Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krakakoa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krakakoa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2020

Krakakoa Goodness of the Archipelago 60 % Chili Dark Chocolate ciemna z chili

Przy Das Exquisite Chili Zartbitter wspomniałam, że czekają mnie inne czekolady z chili. Owszem, w tym właśnie dzisiaj prezentowana. Zostawiłam ją na koniec przygody z zakupionymi Krakakoa, gdyż najpierw chciałam zobaczyć, co marka ma do zaoferowania w kwestii samego kakao. W przypadku tej czułam, że skupili się na chili, bo wymieszali czerwone z Bird's Eye / Piri-piri (rozumiem, że w jakimś celu). A i generalnie ta seria prezentuje dobra archipelagu, a więc lokalne przyprawy itp. Dzięki temu dowiedziałam się, że Bird's Eye a Piri-piri to różne nazwy tej samej odmiany chili.

Krakakoa Goodness of the Archipelago 60 % Cocoa Chili Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z chili czerwonym i chili Bird's Eye.

Gdy tylko rozcięłam złotko, poczułam intensywną woń kwiatów (róż / kwitnących wiśni) i karmelu, przy czym te pierwsze wydały mi się pełne życia. Wręcz soczyste, zwarte pąki... lub wino o kwiatowych nutach? Soczystość należała ewidentnie do owoców, lecz trudno powiedzieć jakich. Motyw ten mieszał się z "ciepłem" karmelu i z czasem doszukałam się niemal herbacianych akcentów, acz w dość ziemiście-torfowym kontekście, lekko pieprznie przyprawionym. Może chili nie czuć, ale można obstawiać, że na bezkresnej łagodności kwiatów i karmelu się nie skończy.

Tabliczka łamała się z trzaskiem, z racji tego, jak twardo-zwarta była.
W ustach rozpływała się opornie, ale łatwo, w umiarkowanym tempie. Opornie, bo od samego początku przypominała ślisko-bagnistą glinę. Zwarty, do końca twardawy kawałek opływał ogromną ilością jakby mieszanki soku i wody. Idealnie gładka i znacząco tłustawa, nie podbiła mojego serca (łagodnie mówiąc, ale źle nie było).

Już przy wgryzaniu się, przy każdym kęsie, dopadała mnie ostrość chili. I tak za każdym razem przy wgryzaniu się.
Gdy jednak kładłam kawałek do ust, działo się zupełnie co innego. Otóż rozchodziła się łagodna, maślano-kwiatowa baza. Delikatna słodycz trochę rosła, nabierała dużo głębi. Szybko poczułam łagodny, maślany karmel, przechodzący w po prostu delikatny karmel o ciepłym wydźwięku.

W tle, w cieple właśnie, prześlizgiwała się pikanteria. Rozgrzewała gardło, w oddali lekko zarysowała soczysty smaczek papryczek chili.

Karmel w tym cieple... opływał... orzechy. Karmelizowane orzechy - czyżby karmelizowane w miodzie? Zrobiło się bardzo słodko, miodowo właśnie, acz nie ciężko. Przy miodzie trwała soczystość owoców. Kojarzyły mi się egzotycznie, jak takie dojrzewające w słońcu... Niejednoznaczne, kryjące się w ogromie barwnych kwiatów. Miód / karmel drapał w gardle, choć wcale nie było bardzo słodko. To efekt chili kierował myśli w tę stronę.

Chili, podczas gdy w ustach rozwijały się powyższe, działało bardziej na poziomie gardła, tyłami. Ostrość rosła szybko od subtelnej do bardzo wysokiej. Mniej więcej w połowie raz i drugi dosłownie zapaliła w gardle, dając potem wytchnienie na parę sekund. Przy kolejnej soczyście-wodnistej fali znów... I tak nakręcała się samoczynnie. Czasem rozbrzmiewała i na języku. Parę razy była tak mocna, że aż zakaszlałam. Trochę przytykająca wręcz. Porażająca i odwracająca uwagę od samej czekolady, ale dziwnie jej nie zabijająca. Trwały obok siebie. Chili jawiło się bardziej jako ostrość, smak aż tak wyrazisty nie był, acz był... Odebrałam go jako pieprzne chili.

