Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Definite. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Definite. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2022

Definite Chocolate 90 % Dark Chocolate Dominican Republic Mallano ciemna z Dominikany

Zawsze, gdy kupię kilka tabliczek uznawanej na świecie marki, które teoretycznie spełniają wszystkie kryteria, by mi posmakować, a się rozczaruję, czuję coś, co trudno ubrać w słowa. Żal, poczucie, jakby mi coś odebrano? "A mogło być tak pięknie"? Czasem, gdy te zawodzące mają w dodatku ładne opakowania, czuję o tyle większy smutek (?), że... no nie wiem. Taką nawet smutną złość, że przecież takie piękne opakowanie powinno kryć równie wspaniałe wnętrze. To akurat może nie w przypadku Definite (ich opakowania są po prostu ładne, ale nie aż tak zachwycające jak np. Benns z bardzo rozczarowującą czekoladą w środku), ale przykład (choć muszę przyznać, że 90% to moje ulubione ze względu na połączenie ciemnego fioletu i złota, które to kocham). Co do Definite... liczyłam na wiele, bo ich opakowania sugerowały szlachetną prostotę. A niestety, dostałam prosty zawód. Gdy została mi już ostatnia, nawet nie mogę powiedzieć, że czułam ulgę. Po prostu smutek i brak nadziei, że będzie lepsza od poprzednio próbowanych. Nawet fakt, że kakao z plantacji Mallano, które do stworzenia tej tabliczki zakupiono, nie raz zdobywało już nagrody, trafiło na listę 20 najlepszych kakao na świecie, nie pocieszał. Plantacja działa od 1931, kiedy to założył ją Antonio Martinez Liano, a potem prowadziła jego żona, Leopoldina (piękne imię). Dopiero jednak od 1979 Mallano zajmuje się eksportem.

Definite Chocolate 90 % Dark Chocolate Dominican Republic Mallano to ciemna czekolada o zawartości 90 % kakao z Republiki Dominikany, okolic miasteczka Los Hidalgos, z regionu El Rejon, z prowincji Puerto Plata.
Ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach przez 5 dni; suszone na słońcu 7 dni.

Po otwarciu poczułam mocno palony zapach, który to motyw nasączyły soczyste pomarańcze i inne cytrusy. Miały podsuszone echo, więc oprócz świeżych surowych owoców, w wyobraźni pokazały mi się też suszone plastry pomarańczy i... suszone morele? Wprowadziły słodycz. Kompozycja była kwaśno-słodka za sprawą owoców, ale nie bardzo soczysta. Do tego dołożyły się też niewyraźne, trochę dżemowate / syropowe (?) jeżyny i czarne porzeczki. Chowały się za paloną, nawet nieco dymną częścią. W trakcie jedzenia, pod owocami doszukałam się słodkiej nutki kruchych, "cukrowawych" ciastek, które wypieczono porządnie.

Tabliczka była twarda i pełna, przez co łamanie jej to nie lada wyzwanie. Sukces jednak zwieńczył głośny trzask, sugerujący kruchość i raczej suchość. Wreszcie dane mi było zobaczyć bardzo ziarnisty przekrój.
W ustach rozpływała się wolno i maziście. Była kremowa, dość tłustawa w sposób ciężkawy, maślano-śmietankowy i pełny. To jednak przełamała pylistość. Wydała mi się znacząca. Kryła efekt, który wyłapywałam tylko chwilami - mazistą oleistość. Znikała dość rzadkawo, zostawiając już nie tyle pylistość, co wręcz proszkowość.

W smaku pierwsza ruszyła słodko-kwaśna, wyrazista pomarańcza. Goniła ją morela. W swym pędzie podtrzymywały się, przepychały po przyjacielsku. Obie były soczyste, choć morela wyszła raczej suszono.

Słodycz wyskoczyła ponad owoce. Oderwała się dziwnie od reszty. Była wysoka, trochę karmelowo-palona, trochę otarła się o cukier. Możliwe, że o scukrzone suszone owoce.

Zaraz jednak jej zapędy przyhamowała gorzkość. Ta była spokojna i dosadna, ale nie wyjątkowo mocna. Zdecydowała się na palony, nieco dymny charakter. Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa okazała się bardzo mocno palona, że aż w pewien sposób sucho-palona. Pomyślałam o mocno kakaowym, mulistym cieście i aż nieco przypalonych ciastkach kakaowych prawie czarnego koloru (typu Oreo, ale bez kremu). Także one zdradzały lekką cukrowość. Oplótł je dym, a potem otoczyło sporo orzechów. Czyżby też mocno palonych? Może z pojedynczymi ziarnami kawy, które jakoś się wśród nich zaplątały?

Słodycz z kolei z palonością trochę się zmagała. Owocom też się do niej nie spieszyło. Te były trochę dżemowo-konfiturowe, "ciepłe". Zalśniły jako masy koloru żółtego... z pomarańczy i moreli? Potem jednak podłapały suchość, a ja pomyślałam o suszonych owoców, których trzymał się karmel, może odrobina miodu. Niby były za cukrowe na same soczyste owoce, ale na tylko karmel z kolei za soczyste. Niezbyt jednak rześkie. To jak suszone plastry pomarańczy, może takie palono-karmelizowane? I... suszone morele, wyraźniejsze z czasem. Ciężkawe, duszne.

Owocom w tym kontekście umożliwiła wyłonienie się maślaność, do której poprzez orzechy zeszła baza. Czekolada złagodniała. Pod paloną przykrywką chowała się leciusia, podwędzona nutka, acz tonęła w całej kompozycji. Ta była słodko-maślana. Znów pomyślałam o ciastkach, ale już mniej kakaowych (nie czarnych, a brązowych?), krucho-maślanych... I z jakimś dżemem-masą? Ta przejawiała cierpkawość.

Owoce wciąż, mimo wysokiej słodyczy, wprowadzały kwasek. Pod koniec był bardziej dosadny, choć wciąż nie mocny. Od pomarańczy odeszła ogólna cytrusowość, trochę cytryny... która zaraz zmieniła się w czarne, cierpko-słodkie... jeżyny? Wyobraziłam sobie takie prosto z niskich krzaczków, przy których zaznacza się aromat ziemi i rześkość, chłód świeżego powietrza. Dosłownie czułam rośliny, kwiaty i... nawet lekką cierpkość kwiatowo-ziołową? I wciąż cierpkość palonego kakao, przez co wyobraziłam sobie kakaowe ciastka... I... trochę bardziej kakaowo-kawowe ciasto? I pierniczko-ciastka? Wszystko to na pewno z dżemem jeżynowo-porzeczkowym... może w tle zaplątał się także syrop z tych owoców? Nieco cukrowy, bo i słodycz ku takiej cały czas robiła wybiegi.

Palona goryczka na koniec zmieniła się w ziemię, akurat by jako ciemny splot, bo wraz z odrobinką kawy, jeżynami i chyba też czarnymi porzeczkami, została w posmaku. Jakby tego było mało, wydało mi się to skropione cytryną. A mimo to, także ewidentnie słodkie cukrowo-owocowo, jak palono-karmelizowane, suszono-scukrzone owoce w żółto-pomarańczowych kolorach, mało jednak jednoznaczne. 

Jestem pozytywnie zaskoczona, bo to najlepsza Definite z tych, co jadłam. Tknęło mnie już po degustacji, że może nie przypadkiem, bo zrobiono ją z kakao z innej plantacji (70% i 80% z Öko-Caribe, 90% z Mallano).
Całość była smaczna, acz ta odstająca migająca cukrowość mi przeszkadzała. Mimo że nie było drastycznie słodko, to jednak słodycz miała wiele do powiedzenia. To na szczęście jednak nie tylko karmelo-cukier, a także dżemy pomarańczowo-morelowe, pomarańcze i morele. Trochę cytryn, porzeczek i interesująca nuta przypalonych kakaowych ciastek współgrały przyjemnie. Wyszło to specyficznie ciężkawo, mimo że owocowo... I właśnie nie tak klarownie / mocno owocowo (to nie zarzut).
Cierpkawość, kwiato-zioła, pomarańcza, cytrusy, suszone morele - wszystko to wystąpiło także w 80%, jednak tamta była miodowo-lukrowo słodsza. Acz także bazowo znacząco się różniły, bo podlinkowana to dużo drzewnych nut. Dzisiaj przedstawiana dym, paloność, gorzkość esencjonalnie czekoladowa. Wyszła bardziej gorzko, może nie kwaskawo, ale sugerująco kwaskawość, i dzięki temu smaczniej.
Miała nieco podobny wydźwięk co palona, dymna nalewkowo-śliwkowa i cytrusowa 100%Czekolady - obie w zasadzie nawet cukrością męczyły, lecz Definite i tak była znacznie mniej słodka, a dosadniejsza w gorzkość i owoce. Choć czułam ich w niej mniej niż np. we wspomnianej, to odegrały ważniejsze, wyrazistsze role.


ocena: 8/10
cena: 33 zł (za 60 g - cena półkowa)
kaloryczność: 607 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

sobota, 2 lipca 2022

Definite Chocolate 80 % Dark Chocolate Dominican Republic Oko-Caribe ciemna z Dominikany

W chwili kupowania, o Definite myślałam pozytywnie, co zmieniło się przy jedzeniu 70%. W dwie kolejne posiadane zwątpiłam, że przez parę tygodni nawet nie brałam pod uwagę sięgnięcia po kolejną. Dopiero musiało na mnie spłynąć olśnienie, że tamta mogła wyjść tak niesatysfakcjonująco, bo po prostu zawartość kakao nie tak wysoka, jak lubię. Kolejne może miały z kolei pozytywnie zaskoczyć? W to zaczęłam wierzyć po Cacaosuyo 80 % (trochę inne kakao, ale tu nie chodzi mi o nuty, a wydźwięk i jakość), która to - minimalnie, bo minimalnie, ale jednak - wyszła lepiej niż 70 % Piura - Peru Select tej marki. Zdecydowanie wolę czekolady bliżej 80% i tyle. Ta, tak samo jak 70%, została wyprodukowana z kakao od kooperatywy Oko-Caribe.

Definite Chocolate 80 % Dark Chocolate  Dominican Republic Öko-Caribe to ciemna czekolada o zawartości 80 % kakao trinitario z Republiki Dominikany, z okolic miasta Pimental, z prowincji Duarte.
Ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach przez 6 dni; suszone na słońcu 7-10 dni.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach drzew, związany z ciepłem i pewną rześkością. Pierwszą myślą były kwiaty i choć utrzymały się, to dołączyła do nich sceneria jesienno-wilgotnego parku. Do tego trochę skóry (wyobraziłam sobie czarną odzież) i dymu. Te poprzez cierpkość związały się z niemal równie wyraźną pomarańczą i egzotycznie soczyście-cierpkim owocem... może karambolą? Owoców czułam sporo, acz nie bardzo dużo, jednak i tak znacząco podkręciły rześkość. Chwilami do głowy przychodził mi też jogurt wiśniowy. Jogurt śmietankowy... niemal śmietanowy?

Tabliczka była bardzo twarda, przez co w łamanie musiałam włożyć sporo siły. Trzaskała wtedy bardzo głośno, acz dziwnie, jakby była... wyjątkowo "pełna". Przekrój miała zbito-ziarnisty.
W ustach rozpływała się w tempie umiarkowanym, ale bez pośpiechu, i kremowo-maziście. Choć odnotowałam jakby pudrowo-suchawe echo, szybko odsłoniła swą tłustość śmietanki. Dość prędko miękła, zachowując rozlazły kształt niemal do końca. On opływał lepkawo-oleistymi smugami. Nieco zalepiał usta, wydając się przy tym sycącym i masywnym (przyszła dziwna myśl, że gdyby ta czekolada była deserem, byłaby panna cottą). A jednak znalazła się w niej i pewna aksamitna łagodność, ta właśnie coraz bardziej mięknąca. Z czasem zaplątała się lekka soczystość, a suchawość jako pylistość dała popis, zostając na koniec.

W smaku jako pierwsza ruszyła słodycz. Mimo iż nie była intensywna, wydała mi się nadrzędna. Było w niej coś pudrowego, ale nie tylko. Pomyślałam o lukrze... miodowym? Może bardziej miodzie... soczystym... owocowym? 

Pod słodycz po paru chwilach jakby próbował podpełznąć, podkraść się gorzkawy dym, jednak niespecjalnie mu to wychodziło. Mignęło dziwne skojarzenie z ususzoną na ciemno, duszną morelą, ale zaraz zniknęła.

Lekka soczystość nieco uprzyjemniła słodycz. Pojawiła się pomarańcza o słodkim smaku owocu raczej suchego, ot... takiego tam. I jak się pojawiła, tak zaraz czmychnęła w kwiaty. Ich delikatna, rześka słodycz mieszała się z lukrowo-miodową. Zaobfitowało to w kwiaty białe, drobne, delikatne.

Nieśmiały kwasek próbował się utrzymać, ale w zasadzie były to jedynie sugestie owoców... może cytrusów, słodko-kwaskawych jabłek i... czegoś bardziej egzotycznego? Te były bardzo, bardzo przygłuszone, mgliste, jakby ukryte w kwiatach, ale coś tam wyłapałam. Karambolę o słodkim, cierpkawo-kwaskawym smaku mieszającą się z cierpkawą miechunką, upodabniającą się do pomarańczy? Wszelkie mocniejsze wyskoki tonowały chyba suszone morele - na pewno słodkie (stąd jedynie "cierpkawość", nie cierpkość).

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa poprzez pomarańczową nutę - chyba raczej skórki - weszła gorzkawość. Wydawała się nieśmiała, ale nieźle wyczuwalna. Przedstawiła się jako dym i skóra. Odzieży skórzanej nazbierało się całkiem sporo. Pomyślałam też o delikatnych, zamszowych podbiciach, ubraniu przesiąkniętym. Wyczuwać zaczęłam coraz więcej drzew... Wyobraziłam sobie wilgotne od ogólnej aury, mżawki, ale w pewien sposób ciepłe (jak aromatyczny sandałowiec?)... Trochę cierpkawe?  I... z dziwnie przylepioną, niepasującą słodyczą.

Miodowo-lukrowa słodycz wzrosła trochę, więc ogólnie bardzo wysoka nie była, ale istotna. Trochę drapała (mnie już jakoś w połowie tabliczki w tym momencie rozpływania się każdego kęsa się to rzucało). Dała kontrastowy efekt jakby tak ktoś w skórze, ramonesce wybrał się do wesołego miasteczka na lukrowe słodkości (chciałoby się rzec: ktoś w glanach z watę cukrową, ale akurat tej nie czułam - chodzi mi raczej o "klimat", który tu w nawiasie aż trochę przerysowuję).

Choć skóra i gorzkość miały ciepły wydźwięk, drzewa były ogrzewane słońcem, to jednak to takie... jesienne ciepło. Gorzkawość zaczęła mieszać się z maślaną nutą, która jeszcze ją osłabiła, prawie zupełnie zabijając.
Wilgoć też czuć. I tu kwiaty w końcu zmieniły się w napar. Usta zalał mi zaparzony rumianek. Stał na czele herbacianej mieszanki kwiatowo-ziołowej. Słodkawy, delikatny, a jednak ze specyficzną nutą polno-ziołowo-kwiatkową. Wyobraziłam sobie miody o takich nutach. Napar może posłodzono właśnie miodem jasnym i delikatnym, ale... z kwaskiem? 

Kwiaty zmieszały się z kwaskiem, przekładając się na myśl o delikatnym jogurcie. Jogurcie śmietankowym, w jakimś cierpkawo-owocowym wariancie. Może wiśnia nieśmiało się odezwała? Albo jednak cytrusy? Jogurt z czasem wydał mi się aż śmietanowo-ciężkawy, łagodzący wszelką gorzkość, co wykorzystała cierpkość.

Posmak był więc właśnie cierpko owocowy: pomarańcza i karambola zawiązały sztamę, co przypieczętowała wiśnia. Połączyły ciepłą soczystość (pierwsza) z egzotyczną wilgocią (druga). Myślałam też o drzewach, kwiatkach i... liściach... czy raczej listkach suszonych na herbaciane napary. 

Tabliczka wyszła dość kontrastowo, niestety za delikatnie i słodko. Kwasek wydawał się przymglony, a gorzkawość niedomagała. Gorzkości w zasadzie ani przez chwilę nie uświadczyłam. A jednak nuty miała ciekawe. Pomarańcza i egzotyczne owoce (karambola, miechunka), skóra i dym trafiły na delikatne kwiaty, napary. Niby klimat chłodu, ale i wątki kojarzące się z ciepłem. Takie to... dualne: drzewa, żywe kwiaty i liście egzotyczne, wilgotne, ale też ciepłe napary "kwiatkowate", liście przesiąknięte jesienną aurą, a ogrzewane słońcem. Owoce soczyste, a jednak z echem suszonych moreli. Wszystko mogłoby zachwycić, gdyby nie odstająca, denerwująca słodycz. Lukrowo-miodowe elementy nie pasowały, były nachalne. Nawet nie to, że za mocne, a niepasujące. Po prostu trudno o coś, co by słodycz należycie zdominowało. 

Miód, pomarańcze, sporo owoców (ale głównie suszonych), drzewa i skóry czułam również w 70%. W ogóle były bardzo podobne. Już 70% denerwowała słodyczą. 80% nie poszła w stronę gorzkości, jej słodycz nie wydawała się niższa. Po prostu wyszła bardziej cierpko (bardziej przy porównywaniu, ale też nie bardzo cierpko) i świeżo owocowo. Kolorystyka owoców (pomarańczowe) nawet się zgadza, ale... niestety ta cierpkość nie przełamała słodyczy, a kontrastem sprawiła, że jeszcze bardziej na nią chyba uwagę zwracałam. Wydają się na tym samym poziomie, a o innych wydźwiękach. Wprawdzie bardziej podobał mi się obraz narysowany przez 70%, słodycz dla jej zawartości jest zrozumiała i tam nie odstawała, ale co z tego, skoro bardzo męczyła? Realnie niższą słodycz dzisiaj opisywanej odebrałam jednak lepiej, więc ocenę nieco podwyższam.


ocena: 7,5/10
cena: 29 zł (za 60 g - cena półkowa)
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier trzcinowy

niedziela, 29 maja 2022

Definite Chocolate 70 % Dark Chocolate Dominican Republic Oko-Caribe ciemna z Dominikany

Lubię poznawać nowe marki, ale nie lubię mieć tego poznawania zbyt "stłoczonego". Najlepiej znane nieznanym przedzielać. Myśląc o nieznanych, a posiadanych trochę nie bardzo wiedziałam, które by tu "ogarnąć". Definite wydało mi się eleganckie, a zarazem nie obstawiałam, by miały stać się jednymi z moich naj-naj. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurało mi się, że to brytyjska marka (a akurat na tamten moment kilka stamtąd mi podpadło). A przecież Definite to rodzinna firma z Republiki Dominikany, tworząca właśnie lokalnie. Za wiele na swojej stronie nie napisali, ale trudno. W ofercie znalazłam tylko kilka tabliczek, co w zasadzie wydaje się uzasadnione. Pokazują, czym potrafi smakować region i dobrze. Po co przesadzać? Ja nie przesadzałam i kupiłam tylko 3 ich czyste tabliczki.

Definite Chocolate 70 % Dark Chocolate  Dominican Republic Öko-Caribe to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Republiki Dominikany, z okolic miasta Pimental, z prowincji Duarte.
Ziarna fermentowały w drewnianych skrzyniach przez 6 dni; suszone na słońcu 7-10 dni.

Po otwarciu rozbrzmiały soczyste pomarańcze z charakterem wzmocnionym goryczkowatą skórką. Lał się z nich słodko-kwaśny sok, mieszający się w tle z leciutkim kwaskiem nabiału (kefiru?). Ten jednak zaraz stawał się niemal nieistotny, bo do pomarańczy dołączyły cieple drzewa. Pomyślałam o słodkawym, orientalnym sandałowcu. Odnotowałam trochę orzechów i motyw skóry, zamszu. Skórzana galanteria nasilała się w trakcie degustacji. Te nuty zaprosiły wytrawniejsze i korzenne nuty przypraw, m.in. pieprzu. Pomyślałam o słodkim chili, czerwonych owocach egzotycznych, np. tamarillo z ostrawymi skłonnościami i wciąż soczystością. Także z nią wiązała się wysoka słodycz. Dominował wprawdzie miód, ale pojawiły się też owoce suszone, w tym morele (jakby naturalne, brązowe - lekko duszne?).

Tabliczka z wyglądu zapowiadała kremowe mięknięcie, mimo pewnej porcelanowości. Podczas łamania bardzo głośno trzaskała, gdyż była przepotężnie twarda i zbita, co widać w nieco ziarnistym przekroju.
W ustach rozpływała się ochoczo, powoli i bardzo kremowo. Skrywała pewną suchość w swej kremowości. Zmieniała się w miękki kawałek, początkowo zachowujący kształt. Opływał budyniem, aż w końcu sam stał się budyniem rzednącym, który powlekał podniebienie średnio lepkawymi smugami. Soczystość nieco je rozrzedzała. Wyłaniały się drobinki niedomielonego kakao. Czekolada była tłustawa w sposób minimalny, pozostawiała po sobie drobny, pyłkowy efekt.

W smaku uderzył miód, skapując coraz to gęstszym "deszczem" i obklejając inne nuty.

Poczułam słodką suszoną morelę. Wyszła niemal trochę dusznie, z goryczką. Oczami wyobraźni patrzyłam na ususzoną na brązowawy odcień (naturalną, bez siarki), trochę stęchławą. Mieszała się z miodem, umocniła "pomarańczowe" (w kolorze) tło pod owoce. Już ona wprowadziła przyjemną soczystą kwaśność.

Miód płynął bez ograniczeń i w tle wyłapałam cukrowość. Był to cukier lekko palony, ale i tak chwilami irytujący. Epizodycznie przybierał na klarowności.

Paloność zasugerowała goryczkę. Odchodziła od ciemnych, suszonych moreli. Prędko stała się drzewami. Biło od nich ciepło orientu. Pomyślałam o wonnym, aż nieco soczystym sandałowcu i skórze. Może... drewnie lekko zwęglonym? Palonym jako kadzidła? Na węgielku?

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa suszone owoce i cukier zaserwowały mi rodzynki, które  natychmiast zalały cytrusy. Kwaśność wzrosła i choć kompozycję przecinała cytryna, wyraźnie dominowała pomarańcza. Początkowo suszona, w dużej mierze jako skórka, rozkręciła się. Pomyślałam o suchawym, ale świeżym i surowym owocu. Może mało soczystym jak na pomarańczę, ale tu w zasadzie pasującym. Za nią chyba wyłapałam świeże morele i żółte śliwki (?). Pomarańcza i ta "pomarańczowość" mieszały się z orientem i coraz słabiej miodowymi akcentami.

Te zmieniały się w lekką cierpkość. Owoce też ją przejawiały, wraz z pewną wytrawnością - do głowy przyszło mi ostrawe tamarillo, coś papryczkowatego. Gorzkawość trzymała się niskiego poziomu, ale trochę się przedarła jako orzechy laskowe i drobna pikanteria pieprzu. Pomyślałam o jakimś ostrzejszym kremie z orzechów laskowych. Takim, który zrobiono z orzechów wraz z ich gorzkawymi skórkami. Drzewa zmieszały się z nimi poprzez ciepło. Orzechy nieco się rozmyły; spod motywu skórek wyłaniały się podprażone i naturalnie słodkawe. Podprażone, że aż wytłoczył się z nich olej? Zrobiły się mniej jednoznaczne, wydały mi się... pokryte cukrem? W tle mignął lukier?

Na koniec do głowy przyszło mi delikatne, nieco oleiste smarowidło / pasta z orzechów różnych, do której dołączyło sporo maślaności, cukrowości. Ciepłe drzewa odeszły na tło, pomarańcza i owoce zaskarbiły sobie goryczkę. Co do jednej sztuki się ususzyły.

W posmaku został właśnie takowy krem orzechowy z nutą skórki pomarańczy, odrobinka soczystości i przeogromna, aż cukrowa słodycz. Niby zachowała pewne ciepło, paloność, ale i tak irytowała także jako drapanie w gardle. W ustach z kolei czułam suchość (drzew? skóry?).

Całość wyszła smacznie, ale za słodko, a przez to delikatnie. Podobał mi się wydźwięk suszonych owoców (morele, pomarańcza, rodzynki), nacisk na skórkę pomarańczy, pikantniejsze owoce i ciepłe drzewa. Odrobina orzechów i łagodząca kremowość średnio pasowały, bo jakby hamowały siekierowość. Słodycz suszonych owoców byłaby bardzo miła, gdyby nie dominowała, pokrywając wszystkie nuty. O ile o kwaśności można tu śmiało mówić (choć takiej integralnej ze słodyczą, w pełni owocowej), tak o gorzkość trudno. Wyszła delikatnie jak motyl... z pyłkiem na skrzydełkach... lub jak rój motyli, który próbuje kogoś obsiąść, przytłaczając tym samym.

Była inna niż ostatnimi czasy jedzone czekolady z Dominikany; najbliżej jej chyba do także za słodkiej, miodowej Ajali. Gorzkawość tej to jednak bardziej herbata i orzechy (różne, ale do nazwania), niż drzewa i orzechy, a jednak... obie kojarzyły się z kremem z orzechów. Łączą je też suszone owoce (jakby miodowe, choć Ajala to bardziej "banany i inne"). Mimo iż obie zawarły dużo cytrusów, Ajala to więcej owoców ogółem. 
Miód, lekkie przyprawy korzenne, suszone owoce to też Georgia Ramon Dominican Republic 72 % Sweetened with Date Sugar, ale słodycz wspomnianej była zintensyfikowana cukrem daktylowym, stąd trudno o wyłapywanie podobnych konkretów. Tych mogłoby się jeszcze parę znaleźć (ale nic jaskrawo zapadającego w pamięć), bo w końcu kakao do obu kupiono od kooperatywy Oko-Caribe.


ocena: 7/10
cena: 29 zł (za 60 g - cena półkowa)
kaloryczność: 555 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy