Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozsavolgyi Csokolade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozsavolgyi Csokolade. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2024

Rózsavolgyi Csokolade Peru Gran Nativo Blanco 72 % ciemna

Uwielbiam markę Rózsavölgyi Csokoládé, mimo że nie jestem wobec niej bezkrytyczna i mimo że kilka tabliczek z jej asortymentu za nic mnie nie jest w stanie skusić. Niejedzonych czystych ciemnych za to zawsze na pewno uważnie wypatruję. Kiedyś składając większe zamówienie musiałam dokonać poważniejszej selekcji i pamiętam, że dziś przedstawianą odpuściłam. Nie na zawsze jednak! Tym razem, gdy zamawiałam ze sklepu z czekoladami (nie strony producenta), była jednym z priorytetów. Nie ze względu na kakao, a na to, że to jeszcze nieznana mi Rózsavölgyi Csokoládé. A kakao... obiektywnie było bardzo zacne, bo to Gran Nativo Blanco. Ja jednak wiem, że często te najsubtelniejsze, najszlachetniejsze dla mnie są zwyczajnie za łagodne. Acz tu i tak spodziewałam się smakowitości. Marka kakao zakupiła od małej kooperatywy Norandino z regionu Piura (północne Peru).

Rózsavölgyi Csokoládé Peru Gran Nativo Blanco 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao Gran Nativo Blanco z Peru, z regionu Piura.

Po otwarciu poczułam intensywny, słodki zapach kwiatów i migdałowej babeczki, której towarzyszyły perfumy o mocnej, limonkowej nucie. Limonka wprowadziła kwasek, który dał początek wyobrażeniu ciasta-tarty z agrestem zielonym, wykończonej owocową białą czekoladą. Gorzkość prawie się nie pojawiła - zaznaczyła się jedynie pieczono-palona półnutka. W tle przemknęło mi też jakby... zboże i oleje słonecznikowy, rzepakowy itp. Za to słodyczy na pewno czułam sporo. Do kwiatów dołączył miód. Być może też pole rzepaku?

Twarda, gruba tabliczka wyglądała na raczej pylistą, a łamana wydawała z siebie głośne trzaski niczym bardzo suche i grube gałęzie. Wydawała się też w krucha w skalisty sposób.
W ustach rozpływała się wolno i bardzo długo zachowywała zbity kształt. Jawiła się jako plastyczna i gibka. Była kremowa i nieco pylista, a z czasem też nienachalnie soczysta. Nie wydawała się mocno tłusta, ale czuć w niej pewną śmietankowość.

W smaku pierwsza przywitała mnie odważna słodycz i limonka we właśnie też słodkim wydaniu. Jakby to był jakiś... limonkowy puder do posypania/obtaczania trufli czy innych słodkości? Albo jako biała owocowa czekolada (a w efekcie zielonkawa; ze sproszkowanymi owocami)? Rozbrzmiały kwiaty i miód.

Mleczno i karmelowo czekoladowo-owocowe trufle zawarły też akcent kakao, którym błysnęły namiastką ziemi, ale ta zaraz zniknęła w kwiatowo-miodowej słodyczy i... niemal mleczno czekoladowej toni.

Wyobraziłam sobie pole rzepaku, a potem jeszcze jakieś zboże mi przemknęło i zmieniło się... w nutę okołoorzechową? Pistacje! Naturalnie słodkie, ale jako że dość mocno prażone, zachwiały słodyczą.

Słodycz uspokoiła się i trzymała się średniego poziomu. Pomyślałam o cieście... Tarcie! Tarcie limonkowej... limonkowo-jakiejś? Soczyste owoce robiły się niejednoznaczne. W oddali przemknęły mi jakieś czerwone, cierpkawo-słodkie. Wpisywały się w ciastowy, słodki, choć wciąż lekko kwaskawy krem.

Pieczony motyw zasugerował delikatną gorzkość. Ta sprawiła, że z jasnych, słodszych trufli owocowo-czekoladowych i mleczno czekoladowych wyłoniło się wyraźnie też trochę trufli kakaowych.

W tym czasie w prażonej nucie pistacji pojawiły się pojedyncze, mocno wypieczone małe precelki. Wychyliły się, po czym zmieszały z tartą. Jedne i drugie trochę straciło na jednoznaczności, a kompozycja nieco złagodniała, co wykorzystała słodycz. Podskoczyła.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wypieczona nuta zelżała, zmieniając charakterniejsze wypieki w słodką, wilgotną babeczkę, której biszkoptową bazę wypieczono ze sporą ilością oleju (rzepakowego, słonecznikowego - jakiegoś zbożowego). Musiała to być babeczka migdałowo-pistacjowa, przyozdobiona jasnozielonym, limonkowo-śmietankowym kremem.

Krem pochłonął soczystość, która zrobiła się niska. Czułam słodycz zahaczającą o cukier puder, a owoce na pewien czas w nim niemal zatonęły... By zaraz wrócić z nową mocą. Limonkowość stała się niejasna - trochę jak męskie perfumy? Czułam ogólnie cytrusy, w tym grejpfruta, i... cierpkawą miechunkę? Agrest zielony?

Słodycz wciąż pamiętała o kwiatach, przekładających się na wyobrażenie kwiecistego ogrodu, w którym rośnie agrest i... powoli zaczynają owocować wiśnie?

W tle przemknęły czerwone owoce, acz też w słodkim wydaniu. Pomyślałam o konfiturze wiśniowo-żurawinowej, lecz nie była to już taka czysta słodycz-słodycz. To była raczej konfitura np. do sera (z grilla?), czegoś wytrawniejszego. Agrest... chyba pojawił się też ciemnofioletowy, cierpki.

To "coś" wytrawniejsze znów otarło się o ziemiste trufle w owocowym pudrze. Może w wariancie pistacjowo-migdałowym? Wciąż czułam także ciastowość i mocno pieczoną nutkę. Nagle do głowy przyszły mi gofry z bitą śmietaną, czerwoną konfiturą i świeżym agrestem, posypane orzechami.

Końcowo kwiaty i miód niebezpiecznie wręcz przypiekły język - z pieczoności wyszły wręcz... ostrawo? Zaplątała się ledwo uchwytna pikanteria błądząca od perfum po przyprawy?

Po zjedzeniu został posmak agrestu ciemnego i zielonego oraz cytrusów z przewagą limonki, które to wchodziły w babeczkowo-tartowe klimaty. Myślałam o cytrusowym kremie do tych słodkości. Sama tarta i jej pieczoność mieszała się z prażonymi pistacjami. Wszystko osłodziły prawie drapiące kwiaty, a w głowie miałam też wizję pola rzepaku.

Czekolada była na pewno ciekawa, z niespotykanymi nutami (tarty limonkowej, konkretnie limonkowego kremu na babeczce migdałowo-pistacjowej, pole rzepaku), ale... czułam ogromny niedosyt gorzkości, bo ta w zasadzie się nie pojawiła. Chwilami kojarzyła się wręcz z mleczną czekoladą (i truflami z czekolady białej owocowej). Obietnica ziemi przemknęła, a tak czułam pieczoność - jako tarta, precelki i w końcu prażone pistacje. Agrest i konfitura z czerwonych owoców były bardzo smaczne, wiec żałuję, że całość nie poszła w kwaśną soczystość, a została przy cukierniczym wydaniu. Ogrom kwiatów i miodu ryzykownie to przysłodził. Było mi więc za słodko przez brak gorzkości i delikatną, nie rozwiniętą po mojemu kwaśność.

Beskid Chocolate Peru Piura Blanco dark roast 70 % Kakao słodka od bananów, miodu, kwiatów, karmelu wygrała tym, że była też gorzka ziemiście, czułam w niej cappuccino i dym. Obie połączyły prażone nuty orzechów (acz inne i w podlinkowanej też karmelizowane). W tym Beskidzie było mnóstwo owoców, w tym cytrusów - ale znów innych.
Beskid Chocolate x Sekrety Czekolady Peru Piura Blanco 75% Secret Roast była niecodzienna, bo połączyła kaki z bananem i kwiatami, czułam w niej słodkie orzechy i karmelizowane orzechy, piwo i pralinki z drewnem i przyprawami w tle. W niej kwiaty przechodziły w perfumy, też była bardzo słodka i z zachowawczym kwaskiem, ale jednak... głębsza. 


ocena: 7/10
cena: €6,95 (około 30 zł za 70g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier trzcinowy

niedziela, 28 stycznia 2024

Rózsavolgyi Csokolade Birds of Uganda 80% ciemna z Ugandy

Bardzo cenię węgierską markę Rózsavölgyi Csokoládé i co jakiś czas sprawdzam, czy nie wydali żadnych nowych tabliczek. Ta właśnie jest jedną z nowszych, będącą jednym z czynników, które zdecydowały, że to właśnie na stronie Chocoladeverkopers złożyłam większe zamówienie jesienią. Ta konkretnie tabliczka została zrobiona ze wschodniej części gór Rwenzori w Ugandzie, gdzie małe plantacje mające około 2-3 hektarów wielkości są zarządzane głównie przez kobiety. Marka podkreśliła w opisie tej tabliczki, że uważają siebie nie tylko za czekoladników bean-to-bar, ale też artystów. Co przypieczętowało piękne opakowanie. Tę czekoladę zrobiono częściowo w hołdzie dla ptaków z Ugandy (które widnieją na kartoniku), co wywołało mój uśmiech, jako że całkiem niedawno jadłam Feitoria Do Cacao – Zorzal 82%, też nawiązującą do ptaków danego regionu (konkretnie Dominikany). Rozbawił mnie obrazek z tyłu opakowania - ziarno kakao imieniem Erik z dymkiem-ciekawostką.

Rózsavölgyi Csokoládé Birds of Uganda Chocolate 80% to ciemna czekolada o zawartości 80% kakao (miazgi, tłuszczu, a także łupin i miąższu / pulpy) z Ugandy, z regionu pasma górskiego Rwenzori.

Po otwarciu poczułam zapach niemal wytrawnie chlebowego piernika z wiśniową warstwą... nie jedynie kwaśną, a specyficznie skwaśniałą. Za nią pojawiły się jeszcze kwaśne powidła chyba, ale niekoniecznie tylko ze śliwek oraz czarne porzeczki. Te wniosły w owocowej strefie nieco świeższy charakter. Owoce odpowiadały też za średnio wysoką słodycz, serwując słodki, mocno wypieczony chlebek bananowy. Jego słodycz zasugerowała też trochę czereśni, związanych z łagodnością kwiatów Zaś ciepło-prażony, pieczony motyw ośmielił prażone - wręcz słonawe? - fistaszki i orzechy brazylijskie. 

Tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno, donośnie. Przywodziła na myśl skałę, acz z ukrytą kruchością (mimo że nie kruszyła się).
W ustach czekolada rozpływała się powoli i gęsto, przypominając zbity, masywny budyń. Nieco miękła, pokrywając podniebienie tłustawo-aksamitną mazią. Z czasem upuszczała też lekką soczystość jakiś nieco zagęszczonych soków, syropów z owoców. Końcowo lekko ściągała.

W smaku pierwsza przemknęła prażona nuta. Była tak szybka, że to, iż prażone były orzechy, okazało się jakby z lekkim opóźnieniem. Nim zdążyłam skupić na nich uwagę, przemknęła też słodycz, a w oddali niemal nieuchwytny kwasek - jakby czegoś skwaśniałego z czerwonych owoców?

Słodycz wydała mi się kwiatowa i w pewien sposób ciepła. Jak kwitnące w słońcu kwiaty?

Prażenie przedstawiło orzeszki ziemne i brazylijskie. Arachidy wydawały się tak mocno prażone, że jakby sugerujące sól? Przez moment razem z brazylijskimi były na pierwszym planie, aż osnuł je gorzki dym. Na krótki okres orzechy przycichły.

Słodycz wówczas polała się jako kompot wiśniowy. Zalał mi usta, dominując i łącząc słodycz z kwaskiem. Kompot wzmocnił syrop z wiśni i dżemowate nadzienia ciastek czy warstwa z jakiegoś ciasta. Musiały być zrobione głównie z wiśni, ale nie tylko, też z innych kwaskawych czerwonych owoców. Nieco skwaśniałych? Wyobraziłam sobie duszone owoce, głównie wiśnie. Ich kwaśność powoli się rozmywała.

Dym, chowający orzechy mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa przytoczył mocno przypieczony i bardzo pieprzny piernik. Ten lekko zahaczał wręcz o przypieczono-chlebową wytrawność... jakby chleba z ziarnami? Piernik oprócz pieprzu roztaczał też nuty goździków i gałki muszkatołowej.

Goryczkowate przyprawy oraz ciepło ciasta sprawiły, że w owocowej strefie pojawiły się banany. Najpierw dojrzałe, słodkie, jako one same, a potem oddające słodki, mocno wypieczony chlebek bananowy. Za jego sprawą słodycz znacząco wzrosła. Przewinęła się też kwiatowa nuta... Czerwonym owocom i wiśniom podrzuciła słodsze czereśnie, a myśli znowu wróciły do syropu lub innego takiego produktu z owoców. Oczami wyobraźni zobaczyłam śmietankowo-wiśniowy budyń. Kwaśność niemal umknęła.

Wraz z natłokiem pieczonych nut, wróciły orzechy. Odnotowałam brazylijskie i mocniej prażone arachidowe. Łagodziły piernik jakby od środka. Ciastowość za ich sprawą uczyniła kompozycję delikatniejszą, bardziej maślano-orzechową.

Owoce, po tym jak przybrały na słodyczy, na łagodniejszym tle wyszły bardziej świeżo. Przekuła je cierpkość i nagle poczułam szokująco jednoznaczne czarne porzeczki. Przywróciły kwaśność, acz bardziej świeżo-soczystą. Pomyślałam o czarnych porzeczkach jeszcze na krzakach, za sprawą których wzrosła ogólna lekkość, świeżość. Pomogły też kwiaty.

Cierpkość... przemieszała się z piernikiem, niby delikatniejszym, acz wciąż wyczuwalnie pieprznym; dym także ją podchwycił i na końcówce sprowadził porzeczki do kompotu z czarnych porzeczek właśnie.

Po zjedzeniu został posmak kwiatowo-kompotowo słodki. Słodycz przeplotła się z kontrastowo kwaskawymi czarnymi porzeczkami, które zapewniły rześki wydźwięk. Do tego czułam sporo orzechowości, mocno wypieczony, dymnie gorzki akcent. Wyłapałam w tym orzechy brazylijskie.

Czekolada bardzo mi smakowała. Prażone fistaszki i orzechy brazylijskie przechodzące w pieprzno-chlebowy piernik, podkreślony dymem zacnie zgrał się z wiśniowym kompotem, przetworami z kwaśnych owoców oraz świeżymi, a następnie kompotowymi czarnymi porzeczkami na koniec. Mimo gorzkości i ostrości, pieczonych nut, było też rześko, chwilami kwiatowo. Kwiaty i syropowo-dżemowo-kompotowe akcenty przełożyły się na słodycz, mocno w pewnym momencie podniesioną przez bananowy chlebek.

Przypomniała mi korzenną, bananowo-kwiatowo słodką i kwaśną od czerwonych owoców Ethicoco Craft Chocolate 75 % Uganda Origin. Nie były jednak bardzo podobne, bo ona zdecydowała się na większą harmonię zapewnianą przez słodycz, dodając miód. Dziś opisywana choć słodka, była słodka zachowawczo, a pozwoliła zaszaleć kwaśniejszym akcentom oraz korzenność wyszła w niej... wytrawniej? Mocniej.


ocena: 10/10
cena: €6,95 (około 32 zł; za 70g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: chciałabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 18 września 2023

Rózsavolgyi Csokolade Whole Ground Chocolate Madagascar Organic Cocoa 72 % ciemna z różnych części kakao z Madagaskaru

Bardziej lub mniej świadomie, w sumie trudno stwierdzić, tę czekoladę zostawiłam na koniec z tego zamówienia od Rózsavölgyi Csokoládé. Mało nie napisałam "koniec przygody...", ale właśnie nie! Wiedziałam, że na tym zamówieniu się nie skończy. Zanim jednak miałam o jakimś kolejnym myśleć, czekała mnie bardzo intrygująca rzecz. Tę tabliczkę zrobiono bowiem z całych ziaren kakao: wraz z łupinami, i miąższem / pulpą ze środka. Producent na stronie zachwala, że taka jest bogatsza nie tylko w aromaty, ale też błonnik i minerały. Z czymś takim miałam już do czynienia: Vosges Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey. Byłam bardzo podekscytowana możliwością spróbowania innej takiej, w której w dodatku nie zmienia dodatkowo miód, bo posłodzono ją tradycyjnie cukrem trzcinowym.
A w dniu degustacji czekała mnie dodatkowa miła niespodzianka. Otóż dopiero porządnie przyjrzałam się opakowaniu i dostrzegłam... lemura! I to w zasadzie na samym środku. A do tych zwierzaków mam wyjątkową słabość.

Rózsavölgyi Csokoládé Whole Ground Chocolate Madagascar Organic Cocoa 72% to ciemna czekolada o zawartości 72% kakao (miazgi, tłuszczu, a także łupin i miąższu / pulpy) z Madagaskaru.

Po otwarciu poczułam soczysty zapach wiśni i śliwek, którym wtórował ogrom czarnej ziemi. Z wierzchu suchszej, oczywiście głębiej wilgotnej i chłodnej, lecz wydźwięk całości był raczej ciepły. Zadbały o to ciastka cynamonowe i wysoka słodycz karmelu o nieco cukrowym zabarwieniu, mimo że był wyraźnie palony. Z palonością wiązał się pieczony wątek... jakiegoś "ciasta cappuccino" lub biszkoptu kawowego? Z lekką gorzkością. Soczystość owoców już wspomnianych podkreśliła cytryna. Doszukałam się za nią słodszej, ale jakby suchej pomarańczy oraz grejpfruta. Niby cierpko-goryczkowatego, a jednak ugłaskanego... Kwiatami? W pewien sposób ostrymi.

Gołym okiem widać w czekoladzie kropeczki - pewnie zmielone łuski.
Gruba i twarda tabliczka trzaskała podczas łamania bardzo głośno niczym bardzo suche i grube, drewniane deski. Była krucha, masywna, trochę jak skała, od której przy łamaniu odskakują drobinki.
W ustach rozpływała się powoli, wykazując gibką, plastyczną zbitość. Chwilami wydawała się nieco szorstkawa, ale z czasem wygładzała się. Długo zachowywała kształt, opływając maziście-aksamitnymi falami, które z czasem robiły się coraz bardziej soczyste. Aż w końcu bardzo soczyste. Mimo lekkiej kremowości, była prawie zupełnie nietłusta, a jednocześnie na pewno nie sucha. Sugestia pylistości zaznaczyła się w oddali, a całość znikała raczej rzadko.

W smaku najpierw rozszedł się łagodny duet masła i karmelu o wysokim stopniu palenia, ale wciąż czysto słodkim. Pomyślałam o biszkopcie, jakimś porządnie przypieczonym cieście... i ciastkach cynamonowych!

Ciastka cynamonowe wydały mi się częściowo bardzo słodkie, a częściowo dość wytrawne. Tak przypieczone, że aż leciutko... krakersowe? Odnotowałam pewną cierpkość, a potem wzrosła ostra słodycz. Mimo więc że było bardzo słodko od początku, to słodycz ambitniejsza. Ciepła, palono-korzenna.

Mimo to wyłapałam w tle akcent zwykłego, proszkowego kakao, szybko zmieniającym się w gorące kakao.

Przez te słodkie wypieki po chwili przedzierać się zaczęła cytryna wraz z lekkim kwaskiem. Wprowadziła duet wiśni i cytryn. Śliwki rozniosły soczystą słodycz, natomiast wiśnie zdecydowały się na kwaśność. Była lekka, ugłaskana przez... Kwiaty? Kwiatową, ostrą słodycz? Śliwki z czasem przedstawiły się jako głównie żółte - choć czułam ogólnie śliwkową nutę, właśnie żółte przewodziły. Wszystkie na pewno wielkie i soczyste.

Obok nieco pikantnej słodyczy cynamonu i karmelu pojawiła się gorzkość. Wydała mi się leniwa i delikatna, jednak rozchodziła się konsekwentnie. Słodycz jakby nieco się speszyła, a wtedy gorzkość uderzyła wyraźnie nutą ziemi.

Owocowa strefa mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wywalczyła trochę miejsca dla kwaśności, którą reprezentował i integrował z goryczką grejpfrut. Po nim wkroczyło więcej cytrusów: pomarańczy i cytryny. Czułam trochę skórek, ale raczej mieszankę słodko-kwaśnych miąższy. Wciąż otaczało je całkiem sporo kwiatów i jakby... brudny, ostry miód?

Ostrość, jakby "brudny" (?)" akcent podkręcała ziemia. W niej także ukryło się echo prostszego kakao. Wyobraziłam sobie czarną ziemię, na której zalega mnóstwo liści i drewna. Liście... częściowo były przesiąknięte ziemią, może nadgniłe, a drewno przynajmniej w znacznej części suche. W końcu zrównało się z ziemią i chwilami nawet dominowało. Czułam całe mnóstwo drewna, podkreślanego goryczką grejpfruta. Pomyślałam też o jakimś jakby bardziej drzewnym, ostrym miodzie. I... słodkim, kawowym wypieku? Kawa dosłownie tylko mignęła, wciągając w siebie wątek gorącego kakao. Luźno do głowy przyszło mi jakieś "ciasto cappuccino" (wyobrażenie).

Drewno przypomniało o ciastkach cynamonowych i karmelu. Lekki akcent miodu ukrył się za nimi. Śliwki w zestawieniu ze słodyczą nieowocową jakby nie mogły się zdecydować, czy być po prostu słodkimi, czy... pójść razem z wiśniami w nieco alkoholowym kierunku.

W posmaku został z owoców jednak przede wszystkim grejpfrut. Następne w kolejności było drewno - suche i ciepłe, czym łączyło się z wysoką słodyczą karmelowo-cynamonowych ciastek. Czułam też w tym wszystkim jakby... gorzkawą suchość? Przywodzącą na myśl pyliste kakao. Nie było jednak sucho, a soczyście, bo długo nieźle miały się akcenty cytryny i już jednak bardziej kwaskawych śliwek.

Całość była smaczna; zawarła trochę nut, które natychmiast wskazują Madagaskar, a trochę ciekawych "sucho-ciepłych" wątków podpowiadających, że ta tabliczka jest "jakaś inna" - i czuć w niej jakby prostsze kakao w proszku. Nie była jednak jakoś szczególnie dziwna czy ciekawa (to nie zarzut, a neutralne stwierdzenie). Karmelowo-cynamonowe ciastka, trochę ciast przełożyły się na nieco zbyt wysoką słodycz, jednak ogrom ziemi i drewna (to drewno wydawało mi się sugerować taką... "inną kakaowość") zadbały o gorzkość i wytrawność. Kwaśność była, ale nie wysoka, a ugłaskana ostrymi kwiatami. Na brak owoców jednak narzekać nie można. To sporo śliwek, trochę wiśni, a także cytrusów: głównie grejpfruta. Zacny splot smakowy, a konsystencja jedynie w porządku, bo miałam wrażenie, że jest aż dziwnie nieczekoladowo nietłusta.
Gdy pomyślę o smaku kakao i przypomnę sobie Vosges Whole Cacao Fruit 86% Whole Cacao Raw Honey, dochodzę do wniosku, że zrobiona z całego kakao czekolada nie odbiega smakiem aż tak bardzo od tych zwykłych tylko z miazgi i ewentualnie tłuszczu. W Vosges mocny udział musiał mieć surowy miód.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 1960 HUF, czyli ok. 24 zł (za 70g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao z łupinami i pulpą, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 8 września 2023

Rózsavolgyi Csokolade Virunga National Park 77 % The Big Gorilla Bar ciemna z Kongo

Zazwyczaj o wiele wcześniej planuję degustacje, lubię wcześniej poczytać coś o kakao, z którego dana czekolada jest zrobiona, obejrzeć zdjęcia miejsca, w którym rośnie itd. Tę jednak wybrałam niemal spontanicznie, bo dzień wcześniej. Co prawda od kilku dni miałam w głowie opakowanie z gorylem, ale... myśl, żeby wziąć się właśnie za tę czekoladę sformułowała się w pewnej chwili dość nagle. Jak już o gorylu - właśnie z goryli górskich słynie najstarszy park narodowy Afryki, Virunga. To stamtąd pochodzi kakao, z której tę tabliczkę stworzono. Obszar jego upraw rozciąga się od podnóża gór Rwenzori po tropikalne lasy Kotlina Konga. Brzmiało i wyglądało to bardzo zacnie!

Rózsavölgyi Csokoládé Virunga National Park 77 % The Big Gorilla Bar to ciemna czekolada o zawartości 77 % kakao z Kongo, z Parku Narodowego Virunga.

Po otwarciu poczułam zapach suszonych liści, przywodzących na myśl szelest złotych liści jesienią. Opadały na goryczkowatą ziemię. W tle poczułam dym. Może jakby właśnie palone liście? Do tego całkiem sporo goryczkowatej, cierpkiej herbaty z dodanymi owocami. Pojawił się w niej sok z marakui, ale też jakby... egzotyczniejsza wiśnia? Słodko kwaśna i spleciona z fioletowymi winogronami, nektarynkami, a także jakby brzoskwiniami z puszki. Te zawarły w sobie taką "podkręconą" słodycz, związaną z ciężkawą słodyczą suszonych owoców - głównie fig. Coś podobnego do nich, wyraźnie słodkiego, wydawało się kryć także w liściach (trudno to uchwycić i nazwać).

Tabliczka była bardzo twarda i adekwatnie bardzo głośno, donośnie trzaskała. Niczym trochę krucha, acz niewątpliwie masywna skała. Jej kruchość była... niby pozorna, a jednak zdarzyło się paru okruchom posypać.
W ustach czekolada rozpływała się wolno, w zasadzie stając się zbitym, gęstym budyniem. Była syta i masywna niemal do końca. Miękła, popisując się aksamitnie-budyniową, kremową strukturą. Połączyła subtelną tłustość i drobną soczystość, która na sam koniec zmieniała się w cierpkie ściągnięcie.

W smaku pierwsza pojawiła się ziemia, a wraz z nią zawilgocone herbaciane fusy - już zimne, pozostałe na dnie kubka. Dobiegały do nich lekkie, słodkie muśnięcia.

To jednak gorzkość rozeszła się odważnie, zanim słodycz zdołała wzrosnąć. Pomyślałam o czarnej herbacie, ale umacniający się ziemisty smak zaraz zalał mi usta czerwoną herbatą pu-erh. Ta dominowała.

Słodycz w tym czasie nieco wzrosła jako zwietrzały karmel. Nie była intensywna. Z czasem pomyślałam o suszonych figach - też takich bardziej suchych, a miejscami bardziej ściemniałych. Niewątpliwie słodkich i wyrazistych, ale nie aż tak dosadnie.

W tle pojawił się owocowy kwasek. Zaczęło się od wiśni... pomyślałam o słodko-kwaśnych, średnio dojrzałych i jakby z bardziej egzotycznym wydźwiękiem. Złączyły siły z karmelowo-figową słodyczą. Zaobfitowało to w fioletowe winogrona, brzoskwinie i nektarynki, które zdecydowanie osłodziły kompozycję. Brzoskwinie... były jakby z puszki, w jakiejś zalewie... A winogrona jakby właśnie się suszyły (na rodzynki)?

Kwasek jednak cały czas przeplatał kompozycję. Całkiem wyraźne były marakujowe szpileczki, które mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa nakręciły soczystość. 
Niezależnie od niej, do reszty owoców podkradła się ciężkawa pudrowość. Raz po raz wyraźniej wyłoniły się winogrona, ale zaraz odeszły w niepamięć. Wiśnie-niewiśnie przedstawiły się jako przesłodzony kompot... potem jednak i tak to kwaśna marakuja wypłynęła na wierzch i przygłuszyła te "dosłodzone" akordy.

Suszone figi na dłuższy czas zatraciły się, lecz udało im się wrócić w asyście liści. Oczami wyobraźni widziałam szeleszczące bukiety z ususzonych jesiennych liści. Może z nutką słodkich, suszonych liści tabaki? Liście te zawarły w sobie cierpkość, a ich goryczkę zaraz podkreślił dym.

Na moment dymu zebrało się całkiem sporo, a ja pomyślałam o liściach palonych i... ziemi. Palonych i zostawionych właśnie gdzieś na cierpkiej ziemi...

Ziemi bagnistej, mulistej. Wpisującej się w herbacianą gorzkość. Mocna, czarna, fusiasta herbata przemieszała się z herbatą czerwoną. Chodzi głównie o wilgotne liście, fusy, nie zaś same napary. Takie pozostałe na dnie kubka albo już wyrzucone z niego na ziemię. Ich goryczki splotły się, rządząc kompozycją. Daleko w tle przemknął chyba lekko cierpki cynamon.

Owoce zaś kontrastowo wydały mi się jeszcze słodsze i to już słodsze w żywszy, soczysty sposób. To już figi suszone, ale z zachowaną soczystością, niejednoznaczny duet wiśni i marakui, może odrobina cytrusów, acz podporządkowanych suszonym figom - raczej złocistym, tylko miejscami bardziej ściemniałymi. Niebezpiecznie kierowały się ku drapaniu w gardle. Wiśnie na moment zabłądziły między kompotem, a wiśniowym, słodkim winem czerwonym.

W posmaku zostały właśnie figi i jakby herbata z marakują. Gorzko-kwaśna, z powagą podkręconą ziemią i dymem. Zawinęła się tu jakby "brudna" nuta, coś bagnistego... Pikantna goryczka cynamonu? Jego cierpkość zmieszała się z cierpkością wiśni. Czułam także dość słodki kompot z wiśni. Te mieszały się z figami w dziwnej harmonii - jedne do drugich jakoś się upodabniały.

Całość zachwyciła mnie wyrazistą ziemią i mnóstwem fusów herbat: czarnej i pu-erh. Osłodzenie tego figami, odrobiną karmelu i urozmaicenie suchymi liśćmi, które to z kolei zawarły i gorzkość, i słodycz okazało się bardzo wciągające. Nieco bardziej soczyste owoce, a więc marakuja, jakby egzotyczna wiśnia i trochę brzoskwiń, moreli miewały epizodyczne akcenty dziwnego dosłodzenia, ale i one w bukiecie smakowym wyszły raczej na plus.
Słodycz była więc ogólnie przełamana (choć miała ryzykowne momenty), kwasek jedynie zwieńczył dosadną, acz raczej spokojną czekoladową gorzkość.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 1960 HUF, czyli ok. 24 zł (za 70g)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdyby była dostępna w Polsce

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 5 czerwca 2023

Rózsavolgyi Csokolade Madagascar Trinitario 72 % ciemna z Madagaskaru

Po smacznej Criollo Madagascar 71% przyszła pora na drugą z Madagaskaru tej marki. Przy niej zaczęłam zachodzić w głowę, dlaczego, skoro criollo teoretycznie to kakao łagodniejsze, z niego robią tabliczki o mniejszej zawartości. I że właśnie jeszcze tak różnicują - o 1%. Chyba nigdy nie przestanę się temu dziwić.

Rózsavölgyi Csokoládé Madagascar Trinitario 72% to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao trinitario z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu uderzyła soczysta cytryna, wraz z goryczkowatą skórką i ziemią. W tle pojawił się jakiś żółty i kwaskawy, ale raczej egzotyczny owoc - może ananas? A bardziej z przodu, bliżej cytryny wiśnia. Też soczyście kwaśna, ale zawierająca także pudrowość i łącząca się chyba z niejednoznacznymi ciemnymi owocami leśnymi. Cytryna chwilami zaś zahaczała o pewne kandyzowanie... Jednak zeszło się ono z rześkością, bo do splotu dołączyły też jakieś trawy cytrynowe, charakterne liście i soczysty korzeń imbiru, współgrający z palono-prażonymi nutami. Te wiązały się z wyrazistą słodyczą palonego karmelu. Karmelu, który otaczał świeże orzechy prosto z drzewa / krzaka i jakby świeżą kawę? Podkradającą się pod ziemię, z nieoczywistymi przyprawami.

Twarda czekolada przy łamaniu wydawała z siebie bardzo głośne, nieco kruche trzaski dosłownie skały. Już tu wydawała się bardzo zbita i masywna. Ona... była jak skała.
W ustach rozpływała się powoli. Zmieniała się w budyń gęsty i zbity do tego stopnia, że łyżka stoi. Jednocześnie upuszczała trochę soczystości. Miękła, robiąc się coraz bardziej pylistą, ale nie suchą. Pod koniec pozostawiała i soczystość, i suchawe ściągnięcie.

W smaku pierwsza rozeszła się karmelowa słodycz. Był to karmel mocno palony i choć znaczący, to wcale nie przeraźliwie słodki. Wręcz przeciwnie, jakby zgaszony, z czasem coraz bardziej rozmywany maślaną nutą. Pomyślałam o jakiś maślanych karmelowych bułeczkach i wypiekach, ale nagle uderzyły krówki i to one, karmelowe krówki, zdominowały słodką strefę.

Także w słodyczy z czasem zaznaczyła swoją nutę cytryna... jej skórka dokładniej? Nagle wyskoczył soczysty kwasek cytryny. Należał do świeżego owocu, ale... coś go hamowało. Za kwaśnością teraz już ewidentnie podążała bardziej goryczkowata skórka cytrynowa i... nuta kandyzowana. Cytrynę coś słodziło, właśnie hamowało... Nagle jednak wyrwała się i uderzyła wyrazistą soczystością.

Do krówek zaczęło dołączać więcej orzechów i maślaności. Słodycz trwała mniej więcej na tym samym poziomie, ale nie była już pierwszoplanowa, bo dołączyły do niej inne nuty. Między innymi orzechy laskowe, też naturalnie słodkie.

Gorzkość podkradła się do karmelowych krówek i podkreśliła w nich pewne ciepło. Znów pomyślałam o wypiekach, ale wtedy gorzkość zintensyfikowała się i przytoczyła ziemię. Ciemną, acz raczej suchawą, rozgrzaną. W ziemi kryły się przyprawy, łączące ciepło i soczystość, w czym przodował świeży korzeń imbiru. Po głowie snuły mi się też jakieś soczyste trawy, np. cytrynowa. Przewijały się orzechy i drzewa czy krzewy orzechowe.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wśród cytryn znalazły się jakieś słodsze, bardziej egzotyczne żółte owoce - chyba ananas. Może odrobinka mango? Chwilami cytryny chyliły się ku pudrowości.

Ziemia i soczyste rośliny z czasem bardziej zaczęły się mieszać z owocami. Najpierw mignęło mi coś czereśniowo-wiśniowego (późne, niemal czarne odmiany jak np. kordia). Pomyślałam też o ciemnych leśnych, ukrytych w roślinach. Były słodkie, cierpkie... I nagle wpuściły sporo wiśni. Słodko-kwaskawych, soczystych. Chyba wciąż w towarzystwie czereśni.

Mimo mnóstwa owoców, słodycz karmelowych krówek trwała do końca niestrudzenie. Pod koniec wyłoniło się z niej jeszcze więcej orzechów laskowych. Do głowy przyszła mi leszczyna i liście, a także... świeża kawa? O ziemistych nutach... Ziemia łączyła je z owocami, w zasadzie wtłaczała je w owoce.

Co, wraz z ciepłem przypraw z oddali, przerobiło wiśnie na bardzo słodkie, czerwone wino. Odnotowałam w nim lekko pudrowy motyw, jakieś owoce ciemnoczerwone subtelniejsze, ale wciąż soczyste i lekko cierpkawe.

Po zjedzeniu został posmak karmelowo-maślanych krówek, słodkie wiśnie o winnym charakterze oraz cytryna odmieniana przez wszystkie przypadki, w różnych formach: głównie pudrowa, na słodko, ale wciąż też przyjemnie soczyście-kwaśna i skórkowa. Wszystko osnuła ziemistość i delikatna cierpkość.

Całość bardzo mi smakowała z racji jednoznaczności cytryn i krówek, a także tego, jak połączył je soczysty imbir. Nie za dużo, ale taki wnoszący ciepło. Do tego rośliny, ziemia i wiśnie z czereśniami czy wino - bardzo zacny splot. Obyłabym się wprawdzie bez co bardziej pudrowych czy kandyzowanych nut, ale na szczęście nie było ich za wiele. Madagaskar czuć tu nieźle, ale z wieloma niejednoznacznościami - niektóre też mogłyby się bardziej wyklarować. Wszystko to jednak moje drobne uwagi.

Dzisiaj opisywana była bardzo słodka, ale jednak nie tak jak Criollo Madagascar 71% Pudrowość i delikatny karmel tamtej przegrał z karmelowymi krówkami tej. Pudrowe echo czerwoności podlinkowanej z kolei nie dorównało czereśniom i wiśniom. Criollo była jednocześnie o wiele łagodniejsza i... cytrynowa jako lody i sorbet, coś cytrynowego. Choć też ciekawa, to wersja trinitario 72% miała pazurki, którymi wbiła się w moje serce.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 1960 HUF, czyli ok. 24 zł (za 70g)
kaloryczność: 464 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdyby była dostępna w Polsce

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

sobota, 3 czerwca 2023

Rózsavolgyi Csokolade Cacao Criollo Madagascar 71 % ciemna z Madagaskaru

Zamawiając czekolady od Rozsavolgyi Csokoládé już od razu niektórych byłam o wiele bardziej ciekawa niż innych. Właśnie między innymi z Madagaskaru zaliczały się do tych, które musiałam mieć koniecznie... A no właśnie. Użyłam liczby mnogiej, bo zaopatrzyłam się w dwie różne tabliczki z tego regionu. Dzisiaj przedstawianą obstawiałam jako łagodniejszą, wszak z ziaren criollo, ale jakaś tam niepewność zawsze zostaje. Już nie mogłam się doczekać zestawienia jej z drugą nabytą.

 Rózsavölgyi Csokoládé Cacao Criollo Madagascar 71% to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao criollo z Madagaskaru, z doliny Sambirano.

Po otwarciu poczułam zaskakująco jednoznacznie cytrynowy sorbet, któremu towarzyszył kwaskawy, acz wciąż łagodny nabiał, a dokładniej mieszanina kefiru, maślanki i jogurtu. Słodycz częściowo była pudrowa - najwięcej tu pudrowych cukierków cytrynowych, ale też trochę czerwonych owoców... jakby coś z nich posłodzonego cukrem pudrem. A do tego róże. Suszone, słodkie kwiaty... Które łagodziły nabiał, że przemykała tam też śmietanka. Wprowadziła biszkopt kawowy, który dodał kompozycji trochę gorzkości i palonego akcentu.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno, co nie dziwiło z racji tego, jak twarda była. Wydawała się bardzo masywna, a także nieco krucha w sucho-skalisty sposób.
W ustach rozpływała się powoli i gęsto, zmieniając się w suchawo-zwartą grudkę budyniu. Taką choć z wierzchu niby aksamitną, to jednak w pewien sposób twardawą do końca. Z czasem pojawiała się lekka soczystość, dzięki której kształt miękł i giął się.

W smaku pierwsza pojawiła się cytryna, jednak już w kolejnej sekundzie obok znalazła się słodycz. Kwaśny cytrus roztoczył lekką soczystość, acz imperatywnych zapędów nie miał. Podobnie jak lekka gorzkość dymu, która jedynie zgłosiła swój udział w bukiecie.

Polała się mleczność i śmietanka. Zaraz pomyślałam o lodach cytrynowych albo całym deserze. Cytrynowe lody zrobione na bazie śmietanki, połączone z kwaśniejszym, cytrynowym sorbetem i... słodziutkim, cytrynowym sosem? Poczułam dosłownie "słodziutką cytrynkę", trochę pudrową.

Słodycz i kwaśność stanowiły jedność, co podkreśliły rodzynki. Słodko-kwaśne, lekko soczyste i wypełniające delikatny biszkopt. Daleko za nimi pojawiła się nutka czegoś czerwonego... kwiatów, np. róż lub... owoców? Też jednak w pewien sposób pudrowa, acz bardziej w sensie "suszona".

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przeszła w bardziej karmelową. Poczułam lekko palony motyw, a po chwili śmietankowe, łagodne karmelki. Słodycz nie rosła jakoś bardzo, ale miała sporo do powiedzenia. Jej charakter był jednak spokojny.

Spokojna, niemal leniwa wydała mi się też odlegle pobrzmiewająca nutka ziemi. Z czasem dołączyła do niej delikatna kawa. Kontynuowała palony wątek, a po chwili przedstawiła się jako kawa mleczna i subtelnie słodki biszkopt kawowy. Nasączony kawą i... z owocowym echem? Pomyślałam o jakiś słodkich cząstkach cytrynowych i rodzynkach.

Słodycz znów wydała mi się nieco pudrowa, tym razem było to trochę czerwonych owoców - chyba truskawki i róże. Suche, suszone i słodkie róże. Jakby ich płatkami udekorowano biszkopt kawowy i lodowy deser cytrynowy.

Kwasek cytryny obecny przy lodach był leciutki, a połączenie to w pewnej chwili zasugerowało bardziej jogurt i maślankę. Orzeźwiały i łagodziły.

Całość zwieńczyła palona nutka i odrobinka dymu.

W posmaku została śmietanka, jogurt oraz cytrynowe lody i sorbety. Do tego lekka cierpkość dymu, kawy i akcent "czerwonej słodyczy" - nawet już trudnej do uchwycenia, czy bardziej owocowej, czy kwiatowej. Czułam kwasek i dość wysoką słodycz, a także lekkie wysuszenie, mimo soczystego klimatu.

Czekolada była bardzo smaczna, mimo że łagodna i niemal leniwa. Obrazowy sorbet i lody śmietankowo-cytrynowe, kawowy biszkopt z rodzynkami, akcent róż i kwaśniejszy nabiał wręcz pokochałam, jednak dlatego jeszcze bardziej przeszkadzała mi słodycz pudrowa i delikatnego karmelu.
Powtarzam się, ale criollo często wydaje mi się nieco zbyt łagodne - stąd nie mogę pojąć, czemu to z nim robią tabliczki o niższej zawartości kakao (choć o 1% względem Madagascar Trinitario 72%).


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 3490 HUF, czyli ok. 41 zł (za 70g)
kaloryczność: 575 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

piątek, 26 maja 2023

Rozsavolgyi Csokolade Peru Nacional Cocoa 71 % ciemna z Peru

Większość czekolad marki Rozsavolgyi Csokolade dotąd jadłam z Wenezueli, ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero, gdy już tę wybrałam na kolejną degustację. Byłam jej bardzo ciekawa, jednak podobnie jak zastanawiałam się, czy to Wenezuelę jakoś szczególnie upodobał sobie producent, czy np. chodzi po prostu o umowy związane z kupnem kakao, zaczęłam zachodzić w głowę... po co robić 71% kakao? Dziwią mnie takie ogony. Ja bym już do 75% dobiła - ach, moja ukochana zawartość. No, ale cóż.
Dzisiaj przedstawiana tabliczka jest dla odmiany z Peru, ale... z ziaren Arriba Nacional, które trafiły do tego kraju przed laty z Ekwadoru.

Rózsavölgyi Csokoládé Peru Nacional Cocoa 71% to ciemna czekolada o zawartości 71 % kakao Nacional z Peru.

Po otwarciu poczułam woń drzew i orzechów, głównie fistaszków, ale nie tylko. Mieszały się z sokiem wyciśniętym z owoców żółtych... i owocami zmiksowanymi? w tym na pewno słodkimi, soczystymi brzoskwiniami i bananami. Soczystość nakręcała pomarańcza. Wydała mi się lekko dżemowa, dosłodzona. Odnotowałam też chyba... konfiturę z płatków róż? I same róże, kwiaty. Skrywające... śmietankowo-maślany wątek? Bardziej maślankowy... ale nie tylko! Nutkę śmietankowego twarożku, na którym podano dżem pomarańczowe i różane? O powagę kompozycji zadbało trochę dymu i echo ziemi, związane z kadzidlanym motywem. W tym z czasem znalazły się też słodko-soczyste, lekko goryczkowate jasne rodzynki.

W dotyku dość jasna czekolada wydawała się sucho kremowa, a przy łamaniu głośno trzaskała. Tłumaczyła to jej wysoka twardość. Nie brakowało jej masywności. Trochę się kruszyła, ujawniając ziarnisty przekrój.
W ustach potwierdziła gęstość, do której dodała też jędrność owocu. Z czasem zaczęła się zmieniać jakby w aksamitnie miękką grudkę w budyniu (tak, chodzi o budyń, który poszedł w grudki). Rozpływała się raczej powoli, ujawniając lekką pylistość, suchość. Do końca zachowywała względny kształt, z ochotą wyginając się i gibiąc.

W smaku pierwsza uderzyła słodycz karmelu. Mimo iż był delikatny, nutka palenia się w nim zaznaczyła. Dosłownie z sekundowym opóźnieniem dołączyły do niego pomarańcze - chyba kandyzowane, pudrowo słodkie i jako dżem, także przejawiający akcent paloności.

Od pomarańczy zaczęła odchodzić goryczka owoców. Pojawiło się mnóstwo właśnie nieco gorzkawo-kadzidlanych, acz wciąż przede wszystkim słodko-kwaskawych jasnych rodzynek.

Gorzkawość owoców zaprosiła gorzkość dymu... dymu, który robił się coraz bardziej kadzidlano-żywiczny. Wyobraziłam sobie kadzidła-żywice w formie suchej, a dopiero zaczynające się palić. Niektóre mogły być jeszcze w papierowych woreczkach, bo i taki... papierowo-drewniany akcent odnotowałam (albo papier jadalny? jak słodkości dla dzieci?).

Nagle jednak soczysta, słodka pomarańcza ruszyła z impetem. Jej smak znalazł się dosłownie wszędzie, na moment zdominował kompozycję. Doleciały do niej pojedyncze, kwaśniejsze akcenty innych cytrusów, w tym cytryny. Być może także limonki...? Rozochociły ogólną soczystość, nasączając i wydobywając z oddali trochę ziemi. Kwiaty - jakby kwiaty pomarańczy? - stały jednak na straży, by całość cały czas była łagodna i słodka.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa od żywicznych nut odeszło trochę drewna, które otworzyło drogę orzechom. Zrównały się z pomarańczami, a zaraz nieco je wyprzedziły. Myślę o delikatnych, nieznacznie prażonych orzechach arachidowych i laskowych. Z przewagą pierwszych, w otoczeniu różnych, ale to je jakoś najbardziej podkreślało gorzkawe drewno i drzewa. Drewna ściętego, suchego zebrało się sporo i wyprzedzało drzewa żywe, ale czułam jedne i drugie. Do orzechów dołączyła delikatna nuta maślana, w tym momencie jednak specjalnie nie bardzo istotna.

Z racji soczystości pomyślałam o soku wyciskanym z owoców. Na pewno czułam mango, bardzo słodkie i dojrzałe, ale też brzoskwinie... Chyba również banany? Pojedyncze kwaskawe szpileczki pojawiały się wśród nich, ale to zdecydowanie słodki splot żółtych owoców. Przy czym pomarańcza wciąż była dobrze wyczuwalna. Bardziej jednak w sensie... dosłodzono-kandyzowanym? Dżemowym?

Wydźwięk pomarańczy zwrócił moją uwagę też na nieco cukrową konfiturę z płatków róż (jako "róża z czymś... jakimś czerwonym owocem?), jakby i ją, i pomarańczową podano na kanapkach ze śmietankowym twarożkiem? Ogólnie zrobiło się łagodniej. Kwaskawość sugerowała maślankę, ale ta poszła raczej w maślaność.

Delikatne akcenty dymu, drzew - te bardziej gorzkie, z przemykającą wśród nich ziemią - odeszły na tyły niemal zupełnie, ale nie zniknęły.

Pod koniec pomarańcza znów zrobiła się silniejsza, czułam... syrop pomarańczowy i "słodkiego cytrusa na twarożku", za którym stało sporo niejednoznacznych, lekko prażonych orzechów. Przemknęła myśl o tostach z twarożkiem i czymś pomarańczowym.

Po zjedzeniu został posmak pomarańczy bardzo słodkiej, lekko palonej - może jako syrop? -, zmieszanej z orzeszkami arachidowymi i innymi. Czułam wysoką słodycz, aż nieco cukrowo-kandyzowaną, ale i karmelową... karmelowo-rodzynkową? Tym pomógł jakby neutralizujący akcent drzew.

Całość była smaczna, acz w moim odczuciu za słodka. Pomarańcze miały dżemowo-kandyzowany charakter, choć i świeżych nie brakowało. Konfitura różana, sok z żółtych owoców (mango, brzoskwini, banana) nie przełożyły się na bezkresną soczystość, bo i drzew, orzechów było sporo. Arachidy i kadzidlane rodzynki nadały kompozycji bardzo zacnej powagi. Szkoda tylko, że nie miały więcej charakteru i nie dominowały.

Orzechy, drzewa, karmel i cytrusy, a przede wszystkim pomarańcza z twarogiem, przypomniała mi Georgia Ramon Fahrenheit 264 Peru - Piura Blanco Nacional 82 %, która to jednak wygrała niską słodyczą, a wysoką gorzkością. Obie niekwaśne, choć z kwaskami.


ocena: 8/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 2860 HUF, czyli ok. 33 zł (za 70g)
kaloryczność: 463 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

poniedziałek, 27 marca 2023

Rózsavolgyi Csokolade Ecuador Nacional Cacao Finca Garith 73 % ciemna z Ekwadoru

Kiedy dwa razy do roku składam ogromne zamówienia na czekolady, raczej wolę wtedy wybierać różne różnych marek, jednak zdarzyło się, że i bezpośrednio ze sklepu producenta zamawiałam. Nigdy jednak w ciemno, a przynajmniej po jednej, która mnie zachwyciła. W przypadku Rózsavölgyi Csokoládé w taki właśnie sposób zaopatrzyłam się w sporo czekolad. Z każdą marka zachwyca mnie coraz bardziej - i pomyśleć, że nie od pierwszych dni znajomości zapałałam do niej miłością (nie wiem, z czego wynikał mój sceptycyzm; z tego, że trafiłam np. na tabliczkę z wyjątkowo nie w moim typie z dodatkiem Rozsavolgyi Csokolade 73 % Olive & Bread?). Myślałam, że akurat Ekwador w wykonaniu tej marki nie będzie dokładnie taki, jaki uwielbiam najbardziej, ale i tak obstawiałam coś pysznego. Warto wspomnieć, że w tym regionie (prowincji Santo Domingo de los Tsáchilas) Finca Garyth specjalnie działają od lat na rzecz przywrócenia unikalnego ekwadorskiego ziarna Nacional - które porasta ziemie Ekwadoru od wczesnych lat 1900.

 Rózsavölgyi Csokoládé Ecuador Nacional Cacao Finca Garith 73% to ciemna czekolada o zawartości 73 % kakao Nacional z Ekwadoru, z prowincji Santo Domingo de los Tsáchilas.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach dymu i suchych, zarówno suszonych, jak i pewnie już palonych liści tabaki o słodko-goryczkowatym charakterze. Tabaka mieszała się ze starymi, pożółkłymi księgami. Stała przy nich odważna ziemia z drobnym, pozytywnym elementem brudu, nadającym jej pewnej pierwotności. To też ogrom roślin - słodkich i bardziej rześkich. Wyobraziłam sobie liście bananowca i same bananowce, ale nie tak ewidentnie same w sobie banany. Te też były, ale w tonacji tak słodkiej i rozmytej, że jako biszkopt bananowy. Lekką, kwaskawą soczystość zapewniły maliny, a w tle doszukałam się jeszcze niemal miodowych melonów i odrobiny orzeszków (może też w miodzie?).

Nieco sucha w dotyku tabliczka trzaskała bardzo głośno, jakby była stwardniałym, gęstym kremem. Cechowała ją niesamowita twardość i masywność. Kojarzyła mi się, zwłaszcza przy odgryzaniu kawałka, z chrupko-kruchą skałą.
Także przekrój wyglądał na masywny, zbity.
W ustach rozpływała się wolno i bardzo kremowo. Zmieniała się w coraz bardziej mięknący, aksamitny acz jakby nieco suchawy budyń. Taki, który dopiero odsłania swoją maślaność i niemal aksamitną kremowość, zasnuwając się z pod koniec drobnym pyłkiem. W końcu czekolada stawała się dosłownie mięciuteńka. Miała jednak w sobie także pewną soczystość.

W smaku pierwszy przywitał się słodki biszkopt toffi. To było jakby jeść szlachetny, nieprzesadnie, ale ewidentnie słodki, twór nad jakimiś starymi księgami.

Po chwili dobiegła soczystość, niczym lekki powiew zza okna. Nutka owocowa trzymała się jednak w oddali. Wskazałabym trochę słodkich czerwonych i... żółtych? Z minimalnym kwaskiem?

Książki wprowadziły tabakę i suche liście, nawet trochę drewna. Obok niego znalazła się palona nuta - nie wysoka, ale istotna. Osnuł ją dym, rozprowadzający spokojną gorzkość. Mignęło mi trochę kawy, przełamującej słodycz. Razem z dymem trzymała ją w szachu.

Wciąż nie mogłam uchwycić soczystości z tła... może to jakaś konfitura różana? Z czerwonych owoców, a ciągnąco-farfoclowata od płatków kwiatów.

W tym czasie ta rześkość i powiew przywiały ogrom nut roślinnych. Choć i je dopieszczał dym, pokazały swój własny, rześko-słodki charakter. Pomyślałam o bananowcach, ich liściach i... po prostu o innych zieleniach. Skropionych deszczem lub wilgotnych od rosy. Na straży dosadności i gorzkości wciąż stał jednak dym. Palona nuta jakby... uziemiała to wszystko. Dosłownie, bo i ziemia się przewijała.

Ogólna słodycz spokojnie, konsekwentnie, delikatnie rosła. A przy tym zmieniała się.
Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa biszkopt toffi, pod wpływem roślinności, zmienił się w mocno bananowy biszkopt. Był wilgotny i soczysty... Słodki, wręcz słodziuteńki, bo z bananów bardzo dojrzałych. Towarzyszyły mu książki, dodając powagi, lekkiej cierpkości i goryczki. A może sporadycznie trafił się też właśnie cierpkawy banan, by nie zrobiło się za słodko?
A jednak mimo to za sprawą biszkoptu kompozycja na pewien czas złagodniała i wkradła się do niej znacząca maślaność.

Soczystsze akcenty z tła zagrały wtedy wyraźniej. Poczułam słodziutkie maliny, aż miękkie i soczyste, jak się tylko da... Raz czy dwa otarły się nawet o cukierkowość albo o jakąś gumę balonową, ale szybko się chowała. To właśnie na bazie malin mogły być wspomniane wcześniej różane przetwory. A od zieloności odeszła nutka żółtego miodowego melona i... melona bardziej kwiatowego? Do tego wśród owoców podniósł się drobny kwasek trudny do nazwania.

Kwiaty zaczęły zwalczać maślaność, a to wykorzystały książki i tabaka. Tabaka i dym do słodyczy dodały więcej gorzkości. W mieszaninę tę wemknęło się trochę orzeszków - arachidów w miodzie? Uderzyła ziemia, tym razem nie zważając na nic. Kawa z oddali jej kibicowała. Na pewien czas te nuty zaczęły dominować, jednak z czasem otuliły się delikatniejszymi i przygasły. Ja zaś wyobraziłam sobie jakieś nadpalone na czarno pergaminy, karty książek... w których suszyły się kwiaty?

Posmak właśnie do kwiatów, ale świeższych, melonów i bananów, a także odrobinki toffi. Czuć tu lekkie palenie, minimalną suchość książek (i suszonych w nich kwiatów?) oraz... jakby suchą ziemię z doniczek, z której wystają jakieś zielone rośliny, kwiaty... Sporo czułam świeżych liści właśnie. A jednak... wychynął chyba też lekki posmak czerwonych owoców, ale pudrowych.

Całość bardzo mi smakowała. I... zaintrygowała. Cała ta świeżość, ogrom roślin-zieloności była wspaniała. Akcent książek, słodycz bananowego biszkoptu i nieco soczystszych akcentów malin, melona zeszły się z charakterną tabaką, dymem i końcową ziemistą bombą. Choć był moment złagodzenia, sporo słodyczy, to jednak ani na chwilę nie schowała pazurków. Jedyne co, to te bardziej cukierkowe akcenty czy pewną niedookreśloność bym zmieniła.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 2390 HUF, czyli ok. 28 zł (za 70g)
kaloryczność: 521 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdyby była dostępna w Polsce

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

wtorek, 28 lutego 2023

Rozsavolgyi Csokolade Rio Caribe 76 % ciemna z Wenezueli

Wenezuela, jeśli chodzi o kakao, jest niezwykle zróżnicowana w nuty, a jednak rozpoznawalna. Wszystko zależy od regionu - jeden od drugiego może się bardzo różnić, a mi i tak się wydaje że pewna wspólna jest łatwa do uchwycenia. Lubię kakao stamtąd, jednak nie zawsze robi na mnie tak samo ogromne wrażenie. Zdarza się nawet, że danego dnia mogę kompletnie nie mieć ochoty na czekolady z niego. W przypadku tej tabliczki z kolei... wybrałam ją do degustacji, bo nagle jak grom z jasnego nieba, naszła mnie dzika chęć właśnie na Wenezuelę. Z czekoladami jak widać nigdy nic nie wiadomo, na wielu płaszczyznach.

 Rózsavölgyi Csokoládé Rio Caribe 76% to ciemna czekolada o zawartości 76 % kakao trinitario z Wenezueli, z półwyspu Paria, z okolic miasta Rio Caribe.

Po otwarciu rozgrzmiał zapach palonego drewna i palono-suszonych, słodkich ziół. Wyobraziłam sobie zioło-kwiaty polne, rośliny suszące się, ale też palone jako kadzidła. Za nimi stała wytrawność, przywodząca na myśl grzyby suszone nad kamiennym piecem... ale też nieco żywsze grzyby np. opieńki porastające pnie. Czułam drzewa, liście... w tym może słodkie liście tabaki, podkręcone palonym karmelem. Z jego słodyczą wiązał się delikatny owoc... niemal pudrowo słodki banan? Wydał mi się jakiś sucho-soczysty (nuta grzybowa podobnie). I wręcz słodziuteńkie... mandarynki? Te umocniły się nieco już w trakcie degustacji. Całość łagodziło śmietankowe echo, przywodzące na myśl stogi siana na wsi i sielankową scenerię.

Sucha w dotyku tabliczka wyglądała w zasadzie na taką, co to jeszcze może okazać się kremowa. Na pewno była konkretna, ale przeciętnie twarda. Trzaskała ładnie i głośno, jakby była bardzo pełna. Jej przekrój wydał mi się właśnie pełny, zbity i nieco z kolei pylisty.
W ustach rozpływała się powoli, acz tak... umiarkowanie, ochoczo. Była maślano-śmietankowa, bardzo kremowa i dość tłustawa, ale nie ciężka. Miękła aksamitnie, w porywach upuszczała trochę soczystości, a pod koniec uwalniała trochę pyłku. 

W smaku pierwsza pojawiła się śmietanka, którą już po chwili zalała kwaskawa, acz wciąż delikatna maślanka. Zaznaczyła rześkość, po czym całość zrobiła się bardziej śmietankowo-maślana. To było zaskakująco... naturalnie wiejskie, aż trochę siankowe.

Prędko zaznaczyła się słodycz palonego karmelu. Początkowo był delikatny, ale już wyrazisty w przekazie. Ogólna słodycz zaczęła rosnąć. Pomyślałam o słodkawych liściach tabaki z cierpkawymi pazurkami i starych, nieco pożółkłych książkach (jakby "smaku ich zapachu").

W niziuteńkiej, a jednak obecnej, rześkości odnotowałam soczystość. Należała do bardzo słodkich, leciuteńko kwaskawych pomarańczy...? Mandarynek! Słodkich, ale suchych. Niby soczystych, ale jednak suchawych. Daleko w tle zaznaczyło się też coś czerwono owocowego, suszonego.

Wtedy rozlała się gorzkawość, kojarząca się z korą i pniami drzewnymi. Drewno było to pościnane, opadłe (kora), ale w środowisku naturalnym. W tle przemknął mi akcent grzybów... jakby grzybów na maśle lub ze śmietanką? Chowały się jednak za drzewami. Wyobraziłam sobie suchy, niegęsty i ciepły las, a więc znów połączyła się suchość z rześkością. Gorzkość nabrała mocy. Ruszyło więcej drzew i liści.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa drzewa i maślaność zaobfitowały w nieśmiałe, niejednoznaczne orzechy. Wydały mi się surowe, maślane i naturalnie słodkawe. Znalazło się tam trochę pekanów, to akurat pewne.

Ogólna słodycz jednak też się rozchodziła i leniwie rosła. Karmel na pewien czas zniknął, a ruszyło trochę owoców. Jakiś czerwonych, np. słodkich malin... jako guma czy pudrowe cukierki? Mignęła mi guma tutti frutti, a zaraz słodki, soczysty arbuz i banan. Nuty owocowe były ledwo uchwytne, lecz obecne. Najbardziej uparcie nagle zaczęły pobrzmiewać mandarynki. Z czasem jednak zostawiły słodycz i zanikły... Owocowość wciągnęły zioła. Bardziej słodko-soczyste kwiaty? Kontynuowały złudną owocowość, ale odchodziły częściowo w kierunku bardziej suszonym.

Wyobraziłam sobie suszone kwiaty i zioła, m.in. lawendę, hibiskus, głóg. Głóg jako suszone owoce głogu? Słodko-cierpkie, suszone, ale... nie tylko. Częściowo robiły aluzje do czerwonego wina. Osnuły się gorzkim dymem. Znów przewinęła się myśl o książkach.

Roślinność w tle przewijała się jako lekka rześkość. Była niedookreślona. Kojarzyła mi się z mchem, który... razem z opieńkami, a więc grzybami porasta jakieś pnie... Pnie pośród opadłej kory? Grzybowa nuta rozeszła się, pokazując swą wytrawność całkiem wyraźnie i mieszając z pekanami. Podkreśliła je.

Pod koniec polsko leśny obraz zetknął się z bardziej egzotycznym, bo oto wychwyciłam jakby suszone liście egzotyczne, jakiś owocowych drzew, np. bananowców. Soczyste, kwaskawe, specyficzne. Cierpkie? 

Kompozycja złagodniała, jakby usta zalała mi maślanka... bananowa? Do tego zrobiło się bardziej słodko za sprawą palonego karmelu i lekkich orzechów, też jakby otulonych karmelem, może już w tym momencie karmelizowanych. A karmel... krył w sobie... dym? Chyba uchwyciłam też ziemistość.

Po zjedzeniu został posmak maślankowo-dymny, słodycz karmelu i motyw drzew. Drzew z ziołami, liśćmi i maślano-grzybową, niemal ziemistą wytrawnością oraz rześko-soczystym echem. Czułam też specyficzną pylistość jakby kakao w proszku. Ponadto, w ustach zostało wrażenie suchości, mimo że z kolei na ustach - lekkiej tłustości.

Czekolada smakowała mi, ale przede wszystkim... intrygowała. To połączenie suchości i rześkości? Ciekawe! Lasy, "owoce, ale w sumie nie" - też. Karmel był obecny, teoretycznie nie pasował, ale właśnie zacnie to wszystko zgrał. Bananowo-arbuzowa i głogowa nutka oraz dym, palone zioła, maślaność, maślanka i śmietanka - nie wiem, jakim cudem to wyszło tak harmonijnie. Całość była spokojna, a jednak satysfakcjonująco gorzka. Niekwaśna, nie za słodka. Wyważona, bez szaleństw, a głęboka.

Trochę przypomniała mi bananowo-tabakową, z nutką gorzkiego skansenu Willie's Cacao Venezuelan Gold Rio Caribe 72 %, ale ogółem były zupełnie inne. Podlinkowana wydawała się mocno palona, a ta... jakby paloność płynęła po prostu z nut, a nie była wynikiem procesu. Ta była bardziej jakby... suszona niż palona. Dawno nie jadłam tak suchej Wenezueli.
Kwiaty o owocowym zabarwieniu, czerwono owocowy puder, ziemia i orzechy pekan były w Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar, która mimo ogólnie też wielu różniących je nut, miała niezwykle podobny charakter, wydźwięk.


ocena: 9/10
kupiłam: rozsavolgyi.com
cena: 2390 HUF, czyli ok. 28 zł (za 70g)
kaloryczność: 585 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym, gdyby była dostępna w Polsce

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy