Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rococo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rococo. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 sierpnia 2018

Rococo Roald Dahl Mr Twit's Beardy Breakfast mleczna 38 % z miodem, jogurtem, płatkami kukurydzianymi, chrupkami ryżowymi, kawałkami miodu, bananem, herbatą i solą

Zamawiając Rococo z serii inspirowanej twórczością Roalda Dahla trochę się pogubiłam. Myślałam, że jedna to ciemna, inna mleczna, a tu się białe trafiły i... Sięgając po dzisiejszą już nie wiedziałam, po co sięgam. Gdy okazało się, że nie jest to ciemna, ucieszyłam się. Dziwne? Nie, po prostu ciemne Rococo wychodzą słabo. Mleczna była wątpliwa, ale obecność bananów w składzie ugłaskało mnie i uwierzyłam, że może być smacznie. Uwielbiam banany i uważam, że w czekoladach niesłusznie są pomijane.
Tabliczka ta została zainspirowana nie tylko bananem (mimo że owoc zacny, nie przypisujmy mu aż takich zasług), a całym śniadaniem. Właściwie okruszkami po śniadaniach Pana Flei (ang. Mr Twit), które skryły się w jego brodzie (której oczywiście nigdy nie myje i nie czesze). Jest on bohaterem książki "Państwo Głuptakowie" (o małżeństwie największych obrzydliwców, którzy np. ciągle robią sobie jakieś dowcipy, nigdy się nie myją, z ptaków robią zapiekankę i nienawidzą dzieci).

Rococo Roald Dahl Mr Twit's Beardy Breakfast to mleczna czekolada o zawartości 38 % kakao z miodem, jogurtem, chrupiącymi płatkami kukurydzianymi, chrupkami ryżowymi, kawałkami chrupiącego miodu, bananem, (tzw. wędzoną) chińską herbatą lapsang souchong i solą morską.

Po otwarciu poczułam silny motyw wędzono-słony wkomponowany w dobrą, wyraźnie kakaową czekoladę mleczną. Zaczęło mi się to kojarzyć niemal serowo (z oscypkami), co podkreślała ziołowa nutka, choć i słodycz była znaczna. Właściwie było słodziuteńko, przesłodko, acz o ambitnym charakterze.

Przy łamaniu dość ciemna, cynamonowego koloru, tabliczka trzaskała i wydała mi się twardo-krucha.
W ustach była lekko tłustawa, rozpływała się jak te "bardziej cukrowe" mleczne czekolady ujawniając mnóstwo dodatków. Ich struktura zaskoczyła mnie pozytywnie, bo nie były za twarde, chrupały jak delikatne, świeże wafelki, mięknąc i coraz bardziej chrzęszcząc. Chrupiący miód zachowywał się podobnie, a między tym wszystkim plątały się małe kryształki soli.

Od pierwszej chwili po zrobieniu kęsa uderzył mnie miód. Mnóstwo miodu o ziołowo-charakternym, zacnie drapiącym smaku. Zdominował swą słodyczą wszystko inne i cudownie połączył się z mlekiem.

Tabliczka okazała się bardzo mleczna i to w niecodziennym kontekście. Jednoznacznie kojarzyła mi się z twarogiem.
Przywołało to wspomnienie jedzonych w dzieciństwie bułek z ogromną ilością białego sera i miodu (bardzo żywe, jednoznaczne skojarzenie). 

Obraz ten został podbudowany nutkami dobiegającymi z tła, a więc pewną "podsuszonością-ziołowością" (nie była to nuta ziołowa!), taką bardziej... suszoną wytrawnością? Z czasem, gdy kakao raz i drugi jakoś wyraźniej to podkreśliło, udało mi się wpaść na to, że to lekka nutka herbaty.
Także wędzony posmak się przy tym kręcił. On też oddziaływał na drugą "nutkę z tła", którą był "inny nabiał". Bliżej końca wychwyciłam subtelną jogurtowość, taką ociupinkę kwaskowatą (ale tak minimalnie, że prawie wcale).

Epizodycznie wędzonemu smakowi udawało się nawet wzbić ponad słodycz, gdyż cudnie podsycała go sól. Nie było jej bardzo dużo, ale trafiałam na nią w odpowiednich odstępach czasu. Takie słone szczypnięcia genialnie się w tym odnalazły.

Bardzo istotną rolę w smaku odegrały też chrupiące dodatki. Raz, że nakręcały skojarzenia z bułką, dwa: przełamywały słodycz, a trzy... smakowały samymi sobą po prostu. Wyraźnie czułam przewagę płatków kukurydzianych. Trafiałam też na bardziej kartonowy smak - pewnie kulki ryżowe. Jedne i drugie zacnie podkreślała sól. Potem była słodycz miodu, taka jakby trochę karmelowa (przy kawałkach miodu właśnie), ale raz i drugi bardziej rześka. To był pewnie banan, ale jego smak gubił się w miodzie.

Na końcówce znów wzmagał się właśnie smak miodu, choć już bez poczucia wszechobecnej słodyczy. Było oprócz tego przyjemnie wędzono, bardzo serowo-mleczne, a i z akcentami suszków (herbata i kakao?) oraz słono płatkowozbożowo.

Po wszystkim pozostawał posmak płatków kukurydzianych i kartonu, wędzoności, coś słonawego i poczucie konkretnego zacukrzenia bez takiego definitywnego, realnego zasłodzenia.

Czekolada wyszła bardzo ciekawie. Urokliwie, "klimatycznie", a zarazem nie tak znowu słodziaśnie czy dziecinnie. Całkiem sporo w niej charakternych elementów. Mimo że nie lubię chrupiących dodatków, te tutaj wyszły bardzo dobrze.
Żałowałam jednak, że całość to na nich się skupiła, a nie na bananach i jogurcie. Jogurt wiele wniósł, ale myślałam, że będzie bardziej jogurtowo (ale nie wiem, co w końcu bym wolała: twaróg czy jogurt). Podobnie z herbatą - ogromnie wiele wniosła, a ona sama jakoś... uchylała się. Najbardziej zawiódł mnie banan. Trochę go poczułam może dosłownie ze trzy razy, ale jakbym nie wiedziała, że jest w tej czekoladzie, to bym pewnie tego nie odnotowała. Mogli dać więcej banana zamiast chrupek ryżowych. Świetnie wyszły w niej płatki kukurydziane (Milko, ucz się!), ale właśnie z kolei do nich wolałabym więcej jogurtu jako jogurtu. Tak coś czuję, że najlepiej by było, gdyby zrobić z tego dwie różne tabliczki.

Mimo elementów przełamujących, ja czułam się jakaś zasłodzona... Niezbyt mi się to podobało, ale ogólnie czekolada zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. Miód z twarogiem na bułce oraz "te wszystkie słone wędzoności", cornflaksy... Mniam, ale to taka tabliczka-ciekawostka na jeden raz, nie żeby wracać.


ocena: 8/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleczna czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, sproszkowany miód: miód, maltodekstryna; lecytyna sojowa, aromat, naturalny aromat waniliowy), liofilizowane banany, liofilizowany jogurt w proszku (syrop glukozowy, jogurt z odtłuszczonego mleka, cukier, modyfikowana skrobia ziemniaczana, regulator kwasowości: kwas cytrynowy), kulki ryżowe (mąka ryżowa), bezglutenowe płatki kukurydziane (kukurydza, syrop ryżowy, sól), czarna herbata lapsang souchong, sól morska, chrupiące kawałki miodu (miód, odtłuszczone mleko w proszku)

sobota, 28 lipca 2018

Rococo White Chocolate Bee Bar Raspberry Fizz biała z malinami i musującymi cukierkami

Ostatnio jak już miałabym decydować się na jakieś białe czekolady, postawiłabym na Rococo. Swoje dziwadełka kupiłam dawno i nie planowałam kolejnego zamówienia, jednak na przeciw wyszła mi pewna częściowa współpraca, w ramach której oprócz rabatu, wpadło mi kilka tabliczek-ciekawostek, w tym maleństwo, o którego istnieniu dowiedziałam się dopiero, gdy wyjęłam je z paczki.

Rococo White Chocolate Bee Bar Raspberry Fizz to biała czekolada z malinami i strzelającymi cukierkami.

Po otwarciu dobiegł mnie zapach czysto białoczekoladowy, łączący w sobie śmietankę, mleko w proszku i dużo, acz nie za dużo, słodyczy. Niewątpliwie była to biała "z tych lepszych" i wzbogacona o sugestię malin, ale mi nie przypadło to do gustu.

W dotyku tabliczka wydała mi się tłusto-proszkowa, lecz w ustach okazało się, że nie była ani proszkowa, ani strasznie tłusta. Raczej tłustawo-kremowa i bardziej cukrowa; gładka. Powoli ujawniała farfocle i pestki malin oraz niewielkie cukierki strzelające zaskakująco długo. Strzelały, jak pękające bąbelki, mocniej i słabiej musując. Zaczynały od prawie samego początku, ale kumulacja była dopiero pod koniec, musowały jeszcze po zniknięciu czekolady.
Przyznam, że wyszło to dobrze, bo nienachalnie, ale z kolei trochę dziwnie bo... miałam ochotę rozgryzać maliny, ale nie cukierki i to tak... Nie współgrało.
Owoce wyszły nudno, bo farfoclowato i pestkowo, niesoczyście.

W smaku czekolada była wyważona, bo mocno śmietankowa i słodka w ambitniejszy sposób. Sprawiała przy tym wrażenie bardzo czystej (bez wanilii, karmelowości itp.).

Słodycz rozkręcająca się nieco, z czasem trafiała na smak malin i łączyła się z nim. Nie przyniosło to jednak soczystości, a skojarzenia z mocno mlecznym koktajlem z malinami lub delikatnie malinowymi lodami na śmietance. Tonacja okazałą się bardzo słodka, dopiero pod koniec przy drobinkach od malin rozchodził się leciutki, naturalny kwasek suszonych malin.

Cukierki najpierw wydawały się nie mieć smaku, jednak zostawione na koniec okazały się po prostu lekko słodkie. W ustach pozostawał wtedy jednak posmak białej czekolady i naturalnych malin, więc ich smak w tym się jakoś zakamuflował i wyszło dobrze.
Posmak był zaskakująco malinowy.

Całość wyszła fajnie jak na 20-gramową ciekawostkę. Cała taka tabliczka na pewno by znudziła, bo smak był bardzo prosty i delikatny, a więc właściwie nieodgrywający większej roli. Uwagę miała na sobie skupić struktura. O ile sama czekolada była normalna, maliny wyszły średnio (wolałabym coś bardziej naturalnie strzelającego, np. dodatkowo pesteczki fig?), tak cukierki (mimo że to nie moja bajka) naprawdę dobrze zrobili. Nieprzesadzone, wszechobecne, wyraźnie buzujące i zarazem delikatne. Nie lubię tego typu słodyczy, a te odebrałam pozytywnie.

Fajna i tyle, choć mnie znudziła po trzech kostkach (podzieliłam się z Mamą), bo... no, to jednak "czysta biała w smaku", mało malinowa, a z dodatkiem, którego nie lubię (ale dobrze zrobionym!).


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Czekolady Świata
cena: -
kaloryczność:  554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy 30%, pełne mleko w proszku 24%, liofilizowane maliny 4%, strzelające cukierki (cukier, laktoza, glukoza, dwutlenek węgla E290), lecytyna sojowa

wtorek, 12 czerwca 2018

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine biała z lukrecją, borówkami amerykańskimi i koprem włoskim

Po Rococo Frobscottle & Snozzcumber przyszła pora na kolejną tabliczkę z serii inspirowanej twórczością Roalda Dahla, tym razem inną książką dla dzieci - "Cudowne lekarstwo George'a" - o chłopcu, który postanowił uwarzyć swojej zrzędliwej i zjadającej robaki babci eliksir, którego składnikami są m.in. pasta do zębów, curry w proszku, extra ostre chili, szampon do włosów, chrzan, wosk do podłóg i proszek na pchły. Cenię sobie kreatywność, sama lubię eksperymentować w kuchni, mam dziwny gust i lubię próbować dziwne rzeczy, a wszelkie ziołowe smaki w czekoladach mnie pociągają. Wszystko to, jak i miłość do lukrecji, przełożyło się na to, że dzisiaj przedstawianą tabliczkę uznałam za najciekawszą z całej oferty. Kupując żałowałam, że to biała, ale po spróbowaniu kilku kiepskich ciemnych i mlecznej oraz smacznej wspomnianej białej od Rococo, moje podejście do rodzaju (koloru?) tej czekolady zmieniło się o 180 stopni.

Rococo Roald Dahl George's Marvellous Medicine to biała czekolada z lukrecją, borówką amerykańską i koprem włoskim, mającą przypominać smakowo "cudowne lekarstwo".

W trakcie otwierania z opakowania wyrwał się intensywny zapach dobrej jakościowo, mocno maślanej białej czekolady. Nucie śmietanki towarzyszyła nieprzesadzona słodycz i ogrom... słodkawej, orzeźwiającej lukrecji / anyżu. Przy tym zaznaczała się leciutka wytrawniejsza pikanteria i uroczy wątek jagódkowo-cukierkowy.

Tabliczka trzasnęła-pyknęła w sposób charakterystyczny dla nieulepkowatych białych czekolad; w dotyku zaznaczała się jej tłustość, ale i pewna pudrowość. W ustach okazała się jednak, jak na białą, mało tłusta, ale bardzo gęsta, dość znacząco proszkowa. Przypominała w tym domowe lody. Nie była gładka, ponieważ zawierała sporo twardawych drobinek.

W smaku w pierwszej chwili była lukrecjowo słodziutko-chłodząca (efekt trochę podobny do mięty, ale tu lukrecji nie da się pomylić z niczym innym) i błogo maślana.

Zalewała to fala mleka.
Mleko łącząc się z lukrecją tworzyło złudzenie zimnego mleka pitego w upalny dzień.

Lukrecjowo-anyżowy smak szybko zaczął dominować, ale nie zabił innych smaczków. Był cudownie wyrazisty, choć nieprzesadzony. Wkomponował się w ogólną silną słodycz (w końcu lukrecja sama w sobie jest słodka). Chłodek tego dodatku sprawił, że słodycz była jak najbardziej przystępna, wydała mi się naturalnie zgłuszona, taka trochę słodzikowa, ale w pozytywny sposób, gdyż opierało się to na lukrecji. Kojarzyło mi się to (wraz z konsystencją) z lodami śmietankowymi.

Słodycz przełamana została też innymi czynnikami. Charakterniejszym była pewna wytrawność o ostrych zapędach. Ujawniała się głównie przy rozgryzaniu drobinek. Język był wtedy kąsany jakby schłodzoną pikanterią. Wydawało mi się, że ujawniała się przy tym także sól. To było niemal... korzennie-pieprzne, ziołowo-apteczne i wciąż obłędnie lukrecjowe.

Do śmietanki dołączał lżejszy akcent. To bardzo, bardzo nieśmiałe jagódki - może trochę kwiatowo-cukierkowe, ale też już "apteczne". Słodkie, ale rześkie, sugerujące odrobinkę kwasku.

Końcówka jednak i tak należała do pikantnej, wyrazistej lukrecji wgryzającej się w śmietankową maślaność białej czekolady. Silna słodycz podporządkowała się temu, nie odbiegała klimatem, była rześko-chłodząca, co cudownie wyszło przy pikanterii wyczuwalnej na języku jako... delikatne odrętwienie?

To poczucie pozostawało jeszcze dość długo, dłużej niż przyjemny posmak maślano-śmietankowej czekolady i (nieco mniej przyjemne) delikatne poczucie przesłodzenia (no ale w sumie w dobrym stylu).

Czekolada okazała się bardzo charakterna - lukrecjowa do potęgi, chłodząca, że aż jednoznacznie kojarząca się ze śmietankowymi lodami. Bardzo silna słodycz została genialnie przełamana poważniejszymi nutami, a błoga białoczekoladowość wcale przy tym nie ucierpiała.
Ta była bardzo białoczekoladowa i bardzo, bardzo lukrecjowa. Bardzo słodka, a zarazem charakternie wytrawna.

To najbardziej lukrecjowa czekolada, jaką jadłam. Co jednak ważniejsze, wciąż smakowała właśnie białą czekoladę, nie było w niej przesady. Co więcej, lukrecja nadała białej takiego bogatego, poważniejszego wydźwięku, że bardzo mi smakowała. Mimo silnej słodyczy nie zasłodziła, cudownie zaś ochłodziła i troszeczkę przypiekła pikanterią. Owoce wyszły tu tylko jako leciutki "doprawiacz", nie tak jak maliny w Frobscottle & Snozzcumber - (znaczący smak), ale wcale nie brakowało mi ich silniejszego smaku.
Od razu przywołała na myśl genialną białą Zotter Labooko Soy white - właśnie też anyżową / lukrecjową. Rococo wyszła intensywniej (intensywniej lukrecjowa, czekoladowa) i cudnie śmietankowo. To zjawiskowość w tabliczce.


ocena: 10/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), liofilizowana lukrecja, liofilizowane nasiona kopru włoskiego, liofilizowane sproszkowane borówki amerykańskie, sproszkowany burak, wędzona sól morska, suszone kwiaty lawendy, olejek z mirry

środa, 9 maja 2018

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate mleczna 40 % z imbirem, cynamonem, gałką muszkatołową i pomarańczą

Jakoś przy Mulate Spices naszła mnie myśl, że z chęcią bym ją sobie w ciągu paru dni zestawiła z propozycją innej marki "od czekolad z ciekawymi dodatkami" - Rococo. Akurat miałam piernikową z charakternymi przyprawami, więc ślinka mi ciekła na myśl o niej. Właściwie dopiero dzień przed otwarciem dotarło to mnie, że to mleczna i w dodatku z olejkiem pomarańczowym. Z tym dodatkiem jadłam już dwie tej marki (Gold Frankincense & Myrrh i Orange Marmalade) i w obu był przesadzony... trochę się więc zmartwiłam, ale zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek jadłam tak przyprawioną mleczną czekoladę z olejkiem? Mogło wyjść coś ciekawego, więc postanowiłam nie tracić wiary.

Rococo Gingerbread Spice Milk Chocolate to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z przyprawami do piernika (imbir, cynamon, gałka muszkatołowa) i pomarańczą (olejkiem). Zawiera 18 % składników mlecznych.

Po otwarciu poczułam intensywną woń cynamonu, takiego słodko-pikantnego, w towarzystwie mleczno-maślanym do tego stopnia, że aż kojarzącym się z białą czekoladą na mleku w proszku.

Dość ciemna, żywo-intensywnie brązowa tabliczka  trzaskała głośno przy łamaniu. Wydała mi się nieco krucha, a w ustach rozpływała się w umiarkowanym tempie, oblepiając je i racząc drobinkami przypraw. Miałam wrażenie, że ona tak chwilami... miękła jak proszkowo-cukrowy ulepek.

Od razu poczułam silną słodycz, która zaraz została zmiażdżona cynamonem. Nie przełamał jej, gdyż sam też pewną słodycz reprezentował.
Po chwili dzięki gałce muszkatołowej nabrał wręcz gorzko-pikantnego wydźwięku, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ więcej uwagi poświęcałam ogólnemu klimatowi. Cały czas bowiem, do wszechobecnej słodyczy docierały poszczególne smaczki, ale nie rozwijała się sama czekoladowość (a przynajmniej nie w takim stopniu, jak bym sobie życzyła). Tabliczkę odebrałam jako wyjątkowo maślano-śmietankową, zaskakująco... białoczekoladową.

A jednak było w niej i jakieś "czekoladowe ciepło" (bardziej ciepło, niż czekoladowość). W końcu zorientowałam się, że wyczuwalne goryczki to nietrafiony, pomarańczowy smak. Było w nim coś dziwnego, nierealistycznego. Łączył się z gałką muszkatołową i cynamonem fundując korzenną gorzkawość, niekwaśną pomarańczę o słodkim smaku z "udawaną gorzkawością". To chyba właśnie to połączenie, wraz z cukrem zabiło samą czekoladę mleczną.

Mniej więcej od połowy rozpływania się kawałka przyprawy zyskały na wyrazistości. Wzrosła ich siła, ale przede wszystkim przebiły się smakiem. Wyraźnie czułam imbir (w proszku, a nie świeży), cudnie rozgrzewający język i gardło. Nie palił jednak, a po prostu rozgrzewał.

To właśnie ta subtelna ostrawość imbiru pozostawała w posmaku, co byłoby przyjemne, gdyby nie poczucie czekoladowej cukrowości z niemal wyzerowaną czekoladowością samą w sobie.

To trochę jakby... cukrowe maślane ciasteczka korzenne w towarzystwie gorącego, mocno przyprawionego i dosłodzonego mleka w formie tabliczki + zagubiona niby-pomarańcza. Nawet nie chodzi o to, że przesadzili z tą pomarańczą, bo nie była mocno sztuczna. Właściwie była słabo wyczuwalna, ale... była, a miałam wrażenie, że nie powinno jej tam być. Tak samo ze słodyczą: nie była taka niecodziennie silna, ale cukrowość aż krzyczała (to tak, jak czasem jedna drąca się osoba potrafi przekrzyczeć spokojny tłumek). Jakieś to nieprzemyślane mi się wydało. Wszystko ze sobą się łączyło... albo raczej tłamsiło nawzajem. Coś mi tu zgrzytało, za dużo jednych składników, za mało innych.


ocena: 4/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 554 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa), imbir 1,6%, cynamon, gałka muszkatołowa, olejek pomarańczowy

niedziela, 1 kwietnia 2018

Rococo Roald Dahl Frobscottle & Snozzcumber biała z malinami, truskawkami, ogórkami, szpinakiem, miętą, bazylią i cytryną

Lubię czekolady z dziwnymi dodatkami, ale u mnie jedzenie "musi mieć sens" - nie lubię robienia z niego śmietnika. Kupując Rococo już dłuższy okres czasu temu, jednorazowo miałam możliwość wyboru wszystkiego z ich oferty, więc skusiłam się m.in. na te dziwne, a do czasu ich otwarcia mój entuzjazm opadł. Nie bardzo podeszły mi zwyklejsze, więc czułam, że i w eksperymentalnych marka może zawieść. Przyznam, że tej się trochę bałam... Pochodzi bowiem z linii inspirowanej twórczością Roalda Dahla, autora książki dla dzieci "Wielkomilud" ("The BFG"). Jest inspirowana fikcyjnym jedzeniem z niej: snozzcumber, w którymś tłumaczeniu "śluzgór" / "paskudogórek", czyli czymś, co wygląda jak ogórek, ma jakieś 12 stóp wysokości, smakuje jak gnijące ryby i żabia skóra, a co uwielbia Wielkomilud, oraz frobscottle - "tłoczypianka" / "trąbelkówka - nalewka z trąbelków", czyli zielony napój, który uwielbiają giganci, bo mogą po nim latać dzięki piardom (w końcu: "whizzpopping - czyli w świecie The BFG pierdzenie - jest symbolem szczęścia"). Nic, tylko degustować!

Rococo Roald Dahl Frobscottle & Snozzcumber to biała czekolada z malinami i truskawkami oraz z ogórkami, szpinakiem, miętą, bazylią i cytryną.
Zawiera 30 % tłuszczu kakaowego i 20 %.

Po otwarciu poczułam zapach maślanej białej czekolady, do czego po zbliżeniu nosa do tabliczki, dołączył wytrawniejszy "zielony" motyw i wyraźna bazylia. Po chwili, po wczuciu się, poczułam też czerwono owocowo-cukierkową słodycz.

Po wyjęciu czekolady byłam w szoku.
Zupełnie nie spodziewałam się, że zobaczę coś takiego. Myślałam, że będzie raczej zielona z jakimiś owocowymi drobinkami albo w esy-floresy (coś jak ta Astor Alaska).

Przy łamaniu tabliczka była twarda, choć tłustość czuć już na tym etapie. Ogrom drobinek widać nie tylko w przekroju (cała tabliczka była w kropki). Gdy czekolada rozpływała się, ujawniała drobinki owoców, w tym truskawek i malin z pestkami (chwilami miałam wrażenie, że jakoś nieproporcjonalnie dużo pestek). Okazała się odpowiednio tłustawa, bo przełamana lekką soczystością i pylistą proszkowością, nie zaburzającą łatwego rozpływania się.

Najpierw spróbowałam część wyglądającą bardziej przyjaźnie, czerwonawą.
Już w pierwszej chwili okazała się łagodnie owocowa, jak bardzo mleczny koktajl z naturalnie słodkimi truskawkami. Przede wszystkim była właśnie mleczna w sposób białoczekoladowy, umiarkowanie słodka. Z czasem, przy pesteczkach malin, wyłaniała się i odrobinka kwasku. Muszę przyznać, że wyszła naprawdę dobrze.

Zielona część zaskoczyła mnie łagodnym mleczno-maślanym smakiem nie za mocno słodkiej białej czekolady. Czuć w niej wyraźnie "zieloności", a więc delikatny szpinak, pewną wytrawność nakręconą odrobinką bazylii (raz nawet jakbym wyraźnie na kawalątek skórki ogórka trafiła), ale i całkiem sporo cytrynowego smaczku, soczystego prawie-kwasku. Dzięki temu i delikatnej, świeżo smakującej mięcie czekolada zyskała ogrom lekkości, rześkości. Od razu pomyślałam o cudownym batonie Zmiany Zmiany Farmer Szpinak + Cytryna.

Połączenie tego wszystkiego wyszło zaskakująco spójnie. To jakby wspomniany baton przerobiony na smoothie i wymieszany z truskawkowo-malinowym mlekiem, co cudnie zespoił leciuteńki kwasek malin i cytryn, w formie słodziutkiej, ale nie za słodkiej, bo rześko-orzeźwiającej białej czekolady. I właśnie to pozostawało w posmaku.

Bardzo mi ta tabliczka smakowała. Nie zasłodziłam się, mimo że to biała czekolada... No właśnie. To wciąż biała czekolada, nie jakiś głupi eksperyment. Świetnie wyważono bowiem proporcje dodatków.
Jedyne, czego mi było szkoda, to że tych kostek, gdzie dwa kolory się łączą dali tak mało. Niby przyjemnie było też przegryźć raz tę, raz tę, ale ogólnie to było tak dziwne połączenie, że właśnie połączenia chciałam więcej... Odrobinkę przeszkadzały mi trochę te pesteczki (ogólnie owoców nie było specjalnie dużo, więc już mogli pestki odpuścić), jednak to szczegóły, a ja i tak jestem pod ogromnym wrażeniem.


ocena: 8/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 569 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: biała czekolada (cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, lecytyna sojowa), sproszkowany liofilizowany szpinak, liofilizowane maliny, liofilizowane truskawki, suszona mięta, olejek z ogórka, olejek bazyliowy, regulator kwasowości: kwasek cytrynowy

wtorek, 7 listopada 2017

Rococo Orange Marmalade ciemna 65 % z Grenady z pomarańczą i limonką

Kiedy po niesatysfakcjonującej czekoladzie Zotter Raspberry dalej ciągnęło mnie do kwaksowatych, ale nie kwaśnych klimatów, postanowiłam sięgnąć po czekoladę marki, która nieco mnie rozczarowała, ale której nie skreśliłam (w końcu wciąż posiadałam kilka tabliczek). Tutaj spodziewałam się silnej słodyczy, ale co, jak nie pomarańcza mogło być przyjemnie kwaskowate?
Pomysł na tę czekoladę ponoć wziął się z rodzinnego przepisu na pomarańczową marmoladę z karmelizowanymi gorzkimi pomarańczami i limonką. Przy zamawianiu wyobraziłam sobie czekoladę nadzianą taką marmoladą, ale... byłam w błędzie; to nie nadziewaniec.

Rococo Orange Marmalade to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Grenady z pomarańczą i limonką.

Natychmiast po otwarciu uderzył mnie zapach pomarańczy, który odebrałam jako za natarczywy i przerysowany, ale przynajmniej w gorzkiej tonacji i w zdecydowanym towarzystwie kakao. Z czasem jednak się trochę rozszedł, co wyszło mu na dobre. Było to połączenie skórki pomarańczy i olejku, ale odsłaniające także limonkową rześkość (co skojarzyło mi się wręcz jogurtowo). Z czasem całość zaczęła sprawiać wrażenie słodko naperfumowana.

Przy łamaniu czekolada lekko trzaskała, ujawniając w przekroju drobinki i kawałki cytrusów.
W ustach zachowywała się dziwnie. Rozpuszczała się opornie, bo zupełnie niegładko. Wtopiono w nią bowiem mnóstwo drobinek (momentami tak malutkich, że był to proszek i wtedy był "jakby bez smaku") cytrusów o mięsistej strukturze. Mięsisty proszek + jędrne kawałki, wszystko to dość soczyste. W efekcie uplasowało się to gdzieś między soczystością, a wodnistością.

W smaku od razu przywitało mnie smakowite kakao o wyważonym, gorzkawym charakterze z nutą kakao w proszku (nie mówię tu o tanim i odtłuszczonym), bez którego by się obeszło, ale które aż tak bardzo nie przeszkadzało.
Bardzo szybko odznaczała się także pomarańcza, a właściwie jej skórka. Ogólna tonacja była więc gorzkawa i nawet słodycz się w nią wpisała. Wyszła trochę "karmelowawo"-owocowo, choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że podobnie jak w zapachu jest naperfumowana. Ogólnie jednak nie narzucała się zbytnio.

Pewnie dlatego, że na statecznej kakaowej bazie rozwinęły się cytrusy i właściwie zdominowały całą resztę. Za głównym smakiem (skórką pomarańczy) krył się smaczek olejku, a więc trochę przerysowany, ale i taki po prostu słodko pomarańczowy. W tle pojawiały się przebłyski soczystej, naturalnej limonki, a przy paru drobinkach było ją wyraźnie czuć. Do cytrusowej gorzkawości dochodził więc delikatny kwasek, który paradoksalnie podkreślał "naperfumowanie".
Na koniec pozostał posmak kakao i cytrusów, czyli gorzkawych skórek pomarańczy, pomarańczy i limonki, ale i lekka olejkowość pomarańczowa.

Gorzkawy charakter był raczej subtelny i przystępny. Kakao było wyczuwalne, ale jako tło dla pomarańczy, bez żadnych konkretnych nut. Całość nie wyszła tak soczyście i naturalnie, jak bym sobie tego życzyła, ale też nie strasznie sztucznie czy w sposób przesadzony. Nie było za słodko (jak w przypadku przesłodzonej Gold Frankincense & Myrrh), bo cytrusy zdominowały kompozycję, ale na sposób naturalniejszy, soczystszy niż we wspomnianej. I w dzisiaj opisywanej miały do tego prawo, w końcu to zasadniczy dodatek.
Czekolada w smaku wyszła całkiem przyjemnie, ale chyba tylko nieco lepiej niż np. Wawel Luximo ze skórką pomarańczy, bo tutaj jednak ta kakaowa baza była porządna, a nie z odtłuszczonym kakao (a różnica w cenie kolosalna). Zupełnie nie pasowała mi jednak konsystencja... o wiele bardziej wolałabym albo większe kawałki, albo idealnie zmielony dodatek, albo (tak, jak myślałam, że jest) nadzienie.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 26 zł (za 70 g)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, pasta pomarańczowa 12,5% (pomarańcze, cukier, syrop glukozowy), sproszkowana limonka, olejek pomarańczy brazylijskich, olejek gorzkich pomarańczy, lecytyna sojowa

poniedziałek, 31 lipca 2017

Rococo Gold Frankincense & Myrrh ciemna 65 % z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem

Zastanawialiście się kiedyś, co łączy olibanum i mirrę? Nie? Jakoś mnie to nie dziwi. Jedno i drugie to wonna żywica. To najpopularniejsze kadzidła używane przez religie monoteistyczne, i o ile mirra od razu kojarzy się z trzema królami i narodzeniem Jezusa (a przecież była także używana jako przyprawa, lekarstwo itp. - samo słowo "mirra" oznacza "gorzki"), tak pewnie zachodzicie w głowę, czym do jasnej Anielki jest olibanum. Prawdziwym kadzidłem, a czym! I to dosłownie, bo właśnie od słów "franc encens", czyli "prawdziwe kadzidło" wzięła się tego angielska nazwa - frankincense. To jest to kadzidło używane w kościołach. Taak, czekolada poszerza wiedzę we wszystkich kierunkach - jako ateistka dopiero przy tej tabliczce o tym wszystkim sobie poczytałam, jednak nawet ja mam tylko jedno skojarzenie, gdy do wspomnianych rzeczy dolatuje jest złoto. Dary trzech króli dla Jezusa ponad dwa tysiące lat temu obrosły w wiele mitów, podobne dary od Kimiko dla Kimiko... zaowocowały recenzją, ponieważ znalazły się w tabliczce niezwykłej czekolady.

Rococo Gold Frankincense & Myrrh Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z pomarańczą, kadzidłem, mirrą i złotem.

Po otwarciu pięknego opakowania poczułam przede wszystkim zapach pomarańczy (na granicy naturalnego, a takiego "galaretkowego") oraz słodkiej czekolady. Kadzidlano-kadzidełkowe nuty może gdzieś w tle nieśmiało się zaznaczały, ale ogólnie zapach wydał mi się zwyczajny, wręcz przeciętny.

Tabliczka bardzo spodobała mi się z wyglądu, zarówno jeśli chodzi o podział na rządki, jak i intensywny, głęboki ciemny kolor. Płatek jadalnego złota był mi jednak obojętny.

Przy łamaniu czekolada trochę trzaskała, ale mimo twardości była dość uległa. W ustach rozpływała się idealnie gładko, kremowo, raczej tłusto, ale i tak pozostawiała lekko wysuszający efekt.

W smaku czułam nieco bardziej rozwinięte nuty zapachu.
Zaraz po zrobieniu kęsa czułam bowiem silną słodycz i głównie pomarańczę. Ta pierwsza natychmiast kojarzyła mi się z wytrawnym, ciemnoczekoladowym sosem. Wraz z kolejnymi kęsami opisałabym to jako takowy sos zrobiony z dużą ilością miodu i kakao w proszku (nie chodzi mi o to przemysłowe, odtłuszczone).

Na szczęście wszystko to było podbudowane dość silną, lecz wciąż raczej o subtelnym charakterze, gorzkością. Łączyła w sobie kakao o orzechowym wyrazie, pewną korzenność i smaczek skórki pomarańczowej. Ta skórka nie była czystą skórką-skórką, bo ogólnie pomarańcza w tej czekoladzie wydała mi się bardziej galaretkowata. O dziwo nie był to minus, smaczek ten wyszedł w miarę naturalnie (jak na coś, co trochę przypomina).

Cały czas właśnie pomarańcza dominowała - do pary z przesadzoną słodyczą o nieco miodowym wydźwięku. Mimo przesłodzenia, gorzkość stała tu na dość wysokim poziomie - czyżby to zasługa mirry? Kadzidła jako takiego nie czułam, ewentualnie taką lekką korzenność, ale o "smaku zapachu kościoła" nie ma mowy. Jeśli jakiś był, skutecznie zagłuszyła go pomarańczowość.
Kadzidlana nuta o wiele lepiej wyszła w Zotter Sacramental Wine and Frankincense / Messwein und Weihrauch - tam, choć też za delikatnie, była wyczuwalna; w Rococo prawie w ogóle.

Dodatek jadalnego złota był oczywiście tylko dla oka, bo nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęło - tak cieniutkie było (a tak swoją drogą, kiedyś widziałam wódkę z jadalnym złotem - ona to dopiero fajnie wyglądała, bo przez szkło te kawałki wyglądały na ogromne). Otrzymałam więc przesłodzoną pomarańczową czekoladę z nieśmiałymi, całkiem przyjemnymi nutkami. Nie żałuję, że spróbowałam, ale nie polecam.


ocena: 6/10
kupiłam: zamówienie przez e-mail
cena: 28,50 zł (za 70 g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, olejek ze słodkich pomarańczy (sweet orange oil), lecytyna sojowa, olejek kadzidłowy, olejek mirrowy, płatek 22-karatowego złota

niedziela, 7 maja 2017

Rococo Rose ciemna 65 % z Grenady z różą

Uwielbiam zdobywanie czekolad. Nawet trudno mi wytłumaczyć, jak bardzo cieszy mnie, gdy np. wreszcie po długich poszukiwaniach uda mi się zakupić jakieś prawie niedostępne, a wypatrzone dawno temu w internecie. Rococo wpadły mi w oko już jakiś czas temu i zaciekawiły mnie paroma smakami. Sama marka wydaje się zacna, a historia jej założenia jest typowa: w 1983 roku Chantal Coady postanowiła podążać za marzeniami i zajęła się robieniem czekolady (tak w skrócie). Jak widać, marzenia niektórych się spełniają, bo osiągnęła niemały sukces na brytyjskim rynku czekolad.
Zakupiłam kilka pełnowymiarowych tabliczek i jedną małą, od której to postanowiłam zacząć.

Rococo Rose to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao Trinitario z Grenady z różanym olejkiem eterycznym.

Warto zaznaczyć, że kakao dla Rococo Chocolates przygotowuje marka The Grenada Chocolate Company, której setkę jadłam.

Po rozchyleniu srebrnego papierka poczułam intensywny zapach płatków róż. Był piękny, ale jakoś nie przywodził na myśl czegoś do zjedzenia, a już na pewno nie czekolady, bo ta była nie do "wyniuchania" spod róż. Jeszcze wtedy nie była pewna, co o tym myśleć.

Połamałam uroczą tabliczkę, o intensywnym, ciemnym i ciepłym kolorze, która była należycie twardawa, acz nie nazbyt, lekko trzaskała. W ustach rozpływała się dość szybko w tłusto-kremowy sposób, w którym znalazł się "suchawy" element.

W smaku natychmiast dowodzenie przejęła słodycz i płatki róż. 
Już od pierwszego kawałka uznałam, że narzucały się za bardzo, mimo że nie były "chamskie" czy nieprzyjemne.
Słodycz nie była taka zwyczajna, miała odrobinę karmelowy charakter, a róże... hm, z nimi sprawa jest trochę dziwna. Czułam się, jakbym jadła zapach najprawdziwszych płatków róż i naprawdę dobrych perfum z takowych. Żeby lepiej to zobrazować będę mniej poetycka i napiszę tak: znacie uczucie jedzenia czegoś z zapchanym nosem? Ja czułam się, jakbym jadła "coś słodkiego" z nosem zapchanym płatkami róż. To w połączeniu z ogólną silną słodyczą robiło się trochę "cukierkowe" (ale nie sztuczne).

I właśnie tu wyszła największa wada tej czekolady. Bardzo słodka, sama w sobie nie odegrała zbyt wielkiej roli. Kakao niewątpliwie było czuć, zwłaszcza pod koniec pojawiał się przyjemnie gorzkawy smaczek kojarzący się z rozgrzaną ziemią i palonym karmelem, w czym z kolei przez moment - dosłownie ułamek sekundy (na skład zerknęłam dopiero po degustacji i teraz już sama nie wiem) - jakby mignęło mi i takie prostsze kakao (jak słoń w składzie porcelany... bardzo malutki słoń).

Po zniknięciu ostatniego kawałka w ustach pozostawał słodki posmak płatków róż. Był przyjemny, a jakże!

Ta czekolada była prosta, przyjemna, ale wiem, że nie dałabym rady zjeść jej więcej. Za słodka i za mocno naaromatyzowana, mimo że cudowną wonią, a przy tym za mało czekoladowa. Uwielbiam różany smak, zazwyczaj mi go brakuje, ale tutaj... po prostu nie współgrał z czekoladą. Może większa ilość kakao lepiej by się tu sprawdziła?


ocena: 7/10
kupiłam: zamawiana przez maila
cena: 12 zł (za 20 g)
kaloryczność: 534 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kakao w proszku, lecytyna sojowa, różany olejek eteryczny