Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: dynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: dynia. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 kwietnia 2026

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees ciemna 60 % z żurawiną, sezamem, pestkami dyni i komosą ryżową

Ta tabliczka bardzo mnie zaintrygowała, bo rzadko spotyka się czekolady z ziarnami. A to wydaje się właśnie całkiem przyjemny sposób na pestki. Tych bowiem jakoś nie umiem jeść samych (a np. orzechy za to jak najbardziej). Kupując, myślałam, że może być naprawdę niespotykana i od razu pomyślałam, że musi wieńczyć wejście na jakieś wyższe miejsce w górach. Niestety, choć gdy tak szłam z Kopskego Sedla widoczność się poprawiła, kiedy wyszłam na Chata pri Zelenom plese, na niebie zaczęło zbierać się coraz więcej chmur, zasłaniających szczyty. Czekoladzie tej wymyśliłam sesję na Wielkiej Świstówce (w Polsce znanej jako Rakuska Czuba), ale zaczęłam obawiać się, że z widoków nici. Poniekąd miałam rację, bo nie było nic widać, a chmury odsłaniały widoki dosłownie na parę sekund co parę minut... Tak, uparłam się, by coś uchwycić i dość długo tam spędziłam. Czy tabliczka była tego warta? Potem zeszłam do parkingu Biela voda, mijając stację kolejki i Skalnaté pleso.

Dolfin Chocolat Noir - Puur - Dark Cranberries & Graines grillees to ciemna czekolada o zawartości 60% kakao z żurawiną i prażonymi pestkami: dynią, sezamem i komosą ryżową / quinoa.

Po otwarciu rozszedł się palono gorzki i słodki za sprawą karmelizowania zapach. Wyraźnie czułam niemal wytrawny, prażony sezam, niedookreślony motyw orzechów i pestek oraz lekką soczystość czerwonych owoców. Do głowy przyszedł mi likier... trochę palono kawowy? Kawowo-kokosowy? Po przełamaniu i w trakcie jedzenia nasilił się znacząco motyw owoców tak, że w sumie można rozpoznać żurawinę.

Tabliczka trzaskała średnio głośno podczas łamania, mimo że była bardzo twarda. Przekrój ujawnił sporo drobnych rozmaitości. Ogólnie dodatków znalazło się w niej tak wiele, że aż trudno zrobić kęsa bez nich - w domu, by się w nią wczuć, uważanie spiłowałam z brzegu trochę czekolady nożem.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, jawiąc się jako maślano kremowa i gęsta. Odebrałam ją jako zbitą i uparcie zachowującą kształt. Mocno trzymała przy tym dodatki. Wydaje mi się, że miejscami wystąpiły w formie zlepko-grudek, ale w większości raczej osobno. Żadne z nich nie wydawało się specjalnie karmelizowane, acz z rzadka coś cukrowego się z nich nieco rozpuszczało. Gdy tak ją jadłam, raz po raz wracało wrażenie, że jest nazbyt mocno najeżona. Ze względu na to, jak dodatki trzymały się czekolady, wolałam zostawiać je na koniec. Gryzione wcześniej żurawina i komosa były nieco twardsze, acz nie mocno. Wszystkie okazały się bardzo małe. Sezam i dynia z kolei cały czas zachowywały się tak samo.
Ilość i wielkość dodatków jakby dopraszały się o gryzienie wcześniej, acz ja i tak głównie zostawiałam je już na koniec.
Dodatki gryzione na koniec były średnio wyrazistsze w kwestii tego, czym właściwie były. Pestki dyni mocno posiekano. One i sezam trochę się do siebie upodobniały. Były trzeszcząco-miękkawe, ale nie miękkie. Drobinki żurawiny to jędrno-soczyste kawałeczki, skórki i pojedyncze pesteczki o lepkawo-miękkiej, ale dość zwartej strukturze. Sezam trzeszczał. Malutkie kulki komosy ryżowej przeważnie były bardzo twarde i chrupiące, kojarzyły mi się z pełnymi chrupkami zbożowymi. Nieliczne nasiąkały i szły w papkowatym kierunku.
Dominowała komosa, potem żurawina. Sezamu było trochę, dyni miałam wrażenie, że mało.

W smaku pierwsza ruszyła odważna słodycz, w której wiele do powiedzenia miał karmel i konkretnie motyw karmelizowania.

Gorzkość snuła się za słodyczą i nawet nie próbowała jej dorównać. Miała nieco palony wydźwięk i zwłaszcza na początku kojarzyła się z kawą. Potem wiele zależało od układu dodatków i rozkładu sił wśród nich.

Czasem żurawina dość szybko zdradzała swoją obecność subtelnym splotem kwasku i słodyczy, czasem prawie nic się nie odzywało. Sporadycznie przewijał się mocniejszy akcent karmelizowana - obstawiam, że od nich.

Gorzkość, z nadrzędną słodyczą wszędzie wokół, zaserwowała nieco likierowy wydźwięk. Kawowo-jakiś, niedookreślony. Może kawowo-kokosowy? Na pewno palony, co żurawina pobrzmiewająca w tle jeszcze podkreślała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa obok gorzkawości stanął jeszcze motyw maślany. Czasem oleiście-wytrawniejszy, jakby oleju sezamowego? Rzadko jednak.

Gdy spróbowałam odrobinkę czekolady osobno z paru różnych miejsc, wydała mi się lekko przesiąknięta dodatkami, a dokładniej motywem karmelizowania i ziaren.

Ogólnie z czasem czuć w niej też motyw pestek, niezbyt konkretny, ale jednak. Czasem mocniej przemknął sezam, bardzo rzadko akcent zbożowo-kartonowy. Przy mieszaninie tego wszystkiego raz po raz odnotowywałam też aluzje do  kokosa w samej bazie.
Gdy z ciekawości gryzłam dodatki obok, czuć je. Sama baza starała się wtedy jawić jako bardziej gorzkawa-cierpka, palona, ale ogólnie wydawała się prostsza, bliska plastikowej. Dodatki zaś... Wychodziły różnie wyraziście. Sezam w miarę się przebijał, dynia niezbyt, komosa wydawała się nijaka. Żurawina przebijała wszystko kwaśnością.

Końcowo czekolada robiła się bardzo maślana, ale nie zapomniała o palonej, teraz już wręcz cierpkiej, nucie. Słodycz trochę za bardzo sobie pozwalała, ale nie czułam mocnego przesłodzenia.

Dodatki gryzione na koniec wyszły lepiej, bo smakowały sobą, a słodka baza im nie przeszkadzała. I tak jednak zazwyczaj czułam niedookreślony miks. Tylko co jakiś czas coś odzywało się wyraźnie. Przeważnie smak czy to dyni, czy sezamu czy komosy przemknął i mieszał się z resztą.
Niewątpliwie jednak żurawina trzymała się raczej kwaśności, ale i słodycz w niej czuć.
Pestki czasem smakowały sobą, czyli dynią, ale ogólnie były bardzo nieśmiałe. Zupełnie zapomniały o karmelizowaniu. Sezamowi lepiej szło wyskakiwanie z tego tłumu, ze względu na swój prażony, wyrazistszy i wytrawniejszy to. Najwyraźniej wyszedł właśnie wytrawny, prażony sezam, potem dynia, a tuż za nią końcu komosa ryżowa. Ta przypominała nijakie chrupki zbożowe, ryżowe - jakiekolwiek - o dość neutralnym smaku.

Po zjedzeniu zostawał posmak głównie dodatków w różnych układach, a także echo cierpkiej i jednocześnie przesłodzonej czekolady. W zestawieniu z dodatkami jawiła się jako trochę likierowa. Dodatki utrzymywały się czasem na równych prawach, czasem któryś dominował. Kwaskawa żurawina nie miała z tym problemu. Sezamowi czasem udawało się wyłonić, dyni rzadziej. Komosa odpuszczała. 

Czekolada mnie trochę rozczarowała, bo pestki dyni i sezam mogłyby wyjść naprawdę charakternie, gdyby dyni tak nie posiekano, a sezamu dodano więcej. Po prostu, tylko tyle i aż tyle. Żurawina była podrobiona tak bardzo, że dawno takiej nie widziałam. Też niepotrzebnie. Komosa to dodatek zbędny, nudny, bo nic nie wnosił. Wyszedł z tego śmietnik dodatków bez wyraźnego charakteru. Sama baza po prostu w porządku - właśnie przydałyby się jej lepsze dodatki. Dużo tu gryzienia, gryzienia, ciamkania, ciamkania i tyle... Można zjeść, ale kompletnie bez emocji.
Na podobną dolegliwość cierpiała Zdrowa Sowa Czekolada z Bakaliami 72 % Ekwador.


ocena: 7/10
kupiłam: SmaczaJama.pl
cena: 16,90 (za 70g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, żurawina 6%, mieszanka pestek 3% [karmelizowane pestki dyni i komosy ryżowej (pestki dyni, komosa ryżowa, cukier), sezam], tłuszcz kakaowy, emulgator: lecytyna sojowa; naturalny aromat waniliowy

piątek, 28 listopada 2025

SOL Creamy Vegan 40 % wegańska orzechowa "mleczna" z orzechów nerkowca z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną

Tę czekoladę dostałam gratis i choć mówi się, by "darowanemu koniowi w zęby nie zaglądać", żałowałam, że padło akurat na coś takiego. Nawet specjalnie nieczytając składu, dziękując za przesyłkę i gratis, zapytałam właścicielkę marki, czym właściwie ten gratis jest. Otrzymałam odpowiedź, że wegańską, zdrowszą alternatywą dla czekolad Kinder i im podobnych. Po takim opisie, będąc sceptyczną do wegańskich zamienników, uznałam, że drobiażdżek ruszy ze mną w góry. Gdy parę dni przed wyjazdem przepisywałam skład, trochę zwątpiłam. Czy aby na pewno? Zamiennik Kinder? Skład dzisiaj przedstawianej czekolady bardzo mnie zaskoczył. Nie miałam pojęcia, że można jakoś wykorzystać białko dyni oraz że istnieje coś takiego jak herbata gryczana. Gdy zgooglałam, znalazłam coś, co wyglądało jak po prostu prażona gryka. W tabliczce Sol wystąpiło jednak i to, i po prostu "gryka". Ta herbata ponoć w smaku jest "słodkawa, z zaznaczoną nutą prażoną, lekko orzeszkową". Kolejną ciekawostką była Pouteria lucuma. Nie zdziwiłam się, że już jadłam jakąś czekoladę z nią (Vosges Raw Almond Butter 80 % Cacao with Lucuma), ani że zapomniałam, czym jest. Musiałam sobie przypomnieć: lucuma to owoc zielonego drzewa Pouteria lucuma, rosnącego głównie w górach Ameryki Południowej. Nazywa się go złotem Inków, bo jest bardzo zdrowy. Ponoć mimo kremowości, kruszy się, a smakuje bardzo słodko jak syrop klonowy lub bataty z toffi. Wracając do malutkiej tabliczki Sol... Po składzie powiedziałabym, że to kompozycja o wiele bardziej złożona niż zamiennik Kinder. Przez moment się zawahałam, czy przypadkiem w górach mi coś nie umknie - może lepiej jednak zabrać się za to w domu? W końcu jednak uznałam, że na wypadek, gdyby była dziwna nie po mojemu, bardzo słodka to jednak bardziej tolerancyjna będę w górach. Otworzyłam ją na szczycie Ostre, na który przybyłam ze szczytu Sip. Poszłam z niego dalej żółtym do Žaškovské sedlo, a potem zielonym do Sedlo pod Ostrým. Z niego odbiłam na wspomniane już Ostre, ponapawałam się widokami, porobiłam zdjęcia czekoladce i ruszyłam kawałek z powrotem do Sedlo pod Ostrým. Stamtąd już zeszłam żółtym do Ľubochňa i asfaltem do Stankovany.


SOL Creamy Vegan to orzechowa czekolada o zawartości 40% kakao nugatowa / z pastą nugat z orzechów nerkowca / orzechowa "mleczna" wegańska z białkiem dyni, ryżem, gryką, lucumą i herbatą gryczaną.

Po otwarciu poczułam motyw gryki i ryżu, co trochę skojarzyło mi się z herbatą z prażonym ryżem, ale nie zupełnie. Chodziło bardziej o ten prażony motyw - choć też nie tak jednoznacznie - ryżu. Mieszał się z orzechową mąką, ale i samymi orzechami. Wydały mi się z jednej strony lekko gorzkawe, jak czasem włoskie, a z drugiej... Nerkowcowe? Obok stała słodycz: mieszanina melasy, rześkiego karmelu (cukru kokosowego), kwiatów oraz fuzji syropu klonowego i miodu gryczanego, ale bez specyficznego elementu drapania, jaki pojawia się w miodach. Słodycz miała w sobie coś z ciasta ze słodkich warzyw: dyni? batatów? Ale znów: żadne z nich nie było jednoznaczne.

Cienka tabliczka była w dotyku sucha, a przy łamaniu, mimo że twarda, trzaskała lekko. Sprawiała wrażenie kruchej.
Szybko okazało się, że dodatki dodano do niej zmielone.
W ustach rozpływała się powoli, trochę leniwie, ale nie opornie. Strukturę miała chropowatą, a jej tłustość trzymała się tyłów, lecz i tak ją czuć, mimo że obok wystąpiła suchość. Kojarzyła mi się trochę z kremami orzechowymi oraz, z każdą sekundą coraz bardziej, z kleistym kleikiem. Kleikiem zbitym, acz nie gęstym. Z czasem chropowatość przechodziła w pylistość. Czekolada kształt zachowywała prawie do końca, robiąc się jednak gibka i na moment trochę lepkawo-mazista. Aż nagle łatwo rzedła i znikała.

W smaku pierwsza zaznaczyła się słodka melasa i motyw mąki. Melasa aż lekko goryczkowata? Goryczka przemknęła, po czym prawie się schowała, a melasa przeszła w palony... Karmel?

Mąka odciągała uwagę od słodyczy i po chwili zmieniła się w kleik ryżowy. Kleik karmelowy, zrobiony na roślinnej alternatywie mleka. Za nim pobrzmiewał zbożowy motyw, nasilający się jako... Kasza gryczana na mleku?

Po kaszy pojawiły się orzechy. Najpierw jako napój roślinny (i może mąka migdałowa?), a nagle jednoznacznie jako nerkowce. Naturalnie słodko-maślane, lekko prażone. Wskoczyły na pierwszy plan i trochę się cofnęły. Dalej pobrzmiewały delikatnie.

Orzechy przypomniały o prażonej nucie, która mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodyczy podszepnęła ciasto z syropem klonowym. Słodycz wystrzeliła do góry, lecz mimo to, ogółem trzymała się średniego poziomu. Ciasto... z dyni albo batatów? Ale takich, do których wkradła się wodnistość. Dynia mogła to być co najwyżej nijaka makaronowa. Ciasto na maślano-mącznym spodzie.

Wodnistą nutę z czasem zabarwiła rześkość cukru kokosowego o karmelowym w specyficzny sposób. tonie oraz kwiatów. Wydobyła z oddali soczystość.

Wyobraziłam sobie kleik ryżowo-gryczany z bardzo słodkim syropem wiśniowym.

Na końcówce wróciła mąka, acz już tylko jako echo, a mi do głowy przyszedł też miód gryczany, z motywem kwiatów gryki, tylko że w wersji dziwnie palonej.

Posmak należał do palonej słodyczy syropu klonowego i melasy, za którym stanęły ryż i gryka. Trochę jako kleik, trochę jako coś wegańskiego - napój i/lub zdrowe ciasto na bardzo mącznym, słabo wypieczonym spodzie. Czułam też soczystość syropu wiśniowego, mieszającego się z rześkością cukru kokosowego.

Całość do mnie zupełnie nie przemówiła, mimo że muszę przyznać, że była ciekawa. Plus, że nie przesłodzona, a jednak pełna słodkich nut. Ta mieszanka karmelu, melasy, syropu klonowego, miodu i ciasta narzuciły jakiś charakter nutom mąki, kleiku ryżowo-gryczanemu, napoju roślinnego, wodnistej dyni. Wszystkie one były w pewnym sensie mdławe. Wyszła z tego nazbyt rozmyta, rozproszona mieszanka różnych nut i posmaków, a ja zdecydowanie wolałabym jakiś jeden konkretny motyw przewodni. Myślę, że gdyby np. tabliczka była bardziej tylko nerkowcowa, bez np. białka dyni, ryżu, wyszłaby o wiele lepiej.

Efekt taki, że od biedy można zjeść bez emocji, bo to maleństwo, ale też bez żalu komuś oddać. Ja ostatnie 8 gramów oddałam już Mamie, bo mnie to nudziło, a i chciałam jej pokazać dziwność. Opisała: "Dziwna taka, jakbym jadła coś z mąką, jakąś kaszę... coś ryżowego? Takiego wegańskiego, roślinnego. Dziwne to było mdłe, bez charakteru. Ale jak to zamiennik mlecznych dla wegan, to faktycznie po prostu nie jestem grupą docelową. Takie to chyba trudno zrobić, więc nie można powiedzieć, że jest zła".


ocena: 6/10
kupiłam: dostałam od sol_chocolate na Instagramie
cena: jak wyżej
kaloryczność: 537,49 kcal / 100g
czy kupię znów: nie
 
Skład: tłuszcz kakaowy, ziarna kakaowe, cukier kokosowy, orzechy nerkowca, białko dyni, ryż, gryka, lucuma, herbata gryczana

wtorek, 23 września 2025

Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries mleczna 60 % z solonym karmelem z białej czekolady i miso, kremem truskawkowym i nugatem dyniowym z wafelkami

Gdy zobaczyłam tę czekoladę wśród nowości i przeczytałam jej opis, od razu wydała mi się bardzo nie w moim typie, bo zbyt namieszana. Czułam, że pewnie wyjdzie z tego śmietnik wszystkiego, co dało się do niej wsadzić. Jakoś z niechęcią zostawiłam ją na koniec. Była, bo dostałam - sama na pewno bym jej nie kupiła. A może... Miałam bardzo się zdziwić? 


Zotter Kürbis-Karamell und Erdbeeren / Pumpkin Caramel and Strawberries to mleczna czekolada o zawartości 60% kakao nadziewana solonym maślanym karmelem na bazie białej czekolady i pasty miso (z fermentowanego ryżu), truskawkowym kremem na bazie truskawek i truskawkowej białej czekolady oraz praliną / nugatem z pestek dyni i białej czekolady z chrupiącymi wafelkami.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo intensywny, słono-słodki zapach palonego karmelu opierającego się na maśle i mieszającego się z palono-drzewnymi nutami gorzkawej czekolady i nieprzesłodzonego nugatu. Jakby tabliczki nie wąchać, poważne, ciężkawe nuty przełamywały pudrowo słodkie i lekko kwaskawe truskawki. Gdy wąchałam wierzch, bardzo wyraźnie czułam solone masło i palony karmel. Doszukałam się też echa białej czekolady. Spód tabliczki pachniał wytrawniej w spokojniejszy sposób - czuć w nim prażone pestki dyni i jakby drobną sugestię migdałów. a w tle pobrzmiewało coś mięsnego. Orientalnie-mięsnego? W tym biało czekoladowa nuta zatracała się niemal zupełnie.
Po przełamaniu w karmelowym motywie doszukałam się wręcz alkoholowych sugestii.
To bardzo złożona, wytrawnie soczyście-mięsna, słona i maślana kompozycja z niemal uroczymi akcentami truskawek i białej czekolady, co wyszło jak dla mnie trochę odpychająco kontrastowo.

Tabliczka mimo że konkretna, wydała mi się delikatna. Nie trzaskała. W dotyku zwłaszcza na spodzie czuć tłustość. Przy łamaniu wykazywała twardość, ale nie po całości. Na pewno twarda była gruba czekolada na wierzchu. Nugat odznaczał się konkretem, lecz warstwa truskawkowa była już delikatniejsza i plastycznie-miękka, a karmel w ogóle miękki i lekko ciągnący. W nim doszukałam się czarnych kropeczek, za to zielony nugat wydawał się gładki (tak naprawdę kryło się w nim mnóstwo niewidocznych wafelków), a jedynie pewną kruchością i trzeszczeniem przy oddzielaniu kawałka zdradzał, że coś w nim siedzi. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnim tempie. Była gęsta i kremowo tłusta, dość mazista. Nadzienia rozpływały się z nią spójnie, wszystko miękło i mieszało się, stając się luźno-rzadkawą, tłustą zawiesiną, a wtedy sporadycznie wybijały się kawałki wafli, zaznaczające się na języku. 
Karmel ochoczo wyciskał się spod czekolady i częściowo rozłaził, a częściowo jakby starał się pewną zwartość zachować. Był lepki i wilgotny, plastyczny tak, że można z niego zrobić kulkę. Wyszedł dość tłusto, ale to w całości nie przeszkadzało. Z karmelu wyłaniały się jakieś miękkie czarne drobinki oraz przezroczystawo-żółte kulki o strukturze jakby twardo-surowego, trochę żelowo-gumowego ryżu. Po długim czasie trochę to miękło i częściowo się rozpuszczało. Kleiły się lekko do zębów.
Krem truskawkowy także wpisał się w miękkość. Był jakby lekko owocowo-żelowo zagęszczony, ale wciąż kremowy w białoczekoladowy sposób i minimalnie soczysty.
Z kolei nugat dyniowy wykazywał chwilowo twardość i konkret. Rozpływał się najbardziej spójnie z czekoladą, dając się poznać jako niezbyt gładki od wafelków (gdyby nie one, chyba byłby idealnie gładki), tłusty w sposób masywnie orzechowo-maślany, a zarazem oleisty. Rozpuszczał się trochę wodniście. Z niego wyłaniał się ogrom mikroskopijnych kawałków wafelków, nadających całości chrzęstu.
Wafelki były bardzo chrupiące. Trochę pogryzłam wcześniej, obok rozpływającej się reszty - wtedy wafelki kojarzyły mi się z trzeszczącymi kryształkami cukru. Gdy zostawiałam wafelki na koniec, wciąż były chrupiące. Wykazywały kruchość, mimo że łatwo nasiąkały i koniec końców niektóre miękły. Były delikatne, a jednak tak najeżyły nugat, że chwilami podczas jedzenia aż drapały podniebienie i język.

W smaku czekolada przywitała mnie średnio wysoką słodyczą o palonym charakterze, mieszającym się z subtelną, również paloną gorzkością, oraz mlekiem. Czekolada wydała mi się lekko drzewna, sama w sobie migdałowo-orzechowa. Mleczność, gdy nadzienia się odezwały, schowała się prawie zupełnie (wyraźnie czuć ją głównie w pierwszej sekundzie czy dwóch i przy spróbowaniu osobno).

Środek bombardował całym mnóstwem smaków, jako że warstwy odzywały się równocześnie i ścigały ze sobą. Nagle uderzyła wysoka słoność i słodycz karmelu, a także niedookreślona wytrawność, a tuż za nimi owocowa soczystość (lekkość?).

Dopiero po chwili udało się temu wszystkiemu nabrać klarowności.

Najłatwiej zwrócić uwagę na intensywny karmel, palony aż do goryczki i od soli wręcz kwaskawy. Słoność pojawiała się w nim falami, ale nawet gdy się oddalała, jej echo zostawało. Czułam tam też masło i wytrawność pasty miso. Ta wpisywała się w słoność - ba, z czasem ewidentnie czułam słonawe, orientalne miso. Kiedy mieszało się z bardzo słodkim, palonym karmelem, wyszło wręcz obrzydliwawo. Do tego epizodycznie dolatywał mięsny motyw... Mięsna soczystość?
Spróbowany osobno karmel smakował niczym solone masło wymieszane z nutką zupy miso, alkoholu i palonego karmelu. Był bardzo słony i słodki w ciężki sposób jak jakaś orientalna marynata, ale nie kojarzył się z mięsem. Jego goryczka wydała mi się wytrawna, nie karmelowa. W kompozycji przypisałam ją karmelowości, a ogólnie wydawał się niby trochę bardziej ugodowy (nie tak jaskrawo słony i intensywny), a mieszając się z nugatem z dyni, bardziej mięsno-wytrawny.

Zaraz po karmelu zaznaczyły swoją obecność truskawki, jednak to nugat łatwiej się eksponował. Po paru chwilach karmel oddawał im pole do popisu.

To wyszło spójnie z nugatem dyniowym. Rozchodził się spokojnie i konsekwentnie. Niby nie starał się dominować, ale miał tak specyficzny charakter, że i tak dobrze go czuć. Wyróżniał się pewną... nijakością? Drastycznie podniósł słodycz, podkręcając słodycz karmelu, ale też wplótł jakby wytrawniejszy, roślinny motyw. Czułam w nim delikatne prażone pestki dyni, ale i pewną mdłość. Chętnie łączyły się z solą z karmelu. Słodycz nugatu zdradzała nutę białej czekolady, jednak przy całej reszcie nie było tak oczywiste, że to z nugatu wypływa.
Na słodki nugat zwracały uwagę powoli wyłaniające się wafelki. W całości udawały mieszankę kryształków cukru z wafelkami.
Gdy spróbowałam trochę nugatu osobno, odkryłam w nim oleistość. Nie był słony, a bardzo słodki - ewidentnie mocno białoczekoladowy. Biała czekolada wychodziła w nim niemal przed dynię. Nawet spróbowany osobno nie był intensywnie dyniowy. A kiedy wyłaniały się wafelki, plątała się w nich odrobina słoności. 

Truskawkowa część smakowo stała w zasadzie obok nugatu. To, jak mocno było wyczuwalna, bardzo się różniło od miejsca, z którego gryzłam, bo z jednej strony truskawkowa warstwa była cieniutka, z drugiej gruba (zdecydowanie wolałam opcję bardziej truskawkową).
Pod kwasek słonego karmelu podpięły się truskawki. To, że to konkretnie one, na jaw wychodziło po krótkim czasie, nie od razu. Tchnęły w kompozycję owocową lekkość, ratowały od ciężkości. Wydawały się zaskakująco świeże, a jednak wpisywały się też trochę w motyw białej czekolady ze względu na słodką pudrowość. Jakby uczepiły się białoczekoladowego wątku nugatu. Kwasek owocowy epizodycznie wydawał się zaskakująco wysoki. Wtedy było prawie smacznie. Często jednak kwaśność truskawek wychodziła onieśmielona złudnie kwaskawym od soli karmelem.
Warstwa truskawkowa spróbowana osobno okazała się bardzo wyważona pod względem słodyczy i kwaśności. Jej słodycz była mocno pudrowa, jak się okazało, minimalnie biało czekoladowa i trochę świeżo truskawkowa. Kwaśność była z nią integralna, głównie truskawkowa, ale rzeczywiście trochę podkręcona cytryną.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wszystko się mieszało w dziwnie słono-słodką, kwaskawą kompozycję. Zupełnie jak jakieś dania orientalne "5 smaków". Słodycz trochę drapała - skumulowała się biała czekolada, która próbowała wejść na pierwszy plan i karmelowość, pudrowość, a jednocześnie jakoś nagle mało karmelowy karmel i nugat grały na wytrawność. Słoność podkręcała jedno i drugie. Podbiła też owocowość, która kompletnie nie pasowała. Dynia trochę się zatracała, zostawiając oleistość.

Jako że z warstw karmel rozpuszczał się najwolniej, przeważnie zostawał na koniec. Na przód znów wysuwał słoność i mieszankę miso, masła oraz wręcz słonej kwaśności. Kompletnie zagłuszył co łagodniejsze akcenty reszty.

Wafelki im bardziej się wyłaniały z nugatu, tym mocniej było czuć właśnie wafelkowość - nie musiałam ich gryźć, by uświadczyć pszenny, łagodny motyw. Starały się stonować intensywność reszty, ale koniec końców to i tak one przegrywały. Gryzione wcześniej udawały kryształki cukru, bo warstwy kompletnie zagłuszały ten ich lekko wypieczony smak.

Wafelki gryzione na koniec wyszły prawie neutralnie pszennie.
Z kolei czarne drobinki i większe, przezroczyście-żółtawe kulki z karmelu były dziwnie wytrawnie-żadne - to fragmenty pasty miso? Żółte pobrzmiewały mdłym ryżem. Gdy wszystko to gryzłam, wyszło waflowo-ryżowo neutralnie.

Po zjedzeniu został posmak wytrawny i niejednoznaczny, trochę ryżowy (ale nie założyłabym się, że czułam ryż); na pewno też słono-słodkiego, palonego i maślanego karmelu, przechodzącego w nutę orientalnej marynaty i zestawionego z wytrawnym, roślinnie-pestkowym motywem dyni. Ledwo wyłaniała się z tego wszystkiego. Truskawki zaznaczyły się jako pudrowy akcent owocowej białej czekolady.

Czekolada wyszła z jednej strony może i ciekawie, ale z drugiej, w moim odczuciu, zbyt chaotycznie. Chociaż... gdy próbowałam warstwy osobno, odebrałam je jako po prostu niesmaczne. W połączeniu już przynajmniej były ciekawe i nie niesmaczne. To kompozycja "5 smaków" i wytrawna, i słona, i słodka, a jednocześnie daleka od słodyczy, słodkości. To mi nie pasowało. Słony karmel, miso, wręcz mięsne motywy i masło, mieszające się z neutralnie-oleistym dyniowym nugatem, z którego dynia chwilami aż się zatracała - wszystko to było wytrawne, a jednocześnie w kompozycji sporo białoczekoladowej słodyczy i karmelu, pudrowych truskawek - te kontrasty, wzajemne przełamywanie się i przechodzenie smaków chwilami wyszło wręcz obrzydliwawo jak taki śmietnik smaków. W pewnym momencie już trudno to wszystko połapać i zostaje się ze smakiem dziwnym w niepozytywnym sensie. Ta kompozycja bardzo łatwo przytłacza.

Po 15 gramach miałam już dość tej jej dziwności i ataku intensywnymi, słono-wytrawnymi motywami, na które nadciągała biało czekoladowość i oddałam resztę Mamie.
Mama po zjedzeniu stwierdziła: "Cały czas się zastanawiam, czy mi ta czekolada smakuje, czy nie. Nic w niej nie czuję z tego, co jest, co ma być. Po prostu taka i słodka, i słona, i kwaśna trochę. No, trochę truskawkowa? Ten karmel niepotrzebnie taki... Słony i jakiś. Jakiś wytrawny? W ogóle tych smaków wszystkich nie umiem ponazywać, opisać. Jedyne, co mi w niej się podoba na pewno to struktura. Taka fajnie bardzo chrupiąca, trzeszcząca".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: 22,49 zł (cena półkowa za 70 g - moja ważyła 79g; ja dostałam)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, pestki dyni 9%, masło, śmietanka, pełne mleko w proszku, miso (ryż, soja, woda, sól), syrop cukru inwertowanego, chrupiące wafle 4% (mąka pszenna, cukier, masło, odtłuszczone mleko w proszku, ekstrakt słodu jęczmiennego w proszku, sól), liofilizowane truskawki 1%, odtłuszczone mleko w proszku, sól, koncentrat soku cytrynowego, lecytyna sojowa, słodka serwatka w proszku, pełny cukier trzcinowy, wanilia, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier), cynamon

poniedziałek, 17 kwietnia 2023

Raaka Oat Haus 60 % Cacao Pumpkin Swirl Unroasted Dark Chocolate ciemna surowa 60 % z Dominikany z masłem z granoli z syropem klonowym oraz biała kokosowa z dynią i przyprawami korzennymi

Kocham dynie, jednak białe dyniowe czekolady, gdybym zobaczyła takie same w sobie, nie zaciekawiłyby mnie. Co innego jednak kolejne dziwo od marki, która w moim odczuciu z udziwnionymi kompozycjami dobrze sobie radzi. Choć nie lubię łączenia rodzajów czekolad i nie przemawiają do mnie te z esami-floresami, to jednak muszę przyznać, że Raaka 62 % Cacao Matcha Swirl Unroasted Dark Chocolate  mi smakowała. Stąd gdy nadarzyła się możliwość kupienia podobnej dyniowej, zdecydowałam się. A jednak już mając tę czekoladę, dowiedziałam się, że dynia to nie jedyna dziwna (jak na dodatek do czekolady) rzecz w tej tabliczce. Otóż dodano jeszcze "granola butter" czyli masło granolowe. Słyszałam o różnych dziwnych kremach z pianek, z ciastek... ale z granoli? Zrobione tak, że przypomina masło orzechowe? Dziwne! Takie rzeczy robi marka Oat Haus i właśnie jej produkt znalazł się w tej tabliczce.

Raaka Oat Haus 60 % Cacao Pumpkin Swirl Unroasted Dark Chocolate to ciemna surowa czekolada o zawartości 60 % kakao z Republiki Dominikany, z regionu Zorzal, z dodatkiem masła z granoli z syropem klonowym oraz czekolada biała kokosowa (wegańska) z dodatkiem dyni i przypraw korzennych.

Już w trakcie otwierania uderzyła mnie pikantna korzenność imbiru, cynamonu, kardamonu i gałki muszkatołowej, jakby pieprzna ciężkość i wiele, wiele innych. Ułożyło się to w ostry piernik, w którym nie brakowało palonej słodyczy karmelu i syropu klonowego. Czuć je bardzo wyraźnie, z lekką nutką dyni, która podszepnęła piernikowy dyniowy chlebek-ciasto. Za nim snuła się też lekka specyficznie pudrowa, jakby wegańska nutka zmieszana z kokosem. Była słodkawa, a zarazem niemal neutralna, niedookreślona. Kiedy wąchałam wierzch, wyraźnie zaznaczył się też ziemiście-orzechowy, akord splot kakao.

W dotyku tabliczka wydawała mi się nieco ulepkowata. Części koloru pomarańczowego bardziej proszkowo-suche, a ciemne znacznie tłustsze (i trochę śliskawe?). Przy łamaniu okazała się twarda masywna, choć trzaskała średnio glośno. Mimo że się nie kruszyła, wydawała się w pewien sposób krucha. W dodatku łamała się wyjątkowo dziwnie nierówno - w dość wymyślne kształty.
Gdy odgryzałam kawałek, "pomarańczowe" części okazały się mięciutkie. Oddawały moje wyobrażenie o maślano-dyniowym kremie tzw. pumpkin butter.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, ogólnie kremowo i tłusto. Też trochę ulepkowato, nawet gdy chodzi o części z przewagą ciemnej lub te, gdzie była prawie tylko ona. Choć raczej gładka, nawet trochę tłustawo-śliskawa, to jednak i pylisty efekt w niej się znalazł. Była gęsta i klejąco-mazista jak smar i znaczący był w niej oleisty motyw. Zmieniała się w miękką zawiesinę.
Biała (z wyglądu pomarańczowa) samodzielnie w zasadzie nie wystąpiła. Tam, gdzie łączyła się z ciemną, dodawała jej miękko maślanego efektu i tłustej gładkości śmietanki kokosowej. Jej tłustość wydawała się bardziej uzasadniona. Także ta część miała w sobie proszkowy element. Nawet bardziej - był znaczący. Zaplątało się tam parę miękkawych drobinek koloru pomarańczowego - obstawiam dynię. Biała znikała znacznie szybciej, ale było jej na tyle dużo, że nie przeszkadzało to. Proporcje uważam za trafione w punkt.

W smaku, jak się nie wgryzłam, czy jak nie umieściłam w ustach kawałka, od razu czułam ogrom charakternych, gorzko-pikantnych przypraw.

A jednak sama czekolada ciemna robiła wszystko, by jednak rozdawać karty. W ciągu sekundy-dwóch ujawniała przede mną gorzkość czarnej, wilgotnej ziemi, kryjącej trochę soczystości. Musiała być chłodna i... przyprawiona.

Przyprawy płynęły z obu kolorów, jednak mocniejsze, imperatywne wyrywały się właśnie z ciemnej. Dominowała gorzka gałka muszkatołowa, ciężki kardamon i inne. Ziele angielskie! Zaraz znalazło się na przedzie ze swym cierpko-gorzkim smakiem (kojarzącym się z pieprzem). Ostrość rosła odważnie, poczułam jakby soczyste chili. Ciemna część była bardzo soczysta, trochę soczyście-gorzka, że przez moment pomyślałam o grejpfrucie. 
Gdy jednak ciemną próbowałam osobno, przyprawy w niej dominowały. Wtedy ewidentnie, ale i jedząc mieszane części, w tej właśnie, pobrzmiewała mi lekka "gorzkawa wegańskość", coś roślinnego... mdławego? I zmieszanego z nutą olejo-oliwy oraz goryczowatą (obstawiam olej kokosowy). To jednak przeważnie nikło w ogromie pikantnie-gorzkich przypraw, gryzących w język i rozgrzewających gardło oraz szybko rosnącej słodyczy.
Ciemna czekolada napędzała wysoką, lekko paloną słodycz karmelu i syropu klonowego, co z ogólnej soczystości wydobyło pomarańcze.

Obie części były słodkie - biała oczywiście bardziej, ale adekwatnie. Słodycz ciemnej wydała mi się jednak chwilami za mocna (jak na ciemną). Obie w sposób palony, co ogólnie przełożyło się na duet syropu klonowego i karmelu. Syrop płynął z ciemnej, wraz ze swoją przypaloną nutką, natomiast biała dała się poznać jako słodsza w bardziej uroczy sposób.

Dyniowa (biała) część ogólnie kompozycję trochę łagodziła, najpierw wplatając nutkę śmietanki kokosowej, a więc słodkiego i tłustego, subtelnego kokosa. Okazała się niewiarygodnie mleczna, chwilami zaskakująco konwencjonalnie mleczna. Bazowo wydała mi się maślana, aczkolwiek i dynię czuć. Czasem tonęła, czasem trochę się wybijała jako słodkawo-ciastowa, leciutko soczysta. Znowu pomyślałam o smarowidle pumpkin butter, lekko przyprawionym korzennymi, ciepłymi przyprawami. Cynamon podkręcił słodycz, która była w niej trafiona w punkt; znacząca i głęboka. 

Gdy tak obie się mieszały, białej zostawało coraz mniej, czyli jakoś mniej więcej w połowie kęsa, zdarzało mi się wychwycić ewidentnie nutę oliwy z oliwek, a słodycz karmelu i syropu klonowego wydawała się aż słodziuteńka. Podkreślała je naturalna słodycz dyni i kokosa.

Potem jednak znowu robiło się coraz ostrzej. Cynamon i gałka muszkatołowa, ziele angielskie i inne przyprawy korzenne wirowały z soczystością imbiru i chyba jakiś cytrusów z czekolady, po czym przywołały zioła. Goryczkowate, cierpkie zioła miały chłodzący wydźwięk. Czasem udawały miętę i anyż - przy czym piekący w język soczysty imbir miał spory udział, ale i rozmaryn wyraźnie się pokazywał. Sporadycznie wydawało się, że przemykają pieprz i chili. Raz czy dwa trafiłam na sól. Moc przypraw i ziół przez moment była naprawdę wysoka, ale nigdy napastliwa; wkradała się za to w nie dziwaczna gorycz, lecz koniec końców opanowywały się.

Ziemista czekolada uwolniła orzechową nutę. Łagodniejsze, "wegańskie nuty" podkreśliły orzechowość, same nieśmiało sugerując zbożowość... płatki... owsiane? Napoje roślinne? Palono-pieczone wątki pojawiały się epizodycznie. Sporo spalenizny mieszało się ze słodyczą. Goryczka harmonijnie igrała z aż drapiącą w gardle słodyczą. Syrop klonowy nie zawsze był oczywisty jako smak.

Chłodzące zioła i przyprawy pod koniec niewiarygodnie nakręcały się z soczystością, ale końcówka wyszła już łagodniej. Nawet nieco mdławo. Echo dyni zostało jako posmak na krótko, a uwagę przyciągnęła oleistość, maślaność. Imbir z kolei odrobinę piekł w język, co jednak wydobyło pomarańczę.

W posmaku, gdy kęs już zniknął, zostały przyprawy ostro-korzenne, goryczkowate i piekące, a także kokos jako słodkawo-tłuste mleczko i goryczowaty olej kokosowy. Czułam coś pudrowego, paloną słodycz i cierpko-soczystą ziemistość oraz soczyste cytrusy. Nieoczywista orzechowość też jakoś zawisła. Dynia jednak zniknęła zupełnie.

Całość mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się takiego ogromu tak ostro-gorzkich przypraw korzennych i ziół. Były bardzo wyraziste i przejrzyste, mimo tego, jak dużo ich dodano. Rozgrzewały i chłodziły, piekły, a jednak nie zagłuszyły reszty; nie przesadzono z nimi. Tabliczka zachowała soczystą ziemistość, dynia pojawiała się - choć jak na mój gust za słabo. Trochę nikła, ale w sumie nie odebrało to całości przyjemnego wydźwięku. Słodycz była interesująca, bo nieoczywista. Całość nie była jednak siekierą, choć wiele na to wskazuje. Łagodzących, maślano-śmietankowych, wegańskich wątków było sporo. Przyjemnie wyrazisty kokos zachwycił mnie, ale czułam też nuty niedookreślone, bez których bym się obyła - obstawiam granolowe masło. Czekolada chwilami wydawała się aż mało czekoladowa, ryzykowna, ale jako jednorazowa ciekawostka, smaczna. Ja bym jednak dodała znacznie mniej tego granolowego masła, a więcej dyni. I na pewno pozbyłabym się całej soli (trafiłam na tylko, choć dla mnie to aż, dwa kryształki).
Bardzo jednak nie podeszła mi struktura tłusta i ulepkowata. Ta oleistość i posmak oliwy bardzo mi przeszkadzały, a "mięciutkość" dyniowej części też jakoś nie leżała.
Ogólnie jednak jestem pod wrażeniem, że w sumie coś tak "dzikiego" wyszło tak przystępnie. Interesująca kompozycja.


ocena: 8/10
cena: € 3,38 (za 50g; dostałam rabat)
kaloryczność: 536 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, kokos, ekologiczne masło granolowe Oat Haus (bezglutenowe płatki owsiane, siemię lniane, oliwa z oliwek, syrop klonowy, olej kokosowy, cynamon, sól, ziele angielskie, kardamon, imbir, ekstrakt z rozmarynu), sproszkowana dynia, lecytyna słonecznikowa, cynamon, imbir, ziele angielskie*, kardamon,  gałka muszkatołowa

*Allspice - w zasadzie niektórzy tłumaczą to jako ziele angielskie, czasem zostawiają po prostu "allspice", traktując jako mieszankę przypraw. Jestem jednak prawie pewna, że chodzi o ziele angielskie (inaczej nazywane pieprzem jamajskim)

środa, 27 lipca 2022

Zotter Cherries + Pumpkin Marzipan ciemna mleczna 60 % z kremem wiśniowym i marcepanem z pestkami dyni

Uwielbiam dynię, pestki też bardzo lubię, ale ostatnio zakupiona paczka okazała się wielkim rozczarowaniem. Nie dało się ich wyłuskać, rozpadały się, kruszyły, były nędzne. Nie chciało mi się z takimi bawić. Z kolei łuskane do jedzenia samodzielnie u mnie niezbyt się sprawdzają. Po jednej dziwnie (za mało), a nie lubię wrzucać czegoś po kilka do ust. Uznałam więc, że ta tabliczka może chociaż trochę uspokoi moją ochotę na pestki. Wszak jako nadzienie czekolad występują bardzo rzadko. U Zottera dynia jednak, tak szczerze, nie jest czymś wyjątkowo rzadkim. Wręcz przeciwnie. On ma do dyniowych tworów sentyment, bo nugaty z pestek były jednymi z pierwszych ciekawszych, jakie opracował. Ta tabliczka jednak rozczarowała mnie już w momencie pisania wstępu, bo zorientowałam się, że marcepan nie jest czysto dyniowy; podobnie jak w Zotter Pine Nut Marzipan + Orange marcepan nie był piniowy, a z dodatkiem orzeszków piniowych, tak tu podobnie postąpił Zotter z dynią.


Zotter Cherries + Pumpkin Marzipan to ciemna mleczna czekolada o zawartości 60 % kakao nadziewana 20% kremem wiśniowym z dodatkiem cytryny i 30% dyniowym marcepanem na bazie migdałów i prażonych pestek dyni.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach słodkiego marcepanu, któremu tło utworzyła słodko-karmelowa, lekko gorzkawa czekolada o nutach dymu i ciemnego chleba na zakwasie. Nieco zlewała się z marcepanem. Wierzch wydał mi się jakby leciuteńko bardziej marcepanowo-alkoholowy, spód łagodniejszy. Po przełamaniu uwypukliła się soczystość wiśni, jak również nasilił się zapach marcepanu. Okazał się jednak bardzo łagodny, aż maślany. Całość była bardzo słodka (z pudrowym echem).

Tabliczka na dotyk sprawiała wrażenie dość konkretnej. Przy łamaniu lekko trzasnęła, pyknęła i wykazując się twardością. Udawała kruchą. Nadzienia były jednak wilgotne już na pierwszy rzut oka. Przy robieniu kęsa, ich miękkość się potwierdziła, a gruba warstwa masywnej czekolady się we wnętrze aż trochę wgniatała. A jednocześnie nie mogę także im odmówić gęstości i zwartości.
W ustach czekolada rozpływała się powoli, stając się gęstym i tłustym, maślano-mlecznym kremem spływającym i oblekającym nadzienia. 
Nadzienia rozpływały się mniej więcej równocześnie, acz marcepan szybciej, ochoczo wyciskał się spod czekolady (nie jednak całkowicie) jako rzadkawo-grudkowata, wilgotna i tłustawo-maślana masa. Rozłaził i nagle był wszędzie, acz też tak szybko nie znikał. Był miękki i zwarty (mimo częściowego rozchodzenia się); jędrny. Ochoczo się kulkował, a na sam koniec trzeszczał.
Wiśniowy krem rozpływał się w tempie umiarkowanym, po czym trzymał czekolady. Okazał się śmietankowo tłustawy i ogólnie gładki (bez większych kawałków owoców), ale z pylistym efektem (jakby kryjącym się w gładkości). Chwilami wydawał się leciutko konfiturowo zagęszczony. Trochę znalazło się w nim mikroskopijnej drobnicy (można by na palcach policzyć), mieszającej się z resztami marcepanu. To były chyba prawie przezroczyste (różowawe) włókna miąższu.
Ten nie był tylko typowymi trzeszczącymi mikroskopijnymi drobinkami; chyba doszukałam się w nim przezroczystych "skórek"-otoczek pestek dyni (zmielonych).

W smaku czekolada roztoczyła stonowaną słodycz karmelu, dokładając do niej trochę orzechów i gorzkości dymu. Mleko pojawiło się dopiero później, jako bardzo subtelny akcent. Na przodzie za to zaprezentowała się nuta maślana.

Nadzienia zdradzały swoją obecność bardzo szybko. Marcepanowe podpięło się pod maślaność czekolady, wychodząc trochę maślano-orzechowo, trochę chlebowo, ale bardzo delikatnie. Wiśniowe natomiast wkroczyło poprzez mleczność, niemal śmietankę.

Krem owocowy szybciej i dynamiczniej rozbrzmiał kwaśnością wiśni, które podsyciła cytryna. Zabłysła, po czym osiadła w śmietankowości. Wpłynęła słodycz. Była wysoka i pudrowa. Pomyślałam o pudrowo słodziutkich lodach wiśniowych na bazie śmietanki. Chwilami zahaczała o pudrowe cukierki wiśniowe, ale z czasem pojawił się też smak dojrzałych, miękkich wiśni. Przez pewien czas dominowały, otarły się o kwaskawy jogurt lub serek wiśniowy. Choć było słodko, to jednak kwaśność wciąż się przewijała, sprawiając, że było to soczyste i rześkie. Kwaskawo-cierpkie wiśnie przybierały na mocy tylko epizodycznie, a jednak nadawały kompozycji życia.
W kremie wiśniowym doszukałam się śmietankowo-migdałowego echa, któe harmonizowało je z marcepanem,

Marcepan zaczął od kontynuowania maślano-orzechowego wątku czekolady. Słodki i ewidentnie migdałowy, ale przytemperowany w tym. Jakby tak trochę unugatowić go, lecz nie był przesadnie słodki, a słodki w sposób naturalny, orzechowo-pestkowy. Wiśniowe nadzienie pielęgnowało w nim te delikatniejsze nuty... A jednak mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, już po debiucie wiśni, gdy zaczęły słabnąć, lekko dyniowa nuta się pojawiła. Marcepan wydawał się niemal neutralny, łagodny i czysty. Na tej płaszczyźnie nieco wyraźniej zaprezentowały się pestki dyni, wciąż jednak jako składowa, nie pierwszoplanowy (czy nawet drugo-) smak. Nieśmiało podkradło się echo gorzkawości, drobniusia oleistość... Te jednak przypisałabym do charakterniejszego, marcepanowo-migdałowego wątku.

Z czasem osiadły na powrót w marcepanowości delikatnej i naturalnej, ale już słodszej. Także śmietankowo-słodkie, trochę pudrowe i kwaśno cytrynowe nadzienie wiśniowe do końca nie straciło pewności siebie. Mimo że dzięki temu nie było więc w smaku za słodko, to jednak na słodycz nie sposób nie zwrócić uwagi, bo zaznaczyła się jako lekkie ciepełko w gardle. Podszepnęło marcepanowi leciusio alkoholowy wydźwięk, mimo że sam również wydawał się niemal mleczny.

Pod koniec pod ich wpływem sama czekolada wydała mi się bardziej orzechowo-mleczna, dzięki czemu niezwykle spójna z wnętrzem. Przybrała na słodyczy i mleczności, ale też popisała się goryczką kakao.

Na sam koniec w ustach zostały jeszcze drobinki marcepanu, w którym to ciamkaną dynię czuć wyraźniej oraz chyba mikroskopijne kawałeczki wiśni. Prawie nic nie wnosiły, może tylko raz czy dwa mignęły lekko soczystym wątkiem.

Po zjedzeniu został wyraźnie marcepanowy posmak z lekko gorzkawą naleciałością, wzmocniony jakby dymną, słodką czekoladą. Czułam pudrową słodycz, a także kwaśność wiśni i cytryn. Ta jednak nie zneutralizowała lekkiego przesłodzenia (nie było mocne, ale trochę denerwujące mnie). Co ciekawe, dynia się i tu pokazała wyraźniej.

Całość nie zrobiła na mnie wrażenia, ale wyszła w sumie smacznie. Nieprzesłodzona, gorzkawa, spokojna czekolada i dobry marcepan, z całkiem w porządku owocową częścią. Splot fajny, a jednak nie bez wad. Przeszkadzała mi pudrowość owoców, podkręcenie cytryną (wolałabym niższą słodycz - wtedy wiśnie nie potrzebowałoby podkręcania). Tytułowej dyni w "dyniowym marcepanie" mi trochę brakowało. Czuć ją, ale daleko za migdałami.
Przy jedzeniu tknęło mnie, że to trochę jakby Amarena Cherry, której nadzienie podzielono na dwie osobne warstwy, dodając więcej marcepanu i dyni.

Faktycznie marcepany mnie już nudzą, nawet te Zottera. I ta mnie już pod koniec zaczęła nudzić, więc kawałek (kęsa giganta?) zostawiłam Mamie, jak ona odbierze (kocha wiśniowe słodycze i ciekawiło mnie, czy wyczuje dynię). Stwierdziła, że "dobra, bo taka kwaśna... wiśniowa, tak? Czekolad gorzka, pewnie z 75% kakao, ale nie że zła, a ten marcepan bardzo delikatny, gubił się za bardzo". Dyni nie wyczuła. Stwierdziła za to, że z ochotą zjadłaby takie czekolady dwie: jedną z kremem wiśniowym (ale zaznaczyła: "tylko, że żeby on nie był taki, jak mówisz podkręcany, a po prostu czysto i tylko wiśniowy") oraz marcepanową ("i bardziej dyniową, jak to ma być marcepan dyniowy").


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł (za 70 g)
kaloryczność: 502 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: marcepan (migdały, cukier, syrop cukru inwertowanego), miazga kakaowa, cukier trzcinowy surowy, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, syrop skrobiowy, wiśnie, koncentrat wiśniowy, pestki dyni, suszone wiśnie, odtłuszczone mleko w proszku, emulgator: lecytyna sojowa, proszek cytrynowy (koncentrat soku z cytryny, skrobia kukurydziana, cukier), sól, olej z gorzkich migdałów, sproszkowana wanilia

piątek, 12 listopada 2021

Zotter Hammer Choco Dark 70% with Pumpkin Seeds and Walnuts / Dunkle 70 % mit Kurbiskernen und Walnussen ciemna z dynią i orzechami włoskimi

Oczywiste, że w czekoladach najbardziej liczy się dla mnie kolejno smak, zapach, konsystencja, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że wygląd czy opakowanie nie mają znaczenia. Mają... ogólnie ja w sumie jem też oczami - mam swoją estetykę jedzenia i już. Na ten przykład nie lubię czekolad już z góry podzielonych jak np. Schogetten, a już na pewno nie lubię "czekolad łamanych" - to chyba jakaś nowa moda. Mnie to nie chwyta, wygląda beznadziejnie i kojarzy się z kośćmi / smakołykami dla psów w paczkach. Widzę to jako takie "rzucone ochłapy". Kawałki ocierają się o siebie, wszędzie jakieś drobinki, kolor nie ten... Nie wiem, komu się takie coś może podobać. A właśnie tak wygląda jedna ze względnie nowych linii Zottera, czyli Hammer Choco. Chodzi chyba, że czekolady spod młota? Że połamane...? No, niech będzie. Skusiłam się na dwa warianty tylko i wyłącznie ze względu na dodatki. Najpierw wzięłam się za naprawdę rzadko spotykany - czekolada z ziarnami dyni? Super! Uwielbiam dynię i jej pestki, a czekolad z nią ze świecą szukać. Co prawda były Zottery z dyniowymi nugatami, ale nugat to nie to samo. Mało tego! W dzisiaj prezentowanej zestawiono dynię z jednymi z moich dwóch ulubionych orzechów. Zapowiadało się coś iście pysznego.

Zotter Hammer Choco Dark Choco 70% with Pumpkin Seeds and Walnuts / Dunkle 70 % mit Kürbiskernen und Walnüssen to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z pestkami dyni i orzechami włoskimi.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach pestek i orzechów. Pierwsze najpierw wydały mi się niejednoznaczne i płynące również z czekolady, goryczkowate, a dopiero potem wyraźnie rozeszła się dynia. Goryczkowate włoskie przejawiały lekko prażony motyw, który kontynuowała ogólna paloność. Pomyślałam o lesie i drewnie... drewnie prosto z ogniska, które już dogasło, czuć jeszcze dym, a zalega w nim już drewno zwęglone. W paloności tej... ujście znalazła karmelowa słodycz. Ja zaś doszukałam się też odrobiny kawy, jednak bezsprzecznie pierwszy plan należał do pestek i orzechów.

Tabliczka wydała mi się twardawa przez grubość i dość krucha z racji tego, jak wiele dodatków w nią wtopiono. Zrobiono to porządnie, że trzymały się i łamały wraz z nią. Pestki dodano całe, orzechy zaś pod postacią dużych kawałków, głównie ćwiartek, choć zdarzyło się też sporo małych i parę połówek.
W ustach czekolada rozpływała się powoli i opornie przez to, jak najeżona była. Zupełnie, jakby za wszelką cenę chciała pozostać przy dodatkach, wykazując przy tym śliskawość, pewną ulepkowość. Okazała się tłusta i mazista. Zostawiała na podniebieniu lepkie smugi, kojarząc się ze zbito-maślanym, zbyt ciężkim brownie. Powoli odsłaniała orzechy pozbawione skórek (pewnie za sprawą prażenia) i pestki w swoich zielonkawych otoczkach.
Okazały się chrupiąco-miękkawe w świeży sposób. Orzechy musiały być lekko podprażone, bo przejawiały tłustość, soczystość przekładające się na pewną... mięsistość? Nieco twardsza dynia w ogóle wydała mi się świeża. Niektóre jej ziarna zacnie krucho chrupały.

W smaku czekolada rozpoczęła od namalowania subtelnie słodkiego, karmelowo-palonego tła. Była słodka, acz nie przesadnie. Karmel osiadł w orzechowo-palonych realiach, jakby był karmelem z orzechów zdjętym, a tym samym nimi przesiąkniętym. 

Smak orzechów emanował z samej czekolady, która ewidentnie przesiąkła też tymi dodanymi. Czułam lekką maślaność i oleistość, które chwilami sprowadzały gorzkość do gorzkawości-neutralności. Wyraźnie czułam orzechy włoskie, jakby z ich goryczkowatymi skórkami (a dodane były bez) i również gorzkawe, soczyste pestki dyni.

Czekolada spróbowana osobno z ochotą upuszczała z czasem nuty węglowo-dymne i zahaczające o paloną kawę. Następnie zaś, gdy mieszała się z orzechami i słodyczą, łagodną, czarną kawę. Ukoronował to wszystko jakiś sos / syrop / likier orzechowy czy karmelowy. Leciutko cierpki i słodki. Czułam się trochę, jakbym piła kawę z blaszanego kubka / termosu przy ognisku w lesie. Lesie iglastym, gęstym od wyrazistych drzew. W pewnej chwili wychwyciłam nawet jakby... leciutki kwasek drzew wiecznie zielonych, swoistą soczystość... Może nawet sugestię owoców? Kiedy raz i drugi spróbowałam pogryźć dodatki obok czekolady, ta wydała mi się aż puszczać oko do wiśni, ale mogło mi się wydawać.

Smak dodatków nasilał się, gdy wyłaniały się bardziej, a więc jakoś w połowie rozpływania się kęsa. Wtedy już to ich smak rósł, docierając do punktu, w którym dominował, jedynie osnuty goryczką kakao i karmelową słodyczą. Roślinny i drzewny motyw lasu doskonale zszedł się z dynią, zaś drewno i ognisko z włoskimi, co przełożyło się na błogą harmonię.

Wraz z kolejnymi kęsa, po przejedzeniu sporej ilości dodatków, sama baza mimo iż gorzka, wydawała się już bardzo słodka.

Pod koniec gryzione orzechy włoskie i pestki dyni dały popis. Smakowały sobą tak wyraźnie, jak to tylko możliwe. Splatały się drobną goryczką (taką pozytywną). Pestki same w sobie wydawały się aż naturalnie, świeżo roślinnie-słodkawe... Niektóre orzechy też, inne zaś przejawiały leciutką nutkę prażenia. Była jednak bardzo delikatna, czasem wiążąca się nieco z przypaleniem czy upuszczeniem oleju (jakby podsmażyły się same w sobie?), albo nawet elementem zjełczenia? - ale uszło w tłumie. Orzechy włoskie czy dynia - dominowały w zależności od tego, co rozgryzałam, acz mam wrażenie, że dynia bardziej zwracała na siebie uwagę. Dodatki wydawały się sojusznikami, nie kłóciły się, a doskonale się uzupełniały.

W posmaku zostały one: dynia i orzechy włoskie, otulone szlachetną, również nieco orzechową, gorzkawo-karmelową czekoladą. Drzewa i palona gorzkawość stworzyły tło idealne.

Całość była smaczna, ale nieco zbyt najeżona. Jeszcze nie szyszko-zlepek-ulepek, ale już niebezpiecznie blisko. Pysznym dodatkom jednak w sumie łatwo to wybaczyć. Włoskie wolałabym nieprażone, ale trudno. Niestety, słodycz jakoś bardzo mi rzucała się na kubki smakowe - może to przez kontrasty?
Na pewno zaś nie podoba mi się forma. To coś godzi w moje poczucie estetyki. Do zdjęć i na talerzyku próbowałam to nawet jakoś ułożyć, ale... na talerzyku i tak zrobił się bajzel. Serię "czekolad spod młota" chyba jakiś młot wymyślił. Toż to wygląda tak, że aż się na to patrzeć nie chce czy zdjęć robić. I tu już nawet nie chodzi o sam wygląd... miałam wrażenie, że dodatki z brzegów (te odsłonięte) smakowały nieco gorzej niż wtopione np. w środku danego kawałka.


ocena: 8/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 21,90 zł (za 100 g)
kaloryczność: 606 kcal / 100 g
czy znów kupię: raczej nie (może kiedyś w góry?)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, pestki dyni 17 %, orzechy włoskie 16 %, tłuszcz kakaowy

środa, 21 sierpnia 2019

Orion Studentska Zlata Edice mleczna z orzeszkami arachidowymi, galaretkami limonkowymi, marchewką i pestkami dyni

Lubię marchewkę, ale sama z siebie bym jej z czekoladą nie łączyła. Nie żebym była "na nie", tylko jakoś tak nie widzę fajerwerków przy tym połączeniu. Jedyną czekoladą z tymże niepozornym warzywem, którą jadłam, był Lindt Carrot Cake, nie powiem, smaczny. To, co dzisiaj Wam prezentuję, widziało mi się jednak o wiele dynamiczniej. Ciekawiej? Na pewno egzotyczniej.

Orion Studentska Zlata Edice Mlecna Cokolada Karotka Dynova Seminka A Zele S Chuti Limetky to mleczna czekolada o zawartości 34 % kakao z kawałkami marchewki, pestkami dyni, orzeszkami ziemnymi i galaretkami limonkowymi; "smak inspirowany USA".

Już przy otwieraniu poczułam moc fistaszków, które za sprawą mocno mlecznoczekoladowego towarzystwa, kojarzyły się wręcz z wyidealizowanymi Reese's, a co za tym idzie, z masłem orzechowym. Ze spodu, a po przełamaniu to już w ogóle, uwolniła się także słodka soczystość. Należała do cytrusów, ale łączyła się z zapachem słodkiego, owocowo-marchwiowego soku, co podkreśliły orzeszki. Wszystko to byłoby przesłodzone, gdyby nie naturalnie gorzkawa nuta - prawdopodobnie pestek dyni, ale niezbyt jednoznaczna, a wymieszana z arachidowością.

Już w dotyku lśniąca, dość ciemnawa tabliczka wydała mi się tłusta, acz nie miękka; przy łamaniu lekko pykała. Było to spowodowane twardością z racji grubości. Dodatki wtopiono porządnie, nic nie wypadało, nie kruszyło się.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, kremowo, ale nie za tłusto. Gładko, trochę zalepiała i dość szybko odsłaniała dodatki, których nie poskąpiono. Właściwie chyba przez to, jak była nimi najeżona, zakrawała o ulepkowatość, ale znowuż właśnie w tym, jak zacne to dodatki były, tkwił jej urok. Oczywiście nie w każdym kęsie trafiało się połączenie wszystkiego (a np. orzeszki + dynia, galaretki + marchewka, galaretki + orzeszki itd., ale smacznie się to zgrywało).
Orzeszki i pestki - całe, połówki, ale i trochę po prostu średnich kawałków, były cudownie chrupiące, odpowiednio, a więc dość mocno podprażone.
Galaretki okazały się tylko początkowo zwarte, jędrne i soczyste. Szybko zaczynały się rozpuszczać, mięknąc do postaci żelowo-galaretowatej, podtrzymując soczystość. Okazały się gładkie i mięciutkie. Trochę się lepiły, oblepiały zęby, ale znikały dość szybko.
Najciekawszy dodatek, czyli kawałki marchewki, wyszedł trochę podobnie do galaretek. Najpierw twardawo-jędrne, nasiąkały i miękły, by potem pooblepiać zęby.
Nie lubię czekolad do gryzienia, więc na tę obrałam taką taktykę: pozwalałam wszystkiemu się rozpływać, trochę tylko rozganiając dodatki językiem. Galaretki rozpływały się, a np. marchew "nabierała odwagi", miękła itd. Pojedynczo kąsnęłam to tu, to tam, po czym zaczęłam podsysać dodatki. Pestek część rozgryzałam (tak "obok czekolady"), część zostawiałam na koniec, a orzechy ewentualnie nadgryzałam, by porozgryzać już gdy czekolada zniknie. Ta cały czas była dzięki temu obecna, bo po prostu rozpływała się. W takiej formie wszystko mi pasowało.

W smaku czekolada zarzuciła na mnie cukrowo-waniliowe sidła, po czym wprowadziła maślaność. Mocno nasiąknęła orzechami, dzięki którym  nutka kakao wyraźnie się zaznaczyła. Jej mleczność była wątła, dodatkowo osłabiana przez dodatki, ale wcale nie wyszło to na niekorzyść.

Ogólna orzechowość została podkręcona wyrazistymi fistaszkami, które to dawały z siebie 100 %. Z cukrowo-kakaową czekoladą kojarzyły się trochę ze Snickersem. Takie, rozgryzane dominowały zupełnie, więc raczej zostawiałam je na koniec. Nie tak szybko gryzione, zestawione z kawałkami słodkiej marchewki z "wytrawnanym, surowawym" echem, za sprawą maślaności czekolady z kolei sugerowały masło orzechowe.

Galaretki również wplatały się w samą czekoladę. Najpierw weszły w korelację z kakao, podkreślając je goryczkę i dodając troszeczkę goryczki. Podbiły cukrowość, po czym gdy ewidentnie się odsłoniły, serwowały pełnię smaku i przez jakiś czas dominując zupełnie. Była to cukrowo-cytrusowa limonka, ze specyficznym posmakiem goryczkowato-kwaskowatym, a jednocześnie soczyście słodkim. Podrasowana cytryną, co dało efekt też po prostu cytrusowej galaretki, ale również niewątpliwie na kwaskawo-jabłkowej bazie. By to zrobić, nie potrzebowały rozgryzania. Bardzo, bardzo słodkie, ale przełamywane epizodycznie innymi składnikami. Zwłaszcza, gdy bliżej końca (lub na koniec) je rozgryzałam.

Trafiwszy językiem na marchewkę, pomyślałam, że jest słodko-żadna, ale po chwili, a już zwłaszcza gdy bliżej końca rozgryzałam jej kawałki, roztaczały swój smak. Były zaskakująco... wyraziste, jeśli tylko nie wystąpiły w połączeniu z galaretkami (te bardzo je zagłuszały). Po prostu jak lekko podgotowana marchewka. Wyszły słodko w marchewkowy sposób, a jednocześnie bardzo wytrawnie.
Z większą ilością fistaszków nakręcały skojarzenie z duetem "masło orzechowe + sok marchwiowy", przy galaretkach wychodziły zdecydowanie na słodko, a z pestkami dyni... to zależy. Raz i drugi jak gotowana marchew (tak wytrawnie), a czasem kojarzyło mi się to z "marchewkowym ciastem z dynią".

Pestkom dyni nie mogę zarzucić nic, a nic! To zacne, intensywne smakowo sztuki, które swoją naturalną gorzkawością świetnie podkreśliły kakao i cudownie współgrały ze wszystkimi dodatkami.

Przy mieszaniu się dodatków, przy tym jak je czekolada odsłaniała, bardzo rosła jej cukrowość. Dzięki dodatkom nie zacukrzała niemiłosiernie; wyszła nieźle, pozwalając im działać.

Największą przyjemność sprawiało mi rozprawianie się z dodatkami, gdy znaczna część czekolady zniknęła. To wtedy rozganiałam je językiem i porządnie rozgryzałam, jak mi się podobało. Niektóre (fistaszki) umyślnie zostawiałam na sam koniec, by poczuć wszystko inne. Te bowiem, rozgryzane, stawały się smakiem numer jeden. Galaretki rozpuszczały się, więc w tym momencie też już nie zagrażały ciekawej marchewce. Właśnie końcówka należała do niej. I też wychodziła różnie (a to bardziej słodko, a to wytrawniej) w zależności, co akurat było w kęsie. Pestki dyni... jak to pestki - smakowite zawsze i wszędzie.

Jako posmak jednak i tak to bardzo słodka, ale z namiastką kakao, czekolada pozostała. Obok jakby surowej marchwi, przyjemnie podkreślonej orzeszkami i pestkami dyni. Wszystko to wyszło w pewien sposób... słodko, ale jednocześnie zahaczając o wytrawność. Galaretki, mimo galaretkowego i cukrowego wątku, wyszły zaskakująco naturalnie, w posmaku już zajmując podrzędne stanowisko. Nie czułam żadnej chemii, zacukrzenia (mimo że czułam bardzo, bardzo silną słodycz) czy zatłuszczenia.

Bardzo oryginalna tabliczka i wcale w tym nieprzekombinowana. Połączenie marchwi (właśnie takiej słodko-wytrawnej) z pestkami dyni i orzeszkami dało genialny efekt. Sama dynia cudownie przełamała cukrowość, podkreśliła kakao. Galaretki limonkowe również przypadły mi do gustu, bo wyszły autentycznie owocowo, mimo że również cukrowo. Pasowały do kompozycji, acz z racji intensywności smaku chyba mogłoby być ich nieco mniej. Czasami bowiem marchew zdawała się przygłuszona. Sama czekolada okazała się mało istotną bazą, jednak również wyszła przyzwoicie.

Żadnych zastrzeżeń, a plus za pomysłowe zestawienie dodatków, które w dodatku jakościowo również dobrze wyszło. Świetnie się sprawdza, gdy akurat chce się niewymagającej, ale nie nudnej czekolady, np. w dniu zapchanym wykładami (a nie ma nic lepszego niż ciekawy wykład i ciekawa czekolada!).
Resztkę (bo jednak czekoladziec wielki) dałam Mamie. Zachwyciła się całością, ale z błyskiem w oczach długo jeszcze wspominała głównie... galaretki.


ocena: 8/10
kupiłam: ktoś mi kupił "na zlecenie" w Niemczech* (Aldi - u nas też były, ale tam wcześniej)
cena: 7 zł
kaloryczność: 518 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, galaretki (cukier, syrop glukozowy, koncentraty owocowe: jabłka, limonka 4,9%; woda, substancja żelująca: pektyny; kwas: kwas cytrynowy; regulator kwasowości: cytrynian sodu; olej palmowy, substancja glazurująca: naturalny wosk karnauba; naturalny aromat, barwnik: karoteny), tłuszcz kakaowy, prażone orzeszki ziemne, prażone pestki dyni, kawałki marchewki (marchew 80%, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, olej słonecznikowy), pełne mleko w proszku, serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, pasta z orzechów laskowych, lecytyny, ekstrakt z wanilii

*Nie, żebym po te czekolady kogoś tam wysłała. To było raczej na zasadzie przedstawienia mi listy, co ciekawego ten ktoś znalazł i pytanie, co z tego chcę, to przywiezie. Sama celowałabym pewnie w zupełnie inne tabliczki (czyt. w ogóle innej kategorii).