Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pieprz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: pieprz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari ciemna 70 % z kremem na bazie mlecznej czekolady oraz nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu

Po Zotter Uganda Cacao Safari / Kakao-Safari straciłam nadzieję, że druga z tego duetu Safari będzie lepsza. Zwłaszcza, gdy zobaczyłam, że do orzechowej warstwy dodano marakuję. Po Vanini nie miałam ochoty na tabliczkę z marakują, a już jako dodatek do kremu nerkowcowego w ogóle mi się to nie widziało. Połączenie czekolady i narkowców jako nadzienie w wykonaniu Zottera było świetne w Zotter Boozy Chocolate Mousse, ale z kolei krem z mlecznej czekolady w Zotter Milk Choco Mousse bardzo mi nie podszedł. Nie wiedziałam więc, czego spodziewać się po dziś przedstawianej. Niestety miałam złe przeczucia. Mimo że z opisu dowiedziałam się, że krem zrobiono w niej z kakao od tanzańskiego producenta Kokoa Kamili. Pytanie, ile z tego poczuje się w kremie, i ogóle w takiej czekoladzie? To jednak nie jedyna ciekawostka, jaką zawierała. Drugą był dodatek pieprzu cumeo, zwanego też pieprzem grejpfrutowym. Ponoć ta niezwykła papryka z Himalajów ma intensywny smak grejpfruta, cytryny i limonki, co czyni ją lubianym składnikiem wśród szefów kuchni nagrodzonych gwiazdkami Michelin. A na tym pieprzu Zotter nie skończył. Dodał bowiem jeszcze timut, piakantny i cytrynowy pieprz. Ech, już na etapie czytania opisu odniosłam wrażenie, że strasznie dużo napchał do tej tabliczki. Nie rozumiem, po co. Gdybym ja chciała użyć jakiś ciekawy pieprz i pokazać go odbiorcom, na pewno nie mieszałabym go z drugim, podobnym.


Zotter Tanzania Cacao Safari / Tansania Kakao-Safari to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (24%) kremem ganache na bazie mlecznej czekolady oraz (36%) praliną / nugatem z orzechów nerkowca z kawałkami marakui, pieprzem grejpfrutowym cumeo, pieprzem timut i kawałkami migdałów w karmelu ("brittle").

Po rozchyleniu papierka przywitał mnie złożony, ale raczej chaotyczny niż głęboki zapach. Spód pachniał bardziej pieprznie, a zarazem mocno owocowo: marakujowo-cytrusowo. Ogólnie w kompozycji wyraźnie czuć orzechy nerkowca i wiążącą się z nimi maślaność, ale też jakby migdałowy motyw samej czekolady. Ta o dziwo wydała mi się bardzo wycofana, lekko tylko dymna. Wierch tabliczki pachniał nieco mniej pikantnie, ale też marakujowo-nerkowcowo, choć nieco bardziej czekoladowo. Po przełamaniu z zaskoczeniem odnotowałam wzrost czekoladowości i nerkowców, nie marakui. Tę wtedy urozmaicił motyw słodko-goryczkowatego grejpfruta i jakby pieprzna ziołowość.

Tabliczka wydawała się twarda i masywna tylko do momentu przełamania. Wtedy ujawniała kruchość i mimo grubej warstwy ciemnej czekolady na wierzchu nie trzaskała. Krem czekoladowy wyglądał na bardziej tłusty, acz zbity i masywny, nugat zaś wydawał się suchawo-kruchy, ale i jemu nie brak tłustości. Urozmaiciły go lśniące drobinki koloru bursztynowego w ilości średniej.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, utrzymując zbitość tak długo, jak się dało. Mazistymi, tłustymi falami pokrywała podniebienie i odsłaniała wnętrze. Przy nim wydawała się ciężka. 
Krem czekoladowy starał się podpiąć pod czekoladowość. Był bowiem gęsty, maślano-śmietankowo czekoladowy i bardzo tłusty. Tłustszy niż czekolada, w dodatku w miękki sposób. Wykazywał niemal idealną gładkość.
Nugat był konkretny i zbity, ale zaraz zmieniał się w maziście-tłusta masę. Wydał mi się wręcz śliskawy, ale wrażenie to, jak i gładkość, rozbijały małe grudko-kawałki, napędzające soczystość.
Dodatki w nugacie wystąpiły pod postacią bardzo różną. Całkiem sporo uświadczyłam tam soczystych, rozpuszczających się, choć w porywach chrupkawo-trzeszczących, jakby trochę gumowy kleksów jakby soku i pyłku. One końcowo tworzyły jakby nieco gibkie smugi kremu. To marakuja. Było tam też trochę migdałów, z których rozpuszczał się na wodę karmel, by zostawić miękko-chrupkawe kawałeczki samych zbyt posiekanych. A także twarde kawałeczki i drobinki pieprzu.
Wszystko to trochę rozbijało poczucie tłustości, acz całość i tak jawiła się jako ciężkawa. Na koniec otłuszczała usta.

W smaku czekolada rozniosła paloną, wyrazistą gorzkość, nasuwającą na myśl dym i ciemny chleb, lekko osłodzone karmelem. Kontrastowo gorzkość, wręcz cierpkość, podkreślała owocowa nutka.
Jak się okazało gdy spróbowałam jej osobno, sama czekolada trochę przesiąkła marakują. Za mało, by z pewnością orzec, że to marakuja, ale wystarczająco, by "czymś pobrzmiewała".

Marakuja ze środka, choć czasem nieśmiało zaznaczyła swoją obecność, wcale się nie spieszyła, by rozbrzmieć a już na pewno by zawojować kompozycję. Puściła przodem czekoladowo-nugatowe wątki. Oto krem czekoladowy podkradał się pod czekoladę i powoli przemodelowywał jej smak.

Krem czekoladowy wkroczył poprzez trochę palony motyw. Osłabił jednak gorzkość, jako że sam był leciutko gorzki. Skojarzył mi się jednak z bazującym na śmietanie deserem, mousse'em lub bitą śmietanką kakaową. Był więc cierpki, nawet nieco truflowy, ale też słodki i mleczno-maślany.
Gdy spróbowałam kremu czekoladowego osobno, wydał mi się łagodniejszy, bardziej maślany.

Nugat dołączył poprzez maślaność, po chwili mieszając ją z motywem orzechów nerkowca. One znacząco umocniły mleczność wnętrza, a same wyszły zaskakująco jednoznaczne. W pewnej chwili poczułam się, jakby jadła jakiś deser, pudding, mousse nerkowcowo-kakaowy, w którym to właśnie nerkowce dominują.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz zaczęła nieco drapać w gardle. Jednocześnie coraz delikatniejsze kakao epizodycznie podkręcała delikatna, ale ciężka, pikantna pieprzność, wkraczająca wraz z zawoalowanym marakujowo-cytrusowym wątkiem. Oto odzywały się drobinki i drobinko-kleksy z nugatu. Kwaśność owoców wcale nie była bardzo wysoka, lecz na zasadzie kontrastu do maślano-mlecznego, słodko-gorzkiego otoczenia wydawała się nieco niedopasowana. Czuć w niej głównie marakuję, ale rozmytą odrobiną cytryny. Niegryziony pieprz wydawał się niewiele wnosić. Choć owocowa nuta była bardzo delikatna, z czasem owocowy motyw i słodycz (z którą szedł w parze) zagłuszał nerkowce. Słodycz nugatu z czasem bardzo wzrosła; także za sprawą nieco cukrowych punkcików (jak się okazało, rozpuszczającego się karmelu?). Tak, że aż robiło się trochę za drapiąco-słodko.
Ta część spróbowana osobno wydawała się wyraźniej marakujowa, a nerkowcowa nuta w niej nie wystraszyła się owoców.

Rozpuszczające się drobinki coraz bardziej rozmywały smak kremu czekoladowego i nerkowcowego nugatu, aż w końcu przerobiły je na lekko słodkawe, tłuste smakowo maślane tło. Punktowe przebłyski dziwnie niemal cukrowo słodkiej marakui, grejpfruta i niepalonego karmelu nakręcały się w swych przeciwnych klimatach i kłóciły się ze sobą. Raz po raz plątał się tam jakby cytrusowo-ziołowy pieprz, wzmagający poczucie drapania słodyczy.

Czekolada końcowo znaczyła jeszcze mniej, wydając się słodszą.

Gryzione na koniec drobinki okazały się w większości pieprzem o ostro-cytrusowym charakterze oraz mało migdałowymi, nijakimi migdałami. To raczej "coś orzechowawego", przy czym czasem coś cukrowo chrupało. Marakujowe drobinki w większości się porozpuszczały, ale gdy na koniec się jeszcze coś zaplątało, smakowało wyraźnie marakują, choć jakby wymieszaną z cukrem.

Po zjedzeniu został posmak marakui i pieprzu o trochę cytrusowym charakterze. Czułam cierpkość... jakby cytrusów, grejpfruta i trochę kakaowego dymu. Czekolada ciemna właśnie głównie jako dym ostała się na koniec, jakoś dziwnie odleciała. Oprócz tego czułam sporo maślaności, śmietankę i "coś orzechowego", ale niedookreślonego.

Czekolada mi nie podeszła przez chaotyczność i jakby bezsensowne zasładzanie. Niezbyt wyraziste punkciki marakujowo-pieprzne spłyciły delikatny krem mleczno czekoladowy i nerkowcowy nugat, sprowadzając je do roli tłustego tła. A w obu tych warstwach był potencjał. Marakuję i pieprz grejpfrutowy wkomponowałabym w większej ilości w ogóle w inne nadzienie, które by się lepiej z nimi łączyło. Początkowa obiecująco niska słodycz rozkręcała się do poziomu drapiąco przesadzonego, kwaśność była znikoma, a jednocześnie przeszkadzająca. Gorzkość trzymała się subtelnego poziomu, przez co czułam jej niedosyt. Wiele nut jakby chciało, a nie mogło.
Za dużo było mi tu zgrzytów. Nawet dobra ciemna czekolada w tej kompozycji nie mogła się odnaleźć. I ogólnie niby trudno tu wskazać coś, co by było bardzo złe, ale tak samo nie umiem niczego bardzo dobrego wypisać. Znudziłam się po 20 gramach i było mi poważnie za słodko.

Mama też nie dokończyła. Czekoladę opisała: "Ogólnie mi nie smakowała. Niby był w niej jakiś delikatny kwasek, a ja lubię kwaśność w nadzieniach, ale ten... był jakiś niefajny, niewyrazisty. Za mało go było, żeby wyraźnie poczuć, co to dokładnie było i by coś pozytywnego wniósł. Ogół z opisu wydawał się smaczny, z potencjałem, ale jak przyszło do jedzenia to jakieś to takie... niedookreślone, niesmaczne, że się nie chce jeść, ale bez żadnych skrajnych odczuć, mocno przeciętne, takie na 5/10".


ocena: 5/10
kupiłam: zotter.pl (dostałam)
cena: jak wyżej, ale cena to 22,49 zł (za 70g; acz moja ważyła 75g)
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, orzechy nerkowca 13%, mleko, pełne mleko w proszku, kawałki karmelizowanych migdałów "brittle" 2% (cukier, migdały, dekstroza, masło, pieprz grejpfrutowy, emulgator: lecytyna słonecznikowa), syrop z cukru inwertowanego, masło, syrop skrobiowy, słodka serwatka w proszku, liofilizowana marakuja 1% (maltodekstryna, koncentrat marakui), odtłuszczone mleko w proszku, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna sojowa; sól, pieprz, sproszkowana wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier)

wtorek, 14 kwietnia 2026

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer ciemna 52 % z truskawkami i pieprzem

Połączenie truskawek i pieprzu jest według mnie nieoczywiste, ale w sumie nie kontrowersyjne. Na dziś przedstawianą czekoladę jednak wcale się jakoś szczególnie nie nakręciłam, bo Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper bardzo dobre zapadła mi w pamięć. Podlinkowana niby nie była zła, ale dobra też nie. Kupując dziś przedstawianą, do Meybony byłam nastawiona neutralnie. Dopiero już ją mając, brałam się za coraz kolejne i wtedy moje zaufanie do marki rosło. Czekoladę wzięłam ze sobą oczywiście w góry. Nie wiem, dlaczego to ją otworzyłam pierwszą... Podświadomie jednak w nią wątpiłam, że nie zachowałam jej na najwyższy punkt wyprawy na Wielką Świstówkę? Nie wiem. Jej wybrałam niższe, ale piękne miejsce: Kopske Sedlo, do którego doszłam z parkingu Biela Voda żółtym, a potem niebieskim szlakiem. Było jednak tyle chmur, że musiałam trochę poczekać na widoki. I... jednak się trochę cofnąć, by mieć lepsze ujęcia szczytów.

Meybona Bean to Bar Organic Strawberry Pepper Chocolate / Bio Schokolade Zartbitter & Erdbeer-Pfeffer to ciemna czekolada o zawartości 52% kakao z liofilizowanymi truskawkami i czarnym pieprzem.

Po otwarciu przywitał mnie wyrazisty zapach truskawek i palonego karmelu. Truskawki szły w trochę przecierowym, słodkim, ale jednocześnie lekko kwaskawym kierunku. Sama czekolada wydawała się palona nie tylko za sprawą karmelu, ale też ogólnie. W tle przemykała nieśmiała ziemistość, lecz gorzką trudno ją nazwać. Miała ciepło słodki charakter, acz fakt, że też nie była to słodycz bardzo wysoka. Jakakolwiek pieprzność czy ostrość nie dawały znaku życia.

Już na spodzie widać ogrom kawałków dodatku.
Tabliczka w dotyku sprawiała wrażenie tłustawej i bardzo twardej. Przy łamaniu trzaskała spodziewanie głośno, niemal kamiennie i trochę krucho. W przekroju pokazały się średnie i małe kawałki truskawek, które widać już na spodzie. Osiadły właśnie bliżej niego.
W ustach czekolada rozpływała się długo. Początkowo wręcz opornie, z każdą chwilą jednak coraz bardziej tłusto i wręcz ślisko. Zachowywała kształt i znikała trochę wodniście. Dodatki wyłaniały się z niej niezbyt chętnie i jakby trochę poganiały ją ze znikaniem. Mogłabym się założyć, że dodano ich o wiele więcej niż te 2,5%. Zrobienie kęsa tak, by chociaż nie zahaczyć o truskawki, graniczyło z cudem. 
Truskawki miękły i dodawały soczystości. Odrobinkę, częściowo jakby też się rozpuszczało, ale dużo ich i tak zostawało. Robiły się coraz soczyście wilgotniejsze i miękkie. Bardzo trudno uchwycić było drobinki pieprzu - świetnie ukrywały się wśród truskawkowych pesteczek. Zdecydowanie wolałam gryźć truskawki na koniec, ale z ciekawości ze dwa razy pogryzłam też wcześniej, obok czekolady. Wtedy były nieco suchsze, niektóre bardziej jędrne i trzeszcząco-skrzypiące.
Truskawki wystąpiły w różnej formie: sucho-kruchych kostek, które nawet na koniec potrafiły skrzypieć i trzeszczeć, twardszych i długo zachowujących suchość kawałków, śliskich farfocli i gąbczasto-miękkich kawałków. Wśród nich sporadycznie trafiały się pestki. Te dodały chrupkości. Dosłownie parę razy odnotowałam rozgryzienie twardszej drobineczki pieprzu.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz, w której natychmiast zaznaczyły swoją obecność truskawki. Otuliły je wanilia i palony karmel. Truskawki lekko pobrzmiewały, a karmel zaczął znacząco rosnąć.

Przemknęła myśl o fuzji przecieru i dżemu truskawkowego, trochę z palono słodką nutą.

W słodkiej paloności, właśnie za sprawą karmelu, pojawiło się whisky. Mocno karmelowe, słodkie i dosadnie alkoholowe. Rozgrzewało.

Akcent truskawek wzbogacił słodycz o lekki, owocowy kwasek, co w połączeniu z alkoholem odległe zasugerowało cydr, acz nie czysto jabłkowy, a jabłkowo-truskawkowy. 
Motyw truskawkowy rozchodził się oczywiście od kawałków i nasilał wraz z tym, jak się wyłaniały, acz odniosłam wrażenie, że baza znacząco nimi przesiąkła.

Gdy z ciekawości odrobinkę spróbowałam samej czekolady, czułam wyraźnie w niej nutę truskawek. 
Kiedy z ciekawości pogryzłam truskawki obok czekolady, wcześniej, wydawały się a to mdławe, a to w porywach kwaśniejsze, a baza przy nich bardziej maślana i mniej pieprzna, więc wolałam zostawiać je na koniec.

Z czasem whisky przybrała na pikantności i mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zrobiło się wyraźnie ostro-pieprznie. Pieprz wydobył z bazy palony motyw i znikomą gorzkość. Na moment chyba nawet ziemia się tam zaplątała.

Truskawkowa nuta przy pieprzu zdobyła się chwilowo na więcej soczystej kwaśności, jednak z czasem wróciła do słodyczy. Znów po głowie chodził mi przeciero-dżemik z palono karmelowym echem. Może i wanilia się znów pokazała? Słodycz przejawiała lekko syropowe zacięcie.
Truskawki rozbrzmiewały w różnym tempie i w różnym natężeniu. Czasem prawie wyprzedzały czekoladę, czasem stały na równi z nią. Zawsze jednak po pewnym czasie uspokajały się i łagodniały.

Pieprz starał się podkreślać gorzkość, acz ta ogólnie była bardzo niska. Ciepła paloność jednak bez wątpienia się pojawiła. Pieprz gryzł lekko w język i rozgrzewał, po czym znikał.

Także smak truskawkowy robił się coraz delikatniejszy, a czekolada zdecydowała się na bardziej słodkie, karmelowo słodsze i nieco maślane zakończenie.

Truskawki gryzione na koniec wyszły w dużej mierze słodko, w porywach kwaskawo. Nie miały problemu z przebiciem się przez posmak czekolady. Czuć, że to jakby pobrzmiewające przecierowo liofilizowane sztuki. Czasem wśród nich zaplątała się drobinka pieprzu, która chrupnięta, potrafiła porządnie przypiec w język i gardło - to jednak jakby w porozumieniu z truskawkową słodyczą.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkich truskawek w towarzystwie palonego karmelu i lekkiej, wytrawniejszej nutki palonej. Przy truskawkach przewinęło się jeszcze jakby jabłko, a ja czułam też rozgrzanie na języku i w gardle jak po pieprznej whisky, ale nie pieprzu jako takiego.

Tabliczka pyszna, tylko że trochę za słodka. Z większą zawartością kakao (choćby 60%) miałaby maksymalną ocenę. To połączenie słodkich, lekko kwaskawych truskawek i ostro-rozgrzewającego, ale nie napastliwego pieprzu na czekoladowej arenie wyszło świetnie. Sama czekolada przybrała słodko-palony charakter, choć głównie słodka, to nie w męczący sposób. Taka słodycz w zasadzie dobrze odnalazła się z dodatkami. Baza i dodatki stanowiły tu zacne trio, współpracowały.


ocena: 9/10
kupiłam: Allegro
cena: 20,93 zł
kaloryczność: 563 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier trzcinowy nierafinowany, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, liofilizowane kawałki truskawek 2,5 %, pieprz czarny 0,5 %, naturalny aromat truskawkowy, wanilia Bourbon

poniedziałek, 15 grudnia 2025

Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42 % Kakao z suszoną wołowiną marynowaną w żurawinie z przyprawami

Odkąd pamiętam, mięsny ze mnie typ, jednak mięso robione na słodko (w glazurach, sosach, z np. śliwką) jakoś do mnie nie przemawia. Ku mojemu zaskoczeniu, gdy spróbowałam amerykańskich czekolad z suszonym mięsem, te chwyciły. Nie tak, bym miała często wracać, ale doceniam. Gdy więc Beskid wprowadził nowości, stworzone w ramach współpracy z firmą Wild Willy zainteresowałam się. Nie tak jednak, by kupić, a by napisać do Wild Willy z pytaniem o współpracę. Jak łatwo się domyślić po tym wpisie, odpowiedź była pozytywna, za co jestem ogromnie wdzięczna.
O marce Wild Willy w zasadzie prawie nic nie wiem, oprócz tego, że zajmują się produkcją naturalnego suszonego mięsa. Nazwa i logo przedstawiają ich bohatera-maskotkę, Dzikiego Willy'ego, ale nigdzie nie znalazłam, skąd pomysł na imię i całego tego woła.
Postanowiłam zacząć od słodszej opcji. Zaciekawiłam się nią, bo pomyślałam, że połączenie żurawiny i wołowiny jest ciekawe (mimo że nie lubię łączyć mięsa z owocami - wszak w czekoladzie to zupełnie co innego). Opis jednak wyjaśnił, że chodzi o suszoną wołowinę marynowaną w sosie żurawinowym. 
Za czekoladę zabrałam się na Vasilovskiej Hali, która mijałam w drodze na Mincol. Wiedziałam, że szczyt jest zalesiony, a z hali miałam całkiem ładne widoki. I... W sumie hala, na wypas krów, jako tako pasuje, prawda?


Beskid Chocolate Wild Willy Suszona Wołowina Żurawina Czekolada Mleczna 42% Kakao to mleczna czekolada o zawartości 42 % kakao (blend) z suszoną wołowiną marynowaną w żurawinie i przyprawach, wyprodukowana we współpracy z Wild Willy.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach tłustego, naturalnego mleka, mieszającego się kontrastowo z wędzono-wytrawnym motywem... W pierwszej chwili powiedziałabym, że sera żółtego, ale nie tylko. Mięso w słonej, przyprawionej otoczce nie wyrywało się bowiem naprzód, a spokojnie przeplatało całość. Niby nie było oczywiste, lecz w sumie łatwo rozpoznać suszoną wołowinę. W tle doszukałam się jeszcze drobnej, nieokreślonej soczystości. Chyba czerwonych owoców, ale za nic bym się nie założyła!

Na spodzie jak się przyjrzeć, dostrzec można było przebijające się ciemne kawałki - tak jednak delikatnie, że telefon nie chciał tego uchwycić.
Tabliczka w dotyku wydawała mi się dość tłusta i potencjalnie kremowa.
Przy łamaniu sprawiała wrażenie kruchej i konkretnej. Trzaskała lekko, bardziej pykała. W przekroju widać trochę małych kawałeczków suszonego mięsa.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim. Była tłusta w maślano-pełno mleczny sposób, a także bardzo kremowa. Okazała się bazowo niemal idealnie gładka. Oczywiście oprócz kawałków dodatku. W zasadzie nie dało się zrobić kęsa, by nie trafić na jakiś kawałeczek beef jerky.
Z czekoladowej, miękkawej mazi po pewnym czasie zaczęły wyłaniać się drobinki i małe kawałki twardego, suszonego mięsa. Przy nim znalazło się też trochę pieprzu.
Kawałki wołowiny gryzione wcześniej obok czekolady były bardzo twarde, te większe niemal kamienie i twardo-chrupiące. Za to drobnica potrafiła czasem bardziej chrupko trzeszczeć. 
Ja wolałam jednak gryźć dodatki na koniec, gdy czekolada zniknęła, a mięso zdążyło nieco nasiąknąć. 
Gryzione na koniec kawałki wciąż były twarde, ale pod naciskiem zębów jako tako miękły (ale nigdy nie miękły tak zupełnie), przedstawiając się z lekko żujnej strony. Były suche, jak to porządne beef jerky, nie gumowe. Mniejsze trochę trzeszczały w nieokreślony sposób, a co większe, były wyraźnie suszono mięsne.
Raz po raz zdarzało się, że na kawałeczkach trafił się zmielony, ale jednak sporawy kawałek pieprzu, który głośno chrupnął.

W smaku to, co czułam najpierw wiązało się trochę z tym, jak dużo mięsa trafiło się akurat w kęsie. Przeważnie dość sporo, więc ogólnie można rzec, że występ zaczynało mięso, choć nie tak jednoznaczne, a bardziej trochę... zawoalowane?
Czasem na równych prawach rozbrzmiewało mięso z pełnym, niemal śmietanowym mlekiem.

Mięsu wtórował ciężkawy, wędzony, wytrawny motyw. Podążało za nim lekko gorzkawe, palone kakao. Przyprawy też się odezwały, ale zajęły miejsce w oddali.

Z małym opóźnieniem polało się mleczne tsunami i słodycz. Zrobiła aluzję do karmelu - chyba przez wędzono-palone nuty. Znacząco rosła, pomagając sobie kontrastem.

Dość szybko z czekolady wyłaniały się kawałki beef jerky i wtedy pojawiał się motyw karmelizowanych skwarek wołowych, a następnie wyraźnie nienachalnie przyprawionej suszonej wołowiny. Czuć wytrawność, echo sosu sojowego, ale nie silną słoność. Na sekundę czy dwie wydobywały lekko gorzkawy motyw kakao.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa chyba na zasadzie kontrastu, obok mięsnej nuty, mleko jeszcze się umocniło. Było to mleko pełne, trochę przechodzące w mocno mleczny, podwędzany ser żółty.

Ser, który zdradzał soczystość. Czasem trudno jednak było uchwycić jakiś konkretny owoc. Im więcej wyłaniało się kawałków, tym ta soczystość była silniejsza. Z rzadka można pokusić się o wskazanie żurawiny, jakiś czerwonych owoców (ale znów - za nic bym się nie założyła).

Wszystko tu jawiło się jako dziwnie harmonijne w swej kontrastowości.

Gdy na próbę raz czy dwa pogryzłam mięso obok czekolady, smakowało bardziej pieprznie, słono, a jakoś mniej mięśnie. Czekoladowa baza wtedy traciła, bo zwyczajnie wydawała się przygłuszona przyprawami z mięsa. 

W większości kęsów, ale nie w każdym, z czasem przewijał się krowi, taki zwierzęcy motyw. Przed oczami miałam... Krowy, zwierzaki i nasiąknięte tym zapachem mleko ze wsi. I domowe, odymione beef jerky?

Końcowo czekolada wydawała się mleczna do granic możliwości, a także ryzykownie słodka w prostszy sposób. Słodycz potrafiła się nawet zaznaczyć w gardle, jednak w żaden sposób nie męczyła.

Mięso gryzione na koniec wyraźnie smakowało suszoną wołowiną, którą lekko przyprawiono. Niektóre kawałki mocniej, inne słabiej. Lekka słoność przeplatała się z ciężkawym pieprzem. A czasem mocniej zaakcentowała się soczystość - powiedziałabym, że raczej po prostu wołowa, ale skład sugeruje, że niekoniecznie. W przypadku nielicznych większych kawałeczków czułam nutkę żurawinową. Czasem za to bez wątpienia czarny pieprz wyłaniał się mocniej. 

Po zjedzeniu został posmak aż zaskakująco mocno, mleczny i mięsny. Czuć suszoną wołowinę z dosadnym echem pieprzu i sosu sojowego, w które wpisała się lekka goryczka kakao.

Tabliczka była smaczna i ciekawa, ale nie jakoś szczególnie porywająca. Nie dorównała np. Wild Ophelia 41 % Milk Chocolate with Beef Jerky Alderwood Smoked Salt.
Niecodzienna i zaskakująco harmonijna. Sama baza wyszła cudownie mleczne, lekko gorzko i znacząco słodko - szkoda, że w zwykły, nie głęboki sposób. Baza świetnie pasowała do dodatku. Do tego mam jednak parę zastrzeżeń. Szkoda, że tak podrobili mięso - większe kawałki pełne smaku prezentowały się znacznie lepiej niż większość, która stanowiła drobnica. W jej przypadku mięsność nie była tak dosadna. Żurawina się zatraciła - pewnie dlatego, że wystąpiła tylko w postaci sosu, w którym marynowano wołowinę. A tak coś czuję, że gdyby dodano żurawinę w kawałkach, kompozycja mogłaby zrobić furorę.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od wildwilly.pl
cena: 28 zł (za 70 g; ja dostałam)
kaloryczność: 533 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, ziarno kakao, tłuszcz kakaowy, mleko pełne w proszku, suszona wołowina 5% (mięso wołowe: szynka ligawa; bezglutenowy sos sojowy: woda, nasiona soi, sól, ocet spirytusowy; żurawina suszona: żurawina, cukier, olej roślinny; ocet jabłkowy, sok z cytryny, przyprawy), emulgator: lecytyna sojowa

wtorek, 5 sierpnia 2025

Zotter Tangerine Tonka Caramel / Mandarine Tonka Karamell ciemna 70 % z mandarynkowym marcepanem i karmelowym kremem z ryżowej czekolady, kokosu i nugatu migdałowego z fasolą tonka i pieprzem oraz cienką warstwą ciemnej czekolady

Przy Zotter Cherry & Nut Waffle / Kirsch auf Nusswaffel trochę sobie ponarzekałam, że kwaśny krem owocowy nie pasuje mi do nugatu. Patrząc na dziś przedstawianą, zaczęłam się zastanawiać, czy wyjdzie podobnie nieprzyjemnie kontrastowo... czy może wręcz przeciwnie? Wszak mandarynki cechuje raczej słodycz. A czy one w ogóle pasują do karmelu? Miałam małe wątpliwości. Niemniej jednak Zotter Tangerine - Matcha - Coconut też połączyła mandarynkę z nieoczywistymi elementami i wyszła smacznie.


Zotter Tangerine Tonka Caramel / Mandarine Tonka Karamell to ciemna czekolada o zawartości 70% kakao nadziewana (28%) mandarynkowym marcepanem na bazie migdałów i mandarynek oraz (29%) wegańskim karmelowym kremem ("ganaszem") na bazie białej ryżowej czekolady, kokosa i praliny / nugatu migdałowego z fasolą / nasionami tonka i pieprzem Timut oraz cienką warstewką ciemnej czekolady (między warstwami).

Po otwarciu poczułam silny, szlachetnie słodki zapach wanilii i kwiatów, mieszających się z migdalowym nugatem i marcepanem. Kumulacja i dosadność tego miała wręcz perfumowy wydźwięk. Odnotowałam akcent pieprzu, który jeszcze podkreślił waniliowość, ciężkość marcerpanu i ogólną słodycz. Czułam też gorzkawo-paloną ciemną czekoladę przejawiającą chlebowe skłonności. Pod nie podpiął się marcepan. Był nieco wyraźniejszy, kiedy wąchałam wierzch. Z marcepanu dobiegała nie tylko ciężka słodycz, ale też łagodna soczystość cytrusów, w tym cytryny. Gdy wąchałam spód, wanilia dominowała, wraz z ciężką słodyczą marcepanu dyktując ogółowi czekoladkowo-bombonierkowy klimat. Po przełamaniu i w trakcie jedzenia ujawnił się też wegańsko karmelowy, również łagodny, słodki aspekt. Nasiliła się nugatowość.

Tabliczka była niby masywna przy łamaniu, przy którym słychać donośne chrupnięcio-trzaski grubej warstwy czekolady, ale nie całościowo twarda. Tylko czekolada była twarda.
Pod nią znalazły się dwie warstwy miękkich nadzień, przedzielonych średnio grubą warstewką ciemnej czekolady.
Górę stanowił wilgotny, plastyczny, ale jednocześnie zwarto-konkretny, grudkowaty marcepan mandarynkowy.
Na dole znalazł się tylko wyglądający na masywny, dość konkretny, ale realnie bardzo miękki i plastyczny krem karmelowo-nugatowy. Zaintrygowały mnie w nim plamki-kulki koloru białego - rozpuszczały się gładko wraz z resztą, a gdy jedną wyłuskałam, była tłusto-wodnista. Czyżby to... kawałki tej ryżowej kuwertury?
Przy robieniu kęsa czekolada chrupko trzaskała i wgniatała się w marcepan, a środek aż wilgotnie plaskał.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i maziście. Była gęsta i kremowa, powoli odslaniala masywne, ale łatwo mięknące nadzienia, bardzo z nią zgrane.
Karmelowy był niby zwarty, ale jednocześnie bardzo plastyczny i tłusto-miękki. Rozpływając się, przypominał masło ze znikomym oleiście-wodnistym motywem, które dopiero zaczynało ocieplać się. Podpinał się jakby trochę wymuszoną kremowością pod czekoladę.
Sporadycznie z kremu zostawały jakieś twarde, czarne drobinki.
Warstwa czekolady ze środka starała się zapewnić jak największą, kremową spójność.
Marcepan powoli wyciskał się spod innych warstw. Dodał całości trochę soczystości, jako że był bardzo soczyście-wilgotny. Czuć w nim typową drobną grudkowatość; mandarynki niespecjalnie ingerowały w jego strukturę. Rozpuszczał się wraz ze wszystkim w średnim tempie. Rzedł znacząco, a jego pojedyncze drobinki, zdradzające lekkie scukrzenie, czasem zostawały jeszcze, gdy wszystko inne się już rozpłynęło wraz z odrobiną proszku.
Czekolada z wierzchu i środka rozpływała się wraz z nadzieniami, zostając do końca.

W smaku czekolada przywitała mnie niską, palono-karmelową słodyczą, w harmonii mieszającą się z palono gorzkim, wręcz dymno-kawowym motywem. Karmelowosc słodyczy szybko podkreśliło wnętrze, a palonej nucie niemal chlebowy ton podszepnął marcepan. Czekolada była nieźle wyczuwalna cały czas - do momentu, gdy ujawniła się ta ze środka, a wtedy w ogóle była bardzo dobrze wyczuwalna.

Nadzienia dawały o sobie znać już po paru sekundach.

Marcepan łatwiej zwracał na siebie uwagę soczystością cytrusów - mandarynek, ale też cytryn, które mieszały się w dynamicznym splocie z ciężkawą nutą marcepanu migdałowego. Przez sekundę czy dwie wraz z gorzką czekoladą robił drobną aluzję do likieru kawowo-migdałowego, po czym na pewien czas trochę się wycofywał, pozwalając na debiut drugiej warstwie. 
Kiedy spróbowałam trochę marcepanu osobno, okazał się łączyć mandarynki właśnie z cytrynami, jednak nie był kwaśny, a jedynie soczysty i słodko marcepanowo-ciężkawy. Owoce stanowiły jedynie dodatek. W całości trochę podkreślał je na zasadzie kontrastu krem karmelowy.

Krem karmelowo-nugatowy rozchodził się wolniej, spokojniej, ale na pewno konsekwentnie. Podniósł słodycz całości. Wyraźnie czuć w nim nugatowość ewidentnie migdałową, wzbogaconą echem wiórków kokosowych. Mieszały się z mydlano-ryżowym, mdławym wątkiem, który pozwolił słodyczy wzrosnąć trochę przesadnie. Czuć sporo wanilii (pewnie podbitej tonka), której dosadność podkreśliła lekko ostrawo-ciężka nutka pieprzu. Czułam też maślany karmel, z kolei jakby nieco rozmyty wodniście-wegańskim, ryżowo-mdławym motywem. Słodycz rosła i rosła, ale nie była ogólnie przesadzona dzięki czekoladzie ciemnej i cytrusowej rześkości. Z czasem mdławy wątek określil się jako wegańska biała czekolada. Na szczęście kokos z czasem starał się to trochę sobą podkolorować, nadając karmelowi właśnie kokosowy wydźwięk.
Gdy spróbowałam trochę karmelowego kremu osobno, wydał mi się przesłodzony w waniliowo-perfumowy sposób i jednocześnie trochę zbyt wodniście-mdły.

Te jednak trochę przygłuszała ciemna, gorzko palona czekolada. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ciemna warstewka ze środka porządnie przypominała bowiem o ciemnej czekoladzie. Idealnie w czas! Słodycz zdradzała drapiące zapędy, a czekolada właśnie wtedy ją tonowała i wplotła lekko chlebowo-orzechową nutę, a także przełożyła się na myśl o naaromatyzowanej kawie. Drapiący aspekt przechwyciła lekka pikanteria.

Ta sprawiła, że marcepan znowu wskoczył na pierwszy plan. Wyprzedził słabnący krem karmelowo-nugatowy. Pod wpływem palono-słodkich nut reszty i odrobinki pieprzu oraz chlebowego echa czekolady, zaczął iść w kierunku migdałowo-cytrusowo-rodzynkowego piernika czekoladowego (bo i ciemna czekolada wciąż była wyraźnie wyczuwalna), po czym uprosił się, kończąc występ jako ciężkawy (co podbił pieprz) marcepan migdałowy jedynie z soczystym - trochę już cukierkowym? - echem. Ten smak kontynuowały pojedyncze pozostałe drobinki marcepanu.
Parę razy w ustach zostały też jakieś czarne drobinki, zdradzające znikomą ostrawość, ale w sumie o nieokreślonym smaku.

Po zjedzeniu został słodko-soczysty posmak mandarynek, ogólnie cytrusów i złudne rodzynkowy, mieszający się z ciężkim marcepanem i cierpko paloną czekolada. Czułam się też, jakbym zjadła jakaś czekoladowo-migdałowy piernik o karmelowej słodyczy z echem czegoś wegańskiego (obstawiałabym np. ciastowe batony jak od Legal Cakes.

Tabliczka wyszła całkiem ciekawie i smacznie, ale nie zachwycająco. Cytrusowy marcepan był ciekawy, jednak wolałabym, by był mocniej mandarynkowy, nie podkręcony cytryną. Krem karmelowy smakował trochę łagodnym karmelem, a jego słodycz szła w nieprzyjemnie perfumową stronę. Czuć w nim mydlaność ryżowej czekolady, co nie wyszło najlepiej. Na szczęście nugatowe migdały i kokos też miały sporo do powiedzenia. Dobra ciemna czekolada z wierzchu i środka oraz udany marcepan trochę kryły jego wady.
Choć nie wybitna, to zdecydowanie jedna z lepszych nadziewanych czekolad Zottera jakie ostatnio jadłam. Efekt nie do końca oddaje jednak tytuł, za co odjęłam punkt, bo w sumie pod względem smaku i struktury mogłaby i 8 mieć.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 67g; ja dostałam)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, marcepan 21% (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego), tłuszcz kakaowy, koncentrat z mandarynek 5%, sproszkowany napój ryżowy (ryż, olej słonecznikowy, sól), mleko kokosowe, syrop z cukru inwertowanego, migdały, płatki kokosowe, syrop skrobiowy, proszek kokosowy (pasta kokosowa, mleko kokosowe, mąka kokosowa), cukier karmelowy (karmelizowany cukier, maltodekstryna), sól, sproszkowana fasola tonka 0,05%, pełny cukier trzcinowy, kurkuma, pieprz, emulgator: lecytyna słonecznikowa; proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), sproszkowana wanilia, emulgator: lecytyna sojowa, sproszkowany imbir

piątek, 21 października 2022

Vosges Chinese 5 Spice 90 % Cacao with Licorice Root ciemna z lukrecją, cynamonem, anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami i solą morską; słodzona surowym miodem

Kuchnia chińska mnie nie ciekawi, jednak akurat to, że mnie odpycha, zwalam, na to, że nie zagłębiam się w jej tajniki i kojarzy mi się głównie ze smażonymi daniami. Do tego koszyka skojarzeń wylądowały też wszelkie "danie 5 smaków", "przyprawa chińska miks 5..." itd. Gdy chodzi o tę czekoladę, oczywistym było, że nie muszę się żadnej smażeniny brać, a że Vosges lubię, interesowało mnie, jakie 5 przypraw / smaków, w jaki sposób wkomponują w czekoladę. 
Przepisując skład pomyślałam, że to w sumie przyprawiona jakby Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey. Ciekawe, czy zgadłam. Z opakowania dzisiaj prezentowanej producentka zachwalała, że dodana mieszanka obejmuje wszystkie pięć smaków, jakie wyczuwamy: od słodkiego, przez kwaśny, gorzki, słony i umami. Przypomniała, że przyprawy, wchodzące w jej skład, podobnie jak kakao, są pełne przeciwutleniaczy i minerałów. Ja - już sama - znalazłam ciekawostkę, że pieprz syczuański (jedna z dodanych przypraw) nazywany jest też pieprzem japońskim - no, no, mały zgrzyt kulturowy, co? (żart).

Vosges Lab VHC Chinese 5-Spice 90% Cacao with Licorice Root to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao (miazgi, tłuszczu, pulpy, białka i mąki / proszku), z korzeniem lukrecji, cynamonem cejlońskim, chińskim anyżem, nasionami kopru, pieprzem syczuańskim, goździkami, solą morską; słodzona surowym miodem wielokwiatowym.

Po otwarciu uderzył przede wszystkim słodziutki cynamon. Prawie niepikantny, a mimo to pierwszoplanowy. Miał łagodny charakter, odlegle kojarzący się z kwiatami. Zadbał o obraz słodkiego piernika, a dopiero później dopuścił do siebie wytrawniejsze przyprawy i wyraźnie wyczuwalną czekoladową bazę o mocno ziemistym charakterze. Była palona, gorzka, jednak jakby przykryta dymem. Przy niej raz po raz przebijały się soczyste, acz bliżej nieokreślone owoce. Śliwki? Mignęło skojarzenie z pierniczkami w czekoladzie i nadzieniem owocowym (wieloowocowym?). W pierniku namalowanym przez cynamon znalazły się także goździki i anyż, lukrecja... stanęły tuż obok przypraw wytrawniejszych, które mnie skojarzyły się trochę kminowato (a to pewnie mieszanka pieprzu, nasion kopru etc.). Połączyła je nuta... ciemnego chleba. Takiego z przypaloną skórką, zrobionego na miodzie (i zakwasie?).

Tabliczka o niemal czarnym kolorze wyglądała na bardzo masywną i konkretną, a jej spód sugerował mnóstwo wielkich kawałów dodatków. W dotyku była niby kremowa, ale też zdradzająca pewną pyłkowość (jakby pyłek miał zostać na dłoniach... ale nie zostawał). Dalej zaskoczyła bardzo.
Przy łamaniu była twarda, ale nie aż tak, jak można by się spodziewać. Ujawniła jakby nabąbelkowany, trochę proszkowy przekrój bez widocznych przypraw. Gdy robiłam kęsa, to było jak wgryzanie się w nie do końca utwardzoną, bo wciąż miękkawą (jakby miękko-zawilgoconą) taflę pyłku i masła, trzeszczącą od kryształków. Choć osobliwe, nie było to nieprzyjemne.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, jak na ciemną czekoladę dość szybko. Twardość szybko odrzuciła zupełnie, acz zwartość sobie zachowała. Początkowo, bo zaczynała jako zbitka proszku i masła, przybierająca na miękkości i zmieniająca się w pyłkową, gęstą zawiesinę. Była jakby masą z zawilgoconego, lepkiego pyłu, im bliżej końca, tym bardziej zawiesinowo-wodnistą. Czuć ziarnistość, chwilami proszkowość, pylistość, przemielone przyprawy. Niektóre nawet do chrupnięcia. Była też znikoma ilość drobnych kryształków soli, rozpuszczających się razem z czekoladą. 

W smaku pierwsze rozeszły się delikatne, niemal mgliste kwiaty, tworzące klimat rześkiego poranka. Błyskawicznie dołączył do nich cynamon - słodki, delikatny, szlachetny (ewidentnie cejloński). Zmieszał się z nimi. Razem odpowiadały za niską słodycz, która z czasem ruszyła, trochę rosnąć. Miała jednak wydźwięk ulotny, lekki. Wyobraziłam sobie wielokwiatowy jasny miód z cynamonem. Rześkość czasem trochę chyliła się ku słodzikowi (ale tylko trochę). 

A jednak zza cynamonu wychynęła też gorzkość. Podkręciła także tę cynamonową, wraz z jej pikanterią. Pojawiło się sporo różnych, korzennych przypraw. Pomyślałam o miodowym pierniku z gorzkimi przyprawami. Zgłosił się anyż i korzeń lukrecji, z dziwnie soczystym echem.

Słodsze nuty nagle jakby rozmyła lukrecja. We mgle ukryła miód, zmieniła rześki poranek na mglisty, chłodny poranek, a sama zaprezentowała się ewidentnie jako korzeń lukrecji o słodkim, a jednocześnie dziwnie "korzeniowo" gorzko-goryczkowatym smaku. Wprowadziła chłód, lekko szczypiąc w język. W pewnym momencie wyszła na przód.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzeniowa gorzkość lukrecji przywołała czarną ziemię. Ciemną, wilgotną, zimną. Ta nieco lukrecję poskromiła. Mgłę przemodelowała na dym. Zrobiło się gorzko w o wiele bardziej czekoladowym sensie. Ziemię nasączyła odrobinka soku cytryny. Przybyła kwaśność. Do głowy przyszedł mi jakby kwaskawo-cierpki dym. Zdarzyło się, że wyłapałam lekko słonawe echo, podsycające to. Sól była subtelna, szlachetna. 

A potem dym odsłonił piernik. Również czekoladowy, oblany czekoladą. Mocno przypieczony, pełen przypraw piernik o dość ciężkim wydźwięku. Czułam pieprz, coś goryczkowato-ostrego i wciąż cynamon. Odnotowałam kakao w proszku, po czym piernik zmienił się bardziej w pierniczki w czekoladzie. Takie delikatniejsze, bardziej cynamonowo-goździkowe, a więc korzennie słodkie. Czyżby kryło się w nich nadzienie owocowe? Czułam drobny kwasek... Jakby wieloowocowego (na bazie jabłek?) "pierniczkowego", może trochę z dominacją śliwek?

Ta myśl przekierowała przypieczony piernik na chleb... Ciemny chleb z mocno przypieczoną skórką... może chleb ze śliwką... Na pewno bardzo wilgotny, kwaskawy od zakwasu i... chleb zrobiony na miodzie! Jakby z kwaskawym miodem? Delikatna słodycz, która jedynie pobrzmiewała na tyłach pod koniec odważyła się znów zagrać wyraźniej.

Wielokwiatowy miód był rześki, nienachalny i wzbogacony o słodycz przypraw. Te jednak charakteru pod koniec się nie wyzbyły. Chleb podkreślił w nich wytrawniejszy aspekt, a więc też i cierpkość. Znowu do głowy przyszło mi coś kminowego, ale trzymało się to czekoladowych realiów za sprawą nutki pylistego kakao. Raz po raz, w zależności od kęsa, pod koniec podskakiwał smak którejś konkretnej: pieprzu, anyżu, lukrecji, goździków. Zdarzyło się, że nagle miód błysnął mocniej albo np. nagle w chlebie wyłapałam echo soli. Nadało to degustacji dynamiki. Wszystko czuć bardzo wyraźnie, z pobrzmiewającą ziemistą, czekoladową bazą w tle. Acz im więcej mocnych przypraw, tym czekolada bardziej odlatywała ku zwiewnym kwiatom i... Węglowi. Nagle pojawił się węgiel rozrabiany w wodzie. 

Przyprawy jednocześnie grzały i chłodziły język. Na koniec czułam zimne odrętwienie wywołane lukrecją - taką, która nie zapomniała o swym smaku, natomiast w gardle ogrzewanie chili. Sporadycznie pojawiał się kryształek soli, wyraźnie wprowadzając słoność, podjudzającą kwasek. Gdy została drobinka jakiejś przyprawy, czuć ją wyraźnie, ale nie nachalnie. Raz był to anyż, raz goździki, raz pewnie jeszcze co innego. 

Po zjedzeniu został posmak zarówno przypraw, jak i czekolady, w zasadzie na równych prawach. Z przypraw dowodził delikatny, słodki cynamon i chili (także jako ciepło w gardle), ale czułam też pieprz, lukrecję. Lukrecja starała się zdominować wszystko swym słodko-ostrym, chłodnym smakiem. Przez odrętwianie języka prawie osiągnęła swój cel, jednak cała mieszanka piernikowa, z nieco wytrawniejszym echem oraz ziemią, dymem i cierpkością kakao w proszku dała radę. Wyszła na jaw też dość mocna paloność i węgielność. 

Muszę przyznać, że całość mnie trochę zaskoczyła. To, jak połączyła łagodność (kwiaty, mglisty poranek, miód) z charakterem przypraw (pieprz, goździki, anyż) i mocnymi, niemal setkowymi nutami ziemi, dymu było niewiarygodne. Osiągnęła to dzięki lukrecji i miodowi. Pierwsza zapewniała przejścia od zwiewności do ostrości, miód natomiast połączył słodycz z wytrawnością - jakby za sprawą chleba. Cynamon cejloński wydawał się odpowiadać za słodycz i był tak wyczuwalny, że to też dziwne (skoro jest znacznie łagodniejszą odmianą), świetnie się wpasował. Tabliczka mimo mocniejszych nut, i tak wyszła zaskakująco... Słodko i łagodnie. 
Charakterne przyprawy nie zagłuszyły czekolady, a świetnie do niej pasowały. Zestawienie ostrości, gorzkości, słodyczy i sugestii kwasku, szczypta soli udane - kuchnia chińska lubi takie połączenia, a jednak wcale mi się z żadną chińską mieszanką to nie kojarzyło. Za nic bym jednak nie zgadła % kakao. 
Kompleksowa, ciekawa i po prostu smaczna. Choć konsystencja dziwna i nie moja, raczej ciekawostkowa, też nie wyszła źle. Co więcej zaskoczyła mnie, że przyprawy były prawie na gładko - to jednak dobrze, bo lepiej się wszystko przemieszało (nie chciałabym, by zostawały do chrupania).
Po zjedzeniu zostałam nie tylko z ciekawym posmakiem, ale też z zagwozdką, jak smakują nasiona kopru. Google przyszedł mi z pomocą, że: "jak słodka lukrecja".


ocena: 9/10
kupiłam: vosgeschocolate.com za czyimś pośrednictwem
cena: 6 $
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, surowy miód, korzeń lukrecji, cynamon cejloński, sól Baja Gold (z Zatoki Kalifornijskiej), anyż gwiazdkowy, nasiona kopru, pieprz seczuański, goździki, owoc kakao (białko kakao, mąka z kakao*), puree z pulpy kakaowej

*to zamiennik kakao w proszku

PS A spragnionych czekolady czystej, zapraszam do aktualizacji recenzji Beskid Cuba 70 %, bo dodałam tam recenzję miniaturki.

poniedziałek, 12 września 2022

Theo & Philo Milk Chocolate Adobo mleczna 50 % z Filipin z toffi i pieprzem

Ta filipińska marka mnie nie ciekawiła, bo ewidentnie skupiają się na dodatkach i różnościach. Dostałam jednak jako gratis tabliczkę, której od razu muszę pochwalić opakowanie. Ten kogut jest przepiękny! Jednak to nie on jest tu gwiazdą. Marka Theo & Philo chce zamknąć smaki Filipin w tabliczkach wysokiej jakości. Do tego korzystają z najlepszych ziaren, jakie w Filipinach można dostać, z plantacji z Davao w Mindanao. To podobne położenie geograficzne, co ma Ekwador, więc idealne dla kakaowców. Nazwa marki ma rozwinięcie, warte uwagi (choć wg mnie wcale nie takie oryginalne). "Theo" to skrót od Theobroma Cacao, czyli nazwy kakaowca, a "Philo" wzięło się od greckiego "philos", czyli miłość. Założyciel Philo Chua chce dać szanse rozwoju lokalnym producentom, a światu pokazać właśnie serce Filipin. Stąd pewnie jedną czekoladę uczynił stylizacją na popularne tam danie Filipino Adobo, robione z kurczaka lub wieprzowiny, które marynuje się w occie, sosie sojowym, czosnku i czarnym pieprzu, by następnie w tej marynacie to dusić. Każdy region kraju ma ponoć swój sposób na to danie. Theo & Philo w wydaniu czekoladowym postanowiło zrobić coś i dla kobiet, i dla mężczyzn, podpierając się hasłem "do serca mężczyzny trafisz przez żołądek, to kobiety poprzez czekoladę". Uznali, że "upieką dwie pieczenie na jednym ogniu" i postarali się, by ich czekolada "smakowała toffi i zawarła w sobie dobre adobo". Przyznam, że jak to czytałam po raz pierwszy, skrzywiłam się. Poza tym, uważam, że jak robi się coś "dla wszystkich", przeważnie wychodzi efekt "dla nikogo". Prześledziwszy to wszystko, zrobiłam się sceptyczna. Sos sojowy w czekoladzie? Budził wątpliwości. Kiedyś jego odrobinę tolerowałam w wytrawnym jedzeniu, ale od lat go po prostu nie lubię. Kocham sushi i np. przeraża mnie myśl o zbezczeszczeniu kawałka tym sosem. 

Theo & Philo Milk Chocolate Adobo to mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z Filipin stylizowana na danie Filipino Adobo, czyli z kawałkami toffi (?) z masła z sosem sojowym i czarnym pieprzem.

Po otwarciu poczułam zapach mleczno-orzechowy, jakbym nachyliła się nad smakowym, brązowawym toffi i karmelem... Ten był dość palony, ale i słodki. Albo raczej nad jakimś orzechowo-toffi mleku smakowym. W tle odnotowałam maślany akcent i słoność z aż kwaskawo-cytrynowymi zapędami. Z czasem kwasek wydał mi się bardziej pochodzenia kakaowego, natomiast ogólna maślaność i słoność, a także toffi nasiliły się po przełamaniu. Wydało mi się to aż cukrowo słodkie, a jednak też specyficznie, osobliwie "nie czysto słodziusie".

Tabliczka w dotyku wydała mi się suchawo-proszkowa. Była nawet twarda, a przy łamaniu trzaskała / pykała. Słychać chrzęst i skrzypienie dodatków, którymi to mnie zaskoczyła. Proszkowy przekrój wzbogacony był bowiem mnóstwem sporych kawałków, kostek o twardawo-skrzypiącej strukturze. Nieco lśniły, acz kolorem zbliżyły się do czekolady. Dodano ich tak dużo, że trudno o kęs bez nich lub o niezahaczenie o nie.
W ustach rozpływała się powoli, trochę opornie. Była tłusto-kremowa, średnio gęsta i jakby chropowata. Nakręcała się w niej proszkowość. Z czasem dziwnie mieszała się z dodatkiem, że aż trudno powiedzieć, co było czekoladą, a co gładkawymi, powoli rozpuszczającymi się kawałkami. Twardawe były jedynie w pierwszej chwili, potem z ochotą miękły. Gięły się i kleiły do zębów (nawet niepodgryzane). Znikały minimalnie wolniej od czekolady. Szybciej gryzione trzeszczały / skrzypiały i obklejały zęby. Czekolada spomiędzy nich znikała dość rzadkawo i tłusto. Z czasem okazało się, iż na tych kostkach dodatku ulokowały się chrupiące drobinki i średniej wielkości kawałki mielonego pieprzu. Zostawał po wszystkim jako spore coś do chrupania.
Forma zlepka-ulepka, zostawiającego pieprz zupełnie do mnie nie przemówiła.

W smaku pierwsze pojawiło się masło ze słodkim tłem. Spłynęła mleczność, przywodząca na myśl mleko skondensowane / zagęszczone. Skojarzenie z nim szybko osłabiło echo soli, zgłaszającej swoją obecność (acz jeszcze nie mocno). Słodycz w tym czasie drastycznie wzrosła w karmelowo-cukrowym kontekście.  Na starciu wydała mi się przesadzona, choć nie była czysta. Wyraźnie poczułam też paloność karmelu, a także lekką gorzkość jakby skórek orzechów.

Po chwili wszystko to ułożyło się w maślany i palony karmel, a także toffi. Bardzo, bardzo maślane. Wraz z rozpływaniem się kęsa i wyłanianiem dodatków, masło nasilało się. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok słodziutkiego, maślanego i palonego toffi-karmelu, odnotowałam nieco bardziej wytrawną maślaność...  masła posolonego.

Pomyślałam o chłodnym maśle w kostce, bo w tle odezwała się lekka soczystość, rześkość. Wyłapałam cytrusową nutę, po czym i ona zmieszała się ze słonawym masłem. Toffi wciąż to opływało, acz też zrobiło się już bardzo słone. Słone toffi drapało w gardle cukrem i... pieprzem.

Epizodycznie pojawiała się ostrość i ciężki motyw czarnego pieprzu. Pewien gryzący, słono-wytrawniejszy element też promieniował od kawałków.

Pod koniec czekolada wydała mi się cukrowo-karmelowa, męcząco maślana i słodka w plastikowym sensie. Wtedy dodatki zupełnie ją zdominowały, pomagając sobie solą. Dodały do niej lekki, niemal nieuchwytny motyw sosu sojowego. To tu uplasowała się goryczka (wcześniej wydawała się bardziej kakaowa) - chyba bardziej palona? Masło i sos ten zaczął się mieszać z cukrem. Pomyślałam o daniach teriyaki, a więc w słodko-sojowej glazurze. Tu wyraźnie ze sporą ilością pieprzu, którego na koniec było tyle, że dominował - w końcu zostawał jako spore kawałki do pogryzienia

Po zjedzeniu czułam się przecukrzona, mimo że kompozycja nie była bardzo za słodka... Ona była po prostu irytująco słodka. Na poziomie gardła przesłodzenie też jakby się zaznaczyło, ale w gardle i na języku panoszył się głównie pieprz - to pewne. On jednak podparł się dziwnie cukrowością. Do tego masło umożliwiło temu wszystkiemu wyjść aż tak klarownie. Wtórowała temu słoność - może nie aż tak oczywista już po zjedzeniu, ale nie do przeoczenia.

Prędko odechciało mi się jedzenia tego. Po kostce siedziałam nad tabliczką skrzywiona i za nic nie mogłam znaleźć w niej zalet. Irytująco kontrastowa w każdym aspekcie. Twardo-tłusta i proszkowa baza, a także duży, gładko-miękki dodatek z chrupiącym pieprzem. Nuty soli, masła wyszły odpychająco. Słone toffi z wytrawniejszymi, pieprznymi plecami zadbały o to, że w kompozycji ciągle czułam zgrzyty. Sama czekolada raczej cukrowo-maślana, choć nawet z goryczką, nie wyszła zbyt dobrze, a plastikowo... o tyle bardziej, że o choćby kęs bez dodatku trudno.
Nie dość, że zebrała w sobie to, czego nie lubię, to jeszcze ani to dobra mleczna, ani nie kojarzyła się z żadnym daniem, a była po prostu jak toffi z solą i pieprzem, co w moim odczuciu już z zasady do siebie nie pasuje. Po mikroskopijnej ilości oddałam Mamie. Ona też szybko odpadła: "sama czekolada ot, nienajlepsza, ale na koniec coś chrupnęłam i straszny pieprz mnie uderzył, że po tej jednej kostce nie miałam zamiaru jeść ani trochę więcej. Nie mam co robić, a pieprz chrupać...". Reszta powędrowała dla ojca.


ocena: 4/10
kupiłam: dostałam od Sekrety Czekolady
cena: -
kaloryczność: 546 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier trzcinowy, miazga kakaowa (25%), tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, masło, sos sojowy, pieprz czarny 

piątek, 22 kwietnia 2022

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Erdbeere - Pfeffer ciemna z nadzieniem truskawkowym z pieprzem i ciemnoczekoladowym musem

Lindt stracił w moich oczach na tyle, że wiem, że od jego mlecznych nadziewanych będę teraz trzymać się z daleka. Od ciemnych nadziewanych... pewnie w dużej mierze też. Szczęście w nieszczęściu, z dwiema mlecznymi paskudami, zamówiłam też dwie ciemne nadziewane. Jako że to seria w miarę przeze mnie lubiana (mimo że nie genialna i niezbyt zgodna z tytułem, bo mousse'y mousse'ami nie są), to tam... spróbować można. Kiedyś tak sobie pomyślałam, że zjadłabym dobrą ciemną czekoladę z dżemem / sosem truskawkowym. I proszę! Coś, co mogło taką się okazać. Aczkolwiek gdy formułowałam tę intencję nie myślałam o pieprzu, ale gdy zobaczyłam dzisiaj prezentowaną, przypomniała mi się kontrowersyjna, a pyszna Orion Mistrovska Edice 68 % ciemna z truskawkami i solą. Sól ma się co prawda ni jak do pieprzu, ale chodzi o "dziwne doprawianie". Podobnie dziwnie pysznie wyszły truskawki z cynamonem w Zotter White Chocolate with Strawberries - ta jednak... to biała. Ewentualnie Zotter Strawberry + Pineapple and Pepper. Też jednak bardzo łączona. A duet pieprzu i truskawek coś mi po głowie chodził... Że jednak nie taki mi obcy. Dopiero niedługo przed otwarciem dzisiaj prezentowanej przypomniałam sobie, że była już u mnie też Hachez Cocoa D'Arriba 77 % Erdbeere-Pfeffer / Strawberry-Pepper, acz już mniej udana. Mówi się jednak trudno i liczy na "dobry dżemik".

Lindt 70 % Edelbitter Mousse Erdbeere-Pfeffer to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z ciemnoczekoladowym mousse'em / kremem (26%) i nadzieniem truskawkowym z pieprzem (18%).

Gdy rozrywałam sreberko, ruszył zapach słodko-soczystej truskawki typowo przecierowo-dżemowej i słodko-kakaowy, udający likier czekoladowy. Pochodził od mocno palonej, ciemnej czekolady, ale ten wątek dodał jej truflowego akcentu - czuć, że kryje coś czekoladowego / kakaowego. Były wyrównane, nawet po podziale i w trakcie jedzenia. Truskawka choć nie była w 100%ach naturalna, nie wydawała się napastliwa. Może trochę podkręcona soczystym kwaskiem cytryny i sztucznością. Mimo że ogół był słodki, czekoladzie nie brakowało gorzkości. Podkradła się pod kawę, roztaczając ciepło. Właśnie zwłaszcza, gdy nadzienie się pokazywało, zapach robił się bardzo ciepły. Truskawka z kolei w trakcie jedzenia przybrała na przerysowaniu.

Tabliczka sprawiała wrażenie twardo-kruchej. Przy łamaniu trzaskała krucho z racji grubej warstwy czekolady. Przy podziale kostek trzymała się ładnie, szło równo. A jednak, gdy robiłam gryza, wierzch pękał i wchodził w miękki żel. Nabrałam wątpliwości co do spójności kompozycji (na szczęście byłam w błędzie). Po chwili bowiem dostrzegłam, że z kolei na spodzie czekolada jest cienka. Jak się później okazało, świetnie wyszło to z mousse'em.
Pod czekoladą umieszczono delikatne nadzienia. Żadnego nie poskąpiono.
Mousse okazał się tłustym i gęstawym, ale nieciężkim kremem, który pewne napowietrzenie w sobie krył. Wyglądał na minimalnie napęcherzykowany. Wydał mi się lekko mazisty. Przy odgryzaniu części kostki czasem mlaskał.
Nadzienie pieprzowo-truskawkowe to klejąco-ciągnący, rzadkawy, ale nie lejący żelem. Trochę się spod czekolady wyciągało i wracało do niej, a odrobinę bardzo leniwie wypływało, ale zatrzymywało się w końcu. Dostrzegłam w nim trochę czarnych kropeczek pieprzu (tak jednak drobnych, że można nie zauważyć).
W ustach czekolada rozpływała się powoli (które to wrażenie nasilały nadzienia na zasadzie kontrastu) i kremowo. Była tłustawa i gęsta. Miękła z ochotą, pokrywając podniebienie lepkimi smugami. Do końca utrzymała pewien konkret gęstej ciemnej, co podkręcało nadzienie.
Bardzo harmonijnie, bez zgrzytów czekolada łączyła się z mousse'em, a dokładniej mousse'owatym, tłustym krem. Wyszedł maślano-śliskawo, co tonował pylisty efekt kakao, i jedynie gęstawo. Odebrałam go jako rozlazły, miękki. Zaskoczył mnie, bo tym różnił się od innych niemousse'owych moussów z serii Creation Edelbitter Mousse 70%. Ten bowiem udawał zwarty (jak na mousse) mousse z zalążkiem efektu chmurki - takiej... ciągnącej chmurki? Mieszał to jednak z masywniejszą czekoladowością, którą to harmonijnie podpinał się pod czekoladę. Wyszedł ciężkawo tylko jak na mousse, którym to częściowo rzeczywiście był - dzięki takiej formie "pomiędzy" zapewnił spójność środka z masywną czekoladą.
Żel wyciskał się prędko, ale nie rozpuszczał się za szybko. Okazał się bowiem nieco przecierowo-gumowy. Rzadki, ale zwarty. Był lepki i minimalnie soczysty. Gładkawo-chropowaty (z zalążkiem przecierowości), bez drobinek truskawek, ale za to z wyczuwalnymi raz po raz drobineczkami pieprzu. Wpisywały się w pewną przecierowość.

W smaku czekolada zaczęła od rozniesienia palonej gorzkości kawy, podbitej ciepło-piernikowym echem. Choć sama wydawała się leciuteńko przesiąknięta nadzieniami, była dobrze wyczuwalna cały czas, decydując o wszystkim. Pomyślałam o cieście oblanym ciemną czekoladą; bardzo słodkim w palono-karmelowym stylu.

Cieście... piernikowym? Z nutką likieru czekoladowego / kakaowego? Z soczystą i zacukrzoną warstwą owocową? Nagle przebił się soczysty kwasek, powiedziałabym, że cytrynowy, ale... Prędko głos zabrały truskawki, ewidentnie dżemowo-przecierowego pochodzenia. Pomyślałam o przesłodzonych dżemach, masach z pierników. Wyraźnie czułam truskawki, ale trochę podkręcone. Zarówno kwaskiem cytryny, dbającym o soczystość, jak i cukierkowym echem. Było trochę sztuczne. Po paru chwilach zarejestrowałam ciepło w gardle. Nie wydawało się jednak "cukrowe".
Nadzienie, choć soczyste, wiązało się z ciepłem; lekkim przyprawieniem piernikowym. To ciepło to... wyczuwalny w gardle pieprz!

Obok z czasem, jakoś w połowie rozpływania się kęsa poczułam troszeczkę pieprzu. Podkreślił ciemną, palono-cierpkawą czekoladę. Nie był to smak intensywny, ale wyczuwalny. Mimo to, niwelował sztuczniejsze zapędy poszczególnych części. Pieprz osiadał głównie w gardle. Potrafił nieźle tam zadrapać. Drobinki, które udało mi się namacać językiem, jakoś specjalnie nim nie smakowały. Podkreśliła go jednak trochę niby alkoholowa, truflowa nutka. Truskawki odchodziły wtedy nieco na tył, ale pobrzmiewały - jako słodziaśnie przecierowe. 

Konsekwentnie z czekoladą od początku rozpływało się dolne nadzienie, wplatające prostą, ale bardzo subtelną cierpkawość kakao. Dopiero jednak po występie owocowej części, bardziej zwracało na siebie uwagę. Kontynuowało gorzkość i paloność czekolady, ale dołożyło maślaność. Rozmyło tym samym ciemnoczekoladową moc, czyniąc czekoladę łagodniejszą... mniej szlachetną (o ile można tu mówić o szlachetności?). Wydało mi się wręcz "słodko-kakałkowe". Podrzuciło w zamian skojarzenie o truflach, a więc alkoholowych cukierkach w czekoladzie. Pomyślałam o tłustym pierniku, któremu charakteru nadaje truflowość właśnie (jako warstwa czy coś?) - nadzienie dolne uparcie dbało o to skojarzenie. Podnosiło także słodycz - choć o palono-alkoholowym, likierowo-truflowym wydźwięku, to jednak z czasem nieco za silną ogółem. Właśnie w niej osiadła lekka sztuczność, która początkowo trzymała się raczej nadzienia truskawkowego.

Nadzienia zniknęły nieco szybciej od czekolady, toteż miała jeszcze okazję, by przypomnieć o palono-kawowej gorzkości. Po tym wszystkim jednak i ona wydawała się cierpko-goryczkowata w prostszy sposób.

Po zjedzeniu został posmak bardzo słodkich truskawek ze sztucznawym echem, a także cierpkość kakao i posmak... nawet trudny do nazwania. Taki słodki, jakby wypierający wszelkie inne nuty; dziwnie słodki (obstawiam syropy)... sztucznie słodki, acz nawet nie napastliwy, bo ugładzony kakao. Dodatkowo na języku czułam delikatną pikanterię pieprzu.

Całość okazała się całkiem smaczna i nieźle oddająca tytuł. Ciemna czekolada panowała nad nadzieniami, a te kolejno wyszły dżemowo truskawkowo z nutką nienachalnego pieprzu i... no, czekoladowo. Pieprz nie sprawił, że nadzienie truskawkowe było wyjątkowo ciekawie przyprawione; mam wrażenie, że tu jego główną funkcją było zagłuszanie sztuczności.
Wyszła w miarę poważnie, "dla dorosłych", a nie "truskaweczkowo", co się chwali. Choć bez fajerwerków, to też bez gigantycznych wad. A jednak tych mniejszych parę się znalazło - chociażby sztuczność. Może nie była mocna, a poprzełamywana, ale wolałabym, by wcale jej nie było. Spłyciła całość, aczkolwiek... to ona odpowiadała za truflowy wydźwięk. Pewnie też właśnie dzięki syropom (f-g., g.) Lindt uzyskał bardziej mousse'owaty efekt. Ja jednak wolę bardziej nijako-maślano-czekoladowy, zwykły, ale nie sztuczny krem niż to. Znaczy... mousse poniekąd tu wyszedł w porządku, nawet smakowo, ale coś w nim nie grało (ta sztucznawość). Rozlazły, chmurkowy krem albo zwarty, ciężkawy mousse - wyszło to spójnie, robiąc za przejście od rzadkiego żelu do cięższej czekolady.
Nie powiem, że marka dzięki tej czekoladzie zyskała w moich oczach, ale trochę zagłuszyła wspomnienia o mlecznych, nadziewanych paskudach.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 15 zł
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, truskawki (2,3%), koncentrat soku truskawkowego (0,9%), pieprz (0,3%), koncentrat soku cytrynowego, syrop glukozowy, sól, substancja zagęszczająca (pektyny), lecytyna sojowa, koncentrat warzywny (marchew), aromaty naturalne, syrop cukru inwertowanego