Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: sezam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem: sezam. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2026

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym

Nie wiem dlaczego skoro odkryłam, że własny krem chałwowy, robiony z tahini Ekogram i odrobiny cukru trzcinowego, jest po prostu wybitny i wychodzi poza skale wszelakie, wciąż zwracam uwagę na kremy chałwowe... gdy się już jakiś napatoczy. Mimo że żaden kupny dotąd, po wycofaniu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym nie satysfakcjonował. Dziś przedstawiany, czyli firmy zajmującej się zdrową żywnością Coco Farm nie zachwycał, gdy chodzi o ilość sezamu w składzie, jednak nie skreśliłam go, bo reszta to nie tylko słodzidło, a kokos. Pomyślałam, że chałwa z nutą kokosa może być ok, a przynajmniej warta spróbowania.

Coco Farm Opowieści Zdrowej Treści Krem Chałwowy Sezam i Kokos z Cukrem Kokosowym to krem sezamowo-kokosowy o smaku chałwy / "w naturalnym stylu chałwy sezamowej", wegański, słodzony cukrem kokosowym.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu słoika rozbrzmiała kokosowa symfonia, złożona przede wszystkim z oleju kokosowego oraz mleczka kokosowego, wiórków oraz wielkich płatko-chipsów kokosowych i miazgi kokosowej. Osłodził je motyw jakby kokosowego palonego karmelu, bardzo palonego, a jednocześnie rześkawego. To jednak, że krem zawiera cukier kokosowy akurat nie było aż tak oczywiste. Jego dosadna słodycz tu nieco wtopiła się w otoczenie. A na kokosie się nie kończyło. Za mleczkiem pobrzmiewał roślinny motyw, kojarzący się z wegańskimi deserami, budyniami, słodkościami i krył się nawet nieoczywisty prawie kwasek. Z roślinną wegańskością mieszał się ni fasolkowy, ni orzeszkowy motyw i sezam. Ten wydawał się dość neutralny, znikomo goryczkowaty i dość wycofany. Trochę wyraźniej raz po raz wychylał się podczas mieszania i jedzenia.
Złożony, ale raczej dziwnie namieszany niż głęboki, zapach nie był zbyt kuszący.

Na wierzchu wydzieliło się trochę oleju, z czego zlałam większość, czyli niecałe 3 łyżeczki.
Wymieszałam mniej niż 0,5 łyżeczki, ale dlatego, że to już trochę mieszało się z wierzchem półpłynnej, rzadkawej pasty. Ta ani trochę nie potrzebowała tego wydzielonego tłuszczu, bo była wręcz lejąca i bardzo tłusta. Bardzo łatwo go się mieszało.
W trakcie jedzenia krem wciąż wykazywał wysoką, nieco oleistą tłustość i jakby chciał choć na sekundę zgęstnieć, ale jednak tego nie czynił. Nie był kremowy, a przypominał oleistą maź z mnóstwem kryształków. Był rzadki i rozpuszczał się dość szybko. Kryształki przełożyły się na wręcz ziarnisty, mocno proszkowy efekt. Kryształki cukru, rozpuszczając się, jeszcze bardziej go rozrzedzały, dodając wodnisty efekt. W porywach zdobywał się na lepkawość, acz ogólnie bardziej przypominał olej i miazgę kokosową 100% z dodanym cukrem i trochę rozrzedzoną.
Masa gryziona raczej kryształkowo chrupała od cukru niż trzeszczała jak chałwa. Tego efektu trzeba było się bardzo, bardzo doszukiwać, by go jako tako wychwycić.
Co ciekawe, po spędzeniu dwóch dni w lodówce, krem zrobił się twardawy i wyglądał na bardzo suchy. Wystawiony do temperatury pokojowej powoli wracał do swej płynnej formy.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelowo-kokosowa. Palony karmel mieszał się z naturalnie słodkimi wiórkami i miazgą kokosową, a po chwili ich drogi się rozeszły. Każdy bowiem się intensyfikował.

Palony wątek podkreślała lekka goryczka oleju kokosowego. Nie cały czas był tak samo wyraźny, ale co i raz przypominał o sobie jako niby łagodne, ale denerwujące echo. Sporadycznie przebijał się przy nim sezam.

Karmel przybrał na paloności i robił się dosadniejszy, niemal melasowy. Słodycz zajęła wysoki poziom i jeszcze epizodycznie podskakiwała. Cukier kokosowy bardzo łatwo było w tym rozpoznać, acz... jego rześkość jakby przeszła na stronę wyraźniej kokosową. Nie każde zagarnięcie było tak samo słodkie, ale przy niektórych słodycz już po paru chwilach trochę piekła w gardle.

Kokos miazgowo-oleisty, wiórkowe echo wydawały się w porywach niemal soczyste. Zaraz dołączyło do nich pełne mleczko kokosowe i stanęło z nimi na równi. Mimo że słodycz miała imperatywne zapędy, kokosowość rządziła kompozycją. W zasadzie jakby koleżeńsko ścigały się ze sobą, nawzajem się motywując.

W oddali za to czaiła się sól, jakby dopingując piekącą słodycz.

Przy niej odnotowałam jeszcze roślinność. Pod mleczko kokosowe podkradła się nuta wegańskich słodkości, budyniu czy czegoś takiego.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach poprzez wegańskość, roślinność wkroczył sezam. Nie wziął udziału w wyścigu słodyczy i kokosa. Sezam... dał się poznać jako neutralny, lekko wręcz goryczkowaty. Jego goryczkę wzmacniał olej kokosowy. Raz czy drugi zrobił aluzje do kawy. Przełamał nieco słodycz, a z chałwą... w porywach trochę się kojarzył... Acz nie była to wyrazista nuta. Bardziej jakby to była "udawana sezamowość".

Sezam bowiem mieszał się nie tylko z roślinnością, ale też z ogólnie orzechowym wątkiem. W pewnym momencie roślinny motyw mignął mi strączkami i... fasolkowymi fistaszkami? Przemknęła jeszcze coś jakby... mąka? Wszystko to podkreślała epizodycznie przypominająca o sobie sól. Nawet nie śmiała wyjść na przód, ale snuła się na tyłach. Trudno jednak było uchwycić te wszystkie wątki opisane w tym akapicie, jako że kokos starał się skupić na sobie uwagę, a słodycz podskoczyła do nieco przesadzonego poziomu. Wszystko to jednak przełożyło się na dość silne skojarzenie z batonem Legal Cakes Chiacho w wersji z 2020.

W tle przewijał się jeszcze pewien... "jakby kwasek". Niewyraźny, ale wpisujący się w olej kokosowy. Słodycz robiła się zdecydowanie zbyt ciężka, dosadnie karmelowo-melasowa i złudnie daktylowa. Miałam wrażenie, że czuję w gardle daktylowe pieczenie. Kokos jednak się jej nie wystraszył i jako ogrom wiórków z mleczkiem kokosowym zakończył występ.

Po zjedzeniu został posmak melasowo-rześkiego cukru kokosowego, wiórków i miazgi kokosowej. Za nimi starał się też pokazać nieco orzechowo-sezamowy motyw. Bardziej wegańsko-nugatowy niż chałwowy.

Choć moja norma jedzenia na raz w przypadku kremów to 130-200g, tu dałam radę ledwie 66g i to się już pod koniec męcząc. Ani smak, ani konsystencja mi się nie podobały.

Krem ten w smaku był za bardzo namieszany, a za mało chałowy. Nie rozumiem, po co producent obiecywał chałwę... równie dobrze mógł zrobić po prostu krem kokosowy i wtedy byłby niezły, bo realnie mocno kokosowy. Olej, miazga, mleczko kokosowe i nuta wiórków w asyście wyrazistej, palono karmelowej, złudnie daktylowej słodyczy w zasadzie wyszłyby smacznie, gdyby nie wszelkie dziwnie wegańsko-roślinnego, niedookreślone sezamowo-orzechowe akcenty. Pierwsze w ogóle mi się nie podobały (błonniki? mąka?), orzechowość była dziwnie nieokreślona, bo jej za mało, a sezam w ogóle... trochę się pojawił i nie ugrał za wiele, nawet nieszczególnie pasował. Myślę jednak, że krem może smakować miłośnikom Legal Cakes Chiacho (które swoją drogą pogorszyli w 2024).
Konsystencja zaś bardzo nie po mojemu, bo ogrom kryształków cukru w rzadko-lejącej, oleistej mazi to fuzja tego, czego w kremach nie lubię.

