Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sticky Blenders. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sticky Blenders. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 grudnia 2025

krem Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza

Kiedy zobaczyłam zimowe edycje limitowane na stronie Sticky Blenders, bardzo się zainteresowałam, jednak po chwili przemówił zdrowy rozsądek. Przypomniał mi o nieudanych limitkach letnich. Jak pomyślałam, że znowu miałabym władować się w 3 niesmaczne słoiki... O nie. Przyjrzałam się więc składom i doszłam do wniosku, że naprawdę kusi tylko jeden (dziś opisywany), a jeden (niesmaczny Sticky Blenders Migdał Ciasteczka Korzenne) wcale nie jest nowy. Był jeszcze jeden ciekawy, ale odrzuciłam przez wysoką zawartość cukru - taki pralinowy krem na pewno by mnie zasłodził. A dziś przedstawiany wydał mi się bezpieczniejszy. I przypomniał mi, że nie próbowałam bazowego, 100% z nerkowców. Właśnie dzięki dziś przedstawianemu, wreszcie nadrobiłam zaległości i kupiłam też Sticky Blenders Nerkowiec Vegan.

Sticky Blenders Nerkowiec Czekolada i Pomarańcza to krem nerkowcowy z orzechów nerkowca i czekolady mlecznej z pomarańczą, a dokładniej ekstraktem z pomarańczy; edycja limitowana na zimę 2024/25.

Po odkręceniu zagrzmiał intensywny zapach olejku pomarańczowego, który próbowała dogonić trochę plastikowa czekolada. Także była mocną nutą, lecz to i tak zdecydowanie pomarańcza dominowała. Skojarzyła mi się z tanimi figurkami czekoladopodobnymi i domową czekoladą; blokiem czekoladowym. Ale takim z maślanymi herbatnikami? Te chyba podszeptywały nerkowce. Nerkowce jako nerkowce czuć dopiero za czekoladą i pomarańczą, zwłaszcza po przemieszaniu i w trakcie jedzenia, gdy wącha się uważnie. Czułam nutę kakao, ale nie gorzkość czy wytrawność, stąd kolejnym skojarzeniem były maślane ciastka kakaowe albo masa na nie. Pomarańcza z tym wszystkim, i lekko palono-prażonym motywem, zasugerowała też czekoladowy, nieszczególnie korzenny, piernik.

Na wierzchu nie wydzieliła się nawet kropelka oleju, a krem wyglądał na wyschnięty i twardy. Wystarczyło jednak lekkie dotknięcie łyżeczką, by aż plasnął.
Krem okazał się miękki, mimo że gęsty. W trakcie mieszania i jedzenia wręcz wilgotnie plaskał. Był tłusty w oleisty sposób, jednak wciąż też kremowy. Lekko się ciągnął. Widać w nim sporo małych i średnich kawałeczków i kawałków.
W trakcie jedzenia krem dał się poznać jako tłusty w miękko-oleisty sposób. Usta wypełniał tłusto-lepkawymi smugami i rozpływał się dość szybko, eksponując trochę oleistą tłustość i lepkość miękko-tłustej czekolady. Zaplątała się w nim też wodnistość. Wyszedł maziście i bazowo jak nieprzyjemnie tłuste smarowidła typu Nutella. Czuć w nim kremowość, a także miazgowość i wręcz dodatek małych kawałeczków. Rzedł łatwo i znikał trochę oleiście-wodniście.
Kawałeczki i drobinki zostawały. Nie wszystkie wymagały gryzienia, ale te większe okazały się krucho-twarde i chrupiące (zaskakująco jak na nerkowce).
Krem nieprzyjemnie otłuszczał usta.

W smaku pierwszą poczułam bardzo słodką, a jednocześnie lekko kakaową czekoladę. Czekoladę o dość plastikowym, tanim charakterze. W pierwszej chwili trudno powiedzieć, czy była bardziej mleczna, czy nie. Ot, słodko-figurkowa.

Nie pomogło wodniste echo, które wkradło się w towarzystwie pomarańczy.

Zaraz bowiem i pomarańcza dała o sobie znać, wytaczając obok czekolady swój olejkowy motyw. Pomarańcza trochę wpisywała się w słodycz, i zapewniła trochę goryczki. A nawet soczystość. Miała władcze zapędy, acz nie od razu zdominowała kompozycję.

Słodycz rosła, jednak tę czekoladową przeplotła inna. Obok pojawiła się nuta ciasteczkowa, herbatników maślanych. Nie była więc bardzo wysoka ogólnie, bo częściowo naturalna. To nerkowce zaczęły się delikatnie dopraszać o głos. Dopiero z czasem jako tako dało się je odnotować. Jawiły się jako słodkawo-neutralne.

Wraz z nerkowcową nutą, odwagi nabrało mleko. Wydawało się jednak nie tylko zależne od czekolady, ale mimo starań, i tak pomarańcza bardzo je przygłuszała.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomarańcza prawie zupełnie zagłuszyła wszystko inne. Miała wyraźnie olejkowy charakter. Raz po raz wtrącała lekki kwasek, soczystość. Wyszła trochę sztucznie i spłycała czekoladowość. Z czasem trochę odpuściła, lecz i tak rządziła wszystkim.

Na czekoladowość złożyły się domowy blok czekoladowy z cukru, mleka w proszku i kakao, ciasta chatka Baby Jagi / Puchatka z herbatnikami, herbatnikowo-pomarańczowa bajaderka i figurki czekoladopodobne. W pewnym momencie nawet niekorzenny, a czekoladowy piernik z nutą pomarańczy przeszedł mi przez głowę, ale ten to akurat bardzo luźna myśl. We wszystkim tym plątała się budżetowość. Słodycz trzymała się średnio-niskiego poziomu, jednak przy naturalniejszej nerkowcowej czuć jej cukrowy ton. Ten jakoś lepiej radził sobie z olejkową pomarańczą.

Bliżej końca nerkowce się zatraciły, mleko w zasadzie też, a czekolada wyszła jak jakaś słodka, trochę kakałkowa, plastikowa masa. Gorzkość się nie pojawiła, acz pewna goryczka błądząca od subtelnego kakao do olejku pomarańczowego przewijała się. Pomarańcza końcowo znów wychodziła na przód, ale tym razem z oleistą nutą.

Gryzione na koniec drobinki i małe kawałki orzechów jako tako smakowały łagodnymi nerkowcami. Acz były trochę tłumione intensywnym, plastikowo-olejkowym otoczeniem.

Po zjedzeniu został posmak słodko-goryczkowatego olejku pomarańczowego oraz plastikowej czekolady. Jej mleczność i nerkowce niemal zupełnie odpadły. Było słodko, ale nie jakoś szczególnie mocno.

Krem okazał się rozczarowaniem, bo czułam ogromny niedosyt nerkowców i bardzo nie podobała mi się konsystencja. Nerkowce prawie zupełnie się zatraciły w olejkowej, zbyt napastliwej pomarańczy oraz tanio-plastikowej czekoladzie. Krem był zaskakująco przyjemnie mało słodki, jednak to mu nie pomogło w ogólnym odbiorze. Przybrał słodki klimat, klimat "słodyczowy", ale brakowało mu charakteru, dobrej bazy. Lepsza czekolada i mniej pomarańczy mogłoby zagrać, a tak... no cóż. W dodatku struktura oleiście-miękkiego smarowidła typu Nutella bardzo mi nie pasowała. Nie pomógł miazgowy efekt. Ogólnie wyszło męcząco.

Samego kremu zjadłam dosłownie parę łyżeczek (25-30g?), ale ze względu na to, że lubię tę markę, dałam kremowi jeszcze szansę w czymś. Zrobiłam twarożek: pół normalny, pół kakaowy (bo nie wiedziałam, który lepiej się sprawdzi). Dodałam do niego orzechy nerkowca (ok. 40g) i mieszankę suszonych i liofilizowanych pomarańczy oraz klementynek (razem jakieś 40g; też nie umiałam zgadnąć, co sprawdzi się najlepiej: liofilizowane pomarańcze, suszone skórki pomarańczy czy suszone klementynki). Do tego 40g kremu.
Najlepiej wyszły tu liofilizowane pomarańcze oraz kakaowa połowa twarożku. Kakaowy twarożek zagłuszył plastikowość kremu i podkręcił kakaowość, a pomarańcze sprowadziły olejek pomarańczowy do poziomu przystępnego, nie nachalnego. Suszone klementynki w ogóle były mało cytrusowe, dziwne, więc w tej kompozycji to niewypał. Suszone pomarańcze mi też nie pasowały, ale radziły sobie z olejkowością kremu. Połowa nie kakaowego twarożku dawała radę trochę tonować plastikowość czekoladowego kremu, jednak ta nie dawała za wygraną. Nerkowce były smacznym dodatkiem, nie dały się zagłuszyć kremowi, lecz nie udało im się też wydobyć nerkowcowości kremu. Miałam też przy nich wrażenie, że na zasadzie kontrastu, podkreśliły tanią słodycz kremu. Przy naturalnych dodatkach jawił się zwyczajnie jako trochę za słodki jako krem, ale znów, że jadłam różnie zagarniając, całe danie za słodkie nie wyszło. Krem w czymś był zjadliwy. Choć te 40g to było trochę za dużo, nie męczyło w takim towarzystwie. Samego kremu tyle bym nie zjadła.

Inną kombinacją był jogurt kakaowo-piernikowy (dodałam łyżkę kakao i czubatą łyżeczkę własnej przyprawy piernikowej) z dżemem 100% z pomarańczy (Herbapol dla Auchan), paroma nerkowcami oraz oczywiście recenzowanym kremem (33g).
W zapachu krem trochę się ukrył, jednak jako że nie był zachwycający, to plus. Na strukturę w jogurcie wydał mi się jakiś dziwnie zbyt masywnie-zbity jak na taki krem, ale już w smaku się sprawdził. I to bardziej niż w twarożku. Jako że trochę przesadziłam z przyprawami korzennymi, w efekcie czego jogurtowa baza była od nich ostro-pikantna, takie wręcz czekoladkowe osłodzenie dobrze temu zrobiło. Intensywne przyprawy i kakao zagłuszyły wydźwięk tanich figurek czekoladowych, a charakterny, cierpko-kwaśny dżem pochłonął olejkowość kremu. Krem więc ogólnie podporządkował się dodatkom i grzecznie z nimi współgrał, nie wybijając się przed nie. Fakt, że taka kompozycja wyszła smakowicie nawet gdyby kremu tam nie było, ale jej nie zepsuł, a to już coś. Szkoda tylko, że w niej nadal nie smakował mocno nerkowcowo - nie pomogły tu dodane nerkowce.

Mimo że i twarożek, i jogurt ogólnie były smaczne, to jednak nie na tyle, bym miała do nich wracać, w konsekwencji czego około pół słoika, jaka została, powędrowała do Mamy. Jej opinia: "Całkiem w porządku, słodko czekoladowy, tylko ten olejek pomarańczowy przeszkadza. Wprowadza taką... taniość, sztuczność. Zupełnie niepotrzebnie".


ocena: 5/10; z jogurtem jw. 7/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 39 zł za 200g
kaloryczność: 553 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 50%, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa), olej z pestek winogron, naturalny ekstrakt z pomarańczy brazylijskich, olej rzepakowy

sobota, 20 września 2025

krem Sticky Blenders Nerkowiec Vegan

Wszystkie kremy 100% Sticky Blenders, jakie jadłam, mnie zachwyciły, więc czym prędzej postanowiłam w końcu nadrobić zaległości i zakupić także krem z moich ulubionych orzechów (nerkowce wielbię na równi z włoskimi). Nie wiem, dlaczego dotąd go pomijałam. Może... bo często mam u siebie na stanie Eko Gram The Real Cashew Paste...? I zawsze, akurat jak zamawiałam coś od Sticky Blenders, miałam jakieś nerkowcowe kremy? W ogóle przypomniałam sobie, że miałam zapoznać się z dziś przedstawianym kremem przy okazji limitowanej nowości z nerkowców. Wszak warto byłoby poznać czystą, bazową wersję przed przejściem do udziwnionej i zatrzeć czymś wspomnienie Sticky Blenders Summer Edition Nerkowiec Truskawka.

Sticky Blenders Nerkowiec Vegan to krem nerkowcowy z lekko prażonych orzechów nerkowca.

Po odkręceniu poczułam średnio intensywny, bardzo słodki zapach nerkowców. Dały poznać się jako leciuteńko prażone, ale prażone na tyle, by znacząco podkręcić słodycz. W tle zaplątała się sugestia orzechowo-kokosowej soczystości i niemal śmietankowy motyw. Wszystko wpisane w nerkowcowe realia.

Ku mojemu zaskoczeniu, na wierzchu wydzieliła się znikoma ilość oleju - nawet łyżeczki tam nie było, więc wszystko to już wymieszałam. A pasta w zasadzie nawet tego nie potrzebowała. Na szczęście jednak ta ilość też zbytnio nie rozrzedziła dość gęstego kremu.
Krem wydawał się gęsto-gęstawy, nie jakoś bardzo zbity, a wręcz papkowaty. Wykazywał wysoką wilgotność i aż plaskał przy kontakcie z łyżeczką. Tłustość po prostu zaznaczyła się. Widać w nim sporo drobinek i małych kawałków orzechów, wraz z czarnymi punkcikami.
W trakcie jedzenia krem wydawał się gęstnieć, zalepiając usta porządnie. Był konkretny, ale miękki i wręcz papkowaty. Rozpływał się niby dość wolno, ale kawałki jakby usilnie starały się to przyspieszyć. Robił się coraz bardziej luźny, ale nie rzadki. Kawałki i drobinki trochę go rozrzedzały. Choć nie był gładki, a chwilami wydawał się szorstkawy od drobinek, to i tak miał w sobie coś z aksamitu i trochę kremowości. Tłustość stała na dość wysokim poziomie i połączyła sytą tłustość orzechów z nieco śmietankowym motywem, ale znów - kawałki odciągały od niej uwagę. Miazgowość czuć od razu i cały czas, a kawałeczki aż prosiły się o podgryzanie. Ja co prawda wolałam zostawiać je na koniec, ale to raczej krem, który można gryźć, gryźć i gryźć.
Drobinki i małe kawałeczki, parę większych kawałków mimo że w większości były miękkie, dodały kremowi chrupkości. Całkiem sporo znalazło się tam też drobinek i malutkich kawałeczków koloru czarnego, które były twarde.

W smaku pierwszą poczułam delikatną niczym mgiełka słodycz. Oczywiście należała do nerkowców - ten smak był bowiem od razu intensywny i jednoznaczny. Tylko podprażenie było w nich niejasne - musiało być znikome.

Słodkie nerkowce umocniły słodycz i zrobiły drobną aluzję do kremu migdałowo-kokosowego, trochę raffaellowego (w wersji nerkowcowej?), ale znacznie mniej słodkiego. Słodycz ewidentnie była tu tylko naturalna. W splocie tym pojawiła się nawet lekka śmietankowa, czy raczej śmietankowo-kokosowa nuta.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach odnotowałam wyraźniejszy prażony motyw, który nieco się nasilił. Zasugerował... jakby roślinną neutralność? Wtedy naturalnie nerkowcowa maślaność na chwilę zahamowała słodycz. Ta jednak zaraz i tak wzrosła, przywodząc na myśl wegańskie ciastka maślane z nerkowcami, maczane w mleku kokosowo-nerkowcowym.

Słodycz chwilami przybierała na sile i przeplatała się z neutralnością.

Wydawało mi się, że coraz bardziej wyłaniające się kawałki nerkowców czasem trochę rozbijają słodycz. Nie przy każdym zagarnięciu jednak.

Potem słodycz pozwoliła sobie na więcej i jako mleko coraz bardziej nerkowcowe, aż w końcu nerkowcowy, pralinkowy krem i same nerkowce zalała wcześniejsze wizje. Końcowo znów zaprezentowały się podprażone nerkowce, z których prażenie jeszcze wydobyło naturalną słodycz. Już jednak nie jako mgiełka, a smak bardzo dosadny. A jednocześnie... neutralniejszy motyw nerkowców też wzrastał.

Gryzione kawałki nerkowców kontynuowały lekko prażony wątek - one chwilami przejawiały wyraźniejsze, ale nie dużo mocniejsze, prażenie. Niektóre i tak wydawały się prażone znikomo. Były słodkawo-neutralne, mniej słodkie od samej masy. Sporadycznie odnotowywałam wśród nich nawet swego rodzaju orzechową pikanterię.

Po zjedzeniu został posmak słodki i jednocześnie neutralny. Prażone nerkowce z jednej strony przełożyły się na łagodność, właśnie taką neutralniejszą, a z drugiej ta sama prażoność umocniła słodycz. Pomyślałam o jakiś nerkowcowych pralinkach, ale przełamanych motywem jakby sucho-prażonym.

Krem mi smakował, ale nie aż tak, jak myślałam. Słodki, ale umiejętnie przełamany neutralnością, a więc nie słodki do potęgi i prażony minimalnie smak pokazał, co potrafią nerkowce. Ciekawe były skojarzenia z kokosem i migdałami, ale te to tylko drobne naleciałości. Krem, jakby nie patrzeć, wciąż był wyraźnie nerkowcowy. Konsystencja papkowata, syta, ale nie ciężka trochę nietypowa, ale w porządku. Miazgowość przechodziła już w najeżenie kawałkami wymagającymi gryzienie, co nie wpisało się w mój ulubiony, subtelnie miazgowy typ.

Osobiście wolę Eko Gram The Real Cashew Paste o zachwycająco słodkim, ale nieprzesłodzonym smaku, który kojarzy się z masą na ciastka. Wspomniany może był minimalnie słodszy, ale bardziej harmonijnie, konsekwentnie, co mi odpowiadało. I był porządnie gęsty. Z dziś przedstawianym wygrywają także Go Active Cashew Butter(Sante) Auchan Pasta z prażonych orzechów nerkowca 100 % - równie smaczne, a jednak znacząco tańsze.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 29 zł za 200g
kaloryczność: 574 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: prażone orzechy nerkowca

sobota, 13 lipca 2024

krem Sticky Blenders Summer Edition Nerkowiec Truskawka

Po dwóch kremach z owocami z edycji letniej od Sticky Blenders czułam smutek. Dotąd marka miała tylko parę potknięć, a tak mnóstwo rewelacyjnych past 100%, ale tu już te potknięcia zaczęły mi wyglądać na bylejakość, brak myślenia, niesprawdzanie efektów itp. Ostatni krem jednak wzbudzał we mnie nadzieję, że uda mu się odzyskać dobre imię marki. Wszak ten nie zawierał białej czekolady, a mleczną. Za nic nie mogę pojąć, jak mogli wpaść na pomysł, że ciężka biała czekolada pasuje do soczystych owoców... No gdzie? Za to trio nerkowców, truskawek i mlecznej jakoś nie umiałam sobie wyobrazić w ich wykonaniu. I tu ciekawa sprawa: nieuważnie czytałam opis, stąd szłam raczej w kierunku tego, że to będzie gładki krem orzechowo-owocowo-czekoladowy. A wystarczyło doczytać - przecież napisali, że dodali kawałki! Odkryłam to oczywiście jedząc, ale byłam zdezorientowana, czy to tak miało być, czy niedokładnie im się czekolada wymieszała. Opis zaś dokładniej przeczytałam dopiero sprawdzając recenzję (zapisałam go sobie w pliku, bo tak czułam, że po lecie zniknie ze strony). Obstawiałam, że nie będzie podobne do Grizly Láska Nebeská / To Właśnie Miłość, ale kto wie, czy udało im się zmajstrować coś lepszego?

Sticky Blenders Summer Edition Nerkowiec Truskawka to "delikatny krem truskawkowo-nerkowcowy z prażonych orzechów nerkowca zblendowanych z liofilizowanymi truskawkami" z kawałkami czekolady mlecznej z kakao z Ghany; edycja limitowana na lato 2023.

Po otwarciu poczułam słodki zapach truskawek. Pomyślałam o przecierze z truskawek, przewinęła się też nuta kompotu truskawkowego. Jedno i drugie było bardzo słodkie, ewidentnie dosłodzone, choć i liofilizowana, kwaskowata nutka się zaplątała. Bardzo wyraźnie czułam też lekko podprażone, naturalnie słodko-maślane nerkowce. Mieszały się z maślano-śmietankowymi akcentami. W mleczności kryła się też nieco cukrowa, nieoczywista czekolada mleczna, która w połączeniu z truskawkami czasem zahaczała o trochę rzygowinowe skojarzenie. Ogólnie jednak w trakcie jedzenia zaskoczyła na czekoladkowy tor - jakbym wąchała do granic możliwości truskawkowe, nadziewane czekoladki z kremem mleczno-truskawkowym.

Na wierzchu nie wydzieliło się ani trochę oleju. Już przy otwieraniu krem pokazał się z rzadko-ciągnącej strony, jako że częściowo przykleił się do nakrętki i wyciągnął się ze słoiczka.
Krem był miękki i rzadkawy, a także ewidentnie miazgowy. Widać w nim sporo kawałeczków nerkowców i truskawek. Wyglądał na wilgotny, mokry, niczym jakaś masa z przemiksowanych owoców. Nie wydawał się zbyt tłusty. 
Ciągnąc się bardzo, nie był zbyt zwarty. Wydał mi się ruchomy i prawie lejący. Przy mieszaniu trafiłam w nim na średnio-dużej wielkości kawałki czekolady.
W trakcie jedzenia potwierdziła się miękkość i rzadkość kremu, acz w ustach na pewien czas znacząco gęstniał. I tak nie był wtedy bardzo gęsty, ale jednak można tu mówić o gęstości. Zalepiał usta i aż trochę przytykał, wykazując kleistą tłustość i kremowość. Kleił się wręcz osobliwie. Rozpływał się w tempie umiarkowanym, po pewnym czasie łatwo rzednąc, ale wciąż się klejąc. Był nieco pylisty, zawiesinowy. Miejscami pojawiał się w nim efekt stopionej, tłustawej czekolady, ale bez jej mocniejszej gęstości - myślę, że część tych dodanych kawałków tak się nadtopiła i wmieszała w krem. Na języku szybko zaznaczało się sporo drobinek. Wydaje mi się, że nakręcały soczystość - końcowo całkiem wysoką. Kontrastowo jednak zwróciła uwagę na tłustość. Do tego raz po raz trafiałam na tłuste kawałki czekolady, które rozpływały się wraz z kremem.
Najpierw myślałam, że był źle wymieszany, ale w trakcie  jedzenia dotarło do mnie, że te grudki były dość symetryczne, jak kawałki kostek i wszystkie mniej więcej tej samej wielkości. Były nieprzyjemnie maziście-tłuste i gładko-śliskawe. W ustach rozpływały się wraz z resztą, ale strukturą się wyróżniały.
Drobinki gryzłam, gdy krem już zniknął. Nie były zbyt wymagające, ale nadały całości chrupkości. To drobne, mało istotne, chrupkawo-miękkawe drobinki nerkowców oraz więcej małych kawałków chrupko-miękkich truskawek wraz ze strzelającymi pesteczkami. Zdarzało im się skrzypnąć, chrupnąć, jak to owocom liofilizowanym, ale ochoczo nasiąkały i dały się poznać też jako farfoclowate. Elementy do gryzienia w tym kremie były niewymagające, a urozmaicające.
Końcowo jednak krem pozostawiał poczucie przesadnego zatłuszczenia.

W smaku przywitały mnie słodkie truskawki z mlekiem. Pomyślałam o przecierowym, gęstym shake'u na bazie truskawek z dodatkiem mleka i trochę dosłodzonym.

Szybko odezwały się też orzechy nerkowca. Dołączyły do mleka, pokazując swoją łagodną stronę. Wydały mi się lekko podprażone, wręcz prawie wcale, a do tego bardzo, bardzo maślane. Swoją naturalną słodyczą podniosły słodycz ogółu.

Po wyraźnym zaprezentowaniu się nerkowców, nieśmiało odezwała się czekolada. Raz była wręcz nieuchwytna, raz lekko pobrzmiewała. Przedstawiła się jako delikatna, mleczniusio-orzechowa i słodka, bardzo wycofana. W tle, mieszając się z truskawkami, raz po raz zaleciała nieco rzygowinową, osobliwą nutą.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach czasem truskawki odzywały się trochę mocniej, po czym jakby zupełnie osłabły z sił. Wpisały się w słodycz. Jedynie echo truskawek i silna słodycz wyszły trochę mdławo. Słodycz rosła bez oporu, nie reprezentując niczego konkretnego, acz faktycznie pudrowo słodkie truskawki jakoś tam trochę pobrzmiewały. Sporadycznie trafiłam na grudkę czekolady mlecznej, która kierowała myśli ku nadziewanym czekoladkom dla dzieci z kremem truskawkowo-mlecznym. Acz przez większość czasu sama czekolada trzymała się tyłów. Nerkowce na pewien czas też nieco się wycofały.

Ogrom mleka, któremu dopingowały orzechy nerkowca z boku, ułożył się z nieśmiałymi truskawkami w wizję mdłego kremu truskawkowo-mlecznego i mleka truskawkowego. Przy niektórych zagarnięciach truskawkowość była nieco wyższa szybciej, przy innych później, a przy większości innych słabsza ogólnie.

Nerkowce podkręcały nieśmiałą, chwilami ledwo uchwytną czekoladowość, ale i tak była słabiutka. Raz po raz od kawałków wylegających na język pojawiała się obietnica kwasku truskawek, acz tonęły w mdławej, słodkiej bazie.

Końcowo truskawki wyłaniały się nieco wyraźniej. Nerkowce czuć dobrze, mleczno-słodki splot też, ale i słodko-kwaśne truskawki skupiały wreszcie na sobie uwagę. Czułam kwaskawo-słodkie liofilizowane, acz trzymało się ich echo kremu truskawkowo-mlecznego ze względu na otoczkę. Słodycz dominowała nad wszystkim i trochę męczyła.

Kawałki gryzione na koniec smakowały wyważonym duetem truskawek i nerkowców. Pojedyncze drobinki orzechów nerkowca kontynuowały smak kremu - słodkawy, lekko prażony. Truskawki z kolei były różne. Niektóre lekko kwaskawe, inne słodko-kwaskawe, a jeszcze inne mdłe lub słodkawo-mdłe. Były liofilizowane, acz nasiąknięte, a niektóre wydawały się wyprane ze smaku.

Po zjedzeniu został posmak cukrowo-mleczny, powiedziałabym że kremu mlecznego lub wręcz biało czekoladowy, a także wyraźnie orzechów nerkowca. Przeplotły to kwaskawo-soczyste truskawki i motyw pudrowo słodkich truskawek, mleka truskawkowego. Mleczna czekolada prawie się ukryła, acz wtłoczyła rzygowinowe, dziwne echo.

Krem wyszedł słodko i mdło, rozczarowująco. Bez rażących wad, ale też bez czegokolwiek, co mogłabym pochwalić. Zapowiadało się, że truskawki, mleczność i nerkowce ładnie się połączą, ale z czasem robiło się nijako. Nerkowce były tu wyraziste, ale reszta nie domagała. Truskawki chwilami były zbyt nieśmiałe, a czekolada mleczna chwilami wcale uciekała. Nie wiem, czy miała być dodana na gładko, czy te kawałki zostawili celowo. Kiepsko, niespójnie to wyszło. Kwasek kawałki truskawek raz czy drugi tylko obiecały, a tak to całość wyszła słodko-pudrowo, nudno i właśnie bez tej soczystości, na jaką liczyłam. Mleczna czekolada wyszła tu za mało charakternie - prawie się chowała, a nakręciła zbędną cukrowość. Sama mleczność niby na plus, ale szła w dziwnie białoczekoladowym, kremowym kierunku. W strukturze na pewno na plus miazgowy efekt i to, jak dodano truskawki - sproszkowane, ale z kawałkami, jednak żałuję, że krem był aż tak rzadko-lejący. I jak dla mnie, chyba przez kontrast do soczystości, wyszedł za tłusto i dziwnie kleiście. Całość była nudna. Z pomysłem, ale wykonanie leży.
Z jednej strony wyszedł trochę lepiej od Sticky Blenders Summer Edition Pistacja Malina, bo w dzisiaj przedstawianym czuć bazowe nerkowce, a pistacje we wspomnianym się ukryły, jednak dzisiaj przedstawiany podpadł mi czym innym: konsystencją i niedomagającą czekoladą.

Zmęczyłam prawie połowę, a resztę oddałam Mamie. Jej opinia: "W pierwszej chwili jak wzięłam do ust to pomyślałam, że przesadzasz, ze smaczny, bo tak te truskawki dały, taka mleczność i słodycz, ale potem... Się schowały i zrobiło się mdło. Ani tej czekolady jakoś nie czuć, nerkowce no może. I jakiś taki dziwny posmak w tym był. Ale konsystencję to miało dziwnie, nieprzyjemnie rzadko-klejącą, aż do zębów się nieprzyjemnie kleiło. Sam krem niesmaczny, może on w czymś by zyskał?". Spróbowała więc na tostach z serem żółtym, kremem 100% z fistaszków i konfiturą truskawkową: "Byłoby dobrze, ale krem wyszedł w tym bardzo za słodko i całość przesłodził. Na zasadzie kontrastu co prawda wydobył z konfitury jakiś kwasek, ale sam w sobie był przesłodzony".

Przypomniał mi zdecydowanie lepszy Foods by Ann Strawberry & Nut Spread. Ten w zapachu zalatywał trochę czekoladą i po tych dwóch czuję, że czekolada mleczna naprawdę by pasowała do nerkowcowo-truskawkowego kremu, ale lepiej, by była to porządnie kakaowa czekolada ciemna mleczna.


ocena: 5/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 39,90 zł za 200g
kaloryczność: 543 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy nerkowca 80%, czekolada mleczna (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa), liofilizowane truskawki

czwartek, 20 czerwca 2024

krem Sticky Blenders Summer Edition Pistacja Malina

To, że zdecydowałam się na ten krem było nieco ryzykowne. Nie lubię białej czekolady, acz muszę przyznać, że czasem w kremach wychodzi zacnie. Właśnie np. pistacjowych - Grizly Gold Krem pistacjowy z białą czekoladą, migdałami i kokosem pokazał, że się da. Do rzeczy malinowych mam mieszane uczucia, a kremy orzechowe z owocami jednak mi na pewno nie leżą. Co prawda nie wiedziałam tego, gdy składałam to letnie zamówienie. A jednak czy bym z tego zrezygnowała? Połączenie wydawało się tak niespotykane, że zaciekawiło. A jednak znów... Gdy już przyszło mi po krem sięgnąć, miałam mieszane uczucia, bo znałam Grizly Láska Nebeská / To Właśnie Miłość i Sticky Blenders Mango Migdał. Zrobiłam się więc nieufna. A jednak to nie przypominało podlinkowanych. Może jednak to trio miało wyjść ciekawie? Jakoś nie umiałam sobie wyobrazić tych trzech składników - malin, białej czekolady i pistacji - razem. Duety w różnych wariacjach owszem, ale wszystko?

Sticky Blenders Summer Edition Pistacja Malina to "aksamitny krem z lekko prażonych pistacji kalifornijskich odrobiną białej czekolady i soczystymi malinami z lokalnych upraw" (ja bym powiedziała, że krem z pistacji z białą czekoladą i malinami); edycja limitowana na lato 2023.

Po odkręceniu poczułam intensywny, niezwykle jednoznaczny zapach słodkich, kruchych ciastek w kształcie rozetek, które zawierają dużo cukru, mają maślane tło, a wieńczy je słodko-kwaskawy dżemik z czerwonych owoców. Może głównie malin, acz niekoniecznie. Pistacje wydały mi się bardzo ukryte, niemal nieuchwytne. Biała czekolada jako ona sama też w zasadzie nie wystąpiła, a zapewniła jedynie bardzo słodki, cukierniczy klimat. Uwierzę, że ten zapach ogólnie może się bardzo podobać, ale ja, przy wąchaniu kremu pistacjowego, miałam dysonans, że coś tu nie gra.

Na wierzchu nie wydzieliła się nawet odrobina oleju. Krem wyglądał na bardzo gęsty. Nie był jednak suchy czy zbyt masywny. Wystarczyło lekkie dotknięcie łyżeczką, by dał się poznać jako wilgotnie-tłusty i wręcz plaskający, niczym jakaś... ciastowa masa? Kleił się do łyżeczki i ciągnął się. Nie był bardzo gęsty, ani zbity, acz w pewien sposób konkretny. Trudno mi było o nim myśleć jako o kremie, w mojej głowie funkcjonował jako "masa".
W trakcie jedzenia krem potwierdził to, iż był raczej gęstawy niż gęsty, a mimo to dość syty i trochę przytykający. Czuć w nim maślaną tłustość, przypominał trochę zbytnio natłuszczone, wilgotne ciasto. Trochę zaklejał usta, chyba minimalnie na moment jakby gęstniał, po czym rozpływał się łatwo, w tempie umiarkowanym. Był miękki i wykazywał lekką kremowość tłustej czekolady, ale nie wyszedł zbyt kremowo ogólnie. Pojawił się w nim miazgowy efekt, wzmocniony drobinkami i pestkami malin liofilizowanych. Wśród nich przewijała się też pylistość, pudrowość. Mimo że tłusty, z czasem upuścił lekką soczystość, napędzaną sproszkowanymi malinami i odchodzącą od kawałków z pestkami. Nie sprawiła jednak, że całość wyszła lekko. To raczej... ciężka masa. Z czasem wyłaniało się z niej też trochę kawałeczków pistacji, gubiących się jednak wśród pestek malin.
Kawałki skupione na pestkach, same pestki malin i pojedyncze kawałki, trochę drobinek pistacji gryzłam na koniec, gdy wszystko już zniknęło. Tylko sporadycznie podgryzałam je już wcześniej. Acz trzeba przyznać, że pestki i kawałki malin aż się prosiły, by je podgryzać.
Maliny, te do gryzienia, okazały się w większości pestkami. Niewiele było na nich farfocli samych owoców. Trochę ich jednak wpadło. Przedstawiły się jako krucho-skrzypiące i rozchodzące na pyłek.
Pojedyncze kawałki i trochę drobinek pistacji to niewiele wnoszące chrupko-miękkawe elementy, gubiące się wśród malin. Sporo było też wyczuwalnych na języku czarnych skórek pistacji (?), ale nawet gdy te kawałki gryzłam, jakoś się kryły.

W smaku przywitała mnie wysoka słodycz kruchych ciastek. Oczami wyobraźni zobaczyłam sucho-tłuste, nieco sypiące się ciastka w kształcie rozetek. Przeważnie lekko owocowy akcent już tu się zaznaczał, więc od razu było pewne, że chodzi o ciastka z czerwonym dżemem.

Słodycz rosła, wydała mi się nieco cukrowo-lukrowa, ciężka. Mieszała się z maślanością - też taką typowo cukierniczą, nie maślanością kremów orzechowych. Te nuty konsekwentnie umacniały myśl o kruchych ciastkach. Biała czekolada jako ona sama aż tak wyraźnie się bowiem nie wychylała. 

Pistacje nieśmiało zgłosiły swoją obecność z lekkim opóźnieniem. Chyba trochę wpisywały się w pieczony aspekt ciastek. Nie były jednak mocno prażone. Na pewno także dołożyły się do słodyczy, acz pokierowały ją w lepszym, bo naturalnym kierunku. Pomyślałam wręcz o... miodzie?

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach za każdym zagarnięciem wyraźnie wyłaniała się nuta malin w pudrowo-kleikowym wydaniu. Pomyślałam o jakimś łagodnym malinowym, bardzo słodkim deserku.

Soczystość nieco rosła, kwasek epizodycznie umacniał się, gdy kawałki bardziej wyłaniały się z masy. Wprowadziły kwaskawo-soczysty akcent dżemu owocowego. Czasem ten, na kruchych ciastkach, dawał o sobie znać znacznie wcześniej, ale przeważnie jakoś tak później. Kwasek a to wzrastał, a to malał. Nie był silny czy szczególnie intensywny, ale zarysowywał się na zasadzie kontrastu do ryzykownie wysokiej słodyczy. 

Kiedy soczystość przełamała nieco słodycz, pistacje zebrały się na odwagę i zabrzmiały dosadniej. Do głowy przyszedł mi jakiś miód pistacjowy - naturalna słodycz pistacji rozgościła się obok tej cukierniczej. Pistacje sprawiały wrażenie chwilami niemal surowych, prażonych minimalnie. Wprowadziły pewną... roślinną rześkość? I jakby roślinność wtłoczyły do słodyczy.

Gdy kawałki malin porządniej wylegały już z masy, coraz wyraźniej konkretnie malinowy dżemik dopuścił do siebie trochę po prostu liofilizowanych, kwaskawych malin, z lekko słodkim echem. Przy kwaśniejszych malinach, biała czekolada zaprezentowała się wyraźniej, właśnie dodając echo dokładnie białej czekolady.

Gdy gryzłam kawałki malin i drobinki pistacji, zdecydowanie to kwaśno-słodkie maliny i ich pestki czuć. Lekko prażone pistacje końcowo też wyraźniej pobrzmiewały... acz wciąż tylko pobrzmiewały.

W posmaku została przesadzona, nieco cukrowa słodycz białej czekolady i myśl o kruchych, maślanych, ciężkich ciastkach z dżemem... no kwaskawo malinowym. Biała czekolada jako ona sama się zaznaczyła, ale też nadała posmakowi cukierniczego wydźwięku. Pistacje prawie się schowały.

Krem na pewno wyszedł lepiej niż Sticky Blenders Summer Edition Migdał Mango, ale i do niego mam dużo zastrzeżeń. Skojarzenie z kruchymi maślanymi ciastkami z czerwonym dżemikiem może i było ciekawe, ale nie pasowało mi, że w zasadzie zajęło pierwszy i drugi plan, a pistacje... jakby się nieco kryły za tym. Biała czekolada może nie męczyła sobą, ale sporo tu wniosła cukierniczego elementu, co w moim odczuciu było zbędne. Takie kwaskawe maliny w formie sproszkowanej i wymieszanej w zasadzie wyszły przystępnie, ale nie był to mój ideał. Wpisały się w skojarzenie, które do mnie nie przemówiło. Szkoda też, że było tam tyle pestek. Kawałki malin z pestkami zniosłabym lepiej niż wrażenie, że maliny to pyłek, proszek, a pestki zostawili same sobie, przez co to one głównie przyciągały uwagę. Niby można zjeść, ale gdybym znała efekt, za nic bym nie kupiła. 6 wystawiłabym, gdyby nie był aż tak drogi, biorąc namiar na to, że to po prostu krem nie dla mnie. Lubiącym białe czekolady, owocowo-orzechowe kremy i kremy ciasteczkowe na pewno posmakuje bardziej, więc nie chciałam go skrzywdzić dużo niższą oceną (którą podpowiadało mi serce), a tym samym zrównać go z kremem smakowo gorszym (Nerkowiec Truskawka).


ocena: 5,5/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 49,90 zł za 200g
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: pistacje kalifornijskie 80%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa), liofilizowane maliny

piątek, 7 czerwca 2024

krem Sticky Blenders Summer Edition Migdał Mango

Po Maslove 100 % Zmielone Migdały Pieczone, a przed zjedzeniem Go Active Almond Butter moje myśli zaczęły krążyć wokół dzisiaj prezentowanego kremu. Ten... Odkąd go zobaczyłam jako limitowana na lato 2023 nowość, wydawał mi się tak dziwny, że aż nie mogłam go sobie wyobrazić. Było to w czasie, gdy kolejne próbowane kremy Stikcy Blenders zdobywał 10tki, więc stwierdziłam, że skoro wydali coś takiego, to... Po prostu wiedzą, co robią. Ja bym na to nie wpadła. Mało tego, nie powiedziałabym, że to coś bardzo w moim stylu - raz, że kremy orzechowe wolę nieowocowe, a dwa, że mango wolę samo tak o, niż jako wariant czegoś. A jednak może faktycznie miało być smacznie? Jedyny sposób, by się dowiedzieć, to spróbować, więc kupiłam. I to od razu całą serię 3 letnich smaków! Nim je otworzyłam, przejadłam jednak parę kremów z owocami, które utwierdziły mnie, że jednak takie smaki nie są dla mnie. Do letnich kremów Stikcy Blenders zaczęłam mieć mieszane uczucia, bo jednak owoce, bo słodko, ale... Sama siebie zaskakując, na ten nastawiłam się pozytywnie. Wciąż jednak bez konkretniejszych wyobrażeń, choć to chyba lepiej. Z tyłu głowy miałam jednak obiekcje co do białej czekolady, czy nie będzie za ciężko itd., ale raz się żyje. 

Sticky Blenders Summer Edition Migdał Mango to "aksamitny krem z migdałów kalifornijskich bez skórki z dodatkiem wyrazistego sosu z dojrzałych owoców mango i belgijskiej białej czekolady" (ja bym powiedziała, że gładki krem z migdałów z białą czekoladą z masą z mango); edycja limitowana na lato 2023.

przed i po uporaniu się z olejem
Po otwarciu poczułam wyrazisty, słodki zapach... "niby mango, ale niemango". Mango miało w sobie niedookreśloną nutę, kojarzyło się trochę z przecierem, dżemem z suszonych moreli. Gdy myślałam o mango, wąchając to, powiedziałabym, że prezentuje się jako mieszanka świeżo-stęchławego i przecierowego. Zapach wydał mi się duszny, acz możliwe, że to ciężka, maślana biała czekolada taki charakter mu podyktowała. Sama nie szarżowała, w zasadzie jakoś jedynie w oddali nieśmiało pobrzmiewała. Migdały prawie wcale się ukryły. Nawet gdy przełożyłam większość wierzchu z mango do miseczki i w trakcie jedzenia, migdały były nieśmiałe. Całość wyszła ciężko-słodko, z dziwną, ciężką soczystością. Niby egzotyczna, ale nie w pewni, a z dziwną, duszno-ciężką naleciałością. Z typowym kremem orzechowym czy migdałowym się nie kojarzyło. Nie zachęcało to do jedzenia.

Zawartość słoika trochę mnie zaskoczyła - wydzieliło się niewiele oleju, trudnego do zlania ze względu na to, że mango dodano na wierzchu jako masę ze zbitych, zżelowanych kawałków, coś jakby sosowaty muso-przecier. Umieścili dodatek jak w kremie Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana. Niezbyt przemawia do mnie taka forma, bo nie chcę przemieszać, ani też jeść warstw osobno. Zagarnianie jednego i drugiego byłoby może miłe, ale przy takim rozmieszczeniu straszliwie trudne. Zakładam bowiem, że to, iż masa z mango znalazła się na wierzchu, nie była przemieszana z kremem to celowy zabieg. By nie przemieszać, ani też nie jeść najpierw samej masy owocowej, potem migdałowej, większość owocowej warstwy, aby dostać się do bazy z migdałów, przełożyłam do miseczki.
Okazało się jednak, że mango-zakrętas idzie przez cały słoik i przy dnie też się znalazł.
Zlałam trochę ponad łyżeczkę oleju, starając się zlać jak najwięcej. Nieco mniej niż pół łyżeczki jednak przemieszałam, chyba trochę niedbale, bo konfitura z mango szła głęboko, prawie do dna słoiczka (a nie chciałam mieszać warstw do jednolitości). Miejscami więc zostawiłam krem nadto podeschnięty, a miejscami olej wymieszał mi się z owocowym dodatkiem. Bardzo mi się to nie podobało.
Trochę mango, bliżej dna, zostawiłam w słoiku, część mieszała się z migdałową bazą.
Sam krem migdałowy okazał się ciągnący i średnio gęsty. Wyglądał na tłusty, co potwierdziło się w trakcie jedzenia, jednak nie był ciężki. Tłustość okazała się kremowo-czekoladowa - czuć w nim trochę migdałowego konkretu, ale właśnie mocno ukremowionego tłustawą czekoladą. Wydał mi się miękki - nawet w miejscach, gdzie zbytnio podsechł. Rozpływał się w tempie średnim, ale usta zalepiał dość porządnie. Poczułam w nim miazgowy efekt, a więc drobinki dodające chrupkości. Nie wymagały gryzienia, ale stanowiły urozmaicenie konsystencji. Bardzo przydatne, bo masa z mango wyszła bardzo osobliwie.
Masa z mango jawiła się jako bardzo gęsta i wilgotna. Miejscami wyglądała na lekko podeschniętą, ale suchą nie mogę jej nazwać. Była nieco dżemowo-żelowo-przecierowa, lepkawa i raczej soczysta. 
W trakcie jedzenia okazała się kleista, choć też trochę soczysta. Niczym... lepko-soczysty przecier? Mimo soczystości, wyszło to raczej ciężko. To, co wzięłam za kawałki owocu, okazało się zbitymi, żelowo twardawymi grudkami musu. Rozpuszczało się to w średnio-szybkawym tempie. Czuć taką niegładką przecierowość, a ja trafiłam na pojedyncze włókna mango.
Było to co najmniej dziwne. Miejscami pod masę owocową podpłynął olej i to już wyszło osobliwie, "obrzydliwawo".
Dziwnie było jeść połączenie tego. Do tak kremowego, delikatnego kremu migdałowego ciężki przeciero-dżem jakoś mi nie pasował. 

Próbowanie zaczęłam co prawda od migdałowej bazy, acz opis pozwolę sobie zacząć "od góry", czyli części owocowej, jako że znajdowała się na wierzchu. 

Masa z mango była bardzo słodka, acz niespecjalnie soczysta. Przynajmniej nie w pierwszej chwili, kiedy to roztoczyła ciężkawo-cierpkawy motyw. Pomyślałam o musie ze średnio dojrzałego owocu, a po chwili do głowy przyszła mi konfitura z niego. Chwilami raz czy drugi smak mango świeżego, słodkiego, ale z echem czegoś nieokreślonego, wybił się wyraźniej, wyszedł na pierwszy plan, a potem... zatonął w "czymś". Przemknął lekki kwasek, a wtedy już i soczystość wzrosła. Zdarzyło mi się trafić na goryczkę, a do głowy przyszedł mi jakiś dżem ze stęchłych suszonych moreli, ale nie przy każdym zagarnięciu. Krem z mango cały czas smakował jednak głównie ciężko-słodko. Czasem pobrzmiewała mi w nim jakby stęchła nuta - jakbym jadła stary owoc, ale nie do końca po prostu stęchlizna. Mango a to przybierało, a to traciło na wyrazistości.

Krem migdałowy przywitał się motywem delikatnych, naturalnie słodkich płatków migdałowych. Ich słodycz wydała mi się natychmiast nienaturalnie podkręcona - może poniekąd z racji towarzystwa wierzchu z mango.

Do słodkich migdałów dołączyła zaskakująco wysoka mleczność, a potem jeszcze więcej słodyczy. Biała czekolada nie była tak oczywista, jak można by się spodziewać, jednak pobrzmiewała (chwilami miałam wrażenie, że czuć ją tylko w częściach kremu, które dotykały sos z mango, a np. przy ściankach prawie nie). Skupiła się jednak na przygłuszeniu migdałów, w zamian dając zwykłą, wysoką słodycz i mleczność. Słodycz ogółu może nie była aż tak straszliwie wysoka, ale... miała na tyle dosadny wydźwięk, że migdały wyszły nieśmiało.

Pojawiła się za to lekka maślaność, a mleczność jeszcze wzrosła. Aż niewiarygodnie. Migdały poniekąd się w nią wtapiały, bo same w sobie były bardzo łagodne. Krem zrobiono na pewno z blanszowanych, kojarzących się wręcz ze śmietankowym nugatem migdałowym. W obliczu bardzo słodkiej białej czekolady, zatracały się trochę. Mango przebijało się - masa migdałowa miejscami bowiem przemieszała się, a miejscami tylko przesiąkła kremem z mango. To przebijające się wyszło osobliwie ciężko.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach skumulowana, a więc silna, ale rozmyta pod względem charakteru słodycz męczyła. Prawie zupełnie przygłuszała migdałowość, która cały czas była delikatna niczym płatki migdałowe. Mieszała się za to z mango, które wyszło jakoś tak słodko-ciężko, nie jak owoc sam w sobie, a jak przecier, pulpa - i to w dodatku nie z samego mango.

Mango nie pomogło migdałom - to ze słodyczą związało sztamę. I w zestawieniu z mleczno-maślanym wątkiem umacniało się skojarzenie z przecierem z lekko stęchłego owocu. Kwaskawo-cierpki akcent mango wyszedł przy białej czekoladzie osobliwie, odpychająco mało owocowo. Do głowy raz czy drugi przyszło mi wytrawniejsze mango chutney. 

Z czasem całość wydawała mi się ciężko-duszna, mimo że i pewną soczystość czuć do końca. Mało migdałowy, przesłodzony białą czekoladą krem, miejscami sam w sobie był przesiąknięty "czymś" (wiem, że mango, ale w ciemno pewnie bym nie zgadła).

Co bardziej zżelowane kawałki przecieru z mango zdarzyło mi się podgryzać i podsysać na koniec. Serwowały smak świeższego owocu, były już bardziej jednoznaczne.

Po zjedzeniu został posmak kwaskawo-słodkiego, przecierowego mango-niemango, którego dziwna egzotyczna ciężkość, niby owocowość, ale nie do końca, gryzła się z mleczno-słodkim kremem. Biała czekolada też nie była szczególnie jednoznaczna, ale jej słodycz dawała się trochę we znaki jako zgrzyt. Leciutki nugat mleczno-migdałowy tylko pobrzmiewał hen w oddali.

Krem nie odpowiadał mi kompletnie. Był szokująco mało migdałowy. Może nawet biała czekolada nie była aż tak powalająco słodka czy napastliwa, ale nie pasowała ani trochę. Mało tego! Ona w zasadzie nawet tak biało czekoladowo nie wyszła. Główną funkcję, jaką pełniła było zagłuszanie migdałów. A przez to tylko przeszkadzała. Chyba nawet nie to, że "nic dobrego nie wniosła", a sporo napsuła. Mimo dobrej daty ważności, masa z mango miała stęchłą nutę. Nie wiem, czy przez otoczenie (obstawiam przemieszanie z olejem migdałowym i/lub towarzystwo białej czekolady), czy tak smakowała. To może nawet nie do końca stęchłość... Ten przecier smakował dziwnie. Niby mango, ale nie mango. Ta dziwna odsłona tego owocu wyszła tu zbyt imperatywnie, mimo że nie jednoznacznie w swój mangowy smak. Próbowałam to przejeść na różne sposoby, szukając, czy jest jakiś, który zagra, próbując się wczuć, ale nic mi tu do niczego nie pasowało i nie znalazłam niczego, co bym mogła pochwalić. Może po prostu taka masa owocowa nie nadaje się do takich produktów? Ale to chyba producent powinien pomyśleć, nim wydał... Za nic nie dałabym rady zjeść całego. Nie smakował tak źle, że od razu miałabym ochotę go wywalić (a właśnie próbowałam się wczuć!), może na swój sposób jest niecodzienny, ale nie była to niecodzienność warta uwagi. Ani taka, że jak się już oderwałam, potrafiłabym się zmusić do powrotu do tego...

Wydaje mi się, że to krem Sticky Blenders Migdał Vegan w wersji przygłuszonej za słodko-ciężką białą czekoladą i z muso-dżemem z mango. Czyli prosty przepis, jak zepsuć idealny krem migdałowy. Jeszcze samo mango z czystym kremem migdałowym może by i faktycznie zagrało, ale biała czekolada tylko tu przeszkadzała. O wiele lepiej wyszedł by charakterniejszy, masywniejszy krem migdałowy z np. migdałów prażonych ze skórkami, bez białej czekolady z takim dżemem z mango lub jak już uparli by zostawić taki krem-bazę, to widziałoby mi się tu coś owocowego delikatniejszego, np. sosik z mango, ale łagodniejszy, klarowniejszy. Albo jednolity krem ze sproszkowanym mango? Cokolwiek, byle nie to, co Sticky wydało.

Jakoś ponad połowę oddałam Mamie. Ona też popróbowała tego na różne sposoby (a to warstwy oddzielnie, a to razem), trochę, ale stwierdziła, że nie ma zamiaru kończyć: "Okropne to, nie chcę tego. Nie wiem, jak z tak prostych i dobrych składników można takie coś zrobić, w tym słoiku nic sobą nie smakuje. Z dwóch części to już ta migdałowa chyba lepsza, ale jakaś taka... żadna. Ta owocowa okropna, dziwnie mi jakoś wytrawnie zajeżdżała i wcale nie mango. Nie że stęchłością, jak mówisz, a niesmacznością. Mango przecież jest normalnie takie słodkie i smaczne, więc nie wiem, jak oni je tu tak zrobili". Krem poszedł dla ojca.


ocena: 3/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 32,90 zł za 200g
kaloryczność: 548 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: migdały kalifornijskie 80%, mango 14%, biała czekolada (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, lecytyna sojowa)

wtorek, 17 października 2023

krem Sticky Blenders Laskowy Vegan

Po paru bardziej wymyślnych kremach, paru powrotach i wykończeniu otwartych większych słoików, naszło mnie na coś prostego i pysznego. Chciałam otworzyć "pewniaka", ale takiego jeszcze nieznanego. Stąd wybór czystej pasty od Sticky Blenders był dość oczywisty. Odkryłam, że ich czyste pasty zachwycają mnie niezwykle, natomiast smakowe mi nie podchodzą. Dobrze jednak taką wiedzę zdobyć.

Sticky Blenders Laskowy Vegan to "naturalny krem z lekko prażonych w piecu orzechów laskowych"; produkt wegański.

Po otwarciu poczułam moc orzechów laskowych, jakby obok siebie znalazły się orzechy trochę prażone, może nawet podsmażone (w tłuszczu własnym, żadnym innym!) oraz surowe, świeże w skórkach. Raz czy drugi wydawało się, że zaplątało się wśród nich trochę nerkowców. Zawarły w sobie słodycz, przemknęła mi nawet ledwo uchwytna myśl o bardzo śmietankowej krówce, lecz ogólnie już w trakcie mieszania i podczas jedzenia ukryła się. Popłynęła za to słodka i łagodna śmietankowość. Mieszała się z orzechami bardziej słodko-surowymi, których trzymał się akcent nieco biało czekoladowy i szlachetna goryczka.

przed i po uporaniu się z olejem
Na wierzchu wydzieliła się spora ilość oleju, z czego zlałam 2,5 łyżki, a wymieszałam nieco ponad łyżkę.
Mieszając, napotkałam na zwartą gęstość. Krem nieco się ciągnął i lepił, był gęsty. Widać w nim mnóstwo kawałków orzechów średniej i małej wielkości oraz zatrzęsienie skórek, przy czym nie były to tylko czarne kropeczki, a też sporo małych kawałków. Z olejem łatwo się mieszał, nawet na dnie zachował tłustość.
W trakcie jedzenia potwierdziła się gęstość i to, że krem był lepiący. Lepiszczo-kleisty, powiedziałabym. Pasta okazała się masywna i tłusta, jakby bardzo pełna (nie oleista). Błyskawicznie i konkretnie zalepiała usta zupełnie. Rozpływała sięw średnim tempie za sprawą mnóstwa kawałków orzechów. Robiąc to jednak, przez moment wydawała się jeszcze gęstnieć. Krem wydał mi się bazowo miękki, jednak... jakby złożony głównie ze zlepionych orzechową masę kawałków. Na koniec w ustach zostało całe mnóstwo średnich, małych i malutkich kawałków orzechów, wraz z nieco mniejszą ilością małych kawałków i drobinek skórek. Trafiło mi się też kilka sporych słupków orzechów.
Gryzione orzechy w większością okazały się trzeszcząco-chrupiące. Wydawały się surowe i bardzo świeże, acz część cechowała twardość (jakby świeże orzechy stwardniały). Mniejsza ich część zdradzała chrupiąco-twardszy, pieczony charakter. Skórki z kolei były twardawe. Miałam wrażenie, że oprócz skórek zaplątało się tam też trochę takich masywniejszych otoczek (w niektórych laskowcach znajdują się między łupiną a skórką).
Zęby w zasadzie cały czas miały zajęcie, że odebrałam to bardziej jako produkt do ciamkanmia i gryzienia, aniżeli krem.

W smaku najpierw rozeszła się słodycz świeżych i surowych orzechów laskowych.  Pomyślałam o takich tylko co wyłuskanych ze skorupek, starannie obranych. Wydawały się suro... surowawe. Może nie w pełni surowe, ale bliskie takim.

Po chwili osnuła je śmietanka. Wzrosła słodycz. Za jej sprawą... i nie tylko. Przemknęła myśl o bardzo śmietankowej, dziwnie mało słodkiej, ale jednak słodkiej śmietankowej krówce... Krówce orzechowej! Krówce... na śmietance zrobionej i wręcz nugatowej? Odnotowałam jakby maślaną sugestię nerkowców, ale znikała tak szybko, jak się pojawiła.

Kawałki zaznaczające swoją obecność na języku nakręcały smak laskowców. Skórki, plączące się wśród nich mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach podkreśliły myśl o surowych, całych orzechach laskowych w skórkach. Pojawiła się gorzkość tychże. Subtelna, podsycająca świeże i surowe orzechy. Do głowy przyszły mi orzechy nieco "suche smakowo". Przez moment słodycz i gorzkość zrównały się, by następnie gorzkość zaczęła grać coraz bardziej znaczącą rolę.

Raz po raz przewinął się bardziej pieczony wątek... Pieczono-podsmażony? Kontrastowo mignęła mi jakby przypalona krówka. Był znikomy i tonął w goryczkowatych skórkach. Ich motyw płynący z masy z drobinkami skórek w większych kawałkach jeszcze umocnił bardziej świeżo-surowy wydźwięk.

Gryzione kawałki wydawały się właśnie w dużej mierze surowe. Były słodkawe, a nie słodkie; wyraziste w laskowość i zachwycająco świeże. Sporo w nich nienachalnej gorzkości. Gryzione skórki stanowiły dodatkowe gorzkie pstryczki, sprawiające, że ogółem pasta nie wyszła słodko. Jakby zupełnie zerowały słodycz pasty, wyczuwalną głównie na początku rozpływania się masy. Pojedyncze bardziej podpieczne oczywiście ten smak wzmacniały, jednak w ogóle nie grał zbyt wielkiej roli.

Po zjedzeniu został posmak jakbym zjadła po prostu sporo surowych, świeżych orzechów laskowych. W tym momencie goryczka była dość silna. Tu i pieczony element niby był... Lecz nie miał od wagi wyłonić się z całą pewnością spod goryczkowatych skórek.

Całość bardzo mi smakowała. Może nie zachwyciła mnie aż tak bardzo jak naturalnie "słodziusia" z gorzkimi dopływami, miazgowa i bez kawałków pasta Grizly Krem z orzechów laskowych 100% (w tubce), ale też uważam ją za dobrą. Sticky Blenders smakowała bardzo świeżo, mimo podpieczonych nutek-nuteczek. Jej słodycz, mimo krówkowo-śmietankowego charakteru była niska. Gorzkość i goryczka skórek wyszły znacząco, ale nie stanowiło to wady. Jej smak był szlachetny, wyważony. Nie wytrawny, ale i nie słodki. Wolałabym jednak nieco inną konsystencję - bez takiego natłoku kawałków. Tu w zasadzie zęby cały czas miały co robić, a ja wolę, gdy kawałki stanowią jedynie urozmaicenie. Smakowo mogłabym może nawet 9 jej wystawić, ale konsystencja za bardzo mnie męczyła.


ocena: 8/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 27,90 zł za 200g
kaloryczność: 628 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: orzechy laskowe lekko pieczone (100%)

sobota, 16 września 2023

krem Sticky Blenders Arachid Vegan

Po tragicznym kremie (?) Sticky Blenders Oatmeal Matcha Bros, który była dla mnie jak cios w serce, bo zrobiła to marka, którą kocham za kremy 100%, musiałam zabić czymś to wspomnienie. Najlepiej pastą na pewno pyszną. Nie miałam jednak żadnej takiej, którą już jadłam... teoretycznie. Praktycznie bowiem miałam obiekt dzisiejszej recenzji, który w sumie już znałam, acz nie tak na czysto, bo w wersji z bananowym karmelem (Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana). A wiadomo, że takie słodzidło na wierzchu jednak zmienia. Jak wiele? A to się miałam przekonać.

Sticky Blenders Arachid Vegan to "naturalny krem z lekko prażonych w piecu orzeszków arachidowych"; produkt wegański.

Po otwarciu poczułam subtelny, ale wyraźny zapach fistaszków lekko podprażonych. Skojarzyły mi się z głównie słodkim i łagodnym masłem orzechowym typu amerykańskiego ("peanut butter") z leciutkim echem soli. Po uporaniu się z olejem i w trakcie jedzenia, sugestia słoności rozmyła się w lekko prażonej, słodkiej toni. Ta wydawała się chwilami trochę duszna. 

przed i po uporaniu się z olejem
Oleju wydzieliła się średnia ilość. Zlałam niecałą łyżeczkę, a - ku swojemu zaskoczeniu - wymieszałam ok. 3 łyżeczek (zazwyczaj zlewam większość, a mieszam niewiele).
Krem był gęsty i zwarty. Już na oko widać w nim drobinki fistaszków, a więc tak lubiany przeze mnie "miazgowy" efekt. Ciągnął się, pokazując, jak to masywny jest.
W ustach rozpływał się powoli i jeszcze jakby trochę gęstniejąc. Okazał się mało tłusty, w sposób, jakby... próbował być soczysty? A jednak jedząc go, odniosłam wrażenie iż... w zasadzie jest suchawy. Ta suchość była raczej wrażeniem, to taka sugestywna suchość. Nawet tam, gdzie sporo oleju przemieszałam, a krem za jego sprawą zrobił się znacząco rzadszy, wrażenie to się utrzymywało. Dziwne (ani pozytywnie, ani negatywnie - trudno to jakoś ocenić). Zaklejał w moment, racząc mnie potem lekką miazgowością, nasuwającą na myśl niezbyt dokładnie przemielony sernik. Odpuszczał jednak łatwo, z czasem rzedł, a miazgowość przechodziła w miazgo-proszkowość. Masa podgryzana wydawała się świeżo trzeszcząca, skrzypiąca.
Mikroskopijne drobinki w zasadzie niewymagające gryzienia, gryzłam i ciamkałam na sam koniec. Okazały się świeżo trzeszczące właśnie, trochę jak marcepan czy zmielone wiórki kokosowe, i delikatne. Pojedyncze większe kawałeczki ni trzeszczały, ni chrupały. Też były delikatne w dość świeży sposób.

Od pierwszych sekund w smaku czułam wyważoną słodycz fistaszków. Najpierw pomyślałam o takich dokładnie obranych ze skórek z mocno maślanym echem.

Po chwili dołączyła do nich leciutko prażona nutka. Skierowała myśli ku bardzo delikatnemu, maślanemu i słodkiemu maśle orzechowemu typu amerykańskiego, a więc właśnie lekko podprażonemu "peanut butter", lecz nie zdążyło się na dobre rozgościć, a już pojawiła się drobna wytrawność i przegoniła je.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach uwagę przyciągnął subtelny wątek fistaszkowych skórek, a prażona nutka przeszła jakby bardziej w prażono-pieczoną "smakową suchość". Utrzymywała się przez moment, po czym orzeszki mignęły skojarzeniem ze strączkami. Smak był zachwycająco "czysty", łagodny i maślany.

Po tym nieco bardziej prażono-pieczonym epizodzie wróciła słodycz, podkreślona nim. Sama w sobie jednak chyba właśnie na zasadzie kontrastu wydawała się należeć do arachidów niemal surowych.

Ciamkane drobinki nie odstawały smakiem od pasty. Też wydawały się niemal surowo-świeże i delikatne, jedynie miejscami wytrawniejsze w kontekście skórkowym i leciutko prażono-pieczonym. Wyraziste w swej delikatności.

Posmak jednak był już nieco wyraźniej prażono-pieczono arachidowy. Wciąż łagodny i słodki, ale też wytrawniejszy w mniej prażonym, a bardziej sucho pieczonym sensie. 

Konsystencja idealna - gęsta i miazgowa, jak lubię, choć z intrygującym efektem specyficznego skrzypienia / trzeszczenia. Delikatny i przejrzysty smak był słodki, ale nie przesadnie, wyraźnie fistaszkowy, nie zaburzony przesadzonym prażeniem czy pieczeniem. Miłe, że te nuty były tak wyważone. Podobała mi się też aluzja do amerykańskiego masła orzechowego - właśnie że była jedynie drobną aluzją, a nie jego mocniejszym motywem. To było... tak cudnie arachidowo "czyste" (co się rzadko spotyka). A "smakowa suchość" intrygowała. Nie osłabiła arachidowości - o nie. Wydawała się po prostu dość niecodzienna, ale ciekawostkowo - fajna.

Od razu przypomniała mi się pasta Sticky Blenders Arachid Karmel z Banana - dzisiaj opisywana w moim odczuciu zdecydowanie wygrywa. Nie jestem przekonana, czy tak delikatny krem jest dobrą bazą pod tego typu rzeczy jak karmel z banana, ale... niechaj im będzie. Bardzo się cieszę, że miałam możliwość wreszcie wczuć się w czysty arachidowy krem Sticky Blenders. Żadne przesłodzenie bowiem nie podkręciło w nim prażonej nuty czy coś. Dziś opisywany wydawał się bardziej surowy, a chwilami tylko lekko pieczony. I właśnie jak mam wybierać, czy prażone czy pieczone pasty wolę, stawiam na pieczone, to pewne.

Blisko mu do poziomu Grizly Krem orzechowy 100 % Delikatny / Smooth. Pyszny na tym samym poziomie, lecz specyfika konsystencji sprawiła, że był przyjemny jednorazowo jako ciekawostka. Nie chciałabym, by każda pasta fistaszkowa była właśnie tak sugestywnie sucha.


ocena: 9/10
kupiłam: stickyblenders.com
cena: 13,90 zł za 200g
kaloryczność: 567 kcal / 100 g
czy kupię znów: raczej nie

Skład: orzechy arachidowe lekko pieczone (100%)