Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Kamerun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: Kamerun. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 listopada 2024

A. Morin Cameroun Chocolat Noir 70 % Edition Limitee ciemna z Kamerunu

Zamawiając tę czekoladę już nie mogłam się doczekać, kiedy jej spróbuję. To, że to edycja limitowana jednej z moich ulubionych marek to jedno, ale pochodzenie ziaren... Kamerun! Jakiż to rzadki region. Nawet ja jadłam dotąd tylko 4 czekolady stamtąd. Z opisu producenta można dowiedzieć się, że ta tabliczka została zrobiona z kakao ze starych plantacji, mających ponad 50 lat. Przywieźli je tam Niemcy. Początkowo były to ziarna Forastero, ale z biegiem lat młodzi rolnicy dosadzili jeszcze Trinitario. Zakładam więc, że poprzejmowały trochę swoich cech, porobiły się naturalne hybrydy. Morin kupił jednak kakao dokładnie z sektoru "Engaged Chocolatiers / Engaged Chocolate Makers", gdzie o kakao dbają rzemieślnicy-pasjonaci jako wolontariusze. Pracujący tam rolnicy dostają godziwe wynagrodzenia. Stosują się do wszystkich wymogów etycznej hodowli.

A. Morin Cameroun Chocolat Noir 70% Edition Limitee to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Kamerunu, z departamentu Lékié.

Po otwarciu rozszedł się intensywny zapach słodkich, marynowanych tworów: grzybków shiitake, tykwy japońskiej i... słodkich, duszono-marynowanych, niedookreślonych owoców? Miały w sobie pewną wytrawność. Pojawiły się też mieszane orzechy (w dużej mierze laskowe?), ale z kolei z wytrawnością... grillowanych kasztanów? Same orzechy też mogły być grillowane. Oczami wyobraźni patrzyłam w ogniskowy ogień. Jego ciepło przywiodło przyprawy i świeżo wypieczone brownie z chrupko-kruchym wierzchem i brzegami. Słodycz wydała mi się ciężka i wysoka - wzmocniły ją suszone owoce: daktyle i morele, możliwe, że także śliwki. I... suszono-wędzone gruszki? Zahaczały o akcent ciemnego miodu - może to na jego bazie sporządzono marynaty? Doszukałam się też leciuteńkiej, niemal nieuchwytnej i bardzo ukrytej, soczystości.

Konkretna, twarda tabliczka przy łamaniu - w które musiałam włożyć naprawdę sporo siły - trzaskała bardzo głośno, obiecując konkret.
W ustach rozpływała się powoli, trzymając swój kształt niemal do końca. Była zbita, ale jednocześnie kremowa. Tłustość stała na średnim poziomie. Roztaczała wokół siebie lekko mazistą, z czasem marginalnie pylistą, i soczyście rzadkawą zawiesinę.

W smaku zagrzmiała wysoka słodycz suszonych owoców. Prowadziły daktyle, wzmocnione ciemnym miodem gryczanym. Wplótł lekką cierpkawość, pikanterię i... wyraźny motyw ciastek. Wyobraziłam sobie jasne ciastka miodowe.

Słodycz rosła. Pokazały się rodzynki i suszone morele. W tle przemknęły też suszone śliwki - niemal muląco słodkie. I chyba... zaplątała się pojedyncza suszona figa?

Słodycz przeszła częściowo na korzenny tor. Przemknął cynamon, na chwilę wysunął się na przód, po czym wrócił do całej, ciepło-słodkiej mieszanki. Zmieszała się z ciastkami. Czułam się, jakbym właśnie schrupała miodowo-korzenne ciastko. Ciastko w którym... miód tonie, a wyłania się dziwna, mocno wypieczona wytrawność?

W tle pojawiła się maślaność. Zaczęła łagodzić i tak już niską gorzkość, ale cierpkości nie tknęła. Zaraz nasiliła się i okazało, iż to specyficzna, słodkawa maślaność naturalnych kremów orzechowych. Powiedziałabym, że miazgi z orzechów różnych, ale z dużym udziałem laskowych, posłodzonej pastą czy syropem daktylowym. Ten miał potencjalnie drapiący charakter.

Daktyle wplotły ciężką słodycz marynowanych warzyw i owoców, nawet grzybków shiitake. Znowu pomyślałam o tykwie i ciemnym miodzie. Wszystko to wprowadziło do słodyczy drobną wytrawność, ale gorzkość pozostawała na niskim poziomie. W oddali wychwyciłam obietnicę kwasku wiśni. Owoc ten zawisł między soczyście świeższym, a duszono-marynowanym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość poszła w palono-pieczoną stronę. Oczami wyobraźni patrzyłam na palenisko - ni grill, ni ognisko. Cierpkość zaznaczyła się odważniej... Nad ogniem piekły się kasztany i orzechy, a z oddali dolatywał akcent drzew.

Pieczoność podsunęła też brownie upieczone raptem parę godzin wcześniej. Pomyślałam o cieście, które tylko co wystygło, które ma chrupko-kruchy wierzch i brzegi... Dołączył do niego motyw sosu / syropu kakaowego i wiśniowa soczystość. Ciasto kontynuowało nasilanie się słodyczy, ale wzbogacając ją o coraz dosadniejszą cierpkość i wiśnie.

Słodkie, suszone owoce dopuściły do głosu słodkie owoce... grillowane? Wyobraziłam sobie ledwo uchwytne jabłka i gruszki z cynamonem i miodem. Ciepłe... czy nawet gorące (że aż niejednoznaczne?)! Na pewno zasładzające. Słodycz trochę drapała w gardle.

Poczułam też... gorącą czekoladę? Koniecznie z ciepłymi przyprawami korzennymi, w tym cynamonem. A do tego z soczystą nutką wiśni, bo ta na końcówce przypomniała o sobie. Może też jako... ciastka z suszonymi wiśniami?

Po zjedzeniu został posmak korzenny oraz orzechów z wytrawniejszym echem kasztanów - oczywiście jedne i drugie w formie pieczonej. Dosadna słodycz zaznaczyła się jako suszone daktyle, syrop daktylowy i ciemny miód. W tle przewinęła się wytrawniejsza, ale wciąż też słodka marynata, a mi w głowie na dobre rozgościło się brownie. Echo wiśni robiło aluzje do kwasku, może bardziej taniny.

Całość była bardzo dobra, ale jak na mój gust za słodka. I to słodka w dziwnie ciężki sposób bez adekwatnej gorzkości. Gorzkość to jedynie gorzkawość. Lekko pieczono-grillowane klimaty, ciepło przypraw korzennych pod przewodnictwem cynamonu zetknęły się z przeogromną słodyczą daktyli, syropu daktylowego, miodu gryczanego i innych owoców suszonych: rodzynek, moreli, może też śliwek. Wypieki, głównie ciastka, ale też brownie to kolejna dawka słodyczy. Trochę grillowanych jabłek i gruszek z cynamonem też słodyczy dołożyło. To... ciężka owocowość. Szkoda, że soczystość i kwaśność wiśni nie rozbrzmiała wyraźniej. Ciekawe akcenty kasztanów czy marynowanej tykwy, grzybków shiitake i innych różności niestety nie przebiły się przez zasłodzenie.

Taucherli Cameroon 70% Trinitario Cameroots też była bardzo słodka, ale w jeszcze... trudniejszy do przyjęcia sposób. Smakowała bowiem jasnym miodem, a do tego była maślana i delikatnie orzechowa. Czułam w niej nuty bagniste, wiśnie, jabłka i figo-winogrona, nawet wina, które zapewniły kwasek, co wyszło bardzo na plus. Tylko że w niej wytrawność wydawała siętrochę dziwna.

L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017 była jednoznaczny pyszna ze względu na mocne nuty drzew i ziemi. Może też nie była bardzo gorzka, ale wytrawnie soczysta. Orzechowo-warzywnie-kasztanowa, słodka od miodu i wanilii, ale też owocowa za sprawą mango, cytrusów, taninowych wiśni i porzeczek. 

Morin znalazł się gdzieś między nimi. Czyżby to prażenie-pieczenie tak przyciszyło soczystssze akcenty owoców, zostawiając te cięższe i słodkie?


ocena: 9/10
cena: €6,95 (około 30 zł)
kaloryczność: 584 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 18 sierpnia 2022

Taucherli Cameroon 70% Trinitario Cameroots ciemna z Kamerunu

Szwajcarską markę Taucherli widywałam w internecie, ale jeszcze nigdy nie jadłam ich czekolad. To chyba stosunkowo młoda firma. Z tego co czytałam, zależy im, by pokazać, że szwajcarska czekolada jest naprawdę dobra - dostrzegli bowiem, że to, co na rynku pod tym hasłem, często może ludzi bardzo rozczarowywać. Kakao do tej tabliczki zakupili od kooperatywy Cameroots, której właściciel stawia na wysoką jakość i transparentność.

Taucherli Cameroon 70% Trinitario Cameroots Cooperative to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao trinitario z Kamerunu.
Kakao prażono 22 minuty, a całość konszowała 72h.

Po otwarciu rozszedł się wyrazisty zapach słodkich grzybków shiitake, który najpierw mignął mi zaskakująco wytrawnymi pieczarkami, dziwnie splątanymi z marynowano-miodową słodyczą. Ścigały się z nimi soczyste, słodko-kwaskawe wiśnie, a dziwaczność tego wszystkiego tonowały i uspokajały orzechy - cała mieszanka jakiś łagodniejszych. Do tego czułam sporo słodyczy ogólnej, oddającą jasny miód i suszone, jasne figi. Ostatnie połączyły słodycz z kwaskiem - obie owocowe... marakujowe? Mimo to, za słodko nie było, bo odnotowałam także niemal bagnistą nutę, trochę jak herbata czerwona.

Masywna i kremowa w dotyku tabliczka przy łamaniu okazała się porządnie twarda, mimo że nie była bardzo gruba. Trzaskała głośno, jak łamane średniej grubości gałęzie.
W ustach rozpływała się wolno, ale w zasadzie ochoczo i kremowo. Miękła, dając się poznać jako gęsta jak śmietanka, ale nie była tłusta. Wydała mi się wręcz... lekka, troszeczkę zawiesinowa i z czasem bardziej pylista. Trochę obsmarowywała usta swymi smugami, ale specjalnie lepka też nie była.

W smaku pierwsza mignęła niezdecydowana podwędzona nutka, którą zaraz wyparły wyraziste, marynowane słodkie grzybki shiitake. Grzybki lub specyficznie ciężko-słodka japońska tykwa. Coś z klimatów azjatyckich, łączących wytrawność i wysoką, charakterną słodycz.

Do tej dołożył się także miód, prędko zalewający usta. Pomyślałam o jasnym, złocistym miodzie. Wyszedł na przód, ryzykownie podnosząc słodycz całości. Wyobraziłam sobie mocno miodowe brownie, aż lepkie od miodu, ale jakże czekoladowe. Miód wydawał się nutą przewodnią.

Wtedy pojawiły się też orzechy, nieco tonujące słodycz. Okazały się raczej delikatne, niedookreślone. To cała mieszanka różnych, dodanych do wspomnianego brownie. Podkręciła je lekko mulista, bagnista nutka czerwonej herbaty. Dopuściła do kompozycji lekką goryczkę, cierpkość, ale nie wyszła przed słodycz.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z orzechów wyklarowały się oleiste brazylijskie, nieco igrając z goryczką. Do tego tłuste, niemal kremowe pekany... Wszystkie one budowały delikatną bazę kompozycji. Zaraz pomyślałam o pekanach i ogólnie orzechach w miodzie. Dosłownie w nim utopionych. Leciusio, że prawie wcale, podprażonych. Przypieczonych może? Skoro znalazły się na wierzchu miodowego brownie.

W tle pojawiły się wiśnie. Przecięły kompozycję kwaskiem i soczystością. Chwilowy kwasek jakby starał się ukryć przede mną owoce inne... suszone niedookreślone? Mignęła mi rodzynka...
Miodowa słodycz dobrała się do owoców, dopowiadając im złote, niemal miodowe właśnie suszone figi. Pomyślałam o słodkich jabłkach z miodem jako jakiejś masie jabłecznika lub... jabłkach suszonych, zmieszanych z miodem. Ciastowość rozjaśniła się bezsprzecznie.

Wiśnie zgłosiły sprzeciw, podsycając w jabłkach drobny kwasek. Pomogły im soczyste, egzotyczne marakuje. Rodzynki zmieniły się w kwaśno-słodkie, zielone winogrona, a i figi chyba się odświeżyły za sprawą dominujących w kwestiach owocowych wiśni. To jednak wciąż dosłownie namiastka kwasku - o kwaśności nie ma mowy z racji ogólnej miodowości.

Pod koniec wzrosła delikatna gorzkość. Troszeczkę dymu... mieszało się z mułem i ziemią. Te cały czas tonowała pewna maślaność jak... maślano-pieczarkowy krem? Pomyślałam o jakiejś paście na kanapki, też może z marynowaną naleciałością, potem bardziej o kremie kakaowym z "grzybowawą" nutą... Znów coś azjatyckiego...? I tym razem nasączył to kwasek wiśni, chyląc się ku winu. Może nie tylko czerwonemu, bo reszta owoców dopowiadała białe... Trudno sprecyzować, bo od wszystkiego pod koniec odciągała uwagę wysoka, miodowa słodycz.

W posmaku został miód, ale też wiśnie i lekko marynowano-słodka, charakterna nuta. Czułam ziemistość, herbacianą mulistość i wytrawny motyw, a także za mocną słodycz jasnego miodu, aż drapiącego w gardle. 

Kompozycja wydała mi się intrygująca i smaczna, tylko że bardzo za słodka. Ogrom jasnego miodu aż męczył, tym bardziej, że bazowo czekolada okazała się maślana i bogata w delikatne orzechy. Trochę grzybkowo-marynowanych, słodkich nut, mulistość, bagnistość nie przełożyły się na charakterność, mimo że były dość wytrawne. Owoce, głównie wiśnie, ale i jabłka, figo-winogrona wniosły sporo soczystości i przyjemny kwasek, ale i one częściowo miodowi uległy. Ciekawie dwa wina pokazały się na koniec. Wszystko to mogłoby naprawdę zachwycić, gdyby było mniej słodko... chyba. A może wtedy byłoby dziwnie za wytrawnie? Nie wiem, czy to mnie przekonuje. Na pewno podobała mi się pełna, nietłusta konsystencja. Ogół w zasadzie mi się podobał, tylko że ta zalewająca wszystko słodycz męczyła.

To kolejna dziwnie wytrawna propozycja z Kamerunu. Reine Astrid Cameroon 75% Feves Forastero również zawarła w sobie wiśnie (ale znacznie więcej), a także była dziwnie wytrawna, konkretniej warzywna, natomiast L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017 miała nuty japońskich słodkich grzybków.
A jednak Taucherli wydała mi się zupełnie od nich inna. Orzechy, owoce w różnej formie i wysoka słodycz - to je łączyło na pewno. W Taucherli jednak miód był jakby przewodnikiem, a całość okazała się znacznie łagodniejsza od wspomnianych.