Ta delikatność bazy wydała mi się jednak mdła przez zestawienie z pikanterią. Bliżej końca wprawdzie mocniej zabrzmiały orzechy, takie gorzkawo-ziemiste, właśnie przez pieprzne sugestie chili podkręcone. Doszukałam się też innych goryczkowatych przypraw (jakieś gorczyce, imbir itp.) Mimo to, nie zrobiło się mocno gorzko, a bardziej palono... Palono-suszono, że wszelkie kwiaty i ziemia przywiodły na myśl herbaciane, suche fusy i przyprawiony (mocno!) napar. A w gardle paliło, jakbym piła wrzątek.

Po przełknięciu pozostało dziwne poczucie. Otóż w ustach czułam wysoką słodycz i maślano-karmelową, trochę owocową łagodność, zaś w gardle piekło od ostrości i gorąca chili oraz innych przypraw. Kojarzyło mi się to z czymś zaparzonym i gorącym. Pali, ale smak bardzo osłabiony, zgłuszony.

Dziwna, złożona czekolada, od początku do końca działająca... w dwóch wymiarach.
Odnalazłam w niej nuty Krakakoa Sumatra Sedayu - zdziwiłam się, że aż tak (bo i miód, i herbaciany napar, egzotyczne owoce) z racji tego, jak dziwny był jej kontrast, który rozpraszał uwagę. Paląca pikanteria chili nie zabiła smaku czekolady, ale... ona sama wydawała się przez nią jeszcze bardziej zbyt delikatna. Maślany karmel i kwiaty... a w gardle piekło. Przełożyło się to na poczucie przesłodzenia (psychicznego?). I jednak... nie zawsze. Baza nie była cały czas łagodnie-nudna, a chili czasami robiło sobie przerwy.
Od czekolad z chili oczekuje się silnej ostrości - to prawda. Ja jednak uważam, że do mocnego chili potrzeba jeszcze mocnej bazy. Zamiast tych 60 % powinno być 80 % - i to miazgi, nie tłuszczu.
Mam bardzo mieszane uczucia, bo smakowała mi, ale i męczyła. Dynamiczna, intrygująca... Warta spróbowania.
Mimo że bardziej kompleksowa, ambitniejsza i w ogóle, to do spójniejszej Das Exquisite Chili mogłabym wrócić, do Krakakoa nie. Gdybym jednak miała wybierać jako czekoladę na jednorazowe spotkanie jako ciekawostka - Krakakoa wygrywa.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 580 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, sproszkowane chili, lecytyna słonecznikowa

wtorek, 31 grudnia 2019

Krakakoa 85 % Pulukan Bali ciemna

Jako ostatnią czystą Krakakoa wytypowałam tę o najwyższej zawartości kakao. W zasadzie nie mam nic do dodania, oprócz tego, że liczyłam, iż trafię na moc nut smakowych, nie zaś na tłuszcz. Jeśli o samo kakao chodzi, przed otwarciem i odkryciem opisu znalazłam tylko, że pochodzi z trudno dostępnego regionu Jembrana, gdzie aż roi się od szpaków balijskich (Bali Mynah). Właśnie przedstawiciel tego gatunku zdobi opakowanie.

Krakakoa 85 % Pulukan Bali to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao z Bali (jednej z wysp Indonezji), regionu Jembrana, okolic miasta Pulukan.

Po otwarciu poczułam delikatny (zarówno gdy chodzi o natężenie jak i charakter) zapach kwiatów (suszonych polnych? odległych róż w kolorze herbacianym? nienachalnych) i przypraw, dość ciężkich. Te wydały mi się wręcz lekko wytrawne, plątała się przy nich chlebowa nuta. Na myśl przyszła mi też herbata (to jednak luźne skojarzenia). Kryła się w tym też soczystość.... ale nie czysto owocowa, a jakby twarogowa (?), minimalnie cytrusowa. W trakcie jedzenia widziało mi się to jako ciemny chleb z chłodnym twarogiem, herbatą i przyprawami.

Przy łamaniu musiałam użyć sporo siły, gdyż tabliczka odznaczała się prawie kamienną twardością. Trzaskała bardzo głośno, w sposób ciężki... Wydała mi się chrupka.
W ustach rozpływała się powoli i dość opornie z racji silnej, zbitej tłustości. Przypominała twardawą plastelinę lub bardzo zwarty, gliniasty twaróg, który dopiero z czasem zlepiał usta i podniebienie. Bliżej końca miała skłonności do pylistych i ściągających efektów.

Już w trakcie robienia pierwszego kęsa poczułam gorzki dym, a tuż za nim gorzkawe przyprawy. W żadnym wypadku nie były jednak ostre. Odbijały w kierunku gorzkich, suchych orzechów. Te wprowadzały subtelną słodycz i lekką maślaność. Podczas degustacji przed oczami miałam ziarenka - na początku kardamonu. Podobne mu, lekko goryczkowate przyprawy, a i on sam zostały zaraz osnute dymem.

Z tego wyłaniała się cierpkość. Najpierw sugerująca coś mniej spożywczego, dymnego i ziemiście-asfaltowego. Pojawiła się kwasowość, która mniej więcej w połowie okazała się cierpko-słodką aronią, czarnymi porzeczkami i wiśniami. Ciemnymi owocami niezbyt dojrzałymi, ale już słodkimi. Trochę jakby... w towarzystwie suchych liści herbaty? Drzew? Sucho-gorzkich orzechów?

Nie, te aspekty prawie zupełnie przykryła nuta skórki cytryny: zarówno kwaśna, jak i goryczkowata. Druga połowa to właśnie znów goryczkowatość ziaren, tym razem jednak jako miks ziaren w ciemnym, wilgotnym chlebie na zakwasie. Na zakwas i ziarna zwracały uwagę owoce - one bardziej kierowały ruchem i wplatały słodycz, niż były istotne jako one same.

Kompozycji tej wilgotną bym jednak nie nazwała... Soczystość owoców była w pewien sposób ciężkawa. Bliżej końca skłaniała się nieco ku herbacie i kwiato-przyprawom, ale je wszystkie usadzał gorzki dym. Mimo to dostarczały trochę słodyczy, w momencie gdy chlebowy zakwas zmierzał do asfaltu i ziemi. Zamknąwszy oczy, widziałam dym i rozgrzany teren: asfalt biegnący przez czarną ziemię.

W posmaku pozostał dym i owoce (głównie cytryna i aronia), jak również wyrazistsze orzechy włoskie i mocne, lecz już nie tylko gorzkie, ale słodkawe w kwiatowy sposób (?) przyprawy, które to właśnie jako zwieńczenie wyeksponowały się tak, że aż mnie zaskoczyły.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała, choć na drodze do zupełnego uniesienia i zachwytu objawiającego się jako 10/10 stanęła tłusta konsystencja (i za słaby zapach, acz na to mogłabym przymknąć oko).
Podobało mi się to, jak wystąpiły w niej poszczególne smaki. Odważna i wyrazista gorzkość nie była siekierą, ale i do takich delikatnie-przystępnych nie da się jej zaliczyć; nie za mocna kwasowość pokazała się w różnych aspektach, a nie tak czysto jako ona sama. Niska słodycz wydała mi się jedynie przemycana przez owoce i kwiato-przyprawy. Nienachalna, a konkretna.

Z Bali przypomina mi się jedynie znacznie słodsza Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms. Różnią je przede wszystkim owoce (w Akesson's syrop malinowy i rodzynki), ale i kwestie natężenia / przedstawienia. Moja ukochana Akesson's to kwiatowe przyprawy, cierpkość bzu i ziół (Krakakoa aronii, wiśni i dymu / popiołu) oraz drzewa, nie zaś "krakakoawata" przyprawo-herbata. Obie suszkowate i dosadne w przekazie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 640 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

sobota, 7 grudnia 2019

Krakakoa 75 % Saludengen Sulawesi ciemna z Celebes

Mając do wyboru jeszcze tylko dwie czyste ciemne Krakakoa, wahałam się, po którą najpierw sięgnąć. Najpierw tę chciałam zostawić na później jako zwieńczenie, ukoronowanie posiadanych, bo zwierzak na fioletowym tle skojarzył mi się z lemurem, ale... jednak to wyróżnienie postanowiłam zachować dla wyższej zawartości kakao. A zwierz z wielgachnymi oczami to mały drapieżny ssak, wyrak - taka ciekawostka.
Tu dodatkowo zaciekawiła mnie nazwa. Skąd ona, kurczę, jest? Sulawesi oznacza Celebes. Cóż, większości (w tym mnie) to nadal nic nie mówi, ale na szczęście żyjemy w dobie internetu. To dość spora, indonezyjska wyspa. Leży blisko Borneo, czyli wyspy, z której propozycję tej marki jadłam ostatnio. Dobrze się stało. Może jakieś podobne nuty wyłapię? Sama wyspa ma ponoć kształt skorpiona (w chmurach to się dopatruję różnych rzeczy, a tu... nie jestem przekonana), a także (to już na pewno) górzysto-wulkaniczne terytorium. Kakao wykorzystane do produkcji tej tabliczki pochodzi z jej zachodniej części, pełnej wzgórz tętniących życiem za sprawą deszczy monsunowych.

Krakakoa 75 % Saludengen Sulawesi to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao forastero z Sulawesi / Celebes, czyli jednej z wysp Indonezji, dokładniej z okolic wioski Saludengen.

Gdy tylko rozcięłam złotko, poczułam wyrazisty zapach prażonych orzechów o ciepłym wydźwięku, jak również ogrom mocnej słodyczy winogron fioletowych i granatowych. Soczyste, słodkie i odrobinę cierpkawe z rześkim, niemal kwiatowym wątkiem. Oczami wyobraźni zobaczyłam ukwiecone drzewa migdałowe (ok, najpierw wygooglowałam, czy to to, co widzę - mniej więcej potwierdziło się).

Przy łamaniu ciemna tabliczka była twarda; głośno trzaskała, ujawniając jakby gładki i gęsty przekrój.
W ustach rozpływała się łatwo, ale udając, że stawia opór, i powoli. Stawała się kremową, dość zwartą i niemiękką, idealnie gładką masą. Wysokiej tłustości towarzyszył efekt zawilgocenia, takiego bagniście-mulistego, jak i soczystego. Trochę ściągała pod koniec delikatnym, podsuszającym efektem.

Już robiąc pierwszy kęs poczułam mdławą słodycz fioletowych winogron. Upuściły trochę soku i rześkości. Słodycz jakby przygotowała scenę, a następnie odsunęła się na dalszy plan.

Nie spiesząc się, przybyła delikatna gorzkość. Wspierana przez cierpkość przedstawiła herbaciano-ziołowe smaki. W pewien sposób niosły ciepło za sprawą prażenia, ale w ich cierpkości było coś z fusów, roślinności... mokrej ziemi lub bagnistości... bagnistej maślaności? Obok cierpkawej, goryczkowatej i dość mocnej herbaty rozchodziła się łagodność masła.. Tylko że nie całkiem. Poprzez roślinność, pewną rześkość, a może nawet kwiaty do głowy przyszło mi awokado (takie bardziej "orzechowe" - odmiany hass?). Mieszało się z herbaciano-kwiatowym, trochę jak jakiś napar, motywem, nie było jednoznaczne.

Po chwili orzechowa maślaność awokado hass zaczęła się zmieniać. Migdały pozbawione skórek? Najpierw ich nuta była nieśmiała, jednak trafiwszy na cierpko-goryczkowatą herbatę i suszkowatość, nasiliła się dzięki motywu prażenia. Druga połowa należała właśnie do migdałów i orzechów, delikatnych a jednocześnie wyrazistych. Migdały wciągnęły w siebie "drzewa i herbatę". Migdałowe drzewa obwieszone kwiatami i migdałowa herbata? O tak. Słodycz wraz z suszkowatością chwilowo przywiodła na myśl figi, ale w końcu uznałam, że było za rześko jak na nie.

Rześkość bliżej końca znów wysuwała więcej kwiatowo-owocowych akcentów. Cierpkawość chwilami sugerowała kwaskawość, a mi do głowy przyszły skórki oraz pestki winogron. Po tym same winogrona fioletowe (i granatowe, ale raczej te pierwsze i silniejsze) znacząco osłodziły kompozycję lekko cierpkawą, ale głównie jednak esencjonalnie i wręcz muląco-mdławą, silną słodyczą.

W posmaku pozostały właśnie słodko-mdłe - choć soczyste - winogrona fioletowe, poprzez kwiaty i napary splatające się z migdałami / orzechami i herbatą. Prażono-suszkowato było, ale też i wilgoć, maślaność czułam. Ta ostatnia pozostała nawet na ustach, a w ustach... było tak bardziej suchawo, odnotowałam ściągnięcie.

Całość wyszła łagodnie i prosto, chwilami wręcz zahaczała o nudę i mdławość. Maślano-roślinne nuty, owszem także smakowite orzecho-migdały i herbata, ale w zestawieniu z fioletowymi winogronami (jakoś za tymi nie przepadam; co innego boskie granatowe Melody) nie porwały mnie.  Może i nie przesłodzona, ale też nie taka gorzko-cierpka. Raczej gorzkawa i cierpkawa. A jako że i konsystencja do mnie nie przemówiła, uważam, że tabliczka bez szału.
Po intrygującej Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan spodziewałam się więcej.


ocena: 7/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

niedziela, 15 września 2019

Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan ciemna z Borneo

Perspektywa dokładniejszego zapoznania się z regionami Indonezji dzięki czekoladom Krakakoa widziała mi się wyjątkowo miło. Jakoś tak sobie pomyślałam, że podobnie kiedyś było z wówczas nieznanym mi Wietnamem i Marou. W efekcie zakochałam się i w kraju, i w marce. Którą otworzyć jako drugą? Właściwie wybrałam w ciemno. Sięgnęłam po kolor zielony, bo parę dni wcześniej jadłam Luximo Madagaskar, której czarno-zielone opakowanie leżało na oczach.
Obcobrzmiące "Kalimantan" z indonezyjskiego to po prostu Borneo, czyli indonezyjska wyspa. Konkretniej jedna z Wielkich Wysp Sundajskich. Na wschodzie nad rzeką, wijącą się przez całą wyspę, leży miasto Malinau, w którego okolicznych wioskach jak np. Lidung Kemenci, na małych farmach uprawia się kakao - użyte do produkcji tej tabliczki.

Krakakoa 75 % Lidung Kemenci Kalimantan to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao z Borneo (inaczej Kalimantan - jednej z wysp Indonezji), z okolic wioski Lidung Kemenci.

Po otwarciu uderzył mnie zachwycająco intensywny i złożony zapach o soczyście-gęstym wydźwięku. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę to różana słodycz oraz zwiewność / lekkość kwiatów i lekkość rozgrzewających przypraw, tworzące bazę wraz z poważną, gorzkawą ziemią. Ta była wilgotna i gęsta. Doszukałam się w niej grzybowego akcentu czy (to chyba skrajnie subiektywne skojarzenie) mokrej karmy dla kota. To wszystko było jednak bazą / tłem... dla ogromu soczystości słodko-kwaśnej marakui i gęstego soku owocowo-marchwiowego: np. marchew-banan-malina? Średnio dojrzały banan i słodziutkie, soczyste maliny. Tak ogólnie... soki i wilgoć gorących tropików.

Przy łamaniu ciemna i grubawa tabliczka, jako że twarda, głośno trzaskała. Na dotyk wydała mi się mało spożywcza, a gdy kawałek uderzył o inny, kojarzyło mi się to z dźwiękiem guzików / kulek w jakimś pojemniczku. Zerknęłam na przekrój: zanosiło się na coś bardzo zwartego.
I w istocie, w ustach czekolada cały czas pozostawała zwarta. Rozpuszczała się powoli, zachowując formę, jakby oszczędnie (nie, że ciężko). Gładko, choć nie bardzo tłusto, dość kremowo. Pod koniec robiła się bardziej kredowo-talkowa. Nie przypadła mi do gustu w tym aspekcie.

W smaku od pierwszej chwili poczułam silną, ale zawoalowaną słodycz. Przez ułamek sekundy pomyślałam o karmelu, ale... to raczej słodkie, suche daktyle suszone. Oszczędne w soczystości, ale jednak bardziej owocowe od karmelu oczywiście.

Zawoalowaną wydała mi się z racji pewnej lekkości. Na pewno czułam róże, ale i... takie jakieś kwiaty / przyprawy... trochę dym. Słodkawy, przyprawowy dym mieszał słodycz ze smakiem, który pojawił się po chwili.
Gorzkość leniwie pokazała swoją moc. Stało się jasne, że to stateczna baza. Najpierw kojarzyła mi się z dymem, ale była raczej wilgotna... Dym powoli odsłaniał ziemię, a w ziemi... kryły się jakby grzyby (kocia karma?) i orzechy. Coś żywo-roślinnego, ale nie soczystego. Po głowie snuło mi się coś w stylu: świeża niesuszona, nieprażona kawa / kawowce. Wprawdzie nigdy nie miałam z tym do czynienia, ale jak wygooglowałam to... pasowałoby. Taka świeża kawa. Przyprawy uwypukliły gorzkość, podyktowały ciepło... nie mocne jednak. Mniej więcej w połowie zrobiło się gorzkawo-ziołowo. Na myśl przyszły mi liście shiso. Czułam jakby korzenność, ale jednak... słodko-wytrawną (jakiś estragon? tymianek?). Orzechowa nuta wraz z tym i ogólną lekkością pomogła wyłonić się bardziej soczystej ekipie.

Oto ta roślinność i orzechy podsunęły mi marchew, a od tej po ustach rozlał się sok owocowo-marchwiowy. Słodycz daktyli i kwiatów zmieniła się w średnio dojrzałe banany, poczułam czerwone owoce, a więc słodkie maliny i coś egzotycznego... kwaskawego? Marakuja mignęła mi swoim słodkim kwaskiem. Miałam wrażenie, że czuję nawet jej pesteczki, mieszające się z orzechami i przyprawami... ziołami? Te znów przyniosły trochę gorzkości, jednak tym razem była soczystsza, niczym skórka pomarańczy. 

Na końcówce gorzkawość wymieszała się ze słodką soczystością egzotycznych owoców. Pomarańcze i marakuja mieszały się z dymem, co wyniosło na piedestał kwiaty i zwiewność. Ta przygarnęła też odrobinkę przypraw / ziół. Znów jakaś ziołowo-błotnista kawa?

W posmaku pozostała soczystość egzotycznego miksu oraz słodycz (głównie bananów, daktyli i malin), wraz z lekkim kwaskiem - zarówno owoców, jak i podkradającym się pod ziemistość. Od tej jednak odwracała uwagę ogólne ciepło orzecho-przypraw i lekkość różano-ziołowego dymu.

Tabliczka wydała mi się bardzo bogata pod względem smaku i strasznie trudna do opisania. Zakładam, że przesiąknęła lokalną florą, której smaku i nazw po prostu nie znam. Słodko-gorzka, zwiewna i owocowo-soczysta, a jednak wciąż podszyta wytrawnością. Żałuję, że wiodącym nie był różano-ziołowy motyw (on tylko trochę doprawiał).
Nie była wprawdzie tak grzybowa jak Pralus Indonesie Criollo 75 %, ale te sfery smakowe w dzisiaj opisywanej wyszły wyjątkowo intrygujące (kocia karma? świeża kawa?). Bliżej jej do twardo-kremowego Morina Java noir 70 % nie tylko pod względem struktury, ale też jeśli chodzi o słodko-kwaśne egzotyczne owoce (Morin wyszedł w tej kwestii kwaśno, Krakakoa w zasadzie nie była kwaśna) i "dziwne wytrawne nuty" (Morin to zapleśniałe drewno i wędzony ser).
Podobnie kwiatowo-ziołowa, a przy tym ziemista i łącząca egzotyczne owoce z suszonymi była Akesson's 75 % Trinitario Bali Sukrama Farms, jednak Akesson's to boska czekoladowość bez dziwności. 
A dziwna była też Sedayu. Podobna struktura i smakowy schemat: słodycz suszonych owoców (Sedayu to figi, Kalimantan daktyle), róże (Sedayu bardziej perfumowa, K. ziołowa), gorzkość i wytrawne smaki (obie bardzo czytelne jeśli chodzi o przyprawy, acz Sedayu była bardziej skrajna jeśli o wszelkie ziemistości i mięsności chodzi), napar (Sedayu herbata).

Początkowo miałam mieszane uczucia, ale kończąc tabliczkę uznałam, że naprawdę mi smakuje, tylko struktura nie odpowiada. To jedna z tych czekolad, które cudownie się odkrywa, opisuje, szukając najtrafniejszych określeń, ale do której nie odczuwam potrzeby powrotu.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 600 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier

czwartek, 27 czerwca 2019

Krakakoa 70 % Sedayu Sumatra ciemna z Sumatry

Gdy tylko słyszę "Indonezja" od razu myślę o jednej z moich ulubionych czekolad tak ogółem - Pralusie z Indonezji (Jawy). Te wyspy wydają mi się niezwykle bogatym w nuty smakowe regionem i niestety bardzo, bardzo rzadko spotykanym.
Nie zdziwiło mnie za bardzo, że Krakakoa, marka, która oferuje czekolady z niecodziennych regionów, czyli właśnie wysp Indonezji, jest... marką lokalną. Powstała stosunkowo niedawno, bo w 2013 jako Krakoa, ale w 2016 zmieniła nazwę. Inspiracją była wulkaniczna wyspa na wodach Cieśniny Sundajskiej - Krakatoa. Chcieli tym samym wyrazić, że ich serce bije właśnie w Indonezji. Kakaowe serducho, co? Mi dodatkowo skojarzyło się to z moim kochanym Krakowem i... krakaniem wron, czyli ptaków, które bardzo mi się podobają.
Kakao pozyskiwane do czekolad farmer-to-bar spod ich skrzydeł jest organiczne, zadbane. Czułam, że czeka mnie ciekawa przygoda! Zaczęłam od czystej o najniższej zawartości, jaką posiadałam. Z Sumatry, skąd nigdy czekolady nie próbowałam, a gdzie kakao przywieźli Holendrzy już w 1778 roku. Dokładniej z południa, z wioski Sedayu, położonej w Parku Narodowym Bukit Barisan Selatan, gdzie żyją zagrożone wyginięciem słonie leśne.

Krakakoa 70 % Sedayu Sumatra to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Sumatry (jednej z wysp Indonezji), regionu Sedayu.

Już od początku było ciekawie, bo z takim opakowaniem się jeszcze nie spotkałam. Z czarnej "okładki" wysunęłam czerwony kartonik z opisem i mapą oraz z wieczkiem ze słoniem. Niczym z trumny wyjęłam wreszcie złotko. Gdy po długim męczeniu się wreszcie je otworzyłam, zapach wszystko mi wynagrodził.

Eksplozja czerwonych i egzotycznych owoców w prażono-ciepłym wydaniu. Kojarzyło mi się to też trochę z hibiskusem i herbatą. Wśród owoców na pewno znalazł się goryczkowaty grejpfrut, ale również coś czerwonego, bliżej nieokreślonego i niemal pudrowego. Zza tego wyskoczyło mango, a także coś za słodkiego już z zasady. Świeże figi? Nie jestem pewna, bo przysłaniały je wyraziste wiśnie, robiące aluzje do wina.
Prażono-ciepły klimat kierował świeże figi ku suszonym, które podkręcały i przesłodzenie, i kwaskowatość kompozycji. Prażenie... osiadło na drzewno-ziemistych meandrach, ale było jasne, że na tym nie koniec. Nuty przeplatały się, podświetlając pojedynczymi promykami tyle aspektów, że nie sposób ich wszystkich połapać.

Bardzo ciemna, twarda tabliczka wydała mi się mieć zabarwienie jak prawie czarne wino. Po przełamaniu i usłyszeniu "pełnego" trzasku, zobaczyłam jej ziarnisty przekrój. Przy robieniu kęsa wydała mi się niemal gliniasta.
W ustach rzeczywiście kojarzyła się ze zbitą gliną. Rozpływała się powoli, nieco opornie, ale łatwo. Gładko i kremowo, dość tłustawo, a jednak z soczyście-wodnistym motywem i poczuciem pylistości (ale bez pylistości). Dało to gliniasto-błotnisty efekt.

W smaku słodycz i gorzkość zapowiedziały się, jakby budując napięcie i niepewność, by...

To słodycz jako suszone, a jednak soczyste, figi ruszyła pierwsza. Słodycz fig o niemal miodowym smaku. Przez moment dominowała, choć nie była przesadzona. Szybko otoczyły ją pudrowo-kwiatowe nuty. Przez moment czułam ogrom płatków róż, ale potem zrobiło się bardziej perfumowo-suszkowo słodko. Wyszło to duszno-lekko (na pograniczu).

Jednocześnie rozszedł się palono-prażony smak i gorzkawość. Skórki cytrusów (głównie grejpfruta) odebrałam jako suszone i goryczkowate, jednak okazały się mało istotne... ogólnie sama "suszoność" aż krzyczała. Drzewno-ziemiste nuty były niewątpliwie ciepłe, choć prażeniu / opiekaniu to nie wystarczyło. Przez moment pomyślałam wręcz o jakimś imbirowo-mięsnym curry z orzechami. Prażona gorzkość ustabilizowała się mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa i ustanowiła pewną siebie, stabilną bazę.

Przez słodycz i goryczkę przebiła się lekko soczyście-cierpkawa kwaskowatość, wpisująca się w ziemiste tony, by potem odpuścić raczej na rzecz soczystości. Figowo-miodowe, a jednocześnie pudrowo-kwiatowe nuty zrobiły miejsce ciemnym winogronom, które figom nadały soczystości, przeistaczając je w mdło-słodkie świeże i surowe, sztuki. Przez pudrowo-słodki klimat najpierw pomyślałam o mango, ale potem ewidentnie poczułam świeżo-podkandyzowany imbir. Raz i drugi mignął mi chyba sok z cytrusów (cytryny?). Czerwone owoce też wykorzystały moment. Lekko ściągające, minimalnie kwaskowate wino popłynęło wraz z nimi. Nic nie mogło już tego zatrzymać. Nie było potrzeby. Idealnie pasowało do wytrawniejszych smaków.

Te, w swoim palono-prażonym miksie pojedynczo zaczęły odsłaniać przyprawy - zdecydowanie gorzko-pikantne. Kardamon i kozieradka. Pudrowa słodycz wydobyła imbir. Za nimi czaił się jakiś splot kminu i gorczycy (musztarda?). W drugiej połowie robiło się bardzo pikantnie, ale nie paląco. Suszoność z różami i imbirem oraz figami wplotły to w bardziej herbaciane nuty. Napar hibiskusowy odszedł na tyły, zalewając charakterną ziemistość. Wyraźniej zagrała czarna herbata - chyba sowicie przyprawiona pikantnymi przyprawami, wciąż gorzka. Przez większość czasu to gorzkość rządziła w tej kompozycji, mimo że była umiejętnie udekorowana słodyczą.

Suszkowate napary, przyprawy i pewna soczystość pod koniec znów wydobyły mocniejszą nutę wina. Zakręciły się przy tym cierpkawe wiśnie i grejpfrut, ale też słodkie mango i imbir. Pod koniec złagodziły kompozycję.

W posmaku pozostała cierpkawość tych owoców, słodko-kwaśne wino, jak również ciepło jako suszone figi i herbaciano-prażony klimat. Mimo słodkich i soczystych wielu elementów, było to wytrawne.

Już od pierwszego kęsa ta czekolada kupiła mnie splotem niemal zasładzającej słodyczy rzeczy, które mają pełne prawa takie być, oraz wyjątkowo wyrazistej wytrawności, zbudowanej dzięki nie za mocno, acz wyraźnie prażonej gorzkości i niecodziennej pikanterii (takie czysto wyczuwalnego i właśnie takiego splotu przypraw nigdy nie czułam). Znacząca i złożona słodycz miodowych fig mieszała się z pudrową, która łączyła mango i imbir, oraz z czerwonoowocową soczystością. Stworzyły genialne przejście do bardzo wytrawnych nut. Gorzkość jako baza była przyjemnie prażona, nie zabrakło ziemisto-herbacianych nut, ale moment kluczowy należał do bukietu pikantnych przypraw.
Może nie wszystko było tu do końca moje (za pudrowymi nutami nie przepadam, a niemal "mięsna" wytrawność jest ryzykowna), ale zostało to tak skomponowane, że po prostu mnie zachwyciło. Sprawiała wrażenie w pewien sposób (nie negatywny jednak) ciężkiej. Niepowtarzalna czekolada, z której opisem miałam problem, bo po prostu... tak dużo w niej było niecodziennych nut, nawet trudnych do uchwycenia i nazwania, często przebłysków... Cudo.

Co więcej, miała podobny wydźwięk do wspomnianego Pralusa. Był podobnie błotnisty. Też smakował pudrowo, owocowo-cierpko (wiśnie, winogrona), a i gorzko-palono-pikantnie. W jego przypadku wytrawność wyszła jako grzyby z serem; zaś słodycz to karmel (a nie miodowe figi Krakakoa). O ile Krakakoa to wyrazista gorzka herbata, tak Pralus herbato-kawa i herbata z cytryną.
Obie były w pewien sposób suszkowate, miały ciekawe zestawienie owoców. Harmonia słodyczy i silnej wytrawności - super! Krakakoa wydała mi się bardziej wytrawna jeśli chodzi o jakiś konkretny smak, a jednocześnie bardziej słodka. Dwie trudne do opisania, tajemnicze i głębokie.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 18 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 620 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy