś rozchodziło się na brzegi.
Na górze znajdował się rzadszy, trochę ciągnąco-lepiący, rzadki żel z drobinkami wanilii.
Dół to mleczny krem: zwarto-tłusty i z dużą ilością różnej wielkości kawałków.
W ustach czekolada rozpływała się na zalepiająco-gęstą masę, i leniwie odsłaniając nadzienia. W swej tłustej kremowości była spójne z wnętrzem. Ono rozpuszczało się mniej więcej równocześnie, z czego żel wyciskał się szybciej, ale potem gdzieś tam w całym tym czekoladowym bagienku zalegał i rozpuszczał się wraz z resztą. Żel próbował udawać gładkość, ale daleko mu do niej. Śliski, owszem, jak najbardziej, ale czułam w nim proszek. Przy niektórych kęsach wydawało mi się, że kryła się w nim odrobina trzeszczących, zmielonych migdałów, acz możliwe, że przylepiały się od drugiego nadzienia.
Krem na dole był niczym zagęszczone mleko, tłusto-śmietankowy. Rozpuszczał się szybko, choć nie znikał natychmiastowo przez dodatki, które skrywał. Zespoił rzadki żel i gęstą czekoladę.
Dodatki obniżyły tłustość, ale zwracały uwagę na proszkowość. Ciastka bowiem były takie mączno-pszeniczne, twardo-chrupiące. Pod tym względem to wyśrodkowanie między miękko-trzeszczącymi, minimalnie chrupiącymi, ale chyba świeżymi migdałami (których było tak mało, że w sumie trudno coś o nich powiedzieć), a bezą. Jej drobinki rozpuszczały się bardzo powoli na dziwny cukrowy pyłek. Nim też stawały się, przy chrupaniu ich.
Całość była strasznie zalepiająco-miękka, rzadko-tłusta w mleczny sposób i kremowo-proszkowa. Niespotykanie harmonijna. Niestety jednak to męcząca harmonia.

W ustach najpierw rozszedł się intensywny smak błogo mlecznej i za słodkiej, ale smakowitej czekolady. Słodycz rosła do przesady dość szybko, ponieważ podbijały ją bardziej waniliowo-waniliowate nuty, ujawniające posmak mleka w proszku.

Mleko w proszku zagrzmiało, gdy odsłaniały się nadzienia. Mieszały się ze sobą, więc całość można określić jako przesłodzono-mleczną na różne sposoby, a jednocześnie bez wyrazu. Uważniejszy konsument jednak nawet przegryzając się przez całość wychwyci różnice, tym bardziej, że żel dominował w pierwszej połowie, a potem szala trochę się przechylała.

Żel to zabójcza fuzja okropnego mleka w proszku i sztucznej słodyczy. Była dziwnie mdła i irytująca. Znalazła w niej miejsce sztuczna wanilina, ale ogólnie to bardziej... "waniliowate" mleko w proszku. Chwilami widziało mi się jako "waniliowaty" budyń (na sucho?!).

Nadzienie mleczne (dolne) podkręcało wyrazistszą słodycz i mleczność właśnie. Wydawało się zrobione ze skondensowanego, zacukrzonego mleka z tubki. Echo mleka w proszku wciąż pobrzmiewało, ale ten skondensowany smak w drugiej połowie zaczął dominować i trochę podratował sytuację.

Gdy językiem zaczęłam trafiać na dodatki, a także wtedy, gdy gryzłam je "obok czekolady" lub na koniec, odebrałam je jako nijakie. Coś tam czuć, ale nie przebiły ogólnego zawanilinowacenia (przesłodzenia) i mleka.

Migdałowy posmak mieszał się z pszeniczną goryczką mocno wypieczonych (przypalonych) ciastek, które jednocześnie były bez wyrazu, mało ciastkowe i... słodkie.
Bezy z kolei, mimo że było ich najmniej, nie miały oporów. Każda z nich to kopniak cukru.

Końcówka była więc "streszczeniem dodatków" zatopionych w zacukrzonej mleczności. Nawet czekolada zeszła na daleki plan.

Po wszystkim pozostał nieprzyjemny posmak mleka w proszku i waniliny, a do tego straszliwe przesłodzenie. Wanilia i zwykłe mleko jakoś uległy tym nieprzyjemnym smakom, dodatki odeszły w niepamięć, a mleczna czekolada... wpisała się w kiepskość.

Lindt pojechał po składnikach. Czuć, że postarał się, by wybrać jak najtaniej. Mleko w proszku, wanilina, proszkowe budynie, cukier - brawo po prostu. Daleko temu do smacznej (i w sumie podobnej, tylko że lepszej) Creation Caramel Vanille mit Mandelstuckchen. Poskąpił wanilii. Czy nie mógł zrobić np. nadzienia ze skondensowanego mleka słodzonego wanilią albo / i warstwy budyniowej? Budyń sam w sobie mógłby być fajnym smakiem, ale ten był sztucznie-prochowy. Sztuczny żel to dziwne rozwiązanie. Po co wanilina? Po co aż tyle mleka w proszku?

Skojarzyła mi się trochę z Weinrich Trufle Marc de Champagne, ale w sumie tylko pod względem przesłodzenia i mleka / śmietanki. Gdyby tak nadzienie Weinrich zestwić z lindtowską czekoladą, ocena byłaby naprawdę wysoka! Nadzienia Lindta mogłyby być smaczne... gdyby tylko poprawić ich jakość.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 12,48 zł (za 150g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, stabilizator (sorbitole), pokruszone gorzkie herbatniki (cukier, skrobia pszenna, mąka pszenna, pestki moreli, barwnik: karmel siarczynowy; białka mleka, proszek do pieczenia: węglany amonu), 1%, beza mleczna (cukier, skrobia pszenna, białka mleka) 1%, cukier inwertowany, syrop glukozowy, mleko skondensowane słodzone, migdały 0,7%, lecytyna sojowa, ekstrakt słodowy jęczmienny, sproszkowana wanilia, wanilina, naturalny aromat waniliowy, naturalny aromat

środa, 30 października 2019

Lindt Macarons Pistazie mleczna ze śmietankowym nadzieniem pistacjowo-migdałowym z kawałkami cukierniczymi i migdałami

Kupowanie paru smaków z danej serii od razu ma pewien minus: gdy okazuje się dziadowska, człowiek kończy z tabliczkami, na które nie ma ochoty. Tak właśnie było z makaronikowymi Lindtami. O ile truskawkowa Creation Les Macarons Fraise wyszła intrygująco, tak cytrynowa była kiepska. Jakoś nie pomyślałam, że duża ilość nadzienia, ujawni to, jak jest kiepskie. Mimo makaronikowości (jak ja nie cierpię takich rzeczy!), i cytryna, i dzisiaj opisywany smak wydały mi się kuszące, ale o tym rozpisałam się już przy Macarons Zitrone, a nie chcę się powtarzać. Niestety, jednak makaroniki jednak swoje zrobiły. Tu już nawet pistacje nie pomogły, czułam, że dobrze nie będzie.

Lindt Macarons Pistazie to mleczna czekolada nadziewana pistacjowo-śmietankowym kremem (30%) z kawałkami wyrobu cukierniczego (2%) i prażonych migdałów (3%); inspirowana makaronikami.
Od razu zaznaczam, że to moje własne tłumaczenie z niemieckiego. "Gebäckstücken" można tłumaczyć jako "kawałki ciasta / ciastek", ale patrząc na skład i angielskie tłumaczenie (fine pastry pieces), czuję, że mam rację.

Po otwarciu poczułam głęboką woń mleka (płynącą od bardzo słodkiej mlecznej czekolady) i wyrazistego, pistacjowego marcepanu. Zapach migdałów nasilił się przy dzieleniu i smakowicie mieszał się z mlekiem.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna; nadzienie także. Nie pożałowano żadnej z części, ale w pierwszej chwili chrupiących dodatków zbytnio nie dostrzegłam.
Dopiero w ustach wszystko się rozjaśniło. Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, w gęsty, tłusto-kremowy sposób. Odsłaniała również gęsto-tłuste nadzienie, acz szybciej rozpływające się od niej. Cechowała je lekka oleistość, ale i wciąż pewna kremowość. Byłoby gładkie, gdyby nie... mnóstwo zatopionych w nim kawałków: od drobinek po całkiem spore. Trafiłam na ledwie kilka chrupiąco-świeżych kawałeczków migdałów, a przyjemność z jedzenia odebrała mi ogromna ilość rozpuszczających się, trzeszcząco-chrupiących grudek jakby z cukru pudru. Były na swój sposób lekkie... Obstawiam, że jak beza, ale ten twór jest mi dość obcy (i nienawidzony). Paskudztwo.

Sama czekolada roztoczyła po ustach głęboki, intensywny smak mleka i silną słodycz, ale także zaskakująco wyraźną nutkę kakao (mam wrażenie, że na zasadzie kontrastu nadzienie jakoś je podkreśliło).

Krem dochodził do głosu za sprawą wzmagającej się mlecznej fali, do której dołączył akcent oleju palmowego. Zaplątał się, potem jakoś schował. Mleko i śmietanka o bardzo słodkim smaku pomogły rozejść się smakowi migdałów. Mignęła mi przy tym sztuczność. Mleczno-migdałowa mieszanka była błogo słodka, początkowo wręcz dziecięca, ale po chwili pojawiła się nutka lekko marcepanowa. Zaraz za nią chowały się pistacje. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zaskakująco wyraźnie wyczuwalne, na jakiś czas zrównały się z migdałami. Nadzienie nie miało wprawdzie niezwykle intensywnego smaku, ale zaliczyłabym je do tych "przyjemniejszych", mimo że nakręcone aromatami. Potem jednak cały czas rosnąca słodycz bardziej zwróciła na siebie uwagę.

Przy odsłaniających się dodatkach to właśnie słodycz rosła gwałtownie. Był to przede wszystkim cukier puder, ale i po prostu cukier. Co więcej, doszukałam się też takiej "sztucznej słodyczy". Okropne chrupiące bryłki cukru dominowały, zarówno gdy się rozpuszczały, jak i kiedy próbowałam się ich jak najszybciej pozbyć, rozgryzając. Migdały plączące się w ich pobliżu, rozgryzione, oczywiście uwypukliły swój smak. Świeże i dobre, ale z racji ilości, przegrywające pod naporem cukru.

Po zastrzyku słodyczy i delikatnym, mlecznym smaku nadzienia, czekolada wydała mi się bardziej kakaowa, ale i tak pod koniec było już za słodko i tyle. Wszelkie sztucznawo-oleiste nuty też ponownie się wychyliły.

W posmaku pozostały właśnie one oraz mieszanina migdałów i mleka, ale tym, co najbardziej zwróciło moją uwagę było cukropudrowe przesłodzenie, a także tłuszcz na ustach. Gdybym nie wiedziała, miałabym wątpliwości, czy było w tym coś pistacjowego. Lekko migdałowego owszem.

Gdyby nie dodatek kawałków cukru, całość byłaby całkiem w porządku. Może nudna i nie jakoś specjalnie wyrazista, ale na pewno nie odrzucająca (a po prostu przesłodzona i tłusta). Migdałowo-mleczno-pistacjowe nadzienie, by nie być tak mdłym, potrzebuje migdałów i pistacji, a nie cukru. Co dziwne, wcale nie wyszło to tak marcepanowo (nie dość, że migdały są w składzie, to pistacjowe słodycze mają tendencje do udawania marcepanu). Przez te chrupacze, gdy tylko kawałek rozpuścił mi się w ustach do połowy, reszty chciałam się z nich pozbyć. Nie pomagało to też w zrobieniu kolejnego kęsa, bo wcale nie widziało mi się chrupać cukier.

Bez przekonania zjadłam dwie kostki, po czym oddałam Mamie. Jej smakowała, ale umiarkowanie (tak się wyraziła, acz nie wiem, skoro 8 kostek, jakie jej dałam, zniknęły w mniej niż pół godziny i to w dniu, w którym zjadła już Freihofer Gourmet Blaubeer-Cassis). To znaczy: zachwyciła ją mleczna czekolada i smakowały "te fajne chrupiące" (Mama uwielbia wszelkie bezy, makaroniki itp.), nie było jej za słodko czy za tłusto, ale doszła do wniosku, że utwierdziła się, iż niezbyt podchodzą jej nadzienia orzechowe, pistacjowe, migdałowe itp. (woli je chrupać - same lub jako dodatek). Przebąkiwała też o dziwnym wrażeniu "czy to na żołądku, czy prawie zgaga" - ma problemy z żołądkiem, to fakt, ale zawsze słyszę podobne teksty, gdy zje coś z dużą ilością oleju palmowego. Taak, nawet jej organizm go tutaj wyłapał.
Lepsza od cytrynowej tylko w kwestii, że tu nie było niczego tak cukierkowego, ale ogólnie

reprezentują raczej ten sam poziom. Oceny te same, bo tu cukier był po prostu cukrem, tam cukrem cytrynowym (a to zawsze trochę lepiej).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł
kaloryczność: 566 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku 3%, migdały, pistacje 1,5%, lecytyna sojowa, aromaty, skrobia pszenna, sól, naturalny aromat, białko mleka

sobota, 10 sierpnia 2019

Lindt Macarons Zitrone mleczna z cytrynowo-śmietankowym kremem z kawałkami cukierniczymi i migdałami

Pamiętając, jak pyszny był Lindt Creation Refreshing Lemon / Citron Frappe, a także jak ciekawy i całkiem udany (jak na taki smak) Lindt Creation Les Macarons Fraise, skusiłam się na dwa warianty limitowanej serii "makaronikowej", mimo że makaroników nienawidzę (niby jadłam raz w życiu, ale wystarczy). Z opisu jednak wynikało, że makaroniki są tylko na grafice. "Kawałki ciasta" (ciastek) z niemieckiego "Gebäckstücken" wydały mi się czymś normalnym. Dopiero gdy trafiłam w internecie na opis po angielsku, zobaczyłam, że może chodzić po prostu o wyrób cukierniczy, czyli "pastry"... To już mogło być i makaronikiem, i bezą, i wszystkim czem.
Tak wspominałam pyszną Refreshing Lemon / Citron Frappe, bo właśnie ona przesądziła, że najpierw otworzyłam tę. Co do drugiej miałam małe wątpliwości, wolałam więc nie zaprzątać sobie nią na razie głowy.

Lindt Macarons Zitrone to mleczna czekolada nadziewana cytrynowo-śmietankowym kremem (33%) z kawałkami wyrobu cukierniczego (2%) i prażonych migdałów (3%); inspirowana makaronikami.
Od razu zaznaczam, że to moje własne tłumaczenie z niemieckiego. "Gebäckstücken" można tłumaczyć jako "kawałki ciasta / ciastek", ale patrząc na skład i angielskie tłumaczenie (fine pastry pieces), czuję, że mam rację.

Po otwarciu poczułam smakowity, głęboko mleczny zapach bardzo słodkiej czekolady zestawiony z przerysowaną cytryną, zahaczającą o odrzucający cytrynowy płyn do naczyń czy coś. Było słodko, sztucznawo, ale nie bardzo chemicznie. Nie wyszło zbyt smakowicie, ale jeszcze miało szansę nadrobić smakiem.

Przy jakiejkolwiek interakcji tabliczka wydawała się dość konkretna, przy łamaniu lekko trzaskała, przy krojeniu czy robienia kęsa kostka nie uginała się, jakby krem w niej również był gęsty i konkretny.
Jego biały kolor mnie zaskoczył. Wyglądało na to, że kawałków migdałów zatopiono średnią ilość, ale przy sesji zdjęciowej odkryłam, że środek był mocno najeżony... białymi kawałkami, których jakby było więcej niż migdałów.
W ustach czekolada rozpływała się cudownie kremowo zalepiając. Była tłustawa w śmietankowo-maślany sposób i powoli odsłaniająca również kremowe nadzienie. Ono było tłustsze, i to w bardziej mleczny i zarazem margarynowy sposób. Nie przełożyło się to jednak na miękkość czy rzadkość, bowiem odebrałam je jako gładkie i zbite. To drugie poczucie nakręciły dodatki.
Migdały wyszły jako średniej wielkości kawałki miękkawe w świeży sposób, minimalnie chrupiące.
Bardziej chrupiące, a właściwie chrupiąco-skrzypiąco-trzeszczące, były te drugie kawałki. Rozpuszczały się wodniście i przypominały zbitki z drobnego cukru / cukru pudru i proszku.

W ustach czekolada przywitała mnie bardzo silną słodyczą i głębokim, wyrazistym smakiem mleka. W tle zaznaczyła się orzechowa nutka kakao, ale żaden cytrynowy posmak.

Gdy nadzienie zaczęło się wyłaniać, delikatny pudrowo-cukierkowy, słodki smak cytrynowy gdzieś tam w tle się zaplątał. Nie był nieprzyjemny. Wraz z kremem wzrosła słodycz do poziomu nieco przesadzonego. Piszę "nieco", ponieważ była wrzucona do ogromu mleka / śmietanki. Lekki smak cytryny też rósł, choć właśnie był na stałe zespojony ze słodyczą, kwasek wydał mi się znikomy. Wyszło to więc całkiem nieźle. Śmietankowość cudnie rozeszła się po ustach, ale mniej więcej w połowie zaleciało mi olejem palmowym, cytryna zrobiła się "aromatowa", a wciąż rosnąca słodycz weszła w cukrową sferę. Sam krem w końcu upuścił wątły kwasek cytryny. Wydała mi się splątana ze śmietanką, co wyszło minimalnie rześko-kwaskowato, jednak było już za późno na smakowitość.

Cukierkowo-pudrowy wydźwięk wyszedł na pierwszy plan. Językiem zaczęłam trafiać na kawałki dodatków, przy czym poczułam, jak cytrynowy smak kremu miesza się z pudrowością chrupaczy. Wciąż było trochę kwaśno-soczyście, ale też przeraźliwie słodko-cukierkowo i sztucznawo, jak płyn do naczyń. Gdy trafiałam na rozpuszczające się białe kawałki, smak cukru pudru wystrzeliwał ponad wszystko. Czułam się, jakbym miała do czynienia ze zbitkami z cytrynowego cukru albo... takich oranżadek w proszku (za dzieciaka coś tego typu jadłam na sucho, jak teraz o tym pomyślę... fu). Cukrowo-słodkie i zarazem leciutko kwaskowate. Kwaśno jednak nie było. Kawałki spróbowane osobno z kwaskiem miały niewiele wspólnego.
Migdały odzywały się dopiero przy rozgryzaniu. Były delikatne, świeże. Bez skórek, nieprażone, a więc na tyle liche, że gubiły się w tym wszystkim. Bliżej końca jednak, gdy zebrało się ich więcej, trochę ratowały sytuację, podkreślając na powrót mleczną śmietankowość i samą czekoladę.

Czekolada nie dała rady cukrowo-pudrowemu, cukierkowo "cytrynowawemu" (bo nie po prostu cytrynowemu) smakowi środka. Pod koniec jej mleczno-słodki smak wydał mi się osłabiony i również słodko-mdły.

W posmaku pozostała cukierkowa, przecukrzona cytryna, całkiem sporo mdłej przez słodycz śmietanki i smaczna czekolada, bardzo jednak zagłuszona przez poprzednio wymienione.

To było... słodko-cytrynowe, a więc mdłe. Ciężko-cukrowe, nie kwaśne, a nibykwaskowato-sztucznawe. Soczystość naturalnej cytryny się gubiła. Śmietanka... chwilami całkiem smakowita, ale chwilami też nawaliła. Migdały nie podołały, a dobra czekolada jakoś też... próbowała ratować sytuację, ale na niewiele się to zdało.

Żeby nie było: to nie tragiczna tabliczka. Taka bardzo, bardzo słodka, niezbyt naturalna cytryna w mlecznym otoczeniu, co prawda przesłodzono-mdłym, ale w sumie nie najgorszym... wyszła zjadliwie. Margaryna mignęła mi w pewnym momencie, ale to w innych okolicznościach mogłoby być niezauważalne. Migdały, czekolada - to spoko. Wszystko to mogłoby jeszcze wyjść smacznie, mimo że delikatnie, gdyby nie te głupie białe kawałki i posmak cukru pudru. Kawałki cukru? Może i trochę cytrynowego cukru, ale... co to ma być, ja się pytam?! To tak głupi dodatek, i to w takiej ilości, że aż szkoda gadać. Gdyby to chociaż było coś jak z Lindt Hello Lemon Cheesecake. Nie, to były jakby zbitki cukrowopudrowej oranżadki. Meh. Gdyby jednak zamienić białego chrupacza na np. suszoną cytrynę / skórkę, mogłoby być i 10/10.

Niestety, zamiast podobnie do pysznej Creation Refreshing Lemon / Citron Frappe wyszła raczej jak połączenie Lindt Hello Lemon Cheesecake z Merci Lemon. Taka przecukrzono-sztucznawa cytryna z Merci z dziwnym chrupaczem... Lindt jakościowo na pewno wyszedł lepiej od Merci, ale cukrowe chrupacze to porażka. Trafił do nielicznych Lindtów, które oddałam Mamie (wpadła jej cała połowa). O ile przy Frioretto Zabaione czy Cognac piała z zachwytu nad Lindtem, tu uznała, że "o wiele lepszy od jakiejkolwiek Milki, ale nie aż tak szałowy, jak myślałam" (Milka latami była jej ulubioną, obok Wedla, czekoladą).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 12 zł
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, olej palmowy, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, śmietanka w proszku 3%, migdały, syrop glukozowy, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, koncentrat soku cytrynowego 0,2%, skrobia pszenna, aromaty, sól, białka z mleka (kazeina)

niedziela, 8 lipca 2018

Lindt Creation Les Macarons Fraise mleczna z kremem truskawkowym z kawałkami migdałów i kremem mleczno-bezowym z kawałkami herbatników i bezy

Przy okropnie sztucznym truskawkowym Wedlu wspomniałam o truskawkowym Lindt'cie. Do niego i spieszyło mi się, bo miałam ochotę na jakąś zwyklejszą nadziewajkę truskawkową, chciałam porównać, i odkładałam otwarcie w czasie, bo... Tabliczka pochodzi z nowej linii, stylizowanej na makaroniki w różnych smakach. Trzeba Wam wiedzieć, że ciastka makaroniki uważam za chyba najgorszy twór, jaki ludzkość mogła wymyślić. Bezowo-pudrocukrowe coś, jeszcze przełożone kremem...? Koszmar, po prostu koszmar. Dlaczego więc mimo wszystko nie trzymałam się od tej czekolady z daleka? Po prostu Creation to raczej luźne interpretacje deserów, z których zagraniczne smaki naprawdę wychodzą ciekawie: Amarettini w gruncie rzeczy "nie do końca amarettinowe", Knusper Praline była niecodzienna; "nasze" Creme Brulee na tamten moment mi smakowała, Chocolate Cake (ale tylko płaskie kostki) to jeden z moich ulubionych Lindtów, a średnią Tiramisu z tym ciastem skojarzyć trudno. Co więcej, kawałki bezy w tej konkretnej to jedynie 1%, a tabliczka była "w płaskiej formie" (lubianej przeze mnie; nową bojkotuję i za nic tych grubonadzianych nie kupię).

Lindt Creation Macaron / Les Macarons Fraise to mleczna czekolada nadziewana truskawkowym ganaszem na bazie mleka z kawałkami migdałów i kremem mlecznym al'a beza z kawałkami herbatników i bezy.

Już rozprawiając się ze sreberkiem poczułam smakowity zapach mocno mlecznej, słodkiej czekolady. Mleczność ta była smakowita i bezkresna, a z wyraźną truskawkową nutą przywodziła na myśl mleczny koktajl truskawkowy. Owoce te zachowały pewną naturalność, lecz i "konfiturkowością" raczyły. Aromat sprawiał bardzo miłe, pełne uroku wrażenie.

Kremowo-tłusta czekolada stanowiła grubą warstwę, ale nie można narzekać na ilość nadzienia. Zdaje się, że białego było o wiele więcej, więc jedynym moim zastrzeżeniem są proporcje białe : truskawkowe (wolałabym więcej truskawkowego).
Truskawkowe nadzienie to nie dżem czy żel, a krem - bardzo plastyczny, lekko ciągnący i lepiący. Był tłustawy i soczysty, przypominał bowiem owocowy krem na bazie mleka. Z zaskoczeniem odkryłam w nim kawałeczki migdałów - straszna drobnica, raczej miękkawa.

Jeszcze bardziej zaskoczył mnie biały krem. Okazał się bowiem kremem tłusto-proszkowym, rozpływającym się trochę jak cukier puder. Ten był solidnie najeżony twardymi i ostrymi kawałkami - o ile ciastka po prostu chrupały, tak kawałki bezy... szczęście w nieszczęściu nie kojarzyły mi się z bezą, a po prostu skryształkowanym cukrem pudrem. Trochę ostry, chrzęszczący cukier? Potworność, ale chyba mniejsze zło niż byłaby to beza. Bezę chyba jednak udaje cała biała część...

Po zrobieniu kęsa bardzo długo to czekolada dominowała. Tradycyjnie smakowała wyrazistym, smakowitym mlekiem i raczyła bardzo silną, acz nie cukrową, słodyczą.

Najpierw do głosu delikatnie, potem silniej, ale nigdy dominująco, dochodził krem truskawkowy. Mleczna słodycz po prostu narastała, stając się bardziej owocową, co skojarzyło mi się ze słodziutkim truskawkowym mlecznym koktajlem. W tle zaznaczył się leciutki truskawkowy kwasek, który nadał czekoladzie lekkości. Całość wyszła zaskakująco naturalnie i smakowicie. O dziwo i migdały wyczułam przy ich rozgryzaniu (chwilowo i troszeczkę, ale jednak).

Potem jednak, gdy nadzienie owocowe się nieco rozeszło, a czekolady zrobiło się mniej, wyraźniej odzywało się nadzienie białe. Ono nie miało problemu z wybiegnięciem przed szereg, gdyż smakowało specyficznie. Podtrzymało mleczność, jednak ta kojarzyła się z zasłodzonym mlekiem skondensowanym, a po chwili zaserwowało smak cukru pudru. Bardzo szybko odsłoniło mnóstwo twardych kawałków: smak ciastek pojawiał się epizodycznie, bo większość ich kawałków wydawała się pozbawiona go, za to cukier nakręcał smak cukru (ale i tak nie było bardziej słodko, niż w przypadku zwykłych nadziewanych z białym kremem).
Rozumiem, że to nadzienie miało udawać bezowe makaroniki - na moje nieszczęście chyba w bardzo udany sposób, ale też nie tak jednoznacznie, że bym zgadła.

Końcówka po dominacji cukru pudru próbowała ratować honor Lindta i podrzuciła, po dokładnym porozgryzaniu, migdały do posmaku, wraz z mlekiem i kwaskiem truskawki.

Czekolada wyszła więc bardzo, bardzo słodko. Paradoksalnie, mimo że cukrowo, wcale nie oznacza to, że ją przesłodzili. Trudno jest mi się tu tej cukrowości czepiać... Miał być makaronik / beza, więc... no jest. Czuć bowiem cukier, jak to opisałam, ale jednak nie zabił on czekoladowości, bezkresnej mleczności, a truskawka sprawiła, że właściwie przecukrzenia totalnego nie odnotowałam. Owszem, z czasem było mi za słodko, ale moja tolerancja jest niska, a normalny człowiek pewnie po prostu zjadł by mniej.

Całość okazała się niecodzienna i specyficzna. Nie mogę powiedzieć, że to zła tabliczka, że mi nie smakowała, ale też nie mogę powiedzieć, że w 100%-ach smakowała (a tym bardziej, że np. "nawróciła mnie na bezy", bo aż tak tym nie smakowała; nie smakuje jak "czekolada z bezą"). Podobało mi się to, jak naturalnie wyszła (nienachalna truskawka w mlecznej toni); za adekwatność również należy się pochwała. (Akurat w tym przypadku liczyłam na nieadekwatność. Obdarowana jedną kostką Mama, która lubi bezy itp. była zachwycona, ale sama nie wpadła na to, że to coś bezowego, dopiero jak powiedziałam.) Zupełnie nie podeszła mi jednak chrupiąca część - migdałów (świetnie, że są!) mogłoby być więcej, ciastka za twarde, chrzęszczący cukier irytujący.


 ocena: 7/10
kupiłam: ktoś na zlecenie (chciałam "Lindty, które są tylko we Francji")
cena: ok.15 zł (za 150g, ale nie wiem, ile jest warta)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, masło skoncentrowane masło, laktoza, odtłuszczone mleko w proszku, stabilizator: sorbitol; 1% sok z koncentratu truskawek, 1% gorzkie herbatniki (cukier, skrobia pszenna, mąka pszenna, pestki moreli, barwnik: karmel E150b), białko mleka, proszek do pieczenia: wodorowęglan amonu), 1% beza (cukier skrobia pszenna, białko mleka), cukier inwertowany, syrop glukozowy, 0,4% migdały, lecytyna sojowa, ekstrakt słodu jęczmiennego, zagęszczony sok cytrynowy, naturalne aromaty, aromat, barwniki spożywcze: karminy