ocena: 8/10
kupiłam: CocoaRunners
cena: £8.95 (za 80g)
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier

sobota, 18 czerwca 2022

Reine Astrid Cameroon 75% Feves Forastero ciemna z Kamerunu

Kiedy składałam większe zamówienie tym razem, wybierałam głównie przez pryzmat najbardziej moich regionów i zawartości, ale... zależało mi przy tym na poznaniu jakiś atrakcyjnych marek. 
Czekolady Reine Astrid i wyglądały ładnie, ciekawie (opakowania jakoś wyróżniają się spośród innych), i kusiły interesującymi regionami. Wybrałam ich flagową tabliczkę (a przynajmniej tak nazywaną na różnych stronach). Marka ma dość długą i pokrętną historię. W skrócie: została założona w Belgii przez czekoladnika, którym wstrząsnęła śmierć szwedzkiej królowej, na cześć której nazwał swoją markę, utworzoną w 1935. Otwierano kolejne placówki, różni ludzie byli "u góry", aż w 2012 markę wykupił Francuz Christophe Bertrand. Odniósł ogromny sukces, wynosząc i tak dobrą markę, na... powiedzmy kolejne salony. W 2017 uruchomił kooperatywę w wiosce N’Kog Ekogo, zrzeszającą 75 farmerskich rodzin z Kamerunu. Po problemach z pandemią z kolei, firma zaangażowała się w dofinansowanie różnych lokalnych obiektów, np. szkół.
Wszystko pięknie, ładnie... do momentu otwarcia paczki. Wszystkie czekolady wyglądały normalnie, a z okienka dzisiaj prezentowanej łypał obraz nędzy i grozy. Czekolada uruchomiła czerwony alarm w mojej głowie, bo mignął mi "jasny zakrętas" rodem z czekolad artystycznych mieszanych (np. ciemna z białą). Wiedziałam, że takiej nie zamawiałam, przyjrzałam się... Okazało się, że musiała być stopiona i wróciła do stanu stałego. Na dniach szybko otworzyłam inną z przesyłki, by sprawdzić, jak się sprawy mają, ale ten problem dotyczył tylko tej tabliczki. Oczywiście zwrócono mi za nią pieniądze, ale i tak jak widać nie jest mi dane dobrze poznać markę... Tego pieniądze nie wynagrodzą. I choć czekolada w tym stanie wygląda okropnie, uznałam, że i tak może coś tam się da z niej zjeść. Uznałam, że wrażenia zapiszę, ale zostawię bez oceny, bo to raczej nie producenta wina, co ją spotkało. A nie wiadomo, jak to wpłynęło na smak.

Reine Astrid Cameroon 75% Feves Forastero to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Kamerunu, z wioski N'Kog Ekogo.

Po otwarciu poczułam mocny zapach orzechów z podpieczono-podwędzonym, soczystym tłem. Był tam dym i... soczyście-wędzona słodka papryka. Odnotowałam obecną przy niej goryczkę; wyobraziłam sobie warzywo grillowane ze skórką miejscami czarną (od prętów grilla). Otuliły ją soczyste cytrusy, w tym grejpfrut. Wprowadził cierpkość owoców. Poczułam wiśnie i czerwone porzeczki, wchodzące jednak w skład jakiegoś dżemowatego sosu... może do mięs / serów? I tych wytrawniejszą nutę czułam w tle. Jeszcze jakiś nabiał... może śmietanka. A także lekka maślaność?
Choć słodycz była niska, także i ona się tam zawinęła. Owocowa i soczysta mieszała się z cukrem pudrem o cięższym charakterze. Ten wątek zawalczył, zwłaszcza już w trakcie degustacji, o obraz mocno przypieczonego ciasta czekoladowego z orzechami laskowymi (grillowanymi?). Ono także musiało kryć owoce.

Zjadłam w zasadzie większość tabliczki, bo choć ta zbielało-zbeżowiała była podejrzana, nie cała się w taką zmieniła. Część tego "zainfekowało" jedynie wierzch, którego cienką warstewkę szło zdrapać / podważyć nożem. Środek pod nią okazał się normalny. Były jednak i malutkie fragmenty pyliście-beżowe po całości (tych trochę wywaliłam); trafiły się też zupełnie bez odrobinki beżu. Ciekawostka: te beżowe były kruche, a w ustach zachowywały się jak suchy proch, zmieniający się na masło. Nie przypominały czekolady.

Normalna część czekolady jednak... okazała się dość normalna. W dotyku gładka, sugerowała kremowość. Była bardzo twarda z grubości (może nieoryginalnej, bo czekolada popłynęła i zastygła inaczej), głośno trzaskała.
W ustach początkowo też była twarda, trochę jej trwało rozpoczęcie procesu rozpływania się, ale w końcu zaskakiwała na kremowy tor. Była tłustawa, gładka i pokrywająca podniebienie smugami. Robiła to powoli, ale konkretnie. Przypominała w tym trochę maziście-papkowate ciasto lub raczej maślaną masę na nie. Choć tłusta, to także trochę soczysta, a pod koniec pylista (to może jednak wynikać z jej stanu).

W smaku pierwsza uderzyła wiśnia. Słodziutka, acz już po chwili także cierpka i coraz charakterniejsza, jednak... nie kwaśna. Pomyślałam o wiśniach duszonych i... jako jakieś dżemy / masy. Gęste, lepkie i przede wszystkim słodkie. Pojawiła się minimalnie kwaskawa żurawina i czerwona porzeczka. Może z echem kandyzowania? Trochę ściągały. Przełamywały tym samym, ale jednocześnie figlarnie zachęcały, wytrawniejszy motyw dymu.

Ten na samym początku był znikomy, ale akcent dymu rósł konsekwentnie i wyraźnie. W pewnym momencie wyraźnie zarejestrowałam wędzoną nutę, sugerującą mięsistość... ewidentnie lekko słoną. Konkretnie ta nuta wydawała się kryć w dymie; nie chciała dać się złapać. Wyobraziłam sobie stek niemal ukryty w warzywach, w tym papryce. To mięsistość z masłem (jak stek z jego kostką na wierzchu?), lekko słonawa i soczysta. Po chwili schowała się jednak, wchodząc w nutę trochę śmietankową (?), a wędzenie napotkało orzechy. Te wyniosły na wierzch bardziej prażono-dymną nutę. Mignęły solone orzechy, potem już nie. Oczyściły się, zostawiając sobie jedynie gorzki dym.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się sowicie gorzko. A że wciąż ostro, pomyślałam o chili. Nagle rozgrzało usta i gardło i już byłam pewna, że to papryczka chili - w całości, nieco grillowana, poskręcano-suchawa momentami i z nutą dymu. Dołączył do niej ostro-ciężki pieprz i więcej ostrawych, wytrawnych przypraw, które... gorzkość rozbiły.

Na zasadzie kontrastu nagle rozpłynęła się wysoka słodycz. To niemal słodziusieńkie owoce. Wiśnie i porzeczki czerwone, ale także trochę czarnych, uderzyły soczystością. Potem zmieniły się w raczej dżemy. I to takie bardzo słodkie, aż z nutą cukru pudru. Może w tle mignął też dżem z moreli? Pomyślałam o cieście czekoladowym z owocowym wnętrzem i lukrowym wierzchem. Czyżby z nutką kandyzowanych owoców? Może i było lekko poprzypalane, maślane, ale wciąż udane.

Gorzkość przeszła w strefę orzechową. Wytrawniejsze nuty prawie odeszły w niepamięć na rzecz duetu maślano-śmietankowego. Wędzono-grillowane orzechy z czasem obrosły w naturalną słodycz i wemknęły się w ciasto. Pomyślałam o takim z orzechami laskowymi; może mące z nich oraz posypanymi, posiekanymi kawałkami na wierzchu jako element orzechowej kruszonka. Choć z goryczką (skórek?), dołożyły się do łagodzenia.

Lukrowa nuta dopadła także cytrusy wyczuwalne na początku. Słodycz chyba próbowała przekierować je na morele...  Acz wybroniły się goryczką. Grejpfrut i cytryna zaserwowały trochę swych skórek, które poprzez cierpkość zmieszały się z czerwonymi owocami. Te zrobiły się zupełnie niejednoznaczne i zmieniły w dżemy.

Na końcówce dżemy doprawiono pieprzem, ciepłą korzennością. Może i ciasto było właśnie czekoladowo-pikantne? Ciepłe, rozgrzewające i soczyste.

W posmaku została nuta odymionego, goryczkowatego kakao, pieprzu i sporo soczystości czerwonych dżemów. Lekki kwasek i cukrowa słodycz gryzły się nieco w tle, ale wygładziła je śmietankowo-maślana nuta. 

Całość okazała się... zaskakująco udana jak na to, jak to wyglądało. Konsystencja miejscami wyszła normalna, zapach nie sugerował zepsucia i był interesujący (mimo że nie w moim typie zbytnio). Smak... ten to w ogóle wyszedł ciekawie. Słodycz i wytrawność pokazały, czym jest "trudna przyjaźń", bo jakoś współgrały, oddając sobie pałeczkę, ale niezbyt do siebie pasowały. A jednak... nie mogę powiedzieć, by nie pasowały. Charakteru czekoladzie na pewno nie brak. Wiśnie i inne czerwone owoce, cytrusy wplatały i kwaśność, i słodziuteńkość. Dżemowate motywy niestety wiązały się z cukrowością. Warzywno-chili, ostre i pieprzne nuty zaprosiły mięsistość, która mi się tu niezbyt widziała. A jednak już wędzenie, orzechy i poprzypalane, dymne nuty były bardzo miłe. Razem z korzennością przełożyły się na dziwną kontrastową spójność. Tak, że końcowo czekolada mi smakowała. Przymykając oko na pewne aspekty, które mogą wiązać się ze stanem, w którym do mnie przyszła, wystawiłabym jej chyba 8/10.

Gdyby nie niżej przytoczona tabliczka, byłabym jednak trochę zdezorientowana. Otóż owszem, smakowała dobrze, nutami, na które w czekoladach już trafiałam, ale jednocześnie wiem, że maślaność czy gorzkość mogły by być uwypuklone przez "transformację tabliczki"; ze słodyczą coś się mogło stać, a pikanteria i gorzkość też - przecież np. stare orzechy potrafią zrobić się ostro-gorzkie. Może i kakao? Producent napisał tylko o nutach brownie, pestkowców, tabace i prażonej końcówce - to się jednak zgadza w zasadzie. Obstawiam, że niezniszczona mogłaby być bardziej wyważona, stonowana. Może nic by mi się nie gryzło?

Wiśnie, porzeczki, cytrusy, dziwne przepychanki słodyczy z kwaskiem (tam jako kwaskawy miód) czułam również w L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017. Także ona była, oprócz słodyczy, bardzo wytrawna za sprawą wędzenia i ostrych, paprykowo-chili sosów, mięsista i warzywna (podlinkowana aż w ocet poszła). W dzisiaj opisywanej pojawiła się niemal mleczno-maślana łagodność, chwilami dodając jednak wątki słodsze, ciastowo-orzechowe. L'Atelier była bardzo słodka miodowo, Reine zaś cukrowo-odstająco, ale nie mogę mieć pewności, że nie wynika to ze stanu tabliczki.


ocena: -
kupiłam: CocoaRunners
cena: £4.95 (za 75g) - mi pieniądze zwrócili
kaloryczność: 579 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym spróbować jej niezniszczonej, ale nie kupię jej po raz drugi na pewno; może kiedyś coś innego tej marki

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

niedziela, 14 marca 2021

L'Atelier Des 5 Volcans Reserve Du Dja 62 % Cacao Recolte 2018 ciemna z Kamerunu

Marka L'Atelier Des 5 Volcans jest mi znana głównie z widzenia, bo ich tabliczki mają niską zawartość kakao i dochodzą do nich warianty z dodatkami: z wanilią lub z kawą, co średnio mnie kręci. Jako jednak, że poznałam już ich czekoladę reprezentującą należącą do nich małą plantację Haut Penja: 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017, przyszedł czas na drugą, większą plantację, czyli Reserve Du Dja. W przypadku tej widziałam, że rocznik inny (2018), ale niewiele mi to mówi (jeśli chodzi o same zbiory to wiadomo, to pewnie odpowiednik linii produkcji). Podobnie jak to, że nie raczyli dołożyć tych paru %, by było po równo i można było sobie fajnie porównać. Szkoda.

L'Atelier Des 5 Volcans Reserve Du Dja 62 % Cacao Recolte 2018 to ciemna czekolada o zawartości 62 % kakao z Kamerunu z plantacji Haut Penja; rocznik 2018.

Po otwarciu poczułam kontrastowy i intrygująco spójne zestawienie, którego bazą była zaskakująca wytrawność zielonych oliwek i kwasek octu balsamicznego, ich ogólne połączenie z... delikatnym, słodkim karmelem. Zwieńczyła je leciutka jakby oleistość, a obok pojawiła się skóra od wypieczonego na chrupko chleba. Tu pomyślałam o dusznym zapachu surowych płatków, kasz, wanilii (zapach kuchennej szafki mojej babci)... przechodzącym do zbożowo-polnych, kwiatkowych (stokrotki?), nieco żywszych nut. To jednak znów raczej soczystość, kwasowo-podkwaszona i znacząco owocowa jak żurawina i jabłka, może nieśmiałe rodzynki. Odpowiadały za harmonijne przejście do niemal karmelowo-wypieczonej słodyczy. Pierwsze świetnie splatały się z octowymi oliwkami, drugie zaś ze skórką. Nuty zatoczyły i zamknęły krąg.

Przy łamaniu tabliczka okazała się bardzo twarda i głośno trzaskająca. Przy robieniu kęsa poczułam lekki chrzęst, jakby była cukrowo-ziarnista.
W ustach rozpływała się raczej średnio-powoli, ale bardzo łatwo. W pierwszej chwili była idealnie gładka, ale im bardziej zmieniała się w rzadkawy, lekko tłustawy krem, tym bardziej przejawiała szorstkawą pylistość. Wydawało się, że miała ochotę potrzeszczeć, co równoważyło tłustawość. Ukrywała się jednak w rzadkawym, zostawiającym szybko znikające smugi kremie. Wyszło to dość przystępnie i neutralnie (ani na plus, ani na minus).

W smaku uderzyła bardzo słodkim karmelem. Rozszedł się po ustach, jakby trochę się przypiekł, ale nie nasiliła się jego moc. Pomyślałam o wanilii i cukrze pudrze, a więc duecie dość dusznym, przypominającym mi kuchenną szafkę babci. Cukro-karmel jakby opadł, osiadł na słodkawe ziołowo-herbaciane nuty i jakby też nawet konkretnie jakiejś... herbaty waniliowej, owocowej z suszonym jabłkiem? To dalej ta kuchnia, szafka wisząca nad chlebakiem i blisko patery z jabłkami.

Te miały w sobie coś bardziej palono-podsuszonego i goryczkowatego, nawet cierpkiego, ale właśnie tłumionego i wygładzanego przez okrywającą je karmelową słodycz. Chyba podkradły się pod nią suszone, gąbczaste jabłka i jakieś suszono-kandyzowane egzotyczne. W pewnym momencie herbata i owoce zwilgotniały, nabrały życia (jakby proces odwrotny do suszenia?), serwując mnóstwo kwiatków polnych i jabłek już surowszych, ale kaszowatych (przejrzałych). Oczami wyobraźni widziałam setki stokrotek na polu.

Karmel wsiąkł w nie... niczym olej / oliwa w chrupko-wypieczoną bagietkę. Drobna goryczka i tu znalazła upust, a ja poczułam wytrawniejszy motyw. Od skórki od chleba, tej bagietki, odeszły zielone oliwki, niosące kwaskawo-wytrawną soczystość. Pomyślałam też o occie balsamicznym jabłkowym.

Kwaskawość mniej więcej w połowie bardziej zwróciła na siebie uwagę, a że znalazła się bardzo blisko słodyczy, ogólnie kwaśno nie było (po zjedzeniu większej ilości w ogóle zaczęła wydawać się bardziej sugestywna). Łącząc się, kwasek i słodycz wypuściły na wolność jabłka, żurawinę i cytrusy. Coraz więcej cytrusów, ale "na słodko".

Wytrawność opuszczona przez kwasek zrobiła się bardziej zbożowo-kaszowa. Znów pokazało się pole porośnięte drobnymi kwiatami, ale także jakiś zbożowy wypiek.

Nagle wyobraziłam sobie lemon bary czy też tartę / kruche ciasto z masą cytrusową na wierzchu. Zdecydowanie grubo posypano to cukrem pudrem i posłodzono wanilią... Słodkie, że aż nie czysto cytrynowe, a bardziej jabłkowo-cytrynowe. Z masą z... wtopioną żurawiną? Na pewno jednak posypane cukrem, bo i słodycz cukru (acz palonego) na koniec jeszcze wyraźniej o sobie przypomniała. Karmel... znacząco to osłodził.

W posmaku obok bardzo, pudrowo słodkiego karmelu została cytryna, może nawet wręcz pod nim, ale z odczuwalnym kwaskiem. Kwaskiem... przywołującym też wytrawność octu balsamicznego (jabłkowego?), oliwki, polne kwiaty... aż w końcu i bliżej nieokreśloną cierpkawość. Wszystko w słodkich realiach.

Całość wyszła dziwnie. Przez wysoką i wszechobecną słodycz wyłapywane wytrawne sugestie wprawiły mnie w lekką dezorientację. Ogólnie ta zbyt silna, pudrowa słodycz mi przeszkadzała. Kojarzyła się ze słodyczą Amedei i Franceschi oraz z zacukrzoną wersją batona LC Pacman. Pomyślałam o niej jako o drogiej, z wyższej półki, a więc i bogatszej w nuty wersji Wegmans Dark Chocolate 72 %. Już nawet Wedel Premium Gorzka Cząstki wiśni i chili wydał się równie "o wytrawnych nutach" (a jednocześnie bardziej przecukrzony i z niskiej półki).
Tym samym wyszła gorzej od 70 %. Obie były słodkie waniliwo, acz 70 % odbiła w kierunku kwaskawego miodu, a dzisiaj opisywana karmelu i cukru pudru. Charakterny las iglasty, egzotyczne owoce, wiśnie... w dzisiaj opisywanej to pole, żurawino-jabłka, cytryny w cukrze, stokrotki. Tak samo suszony owoc - podobieństwo! - ale znów w 70 % mango, tu jabłka. Znów ocet, chleb i wytrawność, ale już nie jak kiszone warzywa, drzewa, ale... bardziej oliwkowo-kaszowo-neutralnawe nuty. Takie, które pretendują do wytrawności, ale dowalili im słodyczy. Czytałam, że ludzie czują w niej kasztany - jak tak pomyślę, to... możliwe. Struktura także mnie nie kupiła.
Niby wytrawność dla bojących się wytrawności, takie "chcę być wytrawna, ale się boję". Końcowo specjalnie wytrawnie nie wyszła, a kwasek wystąpił w niej pod postacią bardziej "nut" niż kwaśności. Jedynie zapach i posmak pokazały pazurki. Szkoda, bo lubię wytrawne tabliczki (choć bez przesady), słodycz, gdzie jest uzasadniona (też bez przegięcia) w sumie też, ale tu...
W cenie do 8, góra 10 zł mogłaby dostać nawet 7/10, ale tak? Nie ma szans.


ocena: 6/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 28 zł (za 80 g)
kaloryczność: 589 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 26 lutego 2020

L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017 ciemna z Kamerunu

Francuzka Laetitia Paravisini swoją czekoladziarnię utworzyła w Afryce, w samym sercu Kamerunu w pobliżu pięciu uśpionych wulkanów. Brzmi pięknie, prawda? A gdy jeszcze dodać do tego, że ma własne plantacje: o wiele większą Reserve Du Dja w dżungli i mniejszą Haut Penja w okolicach wybrzeża, to już w ogóle... To, co mi przyszło na myśl to dzikość i różnorodność. Byłam ciekawa, czy właśnie taka okaże się czekolada (na razie kupiłam tylko jedną w celu zrobienia rozpoznania) marki L'Atelier Des 5 Volcans. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo w ogóle z tamtej części kontynentu niewiele tabliczek jadłam. Np. Kongo, które leży w miarę blisko, do często spotykanych nie należy.
Ta konkretna jest czekoladą rocznikową (czyli że po prostu oznaczony rok zbiorów kakao?), z plantacji Haut Penja, leżącej w regionie ponoć znanym z uprawy białego pieprzu.

L'Atelier Des 5 Volcans Cru Haut Penja 70 % Cacao Recolte 2017 to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Kamerunu z plantacji Haut Penja; rocznik 2017.

Gdy tylko rozchyliłam papierek, uderzył mnie intensywny i przenikliwy, niemal ostry zapach octu balsamicznego. Z czasem skojarzył mi się też z jakąś wytrawną, trochę orientalną mieszanką kiszonych warzyw. W tle przewijały się niemal nieuchwytne nuty chlebowe, może bardziej drzewne... Jak las iglasty? Miałam wrażenie, że gdzieś kryje się orzech? Było to jak bigos w drewnianej misce, podany z kromką chleba na zakwasie... Choć i odrobina słodkawości przy occie stała. Zespojona z kwaskiem, ale jednak, w dodatku trochę owocowa. Zawoalowane wiśnie? Czarna porzeczka?

Ciemna tabliczka przy łamaniu okazała się twarda; łamała się mniej, niż więcej po liniach podziału, wydając donośny, głuchy trzask.
Czekolada rozpływała się powoli, ale z łatwością. Wydawała się gładka, choć realnie była szorstka... jakby z szorstkiego pyłu / dymu wychodziła gładkość (jak na filmach akcji protagonista po wybuchu). Nie ściągała (co w sumie przy jej nutach trochę mnie dziwiło), a jakby starała się być kremową i lekko oblepiającą.

Robiąc kęs poczułam słodycz i "konkret" szykujące się do startu w wyścigu.
Nie pognały jednak; nie za silna słodycz popłynęła leniwie, uwalniając ze swej głębi jakby lekko podrapujący miód. Pojawił się "słodki kwasek", jak np. w miodzie ze spadzi iglastej.

Łączył się z nutami drzew, igieł drzew iglastych i szyszek, które toczyły się zaraz za słodyczą. Mimo iż żywe, oba wątki zawarły odrobinkę prażenia. Moje myśli krążyły też wokół orzechów, ale w sumie żadnych konkretnych nie jestem w stanie wskazać.

Mniej więcej w połowie w ich życie weszła soczystość wilgotnej, czarnej ziemi, która ewidentnie dominowała przez pewien czas. Kwaśność wzrosła, wzmocnił ją taninowy ocet balsamiczny. Było to charakterne, mocne i... trochę kiszono-warzywne, trochę grzybowe, coraz słodsze. Pomyślałam o słodkawych japońskich marynowanych grzybach shiitake, na pewno orientalnym klimacie, za czym kryła się też pewna mięsistość i mało orzechowa, bardziej wytrawna "orzechowawość".

Wilgotno-soczyste, wytrawne nuty nierezygnujące ze słodyczy w drugiej połowie zalał ocean soku z grejpfruta, cytryna i inne cytrusy. Goryczkowaty, słodki i lekko kwaśny grejpfrut przemycał coś łagodniejszego, egzotycznie-wiśniowego, ale i podkreślał prażenie. Kompozycję osłodziła słodycz mango. Ten owoc dominował, acz za nim przewijały się też waniliowe i brzoskwiniowo-jogurtowo-maślankowe sugestie, wracał miód.

Pod koniec prażenie robiło się silniejsze, do ziemi i cytrusów (w tym momencie głównie cytryny) dołączyło mango z miodem. Taninowo-octowo-wiśniowa nuta zmieniła się w czarną porzeczkę.

Posmak był kwaśno-cierpki, soczyście cytrusowy, a jednak złagodzony w nabiałowy sposób, tak maślankowo-jogurtowo-twarogowo. Wciąż był to kwasek, ale już naturalnie "słodkawy kwasek". Czułam się, jakbym zjadła trochę czarnych porzeczek.

Całość niewątpliwie mi smakowała, o czym przesądziło to, jak intrygująca i chwilami niejasna była. Pokazała charakter, pazury... czy nawet szpony! Mocno drzewna, a potem przede wszystkim ziemista, lecz lekko tylko prażona i nie za gorzka, a bardzo w tym soczysta. W sposób wytrawny. Wszelkie jakieś orzechy, warzywa... producent sugerował kasztany - myślę, że mogą to być one, acz jadłam je może trzy-cztery razy, więc o nich nie pomyślałam. Bardzo subtelna słodycz całkiem sporo wniosła. Miód i mango, waniliowy akcent i w końcu nabiał uprzyjemniały kwaśność wyrazistych cytrusów i wypływających z tanin wiśni i czarnych porzeczek. Ciekawie wyszły te ostatnie, bo czułam je tylko na wstępie i zakończeniu.
Takie gramatury idą u mnie na raz i powiem tak: mniej więcej po zjedzeniu połowy, w smak się wciągnęłam, że wcale nie wydawał mi się dziwny czy aż tak uderzający, acz poszczególne nuty wciąż były zacnie wyraziste, nienudne.

Trochę żałuję, że wytrawność nie poprzestała na drzewach i ziemi - kocham właśnie te nuty, a takie "wytrawno-orzechowawe" mogłyby im oddać jeszcze więcej miejsca. Przy tej ziemistości, drzewach iglastych i odpowiednim dosłodzeniu, wciągnął mnie też ten ocet. Tak mocnego nie czułam nawet w Pralusie Tanzanie Forastero 75 % czy w Domori Apurimac Peru 70 %. Wiśnie i wino przewijały się w czekoladach z Kongo, ale ta wryła mi się w serce swoją innością. Może to nie 10-tka, nad której smakiem pieję z zachwytu i do której ciągle chciałabym wracać, ale pysznie-intrygująca, odważna.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 19,99 zł (za 80 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 572 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy