Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekoladki/cukierki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekoladki/cukierki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2025

Adikam Happy Halloween mleczna i biała

Miło, że mimo długaśnych kolejek wpisów, mimo tego, że większość recenzji musi czekać miesiącami na publikację, akurat na Halloween udaje mi się publikować na czas. Tylko że... ekhem... często rzeczy z zeszłego roku. Bo a to swoje musiały odczekać w komodzie, a to właśnie te kolejki. Nie inaczej było z tymi czaszkami. Gdy ojciec zapytał, czy chcę, odpowiedź była twierdząca. Naprawdę podobają mi się z wyglądu. Niestety na tym koniec, bo to zwykła mleczna i zwykła biała, a więc właśnie nie moje typy czekolad. Ciekawe, dlaczego skoro producent zdecydował się na miks czekolad, zupełnie zapomniał o czekoladzie ciemnej... Nie byłabym sobą, gdybym dokładniej nie sprawdziła tego producenta. Polska firma Adikam opisuje swoją ofertę jako "wyroby czekoladowe dla koneserów dobrego smaku". Parsknęłam, ale jedno muszę im przyznać - są szczerzy. Faktycznie robią wyroby czekoladowe, nie czekoladę. Pewnie to niezamierzone, pewnie nie chodziło o masę czekoladopodobną, a o to, że robią figurki, czyli nie czekoladę tabliczkową, ale i tak. Gdy dalej poczytałam, że ich produkty "wyróżniają się najwyższą jakością", pokręciłam głową ze smutkiem. Dlaczego? No cóż... kuszą ładnym wyglądem, a w tym przypadku to... źle. Bo człowiek może się władować w... no właśnie, tu zapraszam do recenzji.
Zacząć postanowiłam od potencjalnie gorszych.

Adikam Happy Halloween to figurki z czekolady mlecznej o zawartości 30% kakao i figurki z białej czekolady; w opakowaniu znajduje się 6 czaszek, łącznie 65g; produkowane na Halloween.

W opakowaniu znalazły się 3 mleczne i 3 białe (nie wiem, czy tylko w moim, czy w każdym).
Gdy je otworzyłam, uderzył mnie okrutny zapach czy raczej smród, łączący wszystko, co najgorsze w tanich słodyczach: wanilina, cukier i sztuczny plastik, udający mleko. Mleko wydało mi się aż przerysowane - wyraźne, ale nie w naturalnym sensie. Czuć jego proszkowe pochodzenie. Wyjęte figurki były różnej wielkości.

Adikam Figurki z białej czekolady to biała czekolada w formie czaszek.

Białe mocno dawały (bo nie umiem o tym napisać "pachniały") waniliną, a więc sztuczną słodyczą, która rozchodziła się na całe pomieszczenie, wymieszaną z mnóstwem cukru i mlekiem. To wydało mi się przerysowane - czułam mleko w proszku, ale do głowy przyszło mi też mleko z tubki. Wyszło to do bólu tandetnie - z jakby kwaskawą taniością w tle, a także akcentem Tic taków.

Białe czaszki bardzo różniły się między sobą - jedna była bardziej żółta, inne bardziej białe, a gramatury to kolejno: 8g, 10g i 12g. Co ciekawe, najlżejsza i najbardziej żółta czaszka, była twarda, a białe sugerowały miękkość już przy krojeniu czy odgryzaniu kęsa.
W dotyku figurki były pyliście-sucho proszkowe. Sugerowały ulepkowatość, ale masywną i konkretną. Przy przekrajaniu czy odgryzaniu kawałka były twardawe w jakby stwardniało-polewowy sposób. 
W ustach czekoladka rozpływała się w tempie umiarkowanym, tłusto i maziście. Przedstawiła się jako proszkowa, ale zaraz zaczęła przechodzić w coś bardziej gładkiego. Pojawiła się nawet pewna kremowość. Próbowała zdobyć się na gęstawość. Czekolada zmiękła jakby powierzchownie, bo niemal do końca zachowała kształt. Robiła się coraz bardziej tłusto-wodnista i końcowo zasnuła się pylistością. Już nie próbowała być gęstą - znikała na tłustą wodę.
Żółta czekoladka, rozpływając się, mocno trzymała kształt, a i wydawała się kryć wewnątrz twardość, podczas gdy białe-białe już przy krojeniu dały się poznać jako bardziej miękkie, a przy robieniu kęsa zęby łatwo w nią wchodziły. Rozpływała się gęściej i bardziej miękko.

W smaku pierwsze pojawiło się mleko z cukrem, który przełożył się na szybki wzrost słodyczy. Mknęła odważnie przed siebie, szybko osiągając poziom przesady i męcząc. Oczami wyobraźni widziałam torbę cukru, wraz z wyczuwalnym posmakiem samej torby - taki specyficzny, duszny motyw.

Nie wysokość słodyczy jednak była najgorsza, bo do cukru już po chwili dołączyła chemiczna, sztuczna wanilina, która wanilii nawet nie próbowała udawać. Przedstawiła się jako plastikowo-tandetna. Mieszając się z mlekiem wyszła jak tania, biała polewa, która z czekoladą nie ma nic wspólnego. A która drapie w gardle z pewnością.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa aromaty i tandeta przełożyły się na sugestię osobliwego kwasku w tle. Był rodem wyjęty z najtańszych i najgorszych białych czekolad, ale wciąż nie było to zbyt czekoladowe.

Mleczność była wyrazista, ale w złym sensie. Czułam mleko w proszku, lecz do głowy przyszło mi też przearomatyzowane mleko z tubki i... jakby mleko plastikowe? Prawdopodobnie mleko z aromatu.

Słodycz zrobiła się bardzo ciężka i aż mdliła. Drapała w gardle, ale nawet nie była aż tak straszliwie przesadzona, a po prostu przesadzona - sprawę położył jej obrzydliwy wydźwięk, sztuczność. Umocnił ją dziwny, parafinowo-woskowy wątek, w który wolałam się nie zagłębiać.

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się nie tylko po prostu przesłodzona, a zamulona ciężką, sztuczną waniliną. Czułam duszność cukru i tandetny motyw białej polewy, plastiku. Nawet mleko wyszło dziwnie przerysowane.

Co ciekawe, małe różnice wystąpiły także w smaku. Bardziej żółta czaszka mordowała sztucznością, a bardziej białe były nieco mniej sztuczne - w nich jakby cukier bardziej szalał. Co lepsze, to jednak wybór między dżumą a cholerą. 

Dawno nie jadłam tak niesmacznego... czegoś. Bo czekoladą, nawet białą, trudno to nazwać. Wanilina w formie czaszki, straszliwa taniość i tandeta białej polewy. Adekwatnie do pory halloweenowej - Koszmar z fabryki waniliny.
W zasadzie nie zjadłam chyba nawet połowy czaszki - tu kęs, tu gryz i to tylko, by sprawdzić, czy się różnią. Szczerze to po powąchaniu miałam ochotę uciekać. 

Mama też spróbowała tylko trochę i stwierdziła: "Okropne, taka najtańsza niesmaczna biała czekolada, ale mało tego! Ta jej taniość w dziwną jakąś kwaśność szła, której tam wcale nie powinno być".


ocena: 1/10
kaloryczność: 527 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, serwatka w proszku, emulgatory (lecytyny sojowe, polirycynooleinian poliglicerolu), aromat



Adikam Figurki z mlecznej czekolady to czekolada mleczna o zawartości 30% kakao w formie czaszek.

Zapach mlecznych czaszek wydał mi się bardziej zachowawczy, ale też odpychający. Tu jednak dominował cukier i jeszcze raz cukier. Czułam duszność i ciężkość cukru, który przeplotła sztuczność oraz plastik. Bardzo tandetny zapach.

Mleczne czaszki trochę się  poobtłukiwały więc w sumie prezentowały się nieco gorzej. Były za to bardziej podobne jedna do drugiej. Ich waga jednak też się różniła, ale nie tak drastycznie. To kolejno 10g, 11g i 12g. 
W dotyku wydały mi się pyliście-ulepkowate, ale twarde. Przy krojeniu czy odgryzaniu kawałka były znacząco twardsze od białych. Z racji grubości przy krojeniu usłyszałam nawet chrupnięcie. Nie jednak trzask, a jakby dźwięk zawilgocono-stwardniałej polewy. Gdy robiłam kęsa, masę odebrałam jako trzeszcząco-skrzypiącą.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie raczej szybkim. Do końca zachowała pewną zbitość, zwartość i jakby wewnętrzną twardość. Niby aspirowała do gęstawości, acz na mazistości się skończyło. Roztaczała tłustość i wodnistość, a także chwilowo lekką pylistość. Ogółem jednak sprawiała wrażenie raczej gładkiej. A do tego ulepkowatej. Wyszła jak polewa, nie czekolada.

W smaku przywitało mnie niewyraźne mleko i cukier. Słodycz w pierwszej chwili wydała mi się zachowawcza, ale już po chwili ruszyła z impetem. Pokazała się z bardzo cukrowej, wręcz dusznej strony.

Mleczność zaprezentowała się i jakoś zaniknęła, była marginalna, a zarazem dziwnie przerysowana.

Nagle do słodyczy doskoczył plastik i sztuczność. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam jednoznaczny smak wyrobu czekoladopodobnego. Od razu pomyślałam o wszystkich najbardziej tandetnych, najtańszych figurkach pseudoczekoladowych, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Słodycz zadrapała w gardle, jako że cukrowość rozkręcała się w najlepsze. Mieszała się z mieszaniną aromatów, chemii - chyba nawzajem się podkręcały. Do głowy przyszły mi świeczki i woski o zapachu czekolady - smak zrobił się tak sztuczny, że trudno mi było myśleć o tym jako o czymś do jedzenia. Niby mleko się jeszcze ciut wyłoniło, ale nie na tyle, by całości pomóc.

Po zjedzeniu zostało przecukrzenie wraz z drapaniem w gardle, ale także motyw okrutnie sztucznej, świeczkowato-plastikowej czekolady.

Gdy po białej czaszce pomyślałam, że gorzej być nie może... Była jeszcze czaszka z mlecznej czekolady. Powiedzmy - bo, jak się okazało, mleczna czekolada to znalazła się tylko w nazwie. To okrutnie słodki, sztuczny wyrób czekoladopodobny. Tandetny plastik, który może przyprawić o traumę. Mleczne czaszki chyba wyszły jeszcze gorzej niż białej, ale jedne i drugie były tak parszywe, że nawet nie mam jak im zróżnicować ocen, nie rozszerzając skali na ujemną.
 No... udało im się dostosować wyrób do Halloween - to prawdziwy horror.

Mama po małej ilości też odpadła i podsumowała: "Okropne. Słodkie i sztuczne, a w tej sztuczności taniej takiej nawet mi jakby aromat alkoholowy, ale bez alkoholu oczywiście, przemknął. Takie dziwne coś. Nie wiem nawet, które gorsze, nie umiem wybrać".


ocena: 1/10
kaloryczność: 524 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, emulgatory (lecytyny sojowe, polirycynooleinian poliglicerolu), aromat


kupiłam: dostałam (ojciec kupił w Dino)
cena: 3,99 zł (za 65 g)

środa, 9 lipca 2025

Millennium Exclusive Chocolate Collection Dark Chocolate with Salted Caramel ciemna 49 % z nadzieniem i kawałkami solonego karmelu

Oto idealny dowód na to, dlaczego nie lubię w pośpiechu odwiedzać kompletnie nieznanych mi sklepów, do których prawdopodobnie w ciągu najbliższych lat nie wrócę. Włącza mi się wtedy tryb kupowania tego, czego nie znajdę nigdzie indziej. Było to też w czasie, gdy prawie wykończyłam czekolady w góry, sezon niby się kończył, ale jeszcze planowałam parę tras. Uznałam, że w sumie taka chyba mogłaby być... I tak pewnego dnia, pakując plecak, zerknęłam dokładniej... Toż to nadziewaniec! Od razu wyobraziłam sobie ciągnący się kilometrami lepiszczy karmel - o nie, to w góry za nic nie przejdzie. Stąd, niepocieszona, uznałam, że otworzę w warunkach domowych. Patrząc jednak na skład: ze złymi przeczuciami. Nadziewana czekolada, tym bardziej z kiepskim składem, kompletnie mi się nie widziała. Zaproponowałam Mamie, że ją jej oddam nie otwierając, ale skrzywiła się na tę myśl, więc jednak najpierw ja się wzięłam za tę tabliczkę.

Millennium Exclusive Chocolate Collection Dark Chocolate with Salted Caramel to ciemna czekolada o zawartości 49% kakao nadziewana kremem mleczno-kakaowym z kawałkami solonego karmelu; w formie czekoladek (w opakowaniu 8 sztuk).

Po rozchyleniu papierka poczułam zapach, kojarzący się z czekoladkami Kinder Chocolate (acz w wersji bardziej kakaowej) o przesadzonej, wanilinowo-cukrowej słodyczy i niewątpliwie z mlecznym wątkiem. W ciemno nie zgadłabym, co czekoladki skrywają. Po przełamaniu mleczno-maślanego karmelu może i dało się doszukać, choć to było bardziej... jak niedookreślone słodkie nadzienia, np. jakaś mieszkanka czegoś kakaowego ze środkiem figurek Goplany (?), przeplecione lekką, paloną cierpkością ciemnej, choć cukrowo słodkiej, polewy.

Po otwarciu doznałam małego szoku - otóż w kartoniku znalazłam 8 czekoladek, nie tabliczkę.
Mała tabliczko-czekoladka w dotyku kojarzyła się z polewą i czekoladkami-pralinkami. Nie wydawała się delikatna, ale krucha. Przy łamaniu tylko krucho pykała, nie trzaskała. Nie była twarda, ale miękka też nie. Przy podziale pojedynczych kostek, czekała mnie kolejna niespodzianka: wnętrze to wyglądający na suchawe, jasne nadzienie przypominające krem nugatowy / pralinowy.
Czekoladki nadziano sowicie, po całości tłustym, zwartym kremem. Był masywny i choć w dotyku twardawy, na pewno nie suchy. Doszukałam się w nim małych, połyskujących punkcików.
Jak się okazało w trakcie jedzenia, do czekoladek dodano mało kawałków karmelu. W dodatku to drobnica.
W ustach czekolada rozpływała się w tempie szybkawo-średnim. Była tłusta i miękko-mazista, sama sprawiała wrażenie trochę margarynowej. Zmieniała się w rzadkawą, gibką zawiesinę. Po krótkim czasie wydobywało się spod niej nadzienie. Potwierdziła się jego tłustość. Zbitość utrzymywało się pewien czas. Cały czas było miękkie i coraz bardziej plastyczne niczym margaryna. Zmieniało się w zawiesinę w tempie średnim. Raz po raz wyłaniały sie z niego malutkie, szkliste kawałeczki. Częśćiowo się rozpuszczały, ale w większości zostawiałam je na koniec i wtedy i tak było, co pogryźć.
Szkliście chrupały-trzeszczały. Pod naciskiem zębów niektóre kawałki były się bardziej miękkie, inne twardsze.

W smaku sama czekolada przywitała się cukrowo-wanilinową słodyczą. Wyszła ciężko i wręcz duszno.
Gorzkość stanęła na niskim poziomie. Przedstawiła się raczej jako cierpkość kakao w proszku i kiepskawej polewy. Niby ciemnoczekoladowa, ale tak słodka, że ta "ciemność" schodziła na dalszy plan. Nie umiałam o niej myśleć inaczej niż o taniej polewie kakaowej.
Kiedy spróbowałam trochę czekolady osobno, wydawała mi się sama w sobie lekko margarynowa - może przesiąkła kremem?

Wnętrze dość szybko zaznaczyło swoją obecność, jeszcze bardziej spłycając czekoladę. Smakowało bowiem mieszanką margaryny, jeszcze raz margaryny i masła z cukrem. Jego słodycz trzymała się średniego poziomu, ale w niczym to nie pomogło. Przewinął się tam motyw kakałkowy i pseudo karmelowy.
Spróbowanie nadzienia osobno nie pomogło w dookreśleniu jego smaku - był słodkawo (nie za mocno) nijaki.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poczułam przesłodzenie, acz raczej przez czekoladę. Mocno dosładzała nadzienie. Jego słodycz nie raziła aż tak, jak margarynowość i taniość. Odnotowałam w nim sztuczny motyw nadzienia maślano-cappuccinowo-karmelowego, niemającego wiele wspólnego z karmelem - pojawił się w kęsie bez karmelu.

Zaznaczające się na języku kawałeczki karmelu w tym wszystkim niewiele wnosiły - tylko karmelkowe echo i odrobinę soli. Ta spotęgowała margarynowość i słodycz, która pomknęła w prosto sztucznym kierunku.

Czekolada końcowo jawiła się jako niemożliwie cukrowa i jeszcze bardziej polewowo tania. Sama też margarynowa.

Kawałki karmelu na końcu - czy to gryzione, czy rozpuszczające się - wyszły bardziej jak słodkie w sztuczny sposób karmelki. Palonej nuty w nich nie uświadczyłam. Za to całkiem sporo - ale nie że aż "dużo" - soli się w nich znalazło.

Po zjedzeniu został posmak margaryny i sztucznego... karmelo-kakałkwoego kremu z tanich czekoladek / pralinek. Cierpkość kakao wyszła tu tanio, polewowo, a nie czekoladowo. Słodycz męczyła na poziomie gardła, a na języku jako wanilinowa sztuczność.

Czekoladki wyszły źle. Mylące opakowanie już na wstępie mi się nie podobało, ale efekt smakowy - porażka. Zapach kinderkowy mnie zaskoczył, ale jeszcze neutralnie. Forma ogółu zaś po prostu negatywnie. Nadzienie było margarynowe, w zasadzie nijakie, namieszane - w końcu aż producent jakoś szczególnie go nie dookreślił. Tytułowy karmel stanowił marginalny dodatek. Też nie wyszedł najlepiej, bo karmelkowo, nie karmelowo, ale w dodatku go poskąpiono - niewiele wnosił, nawet gdy całkiem sporo drobnicy w ustach zostało (to jednak takie drobiażdżki, że i tak niewiele dawały). Z solą może i nie przesadzono, ale nic dobrego też nie wniosła. Ogół bardzo mi nie odpowiadał, ale nie mogę też powiedzieć, by jakąś traumę wywołał. A jedank... czekoladki z dobrym kremem (ale jakimś, np. karmelowym, czekoladowym etc. a nie margarynowym) i kawałkami karmelu...? To pomysłowe, no ale wykonanie leży.

Po połowie czekoladki kompletnie nie miałam ochoty na resztę i oddałam Mamie. Zjadła resztę mojej plus dwie całe (resztę odkładając dla ojca) i opisała: "No ta czekolada na wierzchu okropna, taka tandetna jakaś, ale środek mi smakował. Kawałki karmelu jakoś przeoczyłam, ale ten sam krem dobry był. Tylko czekałam, aż ta czekolada się rozpuści, by go poczuć. W niektórych kęsach, bo co dziwne, nie we wszystkich, zalatywał mi kawą. Takim delikatnym, słodkawym cappuccino. Tylko że właśnie nie zawsze i tylko w pierwszej chwili, jak nadzienie dochodziło do głosu. Mi wcale taki mocno margarynowy się nie wydawał, a ogół taki no... nie taki zły. Powiedziałabym, że to jakaś tania ok czekolada". Po tym jej opisie aż jeszcze trochę spróbowałam, szukając tej nuty cappuccino, ale ja tego tak nie odebrałam. Tam w jednym momencie, jak mniej karmelu było, może faktycznie można się czegoś takiego doszukać, ale nie powiedziałabym, że te czekoladki smakowały kawowo.
Połówkę przyznałam za to, że przynajmniej się to-to jakoś szczególnie nie ceni, mimo że "sprowadzana", nie była droga, a potencjał no, jakiś miała.


ocena: 3,5/10
kupiłam: Dealz
cena: 5 zł
kaloryczność: 523 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, wanilina), nadzienie 40% (tłuszcz roślinny: olej palmowy, olej z ziaren palmowych; cukier, mleko w proszku odtłuszczone, serwatka w proszku, solony karmel 2%, mleko w proszku pełne, kakao w proszku, lecytyna sojowa, sól, barwnik mikromiczny żółty

czwartek, 31 października 2024

czekoladki w siatkach: Googly Eyeballs Filled Milk Chocolate Ball; (Gunz) Only Milchschokolade / Czekolada mleczna; (Lidl) Halloween Straszne Figurki z czekolady mlecznej

Kocham Halloween, a także różności, jakie się w sklepach z tej okazji pojawiają. Nie dotyczy to jednak jedzenia, słodyczy - zazwyczaj niska jakość aż krzyczy. Ojciec jednak dobrze wie, że lubię wszelkie upiorności i niestety w jego odczuciu te kiepskie słodycze są ciekawe. Tłumaczenie zaś nie trafia. Łatwiej jest po prostu podziękować. I cóż - dzięki temu wyszły mi aż trzy posty okazyjne. Z mojej strony to takie... i cukierek, i psikus. Nie trzeba wybierać, jako że oferuję porównanie, co też firmy i sklepy czekoladowego proponują na Halloween. Już na pierwszy rzut oka to dla mnie małe potworki, ale z racji halloweenowego wyglądu uznałam, że na bloga nadadzą się idealnie. Tknęło mnie, że chyba nigdy sama nie kupiłam żadnych słodyczy, czekoladek w tego typu siatkach - co za pomysł? Nie przemawiał do mnie. A jednak trafiły do mnie aż trzy siatki. Jedna wyjątkowo podejrzana - ojciec kupił ją jako czekolada mleczna ze strzelającymi cukierkami, bo tak było w gazetce, jednak opis na etykiecie nic o strzelaniu nie mówił. Obstawiam, że ktoś coś pokręcił.

Googly Eyeballs Filled Milk Chocolate Ball to "kule z czekolady mlecznej o zawartości 28% kakao z mlecznym kremem"; masa mleczna całości to min. 16%; importowane przez Dealz.

Po odwinięciu sreberka poczułam bardzo słaby zapach, łączący w sobie cukier i margarynę w kontekście kiepskich nadziewanych czekoladek. Nie miało to "uroczo-dziecięcego" klimatu, jak potrafią niektóre produkty pokroju Kinder Chocolate, a taki zachowawczy, niedookreślony. Dopiero po podziale i w trakcie jedzenia wyłoniła się wysoka mleczność, która skojarzyła mi się ze słodzonym mlekiem skondensowanym i mlekiem w proszku. Środek zdominował kompozycję. Zapach był duszny.

Czekoladki w dotyku były bardzo tłusto-ulepkowate - aż otłuszczały dłonie, mimo że nie rozpuszczały się w nich. W odbiorze były polewowe i choć nie ciężkie, to dość konkretne.
Bardzo łatwo je przepołowić, otworzyć nożem. Czekolada stanowiła grubą warstwę, acz i kremu nie pożałowano.
Sama czekolada okazała się masywna, ale nie twarda. Krem, choć wyglądał na suchy, był bardzo tłusty i mazisty.
W ustach całość rozpływała się tłusto-ulepkowato. Czekolada szybko miękła, ale zachowywała zbitość. Była maziście-tłusta i łatwo rzedła w umiarkowanym tempie. Brakowało jej czekoladowości - okazała się przeciętną polewą o lekko proszkowym zatarciu.
Nadzienie łatwo się z nią mieszało, rozpuszczając się wolniej z racji, iż okazało się bardzo zwięzłe. Wyszło bardziej od czekolady lepko i miękko. Cechowała je mazistość i gibka gumiastość. Było tłusto-miękko margarynowe i trochę proszkowe.

W smaku czekolada przywitała mnie dusznym smakiem cukru, mimo że jej słodycz nie była porażająco wysoka. Cukier jakby nieco zgasiła "kakałkiem", acz to i tak on dominował. Nie była to oczywiście nawet gorzkawość, a smak przypominający cukrowy napój kakaowy instant, zrobiony na mleku. W czekoladzie mleko bowiem czuć, acz dopiero po chwili. Mimo to miała wydźwięk taniej polewy czekoladowej, nie czekolady mlecznej.

Dość szybko krem mleczny niewątpliwie podkręcił mleczność, bo sam okazał się smakować niczym cukier z mlekiem w proszku. Było to ciężkie i tanie. Szybko pojawiła się też margaryna, a słodycz momentalnie zasłodziła, że aż mnie wykręciło, i zaczęła palić w gardle. 

"Kakałkowo"-cukrowa czekolada i krem mniej więcej w połowie rozpływania się kawałka w ustach uwypukliły swoje wady. Margaryna przy tak niecharakternej czekoladzie pozwoliła sobie na więcej, a cukrowość wydała mi się nie tylko porażająco silna, a też ciężka i czysto cukrowa. Męczyła nie tylko siłą, ale też wydźwiękiem.

Po zjedzeniu został nieprzyjemny posmak margaryny i cukru, z echem mleka w proszku i taniej polewy udającej mleko w proszku. W gardle drapało już po śladowej ilości.

Czekoladki już zapachem i konsystencją nie zachęcały. Smak utwierdził mnie w przekonaniu, że to byle jak zrobione byle co, aby było co wsadzić w sreberko z grafiką oka na Halloween. Tania, polewowo-kakałkowa czekolada i margarynowo-mleczny krem wydawały się zrobione z cukru; smakowały tanio. Były czysto cukrowe, cukrowo-nudne i bez charakteru. Nijakie, nieprzyjemne słodkie "cosie". Mnie kompletnie zmęczyła i odrzuciła połowa jednej kulki ważącej 6g. Mama zjadła drugą połowę i resztę oddałyśmy ojcu.
Mama opisała to: "To jest tak słodkie, cukrowe, że aż pojąć tego nie mogę. Od słodyczy aż wykręca, a ten środek... on ma być jakiś? Czymś ma smakować? Wyszedł jak cukrowa gruda tłuszczu, no tak... taki niby mleczny czy raczej po prostu biały krem. Ale takie to słodkie i nijakie, bez charakteru, że aż w głowie się nie mieści".
Potwornością te kulki dorównały innym kulkom - Biedronka Praliny Halloween Millano-Barona.


ocena: 1/10
kupiłam: ojciec kupił w Dealz
cena: jak wyżej, ale cena to 6 zł za 90g
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: 55% czekolada mleczna (cukier, mleko pełne w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, serwatka w proszku, lecytyna sojowa, aromat waniliowy), 45% krem mleczny (cukier, frakcjonowany olej i tłuszcz palmowy, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, laktoza, mleko pełne w proszku, lecytyna sojowa

---------

Only Milchschokolade / Czekolada mleczna to mleczna czekolada o zawartości 28 % kakao w formie figurek "szkieletów", wyprodukowana przez Gunz we Włoszech.

Po rozwinięciu sreberka poczułam przesłodzony, acz ewidentnie mleczny zapach. W tle zaznaczyła się nieśmiała wanilia, jednak poziom słodyczy i tak sugerował "kakałkowy" plastik. Słodycz wydała mi się mocarna, acz nie czysto cukrowa. Było w niej nawet coś z nadziewanych czekoladek mlecznych dla dzieci typu Kinder.

Krótko mówiąc, średniej wielkości figurki były brzydkie; byle jaki grawer miały tylko z jednej strony. Ważyły po 7g.
Zaskoczyły dość ciemnym kolorem, ale... kojarzyło się to raczej z plastikową polewą. Czekoladki były polewowo twarde i masywne, Trzaskały w chrupki, średnio głośny sposób.
W ustach rozpływały się w tempie umiarkowanym, z łatwością mięknąc. Czekolada zmieniała się w tłustą, lepką masę. Wyszła mlecznie kleiście i gęsto. Choć początkowo sugerowała pylistość, była raczej gładka i bardzo kremowa.

W smaku pierwsze zaznaczyło się leciuteńkie kakałko wyprane z gorzkości czy cierpkości, do którego dopłynęło mleko. Mnóstwo mleka i słodycz. To było zupełnie jak przegryzanie się przez czekoladkę z mlecznym nadzieniem.

Mlecznym i zacukrzonym do bólu. Słodycz szybko drastycznie wzrosła. Cukier bardzo się rządził, ale nie był osamotniony. Towarzyszyło mu echo wanilii, podkreślające wszechobecną mleczność. Mimo to, wkradł się tam i akcent plastiku.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa mleko otarło się wręcz o śmietankę, jednak w obliczu bezlitosnej słodyczy, straciło na znaczeniu. Cukier uszlachetniony wanilią, motyw mlecznych czekoladek drapał w gardle i męczył dość szybko. Słodycz odwracała uwagę od wszystkiego innego.

Końcowo czułam się, jakby jadła czysty cukier z mlecznym echem. Czekolada wyszła do bólu plastikowo-cukrowo. 

Po zjedzeniu został posmak cukru i przesłodzenie jako wręcz palenie w gardło. Czułam mleczność, echo wanilii, ale też plastik - jakby "plastikowe kakałko" przez poziom słodyczy. 

Moc mleka i śmietanki na plus, gdyby tak dać o wiele mniej cukru. Czekoladki wyszły do potęgi mlecznie, w zasadzie kakałkowo w polewowy sposób, ale nawet nie tanio, tylko straszliwie słodko. Wanilia próbowała uszlachetnić cukier, to fakt, ale co z tego, jak summa summarum było tak słodko, że aż odechciewa się jeść, bo nie da się skupić na niczym innym, poza słodyczą, która aż inne wątki spłyca? Nie miałam ochoty nawet jednej dokończyć. Plusy i minusy tak się wyrównały, że obstawiam, że jest to po prostu do bólu przeciętna czekolada mleczna.

Słodycz a przez to nieatrakcyjny efekt mnie nie zaskoczyły, ale zaskoczyło mnie, że markę widywałam chyba - lata temu jako różne czekoladki w kształcie biedronek i pszczół. Kiedyś, za dzieciaka, u mnie bywały - pamiętam, że zawsze je lubiłam głównie dlatego, że Mama miała fioła na punkcie biedronek i to dla niej potem wypychałam sreberka sreberkiem, robiąc figurki, które rozstawiałyśmy na komodzie. Szkoda, że smak nie dorównał miłym wspomnieniem. Acz smak tych figurek zawsze kojarzył mi się trochę plastikowo. Biedronki takie zawsze w moim umyśle jawiły się jako figurki czekoladopodobne, nie czekoladki. 

Resztę dałam Mamie, ale i ona zjadła niewiele (choć więcej niż ja): "Te czekoladki były... takie zwyczajne, przeciętne. Normalnie definicja zwykłej mlecznej czekolady. Słodkie i takie jakieś nudne, że więcej ich się nie chce jeść, ale i nic do zarzucenia w sumie nie mam".


ocena: 5/10
kupiłam: ojciec kupił chyba w Lidlu
cena: jak wyżej, ale cena to 5,99 zł za 100g
kaloryczność: 512 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

---------

Zostały kupione jako "czekoladki ze strzelającym cukrem", jak było w gazetce i na cenie, ale okazało się, że to coś innego.

Halloween Straszne Figurki z czekolady mlecznej to czekolada mleczna o zawartości 33% kakao w formie figurek-czekoladek, wyprodukowana dla Lidla.

W siatce było 8 sztuk, po około 12-13g; łącznie 100g.

Po otwarciu poczułam intensywnie mleczny zapach, zahaczający o mleko w proszku i przesadzoną, cukrową słodycz. Odnotowałam lekką maślaność oraz echo kakao, które próbowało nadać jej trochę charakteru, ale kiepsko mu szło.

Czekoladki wydawały się masywne i konkretne. Były ciężkie, a w dotyku trochę plastikowe.
W ustach czekolada rozpływała się ochoczo, w tempie umiarkowanym. Dała się poznać jako maślano tłusta i kremowa. Zmieniała się w lepkawo-gęsty, śmietankowy krem z istotnym, mazistym elementem. 
To zwykła, mocno mleczna czekolada (bez strzelającego efektu, mimo gazetkowej obietnicy).

W smaku pierwsza zaznaczyła się słodycz, zahaczająca o cukier, lecz szybko pojawiło się waniliowe echo, próbujące to ugłaskać. Już po chwili po ustach rozlała się także mleczność.

Była intensywna i pełna, sama w sobie jakby też podpięła się pod słodycz. Mleko nieźle sobie poradziło z poskromieniem cukrowości. Po chwili mleko wzmocniła wanilia, zaznaczając się całkiem dosadnie.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa odnotowałam akcent kakao. Choć delikatne, było wyraźnie wyczuwalne. Z czasem dołączyła do niego maślaność, której wtórowało mleko. Ona ani na chwilę nie straciło pewności ciebie.

Słodycz ciągle rosła i choć na smak nie była tak chamsko cukrowa, jak można by się spodziewać, i tak w końcu przegięła jawnością cukru i zaczęła drapać w gardle. Mimo że zaczęła męczyć, nie osłabiła intensywnego, mlecznego smaku. Końcowo mleko podchodziło pod śmietankę.

Po zjedzeniu został posmak cukru oraz mleczno-kakałkowy, prawie cierpkawy motyw. Całość zawalczyła o lekką szlachetność odrobinką wanilią i kakao, ale i tak... wpisało się to w cukrowo-mleczną toń. 

Czekoladki jak na coś takiego wyszły zaskakująco nieźle. Nie był to czysty, sam cukier. Mimo przesadzonej słodyczy, czuć także echo wanilii i kakao, a mleczność pokazała się z bardzo zacnej, wyrazistej strony. Choć to zupełnie nie moja bajka, bo nie lubię takiego poziomu słodyczy i obecnie nie po drodze mi z mleczną czekoladą, spośród halloweenowych słodyczy, to opcja zdecydowanie najlepsza i po prostu bezpieczna.
Poziom tych czekoladek wydał mi się bliski Biedronka Belgijska Czekolada Mleczna - tylko że wspomniana była bardziej maślana i jednak nieco szlachetniejsza, mimo wyższej słodyczy, a dzisiaj prezentowana mleczna. Oceniam to jako czekoladę mleczną (bo obstawiam, że z tym strzelającym cukrem to coś w gazetce pomieszali).

Mama, do której te czekoladki powędrowały, najpierw trochę oburzyła się na moje powyższe porównanie, jednak zjadła nieco więcej i w końcu przyznała mi rację, acz podkreślając, że wspomniana czekolada jest lepsza, a halloweenowe czekoladki i tak jej nie smakowały. Ujęła to tak: "w zasadzie nawet nie ma niczego takiego, co bym mogła wskazać jako wadę. Po prostu były nudne. I poziom ich i tej czekolady zbliżony, ale czekolada jakby tak pretendowała do czegoś lepszego i jej to wychodziło, a te czekoladki jednak leciały w dół. To taka mleczna maślaność jakby dziecięca, jak z czekoladek dla dzieci bardziej... I forma nieprzyjemna - no zwykła czekolada lepiej wychodzi w kostkach, a nie jakieś dziwne, niewygodne krążki".


ocena: 8/10
kupiłam: ojciec kupił w Lidlu
cena: jak wyżej, ale cena to 6,99 zł za 100g
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, mleko pełne w proszku, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, ekstrakt z wanilii Bournon

---------
To małe zaskoczenie, że w siatkach można znaleźć też coś dobrego. To zestawienie pokazało jednak, że naprawdę różnie można trafić.

środa, 30 października 2024

Goplana Figurka Karmelowa w Czekoladzie; Odra Opolanki Galaretki w Czekoladzie / Opolanki Halloween

Pierwotnie założyłam, że na Halloween wrzucę jeden post specjalny, w którym porównam, co sklepy oferują na tę okazję, jednak tyle mi wpadło drobnych tego typu słodkości od ojca, a potem Mama dokupiła jeszcze coś, że postanowiłam to podzielić i jeden wpis zrobić o słodyczach specjalnych, które pojawiają się okazyjnie w marketach, a drugi będzie właśnie o tym, co proponują znane marki, czyli raczej nienowe produkty, którym po prostu dostosowano opakowanie do okazji. 

Goplana Figurka Karmelowa w Czekoladzie to batonik / czekoladka z nadzieniem karmelowym w czekoladzie ciemnej, ważąca 30 g; u mnie edycja na Halloween*.

*Dwa wzory: dynia i kot; był jeszcze duch, ale wg mnie jest najbrzydszy i kojarzy się bardziej z bałwanem.

Po rozwinięciu sreberka poczułam intensywny zapach cukrowo-gorzkiej czekolady o palono-polewowym charakterze, zmieszany z cukrowym, karmelowo-śmietankowym motywem, który zwłaszcza po przełamaniu kojarzył mi się z marcepanem z cukru, karmelu i jakimiś likierowymi karmelkami. Było to ciężko-duszne i przywodziło na myśl tanie czekoladki.

W dotyku figurka wydała mi się tłustawo-polewowa i masywna. Twarda, ciężka. Podczas łamania wykazywała kruchość. Podtrzymała wrażenie twardości, wyglądała dość sucho w przekroju, jak grudkowaty marcepan.
W ustach czekolada rozpływała się szybko. Okazała się tłusta i mazista, maślano-margarynowa i polewowa, śliskawa. Łatwo rzedła, na koniec szczycąc się lekką pylistością. Mieszała się z wnętrzem.
Nadzienie okazało się bardzo masywne i zbite, twardawe, ale nie twarde. Było gęste i kleiste, znacząco gumowe. Rozpuszczało się w średnim tempie, acz nie spiesząc się, z lekko wodnistym efektem, ale wciąż dość gęsto. Najpierw zaserwowało mi grudkowość jak gumiasto-plastyczny marcepan, a także lekkie scukrzenie, potem masa jakby wygładziła się, idąc w jeszcze bardziej gumowym kierunku. Nadzienie podgryzane rzęziło; na koniec zostawały drobne bryłki cukru.

W smaku sama czekolada to przede wszystkim mieszanka cukru i palonej gorzkości, od samego początku do końca. Z czasem pokazał się w niej jeszcze silny, margarynowo-oleisty, tandetny motyw polewy, który razem z echem odtłuszczonego kakao przypieczętował bardzo niską jakość czekolady. To taka... "deserówkowata polewa".

Czekolada ta pasowała jednak do wnętrza o także intensywnym smaku, właśnie niestety mocno związanym z margaryną. Gdy się wyłoniło, to ono dominowało.
Nadzienie smakowało bardzo słodkim, cukrowym toffi zrobionym z margaryny z dodatkiem masła. Z czasem doszła do tego mleczna krówka, która próbowała udawać marcepan z karmelków (abstrakcyjne wyobrażenie). Za jej sprawą wemknęła się nieco bardziej palono-słodka nuta i jakby sztuczny śmietankowy likier bez śladu realnego alkoholu. Wszystko o karmel nawet się nie otarło.

Czekolada zniknęła szybciej od nadzienia, które to zaraz zaczęło drapać słodyczą. Było przecukrzone i sztuczne oraz do końca jedynie karmelkowo-toffi. Swoją jakby skondensowaną cukrowością paliło w gardle, co podtrzymało myśl o likierze krówkowo-śmietankowym, acz sztucznym i bez procentów.

Po zjedzeniu został posmak, a w zasadzie niesmak margarynowo-sztuczny, słodko-tandetny jak po tanich i przecukrzonych czekoladkach z polewą zamiast czekolady. Cukier palił w język i gardło, mieszając się z motywem sztucznej śmietanki. Kiepskie toffi przemieszało się na koniec cukrową, polewową czekoladą. Na jaw wyszła też sztuczność, niedookreślone aromaty.

Całość okazała się tandetna i kiepska jakościowo. Cukrowo-polewowa czekolada i zacukrzone nadzienie o margarynowo-sztucznym smaku to nic wartego jedzenia. Nuta toffi z pewną sugestią jakby marcepanu z karmelków (zamiast migdałów) miała potencjał, ale przez całą tę beznadzieję, ani trochę nie cieszyła. Szkoda, że takie okazjonalne słodycze robią tak beznadziejne, licząc, że z racji tematycznych opakowań ludzie i tak kupią.
Po malutkim gryzie mnie wykręciło i nie byłam w stanie myśleć o zjedzeniu ani odrobiny więcej. Obie figurki powędrowały do Mamy.

Mama zjadła jedną - dokończyła po mnie (drugą oddałyśmy ojcu). Powiedziała: "Dawno już czegoś tak słodkiego nie jadłam, zapomniałam, że coś może być aż tak słodkie. Aż mnie zszokowało, poraziło. Ta słodycz taka czysta... Ale tak gdyby nie ona, pod tym cukrem, to może to i by smaczne było jak na to, czym to jest. Ot, tania figurka okazjonalna, taka nawet ciekawsza, no ale tak słodka, że się jeść nie da. Spróbowałam, i co tam jeszcze w niej jest, to się nawet nie próbowałam wczuwać". Trochę się ze mną kłóciła, że "tanie słodycze wszystkie takie są", ale nie uważam, by taniość dawała przyzwolenie na tak paskudny skład, przekładający się na taki sam smak. Niech to więc kosztuje trochę więcej, a będzie zjadliwe, bo choć z pomysłem, wykonanie leży.


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła w Stokrotce
cena: 1,49 zł (za sztukę 30g)
kaloryczność: 433 kcal / 100 g; sztuka 130 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, czekolada 21 % (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcze roślinne (palmowy, shea) w zmiennych proporcjach; kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory: lecytyny (z soi), E 476, aromat), woda, mleko w proszku pełne, syrop glukozowy, tłuszcz palmowy, olej rzepakowy, barwnik: karmel, aromaty.

-----------


Odra Opolanki Galaretki Halloween to "galaretki o smaku owocowym (malinowym, cytrynowym i pomarańczowym) w ciemnej czekoladzie".

Galaretki ważą po około 16g / sztuka. Pod względem struktury wszystkie smaki były takie same, więc pozwolę je sobie opisać zbiorczo. 
Cukierki w dotyku nie były bardzo masywne, ale niewątpliwie raczej twardawe. Czekolada stanowiła cieniutką warstwę, która w dotyku przypominała kiepską, plastikową polewę. Da się ją podważyć nożem. Pękała, dając się poznać jako ni twarda, ni miękka.
Wnętrze to masywne, ale podobnie jak "czekolada" twarde i lekko sprężyste galaretki. Do tego lepkie, ale tylko w dotyku (w ustach się takie nie wydawały).
W ustach czekolada rozpływała się szybko, nieco wręcz ślisko, maziście. To raczej kiepska, pozbawiona gęstości polewa, nie czekolada. Galaretki zaś rozpuszczały się bardzo powoli, prawie wcale. Niemal do końca pozostawiały dość twarde i zwarto-zbite, nawet podczas gryzienia. Ku mojemu zaskoczeniu, nie kleiły się do zębów ani trochę.

Zapach ogółem był cukrowo-słodki i sztuczny, ewidentnie galaretkowaty - to galaretki zdominowały całość, zostawiając nijaką czekoladę w tyle. 

Malinowe pachniały niczym cukrowy, uroczo "słodziuteńki", sztuczny syrop malinowy. Czy wręcz "syropik". Może i z sugestią kwasku, soczystszym echem, ale wydały mi się wręcz drapiąco-mdląco słodkie. Czekolada tylko lekko zaakcentowała cierpkość kakao.
W smaku czekolada wniosła trochę tylko na samym początku, witając się delikatnie gorzkawo-cierpkawym, nieco palonym smakiem. Zasnuła się słodyczą, po czym zadebiutowało wnętrze. Cechowała je cukrowa słodycz, która błyskawicznie rosła. Mignęła w niej obietnica kwasku, jednak potem motyw przecukrzonego syropu malinowego i sztucznych malinowych landrynek zajęły pierwszy, drugi i trzeci plan. Chwilami to-to wydawało się aż mdłe w zasadniczy smak w tej całej słodyczy... Typowa dla galaretki cierpkość zamajaczyła w oddali, a słodycz szybko drapała w gardle. Przy gryzieniu razem z czekoladą leciuteńki kwasek jakoś bardziej się wyłaniał. 

W przypadku cytrynowych w zapachu czekolady w zasadzie nie czuć. Tę sferę zdominował cytrynowy, nieco kwachowaty motyw płynu do naczyń. Goryczka łączyła w sobie galaretkę po prostu i sztuczną skórkę cytryny. Mimo to, cukrowość też była i wyszła aż mdląco.
W smaku czekolada wyszła lekko cierpko, acz sama w sobie nie zwracała na siebie uwagi. Podkreśliła raczej kwaśność wnętrza. Cytryna przebiła się błyskawicznie i zdominowała wszystko. Chociaż "cytryna" jest tu nadużyciem, ponieważ najpierw poczułam sztuczny płyn do naczyń w wariancie cytrynowym o złudnie kwachowatym wydźwięku. "Złudnie", ponieważ realna kwaśność taka wysoka nie była - chodzi o charakter, klimat. Zaraz dołączyła do tego cukrowość, aż drapiąco wysoka. Mieszała się tak z kwaśnością, która z czasem zrobiła się nawet nieco zwyczajniej cytrynowo-soczysta, a także goryczką. Ta połączyła w sobie goryczkę, cierpkość typową dla galaretek i jakby sztuczną skórkę cytryny. Cukierek gryziony całościowo, za sprawą czekolady wydawał się bardziej cytrynowo kwaśny - jakby tak cukrowo-kakaowo polewowa czekolada nieco przygłuszyła sztuczność.

Pomarańczowe okazały się najłagodniejsze. Ich zapach był delikatny i stonowany, słodko-goryczkowato pomarańczowy, trochę sztucznawy, ale całkiem w porządku. Pomarańcza dopuściła do głosu palono-cierpkawą, polewową czekoladę.
W smaku czekolada też wyraźnie się zaznaczyła jako splot cukru i cierpkawo-palonego kakao. Smakowała typowo polewowo, ale całkiem w porządku. Galaretka odezwała się spod niej już po chwili. Podobnie jak zapach, smak był wyważony. Połączył w sobie cukrową, ciężką słodycz i goryczkę galaretkowato-cytrusową. Pomyślałam o skórce pomarańczy, która zmieszała się z olejkiem pomarańczowym i innymi, kwaśniejszymi cytrusami. Kwasek i drobna soczystość w zasadzie tylko się zaakcentowały w tle, pozwalając słodyczy zadrapać w gardle. Czekolada podkręciła chyba motyw skórki pomarańczy i olejku, przygłuszając sztuczność, a sama kontrastowo wyszła bardziej gorzko. Ten cukierek okazał się najbardziej harmonijny, zgrany gdy chodzi o czekoladę i galaretkę.

To w zasadzie... kiepskawo-przeciętne galaretki. Są, czym są i nie ma za co chwalić. Męcząca słodycz, sztuczny smak, a kiepska czekolada pozostawiła sporo do życzenia. Wszystko jednak w zasadzie spodziewane... Każdy smak pachniał i smakował w zasadzie obiecanym owocem... Acz w chemicznej wersji, szkoda. To produkt z niższej półki, nie budzący skrajnie negatywnych emocji. Myślę, że mogą zaspokoić ochotę na galaretki lub - komuś takiemu jak ja - bez traumy wybić z głowy takie zachcianki. Najlepiej wg mnie wyszła pomarańcza - galaretka zgrała się z czekoladą, nie szarżowała niczym i połączyła słodycz z lekkim kwaskiem, była też najmniej sztuczna. A jednak podpadła mi najintensywniejszym posmakiem olejku, który potem jeszcze się dość długo utrzymywał. Zaraz za nią wersja malinowa, która przegięła ze słodyczą. Cytrynowe wyszły najgorzej, bo najbardziej sztucznie (i z odpychającym zapachem). A jednak ani jednego cukierka nie dałam rady zjeść całego.

Mama dokończyła po mnie i nie porwała się na 3 kupione sobie. Po moich stwierdziła: "Niesmaczne. Przede wszystkim niecodziennie, nieprzyjemnie jak na galaretki twarde. Trochę bardziej jak twarde żelki. W smaku trudno najlepszą znaleźć, bo wszystkie bardzo słodkie, a w zasadzie aż mdłe w tej słodyczy. Chyba najlepsze pomarańczowe, bo najmniej sztuczne. Człowiek by się spodziewał, że trochę kwasku poczuje, a to w zasadzie żadna z galaretek specjalnie kwaśna nie była. Bez wyrazu, że aż odechciewa się jeść".


ocena: 4/10
kupiłam: Mama kupiła (w Biedronce na wagę)
cena: 24,90 zł / 1kg
kaloryczność: 350 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

-----------

Odra Opolanki Galaretki w Czekoladzie to "galaretki o smaku owocowym (malinowym, cytrynowym i pomarańczowym) w ciemnej czekoladzie".

Jako że z Mamą już dawno doszłyśmy do wniosku, że wszelkie specjalne okazje producenci wykorzystują i produkują wiele produktów gorzej, bo "ludzie i tak kupią" (np. założę się, że o ile przez cały rok pączki to po prostu pączki, na Tłusty Czwartek większość cukierni / piekarni przerzuca się na masową produkcję o przerażającej jakości), niedługo po Halloween Mama kupiła Opolanki w tradycyjnym wydaniu, po prostu zwyczajne na wagę. Trafiła co prawda tylko na dwa smaki, ale uznałyśmy, że wystarczy, by sprawdzić, czy czymś się różnią... Potem jednak mnie tknęło, że o trzeci smak mogę poprosić ojca, by kupił, jak trafi, bo lubi galaretki itp.

Struktura była identyczna, jak w wersji halloweenowej.

Zapach wydał mi się nieco różnić od wersji halloweenowej. Pomarańczowe galaretki pachniały podobnie, ale nieco delikatniej. Cytrynowe za to nie kojarzyły się z płynem do naczyń. Wydały mi się bardziej zachowawcze. Podobnie malinowe były spokojniejsze - trochę kwaśne, trochę słodkie w typowy "syropowy" sposób.

Także w smaku wszystkie smaki wydały mi się nieco bardziej zachowawcze. Czekolado-polewa smakowała jak w halloweenowych, wnosiła niewiele, może tyle samo, ale może ciut-ciut więcej (chyba przejadłam tego za mało, by jednoznacznie stwierdzić).

Pomarańczowe Opolanki wyszły bardzo słodko i pomarańczowo, trochę cukrowo, ale znacząco kwaśniej od wersji halloweenowej. Wydały mi się bardziej rozmyte w kwestii zasadniczego smaku, bardziej ogólnie kwaśno-cytrusowe, niż ewidentnie pomarańczowe, choć i słodko-goryczkowatą, olejkową pomarańczę czułam.
Cytrynowe Opolanki okazały się bardzo słodkie przede wszystkim, ale jednocześnie zaskakująco mało słodkie. Były sztucznawe, ale nie aż tak mocno jak płyn do naczyń - w przypadku zwykłych Opolanek skojarzenie z nim może tylko lekko gdzieś w tle przemknęło. Wydały mi się bardziej uładzone, przystępne. Wręcz trochę cukrowo-mdłe... Owszem, sztucznawo-cytrynowe, ale aż nijakie przez słodycz, mimo delikatnego poziomu.
Malinowe Opolanki zapewniły i trochę słodyczy, i kwaśności. Ta była soczysta, ale nie przypominała świeżych malin, a syrop, sok malinowy. Po tym, jak kwaśność rozeszła się po ustach, rosła słodycz. Szła w nieco mdławym, mulącym kierunku, jednak lekki kwasek utrzymał się do samego końca. Czekolada trzymała się za smakiem galaretki, pozwalając malinom w syropowym, niemal uroczym wydaniu zaprezentować się w pełni. Podkreśliła jeszcze soczysty kwasek, ale z czasem, pod koniec jedzenia na zasadzie kontrastu zwróciła też uwagę na przecukrzony poziom słodyczy, która drapała w gardle.

Uznałam, że zwykłe Opolanki, nie na Halloween smakują nieco bardziej zachowawczo. Jakby były uniwersalne w porównaniu do halloweenowych o sztucznie wyostrzonym smaku. Co jednak też nie sprawia, że to smaczne cukierki. Po prostu... zwykłe, przeciętne, które można zjeść, ale człowiek taki jak ja woli nie (ale nie ma po nich traumy).

Mamie nic nie mówiłam, poczekałam, aż sama wygłosi werdykt, by nic jej nie sugerować. Powiedziała: "Te nawet mi właściwie smakowały. Niczym nie powalały, takie bardziej niedookreślone, ale tym samym smaczniejsze. Pomarańczowe jakby bardziej cytrusowe ogólnie, ale fajna kwaśność w nich się pojawiła - może właśnie dzięki temu. Cytrynowe słodkie, niekwaśne co prawda, ale nie kojarzyły mi się z płynem do naczyń. Malinowe niesmaczne jakieś, nie czułam w nich tych malin, ale były takie po prostu słodko-kwaśne, przeciętne właściwie. Te były po prostu lepsze od tych halloweenowych, które były jakby przerysowane. Też twarde, ale całkiem do zjedzenia. Na pewno jednak znacznie gorsze od galaretek Mieszanka Krakowska Wawelu".

Wygląda na to, że po raz kolejny potwierdziła się nasza teoria o tym, że "okazyjne" słodycze są produkowane gorzej. A jednak i tak nie są to galaretki smaczne. Owszem, mogą być jeszcze gorsze, ale da się i lepsze znaleźć, co pokazała bardziej zróżnicowana pod względem tego, jak co wyszło, Mieszanka Krakowska Wawelu.

ocena: 5/10
kupiłam: Mama kupiła (w Biedronce na wagę)
cena: 24,90 zł / 1kg
kaloryczność: 350 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, syrop glukozowy, czekolada 18% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, emulgatory: lecytyna sojowa, e476; stabilizator: e492; aromat), woda, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, substancja żelująca: agar; koncentraty owocowe 0,2% (cytrynowy, pomarańczowy, malinowy), aromaty

wtorek, 6 sierpnia 2024

Michałki z Wawelu białe

Kiedy już myślałam, że mam spokój z Michałkami i innymi rzeczami nie w moim typie, czyli ogólnie cukierkami, Mama kupiła obiekt dzisiejszej recenzji. Parę razy mi mówiła o "Michałkach w białych papierkach", pytając, co to. Gdy dowiadywała się, że to w białej czekoladzie, straciła zainteresowanie. Jak i ja, nie lubi takich wariantów (acz w moim przypadku był jeden wyjątek, kiedy to lubiłam białe Bueno - recenzja z 2015 i 2020, klasycznego nie cierpiąc). Słyszałyśmy jednak od wielu różnych ludzi - naprawdę różnych - że białe Michałki są najlepsze ze wszystkich. Słyszałyśmy to nawet od osób, które jak my, nie lubią białej czekolady. Z ciekawości, choć miałam już serdecznie dość Michałków, spróbowałam i ja.

Michałki z Wawelu Białe to cukierki z orzeszkami arachidowymi i kawałkami herbatników w białej polewie, prdukowane przez Wawel.

Po rozwinięciu papierka poczułam średnio wyrazisty zapach, w którym dominowały wyraźnie prażone fistaszki. Za nimi stała duszna, ciężka biała polewowa "czekolada". Przeciętnie słodka i trochę margarynowa, ale nie budząca żadnych skrajnych odczuć.

Cukierki były duże i ciężkie, ważyły po około 18 g. Wagowo sprawdzane były do siebie podobne; różnice jak w przypadku wszystkich innych Michałków mogły więc występować, ale to chyba nie standard.
Już w dotyku odebrałam je jako ulepkowato-tłuste, trochę proszkowe - miałam wrażenie, że zaraz zaczną rozpuszczać się już w dłoniach, ale nie. Polewa była gruba i typowo biało polewowa. Twardawa w specyficzny, polewowa sposób, twardo-nietwarda. Czekoladą nie umiem tego nazwać.
Wnętrze było kruche i mocno się kruszyło.
W trakcie jedzenia polewa rozpływała się dość szybko. Robiła to tłusto-wodniście, minimalnie maziście. Tłustość nazwałabym oleistą. Zupełnie brak jej czekoladowej gęstości. Z czasem ujawniła lekką proszkowość. Kontrastowo do środka, była to "ta gładka część".
Wnętrze okazało się mocno, przeraźliwie proszkowe. To mieszanka prochu z wodnistością i lekką tłustością o margarynowo-gumowych, miękkawych zapędach. Rozpuszczało się to raczej szybko, właśnie na proszek i wodę. Proszkowość przechodziła wręcz w ziarnistość. Wyłaniała się mieszanka różnych kawałków, po czym masa-baza znikała.
Zostało dużo różnych i drobnych, i średnich, i dużych kawałków orzeszków. Były nawet ćwiartki. Między nimi zaplątały się malutkie kawałki herbatników.
Orzeszki gryzłam głównie na koniec, trochę tylko nadgryzłam już wcześniej. Były róże - sporo twardo chrupiących, ale trafiły się też jakby twardo-stwardniałe i bardziej miękkie. 
Malutkie kawałki herbatników były chrupiące tylko początkowo. Wydawały się raczej lekkie, zmieniające w miękką papkę. Ich wielkość i ilość jednak sprawiała, że to marginalny dodatek. 

W smaku wierzch uderzył cukrem z cukrem. I jeszcze dodatkiem cukru. Przemknęła margaryna, po czym polała się mleczność. To cukrowo-mleczna mieszanka - ot, biała polewa z nisko-średniej półki.
Gdy spróbowałam jej osobno, okazała się odrobinkę przesiąknięta arachidami.

Środek odezwał się bardzo szybko. W zasadzie kontynuował zacukrzanie, acz jego smak oparł się na margarynie. Margarynę poganiała margaryna, z czasem pozwalając fistaszkom wtrącić swoje trzy grosze.

Arachidowa nuta odzywała się z czasem, stłamszona cukrem i margaryną. Była jednak wyraźna - prażone orzeszki czuć, acz nie jakoś szczególnie ciekawie wkomponowane. Po prostu sobie były. Za orzeszkami,  topiącymi się w zacukrzającej i nachalnie margarynowej toni pojawiła się jeszcze dziwna kwaskawość. Przewinęło się nawet całkiem wyraziste mleko, acz podobnie jak arachidy, bez polotu przez otoczenie.

Gdy wszystko gryzłam, czuć w zasadzie to samo, a orzeszki i herbatniki niewiele wniosły - wydawały się w ogóle w tym wszystkim gubić. Wolałam więc, by wszystko trochę się rozpuściło i dopiero wtedy ewentualnie zacząć obok podgryzać dodatki, a najlepiej w ogóle na koniec.

Po tym, jak cukrowo-margarynowa baza zniknęła, pogryzłam większość orzeszków i herbatników. Orzeszki okazały się prażone miejscami nieco słabiej, ale i tak dość mocno, a w większości przeprażone. Sporo z nich szła w przeprażoną goryczkę. Smak orzeszków nie aż tak przeprażonych z kolei po tym wszystkim jakby nie miał już siły przebicia.
Herbatniki wmieszały się w nie, niewiele wnosząc, acz gdy się skupiłam, czuć je - smakowały słodko-pszennie, przeciętnie. Przy orzeszkach po prostu pojawiło się coś mdławo-słodkiego. I pewnie to przez nie, podczas gryzienia drobnicy, wciąż czułam margarynę.

Po zjedzeniu został posmak cukru i margaryny, związanych... taniością? Orzeszki także bardzo wyraźnie czułam, ale w posmaku przebiły się tylko te przeprażone.

Były prawie tak niesmaczna jak Cukierki Michałkowe Wolności.

Cukierki były po prostu bardzo złe, że aż nie umiem, nawet na siłę, znaleźć czegoś, co bym mogła pochwalić. Cukrowo-margarynowa polewa i margarynowo-cukrowy środek z bez sensu dodanymi herbatnikami i kiepskim orzeszkami. Wafel zepsuł nawet arachidy, tak je przepraszając. Może chcieli to stonować herbatnikami, ale one nie wniosły nic dobrego. Ogół był bardzo mało michałkowy według mnie, ale i zwyczajnie niesmaczny.
Zjadłam pół cukierka i i tak dał radę mnie zmęczyć; o pół za dużo jak widać.
Dodatkową, znaczącą wadą jest jeszcze kwestia trzymania świeżości, która wynikła przypadkiem, bo Mama swojego cukierka zjadła od razu, gdy kupiła, a ja zabrałam się za swojego jakiegoś 2 tygodnie później i... różniły się. Ale o tym to już oddam jej głos w cytacie niżej.

Mama zjadła swojego jednego wcześniej i kończyła po mnie: "Coś okropnego! Rozpuściło mi się to w sekundę, trochę jak jakiś roztwór cukru, normalnie jakby cukier i woda mi się tak skojarzyło, jakaś taka niesmaczność, w sumie w cukrowości nie do uchwycenia. Potem jeszcze w sumie margaryna doszła. Okropnie margarynowy ten środek! I na koniec zostało sporo dużych kawałków orzeszków. Najpierw się ucieszyłam, ale gdy je pogryzłam, też okazały się niesmaczne, gorzkie jakieś. Kilka jakiś lepszych, ale ogólne wrażenie i tak złe robią. No i coś niejakiego jakby - acha, to chyba te herbatniki? Co one niby mają z Michałkami wspólnego? No okropieństwo po prostu! Wersja szybciej rozpuszczająca się najgorsza z tych wszystkich Michałków, co próbowałyśmy i najmniej michałkowe, a te stwardniałe minimalnie faktycznie lepsze." Mama po tym jak skończyła mojego cukierka dodała: "Dziwna w nich ta nierówność, że trafiają się też jakby trochę stwardniałe. Ale to im na dobre wychodzi! Bo takie nie znikają w sekundę i tak natychmiast, na raz obrzydliwością nie uderzają. Świeższe o dziwo gorzej wyszły przez taką strukturę bardziej miękką i wodnistą".


ocena: 2/10
kupiłam: Mama kupiła
cena:  zł (za 100g)
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzeszki arachidowe 26 %, cukier, biała polewa 16,8 % (cukier, tłuszcz roślinny: palmowy, shea; serwatka w proszku, emulgator: lecytyny; aromat naturalny), tłuszcz roślinny: palmowy, kokosowy; mieszanka mleczna w proszku 11,5 % (serwatka z mleka, śmietana, białka serwatkowe, mleko odtłuszczone, maślanka), serwatka w proszku, laktoza, herbatniki 1,2 % (mąka pszenna, tłuszcz roślinny palmowy, cukier, skrobia ziemniaczana, sól, serwatka w proszku)