Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgian. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Belgian Dark Chocolate Cherry ciemna 50 % ze sproszkowanymi wiśniami / wiśniowa

Marka Belgian obecnie nie budzi we mnie w zasadzie żadnych emocji, a po jej wyrobach nie spodziewam się niczego ciekawego. Niemniej, gdy dostrzegłam w sklepie nowość, dziś przedstawianą tabliczkę, postanowiłam dać jej szansę. Jakoś, choć czekolady z owocami nie są moimi ulubionymi, do wiśni mam słabość. Świeże surowe w sezonie to jedne z moich ulubionych owoców, których zawsze czuję niedosyt. Czekoladę zabrałam ze sobą na zimowy górski spacer. Niewymagający szlak niebieski z Rabki-Zdrój na Luboń Wielki szybko wyprowadził mnie na szczyt z uroczym schroniskiem. Choć zapowiadało się, że nie ma szans na widoki, coś tam jednak w oddali było widać. Porobiłam zdjęcia czekoladzie, ponapawałam się samotnością i śnieżną scenerią i zaczęłam schodzić szlakiem żółtym (Percią Borskowskiego).

Belgian Dark Chocolate Cherry to ciemna czekolada o zawartości 50,3 % kakao ze sproszkowanymi wiśniami / o smaku wiśniowym.

Po rozerwaniu sreberka poczułam łagodny, wiśniowy zapach, składający się z wiśni trochę pudrowych, cukierkowych, liofilizowanych i bombonierkowych. Naturalne, kwaskawe mieszały się więc ze słodkim aromatem wiśniowym, który jednak nie przekreślił zupełnie odbioru całości jako jeszcze całkiem przyjemnej. Słodycz wiśniowa splatała się ze słodyczą bardzo słodkiej, lekko palonej czekolady. Ta trzymała się tyłów - to wiśnie dominowały.

Tabliczka w dotyku wydała mi się sucha, a podczas łamania trzaskała średnio głośno, z krucho-chrupkim pogłosem.
W ustach rozpływała się w średnim tempie, bardzo chętnie. Była kremowa i bardzo gładka. Bardzo rzadko tylko językiem rejestrowałam proszkowe drobinki, zaraz się rozpuszczające, niknące w czekoladowej toni. Ta jawiła się jako średnio tłusta, choć jakby z pewną pomykającą suchością. Długo zachowywała kształt zwartej, ale bardzo plastycznej i gibkiej grudki.
Czekolada z czasem serwowała soczystość, by zniknąć rzadko i zostawić cierpkawo-suche, jakby proszkowe, wrażenie.
 
W smaku od razu rozeszła się średnio wysoka słodycz, a motyw sztucznych, trochę goryczkowatych (?) galaretkowych wiśni zaznaczył swoją obecność. Wiśnie te wpisały się w słodycz swym cukierkowym charakterem.

Wtórowała im cierpka gorzkość, łącząca motyw palenia z po prostu suchym, odtłuszczonym kakao. Wskoczyła na zaskakująco wysoki poziom (jak na tę zawartość kakao) - chyba przez kontrast z tą cukierkowa słodyczą. Gorzkość lekko, powolutku rosła.

W tym czasie do głowy przyszła mi guma balonowa wiśniowa, za sprawą której słodycz bardzo wzrosła.

Palona gorzkość zaczęła się cofać i słabnąć. Miała w sobie coś ze spalenizny i popiołu, choć coraz bardziej łagodziła je maślaność.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa ten cukierkowo-gumowy motyw wiśni zaczął robić się coraz bardziej kwaskawy, aż nagle zaskoczył na bardziej naturalny tor. Choć fakt, że wiśniowa guma balonowa cały czas krążyła niczym satelita. A jednak poczułam niski, ale wyraźnie soczysty, cierpki kwasek wiśni. Oto wkroczyły wiśnie liofilizowane. Wysoka słodycz zaraz jednak dopowiedziała im trochę pudrowy ton.

Czasem wątek naturalniejszych wiśni miał do powiedzenia nieco więcej i utrzymywał się dłużej. Nigdy nie dominował, jednak przybywał z odsieczą, by trochę przełamać cukierkową sztuczność.

Po tym debiucie kwaśniejszych wiśni, znów wzrosła słodycz. Zaserwowała mi wizję bułkowatego, biszkoptowego ciasta kakaowego. Murzynka z wiśniowym lukrem i wiśniową nutą.

Nutą aromatu wiśniowego. Naturalny kwasek zawrócił do cukierkowości. Osłabiona goryczka wiązała się z maślanością, a z czasem nawet jakby akcentem niemal mlecznym. Mlecznej tłustości? Zdobyła się jednak jeszcze na trochę kakaowości, kierując wiśnie w stronę bombonierki wiśniowej. Ale... w czekoladzie niedookreślonej: ni ciemnej, ni mlecznej.

Cierpkość, zarówno kakaowa, jak i wiśniowa, zdawała się uciekać, ale jeszcze wciąż utrzymywała motyw wiśniowy: teraz bardziej bombonierkowo-galaretkowy.

Albo galaretkowo-żelkowy? Guma balonowa wiśniowa wróciła z nową siłą, choć w towarzystwie jakby czegoś chłodnego... Mięty? Jako guma wiśniowo-miętowa? Gorzkość znikała, a słodyczy nic nie stopowało, przez co zrobili się bardzo słodko-sztucznie. Cukierkowo.

Po zjedzeniu został słodki posmak nieprzyjemnie sztucznie wiśniowy. Przywodził na myśl cukierki-landrynki, ale też galaretki i sztuczną bombonierkę z nieco gorzka, nie ambitna czekoladą. Wszystko to było bardzo słodkie, ale zaskakująco nie przecukrzone.

Czekolada mi nie smakowała. Próbowałam się w nią wkręcić, ale mi się nie udało przez ciągle obecny motyw wiśniowej gumy balonowej. Nuty galaretek wiśniowych i bombonierki, choć też sztuczne, jeszcze bym zniosła, ale ta guma balonowa na czele cukierkowego wątku sprawiła, że co i raz się krzywiłam. A jednocześnie nie mogę powiedzieć, by to był jakiś czekoladowy potwór. Zaskakująco nie zacukrzająca czekolada wyszła bardzo bazowo, na pewno nie tanio. Może też nie ambitnie czy gorzko, ale zachowawczo. Słodka sztuczność jednak sprawiła, że 2,5 kostki to moje max w górach i w domu. Założę się, że nie każdy odbierze ją tak źle, jak ja - osoby lubiące wiśniowe słodycze i niemające takiego problemu z aromatami pewnie byłyby bardziej łaskawe.

Reszta powędrowała do Mamy. Nie dała temu rady, jak i ja. Jej opinia: "Niesmaczna. Mnie nie smakowała, mimo że uwielbiam wiśnie. Ta czekolada była jednak tak nieprzyjemnie sztucznie wiśniowa, jakby wiśnie dano tam tylko w postaci aromatu".
 

ocena: 4/10
kupiłam: Auchan
cena: 22,99 zł
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, aromaty, wiśnie w proszku 0,5% (wiśnie, maltodekstryna), emulgator: lecytyny

czwartek, 7 listopada 2024

Belgian Bio Organic Dark Chocolate Salted Caramel ciemna 72,6 % z kawałkami karmelu i solą

Dzień po pętli Kasprowy - Kondracka Kopa - Giewont ruszyłam na małą pętlę, korzystając z tego, że byłam w pobliżu, bo to nie trasa, na którą chciałoby się specjalnie jechać. Poszłam na Wielką Polanę Małołącką, a potem Drogą pod Reglami w kierunku Doliny Małej Łąki. Chciałam wejść Hruby Regiel, bo wcześniej w internecie znalazłam, że jest ścieżka (acz nie szlak) zaraz za Przysłopem Miętusim, ale... nie znalazłam jej. Może zarosła krzaczorami? Na dłużej zatrzymałam się więc na Wyżnim Stanikowym Siodle. Wyszedł z tego bardzo krótki spacer po lesie z ładnymi widokami tylko przez chwilę. Szczerze? Spodziewałam się czegoś bardziej widokowego - dlatego i na to wzięłam czekoladę. Parę widoków na zdjęcia się znalazło, a i taki niewymagający spacer nie był zły. Prawda, kusiło, by pójść stamtąd gdzieś wyżej, ale chciałam też akurat tego dnia względnie wcześnie do domu wrócić. Na krótką trasę wybrałam tę tabliczkę, bo nie spodziewałam się bowiem po niej żadnych niespodzianek. Czułam, że będzie zwyczajnie smaczna. Co prawda, solony karmel mi przeszedł wraz z tym, jak czuła na sól się zrobiłam. Bardzo nie lubię soli i prawie wszystko potrafi mi być za słone, ale widząc tę czekoladę jakoś się nie bałam. No i zachwyciło mnie opakowanie - kolorystycznie subtelnie kwiatowe motywy i niektóre piórka ptaków idealnie oddawały karmel!

Belgian Bio Organic Dark Chocolate Salted Caramel to ciemna czekolada o zawartości 72,6% kakao z kawałkami karmelu i solą.

Po otwarciu poczułam lekką gorzkość przypalonej skórki białego chleba, mieszającą się z bardzo słodkimi, mlecznymi karmelkami i palonymi - aż nieco za mocno? - migdałami. Całość wyszła znacząco słodko w sposób cukrowo-biszkoptowy. Odnotowałam lekki, egzotyczny kwasek żółtych owoców, ale z pewną ciężkością. Kandyzowaniem? I jakby były dodane do wspomnianego chleba?

Tabliczka była twarda jak kamień, skała. Trzaskała bardzo głośno i skaliście, dając się poznać jako masywna.
W przekroju widać średniej wielkości kawałki karmelu – raczej średnio dużo.
W ustach czekolada rozpływała się maziście wolno i trochę ulepkowato. Była maziście-plastyczna, miękka, ale jednocześnie zwarta. Z czasem nieśmiało wyłaniały się spod niej twarde kawałki karmelu; jakby karmelki. Zostawiałam je na koniec aż czekolada zniknęła. Okazało się, że jest ich średnio dużo, na szczęście nie zrobiły z czekolady ulepko-zlepka. Nie drapały podniebienia ani nic z tych rzeczy.
Wraz z czekoladą rozpuszczały się minimalnie - prawie wcale. Sól nie plątała się wśród nich - dodano ją więc niezależnie od kawałków karmelu.
Gryzione na koniec okazały się twardawo-szkliste, ale w sumie delikatne i krucho chrupiące. Łatwo znikały z ust, nie kleiły się do zębów ani nic. Sól na koniec nie zostawała.

W smaku od początku czułam gorzkość, wymieszaną ze słodyczą, która szybko dała się poznać jako wysoka i ciężkawa. Pomyślałam o jajecznym biszkopcie posypanym cukrem pudrem.

Biszkopcie maślanym, który wzbogaciło parę kropelek koniaku i kwaskawa mgiełka? Przemknęła, bazę kierując w trochę maślano-palonym kierunku. Jednocześnie delikatna gorzkość starała się utrzymać jako... Ziarniście-palona, ale delikatna i wręcz mleczna kawa.

Raz po raz zarejestrowałam słonawe echo. Ogólnie nie było silne, ale wiele wniosło, podkręcając kwasek. Czasem sól czułam wyraźniej, czasem odleglej, ale przy każdym kęsie. I nigdy szczególnie przesadnie.

W kwasku cały czas było coś ze słoności, ale z czasem polała się też soczystość. Pomyślałam o cytrynie jako o galaretce cytrynowo-cytrusowej, do której dołączył ananas i... Grejpfrut, ale jakiś słodszy i kwaśniejszy, inny niż czerwony. Może też właśnie jako coś kandyzowanego lub galaretka?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, obok owocowego splotu, maślany biszkopt wplótł nieśmiały wątek lekko mlecznych karmelków - ten wątek rozchodził się od dodatków. Nie był jednak mocny - czekolada cały czas utrzymywała pierwszoplanową rolę. Mieszał się z odlegle karmelowawym echem jakby... karmelizowanego cukru pudru?

Mimo łagodnienia gorzkość spróbowała zza słono-kwaskawego duetu wyłonić trochę drzew, migdałów - migdałowego ciasta? - i mocno przypieczonego chleba. Przy kwasku odnotowałam też chyba ziołową cierpkość.

Kwasek i słona nuta z czasem przycichły. Wzrosła palona słodycz, ale nie karmel, a karmelki. Gdy czekolada znikała, wkraczały.

Kawałki karmelu smakowały słodko jak mocno mleczne i bardzo, bardzo słodkie karmelki. Nie był to palony karmel, a mleczno-maślane cukierki. I to nie one były słone (sól przy nich nie zostawała). 

Po zjedzeniu został posmak głównie słodkich, mlecznych karmelków, za którymi zaznaczyły się kwaskawe owoce egzotycznie-cytrusowe i lekka cierpkość palono-ziołowa.

Czekolada wyszła poprawnie, ale nie zachwyciła. Była z karmelkami i solą, nie solonym karmelem. Słodkie, mleczne karmelki trochę spłyciły smak bazy, ale sól położyła nacisk na owocowe aspekty. Dziwnie wzmocniła soczystość, co było niby lepsze niż kandyzowane owoce Belgian Bio Organic Dark Chocolate 72 %, a jednak dziwnie do siebie niezbyt pasowało. Nie było złe, ale wybitnie dobre też nie. Gdyby był to porządny karmel, a nie karmelki, na pewno wyszłoby lepiej.
Cieszę się, że sól tak połączyła się z czekoladą, a nie zostawała na koniec, ale  całość wrażenia nie zrobiła. Jak już kupiona, na trasie można zjeść, a i skończyć w domu, ale zwyczajnie dlatego, że już się kupiło.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 14,48 zł (za 90g)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, kawałki karmelu 10% (cukier trzcinowy, syrop glukozowy, masło, śmietanka, woda, sól), tłuszcz kakaowy, sól 0,5%

sobota, 2 września 2023

Belgian Bio Organic Dark Chocolate 72 % ciemna 72,6%

Marka Belgian nie kojarzyła mi się za dobrze, jednak jako że obecnie producenci wszystko zmieniają jak szaleni, uznałam, że im w sumie mogę dać szansę, jako że trafiłam na tabliczkę wyglądającą naprawdę dobrze. I skład, i to, że jest bio, ładne opakowanie skusiły mnie.

Belgian Bio Organic Dark Chocolate 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72,6 % kakao.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, z wpisaną w niego pewną suchością. Był dość słodki, acz w stonowany sposób. Czułam palony karmel i jakiś biszkopt (zrobiony na jajkach). W tle zaznaczyła się lekka goryczka drzew w słońcu i migdałów w skórkach. Czułam jednak też sporo słodkiej soczystej, egzotyki. Należała do kandyzowanego ananasa, egzotycznych galaretek w żółtych kolorach i mango. 

Tabliczka była twarda jak kamień i bardzo, bardzo konkretna. Przy łamaniu trzaskała głośno, kojarząc się ze skałą. To były dosłownie huki. Nie trzymała się linii podziału na kostki zbyt mocno.
W ustach rozpływała się powoli i maziście. Była nietłusta, ale sprawiała wrażenie takiej... i trochę ulepkowatej? Miękła z łatwością, zachowując pewną giętką zwartość. Wydała mi się z czasem bardziej  aksamitnie miękka, ale wciąż z echem ulepka.

W smaku najpierw poczułam wysoką słodycz biszkoptu posypanego cukrem-pudrem. Właśnie ten cukier puder, a zaraz ogólna lekka pudrowość zwróciły  na sobie większość uwagi, po czym... jakby ktoś je zdmuchnął. Został słodki, ciastowy biszkopt, do którego wypieku nie żałowano jajek, całkiem mocno wypieczony.

Do biszkoptu dołączył karmel, za sprawą którego pojawiła się palona nuta. Zaczęła się umacniać i roztaczać ciepło. W cieple, daleko w tle, przemknął mi akord jakiś gotowano-palonych dżemów z ciemnych owoców, ale zaraz zniknął.

Paloność przywołała gorzkość. Najpierw wydała się raczej niska, ale zaraz dorównała spokojnej, choć znaczącej, słodyczy. Płynęły leniwie razem, w proporcjach równych. Gorzkość zaserwowała drzewa, drewno... Ogrzewane słońcem oraz migdały w skórkach. Ich goryczka podkreśliła jeszcze karmel.

Prędko kompozycja zrobiła się ciepła. Słońce mocno ogrzało wcześniej wymieniane rzeczy, ale... czułam też ogrzanie gardła i języka jakby wywołane mocnym, a karmelowo słodkim alkoholem. Do głowy przyszły mi rum i koniak. Wpisana była w nie ciężka, słodka soczystość.

Odnotowałam egzotyczny motyw owoców. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomyślałam o suszonym mango i kandyzowanym ananasie. Ostatni zrobił aluzję do kwasku, ale kwasek nadszedł tylko na chwilę i to niezwykle subtelny. Egzotyczne owoce tchnęły w całość soczystość, acz nie była wysoka. Same trzymały się bowiem raczej galaretkowato-dżemowatych, słodkich klimatów. Mango jednak... jakby próbowało się z tego wyrwać? Pomyślałam też o galaretkach w czekoladzie czy kakaowej polewie.

Wyłapałam bowiem też motyw suchego, pylistego kakao samego w sobie i trochę kawy. Jednak ukryły się w nucie drzew, drewna. To wyszło więc w końcu bardziej cierpko... Jakby kryło też właśnie bardziej cierpkawe, czerwone owoce? I może jeszcze jakieś ciemne owoce... W zasadzie też nieco egzotyczne, przerobione na mocno palone, duszone dżemy czy coś takiego? Zarówno je, jak i żółte egzotyczne trochę podkreśliły cytrusy... acz znów - jakby z okrojoną kwaśnością.

Do głowy przyszły mi słodkawe, octowo kwaskawe marynowane warzywa azjatyckie, np. oshinko. Podkreśliły wytrawniejszy ton w tabliczce, pomagając sobie... algowo-ziołową nutą? Wyobraziłam sobie suche, dopiero nasiąkające nori. Jakby tak... ktoś robił sushi z mango, na owocową nutę?

Końcówka to mocna słodycz kojarząca się z koniakiem i jego ciężko-słodką soczystością, ale również znów wręcz biszkoptowa, trochę przypieczona, łagodność. Zaplątał się wśród nich duet mango-ananasowy, jakby tak koniak był lekko owocowy, a biszkopt nasączono nimi? Słodycz niby nie była szczególnie intensywna, ale oprócz niej czuć niewiele innych wątków.

W posmaku zostało za to jakby kakao w proszku, ananas chyba podkreślony cytrusami, ale dosłownie jako mgiełka, trochę drzew i biszkoptu, od których czuło się ciepło: kolejno słońca i pieczenia. Ogólnie czułam, że słodycz wspięła się na wyżyny i połączyła i karmel, i cukier puder, przekładając się na lekkie przesłodzenie. Zwalczało się wzajemnie z cierpkością kakao.

Całość była niezła, ale zarazem rozczarowująca. Parę lepszych akcentów, a więc drzew, migdałów było niby gorzkie, ale... jakoś bez polotu. Cała reszta bowiem była zbyt łagodna, ciastowa i słodka. Aż ciężka od tej słodyczy. Nie był to czysty cukier, a słodkości, np. kandyzowany ananasa, galaretki i ciężko-słodki alkohol (koniak, rum), więc trochę lepiej, ale też nie zachwycająco. Mango próbowało coś ugrać, ale i jemu nie szło. Choć nie bardzo, bardzo słodka, to słodka denerwująco, bo trudno w niej o inne wyraziste smaki.

Było w niej podobieństwo do ciastowej, jakby z cukrem pudrem, drobną cierpkością kakao w proszku i namiastką owoców (wspomniana bardziej cytrusów) Belgian Dark 72 %. Dzisiaj przedstawiana wydała mi się mniej przypalona, nieco ambitniejsza dzięki cukrowi trzcinowemu, nie białemu, ale czuć w niej, że producent dalej z kakao kiepsko sobie radzi. Choć nie lubię wystawiać połówek, to jednak w tym przypadku muszę. Na 8 bowiem za nic nie zasłużyła, ale od wspomnianej jest lepsza.


ocena: 7,5/10
kupiłam: Auchan
cena: 14,09 zł (za 90g)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy

środa, 24 lutego 2021

Ambiente Czekolada 85 % ciemna

Po Ambiente średniej ciemnej 50,3% z solą i złej mlecznej z ciastkami nie łudziłam się, że dzisiaj prezentowana będzie smakowitym kąskiem, ale nieśmiało tliła się we mnie nadzieja, że... że może przynajmniej będzie to zjadliwe?

Ambiente Czekolada 85 % to ciemna czekolada o zawartości 85 % kakao, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Gdy otworzyłam sreberko, poczułam raczej delikatny, ale dość mocno palony zapach orzechów laskowych, wchodzących w maślany, nie za słodki karmelo-nugat. Mimo pewnej łagodności, cierpkość kakao była łatwa do odnotowania. Całość ułożyła się więc w kompozycję bardzo przystępną.

W dotyku tabliczka wydawała się sucha i krucha, jednak przy łamaniu okazała się twarda prawie jak kamień. Trzaskała bardzo głośno.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo trochę opornie-ciepłoplastelinowo. Potem jednak przypominała tłusto-maziste ciasto (brownie?): jakby miękła i wilgotniała, serwując trochę kremowej tłustości, przełamanej pylistością, ostającą się jako lekko wysuszający efekt na koniec. Mimo to, poczucia tłustości na ustach nie dało się przegapić.

W smaku od pierwszej chwili poczułam zdecydowaną gorzkość, która reprezentowała dość mocne palenie. Nie było jednak w niej nic ze spalenizny. Pomyślałam za to o dymie i zawilgoconym węglu. Gorzkość zrobiła się kawowa i właśnie w kawie pokazała się drobna cierpkość. Oczami wyobraźni zobaczyłam gęsto-lepkie, ciemne ciasto murzynkowato-browniowate. Cierpkość bowiem niewątpliwie w dużej mierze należała do kakao, takiego najzwyklejszego, a i maślaności nie brakło. Zaraz także drobny kwasek się zaznaczył; do głowy przyszedł mi popiół.

Kwasek plątał się nieśmiało, ale w końcu zdecydował się na coś cytrynowawego, trochę goryczkowatego jak skórka cytryny. Chwilę później pojawiła się też słodycz ciężkich owoców. Nie niosły orzeźwienia, wydały mi się pełne, gęste... Nazbyt wysuszone owoce, które straciły impet? Jak miękko-gąbczaste suszone, niezbyt wyraziste banany i jabłka. Po owocowej (acz obiektywnie wciąż minimalnie owocowej) chwili, w drugiej połowie rozpływania się kęsa słodycz zmieniła charakter na taką najzwyklejszą. Na szczęście utrzymała się na niskim poziomie.

Bliżej końca znów wzrosła paloność ziarnistej kawy, odległa cierpkość kawy z ekspresu, ale nie były mocne, bo po owocach umocniła się maślaność. Należała do ciasta - może ciemnego, trochę nieokreślonego. Była w dodatku jakby trochę orzechowo-nugatowa. Mieszała się z kawą, więc oczami wyobraźni zobaczyłam piankę - na kawie z ekspresu właśnie.

Po zjedzeniu pozostał cierpki posmak kakao i kawy z ekspresu, łagodzony nieco ciastową maślanością i prostą, ale niską słodyczą.

Kojarzyła się z Belgian Dark 72 %, ale była mniej słodka, co przy tej prostej, suchej (?) słodyczy wyszło na plus (w podlinkowanej podchodziła pod bezy). Też czułam gorzkość dymu, popiołu; odebrałam to tak ciastowo, ogólnie podobnie. Dzisiaj prezentowana okazała się jednak niewątpliwie bardziej cierpka, minimalnie kwaskawa, choć wciąż przystępna i w porządku. Niestety jednak dość... nudna. A mimo to na pewno smaczniejsza od 72 %. Do głowy przyszedł mi też Wedel 80 % - od tego to ta czekolada jest o wiele smaczniejsza.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 588 kcal / 100 g
czy kupię znów: w akcie desperacji może i mogłabym

Skład: miazga kakaowa, cukier, lecytyny, tłuszcz kakaowy

niedziela, 1 listopada 2020

Ambiente Czekolada Mleczna Ciastka mleczna z kakaowymi ciastkami i orzechami laskowymi

Gdy tylko zobaczyłam na stronie Aldiego, że zrobili rzut nowości (na chwilę patrzenia), wśród których była m.in. ta czekolada, napaliłam się na nią. Natychmiast zrodziła się we mnie nadzieja, że będzie to mniejsza, bardziej płaska wersja ukochanej, a wycofanej lata temu Bellarom Neo. Takiej mlecznej z kakaowymi ciastkami bowiem nigdzie nie ma (a wstrętna przypadkiem znaleziona Natasja od Barona-Millano nie zbliża się nawet o kilometr do niej) - dominują mleczne z białym kremem i ciasteczkami, które mnie nie kręcą. Potem jednak wystraszyłam się samej marki Ambiente (bo produkują pod nią różni producenci - co wychodzi albo dobrze, albo katastrofalnie). Po zadowalającej Ambiente Czekolada Sól Himalajska jakoś się uspokoiłam. Już co prawda nadzieja nie rosła, ale przynajmniej się nie bałam... aż tak bardzo. Cieszyłam się za to, że nie kupiłam od razu dwóch ("jednej na zapas"), jak miałam przez chwilę ochotę zrobić.

Ambiente Czekolada Mleczna Ciastka to "mleczna czekolada o zawartości 32,5% kakao z ciasteczkami" kakaowymi i orzechami laskowymi, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Gdy tylko rozerwałam sreberko, poczułam cukrowość mieszającą się z wyrazistym mlekiem i orzechami laskowymi. Odnotowałam też echo przearomatyzowania, mimo którego efekt był całkiem smakowity. Pomyślałam o czymś miodowo-orzechowym, a skupiając się na wąchaniu spodu i tabliczki połamanej, zarejestrowałam słonawe ciasteczka.

W dotyku czekolada wydała mi się sucho-proszkowa, a przy łamaniu twarda, choć trzaskała nie za głośno. Przekrój ujawnił całkiem sporo kawałków ciastek w średnim i małym rozmiarze oraz kilka beżowych kawałków, w tym drobniutkich orzechów laskowych.
W ustach rozpływała się najpierw plastikowo opornie i powoli, potem trochę przyspieszyła. Miękła, gięła się, a jednak zachowywała kształt. Przez to, że była mocno najeżona twardymi, zrobił się z tego straszny zlepek-ulepek. Znikała, idąc w kremowo-wodniste, tłustawe smugi i ujawniając kawałki początkowo twardo-ostrych ciastek. Po chwilowej gęstawości znikała jak woda.
Ciasteczka nasiąkały trochę. Przez większość czasu wydawały się raczej twardo-suche i chrupiąco-rzężące. Gryzione bliżej końca rozchodziły się na grudki, lekko mączne i z kryształkami cukru.
Wraz z rozpuszczaniem się kęsa, o zęby zaczęło mi dzwonić zaskakująco dużo "jakiś kulek". Gdy czekolada znikała, wyjęłam z ust zobaczyć, co to za dziwo.
Otóż były to przezroczyste kulki cukru (?), mnóstwo kryształków cukru i parę takich, z których schodził beżowy kolor i robiły się przezroczyste. To na pewno nie był karmel. Może po prostu jakoś zrobili warstwę z cukru na orzechach... Nie wiem. To było paskudne.
Okazało się, że wśród chrupaczy orzechów laskowych było... jak na lekarstwo. Cukier i ciastka wyjątkowo nieprzyjemnie drapały podniebienie.

W smaku przodowała słodycz. Wydała mi się podrasowana czymś perfumowym, jednak zaraz zalewało ją wyraziste mleko i orzechowo-maślana nutka. Tłuszczu kakaowego nie żałowano, mieszał się on z cukrowością, przez co skojarzył mi się z miodowym toffi. Mignęła też nutka taniości, na którą naskoczyło echo soli.

Dodatki, które wylegały na język na pewno serwowały mnóstwo cukru. Czystego, najzwyklejszego cukru.

Ciasteczka początkowo nie smakowały niczym szczególnym, dopiero podsysane upuszczały goryczkę. Wyszły głównie ciasteczkowo-pszenicznie i gorzko w charakterystyczny dla spalenizny sposób. Niewątpliwie czuć w nich także kakao, jednak... w cukrowości bazy jakoś traciło na znaczeniu. Kojarzyły się z ciastkami typu Oreo, ale z epizodyczną wyrazistością - obecną, gdy akurat trafiło się ich kumulację; z cukrem przegrywały. Mimo że raz i drugi upuściły nawet odrobinkę soli.

W kostce trafiłam na ze trzy kawałeczki mało wyrazistych orzechów laskowych.. Nic dziwnego, skoro pokryte były kryształkami cukru, oblepione nimi. Cukier częściowo rozpuszczał się wraz z czekoladą, jednak jego co większe kulki zostawały do końca (wypluwałam je). Był czystym cukrem i właśnie taką zwykłą cukrowością aż drapał w gardle.

Mleczno-maślana baza zza tych dodatków pobrzmiewała nijako. Wydawała się po prostu słodka i trochę mleczna, ale bez impetu. Mieszając się z dodatkami, wyszła trochę ciastkowo-maślanie... więc w sumie nie tak źle, ale aż trudno się było na niej skupić przez cukier.

Po wszystkim pozostawało przecukrzenie, czysty smak cukru, coś mdławo-sztucznego i całkiem przyjemna oreowata ciasteczkowość. Czułam też słonawe toffi, co wiązało się z poczuciem tandety, ale najgorsze nie było.

Pomysł na tę czekoladę uważam za po prostu tragiczny. Ciastka jak najbardziej spoko w smaku, ale... mnóstwo kawałków cukru i szokująco dziwne orzechy? Nie wiem, co z nimi wymyślili, po co tam one... i w zasadzie... że cukier? Po co? Nie rozumiem... Śmiech przez łzy, bo raptem dzień przed nią zjadłam Cachet Bio Organic 72 % Extra Dark Chocolate Sea Salt, w której to właśnie na kulki soli trafiłam. Kulki cukru to też zło.
Sama baza czekoladowa była taka sobie, ale te dodatki... Przekombinowali. Nie określili, jakie miały być ciastka - wyszły kakaowo. To może akurat przypadkiem im się udało? Tak dziwnie zrobionej "czekolady z ciasteczkami" to jeszcze nie spotkałam. Szkoda, że "dziwnie" ma tu w pełni negatywny wydźwięk (a ja właśnie często lubię dziwność). Niby zjadliwe to, ale takie, że... jeść się nie chce. Ten cukier po prostu odbierał jakąkolwiek przyjemność.
Takie samo zdanie miała Mama. Nie była w stanie powiedzieć nic, ani o czekoladzie, ani o ciastkach, bo "za bardzo ten sam cukier przeszkadzał. A tak... wszystko jakieś nienajlepsze, ale po co jeszcze go tak dodatkowo dawać?".


ocena: 2/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 530 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, laktoza, ciastka 5 % (mąka kukurydziana, skrobia ziemniaczana, cukier, alkalizowane kakao niskotłuszczowe, tłuszcz palmowy, dekstroza, skrobia z tapioki, aromaty, substancje spulchniające: E503ii, E500ii; sól), mielone orzechy laskowe (cukier, orzechy laskowe), emulgator: lecytyny; aromat

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Ambiente Czekolada Sól Himalajska ciemna 50,3 % z solą

Marka własna Aldiego Ambiente zdążyła zdobyć moje uznanie i zburzyć całe moje wyobrażenie na temat tego, jak różnie można rozumieć termin "czekolada nadziewana" (pieję do jednej z najgorszych rzeczy niby do jedzenia, z jakimi się spotkałam: Ambiente: Pistache i Panache). Nie lubię, jak pod jeden szyld dla danego marketu robi kilku producentów. To strasznie mylące. W przypadku serii, z którą wcześniej się nie spotkałam, byłam więc trochę podejrzliwa, acz czekolady były już kupione, więc... I tak czekało mnie spotkanie z nimi. Gdy sprawdziłam producenta, uspokoiłam się nieco. To The Belgian, której jadłam najzwyklejszą 72 % i była w porządku (wprawdzie nie mogę tego powiedzieć o Belgian 53 % bez cukru z zieloną herbatą, ale większość bezcukrowych czekolad mi nie podchodzi). Miałam trzy i wszystkie takie, które mogły okazać się bardzo smaczne albo tragiczne. Dobrze, że terminy ważności się różniły, bo to właśnie nimi poukładałam sobie kolejność otwierania. Tak bym miała problem, jak je w czasie rozłożyć. Jak widać, producent z kolei z czym innym ma chyba problem (z główką?), dając taką zawartość kakao. I jeszcze masło klarowane - kompletnie nie rozumiem, po co ono w ciemnych (jeszcze tak szlachetnie, tajemniczo często zwane "bezwodnym tłuszczem mlecznym").

Ambiente Czekolada Sól Himalajska to ciemna czekolada o zawartości 50,3% kakao z różową solą himalajską, produkowana przez The Belgian Chocolate dla Aldi.

Po otwarciu poczułam słodki zapach, zabarwiony lekko połączeniem waniliny i wanilii (co nie było takie mocno sztuczne) o silnym maślanym motywie, ale i dość znacząco palony. Przypominał tym samym jakąś delikatną, pewnie mleczną, kawusię, do której podano waniliowo-maślane ciastka. Ciastka kruche i otłuszczające palce (coś jak kokosanki? - nigdy nie jadłam, to moje wyobrażenie). A jednak przy uważniejszym wąchaniu, po przełamaniu, trafiłam też na nutę soli.

Tabliczka przy łamaniu trzaskała dość głośno, gdyż była twardo-krucha. Nie kruszyła się wprawdzie za bardzo, ale łamała z suchą łatwością.
Jednocześnie, w dotyku chociażby, nie wydawała się taka sucha. Bardziej sucho-tłusta, może trochę ulepkowata.
W ustach rozpływała się raczej powoli, ale łatwo i właśnie nieulepkowo, mimo że trochę z tym zwlekała. Okazała się gęsta i dość kremowa, miękkawo-tłusta, a suchsza dopiero na koniec, kiedy to pozostawiała pylisty, jakby trzeszczący efekt. Ten ostatni przypominał efekt wymieszanego kakaowego pyłku z cukrem, ale żaden cukier tu realnie nie trzeszczał.
Podobnie zresztą, jak nie trafiłam na żadne kryształki soli - ta była zupełnie integralna z czekoladą, rozpływała się niezauważona wraz z nią.

Od początku po ustach panoszył się smak słodkiego, słodziutkiego maślanego toffi.
Wzbogacony był o element gorzkawy, ale nie gorzki. Osadzony w mocno palono-wypieczonych, suchszych klimatach. Z racji silnej słodyczy, wyraźnie waniliowo-wanilinowej, pomyślałam też o ciastkach maślanych. Wydały mi się leciutko wręcz przypalone i zdecydowanie przesłodzone.

Stała przy nich delikatna kawa. Tu wyraźniej odezwała się goryczka, ale wciąż była bardzo delikatna. Może odrobinkę cierpkawa? Skojarzenia jednak i tak obracały się raczej wokół pylistej kawy rozpuszczalnej. W miarę jedzenia kawa wydawała się coraz bardziej rozmyta. Utwierdzałam się w przekonaniu, że to na pewno jakaś delikatna, najpewniej nawet z mlekiem.

Samą mleczność... maślaność również (bo ta wyraźna była cały czas) podkreślała sól. W połowie rozpływania się kęsa znów przybierała na znaczeniu. I nie mam na myśli tylko tej specyficznej, tłuszczu kakaowego, a też po prostu maślaność takowych słodkich wypieków. Raz po raz nakręcała ją... sól. Pojawiała się epizodycznie, w ilości nieprzesadzonej, acz wyczuwalnej bardzo wyraźnie. Wylegiwała na język, podszczypywała, podsycała smak maślanego, słodziutkiego toffi. Sugerowała również maślane krówki. Bliżej końca robiło się słonawo. Wyraźnie ją czułam, a jednocześnie słodycz w gardle aż drapała.

Na sam koniec ogólna przesadzona słodycz kumulowała się jako toffi, krówki i ciasteczka, a jednocześnie czułam wręcz leciutki kwasek (kawy i soli?) oraz dość mocną, pożądaną słoność.

W posmaku pozostała sól, gorzkawość kawy i przypieczonych ciastek oraz cukrowe zasłodzenie. Trochę tylko "maślano słodyczowe". W tym momencie sól, jak i słodycz, odebrałam jako nazbyt wysokie jednocześnie.

Po spróbowaniu, wydaje mi się, zrozumiałam konwencję. Miało być słodziutko-maślanie, słonawo-toffi. O, nawet rozumiem, że to może bardzo się komuś podobać. Mnie nie kupiło, bo to, że to w sumie ciemna czekolada, budziło we mnie dyskomfort i czułam niedosyt kakao i gorzkości. Nie mniej, to całkiem niezła, choć pozbawiona cierpkości, tabliczka. Ważne, że umiejętnie wkomponowali sól, tak, że ją czuć, a mimo to w żadnym stopniu nie przeszkadzała, nie wyszła natrętnie.
Podobna do Lindta Excellence Sea Salt, gdy chodzi o poziom słodyczy, miękkość i jakość, ale inna, gdy mowa o wydźwięku i soli. Lindt sprawiał wrażenie bardziej "cierpko-ciemnego", mimo że jednocześnie był mniej słony i bardziej cukrowy. Dziwne, bo Ambiente miała słodszy charakter - choć to była taka spokojniejsza słodycz. Którą wolę? A to już chyba zależałoby od dnia.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 4,99 zł
kaloryczność: 522 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, masło klarowane, sól himalajska 1%, aromat, emulgator: lecytyny

sobota, 4 kwietnia 2020

Belgian Dark 72 % ciemna

Nie lubię, gdy coś mnie zaskakuje. A ta czekolada mnie zaskoczyła i to wyjątkowo dziwnie, więc i wstęp jest dziwny. Otóż przeglądając listę z posiadanymi czekoladami, dostrzegłam datę wyjątkowo krótką (miesiąc). Spojrzałam, co to za jedna i... nie mogłam przypomnieć, skąd ją wzięłam. Pewnie jakiś rok temu kupiłam w szale zakupów w marketach, których w poprzednim miejscu zamieszkania nie miałam. Ale... Belgian źle mi się kojarzyło, więc nie jestem przekonana co do tego tłumaczenia. Wprawdzie jadłam tylko Belgian No Added Sugar Dark Chocolate with Green Tea, ale i ta jakoś nie widziała mi się najlepiej.

Belgian Famous Chocolates Dark 72 % to ciemna czekolada o zawartości 72 % kakao.

Po otwarciu poczułam zapach budżetowego, przypalonego ciasta z kakao lub jakbym paczkę takowego, odtłuszczonego, powąchała. Ciasto to widziało mi się jako zapychająco-bułkowaty twór - niby ciemny od kakao, ale nie głęboko kakaowy, a taki ot... Może nawet trochę złudnie waniliowy. Wydźwięk był bowiem łagodny i słodki. Niestety trochę wręcz... zwęglono-spopielony? Na myśl przyszła mi też przypalona blacha.

Sucha w dotyku tabliczka bardzo głośno trzaskała przy łamaniu. Przy robieniu kęsa (w sumie tak ogólnie), sprawiała wrażenie dość kruchej i chrupkiej.
Rozpływała się w umiarkowanym, średnim tempie. Nie potrzebowała wiele czasu, by zacząć, ale robiła to leniwie: w miarę gładko-kremowo, nie za tłusto i nie za sucho, acz z odrobinę suchawym efektem. Niemal do końca zachowywała formę zwartej grudki.

Od samego początku poczułam nie za silną słodycz i delikatną goryczkę suchego kakao i popiołu. Lekka cierpkość podsunęła spaleniznę, ale nie było w tym ordynarności.

Słodycz długo nie czekała. Prosta i kojarząca się z poprzypalanym, ale z założenia kapciowato-bułkowatym, miękkim wypiekiem. Ot, jakiś nieambitny murzynek. Być może posypany cukrem pudrem. Mniej więcej w połowie słodycz wydała mi się dominująca nad łagodną gorzkością, a jednak nienachalna.

Smak mdławego, trochę kakaowego ciasta miał klimat pieczono-palony, ale nie głęboki, a bardzo złagodzony maślanością czy raczej... taką mleczną tłustością. Słodycz nie odpuszczała ani na chwilę, serwując posmak chwilami kojarzący się z suchą bezą, a cierpkość kakao pobrzmiewała w tle. Przypominało to jakiś pudding / deser kakaowy. Po chwili po głowie zaczęło mi chodzić coś waniliowato-maślanego... ciasto /deser bardziej "ciastowy"? ... którego wady ktoś próbował ukryć polewą kakaową. Może jakby to ciasto czymś owocowym było nasączone? Lekki kwasek mieszając się ze słodyczą zdecydował się na odległe, niejednoznaczne cytrusy.

Po zjedzeniu pozostał cierpkawy kwasek cytrusów, popiołu i odtłuszczonego kakao zjedzonego tak o. Podchodziło to trochę pod lekową nutę, ale nie było złe. W dużym stopniu czułam też prostą, delikatną słodycz.

Czekolada wyszła zaskakująco smacznie, ale płasko. Słodka zwyczajnie, ale nie za mocno. Za sprawą  słodyczy właśnie kojarzyła się z czekoladami Amedei (osobiście za nimi nie przepadam, ale niektórym może to bardziej smakować). Gorzkawa i cierpkawa od kakao, ale delikatnie i przystępnie w sposób, jaki są kakaowe słodycze o tym smaku. Ot, smak kakao i kakaowego, maślano-słodkiego ciasta nie był zły. Rozpływała się dobrze: nie za tłusto, nie za sucho.
Na pewno bardziej gorzkawa, choć mniej intensywna od Lindta 70%, intensywniejsza od Hachez 77 % i, mimo że nieambitna, to nie tak tania jak Terravita 70% czy 77%. Prostsza od wszystkich Luximo plantacyjnych (Peru, Sao Tome, Madagaskar). Gdy kogoś najdzie na bezpieczną, łagodną ciemną czekoladę o przede wszystkim kakaowym smaku (nie mówię o głębi tylko o najzwyklejszym kakao), może śmiało ją brać, zwłaszcza na promocji bo tak normalnie to nie jest warta uwagi. Smacznie zwyczajna.


  ocena: 7/10
kupiłam: nie pamiętam
cena: wiem, że kosztują około 7-10 zł
kaloryczność: 541 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgator: lecytyna sojowa

niedziela, 31 stycznia 2016

The Belgian Famous Chocolates ciemna 53 % z zieloną herbatą i maltitolem bez cukru

Wreszcie recenzja, o której wspominałam przy Zotter Goji Berries in Sesame Nougat. Jadłam ją dzień później, więc... miałam lepiej niż dobre odniesienie do tego, jak powinna smakować czekolada z zieloną herbatą.

Jednak najpierw krótka historia o bezmyślności, czyli jak to pewnego dnia zostałam z podejrzaną "dietetyczną" czekoladą, zamiast jakąś słodką pysznością...
Podczas jednego z moich wyjazdów (cholera, to było już rok temu), jak zwykle zajechałam do Almy, żeby w jakieś czekoladowe ciekawostki zainwestować. Kupiłam wtedy Dolfina z herbatą i uznałam, że herbata wydaje się naprawdę ciekawym dodatkiem, a także, że warto byłoby sprawdzić jak zielona (którą pijam codziennie) sprawdza się w czekoladzie. Wzięłam do rąk Dolfina i właśnie tą, po czym uznałam, że Dolfin jest ciekawszy (ładniejsze opakowanie mnie skusiło). 
Potem, już w samochodzie, ze zdziwieniem odkryłam, że na sklepową półkę odłożyłam nie tę czekoladę, co chciałam.

Ze złością wrzuciłam potem czekoladę do szuflady ze słodkościami, nie wiedząc jeszcze, ile będzie musiała tam przeleżeć, aż zacznie gonić mnie termin.
W końcu już musiałam ją otworzyć.
The Belgian Famous Chocolates No Sugar Added Dark Chocolate with Green Tea to nic innego, jak ciemna czekolada (zawartość kakao to marne 53 %) z zieloną herbatą (1%) bez cukru. Zamiast niego, dodano tam słodzik, maltitol, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu. Stanowi on aż 43 %.
Tak, odkryłam to dopiero w dniu otwierania czekolady. Cudownie.

Po rozerwaniu sreberka zobaczyłam zwyczajną, ciemną czekoladę o skąpym zapachu. Ani jej kolor, ani ogółem wygląd, ani zapach nie kusiły. Wszystko to było nieco mdłe. Kolor - niby ciemny, ale jakiś taki bez wyrazu. Zapach? Czułam tu przeciętną deserówkę z dziwnym ziołowym i jakby wymuszonym orzechowym akcentem oraz słodyczą, w której coś mi nie grało.

Chcąc połamać ją na kostki, natrafiłam na opór - jest bardzo twarda i głośno trzaska. Wreszcie coś, za co mogę ją pochwalić.
Kiedy kawałek znalazł się w ustach, przez długi czas pozostawał tam i wydawał się nie mieć smaku. Po paru sekundach jednak coś ruszyło. Przy kolejnym kęsie odkryłam, że ssanie tej czekolady to najlepszy sposób na nią, bo inaczej długo trzeba czekać, by zmieniła się w miękką grudkę, jak gdyby opływającą czymś, co przypominało słodkawą wodę. Można się tu doszukać pewnej pyłowości i zwykłej tłustości, albo bardzo do takiej zbliżonej. To dość dziwna konsystencja, ale właściwie... tę dziwność od biedy można wrzucić do kategorii "neutralna"; nie jest paskudna.

Od czekolady od samego początku rozpuszczania ("opływania"?) rozchodzi się gorzkawość z lekko ziołową nutką i słodkawością. Gorzkawość jest tu wyraźnie kakaowa, może nawet można doszukać się tu lekko orzechowego akcentu, ale... jest dość płaska. Po prostu.
Po pewnym czasie dochodzi do niej ta słodkawość, która jest przeraźliwie nijaka. Wydała mi się nieco chłodząca, coś jak mięta, jednak smakiem miętowym bym tego nie nazwała. Tylko taki orzeźwiający efekt. Czekolada na pewno jest bardzo delikatnie słodka, ale wynika to z tego, że jest mdła, a nie "nieprzesłodzona". Ta słodycz wcale nie jest specjalnie przyjemna... ona jest po prostu "słodzikowata" i dziwna. Kojarzy mi się z czymś, co ma udawać smak ziołowy, a jest sztuczne.
Ta słodycz nie jest specjalnie paskudna czy coś, ale niecodzienna i niepasująca do tego płaskiego w smaku kakao.

Gdyby była to jedynie czekolada ze słodzikiem zamiast cukru, można by ją uznać za w miarę w porządku dla kogoś, kto rzeczywiście ma problem z cukrem, a boi się większej zawartości kakao. Można by się do takich czekolad przyzwyczaić (chociaż sama wolałabym po prostu przestać je jeść), jednak... samej czekolady ze słodzikiem w życiu bym nie kupiła.
Ja kupiłam ją dla zielonej herbaty, której...
Tu nie było w ogóle czuć. Ani odrobiny. Ani akcentu. Ta ziołowość na pewno nie miała nic wspólnego ze smakiem herbacianym.

Konsystencja? Kiepska, ale to na pewno wina maltitolu. Słodycz? Nieprzesadzona, ale też nie dobra. Osobiście, gdybym musiała ograniczać cukier, wybrałabym czekoladę z np. 85 % kakao, szukając czegoś delikatnie słodkiego i bogatego w jakiś smak. Bo to właśnie o smak chodzi! A tutaj... tu smaku ogółem zabrakło. Herbaty w ogóle nie czuć, a reszta jest w smaku mdła i płaska.

Kilka osób próbowało się z nią zmierzyć i nikomu specjalnie nie smakowała.
Oceniam ją jednak jako czekoladę ze słodzikiem (gdyby na tym jej opis się kończył, byłoby 6/10 - w końcu mogłam zwrócić uwagę na to, co jest napisane na opakowaniu) i zieloną herbatą (za brak której poleciały dwa punkty). Do Zottera nie ma co porównywać: tam zielona herbata jest, a tu... tylko teoretycznie.


ocena: 4/10
kupiłam: Alma
cena: 5,99 zł (chyba)
kaloryczność: 471 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

skład: masa kakaowa, słodzik: maltitol 42 %, tłuszcz kakaowy, zielona herbata w proszku 1%, lecytyna sojowa, naturalny aromat: wanilia