Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: śmietankowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: śmietankowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2026

lody Dione Premium Ice Cream Dziugas Hard Cheese Cranberry

Lody to obecnie zupełnie nie moja bajka. Nie dość, że słodkie, smaki, składy i jakość coraz bardziej wątpliwa, a w dodatku zimno. Nie toleruję zimnego jedzenia. A jednak zdarza się, że pewnym smakom daję szansę. Muszą być na tyle wyjątkowe, niespotykane, bym jednak się przemogła i przymknęła oko na zimno, zawijając się w koc i sweter. Do tego muszą mieć względnie niezły skład: nie mogą zawierać wody, a syrop glukozowy jak już musi być, to gdzieś dalej w składzie. Skład dziś prezentowanych mi się nie podobał, ale... Tu ciekawość wygrała, bo jednak taki wariant smakowy? Lody Bałtyckie Gorgonzola z Malinami były dziwnie dobre, więc pomyślałam, że i ser żółty powinien się sprawdzić. Połączenie sera z żurawiną odkryłam stosunkowo niedawno, ale bardzo mi się spodobało. Tylko... sery z żurawiną podaje się na ciepło, a jednak lody... wciąż były lodami. O litewskiej marce Dione nie wiedziałam nic, więc nie nastawiałam się ani zbyt negatywnie, ani pozytywnie. Nadszedł taki dzień zimą, w którym uznałam, że zakopię się w grubym swetrze i dopuszczam zjedzenie lodów. Na marginesie: aby stwierdzić, czy w lodach czuć, jaki ser dodano, specjalnie kupiłam sobie ser litewski Džiugas dojrzewający 36 miesięcy* (bo lubię charakterne sery). 

Dione Premium Ice Cream Dziugas Hard Cheese Cranberry to "lody waniliowe z serem (twardym podpuszczkowym dojrzewającym) Džiugas i żurawiną", a właściwie sosem żurawinowym.

Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkich lodów z bliżej nieokreślonym sosem owocowym. Powiedziałabym, że to jakaś mieszanka owoców głównie czerwonych, trochę leśnych w formie niskopółkowego sosu, takiego typowego do lodów (kojarzyło mi się to z lodami w plastikowym pojemniczku, wyglądającymi jak Koral Iza). Żurawiny dało się w nich doszukać w trakcie jedzenia, ale w wydaniu sosowo-cukierkowym. Miałam wrażenie, że im dłużej lody były w cieple, tym bardziej natarczywie landrynkowy robił się zapach. Ser się nie ujawniał.

Biała masa lodowa miejscami była zabarwiona sosem. Ten wystąpił w formie zawijasów gibkiego sosu. Były zawijasy i cieńsze, i grubsze, przechodzące w skupiska sosu. W całej masie lodowej było sporo podłużnych małych słupko-kawałków i drobinek pokruszonego sera, które trudno dostrzec.
Choć w pierwszej chwili twarde, bardzo zbite, lody dały się poznać jako gęste i kremowe. Topiły się powoli i właśnie gęsto, zmieniając się w krem. Sos, ocieplając się, robił się bardziej sosowaty, ale zachowywał pewną zwartą gibkość.
W ustach do kremowości doszła lekka proszkowość. Czuć, że bazę stanowiła tłusta, gęsta śmietanka. Wydały mi się wręcz ciężko tłuste, a jednak... czasem wkradała się w nie wodnistość. W trakcie jedzenia sos wydał mi się specyficznie zżelowany, a do tego gładki i soczysty.
Lepki, średnio gęsty sos rozpuszczał się w średnim tempie, miejscami mieszając się z lodową bazą. Urozmaicenie stanowiły też kawałeczki sera. Trafiałam na nie co chwila, zarówno w białej, jak i różowej masie (w części owocowej zabarwił się jej kolorem). Okazało się, że dodano ich o wiele więcej, niż widać. Kawałki te były twardawe i sprężyste. Jak to przemrożony ser. W ustach nie rozpuszczał się, a rozchodził, rozpadał na na coraz mniejsze grudki-grudeczki.

W smaku od początku czuć wysoką słodycz.

Szybko dołączyła do niej śmietanka. W przypadku białej części lodów wyraźnie czuć pełną, bardzo tłustą i słodką śmietankę. Słodycz zlała się z nią w jedno. Nakręcały się nawzajem. Powiedziałabym, że to bardzo słodkie lody śmietankowe, nie waniliowe.

Słodycz wspięła się na wysoki, trochę przytłaczający poziom. Pobrzmiewała w niej waniliowa nuta specyficzna dla lodów w wariancie waniliowym, ale tak znikoma, że lody nie zasłużyły na miano waniliowych. Była bardzo zgrana ze śmietanką i... jak się okazało po paru chwilach echem wodnistym, rozbijającym śmietankowość. 

W miejscach, gdzie baza lodowa przybrała różowy odcień za sprawą sosu, słodycz była wyraźniej sztuczna, cukierkowa. Tu zdradzał się motyw czerwonych owoców. Nieokreślonych jednak. Można by strzelić, że to miks wiśni, żurawiny i maliny czy coś, mieszanka owoców czerwonych, leśnych.

Raz po raz w bazie trafiałam na ser, który w smaku wnosił bardzo niewiele. Gdy lody się rozpływały, trudno się domyślić, że to ser, choć raz po raz zdobywał się na nieśmiałe, słonawe echo. Gryziony wcześniej wydawał się bardzo nijaki. Zaś później, gdy pozwalałam mu trochę się ocieplić i spędził w ustach trochę czasu, robił się trochę serowy, ale wciąż nijaki. Dało się rozpoznać, że to jakiś ser żółty, ale bez charakteru.

Sos żurawinowy urozmaicał bazę słodko-kwaśną soczystością i niewątpliwie smakiem czerwonych owoców. Niestety jednak w mocno cukierkowym, sztucznym wydaniu. Owoców trzymała się nieprzyjemna nuta sztucznie owocowego taniego sosu do lodów. Dało się jednak rozpoznać w nim żurawinę. Jako składową, jedną z wielu owoców, taką landrynkowo-sosową, ale jednak.

Masa lodowa zagarnięta po wyrazistym wsadzie owocowym wydawała się bardziej wodnista, bardziej mdła, ale... jakby jej słodycz została nieco przełamana. Czasem przewijało się w niej echo bardziej maślane - wydaje mi się, że mogła trochę przesiąknąć serem. Za mało, by wyszło to serowo, ale już na tyle, że rejestruje się coś wytrawniejszego.

Po zjedzeniu został posmak przesłodzonych lodów śmietankowych z tanim, czerwono owocowym, trochę żurawinowym sosem o nieprzyjemnie cukierkowo-sztucznym wydźwięku. Serowa nuta prawie się ukryła w przesłodzeniu i kwasku, ale jak się skupiłam, byłam w stanie stwierdzić, że jakiś ser żółty się tam zaplątał.

Lody mi nie smakowały. Nie potrafię znaleźć w nich niczego, co mogłabym pochwalić. Niby porządnie śmietankowe, aż za tłuste, ale jednocześnie z odnotowywalną wodnistością. Sama baza miała nieciekawy, przesłodzony smak. Wyszła bardziej śmietankowo niż waniliowo. Ser stanowił w niej lichy dodatek i był tak podrobiony, że niewiele wnosił. Na pewno nie czuć go tak, że można powiedzieć, że to konkretnie Dziugas*. Sos żurawinowy był niczym z tanich lodów z sosem owocowym. Sztucznie cukierkowy, raczej niedookreślony, mimo że z rozpoznawalną nutą żurawiny.

Próbowałam się wczuć w ten ser, ale nie... Im więcej jadłam, tym bardziej utwierdzałam się w tym, że to po prostu niesmaczne lody o tanim wydźwięku. 42 g to moje maksimum, resztę oddałam Mamie.

Lody oddałam Mamie, ale i ona im nie podołała. Po małej porcji resztę wyrzuciła, stwierdzając: "Niesmaczne. Najlepszy w nich to ten sos owocowy, ale ja po prostu lubię lody z sosami owocowymi; nie, że ten był jakoś szczególnie dobry. W ogóle trudno powiedzieć, jaki konkretnie to ma być owoc. Lody same w sobie to kiepskie lody śmietankowe, takie zwyczajne, ale z kawałkami dziwnego czegoś. Trudno powiedzieć, co to. Czasem coś jakby lekko słonego mi się tam pojawiało". Jak powiedziałam, że to ser, pokiwała głową i dodała: "To pewnie on. Ale te jego kawałki nijakie, w porywach lekko słone, zbędne zupełnie. Ta cena i skład dołożyły się, że i ja bym im 2 wystawiła".

*Gdy jadłam ten ser, by poznać jego smak, okazał się wyrazisty, więc bardzo dziwne, że w lodach aż tak... odpadł. Acz sam w sobie też mnie nie zachwycił. Łagodnie mówiąc. W zasadzie to pierwszy twardy dojrzewający ser, który mi nie smakował. Połączył w sobie jakby osiadającą w gardle pikanterię, kwasek dojrzałego sera, w którym doszukałam się nut rodzynkowo-cytrusowych ze  "skarpetkowo"-orzechowym wątkiem. Smakował faktycznie dojrzale, ale bez głębi. Już wolę grana padano, którego też fanką nie jestem, a na pewno o wiele bardziej preferuję jeden z moim ulubionych serów, Bursztyn. Co jednak nie zmienia faktu, że dziwne, że ten Dziugas w lodach tak znikł... Pewnie dodali wersję dojrzewającą krócej (12 miesięcy?).


ocena: 2/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 376g / 475ml)
kaloryczność: 235 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: śmietanka 25 %, mleko 25 %, wsad żurawinowy 11 % (cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, żurawina 30 %, woda, substancja zagęszczająca: pektyna; regulator kwasowości: kwas cytrynowy; koncentrat soku z czarnej marchwi, naturalny aromat), cukier, ser twardy Džiugas 7 % (mleko, sól, bakterie fermentacji mlekoowej, enzym: podpuszczka mikrobiologiczna), mleko w proszku odtłuszczone, syrop glukozowo-fruktozowy, dekstroza, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; naturalny aromat waniliowy

niedziela, 9 listopada 2025

Willisch Lody z Lodziarni Wielkanocna Babka Lawendowa

Lody ostatnimi laty kompletnie mi przeszły. Ojciec zapamiętał jednak, że "drogie i ciekawe" mnie ciekawią. Lata temu taak, a teraz? Za nic żadnych sama bym nie kupiła. Gdy tylko pojawiły się w Lidlach limitowane dziś przedstawiane, od ojca usłyszałam podekscytowane pytanie, czy chcę. Pamiętał bowiem, jak długo go męczyłam, by pojechać do ogrodu lawendy i co roku proszę go o suszone wiązki lawendy. To jakże mogłabym nie chcieć lawendowych lodów? No jakoś jednak mogłam. Byłam sceptyczna i do marki (wg mnie drogiej nieadekwatnie do składów) oraz smaku "babka lawendowa" a nie po prostu lawendowego. A jednak, mając słabość do lawendy i postawiona w takiej sytuacji, odpowiedziałam twierdząco. A potem lody musiały długo czekać w zamrażarce, aż będę miała jakiś taki mniej nielodowy nastrój. 

Willisch Lody z Lodziarni Wielkanocna Babka Lawendowa to lody o smaku babki lawendowej, a właściwie lody śmietankowe z babką lawendową i lawendą (ekstraktem); edycja limitowana na wiosnę, dostępna tylko w Lidlach.

Już chwilę po otwarciu, ale z czasem w trakcie jedzenia to już w ogóle, czułam wyraźny zapach lawendy, mieszającej się z pełnym, słodkim mlekiem, które przechodziło w śmietankę. Lawenda trochę dominowała, ale nie była ciężka. Osłodził ją motyw ciasteczkowo-ciastowy, obecny w tle. Słodycz ogółu stała na średnio wysokim poziomie.

Lody w pierwszej chwili wydały mi się bardzo zwarte, twarde i gęste, jednak po paru chwilach zaczynały się topić i upodabniać do ubitej śmietanki, w której jednak kryła się pewna masywność. Napędziły ją kawałki zmielonego ciasta. Tłustość stała na dość wysokim poziomie, jednak nie była ciężka. Należała to śmietanki. Masa połączyła dwa kolory: beżowy i lawendowy. Kolor lawendowy (blado fioletowy) tworzył skąpe zawijasy, pojawiające się to tu, to tam w całym pudle. Nie było ich za wiele. Widać za to sporo drobinek oraz małych kawałków ciemnobeżowego ciasta. W trakcie jedzenia w większości okazało się mocno przemielone i przemieszane z lodową bazą, ale zdarzały się też większe kawałki o nieregularnym kształcie.
Masa rozpływała się średnio gęsto, w zasadzie gęstawo i też średnio kremowo. Niby była w miarę kremowa, ale plątało się w niej lekko proszkowe wrażenie. Fioletowe smugi pod względem struktury były bardzo zbliżone do części jasnobeżowej, choć wydawały mi się minimalnie bardziej zwięzłe. Może wręcz znikomo glutkowate. Kawałki ciasta okazały się dość konkretne i zwarte, a także mączne. W ustach rozchodziły się na grudkowo-piaskową, coraz bardziej miękką zawiesinę. W całości znalazło się trochę ciemnofioletowych drobinek - czyżby mocno zmielona lawenda?

W smaku przywitała mnie znacząca słodycz, która po chwili mieszała się ze śmietanką. Rosła prawie przez cały czas.

Śmietankowo-mleczna baza zarysowała się wyraźnie, optując za łagodnym wydźwiękiem. Po chwili, raz mocniej, raz słabiej, zaznaczał się motyw ciasteczkowo-ciastowy. Baza całościowo smakowała właśnie trochę ciasteczkowo. Przewijał się w niej też motyw mdławo-mączny (przy kumulacji zmielonego ciasta).

Nagle raz po raz przemknęła lawenda. Choć delikatna, czasem bez trudu się wybijała. Wyszła trochę ziołowo, ale nie goryczkowato, trochę ciężkawo, ale nie ciężko. Sporadycznie, raczej przy fioletowych fragmentach, nasilała się, starając się trochę przełamać przesadzoną słodycz i prezentując jakby pochodzenie z aromatu.

Masa lodowa nie smakowała jednolicie. Fioletowe części były ewidentnie lawendowe, a beżowo-białawe prawie wcale.

Słodycz przez pewien czas trzymała się wysokiego, ale jeszcze znośnego poziomu, ale w końcu osiągnęła przesadzony. Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach baza zaczęła już jednoznacznie kojarzyć mi się z niedopieczonymi, mącznymi ciastkami, nie ciastem-babką. Skojarzenie to podkręcały jakby kawałki bardziej ciasteczkowe.

Przy zagarnianiu łyżeczką ciemnobeżowych drobinek i kawałków ciasta miałam wrażenie, że to mączne, lekko karmelowe ciasteczka, nie babka. Gdy trafił się jakiś większy kawałek tego ciasta, do głowy przyszedł mi nawet cynamon.

Gdy po kawałkach ciasta czy fioletowych zawijasach zagarniałam łyżeczką jasne, biało-beżowe części, wydawały się jeszcze słodsze, trochę w ciasteczkowym kontekście, ale i zwyczajnie przecukrzone. Acz wciąż też śmietankowe. Słodycz bazy wydawała się zmotywowana plączącym się wątkiem lawendy.

A ta pokazywała się niby czasem mocniej, ale głównie jako jedynie echo.

Po zjedzeniu został posmak ciężkawej lawendy oraz słodyczy śmietankowych, cukrowo-ciasteczkowych lodów. Czułam ewidentnie karmelowawą ciasteczkowość i mączny motyw. Słodycz wydawała mi się zdecydowanie za wysoka, aż przysłaniająca lawendę.

Lody wyszły jako tako, nie zupełnie źle, ale sporo bym zmieniła. Trochę się bałam efektu, bo nie przemawia do mnie to, co robi ta firma na pewne okazje: lody ze zmielonymi pączkami na Tłusty Czwartek, lody ze zmieloną babką na Wielkanoc. Wolałabym po prostu lody lawendowe - coś takiego, jak jadłam w Ogrodzie pełnym Lawendy (które jednak też nie były idealne). Ciasteczkowo-śmietankowa baza o przesadzonej słodyczy w sumie byłaby do zniesienia, gdyby dopracowano lawendowe zawijasy i ciastka (?). Nie podobały mi się te przemielone, mączno-ciasteczkowe, mdławe elementy. Nie powiedziałabym, że to babka, a właśnie mączne, kiepskawe ciasteczka. Wolałabym więcej lawendy całościowo. Lawenda jako ekstrakt pobrzmiewała tak sobie przy niezbyt pokaźnych fioletowych zawijasach.
Lody jednak niewątpliwie są w jakimś tam stopniu ciekawe i byłyby warte  jednorazowej uwagi, gdyby były tańsze. Nawet ok na edycję limitowaną, po której zniknięciu, nie będzie są rozpaczać, ale można spróbować.

Dałam radę zjeść połowę, starając się wybierać jak największą ilość fioletowych zawijasów, których czułam niedosyt, i omijając co większe kawałki kiepskiego ciasta. Reszta powędrowała do Mamy (która lawendy nie lubi).
Mama jednak nie chciała ich kończyć. Ujęła to: "Trafiły do mnie w złym czasie, bo jeszcze mi trochę za zimno było, a w nich nie czułam niczego, co by do nich przyciągało. Wydały mi się jakieś nijakie, a po prostu słodkie i niesmaczne. Nie zagłębiałam się nawet, co ja tam oprócz tego, że bardzo słodkie, w nich czułam".


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl (ojciec kupił)
cena: 19,99 zł (za 390g / 465ml)
kaloryczność: 224,9 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: świeże mleko, świeża śmietana, cukier, babka lawendowa (mąka pszenna, jogurt grecki, cukier brązowy, masło, jaja, miód, proszek do pieczenia, soda oczyszczona, cynamon, lawenda suszona), mleko w proszku odtłuszczone, glukoza, ziemniaczany syrop glukozowy, olej słonecznikowy, mleko pełne w proszku, ekstrakt z lawendy, naturalne aromaty, tłuszcz kakaowy, białka mleka, skoncentrowany sok z buraka, sól, stabilizator: guma tara

czwartek, 11 września 2025

Lody Bałtyckie Gorgonzola z Malinami

Lody przeszły mi co prawda dawno temu, ale dziś przedstawiane wydały mi się tak dziwne, że nie mogłam ich przegapić. Tym bardziej, że ojciec zaproponował, że mi je kupi. Sama może bym się wahała... Wszak... Smak wręcz kontrowersyjny. Przyznaję, że długo minęło, nim zabrałam się za ich zjedzenie. Niby nie jestem pewna, czy ze względu na smak, czy po prostu bo to lody, a na nie nie miałam szczególnej ochoty, ale nieważne. W końcu jednak uznałam, że czas temu dziwu stawić czoła. Kocham sery pleśniowe, te z niebieską pleśnią właśnie najbardziej. Nie chwyta mnie łączenie sera z owocami, jednak też nie odrzuca czy coś. Wręcz przeciwnie - bardzo lubię swoją sałatkę łączącą melona, szpinak i camembert, a oscypek na ciepło z sosem żurawinowym jest moim zeszłorocznym odkryciem. Tylko że... Ser pleśniowy tak zupełnie na słodko? Że w lodach? Nie umiałam sobie tego wyobrazić. A jako że obiekt dzisiejszej recenzji miał dobry skład, uznałam, że może naprawdę to coś dobrego? Może producent nie chciał tylko zszokować, a przemyślał, co i jak? Acz nie tylko ser w tych lodach w moim odczuciu był ryzykowny. Lubię maliny, ale one w takich rzeczach to zawsze potencjalne męczenie się z pestkami (choć nie zawsze są mordercze). 

Lody Bałtyckie Gorgonzola z Malinami to lody śmietankowe z włoskim serem pleśniowym gorgonzola z przerostem niebiesko-zielonej pleśni i malinami; producent to Michał Rybicki

Po otwarciu poczułam łagodny zapach słodkich lodów śmietankowych z nutą malin. Maliny wpisywały się w nie za wysoką słodycz. Za tym wszystkim znalazł się ledwo uchwytny, wytrawniejszy, ale nie mocno wytrawny, a też bardzo mleczny motyw sera.
W trakcie jedzenia ser raz po raz wyłaniał się wyraźnie, jednak i tak był to na tyle subtelny akcent, że nie powiedziałabym, że to z całą pewnością ser pleśniowy.

Masa lodowa miała kolor biało-beżowawy, miejscami bladoróżowy, zabarwiony od malin, które tu i tam tworzyły gęste, sosowate skupiska, a ich zawijasy przeplatały całą masę lodową. Ser dokładnie wymieszano z samymi lodami - nie uświadczyłam większych kawałków ani nic takiego, a w całej masie widać kropeczki-punkciki niebieskiej pleśni. Zmielono go z masą dokładnie.
Lody były twarde i konkretne, bardzo gęste. Nie jednak w sposób kamienny, a wynikający z wymieszania pełnej śmietanki z gęstym, konkretnym serem. Topiły się powoli i kremowo gęsto. Łyżkę nie trudno w nie wbijać, mimo masywności.
W ustach lody rozpływały się kremowo, choć z wyczuwalną proszkowością, a do tego dość tłusto, łącząc pełne mleko i masywność sera. Nie spieszyło im się, chwaliły się gęstością i konkretem, ale nie ciężkością. Potwierdziło się, że ser zmielono wraz z masą lodową - wydaje mi się, że miał swój udział w pewnej proszkowości... Ta kojarzyła mi się z serowymi kryształkami (kryształki mleczanu wapnia - chrupiące drobne kuleczki czasami pojawiające się w długo dojrzewających serach, które normalnie się je). Nie były to kryształki lodu, jakie mogą pojawiać się w lodach, a tylko takie wrażenie tych serowych. Drobinki pleśni wprowadzały konkretniejszą chropowatość. Raz po raz trafiałam też na jędrne, malutkie, wręcz mikroskopijne (nie większe niż pestki malin) białe kawałeczki sera.
Maliny wystąpiły w postaci trochę zżelowanego, a tym samym zbitego, gęstego sosu z podmiksowanych owoców. Nie był lejący, nawet gdy się rozpuszczał, trochę mieszając się z bazą. Chwilami w zasadzie przypominał mus z malin z niezbyt dokładnie zmiksowanych owoców. Trafiały się ich kawałeczki i pestki - tych drugich na szczęście nie za dużo.
Malinowego sosu dodano ilość optymalną: całkiem sporo, że nie czuć niedosytu, a jednak wciąż był tylko dodatkiem, nie przytłaczającym samej bazy.

W smaku lody witały się średnio wysoką słodyczą, wkomponowaną w mocno śmietankowy motyw. Śmietankę po chwili podbiła nuta mleczna, ale już bardziej wytrawna. Przemknął mocno mleczny ser, początkowo wpisujący się grzecznie w słodycz.

Serowy wątek trochę podkreślił słodycz, nadał jej głębi, a jednocześnie stanowił przeciwwagę. Słodycz zdawała się spleciona w jedno z mlecznością, trochę jakby właśnie też z samego mleka płynęła. W całokształcie nie była wysoka. Pleśniowość sera gorgonzola ujawniała się z czasem i to nie przy każdym zagarnięciu łyżeczką tak samo. Motyw niebieskiej pleśni przewijał się, czasami wyraźniej, czasami niemal sugestywnie. Pikanteria nie pojawiła się. Ser jako taki pobrzmiewał jednak prawie cały czas. Pleśniowość choć była bardzo, bardzo delikatna, czasem podskakiwała za sprawą ciemnoniebieskich kropeczek-drobineczek pleśni. Słoności sera za to w lodach nie czuć wcale.

Kiedy zagarniałam masę z pobliża malinowego sosu, wydobyta kontrastem potrafiła przemknąć wyraźniejsza serowość, jeszcze bardziej podkreślając śmietankowość bazy. Lody prezentowały się jako głęboko śmietankowo-mleczne, czego ani ser, ani maliny nie zagłuszyły choćby na moment.
Gdy zagarniałam sos z masą lodową, dobrze było czuć i maliny, i nutkę śmietankowo-pleśniowego sera.

Sos malinowy ciekawie urozmaicał bazę - jeszcze dodawał jej głębi. Chwilami podkreślał nutę sera z niebieską pleśnią. Sera... mocno śmietankowego i tym samym harmonijnego z wątkiem tradycyjnych, słodkich śmietankowo-mlecznych lodów.
Sos malinowy odznaczał się średnio wysoką słodyczą oraz przemykającą nienachalną, soczystą kwaśnością, wpisaną w typowe, przecierowo-sosowe realia. Nadał lodom lekkości. Kawałki malin to pełne smaku, dodatkowe, mocniejsze malinowe punkciki oraz pestki. Malinowe zakrętasy nie wydawały się specjalnie dosłodzone. Większe skupiska sosu były nieco bardziej kwaskawe.

Kiedy zagarniałam same lody po sosie malinowym, wydawały się niby nieco bardziej pleśniakowe, ale też bardziej... uroczo śmietankowo słodkie. Choć ogólnie słodycz od początku do końca trzymała się średnio-niskiego poziomu.

Czasem trafiały się białe drobinki sera, które smakowo wydawały się nijakie.

Po zjedzeniu został posmak słodkich, śmietankowo-mlecznych lodów z nutką śmietankowo-pleśniowego sera, w którym ta pleśniowość wydawała się wręcz bardziej sugestywna. Ciekawie przeplatała się z nutką słodko-kwaskawego sosu malinowego.

Lody bardzo, bardzo mnie zaskoczyły. Mimo uwielbienia do serów pleśniowych, bałam się ich trochę. Zdarza mi się łączyć w obiadowych daniach sery z owocami, ale ogólnie ostatnio rzadko wplatam owoce do dań wytrawniejszych. Jednak... ser pleśniowy zupełnie na słodko? Nie umiałam sobie wyobrazić. A gdy spróbowałam, z ogromnym zaskoczeniem odkryłam, że w lodach śmietankowych wyszedł bardzo... pasująco. Wpisał się w śmietankę, słodycz wydawała się mleczna i kontrastowa w sposób pożądany. Prawda, że motyw niebieskiej pleśni się tu przewijał, nie był nachalny, ale... ale i tak to zaskoczenie, że pasował. Ta nutka - nie za mocna, ale wyraźna - dobrze spisała się z malinami. Te słodkie, lekko kwaskawe owoce przerobione na sos na szczęście nie mordowały pestkami, więc i je odebrałam pozytywnie. Podobało mi się, jak gęste i konkretne, ale nie ciężkie były te lody oraz jestem pod wrażeniem wyraźnej, ale jak na lody niskiej słodyczy. Bardzo interesujące, acz raczej ciekawostkowo.


ocena: 9/10
kupiłam: Aldi (ojciec kupił)
cena: 19,99 zł (za 365g / 400ml; jak wyżej)
kaloryczność: 188 kcal / 100g
czy kupię znów: nie, ale w sumie... mogłabym wrócić, gdybym miała znów dostać

Skład: pełne mleko o zawartości tłuszczu 3,8%, śmietanka o zawartości tłuszczu 30%, cukier, ser gorgonzola DOP, glukoza, jajka kurze (w tym żółtka), mleko w proszku odtłuszczone, maliny, sól

poniedziałek, 25 lipca 2022

lody Ice Cream United Vanilla Cookies

Gdy w końcu pewnego dnia naszła mnie ochota na lody "mogą być i śmietankowe, byle z czymś gorzkim", wiedziałam, że trzeba się czym prędzej brać za jedno z posiadanych pudeł. Odkąd odkryłam łyżeczkowanie past/kremów, zainteresowanie lodami spadło do zera. Albo nawet stało się ujemne. A jeszcze kilka pudeł w zamrażarce czekało. Potencjalnie bardzo dobrych, ale co z tego, gdy ochoty na typ produktu nie było? Tym razem ta ochota obracała się wokół kawałków ciasta czy ciastek, wilgotnych i miękkich - może za sprawą bazy - w wariancie kakaowym. Co do smaku bazy nie miałam wymagań, więc padło akurat na te (markowane jakimś Podolskim). Myślałam, że zostawię je na koniec, ale jak ochota przyszła, trzeba korzystać.

Ice Cream United Vanilla Cookies (by Lukas Podolski) to mleczne lody o smaku waniliowym z kawałkami ciastek kakaowych (10%).

Po otwarciu poczułam słodko-mleczny zapach, kojarzący się z naturalnymi lodami sprzed lat z echem wanilii. Czuć lekkość mlecznej bazy, nieprzesadnie dosłodzonej, a także ciasteczkowo-kakaowy, gorzkawy motyw. Ten nasilał się po zruszeniu lodów oraz w trakcie jedzenia. Całość pachniała charakterystycznie dla wariantu.

Baza lodowa od początku dała się poznać jako gęsta i dość kremowa, a jednocześnie nie tłusta. Czuć, że zrobiono ją na bazie mleka, dzięki czemu od początku nie była za ciężka czy zbito-twarda, a miękkawa. Topiła się w średnim tempie, po dłuższym czasie zahaczając lekko o skojarzenie ze spienionym mlekiem. Jadłam lody mocno stopione i wtedy na jaw wyraźniej wyszła proszkowość / pylistość, która jednak wcale nie przeszkadzała, bo zlewała się z wmieszanymi kropeczkami ciastek.
W całym pudle znalazło się mnóstwo kawałków średniej wielkości, nieliczne wielkie i malutkie oraz sporo drobinek ciasteczek. Część wmieszano w masę lodową.
To prawie same herbatniki, acz w pudle zaplątały się dosłownie trzy kawałeczki przełożone białym kremem o ciągnąco-gumiastej, tłusto-rzadkawej i śliskiej konsystencji. To w zasadzie nic nie wnosiło, ale fakt ten odnotowałam - jak dla mnie bez sensu "wkruszać" w lody całe markizy.
Dosłownie w pierwszej chwili w ustach ciastka z wierzchu (spod papieru do zerwania, gdy jedno zgarnęłam przy robieniu zdjęć) pochrupywały, ale prędko ulegały i powoli, gęsto się w nich rozpływały. W zasadzie, gdy jadłam (lody jem zawsze bardzo długo, bo lubię już mocno stopione), częściowo wilgotniały od masy i jeszcze szybciej się rozpływały. Były masywne, dość ciężkie. To ewidentnie ciastka, rozpływające się nieco ciastowo, ale na pewno nie ciasto. Znaczące okazały się w nich elementy zalepiająco-herbatnikowe oraz ziarnisty.

W smaku same lody były przede wszystkim głęboko mleczne i wysoce słodkie. Poniekąd wydawały się naturalnie słodkie za sprawą mleka, ale oczywiście też dosłodzone. Tu doszedł motyw wanilii i karmelowawy (czuć, że to nie słodycz białego cukru). Chyba całość przesiąkła lekko ciasteczkowym echem. Nie powiedziałabym, że to lody waniliowe, ale czysto mleczne też nie.

Miejsca, gdzie ciasteczka wmieszały się w bazę, ewidentnie były ciasteczkowe, mniej słodkie i już tu pojawiał się wątek gorzkawo-kakaowy.

Ciastka smakowały wyraziście gorzko. Goryczkę kakao podkręciła palona nuta. To bezsprzecznie herbatniki typu Oreo (pozbawione kremu - z małym wyjątkiem, o którym za chwilę). Czuć w nich dosłownie minimalną słodycz, ale prawie się nie wychylała (w zestawieniu z masą lodową ciastka wydawały się niesłodkie). Chwilami pojawiał się specyficzny olej kokoswy, wraz ze swoją goryczką (rzygowinowo-zimnoogniową?), co wyszło całkiem ciekawie. Ich cierpkość bardzo przyjemnie prezentowała się na tle słodkiej, łagodnej bazy.
Raz, drugi przy ciastkach mignęła mi słodko-sztucznawa nuta, a w głowie pojawiło mi się określenie "tłuste?" - aby dopisać je do ciastek w notatkach. Jadłam jednak dalej i upewniałam się, że mi się wydawało, gdy trafiłam na to po raz trzeci i aż poszłam robić zdjęcia. W tych kawałeczkach była odrobinka kremu - w zasadzie łatwo to przegapić, ale ja jestem zbyt czujna. Krem był irytująco słodko-sztuczny, trochę lukrowy i jednocześnie mdło-sztuczny. Mowa tu dosłownie o znikomej ilości, ale jednak - i właśnie tym bardziej tego nie rozumiem (aż wzięłam inną łyżeczkę, by pokazać różnice: po lewej ciastka po prostu opływające mają lodową, po prawej kawałek markizy z kremo-glutem).

Po ciastkach sama baza wydawała się jeszcze bardziej mleczna, może też jeszcze nieco słodsza i ciasteczkowa.

Po zjedzeniu został posmak cierpkawo-gorzkawych ciastek kakaowych oraz mleczna słodycz. Miałam wrażenie, jakbym wypiła niewiarygodnie słodkie mleko i przegryzła paroma kakaowymi herbatnikami (wydaje mi się, że w posmaku po nich wyłapałam też specyficznie goryczkowaty olej kokosowy - co wyszło na plus). Było słodko, ale z przełamaniem; w dodatku szlachetny wydźwięk słodyczy uprzyjemnił jej ogólny odbiór. Wanilia, choć rzecz jasna słodka i bardzo wycofana, też się wyłoniła.

Całość uważam za naprawdę dobrą. Słodkie szlachetniej, zrozumiale dla wariantu, wyraziste i takie... naturalne. Mleczna słodycz bazy, mimo że nie ewidentnie waniliowa jak obiecuje tytuł (a jedynie z echem wanilii), pasowała doskonale do goryczkowatych ciastek kakaowych. Chyba nie jadłam lepszych lodów w tym wariancie.

Jednocześnie trochę mi smutno, bo utwierdziłam się, że nawet genialne lody już mnie tak nie cieszą, jak kiedyś, bo... to jednak lody. Niestety też bardzo subiektywnie były mi za słodkie, a jednak czułam, że i tak to słodycz niższa niż np. Haagen-Dazs Cookies & Cream czy Gelatelli Premium Cookies & Cream.
Zastanawia mnie, czy to ja miałam szczęście, że trafiłam na tak znikomą ilość kremu przy ciastkach (że aż myślałam, że mi się wydaje), czy może miałam pecha i wcale nie powinien tam znaleźć się choćby gram ciastek z kremem (bo w opisie nie ma; w składzie widzę natomiast składniki, z których to mogłoby być zrobione). Z kolei jeśli miały tam być, to też głupio, jeśli chodzi o ilość i jakość kremu.


ocena: 9/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 500ml)
kaloryczność: 113 kcal / 100 ml
czy kupię znów: kiedyś może i mogłabym (jakby mi ochota na lody wróciła, ale wątpię)

Skład: 59% mleko, cukier trzcinowy nierafinowany, śmietanka, mleko w proszku odtłuszczone, glukoza, mąka pszenna, cukier, olej kokosowy, 1% kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), syrop glukozowy, naturalny aromat waniliowy, sól, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu)

poniedziałek, 1 listopada 2021

lody Magnum Double Chocolate & Strawberry Tub

Nie lubię owocowych lodów, a lody z owocowymi sosami zupełnie do mnie nie przemawiają. Niemniej, HD Strawberry Cheesecake swego czasu były jednymi z moich ulubionych. Dzisiaj prezentowane zaciekawiły mnie tylko "z braku laku" przez niemożność zdobycia Magnumów Double Dark Chocolate & Raspberry, które to widywałam w wysokich cenach, a jak w końcu uznałam, że mimo to kupię... zniknęły. Wtedy pomyślałam, że z chęcią zjem waniliowe Magnumy właśnie z truskawkowym sosem. Wanilia i truskawka nagle zaczęły wydawać mi się bardzo atrakcyjnym połączeniem, zwłaszcza z mleczną czekoladą, bo wiedziałam, że wariant klasyczny (mleczna + waniliowa baza) będzie mi za nudny. A po zakupie przeżyłam szok... Otóż dzisiaj przedstawiane to nie lody waniliowe, a śmietankowe... I wszystko legło w gruzach. Za takimi nie przepadam. A mimo to zjeść postanowiłam, jako że od Mamy usłyszałam, że śmietankowe są jeszcze bardziej uroczo puszyste od waniliowych (a te znałam z wariantu Almond).

Magnum Double Chocolate & Strawberry Tub to lody śmietankowe z truskawkowym sosem (12%) oraz (25 %) mleczną czekoladą w formie polewy na wierzchu, "skorupki" i kawałków zatopionych w masie.
Pudło zawiera 440 ml / 310 g.

Gdy zrywałam sreberko, uderzył mnie chemiczny zapach słodkiej, słodziuteńkiej truskawki-truskaweczki prosto z żelo-dżemu, podszytej soczystą naturalnością i przerysowanym niby-kwaskiem. Dopiero za nią poczułam delikatny zapach mlecznej czekolady, który nasilił się z czasem, w zasadzie już przy przebijaniu się przez czekoladę na wierzchu. Wtedy to wzrosła mleczność, poczułam słodką śmietankę i jeszcze więcej słodziutkiej truskaweczki. Przejawiała kwaskawą soczystość, a jednak i tak wyszła wręcz uroczo jak przesłodzony, sztuczny sos-dżem ze słodyczy dla dzieci... a że mieszała się z mlekiem, to z czasem (jak zjadłam skumulowany na wierzchu sos, a reszta przemieszała się nieco z bazą) z mlekiem truskawkowym. 

Lody, gdy chodzi o strukturę, były chyba jak i inne Magnum Double (jadłam Chocolate Deluxe). Warstwa czekolady na wierzchu to gruba na około centymetr, trzaskająca czekolada, zaś ta przy ściankach przypominała bardziej mięknąco-ulepkowaty, tylko momentami trzaskający czekoladowy twór polewowy. W masę lodową wtopiono mnóstwo kawałów gigantów czekolady, jak i kawałków czekolady łamanej. Pod czekoladowym wierzchem skumulowało się dużo straszliwie lepkiego, jedynie początkowo po otwarciu gęstawego sosu. Przeplatał on także masę lodową po całości. Prędko po otwarciu sos wyglądający jak krem zmieniał się w płynny, lejący sos klejąco-lepki jak miód. W ogóle miód pod względem struktury trochę przypominał; łatwo mieszał się z masą lodową. W zasadzie dodali go głównie na wierzchu, bo w masie lodowej znalazłam jedynie odrobinkę smug-pasków-kapelek. W ilości takiej, że gdy mocniej się przemieszały z lodami, da się je przeoczyć. Przeplatały się aż do dołu, gdzie znajdowała się centymetrowa warstwa czekolady. Też trzaskała, acz trochę bardziej niż ta na wierzchu miękła (przez zawilgocenie?).
Sama masa lodowa zaś okazała się kremowo gęsta, a jednocześnie puszyście śmietankowa. Była tłusta w mleczno-śmietankowy sposób i chwilami kojarzyła się z chmurkową bitą śmietanką.
Jeść było to dość ciężko przez rozmieszczenie sosu głównie na wierzchu, grube i kolosalne kawały trochę ciężko dzielić czy wydobywać / podważać, ale wszystko przynajmniej w ustach rozpływało się błogo. Powoli, ale chętnie.
Otóż czekolada zmieniała się w tłusty, lekko proszkowy krem, zalepiający usta jak dobrej jakości czekolada mleczna tabliczkowa. Sos lepił się, trochę rozrzedzał masę, ale nie mam do nich większych zarzutów. Sama masa zaś zachwycała tym, że mimo gęstej kremowości, nie wyszła zbyt ciężko. Rozpływała się przyjemnie, w umiarkowanym tempie i właśnie śmietankowo.  

W smaku czekolada zarówno na wierzchu, jak i w masie czy na dole smakowała intensywnie pełnym, niemal śmietankowym mlekiem. Jej cukrowa słodycz przejawiała odrobinkę waniliowego charakteru, dzięki czemu wyszła urokliwie.
Czekolada na ściankach wydała mi się nieco bardziej plastikowa.

Sos truskawkowy uderzał cukrem, ale i wyrazistą truskawką. Była to truskawka soczysta, ale głównie sztuczna. Żelo-dżemik o niemal cukierkowym charakterze, zdecydowanie przesłodzony i uroczy (aż w tym irytujący) mieszał się z delikatnie naturalną nutą truskawki. Ta odpowiadała za soczystość i wygładzała sztuczność. Trochę pomógł w tym też kwasek, bo mimo że również przerysowany, to jakoś odciągał uwagę od chemii. Jednocześnie... nie mogę powiedzieć, by sos był kwaśny. Domniemanie kwasku czułam, ale w moim odczuciu był cukrowo słodko-słodki. Słodycz wraz z kolejnymi zagarnięciami rosła i z czasem, gdy tak mieszała się ze słodką czekoladą i lodami, wydała się zdecydowanie przesadzona, a do tego uroczo konfiturowa. W zestawieniu z czekoladą sos wyraźniej migał kwaskiem, zaś w partiach, gdzie bardziej przemieszał się z lodami, jawił się jako echo mleka truskawkowego i już jego sztuczność zupełnie się kryła. Na wierzchu było go więc za dużo i wtedy świetnie czuć wadę - chemiczność i przerysowanie, a w masie lodowej tak mało (za mało), że prawie go nie czuć.

Po tym czekolada wychodziła jakoś jeszcze wyraziściej. Pełnopełnomlecznie, a mimo że cukrowo, to nawet leciutko kakaowo. Spływając do gardła jednak i tak drapała w nim.

Baza z dokładała mleczną nieskończoność. Przecukrzona bita śmietanka w formie lodów – to właśnie to! Wzmacniała mleczność czekolady, uprzyjemniała jej słodycz, łagodząc ją, a bardziej mieszając się z sosem, osłabiała sztuczność. Chwilami masa robiła aluzję do mleka o nutce truskawki. Oczywiście bardzo słodkiego mleka.

Gdy na koniec zostało mi czekoladowe dno, słodycz czekolady przyprawiła mnie aż o przyspieszenie serca i zdecydowanie za mocno zadrapała w gardle. 

Po zjedzeniu czułam przesłodzenie i przetłuszczenie wywołane mleczną czekoladą, ale też przerysowany sztuczny motyw truskawki-truskaweczki słodziaśnej i cukierkowej, jednak... najpierw jeszcze nie aż tak odpychający, bo wkomponowany w przyjemną fuzję śmietanki i mlecznej czekolady. Oprócz tego ostał się przerysowany kwaskawy posmak, jakby niezależnie od truskawki-truskawki. Po dłuższym czasie chemiczna truskawkowość dalej mi doskwierała, a że inne elementy już zaniknęły, było to potwornie irytujące i nieprzyjemne.

Całość wyszła nudno, niezgranie mimo że teoretycznie pewne elementy się podkreślały. Była do bólu przesłodzona, jednak mleczność czekolady i śmietankowość bazy na plus. Tu aż się prosi o dobry sos. Bazę też przesłodzono, ale do charakterniejszych dodatków mogłaby być. Sęk w tym, że i czekolada była za słodka, mimo że dobra, pełnomleczna. A sos... no właśnie. Tam, gdzie go dobrze czuć, wyszedł kiepsko, bo sztucznie, a tam gdzie go prawie nie czuć... śmietankowa baza i mleczna czekolada wyszły nudno i słodko. Aż się prosi o porządnie truskawkowy sos. Wydaje mi się, że nawet ten... gdyby na wierzchu nie było go tak dużo, a umiejętnie przepleść nim lody, nawet ta sztucznosć by uszła (bo nie była wyjątkowo napastliwa, okrutna czy coś). Ten oparł się na cukrze i sztucznej truskawce niestety i... choć wyszedł zaskakująco w tym nieźle, to jednak nie mam za co go chwalić. Osobiście, by nie nudzić się mleczną czekoladą i śmietanką, wolałabym chociaż waniliową bazę.
To chyba najgorsze, nieprzemyślane Magnumy z tych kubłowych, jakie jadłam. A szkoda, bo potencjał jest. Kojarzyły mi się... z wyidealizowaną, lepszą wersją czekolady mlecznej truskawkowej od Wedla w formie lodów.

PS I tak mnie zmęczyły, że mimo iż miałam jeszcze kupione Double Caramel Tub, przypomniawszy sobie wersję patykową, nawet nie otwierając oddałam Mamie.


ocena: 6/10
kupiłam: Kaufland
cena: 15,99 zł (za 440 ml; promocja?)
kaloryczność: 293 kcal / 100 g; 208 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone odtłuszczone mleko, śmietanka 16%, cukier, koncentrat odtłuszczonego mleka (proszek lub płyn), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, syrop glukozowy, syrop glukozowo-fruktozowy, przecier truskawkowy 3,5%, fruktoza, pełne mleko w proszku, tłuszcz mleczny, zagęszczony sok truskawkowy 1%, emulgatory: E471, lecytyny sojowe, E476; stabilizatory: E410, guma guar E412, E440, E407; skrobia modyfikowana, zagęszczony sok z marchwi, regulatory kwasowości: E330, E331; zagęszczony sok cytrynowy, aromaty, sól

piątek, 23 kwietnia 2021

lody Magnum Chocolate & Cookies Tub

Z białymi czekoladami... mam problem. Dobrą docenić umiem, nawet zachwycić się nią, ale... ten zachwyt nigdy nie trwa długo. Jakoś szybko mnie ich słodycz nudzi. Z ciemnymi potrafię natomiast spędzać godziny. Niestety jednak trudno o dobrą ciemną czekoladę w lodach. Taka jak w Magnum Intense 70 % była dobra, ale mdląca. Z kolei kamienne HD Dark Chocolate 70 % Cocoa & Almonds przerażały konsystencją. Jest to więc miłość trudna.
Lody doskonałe, jakie jadałam za młodu, to włoskie słodzone wanilią. W Suwałkach był taki malutki punkt, w którym robili je idealnie, a ja i Mama byłyśmy stałymi klientami. Czasem dla urozmaicenia brałam wersję zanurzoną w białej czekoladzie, która była obłędna. Z lodami także słodycz w końcu aż tak nie przeraża. Białe Magnumy lubiłam kiedyś, ale że po zepsuciu się Magnumów ogólnie je znielubiłam, a ja przerzuciłam się tylko na pudełkowe... Skończyła się moja miłość do lodów z białą czekoladą - do dziś wzdrygam się na myśl o Grycan Biała czekolada. Z całą pewnością jednak, od lat niezmiennie lubię "białe lody" (czy waniliowe, czy śmietankowe) z kakaowymi ciasteczkami / ciastem. Ogólnie wizualnie kocham wariant cookies and cream. Latem 2020 polubiłam pudełkowe Magnum, więc skusiłam się także na tak jakby ten ich wariant. Trafiła też do mnie całkiem niezła Choceur Weisse Cookies, co sprawiło, że już w ogóle zacierałam ręce i kapała mi ślinka. Uwielbiam takie serie-zestawienia! Ostatnio... samej mi się jakoś układają, co cieszy jeszcze bardziej. Taki fajny przypadek.

Magnum Chocolate & Cookies Tub to śmietankowe lody z 7 % sosem kakaowo-ciasteczkowym i 22 % białą czekoladą (w formie otoczki-skorupki, polewy na wierzchu i kawałków) z wtopionymi w czekoladę na wierzchu ciasteczkami kakaowymi (0,7%).
Pudło zawiera 440 ml / 310 g.

Po otwarciu pudełka poczułam mocno mleczny i wręcz cukrowy zapach białej czekolady z trochę białopolewowymi skłonnościami. Była dość ciężkawa, maślana. Gdy jednak połamałam wierzch, przekopałam się nieco przez całość i już w ogóle gdy jadłam, nabrało to lekkości, o wiele bardziej śmietankowo-mlecznej. Odnotowałam także nutę ciasteczek. Słodycz nieco się opamiętała, hamowana przez ich goryczkowatą nutę kakao.

Warstwa czekolady białej na wierzchu była gruba – miejscami na dobry centymetr, a więc początkowo twarda i trudna do przebicia się przez nią. Wtopiono w nią kawałki kakaowych ciastek (brązowych). Łamana / rozwalana trzaskała. Łatwiej poszło z cieńszą "skorupką" ze ścianek. Pudełko zrobiono tak, by je pościskać i tym samym ją połamać, ale średnio to wyszło. Miejscami się połamała i nieźle odstawała, a miejscami miękła wraz z topiącymi się lodami i bardziej przylepiła się do ścianek (podobnie było z wariantem mleczną czekoladą). To najcieńsza część czekolady.
Kawałki czekolady w masie były ogromne i grube, choć średniej wielkości też sporo się znalazło. Wszystkie w ilości naprawdę szczodrej – było ich mnóstwo. Lody wydawały się nią najeżone, że aż można by się kłócić, czy to nie  czekolada z lodami.
Nie dodano jej tak dużo jednak jak ciemnej czy mlecznej, bo obok czekolady wystąpiły też zbitki zmielonych ciastek i ciastka z "sosu" (czarnych). Zwarto-konkretne, a jednak rozpływające się wraz z lodami (po dłuższym czasie) i w ustach.
Przypominały zawilgocone biszkopty albo zbite ciasto, częściowo wtapiające się w soso-masę.
Czekolada tylko chwilowo była twarda, przy robieniu kęsa, a w ustach miękła dość szybko. Zalepiała, stając się gęstym i wręcz maziście-śliskim, lepkawym kremem. Znikała dość szybko, odrobinę przytykając gardło i zatłuszczając usta. Ciasteczka w niej rozpływały się wraz z nią, ale potrafiły porządnie, zaskakująco świeżo chrupnąć (gdy zahaczyłam o nie, odgryzając lub próbując wygryźć); trochę jak takie ciastka "chrupkowate" (z czekolad itp.). Były inne od tych z masy (lodowej i sosowej). Czekolada zatopiona w masę lodową była identyczna, z boków - miejcami. Miejscami, jak i część czekolady na spodzie, nieco się... zulepkowiła.
"Sos" kakaowo-ciasteczkowy to w zasadzie półpłynna maso-krem, rzadkawo rozmieszany miejscami i przeplatający się, a miejscami zupełnie mieszający się z masą lodową. Mniej więcej do połowy od góry podział był klarowniejszy, a masy było dużo, w skupiskach. Bliżej dna coraz mniej (plus fakt mieszania się, podczas gdy wszystko się topi - też pewnie to rozrzedził). Przypominało to sos zagęszczony zmielonymi prawie na gładko ciastkami. Wśród nich znalazło się dużo kawałków i drobinek ciastek. Miały przyjemnie zawilgoconą, miękkawą, rozpływającą się strukturę. Wydaje mi się, że nie tyle dodano jeszcze jakieś ciastka oprócz nich, a po prostu znalazły się wśród tego "sosu" też większe. Na szczęście ani trochę rzężącego cukru w tym nie było. W sosie znalazły się na pewno nieco inne od tych z czekoladowego wierzchu.
Masa lodowa sama w sobie była gęsto-kremowa, jakby z efektem zagęszczenia czekoladą, ale nie ciężka i nie zbita. Cechowała ją puszystość i lekkość. Kojarzyła mi się trochę ze spienionym, tłustym mlekiem, co stało za odpowiednią tłustością. Jej poczucie dodatkowo tonowały ciastka / ciastko-sos (wgryzało się to też w puszystość - to już niestety).

W smaku sama czekolada to przede wszystkim ogrom cukru, na który z każdej strony napierało mleko. Mleko pełne, naturalne i śmietankowe. Białoczekoladowość przewijała się w tym wyraźnie, dodając nieco cięższy, maślany akcent, jednak nie obeszło się bez skojarzeń z polewą po prostu. Po pierwszym szoku wywołanym siłą słodyczy, doszukałam się w niej lekko wanilinowo-polewowego charakteru. W większości tak bardzo nie przeszkadzał - czułam go głównie w partiach przylegających do opakowania, które miały też bardziej ulepkowatą strukturę. Z kolei sam wierzch lekko przeszedł ciasteczkową nutą.
Muszę jednak przyznać, że to niezła, mleczna biała czekolada ("lodowa"). Wyszła intensywnie, mimo cukrowości, drapiącej w gardle po paru sekundach.
Ta jako kawałki w masie w zasadzie była identyczna do czekolady-polewy na wierzchu. Po kontraście z lodami wydała mi się jednak jeszcze słodsza. Była tak słodka, że chwilami tłumiła aż resztę zawartości pudła.
Ciasteczka zatopione w czekoladę na wierzchu ledwo się wyróżniały, acz czuć, że smakowały bardziej słodko-kakaowo, wręcz czekoladowo, minimalnie gorzkawo.

Wspomniana masa lodowa pochwalić się wprawdzie mgła słodyczą niższą niż czekolada, ale kontynuowała zasładzanie. Sama w sobie była wysoce słodka, jednak cukier nie zagłuszył smaku zasadniczego. Czuć mleczną bazę, która wydawała się śmietankowa i taka... aksamitnie mleczna (?). Jak zacukrzona śmietanka... Śmietanka / mleko spienione... może nawet jak bita śmietanka? Słodka właśnie tak śmietankowo, trochę... ciasteczkowo? (Na pewno nie waniliowo jak klasyczne Magnumy.)

Wydawało mi się, że baza nieco przesiąkła ciasteczkami z sosu. Te były dodatkiem bardzo wyrazistym i wyróżniającym się. Przecinały słodycz niosąc goryczkę odrobinę przypalonych ciastek kakaowych. Lekko cierpkie, a mimo to również słodkie, kojarzyły się z typowymi, smacznymi ciastkami typu Oreo (bez kremu).
Masa-sos smakowała częściowo nimi - goryczkowatymi ciastkami, wyraźnie bardziej goryczkowato-kakaowo niż goryczkowato-palono. Miejsca, w których sos ewidentnie był sosem, zajeżdżały troszeczkę likierowo-truflowo, wciąż kakaowo. Raz czy dwa, jak władowałam do ust go samego więcej, wydał mi się lekko sztucznawy.
Ciastka zagarniane po sosowatym sosie szły w kierunku nasączonego, oreowatego brownie.
Z kolei ciastka z czekolady na wierzchu smakowały znacznie łagodniej. Ciastka z sosu były bardziej gorzkie od tych z wierzchu. Mimo to, gorzkości w tym pudle ogółem nie ma co szukać, bo sos tak mieszał się ze słodziuteńką masą lodową i czekoladą, że... ulegał im.

Po tym wszystkim sama czekolada wydawała się jeszcze słodsza, ale... i bardziej polewowa. Właśnie przede wszystkim ciężką, cukrowo-mleczną białą czekoladą z echem polewy wszystko to się zakończyło - z racji warstwy na dnie. Za silna słodycz już paliła w gardle i przeszkadzała. Zmuliło mnie od słodyczy, a także od jej polewowego wydźwięku (za każdym wielgachnym kawałkiem potrafiło się aż tak gorzej zrobić).

Po zjedzeniu został posmak białoczekoladowej, całkiem w porządku polewy i zasłodzenie cukrowo-cukrowe, wtłoczone w śmietankę. Czułam więc śmietankowość, błogą mlecznośc i ciasteczkowy posmak, co uprzyjemniło białoczekoladowość. Było smakowo ciężko, ale nie jakoś potwornie. Potworny to był cukrowy kac. Kakaowo-gorzkie ciastka też o sobie przypominały "na smak".  Niestety sama czekolada trochę za bardzo mnie zatłuściła, ale trochę tonowały to soso-ciastka.

Całość uważam za dobrą, ale trochę przyciężką przez białą czekoladę i mdląco-mulącą od białoczekoladowo-polewowej słodyczy. Podobała mi się czysta śmietankowa mleczność bazy, bo pasowała do ciastek (czuję, że wanilia to byłoby już za dużo tutaj), a i fajnie nimi przesiąkła. Niestety jednak sama baza była już bardzo słodka, więc słodycz czekolady to prawdziwa przesada. Ciastka dodano zacne: takie które nie walą spalenizną, ale smakują ciastkami bez dwóch zdań kakaowymi. Ogólnie sporo kakao uświadczyłam, także w maso-sosie, który dodał odrobinkę poważniejszego zabarwienia wszystkiemu. Mimo to, słodyczy odjęłabym dużo... bo to zasłodzenie totalne. Mniej białej czekolady (i najlepiej, by była mniej słodka), więcej kakaowych ciastek i mniej słodzona baza - tak to widzę! I, co ciekawe, akurat tłustość tego wariantu wydała mi się uzasadniona, odpowiednia, więc... to jeszcze bardziej irytuje - tylko cukier wiele zepsuł.
Lody nieźle oddają cookies and cream, ale... ich słodycz to jakaś pomyłka. Wprawdzie to dobra biała czekolada, ale tak mdląco-słodka, przygłuszająca całkiem przyjemne otoczenie, że to aż bez sensu.
Skojarzyły mi się z lodami Oreo 480 ml - też z ciasteczka i białą czekoladą. W Magnum czekolada biała była zacną białą czekoladą, tylko że zacukrzoną, a w Oreo kiepską i zbędną; w Magnum ciasteczka w większości zmieniono w sos, przez co w sumie nie są to lody z ciasteczkami, a do Oreo dodano kawałki markiz z paskudnym kremem. Obie bazy przyjemne, oreowa mniej słodka, ale z kolei magnumowa błogo puszysta... Jedne i drugie mają swoje wady i zalety. Decydując się na któreś trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce się czegoś, gdzie ciasteczka stoją na pierwszym miejscu (Oreo), czy główna rola ma należeć do białej czekolady (Magnum).
Sposób na sos podobał mi się bardziej w dzisiaj opisywanych (przeplecenie nim całej masy) niż w Double Chocolate Tub (dodany tylko na wierzchu).
Zacukrzone jeszcze bardziej niż Intense 70% (których jedyną wadą była cukrowość i tłustość czekolady; w dzisiaj opisywanych już samą bazę przesłodzono), w moim odczuciu też nieuzależniające. Obiektywnie jednak słodycz białej czekoladzie bardziej uchodzi (lecz nie znaczy to, że może być dużo za silna).


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: 17,99 zł (za 440 ml)
kaloryczność: 339 kcal / 100 g; 231 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka (17%), koncentrat odtłuszczonego mleka (proszek lub płyn), tłuszcz kakaowy, syrop glukozowo-fruktozowy, pełne mleko w proszku, oleje roślinne (całkowicie rafinowany sojowy, słonecznikowy), tłuszcz mleczny, mąka pszenna, odtłuszczone mleko w proszku, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (E471, lecytyny sojowe, E476, E442), syrop glukozowy, stabilizatory (E407, E410, E412), syrop cukru inwertowanego, aromaty, kakao w proszku, sól, substancja spulchniająca (E500)

czwartek, 7 stycznia 2021

lody Bailey's Chocolate Secret Ice Cream

Po Bailey's Coffee Delight Ice Cream bałam się drugiego smaku. A właściwie... może nawet nie bałam się, co byłam prawie pewna, że okażą się niesmaczne i nie miałam ochoty nawet ich otwierać. Był jednak problem, co z nimi zrobić, ponieważ lodów czekoladowych czy z sosem czekoladowym Mama nie lubi. Próbowałam też samą siebie przegadać, że co, jak jednak okażą się smaczne? Słabo to działało, ale w końcu uznałam, że otworzę je czym prędzej, by mieć z głowy.

Bailey's Chocolate Secret Ice Cream with the Taste of Bailey's to śmietankowe lody "z preparatem o smaku likierowym (4%) i śmietankowe lody o smaku waniliowe z sosem czekoladowym (13%)". Opakowanie zawiera 500 ml / 400 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-likierowy zapach z zaznaczonym żulowym alkoholem i sztucznością, a także czekoladowo-kakaowym akcentem w tle. Rysował się na wysoce słodkim tle bardzo śmietankowych lodów.

Lody, mimo że gęste i tłusto-kremowe jak to lody na śmietance, okazały się dziwnie miękko-spulchnione. Łatwo je nakładać, rozpływały się powoli i w zasadzie ich specyfikę czuć dopiero w trakcie jedzenia. Otóż były jak... oklapła, zamrożona bita śmietanka, a więc jeszcze dość puszyste, a przy tym straszliwie tłuste. Otłuszczały usta, a mimo pozornej lekkości, mnie wydały się ciężkie i tym właśnie męczyły. Tłustość, która nie tylko otłuszczała usta, ale zawierała jakby pewien poślizg... obrzydzała.
Lody składały się z dwóch części, co wyglądało na kiepskie wymieszanie: biała i beżowa. W ciemniejszej masie było parę gęstszych fragmentów, grudek - obstawiam, że to preparat likierowy.
Całość przeplatał sos. Był gęsty, zwarty i gładki. Był niczym... jakaś sosowa masa, w której rzadkawość jedynie się kryje. Rozmieszczono go średnio równomiernie, mieszał się z lodami, gdy te zaczynały się już bardziej topić. Przekopawszy się trochę przez pudło odkryłam, że wewnątrz przy ściankach były jakieś wielkie skupiska tego czegoś, co przy tym smaku uważam taką kumulację za minus.

W smaku sama baza lodowa przywitała się śmietanką i sztucznością. Słodycz była dopiero później, ale do niskich nie należała. Wyraźnie zaznaczyła się w niej sztucznie-likierowa nuta, nakręcana przez grudki preparatu. Te cechowała wysoka słodycz i w pierwszej chwili (każdorazowo) smak likieru bez alkoholu, a z chemią. Dopiero po pewnym czasie alkoholowość z nich dawała o sobie znać wyraźniej.

Czysto biała część wydała mi się nijaka, przesłodzona i śmietankowo-tłuszczowa, przy czym jej słodycz cechowało sztuczne echo. Nic konkretnego, a tłusta nijakość i tak ją wyprzedzała. Ta część podporządkowała się nieco wyrazistszej, zwłaszcza gdy już się przemieszały, lub gdy spróbowałam ją po wyrazistym sosie.

Nie była to jednak pozytywna wyrazistość. Sos czekoladowy smakował bowiem tanio. Uderzył alkoholem, a właściwie... spirytusem, takim... czystym, mało spożywczym, a następnie dorzucił do tego cierpkawo-cukrowy kakaowy motyw. Chemia goniła w tym taniochę i tandetę.

Po paskudnym sosie lody wydawały się jeszcze sztuczniejsze i nijakie. Myślę, że lepsze przemieszanie, przewinięcie ich sosem, a nie wielkie skupiska wyszłoby na dobre.

A tak? Po zjedzeniu małej ilości w ustach pozostawał posmak sztucznych aromatów likierowych i taniego spirytusu, wraz z obleśną tłuszczowością na ustach.

Całość była tragiczna. Słodko-tłuste, niewyraziste lody zabarwione sztucznym likierem i wymieszane z podle tanim, sztucznie-spirytusowym, pseudoczekoladowym sosem były po prostu bardzo niesmaczne, a ich struktura... obrzydzająca jak mało co innego. Jak zleżała, oklapnięta i zamrożona bita śmietanka, otłuszczająca niemiłosiernie usta. To było tak tłuste, że potem fizycznie miałam problem z dopłukaniem (zawsze płuczę naczynia przed zasadniczym myciem) miseczki i łyżek.
Po wyjątkowo malutkiej ilości uznałam, że za nic w świecie nie chcę mieć z nimi do czynienia, więc reszta powędrowała do Mamy. Ona dała  radę tylko ok. 1/3; resztę wyrzuciłyśmy. "Ta sama masa lodowa jakaś taka nijaka, żadna, czasami tylko tak bardziej alkoholowo i sztucznie się robiło, a jakby o smaku jakimkolwiek to zapomnieli. Jak wszystko sobie jak Monte wymieszałam, to da się zjeść, ale jak sam ten sos spróbowałam... no, ohydny, wali jak taki mocny spiryt, niespożywczy w dodatku, gorzki, tani" - zagarnęła większe łyżeczki poszczególnych części i aż jej twarz wykrzywiło - "Nie, jednak całościowo paskudne... i ta masa". Potem myjąc naczynia jeszcze dodała: "Fu, a jakie tłuste... jedząc to tak się nie czuło, ale tłustość rękami aż czuć. No, były ciężkie, tak dziwnie... Jak na bitej śmietance, to czy one nie powinny być lekkie?". I Mama nie zorientowała się nawet, że były dwa rodzaje bazy, w tym jedna z preparatem (pewnie te jej "bardziej alkoholowo się robiło").
Ech, jakie to one powinny być... można by długo pisać.
Nie myślałam, że kupując tak w miarę rozsądnie lody (patrzę na składy i wnioskuję, czy na pewno mi posmakują, bo lubię niestety drogie i duże) trafię na godną konkurencję dla chyba najgorszych lodów, jakie w życiu jadłam: Zielona Budka Happy Twist śmietanka-mango-marakuja.


ocena: 1/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł / 500 ml
kaloryczność: 254 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 37% bita śmietanka, mleko odtłuszczone, cukier, woda, glukoza, żółtko jaja, mleko w proszku odtłuszczone, fruktoza, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, 04% alkohol etylowy, miazga kakaowa, białka mleka, tłuszcz kakaowy, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; ekstrakt waniliowy, regulator kwasowości: cytryniany sodu, barwnik: karmel siarczynowy, substancja utrzymująca wilgoć: glicerol; aromaty

PS A dla tych, którym czekolady nigdy dość (jak dla mnie) zapraszam do malutkiej (dosłownie!) aktualizacji mlecznej Domori, a właściwie... dopisku-przemyśleń dotyczących neapolitanki.