Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordi's. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jordi's. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 lipca 2021

Jordi's Jordis STO 100% Dark Chocolate ciemna z Meksyku, Boliwii, Grenady i Jamajki

Ciemne czekolady Jordi's zachwyciły mnie, lecz mimo to nie zapałałam szczególną miłością do marki. Łatwo więc przyszło mi przejście do porządku dziennego nad faktem, że nie mam już gdzie ich kupić. Minęło mnóstwo czasu, nim znów w Sekretach Czekolady coś się pojawiło. A dokładniej czekolada, którą normalnie bym pominęła, gdyby nie to, że lubię jakąś przynajmniej jedną setkę mieć "jakby co", a akurat ze wszystkich wyszłam. Przyglądając jej się z bliska, doszłam do wniosku, że jest dziwna. Niecodzienny blend i intrygujące opakowanie. Kojarzyło mi się z jakimś kurczako-królem. Tabliczka wykonana w manufakturze w Hradec Kralove w Czechach ponoć "jest dla odważnych".

Jordi's Jordis STO 100% Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Meksyku, Boliwii, Grenady i Jamajki (blend).

Gdy otworzyłam opakowanie poczułam intensywny zapach grejpfrutów, łączący dwa nurty: goryczkę i soczystość. Ta druga zahaczyła o lekki kwasek - pomyślałam o pigwie... albo herbacie z nią? Goryczka bowiem należała do drzew, liści oraz orzechów. Wydały mi się wędzone i wręcz mięsiste / mięsiście-soczyste. W trakcie degustacji wyłapałam też bardziej zwierzęcą nutę (np. kozią? myślę i o zwierzakach, i o przesiąkniętym nimi nabiale).

Tabliczka trzaskała dość głośno i dosadnie, bo była twarda jakby mięsiście-pyliście. Robiąc kęsa miałam wrażenie wgryzania się w taflę soczyście-pylistego masła.
W ustach rozpływała się dość powoli. Ze zbitego kawałka spływały maziste, oleiste smugi, ale zaraz okazała się bardziej przystępna. Zalepiały bowiem jak... gęsto-kremowy, niemal półpłynny wewnątrz ser (myślę o takich "ze skórką"). Owszem, była za tłusta i ciężka, ale z czasem kojarząca się bardziej maślano-kremowo, gładko z kremowym serem, do którego je się coś soczystego. Gdy czekolada już znikała, pojawiała się lekka pyłkowość, a czekolada ściągała.

W smaku, gdy umieściłam kawałek w ustach zaskoczyła mnie... delikatność, łagodność. Poczułam trochę gorzkawego dymu, szeleszczące liście i drzewa, które wydawały się zakryte mgłą, takie aż mdławe. Bardzo, bardzo wilgotne i trochę soczyste. Na pewno chłodne w wydźwięku.

Gorzkawość i goryczka płynęły konsekwentnie, spokojnie, gdy po paru sekundach gorzkawość nagle zmieniła się w gorzkość. Okazała głównie drzewno-orzechowa, trochę cierpko-herbaciana.

Od wilgoci i rześkości szybko odszedł wówczas kwasek. Na przód wyrwał się kefir. Podkreślił go splot soczyście-kwaśnych owoców z grejpfrutem na czele. Idealnie zmieszał kwaśność z cierpkością i goryczką swojej skórką. Odrobinę też dosłodził kompozycję. Wyraźnie obok niego poczułam pigwę i cytrynę.

Nabiał jakby miał problem z wpasowaniem się, jednak cały czas pobrzmiewał, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydał mi się zaskakująco mleczny i... tłusto-kremowy, wręcz nijaki. Do głowy przyszedł mi delikatny ser typu camembert / brie... wraz z gorzkawą, charakterniejszą skórką. Zarejestrowałam leciutką pikantność / pleśniowość. Taką... specyficznie chłodnawą.

Jakby tak... do takiego mlecznego pleśniaka dodać coś owocowego... Nie jestem jednak pewna, co. Czułam cierpkość soczystą i kwaskawą, a do głowy przyszły mi skórki winogron (wiem, że jest coś takiego jak "verjuice" czyli sok z kwaśnych winogron - może coś takiego?). Na pewno to jakieś jasne owoce... cytruso-pigwa? Cytryny na pewno. Może niedojrzałe jagody z odrobinką słodyczy? Podtrzymywały wilgoć i soczystość.

Z czasem wilgoć ta, chłodek wydały mi się tłusto-soczyste jak młode, młodziuteńkie orzechy. Niemal białe, i kremowo-łagodne. To jednak tylko przez chwilę, jakby w celu wyciszenia nabiał. Orzechy nagle wzrosły, znów pomyślałam o drzewach (i może herbatach? podłączających pod to owoce, bo były dziwnie zgrane), lesie mieszanym. Wciąż bowiem czułam kwasek (już mniej cytrynowy), który w tym momencie odlegle kojarzył się z sosną.

Bliżej końca na znaczeniu kontrastowo przybrała gorzkość i goryczka właśnie drzew, szeleszczącego lasu. Orzechy nagle zrobiły się bardziej gorzkie, ale wciąż... niemal mięsiste, wilgotne. Tym razem jednak zaleciały mi jakby czymś podwędzono-zawilgoconym i metalicznym.

W posmaku został ogrom cierpkiego nabiału: jakby koziego, ale też zwykłego np. kefiru (nasiąkniętego wsią / zwierzakami), owoców (cytrusy i jakieś jasne); także drzewa, dziwnie jakby kręcące w nosie. To również orzechy i ich dziwna wilgoć oraz... nuty wędzenia / dymu... ale wtłoczone w chłodek. Trochę... masło, ale jako element czegoś - tylko nie wiem czego.

Całość w zasadzie mi smakowała, acz mam problem z jej strukturą - była i ciekawa, i niezbyt przyjemna. Smak nie był z kolei wielopłaszczyznowy, ale złożony z paru niejasnych nut.
Bardzo cierpka, a jednocześnie z momentami tak łagodnymi, że aż mdłymi. Nabiałowość wyszła ciekawie, bo znalazło się miejsce i dla kwaśnych produktów, jak i łagodniejszego sera; "koziość", natura - mniam! Nie pasowały mi jednak owocowe kwaski jakie tu czułam. Nie te owoce, nie wiem czy w ogóle jakiekolwiek. Jak dla mnie mogłaby być bardziej drzewno-orzechowa zamiast tego. Szkoda też, że herbaty były w sumie sugestywne (prawie "wmówione"?). Może i dużo narzekam, ale jak na setkę była tak przystępna, że gdyby nie te parę elementów, mogła by mieć 10.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 24 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 634 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakao

poniedziałek, 7 maja 2018

Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % ciemna z Wietnamu

Na myśl, że została mi już ostatnia tabliczka Jordi's poczułam ukłucie w sercu. To była metafizyczna pinezka z karteczką "przy najbliższej okazji kupić kolejne!". Markę bowiem pokochałam, a świadomość, że ostatnia posiadana tabliczka jest z kraju, z którego kakao obdarzyłam ostatnimi czasy podobnym uczuciem, dodatkowo sprawiła, że dzień otwarcia wydawał mi się wręcz magiczny. W tym przypadku o kakao wiadomo jeszcze, że fermentuje od czterech do pięciu dni i jest suszone na bambusowych stołach.

Jordi's Chocolate Viet Nam Ben Tre 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario pochodzącego z Wietnamu, z prowincji Ben Tre, położonej w delcie rzeki Mekong.

Po otwarciu poczułam śliczny zapach, który wydał mi się bardzo leniwy i taki... "oddalony od rzeczywistości" (chodzi o jego klimat).
Oczami wyobraźni zobaczyłam ciemną, fioletową konfiturę, spod której wyłaniał się skromny kawałek jakiegoś ciemnego, kapciowato-mokrego biszkopto-ciasta. Gdzieś przy tym musiał stać wazon z kwiatami... fioletowymi? Tak do tej konfiturki... może lawenda? Taka z charakterem podbitym dymem... bo i dużo w tym było dymu, paloności.

Przy łamaniu tabliczka o fioletowawym odcieniu okazała się twarda i trzaskająca w sposób, jakby była przez kogoś chrupana. Dziwny dźwięk, sugerujący kruchość, ale nie suchość.
W ustach rozpływała się na leniwie oblepiający je krem, uwalniając ogrom soczystości i maślanej tłustości.

W smaku od pierwszej chwili poczułam "słodziutko czekoladowy" smaczek zamknięty w klatce gorzkiego dymu.

Z dymu tego na wolność wyrwał się ogrom soczystości, niosącej kwasek. Zaskoczona uznałam, że było to owocowe tylko częściowo.
Najpierw bowiem z dymu wyłoniły się niemal soczyste orzechy, przy których gorzkawość rozpraszała się, ale nie słabnąc, a zmieniając się w wiele drobniejszych nutek.

W tym czasie, w tle, pokazywały się owoce. Początkowo też wydały mi się kwaśno-gorzkie, więc natychmiast pomyślałam o cytrusach, głównie grejpfrutach. Tu jednak wciąż pracował smak słodziutkiej czekolady, która coraz dosadniej zaczynała sugerować śliwki.

Czekolada i lekką słodycz wypuszczała, zaś od nuty soczystych orzechów odchodziła także maślaność, co kojarzyło mi się z kremem czekoladowo-orzechowym lub czekoladowo-migdałowym... prawie marcepanowym? To ostatnie skojarzenie napędzała ogólna soczystość, mokrość i charakterność.
Doszukałam się w tym pewnej "razowości" i miękkiego (biszkoptowego?) piernika. Takiego odymionego i przyprawionego gorzkimi przyprawami.

Właśnie przy tych kremowo-piernikowych smakach śliwki ruszyły bardziej zdecydowanie. Były kwaśne - albo suszone węgierki, albo świeże niedojrzałe. Otworzyły drogę wyrazistym jeżynom, czarnym porzeczkom - cierpkim owocom leśnym. Je także zamknięto w klatce... konfiturowej. Wyobraziłam sobie taką mocno owocową, słodzoną sokiem jabłkowym, wyraźnie zaznaczającym się (jak dżemy 100 % owoców).

Pod koniec cierpkawe, soczyste ciemne owoce (śliwki, jeżyny, porzeczki) łączyły się z dymem, palonością (mimo której czekolada nie wydała mi się palona) i tymi orzechowo-migdałowymi nutami. Było słodko-kwaskowato, ale z poczuciem złożonej gorzkości. Co więcej, wracało poczucie rozleniwionej delikatności z zapachu - takie kwiatowe tchnienie.

Czekolada smakowała mi i to bardzo, jednak mniej niż bardziej kawowa La Naya Vietnam Ben Tre 70 % czy obłędnie śliwkowa i troszeczkę winogronowa Erithaj Ben Tre Vietnam 70 %. Może Jordi's wyszła bardziej gorzko, ale nie intensywniej smakowo (bo przy tym też trochę maślanie-subtelniej). Wszystkie miały jednak bardzo podobne nuty dymu, przypraw i dżemów / konfitur.


ocena: 8/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,49 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  602 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

czwartek, 12 kwietnia 2018

Jordi's Chocolate Honduras Xoco Farms 75 % ciemna z Hondurasu

Po przepysznej Jordi's Madagascar Bejofo 75 % już wiedziałam, że pozostałe ciemne na pewno również wzbudzą we mnie zachwyt. Nie mogłam się doczekać degustacji kolejnej tabliczki także dlatego, że miała być akurat z Hondurasu, a więc z kraju, z którego czekolady jeszcze nie jadłam (w momencie planowania degustacji; na blogu jest już JP Czekolada Honduras 70%). Ponoć tylko tam rośnie jeszcze uprawiane przez kompanię Xoco majańskie czerwone trinitario. Ogólnie cały ten region jako pochodzenie kakao pojawia się dość rzadko, a np. sąsiednia Nikaragua bardzo intryguje dzięki mlecznym Zotterom.

Jordi's Chocolate Honduras Xoco Farms 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z północno-środkowego Hondurasu, farm Xoco.

Po otwarciu spiorunował mnie niezwykle intensywny zapach malin i wiśni w formie smakowitych, wysokiej jakości przetworów, syropów itp. wciąż z mocną soczystością oraz zdecydowanie prażony zapach orzechów, może trochę w drzewnym kontekście. W pewnym momencie do głowy przyszły mi też naprawdę dobre wiśniowo-migdałowe pralinki.

Przy łamaniu czerwonawej tabliczki usłyszałam trzask, ale wyraźnie już w tym momencie zdradzała swoją kremowość.
W ustach rzeczywiście tę cudowną, gładką kremowość uświadczyłam. Czekolada rozpływała się w umiarkowanym tempie, trochę ślisko, ale z szorstkawym efektem. Chwilami wydawała się bardziej tłusta, chwilami bardziej soczysta. Spodobał mi się ten balans.

Najpierw przywitała mnie gorzkawość o smaku drzew, kory i orzechów, migdałów; o ciepłym, prażonym charakterze. Na pewno były to jakieś konkretniejsze orzechy (coś w klimatach: włoskie / pekan, ziemne / brazylijskie).

Zaraz jednak od tej cieplutkiej nuty poszły i skojarzenia z przetworami, dżemorami, nalewkami i syropami domowej roboty. Wybuchła owocowa bomba. Prym wiodły słodziutkie maliny, zarówno jako świeże i dojrzałe, jak i jako słodki syrop malinowy. Charakteru nadawały im wiśnie - niczym jakiś sok / syrop, może nawet bardziej nalewka. Nakręcały soczystą cierpkość i kwasek, w których to doszukałam się też jeżyn, może i trochę cytryn.
Maliny cały czas dosładzały resztę owoców, wypuszczając chwilami smaczek jagód, borówek amerykańskich.

Za tym wszystkim wciąż trwały, choć w pewnym momencie bardzo słabiutkie, orzechowo-palone nuty. W końcu puściły przodem i coś bardziej maślanego, co sprawiło, że zaczęłam postrzegać tę tabliczkę jako jakiś mięciutki maślany placek, maślaną tartę z malinami i wiśniami.
Raz czy dwa mignęło mi też skojarzenie z lemon curd, czyli masą cytrynowo-maślaną.

Pod koniec bardzo wyraźnie wybiły się migdały (w orzechowo-prażonym otoczeniu, ale tym razem przede wszystkim migdały).

Posmak pozostawał na długo i był cieplutki, migdałowo-orzechowy, drzewny, z pewnym "maślanym wyciszeniem", choć także wspomnienie soczystości malin i wiśni trwało.

Grubaśny, maślany placek i / lub tarta maślana z ogromem malin i wiśni oraz migdałów, orzechów... Pewnie jeszcze polane to syropem owocowym, w towarzystwie lemon curd. Słodki, ale i naturalnie "poprzełamywany", z wyraźnie palonymi, gorzkawymi akcentami. Tak właśnie widzę tę tabliczkę. Była cudowna, bardzo obrazowa, bo smakowe skojarzenia idealnie zgrały się ze strukturą (maślane coś z ogromem owoców + jakby przemielone migdały / orzechy). Za to właśnie, jak tu wszystko do wszystkiego pasowało, wystawiam maksymalną ocenę, mimo że znalazłoby się sporo czekolad z 9-tkami, które smakowały mi bardziej. Szczerze? Jej smaki to bardziej wyobrażenia (rzeczy, których nie jadłam), ale... tak intensywne, jakby ktoś je zamknął w tabliczce.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,49 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  602 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 30 marca 2018

Jordi's Chocolate Madagascar Bejofo 75 % ciemna z Madagaskaru

Po dwóch pierwszych tabliczkach marki Jordi's (na moje nieszczęście białych) zupełnie nie wiedziałam, co o marce myśleć, bo jedna była ciekawa i smaczna (z zieloną herbatą), a druga okropna (z nibsami). Dałam szansę aż trzem ciemnym (w tym dwie z kakao dość rzadkich regionów), a żeby nie rzucać się na głęboką wodę, najpierw sięgnęłam po opcję najbezpieczniejszą, bo z kakao z Madagaskaru, czyli bardzo lubianego przeze mnie i charakterystycznego.
Co więcej, kakao, z której tę czekoladę zrobiono pochodzi z plantacji należącej do właściciela kochanej przeze mnie marki Akesson's - Bejofo, położonej w dolinie Sambirano (gdzie kakao zostało lata temu zaimportowane z Jawy - taka tam ciekawostka).

Jordi's Chocolate Madagascar Bejofo 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % kakao trinitario z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam ogrom nabiału kojarzącego się twarożkiem, coś lekko cytrusowego, stykającego się również z ogromem ciepłych (choć wciąż w pewien sposób soczystych) nut takich jak żywe, ukwiecone drzewa (tu może i coś trochę miodowego) czy popiół / dym podchodzący pod wilgotny torf (za sprawą wspomnianych "cytrusków").

Bardzo ciemna, ale czerwonawa tabliczka głośno trzaskała, choć wydała mi się... jakby pełna, zawilgocona i gęsta.
Jakież było moje zdziwienie, gdy w ustach okazała się szorstka i piaszczysta. Wydawało mi się, że spośród mikroskopijnych drobinek płynęły hektolitry soku, dzięki czemu odebrałam ją jako lekką i rześką, nie tłustą.

Smak spiorunował mnie już od pierwszego kęsa lekko cierpkim, ale i soczystym kwaskiem owoców, a po chwili także nabiału.

Idealnie trafione palenie czy dosłodzenie podkręciły to, co najlepsze, biorąc się do roboty natychmiast, same w sobie nie zwracając na siebie aż tak uwagi.

Oto lekko odymione nuty przywodzące na myśl cygara i korę gdzieś pośród całego, żywego lasu tropikalnego (może jakiś przyrodnik zapalił sobie cygaro w małej chatce pośród takiego? może nawet popijał kawę? choć może to moja wyobraźnia już ją dodała) trafiając na ocean soczystości wydały niezwykle charakterny owoc: grejpfrut.

Twarożek, taki z podwędzanego sera białego (?) z... wymieszanym jogurtem / kefirem wpisał się w soczystość. Kiedy pojawiała się przy nim ziemista nutka, wyraźniej odzywała się cytryna (taka ze skórką), ale nie robiło się zbyt kwaśno.

Właśnie ten twarożek to tonował, a ja nagle z zaskoczeniem poczułam słodkie, czerwone owoce: maliny i... czereśnie? Dojrzałe, w pełni sezonu i słodziutkie.

Większość słodyczy pochodziło od wspomnianych malin, ale znalazło się i trochę miejsca dla lekko wręcz miodowych nut kręcących się na drzewnej (tej palono-odymionej) bazie. To osłodziło i cytrusy, niosąc dojrzałe, soczyste pomarańcze.

To właśnie bardziej drzewno-palone, konkretniejsze nuty kończyły degustację, konsystencja zwracała uwagę na miodowość (bo jakby taki scukrzony), ale w posmaku oprócz ich na jeszcze bardzo, bardzo długo pozostawał też twarożek, maliny i ogrom cytrusowej soczystości.

Byłam w szoku, jak intensywna i głęboka - po prostu pyszna! - okazała się ta czekolada, ale najbardziej zaskoczyło mnie, że w gruncie rzeczy była bardzo podobna (choć mniej złożona) do mojej ukochanej Akesson's 75 % Criollo Madagascar Ambolikapiky Plantation (choć Akesson's wygrywa bardziej kawowymi, herbacianymi nutami i strukturą) - dopiero po degustacji się wczytałam i wyszło, skąd Jordi's ma kakao.


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 21,49 zł (za 50 g; dostałam zniżkę)
kaloryczność:  602 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Jordi's White Chocolate & Cocoa Nibs biała z nibsami

Specjalnie kazałam czekać Hershey's cookies 'n' cream, niż (i tak nie) zamierzałam, chcąc "pokazać jej", jak powinna prezentować się i (przede wszystkim!) smakować przeurocza czekolada-dalmatyńczyk. Przynajmniej miałam nadzieję, że tak będzie. Czekolada bowiem strasznie zaciekawiła mnie parę miesięcy wcześniej, kiedy to składałam gigantyczne zamówienie. Z czasem zaciekawienie osłabło, ale... nadal liczyłam na niezły kąsek, "bo taki inny", mimo że nie jestem wielbicielką białych czekolad, a dodatek nibsów rzadko kiedy mi w pełni pasuje.

Jordi's Chocolate White Chocolate & Cocoa Nibs to mleczna czekolada z nibsami, czyli kawałkami prażonych ziaren kakao.

Gdy tylko otworzyłam folię poczułam mocny kwasek kakao, jego niemal soczystą nutkę, co bardzo mnie zaskoczyło. Zaczęłam wąchać tabliczkę z każdej strony i zapach ziaren kakao wciąż dominował, mimo że wiadomo która strona pachniała też maślaną białą czekoladą. Było to dość kontrastowe, ale i dziwnie spójne, a na pewno bardzo kuszące!

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się konkretna, kilka nibsów odpadło, ale większość mocno się trzymała. Było ich tak dużo, że odpadanie wcale nie szkodziło. Właściwie... wolałabym, żeby tych nibsów było mniej, chyba... chociaż nie wiem, myślę, że recenzja smaku wszystko wyjaśni.

W ogóle miałam problem z tym, jak jeść tę czekoladę. Nibsami do dołu było okropnie, bo czułam głównie je, ale wydawało mi się, że "jakieś słodkie masło" je opływa, zupełnie nie czuć było białoczekoladowości, nie miałam poczucia, że jem czekoladę, a nibsy z polewą. Czekoladą do dołu... to z kolei czułam jej smak, a sama miałam poczucie pewnej sztywności, bo kawałek najeżony nibsami tak dziwnie leżał w ustach... Kręcenie i wysysanie całości powodowało rozwalanie się, "bałagan w ustach" i efekt podobny do "nibsy w polewie".
Czekolada przypominała właśnie taką tłustą, źle rozpuszczającą się i z lekko proszkowym efektem polewę.
Nibsy miały cudowną strukturę, bo były naturalnie miękkawo-soczyste (nie były ostre lub twarde, by bać się o zęby), a przy tym chrupiące.

Już od pierwszego kęsa czekolada raczyła naturalnym smakiem głównie masła, ale też mleka. Wydała mi się trochę bardziej mleczna od Darjeeling, ale też głównie maślana, z tym że tu maślaność była zwykła. Słodycz przy tym nie odegrała dużej roli i całość wydała mi się jakaś... mdło-maślana i kiepska po prostu.

Wszystko to zostało podporządkowane nibsom. Było jedynie tłem dla nich. Nierozgryzane bardzo szybko roztaczały swój niekwaśny, gorzkawo dymno-palony smaczek. Trochę dziwnie było tak czuć kakao w towarzystwie białej czekolady.
W połączeniu z maślano-mlecznymi, słodkimi nutami na chwilę zrobiło się zaskakująco czekoladowo, jednak gdy już w trakcie rozpuszczania się czekolady zaczynałam rozgryzać nibsy, robiło się coraz mniej czekoladowo, a bardziej gorzkawo, z wyczuwalnym "drzewnym popiołem".
Gdy czekolada znikała prawie zupełnie, a ja skupiałam się na reszcie nibsów, rozgryzałam je dokładnie, ze smaku kakao poszły w jednoznaczny smak... piwa (co mi akurat się podobało).

To "piwne" nibsy zostawały w posmaku, z pewnym "poczuciem tłustości nie wiadomo czego".
Jak już, to z chęcią wyłuskałabym wszystkie nibsy i zjadła je osobno jako ciekawostkę (bo nie lubię jeść różnego rodzaju chrupaczy), ponieważ czekolada mi nie smakowała.

To jednak niewątpliwie ciekawa tabliczka, mająca niezły moment (ten "czekoladowy"), ale będąca według mnie... beznadziejną czekoladą. To raczej twór do chrupania, nibsy. Nibsy z tłustą, mdłą polewą. Osobiście nie lubię orzechów itp. w czekoladzie, nie lubię takich rzeczy jeść (rozpuszczać? rozgryzać od razu? ...). Trzeba przyznać, że to bardzo dobrze zrobione nibsy, ale już w kwestii czekolady... przez ilość tych intensywnych, smakowitych nibsów trudno coś o niej powiedzieć. Wydała mi się przy nich nijaka i wręcz polewowa. Może to kontrast, a może po prostu taka była.
Nie zjadłam nawet połowy, a jedzenie tego po prostu mnie zmęczyło. Resztę oddałam Mamie, która miała takie same wnioski.
Zupełnie nie smakowała mi ta czekolada. Co z tego, że nibsy były dobre, jak to miała być czekolada z nibsami, a nie nibsy w okropnej polewie?
Pójdę nawet dalej i stwierdzę, że nie widzę sensu jedzenia takowej czekolady w równym stopniu co Hershey's. Obie mają przyjemny dodatek, są z pomysłem, ale co z tego, skoro nie smakują, jak trzeba? Tu dodatkowo cena jest zabójcza, bo Hershey's w USA to półka "batoników i gum do żucia przy kasie".

Tak swoją drogą, obecnie ta czekolada ma zmieniony skład, kolejność składników jest inna: nibsy trafiły na sam koniec. Czyżbym nie tylko ja miała z tą tabliczką taki problem? I... ciekawe, czy czekoladę zmienili, bo jeśli nie, to dalej kiepsko. Ja na pewno nie mam zamiaru tego sprawdzać.


ocena: 4/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 20 zł (za 50g; chyba ze zniżką)
kaloryczność: 634 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, ziarno kakao, mleko w proszku, cukier trzcinowy

sobota, 23 grudnia 2017

Jordi's biała z zieloną herbatą darjeeling

Nie wyobrażam sobie dnia bez herbaty i odkąd pamiętam, mój wzrok padając na czekolady z herbatami, zawsze zatrzymywał się nieco dłużej niż w przypadku wielu innych dodatków. Niestety nigdy nie trafiłam na dobre, wyraziste połączenie tego. Po spróbowaniu ciastka z Odette o nazwie Darjeeling Noir (instagramowa recenzja), które też mnie nie usatysfakcjonowało, zwróciłam uwagę na nowości, które pojawiły się w Sekretach Czekolady. Jako że jedną z nich była czekolada z tą herbatą uznałam, że to jakieś zrządzenie losu. Kupiłam bez zastanowienia, bo w cenniku miałam "darjeeling 63%" i założyłam, że to ciemna czekolada. Niestety... w domu okazało się, że to biała z zieloną darjeeling. Kocham zieloną herbatę, ale o zielonej z Darjeeling usłyszałam po raz pierwszy (zawsze z tego regionu kupowałam herbatę czarną, której nuty kojarzą mi się z kwiatami i - uwielbianymi przeze mnie - herbatami czerwonymi). Po czekoladę sięgnęłam zbita z tropu i nie mając nadziei na nic pysznego (bo zielona herbata z białą czekoladą jakoś "mi się nie widziała).

Jordi's Chocolate Darjeeling to biała czekolada z zieloną herbatą darjeeling.

Od razu po otwarciu poczułam silny maślany zapach białej czekolady z bardzo odległą, delikatną nutką mleka. Słodycz i maślaność łączyły się z dość wyraźnym zapachem zielonej herbaty, co mogłoby wydać się bardzo ciężkie, gdyby nie to, że i trochę rześko kwiatowy motyw herbaty się w tym zaplątał. Mimo wszystko, przez silną maślaność i ciężkawość średnio mnie to zachęcało.

Przy łamaniu tabliczka była dość konkretna, choć już w dotyku czuć jej tłustość (ale nie tłuściła palców). W ustach też była tłusta, rozpływała się powoli, ale łatwo. Szybko okazało się, że jej tłustość wcale nie odstraszała, bo została przełamała pylistością, uzyskaną dzięki zmielonej herbacie. Wyszło przyjemnie.

Po umieszczeniu kawałka w ustach poczułam masło. Pierwszym wrażeniem, które poraziło mnie po paru pierwszych sekundach, było "niesłodkie masło z herbatą". Wydało mi się to obrzydliwe, ale zaraz zaczęła dochodzić reszta niuansów, na które po tym pierwszym szoku już bardziej zaczęłam zwracać uwagę.
Otóż masło to miało w sobie niemal "orzechowawą" nutę, kojarzącą się trochę z miękkimi nerkowcami, co pewnie nakręcała nieśmiała nutka mleka. Z tak znikomym smakiem mleka w zwykłej białej czekoladzie (w sensie, że nie w wegańskim zamienniku) jeszcze nigdy się nie spotkałam.

Herbatę czułam od początku do końca i to do niej należał posmak. Najpierw tylko zaznaczała swoją obecność po prostu delikatnym smakiem zielonej herbaty, który... był tak subtelnie ziołowy, że w sumie nawet bardziej warzywny. Wysublimowana goryczka pojawiała się jednak raz po raz.

Herbata w końcu roztaczała słodsze klimaty. Słodycz zdawała się pochodzić właśnie jedynie od niej. Niosła ogrom kwiatowej rześkości, w pewnym momencie coś niemal kwiatowo-owocowego, taki charakterystyczny posmak herbat Darjeeling.

Pod koniec jeszcze ta maślaność troszeczkę się zaznaczyła, by jednak w posmaku zupełnie ustąpić miejsca cudownie wyraźnej herbacie o słodkawych, kwiatowych nutach.

Po zjedzeniu (z tym błogim posmakiem kwiatowej herbaty!) nie wiedziałam już, jak w pierwszej chwili ta czekolada mogła wydać mi się obrzydliwa. Owszem, nie lubię masła... ale to w sumie nie było masło. To było coś bogatszego, a potem... to już na pewno bogactwo herbacianych aromatów, którym nie sposób nie ulec. Wyrazistość nut zielonej herbaty Darjeeling sprawiła też, że zrozumiałam, dlaczego tak wycofano mleko - przecież zawsze wszędzie piszą, że do tych herbat nie dodaje się mleka. Rzeczywiście. Nie sądziłam, że ta czekolada zrobi na mnie takie wrażenie. To w sumie była bardziej herbata zamknięta w tabliczce, ale... jaka inna, intrygująca i... smaczna! Równie genialna co Domori Matcha.
Pewnie, że jednak biała, że tłusta, a więc nie wrócę do niej, ale cieszę się, że ją kupiłam, ze smakiem zjadłam całą tabliczkę i nie sposób jej nie docenić (co chyba odzwierciedla ocena; Domori jednak ma wyższą przez szczegóły, a więc konsystencję, podział tabliczki i osobiste względy, jak np. większa mleczność itp.).


ocena: 9/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 25 zł (za 50g; chyba ze zniżką)
kaloryczność: 637 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, cukier trzcinowy, zielona herbata