Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: fudge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: fudge. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2020

Cachet Milk Chocolate 40 % with Banana & Fudge mleczna z Tanzanii z bananami, krówkami i solą

Rzadko kiedy degustacje wychodzą u mnie w przypadkowej kolejności. Lubię je planować, ustanawiać kolejność, by nie samo jedzenie, ale też możliwość porównywania, dozowania sobie przyjemności, dawała mi radość. Najpierw chciałam poczuć, jak łączy się mleczna czekolada i owoce w tej linii (Kiwi & Mango - wybornie), by następnie spróbować, jak to Cachet podaje orzechy (Pecan & Fudge - bardzo zacnie). Zmierzało to już ku jednemu... Ku tabliczce, o któej doskonałości byłam przekonana. Zanim jednak pozwoliłam szczęściu kwitnąć, dwa razy sprawdziłam, czy to na pewno "banany i pekany", a nie "banany i krówki", bo tego drugiego bym nie zniosła. Tak sobie myślałam. Mimo że sprawdzałam kilka razy, w dniu przed degustacją przepisywałam skład i... oniemiałam. To jednak banany i krówki. Jednak. Byłam przerażona tym, jak silne było w moim przypadku myślenie życzeniowe i to, że byłam pewna, że widzę tam słowo "pecan". Wszystko się posypało. Wcześniej bowiem obstawiałam nawet, że może być najlepsza i zostawiłabym ją chyba na koniec, jednak czułam ogromny niedosyt po Auro Filipino Origin 42 % Milk Chocolate Banana Chips, a tu... nie dość, że nie zapowiadało się na to, że mimo gramatury bananów będzie więcej (1% - to żart?), to jeszcze krówki... Typu fudge. Nie łudziłam się, że z mleczną wyjdą lepiej niż w ciemnej, choć teoretycznie mogłoby to zagrać. Gdyby fudge były fajnymi krówkami.

Cachet Milk Chocolate 40 % Cacao with Banana & Fudge to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao z Tanzanii z bananami, krówkami typu fudge i solą, produkowana przez Kim's Chocolate.

Rozrywając złotko, została uderzona bananem. Nie dosłownie oczywiście. Po prostu znad tabliczki (zwłaszcza spodu) szarżował zapach słodkiego banana, niewątpliwie z aromatu, podkreślonego pewną goryczką. Wąchając, czułam także wysoką słodycz głęboko mlecznej, pełnej toni, w jakiej banan był skąpany, ale to on dominował. Chwilami wydawał się przyjemnie soczysty, nie "walił chemią" mimo swojego sztucznego rodowodu. Było w tym coś lekko karmelowo-miodowego. Wąchając po poprzełamywaniu fragmenty, gdzie widać "fudge" doszukałam się z kolei cukierkowo-plastikowego wątku. Z czasem zapach bananowy trochę osłabł (albo ja się przyzwyczaiłam).

W dotyku lekko tłusta, ale przyjemnie twarda i trzaskająca przy łamaniu tabliczka wydawała się bardzo gęsta. Przekrój miała lekko proszkowy, bogaty w dodatki. Co mnie zszokowało, kawałków bananowych było bardzo dużo. Krówek znacznie więcej, ale na oko tego nie widać. Krówki dodano głównie do "wierzchów kostek", bananowe kawałki zaś na spodzie" (ale nie była to reguła stała).
Dodatki rozmieszczono dość nierównomiernie, ale nie jakoś straszliwie.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, istotnie gęsto-tłusto. Lekko zalepiała, stając się gładkim kremem i nie spiesząc się. Odsłaniała zachwycająco świeże kawałki bananów, które początkowo przypominały twardawe gąbki, a po chwili nasiąkały i... Były niczym śliskawe, trochę papierowe farfocle liofilizowanych bananów. Gdy przyszła ich kolei właściwa (na koniec w moim przypadku), w ogóle były miękkie. Zaskoczyły mnie, jak pozytywnie wyszły i że koniec końców nie było ich tak drastycznie mało (przynajmniej w mojej części). Wolałabym więcej, ale czuć je.
Miałam za to przesyt "krówek-fudge". To kamienne prostokąty takie same jak w 60 % Pecan & Fudge, które były tak okropne, że nawet nie chce mi się ich znowu opisywać. Wyjmowałam je z ust (na ostatnim zdjęciu prawie wszystkie cukierki z 1/3 tablicy).

W smaku od pierwszej chwili czułam intensywny smak dość sztucznego banana, a dopiero za nim mleka. Słodycz błyskawicznie wskoczyła na wysoki poziom, lecz nie waliła czystym cukrem. Przesadzona i drapiąca w gardle, miała w sobie coś karmelowo-miodowego i nawet rześkiego, jakby pochodziła naturalnie od... mleka?

Raczej nie bananów, bo te w pewnym momencie smakowały bardziej chemią, aromatem bananowym, niż bananem prawdziwym. Doszukałam się w tym pewnej cierpkości i goryczki. Mieszała się z... ziemistością? Dziwnie jednak nieuchwytną. Słodycz po osiągnięciu apogeum, zaczęła opadać. Wtedy właśnie banan się ustabilizował i zaskoczył na właściwy, łagodniejszy tor. Nutka bananowa rozpychała się łokciami, aż w końcu odnalazła swe miejsce obok czekoladowości. Pobrzmiewała sztucznością, ale nie w stopniu odpychającym.

Odbiór bowiem uprzyjemniło mleko. Mleko bananowe. A przy tym w pełni naturalne! Wręcz śmietankowe i błogo splatające mleko, soczyste banany i... goryczkę. Ta najpierw była z aromatu, ale bliżej końca wydała mi się bardziej orzechowa, kakaowa. Jakby wszelkie bananowe nuty wchodziły w ziemiście-paloną, orzechową czekoladę. Soczyście orzechowo-ziemistą. Poczucie to podkreślała sól, pojawiająca się epizodycznie w nienachalnej ilości.Skutecznie zabijała także sztuczność.

Przy kawałkach dodatków soczystość nasilała się albo spadała, w zależności od tego, na więcej czego trafiłam. Banany podkręcały same siebie, tym razem te naturalne, liofilizowane i słodkie, chwilami słodko-mdławe jak suszone, ale jednak. Mieszały się z mlekiem i słodyczą.
Raz po raz trafiłam na kryształek soli (a ze dwa razy na 1/3 tabliczki na sporą kulkę), podkreślającą soczystość i naturalność smaków. W tym samą mleczną, na końcówce do potęgi mleczno-mleczną, czekoladę i słodycz miodo-karmelo-bananową, naturalność mleka. Rozganiała sztuczność na dobre.
Krówki jednak to... plastikowe cukierki-bransoletki, drażo-cukier bez smaku i w sumie nawet... niespecjalnie słodkie. W zasadzie smakowa nicość zmieszana z cukrem i mdło mlecznym posmakiem, który dało się wyłapać, gdy się na koniec skupić na cukierku, który chyba trochę uległ nasiąkaniu podczas uprzedniego trzymania się czekolady lub miotania się po języku.

Po zjedzeniu w gardle wprawdzie czułam drapanie, ale w ustach obyło się bez cukrowości. Czułam za to posmak chemicznych bananów z ziemistą goryczką i goryczką... aromatu? Oprócz tego i czekoladowość zarejestrowałam, ale pod względem znaczenia schodziła na dalszy plan.
Gdy ciamkałam jeszcze dodatki na koniec po czekoladzie, wiadomo, że i one dołączały do ogółu. Banany wtedy wyszły aż śmiesznie, bo mieszał się posmak suszonych-mdławych z aromatem (przy czym to akurat był bardziej aromat niż banan).

Ta czekolada była... irytująca. Dobra sama baza, banan jako kawałki wyszedł w porządku, ale było go mało; bananowość całości... była nie zła, tak na jednorazowe spotkanie nie miałam z nią problemu, ale wydała mi się ryzykowna. Mało brakowało, by banan z aromatu poszedł w nieprzyjemnym kierunku; posmak chemicznego banana po zjedzeniu był już nieprzyjemny jednoznacznie. Ogólnie jestem czuła na chemię, przeszkadza mi w czekoladach, to muszę przyznać, że ta tutaj była do przyjęcia. Nie do przyjęcia były za to "fudge". Kamienne cukierki - ani gryźć, ani rozpuszczać, a tylko wypluwać. Biorąc pod uwagę, jak dużo ich dodano, męczyły i denerwowały. Jako że całość była smaczna, denerwowało mnie, że nie mogę się bardziej na niej skupić, a muszę jeszcze coś z ust wyciągać. Jako jednak że prawie nie miały smaku i nie rozpuszczały się, po prostu olewałam je i wyciągałam z ust na koniec. Irytowała jednak sama ich obecność i ta czynność.

Zjadłam 1/3, bo tyle sobie wyłożyłam na talerzyk, ale było to tak męczące, że resztę oddałam Mamie. W pierwszym odruchu chciałam wystawić 7, bo ciężko krytykować "fudge, że są fudge a nie krówkami", ale wydaje mi się że nawet "twarde krówki brytyjskie" (należy pamiętać, że i oni mają dwa rodzaje: twarde i ponoć bardziej miękkie) powinny być zjadliwe. Całość bez nich była dobra i... naprawdę, gdyby tak dać pekany, które sobie wymyśliłam, mogłoby być i 9 pewnie.
Mama też podeszła do niej z bardzo umiarkowaną przyjemnością. Trafiła na jeden (!) kawałek krówki, "który dało się fajnie pogryźć", ale "reszta rzeczywiście jak kamienie. Dla mnie to i soli za dużo, a tego banana malutko, jak na lekarstwo. Nawet i aromatu za mało, bo wiesz, że mi aromaty nie przeszkadzają. Czekolada czuć, że z tych dobrych, ale mnie nie powaliła. Za to tymi, pff, krówkami to język poraniłam."


ocena: 6,5/10
kupiłam: kawa365.pl
cena: 14 zł (za 180 g)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kawałki krówek 12 % (skondensowane mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, masło, syrop sorbitolowy,emulgatory: mono- i diglicerydy kwasków tłuszczowych), suszone pełne mleko w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, banan 1%, lecytyna sojowa, naturalne aromaty, sól

sobota, 14 listopada 2020

Cachet Dark Chocolate 60 % with Pecan & Fudge ciemna z Tanzanii z orzechami pekan i krówkami

Nie pomyślałabym, że Lindt Hello, Nice to Sweet You Pecan Crumble aż tak mi posmakuje. Co prawda, kupił mnie zupełnie nie tym, co sugerował tytuł, ale co tam. Uznałam, że niedługo po nim warto zjeść, tak dla porównania, inną czekoladę z orzechami pekan. Liczyłam, że nie wyjdzie gorzej niż Cachet Milk 40 % with Kiwi & Mango choć przez połączenie nie obstawiałam, by była smaczniejsza. Za bardzo się bałam, że tytułowe "fudge" okażą się podobne do tych z Marabou fudge & havssalt. O ile jednak pekany na wyobrażenie bardzo mi do ciemnej czekolady pasowały, tak co do "krówek" - byłam po prostu bardzo ciekawa.

Cachet Dark Chocolate 60 % Cacao with Pecan & Fudge to ciemna czekolada o zawartości 60 % kakao z Tanzanii z karmelizowanymi orzechami pekan i krówkami typu fudge.

Gdy tylko rozerwałam złotko, pomyślałam o wyidealizowanym kremie-smarowidle kakaowo-laskowoorzechowym, przy czym poczułam ziemistość i wysoką słodycz karmelu. Wyszedł dość wyraźnie palony i... krówkowo-likierowo. Zamknąwszy oczy dosłownie widziałam kruche z wierzchu i ciągnące, mokre wewnątrz pomadki. Obok nich zarysowała się nutka orzechów laskowych oraz kakao o wydźwięku trochę alkoholowo-ostrym. Całość była wyważona, bez przegięcia w żadną ze stron, łagodna.

Spodobał mi się wygląd tabliczki, bo uważam, że przebijające się krówki rewelacyjnie pasują do zdobienia na kostkach (skojarzyło mi się to z Aztekami i Majami). Tablica przy łamaniu była bardzo twarda, trzaskała. Obstawiam jednak, że to po części przez grubość. Przejawiała bowiem też lekką kruchość. A ta... miała alibi. Otóż dodatki wtopiono porządnie i w ciekawy sposób: orzechy tylko w dolną połowę, dzięki czemu mimo że dodano ich naprawdę sporo, nie zaburzyły spójności i nie odebrały przyjemności z samej czekolady. Krówki jako średniej wielkości płaskie prostokąty plątały się między nimi, a większa część umiejscowiła się w wierzchach kostek.
Czekolada odznaczała się kremowością i gęstością tłustego desero-budyniu. Zalepiała i znikała powoli w cudownie gładki sposób. Przez większość degustacji po głowie chodziło mi też gęsto-miękkie smarowidło typu Nutella. 
Powoli odsłaniała średniej wielkości (choć były też malutkie i bardzo duże) kawałki dodatków. Wiele orzechów to całe ćwiartki.
Orzechy wydawały się surowe, nie posądziłabym ich o karmelizowanie, choć niektóre rzeczywiście ewidentnie pokrywała cieniuteńka warstwa. Część z nich zachowały swą skórkę. Zdaje mi się, że znalazły się i kawałki "nagie" - nawet bez karmelu. Wszystkie wyszły leciutko chrupiąco i miękkawo-soczyście świeżo wewnątrz. Otóż warstwa karmelu musiała w dodatku rozpuszczać się dość szybko. Nie "wgryzła się" specjalnie w orzechy, więc te wydawały się świeże.
Krówki z kolei to w pierwszej chwili twarde jak skała, a z czasem kamienno-twardo, ale chrupiące, nawet trochę szkliście, kawałki. Do jakichkolwiek krówek w polskim rozumieniu im daleko. Nie rozpuszczały się, ale nasiąkały... Tak jakby, bo i tak wydawały się suche. Na względną miękkawość w ich przypadku trafiałam dopiero na koniec, gdy czekolada się rozpuściła, więc osobiście wolałam* się nimi zająć właśnie wtedy.
Bliżej końca poczułam leciutką pyłkowość, która jakby podsuszała tłustość, co odebrałam z aprobatą.
Ugryzione, rozchodziły się na grudkowe placki, wciąż dość zwarte. Były suche, trochę proszkowe i wlepiały się do zębów, ale gęby nie kleiły.
Szybko wyjęte z ust (chciałam rozgryźć do zdjęcia), okazały się... kamienne, a po ugryzieniu (autentycznie przyprawiła mnie ta sztuka o ból zęba!) łamały się idealnie po linii prostej (albo ta jedna konkretna, bo takich eksperymentów więcej nie robiłam - lubię moje zęby). Kojarzyły mi się z bransoletkami z cukierków, które do jedzenia nadają się tylko w teorii.
*Na upartego trochę "pod recenzję" - prawie wszystkie (bo czekoladę całą zjadłam sama w dwóch podejściach) wypluwałam.

Robiąc kęsa poczułam gorzkość jakby odymionych orzechów oraz goryczkę splecioną z drobną cierpkością, która natychmiast skojarzyła mi się z sosem / syropem kakaowo-alkoholowym o palonym wydźwięku. Mimo silnej słodyczy palonego karmelu, to goryczka zwróciła moją uwagę.

Pojawiła się bowiem lekko ziemista sugestia, w którą wmieszane były orzechy. Początkowo głównie orzechy laskowe - świeże i surowe. Kojarzyły mi się z takimi mielonymi... lekko gorzkawymi... aż z czasem zmieniły się w orzechowo-czekoladowy, trochę budżetowy krem. Baza pobrzmiewała odrobinę "tłustą" nutą (maślaną? ale i jak ze smarowidła, trochę jak olej z orzechów lub "orzechowawy" tłuszcz kakaowy). Zrobiło się mniej jednoznacznie, ale wyłapałam (w sumie bez problemu) pekanową nutę.

Goryczki różnego typu dzięki nutce dymu świetnie mieszały się z palono-karmelowym wątkiem. Już sama baza sprawiała wrażenie karmelowej, jednak ten wyraźnie nasilał się przy dodatkach.
Od pekanów najpierw odchodziła leciutka, jakby (?) naturalnie orzechowa słodycz, a potem bardziej sugestia orzechów laskowych.
Krówki kamienie też lekko karmelowo, czy bardziej cukierkowo-karmelkowo się kojarzyły. To trochę mleczne karmelki, trochę... cukrowo-szkliste draże? Im bardziej nasiąkały, tym bardziej cukrowo-mlecznie karmelkowo, na pewno nie krówkowo, smakowały.

Ssane i podgryzane dodatki zrównywały się z czekoladą. Jej ziemistość i lekka alkoholowość bez procentów (jak "smarowidło zajeżdżające alkoholem bez niego w składzie" - zdarza się to przy deserach czekoladowych itp.) sprawiła, że orzechy wydały mi się delikatne... mdławe w orzechowość, a naturalnie słodkawe i bardziej oleiste jak olej kokosowy. Rozgryzane pekany jednak zaskoczyły już na właściwy tor, smakując... sobą, same w sobie przypominając połączenie głównie laskowców i orzechów włoskich. Wyszły świeżo - karmel, mimo ingerencji, nie zaburzył ich smaku.

Krówki były głównie słodkie, nijako cukierkowo-mlecznawe. Mimo że podnosiły słodycz, nie zacukrzały straszliwie. Kryło się w nich coś irytującego, takiego sztucznie cukierkowego, co znów przywołało skojarzenie z cukierkowymi bransoletkami o nieokreślonym smaku. Pozwoliłam sobie, gdy tylko się wyłaniały, po prostu wyjmować je z ust.

Czekolada pozostała na koniec wydała mi się za to już bardziej kontrastowo słodka, acz wciąż nie po prostu cukrowa. To jak zestawienie orzechowo-kakaowego kremu dla dzieci i likieru kakaowego, trochę osnute dymem, by zakamuflować potencjalne zgrzyty w tym połączeniu.

Ona jako taka właśnie, już trochę cukrowa jednak, pozostała w posmaku wraz ze słodko-mdławymi karmelkami i wyrazistymi orzechami pekan.

Czekolada bardzo mi smakowała, pekany wyszły bardzo świeżo-pekanowo, mimo karmelizowania. Polubiłam jej alkoholowo-smarowidłowy, orzechowy wydźwięk. Był w pewien sposób uzależniający. Krówki jednak to porażka. Zdaję sobie sprawę, że "fudge" to w zasadzie nie "krówka-ta-nasza-polska", ale to po prostu okropne kawałki, nawet gdy chodzi o krucho-suche fudge brytyjskie... właśnie - chyba powinny być kruche, a nie kamienne i słodko-nijakie w smaku... Nieźle mnie nimi zirytowała. Odebrały mi część przyjemności z degustacji, bo musiałam je wypluwać. Dobrze więc, że nie były specjalnie intensywne w smaku, bo po prostu były... No, ale były. Gdyby nie one, coś czuję, że mogłoby wpaść 10.
Na dodatku chciałam się wyżyć, psiocząc o nim do Mamy. Żeby zrozumiała, o czym mówię, dałam jej kawałek czekolady, na co usłyszałam: "Chcesz, żebym zęby na tym czymś połamała?! Nie dość, że ciemna, to jeszcze coś, czego pogryźć się nie da... czuć, że to z tych twoich lepszych, ale dodatek beznadziejny. To miała być krówka? No jaja jakieś." ... Cóż, nie jaja... Kamienie.


ocena: 8/10
kupiłam: kawa365.pl
cena: 14 zł (za 180 g)
kaloryczność: 564 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy, kawałki krówek 10% (skondensowane mleko odtłuszczone, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz maślany, substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy; emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), karmelizowane orzechy pekan 6% (orzechy pekan, cukier), naturalne aromaty, sól, lecytyna sojowa

piątek, 3 maja 2019

Marabou fudge & havssalt mleczna z krówkami i solą morską

Trochę śmiech mnie wziął, jak przyszło mi niedługo po Fazerze Salmiakki i po Studentskiej z solonym karmelem sięgnąć po obiekt dzisiejszej recenzji. Z racji dodatku przy Fazerze przypomniała mi się jedyna jedzona Marabou (zaskakująco dobra), a Studentską widziałam właśnie jako czekoladę z soloną krówką, nie karmelem... Dzisiaj opisywana to z kolei dla mnie trochę nie wiadomo co, ale rewelacyjnie wpasowała się w moje tworzenie degustacyjnych serii. Musiałam bowiem zabrać się za nią niedługo po otrzymaniu ze względu na datę. Normalnie takie ponaglanie przez głupi nadruk na opakowaniu by mnie irytowało, ale że się takie zgranie trafiło, to nawet ciepło o tym jej wepchnięciu się poza kolejkę myślałam.


Marabou fudge & havssalt to mleczna czekolada o zawartości 30 % z krówkami (10%) i solą morską (0,3%), produkowana przez Mondelez.

Po otwarciu poczułam bardzo intensywny zapach przesadzonej słodyczy o krówkowo-toffi-cukrowym wydźwięku, spleciony z maślaną czekoladą i mlekiem w proszku. Po przełamaniu nasilił się krówkowo-maślanokarmelowy zapach, a bezkresną słodycz przecięła odrobinka soli.

Mimo tłustości, połyskująca tabliczka lekko pykała-trzaskała. Wynikało to poniekąd z jej "pełnej" twardości oraz dodatku. Ten był mocno wtopiony i czasami też się łamał, a czasami któraś krówkowa kostka wystawała. Krówki rozmieszczono trochę byle jak (kostka czekolady z kilkoma albo kostka z ilością równą 0) w ilości zadowalającej, nieprzesadzonej.
W ustach czekolada rozpływała się gęsto-kremowo i zalepiająco. Tłustość średnia, tempo rozpływania się też, gładkość... zaburzona przez lekką proszkowość. Ulepkowatość za to niska.
Kawałki dodatku zaskoczyły mnie twardością. Odgryźć kawałek trudno - zęby się po tym zsuwały, ale w ustach... Nie rozpływały się, ale po pewnym czasie (gdy nasiąkły), uginały się pod naciskiem zębów, by następnie rozpaść się na grudki. Przypominały suchą gumkę z proszku. Próbowały lepić się do zębów, ale nikły rozpadając się coraz bardziej. Okropieństwo, jak taka kamienno-gumkowato-gumiasta krówka z mleka w proszku, wyschnięta i mszcząca się na konsumencie.

W smaku sama czekolada była przede wszystkim słodka, ale bardzo, bardzo intensywna. Od pierwszej chwili miałam wrażenie, że jest zrobiona głównie z cukru, do którego jednak docierała kwaskowata sól. Potem dołączyła maślaność i mleko w proszku. Słonawość dziwnie się w to wkradła, podkreślała i pobrzmiewała cały czas. Nie była jednak wyczuwalna jako nagle pojawiający się smak soli sam w sobie. Wydaje mi się, że gdzieś w maślaności i kwaśnej słoności wyłapałam też niemal nieuchwytne kakao.

Cukrowo-maślane tornado doprawione solą szalało, nasilając się z każą chwilą. W pewnym momencie zaczęły do tego docierać toffi-krówkowe skojarzenia, ale w połowie wszystko inne przegrało z cukrową czekoladą.

Kawałki "fudge" wyszły słodko-mdło, bo niczym konkretnym nie smakowały. Nie były nawet zabójczo cukrowe, a po prostu słodkie i takie jak... niewyraziste coś z mleka w proszku? Żadnego posmaku paloności, soli... niczego. Męczone obok czekolady wnosiły słodycz i nijakość, bliżej końca było trochę lepiej, a zostawione na koniec po wybuchowej smakowo czekoladzie wydawały się... żadne. Cukrowo-żadne, albo nawet i nie tak cukrowo.

Po czekoladzie pozostał posmak mlecznej, delikatnej czekolady z wyraźnie wyczuwalną słonawością jako zwieńczenie, podkreślenie smaku. Wydawało się to w pewien sposób rześkie... Lekką maślano-toffiowatość czułam, ale płynęła raczej z czekolady, bo krówki były słodko-żadne.

Całość wyszła do potęgi cukrowo, w której to cukrowej cukrowości "rześka" sól podsyca nuty toffi-cukrowe. Soli nie pożałowano, ale dodano ją dyskretnie, tak, że była integralną częścią czekolady. Wyolbrzymiła tym samym smak czekolady, ale ten smak to głównie słodycz. Muszę jednak przyznać, że w swym przecukrzenia wyszła naprawdę dobrze (acz ja odpadłam po dwóch kostkach), jeśli ktoś ma wysoką tolerancję na słodycz.
Niestety nie mogę powiedzieć tego o dodatku "fudge", bo wyszedł kompletnie nijako, tylko tyle, że słodko. Jego główną funkcją było więc przeszkadzanie z racji okropnej struktury. Mama poddała się i nawet nie zgadywała, co to jest, a tata obstawiał różności od orzechów laskowych po karmel. O ile sama czekolada miała przyjemną konsystencję, tak to coś... Nie i koniec. Kompletnie nie odpowiada mi dodatek "fudge", jednak potrafię sobie wyobrazić, że fudge to właśnie takie coś*... Osobiście liczyłam jednak, że będzie bardziej krówkowo (jak w przypadku Studentskiej). Czekolada - tu potrafię zrozumieć, że może mieć ona swoich wielbicieli, ale nie była dla mnie. Dodatek soli udany, ale krówki do zmiany. Mama z kolei uważa odwrotnie: "ta kwaśność jest dziwna, ta sól tutaj niepotrzebna". To chyba specyfika Marabou z solą, bo w Black Saltlakrits było coś podobnego. Trudno ocenić.

*Fudge to popularny głównie w Wielkiej Brytanii rodzaj twardych cukierków, który powstaje przez zmieszanie cukru, masła i mleka; tłumaczy się jako "krówki", ale z polskimi nie mają wiele wspólnego, bo są twardo-suche.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 11 zł (za 185 g)
kaloryczność: 522 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, serwatka w proszku, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, białko serwatkowe, glukoza, słodzone mleko skondensowane, olej palmowy, emulgatory (lecytyna sojowa, E471), sól morska, masło, aromat, sól