Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morin. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2025

A. Morin Equateur Esmeralda noir 70 % ciemna z Ekwadoru

Ekwador jako kraj pochodzenia ziaren kakao spotykam dość często, więc gdy tuż przed degustacją dziś prezentowanej porządnie dotarło do mnie, że dotąd nie jadłam czekolady stamtąd tej mojej ukochanej marki, wytrzeszczyłam oczy i aż zaniemówiłam. Że też akurat tabliczki stamtąd się nie trafiały...? Jak to? Wydawało mi się to dość dziwne, ale za to degustacja jawiła się jako jeszcze bardziej ekscytująca.

A. Morin Equateur Esmeralda noir 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Nacional z Ekwadoru, z regionu miasta Esmeraldas.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach drzew i bardzo słodkich, acz charakternych kwiatów. Wtórowała im słodycz bananów i soczystość słodko-kwaśnych pomarańczy, wymieszanych z miechunkami i czymś egzotycznym niedookreślonym. Pomyślałam o jakiś żółtych owocach - ale jakich? Na pewno obok całej tej soczystości i słodyczy pojawiła się jeszcze gleba i jakby brudno-ziemiste kadzidełka indyjskie patyczkowe (w wariancie "henna"?) oraz "żywiczne" rodzynki. Nakręcały się nawzajem z drzewami.

Tabliczka była twarda tak bardzo, że aż zapomniałam, że czekolada może taka być. Przy łamaniu trzaskała głośno, a jej dźwięki sugerowały zbitość i konkret.
W ustach rozpływała się powoli. Potwierdziła się jej zbitość. Przechodziła jednak w kremowość. Zachowywała kształt i pierwotną twardawość, ale jednocześnie trochę maziście wypełniała usta. Z czasem rzedła za sprawą soczystości, przy czym ujawniła się epizodyczna proszkowość. Ta była wysoka i z czasem sprawiała, że czekolada znikała rzadko, acz wciąż z poczuciem konkretu.

W smaku pierwsza polała się intensywna, wyrazista słodycz jasnego miodu. I... miodowego, niemal wilgotnego i lepkiego od miodu biszkoptu? Zaczęła narastać soczystość, za sprawą której pomyślałam o biszkopcie miodowo-bananowym.

W słodyczy pokazała się pewna dzikość, oddająca górskie, bardzo wonne kwiaty. Całe mnóstwo kwiatów! Kwiaty i jakieś pojedyncze... ukryte wśród nich "jagódkowate" owoce leśne?

Soczystość zaczęła przejawiać odrobinę kwasku, choć czuć, że na razie była to tylko zapowiedź. Pomyślałam o bardzo słodkiej pomarańczy, tylko z zaakcentowanym kwaskiem. Ogólna słodycz bowiem cały czas się rozchodziła. Nie tyle rosła, co pokazywała się z różnych stron. Przeszła w karmel. Palony dość odważnie. I... jeszcze ciepły? Przez chwilę zapuszczał się we wręcz korzenne rejony.

Karmel właśnie poprzez palony charakter wprowadził palone drewno. I na moment... palonego kokosa? Drewno po chwili zgubiło paloność. Pomyślałam raczej o drzewach, drewnianych, opuszczonych juhasówkach i glebie. Wilgotnej, niemal gliniastej. Trzymała się tego wszystkiego średnio mocna gorzkość.

Soczystość odważyła się i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zdecydowała się na więcej kwaśności. Do pomarańczy dołączyły świeże miechunki i coś egzotycznego, acz... słodszego. Owoce żółte cały czas dosładzały i trzymały w ryzach chyba banany. Obok zaś przemykały cierpkawe, ciemne i drobne owoce leśne - ich cierpkości nic nie stopowało, acz też nie była wysoka.

Gorzkość trochę wzrosła, ale cały czas była raczej delikatna. Jakby trochę powstrzymywały ją orzechy... niezbyt jednoznaczne, choć z czasem chyba jako włoskie się pokazały. Tonowały trochę gorzkość, podobnie jak pewna... zieleń? Rośliny, dbające o świeżość kompozycji. Te neutralniejsze przeplotły słodkie, dzikie kwiaty.

Słodycz rosła mimo to. I właśnie z kolei dzięki temu, nie przesadzała. Zaplątał się bananowo-pomarańczowy biszkopt, który zaraz zmienił się w ciastka biszkoptowe z galaretką (typu Delicje). Moje myśli po chwili jednak wróciły ku miodowemu biszkoptowi... biszkoptowi z kawałkami soczystego, świeżego ananasa? Miejscami mocniej podpieczonego...? Toż to ciasto marchewkowe ze sporą jego ilością! I pojedynczymi rodzynkami? Takie lekko korzenne, w którym chrzęst napędza kokos?

Korzenność na zasadzie kontrastu podkreśliła ziemię. Tym razem była to czarna i wilgotna, niemal kwaskawa od otaczających ją roślin iglastych ziemia górska. Wilgotna i choć ciężka, sugestywnie pikantna, to w pewnym sensie rześko-świeża. To też zasługa wciąż świetnie wyczuwalnych, górskich kwiatów.

Po zjedzeniu został posmak pomarańczy i dzikich kwiatów, do których wrócił miód. Czułam sporo ziemi i drzew, a także odrobinkę orzechów - chyba włoskich bardzo młodych, prosto z drzewa albo jeszcze i na drzewie. Do tego zaznaczyła się ziemiście-korzenna prawie pikanteria na języku.

Czekolada bardzo, bardzo mi smakowała. Wolałabym co prawda odrobinę silniejszą gorzkość, ale nut ziemistych, mokrej gleby w kompozycji nie brakowało. Sporo było też drzew i akcent orzechów, co pasowało do dzikich, słodkich kwiatów. Akcent miodu i bananów jako soczysty biszkopt świetnie połączył to wszystko z soczystością. Ta pochodziła od owoców, ale to też soczystość... natury? Roślin? Pomarańcze, miechunki i banany z czasem zmienił się w ciasto marchewkowe z ananasem, co też było niecodzienne i pyszne.


ocena: 9/10
cena: €6,95 (około 30 zł)
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie, ale chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

piątek, 20 grudnia 2024

A. Morin Venezuela Guasare noir 70 % ciemna z Wenezueli

Przed każdym niejedzonym dotąd Morinem czuję ogromną ekscytację. Nie inaczej było w przypadku tabliczki z kolejnego regionu Wenezueli. Dotąd o tej zawartości kakao tego producenta jadłam 3 różne - wszystkie miały różne oceny (8-10). Zastanawiałam się, do której będzie najbliżej dzisiaj prezentowanej. Rzeka Guasare płynie blisko Kolumbii i z tego co poczytałam, niektórzy twierdzą, że kakao z jej okolic ma w sobie sporo ze starych, kolumbijskich ziaren Criollo. Brzmiało dobrze. A przy okazji trafiłam na informację, że kakaowce nad Guasare mają imponująco duże owoce.

A. Morin Venezuela Guasare noir 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Wenezueli, z regionu rzeki Guasare.

Po otwarciu uderzył zapach drzew jakby przeplecionych soczystymi cytrusami. Drzew, które dopuściły do siebie trochę delikatnych, kwitnących kwiatów, a także lekką, paloną gorzkość. Wyraźnie zarysowała się soczysta i słodka pomarańcza, z cytrusowo goryczkowatym echem... jakiegoś likieru cytrynowo-limonkowego? Pomyślałam o drinku gin&tonic z wkrojonymi cytrusami. Paloność podkradła się też do nich, a że całość była dość dosadnie słodka, pomyślałam o kruchych, cytrusowych ciastkach.

Twarda, lekko pylista w dotyku tabliczka podczas łamania trzaskała konkretnie i głośno. 
W ustach rozpływała się powoli. Była zbito-kremowa. Długo utrzymywała swój kształt i nawet pewną twardawość, roztaczając mazisto-zawiesinowy smar po całych ustach. Była średnio tłusta i lekko soczysta.

W smaku przywitała mnie słodycz z delikatnie palonym tłem. W pierwszej chwili słodycz wydała mi się nieco palona, że przez myśl przemknął mi karmel, ale jak to był on, musiał być palony bardzo, bardzo lekko.

W słodycz wpisała się także owocowa soczystość, reprezentująca miękkie, bardzo słodkie morele. Za sprawą ich soczystości, pewna część słodyczy się oddzieliła i sprecyzowała obraz. Oto oczami wyobraźni patrzyłam na ciastkach z karmelową nutką. Pomyślałam o herbatnikach z warstwą karmelu (coś a'la Twix w wersji ciastkowej i szlachetnej, z ciemną czekoladą).

Palona nuta od słodyczy nieco też się oddaliła i zaserwowała gorzkość. Początkowo lekką, ale odważnie rosnącą.

Owoce w tym czasie, jako wątek też niby słodki, ale oddzielny wplotły subtelny kwasek. Obok moreli pojawiły się nieśmiałe, słodko-kwaśne truskawki i słodkie, a tylko z zaznaczonym kwaskiem, pomarańcze.

Ciastka zgubiły gdzieś karmel. Zmieniły się w zwyklejsze herbatniki po prostu - acz jako że gorzkość kakao trzymała się ich, to już nie były ciastka oblane czekoladą, a delikatnie kakaowe. Z goryczką podkreśloną palono-pieczoną nutką?

Uderzyły drzewa. Wyszły na pierwszy plan, na moment odciągając uwagę od niepewności odnośnie poszczególnych nut. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa jeszcze podkreśliła je palona nuta. Na zasadzie kontrastu przy niej drzewa wydały mi się jeszcze bardziej pełne życia, z wręcz soczystymi liśćmi. Rosły, skąpane w słońcu. Dominowały, ale nie zagłuszały reszty nut, które jakby... dopiero przekonywały się do siebie?

Promienie słońca wydawały się rozgrzewające i... drapiące? Przemknął mi przez myśl miód pomarańczowy i kwiaty pomarańczy. Miód... z dodatkiem słodko-kwaskawej pomarańczy, taki bardziej udziwniony? 

Cytrusy rozkręciły soczysty kwasek. Goryczka trzymała się ich w najlepsze za sprawą skórek. Przez myśl przemknął mi drink gin z tonikiem, do którego wkrojono plastry cytryny, limonki i pomarańczy. Drzewa i ogólna gorzkość nadały bowiem cytrusom poważniejszego charakteru.

Wróciła nutka czerwonych owoców - truskawki jednak jakoś osłabły. Wychwyciłam odrobinkę cierpko-kwaskawych, ale dojrzałych wiśni - tej większej, słodszej odmiany. Wciąż jednak kwaskawej. Wpisanej jednak jakby... w miodowo-ucierane ciasto? Do niego podkradły się też morele ze wskazaniem na specyficzne skórki, których... nagle czerwone owoce się wystraszyły?

Końcowo także ciastka - bardziej już kruche niż herbatnikowe? - podchwyciły soczystą, owocową nutę. Pomyślałam o jasnych ciastkach z echem cytrusów, a także o miodzie pomarańczowym z kwiatów pomarańczy - delikatnych, białych. I z czasem kwiaty przyciszyły.

Po zjedzeniu został posmak delikatnych, białych kwiatów, które swą słodyczą mieszały się z ciepłym ciastowo-ciastkowym wątkiem. Czy to ciastka bardziej kruche, herbatniki kakaowe czy niemal ciasto - kryły w sobie owocowe akcenty. Czułam sporo cytrusów, głównie pomarańczy, ale i echo słodko-cierpkich wiśni oraz moreli (acz w posmaku te ostatnie były już ledwo wyczuwalne). Cierpkość i goryczka drzew oraz paloności zawisły nad tym wszystkim. Czułam też lekkie mrowienie języka - jakby od ginu z tonikiem i cytrusami?

Ogół był bardzo smaczny i interesujący. Drzewa i soczystość idealnie poradziły sobie z wysoką słodyczą. Sporo cytrusów z pomarańczą na czele, przebłyski czerwonych i gin z tonikiem świetnie zgrały się z intensywnym smakiem drzew. Lekka paloność zadbała o głębię i powagę, mimo że ogólna słodycz była wysoka. Ciastkowo-karmelowo-miodowo-kwiatowa wyszła aż ryzykownie, acz nie przesadnie ze względu na charakterność reszty nut.

Ciastka i drzewa czułam też w Morin Venezuela Ocumare noir 70 %, ale w podlinkowanej były bardziej korzenne i łagodziła je śmietanka, maślaność. Mimo to - wyszła bardziej siekierowo dzięki ziemi, idealnie pasującej do pomarańczy.
Morin Venezuela Puerto Cabello noir 70 % poszła w zupełnie inną stronę, bo cookie dough, a drzewa połączyła z migdałami i strączkami. Nalewki i raczej owocowe dżemy, miechunka wyszły chwilami aż kontrastowo w dziwnym sensie, nie do końca zgranie. W dzisiaj opisywanej nuty z kolei początkowo niby trochę kłócą, ale potem okazują się jednością, co mnie chwyciło.


ocena: 9/10
cena: €6,95 (około 30 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym do niej wrócić

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

poniedziałek, 25 listopada 2024

A. Morin Cameroun Chocolat Noir 70 % Edition Limitee ciemna z Kamerunu

Zamawiając tę czekoladę już nie mogłam się doczekać, kiedy jej spróbuję. To, że to edycja limitowana jednej z moich ulubionych marek to jedno, ale pochodzenie ziaren... Kamerun! Jakiż to rzadki region. Nawet ja jadłam dotąd tylko 4 czekolady stamtąd. Z opisu producenta można dowiedzieć się, że ta tabliczka została zrobiona z kakao ze starych plantacji, mających ponad 50 lat. Przywieźli je tam Niemcy. Początkowo były to ziarna Forastero, ale z biegiem lat młodzi rolnicy dosadzili jeszcze Trinitario. Zakładam więc, że poprzejmowały trochę swoich cech, porobiły się naturalne hybrydy. Morin kupił jednak kakao dokładnie z sektoru "Engaged Chocolatiers / Engaged Chocolate Makers", gdzie o kakao dbają rzemieślnicy-pasjonaci jako wolontariusze. Pracujący tam rolnicy dostają godziwe wynagrodzenia. Stosują się do wszystkich wymogów etycznej hodowli.

A. Morin Cameroun Chocolat Noir 70% Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Kamerunu, z departamentu Lékié.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach słodkich, marynowanych tworów: grzybków shiitake, tykwy japońskiej i... słodkich, duszono-marynowanych, niedookreślonych owoców? Miały w sobie pewną wytrawność. Pojawiły się też mieszane orzechy (w dużej mierze laskowe?), ale z kolei z wytrawnością... grillowanych kasztanów? Same orzechy też mogły być grillowane. Oczami wyobraźni patrzyłam w ogniskowy ogień. Jego ciepło przywiodło przyprawy i świeżo wypieczone brownie z chrupko-kruchym wierzchem i brzegami. Słodycz wydała mi się ciężka i wysoka - wzmocniły ją suszone owoce: daktyle i morele, możliwe, że także śliwki. I... suszono-wędzone gruszki? Zahaczały o akcent ciemnego miodu - może to na jego bazie sporządzono marynaty? Doszukałam się też leciuteńkiej, niemal nieuchwytnej i bardzo ukrytej, soczystości.

Konkretna, twarda tabliczka przy łamaniu - w które musiałam włożyć naprawdę sporo siły - trzaskała bardzo głośno, obiecując konkret.
W ustach rozpływała się powoli, trzymając swój kształt niemal do końca. Była zbita, ale jednocześnie kremowa. Tłustość stała na średnim poziomie. Roztaczała wokół siebie lekko mazistą, z czasem marginalnie pylistą, i soczyście rzadkawą zawiesinę.

W smaku zagrzmiała wysoka słodycz suszonych owoców. Prowadziły daktyle, wzmocnione ciemnym miodem gryczanym. Wplótł lekką cierpkawość, pikanterię i... wyraźny motyw ciastek. Wyobraziłam sobie jasne ciastka miodowe.

Słodycz rosła. Pokazały się rodzynki i suszone morele. W tle przemknęły też suszone śliwki - niemal muląco słodkie. I chyba... zaplątała się pojedyncza suszona figa?

Słodycz przeszła częściowo na korzenny tor. Przemknął cynamon, na chwilę wysunął się na przód, po czym wrócił do całej, ciepło-słodkiej mieszanki. Zmieszała się z ciastkami. Czułam się, jakbym właśnie schrupała miodowo-korzenne ciastko. Ciastko w którym... miód tonie, a wyłania się dziwna, mocno wypieczona wytrawność?

W tle pojawiła się maślaność. Zaczęła łagodzić i tak już niską gorzkość, ale cierpkości nie tknęła. Zaraz nasiliła się i okazało, iż to specyficzna, słodkawa maślaność naturalnych kremów orzechowych. Powiedziałabym, że miazgi z orzechów różnych, ale z dużym udziałem laskowych, posłodzonej pastą czy syropem daktylowym. Ten miał potencjalnie drapiący charakter.

Daktyle wplotły ciężką słodycz marynowanych warzyw i owoców, nawet grzybków shiitake. Znowu pomyślałam o tykwie i ciemnym miodzie. Wszystko to wprowadziło do słodyczy drobną wytrawność, ale gorzkość pozostawała na niskim poziomie. W oddali wychwyciłam obietnicę kwasku wiśni. Owoc ten zawisł między soczyście świeższym, a duszono-marynowanym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość poszła w palono-pieczoną stronę. Oczami wyobraźni patrzyłam na palenisko - ni grill, ni ognisko. Cierpkość zaznaczyła się odważniej... Nad ogniem piekły się kasztany i orzechy, a z oddali dolatywał akcent drzew.

Pieczoność podsunęła też brownie upieczone raptem parę godzin wcześniej. Pomyślałam o cieście, które tylko co wystygło, które ma chrupko-kruchy wierzch i brzegi... Dołączył do niego motyw sosu / syropu kakaowego i wiśniowa soczystość. Ciasto kontynuowało nasilanie się słodyczy, ale wzbogacając ją o coraz dosadniejszą cierpkość i wiśnie.

Słodkie, suszone owoce dopuściły do głosu słodkie owoce... grillowane? Wyobraziłam sobie ledwo uchwytne jabłka i gruszki z cynamonem i miodem. Ciepłe... czy nawet gorące (że aż niejednoznaczne?)! Na pewno zasładzające. Słodycz trochę drapała w gardle.

Poczułam też... gorącą czekoladę? Koniecznie z ciepłymi przyprawami korzennymi, w tym cynamonem. A do tego z soczystą nutką wiśni, bo ta na końcówce przypomniała o sobie. Może też jako... ciastka z suszonymi wiśniami?

Po zjedzeniu został posmak korzenny oraz orzechów z wytrawniejszym echem kasztanów - oczywiście jedne i drugie w formie pieczonej. Dosadna słodycz zaznaczyła się jako suszone daktyle, syrop daktylowy i ciemny miód. W tle przewinęła się wytrawniejsza, ale wciąż też słodka marynata, a mi w głowie na dobre rozgościło się brownie. Echo wiśni robiło aluzje do kwasku, może bardziej taniny.

Całość była bardzo dobra, ale jak na mój gust za słodka. I to słodka w dziwnie ciężki sposób bez adekwatnej gorzkości. Gorzkość to jedynie gorzkawość. Lekko pieczono-grillowane klimaty, ciepło przypraw korzennych pod przewodnictwem cynamonu zetknęły się z przeogromną słodyczą daktyli, syropu daktylowego, miodu gryczanego i innych owoców suszonych: rodzynek, moreli, może też śliwek. Wypieki, głównie ciastka, ale też brownie to kolejna dawka słodyczy. Trochę grillowanych jabłek i gruszek z cynamonem też słodyczy dołożyło. To... ciężka owocowość. Szkoda, że soczystość i kwaśność wiśni nie rozbrzmiała wyraźniej. Ciekawe akcenty kasztanów czy marynowanej tykwy, grzybków shiitake i innych różności niestety nie przebiły się przez zasłodzenie.

Taucherli Cameroon 70% Trinitario Cameroots też była bardzo słodka, ale w jeszcze... trudniejszy do przyjęcia sposób. Smakowała bowiem jasnym miodem, a do tego była maślana i delikatnie orzechowa. Czułam w niej nuty bagniste, wiśnie, jabłka i figo-winogrona, nawet wina, które zapewniły kwasek, co wyszło bardzo na plus. Tylko że w niej wytrawność wydawała siętrochę dziwna.

L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017 była jednoznaczny pyszna ze względu na mocne nuty drzew i ziemi. Może też nie była bardzo gorzka, ale wytrawnie soczysta. Orzechowo-warzywnie-kasztanowa, słodka od miodu i wanilii, ale też owocowa za sprawą mango, cytrusów, taninowych wiśni i porzeczek. 

Morin znalazł się gdzieś między nimi. Czyżby to prażenie-pieczenie tak przyciszyło soczystssze akcenty owoców, zostawiając te cięższe i słodkie?


ocena: 9/10
cena: €6,95 (około 30 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 11 sierpnia 2024

A. Morin Venezuela Puerto Cabello noir 70 % ciemna z Wenezueli

Po dwóch limitowanych nowościach Morina postanowiłam sięgnąć po czekoladę też nową, ale zwyklejszą. Marka poszerzyła swoją ofertę o jeszcze jedną tabliczkę z wenezuelskiego kakao. Bardzo mnie ciekawiła, bo Morin Venezuela Ocumare noir 70 %Morin Venezuela Chuao Noir 70 % były przepyszne. Dzisiaj przedstawianą zrobiono z kakao trinitario, które w swoim drzewie genealogicznym ma sporo Criollo, z okolic miasta Puerto Cabello. Z tego, co napisał producent o tych ziarnach, od poszczególnych zbiorów mocno zależy, jakie konkretnie czerwone i kwaśne owoce czuć. Intrygujące! Acz ja chyba wolę plantacje-pewniaki, z których czekolada cały czas ma szansę smakować mniej więcej tak samo, a nie co roku inaczej. Chyba że mowa o limitkach - takie kakao z bardziej... dynamicznych plantacji (o ile można je tak określić) świetne na nie się wydaje.

A. Morin Venezuela Puerto Cabello noir 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Wenezueli, z regionu Carabobo, okolic miasta Puerto Cabello.

Po otwarciu poczułam zapach niepewnej swojej pozycji, ale mocnej, kawy oraz migdałów ze strączkami. Migdały wydały mi się trochę jakby wędzone, wytrawniejsze. Pewnie podyktowały to ugotowane groch i soczewica. Wszystko to otaczały drzewa i drewno, a także przeplotła słodko-ciężkawa soczystość pomarańczy, suszona miechunka i bardzo dosłodzona nalewka z wiśni. Przewinęła się w tym cierpkość - do głowy przyszły mi kwaśne rodzynki i niezbyt dojrzała karambola. Drzewa musiały kwitnąć, ponieważ poczułam też kwiaty, za którymi podążało echo bardziej ziołowe.

Tabliczka była średnio twarda, ale bardzo konkretna i masywna. Wydawała się w dotyku trochę pylista, obiecująca jednak kremowość i raczej zbita. Jej średnio głośne, ale konkretne trzaski utwierdziły mnie w tym przekonaniu.
W ustach rozpływała się raczej wolno. Długo zachowywała kształt, była zbita, ale nie gęsto-kremowa. Kremowość zaznaczyła się jakby dopiero na którymś planie. Czekolada maziście pokrywała podniebienie i zmieniała się w szorstkawą zawiesinę, zachowując masywniejszy rdzeń, mimo że z czasem trochę soczyście-wodniście rzedła. 

W smaku od razu wystrzelił motyw słodkiego kremu orzechowo-czekoladowego, zrobionego na bazie orzechów laskowych i przesłodzonego wanilią. A jednak na pewno miał ciemnoczekoladowy kolor i obiecywał gorzkość.

Do orzechów laskowych już po chwili dołączyły migdały, które zadbały o pohamowanie słodyczy. Krem wydał mi się delikatniejszy, spokojniejszy i nieco wytrawniejszy.

Słodycz sama w sobie jednak była wysoka i ani myślała odpuścić. Może i odłączyła się od kremu orzechowego, ale umiała sobie poradzić. Wtłoczyła zakalcowe kawałki / ciasteczka "cookie dough". Też waniliowe albo dodane do jakiejś waniliowej, może lodowej masy.

Z czasem migdały zostały wsparte przez drzewa. Słodki, czekoladowy krem odszedł w niepamięć, a migdały pokazały się z neutralniejszo-wytrawniejszej strony. Przemknęło mi lekkie wędzenie i jakby drewno z wędzarni, ale było to marginalne. Drzewa wydały mi się trochę osłodzone kwiatami.

Gorzkość w tym czasie zdecydowała się ruszyć. Była dość dosadna, ale nie taka znowu mocna. Próbowała poskromić słodycz, a to wykorzystały bardzo nieśmiałe owoce. W tle odnotowałam soczystość słodkich pomarańczy i mandarynek. Wędzenie pod ich wpływem zmieniło się w podwędzone-suszenie...? W sensie suszone owoce?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wytrawniejszo-neutralne migdały zmieniły się częściowo na moment w drzewa, a potem już na dłużej w gotowane strączki: groch, soczewicę o orzechowawych zapędach. Nie pozwoliły gorzkości na rozwinięcie się w pełni. Pojawiło się trochę kawy, ale gdzieś w tle. Także z tła raz po raz dochodziły drzewne wtrącenia.

Do słodkich cytrusów doleciała pewna ciężkość. Chyba suszonej miechunki i kwaśnych rodzynek? Te drugie zawahały się, a pomarańczowo-pomidorowy smak miechunki tym samym nabrał odwagi. Dołączyło do niej jeszcze coś... Pomyślałam o przesłodzonej wanilią, trochę podbuzowanej nalewce z wiśni. Zmieniła wspomniane cytrusy w ciężkawy, przypalony dżem z wanilią. Zdecydowanie za dużą jej ilością, ale wciąż też z cierpkawym elementem od skórki pomarańczy.

Słodki motyw ciasteczkowy raz po raz też nakręcił cierpkość - czułam się, jakbym jadła cookie dough z porządnie goryczkowato-cierpkawymi kawałkami ciemnej czekolady. Drzewa pomogły jej w debiucie, jakby nieco spychając inne konkretniejsze nuty.

Słodycz i cierpkość przywołały lukrecją. Dżem i nalewka mogły być nią doprawione, bo niezwykle harmonijnie z nimi się rozchodziła. Potem jednak wywyższała się. Czułam jej chłód, ale nie ostrość. W końcu trafiła też na strączki i wraz z ukwieconymi drzewami zmieniła się z nimi w cierpkawe zioła. Zioła i zieloną kawę?

Po zjedzeniu został posmak cytrusowego (pomarańczowego, może trochę mieszanego z np.... miechunką?) dżemu z wanilią i lukrecją, sporej ilości niedookreślonych ziół oraz wyraźnie zaznaczonych, mimo że nie mocnych jako same w sobie, orzechów, migdałów i drzew. Czułam też przesadną słodycz wanilii jakby prosto z cookie dough.

Czekolada była intrygująca i po prostu smaczna, ale mam swoje ale. Nuty kremu orzechowo-czekoladowego, a potem cookie dough z ciemną czekoladą nakręcały czekoladowość, która była potrzebna nutom wytrawniejszych strączków i za wysokiej słodyczy wanilii. Bez wtłoczenia w taką czekoladowość, kontrast byłby dziwny. Migdały i drzewa, trochę kawy, kawa zielona oraz soczystość w ciężkim, dżemowo-nalewkowym wydaniu dopasowały się, ale nie były uległe. Miały sporo do powiedzenia. Pomarańcze, mandarynki jako dżemy i suszone miechunki, rodzynki stanowiły dobry kontrapunkt do słodyczy czy końcowych ziołowości i lukrecji. Całość wyszła bardziej wytrawnie niż tak gorzko-gorzko, a jednocześnie bardzo, aż ryzykownie i dla mnie przesadnie słodko. Kwasek był znikomy - to raczej soczystość.

Korzennie-drzewna Morin Venezuela Ocumare noir 70 % jednak smakowała mi nieco bardziej, a Morin Venezuela Chuao Noir 70 % z nutami drzew, wiśni i truskawek zdecydowanie wygrała z obiema.


ocena: 8/10
cena: €6,95 (około 30 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

czwartek, 30 maja 2024

A. Morin Honduras noir 70% Edition Limitee ciemna z Hondurasu

Gdy zobaczyłam tę czekoladę, aż zaświeciły mi się oczy. Odkąd włożyłam ją do szuflady, myślami wracałam do niej raz po raz, ale po Zoto Mayan Red Copan Honduras 72 % wiedziałam, że lada dzień nastanie jej moment. Ziarna, z których zrobiono tę tabliczkę, mają znaną linię genetyczną i są ponoć czyste, przy sadzeniu były dokładnie wyselekcjonowane. To Criollo, ale nieco bardziej odporne. Morin zakupił je od kooperatywy drobnych rolników (jakich konkretnie, nie znalazłam). Główny okres zbiorów, zbiory najbardziej obfite w Hondurasie przypadają na miesiące od października do czerwca. Ziarna zebrane fermentują w drewnianych skrzyniach, a potem suszą się na drewnianych tacach w tropikalnym słońcu. Producent podkreślił, że suszenie było tu kluczowym etapem wpływającym na smak. 

A. Morin Honduras noir 70% Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao criollo z Hondurasu; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam zapach lekko prażonych migdałów w ciemnej czekoladzie oraz migdałowych trufli otaczanych w kakao. W oddali prezentowały się drzewa i trochę owoców. Pomyślałam o słodkich truskawkach, za którymi czaiły się inne czerwone. Już kwaśniejsze. Mimo że kwasek przemykał, było to ogółem bardzo słodkie. Pojawił się karmel, jednak to nie był zupełnie on, a przynajmniej nie tylko. Soczystość sugerowała figi - może właśnie w karmelu lub słodkiej czekoladzie? Do głowy przyszła mi też naturalna, wiejska maślaność, jakiś swojski nabiał. 

Tabliczka była średnio twarda, ale masywna. Podczas łamania trzaskała spodziewanie średnio głośno. W dotyku wydała mi się dość tłusta i kremowa.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanie wolnym. Niemal do końca zachowywała pierwotny kształt, acz miękła. Jakby nieco powierzchownie, jakby pozbywając się kolejnych warstw tłustej, czekoladowej mazi, która pokrywała podniebienie. Z czasem wydała mi się lepkawa. Zakradła się do niej rzadkawość, trochę soczystości i niemal niezauważalne pyliste echo.

Pierwsza po ustach rozeszła się słodycz karmelu. Karmelu? Od razu jakoś się zachwiał. Doleciało bowiem do niego sporo soczystości, przemieniającego go w słodką, niemal miodową złocistą figę suszoną. Suszoną, ale właśnie bardzo soczystą. Soczystość pokazała się i zaraz odleciała na tyły, ale nie zniknęła.

Przemknęły migdały w słodkiej, ciemnej czekoladzie. One też dały się poznać jako słodkie, na pewno blanszowane, może odrobinkę tylko prażone. Soczystość w tle nie śmiała się przed nie wychylić, ale chyba już tu obiecała drobny kwasek.

Delikatność migdałów przywiodła maślaność. Pomyślałam o wiejskim, swojskim maśle, które tylko co ubito. Otworzyło drogę właśnie bardzo sielskiemu, wiejskiemu motywowi nabiału. Już nie tylko masła, ale i śmietanki. Echo kwasku pojawiło się i tu.

Od migdałów w czekoladzie rozeszła się gorzkość. Rosła lekko. Dodała lekką cierpkość, kojarzącą się z truflami migdałowymi, obtaczanymi w kakao.

Wróciły soczyste wtrącenia. Zmienił się ich wydźwięk - to już nie figi, a owoce czerwone. W tle zbierało się ich coraz więcej.  Soczystość wprowadziła kwaśność z wpisaną w nią słodyczą, jak to zbieranina owoców.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość wzrosła znacząco. Pokazała czekoladowo-kakaowe ciasto migdałowe. Może migdałowe brownie? Zrobione ze zmielonymi migdałami i przyozdobione migdałami na wierzchu. Wprowadziło pieczony wątek, umocniło palony aspekt słodyczy. Karmel jakby tylko na to czyhał i zaznaczył się w oddali.

Soczystość i śmietanka dopuściły do siebie delikatną kwaśność. Najpierw wciąż były to raczej pojedyncze owoce, ale stanowiły coraz ważniejszy element. Czułam sporo słodkich truskawek, za którymi podążały kwaśniejsze... czerwone porzeczki? I troszeczkę wiśni? Wyobraziłam sobie sernik różowego koloru, bo zrobiony właśnie z czerwonymi owocami. Sernik wiejski, zrobiony na swojskim mleku i z własnym masłem.

Pomyślałam o rozgrzanych słońcem drzewach, które zaraz zajęły się karmelem. Wróciły suszone figi słodkie, ale soczyste, wygrywające z karmelem przy wsparciu drzew. Przełożyło się to na wzrost słodyczy, która w zasadzie zrównała się z gorzkością. Gorzkość była z kolei jakby nieco hamowana przez... nabiał? Maślaność? Wydało mi się to lekko cierpkawe.

Nagle w odpowiedzi na to podskoczyła kwaśność za sprawą cytryny. Płynęła z sernika, już o wiele bardziej owocowego. Może z jakimś kwaśnym sosem z cytryny? Oczami wyobraźni zobaczyłam amerykański sernik cytrynowy.

Spośród drzew wymknęły się jednak migdały. Sernik miał zrobiony... migdałowy spód? Nagle migdały zagłuszyły kwaśność. Została lekka cierpkość... Cierpkość kakaowo-czekoladowego sernika z mocno zaznaczonym kwaskiem. Acz już nabiału, nie owoców.

Po zjedzeniu został posmak migdałów w czekoladzie, migdałowych trufli w kakao oraz kwaskawy splot truskawek i czerwonych porzeczek. Kwasek mieszał się trochę ze śmietanką, a truskawki jakby odśrodkowo dodały mu słodyczy. Słodycz wręcz ciężkawą? Figowo-karmelową? Nie jasną, acz dosadnie zaznaczoną.

Całość była pyszna i ciekawa. Słodycz wyszła ryzykownie wysoko, ale miała charakter - te przepychanie się karmelu i fig było bardzo interesująco. Migdałowy przegląd słodkości od migdałów w czekoladzie, przez trufle migdałowe po migdałowe ciasto zgrało się świetnie z akcentami drzew i maślanością, nabiałem. Tego było dość sporo, chwilami maślaność wydawała mi się nieco za bardzo łagodząca, ale przynajmniej w końcu zaobfitowała w sernik. Najpierw nieśmiała soczystość fig, a potem sernrik truskawkowo-porzeczkowy i cytryna przełamały ciężkawą słodycz, dbając o kwaśność. Dynamiczna kompozycja. Mimo że nie jakoś wyjątkowo złożona, na pewno nie prosta.

Mleczne akcenty, migdały jako nugat, Snickers, kawa migdałowa mleko truskawkowe Zoto Mayan Red Copan Honduras 72 %  trochę mi się z dzisiaj przedstawianą kojarzyły, Z tym, że to właśnie podlinkowana zachwyciła bez żadnych "ale".


ocena: 9/10
cena: €6,95 (około 32 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 23 kwietnia 2024

A. Morin Togo Akata noir 70 % Edition Limitee ciemna

Odkąd kupiłam kilka limitowanych tabliczek ukochanej marki Morin, często wracałam do nich myślami. W końcu poczułam ogromną ochotę na tę konkretnie. Niezwykle rzadko trafiam na czekolady z kakao z Togo. A już o tej zawartości kakao - nigdy nie jadłam. Dzięki opisowi tabliczki Morina dowiedziałam się, że kakao z Togo rośnie głównie w południowo-zachodniej części kraju, skąd, a dokładniej z regionu Agou, producent je zakupił. Rosną tam dwie odmiany, nazywane Tete Kossi i Amazon. To hybrydy criollo, forastero i trinitario, bo wszystkie one rosną w Togo, z tego co zrozumiałam. Klimat przypomina górzysty klimat Gwinei, zaś gleba znana jest ponoć ze swego bogactwa ze względu na obecność wygasłych wulkanów. Dodatkowo na tamtejszych plantacjach w zasadzie nie ma pestycydów. O tym kakao wiadomo jeszcze, że po zbiorze ziarna fermentują przez 5-7 dni, a następnie są suszone na słońcu lub w magazynach, ale też tak, by to suszenie przypominało jak najbardziej to naturalne, słoneczne.

A. Morin Togo Akata noir 70% Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości  70 % kakao Tete Kossi i Amazon z Togo, z regionu Agou; edycja limitowana.

Po otwarciu uderzył zapach palonej kawy, której wtórowały lekko prażone migdały, zarysowujące się na ziemistym tle. Mocno palona, prażona nuta przejawiała się też jako kruche ciastka, które wprowadziły subtelną słodycz. Ziarna kawy sprawiły jednak, że kompozycja jawiła się głównie jako szlachetnie gorzka. W tle przewinęły się suszone bukiety, suszone kwiaty, łączące słodycz i cierpkość. Odnotowałam jeszcze leciutką soczystość, przywodzącą na myśl brzoskwinie duszone w odrobinie jakiegoś charakternego, ciemnego miodu.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, obiecując masywność i gęstość. 
W ustach rozpływała się umiarkowanie powoli i kremowo. Wydała się bardzo pełna, masywna i syta. Maziście pokrywała podniebienie, jakby mięknąc tylko powierzchownie. Była średnio tłusta, niczym pełne, gęste, wolno rozpływające się lody. Z czasem stała się trochę zawiesinowo-soczysta. 

W smaku pierwszy zaznaczył się maślany, dość słodki wypiek. Mimo że słodycz tego jakiegoś... ciasta biszkoptowego z nieco charakterniejszym, twardszo-kruchym spodem maślanym, była oczywiście obecna, wydawała się zaskakująco niska.

Po chwili maślaność zniknęła, a wypiek zmienił się w sowicie przypieczone kruche ciastka, posłodzone wanilią. Słodycz rosła powoli, ale pokazała swój szlachetny charakter. Do głowy przyszły mi też niemal krakersowe, mocno wypieczone herbatniki.

Zaraz jednak i one się nieco rozmyły. Nuta prażono-pieczona trwała za to w najlepsze. Zmieniała się w palone ziarna kawy. Palone niby mocno, ale wciąż z pewną soczystością. Za ich sprawą gorzkość wzrosła znacząco i zajęła dominującą pozycję.

Do palonej kawy dołączyły prażone migdały. Zyskały nieco ziemiste tło, gorzkość trzymała się także ich. Weszły na pierwszy plan, rozbrzmiewając na jednym poziomie co kawa, a potem nieco się wycofały.

Raz po raz wszystko przebijały ostrawe przebłyski przypraw - pomyślałam o goździkach, ale towarzyszyło im coś jeszcze, trudniejszego do uchwycenia.

Konsekwentnie, ale delikatnie rosnąca słodycz do wanilii dodała jeszcze trochę miodu. Pomyślałam o ciemnym, lekko cierpkawym.

Poprzez słodką cierpkość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wkroczyły suszone kwiaty. Wyobraziłam sobie wielkie bukiety z suszonych kwiatów, roślin... które kryły lekko ziołową cierpkość. I lekką ostrość? Cierpkość zaprosiła jeszcze ziołowo-kwiatowy, cierpkawy napar. Osłodzony jednak miodem.

Palona kawa wciąż stanowiła wiodący motyw, acz pozwalała innym nutom do siebie dolatywać. Pochyliła się ku goryczce naparu. W jego lekkiej słodyczy na moment zabłysła soczystość, a mi do głowy przyszły brzoskwinie w miodzie - takie właśnie do naparów, do herbaty. Epizodyczna ostrość znalazła ujście właśnie tu, jakby tak przyprawić je ciepło-soczystym imbirem i goździkami. Suszone kwiaty i suszone rośliny podszepnęły jednak bardziej suszono-liofilizowane akcenty - też brzoskwiń?

Miód przypomniał o prażonych migdałach. Tym razem nie dość, że prażone mocniej, to jeszcze pokryte karmelizowanym miodem migdały prawie zapomniały o ziemistej nucie - ta odeszła na tyły. Prażona nuta przywróciła pieczoną, przez którą pomyślałam o wytrawnych krakersach... maczanych w miodzie? A może mało słodkich ciastkach...? Wróciła też nuta maślana, zmieniając częściowo migdały w prażono-maślany nugat migdałowy. Ciężki, aż za słodko-ciężki nugat. Tę wizję podkreśliła jeszcze wanilia, wracająca nagle dosadnie.

Po zjedzeniu został posmak krakersowo-migdałowy, nieco wygłaskany maślanym echem i słodko-cierpki wątek kwiatów i miodu. Chyba mignęła mi jeszcze wanilia. Suszone kwiaty zawarły rześkość, acz też jakby goryczkowatą. Do tego lekką pikanterię. Na pewno czułam cierpką kawę i nieśmiałą, jakby hamowaną soczystość w tle.

Czekolada była bardzo smaczna i ciekawa. Wypieki, a więc ciastka, herbatniki, miód i wanilia nie przełożyły się na wysoką słodycz, mimo że była wyrazista. Suszone kwiaty, zioła przyjemnie rozegrały goryczkę. Pieczono-prażone nuty rozpędziły migdały i ziarna kawy, a także zapewniły głęboką gorzkość. Leciutka soczystość i zero kwaśności pozwoliły powyższym zaprezentować się w 200%. Wydało mi się to wszystko niespotykane, proste, nieprzekombinowane, a jednocześnie szlachetne i pyszne. Słodycz pod koniec nieco za bardzo dawała mi się we znaki i chyba tylko to przesądziło, że nie wystawiłam maksymalnej oceny.

Bardziej marcepan niż po prostu migdały, zioła, orzechy i trochę owoców czułam w Zotterze Labooko Togo 65 % - to splot podobnie nieoczywisty, nieco podobny.


ocena: 9,5/10
cena: €6,95 (około 32 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa

niedziela, 3 marca 2024

A. Morin Perou Yvan noir 70 % ciemna z Peru

Niedługo po pierwszym większym zamówieniu z Chocoladeverkopers ze względu na pewne niezrozumienie i mały problem, który wyniknął po drodze, z racji czego dostałam zniżkę na kolejną przesyłkę, złożyłam drugie zamówienie. W sklepie pojawiły się bowiem Moriny, których jeszcze nie jadłam - edycje limitowane. Najpierw jednak postanowiłam zjeść nielimitowaną, a po prostu taką, której nie znałam, z Peru. Marka ma bowiem w ofercie kilka z tego kraju, a z różnych regionów. Wszystkie pamiętałam jako bardzo smaczne, więc czułam, że i ta będzie zacna. Jej opis był dość ciekawy. Kakao, z którego ją zrobiony, otrzymało nazwę "Yvan" po producencie (Yvan Chevalier), który pokazał czekoladziarni Morin zacną plantację z ziarnami, które ich zaintrygowały, a także zajął się sprawami logistycznymi (by dostarczyć je do Francji). Kakaowce te rosną w położone w centrum kraju prowincji Atalaya, w regionie rzeki Ucayali, gdzie jest klimat równikowy. Rosnące w cieniu rośliny mają w swym "drzewie genealogicznym" criollo, acz są hybrydą. Criollo przemieszało się z dzikimi, rodzimymi kakaowcami z Amazonii. Odmiana ta więc genetycznie jest dość złożona. Byłam ciekawa, czy smak będzie podobnie skomplikowany.

A. Morin Perou Yvan noir 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao "Yvan" z Peru, z regionu rzeki Ucayali, z prowincji Atalaya.

Po otwarciu uderzył zapach słodkiego drewna sandałowego z wątkiem gliniastej ziemi, który dodał mu powagi. Gorzkość zaprezentowała do granic możliwości czekoladowy piernik, czekoladowo-korzenne ciasto. Korzenność jawiła się raczej jako słodko-ciepła niż ostra. Mieszała się z kwiatami i paloną słodyczą karmelu. Ten do ciast dodał nieco owocowych akcentów - soczystych daktyli, suszonych moreli. Przez myśl przemknęło mi też wilgotne, cynamonowe ciasto "chlebek bananowy". Po nich pojawiło się też słodkie, wręcz ciężko-słodkie bardzo dojrzałe kaki. Słodycz jednak nie była wysoka, soczystość też. Ostatnia zawarła w sobie lekką wytrawność, nasuwając na myśl korzenno-czekoladowe ciasto marchewkowe i chlebek dyniowy. Wszystkie one mogły zawierać jakieś orzechy.

Tabliczka była skaliście twarda do tego stopnia, że ledwo ją łamałam. Przy łamaniu trzaskała głośno, skaliście i jakby była niecodziennie pełna, masywna, skondensowana.
W ustach rozpływała się kremowo, w tempie umiarkowanym. Okazała się lekko mazista, acz bazowo zbita. Jej tłustość była średnia, ale ewidentnie maślana. Z czasem robiła się nieco zawiesinowa, jakby tak zbity kawałek zrzucał z siebie coraz to kolejne, lekko soczyście-wodniste fale, dając się przy tym poznać jako lekko ziarnisty.

W ustach pierwsza rozgościła się słodka cynamonowość, układająca się po chwili w cynamonowe bułeczki. Trochę maślane, mocno wypieczone, o ciepłym charakterze.

Przemknęła wytrawnie-słodka soczystość. Odnotowałam ciasto marchewkowe, przechodzące w bardziej wilgotne i nieco biszkoptowe ciasto "chlebek dyniowy". Przyprawić je musiano słodkimi, ale nieostrymi przyprawami korzennymi. Do głowy przyszły mi czekoladowe wersje tych ciast, jako że czekoladowość wydawała się rozbrzmiewać w 200%.

Słodycz słodkich bułeczek niby trochę rosła, ale nie wydawała się napastliwa. Wzmocniły ją kwiaty, łączące pewną ciężkość z nutą... żywych roślin. Nie była to w pełni rześkość, czy wysoka soczystość, ale... coś w ten deseń. To jakby aluzje do kwasku ziół... "ziołowych kwiatów"? Do kwiatów dołączyły banany i kaki - soczyste w sposób cięższy, taki, który potrafi nieźle zasłodzić.

Z czasem do kwiatowo-owocowej słodyczy dołączyły jeszcze suszone morele. Także ich słodycz była ciężkawa. Czekoladowość cynamonowych wypieków zasugerowała jeszcze daktyle. Słodycz osiągnęła apogeum, acz nie przegięła, a z owoców ostały się te suszone. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszedł mi korzenno-czekoladowy wypiek - keks? - z bakaliami; właśnie suszonymi daktylami i morelami. Chyba kryły się tam jeszcze jakieś nieco kwaśniejsze suszone czerwone owoce.

Ciepło przypraw i ciast zaczęło potem przechodzić w słodko-orientalne drewno sandałowe. Wprowadziło więcej drzew. Drzew kwitnących? Wyobraziłam sobie ich masywne konary i korzenie, porastające gliniasty torf. Pomyślałam o ziemi, muśniętej pojedynczymi promieniami słońca. Słodycz palonego karmelu pobrzmiewająca w tle, podkreśliła ten akcent.

Suszone morele tchnęły obietnicę kwasku... Przez moment pomyślałam o leciutkiej nucie skórki cytryny, jej włóknach i może kropelce soku, ale zaraz za sprawą drzew i kwiatów przeszło to raczej w sugestywnie kwaskawy wątek ziół... ziołowo-kwiatowej herbaty, naparu? O lekkiej goryczce, cierpkości...

Goryczka, zmotywowana drzewami, nagle niemal na przód kompozycji wypchnęła orzechy włoskie. Jednoznaczne i intensywne, w zasadzie zdominowały na chwilę wszystko, po czym osiadły w wypiekach, jakby tak kosztować różnych ciast z mnóstwem orzechów włoskich - ciasta marchewkowego, chlebków dyniowego i bananowego, które końcowo nieco zadrapały, ociepliły gardło przyprawami i słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak orzechów włoskich oraz ziemiście czekoladowego, ciepłego piernikowego ciasta. Czułam słodycz daktyli, kwiatów i cynamonu, przełamaną cierpkawym naparem, herbatą ziołową. W tle majaczył akcent skórki cytrynowej - albo to zioła ją tak udawały. Do tego ostała się soczysta cierpkość jako mieszanka ziół i niejednoznacznych, suszonych czerwonych owoców.

Czekolada była przepyszna, choć jak dla mnie nieco za słodka. Drzewa, drewno sandałowe, słodko-wytrawne wypieki (ciasto marchewkowe, dyniowe), suszone morele i daktyle wyszły bardzo ciepło. Gorzkość nakręcona ziemią, świeżość kwiatów, cierpkość ziołowej herbaty, naparu ciekawie przeplatały się ze słodyczą kaki i bananów oraz palonego karmelu. Nagłe uderzenie orzechów włoskich pozamiatało, było cudne. Czekoladowość ogółu aż niezwykła, wielopłaszczyznowa. Soczystość choć obecna, nie zaserwowała kwaśności. Ta nie pasowałaby, ale wolałabym jednak, by słodycz wyraźnie stała za gorzkością, a nie tak z nią kręciła. To drobna wada.

Nie przypomina bogato czerwono owocowej Morin Perou Toumi noir 70 % mimo jej nuty herbaty ziołowo-miętowej, ani też bardzo owocowej, ale już za sprawą słodszych owoców, Morin Perou Pablino Noir 70 %  z nutami orzechów - acz arachidowych. Miały coś wspólnego, ale nie tak, by się kojarzyły mocno. Regionu chyba też bym nie rozpoznała w ciemno.


ocena: 10/10
cena: €6,95 (około 32 zł)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 7 lutego 2024

(miniaturka) A. Morin Perou Pablino noir 70 % ciemna z Peru

Zamówienie kilku czekolad z Chocoladeverkopers nie obyło się bez nerwów. Pomylili jedną czekoladę, ale na szczęście wszystko zostało rozwiązane na moją korzyść. Sklep wysłał mi na swój koszt tę, którą zamówiłam i dołożył jeszcze mały bonus w postaci neapolitanek. Bardzo się ucieszyłam, że to akurat miniaturki pysznej A. Morin Perou Pablino Noir 70 %, do której chciałam wrócić kiedyś tam. Do tego miały to być moje pierwsze miniaturki tej marki. Byłam ciekawa, jak się mają do dużej wersji - stąd postanowiłam dodać je jako oddzielny post, a nie zrobić aktualizację.

A.Morin Perou Pablino noir 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Peru z regionu Chanchamayo (a dokładniej Pablino?), w wersji mini, czyli jako neapolitanka ważąca 5 g.

Po otwarciu poczułam migdałowo-waniliowy biszkopt, migdałowy krem... ciasto z migdałową warstwą? Mimo wysokiej słodyczy dosadnie palonego karmelu, bananów i suszonych daktyli, wyraźnie zaznaczyła się ziemia, podkreślona kardamonem i dymem (i echo kawy?). Wszystko podlało mnóstwo owoców: wiśnie (i inne czerwone?), egzotyczne... aż niejednoznaczne. Wyłapałam banany, brzoskwinie (częściowo ciastowe?), lychee, układające się w sok "multiwitamina". A do tego jakby kwiatowe melony... przeplatające się ze słodko kwaśnymi wiśniami i granatami.

Neapolitanki były twardo-chrupkie. Przy łamaniu czy odgryzaniu kawałka chrupko i dość głośno trzaskały.
W ustach rozpływały się powoli, maziście. Utrzymały pewną twardość, ale jakby tylko wewnątrz. Powierzchownie robiły się miękko-aksamitne. Były tłuste i gładkie, kremowe. Czułam też lekką pudrowość.

W smaku pierwsze zaznaczyły się daktyle i na chwilę umknęły. Od początku czułam ogólnie wysoką słodycz biszkoptu z miodem... może w zdrowszej wersji, bo zrobionego na bazie bananów i daktyli. Był to biszkopt migdałowy... z mąki migdałowej i kremem? Do tego przyprawiony nieco gorzko... Kardamonem? Do głowy przyszedł mi miód z kardamonem.

Podkreśliła go lekka goryczka związana z pieczeniem. Przemknął dym, a ogólnie palony wątek dodał słodkim owocom karmel. Wyobraziłam sobie biszkopt z karmelem i masą bananowo-daktylową.

Mignęły migdały... Wciąż chowały się w cieście, ale zwróciły uwagę przede wszystkim krem migdałowy. Też jako element migdałowo-miodowych pralinek? Nagle krem nugatowo-migdałowy uderzył z pełną mocą, podkreślony gorzkawym kardamonem. Po chwili migdały zmieszały się z orzeszkami ziemnymi. Prażonymi? Poczułam ciepło.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciepło ułożyło się w korzenność bardziej złożoną, nie tylko kardamonową. To obudziło soczyste owoce. Pomyślałam o multiwitaminie, jakimś koktajlu z żółtych owoców egzotycznych. Na pewno czułam banany, może też brzoskwinie. Mimo ich esencjonalnej, ciężkawej słodyczy, uchwyciłam rześkość. Należącą do soczystego lychee.

Słodycz za sprawą owoców wzrosła i zahaczyła o pudrowość. Tu wkroczyły owoce czerwone. Liofilizowane maliny? Wyłapałam kwasek wiśni, po czym skryły się w kwiatach. Te z kolei wzmocniły trochę nuty lychee i... melonów?

Chyba mignęły cytrusy... pomarańcza? Cierpkawa skórka podkreśliła cierpkość wiśni... przechodzących w wino. 

Wino z kolei na końcówce podkreśliło wyrazistość orzeszków i migdałów o gorzkości podkręconej dymem, palonym ciepłem oraz słodycz jakby bananowego karmelu, nieco już drapiącego. Pomyślałam o aromatycznych kwiatach o nieco korzennym charakterze... i kawie?

Posmak należał do kwaskawych wiśni, ziemi i ogólnej, niedookreślonej słodyczy. Czułam egzotyczną mieszankę owoców i ciężko-słodkie wino, trochę bananów... a do tego stateczne migdały w korzennym cieple.

Całość była spodziewanie przepyszna, acz pozostawiła lekki niedosyt. Jej nutom jakby trochę się spieszyło - wszak neapolitanka jest cieńsza niż kostki pełnowymiarowej, stąd i szybsze rozpływanie się, przez które nie wszystkie wątki miały jak się w pełni rozwinąć. A jednak to rewelacyjne streszczenie tego, co oferuje duża i jasny przekaz, że tej czekolady po prostu trzeba spróbować w większej ilości - tak bogata jest. Wyraziste migdały wkomponowane w biszkopt, korzenność z gorzkim kardamonem, ziemia oraz palono-dymne motywy cudnie zgrały się z daktylowo-bananowo-karmelową słodyczą. Interesująco połączyło się to z egzotycznymi owocami, a więc żółto-multiwitaminową mieszanką z bananem i lychee oraz wiśniami i winem z końcówki. Wszystko to zapamiętałam z dużej wersji, która rozwinęła te ciekawe nuty.


ocena: 10/10
kupiłam: dostałam od chocoladeverkopers.nl
cena: nie znam
kaloryczność: nie podana
czy znów kupię: chciałabym znów dostać

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 14 stycznia 2024

A. Morin Edition Limitee Mexique Soconusco 70 % ciemna z Meksyku

Każdy zakup z zagranicznej strony rozważam przez kilka dni. Czekolady zawsze wybieram wówczas starannie, patrząc na zawartość i regiony, ale różnych producentów. Celuję w obiecujących, a mi nieznanych, niedostępnych w Polsce. Daje mi to możliwość rozeznania i nie władowania się w kilka potencjalnie podobnych, niesatysfakcjonujących tabliczek (co mogłoby się zdarzyć, gdybym zamówienie złożyła bezpośrednio u producenta). Stało się tak i tym razem, gdy robiłam duże jesienne zamówienie, a główną motywacją, by zrobić to właśnie na stronie Chocoladeverkopers była dzisiaj przedstawiana czekolada. Morina, jednego z moich ulubionych producentów, w zasadzie trudno obecnie zdobyć w Polsce. Zaś ja większość i tak już próbowałam. A tu... dostrzegłam limitowaną tabliczkę z kakao Soconusco, nazwanego tak od regionu, w którym rośnie. Nie mogłam jej przegapić!

A.Morin Edition Limitee Mexique Soconusco 70% to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Soconusco z Meksyku.

Po otwarciu poczułam słodki zapach kwiatów pod przewodnictwem jaśminu. Za nim znalazły się spore, masywne lilie. Mieszały się z syropem z czerwonych owoców, który daleko w tle połączył słodycz z lekkim kwaskiem, soczystością. Pojawiła się też suszona żurawina i daktyle. Na pierwszym planie obok kwiatów rozbrzmiały migdały. Pomyślałam o gorzkich, w których skórki mają ogromny udział. Podkreśliły je drewniane meble i nuty zamszowo-skórzane, a jednak i pewna mleczna łagodność je musnęła. Jakby migdałowo-mleczny krem?

Tabliczka była twarda do tego stopnia, że kojarzyła się trochę ze skałą. Trzaskała adekwatnie bardzo głośno, acz jednocześnie w nieco kruchy sposób.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo kremowo. Była maziście tłusta, nieco maślana i zbita, konkretna. Z czasem ujawniała lekką pylistość i znikomą soczystość.

W smaku pierwsza polała się mleczność, roznosząca subtelną, ale jakże naturalną słodycz. Wydało mi się to wręcz urocze.

Przemknęła goryczka. Goryczka migdałów? Migdały ze skórkami ośmieliły się i wyszły na prowadzenie. Podkreśliły je drzewa... I drewno suche, meble drewniane. Odnotowałam lekko drapiący motyw starych książek. Może z echem korzenności?

Słodycz też zrobiła się bardziej drapiąca. Przez chwilę pomyślałam o ciemnym miodzie, np. gryczanym, acz po chwili pojawiły się kwiaty. Tchnęły w kompozycję rześkość, lekkość. Pomyślałam o kwiatach pokrytych rosą.

A do tego o drzewkach owocowych, które może chwilę wcześniej zmoczyła mżawka. Do głowy przyszły mi brzoskwinie - konkretniej polskie o niemal białym, soczystym miąższu i odmiana "brzoskwinie białe". Wprowadziły drobny kwasek, a słodycz na zasadzie kontrastu jeszcze wzrosła za sprawą aż słodko-mdłych, nieco soczyści-wodnistych gruszek konferencja.

Kwiaty otuliły drzewa. Mleczność zaczęła przechodzić w owsiankę, jakieś płatki ryżowe na mleku i ryż na mleku. Takie, do których dodano żurawinową, słodko-soczystą masę. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa znacząco wzrosła soczystość.

Mleczność zmieniła się wtedy niemal zupełnie w kwiaty: jaśmin i jasne, białe oraz ecru lilie. Migdały też zaczęły łagodnieć, przeistaczając się w słodką pastę migdałową. Miazgę z migdałów posłodzoną nieco pikantnawo-drapiącym miodem o ciemnym kolorze.

Do masy migdałowej i miodowo-kwiatowej słodyczy dołączył syrop kwiatowo-migdałowy... I syrop kokosowy? Nie taki naturalny, bardziej o smaku, niemal likierowy i bardzo słodki. Acz z leciuteńką goryczką.

Goryczce pomogła soczysta cierpkość czerwonych owoców. Wyobraziłam sobie kwaskawą masę duszoną z żurawiny, wiśni i czerwonych porzeczek. A także syrop z tychże owoców. Z czasem drapiący motyw i drzewa zasugerowały też żurawinę w suszonej formie. Nagle doskoczyły do niej słodkie, wilgotne a suszone daktyle.

Migdały wydawały się pozbawione skórek. Przemieszały się ze śmietankowo-maślanym echem. Choć one złagodniały zupełnie, gorzkość wciąż trwała. Zadbały o to drewniane meble ze skórzanym obiciem. Do tego zamszowo-dymna goryczka, jakby nieco ciepła? Korzenna?

Na końcówce wysforowały na podium migdały. Choć wciąż łagodne, to jednak chyba z przywróconą skórką. Znalazły się w towarzystwie bardzo słodkich, acz lekko soczystych, drapiąco-mulących daktyli.

W posmaku została suszona żurawina, syrop z czerwonych owoców oraz słodycz kwiatowo-daktylowa, bardziej drapiąca i nawet trochę ciężka. Mimo to, rześkości nie brakowało. Do tego czułam słodką masę migdałową, jakby migdałowy syrop i trochę gorzkawego drewna. Przy nim trwała nuta starych książek i miękkiego zamszu. Ich goryczka wydała mi się zahaczać o dym i korzenność.

Całość była smaczna i ciekawa. Niby drapiąco słodka, ale nieprzesłodzona mimo wysokiej słodyczy. Kwiaty takie jak jaśmin i lilie oraz masy, syropy z czerwonych owoców, suszone owoce wyszły ciężkawo i rześko jednocześnie. Miodowe zapędy, migdałowo-miodowa masa i kokosowo-migdałowe syropy zacnie zgrały się z drewnem, drewnianymi meblami i książkami. Te co prawda nie zapewniły wysokiej gorzkości, ale na brak gorzkości narzekać nie mogę. Suszone daktyle, owsianka i ryż na mleku, pewna mleczność to intrygujące nuty. Mleczność zmieniająca się w kwiaty, końcowo trochę skóry i zamszu zacnie zgrały się z owocami. Żurawina i inne czerwone wystąpiły głównie w wersji duszonej, syropowej, ale wyłapałam też bardziej rześkie białe brzoskwinie i gruszki.

W pewnym sensie przypominała Chapon Mexique Soconusco Torrefaction Moyenne / Conchage Moyen 75% o nutach mleczno-maślanych, kwiatowego miodu, orzechów i migdałów - zwłaszcza migdałów w różnej formie w tym pasty, drzew czy owoców - także brzoskwiń i innych. Wyszła jednak bardziej korzennie i jak maślano-cynamonowa bułeczka. Obie słodkie, acz Morin wydał mi się cięższy, w bardziej drapiący sposób, a jednocześnie mniej gorzki. Co nie znaczy, że mniej pyszny.
Bardzo, bardzo odlegle przypomniała mi Cuna de Piedra 85% Mexican Cacao from Soconusco, Chiapas pełną suszonych owoców i owoców żółtych, z przebłyskiem wiśni, a także maślanością i drzewami. Podlinkowana była znacznie kwaśniejsza, bardziej owocowa, a jednak podobnie łagodna i słodka mniej więcej tak samo mocno, ale za sprawą owoców - co jest o tyle ciekawe, bo przecież różni je zawartość kakao.


ocena: 9/10
cena: 5.95 € (około 27 zł; przecena)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, lecytyna słonecznikowa