Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cokoladovna Lana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cokoladovna Lana. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2026

Cokoladovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80 % ciemna z Peru

Po paru tabliczkach czeską markę Cokoladovna Lana uznałam za jak najbardziej w porządku. Po kolejną ich tabliczkę sięgnęłam, przeczuwając coś smacznego, ale... przewidywalnego? Obstawiałam, że będzie to typowy peruwiański smak i przyjemna moc kakao. Właśnie na to miałam ochotę.
Gdy chodzi o jej opakowanie, jak to się mówi, nie wiedziałam, z czym to zjeść. 150. rocznica Gymnazium Trebic, czyli szkoły z miasta Trebic, gdzie też mieści się firma Cokoladovna Lana. Aby to uczcić, twórca marki, który jest absolwentem tej szkoły, uznał, że zrobi edycję limitowaną. Taka czekolada, o tej zawartości kakao z Peru, pojawiła się więc w ofercie tylko na jakiś czas. Od razu więc moja radość z niej jeszcze wzrosła!

Čokoládovna Lana 150 Gymnazium Trebic Peru 80% to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao z Peru; edycja limitowana.

Po otwarciu rozszedł się zaskakująco łagodny zapach głównie delikatnych, drobnych kwiatów, którym towarzyszył nie za słodki, ale niewątpliwie krówkowy budyń. W nim zaanonsowała swą obecność maślaność, choć jeszcze nie było jasne, czy będzie bardzo wszystko łagodzić. Dopiero za nimi zaznaczyło się trochę rozgrzanej ziemi, żwiru i leciuteńki kwasek moreli. Nawet trudno było dookreślić, czy świeżych-surowych, czy suszonych.

Bardzo ciemna tabliczka wydawała się konkretna, mimo że na dotyk zdradzała kremowość. Podczas łamania trzaskała średnio głośno, ale dosadnie niczym gałęzie, które nie chcą się łamać.
W ustach rozpływała się faktycznie bardzo kremowo, w tempie leniwie powolnym, początkowo niezbyt chętnie, ale potem bardzo ochoczo. Przemknęła mi w niej znikoma pylistość, jednak później zrobiło się gładko. Czekolada dała się poznać jako maślano tłusta i wręcz ciężkawa. Ze względu na wysoką gęstość, zachowywała kształt dość długo, ale nie szczędziła też mazistych smug. Nimi konkretnie pokrywała podniebienie, po czym łatwo odpuszczała, dodając jeszcze trochę cierpkiej soczystości.

W smaku przywitała mnie bardzo łagodna słodycz kwiatów i krówek. Choć była niska, jednoznaczność krówkowego klimatu aż mnie zaskoczył. Już po chwili jednak zaczęły nabierać bardziej karmelowego wydźwięku, bardziej... palonego po prostu.

Zza słodyczy jakby chciał się wyrwać leciutki, niedookreślony kwasek... Owocowy, niby cytrusowy, ale nie zupełnie... zatlił się i zniknął.

Cały czas w krówkach i potem karmelu - karmelu kakaowym? - czuć za to wyraźnie maślaność. Zarówno one ją zawierały, jak i zaraz pojawiło się obok całkiem sporo maślaności, zapowiadającej łagodną, spokojną kompozycję. Kwiaty zaś prawie zniknęły.

Nagle rozbrzmiał dym., Gorzki, cierpki i wprowadzający poważniejsze motywy żwiru i skał, które podkręcała paloność. Skał rozgrzanych i... trochę gorącej ziemi? Sporo goryczki się od nich rozeszło. Nadały całości poważniejszego, dosadnego wydźwięku.

Wystraszona tym maślaność zmieniła się w nieokreślone, ale niewątpliwie pieczone orzechy. Jej łagodność... próbowała się utrzymać i poszła w bardziej budyniowym kierunku. Choć najpierw jeszcze trochę pobrzmiewała krówko-karmelowość, więc powiedziałabym, że mógł to być budyń palono karmelowy, potem nasilała się też palono-pieczona orzechowość. Tak, budyń zrobił się orzechowy, ewentualnie kakaowo-orzechowy.

W tym czasie, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa zza żwiru i skał wyłonił się kwasek... cytryny? Mieszanki cytryny i moreli, które trochę rozmywała kwiatowa mgiełka. Trzymały się z tyłu, choć zerkały zazdrośnie i na pierwszy plan.

Dym, żwir i skały przeszły w bardziej ziemisty motyw. Rozgrzana ziemia przechwyciła poważniejsze, gorzkie motywy, cały czas pilnując, by były silne (acz ze względu na maślaność i orzechowość, niesiekierowe).

W orzechowym wątku też przemknęła goryczka, sugerując orzechy włoskie... Lecz nie jako same orzechy, a bardziej biszkopt orzechowy, ze zmielonych pieczonych orzechów włoskich i... wiórków kokosowych. Biszkopt przełożony budyniowym kremem? Biszkopt, jedzony w starej, zakurzonej bibliotece, pełnej starych ksiąg. Czyżby pobrzmiewał tam też motyw drewna?

Przez moment pomyślałam jeszcze o orzechowym biszkopcie z suszonymi, słodkimi morelami, ale... kwasek nieco wzrósł. A ze wzrostem owoce zyskały żywszy wydźwięk. Nie jednak jednoznaczność, bo morele mieszały się z cytrynami, tworząc motyw po prostu żółtych owoców. Taki delikatny, że z łatwością zanikający. Raz po raz przemykało mi tam jednak jeszcze coś... bardziej czerwono owocowego, dżemowego... Niby kwaśnego, ale niezupełnie, jak mocno dosłodzony dżem z rabarbaru? Owocowy motyw przysłoniły trochę... delikatniusie, drobne kwiaty? Kwiaty i więcej wiórków kokosowych.

Osłabienie owoców wykorzystała maślaność i karmelowo-krówkowy wątek. Maślaność przygłuszyła z zaskakującą łatwością silną gorzkość, robiąc miejsce pod wizję krówkowo-karmelowego budyniu i mocno maślanych, nieprzesłodzonych (aż nierealistycznie) krówek.

Po zjedzeniu został posmak odrobiny skał, ziemi, żwiru i cierpkawego dymu, mocno złagodzonych maślanością. Z nią wiązał się łagodny karmel, prawie krówka, acz... na tym etapie już bardziej karmel. Goryczkę i paloność nakręcały pieczone orzechy włoskie i chyba echo starych książek. W całości zaplątały się jakby zagubione kwaskawe żółte, niedookreślone owoce i bardzo słodki dżem rabarbarowy.

Czekolada zaskoczyła mnie, bo wbrew przewidywaniom wyszła bardzo mało peruwiańsko. Kwiaty, maślane karmelo-krówki, budyń karmelowy, potem orzechowy, orzechy włoskie i orzechowy biszkopt z drobnymi akcentami cytryn i moreli za nic nie skojarzyłabym z Peru. Jedynie dym, żwir i ziemie, ale... mimo że nie brakowało im mocy, stanowiły ledwie połowę kompozycji. Druga, maślana i łagodna, cały czas starała się je załagodzić. Wyszło to tak... jeszcze nie kontrastowo, ale z rozdźwiękiem, jakby czekolada sama nie mogła się zdecydować, czy chce być ciemną siekierą czy łagodną i spokojną. Trochę przeważało to drugie, że obstawiałabym raczej 75% niż 80%. Jak na 80% w dodatku z Peru była za łagodnie maślana, bym mogła wystawić jej więcej niż 8.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

piątek, 23 stycznia 2026

Cokoladovna Lana Mlecna Kefirova ciemna mleczna 50 % z Belize z kefirem / kefirowa

Choć to bardziej czekolada mleczna niż ciemna, na jej widok zabłysły mi oczy. Kefir uwielbiam i ostatnio ni to piję, ni jadam bardzo często, ale czekoladę kefirową jadłam tylko raz. Z ogromną ochotą bym do czegoś takiego wróciła. Nie ukrywam, że po Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate poprzeczka dla dziś przedstawianej zawisła bardzo wysoko. Na wstępie prezentowała niestety się nieco mnie elegancko, bo czekolada czeskiej marki Lana trafiła do mnie bez tekturowego opakowania. Przedstawiciel marki wyjaśnił, że zwyczajnie nie opłacało im się robić specjalnego kartonika, bo to jedynie limitka. Od razu z żalem pomyślałam, że to wielka szkoda, że jak już się takie czekolady trafiają - chodzi mi o naprawdę niecodzienne i atrakcyjne alternatywy mlecznych - to jako edycje limitowane. Czyżby naprawdę tylko mnie tak intrygowały?

Čokoládovna Lana Mléčná Kefirova to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50 % kakao z Belize z kefirem.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach nabiału i ziemi, sugerujący nie tylko porządnie ciemno-mleczną tabliczkę, ale też jakieś inne niż krowie mleko i mleko zsiadłe. Kefir nie był tu pierwszym skojarzeniem, acz też wyraźnie go czuć. W głowie zaplątała mi się nawet myśl o mieszance mleka koziego i owczego z wyraźnie zaznaczoną nabiałową cierpkością. Kefir czułam zwłaszcza w trakcie jedzenia przy uważnym wąchaniu. Na tym jednak nie koniec, bo z mlecznością wiązał się też po prostu wręcz wiejski motyw nabiału bardzo naturalnego, prosto od krowy i świeżo ubitego, wiejskiego masła. Czułam też ciepło siana i lekko prażonych orzechów oraz lekko grzybowy akcent niektórych mousse'ów kakaowych. Słodycz stała na znaczącym poziomie i przybrała postać palonych karmelków. W kompozycji zagościł też kwasek: trochę ewidentnie związany z nabiałem, trochę cytrynowy.

Tabliczka w dotyku wydała mi się tłusto-sucha, obiecująca kremowość. Przy łamaniu w zasadzie nie trzaskała, acz tylko jakoś nieznacznie pykała  i trochę się kruszyła. Kiedy odgryzałam kawałek, pod zębami czułam miękkość.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, niby kremowo, ale nie gładko. Najpierw wydawało się, że będzie leciutko proszkowo-gładkawa, jednak z czasem nasiliło się proszkowe, wręcz szorstkie wrażenie. Chwilami jakby starała się wygładzić, ale wracała do tego. Wykazywała leciutką, marginalną tłustość, a mimo to, uraczyła mnie niezbyt gęstą, miękką kremowością. Trochę zalepiała, po czym znikała coraz bardziej wodniście, a pod koniec zostawiała lekko cierpkie wrażenie.

W smaku pierwsza pojawiła się średnio wysoka, ale szybko i odważnie rosnąca słodycz karmelków. Początkowo lekko palonych, takich, w których paloność dopiero nabiera siły.

W oddali zaznaczył się akcent mleczno-nabiałowy z kwaskawym echem - nie od razu było jasne, że są ze sobą powiązane.

Za karmelkami pojawił się orzechowy krokant, a więc chrupiąca, słodka masa z orzechów - konkretnie laskowych - w słodko-palonym karmelu. Zrobiło się trochę bardziej karmelowo niż karmelkowo a orzechy rosły w siłę.

Przy tym skarmelizowaniu orzechów pojawiła się lekka goryczka, cierpkość. Czyżby cierpkość nie tylko kakao, ale i nabiału?

Mleczność, nabiał umocniły się, z oddali wkraczając na pierwszy plan. Był to wątek trochę mleczny, ale nie zwyczajnie mleczno czekoladowy. Najpierw nabiał trochę nieśmiało zasugerował jakieś inne niż krowie mleko. Kozie...? Mieszankę koziego z owczym... Specyficznie kwaskawo-cierpkawe, ale bez "nuty kozy". Kwasek i łagodność tak się splotły, że zaraz odgoniły to skojarzenie, a zasugerowały mleko zsiadłe. I w końcu faktycznie kefir. Wszystko w wiejsko-sielskim ujęciu.

Słodycz zdążyła już mocno wzrosnąć do poziomu wysokiego. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wydawało się, że stara się podbić pierwszy plan (co w sumie jej się nigdy nie udało), ale i jej charakter zrobił się poważniejszy, głębszy, bo wyraźnie palono karmelowy. Nuty kefiru i zsiadłego mleka nie dały jej się zdetronizować.

Gorzkość też się trochę nasiliła, pilnując, by nie zrobiło się za słodko. Wysunęła trochę gorącej ziemi, a ja pomyślałam o spacerze ziemistą ścieżką w pełnym słońcu. Możliwe, że przez wieś, bo wątek nabiału coraz bardziej rozgaszczał się w wiejskiej wizji.

Gorzkość paloną, ziemistą zaczęły trochę łagodzić orzechy. Ogólnie mieszanina, będąca niejednoznaczną orzechowością, acz z raz po raz wybijającymi się na przód prażono-karmelizowanymi laskowcami. Czułam orzechy, które po pewnym czasie... wsparła maślaność. Ta wyłoniła się z sielsko-wiejsko nabiałowych tonów i dołączyła do orzechów i gorzkości, przekładając się na niesamowitą harmonię.

Już wyraźnie kefir dbał o kwaskawo-cierpkie nuty, wyszedł chwilami wręcz rześko. Niczym stojąca w cieniu szklanka kefiru czy maślanki w upalny dzień. Bo... chwilami kefir wzbogacał się o łagodniejsze, maślankowe echo. Kwaskawy, charakterny, ale jednocześnie w pewien sposób łagodny nabiał końcowy zaprosił do gry...

Cytrusy? Cytrynę i trochę limonki. Podkradły się pod kwasek nabiału, po czym całkiem nieźle zaprezentowały jako one same, końcowo sprowadzając wysoką, ale bardzo paloną już w tym momencie, słodycz do poziomu średniego. Mieszając się z nią przełożyły się na myśl o słodko-kwaśnej, rześkiej lemoniadzie z cytryn i limonek. Albo... shake'u z tych cytrusów z kefirem.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawego nabiału, w tym w miarę wyraźnie kefiru, mieszającego się ze słodką, kwaśno-rześką lemoniadą cytrynowo-limonkową. Obok zaznaczyła się goryczka ziemi, spójnie kryjąca się trochę za cierpkością kefiru i jakby innego niż krowie - ale żadnego konkretnego - mleka. To też wątek słońca i siana; przytulnej wsi oraz lekko solonego, wiejskiego masła.

Czekolada smakowała mi, mimo że była trochę za słodka. Karmelkowo-karmelowa słodycz pozwoliła sobie na wiele, mimo że i gorzkości ziemi nie brakowało. Trochę karmelizowanych laskowców, krokantu i nuty cytrynowo-limonkowej lemoniady w udany sposób wzbogacił kwaskawo-cierpki nabiał. Kefir wyraźnie, ale nie tylko. Kompozycja podrzucała całe mnóstwo skojarzeń: mleko kozie, kozio-owcze, maślankę, zsiadłe mleko. Kefir bowiem był wyczuwalny falowo, nie zawsze mocno jednoznacznie. Tabliczka wyszła więc w sumie nabiałowo, niecodziennie mlecznie i bardzo charakternie, dynamicznie, mimo że wszystkie nuty wyszły niesamowicie harmonijnie.

To była bardzo ciekawa czekolada, wyraźnie inna niż większość ciemnych mlecznych, z ewidentnie wyczuwalnym kefirem, ale... nie tylko. Dziś prezentowana nie była aż tak jednoznacznie kefirowa co Naive Kefir Probiotic Milk Chocolate.

Kawałeczek dałam Mamie, która opisała: "Czuć, że jest to ciemna mleczna, ale nie powiedziałabym, że kefirowa. Po prostu czułam, jakby było w niej za mało mleka". Mamy nie porwała.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, kultury bakterii kefirowych

piątek, 19 grudnia 2025

Cokoladovna Lana Lahodna Kozi ciemna mleczna 50 % kozia / z mlekiem kozim

Chyba już wieki nie jadłam koziej czekolady. Ogólnie jakoś mało koziego nabiału ostatnio jadłam, więc w końcu naszła mnie ogromna ochota na taką tabliczkę, skoro miałam w komodzie. Dostałam ją od Čokoládovna Lana, po tym, jak sama ją wskazałam, za co jestem ogromnie wdzięczna. Choć z mlecznymi mi nie po drodze, kozie nadal wielbię. A przynajmniej tak czułam.

Čokoládovna Lana Lahodna Kozi to ciemna mleczna czekolada o zawartości 50% kakao z Belize z mlekiem kozim.

Po otwarciu poczułam średnio intensywny, ale wyraźnie mleczno kozi zapach. Koziość przedstawiła się jako łagodna i w harmonii mieszała się ze znaczącą, dość wysoką słodyczą miodu i brzoskwiń w syropie. Te wprowadziły soczystość, w której przewijał się nawet lekki kwasek cytryny. Koziość ze słodyczą przywodziła na myśl także twarożek kozi z miodem i... orzechami włoskimi, bo i je czuć wraz z ziemią, z którą zapewniły trochę wytrawności, powagę. Te nawiązywały do ciemnych, nie mlecznych czekolad. Kompozycja jednak, mimo że miała wiele z ciemnej, pachniała wyraźnie kozio mlecznie.

Tabliczka w dotyku połączyła tłustość i suchość, a także zdawała się obiecywać kremowość. Przy łamaniu prawie nie trzaskała, a ledwo pykała. Okazała się dość krucha i kruszyła się. Gdy odgryzłam kawałek, zęby trafiały na miękkość.
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie, początkowo bardzo kremowo. Z czasem wyłoniła się znikoma proszkowość, która jednak się wygładzała. Była średnio tłusta, acz czuć w niej motyw stopionego masła. Mimo to, kształt zachowywała niemal do końca. Tylko że w formie bardzo miękkiej i trochę lepkawej. Przewijała się w niej lekka soczystość i jakby suchawa cierpkość.

W smaku pierwsze poczułam mleko, nawet niekoniecznie kozie, ale bez wątpienia tłuste i łagodne. Mieszało się z maślanością, a koziość pokazała się z lekkim opóźnieniem.

Kozia nuta jak się jednak już pokazała, okazała się bardzo pewna siebie. Jak zapach: łagodna, ale niewzruszona, a trwająca pewnie niezależnie od reszty nut.

Pojawiła się słodycz. W pierwszej chwili pomyślałam o karmelu, acz szybko zmienił się w miodowy, słodko-palony piernik o właśnie nieco karmelowo-miodowym charakterze. Piernik ze sporą ilością przypraw korzennych. Piernik dość ostry i cierpkawy od przypraw. Za nim przemknęła lekka owocowa nutka.

W kompozycję wstrzeliła się niska gorzkość. Mimo ugodowego charakteru, wiele wnosiła. Podkreśliła kozią nutę, co zaobfitowało w pewną cierpkość. Mleczno kozia nuta trzymała się łagodnego wydźwięku, ale ewidentnie rozdawała karty. A ten łagodny wydźwięk... wynikał z maślaności, z którą raz po raz się przeplatała.

Kozia mleczność zachęcała do wzrostu owocowy akcent, który jednak jeszcze trochę się wstrzymywał.

Jednocześnie cierpkością koziość zmieniła przyprawy w bardziej zioła... Ziołowy miód? Słodycz wzrosła znacząco, że aż lekko zadrapała w gardle. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tę przełamała lekka cytrynowość. Prawie kwaśność, ale nie zupełnie.

Piernik okazał się przełożony warstwą brzoskwiniową. To obudziło owoce, a ja pomyślałam o brzoskwiniach w syropie. Brzoskwinie nagle się nasiliły i stanęły obok koziej nuty, tworząc z nią harmonijny duet. Próbowała do nich podejść maślaność... Gdzieś ciągle się kręciła, ale nie udało jej się zdziałać za wiele.

Po tym owocowym osłodzeniu, cytryna uderzyła w cierpkość. Na znaczeniu przybrała cierpkawa skórka cytryny i zrobiło się nieco kwaśniej.

Koziość podchwyciła zmianę wydźwięku na mniej łagodną i z oddali wydobyła ziemię. Ta wcześniej kryła się w gorzkości, a w tym momencie zbliżyła się do pierwszego planu. Owoce trochę się wycofały, a do ziemi dołączyły orzechy włoskie. Charakterniejszy wystrzał jednak szybko złagodniał.

Końcowo kwasek wniknął w kozią mleczność, a że i słodycz dzielnie trwała na stanowisku, do głowy przyszedł mi kozi twarożek sowicie - aż trochę przesadnie - posłodzony miodem z mnóstwem orzechów włoskich.

Po zjedzeniu został posmak mocno kozi. W tym miodowo-kozi: twarożkowo cierpkawy, ale i słodki w sposób wyrazisty, trochę miodowo-ziołowy. Czułam też soczyste, ale i bardzo słodkie brzoskwinie w syropie i wycofaną ziemistość.

Czekolada mi smakowała, ale nie zachwyciła tak, jak potrafią niektóre kozie ze względu na jej bardzo łagodny charakter. Kozia nuta wyszła w niej ugłaskana. Acz niewątpliwie cały czas wyraźna. Otoczyły ją nuty piernika miodowego, trochę przypraw zmieniających się w zioła oraz brzoskwiń w syropie. Ziemia i orzechy włoskie, a końcowo kozi twarożek z miodem i z orzechami bardzo mi się podobały, lecz mogłoby to być bardziej gorzkie i bardziej kozie, a nie tak słodkie. Wolałabym, by cukier i kozie mleko zamieniły się miejscami. Kwaskawo-soczyste akcenty przyjemne, ale maślaność i ogólna tłustość mogłyby być niższe. Ogólnie więc zacna tabliczka, acz z małymi wadami.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakaowe, cukier trzcinowy, mleko kozie w proszku, tłuszcz kakaowy

wtorek, 12 sierpnia 2025

Cokoladovna Lana RAW BIO 73 % ciemna surowa z Republiki Dominikany

Bardzo żałuję, że aż dwa opakowania czeskich czekolad Lana trafiły do mnie rozerwane, przez co nie mogłam ich sobie rozłożyć w czasie, w kolejności jakiej by mi się podobało. A dziś przedstawianą z ogromną ochotą zostawiłabym na koniec ze względu na wysokie oczekiwania, jakie wobec niej miałam. Z drugiej jednak strony, dawno nie jadłam surowej czekolady, więc może nie tak źle, że kolejna otwierana Lana to właśnie ta? Swoją drogą, miło, że postawili na kakao z Dominikany, a nie jak producenci przeważnie jak robią surową czekoladę, to z przeznaczają na to kakao z Peru.


Čokoládovna Lana RAW BIO 73 % to ciemna czekolada o zawartości 73% surowego kakao z z Republiki Dominikany.

Po otwarciu poczułam kwaśny zapach cytrusów z cytryną na czele oraz ziemi - też jakby kwasowatej, mieszającej się z różnymi, goryczkowato-kwaskawymi, świeżymi ziołami. Słodycz wystąpiła jako połączenie miodu i syropu. Przejawiała mocno palony wydźwięk. Podszepnęła cytrusom trochę miodowo-cytrynowych landrynek / tabletek na gardło. Za nią rozchodziły się strączki - powiedziałabym, że pieczone np. ciecierzyca, fasola, których wytrawność łagodziły niedookreślone orzechy. Z kolei co kwaśniejsze zapędy cytrusów łagodziły morele i ogólny, przemieszany, niejednoznaczny owocowy wątek. W oddali przemknęła jeszcze łagodna, rześka maślanka.

Prawie czarna, lśniąca czekolada wyglądała na kremową i tłustą. Przy łamaniu trzaskała średnio głośno, w stłumiony sposób. Wydawała się też kryć coś zawilgoconego. 
W ustach rozpływała się średnio wolno i maziście-kremowo. Mimo chropowatego początku, z czasem zrobiła się gładka i aksamitna. Wykazywała niską tłustość, z czasem łatwo rzednąc. Poczucie tłustości osłabiała łagodna, zawiesinowo-proszkowa mgiełka. Miękła, zachowując zwarty kształt niemal do końca. 

W smaku pierwszą poczułam intensywną i dość ciężką, ale średnio wysoką słodycz palonego karmelu. Wtórowała jej maślanka, pilnując, by nie pozwoliła sobie na za wiele. Przemknęło też coś owocowego, ale bardzo nieokreślonego. Maślanka dała się poznać jako łagodna, ze znikomym kwaskiem. W dodatku orzeźwiła nieco ciężkawe zapędy karmelu.

Słodycz umocniła palony ton. Paloność rosła, a wraz z nią lekko też sam poziom słodyczy. Do karmelu dołączył syrop. Zaczęły się mieszać, a jako że był to intensywny syrop ziołowy, zaraz znacząco przygłuszył karmel.

Za subtelnym kwaskiem maślanki przewinął się sok morelowy i... jakieś cierpkawe owoce, podkradające się do tego syropu. Syropu... ziołowo-wiśniowego? Mimo kwasku i cierpkości, bardzo też słodkiego.

Maślanka na chwilę pochyliła się ku wytrawniejszemu motywowi... sera wędzonego? Do głowy przyszedł mi jakiś niecodziennie niesłony oscypek podany z sosem wiśniowo-morelowym.

Gorzkość przebudziła się i zaczęła rosnąć powoli, trochę wręcz leniwie. Była subtelna i początkowo próbowała wpisywać się w paloność słodyczy, nawet ją trochę na zasadzie kontrastu uwypuklając, ale potem zrezygnowała. Odnotowałam strączki - pieczone? Ciecierzyca i fasola zaczęły się jednak mieszać z surowymi, naturalnie słodkawymi orzechami, odlegle przywodząc na myśl jakieś zdrowe desery, budynie kakaowe właśnie z nich zrobione.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do wytrawniejszej, subtelnej mieszaniny dołączyła ziemia i nadała jej charakteru. Gorzkość zaczęła odważnie prężniej rosnąć. Przy ziemi znalazły się jeszcze pojedyncze zioła. A jednak porządny, siekierowy wzrost uniemożliwiło temu echo masła. Masła z ziołami?

Zioła zdradzały świeżość, rześkość, która trochę rozkręciła kwaśność. Nagle ta subtelna, wręcz mglista kwaskawość maślanki zmieniła się w owoce. Trudno było je połapać i ponazywać. Wyszedł z tego słodko-egzotyczny, multiwitaminowy splot, z którego tylko morele i banany ambitniej dawały o sobie znać. Kwaśność dodatkowo wzmocniły cytrusy z cytryną na czele. A jednak i słodycz się nasiliła. Na moment z czasem przypomniały o sobie wiśnie, wiążąc się w duet z bananem, po czym w głowie znowu zrobił mi się owocowy, raczej egzotyczny mętlik.

Cytryna nasączyła ziemię, nadając jej trochę kwasowego wydźwięku, mimo że kwaśność nie zagościła na długo. Zaraz i zaczęła słabnąć, acz przełożyła się na to, iż w mojej głowie widziałam ziemię bardzo wilgotną. Obok stanęły świeże, też lekko kwaskawe, ale już i bardziej goryczkowate zioła. Zioła te mieszały się z cytryną, zwracając uwagę na jej świeżo startą skórkę.

Karmel zgubił gdzieś palony motyw i zaczął przechodzić w miód. Nie do końca, ale jednak. Pomyślałam o jakimś ziołowym miodzie, a po chwili ziołowym syropie sporządzonym na miodzie. Zioła zdradzały pikanterię - może nie wysoką, ale aż lekko gryzącą w język. Do czego chyba też słodycz próbowała się dołożyć? I nawet lekko zaznaczyła się w gardle.

Maślanka z kolei zmieniła się w masło, a mi do głowy przyszło ziołowe masło z miodem. Końcowo słodycz pokazała się jako ryzykownie, ale jeszcze nie przesadnie, wysoka.

Po zjedzeniu został posmak znacząco słodki, łączący i mieszający w niejednoznaczny splot karmel, miód i syrop oraz motyw ziemi i strączków. Otulały je nieśmiałe zioła i orzechy, a także nasączała lekka, kwaskawo-goryczkowata cytryna. Trzymała się jej niedookreślona owocowość (trochę rozmytych moreli i bananów?); multiwitamina.

Całość prezentowała się naprawdę smacznie i głęboko. Podobało mi się, jak nagle wystrzeliła gorzkość, ziemia, zioła, strączki - cały wytrawniejszy wątek. Ogólna wysoka słodycz karmelu, miodu i syropu sprawiła, że nie była to jednak siekierowa kompozycja. Kwaśność zaskakująco niska jak na surową czekoladę - lekka maślanka, trochę niedookreślonych owoców wpasowały się jednak w resztę kompozycji udanie. Bardzo polubiłam się z łagodnie ziołowym motywem. Cytryna ożywiła niektóre nuty, co też ciekawie wyszło. Strączkowy deser kakaowy - niecodzienne skojarzenie. Ze względu na palony charakter słodyczy, nie zgadłabym, że to czekolada z surowego kakao. Ale może i dominikańskie ziarna się na to przełożyły? Chyba jeszcze nie jadłam surowej tabliczki z Dominikany. Ta jednak trochę ryzykownie wysoka słodycz odciągała uwagę od surowości - to mój jedyny większy zarzut.


Niedookreślony sok, sok marchwiowy, a więc słodki, ale wytrawniejszy, trochę wiśni maślankę i jakiś napar, które czułam w Czarna Czekolada Dominikana Hispaniola 74 % trochę się kojarzyły z niektórymi nutami dzisiejszej. 
Kiwi i banany, duszono-wędzone śliwki i likier kawowy Zdrowej Sowy Czekolada 80 % Dominikana z kolei w ogóle nie kojarzyły się z dzisiejszą. Ogólnie wydała mi się taka... niby dominikańska, ale niekoniecznie.


ocena: 8/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

środa, 6 sierpnia 2025

Cokoladovna Lana LANA 911 ciemna 91,1 % z Indii

Jakiś czas temu przypadkiem trafiłam na opis jednej czekolady czeskiej marki.... i natychmiast znalazłam profil producenta na Instagramie i napisałam. Jakże się ucieszyłam, gdy zgodzili się wysłać mi kilka tabliczek do testów! A kiedy otrzymałam przesyłkę podejrzanie mocno pachnącą czekoladą, czekała mnie kolejna niespodzianka, niestety już nie pozytywna. 3 tabliczki nie miały kartoników, były zapakowane tylko w folię, która w przypadku dwóch była rozerwana (stąd zapach). Mimo bardzo długich dat ważności oraz tego, że nie lubię natychmiast zabierać się za czekolady, które do mnie przysłano, za te wzięłam się dlatego niedługo po tym, jak do mnie trafiły. I też - kolejność podyktowała mi folia. Mogłam tylko wybrać spośród dwóch. I padło na bardziej tajemniczą. Opis po czesku oczywiście nic mi nie mówił, więc wkleiłam go do translatora, a wtedy... mówił mi niewiele więcej. Ponoć ta czekolada wywołuje uśmiech jak niemiecki samochód o tej nazwie. Yyy? Znalazłam Porsche 911, które mi za nic się nie podobało. Oby smak czekolady bardziej mi podszedł! Liczba "911" odnosiła się oczywiście do zawartości 91,1% kakao. Swoją drogą, tknęło mnie, że nieczęsto spotykam się z czekoladami z indyjskiego kakao o tak wysokiej zawartości - stamtąd robią raczej 60-70% (ciekawe, dlaczego?). Dopytałam producenta o pewne kwestie, i oprócz podania regionu kakao odpisano mi, że dla nich ta zawartość przekłada się na idealną słodycz. Obym mogła się z tym zgodzić! I ja gustuję w porządnie ciemnych. Dowiedziałam się jeszcze, że te bez kartoników to edycje limitowane (dlatego nie opłaca im się nawet ich jakoś odziać - acz na stronie znalazłam jakieś grafiki opakowań).

 
Čokoládovna Lana LANA 911 to ciemna czekolada o zawartości 91,1% kakao z Indii.

Czekolada pachniała średnio intensywnie, ale bardzo jednoznacznie. Ziemia i drewno mieszały się z żytnim chlebem i suszonymi morelami, które przełożyły się na skąpą słodycz. Trochę jej zapewnił też naturalnie jakby palony syrop klonowy i niedookreślony miód... trochę goryczkowaty miód leśny? Dominowała gorzkość osnuta paloną mgłą. Z drzewami i syropem mieszała się odrobina przypraw, a pod suszone morele podczepił się kwasek, łączący soczystość z kefirem - pomyślałam dokładniej o kefirze z nutą śliwek (raczej suszonych?).

Bardzo ciemna, niemal czarna tabliczka wyglądała na bardzo kremową. Była twarda i przy łamaniu trzaskała średnio głośno niczym grube, żywe gałęzie, które wcale nie chcą ulec. Obiecywała tym samym gęstość.
W ustach rozpływała się powoli i bardzo kremowo. Przez pierwsze chwile wydawała się proszkowo-chropowata, lecz potem przybierała na aksamitnej gładkości. Była tłusta w maślany sposób i mazista, trochę ciężko-oleista. Dała się poznać jako gęsta, a kształt zachowywała niemal do końca, mimo że znacząco miękła.

W smaku pierwsza wystartowała słodycz miodu... powiedziałabym, że lipowego z lekką goryczką, choć może... może i leśnego? Mieszanego? Poprzez drzewny motyw zmieszany ze słodyczą wszedł wyrazisty syrop klonowy. Słodycz za jego sprawą wydała mi się dość wysoka (jak na tę zawartość kakao), acz z wpisaną palonością. Po chwili uspokoiła się i rozchodziła po ustach już właśnie spokojnie, wręcz leniwie.

Przemknął kwasek... chyba cytryny? Cytryny z maliną? I wilgotna, czarna ziemia. Na moment przyszedł mi do głowy żytni chleb na zakwasie - z jakimiś kwaśnymi suszonymi owocami? - ale uciekł mi. Owoce, już raczej te maliny, mimo kwaśności zaczęły przechwytywać słodycz.

Ziemia skupiła na sobie uwagę, ale nie zależało jej na utrzymaniu się w centrum wydarzeń. Odeszła trochę na tył, robiąc miejsce drzewom i drewnu. Z nich dominowały raczej żywe drzewa, choć... drewno wplotło w nie nutę wędzenia i... przypraw?

Przez moment pomyślałam o wędzonym chili i innych wytrawniejszych przyprawach, ale nie były odosobnione. Znalazło się przy nich sporo tradycyjnych przypraw korzennych o ciepłym, goryczkowato-słodkim tonie.

Dojrzałe maliny mieszały się z niedojrzałymi morelami, co przełożyło się na średnią kwaśność. Kwaśność częściowo porządnie przemieszała ze słodyczą, przekładając się na soczysty, owocowy wątek. A jednak... jednoznaczność owoców zaczęła trochę uciekać.

Kwaśność i ziemia za drzewami na pewien czas zmieszały się w jedno, a mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa kwaśność doskoczyła do przypraw, wydobywając z nich ostre chili. To zaś przełożyło się na myśl o sosie chili-limonkowym, limonkowo-cytrynowym. Sosie... słodkim? Za sprawą cynamonu cejlońskiego, niby łagodnego, ale kryjącego goryczkę.

Kwaśność cytrusów podchwyciły śliwki. Wędzono-suszone i świeże drobne.... A przerabiane na jakąś konfiturę do mięs. Konfiturę śliwkowo-żurawinowo-malinową, do której dosypano trochę pikantnawo-korzennych przypraw. Kwaśność wzrosła do poziomu dość wysokiego, ale mimo owoców, soczystość zdawała się optować za średnim.

Wciąż trochę siedziała mi w głowie zakwaszona gleba i... kefir. Kefir owocowy? Głównie śliwkowy, z suszonymi śliwkami, ale chyba też morelami (chwilowo słodszymi suszonymi?). Za głównie śliwkowym kefirem przewinęły się mniej jednoznaczne czerwone owoce (dalej maliny?)... i dalej niedojrzałe morele? Ledwo uchwytne, ale trochę podkręcone cytrusami?

Końcowo wszystko otoczył i zasnuł gorzki dym. Wcześniej jakby zbierał się w sobie we wszystkich pojedynczych wędzono-palonych wątkach, aż w końcu to połączył i wyległ na przód. Do niego doskoczyła palona słodycz syropu klonowego, który na dłuższy czas wcześniej trochę odpuścił. A tu... wyłonił się z przypraw.

Po zjedzeniu został posmak owocowego - chyba śliwkowo-malinowego - kefiru z odrobiną cytrusów. Cytrusy... wciąż trzymały się lekkiej ostrości chili, która zlewała się też z miodem. Końcowo czułam mieszankę miodu (lipowego?) z syropem klonowym. Ostatni podkreślił dym. Do tego czułam ciężkawą ziemię i mnóstwo żywych drzew, zapewniających spójność pikanterii, słodyczy i ziemi.

Czekolada smakowała mi, bo była porządnie gorzka i kwaśna w adekwatny sposób. Kefir świetnie wplótł owocowe nuty do kompozycji, opierającej się na drzewach, drewnie i ziemi, raz po raz podkreślanych palonością i dymem. Śliwki, cytrusy jako duet z chili i niedookreślone czerwone, echo moreli wystąpiły obok nut miodu, syropu klonowego i przypraw korzennych. Ostatnie błądziły od słodszych po porządnie wytrawne. Niska słodycz, wyrazista, ale nie za wysoka kwaśność przełożyły się na prosty, ale głęboki wydźwięk.

Przypomniała mi się Soklet 82% o nutach kwaskawych drzew, nabiału i epizodycznymi wtrąceniami miodu. To trochę pasowało do dziś przedstawianej, acz ona zaserwowała mi raczej twarożek z orzechami i sporo pikanterii przypraw. 


ocena: 9/10
kupiłam: cokoladovna_lana na Instagramie (dostałam)
cena: 145 Kč (24 zł; za 80g; jak wyżej)
kaloryczność: nie podana
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy