Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weinrich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weinrich. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2020

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku kokosowo-rumowym

Nie bez powodu tę tabliczkę zostawiłam na koniec trzech alkoholowych nadziewańców zakupionych w Lidlu. Obstawiałam, że będzie najlepsza i łudziłam się, że posmakuje mi na tyle, że nie oddam Mamie. Nikt na nią więc nie czekał, mogła poleżeć. Kokos i alkohol? Mniam, ale! Pojąć nie mogę, dlaczego jak je łączą, to przeważnie jako pina colada, która do mnie nie przemawia (lubię kokosa z owocami, ale z czymś innym chyba jeszcze bardziej). Wprawdzie taki wariant smakowy uważam za w porządku, jednak kokos z rumem wydaje mi się o wiele atrakcyjniejszy (piracki hue hue).
A i sięgnęłam po nią szybciej, niż się spodziewałam, bo niedługo po niesmacznej Roshen Coconut Nougat, ponieważ to ona mi o niej przypomniała. Narobiła mi ochotę na dobre kokosowe nadzienie - kokosowe za sprawą aromatu. Zdecydowanie wolę naturalnego kokosa, ale do aromatu też nic nie mam (o ile występuje w czymś "z głową").

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku kokosowo-rumowym to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % nadzieniem kokosowym z rumem.

Po otwarciu uderzył mnie mocny aromat kokosa w wydaniu niemal cukrowo-słodko, na szczęście jednak charakternie... likierowym. Alkohol czuć wyraźnie, lecz mimo że nuta rumu ujawniła się dopiero z czasem, to nie spirytus. Do tego wyraźnie mleczna, choć nie jakaś głęboka, czekolada i mamy kompozycję bardzo apetyczną.

Przy łamaniu tabliczka wydała mi się w miarę konkretna, mimo że krucha. Nadzienie cechowała gęstość, choć od czekolady było minimalnie rzadsze.
Czekolada rozpływała się w gęsty, kremowy, ale proszkowy sposób z wodnistym efektem. Mimo to, całkiem mocno zalepiała.
Nadzienie zlewało się z nią, lecz było bardziej plastyczne i nie tyle wodniste, co mokre. Tłuste jak śmietanka, a więc lekko śliskawe. Rozchodziło się w nieco gumiasty sposób, ale też zalepiając. Skojarzyło mi się z częściowo stopioną czekoladą, a chwilami wydawało się lekko pyliste.

Sama czekolada uderzała cukrem, do którego dopiero po chwili dochodził nieco mleczny wątek i sugestia kakao. Na znaczeniu traciły jednak tak szybko, jak się pojawiały.

Nadzienie przebijało się nutą sztucznawego kokosa, ewidentnie zespojonego z alkoholem. Ten sam w sobie był niemal cukrowy, więc drastycznie wzrastała słodycz. Nadzienie smakowało słodko, ale już po chwili, gdy alkohol zaczął rozgrzewać, ujawniło smak mlecznej czekolady. Zaraz jednak wyszło, że niestety, tak jak wierzch to czekolada mleczna głównie z cukru z nutą polewowego kakao. Na myśl przyszedł mi kokosowo-mlecznoczekoladowy likier.

Cukier gonił cukier, razem z alkoholem drapał, a kokos beztrosko rozbrzmiewał jako słodki likier / aromat. Lekką goryczkę początkowo przypisałam aromatowi, lecz jakoś w połowie uderzył rum. Podkreślił odrobinkę cierpkości kakao, po czym ulotnił się. Przesadzona słodycz jednak pozostała. Na miejsce rumu weszła nienapastliwa, ale też nie przyjemna sztuczność. Trzymała się kokosa i słodyczy. Bliżej końca znów wyraźnie czułam jakby likier kokosowy, a mimo powalającej cukrowości, wreszcie wyłoniła się także mleczność.

W posmaku pozostał cukrowy likier kokosowy, słodki kokos z aromatu, sztucznawość ogólna i poczucie kakałkowo-mleczne (nie mlecznej czekolady). Wszystko to przełożyło się na przecukrzenie nie do przebrnięcia po dwóch kostkach.

O ile przy pierwszej kostce uznałam, iż choćbym miała umrzeć z przesłodzenia, tę czekoladę zjem (a nie oddam Mamie), tak przy drugiej ilość cukru i jednak sztucznawość mnie zmogły. Szkoda, naprawdę szkoda, bo to czekolada genialna... tylko że zepsuta cukrem (i syropem glukozowym? mam wrażenie, że to jego motyw "słodka sztuczność" mi tam pobrzmiewała). Ocenę naciągam, by wyróżnić ją na tle serii, ponieważ gdyby nie tyle cukru, mogłaby mieć i 10.


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, serwatka, miazga z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), 40 % nadzienie (cukier, czekolada mleczna: cukier, miazga kakaowa, mleko w proszku pełne, tłuszcz kakaowy, serwatka) 12 % rum o smaku kokosowym 60%vol, bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, kakao w proszku, aromat kokosowy, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

środa, 15 stycznia 2020

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku Marc de Champagne

Nie lubię likierów, zbyt słodkich alkoholi, ale w słodyczach mam tak, że te dobrze zrobione czekolady alkoholowe mi smakują. Niestety, takie według mnie zdarzają się wyjątkowo rzadko. Weźmy na ten przykład niedawno jedzoną Zotter Amaretto Marzipan - ok, raczej nie zakochałabym się w amaretto, ale w tej tabliczce go prawie nie czuć. Na ten moment nie podchodzi mi ogromna część alkoholowych słodyczy, nie chciałabym by np. ten Zotter walił wódą (bo i tak mi smakował), ale kilka dni nastawiałam się na "bardzo słodkie i alkoholowe nadzienie niezbyt w moim stylu" (przypominam, że ostatnio coś mi i marcepan nie leży). Szkoda mi było takiego psychicznego nastawiania się, więc parę dni później zdecydowałam się na tabliczkę, którą w zasadzie kupiła Mama, licząc, że mi nie posmakuje i wpadnie jej.

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku Marc de Champagne to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % mlecznym nadzieniem z okowitą Marc de Champagne.

Po otwarciu poczułam nienachalny, acz wyraźny zapach mocno słodkiej czekolady i "alkoholu z białych winogron". Minimalnie soczysty, ponieważ narzucona mu została śmietankowo-słodka ciężkość. To jednak nie negatywne stwierdzenie, gdyż obok zarysował się kakaowy wątek, wraz z alkoholowością dodający powagi.

Tabliczka wydała mi się dość konkretna, lekko pykała. Nadzienie kojarzyło mi się ze zbito-śliskim likiero-żelem. Maziste to, ale raczej zwarte niż plastyczno-miękkie.
W ustach czekolada zwróciła na siebie uwagę głównie proszkowością, jednak tego, że była kremowo-tłusta nie mogę jej odmówić. Jednak prawie nie zalepiała, a jej gęstość odebrałam jako pozorną. Rozpuszczała się szybko przez lekką (też prawie pozorną) wodnistość.
Nadzienie okazało się mniej wodniste, ale zarazem lżejsze od czekolady. Tłusto-śmietankowe, gładkawe, z lekkim proszkowo-scukrzonym efektem.
Niezbyt to spójne, bo czekolada znikała, a nadzienie trochę zalepić próbowało jako pseudoczekoladowa masa. Niby miało w sobie coś z czekolady, ale nie pasowało do tej mlecznej. Mam wrażenie, że po prostu za dużo tu takiej mlecznej czekolady w stosunku do nadzienia.

Czekolada przywaliła mi cukrem, gonionym przez jeszcze więcej cukru i mleczno-maślany smak. Wydała mi się lekko kakałkowa, acz w tej cukrowości smak był zgłuszono-wodnisty.

Nadzienie przebijało się jako rześka i zarazem straszliwie słodka nuta. Sugestia alkoholu przebiła cukrowość, co umożliwiło rozlaniu się ogromowi śmietanki. Śmietanka zalała całą słodycz, wymieszała się z nią spójnie. Alkohol rósł leniwie, acz zdecydowanie jako smak jasnowinogronowy. Bez problemu poczułam smak, za którym nie przepadam: szampan. Lekko soczysty, owocowo-słodki i zmieniający się w coś bardziej likierowego.

Wydawało się bowiem, że cukier zamiast się rozpuszczać i znikać, jest ciągle dosypywany. Śmietanka przyszła z pomocą. Obudowała go białoczekoladowym, błogim smakiem. Mniej więcej od połowy rozpływania się kęsa dałabym sobie rękę uciąć, że to czekolada nadziana likierem śmietankowym lub białoczekoladowym. Alkohol był wyraźny, ale nie uderzał do głowy ani w sumie nie szczypał, nie rozgrzewał gardła. Jego smak wyszedł zaskakująco czysto.

Pod koniec trochę odciągnął uwagę od cukru, zrobiło się śmietankowo, a po chwili zostałam z posmakiem śmietankowego likieru w ustach. Dobrej jakości, ale niestety do pary z przecukrzeniem tak silnym, że po kostce aż mi serce łomotało.

Całość widzę jako bardzo dobrą tabliczkę, którą zepsuto nadmiarem cukru. Wyraźnie czuć w niej szampana, choć i poczucie likieru śmietankowego,  białoczekoladowość były silne. Nadzienie naprawdę wysokiej jakości, więc myślę, że gdyby jeszcze dodać lepszą (mniej słodką!) czekoladę, byłoby super. Śmietankowa, nie zaś cukrowa czekolada i... może nawet mi ta tabliczka bardziej by smakowało. Tu bowiem pojawia się kwestia taka, że... no tak, wyjątkowo zgodna z tytułem, szampańska jak mało co, a ja... właśnie takich alkoholi nie lubię. Likier śmietankowy? Biała czekolada? Niee... Jednak zostało to tak zrobione, że gdyby tak dodano mniej cukru, jako ciekawostkę zjadłabym z przyjemnością.
Aż nie wiem, do czego się odnieść. Wydała mi się słodsza od np. Magnetic Czekolada deserowa z nadzieniem kokosowym i na pewno od swojej siostry wódkowo-cytrusowej Weinrich Trufle.

Większość trafiła do Mamy i... szok. I ja byłam w szoku, i ona. Ona dlatego, że czuć szampana jak na dłoni, a ja, że dlatego stwierdziła, że nie będzie jadła, a odda komuś. O co chodzi? Otóż liczyła, że wyjdzie to o wiele gorzej, czyli jak "mleczna z jakimś alkoholem", bo Mama smak szampana lubiła (jak piła, obecnie nie pije w ogóle), ale słodyczy z szampanem nie (a z wszelkimi innymi słodkimi alkoholami uwielbia). Tym to mnie zastrzeliła. Stwierdziła, że "jest w szoku, że aż tak dobra jakościowo, tak wyrazista czekolada jest w Lidlu".


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: 60 % czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, pasta z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), nadzienie z okowitą Marc de Champagne (cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, śmietanka w proszku, serwatka, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii; 11% okowita Marc de Champagne, bezwodny tłuszcz mleczny, aromat szampana, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

wtorek, 27 sierpnia 2019

Weinrich Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku wódki i cytryny

Mama nie cierpi ciemnej czekolady, ale lubi słodycze z alkoholem (a oprócz tego jest niepijąca), więc często zdarza jej się narzekać, dlaczegoż to producenci prawie nigdy nie robią mlecznych z alkoholem. Gdy tylko powiedziałam jej o nowościach w Lidlu (nowościach w chwili mówienia, nie dniu pojawienia się recenzji), poleciała po nie. Znając moją miłość do recenzowania serii, kupiła mi wszystkie trzy smaki (sobie zaś tylko jeden, licząc, że i tak większość wpadnie jej). Nie ukrywam, że i ja byłam ciekawa, co też tabliczki Weinrich's kryją... Wyglądały na ciekawe, jednak po Das Exquisite Mouse au Chocolate nie wiedziałam, jak takie truflowo-alkoholowe nadziewańce odbiorę i - wiedząc, że Mama czeka w napięciu (czy jej wpadną, czy ma iść i kupić sobie) - wzięłam się do dzieła. Najpierw sięgnęłam po smak, który mimo tytułowej wódki (której nie lubię), kojarzył mi się miło, bo z tequilą i Zotter Tequila with Salt and Lemon.
W trakcie pisania tego wstępu jednak coś mi zaświtało: nazwa marki wydała mi się znajoma. Trochę poszukałam i... kiedyś to nawet wiedziałam! Weinrich (Ludwig Weinrich GmbH & Co) to producent czekolad Vivani (do których w sumie mam obojętny stosunek), a niegdyś stał za lidlowymi Bellarom. I już wszystkie smaki zaczęły mi się wydawać apetyczne.

Weinrich's Finest Chocolate Trufle Czekolada mleczna z nadzieniem o smaku wódki i cytryny to mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao z 40 % nadzieniem cytrynowym z wódką.

Po rozchyleniu sreberka poczułam cytrynowo-limonkową kwaśność i stonowaną słodycz mlecznej czekolady. Po jakimkolwiek podziale kostek, nasiliły się cytrusy. Pojawiła się goryczkowatość i alkoholowy, zaskakująco nienachalny, wątek.

Tabliczka okazała się jako tako twarda, ale łamiąca się łatwo, bez trzasku.
Przy podziale kostek zdziwiłam się. Nic się nie uginało. Grube warstwy czekolady skrywały bowiem dość zwarte, gęstawe nadzienie. Jedno. A grafika na opakowaniu według mnie sugeruje dwa.
W ustach rozpływało się to z łatwością, błogo i dość szybko. Czekolada miękła nieco leniwie i zalepiała swą tłustawą kremowością. Wydała mi się nieco wodnista (za sprawą cukru?).
Nadzienie z kolei to rzadkawy, ale też miękki i bardzo wilgotny... krem po prostu. Doskonale pasował do kremowego wierzchu. Wyciskał się i rozpływał znacznie szybciej, również trochę wodniście, acz z mazistym efektem. Zawierał także lekki element alkoholowego scukrzenia, wzmocnionego pylistością.

W smaku czekolada wydała mi się już od początku głównie słodka i przesiąknięta alkoholowo-cytrusowym nadzieniem. Znacząca była w niej maślaność, przez co skojarzyła mi się trochę z toffi.

Nadzienie przebijało się po paru sekundach nasilającym się alkoholem w nieprzesadzonej ilości i smakiem cytrusów. Następnie roztoczyło swoją silną słodycz, spójną z czekoladą.
Alkohol wydał mi się wręcz lekko gryzący w język i rozgrzewający gardło. Mieszał się przy tym z przesadzoną, cukrową słodyczą.
Cytrynowa kwaśność wyszła soczyście i dodała nadzieniu rześkości. Minimalna goryczka doskonale wymieszała się z mocnym alkoholem. Ten po chwili trochę odpuścił.
Po szarży dodatki pozwoliły trochę rozejść się mleczności. Nadzienie w udany sposób wpasowało się w maślaną czekoladę, ale wydało mi się bardziej od niej mleczne. Mimo że również słodkie, to dzięki cytrynie i alkoholowi sprawiło, że słodycz była bardziej do zniesienia.

Zamykała to cukrowość i mleczność czekolady z soczyście cytrynowo-limonkowym smaczkiem, nakręconym przez alkohol.

W posmaku pozostała cytrusowość, a więc kwaskowatość i poczucie silnego alkoholu oraz zacukrzenia. Taka... ordynarna wódkowość, za którą nie przepadam, ale również mlecznoczekoladowość. Na i w ustach czułam dziwny tłuszczono-alkoholowy efekt (takie "podsuszenie"?).

Tabliczka wyszła... dobrze, acz nie dla każdego. Według mnie za cukrowa, mimo że całkiem maślano-mleczna przy tym. Wilgotność nadzienia i ogólna kremowa miękkość wyszły pozytywnie, mimo że nie w moim stylu. Niby dobrze, że nie było to tłuste, ale z kolei ta "wodnistość" wywołana przez chyba cukier mi nie odpowiadała. Smak... mocny pod każdym względem. Mocno słodki, mocno alkoholowy. Nie był przy tym tani czy chamski, po prostu adekwatny do tytułu. A cytryna? Wyszła przyjemnie cytrusowo (tak ogólnie - nie wiem dlaczego, ale ciągle wydawało mi się, że czuję też limonkę), kwaśno-goryczkowato. W całej tej słodyczy i alkoholu nie czuć, że to tylko olejek, ale sama nie jestem przekonana do cytryny przy takiej cukrowości i w ogóle... Kojarzyło mi się to troszeczkę z cukrowo-nadziewaną i alkoholową wersją Montezuma's Sea Dog Dark Chocolate with Lime and Sea Salt.
Wprawdzie mój limit na cukier i taką miękkość pozwolił mi tylko na cztery kostki, ale jakości odmówić nie sposób. Gdyby to było mniej cukrowo-wodniste, a bardziej gęsto-mleczne i mniej słodkie... byłoby cudownie, pewnie nawet mogłoby kojarzyć się z alkoholowymi Zotterami. Mama optowała, bym wystawiła 8, ale nie. 8-ki z przyjemnością zjadam sama.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl (Mama kupiła)
cena: 3,49 zł (Mama zapłaciła)
kaloryczność: 496 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, miazga kakaowa, bezwodny tłuszcz mleczny, serwatka, miazga z orzechów laskowych, lecytyna sojowa, ekstrakt z laski wanilii), nadzienie (cukier, czekolada mleczna: cukier, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, tłuszcz kakaowy, serwatka; 12% wódka, bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowy, kakao w proszku, olejek cytrynowy, substancja utrzymująca wilgoć: inwertaza

niedziela, 14 stycznia 2018

Vivani 92 % Cacao Panama ciemna

Marka Vivani jest mi obojętna. W asortymencie ma też smaczne tabliczki, ale wydaje mi się trochę... eko-bio-bla-bla, nie sądzę, by ich kakao było z najwyższej półki (choć złe też nie), ale ostatnio ciągle brakowało mi kakao w czekoladach, więc w dniu, w którym po tę czekoladę sięgnęłam, czułam, że może mnie usatysfakcjonować.

Vivani 92 % Cacao Panama to ciemna czekolada o zawartości 92 % kakao z Panamy słodzona cukrem kokosowym.

Po otwarciu poczułam bardzo delikatny, prosty, ale nawet przyjemny zapach. Był rześko karmelowo-kwiatowy i z odległą, mglistą sugestią brzoskwiń, wkomponowaną w dym i palone klimaty.

Przy łamaniu tabliczka wydawała z siebie pyknięcia, a w ustach rozpływała się nieprzyjemnie, bo... jakby wcale tego nie robiła. Znikała szybko, ale bez jakiegokolwiek poczucia czekoladowości. Czułam, że kawałek znajdujący się w ustach był tłusty (pozostawiał też tłustość na ustach), a tak to... wodnisty. Skojarzyło mi się to z produktami typu "pitna czekolada - wsyp proszek do kubka i zalej wodą" (nigdy nie próbowałam, ale widziałam: zdjęcie składu takiej Magnetic z internetu).

Smak okazał się zaskakująco łagodny. W pierwszej chwili poczułam sugestię dymu, ale nawet nie jakiekolwiek palenie. Na pewno nie było to gorzkie czy jakkolwiek wyraziste. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że smak był strasznie rozwodniony.

Mimo to, gdzieś z tyłu próbował przebić się delikatny kwasek... przez chwilę może nawet cierpko-taninowy, ale przez większość degustacji ukryty, ujawniający się raczej jako "sugestia owoców w tle". Poczucie to napędzała zamglona słodycz - bardzo delikatna (jak wszystkie smaki). Ona kojarzyła mi się z czymś... słodzikowo-owocowym. Rześka i troszeczkę chłodząca również wpisała się w wodnistość.

Pod koniec delikatniusieński dym (dymek?) łączył się z chłodkiem i pozostawał jako... posmak (bezsmak / lekkie poczucie?) Bardzo płaski posmak wodnistej czekolady z dążeniem do smakowania dymem i owocami.

Nie smakowała mi, bo... była prawie żadna. Strasznie płaska, delikatna. W życiu nie powiedziałabym, że miała 92 % kakao - obstawiałabym góra 60-70 % i mnóstwo tłuszczu kakaowego. Nie była też słodka, co normalnie by mnie ucieszyło, gdyby... w ogóle czymś smakowała. Tak od biedy może i bym ją zjadła, gdyby nie wodnista konsystencja i pozostawianie "świadomości tłustości". Płaska w każdej płaszczyźnie, że aż oddałam ją Mamie, która stwierdziła: "Mogę wypluć?! Fu, to ma czymś smakować? jak piołun tylko" - cokolwiek to znaczy.


ocena: 3/10
kupiłam: Kaufland
cena: 9-10 zł (za 80 g; nie kojarzę dokładnie)
kaloryczność: 648 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, cukier kokosowy

czwartek, 13 kwietnia 2017

Vivani Weisse Erdbeer Joghurt biała jogurtowa z truskawkami

Aż strach pomyśleć, ile zwlekałam z tą recenzją. Znaczy... no, nawet nie chce mi się liczyć. Zanim zjadłam te dwie kostki otrzymane od Agnieszki (dziękuję! <3), bardzo długo sobie u mnie poleżały, a zanim wzięłam się do pisania recenzji... Chyba padł jakiś rekord. Moja niechęć do białych czekolad ostatnio strasznie daje się we znaki i... właśnie fakt, że to biała działał tu najbardziej na niekorzyść czekolady - kto by pomyślał jeszcze jakieś dwa lata temu? To, że to czekolada z truskawkami (i to z jogurtem) za to... sprawiło, że jednak się za nią wzięłam. Dziwny jest ten świat.

Vivani Weisse Erdbeer Joghurt to biała czekolada jogurtowa z truskawkami, w której jogurt to 8 %, a truskawki 2 %.

Po rozchyleniu papierka poczułam mocny i świeży zapach (przypominam, że czekolada była otwarta dość długo), który był zaskakująco jogurtowy z truskawkowym akcentem i (no jednak nie obyło się bez tego) maślanej białej czekolady. Można jednak powiedzieć, że jogurt-truskawka i biała czekolada się zrównały.

Czekolada była tłusta, jak to biała, ale nie jakoś przesadnie i pełna miękkawych drobinek truskawek. Rozpuszczała się kremowo, w której to kremowości te drobinki jakoś zanikały. Szkoda, że je tak podrobili, bo i smak był taki "rozproszony".

Zachowując jednak właściwą kolejność, muszę napisać, że w pierwszej chwili (podobnie jak w zapachu), to jogurtowość mnie witała, jednak bardzo szybko opływała ją słodycz i maślany smak tłuszczu kakaowego. Po paru sekundach robiło się głównie białoczekoladowo, chociaż wciąż z  jogurtowo kwaskowatym motywem. Nadawał on rześkości tej maślanej tabliczce, ale nie w takim stopniu, jakbym sobie tego życzyła, bo z czasem nakręcał się też drugi smak typowy dla białych czekolad.

Mam tu na myśli słodycz. Może nie była przesadzona, ale według mnie za bardzo ingerowała w jogurtowość i niosła smaczek, obecny w całej tabliczce (znaczy się... w moim przypadku w kostce, ale pochodził z czekolady, nie z kawałków owoców), kojarzący mi się z różowiutkimi lizakami, gumami i cukierkami truskawkowymi. Nie było to silne, ale tak "cukierkowo" zalatywało, co wystarczyło, by mi nie pasować. Pod koniec, gdy truskawkowa drobnica bardziej się odsłaniała, robiło się bardziej truskawkowo w świeżo owocowy sposób.

Wraz z jogurtem truskawki uraczyły mnie nieco mocniejszym, rześkim kwaskiem i na sam koniec, ale wtedy też wzrosła słodycz. Cukrem nie jechało, ale kostka wystarczyła, by nie chcieć ruszyć więcej, by nie psuć tego dość niezłego efektu, bo mogło się zrobić słodko-nużąco przy większej ilości.

Żałuję, że nie zrezygnowali z części tłuszczu kakaowego na rzecz większej ilości jogurtu. Jakoś mi ten maślany smak po prostu nie pasuje do jogurtowo-owocowej czekolady. To samo z truskawkami... mogli dać ich więcej. I to większych kawałków, albo też i sproszkowane. Myślę, że jak na ten smak (biała truskawkowo-jogurtowa) jest niezła, ale jednak z niedociągnięciami, w którym największym niedociągnięciem jest za słaby tytułowy smak.


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 565 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: masło kakaowe, cukier trzcinowy nierafinowany, odtłuszczone mleko w proszku, odtłuszczony jogurt w proszku (8%), śmietanka w proszku, serwatka w proszku, truskawki (2%), naturalny aromat truskawkowy

niedziela, 12 marca 2017

Vivani Ecuador 70 % Chili ciemna z Ekwadoru

Są marki czekolad, które "na dany moment niezbyt mnie interesują". Jedną z takich jest Vivani. Prawda, ich kawowa jest jedną z najlepszych, jakie jadłam, ale z kolei ciemna z marcepanem była taka sobie. Biała z wanilią... kiedyś mnie zachwyciła, po powrocie do niej uznałam, że jest smaczna, ale jadłam lepsze białe (np. Domori, Original Beans). Biorąc to pod uwagę stwierdziłam, że jak już po któreś sięgać, to nie po nadziewane. A skoro w ofercie mają ciemną z chili... To jaką tu niby wybrać, jak nie z uwielbianym dodatkiem?

Vivani Ecuador 70 % Chili to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao Arriba pochodzącego z Ekwadoru z chili.

Po rozchyleniu papierko-sreberka zobaczyłam bardzo ciemną tabliczkę oraz poczułam zapach... rzeczywiście ciemnej czekolady. Plątały się tu nuty prażenia, naprawdę minimalna słodycz - jakby coś kwiatowego. Wszystko wskazywało na moc kakao, ale w dość łagodnym wydaniu. Diabeł tkwi w szczegółach? Dodatek dobrze się kamuflował.

Dopiero po przełamaniu, któremu towarzyszył głośny trzask raczej cienkiej, ale twardej czekolady, zobaczyłam spore kawałeczki i pesteczki suszonych papryczek. 

Po zrobieniu kęsa, czekolada zaczynała powoli się rozpuszczać w sposób dość tłustawy, kremowy, ale jednak z pewnym sucho-pylistym efektem w tle. Przyznam, że podobało mi się to, bo nie było za tłusto, ale wolałabym coś bardziej szorstkiego (zbytnia kremowość nie pasuje mi do chili).

Najpierw czułam cudowną gorzkość kakao i trochę słodyczy. W pierwszej chwili wydało mi się to prostym połączeniem zwykłej, ale smakowitej czekolady, jednak z czasem słodycz zaczęła stawać się nieco kwiatowa. Nie była zbyt nachalna, zwłaszcza kiedy pojawiały się mdłe przebłyski papryczek. Wtedy robiło się jeszcze bardziej gorzko-palono, ale wciąż względnie łagodnie, by nagle...

Do głosu doszedł "wyciskać łez". Rozgryzłam bowiem parę kawałków wyłaniających się z czekolady. Ostrość przy nich była tak mocna, że na moment odwracała uwagę od czekolady. Raz i drugi poczułam się, jakby zaraz autentycznie miały mi zacząć lecieć łzy, po czym pikanteria spływała do gardła, łagodniała tam, a czekolada w ustach robiła się... słodziutka i wręcz "milusia". 

Kwiatowa słodycz, kojarząca mi się z petuniami, rosła, jednak nie do stopnia przesady i odkrywała jakby nieco mleczną nutkę. Końcówka była łagodna i w dużej mierze słodkawa, choć wciąż ciemnoczekoladowa.

Taki schemat powtarzał się przy każdej kostce. Prosta, raczej gorzka czekolada, mocna ostrość i łagodna, kwiatowa słodycz - 3 fazy. Przypuszczam, że moc chili, która ujawniała się tylko chwilami przy kawałkach papryczek, podkreślała na zasadzie kontrastu tę łagodność, słodycz. Z jednej strony wyszło ciekawie, a z drugiej... wolałabym cały czas ciemnoczekoladową gorzkość i chili, niż "słodziaśną" końcówkę. Myślę, że lepsze wkomponowanie dodatku (np. bardziej zmielone i wszechobecne chili) mogłoby to zmienić.
Tak czy inaczej, to bardzo smakowita czekolada warta polecenia. Na pewno jest mniej słodko-tłusta i znacznie ostrzejsza, głębsza od Lindta Excellence Chili, a cenowo porównywalna. Zabrakło mi tu jednak mocniejszego charakteru ekwadorskiego kakao, którym rozpieściła mnie np. czekolada Tesco finest.


ocena: 9/10
kupiłam: sklep ze zdrową żywnością w Krakowie
cena: 11 zł
kaloryczność: 591 kcal / 100 g
czy kupię znów: w sumie możliwe

Skład: masa kakaowa, cukier trzcinowy nierafinowany, tłuszcz kakaowy, suszone chili