Krem powędrował do Mamy. Opisała go tak: "Pachnie to mocno kokosem, ale tym olejem, co nie lubię, a nie wiórkami. Smak trochę mnie zaskoczył. Bo choć najpierw buchnęła mi taka goryczka nieprzyjemna, to potem zaczął się rozpuszczać, zrobiło się słodko i było smacznie. Tylko jak zniknął z ust, ta gorycz nieprzyjemna wróciła. Taki ten... olej kokosowy? Tak to ogólnie nie wiem, co ja tam dokładnie czuję, ale byłby ogólnie w porządku, gdyby nie ta goryczka. Niestety, ona przy zjedzeniu większej ilości tak dawała się we znaki, że trudno myśleć o pozytywach. Pomyślałam, że na ciastkach czy na czymś, co ją trochę zagłuszy, może się sprawdzić. Na tostach z dżemem i serem za bardzo się przebijała. ". Mama zrobiła jeszcze jedno podejście do kremu w bardziej stałej wersji, uprzednio na krótko przed jedzeniem wystawiając z lodówki. Nałożyła sobie na bułeczkę mleczną Carrefour Classic z Kawałkami Czekolady po czym stwierdziła: "Bułeczki też mu nie pomogły. Nadal niesmaczny przez wszystko psujący goryczkowaty olej kokosowy".


ocena: 4/10
kupiłam: Rossmann
cena: 19,99 zł (za 280g; promocja)
kaloryczność: 562 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: sezam 37%, cukier kokosowy 20%, miąższ kokosa 18%, mleko kokosowe w proszku 12%, błonnik pokarmowy, mąka z orzechów ziemnych, lecytyna słonecznikowa, sól himalajska różowa

piątek, 13 lutego 2026

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami

Kiedy przypadkiem trafiłam na stornie 4ProActive, nie wydała mi się jakoś szczególnie kusząca do momentu, gdy zobaczyłam dzisiaj przedstawiany krem. Na cudownie wysoką zawartość sezamu rozbłysły mi oczy. Czyżbym znalazła godnego zastępcę kremu Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym?! Może oznaczało to koniec z wyliczaniem, ile dodać, ważeniem i mieszaniem Ekogram The Real Tahini z cukrem trzcinowym? Bałam się ucieszyć, ale długo nie czekając, zamówiłam. Niesyty, pomylili się i wysłali mi 4ProActive Pastę daktylową. Po podlinkowanej zaczęłam się trochę obawiać. Co, jeśli dziś przedstawiany krem miał iść w jakąś kwasotę albo struktura miała mi nie leżeć? Wprawdzie ten nie zawierał kwasku cytrynowego, ale co poradzę na to, że wyobraźnia swoje zrobiła? Opis ze strony producenta jednak trochę pocieszał, bo brzmiał następująco: "połączenie goryczki sezamu z daktylami dało efekt idealnego balansu smaków". A ja właśnie w chałwowych rzeczach lubię czuć tę specyficzną, lekko goryczkowatą nutkę sezamu.

4ProActive Pasta sezamowa z daktylami to pasta sezamowa z daktylami.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam głównie neutralny, tylko troszeczkę słodkawy sezam. Powiedziałabym, że prawie surowy, ale nie surowy. Bez jednak wyraźnego motywu prażenia. Podkradła się do niego niemal mleczno-maślana nuta, acz i niesezamowa słodycz zdradziła swą obecność. Była jednak niesamowicie niska, aż trudna do nazwania. Czuć, że to nie biały cukier, ale że daktyle też bym nie powiedziała. Odległe skojarzenie z chałwą, bardzo mało słodką, pojawiło się, acz nie było oczywiste.

Na wierzchu wydzieliła się mało-średnia ilość oleju, z czego zlałam 2,5, no, prawie 3 łyżeczki*. Było to dość trudne, bo wierzch pasty był rzadko-lejący.
Jakież było moje zdziwienie, gdy pod oleistą, rzadką warstwą pasty trafiłam na bardzo gęstą pastę o ewidentnie niegładkiej strukturze. Nie wydawała się wyschnięta, ale w pewien sposób... suchsza, acz nie do końca sucha. Mieszając trafiłam na pewien konkret, ale nie zbitość. Mieszanie w zasadzie przyszło z łatwością, a masa wchłaniała, co rzadsze i tłustsze i nie było widać efektu.
W trakcie jedzenia krem okazał się tłusty i znikomo wodnisty, a jednocześnie gęsty... A przynajmniej w pierwszej chwili, bo z gęstej masy przechodził w coraz rzadszą zawiesinę. Czuć w nim jednocześnie i oleistą, dość wysoką tłustość, i jakby ukrytą suchość. Zalepiał usta porządnie, kleił się do zębów i rozpływał się w tempie średnim. Był papkowo miękki i jakby trochę zwięzło-ciastowy, a także mocno proszkowo-miazgowy; wręcz ziarnisty. Przemielono go niedokładnie i często na języku zaznaczały się niedomielone kawałki sezamu. Często na języku pojawiały się drobinki, które proszkowość przemianowały na wręcz ziarnistość. Nie był to jednak efekt chałwowy, a trochę... twardo cukrowy. Jakby kryształków cukru daktylowego Gryzione czy to drobinki, czy cała pasta, wydawały się od tego twardawe w trochę utwardzono cukrowym stylu; twardość jakby osiadła w ziarnistości (?). Krem skrzypiał jednak trochę sezamowo-chałwowo, acz ogólnie nie wydawał się bardzo chałwowy. Brak też temu wszystkiemu kremowości.
Po zjedzeniu za to zostałam z jakby daktylową suchością w ustach. Mimo że i tłustość czułam.

*Struktura jakoś mi nie leżała i zaczęłam kombinować. Na małym fragmencie dodałam trochę z tego zlanego oleju, jednak nie przełożyło się to w najmniejszym stopniu na kremowość. Było po prostu miazgowo-proszkowo-zawiesinowo i tylko że bardziej tłusto. Przypomniały mi się przepisy na zdrowy krem chałwowy z daktyli i sezamu i tam było, by dodawać wodę z zalanych wrzątkiem daktyli do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Na małej części spróbowałam i tego, co okazało się totalną porażką, bo woda... wysuszyła ten krem. Zbił się w twardą, kruszącą się masę. Dziwna sprawa!

W smaku pierwsza rozeszła się neutralna, łagodna nuta sezamu. Sezamu, którego nie prażono prawie wcale, surowego i... obiecującego trochę słodyczy.

Po chwili przemknęła też lekka goryczka. Pojawiła się i cofnęła, osiadła gdzieś daleko w tle i... niemal się ukryła.

Sezam okazał się jednak głównie naturalnie lekko słodki, a subtelną słodycz wciąż spowijał dominujący, neutralny wątek. Prażenie odrobinkę się nasiliło, ale cały czas było niskie. Podszepnęło więcej naturalnie "orzechowej" słodyczy.

A jednak cały czas czuć też neutralność, która chyliła się trochę w bardziej roślinie-wytrawnym kierunku, jakby chciała w nim pójść, ale coś ją powstrzymywało (lekkie prażenie?). Podbudowała ją maślana, niemal mleczna nuta.

I mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach, słodycz wzrosła. A potem jeszcze trochę. W zasadzie słodycz nasilała się i wycofywała falowo, epizodycznie. Zaczęłam uświadczać coraz więcej słodkich przebłysków, które przełożyły się na miarowy wzrost. Czasem była trudna do nazwania, czasem udawała cukier, acz raczej trzcinowy, a więc trochę karmelowy w smaku.

W momentach kulminacyjnych, gdy słodycz osiągała dość wysoki poziom, robiła się trochę piekąca i wtedy wyraźnie czuć jej daktylowy charakter.

Słodycz mieszała się ze słodyczą sezamu, idąc w trochę chałwowym kierunku, jednak... i tak kompozycja wydała się rozchodzić na smak sezamowy i piekąco - i zarazem złudnie cukrowo - słodki. Słodycz wyraźnie rozchodziła się od wyłaniających się drobinek i stała jakby obok sezamowej bazy. Motywy te były niechętne do współpracy.

Słodycz wydobyła z sezamu odrobinkę goryczki. Ogólnie sezamowej, acz chwilami powiedziałabym, że bardziej wyraźnie oleju sezamowego. Ta nutka jednak w ogóle wydawała się marginalna i niemal nieistotna.

Skojarzenie z chałwą leniwie, niechętnie gdzieś tam się zaplątało, zwłaszcza pod koniec. Acz wciąż mowa o  chałwie stosunkowo mało słodkiej, acz zbliżającej się do pieczenia w gardle od słodyczy (ten piekący efekt był jednak od daktyli, nie tyle od samej wysokości słodyczy). Sezamu cały czas trzymało się jednak też jakby roślinnie-maślane echo, z kolei rozbijające skojarzenie z chałwą.

Po zjedzeniu został posmak neutralnego sezamu z echem oleju sezamowego oraz średnio wysoka słodycz. Połączyła się ta naturalnie sezamowa ze słodyczą dosadniejszą, acz niejasną. Miała w sobie i coś z cukru, i daktyli. Choć na smak daktyle nie były bardzo jednoznaczne, czuć ich specyficzny, lekko słodko-piekąco-suchawy efekt, nierównoznaczny z przesłodzeniem.

Krem bardzo mnie rozczarował. Mimo że był dobry! Po prostu gdybym przed nim nie poznała idealnego, nie czułabym braku tego, co sprawiało, że Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym był doskonały. Dziś przedstawiany wyszedł papkowo-suchawo, ale nie sucho. Wysoką tłustość czuć. Obstawiam, że daktyle odciągały strukturę od typowo kremowej czy chałwowej. W smaku wyszedł bardzo łagodnie, niemal neutralnie, a jednocześnie słodko - w niezgrany sposób. Przeszkadzał mi tu brak harmonii. Jego słodycz była niska i aż trudno określić, że daktylowa. Paradoksalnie, nie wyszło to na plus. Sezam starał się być neutralniejszy, co sprawiło, że pasta jakby nie wiedziała, czym chce być. Za słodka na neutralny krem sezamowy, za neutralna na coś chałwowego. Chałwa przewinęła się, ale nie miał z nią wiele wspólnego. Wyszedł słodkawo i ogólnie trochę mdławo. Wysokość słodyczy podobna jak Nutury, ale inny wydźwięk, dosadniejszy, bo nie w parze, a obok sezamu (daktyle są słodsze od cukru).


 ocena: 8/10
cena: 12,50 zł za 300 g
kaloryczność: 515 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażony sezam 91%, daktyle suszone 9%

piątek, 7 lutego 2025

Baton Warszawski Pasta Chałwowa z ksylitolem

Zdesperowana przez wycofanie Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym zdecydowałam się na współpracę z warszawką marką, Baton Warszawski. Produkt, który otrzymałam, był co prawda posłodzony m.in. słodzikiem i dobrze pamiętałam, że nie pasuje mi on także do chałwy (o czym przekonałam się przy chałwie Koska Diabetic / Diyabetik Helva), ale... liczyłam, że 70% sezamu, miód i wanilia jednak jakoś sobie z tym poradzą. Choć w składzie dostrzegłam też sól, jakoś nie bałam się, że wyjdzie równie parszywie słono co Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja.

Warszawski Pasta Chałwowa z ksylitolem to krem / pasta sezamowa słodzona słodzikiem (ksylitolem), miodem i wanilią (bez cukru); firmy Baton Warszawski.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam intensywny zapach chałwy. Chałwy mocno sezamowej, słodkiej za sprawą wanilii i cukru. Z zaskoczeniem zarejestrowałam, że słodycz wydawała się konwencjonalnie cukrowa, mimo pewnej rześkości. Ta mogła należeć do słodziku, ale równie dobrze do samego sezamu. Ogólna słodycz była trafiona w punkt, nie za mocna. W tle czułam też akcent oleju sezamowego i lekką goryczkę, a także echo soli, które prawie zniknęło, gdy zlałam olej.

Na wierzchu wydzieliła się średnia ilość oleju. Próbowałam zlać wszystko, czyli jakieś 2,5 łyżeczki. Sam wierzch kremu był bardziej rzadko-płynny, właśnie wciąż oleisty, ale to już nie był olej jako taki - to więc wymieszałam z resztą. Na dnie pasta była gęstsza, ale też nie bardzo gęsta, a już na pewno nie sucha.
Krem ogólnie był miękki i... nie tyle rzadki, co po prostu niegęsty. Mieszanie nie sprawiło mi najmniejszego problemu, a masa dała się poznać jako bardzo gładka. Wydała mi się też ruchomo-płynna, ale wciąż właśnie nie rzadka, a w pewien sposób zwięzła. Czuć też pewną lepkość.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją gładkość, acz nie idealną, oraz niegęstość. Nie był jednak rzadki, a nawet do pewnego stopnia syty, choć jednocześnie miękki. Było w nim coś wręcz aksamitnego. Rozpuszczał się w tempie umiarkowanie-szybkim, jawiąc się jako nieco kleisty, ale nie przytykający. Z czasem wyszło na jaw, iż nie był gładki w 100%, bo na języku zaznaczały się drobinki i dosłownie kropeczkowe punkciki, a także szybko rozpuszczające się, malutkie kryształki. Trafiło mi się też kilka niewielkich, lepko-scukrzonych grudek miodu. Końcowo krem przybierał postać luźnej, ciągnąco-lepkawej zawiesiny. Gdy pastę gryzłam, trzeszczały kryształki, a kropeczki okazały się twarde jak kamień, ale trzeszczenia / skrzypienia typowego dla chałw nie usłyszałam.

W smaku pierwsza polała się wysoka słodycz. Była złożona i niejednoznaczna, choć zaraz wydało mi się, że prowadzi miód. Miód jasny, niemal kwiatowy i potencjalnie drapiący. Już po chwili dołączyła do niego wanilia.

Miód i wanilia wydawały się zarysowywać na cukrowej bazie, co zaraz przełożyło się na wyraźnie chałwowy klimat. Myślałam o chałwie bardzo słodkiej, ale w szlachetny, naturalny sposób.

Gdy pojawiła się chałwa, oczywiście także sezam zaprezentował się odważniej. Dogonił słodycz i stanął nawet ciutkę przed nią. Był sam w sobie naturalnie słodkawy, a jego prażenie wydało mi się minimalne. Wprowadził pewną rześkość, ale tak ją ograł, że słodziku zupełnie nie czuć.
Raz po raz przemknęło mi słonawe echo.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam za to lekką goryczkę. Przełamała wszechobecną słodycz - ta zrobiła sobie przerwę. Smak jakby zwolnił, skupiając się na zaprezentowaniu sezamu z najszlachetniejszej strony. Słodycz przez chwilę wydała się tylko dodatkiem, a ja odnotowałam... sól? Pojawiała się sporadycznie, potem się chowała, acz im więcej jadłam, tym częściej na nią trafiałam. Zdarzyło się przemknąć nawet czemuś kwaskawemu...? I wszedł wytrawniejszy akord. Potem jednak chałwowość wracała z nową mocą. Niestety kompletnie nie pasowała do słoności - splot ten wydał mi się wręcz mdlący.

Lekko prażony sezam z lekką goryczką po tym bardziej słonawo-wytrawniejszym epizodzie zmotywował słodycz. Chałwa waniliowa stała się wiodącym wątkiem, acz i miód znów lepiej czuć. Końcowo zrobiło się nieco za słodko, aż drapiąco. I to powiedziałabym, że... w cukrowy sposób? Epizodycznie przeplatała to słoność.

Po zjedzeniu został posmak łagodnego sezamu, zmieszanego z miodem, który aż trochę drapał w gardle. Za tym splotem znalazła się luźna mgiełka chałwowa i... ordynarna słoność. Wydawało się, że przez kontrast aż gryzie w język.

Krem zaskoczył mnie i zasmucił. Z jednej strony wyszedł zaskakująco smacznie, niesłodzikowo, a z drugiej... z drugiej wszystko popsuła sól. Gdyby nie ona, pasta byłaby przepyszna - mocno chałwowa, nie za słodka i cudnie sezamowa, ale właśnie że ta sól kompletnie do tego nie pasowała i sprawiła, że całość wyszła mdląco. Zjadłam jakąś połowę, bo początkowo trafiałam na sól sporadycznie i łudziłam się, że będzie lepiej, ale niestety - im więcej jadłam, tym było jej więcej, że aż odpadłam. Gdyby nie sól, smakowo mógłby dostać naprawdę wysoką notę, bo oprócz soli to tylko tak półpłynna konsystencja mi niezbyt leżała, ale to akurat szczegół.

Krem trafił do Mamy, która opisała go: "No byłby przepyszny, taki idealnie słodki, wyraziście chałwowy jak zwykła chałwa, w ogóle nie czuć, że ze słodzikiem, no tylko ta sól wszystko psuje. Do tego stopnia, że osobno, łyżeczką nie da się go za dużo jeść. Próbowałam z herbatnikami, by jakoś mi tę sól tonowały, no i z nimi już lepiej było, bo rozmyły sól. Dalej trochę ją czuć, ale do zniesienia. Ale szkoda, że trzeba kombinować, by było smacznie, tak głupio zepsuli to, dodając sól".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od batonwarszawski.pl
cena: jak wyżej, ale cena to 13 zł (za 200g)
kaloryczność: 583 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tahini (miazga sezamowa) 70%, substancja słodząca: ksylitol 9,9%, miód naturalny, olej słonecznikowy, lecytyna słonecznikowa, korzeń mydlnicy, sól kłodawska, wanilia

poniedziałek, 6 stycznia 2025

krem Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja

Gdy zobaczyłam ten krem, od razu bardzo go zapragnęłam. Byłam taka spragniona chałwowych kremów... z tęsknoty za wycofanym Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym kombinowałam sama z Ekogram Pasta Sezamowa 100% Tahini / Tahina i cukrem trzcinowym, ale to nie było to. Przedstawiany zapowiadał się smakowicie, ale nie tak bardzo chałwowo. W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czy pistacje zajmą dużą część tego? Umknęło mi, że uwielbiane Grizly nie jest jego producentem, a tylko dystrybutorem. Krem bowiem stworzył inny czeski producent, ŽIVINA.

Zivina Tahinada s kousky pistácií / Sladká Pistácie / Słodka Pistacja to krem orzechowy z sezamu (tahini) i pistacji z kawałkami pistacji, słodzony syropem z agawy i syropem daktylowym (bez cukru), z solą himalajską.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam intensywny natłok rozmaitych nut: sezam i pistacje szły łeb w łeb, ale za nimi o głos dopraszał się... smażony w miodzie kurczak?! Albo przyprawa do niego. Z wyraźnie zaznaczoną solą. Pistacje przedstawiły się jako bardzo tłuste i słodko-wytrawniejsze, natomiast sezam zawarł w sobie lekką goryczkę i wydobył trochę słodyczy ogółu, bardzo wątle kojarząc się z chałwą (albo włączyło mi się myślenie życzeniowe?). Już w zapachu czuć tłustość, a słodycz miała nieco słodzikowo chłodne zabarwienie. Po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia przynajmniej zniknęło skojarzenie z przesmażoną przyprawą do kurczaka... Choć wciąż było to wytrawne i nieprzyjemne.

Na wierzchu wydzieliło się niewiele nie tyle oleju, co jakby mieszanki oleju z wodą, acz masa na górze była rzadsza, luźniejsza niż niżej. Zlałam jakieś niecałe 2 łyżeczki, a przemieszałam to, co zostało - na oko jakieś 0,5 łyżeczki. Przemieszałam to dość dokładnie, co trudne nie było, bo krem nie był suchy. Wydał mi się zwięzły, gęsty, ale nie mocno zbity czy konkretny. Widać w nim mnóstwo malutkich kawałeczków, drobinek, czarnych punkcików oraz pistacji w formie połówek lub wielkich kawałków.
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako masywny i lepki. Doszła do tego miękkość i wysoka tłustość. Oleistość bardzo dawała się we znaki, gdy krem rozpływał się w umiarkowanym tempie. Chwilowo jakby gęstniał, po czym rozpływał się w tempie umiarkowanie-wolnawym. Od początku do końca czuć wysoką miazgowość. Troszeczkę odwracała uwagę od tłustości, ale ta i tak aż pokrywała usta. Końcowo krem wydał mi się trochę zawiesinowo-wodnisty. 
Kawałki i drobinki zostawiałam głównie na koniec, gdy masa już zniknęła. Tylko nieliczne podgryzałam wcześniej, obok bazy, choć czasem wszystko to o ugryzienie aż się prosiło.
Drobinki i malutkie kawałeczki pistacji (chyba że sporadycznie też sezamu?), okazały się twardo-miękkie, lekko chrupkawe i niewymagające. Zaplątały mi się też twarde.
Natomiast połówki i kawałki pistacji były specyficznie miękkawe, a aspirujące do chrupkości, niczym świeże pistacje.

W smaku przywitała mnie średnio wysoka słodycz o nieco chłodnym, sugestywnie słodzikowym charakterze. Nasiliła się odrobinę, idąc w bardziej złożonym, acz wciąż słodzikowym kierunku. Zaraz za nią zaznaczyła się sól, a ja pomyślałam o splocie słodzika z miodem w jakimś roślinnym otoczeniu. Obstawiam, ze to syrop z agawy dał taki efekt, choć przez słoność coraz trudniej było mi się na tym skupić.

Zaraz podpłynęła do tego jakby oleista wytrawność. I... mdłość? Poczułam smak oleju, mdławość, która rozrzedziła słodycz. Zasugerowała coś smażonego i pozwoliła na nasilenie się słoności. 

Równocześnie słodycz lekko wzrosła, ale wydała mi się bardzo nieśmiała, przytłumiona. Odnotowałam gorycz sezamu, która trochę odegnała oleistość. Przemknęła myśl o przesolonych, przesmażonych (?) sezamkach i... słonej chałwie? Zaraz mi jednak uciekła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach znów poczułam smakową tłustość, ale w innym wydaniu. Ta była bardziej maślana niczym prażono-wysmażone i solone pistacje. Pistacje zagłuszyły sezam. Jedynie w tle ostał się wytrawniejszy olej sezamowy.

Z czasem słone pistacje wydały mi się przesmażone, a w oddali przemknął mi dziwny, nieokreślony kwasek. Sól starała się nie dopuszczać słodyczy do głosu, acz jakoś tam... przemykał mi jej lekko piekący charakter. I... piekąco słonawy?

Pistacje cały czas jawiły się jako wytrawne, choć końcowo i o słodyczy trochę sobie przypomniały. Sezam pobrzmiewał tylko gorzkością, nasuwając na myśl słono-wytrawny sos tahini np. do kurczaka w miodzie. Czułam chłód słodyczy, ale kompozycja nie wydawała się specjalnie słodka.

Gryzione malutkie kawałki stanowiły przedłużenie smaku podprażonych, słono-słodkawych pistacji. Nie były bardzo wyraziste.
Większe kawałki i połówki pistacji zaskoczyły mnie nijakością. Po całej tej słono-wytrawno-tłustej symfonii wydawały się kompletnie zagłuszone. Czuć delikatny, prażony i naturalnie słodkawy smak pistacji, ale po tym wszystkim nie dały rady uratować sytuacji.

Po zjedzeniu został posmak soli, wytrawno-przesmażonego splotu pistacji i tahini z goryczką, która kojarzyła mi się z orzechowo-sezamowym daniem z przyprawionym kurczaka. Czułam chłód prawdopodobnie słodyczy, ale nie słodycz samą w sobie, a do tego olej... albo raczej mieszankę oleju mdłego, roślinnego, sezamowego i "maślanego" pistacjowego? To było obrzydliwe.

To był najgorszy krem, jaki w życiu jadłam. Na swoje nieszczęście władowałam do ust wielką łyżeczkę na sam początek i szybko miałam ochotę to wypluć. Gdy zaś pasta się rozpłynęła, zrobiło mi się niedobrze. W porządku, czuć i sezam, i pistacje, ale w tak obleśnym wydaniu, że aż uwierzyć nie mogę. To coś przyprawiło mnie o traumę, że kolejne zakupy będę przemyśliwać chyba kilka dni. Słone, tłuste, mdławe, a i powalające intensywne. Ohydne po prostu! Nawet 1 wydaje się dość wysoką oceną.

Mama spróbowała i opisała: "Obrzydliwe, że aż trudno uwierzyć, że można tak zepsuć takie dobre składniki. Zapach kojarzy mi się z musztardą, a smak okropny, słony i dziwny. Nie rozpoznałabym chyba. Próbowałam trochę na herbatnikach, z nimi bardziej zjadliwie, ale wciąż nie smacznie. Nie da się tego jeść". Oddałyśmy więc znajomemu. Po jakimś czasie zapytałam, co myśli i byłam w szoku, gdy usłyszałam: "No zjadłem. W sumie mi smakowało, bo w końcu słodkie, pistacjowe, a więc dobre. Znaczy... słodkie nie że słodkie-słodkie, a takie słodkie od węglowodanów, tłuste. No słone, ale mi jakoś nie tak drastycznie".


ocena: 1/10
kupiłam: grizly.pl
cena: 35,46 zł (za 220g)
kaloryczność: 462 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: tahini (mielony sezam) 46%, pistacje 46%, syrop z agawy, syrop daktylowy, olej ryżowy, sól himalajska

wtorek, 2 lipca 2024

Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree

Kupienie tej tubki było szybką decyzją. Chyba nawet trochę bezmyślną, bo podczas comiesięcznych zakupów z ojcem. Biorąc to, kojarzyłam wzrokowo z internetu i nie wiedziałam jeszcze, czy sobie, czy Mamie. Ona dość sporo narzeka, że obecnie nie ma z czym jeść kaszy manny. Pomyślałam o niej, ale końcowo to ja tubkę przygarnęłam, bo w sumie ja z kolei nie mam za bardzo z czym jeść jaglanki. A smaki chałwowe bardzo lubię! Nutura Premium Krem Chałwowy jednak uwielbiam za bardzo sam, łyżeczką, by dodać go do kaszy. Do niej widziało mi się coś rzadszego, a właśnie taką konsystencję sugerowała tubka. Marka Koska kojarzyła mi się z całkiem spoko chałwami, więc nie bałam się, że wyjdzie jakiś potworek. Co i jak, poczytałam dopiero w dniu otwarcia tubki i wówczas straciłam pewność, jak to może wyjść. Bazą okazała się melasa z winogron, nazywana w Turcji pekmez. To ponoć bogate źródło żelaza, wapnia, potasu i magnezu oraz przeciwutleniaczy, witaminy A, witaminy C oraz witamin z grupy B. I ponoć wspiera odporność... Czyli zdrowy zasładzacz? Miałam nadzieję, że smaczny do tego.

Koska Findik Pureli Tahin Pekmez Tahini & Grape Molasses with Hazelnut Puree to melasa z winogron z pastą sezamową i z puree z orzechów laskowych; u mnie jako w wersji w tubce (40g).

Po otwarciu, gdy wąchałam prosto z tubki, poczułam niezbyt przyjemny, strasznie słodki zapach, który zalatywał taniością i kojarzył się z kremami typu Nutella. Czułam orzechy laskowe dość dobrze, a także złudnie kakaowy motyw, mieszający się z ciężko-paloną, niemal przypaloną słodyczą melasy. Sezam jakoś się ukrył. Gdy wycisnęłam krem do miski i już w trakcie jedzenia, na tle jaglanki sezamowość zmieszana z przypaloną słodyczą i Nutellą trochę się wyłoniła, ale i to nieznacznie. Pojawiło się też skojarzenie z palonym miodem. Cały czas wydawało się to raczej mulące.

Krem niezbyt łatwo wycisnąć z tubki, ale nie było to też jakoś specjalnie trudne. Po prostu trzeba mocno cisnąć, bo był gęsty i zbity. Miał konsystencję dość stałą. Wyglądał na śliską masę, a w dotyku okazał się kleiście lepki, jak klej. Trochę się ciągnął, nie spływał z łyżeczki, a mocno się jej trzymał. Dał się poznać jako plastyczny, można go dosłownie formować.
W ustach rzedł w tempie umiarkowanym, średnim. W nich okazał się gładkawy, zbity w sposób jakby... mocno zżelowany i wciąż kleisty. Był teoretycznie gładki, ale czuć w nim lekki element jakby przecierowości i marginalny miazgi sezamowo-orzechowej. Pojawiło się też skojarzenie z miodem, acz w wersji bardziej kleistej. To też jakby tak wymieszać miód, masywność kremu orzechowego z amerykańską owocową galaretką "jelly".
W ciepłej jaglance pasta trochę zrzedła, ale nie tak, jak się spodziewałam. Trzymała się na wierzchu, utrzymała gęstość i kleistość. Gdzie miejscami podpłynęło do niej więcej ciepłego mleka, z nim już jakoś chętniej się mieszała. Ze struktury niezbyt pasowała mi do takiej nawet masywnej kaszy. Obstawiam, że z delikatniejszą manną współpraca byłaby jeszcze gorsza.
Osobliwa struktura - mi za nic nie odpowiadała, a wręcz odpychała. I nie umiem powiedzieć, z czym to wyszłoby dobrze. Czytałam, że tureckie dzieci jedzą melasę z winogron z chlebem, ale mnie się to nie widzi.

W smaku od razu po ustach rozszedł się splot wysokiej, ciężkiej słodyczy i goryczy. Wyobraziłam sobie przypalony cukier - melasę, jak nic! Taką zwykłą, cukrową... choć w miarę jedzenia rzeczywiście może i czegoś bardziej owocowego się tam doszukałam.

Zwłaszcza gdy próbowałam ten krem sam, za słodyczą pojawiła się pewna taniość... wprowadzająca motyw kremu kakaowo-orzechowego typu Nutella. Złudna kakaowo-czekoladowa nuta chwilami wydawała mi się lekko plastikowa. Orzechy laskowe czuć. Gdy próbowałam kremu osobno, zaskakująco wyraźnie, acz wciąż nie mocno. Wprowadziły pewne złagodzenie i trochę wydobyły z oddali sezam. Acz wciąż osadzony w nutellowatych realiach.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach sezam w dużej mierze dołożył się do goryczki, a następnie zmieszał się z łatwością z melasą. Słodycz jednak nie szczególnie się z nim łączyła. Tanio-plastikowa była jakby obok. Przypalona nuta i całkiem intensywna sezamowość z chałwą się nie kojarzyły.

Sezam też poszedł w nieco przypalonym kierunku. Pojawił się goryczkowaty tahini - jakby go ktoś trochę dodał do Nutelli. I do końca  czuć, że to przede wszystkim melasa.

Po zjedzeniu już małej ilości został niesmak przypalonej słodyczy... no właśnie melasy, sezamu, a także tani wątek, jakby coś udawało krem czekoladowo-orzechowy. Laskowce czuć całkiem nieźle, prawie na równi z sezamem, tylko że... sezam był jedynie nutą dodaną do melasy. 

W mlecznej kaszy wyszło to nieco łagodniej. Słodycz nie wydawała się aż taka przypalona, goryczka była niższa, ale żadna z nich nie wyszła zbyt szlachetnie. Jaglanka pozwoliła szaleć melasie, zagłuszając trochę sezamowo-orzechowy wątek. Skojarzenie z kremem czekoladowym miało się nieźle, ale nie był to krem wysokiej jakości. W posmaku, może przez zestawienie z mlekiem, wyszła soczystość, jakby niewinogronowa winogronowość... taka czysta słodycz bez wyraźnego smaku winogron. W kaszy chałwowo to-to też nie smakowało.

Produkt mi nie odpowiadał. Niezbyt mi to smakowało i nie potrafię sobie wyobrazić, do czego mogłoby pasować. Osobliwa struktura bardzo zbitego, kleistego żelu oraz ten mocarnie słodki i goryczowato-przypalony smak wyszły dziwnie. Sezamowość i orzechy laskowe nie miały więc przyjemnego otoczenia. Zaskoczyła mnie plastikowa nuta kremu typu Nutella, a także to, że całość kojarzyła się ze zwykłą melasą - nie czuć winogronowości, ale nie były to miłe niespodzianki. W kaszy jaglanej też się nie sprawdziło - kasza za wiele nie pomogła. Na michę kaszy dodałam prawie całą tubkę, do końca zastanawiając się, czy wyszło to bardziej "ciekawie na plus", czy "nieprzyjemnie, ale przynajmniej ciekawie". Od pierwszej łyżki kaszy z tym kremem wiedziałam jednak, że za nic nie chcę do tego  wracać. Nie moja bajka. Acz produkt chyba niezły - przez skojarzenie z Nutellą tak sobie pomyślałam, że z dwojga złego na pewno wolałabym już krem Koski, a i jeśli w Turcji jest to podobnie powszechne co u nas Nutella, to pozazdrościć.

Dosłownie odrobinę zostawiłam Mamie - nie umiałam zgadnąć, czy jej posmakuje, czy nie, ale bardzo chciałam jej pokazać ciekawostkę (i chciałam wiedzieć, czy następnym razem jej nie kupić). I zaskoczyła mnie! Jej opinia: "Troszeczkę spróbowałam samego tego powiedzmy, że kremu, łyżeczką, a trochę posmarowałam na swoim cieście (biszkoptowy keks). I smakowało mi  to! Aż się zdziwiłam. Natychmiast w głowie pojawiły mi się słowa: roślinna Nutella. Zaskakująco czekoladowe, idealnie wyważone jeśli chodzi o słodycz i gorzkość. Sezamu co prawda nie czułam, ale i tak było to bardzo smaczne i ciekawe, takie niecodzienne. Jedyna wada to konsystencja takiego kleistego gluta, co to jakoś do niczego nie pasuje, więc tyle co spróbowałam wystarczy i więcej nie chcę, mimo że smaczne".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 3,78 zł (za 40g)
kaloryczność: 500 kcal / 100 g; sztuka ok. 273 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: melasa z winogron 53%, pasta sezamowa 35%, puree z orzechów laskowych 12%

czwartek, 8 czerwca 2023

krem sezamowy Novitum Choco sesame Crunchy

Ten krem jest wynikiem niezbyt przemyślanych zakupów z ojcem. Na szczęście nie na mój koszt. Z nim jest tak, że owszem, daje się naciągnąć na coś, co on uznaje za warte uwagi, ale... ciągle pogania, przez co na zakupach jestem skupiona dość połowicznie. I tak z tym kremem bardzo, bardzo dziwacznie wyszło. Zaszliśmy do eko sklepu i... tam w dodatku trafiłam na dziwnie poganiającą ekspedientkę. Kremów tej marki widziałam mnóstwo, porównywałam składy sezamowych i się pogubiłam. Niby patrzyłam na Smooth i zależało mi na wersji kakaowej (bo czysty sezamowy znam boski Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym i to do niego wracam, nie czuję potrzeby szukania innych). Wydawało mi się jednak, że są "jakby dwa", usłyszałam, że marka ostatnio powprowadzała nowe wersje i wzięłam po prostu ten za jakąś inną wersję...? Sama nie wiem, na szybko próbowałam już w końcu przeliczyć, w którym słoiku jest najmniej słodziku. Choć wersja Smooth kusiła większą zawartością sezamu (49%), to jednak więcej w niej maltitolu. Crunchy wprawdzie ma jedynie 40% sezamu, ale dodatkowo 15% fistaszków, więc miało co słodzikowość przełamać. I w końcu już nie wiedziałam, co ja w zasadzie biorę. Gdy w domu dowiedziałam się, że krem sezamowy kakaowy z kawałkami fistaszków, jakoś mina mi zrzedła. Jak ja rozumowałam podczas zakupów? Już sama nie wiedziałam. I nie wiedziałam, jak ten krem odbiorę. Miałam nadzieję, że mimo wszystko nie najgorzej.

Novitum Choco sesame Crunchy to "chrupiący krem sezamowy o smaku chałwy kakaowej" z orzeszkami ziemnymi, z serii Sweet Sesame Line, produkowany przez Novitum.

przed i po uporaniu się z olejem
Po odkręceniu poczułam przede wszystkim zapach słodkiej w konwencjonalny, acz nie za mocny sposób, chałwy. Delikatnej, jasnej chałwy - kakao w zasadzie nie zdradzało swojej obecności. Przy mieszaniu i jedzeniu może odnotowałam lekką goryczkę, ale w zasadzie wpisywała się w chałwowość, wciąż nie kakao. Raz po raz zaleciała mi nutka fistaszków, ale raczej tylko jako echo. Zapach apetyczny, ale aż dziwnie delikatniusio czysto chałwowy, jak na taki wariant.

Na wierzchu wydzieliło się jakieś trochę ponad 1,5 łyżki oleju, z czego te 1,5 zlałam, dosłownie parę pozostałych kropel zaś przemieszałam. Było to łatwe, bo masa okazała się dość lejąca i rzadkawa.
Nie ciągnęła się, wyglądała na trochę oleistą, ale nie wydała mi się ciężka. Widać w niej ciemne kropeczki (kakao?) oraz mnóstwo ćwiartek oraz średnich i malutkich kawałków fistaszków. Okazała się bogato, aż chyba nieco przesadnie napchana.
W trakcie jedzenia krem potwierdził swoją rzadkość, ale też oleistość... Tylko że dziwną. Ogółem wydał mi się mało tłusty jak na krem tego typu, a jednak znacząco otłuszczał usta. Był bardzo miękki, miękko-gumiasty, o wiele bardziej jak kremy-smarowidła typu Nutella niż masła orzechowe czy tahini. Rozpływał się w tempie umiarkowanie-szybkim, trochę wodniście. Czuć w nim jednak lekki pylisty efekt, a pod koniec leciutkie chałwowe trzeszczenie. Tu jednak nawet nie potrzeba wkładać za wiele pracy zębami.
Na język już po paru chwilach wyłaniały się kawałki orzeszków.
Gdy gryzłam je na koniec, okazały się kruche, ale nie twarde; podprażone bardzo delikatnie. Było ich mnóstwo, aż nieco za dużo do takiej rzadkawej konsystencji. Ich dodatek średnio pasował. Szybko nabierałam wrażenia, przy każdej łyżeczce, że robi się z tego zbitka kawałków orzeszków, które to potem zostają prawie jako gwóźdź programu... A jednak to miał być krem chałwowy, a nie fistaszkowy.

W smaku pierwsza uderzyła jakby roślinna słodycz z sezamem depczącym jej po piętach (po korzeniach, skoro roślinna?). Może nie była bardzo wysoka, ale wszechobecna. Do tego w pewien sposób chłodna.

Sezam jednak nie pozostawał bierny i trochę się nasilał.

Nie tak jednak jak słodycz, która w ciągu kolejnych sekund podskoczyła drastycznie i wydała mi się zwyczajnie cukrowa. Nie to, że waliła cukrem, ale nie zgadłabym, że krem posłodzono słodzikiem. Miała wprawdzie chłodniejsze echo, ale poniekąd wpisało się ono w sezamowość.

Ta mniej więcej w połowie rozpływania się porcji nabrała odwagi. Sezam zrównał się ze słodyczą, serwując mi lekko podprażoną, słodką chałwowość. Podkreśliła ją delikatna goryczka. Sezamowa, jasna chałwa przez parę chwil dominowała, po czym goryczka zaczęła trochę rosnąć.

Do sezamowej, bardzo słodkiej chałwy dołączyło echo... czegoś, można by nie zgadnąć, że kakao, ale na upartego chyba można się go doszukać. Jego sugestii. Czułam tam goryczkę inną, dziwną... trudną do nazwania, acz im więcej jadłam, tym bardziej wyłaniał mi się tu olej kokosowy. Wyłapałam jeszcze jakiś niedookreślony posmak (tłuszczowy?). Było to jednak bardzo delikatne ogółem.

Po dłuższym czasie od chwili, gdy orzeszki zaczęły wyraźniej wylegać na język, delikatnie zapowiadały swoje wejście. Nierozgryzane jednak za wiele nie znaczyły - może tylko rozbijały trochę słodycz? Gryzione wraz z kremem też nic nie wnosiły, ich smak się chował.

Z czasem ogół złagodniał w kontekście goryczki - kakao prawie umknęło, oleista nutka została jako jedynie echo, a sezam przepychał się z przesadzoną słodyczą. Jedno i drugie jednak miało delikatniusi charakter, czemu pomogła mleczna nutka. Nakierowała myśli na jasną, delikatną chałwę. Chałwę, którą przesłodzono wyraźnie słodzikiem - słodzikowość wyeksponowała się na końcówce (mam wrażenie, że to olej kokosowy ją tak zmotywował).

Gryzione na koniec orzeszki okazały się wyraziste, bardzo lekko prażone. Zawarły w sobie naturalną słodycz, jak i ciężką, specyficzną nutkę. To zacnej jakości sztuki, ale... prawie zupełnie wyciszały smak chałwy.

Po zjedzeniu został posmak sezamu i słodyczy - trochę słodzikowej - w bardzo wyrównanych proporcjach, a także lekka arachidowość. Po zjedzeniu większej ilości czułam też goryczkę - niedookreśloną, ale niezbyt przyjemną, za co obwiniam olej kokosowy.

Całość rozczarowała mnie. Nastawiłam się na wyraźnie kakaową chałwę, a kakao trzeba w przypadku tego kremu się doszukiwać. Była za to oleistość i niepotrzebna (choć nie nieprzyjemna) mleczność. Ogrom fistaszków nie pasował mi tu (jeszcze bardziej osłabiał kakaowość), a całość uważam za przesłodzoną (choć to akurat mogłoby przejść, gdyby oprócz tego wszystko inne było dobre - w przypadku chałw słodycz jednak się dopuszcza bardziej). Choć nie waliła słodzikiem, nie drapała w gardle, to jednak słodycz była zrównana z sezamem - może i jak w przypadku wielu chałw, ale... to nie miała być chałwa w słoiku, a krem o smaku chałwowym - od produktów naturalnych tego typu oczekuję, że zaoferują mi coś smaczniejszego niż zwykłe, przecukrzone chałwy.
Konsystencja też mi się nie podobała. Rzadka, wodniście-miękka i przeładowana fistaszkami (w przypadku kremu fistaszkowego nie miałabym nic do tych kawałków), ale do tego kremu nie pasowały.
Myślałam, że jak już jest, to tak przynajmniej połowę zmęczę, ale nie wiem, czy dobrnęła do 1/6 i oddałam Mamie.

Mamie krem smakował. Im więcej go jadła, tym bardziej się zakochiwała. Zupełnie przepadła, gdy odkryła połączenie, wg niej idealne, wafli ryżowych właśnie z tym kremem. Opisała go: "mi bardzo smakuje, przyjemnie taki słodko chałwowy, mocno sezamowy, w ogóle nie powiedziałabym, że kakaowy. Konsystencja mi tylko nie odpowiadała trochę, bo za rzadki, taki lejący, a te orzeszki utopione bez sensu w ogóle nie pasują, skoro to ma być chałwowy. Ale ta rzadkość na waflu nie przeszkadza, jak się gryzie to i orzeszki są ok. Ja bym na pewno wyżej oceniła!". Ciągle z jej ust można było usłyszeć: "Boże! Jak mi to smakuje! Jakie to dobre, takie... Chałwowe, sezamowe! Ale tak, nadal nie wiem, po co tam te fistaszki".
Stąd i ja w końcu się zainteresowałam, co też ona widzi w waflach (ryżowych Sonko) z tym kremem - mimo że wafli ryżowych nienawidzę. Właśnie dlatego spróbowałam też na owsianych (Eurowafel Bardzo Wafle. 

Faktycznie, przyznaję, że to bardzo dobry sposób na ten krem, bo nie ma zgrzytu związanego z konsystencją. Orzeszki chrupią razem z waflami, a miękka, lejąca się masa się dopasowuje. W smaku sezamowość i lekka goryczka zostały podkreślone, jednak kakao dalej prawie brak. Słodycz wyszła bardziej przystępna, acz nadal była i wciąż utrzymywała skojarzenie z chałwą. Krem był tak wyrazisty, że zdominował wafle, co uważam za plus, skoro mają być tylko bazą. 
Wersja z ryżowymi u mnie za nic nie przeszła - no, nie cierpię ich. Odbieram je jako taką napastliwą watę, a w dodatku te wydają mi się za grube, za dużo ich mi jakoś, ile by kremu nie nałożyć, lecz to bardzo subiektywne. Wydaje mi się jednak, że to właśnie ryżowe bardziej podkreśliły goryczkę pasty - może nawet kakaową? A jednocześnie... chałwowość jakoś potrafiła się zatracić - w przypadku owsianych nie. To akurat może być spowodowane grubością (owsiane były o połowę cieńsze).
Z owsianymi było bardzo chałwowo i bardzo słodko. Osobiście jednak wolałam to połączenie, bo owsiany wafel miał jakiś tam smaczek i był bardziej chrupki niż ryżowy - tym zgrał się z orzeszkami do gryzienia; nie zaklejało to. Mama z kolei o tej opcji: "właśnie że i sam w sobie owsiany wafel smakuje jakoś, ja wolę z ryżowymi, bo takie neutralniejsze, zwyklejsze. Albo ja jestem do nich po prostu przyzwyczajona". W każdym razie obie zgodziłyśmy się, że obojętne do jakich, ale ten krem właśnie do wafli pasuje. To, do jakich, to już jak widać kwestia bardzo indywidualna.

I tak jednak to nie moja bajka, więc zadowolonej Mamie za wiele nie zjadłam. 
W zasadzie na waflach i ogólnie smakowo mogłoby to mieć 7 z łatwością, ale za brak kakao uparcie obstaję za 6.


ocena: 6/10; z waflami owsianymi naciągane 7/10
kupiłam: Vital - strefa zdrowego życia Kraków
cena: 15,99 zł (za 330g; ojciec płacił)
kaloryczność: 627 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tahini / sezam prażony 40%, maltitol 33%, orzechy arachidowy prażone 15%, tłuszcz kokosowy, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku, olej słonecznikowy, lecytyna słonecznikowa, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 10 lipca 2022

Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym

Teoretycznie niby lubię chałwę, ale w zasadzie, jak poświęcić temu dłuższą chwilę, to nawet to "teoretycznie" ma wiele "ale". Przede wszystkim jest to, ta "lubiana", głównie chałwa idealizowana. Realnej nie lubię struktury; jeść takiej najzwyczajniej nie cierpię, bo słodycz męczy, a konsystencja obrzydza. Coś, co smakuje chałwą - o, to lubię, byle tylko... nie było tak niemożliwie cukrowe. A jednak chałwa z definicji jest słodka. Aczkolwiek dość chałwowy krem Zotter Crema Sesame / Sesam mnie chwycił. Stąd zdecydowałam się wreszcie kupić smarowidło dzisiaj prezentowane. Sugerujący niską słodycz cukier kokosowy, który bardzo ciekawie wyszedł w np. Akesson's Bali 45 % Milk Chocolate with Fleur de Sel & Coconut Blossom Sugar dobrze wróżył. Choć to do głowy przyszło mi jeszcze przed MixIt Mixitellą Brownie. Ta była pyszna, cudownie mało słodka, jednak miałam co do niej wielkie zastrzeżenie w postaci wielkich kryształków właśnie cukru kokosowego. Zaczęłam się bać, że i w tym kremie na takie trafię, toteż by jak najszybciej rozwiać lub potwierdzić wątpliwości, sięgnęłam po niego. Byłam mimo wszystko pewna, że i tak okaże się lepszy od Primavika pasty sezamowej słodzona syropem z agawy (2015).

Nutura Premium Krem Chałwowy Sezam z cukrem kokosowym to "pasta sezamowa z dodatkiem cukru kokosowego".

przed i po zlaniu oleju
Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach naturalnej, szlachetnej chałwy. Złożył się na nią gorzkawy sezam o łagodnej, jakby roślinnej rześkości i jednocześnie naturalnie słodki (odlegle pomyślałam o dobrej jakościowo tahini) oraz lekka słodycz właśnie już bardziej chałwowa. Wydało mi się to prażone (czy raczej palone) w punkt, delikatnie; nieco karmelowe. Ułożyło się w woń dobrej, niemal mlecznie-roślinnej chałwy z sezamu o leciusieńko prażonym charakterze. W trakcie jedzenia goryczka wydała mi się nie tylko sezamowa po prostu, ale wyraźnie "orzechowo" za sprawą oleju sezamowego i jak mocno palony karmel. 

Na wierzchu wydzieliło się sporo oleju, z czego dobrą łychę zlałam, a resztę niedokładnie przemieszałam (lubię sprawdzać sobie różną konsystencję, w tym suchszo-gęstszą na dnie). 
Ciemne kropeczki widoczne na pierwszy rzut oka okazały się drobnymi kryształkami cukru kokosowego.
Krem ogólnie był gęsty i dość zwarty. Może nie bardzo, bo zwłaszcza na wierzchu trochę lał się i ciągnął, ale jednak. Na tyle, by uznać go za masywny. Daleko mu do gładkości, bo wypełniały go drobinki sezamu i... kryształki cukru kokosowego. Trochę mi przeszkadzało wrażenie tej kryształkowości, ale w konwencję chałwy się to wpisało i idzie się przyzwyczaić (zwłaszcza, gdy tak jak ja, je się ten krem, pozwalając mu swobodnie rozpływać się w ustach i jedynie raz po raz "podgryzając"). W zasadzie cały wydawał się taki "miazgowaty", jak pasta z chałwy. Całość skrzypiała i trzeszczała, mocno kojarząc się nie tylko z chałwą, ale trochę też z przemielonymi wiórkami kokosowymi.
W ustach smarowidło rozpływało się powoli, gęsto i jakby się w tej gęstości nakręcając. Usta zalepiało trochę; bardziej oklejało zęby w sposób... sezamowo-pastowy, ale jednak delikatniej. Nie przeszkadzający tak bardzo. Krem był tłusty jak tahini, której lekko oleisty aspekt i ogólne wrażenie tłustości kryło się w chałwie. Chałwowe poskrzypywanie dało o sobie znać, nawet przy niegryzieniu. Jakby wisiało w powietrzu!
W końcu masa znikała z minimalnie wodnistym efektem (jakby rozpuszczający się cukier kokosowy rozganiał potencjalnie lepko-memłające się elementy?), co ratowało zęby (nie zostawały oklejone). 
Jak myślałam, na dnie (tak od połowy?) krem był suchszy i bardziej zwarty, a dzięki temu jeszcze bardziej skrzypiąco chałwowy. Wciąż jednak mowa o chałwie przerobione na pastę (np. brak kruchości, takich aż "włókien" czy coś). 
Ogół wyszedł jak tahini z sowitym dodatkiem chałwy (możliwe, że kokosowej), miał jej elementy strukturalne, w co cukier poniekąd się wpisał. Mimo to, w trakcie jedzenia nie przeszkadzał (ja bym jednak zredukowała jego ilość, choćby częściowo go rozpuszczając).

W smaku pierwsza uderzała wysoka słodycz... szybko dająca się poznać jako naturalnie sezamowa i przez to aż zaskakująca tą mocą (pozytywnie - podobnie zaskoczyć potrafią nawet pasty fistaszkowe 100%, nie mówiąc już o miąższu z kokosa). Od pierwszych sekund wyraźnie czuć bowiem sezam, zachwycający swoim delikatnie prażonym smakiem. Wydał mi się niemal mleczny (chwilami do głowy przychodziło mi mleczko kokosowe), łagodniusi i czysty smakowo. Szybko doszła do niego aż roślinna, rześka naleciałość.

Słodycz zaczęła gonić goryczka. W pewnym momencie gorzkość natarła z pełną mocą i też aż tym zaskoczyła - miała lekko orzechowy charakter, pochodzenie czysto sezamowe. Przemieszała się ze słodyczą, dając efekt niecodziennie gorzkiej od sezamu chałwy. Zrównała się ze słodyczą i na moment ją wyprzedziła. Oprócz goryczki sezamu, raz po raz wyłapałam goryczkę oleju sezamowego, w tym przypadku też jednak w pozytywnym sensie. Bukiet goryczek stonował i rozgromił słodycz, że już nie rosła, acz wciąż tworzyła klimat chałwy.

Tę naturalność sezamu, słodką rześkość podkręcił bez dwóch zdań cukier kokosowy, bo słodycz z czasem rozwijała się, była dynamiczna.... I łagodniała. Wraz z tym, jak krem i zatopione w nim kryształki cukru kokosowego rozpływały się w ustach, nasilał się palony - acz i tak niski - motyw. Słodycz nabrała karmelowego tonu, integralnie mieszając się z sezamową. Razem rozbrzmiały chałwą. A w zasadzie Chałwą. Jakoś w połowie rozpływania się kęsa już wyraźnie czułam 200% nieprzesłodzonej chałwy. Naturalnej i słodkiej... właśnie naturalnie, nie za mocno.

Przy kolejnych łyżeczkach wyłapywałam gorzkość szybciej, chwilami stawała się nieco istotniejsza, przełamując słodycz, by następnie znów w niej zniknąć. Słodycz kumulowała się z czasem, acz zachowując spokojny charakter. Im więcej jadłam, tym bardziej się to wszystko wyważone wydawało. Żaden z naturalnych smaków już tak nie uderzał, nie zaskakiwał, a układały się w coraz to kolejne nakłady chałwy. Od rozpuszczających się i znikających kryształków migała jeszcze wyższa słodycz, popisująca się na tej płaszczyźnie. Pod koniec jedzenia większej ilości odczuwałam lekkie chałwoprzesłodzenie. Niby było męczące (bo mam wyjątkowo niski poziom tolerancji na słodycz), ale jednak w pełni zrozumiałe.

Przy każdej jednak łyżeczce powtarzał się jakby pewien schemat: uderzenie naturalnej słodyczy sezamu, do czego krem dodał naturalną gorzkość sezamu i postawił znak "równa się". Po nim była już chałwa - tak, dosłodzona cukrem kokosowym, który to wymieszał słodycz i gorzkość sezamu i splątał je mocno.

A jednak w posmaku i tak to głównie sezam został. Gorzkawy, a zarazem delikatny, naturalnie słodkawy. Już nawet nie tak mocno, ale wciąż szlachetnie chałwowy. Było słodko, ale i rześko, z goryczką, co przełożyło się na przyjemne wrażenie, że choć zjadłam coś znacząco słodkiego, nie zasłodziłam się.
Podobnie nie doskwierała mi tłustość (dzięki tej rześkości?), a i zębów nic się nie trzymało. Całość sprawiała wrażenie przyjemnie lekkiej.

Spróbowałam trochę (dodałam wielką łychę i jadłam zagarniając razem, niezbyt mieszając) zjeść z jogurtem greckim. Muszę przyznać, że efekt był niezły, bo krem nie dał się zagłuszyć. Bardziej niż chałwowo, wyszedł jednak, jakbym dodała tahini i posłodziła. To nie do końca moja bajka, bo przeszkadza mi słodycz zmieszana z jogurtem, a krem ten... no, słodki jest. Trochę uciekła ta esencjonalna chałwowość, ale to może zależeć od dodanych proporcji, a ja nie chciałam zbytnio zasłodzić jogurtu. Na pewno rozeszła się chałwowa struktura, bo pasta sama z ochotą się z jogurtem mieszała, a cukier się rozpuszczał (ale czuć go). To jednak utwierdziło mnie w przekonaniu, że ogólnie obecność kryształków w chałwowym kremie nie jest bez sensu.
Do jogurtów chyba za bardzo jestem przyzwyczajona zupełnie czystych niesłodzonych. Połączenie to jednak wydaje się spoko, bez zgrzytów. Ja nie zjadłabym np. posłodzonego jogurtu wymieszanego z pastą 100%; preferuję duet jogurt + pasta, bo dosładzanie mnie odpycha. To jednak skrajnie subiektywne nastawienie.

Nie ukrywam, że większość potraktowałam jako "coś do łyżeczkowania", ale że do kremu zdążyłam już wrócić, ostrożnie przetestowałam także opcję na waflach - u mnie Eurowafel Bardzo Wafle gryczane (z Mamą się władowałyśmy w dwie paki i szukałyśmy na jednak nielubiane dziadostwo sposobów). Tu na starcie był problem, bo nie cierpię tego typu wafli, ale że o tych słyszałam pochlebne opinie, że są w miarę neutralne, pomyślałam, że jako bazie, mogę dać im szansę (szukałam czegoś pod inne kremy, o których za jakiś czas). I choć same wafle mnie nie kupiły (bo to wafle - nie uważam ich za warte jedzenia osobno), to muszę przyznać, że ten krem do takowych, a więc delikatnych, bazowych wafli, pasuje. To on gra pierwsze skrzypce, eksponując w zasadzie te same walory, co osobno. Chyba że wafel trochę przełamuje słodycz. I zdecydowanie tłustość wydaje się niższa. Nie uciekł za to element chałwowości, co ważne. Mało tego, krem nadał waflom charakteru i jedzone z nim wydały mi się spoko (podczas gdy samodzielnie - nudne, kartonowe i za twarde, mimo że rzeczywiście mają - osłabiony - smak kaszy gryczanej). Jednak, to skrajnie subiektywne, szkoda mi było tego kremu do wafli. To dlatego, że najbardziej podobało mi się, jak krem rozpływał się w ustach, a nie gryzienie go.
Po prostu urzekło mnie, jak się smaki pokazywały i łączyły, gdy tak spokojnie się rozpływał.

To smaczne i w dodatku dość uniwersalne w kwestii wykorzystania smarowidło. Chałwowe jak nie jedna chałwa. Przy czym chodzi o chałwę marzeń, bo daleką od przesłodzenia. Uderzające naturalnymi, czystymi smakami. Mocna goryczka sezamu była pożądana, w pełni pozytywna, a jego naturalna słodycz wydobyta i tylko trochę podkręcona. To mocno trochę tahinowa chałwa (np. dałam Mamie z ciekawości powąchać i wg niej "śmierdzi gorzkością" - więc nie jest to chyba krem dla miłośników typowych słodkich chałw lub konwencjonalnie słodkich kremów). Nie dość, że krem wyszedł bardzo, bardzo naturalnie, to jeszcze dobrze jakościowo - czuć, że producent świetnie obszedł się ze składnikami (np. olej sezamowy w tahini potrafi różnie wyjść, zajeżdżać okropnymi nutami, a tu wszystko było idealnie trafione). Niby trochę mi przeszkadzały kryształki, ale rozumiem ich występowanie - może w ogóle trudno porządnie ten cukier rozpuścić? W Mixitelli Brownie też w sumie były...
Zdecydowanie najlepszy krem chałwowy, jaki dotąd jadłam. Basia Basia Chałwolada czy Primavika Pasta sezamowa słodzona syropem z agawy przegrywają z kretesem, ale nawet smaczny Zotter Crema Sesame przez swoją słodycz i konsystencję zostaje w tyle.


ocena: 10/10
kupiłam: Allegro; nutura.pl
cena: 11,99 / 11,42 zł za 190g
kaloryczność: 623 kcal / 100 g
czy kupię znów: tak

Skład: prażony sezam 85%, cukier kokosowy BIO 15%