Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soklet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Soklet. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2022

Soklet 70 % Dark Chocolate Black Garlic ciemna z Indii z czarnym czosnkiem

Po ryzykownym (w moim odczuciu) wege-lodówkowym deserze (recenzja za kilka dni) i po kontrowersyjnej (pewnie według wielu osób) Naive z lukrecjowo-cytrynowo-słonawym chrupaczem, przyszła pora na coś niezwykle... szokującego dla mnie. Soklety uwielbiam, a jednak tego "nie chcę...ale może jednak". Otóż kiedyś pojawiło się to w Sekretach Czekolady i zaczęłam dopytywać z ciekawości, jak to, czekolada z czosnkiem?! Co to ma być?! I pytałam, czy ten czarny jakoś się od normalnego różni. Byłam po prostu zdziwiona, że można to połączyć. Szczerze? Brzydziło mnie to, a wizja paskudnego czosnku w cudownym Soklecie wydała mi się aż sprawiająca ból. Nie cierpię czosnku, choć mogę go znieść np. w indyjskich / tajskich daniach, gdzie nie ma go za wiele etc.; tam, gdzie pasuje. Do czekolady jednak? I tak z Piotrem z Sekretów pisaliśmy, że wyszło, iż w zamówieniu i ta miała się znaleźć, co było po prostu niedogadaniem się. Gdy znalazłam tę tabliczkę w paczce, zamurowało mnie. Chciałam wyjaśnić sprawę i stanęło na tym, że za to dziwo jednak nie musiałam płacić. Niby dobrze, ale... to wciąż było u mnie. I choć data długa, uznałam, że spróbuję i będę mieć z głowy. Biorąc pod uwagę, że to kochany Soklet, nie darowałabym oddania np. ojcu bez spróbowania. Bo co, jeśli czarny czosnek rzeczywiście smakuje - jak mówią - słodko, subtelnie; bez specyficznego czosnkowego aromatu? Czyli coś jak słodkawy i soczysty młody tajski, a więc tolerowany przeze mnie? Zawsze to kolejna ciekawostka spożywcza (lubię takie odkrywać, choć niekoniecznie zawsze w czekoladach). I co, jeśli dodatku dodano malusieńko? Postanowiłam zaufać uwielbianej marce i w sumie... po czekoladę sięgnęłam sceptycznie, acz bez gigantycznego strachu, jak przemyślałam to i owo.

Soklet 70% Dark Chocolate Black Garlic / Schwarzer Knoblauch to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Indii z gór Anamalai, plantacji Regal z czarnym czosnkiem.

Po otwarciu przyatakował mnie wytrawnie-soczysty czosnek i ogrom miodu. Ten był słodziutki i wonny, lekko cierpki... Pomyślałam o miodzie ze spadzi iglastej i leśnych kwiatach. Nieco pikantniejszym? Aż ostrawo-cynamonowym? Wyraźnie czułam ostrość przypraw i ziół, co podkreślało czosnek i wraz z pieczono-prażoną, ciepłą nutą przełożyło się na skojarzenie z czosnkową bagietką. Choć intensywny, czosnek wcale nie był tu bardzo ordynarny, zawarł w sobie pewną świeżość. O dziwo nie zagłuszył miodowości czekolady i nie był obrzydliwy, choć przyjemnym za nic go nie nazwę. Byłam podejrzliwa, ale też zaintrygowana, mimo że czosnku nie lubię.
Gdy wyjęłam z opakowania tabliczkę i powąchałam puste opakowanie - ono z kolei czosnkiem dosłownie waliło - dziwne.
Zainteresowana Mama powąchała czekoladę (wiedziała, za co tego dnia się biorę) i uznała, że też czuje bagietkę z czosnkiem.

Tabliczka, choć ciemna, już wyglądem straszyła, bo przebijały się czarne plamki - czosnku, jak się okazało. Ona sama trzaskała średnio głośno i była twarda, jednak dodatek nadał jej pewnej łamliwości.
Czosnek dodano w ilości średniej jako posiekane, średniej i sporej wielkości kawałki. Okazały się lepkawo-jędrne, kleiste (trochę jak suszone śliwki). Trafiały się nie w każdej kostce: z tego co zjadłam i przyglądając się, chyba wychodzi pół na pół (przy czym kostki, w których był, były pełne kawałków, jak kostka bez to zupełnie bez - obstawiam jednak przypadek).
W ustach rozpływała się bardzo długo, mięknąc, a jednak zachowując kształt prawie do końca. Robiła to w sposób początkowo nieco oporny, albo raczej grożąc oporem... Okazała się trochę chropowata, ale z czasem przystająca na kremowość. Wymykała się z niej soczystość. Istne tsunami, które zaświadczyło o tym, iż była mało tłusta. Wypuszczało to z siebie kawałki czosnku. Za gryzienie go brałam się, gdy czekolada już zniknęła. W ustach okazał się zwarty i soczysty, świeżawy... trochę jak kandyzowane owoce, trochę jak suszone śliwki; miękkawo-lepki. 

W smaku przywitała mnie czosnkowa mgiełka, bo, jak się okazało, całość - zwłaszcza kęsy bez dodatku! - nim przesiąkła. W zasadzie cały czas wisiała nad rozchodzącymi się nutami czekolady, a jednak nie dominowała... tak zupełnie. O dziwo, czosnek w kęsach bez jego kawałków, wyszedł nawet bardziej ordynarnie czosnkowo niż w tych, gdzie był.

Prędko rozeszła się goryczka i pikanteria ziół oraz przypraw, w tym korzennych. Najpierw wyszło to dość wytrawnie, choć poczułam również słodkawy cynamon. Zaraz zmieszał się z czymś bardziej ostro-soczystym i ciepłym. Pieprzem? Czosnek pobrzmiewał wśród całego splotu przypraw i gorzkich ziół.

Daleko w tle mignęły mi jakieś egzotyczne, pikantnawe owoce. Wniosły kwaśność, może trochę cytrynową... Może jak duet imbiru (i innych przypraw?) z cytryną? Nie była jednak jasno sprecyzowana.
Ciekawa sprawa wyniknęła przy kwaśnych nutach jakoś w tym momencie. W kęsach, gdzie był kawał lub kawałek czosnku, wpisywał się w kwaśność. Mało tego! Dokładał się do niej, acz pozwalał, by także słodycz dołączyła do kompozycji. Co ciekawe, ostrość przypraw ogółem wydawała się niższa w kęsach z czosnkiem. O dziwo, od kawałków rozchodził się smak owocowo-czosnkowy, w momencie gdy bez kawałków czosnku, nad czekoladowością unosiła się nuta czosnku-czosnku.

Po pewnym czasie zorientowałam się, że przecież także słodycz w tym wszystkim się tliła, a następnie zaczęła rosnąć, by w połowie rozpływania się kęsa wyjść na starcie z czosnkiem (zwłaszcza w kęsach bez kawałków dodatku). Pomyślałam o słodko-miodowym sosie teriyaki (a przynajmniej tego typu orientalnym), bo... słodycz trafiwszy na nutę czosnku i ją jakoś dosłodziła. Nuty związały się ostrością. Jak ciemny, charakterny miód, np. gryczany czy ewentualnie ze spadzi iglastej. Mieszanka tego aż ociepliła gardło. Ostra kwaśność wzrosła, jednak... połączyła to z pewnym kwiatowo-rześkim echem. Bardziej roślinnym? W pewnym momencie zrobiło się miodzikowo-cukrowo, szokująco słodko, przy jednoczesnym wyraźnie czosnkowym smaku. Słodycz zrównała się z wytrawnością. Czosnek nie osłabiał słodyczy, ale spłycał jej wydźwięk.

W przypadku gryzów z czosnkiem obok słodyczy cały czas rozchodziła się delikatna kwaśność. Wdzięczyła się jako orientalnie-owocowa, soczysta i łagodna, kwaśno-słodkawa. Sok cytrynowy płynął i z czekolady i... z czosnku. Podkreślił w czekoladzie nuty owoców, ale... jakby je przejął. Pomyślałam w końcu o suszonych wiśniach, czereśniach... Chwilami bardziej o śliwkach. Jakby to je starał się udawać czosnek. Udanie, ale czosnkowego rodowodu całkiem się nie wyzbył. Orientalne owoce czułam głównie właśnie w kęsach, gdzie on był, znacznie mniej w tych, które zrobiłam potem. 

Przy słodyczy i ciepłych, korzennych przyprawach na jaw wyszedł prażono-pieczony motyw. Kontynuował ciepło. Zdarzyło się, iż w tym momencie wyłapałam nutę pieczonych, kwaskawych jabłek z cynamonem. Mało uchwytnych jednak, schowanych w cieple. Kryły się w nim też orzechy, pewna gorzkość i... mocno wypieczona bagietka. Jeszcze ciepła? Bagietka czosnkowa z innymi przyprawami, a więc też soczystszym np. imbirem, ziołami i... z nutą fromage? Te bagietkowe tony wyraźniejsze były w kawałkach czosnku pozbawionych (a tylko przesiąkniętych nim).

Kwasek znów pobudził nieco soczystość, rześkość bardziej owocową. Pomyślałam o czerwonych, ale suszonych. Czosnkowo-ziołowe nuty wyraźnie przerobiły wszystkie wiśnie i czereśnie na ich suszone wersje. Suszone, albo kandyzowane...? Lepkie suszone śliwki! Słodko-muliste i z odrobinką kwasku. O ten zawalczyły cytrusy. Je wyraźnie czuć dopiero w okolicach kawałków. Pod koniec także kawałki bez dodatku trochę tymi nutami smakowały.

Bliżej końca kompozycja łagodniała i przejawiała aż śmietankowo-maślane motywy. Słodycz natomiast, dość wysoka, płynęła jakby obok tego wszystkiego, jako słodziuteńki miodzik. Bazowo czekolada wydała mi się delikatniejsza, aż mdława właśnie przy wyłaniających się dodatkach.

Czosnek, gdy się wyłaniał, zaczynał dominować, ale nie tylko jako smak czosnku, a owoce, o czym już pisałam. Po zniknięciu czekolady, łatwo o niej zapomnieć, bo zostawał on. Dziwnie soczysty (trochę jak świeży imbir), udający owoce do czasu, aż zaczęłam go gryźć. Trochę... ogólnie ziołowy, ale w świeżym sensie. Jak... młody szczypiorek; rześki jak... trawa cytrusowa, a jednak też korzenny. Korzennie-słodki. Przypominał trochę suszone, lepkie śliwki i wiśnie, acz ze specyficzną nutą podkwaszonej słodyczy, jakby przyprawione. Dopiero porządnie pogryziony był już bardziej czysto, aż ostrawo czosnkowy. Dziwnie orientalny, ale zasadniczo czosnkowy - to nie podlegało dyskusji.

Po zjedzeniu został posmak głównie czosnku, a jednak nie był straszliwym "waleniem z gęby", zestawiony z miodem i delikatnością nieokreśloną. Trochę oddawało to moje wyobrażenie o ciepłym mleku z miodem i czosnkiem, co pokutuje jako "tradycjonalna, babcina mikstura lecznicza" (a czego ja nigdy nie piłam). Tu oczywiście "mleko" raczej należy zmienić z "czekolada", o czym świadczyła gorzkość... nie tylko jednak kakao, a głównie ziołowa. Osobiście, przez ten czosnek, czułam po degustacji potrzebę umycia zębów. I jakoś po 4-5 kostkach było mi bardzo nieprzyjemnie. Przy piątej mnie zemdliło, a po umyciu zębów przez cały dzień wspomnienie czosnku jakoś tak... powracało.

Całość rzeczywiście wyszła czosnkowo, ale i nie... I to było takie dziwne! Może odebrałam ją jako tak mocno czosnkową, bo go nie lubię i jestem czuła. A jednak został tak wtłoczony w dobrą, wyrazistą czekoladę, że nie było to obrzydliwe, a do pewnej chwili ciekawe. Może nie smaczne według mnie, ale jako ciekawostka do zjedzenia... Trochę. Przy 5 kostce od czosnkowości mnie zemdliło (przy czym 2 w tym były bez kawałków czosnku) i resztę oddałam Mamie, ażeby może spróbowała. O ile w tajskiej kuchni trochę czosnku tajskiego potrafi wydać mi się w sumie ok i ciekawe (o czym pisałam przy np. boczku po tajsku z Molam na instagramie), tak w czekoladzie nawet połowa tabliczki ważącej 50 gramów to dla mnie o wiele za dużo. W moim odczuciu czekolada i czosnek po prostu nie łączą. I śmiem twierdzić, że nie tylko "bo ja nie lubię..." - jak widać, gdzie bardziej pasuje, potrafi mi nie przeszkadzać, a całe danie nawet smakować. Najdziwniejsze było, że tam, gdzie znajdowały się kawałki czosnku, smak był... bardziej owocowy niż czosnkowy. Bez dodatku, a tylko przesiąknięta czekolada, mdląco waliła czosnkiem.
Mama przypomniała mi, że "ludzie ogółem chyba lubią czosnek" i właśnie... zasadność robienia takiej czekolady więc pewnie jest (a do mnie trafiła przypadkiem). Także ona z ciekawości spróbowała dosłownie gryza bez czosnku i gryza z. O czekoladzie bez dodatku: "o fu, ja już tu ten okropny czosnek czuję! I ciemną czekoladę, fu, ja nie chcę tego jeść!" i wypluła. Potem, krzywiąc się, spróbowała z dodatkiem. Była w szoku: "wow, to tak wyszło... niby ciemna czekolada, ale ten kawałek - czosnku? - wprowadził taki fajny słodko-kwaśny smak owoców suszonych, jak ja teraz lubię. I takie soczyste, rześkie to było, a czosnek i gorzkość dopiero w tle. Na koniec już i tu trochę ten czosnek bardziej czuć, ale ta część była nawet ok, tylko że ciemna". Więcej oczywiście nie chciała i czekolada poszła dla ojca (fana czosnku). Mama stwierdziła, że "kawałek z dodatkiem powinien mieć co najmniej 7, a ten bez był niesmaczny".

Świeży, słodkawo-soczysty i ogólnie ziołowy, dziwnie słodko-kwaśny i suszonoowocowy czosnek jakoś zgrał się z pikanterią cynamonu, imbiru i innych korzenności oraz owocowymi nutami. Tabliczka wyszła soczyście-wytrawnie orientalnie, a jednocześnie słodko. Wydała mi się jednak mniej słodko-pikantna "czekoladowo" niż 70 %, a bardziej słodko-czosnkowa, kontrastowo. 
Czuć, że baza była podobna do 70%, która to jednak wyszła bardziej świeżo owocowo; i to w kontekście leśnych, czerwonych i cytrusowych oraz orzechowo; czułam w niej śmietankę / twaróg i kawę. O ile w 70% się zakochałam, tak czosnkowa wersja... mnie nie obrzydziła... aż tak bardzo, jak się spodziewałam, że to zrobi. A w przypadku takiej kompozycji to plus. Ja jednak nie jestem przekonana do takich połączeń w czekoladzie. Czosnek może i ciekawie pewne nuty przemodelował, ale czy efekt był na pewno smaczny? Nie był niesmaczny jako dodatek, ale nie mam zamiaru dodawać jakichkolwiek punktów za to, że "tabliczka nie wyszła obrzydliwie". Bo... miejscami była.
I właśnie... w sumie nawet to, że były kostki z kawałkami i bez (te dziwnie przesiąkły) wydaje się mieć sens... U mnie źle wpłynęło na odbiór, ale raczej ktoś, kto czosnku nie lubi, takiej czekolady by nie kupił. Nie chcę jej więc skrzywdzić oceną. Po przekonaniu się, jak smakuje czarny czosnek, wystarczyło mi, więcej nie chciałam jeść, a najlepiej, gdyby wcale się u mnie nie znalazła, więc ocenę staram się jakoś wyważyć. Przystępna, zrobiona dobrze, ale po prostu zgodnie z tytułem...  tabliczka pozostawiła niesmak po marce ogółem. Kocham czyste Soklety, a o tej wolałabym zapomnieć.


ocena: 6/10
cena: 27 zł (za 50 g; cena półkowa; u mnie okazała się gratisem)
kaloryczność: 593 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: ziarna kakao, cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, czarny czosnek

wtorek, 1 marca 2022

Soklet 100 % Indian Origin ciemna z Indii

Marka Soklet zapadła mi w pamięć jako ta od "przeboskich czekolad w przepięknych, szlachetnych opakowaniach". Ciekawiła mnie ich setka, acz kupiłam ją nie dlatego, że to setka, a ze względu na to, że po prostu stęskniłam się za marką. Tabliczka trafiła do szafki aż nadszedł dzień, w którym to czułam głód kakao. Otóż w ciągu dni poprzedzających dzień degustacji Sokleta otwierane czekolady jakoś mnie nie satysfakcjonowały: a to zawartość licha, a to licho-oszukańcza, a to cukier nie ten. Chciałam wreszcie coś mocnego i głębokiego w nuty (chociaż akurat co do głębi to z setkami różnie bywa, chodziło mi o głębię Sokletów). Przy tej tabliczce (z opisu) dowiedziałam się (albo sobie przypomniałam), że używają kakao z własnej plantacji, właśnie Regal, która to jest u podnóża gór Anamalai (inaczej Góry Słoni).

Soklet 100 % Dark Chocolate Indian Origin Tree To Bar to ciemna czekolada o zawartości 100 % kakao z Indii z gór Anamalai, plantacji Regal.

Otwierając, trafiłam na szaleńczy wyścig słodkich orzechów i naturalnego miodu. Wyobraziłam sobie dziadkową pasiekę, ule i miód prosto z takich, nawet może lekko zanieczyszczony pojedynczym źdźbłem, co było sielsko-urocze. Wyobraziłam sobie, jak miód ten trafia do kuchni, a zaraz wsiąka w twaróg na świeżej bułce. Twaróg zdradzał lekki kwasek, mimo że ogół był aż niewiarygodnie słodki. Puścił oczko do soczystszej, nieco owocowej nutki w tle. Wyłapałam bardzo słodką wiśnię, wręcz wisienkę. Jej woń przybrała na znaczeniu z czasem, zwłaszcza już w trakcie degustacji. Orzechy też przejawiały naturalną słodycz, choć je podkreśliło drobne prażenio-pieczenie (też związane z "bułeczkowością"?).

Tabliczka przy łamaniu trzaskała głośno jak suche gałązki, popisując się twardością, a po chwili także ziarnistym przekrojem.
W ustach rozpływała się powoli, ale bez trudu. Zmieniała się w gęstą maso-zawiesinę z minimalnym szorstkawym efektem, zostawiającą lepkie jak smar smugi. Skojarzyła mi się z twarogiem, w który wsiąknął miód i nieco go rozrzedził. Była mazista i kleista, ale nie męcząca w tym. Trochę przytykała, ale zaraz odpuszczała. Wymykał się z niej bowiem sok. Mimo drobnej oleistości, nie była jednak bardzo tłusta, a nawet w pewien sposób... lekkawa? Znikała zostawiając usta czyste, ale z wyczuwalnym lekkim ściągnięciem.

W smaku pierwszy pojawił się naturalny, niemal orzeźwiający jogurt. Był pełny, wręcz śmietanowawy i trochę kwaskawy.

Spod niego rozpłynęła się po ustach spokojna gorzkość. Wydała mi się lekko pieczona, lekko smolista i orzechowa. Jakby tak w jogurcie kryły się gorzkie orzechy? Przypominało to trochę kwaśność i gorzkość niektórych kaw z ekspresów.

Nabiałowa nuta z czasem zaczęła łagodnieć, kierując się w stronę twarogu, aż oczami wyobraźni zobaczyłam ogrom ledwo mieszczącego się na świeżo wypieczonej bułce sera białego. Był gęsto-grudkowy, wilgotnie-soczysty i pełen naturalnego smaku.

Lekki kwasek twarogu zdawała się podkreślać delikatna, soczysta nuta owoców w tle. Wydała mi się trudna do uchwycenia, ale... jakby zielona? Jak niezbyt dojrzałe kiwi?

A jednak na przodzie mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa moją uwagę zwróciła dynamicznie rosnąca słodycz. Zrobiła się zaskakująco wysoka. Należała dosłownie do miodziku, który leniwie wsiąkał w opisaną już kanapkę. Skrzył się jasnym złotem, był lepko-gęsty... Pomyślałam o miodzie polnym, wielokwiatowym... z wyczuwalną pewną polną roślinnością... Chwila słodyczy była dosłownie dziecinnie beztroska.

Potem pojawiły się wyraziste orzechy o nugatowym charakterze. Powoli, ale jakże dokładnie mieszały się z miodem. To bezdyskusyjnie był bardzo miodowy nugat. Przejęły część słodyczy i zdusiły ją. Z czasem stały się orzechami po prostu. Choć najpierw wskazałabym m.in. laskowe i pistacje, migdały, później wyszły bardzo niejednoznacznie i trochę... smoliście-oleiście? Gorzkość umocniła swoją pozycję. Z niej raz po raz wyskakiwały a to pistacje, a to migdały. Pod nie podkradał się kwasek, ale też łagodniejsza, tłuszczowa nutka. Swoich sił próbowała leciutka gorzkawość, ale wszystko to przełożyło się raczej na neutralność.

Pod jej wpływem wróciły myśli o "czymś zielonym", ale już nie w owocowym kontekście. Roślinność, pole, o którym myślałam przy miodzie zmieszały się z orzechami w jedno. Zasugerowały aż... warzywnie-strączkowe nuty. Mignęła delikatna zielona fasolka szparagowa / groszek cukrowy czy nawet brokuł... W oddali, nieśmiało, ale jednak. Orzechy po nich przybrały na charakterze, przeskoczyły na cierpką smolistość. W pewnym momencie zrobiło to aluzję do lekkiej ostrości... Jakby w tle gdzieś... schowała się albo... jednak nie. Nagle nie było już o niej mowy zupełnie.

Wszystko to rozjątrzyło kwaśność i nagle poczułam dużo soczystych owoców czerwonych. Przodowały kwaśne czerwone porzeczki, ale tuż-tuż za nimi rozchodziły się nieco słodsze, cierpko-szlachetne wiśnie. Przypomniały twarogowi o kwaśności, co dało efekt chlapnięcia kwaśnego dżemu na biały ser.

Dzięki temu w posmaku została właśnie soczysta kwaśność owoców i twarogu. Owoce jakoś przy nim wyszły niedookreślone, ale za to neutralność znów okazała się bardziej orzechowa. I po zjedzeniu właśnie znów czułam, jak słodkie to było. Myślałam więc o orzechach nugatowych... o miodowym nugacie.

Całość zaskoczyła mnie wyrazistą miodowością. Zwłaszcza zapach był szokująco wyraźnie miodowy. Słodki smak też wyszedł niecodziennie, acz już mieszał się z kwaśnością: nabiału i owoców. Gorzką tej czekolady na pewno bym nie nazwała. Dziwnie w pewnym momencie zaleciała roślinami, choć minimalnie. Była przyjemna i zupełnie niewymagająca. Jak dla mnie za prosta i... pewne nuty były zbyt leciutkie, przez co trochę mnie nudziła.

Kwiaty, miód i twaróg oraz rozmaite owoce w tym czerwone, a także pikanterię czułam w 82 %. 100 % jakby kwiaty zmieniła na pole / neutralność, a jej pikanteria... wygładziła się pod wpływem tłustości i kwasku? Tak to odebrałam. Nie była bowiem pikantna.


ocena: 8/10
cena: 27 zł (za 50g; cena półkowa)
kaloryczność: 547,52 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao

sobota, 2 października 2021

Soklet 57 % Indian Origin ciemna z Indii

Jadłam tylko dwie czekolady marki Soklet, a i tak zapamiętałam je jako arcypyszne. Ubolewałam więc, że nie dość, że są trudne do zdobycia, to jeszcze w ofercie mają tak niewiele. Stąd, gdy nadarzyła się okazja kupienia niejedzonych, nie czekałam. Mimo że nie były w pełni moje. W przypadku dzisiaj prezentowanej na ten przykład nie mogę pojąć, dlaczego nie dołożyli jeszcze chociaż tych trzech % kakao. 60 % to i tak byłoby niewiele, no ale zawsze coś... Przykro mi, gdy świetne marki robią takie niskie zawartości, bo zawsze sobie myślę, ile tak naprawdę dobra można wyciągnąć z kakao przy takiej jego ilości? Niezbyt mnie ona satysfakcjonuje, ale jednak wierząc w kunszt producenta, liczyłam, że może i tak kompozycja wyjdzie miło.
Jako ciekawostkę dodam, że region, z którego pochodzi kakao to Anaimalai Hills, zwane również Górami Słoni.

Soklet 57 % Dark Chocolate Indian Origin Tree To Bar to ciemna czekolada o zawartości 57 % kakao z Indii z gór Anamalai, plantacji Regal.

Kiedy rozchylałam złotko, uderzyła mnie słodka woń gęstego soku z marchwi, malin i bananów. Wyrazistego, naturalnego i z urokiem słodkości dziecięcych, acz szlachetnych. W trakcie degustacji bananowość tego wydała mi się aż niemożliwie i pudrowo słodka, lecz wciąż przyjemna. Słodziutkie maliny z czasem wzbogaciły swe towarzystwo o wiśnie w wydaniu również słodkim, bo jak z jakiegoś bananowo-mlecznego koktajlu. Przyozdobionego kwiatami, które też wyłapałam, Być może lekko przyprawionego? Czułam bowiem także ciepło... wanilii i innych przypraw? Jakby delikatne, słodko-ciepłe przyprawy zakręciły z leciutko prażoną, orzechową nutką? Chwilami snuła się też jakaś kasza i jej neutralność (bo nie gorzkawość).

Dość twarda i trzaskająca głośno - dziwnie akustycznie jak proste instrumenty drewniane - tabliczka ukazała ziarnisty przekrój.
W ustach jednak rozpływała się gładko i kremowo, choć zupełnie nie tłusto. Lekko oblepiała podniebienie gęsto-soczystymi smugami, znikając średnio wolno i trochę niechętnie.

W smaku od początku dała się poznać jako słodka. Przywdziała złotą szatę, a więc przypominała złocisty, może kwiatowy miód... tak wonny i soczysty, że chwilami to raczej "miodowo smakujące suszone owoce". Mignęły mi złote, miękkie suszone figi i... zanim na dobre zdążyłam się na nich skupić, uderzyło tsunami...

Po chwili-dwóch usta zalał mi smak słodkiego, gęstego i naturalnego soku z marchwi, bananów i malin. Banany były siłą napędową słodyczy; na pewno zrobiono ten sok z miękkich i niemal czarnych, bardzo dojrzałych. Marchewkowy wątek odpowiadał za naturalną szlachetność, a maliny podkręciły soczystość (choć nie miały cienia kwasku).

Przy neutralnym smaku marchwi szybko zaznaczyła swoją obecność subtelna gorzkawość i podprażenie, wnoszące ciepło i przełamujące słodycz. Pomyślałam o ciepłej kaszy, odrobinie orzechów. Na pewno sowicie przyprawionych w korzennym stylu. Mieszanka cynamonu, gałki muszkatołowej i kardamonu wyszła intensywnie i wyraziście, a jednocześnie nie ostro. Czyżby była to jakaś kasza z bananami? I tu słodycz się wlała. Słodycz... także ciepła. Do głowy przyszedł mi słodki, ciepły cynamon cejloński.

Banany mrugnęły do "złocistej strefy". Tam troszeczkę musnęły o kwiaty, figi i miodowość... te jednak były jedynie echem. Słodkie, aż lekko drapiące płatki kwiatów zdawały się otulać miękkie figi tureckie - jasne i tak słodkie, ze aż naturalnie scukrzone. Miód... wydał mi się taki... surowy, żywiczny. Leśny? Jak prosto z leśnej, kwiecistej polanki. A jednak wpisany w orientalny wydźwięk.

Smak soku marchew-malina-banan z pierwszego planu zrobił się za to bardziej soczysty. Pojawiły się słodziutkie granaty, a dokładniej ich sok, i... wiśniowo-bananowe mleku (kiedyś chyba widziałam takie Mullera?). Czy raczej owocowym shake'u? Przez moment wiśnie jakby chciały pochwalić się kwaskiem, ale jednak osiadły w dosłodzono-przyprawionej strefie. Możliwe że z mlekiem? 

Bliżej końca wróciła myśl o gorzkawej, ciepłej kaszy (może na mleku?), ugotowanej z przyprawami korzennymi. Te chyba nawet zapuściły się do leciutkiej ziemistości ziemi czarnej i rozgrzanej. Rozgrzewały, trochę urozmaiciły drapanie, które się zaczęło (pochodzenia słodyczowego). Pomyślałam o orzechach laskowych w cynamonie, wróciła marchew (bardziej jak z korzennego ciasta marchwiowego?).

W posmaku została właśnie słodziutka marchwiowość, lekkie, ciepłe przyprawy (cynamon, wanilia?) i niemal zasłodzenie... jako jednak że głównie bananowe, trochę tylko miodowo-kwiatowe, to nie takie straszne, a wręcz... rześkie.

Całość bardzo, bardzo mi smakowała. Może nie było tu gorzkości, ale mimo wysokiej słodyczy, ta marchew i orzechowo-kaszowość wyszły zadowalająco szlachetnie, prawie wytrawnie. Kwasku brak, a soczystości uświadczyłam bardzo wiele. Słodycz... w zasadzie aż ryzykowna, ale na pewno nie muląca.
Już w dzieciństwie nie przepadałam za smakowym piciem (teraz bardzo go nie lubię), ale akurat takie soki zdarzało mi się pić i takie połączenie było moim ulubionym wariantem. I tutaj... też się sprawdziło. Banany i maliny połączone marchwią z subtelnymi przyprawami i kaszo-orzechami to kompozycja ciepła i urocza. Przystępna i... chyba naprawdę uniwersalna.
Kwiaty, cynamon i miód, a także słodkie suszone owoce czułam też w 70 %, jednak owoce tamtej to charakterniejsze daktyle. Co więcej, w otoczeniu jabłek, gruszek, czerwonych i nawet cytrusów, przekładających się na kwasek. 70 % to mocniejsze, aż ostrzejsze przyprawy i orzechowa baza, gorzkością zahaczające o ziemię. 57 % to słodziutka delikatność.
Bliżej jej do Mirzam India 65 % o słodyczy nektaru bananowego, czerwonych owoców, cieple prażonych orzechów i korzenności. Mirzam 65 % była jednak ostrzejsza, bardziej korzenno-daktylowa, a jej orzechy to konkretnie laskowe i ziemne (w momencie gdy Soklet to "orzechy ogólnie", ewentualnie z przewaga laskowych).
Sok marchwiowy aż mi przypomniał pyszną Original Beans Femmes de Virunga 55 %.
Pyszna, acz ze względów bardzo subiektywnych (prawie brak kakaowej gorzkości) maksymalnej oceny po prostu dać nie mogę. 


ocena: 9/10
cena: 27 zł (za 50g; cena półkowa)
kaloryczność: 545 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarna kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, naturalny ekstrakt waniliowy

poniedziałek, 18 maja 2020

Soklet 82 % Indian Origin ciemna z Indii

Już sięgając po Soklet 70 % wiedziałam, że niedługo po niej będę chciała zjeść także drugą posiadaną. Jak różnica 10 % kakao wpłynie na nuty? Można by stwierdzić, że to raptem 10 %, ale właśnie! 10 % w mocniejszą, ciemniejszą stronę! Dotychczas z indyjskim kakao miałam do czynienia raczej w pobliżu 60 %, więc taka dawka tego regionu bardzo mi się podobała i nie mogłam się doczekać spróbowania jej.

Soklet 82 % Dark Chocolate Indian Origin Tree To Bar to ciemna czekolada o zawartości 82 % kakao z Indii.

Rozchyliwszy złotko, poczułam wyrazistą woń drzew i migdałów o łagodnym charakterze. Po czasie kompozycja wydała mi się ogólnie orzechowa, łagodna, acz ewidentnie korzennie przyprawiona. Doszukałam się niemal soczyście-wytrawnych ("pikantnych" to nieco za dużo powiedziane) motywów, ale też rześkich. Jakby... od przypraw odchodziły kwiaty, a następnie wprowadzały czerwone owoce i soczyste daktyle. Kwiaty w zapachu odegrały istotną rolę - jakby transportowały poszczególne nuty i mieszały je. Chwilami, bliżej migdałów, migało mi coś właśnie przyprawionego, wytrawniejszego (wędzono-soczyście serowego? mięsnego?), ale kwiaty i daktyle słodyczą (mimo że skąpą) zawracały myśli z tych torów.

Tabliczka przy łamaniu ładnie trzaskała i była twarda w idealnym stopniu. Przekrój wyglądał na średnio ziarnisty.
W ustach rozpływała się bezsprzecznie ziarniście, szorstko, początkowo tylko udając, że pójdzie w bardziej gładkim kierunku. Robiła to powoli, ale nie opornie. Jakby gładka grudka roztaczała gęstą, talkową zawiesinę, w której unosiło się całe mnóstwo mikroskopijnych drobinek, proszku. Odebrałam to jako  trochę soczyście-kredową mgłę. Nie była tłusta czy wodnista, ale zbyt kremowa też nie.

W smaku natychmiast odezwały się drzewa i migdały, tworząc świeżo-łagodną orzechową bazę. Przewodziły jakimś... tłusto-kremowym orzechom, drzewom iglastym (?), wraz z nimi budując delikatną gorzkawość.

Dobrały sobie z zapachu trochę przypraw. Wśród drzew doszukałam się lekkiego, soczystego kwasku. Wyraźniej jednak czułam jakieś słodko-korzenne, też charakterne. Na pewno cynamon, lekką goryczkę i soczystą prawieostrość. W soczystości kryły się owoce i, w pierwszej połowie rozpływania się kęsa, sporo kwiatów.

Mniej więcej w połowie pojawił się motyw... kremowego sera z orzechami? Trochę przyprawionego właśnie? Nagle nasiliła się ostrość - nazwałam ją sobie "wędzoną pikanterią". Mieszała się z serową nutą, ale należała do papryczek chili. Wprawiła w ruch soczystość i rześkość... Słodko-ostra rześkość lukrecji? Przez dosłownie moment wyraźnie ją poczułam.

Na dłuższą metę jednak to raczej... "Serowa soczystość" twarożku z orzechami i miodem? Pojawiła się słodycz. Połączenie przypraw z kwiatami umocniło i podkreśliło ją. Ostrawe zapędy nie zniknęły, ale wydźwięk zrobił się bardziej stonowany, toteż pomyślałam o charakternym miodzie, a zaraz potem soczystych daktylach. Daktyle wiązały się z soczystością, a po chwili trochę usunęły się na rzecz owoców czerwonych (od papryczek o takie skojarzenie łatwo) i bardziej kwaśnych. Na pewno czerwone porzeczki, z coraz większą ilością kwasku. Po ustach rozlała się cytrusowość cytryn i... cytrynowo-rodzynkowa...? Pomelowata? Oczami wyobraźni zobaczyłam jakiś taki miks, papkę z nich... Chluśniętą na coś bardziej nabiałowego.

Twarożek z owocami podtrzymał kwasek, jednak ta nabiałowość utrzymała delikatność i jedynie gorzkawy wydźwięk migdałowo-drzewnej bazy. Do głowy przyszedł mi jakiś starawy twarożek z własnym miodem (taki, o którym jakiś dziadek mógłby rzec: "jeszcze dobry"). 
Nie za mocno prażony smak, bliżej końca poprzez zawilgocone kwiaty, zbliżał się do wilgotnej, owocowej (podkwaszonej) papki i wilgotnej ziemi. Pod koniec serowo-mięsna wytrawność powróciła wraz z nierozgrzewającą ostrością. Drzewa, jak otworzyły występ, tak i go zakończyły.

Po zjedzeniu na bardzo długo został posmak kremowych, acz wytrawnych tworów (drzewa, orzechy, sery). Gorzkości za wiele nie było, za to soczyście-chłodząca kwaskawość już tak. W dużej mierze owocowa (głównie pomelo), nie miała problemu z wmieszaniem się w przyprawy i nabiał. Słodycz była niska, acz przyjemnie ze wszystkim spójna.

Czekolada wyszła zdecydowanie kwaśniej niż 70 %, choć nie jakoś specjalnie bardziej owocowa (w 70 % większą rolę odegrały daktyle, czułam mus jabłkowy / gruszkowy; wspólne są cytrusy i czerwone owoce - znacznie wyrazistsze w dzisiaj przedstawianej). W 82 %  sporo było nabiału i drzew (wręcz kwaskawych?). Na pewno czułam w niej mocniejszą pikanterię, o wiele mniej słodyczy (miód występował tylko epizodycznie), ale nie więcej gorzkości. To po prostu bardziej wytrawna tabliczka. Również przepyszna.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,59 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 549 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy

piątek, 15 maja 2020

Soklet 70 % Indian Origin ciemna z Indii

Za swoją pierwszą markę prawdziwych czekolad uważam Morina, którego to świadomie kupiłam przez internet kilka różnych tabliczek, jednak... początek-przedpoczątek mojej przygody z takowymi był zgoła inny, trochę dziwny. Otóż Earth Loaf 72 % ciemna surowa była moją pierwszą naprawdę porządną tabliczką, w dodatku surową. Degustując ją, właściwie nawet w pełni nie wiedziałam, z czym mam do czynienia. Być może to ze względu na nią mam specyficzny stosunek do kakao z Indii? A może dlatego, że to rzadki region? Gdy więc trafiła się możliwość poznania indyjskiej marki Soklet, promieniałam ze szczęścia. A jednocześnie czułam się trochę... speszona? Czym?
W Tamil Nadu w południowo-wschodnich Indiach rodzina Kumar od 2005 prowadzi niewielką plantację kakao, z którego to od 2015 wyrabiają czekolady. Hm, właśnie w 2015 na dobrą sprawę zaczęła się moja przygoda z prawdziwą czekoladą. Przypadek?
Tak jeszcze informacyjnie dodam: Soklet to marka kompanii Regal, pierwszej i jedynej indyjskiej tree-to-bar. Ich plantacja leży u stóp wzgórz Anamalai, blisko rezerwatu przyrody im. Indira Ghandi. To już mi niewiele mówi, ale za to opakowanie czekolady... aż krzyczało do mnie. Uważam je za przepiękne.

Soklet 70 % Dark Chocolate Indian Origin Tree To Bar to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Indii.

Gdy tylko rozchyliłam sreberko, poczułam intensywny zapach miodu. Powiedziałabym, że charakternego - gryczanego, ze spadzi iglastej lub innego ciemnego, a także ogrom rześkich kwiatów... niemal soczystych? Leśnych drobnych i jasnych róż. Soczystość ta kwiatami spajała miód z owocowymi motywami soczystych daktyli i gęstych, ciemnych musów z gruszek / jabłek z cynamonem. Wszystko to słodkie co niemiara! A jednak zarysowane na statecznej, orzechowo-migdałowej, lekko gorzkawej bazie. Przy nich oraz miodzie i cynamonie doszukałam się sugestii twarożku / śmietanki.

Suchawa w dotyku tabliczka ładnie trzaskała, ponieważ była odpowiednio twarda. W przekroju wydała mi się ziarnista, że aż "nakropkowana".
W ustach jednak rozpływała się bezproblemowo, mimo że naprawdę długo. Przez chwilę myślałam, że wyjdzie gładko, ale nie. Okazała się bardzo szorstko-ziarnista, z drobinkami niedokładnie zmielonego kakao. Początkowo wydawała się wręcz oporna, ale po chwili popłynął z niej sok. Zaczęła roztaczać nietłuste smugi / fale, lekko nimi oblepiając, a sama zachowując formę zwartej i jędrnej grudki. Odrobinę miękła, ale kształtu nie zmieniała.

W smaku od pierwszej sekundy poczułam charakterne przyprawy, wręcz pikanterię. Dowodził im wyrazisty cynamon. Za nim ukryło się echo owoców (jakiś czerwonych?).

Szybko mieszał się z miodem, który również pazurek miał. Drapiący, a jednak nie tylko za sprawą słodyczy, a właśnie też pikanterii. Niewątpliwie był to jakiś ciemny, wyrazistszy miód o głębokim, niemal ostro-kwaskawym smaku. Niósł też trochę lekkości.

Związana była z soczystością i szybko zasugerowała cytrusową nutę. Lekkość jednak po paru chwilach podłapały też kwiaty z zapachu i dzięki niej wychynęły na wierzch. Do głowy przyszły mi herbaciane róże - o płatkach ciężkich i wilgotnych (ogólnie jakby zawilgocone?). Wprawdzie były rześko-lekkie. Miałam wrażenie, że to też jakieś leśne, drobne kwiatki, ale... takie "uziemione", wymieszane z ziemią / ziemię porastające. Mowa tu o kwaskawej ziemi czarnej i wilgotnej, soczystej, gęstej... Kryła kwiaty, rosnące wśród nich czerwone owoce leśne. Opływał ją kwaskawy miód...

I być może to samo działo się z musem z jabłek / gruszek... niejednoznacznych, ale jednak... W nich upust dał kwasek. Tak jakby zmiksowano kwaśne owoce i dosłodzono je miodem. Czarna... nie, ciemna papka... może nie była ziemią, a daktylami? Też jednak podkwaszonymi. Może pośród wymienionych owoców zaplątały się również śliwki i te jakieś czerwone? Niewątpliwie do masy tej dodano mnóstwo soku cytrusów i rozgrzewających przypraw - duet cynamonu i sproszkowanego imbiru, które zahaczyły o goryczkę?

Pojawiła się łagodząca nuta tłustych orzechów i niemal neutralnych migdałów. Prażenie było niskie, więc wyszły bardzo świeżo; gorzkość odebrałam jako niemal iluzoryczną. Neutralność tych nut nasunęła z czasem na myśl naturalny, "dziadkowy" twarożek ze śmietanką. Tym razem to tu przewinęła się odrobina smakowitego kwasku, a ziemia, za sprawą przypraw,  uprzywilejowała się w kawę ("dziadkową" kwaskawą?).

W posmaku pozostało sporo pikantnego cynamonu i charakternej kawowej ziemi, podkreślonej soczystym kwaskiem cytrusów i jabłek / gruszek, a także orzechy i migdały, oraz słodycz wyrazistego miodu. Ostatni podczepił się pod owoce kwiatową nutą.

Muszę przyznać, że od razu skojarzyła mi się z korzenno-daktylową Mirzam 65%, która jednak była bardziej złożona, zwłaszcza gdy o przyprawy chodzi, a i serwowała raczej drzewa i banany, ogólnie była o wiele słodsza. To jednak korzenna pikanteria i właśnie cynamon Zottera Labooko India 62 %, któremu nie brak też kwiatów i migdałów. Zotter wydał mi się jednak głębszy, mimo że słodszy... A tym samym bardziej smakowała mi prostsza (ale nie prosta!), wyrazista w mniej nut Soklet. Pikanteria i maślanka z Earth Loaf 72 % miały bardzo zbliżony klimat do Soklet, acz owoce czułam w niej inne (Earth Loaf - wyraźne maliny, w Soklet coś czerwonoowocowego tylko pobrzmiewało, jak w Mirzam).

Soklet to kompozycja bardzo miodowa i esencjonalnie owocowa (co świetnie połączyły kwiaty) - kwaskawe musy z jabłek / gruszek, może daktyli z cytrusami, ale niepozbawiona też bazy orzechowo-migdałowej. Jej charakter pokreśliła ziemia, która jednak nie była aż tak istotna. Podobnie z kwaśnością - była kwaśna, ale ten kwasek zawsze "stał przy czymś". Pyszna - widziała mi się trochę jak połączenie Madagaskaru i Ekwadoru, zasypanych cynamonem.


ocena: 10/10
kupiłam: Sekrety Czekolady
cena: 17,59 zł (za 50g; dostałam zniżkę)
kaloryczność: 547 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: ziarna kakao, cukier trzcinowy