Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolate and Love. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chocolate and Love. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 czerwca 2023

Chocolate and Love 80 % Cocoa Panama Single Origin Dark Chocolate ciemna z Panamy

Nie jestem wielbicielką marki Chocolate and Love, ale czasami kupuję jakieś czekolady, wychodząc z założenia, że "coś nowego jeść muszę". Lubię po prostu sięgać po nieznane tabliczki i je opisywać. Czasem liczę się z tym, że prawdopodobnie jakaś nie będzie niczym szczególnym, ale zdarza się, że coś pozytywnie zaskoczy. Kakao użyte do produkcji tej czekolady pochodzi od Cocabo. W dodatku producent napisał, jakich słodzideł użył - cukier trzcinowy pochodzi od zrzeszenia producentów Asocace z Paragwaju i Apoya z Kostaryki, a wanilia burbońska od Komam i Cooppvm z Madagaskaru.

Chocolate and Love 80 % Cocoa Panama Single Origin Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao z Panamy.

Po otwarciu poczułam delikatny zapach czerwonych owoców: głównie porzeczek i chyba dzikiej róży. Może z nutką kwiatów, jakby i porzeczki, i owoce róży były jeszcze na krzakach? Do tego czułam dość wysoką słodycz wanilii, jakby płynącej z waniliowej i jednocześnie gorzkiej kawy oraz splot migdałów z orzechami. Chyba laskowymi, choć to nie było takie oczywiste, bo mieszały się z palono-pieczonymi nutami... Drewna i małych, okrągłych biszkoptów waniliowo-jajecznych?

Twarda tabliczka przy łamaniu wydała mi się skaliście-porcelanowa. Trzaskała bardzo głośno, co przypominało huki z broni palnej.
Rozpływała się powoli, lekko miękła jak jeszcze chłodne masło. Była gładko-śliskawa i mazista. Zbita i zwarta, sprawiała wrażenie jędrnej. Z czasem opływała bardziej jakby wodniście-oleistymi smugami, ale w sumie mało istotnymi. Odrobinę ściągała na koniec.

W smaku pierwsze odezwały się czerwone owoce, głównie porzeczki, ale też granat i maliny. Połączyły słodycz i lekki kwasek.

Prędko wkroczyła też gorzkość. Początkowo subtelna, związana z palonym (aż do goryczki?) karmelem. Po chwili zaczęła rosnąć. Kibicowały jej niejednoznaczne orzecho-migdały, z których jednak bardziej wyróżniły się migdały. Dołączyły do nich drzewa. Lekko palone drewno? Wniosło cierpkość.

Gorzkość przyspieszyła wzrost, choć nie była siekierą. Podała waniliową kawę. Okazała się znacząco i szlachetnie słodka, ale jednocześnie wciąż gorzka. Na pewno czarna i dość mocna.

Mocny charakter miała też słodycz, mimo że nie była szczególnie wysoka. Mimo to odebrałam ją jako istotną dla kompozycji.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa czerwone owoce, głównie porzeczki, zaczęły zmieniać się w niedookreślone i słodsze. Wciąż z kwaskiem, albo... raczej w towarzystwie kwasku. To znaczy kwasek czułam czerwonych porzecze, a obok czerwone i ciemne winogrona, może jakąś gruszkę... Z kwiatową słodyczą, otulającą je.

Wanilia i palony karmel przybrały na znaczeniu, a palono-gorzka nuta kawy zmieniła je w mocno wypieczone biszkopty waniliowo-jajeczne. Mignął mi spalony akcent, jednak zaraz wciągnęła go kawa - jednoznacznie czarna i waniliowa.

Kwasek znalazł się przy biszkoptach... Podpinając pod nie owocową nutę? Ta była leciutka, ale wyczuwalna. Chwilami zanikała na rzecz samej cierpkiej soczystości. Pomyślałam o dzikiej róży (z odrobiną czerwonych porzeczek?). Z czasem przemknęła myśl o biszkoptach z galaretką (typu Delicje?) marakujową. Wyłapałam też cytrusowe echo, może limonki? O, w końcu zaskoczyło - to była galaretka marakujowo-pomarańczowa. Wszystko to jednak otulała wanilia.

W posmaku została cierpkość czerwonych owoców (porzeczek, róży), trochę kwasku mniej owocowego i goryczka kawy... z przypaloną naleciałością. Do tego było prawie drapanie słodyczy wanilii. Wszystko związał mocno palony karmel i waniliowe biszkopty.

Czekolada była smaczna, acz czegoś mi w niej brakowało. Albo czegoś było za dużo? Wanilia przysłaniała mi zbytnio pewne nuty i choć nie było za słodko, to jakoś to nie grało. Karmel, waniliowe biszkopty i waniliowa kawa - wyszło jakoś tak... Choć było gorzko, to tej gorzkości brakowało kakaowej głębi. Czerwone porzeczki i dzika róża, akcent marakui, odrobinka orzechów i drzew ciekawie wykończyły kompozycję różnymi, cierpkimi i palonymi naleciałościami.


ocena: 8/10
kupiłam: czarymary.pl
cena:  17,36 zł (za 80g)
kaloryczność: 598 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, ziarna wanilii

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Chocolate and Love 71 % Cocoa Rich Dark Chocolate Peru & Dom. Rep. ciemna z Peru i Dominikany

Chocolate and Love nigdy nie zrobiły na mnie wrażenia, więc i kupując dwie czyste nie łudziłam się, że okażą się przepyszne. Pomyślałam jednak, że może po prostu marka nie miała okazji się wykazać przez to, z jakimi wariantami miałam do czynienia? Może będą lepsze niż z dodatkami? Do nieczekoladowego zamówienia dodałam więc też dwie tabliczki.

Chocolate and Love 71 % Cocoa Rich Dark Chocolate Peru & Dom. Rep. to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao z Peru i Republiki Dominikany.

Po otwarciu uderzył zapach kawowej tarty na wyrazistym kruchym spodzie. Osłodził ją palony karmel, a także specyficznie "przytulna" wanilia. Taka... niemal ciepła, miękka. Wprowadziła słodycz szlachetniejszą. Pojawiła się ziemista truflowość - myślę o jakiejś bardzo słodkiej, acz wciąż cierpko kakaowej masie, może nawet z odrobiną alkoholu. Powagi dodało też trochę drzew i migdałów z tła, które poprzez bardziej palony aspekt wiązały się z karmelem. Wszystko przypieczętował dość mocno przypieczony, ale na pewno soczysty, jasny kekso-biszkopt. Musiał być i nasączony jakimś cytrusem, i wypełniony słodko-soczystą, cierpkawą kandyzowaną skórką pomarańczy.

Bardzo twarda tabliczka przy łamaniu trzaskała niczym masywna skała, choć jednocześnie aż biła od niej kruchość i porcelanowość. Niezbyt chętnie łamała się po liniach podziału.
W ustach rozpływała się wolno i maziście. Przypominała chłodne, tłuste masło, powoli mięknące i opływające sobą (?). Wydała mi się lekko śliskawo-gładka. Z czasem jednak napędzała się soczystość, końcowo dochodząc do całkiem wysokiego poziomu, co uratowało sytuację. Mimo to, czekolada zdawała się wręcz otłuszczać usta.

Gdy tylko włożyłam kawałek do ust, poczułam słodki, ale jednocześnie mocno palony karmel i jakby nostalgiczną wytrawność.

Do karmelu doskoczyła wanilia, słodycz uplasowała się na dość wysokim, acz nieprzesadnie, poziomie. Karmel okazał się palony naprawdę mocno.

W tle odnotowałam drobny kwasek cytryny, która już zaczęła przecierać szlak soczystej fali. Pojawiła się cierpko-soczysta, ale jeszcze nieśmiała pomarańcza.

W tej samej chwili napłynęła goryczka jakby surowego kakao, które ma mocno ziemisty, kwaskawy w specyficzny sposób, smak. Rozeszła cię kwasko-goryczka, nadzwyczaj integralna. Zbudowała obraz gęstego dymu, zahaczała o niemal siarkowe, przenikliwe tony.

Za ziemią, w soczystości, którą roztoczyły cytrusy, poczułam ciemniejsze, charakterniejsze owoce. Bardzo słodkie, wielkie i niemal miękkawe - tak dojrzałe! - czarne porzeczki i jeżyny wydawały się skryte w ziemi, w surowości.

Gorzkość upatrzyła sobie ziemię i rosła wraz z jej smakiem, acz sama w sobie prędko przybrała postać kawy. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa bez trudu objęła dowodzenie. Czułam kawę ciepłą, czarną. Niby łagodną, ale wyrazistą.

Wanilia w tym czasie, jako że słodycz nie próżnowała, przywołała jakieś biszkopty, keks... kekso-biszkopty. Jasne, miękkie wypieki sowicie nasączone cytrusami. Ciemne owoce gdzieś się schowały, a cytryna nieco się rozmyła na rzecz pomarańczy. Wszystko to było w pewien sposób ciepłe... Podtrzymywało nostalgiczny, tulący klimat. 

W cieple wypieków pokazała się poważniejsza, niemal lekko alkoholowa nutka. Kawa zasugerowała coś "ciemniejszego", stąd zaraz zjawiła się jakaś kakaowo-truflowa masa. Ziemista i gorzka, może z surowym kakao.

To z ochotą podkreśliły drzewa, migdały.... płynęły obok wszystkiego, spokojnie.... Z czasem zasugerowały kruchy spód dla... kawy? Oczami wyobraźni ujrzałam kawową tartę na migdałowo-kakaowym spodzie. Nie brakowało w niej gorzkości, ale też słodyczy, podkreślonej procentami.

Do tego... trochę orzechów? Kawowy smak zdawał się wciąż rosnąć, był wszędzie. Nawet gdy z czasem całość zaczęła trochę łagodnieć, bo krem z tarty ukazał nieco maślaności... maślaność ogółem się jakoś bardziej pokazała, kawa wciąż była. Palony karmel też, acz w wydaniu znacząco maślanym. Osłodził tartę i trochę jasne wypieki. Orzechy i migdały jednak zawróciły całość na charakterniejszy tor.

Karmelowo-waniliowe kekso-biszkopty w odpowiedzi na to podrzuciły jednak więcej soczystej pomarańczy. Wpisała się w słodycz, ale niewątpliwie i o kwasek zadbała. Połączyła się z goryczką poprzez delikatny akcent skórki. Ta też była słodka, bo kandyzowana. A jednak także cierpka.
Znów wyłapałam też inne cierpkie owoce - te ciemne, choć chwilowo mniej jednoznaczne. Mieszały się z ziemią, tonęły w kawie. Jakby kawa miała lekko porzeczkową nutkę? Znowu pomyślałam o ziemiście-soczystym surowym kakao.

Posmak należał jednak do słodko-soczystej pomarańczy, może trochę "ciepło-mulusio" słodkiego od szlachetnej wanilii kekso-biszkoptu oraz kawowej tarty. Ta była gorzko-cierpka, a jednak też słodka, tyle że w sposób poważny, "dla dorosłych". Trochę tu czułam też cierpkości ziemistego kakao, po prostu.

Czekolada zaskoczyła mnie pozytywnie. W smaku dosadnie gorzka, wyrazista. Kawa, truflowość i ziemistość cudownie dopasowały się do szlachetnej słodyczy. Palony karmel i wanilia były zacne, choć chwilami ogółem... może i trochę za słodko się robiło. Soczystości na szczęście nie brak. Ta cytrusowa ciekawie połączyła się z echem surowego kakao. Nawet bardziej maślany (chwilowy) odchył nie przeszkadzał.
Mam tylko zarzut co do konsystencji - mogła by być mniej tłustawo-śliska. I wciąż jednak mimo wszystko myślę, że cena tych czekolad jest jakoś sztucznie zawyżona, trochę nieadekwatnie.


ocena: 8/10
kupiłam: fitorsweet.pl
cena: 16,68 zł (za 80g)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy nierafinowany, ziarna wanilii

środa, 27 października 2021

Chocolate and Love Sea Salt & Caramel 55 % ciemna z Peru i Republiki Dominikany z karmelem i solą morską

Razu pewnego czekało mnie popołudnie skumulowanych męczących wykładów (odrabianie), więc uznałam, że to dobry moment na wykończenie zostawionych na "kiedyś tam". Jeden z wykładowców jednak się wykruszył i zostałam z wolnym kawałem dnia, który był bardzo jasny (mimo że zimowy). Uznałam więc, że szkoda nie skorzystać i wybrałam jakąś nieotwartą do degustacji, bo aż się prosiło porobić zdjęcia. Sama jednak nie bardzo wiedziałam, na co mam ochotę. Jako trochę zmęczona pierwszymi zajęciami, a i psychicznie zmęczona czekaniem na te, które się nie odbyły, chciałam coś niewymagającego, ale na pewno ciemnego. Jako że taka właśnie wyszła Chocolate and Love Orange, a jedną z tych do kończenia była Choceur mleczna z solonym karmelem, pomyślałam o Chocolate and Love właśnie podobnej. I uznałam, że będzie to miły - bo ciemny - przerywnik przed mleczną Miiau z solonym karmelem, za którą też miałam zamiar za jakiś czas się zabrać. Nie ma to jak klucz selekcji, "co zjeść"!

Chocolate and Love 55 % Dark Chocolate & Sea Salt & Caramel to ciemna czekolada o zawartości 55 % kakao z Peru i Republiki Dominikany z karmelem i solą morską.

Po otwarciu poczułam delikatny, ale wyraźnie orzechowy zapach. Był dość mocno palony i otoczony kawową gorzkością. W nią wplotła się goryczka skórki pomarańczowej, która to ogółem, całościowo jako pomarańcza wprowadziła słodycz. Ta częściowo przypominała też słodkie, nieśmiałe kwiaty, ustępujące jednak karmelowi... W zasadzie też delikatnemu i aż podchodzącemu pod toffi z racji biszkoptowo-maślanego podszycia.

Tabliczka była twarda jak kamień / skała, jednak (choć brzmi to jak oksymoron) jednocześnie krucha i porcelanowa. Dodatki dodano dość dziwnie, bo pod postacią małych płatków i kawałków głównie wtopionych przy wierzchu jeśli o karmel chodzi. Sól zaś połyskiwała jako pojedyncze kryształki (chyba; albo cukier, albo - obstawiam to właśnie - jedno i drugie). Wszystko jednak tak, że w zasadzie nie da się zrobić kęsa bez nich.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, maślano tłusto; bezproblemowo. Była zbita, nieco aż śliskawa i bazowo gładka. Chwilami język muskały szybko rozpuszczające się drobniusieńkie kryształki (obstawiam sól i cukier), których było średnio dużo, na mój gust niebezpiecznie sporawo, ale w zasadzie raczej w punkt (obstawiając, że to sól, na cukier nie ma zgody). Powoli, jakby nie chcąc tego robić, odsłaniała kawałki karmelu, którego nie pożałowano.
Zostawiałam karmel na koniec - wtedy chrupał lekko, trzeszczał, skrzypiał jak szkło, by następnie na chwilę nieco zmięknąć na lepiącą się, twardawą masę i zniknąć. Rozpuszczał się ochoczo, więc wyszedł jak najbardziej przystępnie. Na szczęście przy nim nie plątała się już sól.
Całościowo czekolada wydała mi się najeżona dość ryzykownie - jeszcze choćby kilka kawałków / kryształków, a byłaby przeciążona. Tak jednak uznałam, że jeszcze w mojej "dopuszczalności się zmieściła". Karmelu więcej, soli mniej, ale wystarczająco, by się wczuć. Baza mnie nie urzekła, ale dodatki trochę odwracały od niej uwagę, więc ogólnie struktura przystępnie przeciętna.

Od chwili umieszczenia kawałka w ustach rozchodził się po nich smak gorzkiej, czarnej kawy. Na pewno jednak nie siekiery. Gorzkość budowała palony klimat, robiąc to poprzez ziarna kawy. Zebrało się wokół nich sporo dymu i charakterniejsza nutka ziemi. 

Paloność jednak szybko odwróciła od niej uwagę, dosładzając kawę. A zrobiła to poprzez wlanie syropu karmelowego. Karmelowa słodycz pojawiła się jako delikatna, nieśmiała, a dopiero po chwili zaczęła odważnie rosnąć.

Baza przez to złagodniała. Zagrała jednak orzechami bardzo wyraźnie. Poczułam włoskie, może migdały... zmieniające się w krem dość maślany, jak z jakiegoś jasnego (waniliowo-karmelowego?) ciasta / biszkoptu. Orzechowy wypiek krył też cytrusową nutkę. Czy to skórki pomarańczy kandyzowane czy trochę soku z niej...? Goryczka optowała za skórką, acz płynęła też z mocno przypieczonych brzegów.

Wypiek przypieczony... przejawiał odrobiniusieńkę soli. Ta jakby dziwnie... zruszyła kompozycję (?), dodając dziwnie buzujący element.

I wtedy, w połowie rozpływania się kęsa, pojawiła się wyraźniejsza nutka aż podwędzona, słonawa. Pomógł jej w tym gorzkawy dym. Przecięła co słodsze i łagodniejsze. Podsyciła cytrusowy motyw, ale i maślaność. Skórka skupiła się na kandyzowanym, cukrowym aspekcie po czym pomarańcza jako taka skryła się za kwiatami, również łagodzącymi. Spod nich wypływał jedynie... sok pomarańczowy, może bardziej napój (biorąc pod uwagę wspomnienie "buzowania"?). Soczystość została na stałe, choć była delikatna. Sól została na moment z orzechami, po czym wyłaniać się zaczął dodatek.

Kawałki dawały o sobie znać nutką cukru, który lekko opalał się i zgrywał z maślanością. Umocnił ją, dodał akcent mleka. Pomyślałam o mleczno-maślanych toffi karmelkach. Łagodnych, o dziwo nie przesadnie słodkich.

Splatając się z bazą utworzyły bardzo maślano-karmelową kompozycję, kojarzącą się z takowym orzechowym ciastem z orzechami. Odrobinka soli wywalczyła je i przypomniała o cierpkości, goryczce. Także tej soczyście cytrusowej (trochę "napojowej"?).

Pod koniec orzechy (włoskie?) i kawa wykazały jeszcze odrobinkę gorzkości. Gdy jednak rozgryzałam dodatek już po zniknięciu czekolady, oczywiście to słodkie toffi-karmelki o smaku ciemnego cukru czułam.

W posmaku zostały więc właśnie one, orzechy i kawa jako kontrastowe zestawienie słodziuteńkiej maślaności i lekkiej cierpkości. Czułam też echo iluzorycznie kwaskawej soczystości i poczucie słonawości, nienachalne jednak.

Całość wyszła nieźle. Na pewno na plus forma dodatków, że czekolada nie była tak strasznie nimi najeżona, a i one nie irytowały. Wydaje mi się, że karmel dobrze się rozpuszczał i miękł dzięki temu, na bazie jakiego cukru go zrobiono. Czuję, że za miękkość odpowiadał syrop - na szczęście w tak małej ilości, że w smaku go nie czuć. Kryształki... rozpuszczały się błyskawicznie - czyżby sól zmieszano z cukrem, dzięki czemu nie wyróżniała się tak bardzo? To w sumie nie tak źle, choć wolałabym wmieszanie tego na gładko (acz to naprawdę były pojedyncze kryształki, a nie jak np. "czekolady Modica"). Czekolada była dla mnie za tłusta, ale na szczęście smak wyszedł przyjemnie palono, nie cukrowo. Bezpieczna tabliczka, choć niespecjalnie dla mnie. Gdybym wiedziała, że tak wyjdzie, nie kupiłabym, ale jak już miałam, zjadłam z odrobiną przyjemności. 


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan 
cena: 11,99 zł (promocja)
kaloryczność:  547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kawałki karmelu 10 % (cukier trzcinowy, pełne mleko w proszku, masło, syrop glukozowy), pełny cukier trzcinowy, sól morska, ziarna wanilii

poniedziałek, 18 października 2021

Chocolate and Love Orange 65 % ciemna z Peru i Republiki Dominikany pomarańczowa

Niektóre marki mimo iż np. przyciągają wzrok opakowaniami, nie ciekawią mnie, bo wydają mi się za bardzo skupiać na dodatkach i "wydaniu", dając małą zawartość kakao. Tej marce nie poświęciłam nigdy zbyt wiele uwagi; w dodatku kojarzyła mi się z Chocolove XOXOXO - nie podważam certyfikowanych składników itp., ale coś mi nie pasowało. Stacjonarnie prawie nie do zdobycia, więc tym bardziej nie miałam zamiaru zaprzątać sobie nimi głowy. Ceny, jakie widywałam w Auchanie wydawały się irracjonalnie zawyżone (prawie 20 zł). W końcu trafiła się promocja, a ja ostrożnie dwa warianty wybrałam. Śmiesznie się złożyło, że podobne warianty smakowe kupiłam wtedy czekolad Miiau. To mi podsunęło pomysł "małego zestawienia", a dokładniej zabieranie się kolejno, tematycznie za nie. Po Miiau Orange Melange sięgnęłam więc po tą. Ciemna z olejkiem, mimo że tylko nieliczne olejki toleruję, wydawała mi się zacną alternatywą dla wszelkich czekolad z kandyzowaną skórką (nie cierpię kandyzowanych rzeczy). Aż mi się przypomniała całkiem w porządku Mount momami Edel-Zartbitter Blutorange.
Ciekawe, że ta niemiecko-szwajcarska marka dokładnie określa, skąd pochodzą poszczególne składniki, np. cukier trzcinowy z Paragwaju, Kostaryki, a wanilia od kooperatyw Komam i Cooppvm z Madagaskaru. Napisali też, że ich olejek pomarańczowy został zrobiony ze skórek tychże.
Mało tego! Szukając w internecie informacji na potrzeby tego wstępu dokopałam się, że to oni stoją za linią ChocoStars, czyli czekolad w opakowaniach ze zwierzętami stylizowanymi na gwiazdy / celebrytów, które bardzo mi się nie podobają, aż mnie irytują. I... wiedziałam, że jakaś mi ta marka znajoma! Może to nie z XOXOX ją tak wiązałam, a z próbowaną już Chocolate and Love Mint 67 %? Może stąd ta niechęć? Była w porządku, tylko... te kryształki cukru, brr.

Chocolate and Love 65 % Dark Chocolate & Orange to ciemna czekolada o zawartości 65 % kakao z Peru i Republiki Dominikany z pomarańczą.

Po otwarciu uderzył mnie aromat soczystych, pomarańczowych galaretek. Wprawdzie zaskakująco naturalny, ale specyficznie słodko-goryczkowato-cierpki. Zdecydowanie dominował tak, ze czekolady niemal nie czuć. Dopiero z czasem pomarańcze dopuściły do siebie też inne cytrusy, a czekoladową bazę udało mi się określić jako znacząco paloną.

Tabliczka była bardzo twarda i głośno trzaskała. Łamana sprawiała wrażenie kamienno-porcelanowo kruchej, bo... rozkruszała się po równych liniach (nie jednak tych wynikających z podziału na paski i kostki), a jej kawałki odskakiwały. Wystarczyło nie do końca nacisnąć zębami, by ułamała się prosto, jak jej się podobało w obrębie kostek. Ujawniła ziarnisty przekrój.
W ustach rozpływała się powoli, ale zupełnie bez oporu. Już po sekundzie-dwóch przypominająca grudkę chłodnego, dopiero mięknącego leniwie masła, robiła się tłusta w coraz bardziej maślano-śmietankowy sposób. Od tego, by mnie obrzydzić uratowała ją narastająca się przeogromna soczystość. Czekolada okazała się gładko-aksamitna, chwilami aż śliska (jak proteinowe puddingi Ehrmanna w formie tabliczki). Podniebienie oblepiała tylko trochę, jej smugi znikały dość oleiście, ale już nie tylko w tłustym kontekście, a jakbym czuła jej olejkowość. Z czasem ogromna soczystość właśnie z nią się przemieszała. 

Od początku bardzo mocno czułam pomarańczę. Aż zagłuszała czekoladę - to pewne. Zupełnie, jakbym rozgryzła naturalną, bardzo soczystą i goryczkowatą galaretkę pomarańczową w ciemnej czekoladzie. 

Ta przebiła się gorzkawym, palonym smakiem zmieszanym z niemal cukrową słodyczą. Skojarzyła mi się z czekoladowym syropem / sosem, a w paloności mignął mi orzech bliżej nieokreślony.

Słodycz syropu miała w sobie coś poważnego do tego stopnia, że zaraz pomyślałam o likierze. Przesłodzonym, ale z goryczką; lekko gryzącym w język (słodyczą?). Tu również wkroczyła pomarańcza. Przyniosła jeszcze więcej słodyczy, ale... swojej własnej. Oczami wyobraźni zobaczyłam świeże, idealnie dojrzałe owoce, ich cząstki z białymi włóknami z łatwością wydobywane spod nie za grubej skóry. Wykazywała wysoką, słodką soczystość z wplecionym kwaskiem, ale i gorzkość skórek oraz galaretek. Przeplatała się z paloną nutą, co uczyniło słodycz karmelową. Rosła bez oporów, prędko osiągając wysoki pułap i zaraz grzejąc w gardle. 

W połowie rozpływania się kęsa gorzkawość zupełnie utopiła się w pomarańczy, a kompozycja stała się maślana. Baza wydała mi się aż neutralna, a do głowy przyszedł mi jasny, miękko-tłusty biszkopt. Wyraźnie nasączony pomarańczą i chyba ze skórkami, nadającymi charakteru. Pomarańczowy wypiek był bardzo słodki: pomarańczowo słodki, choć w maślaności odnalazł się także maślany, delikatny karmel. Maślaność kumulowała się, kumulowała i stanęła prawie na przodzie, tuż za pomarańczą.

Opozycyjnie do tego wszystkiego, choć też dopiero za pomarańczą, palona nuta do skórek dodała dym. Opalając je, susząc? Dym wkradł się w cierpkość i gorzkość.

Z czasem w soczystej pomarańczy odezwały się inne kwaśne owoce, głównie cytrusy - grejpfruty? cytryny? Podsyciły kwasek, a także goryczkę. Poczułam skórki cytryn, wprowadzające na koniec trochę poważniejszych, gorzkawych nut. Wrócił dym, może nawet orzech (czyżby pomarańczowy biszkopt był także z orzechami?) i.... zioła? Do głowy przyszły mi zioła palone, jakieś... opalane kadzidła albo podprażone zioła na wymyślne napary. Rozgrzanie w gardle wywołane za silną słodyczą podchwyciło tę naparowość (oraz alkoholowy motyw?), dzięki czemu wyszło znośnie. Wpisało się w pewną pikanterię.

Wszystko to oczywiście z nutą pomarańczy. Naturalnie skórkową, ale też soczyście galaretkowo-syropową.

Po zjedzeniu został posmak przede wszystkim pomarańczy, przy czym czuć olejek i naturalność, ale też karmelu i palonych nut... może trochę orzechowy? Maślaność czułam na pewno także jako efekt tłuszczu na ustach.

Całość okazała się całkiem smaczna, mimo że zdecydowanie za bardzo maślana (struktura aż mnie trochę męczyła, smak znalazł się na granicy, bo jednak pomarańcza całkiem nieźle to przełamała), przesłodzona i pomarańczowa w sposób przesadny. W dużej mierze zagłuszyła bazę, jednak... udało jej się swoje dymno-ogólniecytrusowe, orzechowe trzy grosze wpleść. Pomarańcza, mimo że  z olejku, nie wyszła sztucznie. Wady w zasadzie dotykają wszystkich aspektów, ale też nie są na tyle wielkie, by nie czuć plusów, czyli smacznej pomarańczy i jednak jakiejś tam czekoladowości.
A struktura oprócz maślanej tłustości na plus - wprawdzie wolałabym gęstość innego typu (nie masła, a kremu), ale cieszę się, że to gładka tabliczka.
Skojarzyła mi się trochę z Pacari Orange / Naranja, która była dymno-kawowa (dzisiejsza raczej leciutko dymno-orzechowa jak już), też karmelowo słodka i bardzo, bardzo soczyście pomarańczowa, przy czym mowa nie tylko o świeżej surowej pomarańczy. Pacari to raczej dżemo-nadzienia, dzisiaj opisywana poszła w kierunku galaretek i cukrowego syropo-likieru. Pacari była charakterniejsza, dosadniej kakaowa, a Chocolate and Love maślana, więc moje serce należy do Pacari. Dzisiejsza masłem bardzo mi podpadła... i w zasadzie tylko masłem.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan 
cena: 11,99 zł (promocja)
kaloryczność:  559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, pełny cukier trzcinowy, naturalny olejek pomarańczowy 0,15%, laska wanilii

sobota, 8 czerwca 2019

Chocolate and Love Mint 67 % ciemna z Peru i Republiki Dominikany miętowa

Nie mam nic do chrupiących dodatków w czekoladzie, dopóki nie przeszkadzają w odbiorze. Gdy jest ich tak dużo, że robi się jakiś zlepek, albo gdy są kamienne, albo gdy mają być, a prawie ich nie ma... brr. Niestety ostatnimi czasy dużo takich nieudanych chrupaczy mi się trafiło. Bałam się więc spoglądać ze zbyt dużą nadzieją na tę czekoladę. Miętowy chrupiący dodatek brzmi bowiem ryzykownie, mimo że ubóstwiam połączenie mięty i czekolady. Po prostu "mięta na chrupiąco" zdarza się rzadko. Co najdziwniejsze w tych rozważaniach to to, że Barona Luximo 70 % z granulatem miętowym wspominam właśnie bardzo miło, a z naturalniejszych to przecież Madecasse z miętą i nibsami (których nie cierpię!) dostała 9. Wszystko zapowiadało się więc ok, ale czekolady potrafią być przekorne, toteż nie chciałam się za bardzo napalić (by się nie rozczarować). Im więcej zaczynałam tak na to patrzeć, tym szybciej czekoladę wreszcie otworzyłam.
No, i to oznaczało wreszcie koniec z czekoladami ze sklepu, który... przestał istnieć.

Chocolate and Love Mint 67 % Dark Chocolate & Mint Crunch to ciemna czekolada o zawartości 67 % z Peru i Republiki Dominikany z chrupiącymi kawałkami o smaku miętowym z naturalnym olejkiem.

Matowa i niezbyt ciemna tabliczka pachniała przede wszystkim miętą, ale jakby olejkiem z ziół. Było to słodkie, goryczkowate i... naturalne tylko do pewnego stopnia. Mięta prawie zupełnie zdominowała czekoladę, ale wszystko to było zwiewne i lekkie, takie jak kwiaty.

Przy łamaniu okazała się strasznie twarda, jej trzaskanie przypominało huk (wystrzał z armat może od razu, co Kimiko?). Czasem coś się z niej okruszyło, bo była wypełniona drobinkami i kryształkami cukru.
Już mi się to nie spodobało. A szkoda, bo wyglądała jak Idilio Origins, sreberko zaś miała takie samo jak Original Beans, więc w pierwszej chwili przypomniała mi jedne z ukochanych marek. Lśniące w przekroju zło zepsuło dobre wrażenie.
W ustach sama czekolada okazała się idealnie kremowo-gładka, tylko że... no właśnie, jakby po prostu wtopionym cukrem. On trzeszczał / chrupał / skrzypiał - coś pomiędzy, ale i rozpływał się. Nie gryzę czekolad, więc w moim przypadku oparło się to na tej drugiej właściwości. I niestety, dodało to tabliczce wodnistego efektu. Sama w sobie nie była tłusta, pozostawiała tylko gładkie smugi i soczystość, a ten cukier... przeszkadzał i tyle. Ona rozpływała się w średnim tempie, cukier jakby ją pospieszał. Drażnił język i podniebienie swoją obecnością. "Miętowy krokant"? Chyba raczej cukier o smaku mięty.

W smaku już od pierwszej chwili słodycz grała nadrzędną rolę, ale nie była taka silna, a po prostu płynąca z wielu nut.
Szybko ukazała maślany karmel, za którym trochę olejkowy smak mięty nadmienił o swojej obecności.

Maślaność zaprosiła do kompozycji czekoladowość. Ta była bardzo delikatna i leciutko orzechowo-maślana właśnie. Gorzkawość początkowo tak subtelna, że niemal nieuchwytna, wpisała się raczej w palony karmel i karmelowo-orzechowe tony. Kakao i mięta jakby wspierały się w swej delikatnej cierpkawości. W niej też ukryła się soczyście-rześka nuta czerwonych owoców.

Wraz z miętowym cukrem, a więc już po kilku sekundach, nasilał się smak mięty właśnie. Nie był napastliwy, a jak delikatny, hojnie posłodzony napar z mięty. Mięta wyszła tu więc słodko, wciąż do pewnego stopnia olejkowo. Karmelowo-maślany smak dyktował cukierkowość, ale kakao podkreśliło też cierpko-palono-ziołowy smak. Niosło to rześkość i delikatny chłodek, niewątpliwie osłabiające ogólne poczucie słodyczy.

Zza nich popłynęła w drugiej połowie kolejna, lekko owocowa sugestia. Z racji orzeźwienia i wodnistości, właśnie takie owoce to przypominało. Jakieś mdłe gruszki, być może lychee czy melony. Egzotyczne i wręcz mgliste, trochę roślinne. Kwiatowe?

Bliżej końca cierpkawość kakao i ziołowość mięty mieszały się ze sobą, rosnąć. Palony klimat rozpoczęty przez karmel w tym momencie znalazł się przy nich. Gdy trafiły na soczystość, wyłapałam, że owocowe nuty ułożyły się w mglistego grejpfruta.

Pod koniec, jakby obok, nasilała się słodycz miętowa: najbardziej to olejkowa, cierpkawa, ale i ziołowo-"kwiatowa", także cukrowo-miętówkowa. Była lekka, rześka i zestawiona z nagle ziemiście kakaową, soczystą bazą. Wydaje mi się, że to te czerwonawo-cytrusowe tony tak nagle paloność ku ziemistości popchnęły. 

Pozostawiło to słodko-miętowy, rześki posmak. Owoce też gdzieś tam były, nie zabrakło i paloności (mieszanina orzechowo-maślanego kakao, karmelu i ziół). Nie było jednak gorzko, a już na pewno kwaśno. Czułam delikatną, chłodną słodycz zestawioną z ciepłymi nutami.

Całość wyszła bardzo delikatnie, nienachalnie. Smaki wyważone i pasujące do siebie, niczym kółka literacko-dyskusyjne (mogą być fani różnych gatunków, ale wszystkich łączy literatura). Łagodna czekolada, której maślaność, karmel, orzechy i paloność mieszały się ze zwiewną, niemal kwiatową (za słodko-przystępna na ziołowość; zakładam, że płynęła z kakao) miętą, której cukier nadał cukierkowych cech. Ta zwiewność i rześkość współgrały z niejednoznacznymi, rześko-lekkimi, wodnistymi owocami czy zawoalowanymi czerwonymi. Żadnego kwasku, gorzkawość uładzona, za to złożona słodycz. Mi tak ogólnie trochę za słodko było, ale nie mogę powiedzieć, by tabliczka była przesłodzona. Chodzi o to, że to było po prostu głównie słodkie - choć szlachetnie.

Czekolada mogłaby mnie zachwycić, gdyby nie to, że jedzenie jej nie było przyjemne. Od zacnego smaku uwagę odciągała struktura. To było tak subtelne, że potrzebowało większego skupienia się, a nie... Okropne było poczucie, że cukier po prostu nie rozpuścił się. Szorował język i irytował. Nie wiem, może producent uznał, że smak jest na tyle delikatny i nudny, że potrzeba urozmaicenia konsystencji. Ja tam wolałabym móc utonąć w takiej nudzie, pogrążyć się w letargu, niż czuć kryształki cukru na języku i podniebieniu.

Kostkę dałam Mamie, bo opowiadałam jej o tej czekoladzie i trochę nie mogła pojąć mojego problemu. Nienawidzi ciemnej czekolady, ale uległa mi. Posmakowała jej! Doceniła jej łagodny, niegorzki i niekwaśny, a słodki, nie za mocny smak, ale co? "No tak, ten cukier zupełnie niepotrzebny". Dokładnie! Ten "miętowy krokant" tylko wszystko popsuł. Gdyby nie on, na pewno dałabym 9 (kto wie, czy gdyby nie było tak słodko, a bardziej kakaowo, to i do 10 by to nie dobiło?), bo zaburzał i smak (odwracał uwagę od nut), i strukturę (sama czekolada wydaje się cudowna, tak między kryształkami), a do tego odbierał komfort jedzenia. 


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam od Czekolady Świata
cena: -
kaloryczność:  560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, krokant miętowy 10% (cukier trzcinowy, naturalny olejek miętowy), pełny cukier trzcinowy, ziarna wanilii