Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: piernik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada: piernik. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2025

(Henry Lambertz dla Aldi) Gourmet Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchenfullung ciemna 50 % nadziewana kremem z pierników

Oto kolejna czekolada, którą po prostu bez emocji przyjęłam, bo była ze sklepu, w którym nie bywam. Nie łudziłam się, że wyjdzie dobrze. Spróbowałam z czystej ciekawości, czy wyjdzie podobnie do wyglądającej niemal identycznie Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter. Może w ogóle to on zrobił ją specjalnie dla Aldiego? Na to pytanie znalazłam odpowiedź na opakowaniu czekolady, małym druczkiem. Tak, to on. Przy niej odkryłam też jeszcze coś. Swoją markę własną Aldi z Freihofer Gourmet przechrzcił na samo Gourmet.

Gourmet Finest Cuisine Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchenfullung / Dark chocolate with gingerbread filling to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z kremem z pierników; wyprodukowana przez Die Lambertz Gruppe / F.A. Crux GmbH dla marketu Aldi.

Po rozerwaniu sreberka uderzył mnie intensywny zapach cukrowych, lukrowanych pierników i pierników w suchej, cukrowej glazurze, z których dochodził ostrawy cynamon i sporo cukru. Zupełnie jakbym wąchała pierniczki, nie czekoladę. Dopiero dalej zaznaczyła się lekka, kakaowa cierpkość i motyw cukierków czekoladowo-kakaowo-fistaszkowych z budżetowym, margarynowym wnętrzem. Ciemna czekolada przybrała wydźwięk polewy.

W dłoniach tabliczka sprawiała wrażenie ulepkowato-plastikowej i tłustej. Była konkretna, ale jednocześnie delikatna. Mimo grubości, przy łamaniu nie trzaskała. Gruba warstwa czekolady skrywała sporą ilość średnio gęstego, zbitego i tłusto-miękkiego kremu. Gdy odgryzałam kawałek, czekolada wgniatała się w nie.
W ustach czekolada przypominała średnio szybko rozpływającą się polewę. Była mazista i tłusta, a także gęsta i masywna. Rozpuszczała się oleiście-wodniście, ochoczo mięknąc.
Zaraz i wyłaniało się spod niej nadzienie, które rozpuszczało się dość szybko. Było tłuste w jeszcze bardziej miękki, oleisty sposób. Szybko wyciskało się spod czekolady. Zmieniało się w trochę lepkawą, oleiście-margarynową, miekko-gumiastą zawiesinę. Czuć w nim marginalną proszkowość przypraw i mączność.
Nadzienie znikało szybciej od czekolady. Tej zostawało jeszcze trochę na koniec i wydawała się jeszcze bardziej wodniście-ulepkowata.
Całość rozpływała się dość szybko, a także wydawała się nieprzyjemnie otłuszczać usta.
Na plus jednak proporcje czekolady do nadzienia, bo współgrały i się uzupełniały, nic niczego nie przytłoczyło.

W smaku czekolada zaczęła od roztoczenia lekkiej cierpkości i nadrzędnej, cukrowej słodyczy. Po chwili dołączyła do nich niska, palona gorzkość i maślaność ją łagodząca. Gorzkość była prosta i kojarzyła się z polewą o coraz istotniejszym, palonym motywie. Przemknął delikatny motyw cukierków czekoladowo-arachidowych, a z czasem czekolada przywiodła na myśl miękkie, czekoladowe pierniki w kakaowej polewie. Zdecydowanie przesłodzone.

Gdy spróbowałam trochę samej czekolady oddzielnie, potwierdziło się, iż nie była najwyższych lotów, ale tragiczna też nie. Smakowała cukrowo, lekko palono gorzko i... piernikowo nawet tam, gdzie nie dotykała nadzienia. Przyprawy i motyw miękkich pierników w czekoladzie pojawiał się zawsze, nawet gdy gryzłam kawałki spodu samej czekolady.

Krem odezwał się po paru chwilach, podkręcając skojarzenie z piernikami. Z tym że już niekoniecznie w polewie kakaowo-czekoladowej. Wyobraziłam sobie miękkie pierniki pokryte cukrową glazurą, które przyprawiono przede wszystkim cynamonem. Dalej doszukałam się jeszcze imbiru, goździków i chyba kardamonu. Całość wpisywała się w pierniczkowe realia. Wszystko to było aż nieco piekące, na pewno bardzo rozgrzewające. Korzenność zrobiła się bardzo pikantna i trochę goryczkowata. Przez moment dominowała nawet nad cukrem.

Słodycz jednak była konsekwentna (ogólnie jej poczucie podwyższała cierpkawa czekolada). Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa korzenność złagodziła lekka margarynowość, a słodycz wykorzystała to i wyszła na przód. Przejęła motyw rozgrzewania - oto zaczęło mi się wydawać, że to od cukru aż piecze w gardle i język, a jednak nie był to czysty cukier. Pod cukrową glazurą, lukrem w piernikach musiała kryć się palono-karmelowa nutka i odrobina drapiącego miodu. Czułam się, jakby czekoladę wypełniono prawdziwymi, miękkimi pierniczkami! Tylko że... wymieszanymi z margaryną i trudną do uchwycenia "sztuczną słodyczą", która raz po raz bardziej się wyłaniała.

Gdy spróbowałam trochę kremu osobno, okazał się średnio słodki, ale słodki w bardzo złożony sposób. Uderzał dziwną, tanią landrynkowością, "sztuczną słodyczą" (w tym przypadku wyraźną), ale wciąż wyraźnie czułam też motyw karmelowo-miodowy. Jego korzenność stała na wysokim poziomie, ale w przypadku spróbowanego osobno, margaryna jej dorównała i była wręcz okrutna. W całości jakoś bardziej się kryła. 

Z czasem krem i korzenność rozpływały się, a czekolada po nich wydawała się na zasadzie kontrastu bardziej cierpko-gorzko palona, ale i jeszcze bardziej, aż bardzo denerwująco, cukrowa. Pomyślałam jednak już nie tyle o polewie kakaowej, co jakimś syropie smakowym kakaowo-piernikowym, bazującym na cukrze.

Po zjedzeniu został posmak miękkich, mocno cynamonowych (cynamonowo-imbirowo-goździkowych?), pikantnych pierniczków w cukrowej glazurze, lukrze. Czułam przesłodzenie i drapanie w gardle, na które skumulowała się słodycz i przyprawy. Czekolada pobrzmiewała jako cierpki, palony motyw, a i margaryna się nie ukryła. Jej echo przełożyło się na tani wydźwięk.

Ja czułam się zmęczoną zarówno konsystencją, jak i smakowymi oleistością i margarynowością oraz  słodyczą już po 2 kostkach, a 3 zjadłam już raczej wypunktowując "za i przeciw" do oceny, badawczo i przetłuszczając się i zasładzając kompletnie. Reszta powędrowała do Mamy. Jej opinia: "Sama czekolada bardzo mi nie smakowała, taka jakaś gorzka i niedobra, a nadzienie też nie lepsze. Tłuste, słodkie i nawet jakoś tych pierników specjalnie nie mogłam się doszukać. Tylko mi szybko jakby jakiś anyżek zaleciał; tak mi się skojarzyło. Potem jeszcze mi się piernikiem po niej odbijało. To wtedy wyraźnie piernik poczułam, ale to nie było fajne".

Czekolada wyszła trochę tanio, choć jednocześnie nie tak źle i na pewno spełniła obietnicę. Otóż bardzo mocno smakowała tytułowymi pierniczkami - nie brakowało w niej ani przypraw korzennych, ani właśnie smaku miękkich pierników. Ogólnie wyszła za słodko i ulepkowato, a ja czuję ogromny żal, że to zmarnowany potencjał niskiej jakości składnikami. Przyjemny motyw karmelowo-miodowy przegrał niestety ze sztuczną słodyczą syropu oraz margarynowością. Nie podobała mi się wodnistość, tłustość i szybkie znikanie, ale muszę pochwalić, że proporcje nadzienia do czekolady dobrano dobrze i nic niczego nie przytłoczyło. Niestety tylko sama czekolada była kiepska. Choć to nie moja struktura, wyszła przystępniej niż Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter. Ogólnie efekt był nieco lepszy - różnice wydały mi się minimalne, ale jednak obecne. Jakby nadzienie w dziś przedstawianej było gładsze, czekolada bardziej wodnista, co mogło być cięciem kosztów, a całkiem przypadkiem wyszło lepiej. Wszak producent ten sam.


ocena: 5,5/10
kupiłam: Aldi (ojciec kupił)
cena: nie znam
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, olej palmowy, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna cukier inwertowany, syrop glukozowo-fruktozowy, tłuszcz mleczny, cukier trzcinowy, miód, cukier skarmelizowany, skrobia ziemniaczana, przyprawy, cynamon, ekstrakt jabłkowy, kwas: kwas mlekowy; mleko w proszku odtłuszczone, emulgator: lecytyny z soi; aromat

poniedziałek, 6 października 2025

Karl Fazer Winter Edition Maitosuklaa Piparkakku / Milk Chocolate with Gingerbread mleczna z ciastka korzennymi

Póki jeszcze w Beskidach leżał śnieg, uznałam, że wezmę właśnie korzenną czekoladę. Bo kiedy niby miałaby nadejść pora na nią? No chyba nie latem (plus mleczna mogłaby źle znieść wysoką temperaturę). Z Wielkiej Raczy poszłam zielonym na Małą Raczę, a potem przeszłam na szlak czarny, by przejść przez Orło i Jaworzynę do Przełęczy i Schroniska Przegibek. Orło, mylnie zwany Orłem, wyglądał dość charakterystycznie na mapie, a w rzeczywistości... nie był to jakiś szczególnie widokowy szczyt. Góry ledwo widać zza drzew, ale... mnie zachwyciły tam szare drzewa, stanowiące ze śniegiem i niebieskim, trochę ozdobionym chmurami, niebem kompozycję o ciekawym klimacie. Choć najpierw planowałam, że za kolejną po Cacao Crudo Scorze di Limone / Lemon Zests Dark Chocolate 77 % Cacao Dark Organic Chocolate Raw Cru Peru  czekoladę wezmę się dopiero na Hali Śrubicie, uznałam, że jednak szybciej wyciągnę tabliczkę. Tabliczkę, którą kupił mi ojciec podczas wspólnych zakupów, pamiętając, że lata temu bardzo lubiłam ciastka korzenne. Traf chciał, że całkiem niedawno miałam okazję zjeść czystą ciemną tej marki z Finlandii (Fazer Pure Dark 70 % Cocoa Finest Dark Chocolate) i pozytywnie mnie zaskoczyła. Pomyślałam więc, że nie zaszkodzi też sprawdzić kompozycji mlecznej. Chyba właśnie w takich Fazer czuje się najlepiej (bo stanowią większość asortymentu).


Karl Fazer Winter Edition Maitosuklaa Piparkakku / Milk Chocolate with Gingerbread to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z kawałkami ciastek korzennych / pierniczków (14%).

Po otwarciu poczułam dominujący zapach goździków, ostro zarysowujących się na cukrowo słodkiej czekoladzie mlecznej. Za tym rozchodziła się bardziej złożona korzenność, z cynamonem, który też całkiem wyraźnie się wybił. Miałam wrażenie, że korzenna pikanteria nakręca się wraz z cukrem.

Tabliczka przy łamaniu była twarda, ale raczej ze względu na grubość. Nie trzaskała, acz chrzęst ciastek było słychać. Przekrój potwierdził, co zdradzał spód: kawałków ciastek nie pożałowano. 
W ustach czekolada rozpływała się w średnio-szybkim tempie. Przemknęła mi w niej lekka proszkowość, która jednak po paru chwilach nikła w kremowości. Baza była gęstawa i średnio tłusta w mleczny sposób. Nie miękła jakoś szczególnie i starała się jak najdłużej zachwiać kształt. Wyszła trochę lepko, choć poczucie to rozbijały twarde, niektóre nawet troszeczkę ostrawe kawałki ciastek. W zasadzie nie da się zrobić kęsa, by na nie nie trafić. By spróbować trochę samej czekolady, musiałam aż uważnie zębami spiłować trochę czekolady z brzegu. Zdawało się też, że trochę przyspieszały rozpływanie się czekolady. Chwilami ciastek było ryzykownie dużo, ale nie wystąpił jeszcze nieprzyjemny efekt "zlepka-ulepka" dodatków. Acz było ryzykownie blisko.
Ciastka, co wyszło na jaw dopiero po chwili, okazały się w zasadzie średnio dużymi zbitkami malutkich kawałków oraz małymi kawałkami. Wolałam gryźć je dopiero na koniec.
Ciastka do końca zachowywały twardość. Były krucho-rzężące, masywne. Czuć w nich lekką pylistą mączność. Po naprawdę długim czasie jednak wreszcie nasiąkały, miękły i trochę (choć niechętnie) się rozpuszczały.

W smaku pierwsza zaznaczyła się niemal piekąca w język korzenność, w której przewodziły goździki. 

Słodycz rozeszła się powoli, w harmonii z pełnym, wyrazistym mlekiem. Mleko zgrało się z przyprawami, które jeszcze się nasilały.

Do pikantnych goździków dołączył znacznie słodszy cynamon. Trochę, sporadycznie przeplatał je imbir. Wszystkie wchodziły w trochę ciasteczkowe, pieczono-pszenne klimaty. Te odzywały się po pewnym czasie, wraz z wyłaniającymi się ciastkami. Oprócz motywu ciastek korzennych, czekolada wydawała się sama w sobie korzenna. Przyprawy były silne, ostre, acz całość nie był bardzo pikantny. Czułam w nich też lekką goryczkę przypraw.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa wzrosła słodycz, a do mleka zawitała maślaność czekolady. Związała się z lekką nutką ciasteczek, ale i cukrowość w niej czuć. Wskoczyła na wysoki poziom.
Czasem, za tymi mocnymi przyprawami, zalatywała plastikiem, co czułam też, gdy spróbowałam jej trochę osobno. Wtedy utwierdziłam się, że cała smakuje korzennie (albo przesiąkła przyprawami, albo dodano je też do niej).

Gdy na próbę trochę ciastek pogryzłam obok czekolady, poszły w średnio wysoką słodycz, a korzenna ostrość trochę się w tej słodyczy rozmyła. Ogólnie gryzione wcześniej wydawały się mniej wyraziste korzennie, więc wolałam je zostawiać na koniec.

Korzenność ogólna i ciastka korzenne rosły w siłę.
Słodyczy ciastek zdarzało się podszeptywać przyprawom sztucznawe przerysowanie. Pikantne goździki, cynamon i imbir wraz z ryzykownie wysoką słodyczą zaznaczały swoją obecność w gardle jako lekkie pieczenie. Korzenną ostrawość sprawiała jednak, że poczucie przesłodzenia nie było tak jawne.

Ostre ciastka korzenne gryzione na koniec smakowały bardzo słodko i pszenne, ale też intensywnie przyprawami. Do końca przewodziły goździki, lecz cynamon i trochę imbiru się do nich zbliżyły. Zdarzało się, że w słodyczy pokazała się nuta... Dziwnie wręcz "słodziusia".  
Pszenno-mączna nutka grała w nich rolę nie do przegapienia. Pieczoność stała na średnim poziomie. Gdy długo nie ruszałam ciastek i miękły, mączność jeszcze trochę się nasilała. 


Po zjedzeniu ostał się posmak przede wszystkim pszennych ciastek korzennych i cukru, złączonych mlekiem. Wciąż, mimo przesadzonej słodyczy i wręcz piekącej korzenności, była wyraźna. Wśród przypraw dominowały goździki, cynamon i imbir były dopiero za nimi. Słodycz dawała się we znaki jako drapanie w gardle, które to poczucie umacniały przyprawy.

Mleczna, tak słodka czekolada to nie moja bajka, ale tę doceniam. Choć była za słodka, przyprawom tak udało się ograć cukrowość, że była w miarę do przyjęcia (zwłaszcza na szlaku w górach). Wyciągnęły ją bowiem w piekącą ostrość i ciasteczkowość. Ciekawe, że to nie cynamon dominował, a goździki. Cynamon i imbir po prostu czuć. Jednocześnie nie była to bardzo pikantna czekolada. Inna ciekawa sprawa to to, że korzenność wydawała się grać też niezależnie od ciastek korzennych, jako przyprawy. Zastrzeżenia mam nie tylko do słodyczy, ale też samych ciastek - coś w ich smaku mi nie grało i czuję, że gdyby nie tyle przypraw, nie byłyby smaczne.
Ciastek korzennych było bardzo dużo, ale nie najeżyły przesadnie tabliczki i nie kaleczyły języka, choć było niebezpiecznie blisko. Przy jednak tak słodkiej czekoladzie, ta ilość wyszła na dobre.
Przypomniała mi się Ambiente Speculoos Lait, którą nie wiem, czy dziś oceniłabym tak samo wysoko, ale która ogólnie wydawała się lepsza, a tylko kwestię przypraw Fazer rozwiązała lepiej.

Zjadłam połowę: większość w górach i wtedy nawet w porządku to szło, trochę by zweryfikować w domu i wtedy jej słodycz i najeżenie ciastkami już jednak za bardzo dawały mi się we znaki nawet z przyjemnością, ale więcej już zwyczajnie nie chciałam i oddałam Mamie, która powiedziała tyle: "No, ta czekolada taka zwykła, poprawna mleczna; smaczna. Ciasteczka no fajnie chrupały. Całość tylko za słodka, spod cukru aż trudno o tę korzenność".


 ocena: 8/10
kupiłam: Auchan (w zasadzie ojciec)
cena: 18,99 zł (za 200g)
kaloryczność: 527 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, maślanka w proszku, mąka pszenna, olej palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy, odtłuszczone odtłuszczone w proszku, przyprawy (cynamon, goździki, imbir), sól, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty

piątek, 23 maja 2025

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz ciemna 55 % z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi

Do marki Rapunzel mam mieszane uczucia od pierwszej degustacji ich czekolady. Potencjał duży, ale strasznie słodzą. Niemniej, w górach ich czekolady się sprawdzają, więc kiedy weszły zimowe nowości, ta bardzo mnie zainteresowała. Uznałam, że będzie odpowiednia nieoznaczonego szczytu, Smrek, na który dość szybko doszłam żółtym szlakiem z Płaczliwego Rohacza. Zależało mi, by zjeść ją po.... A przed kolejną, jaką zostawiłam na zwieńczenie wyprawy. Czy miałam jakieś konkretne wyobrażenia? Nie. Bałam się tylko, by słodycz Rapunzel bez czegokolwiek do gryzienia mnie nie powaliła. 

Rapunzel Sonderedition Lebkuchen Zartbitterschokolade mit Lebkuchengewürz / Chocolat Noir aux epices de Noel to ciemna czekolada o zawartości 55% kakao z Boliwii i Brazylii z przyprawami korzennymi / piernikowymi: cynamonem, kolendrą, anyżem, koprem włoskim / fenkułem, imbirem, goździkami, gałką muszkatołową, pieprzem; edycja limitowana.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach całej gamy ostro-goryczkowatych przypraw piernikowo-korzennych. Przewodziła gałka muszkatołowa, a tuż za nią kolendra, fenkuł, anyż i goździki. Nie brakowało też cynamonu. A to i tak nie koniec. Imbir chylił się w nieco mydlanym kierunku, acz próbowała to schować słodycz. Wychwyciłam w niej trochę kwiatów, acz stała głównie karmelem. Gorzkość czekolady była niska i znalazła się w oddali, sugerując kakaowo-czekoladowe pierniki z nadzieniem wiśniowym.

Twarda tabliczka trzaskała głośno, przy łamaniu przedstawiając się jako bardzo zbita. 
W ustach rozpływała się w tempie średnim. Robiła to łatwo, dając się poznać jako gładka i tłusta trochę jak chłodne masło. Była zbita i trochę wodnista. Z czasem pojawiła się w niej soczystość. Rosła znacząco, a końcowo i tak wyłoniło się jakby lekko suchawe wrażenie, wywołane zmielonymi przyprawami. Sporadycznie na języku czuć jakąś drobineczkę, ale nic do gryzienia.

W smaku od razu pokazała się dość silna słodycz karmelu i dosłownie sekundę-dwie później uderzyły mocne przyprawy korzenne. Dominowały pieprz i kolendra, ale i niemal przenikliwie ostre goździki pokazały, co potrafią. Gałka muszkatołowa wprowadziła gorzkość. Razem z pieprzem zadbały o jej dosadność, mimo że nie ogólnie nie była wysoka.

Za przyprawami zaznaczyła się soczystość czerwonych, kwaskawo-cierpkich owoców. 
Odnotowałam też echo... Orzechowe? 

Gorzkość bazy pokazała się i wzrosła nieznacznie. Trzymała się niskiego poziomu, zgrywając się z przyprawami. W zasadzie jakby to ona dopasowywała się do nich. Była uległa. Palony motyw w oddali tylko pobrzmiewał.

Szybko rosnąca słodycz spotkała się z imperatywnymi przyprawami. Trochę ją absorbowały i wysunęły się przed nią, dzięki czemu smakowo tak nie dawała się we znaki. W dodatku zadbały o to, by kompozycja miała ciężkawo-poważny, pieprznie piernikowy klimat. Paloność, jaką czułam, właśnie też wchodziła w taki mocno wypieczony piernik.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa z tła polała się nuta winno-wiśniowa. Soczystość umocniła się. Jako że ogólna słodycz była bardzo wysoka, do głowy przyszło mi przesłodzone, acz wciąż kwaskawe, nadzienie wiśniowe.

Nadzienie wypełniające kakaowo-czekoladowe pierniki. Były karmelowo słodkie i rozgrzewające od pikantnych przypraw i wysokości słodyczy.

Echo orzechowe z oddali zmieniło się w ukryty motyw śmietanowo-maślany, który jakby próbował zaznaczyć się jak przekaz podprogowy.

Przyprawy jednak były tak wyraziste i coraz bardziej piekące w język, że nie miało to wielkiego znaczenia. Do pieczenia dołożyła się też karmelowa słodycz. Słodyczy niby i samym przyprawom nie brakowało, ale to nie zasładzało. Goździki, cynamon, gałka muszkatołowa i kolendra wirowały na pierwszym planie. Anyż i fenkuł w zasadzie ostro wręcz chodziły. Ich splot z resztą zasugerował mi też kardamon (realnie nieobecny).

Soczystość rosła i rosła, przyłączyła się do niej słodycz i do pierników z nadzieniem wiśniowym dodała przesłodzony, mocno korzenny grzaniec wiśniowy. Owocowa nuta czekolady w przyprawach podkręciła soczysty imbir.

Po zjedzeniu został posmak anyżowo-wiśniowego grzańca i drapanie w gardle słodyczy. Czułam ciepło, pieczenie. Smakowo jednak słodycz nie męczyła ze względu na mocno piernikowe, goryczkowate przyprawy. Te wydawały się aż wgryzać w język w specyficzny, ostro-chłodnawy sposób - tu najbardziej odezwał się anyż i fenkuł, ale i echo czekolady się ostało. Przesłodzonej, piernikowo palonej i podległej im.

Czekolada miała ogromny potencjał, ale wyszła za słodko, a za mało gorzko od kakao. Baza jednak nie została zagłuszona silną korzennością. Wysoka pikanteria nie przegięła, a mnie bardzo się spodobało, że tak dobrze czuć poszczególne przyprawy i że było tu dużo różnych, a nie tylko oklepany cynamon.
Punkty poleciały za słodycz i tłusto-wodnistą konsystencję, znikanie zbyt szybko.


ocena: 8/10
kupiłam: arkanasmaku.pl
cena: 13 zł (za 80 g)
kaloryczność: 542 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier (cukier trzcinowy pełny, cukier trzcinowy), miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, mieszanka przypraw 1% (cynamon, kolendra, anyż, koper włoski / fenkuł, imbir, goździki, gałka muszkatołowa, pieprz), wanilia Bourbon

czwartek, 22 czerwca 2023

Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter; + Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch / ciemna 50 % z kremem z masy piernikowej; mleczna z kremem z cynamonowej masy ciasteczkowej

Jakoś zaraz po tym, jak zjadłam piernikowego Zottera Gingerbread & Fruit / Lebkuchen & Fruchte od ojca dostałam dwie czekolady Henry Lambertz. Mimo że wcześniej podkreślałam, że jak ma mi kupić, to ewentualnie ciemną. Nie. Zrobił po swojemu i kupił obie. Spojrzawszy na skład wystraszyłam się. Mleczna cynamonowa przerażała jednak bardziej i nie wiedziałam, czy w ogóle mam ochotę ją otwierać, czy też od razu oddam Mamie. Ale może jednak mimo wszystko wyszły w miarę ok? Na pierwszy ogień poszła więc ciemna piernikowa. Potencjalne kiepścizny chciałam mieć jak najszybciej z głowy. I pomyśleć, że w pierwszej chwili ta wydała mi się kusząca! Po prostu skojarzyła mi się z Lindt Weihnachts-Edelbitter-Chocolade, która kiedyś mi smakowała.

Henry Lambertz Lebkuchen Zartbitter Schokolade mit Lebkuchenfullung / Dark chocolate with gingerbread filling to ciemna czekolada o zawartości 50 % kakao z kremem z masy piernikowej.

Po otwarciu poczułam zapach bardzo słodkich i przyprawionych pierników w czekoladzie. Od razu wyobraziłam sobie różne kształty miękkich słodkości, które pokrywa ciemna czekolada o cukrowej słodyczy i likierowym charakterze. Czuć jednak też gorzkość i mocno paloną nutę. Podkreśliły to ostre przyprawy: cynamon, imbir, goździki. Były bardzo wyraziste, a jednak nie zagłuszyły przecukrzonego wątku jakby nadzienia czekoladowych cukierków margarynowo-czekoladowo-fistaszkowych. Zapach nie był ani odpychający, ani kuszący, a taki... przeciętnie piernikowy.

Tabliczka w dotyku wykazywała zarówno ulepkowatą tłustość, jak i gładką, twardawą polewowość. Przy łamaniu okazała się głośno, chrupko trzaskająca. Była twarda. Gdy robiłam kęsa, potwierdziła swoją polewowość. Nawet kostki zostały zrobione jakby z warstw twardej polewy.
Kryły sporą ilość nadzienia, acz nie całe wypukłe "kapsułki" były nadziane. Wewnątrz każdej, na spodzie, znajdowała się czekoladowa górka.
Nadzienie było zwarte i zbite, konkretne, ale zdecydowanie tłuste. Trochę maziste. Wyglądało na suche, lecz to tylko pozory.
W ustach czekolada rozpływała się maziście, tłusto-maślano i nieco ulepkowo. Cechowała ją gładkość i kremowość. Rozpływała się średnio gęsto i dość szybko.
Nadzienie w zasadzie dopasowało się jakoś tam do niej, choć je cechowała o wiele wyższa tłustość. Przez chwilę wykazało zwartą, margarynową miękkawość, ale szybko zmieniało się w zawiesinę. Przemknęła w nim nawet śliskawa gładkość, ale cechowała je proszkowość i kryształkowość. Dosłownie czuć w nim rozpuszczające się kryształki cukru. Było mocno oleiste i już po chwili okazało się proszkowo-pyliste. Wrażenie to napędzały drobinki przypraw i miazgi z pierników. Robiła się z tego tłusto-wodnista zawiesina.

W smaku sama czekolada uderzyła cukrową słodyczą, którą prędko obudowała likierowym klimatem. W nim przejawiała się palona gorzkość. Rosła, w pewnym momencie wydała mi się zaskakująco wysoka (jak na 50% kakao). Podkreśliła ją lekka cierpkość. Chyba na zasadzie kontrastu podskoczyła też słodycz.

Nadzienie szybko się odezwało i podkreśliło polewowo-maślany aspekt w czekoladzie, acz na szczęście nie mocny. Ta zajmowała nadrzędną pozycję cały czas, zasładzając.

Wnętrze podkręciło słodycz w sekundę do poziomu przesady. Okazało się cukrowo-cukrowo, bardzo słodkie. Zadrapało w gardle i zorientowałam się, że drapią i gryzą w język też ostre przyprawy korzenne. Wplotły myśli o charakternych, miękkich pierniczkach w czekoladzie. W cukrowości jednak odnotowałam też jakąś osobliwą soczystość...

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz cukru mordowała, mimo starań cierpkawej czekolady. Ta nie odpuściła ani na chwilę, acz wycofała się trochę, by zrobić miejsce piernikom. Dosłownie widziałam te różne precle, serca, gwiazdki... W cukrowej ciemnej polewie czekoladowo-kakaowej i z mnóstwem przypraw.

Spod imbiru, cynamonu, goździków i chyba pieprzu, podkreślających gorzkość, wyłoniła się jednak też margaryna, lekka mleczność... Nuty jakby taniego nadzienia cukierków czekoladowych. Męczyło to wraz z cukrowością i im bliżej końca, tym bardziej zwracało na siebie uwagę.

Gdy drobinki wylegały na język, a większość reszty rozpuściła się, wyraźniej poczułam jakby mączność okruchów piernikowych, a także poszczególne przyprawy. Korzenności nie brakowało. Trafiałam a to na goździki, kardamon - te na pewno. Reszta się mieszała.

Po zjedzeniu już niewielkiej ilości czułam przesłodzenie, posmak cukru i drapanie, a także wyrazistą, piernikową korzenność obudowaną nutami czekolady z wyraźnie zaznaczonym kakao. Było gorzkawo, a także ostro-korzennie. Niestety jednak margarynowość i tandeta też się na dobre rozgościły jako już posmako-niesmak.

Całość... może i miała potencjał. Ciekawie piernikowa, bo właśnie ze zmielonymi piernikami, co czuć, a do tego naprawdę porządnie korzenna. Wręcz ostra. Gorzkawość czekolady niestety zaburzała cukrowość. Ta zarówno samej czekolady, jak i nadzienia. Wszystko było nieznośnie cukrowe. Do tego margarynowość, tandeta... I nie podobała mi się struktura. Mazista, tłusta, gładko-śliska... tania. Chrupka, polewowa czekolada i specyficzne nadzienie... Kompletnie nie moja bajka, acz produkt nie całkiem tragiczny. Uwierzę, że można się wciągnąć, gdy lubi się bardzo, bardzo słodkie rzeczy. To produkt po prostu... przeciętny. W cenie nieprzeciętnej.
Po dwóch kostkach słodycz i nuty gorszych części składu sprawiły, że po prostu nie miałam ochoty na więcej, mimo że założyłam, że tak z połowę przynajmniej zjem. Resztę oddałam Mamie, wraz z drugą nawet nieotwartą czekoladą, którą kupił ojciec.

Mamie też nie podeszła zupełnie. Podsumowała: "To nadzienie, niby takie piernikowe, a właściwie sam cukier, że jeść się nie da. Już ta sama czekolada, dla mnie odpowiednio gorzka, lepsza, ale też takiej jako tabliczki bym nie chciała. Nadzienie oszukane, jeśli o ilość chodzi, a tak cukrowe, że człowiek nie chce więcej, straszne". Zgodziłyśmy się, że i tak łaskawie oceniam, ale w sumie... nie mam najlepszego rozeznania w obecnie dostępnych w sklepach czekoladach piernikowych. Strach pomyśleć, bo obawiam się, że ta zbytnio nie odstaje. Obie się jednak zastanawiałyśmy, czy gdyby tak ująć połowę cukru, wyszłoby coś smacznego, czy wtedy wyszłyby na jaw gorsze rzeczy jak olej palmowy etc.
Reszta wróciła do ojca - jemu bardzo smakowała.


ocena: 5/10
kupiłam: Dealz (ojciec kupił)
cena: 8 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 528 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: masa piernikowa 35% [pierniki 11% (mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, brązowy cukier, miód, cukier kandyzowany, skrobia ziemniaczana, przyprawy, cynamon, ekstrakt jabłkowy, kwas: kwas mlekowy), oleje roślinne (palmowy, jądro palmy), cukier, cukier inwertowany, przyprawy, mleko w proszku odtłuszczone, lecytyna sojowa] cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

------------
Pomyślałam sobie, że w sumie skoro i tak były już u nas obie tabliczki, a druga też wydaje się ciekawa, wygląda ładnie to może jednak warto i ją na blogu zaprezentować. Ja jednak zupełnie nie miałam ochoty jej jeść, dlatego poprosiłam, by Mama się o niej dłużej i dokładniej wypowiedziała. Stąd w dużej części oddam jej niżej głos, a co!
Nadzienie tej tabliczki wystylizowano nie na pierwsze lepsze ciastka cynamonowe, a konkretnie cynamonowe gwiazdki, tzw. Zimtsterne, czyli tradycyjne niemieckie ciasteczka na Boże Narodzenie. Piecze się je bez mąki, a jedynie z migdałów, białka, cukru pudru i cynamonu. W środku powinny być miękkie i wilgotne, a z wierzchu pokryte chrupiącą bezą.

Henry Lambertz Zimtsterne Vollmilch Schokolade mit Zimtsternfullung / Milk chocolate with cinnamon star filling to mleczna czekolada (o zawartości 30 % kakao) z kremem z cynamonowej masy ciasteczkowej.

Z tego, co ja wywąchałam przy robieniu zdjęć, czekolada uderzała intensywnym zapachem wręcz ostrego cynamonu, lukru i cukru. Zalewał je ocean pełnego, świeżego mleka, a także margarynowa, specyficzna nuta zdradzająca, iż nadzienia nie poskąpiono. Po przekrojeniu właśnie margarynowo-maślany wątek nasilił się i nieco wygładził cynamonowość. Wszystko to było dość ciężkie.
Zapach byłby ładny, gdyby nie ta nuta margaryny - do pary z cukrem mnie to odpychało, że nie miałam ochoty spróbować ani odrobiny. Mama z kolei nie umiała rozsądzić, czy całość jej się podoba, czy nie - właśnie przez tę nutę nadzienia.
W dotyku czekolada była tłustawa, jakby nieco lepkawa, mimo że się nie topiła. Sugerowała proszkowość, nie wydawała się zbyt masywna. A jednak nadzienia było dużo i przy przekrojeniu okazało się konkretne.
W odróżnieniu od wersji ciemnej, mleczną wypełniono nim porządnie, bez żadnej "górki" z czekolady w środku.

Opinia Mamy:
"Sama ta czekolada w zasadzie dobra, jak połączenie Lindta i Milki. Najpierw taka lepsza, jak Lindt, ale jak ten cukier spływa do gardła i drapie, to jak Milka, wtedy już niezbyt przyjemnie. Z nadzieniem strasznie słodko. To sam cukier, nie czekolada. Czuć cynamon, cukier - to wszystko jak trzeba, a potem, jak się coraz bardziej rozpływa, to dochodzi jakby mąka i chemia. To pewnie ta masa ciasteczkowa, a okropne takie. I jeszcze tak cukrowo, że się jeść nie da, nie dałam rady więcej niż kilka kostek, a i tak musiałam herbatą popijać. Okropnie słodko i potem i ta słodycz, i ten mączno-chemiczny niesmak zostaje. O wiele słodsza od ciemnej. Dwa słodkie potworki, których nie da się jeść, ale też poniekąd są, czym niby mają być. Z ocen wystawiłabym to samo, bo to po prostu dwie zupełnie inne czekolady. Z potencjałem, ale tak przesłodzone, że brak słów".
Reszta wróciła do ojca. Jemu bardzo smakowała.

Ja... patrzyłam z przerażaniem. A faktycznie, widać potencjał - pomysłowe to... Szkoda, że na tym koniec.


kupiłam: Dealz (ojciec kupił)
cena: 8 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 557 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: cynamonowa masa ciasteczkowa 35% [oleje roślinne: palmowy, z jądra palmy; 11% ciasteczka cynamonowe (cukier, fruktoza, orzechy laskowe, migdały, skórki cytryny, mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, skórka pomarańczowa, cynamon, białko jaja w proszku, skrobia pszenna, kwas cytrynowy, syrop cukru inwertowanego, substancja żelująca: agar), cukier, cukier inwertowany, mleko w proszku odtłuszczone, przyprawy, lecytyna sojowa], cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, lecytyna sojowa, naturalny aromat wanilii

poniedziałek, 19 czerwca 2023

Zotter Gingerbread & Fruit / Lebkuchen & Fruchte mleczna 40 % z migdałowym nugatem z przyprawą do piernika, kawałkami piernika, olejkiem pomarańczowym i białą czekoladą; owocowym kremem z suszonych śliwek i daktyli oraz cienkimi warstwami czekolady białej karmelowej i ciemnej

Od lat wszelkie pierniki, pierniczki i ciastka korzenne lubię jedynie teoretycznie, bo to typy produktów zupełnie nie w moim typie i zazwyczaj bardzo słodkie. Nadziewane Zottery jakoś ostatnio też robią się coraz mniej moje, ale jednak trafiają się też naprawdę smaczne. Chociażby egzotycznie-korzenna For the Best Employee in the World 2022 była dziwna, ale ciekawa i przyjemna. Ona jednak była niespodzianką. O dzisiaj opisywaną sama poprosiłam ekipę Zottera. Nadzienie piernikowe z suszonymi owocami brzmiało bardzo zacnie, ale żałowałam, że Zotter nie zdecydował się na ciemny wierzch. Przecież jak świat światem pierniki polewa się właśnie raczej ciemną czekoladą... A potem jeszcze odkryłam, że wepchnął do środka warstewkę karmelowej. Po co? Jak ja nie lubię przeładowanego jedzenia. Miałam tylko nadzieję, że to jakoś wyjdzie suma summarum.


Zotter Gingerbread & Fruit / Lebkuchen & Früchte to mleczna czekolada o zawartości 40 % kakao nadziewana (30%) migdałowym nugatem / praliną z przyprawą do piernika, kawałkami piernika, olejkiem pomarańczowym i białą czekoladą oraz (30%) owocowym kremem z suszonych śliwek i daktyli, słodzonym syropem daktylowym i wanilią oraz cienką warstwą białej karmelowej czekolady na wierzchu i ciemnej na spodzie.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach piernika z ostrymi przyprawami i soczystością oraz pełnomlecznej czekolady. Gdy nachylałam się nad spodem, miałam wrażenie, jakby była to nie tabliczka, a miękkie, czekoladowe pierniki oblane czekoladą z bukietem ostrych, piernikowych przypraw: cynamonem, goździkami, kardamonem i anyżem. Wierzch wydał mi się bardziej stonowany i słodki; karmelowy, lekko owocowy. Po przełamaniu wyklarowały się soczyste, wilgotne suszone śliwki, pomarańcze i echo daktyli. Ich splot zasugerował soczyste rodzynki, a całość była bardzo, bardzo słodka i słodko-ostro drapiąca. Nawet lekko iluzorycznie alkoholowa.

Tabliczka wydała mi się tłusta, ale twarda i masywna... aż do przełamania. Wtedy wyszło na jaw, jak krucha i rozpadająca się była. Warstwy czekolad cechowała grubość i konkret, przy czym najgrubszą zrobili wierzchnią karmelową. Ciemna ze spodu podpadła mi tym, że jej ilość była znikoma. Otaczająca wszystko mleczna zaś przeciętna. Wszystkie pękały dość krucho. Dało się je oddzielić. Niestety przez to, jaką strukturę miał krem owocowy, czekolada zsuwała się z nadzień. Bardzo to niepodzielne, niewygodne i denerwujące.
Krem owocowy okazał się twardo-zbity, nieco zżelowany. Był miękki, wyginał się, ale bardzo trudno go przerwać. Właśnie nie łamał się, a jak już, to rwał. Widać w nim sporo farfocli i kawałków owoców. Był wilgotny i lepkawy.
Krem migdałowy był konkretny, ale w znaczeniu: pełny; bo nie twardy, a tłusty i miękko-mazisty. Pełny i dość zbity. Wypełniały go jakby drobinki przemielonego piernika i przypraw.
W ustach czekolada mleczna rozpływała się powoli i maziście, racząc mnie kremową tłustością pełnego mleka. Warstwy spod niej zgrały się z nią - biała karmelowa była tłusto-maślana, ale w dodatku pylista, natomiast ciemna bardziej tłusto-mazista. 
Czekolady miękły wraz z nadzieniami, ale niespecjalnie się z nimi mieszały. Te rozpływały się zupełnie inaczej. Owocowe długo trzymało się jako zbita galareta, a potem, gdy się je ssało, rozłaziło się na fragmenty, upuszczało soczystość i zalegało długo. Migdałowe natomiast było spójniejsze z czekoladami.
Krem piernikowo-migdałowy zmieniał się w rzadkawo-tłustą papkę, jakby zagęszczoną wilgotniejącymi i rozpływającymi się suchawymi i trochę mącznymi kawałkami piernika.
Owocowy krem przypominał trochę połączenie papkowatego surowego batona (raw bara) z  twardą galaretką. Miękł nieco ciastowo, acz wykazywał też śliskawość wilgotnych śliwek suszonych. Takich bardziej miękkich. Czuć w nim papkowaty efekt daktyli, jak również nieco jędrniejsze ich kawałki i sporo skórek.
Kremy rozpływały się tworząc jakby zawiesinę z tłustawej, czekoladowo-nugatowej mazi i dodatków. Czekolady rozpływały się długo wraz z nimi, acz to jakby zżelowane kawałki owocowego nadzienia i drobinki wypełniające obie warstwy zostawały na koniec.
Śliwki i daktyle to też różnej wielkości kawałki o różnym stopniu jędrności. Niektóre były twarde, inne to skórko-farfocle, część - trzeszcząco-skrzypiące kawałki. Jedne wlepiały się w zęby bardziej, inne mniej. Trafiły się też jakby suchsze i ostrzejsze skórki daktyli.
Kawałki piernika wilgotniały od reszty. Były niczym zawilgocone okruchy miękkich pierników lub piernika. Wśród nich plątały się drobinki przypraw i kawałeczki migdałów.
Kawałki gryzłam i ciamkałam, gdy reszta się już rozpłynęła.
Przy podziale czekolada irytowała, natomiast już w ustach, w trakcie jedzenia starała się nadrobić i udobruchać - nie było aż tak źle, jakoś tam się zlepiała, ale i tak wydała mi się... niewygodna.

W smaku czekolada przywitała mnie wysoką słodyczą karmelu i naturalnym smakiem pełnego mleka. 
Karmelowość szybko zwiększyła czekolada biała karmelowa, podwyższając tym samym słodycz. 
Ciemna z kolei podbiła paloną nutę i wprowadziła piernikowość wraz z leciutką gorzkością. Wierzch nasiąkł wnętrzem, to pewne, bo w zasadzie soczysty piernik czuć niemal od razu, przy przegryzaniu się przez całość na pewno. Efekt mocno korzennego, czekoladowego piernika, ot co!

Śliwki i cytrusy szybko zaznaczyły swoją obecność, przekradając się wraz z ciemną czekoladą. Do głowy przyszły mi nadziewane pierniki w czekoladzie z kwaskawo-soczystą nutą.

Nugat migdałowo-piernikowy za to spokojnie wplatał się w mleczność. Wyszedł śmietankowo-maślano, trochę biało czekoladowo. Migdały o nugatowym charakterze dodały jeszcze więcej słodyczy, acz same w sobie były lekko wyczuwalne. Korzenne przyprawy dodały tej warstwie wręcz ostrego ciepła.
Przyprawy przebijały się, przekierowując myśli o pierniczkach na piernik. Piernik goździkowo-kardamonowy, z dużą ilością cynamonu i innych, ostrych przypraw. Całość w pewnym momencie wykazała wysoką pikanterię. Goździki wydały mi się też wręcz soczyste. Podkręciła to pomarańcza. Z czasem, gdy kawałki piernika bardziej nasiąkały, odnotowywałam ciastkowo-pszenno-mączną nutę - właśnie jakby okruchów. 

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa pomarańcza zrobiła się bardziej goryczkowato olejkowa, ale też soczysta. Połączyła kwasek i słodycz, po czym przywołała suszone śliwki.

Nadzienie owocowe uderzyło słodyczą suszonych owoców, do których szybko dodało ich kwasek. Wydało mi się lekko powidlano-duszne, złudnie alkoholowe, specyficznie soczyste. Śliwki dominowały, łącząc w sobie suszone oraz jakby "cięższe", słodkie powidlane. Daktyle zaś udawały nieco piekący słodyczą karmel. Owocowy, naturalny i bardzo słodki. Idealnie wpasował się do piernikowej korzenności. Ta część miała w sobie coś z  surowego owocowego batona "raw bar" w wariancie pikantnie piernikowym.

Owoce, głównie "karmelowe" daktyle podkreśliły zarówno migdałowość mleka migdałowego, jak i smak ciasteczek korzennych. To właśnie ten pojawił się obok całej piernikowości. Wraz ze słodyczą, przyprawy zaznaczyły swoją obecność w gardle.

Wszystkie słodkości, czy to piernik, czy pierniczki, czy ciastka korzenne wydawały się oblane karmelowo słodką, intensywnie mleczną czekoladą. Jej smak utrzymywał się bardzo długo.

Na koniec jednak zostały kawałki. Okazały się wyrazistymi suszonymi owocami i korzenną miazgą przypraw i jakby delikatnych, pszennych (z trochę mączną nutą?) ciasto-ciastek piernikowych.

Farfoclowe śliwki i nieco twardsze, ale też trochę ciągnące daktyle smakowały sobą, a więc słodko-kwaskawymi śliwkami suszonymi, czasem bardziej słodkimi, powidlanymi śliwkami oraz słodkimi, suszonymi daktylami. Gdy gryzłam to wszystko, ewidentnie czułam jeszcze ostro-goryczkowate przyprawy korzenne oraz ciastka korzenne. Bardziej właśnie ciasteczkowe niż piernikowe.

Po zjedzeniu została cytrusowo-śliwkowa soczystość oraz ciepło zbudowane z karmelowej słodyczy i piernikowych, ostrych przypraw. Do tego czułam lekką goryczkę przypraw, w tym kardamonu, i nieco czekoladową.

Całość była smaczna, ale nie podoba mi się jej forma. Przez dodanie tylu warstw różnych czekolad było to krucho-łamliwe, rozpadające się. A szkoda. W ustach jakoś częściowo zaskoczyło na właściwy tor, ale i tak rozłaziło się i rozpadało. Brakowało mi spójności.
Wysoka, karmelowo-białoczekoladowa, nugatowa słodycz została nieźle przełamana złożoną ostrością piernika. Sam piernik, pierniczki i różnego tego typu słodkości bardzo wyraźnie czuć. Podobnie smakowite suszone śliwki. Co prawda daktyle już nieco się gubiły, ale i one sporo wniosły. Efekt raw baro-galaretki ciekawy. Wilgotniejące okruchy piernika w sumie też się tu zacnie odnalazły. Mnie może w pewnym momencie było za słodko i za mało czekoladowo, bo to raczej batono-piernik w formie tabliczki, ale jako ciekawostka w sumie fajna propozycja. Tylko że... tak nie moja, męcząca, że szybko się znudziłam i po 1/3 nie widziałam sensu, by jeść więcej i oddałam Mamie. Swojego znudzenia jednak na ocenie nie odbijam, bo... to po prostu coś nie dla mnie.

Mamie smakowała, lecz na wstępie przyznała: "rzeczywiście forma mało czekoladowa". Rozwinęła: "Bardzo mi smakowała, jednak nie bardzo czułam to wszystko, z czego ona niby tam jest. Jadłam sobie warstwa po warstwie, bo zupełnie się to rozleciało, i wszystko mi pasowało. Ta jedna część była taka fajna soczysta, jak żelka bardzo owocowa. Druga rzeczywiście piernikowa. Całość słodka, taka słodko-mleczna, owocowa i korzenna, fajna".

Odebrałam ją jako piernikowo-słodszą i bardziej nijako-chaotyczną wariację na temat połączenia Date & Cashew z Plum & Hazelnut.
Choć w sumie zestawienie smaków zacniejsze niż w For the Best Employee in the World 2022, to jednak bardziej irytująca forma i słodycz dzisiaj prezentowanej sprawiły, że tamta jakoś bardziej mnie cieszyła.


ocena: 8/10
kupiłam: dostałam od zotter.pl
cena: -
kaloryczność: 484 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, suszone śliwki, daktyle, migdały, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, mąka żytnia, olej migdałowy, syrop daktylowy, karmelizowane mleko w proszku (odtłuszczone mleko w proszku, cukier), odtłuszczone mleko w proszku, jaja, słodka serwatka w proszku, miód, masło, przyprawa do piernika, pełny cukier trzcinowy, lecytyna sojowa, cynamon, koncentrat soku pomarańczowego, substancja spulchniająca: soda oczyszczona; sproszkowana wanilia, sól, olejek pomarańczowy, płatki róży, proszek cytrynowy (koncentrat soku cytrynowego, skrobia kukurydziana, cukier)

czwartek, 24 lutego 2022

Terravita Czekolada Mleczna Ciasteczko z Nutą Śliwki mleczna o smaku śliwki i piernika z kakaowymi ciastkami

Wraz z kolejnymi nowościami Terravita coraz bardziej traciła w moich oczach, aż ich znielubiłam. Owszem, mają kilka niezłych czekolad, kilka takich, które są dokładnie tym, czym mają być, ale coraz więcej w ich ofercie zaczęło pojawiać się "odwalanej kaszany". A to coś nie tak z dodatkami, a to coś tam. W końcu zupełnie przestały mnie interesować, więc żałowałam, że nowa linia ma takie piękne opakowania, a takie nie dla mnie warianty (z aromatami, a nie realnymi dodatkami albo z dodatkami odpychającymi mnie). Jedna jednak... właśnie dzisiaj opisywana wydała mi się w miarę bezpieczna, bo mleczną z ciastkami znałam i uznałam za dobrą mimo cukrowości. Śliwka natomiast... nie obstawiałam, by akurat śliwkowy aromat miał być wyjątkowo straszny. Śliwka (wyobraziłam sobie nutę bombonierkowo-alkoholową) i kakaowe ciastka? Mogło zagrać. Tylko że... dosłownie parę dni przed degustacją dowiedziałam się o jeszcze jednej nucie, a mianowicie o pierniku. Sztuczne przyprawy korzenne przerażają już bardziej i... takie zestawienie wydało mi się już nieco ryzykownie przeładowane. Kupując nie miałam pojęcia, że to "świąteczna, mleczna czekoladka" - dowiedziałam się tego dopiero ze strony internetowej dzień przed degustacją.

Terravita Czekolada Mleczna Ciasteczko z Nutą Śliwki mleczna czekolada o zawartości 30 % kakao o smaku śliwki i piernika z kakaowymi ciasteczkami 

Otwierając poczułam tak odpychająco sztuczny, żelkowo-dżemowy, landrynkowy zapach "może i śliwki", łączący cukier i kwaskawość, że zupełnie przeszła mi ochota jedzenia czegoś tak walącego. Z czasem jednak trochę się z tym oswoiłam, a śliwkowa nuta jakoś się wygładziła na cukrowo-mlecznym tle. Budowała je niewątpliwie naturalnie i smakowicie mleczna czekolada. Zwłaszcza gdy nachylałam się nad spodem czułam pierniczki w czekoladzie mlecznej, lekką ciasteczkową nutkę. Całościowo jednak było to odpychające.

Na dotyk tabliczka sprawiała wrażenie plastikowej i lepko-tłustej. Wprawdzie łamana lekko chrupała (za sprawą grubości i dodatków?), ale nie była twarda, a konkretna i masywna. Trochę się kruszyła. Dużo w niej średniej wielkości okrągłych ciastek. Rozlokowano je raczej na spodzie tabliczki, nie zaś "w wierzchach kostek". Dobrze je wtopiono, a i na każdą kostkę przypada przynajmniej jedno-dwa ciastka (więc względem Mlecznej + Ciasteczka prezentuje się zacnie).
W ustach czekolada rozpływała się ochoczo, z łatwością zmieniając się w lepko-tłusty, miękki krem. Była gęstawa i lekko proszkowa, z czasem z trochę wodnistymi zapędami. Leniwie odsłaniała ciasteczka, które rozpływały się wraz z nią na masę ciasteczkową / papkę, która w sumie trzymała formę i zostawała jeszcze po czekoladzie. Całkiem nieźle to pochrupywało - ja dogryzałam resztki dopiero, gdy czekolada już zniknęła. Ciastka odznaczały się więc zacną świeżością i jakością. Podobało mi się, że gryzione chrupią, jak trzeba, a zostawione do nasiąkania, rozpływają się (dzięki "dziurkowej", a jednocześnie masywnej strukturze?). W trakcie  jedzenia jednak okazało się, iż dodatków dodano tyle, iż robią z tabliczki zlepek-ulepek, co chwilami aż hamowało i utrudniało jej rozpływanie się.
Cynamon i śliwki to jedynie aromaty, więc niczego z tego w strukturze nie uświadczyłam.

W smaku czekolada uderzyła cukrem, który szybko aż zadrapał w gardle, oraz motywem "żelek może śliwkowych". Zaraz jednak zmieszał się z wyrazistym, mlecznym smakiem. Nie odebrałam tego jednak jako zbyt głębokie. To przytykała nuta kwaskawo-cukrowa i chemiczna, należąca do żelko-dżemo-galaretek i landrynek. Było w tym coś niejasno owocowego, chwilami mniej lub bardziej śliwkowego.

Drapanie w gardle w ciągu kolejnych sekund zaczęło mieszać się z pewnym rozgrzewaniem. Rzeczywiście pomyślałam o piernikowej korzenności, a zaraz przyszła myśl o pierniczkach w czekoladzie mlecznej ze sztucznym nadzieniem śliwkowym. To było cukrowe, ale i specyficznie kwaskawe w sposób... żelkowo-powidlany? Czułam chemię, ale całkiem nieźle udającą niskiej jakości dżem / konfiturę... czy może nawet żelo-galaretkę powidlaną z pierników w czekoladzie mlecznej.

I właśnie nutka samych sztucznych pierników też pojawiła się zaraz po śliwce w pobliżu ciastek (choć one nie były piernikowe / korzenne czy coś). Ciastka zostawione same sobie po prostu trochę hamowały słodycz, niewiele wnosząc. W drugiej połowie rozpływania się kęsa poczułam pierniczkowy motyw, trzymający się "ciastkowej pszeniczności", ale na pewno nie pochodził od nich. Gryzione "obok czekolady" też jedynie lekko tonowały zasładzanie, ale nie wnosiły za wiele. Sztuczna śliwka i cukier hulały w najlepsze.

Słodycz i tak jednak niemiłosiernie drapała w gardle, gdy na dobre zaczęły wyłaniać się ciastka. Choć same w sobie były bez polotu, dodały odrobinkę kakao i wypieczono-przypalonej nutki. Okazały się gorzkawe, ale raczej za sprawą przypalenia. Kakao czuć tylko trochę, jednak ciastka ogółem przynajmniej odrobinę tonowały chemię. 

Kiedy czekolada już zniknęła, one nasiąkały i, gdy nad nimi trochę popracowałam, rozpływały się na rzadkawą, mączno-pylistą zawiesinę. Nie były zbyt charakterne, ale i tak wyszły tym sposobem wyraźniej, niż gryzione. Wydały mi się leciutko sugestywnie kakaowe, ale nie gorzkie. Raczej niemal nijako-neutralnie pszenne. Gryzione po tej całej napastliwej żelkowości, nie były zbyt wyraziste. W porywach może odrobinkę słonawe. Podkreśliły "sztuczną pierniczkowość", a to, co gryzłam już na koniec, osłabiło smak cukru i chemii (drapania w gardle nie powstrzymało).

Mleczno-sztuczny motyw przemieszał się z ciasteczkami, zostając w posmaku wraz z paleniem cukru w gardle. Niestety czułam żelki owocowe (nawet jakby ich dziwną... "żelatynowość?") i cukrowość, sztuczność z nimi związane. Owocowe... w których już śliwek trudno było się doszukać (w ustach). Na rękach natomiast długo jeszcze, nawet po dwóch-trzech myciach czuć było aromat słodziaśnie-landrynkowo "owocowo-śliweczkowy". Sztuczna korzenność była delikatna, a i tak dała radę irytować.
Sztuczny zapach tak trzymający się rąk sprawił mi sporo kłopotu, bo... zrobiwszy zdjęcia, zasreberkowałam czekoladę i wiedziałam, że ja po prostu nie chcę jeść czegoś, co jest tak naaromatyzowane, nawet gorszego dnia. A jednocześnie tak obiektywnie, sama czekolada najstraszliwsza nie była. Nie lubię po prostu przerysowanych, nierealistycznych zapachów w jedzeniu. Już po otwarciu nawet nie chciałam jej do ust brać.

Całość wyszła w zasadzie prawie środkowopółkowo, ale o wiele za cukrowo i za sztucznie. Ogromny minus to takie naaromatyzowanie. Odpycha już na starcie. Bardzo żałuję, że dodali jedynie aromaty śliwek i cynamonu (?). Zwłaszcza owocowy wyszedł wstrętnie... choć nie dam sobie ręki uciąć, że mocno się wiązały. Sama mleczna czekolada z kakaowymi ciasteczkami też nie była smaczna (jakby inna niż jej czysta wersja, czyli Czekolada Mleczna + Ciasteczka). Z ciastek jakby umknął smak (mimo że było ich więcej), a naaromatyzowanej bazy nie sposób oddzielić od aromatów. Mimo iż całość to jedynie 50 gramów, nie da się - i co najważniejsze: nie chce się -  tego jeść. Cukier i wydźwięk aromatów tak mordowały, że było to po prostu nie do przebrnięcia dla mnie. Po dwóch kostkach dałam sobie spokój i oddałam Mamie. Jej nie smakowała. Też zjadła ze dwie kostki i uznała, że: "po prostu niesmaczna; za słodka, te ciastka jakieś takie nijakie, bez smaku; może tam czuć tę śliwkę i cynamon, ale jakoś tak niesmacznie, że nie chce się zupełnie tego jeść". Tak na marginesie: jadła ananasowo-imbirową i tamtą uznała za "dziwną" i nie wiedziała, czy pozytywnie czy nie, ale zjadła. Ta była natomiast dziwna niepozytywnie - obie tak orzekłyśmy.


ocena: 3/10
kupiłam: Auchan (ojciec płacił)
cena: 3,59 zł (50g)
kaloryczność: 524 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, miazga kakaowa, ciasteczka kakaowe 8% (mąka pszenna, cukier, masło, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje spulchniające: E450, E500, E503(ii);  naturalne aromaty, sól morska), serwatka w proszku, emulgator: lecytyna sojowa; aromaty, ekstrakt wanilii

sobota, 15 sierpnia 2020

Zotter Gingerbread ciemna 70 % z ciemnoczekoladowym nadzieniem z piernikiem z rumem, skórkami pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, miodem oraz orzechami włoskimi i laskowymi

Uwielbiam smak piernika i pierniczków, skojarzenia i wyobrażenia z nimi związane. Pierniki-ciastka jadłam jednak parę razy w życiu, a prawdziwy piernik-ciasto... chyba nawet nie (jedyny to bezcukrowy, bananowy z Cakestera, ale że to taki zdrowy i wręcz jak np. batony od Legal Cakes - w tym właśnie LC Piernikowy -  to raczej się nie liczy). Ich nuty w czekoladach jednak ubóstwiam jak mało które inne. Czekolady piernikowe? Jak udane, to jak najbardziej! Zotter Gingerbread tak mi smakowała, że uznałam, iż wrócę do niej na pewno. Nie stało się to jednak "za rok" jak napisałam w 2015 roku, a dopiero w 2019, kiedy to zmieniła się jej szata graficzna (i skład bardzo minimalnie). Wierzyłam, że za to rewelacyjny efekt się nie zmienił.


Zotter Gingerbread to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao nadziewana ciemnoczekoladowym kremem z piernika z rumem, skórką pomarańczy i cytryny, marcepanem, wiórkami kokosowymi, orzechami włoskimi i laskowymi, miodem oraz przyprawami korzennymi.

Gdy tylko otworzyłam papierek, poczułam przepiękny piernikowy zapach. To pełna moc imbiru, anyżu, goździków, cynamonu, pieprzu i całego korzenno-piernikowego bukietu. Oczami wyobraźni widziałam czekoladowy, mokry piernik nasączony alkoholem. Palona ciemna czekolada odegrała istotną rolę, trzymając nad wszystkim pieczę i dodając wykwintności. To jednak również pierniczki-ciasteczka. Ewidentnie czułam mączną ciasteczkowość dosłodzoną miodem.
Ten na dobre rozszedł się dopiero po przełamaniu, kiedy to z tabliczki dosłownie buchnął rum i... soczystość.

Twarda czekolada na wierzchu trzaskała, nadzienie zaś było bardzo plastyczne i maziste. Nieco się ciągnęło, lepiło i wyciskało spod czekolady, lecz nie mogę go nazwać zupełnie miękkim. Było w pewien sposób zacnie zagęszczone, kojarzyło mi się z mokrym zakalcem, pełnym widzianych gołym okiem przypraw.
W ustach czekolada rozpływała się idealnie kremowo, tłusto-gładko i powoli. Pozostawiała smugi na podniebieniu, a nadzienie... jakby nie mogąc się doczekać, wyciskało się spod niej.
Okazało się tłustsze i wilgotniejsze, dość soczyste. Mimo że plastyczne, wcale nie znikało zbyt szybko. Zachowało konkret. Miało w sobie pewną maślaną gładkość, ale daleko mu do gładkości. Wypełnione było po brzegi mnóstwem drobinek przypraw (kardamon, pieprz itp. jako kawalątki), czuć w nim nawet jakby ciasteczkowo-orzechową miazgę. Chwilami wydawało mi się nawet orzechowo-sprężyste i znacząco trzeszczące od świeżych wiórków kokosowych i marcepanowych wiórko-drobinek migdałów (tych bowiem nie poskąpiono). Lepiło się i zalepiało trochę podobnie do czekolady, bo ogólnie było w nim coś z czekolady... Jak wilgotny czekoladowy zakalec piernikowy!

W smaku sama czekolada to wyważona paloność: gorzka jak czarna kawa, z nutą chlebowo-piernikową, która to połączyła kawę ze słodyczą karmelu. Ewidentnie przesiąkła nadzieniem.

To przebijało się poprzez przyprawy i alkohol. Rum wyraźnie podkreślił powagę, otworzył drogę ostro-chłodnemu anyżowi i ostro-goryczkowatemu cynamonowi. Czułam mocny bukiet przypraw piernikowych, w tym na pewno pieprz, kardamon i inne goryczkowato-pikantne.
Świetnie wpisały się w opalaną gorzkość czekolady. Rum podkręcił ten motyw, po czym zrobił się ryzykownie mocny. Sam dodał trochę swojej goryczki, ale również wysoką, niemal cukrową słodycz.

Słodycz podłapały też inne elementy. Oto karmelowe tło puściło przodem miód. Dużo miodu. Takiego natychmiast aż lekko drapiącego w przyjemny sposób i mieszającego się z korzennymi przyprawami. Goździki, gałka cynamonowa, pieprz, chili, imbir... całe mnóstwo charakternych! Rysowały się na czekoladowo-maślanym tle.

Słodycz przełamała soczystość, która przełożyła się także na pewną lekkość. Zaczęła goryczkowato-słodka pomarańcza, a następnie popłynęło nieco więcej goryczki skórek cytrusowych i odrobinka kwasku. Mieszały się ze słodyczą owocu.

Wśród tego wszystkiego przewijał się ciasteczkowy smak. Oczami wyobraźni widziałam pszeniczno-korzenne ciasteczka-ludziki. Zrobiło się chlebowo-ciastowo i... marcepanowo. Jak nic, nagle zobaczyłam piernik z marcepanem i mnóstwem orzechów. Orzechy w drugiej połowie kęsa wyłoniły się odważniej. Spośród nich dominowały gorzkie włoskie. Poczułam kokosa, mieszającego się z ciastowością i soczystością. Była to taka... dość tłustawa soczystość, genialnie mieszająca się z rumem i miodem.

Pod koniec powróciła obłędna czekoladowość, wyraźnie ciemna, choć w towarzystwie masła, co z kolei przełożyło się na skojarzenie z zakalcem... piernikowym, rzecz jasna. Przyprawy wciąż rozbrzmiewały i rozgrzewały w najlepsze, w czym pomagał im rum i odrobinka soli. Miałam wrażenie, że także orzechy się nakręcają (choć wydawało się, że to niemożliwe): włoskie, laskowe, migdały. Ogólną wilgoć podkreślał marcepan z dość wyraźną, soczystą słodko-cierpką pomarańczą.

W posmaku pozostały nuty marcepanowo-piernikowe, bardziej orzechowe i kawowo-piernikowo czekoladowe. Wszystko to skąpane w mocnej słodyczy, ale z soczystością i pikanterią przypraw. Odważnie, ale bez przesady, zakropione alkoholem rozgrzewającym gardło wraz z ostrością i słodyczą.

Z perspektywy czasu trudno mi ocenić, czy odbiór był inny, niż był w przypadku wersji z 2015 roku. Że pewne przyprawy w składzie zmieniły kolejność, także tłuszcz kakaowy z mlekiem, to widzę, ale wydaje mi się, że wydźwięk taki sam.
Tak samo cudowny!
Zaczynając od wyrazistego smaku ciemnej czekolady, przez cały bukiet cudownie dobranych przypraw, które wyszły naprawdę korzennie pikantnie, charakternie, oraz poszczególne elementy jak orzechy, trochę cytrusów, kokos; po całościowy mocny smak piernika i pierniczków - miodzio! I właśnie, że także miód, że ogrom alkoholu... Wszystko się ułożyło, jak trzeba. Bardzo podobała mi się alkoholowość tej czekolady - silna, ale nie zagłuszająca, a podkreślająca.
Tak, to naprawdę dobry piernik w formie tabliczki czekolady, gdzie nie brak czekoladowości.


ocena: 10/10
kupiłam: biokredens.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 493 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym do niej wrócić (za rok lub w kolejnych latach)

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, piernik (12% mąka żytnia, cukier, skórka cytryny, skórka pomarańczy, syrop kukurydziany, jaja, miód, masło, mleko, orzechy laskowe, orzechy włoskie, cynamon, przyprawa do piernika, środek spulchniający: soda oczyszczona słodka papryka pimento, gałka muszkatołowa), tłuszcz kakaowy, mleko, rum, marcepan (migdały, cukier, syrop z cukru inwertowanego) orzechy laskowe, syrop ryżowy, miód, mleko pełne w proszku, wiórki kokosowe, odtłuszczone mleko w proszku, przyprawa do piernika (0,2%), sól, cynamon, sól, lecytyna sojowa, pełny cukier trzcinowy, sproszkowana wanilia, kardamon, anyż