Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: z czekoladą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lody: z czekoladą. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food

Filmy science-fiction lubię, a i o pomysłach na przyszłość w kwestii jedzenia w kosmosie swego czasu coś tam czytałam, ale gdy zobaczyłam obiekt dzisiejszej recenzji, zatrzymałam się na chwilę. Przewijałam stronkę amerykańskiego sklepu z rzeczami w góry, bo ktoś z rodziny miał mi zrobić paczkę i niewiele mogłam tam znaleźć produktów naprawdę funkcjonalnych dla mnie, ale to coś wydało mi się tak dziwne, że aż zechciało mi się tego spróbować. Suche lody dla astronautów? Ale jak to tak? Nie umiałam sobie tego wyobrazić. A że akurat duet mięty i czekolady w lodach wspominam z sentymentem (ulubiony wariant w dzieciństwie), to dodatkowo kusząco zadziałało. Poprosiłam więc o to przy okazji. Nie zabrałam jednak tego w góry, bo zwyczajnie nie wiedziałam, czego się spodziewać - dziwaczne niespodzianki wolałam mieć w domu i nie lubię nadto się w górach zasładzać (od tego mam czekolady). Kompletnie nie wiedziałam, co zastanę w opakowaniu po otwarciu. Wiedziałam tylko, że to coś jest... lekkie. I na opakowaniu przeczytałam, że Astronaut Ice Cream zostało wymyślona dla misji Merkury NASA. Przez formę aż miałam problem, do jakiej to w zasadzie kategorii dać.

Astronaut Foods Mint Chocolate Chip Ice Cream Sandwich Freeze-Dried Ready-to-eat Space Food to liofilizowana kanapka lodowa w wariancie "mięta & kawałki czekolady" z ciastkami ("waflami") czekoladowymi; sztuka waży 31g.

Po otwarciu poczułam średnio mocny, ale dosadny zapach mleka w proszku. Poczułam się, jakbym wąchała tylko co otwartą paczkę takiego, które wystąpiło w towarzystwie słodyczy. Ta stanęła na średnio wysokim poziomie. Za jej sprawą odezwała się mięta, która jednak nie pchała się na pierwszy plan. Spokojnie łączyła się z mlekiem, co ogólnie dominowało. Musiałam bardzo się skupić, by zarejestrować, że ciemne warstwy oddają ciastka o palono-gorzkawym, kakaowym echu. 

Już kiedy tylko otworzyłam paczkę, a lodowy baton siedział jeszcze w papierku, wszystko to wydało mi się bardzo pyliście-lepkie. Papierek był dziwnie zawinięto-niedowinięty, więc trochę pyłku z batona się już posypało. Gdy go wydobyłam, trafiłam na spodziewaną już suchość i pylistość. 
Kanapka lodowa wyglądała na konkretną, była wysoka, ale niewiarygodnie lekka.
Brązowy wierzch był zwyczajnie suchy jak sucho-kruche herbatniki, natomiast miętowe wnętrze sucho-lepkawe. Nie wyglądało to na masywne, a takie, co to się zaraz rozwali. 
Przy łamaniu trafiłam na przepotężną twardość. Z kolei przy przekrajaniu baton rozwalił się, a część brązowa odskoczyła. W miętowej widać kilka małych kulek-łezek czekolady. Baton łamał się na kostko-kawałki. Bardzo dziwne doświadczenie, a to wszystko, nim spróbowałam!
W trakcie gryzienia całość krucho chrupała i trzeszczała. Wciąż była bardzo twarda. Zdecydowanie za twarda jak na tę wysokość, że jedzenie, gryzienie było problematyczne. Ja w zasadzie nadgryzałam i odłamywałam zębami kawałek po kawałku. Czasem zęby ześlizgiwały się z twardej miętowej części. Część brązowa podczas gryzienia przypominała suche i twardo-masywne ciastka, jednak miętową trudno mi do czegoś porównać... Skojarzyło mi się z trochę bezowatym pumeksem o zerowej wadze, skorym do wilgotnienia.
Kanapka gryziona była sucho-chrupka (czym przyprawiła mnie aż o ciarki) i nieprzyjemnie zaklejała zęby, więc wolałam pozwolić kęsom rozpływać się. Ciemne części oklejały zęby jak herbatniki, natomiast jasny środek jak wilgotniejące mleko w proszku.
W ustach kanapka lodowa bardzo szybko nasiąkała, miękła i rozpuszczała się. Częściom brązowym zajmowało to więcej czasu. Trochę trwało, nim nasiąkły i zmiękły, stając się gęstawą papką. Przypominały twardsze i suchsze herbatniki i takie ciastkowe warstwy z kanapek lodowych, a więc wykazywały zawilgocenie i były jakby stwardniałe. Wyszły znacznie masywniej niż jasny środek, który zamieniał się w pylistą zawiesinę dosłownie w sekundę, trochę oklejał zęby, przedstawiając się jako miękki pumeks i zaraz znikał. Czuć w nim dziwną, lekką gumiastą kleistość pełnego mleka w proszku.
W jasnej części zatopiono kilka kulek czekolady. Te potrzebowały chwili by... rozpuścić się ulepkowato-gumiaście. Wydały mi się proszkowo-tłuste, jak wiele kawałków niby czekolady w lodach itp., ale z tych bardziej przystępnych.
Kawałki czekolady rozmieszczone zostały bardzo nierówno. W 1/3 batona w ogóle nie wystąpiły, w jednym fragmencie był dosłownie kawałek na kawałku.
Łamliwe to i krucho rozlatujące się, nieprzyjemnie twarde, trudne w jedzeniu.

Popróbowałam oczywiście i całość, i rozdzielając na poszczególne części i odkryłam, że przy próbowaniu poszczególnych elementów łatwiej wyłaniają się wady. Jednak przez to, jak się to rozwalało, trudno cały czas jeść normalnie przegryzając się.

Brązowe części, nazwane przez producenta waflami, przedstawiły się jako zachowawczo słodkie, pszenne ciastka trochę kakaowe. Za nic nie nazwałabym ich waflami. Słodycz prędko rosła, wzbogacając się o palony motyw. Pojawiła się delikatna gorzkość i cierpkość kakao w proszku, acz wydawała się nie mieć siły przebicia zza słodyczy, którą nasilił środek. Części ciemne smakowały w zasadzie jak średnio wypieczone, lekko kakaowe herbatniki.

Część jasna uderzyła wysoką słodyczą i pełnym mlekiem w proszku. Śmietanką wręcz. Słodycz rosła bez trudu. Wyłoniła się z niej olejkowa mięta. Mieszała się z mlekiem tak, że łatwo o myśl o zwykłych lodach miętowych, lecz czuć było specyficzny motyw... liofilizacji? Chyba można to tak ująć. Słodycz z czasem trochę męczyła, a oprócz cukru czułam w niej lekką sztucznawość. Śmietanka jednak robiła, co mogła, by to ukryć. Mięta nasilała się z czasem do tego stopnia, że na końcówce weszła na pierwszy plan (i chyba część drugiego), acz nie zdominowała go.

Kawałki czekolady na słodkim tle miętowej części wyłoniły się poprzez swoją gorzkość i cierpkość, jednak z czasem okazało się, że i one fundują cukrowość. To czekolada ciemna, acz bardzo cukrowa. Czekoladowe dropsy raz po raz próbowały się wybić zza mięty.

Mniej więcej w połowie każdego kęsa, słodycz przeginała. Im więcej jadłam, tym bardziej się w tym utwierdzałam.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie łączące cukier i miętę o sztucznie-cukierkowym charakterze. Ogólne przerysowanie, sztuczność aż zaznaczyły się na języku. Oprócz tego pobrzmiewało delikatne kakao, płynące i z ciastek, i z niby czekolady. Czułam się też trochę, jakbym najadła się mleka w proszku.

Całość w zasadzie uzupełniała się i nieźle współgrała. Ciastka próbowały trochę tonować słodycz miętowego środka, ale kiepsko im szło ze względu na ich własną słodycz i delikatność kakaowego motywu. Przydałby się o wiele wyrazistszy! Jako że były dość bazowe w smaku, śmietanka i mięta miały okazję się popisać, to na plus, ale szkoda, że pobrzmiewała lekka sztuczność, a śmietanka zdradzała swoją proszkową naturę. Mięta nie szarżowała, a przyjemnie wmieszała się w otoczenie. Przegięła dopiero w posmaku, psując dobre pierwsze wrażenie. Czekolada raz po raz wyróżniała się trochę, ale stanowiła znikomy dodatek. Powinno być jej dużo w całym batonie, a nie tak punktowo i nierówno.

Za dużo było tu cukru, a za mało ciemnej czekolady i czekoladowości, kakaowości ogółem - uważam, że części waflowo-ciastkowe powinny być kakaowe do potęgi. Wtedy mogłoby być smacznie, bo tak, gdy zaznajomiłam się już z  tym, uciekła ciekawostkowość, produkt wydał mi się nie warty uwagi. Nie wydaje się, by był to produkt funkcjonalny, bo był zwyczajnie niewygodny w jedzeniu. W górach czy na kempingu by się przez to nie sprawdził i... nie widzę sensu robienia namiastek kanapki lodowej na takie wyprawy. Jak naprawdę pomyślę o podróży w kosmos na np. długie lata czy miesiące, uwierzę, że taka przekąska mogłaby zaspokoić ochotę na to, czego tam nie da się mieć, ale... nie czarujmy się, że to produkt naprawdę dla astronautów, tylko masówka. Niewątpliwie jednak pomysłowe coś.

Batonów dostałam 5, więc obdzieliłam parę osób. Jeden przypadł Mamie. Opisała: "Jako ciekawostka na raz w sumie to i ciekawe, fajne. No, liofilizowane, suche lody? Kto by coś takiego wymyślił? Ale sama bym nie kupiła i nie wróciła do tego. Ten środek pozytywnie miętowy, nienachalnie tak, żadnych skojarzeń z pastą, te kawałki czekolady dobre o dziwo, tylko mi to ciastko nie pasowało. Za ciężkie. Ciastka jak takie zwykłe herbatniki kakaowe, a ten środek dziwny. Szybko znikał, a i tak zęby na długo wszystko pozalepiało. On smakował tak... tak trochę z piankami mi się skojarzył, ale mleczno-miętowymi. A całość zdecydowanie za twarda, że aż trudno i niewygodnie to jeść. Funkcjonalne zbyt to nie jest". 
Ojciec zaś stwierdził: "Taki tam ten niby lód, nic specjalnego. Mało miętowy, ciasteczka ok. Środek bardziej przypominał bezę niż lody. Ale jako ciekawostka może być.".
Jedną wysłałam przyjaciółce. Jej opinia: "zapachniała mi trochę jak Bake Rolls. Ale mi smakowała. Ciastko takie mega czekoladowe - szok. Całość tak trochę się rozpuszcza, a to ciastko czekoladowe to jakby czekoladę się jadło trochę. W środku nawet czuć miętę, ale mogło być mocniej. Dla mnie słodkie. Konsystencja bezy, ale 100 razy lepsza".


ocena: 5/10
kupiłam: dostałam
cena: jak wyżej
kaloryczność: 452 kcal / 100 g; sztuka (31g) - 140kcal
czy kupię znów: nie

Skład: lody (mleko, śmietana, cukier, mleko odtłuszczone, syrop kukurydziany, kawałki czekolady: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, kakao, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy; serwatka, 2% lub mniej naturalnego aromatu miętowego, mono- i diglicerydy, guma guar, guma karobowa, polisorbat 80, karagen, tartazyna / yellow 5, błękit brylantowy FCF / blue 1)
wafle: mąka pszenna, barwnik karmelowy, dekstroza, olej palmowy, mniej niż 2%: mąka kukurydziana, syrop kukurydziany o wysokiej zawartości fruktozy, modyfikowana skrobia kukurydziana, kakao alkalizowane, sól, syrop kukurydziany, proszek do pieczenia, mono- i diglicerydy, lecytyna sojowa

wtorek, 31 października 2023

Willisch Lody z Lodziarni Dynia z kremem czekoladowym

Jako że i tak mam bardzo długą kolejkę wpisów, lubię porządek i robienie serii, ten tekst postanowiłam "troszeczkę" przetrzymać. Dokładniej jakieś 11 miesięcy. Te lody zjadłam bowiem pod koniec listopada, po tym jak nabyłam je po Halloween 2022, jednak z taką szatą graficzną... cóż, po prostu nie mogłam nie przeznaczyć ich na ten szczególny dzień, jakim jest Halloween / Samhain.

Willisch Lody z Lodziarni Dynia z kremem czekoladowym to lody dyniowe z kremem czekoladowym; edycja limitowana na Halloween 2022, dostępna tylko w Lidlach.

Po otwarciu po całym pomieszczeniu rozszedł się zaskakująco intensywny zapach dyni. To było słodkie, acz nieprzesadnie, bo wciąż z pewną wytrawnością dyniowe puree, z echem pełnej mleczności i śmietanki, dołączających z czasem. Czekolada ukryła się, acz w trakcie jedzenia dało jej się kakaowo-orzechowej nutki doszukać (trochę jednak na siłę). Dynia dominowała.

Zaskoczył mnie wygląd masy lodowej, bo zawijasy-zakrętasy, smugi kremu czekoladowego były bardzo jasne i miejscami wręcz ledwo widoczne (a spodziewałam się porządnie ciemnobrązowych skupisk kremu). Nieco lepiej to wyglądało w trakcie jedzenia, jako że lody jem bardzo topiące się - masa robiła się wtedy gładka i pomarańczowa, a czekoladowe smugi przybrały postać rzadkich, choć też rozmieszanych, ciemnych glutków.
Lody okazały się masywną i gęstą, ale nie kamiennie twardą masą. Miękła i rozpływała się powoli, serwując mnóstwo kremowości. Ciągnęła się nieco, czuć w niej takie "zagęszczenie", właśnie puree, choć może nie wprost.
Smugi kremu czekoladowego wmieszano bardzo, odczuwalnie wydawały mi się bardziej gładko-tłustawo maziste, gdy niżej trafiłam na większe. One jednak przeplatały całe lody tak, że były niemal wszechobecne, ale nie wydawało się, że jest ich dużo. To subtelny dodatek.

W smaku lody uderzyły smakiem bardzo słodkiego, niemal słodziutkiego mleka. Było pełne, wyraziste i zmieszane ze śmietanką. Wystraszyłam się, że lada moment zrobi się za słodko, bo słodycz była ryzykowna, ale... nuty te szybko przywołały do siebie dynię.

Dynia okazała się bazą i główną bohaterką. Z łatwością zaczęła dominować jako słodkie, dyniowe puree. Naturalna słodycz została ewidentnie podkreślona cukrem, jednak dynia nie wyzbyła się leciutkiej wytrawności. Cała jednak mleczność, śmietanka odlegle zasugerowały sernik dyniowy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się porcji w ustach słodycz zrobiła się za wysoka, mimo że dynia wciąż dominowała. 

Krem czekoladowy także poszczycił się wysoką słodyczą, choć mniejszą wyrazistością. Wystąpił jako dosłownie "słodziutko czekoladkowe" echo, przy którym można doszukać się (ale można też przeoczyć) niemal nieuchwytną, "orzechowawą sugestię". Krem dopasował się do bazy, chyba nieco podkreślając dynię. Słodycz jednak też.

Po kremie baza wciąż była mocno i przede wszystkim dyniowa, choć także bardzo mleczna. Cukrowość nieco odpuściła - może po zagarnięciach kremu? Pod koniec jedzenia jednak mimo wszystko drapało mnie trochę w gardle, a na języku czułam jakby lekką sztucznawość... czy może raczej lekkie przerysowanie - nawet trudno sprecyzować, w kontekście czego.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie i intensywny, naturalny posmak dyni - warzywa wytrawnie-słodkiego. Otuliła je śmietanka, słodziuteńka mleczność i subtelnie czekoladowe echo.

Lody, choć to wciąż produkt nie mój (bo zimny i bardzo słodki), smakowały mi. Zszokowała mnie wyrazistość i naturalność dyni i podobała mi się obecność czekolady, która dynię podkreśliła. Jednocześnie nie obraziłabym się za intensywniejszą, kakaową czekoladowość i zdecydowanie niższą słodycz, bo ta mnie nieco męczyła. Nie mogę jednak powiedzieć, by obiektywnie, gdy tak myślę ogólnie o lodach, były szczególnie przesłodzone - po prostu są ewidentnie słodkie. Jednorazowo jednak jako ciekawostka, jadło mi się to naprawdę miło i lody szczerze polecam.
Mama spróbowała dosłownie łyżeczkę i stwierdziła, że "bardzo dziwne, ciekawe, ale właśnie dziwne-smaczne! Wcale nie za słodkie, idealne".


ocena: 8/10
kupiłam: Lidl
cena: 18,99 zł (za 420g / 500ml)
kaloryczność: 201 kcal / 100g
czy kupię znów: nie

Skład: świeże mleko, świeża śmietana, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, mleko zagęszczone, glukoza, ziemniaczany syrop glukozowy, dynia, kakao, czekolada, orzechy laskowe, stabilizator: guma tara, sól, naturalny aromat

poniedziałek, 25 września 2023

lody Koral Vibes Czekolada & Mięta

Obecnie lody kompletnie mnie nie kręcą. Wszystkie są mi za słodkie, a w dodatku nabrałam dziwnej awersji do chłodnego jedzenia (zimnego nigdy nie jadłam). Na lodowe nowości patrzę więc niewidząc. A jednak te jakoś wyhaczyłam. I zainteresowałam się, mimo że ogólnie lodów Koral nigdy nie lubiłam. Ten jednak wariant był moim niespełnionym dotąd marzeniem z dzieciństwa: lody miętowo-czekoladowe, ale nie na zasadzie "zielone lody z blaszkami czekolady bez smaku", a właśnie wymieszana masa miętowa z czekoladową. Nie mogłam pojąć, dlaczego cały świat uparł się w lodach łączyć miętę i czekoladę w znienawidzonej przeze mnie stracciatellowatej formie. Jako dzieciak przeważnie wybierałam właśnie lody miętowe, bo od dziecka duet mięty i czekolady lubię. Obok jednak musiała iść druga gałka: czekoladowa. Gdy skończyłam z lodami na gałki (w późnej podstawówce?), tęskniłam za miętą i czekoladą w lodach, bo z pudełkowych niestety były tylko te "z blaszkami". Grycan mięta z czekoladą (recenzja z 2016) na pewno bowiem nie były tym, czego pragnęłam. Aż tu proszę, tyle lat trzeba było, by ktoś wreszcie ruszył głową! Jako że skład był w porządku - upewniłam się, dzwoniąc do producenta, czy olej kokosowy to na pewno olej kokosowy, a nie palmowy (Koral, jak się dowiedziałam, tylko do rożków dodaje palmowy) - kupiłam. Choć na lody jako produkt nie miałam wielkiej ochoty, chciałam zrealizować to marzenie z lat młodości. Dopiero po zakupie odkryłam, że i te zawierają blaszki, ale na szczęście na tym się ich czekoladowość nie kończyła.


Koral Vibes Czekolada & Mięta to lody czekoladowe oraz miętowe z kawałkami czekolady ciemnej o zawartości 50 % kakao (3,4%); opakowanie zawiera 475g/1l.

Już po otwarciu poczułam intensywny i sztuczny, dość nachalny zapach mięty. Dominowała, kojarząc się z cukrowo-miętowymi cukierkami białego koloru (wszelkie Tic Taki, Mentosy itd.) oraz sztucznie-cukrowymi białymi miętowymi nadzieniami z czekolad. Czekolada, a dokładniej odrobinka kakao o słodkim charakterze majaczyło nieśmiało w tle. W trakcie jedzenia odważyło się trochę, ale w zasadzie nieznacznie. Subtelna mleczna baza także zgłosiła swoją obecność.

Zawartość pudła to masa w dwóch kolorach - na szczęście nie były "jak pod linijkę", a jedna z drugą poprzekładane. Na mój gust trochę za bardzo, przez co gdy się zaczynały topić, łatwo mieszały się zupełnie. Było ich mniej więcej po równo. Zielona była nieco rzadsza, jednak żadna nie była rzadka. Gęsta też nie; jedynie prawie gęstawa. Całość wydała mi się jakby spulchniona, lekka i bardzo miękka. W dodatku miałam wrażenie, że próbowano ją zagęścić.
Większość tzw. kawałków czekolady znalazłam w zielonej  części, ale wydaje mi się, że dodano je do obu kolorów. Średniej wielkości cienkich czekoladowych "blaszek" w ilości średniej oraz sporo drobinek.
W trakcie jedzenia potwierdziła się jakby spulchniona, roztrzepana lekkość. Jednocześnie lody wydawały się jakby zagęszczono-ciągnące, trochę "potencjalnie gumiaste", acz jeszcze nie po prostu gumowe. Masa rozpływała się raczej szybko, ale jakby próbowała się trochę hamować (z racji "usiłowanego zagęszczenia"?), znacząco mięknąc. Była średnio tłusta, chwilami rzedła mocniej, acz potem jakoś wracała na bardziej kremowy tor.
W zielonej, nieco rzadszej części wyraźniej czuć lekką oleistość. Na szczęście nie wyszła ani ciężko, ani wodniście.
Czekoladowa część rozpuszczała się nieco wolniej (prawie niezauważalnie).
Czekoladowe blaszki były raczej cienkie. W większości trochę plastikowe, ale rozpływały się... Jakoś. Wprawdzie trzeba było trochę na to poczekać (ja w ogóle wybierałam je na talerzyk, by trochę doszły do temperatury pokojowej), ale potem już to im w miarę wychodziło. Były maziste, śliskawe - niespecjalnie czekoladowe, ale znośne. Skore do mięknięcia, czasem pałętające się po ustach i łatwo znikające (zwłaszcza w przypadku tych mniejszych).

Test zaczęłam od części brązowej. Od początku wykazywała wysoką, jednak przystępną słodycz. Miała charakter słodkiego kakao, kojarzyła się z cukrowym napojem kakaowym. Gorzkości czy cierpkości w niej brak. Pojawiała się za to sugestia niedookreślonej czekolady, jednak cały czas masa lodowa brązowa jawiła się jako mało wyrazista. Czuć w niej też akcent mleka, lecz trzymało się na uboczu i nie pchało do czekoladowości. Nie powiedziałabym jednak, że baza miała smak czekolady, tylko że to typowe, łagodne i bardzo słodkie lody kakaowe nie najwyższych lotów.
Po zagarnianiu innych części lodów, czekoladowa część wydawała się jeszcze łagodniejsza, acz w zestawieniu z miętową, nieco mniej słodka.
Czekoladowe kawałki "blaszek" lekko podkreślały kakaowość lodów (nie tak jednak, by zrównała się z miętowością).

W zasadzie, chwilami wydawało mi się, że czekoladowa część przesiąkła dominującą w kompozycji miętą. Na pewno mięta dominowała, gdy lody mieszały się bardziej się topiąc lub gdy zagarnęłam łyżeczką oba kolory.

Część zielona od początku do końca wyraźnie smakowała słodką miętą rodem z cukierków typu Tic Taki i sztucznych, cukrowych nadzień z czekoladek. Miała chłodno-rześki charakter, a jej słodycz to prawie sama cukrowość, mimo że... masa nie była specjalnie zasładzająca. Chodzi bardziej o jej charakter. Miętowość nie stała koło naturalnej mięty - to mieszanina aromatów, rysująca się na całkiem wyraźnym, choć delikatnym, mlecznym tle.
Mięta była imperatywna i w zasadzie czuć ją w każdym elemencie pudła.

Czekoladowe blaszki w zestawieniu z miętowymi lodami wydawały się plastikiem bez wyraźniejszego smaku, a i niczego nie zmieniały w zielonej bazie. Gubiły się w napastliwej miętowości.

Kawałki czekolady jedzone osobno, gdy trochę doszły do przystępnej temperatury zaskoczyły całkiem wyraźnie czekoladowym smakiem. Były gorzkie, nieco cierpkie i choć cukrowo słodkie, to ewidentnie ciemnoczekoladowe. Kojarzyły się z "deserówkami", ale nie były najgorsze.

Po zjedzeniu czułam się przesłodzona i przytłoczona chłodno-cukrową, imperatywną i sztuczną miętą. Doskwierało mi też poczucie tłustości, mimo że lody nie były tłuste. Pozostał posmak cierpkiego olejku, aromatu miętowego, stonowanego cierpkością prostego, gorzko-cierpkiego kakao w proszku. Daleko w tle wisiało echo czekolady ciemnej i bazowa mleczność lodów.

Lody wydały mi się po prostu przeciętne do bólu. To taka nisko-średnia półka. Słodko kakałkowe, nieambitne lody czekoladowe w zasadzie wyszły nieokreślone, bardzo wyjściowe. Choć nie cukrowe, to bez charakteru. Miętowa część była przesadnie miętowa. Sztuczna i napastliwa, ale w zasadzie nie jakoś szczególnie rażąca. Była po prostu... spodziewanie kiepsko miętowa. Rządziła się w całości za bardzo, czekolada i kakao nie radziły z nią sobie. W miarę miłym zaskoczeniem okazały się kawałki czekolady, które zaskakująco nieźle się sprawdziły - i jakoś się rozpływały, i miały smak czekolady. Mimo to, nie uratowały całości. Całość słodka, acz nie niemożliwie. Brakowało jej pazura, charakteru.
Tak mieszająca się kompozycja po prostu potrzebuje porządnej, wyrazistej w gorzkość kakao masy lodowej czekoladowej. 
Zjadłam z 70g - to moje maksimum. Choć nie wywołały w sumie żadnych skrajnych emocji, nie doszukałam się w nich elementów wartych pochwały. Zjadłam, ot, bo były, bo już nałożyłam.

Reszta leżała smutna w zamrażarce, że pewnego dnia Mama postanowiła spróbować, mimo że nie lubi lodów czekoladowych, a od wariantu "mięta z kawałkami czekolady" zawsze trzymała się z daleka. Z zaskoczeniem powiedziała: "a ty wiesz, że one mi nawet smakowały? Nie żebym miała kupić, ale skoro już były to takie zaskakująco dobre. Czekoladowych czuć o wiele mniej, prawie wcale. Bardziej, jakby to były kakaowe, jak już. Mięta to wszystko zdominowała, że powiedziałabym raczej, że to po prostu lody miętowe. Napastliwe właśnie, ale nawet nie jakoś szczególnie sztuczne. Te kawałki czekolady mi nie przeszkadzały, czasem do przeoczenia, te większe chwilami trochę dziwne. Ogólnie chyba na tle tych innych lodów to w porządku, skład niezły, więc ja bym wystawiła więcej niż 4". Zgodziła się jednak, gdy powiedziałam, że jako właśnie po prostu lody miętowe, mogłyby mieć 5, ale miętowo-czekoladowe - czym się przecież chyba miały wyróżniać! - za nic, bo czekoladowa część niedomagała, nie satysfakcjonowała. Przyznała, że "jak ktoś liczył na czekoladowo-miętowe lody, to rzeczywiście mógłby się rozczarować".


ocena: 5/10
kupiłam: Kaufland (Mama kupiła)
cena: jak wyżej, więc dokładnej nie znam, ale chyba 16 zł za 1000ml (475g)
kaloryczność: 189 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: odtworzone mleko odtłuszczone 66%, cukier, olej kokosowy, czekolada 3,2% (cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, naturalny aromat waniliowy), glukoza, odtłuszczone mleko w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 11%, serwatka w proszku, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; czekolada 0,2%, barwniki: karmel amoniakalny, kompleksy miedziowe chlorofil i chlorofilin, kurkumina; aromaty, sól

czwartek, 10 listopada 2022

lody Haagen-Dazs Irish Whiskey & Chocolate Waffle

Te lody były ostatnimi lodami, jakie kupiłam. 
Wydaje mi się, że teraz mogą minąć miesiące lub lata, gdy na jakieś się zdecyduję. A jednak już i te kupowałam z echem w głowie, że lody to już nie moja bajka. Tych jednak jakoś nie mogłam nie wziąć z racji tego, że to limitowany i niespotykany smak, a alkoholowe lody... w zasadzie nie miałam zdania. Wydawały mi się czymś dziwnym. Wprawdzie bałam się efektu podobnego do okropnych Bailey's (Coffee Delight lub Chocolate Secret), ale uznałam, że zaryzykuję. Wafelki w HD Caramel Cone były ok, Haagenom w miarę ufałam, więc kupiłam. Nie tyle z ciekawości, co przekornej ciekawskości.
Wariant rumowy z solonym karmelem natomiast jakoś obrzydzał mnie na półce, więc nie miałam problemu, który wybrać.

Haagen-Dazs Irish Whiskey & Chocolate Waffle to karmelowe lody z sosem z whisky i (2,2%) wafelkami w czekoladzie (1,1%); z linii Cosy Cocktail.
Zawierają mniej niż 0,5% alkoholu.
Pudło zawiera za 400g/460ml.

Po otwarciu poczułam słodki zapach toffi, pokazującego pazurki za sprawą lekkiej nuty alkoholu. W jej kwestii czuć, że to "jakiś lepszy", także słodki. Całość wyszła mocno śmietankowo, trochę mlecznie jak mleko z tubki skondensowane / kajmak w karmelowo-toffi wariancie dla dorosłych. W trakcie jedzenia, a więc po zruszeniu masy, gdy doszła już do siebie, dołączył do tego palono-gorzkawy motyw (ni kakaowy, ni kawowy), a szlachetny, karmelowy alkohol się nasilił.

Masa lodowa była konkretna, pełna i masywna. Topiła się powoli i gęsto - czuć, że bazę stanowiła śmietanka. Wyszła tłustawo, ale odpowiednio, nie ciężko.
Sosu nie pożałowano, ale i nie przesadzono z jego ilością. Był czymś pomiędzy średnio zbitą masą, a sosem, nie lał się. Trochę się ciągnął, cechowała go lepkość. Miejscami, gdy lody bardziej się topiły, nieco mieszał się z masą lodową.
Wafelków w czekoladzie dodano mnóstwo - to kawałki głównie wielkości mniej więcej 1 cm kwadratowego, acz znalazły się też mniejsze oraz spore jakby zbitki mniejszych (a'la crunchy oblane czekoladą). Większość szczelnie pokrywała dość gruba warstwa czekolady (rozwalone może ze dwa się trafiły). Dzięki temu zachowały chrupkość. Oblegająca je czekolada to gruba warstwa tłustej i kremowej polewy, właśnie chyba nie do końca czekolady, ale... to pracowało, nie wystąpił bowiem efekt kamieniolady. W pudle znalazły się też kawałki bardzo malutkie, które były w zasadzie prawie samą czekoladą.
W trakcie jedzenia lody cieszyły kremowością, sos natomiast chwilami wydawał się tłusto-śliskawy, mazisty, ale nie zły. Miejscami nieco rozrzedzał lody, przyspieszał tym samym nieznacznie ich topienie się. Wafelki szybko dochodziły do siebie. Jedzone okazały się bardziej ciastkowe, niż wafelkowe. Kojarzyły się z krucho-twardymi, ciężkimi herbatnikami. Masywne i konkretne, były pozytywnie twarde niczym jak już wafle, to duńskie, podobnie też trochę cukrowawo-kryształkowe. Wlepiały się w zęby. Rozpływały się całkiem przyjemnie, na gęstą, ciastową papkę, wraz z kremową czekoladą.
Muszę przyznać, że całość była zgrana, a ilość wszystkiego przemyślana. Przyjemnie wszystko to współgrało.

Sama masa lodowa była bardzo słodka w sposób niemal uroczy. Skojarzyła mi się z mlekiem z tubki o smaku karmelowym. Wyraźnie czuć w niej słodką śmietankę, za sprawą której szybko przywołała śmietankowe toffi i... kajmak? Miejscami z echem alkoholu, bo musiała lekko przesiąknąć sosem. Okazała się łagodna, z wyraźnie wyczuwalną śmietankową bazą. Z czasem, a już zwłaszcza po zagarnięciu dodatków, słodycz masy rosła. Chwilami wydawała się przesadzona, acz ogólnie rażąca nie była (a po prostu adekwatna do wariantu).

Sos znacząco podnosił słodycz. Reprezentował bardzo, bardzo słodkie i maślane toffi. Dopiero z czasem przewijała się w nim bardziej palona nutka, rzeczywiście idąca w bardziej karmelowym kierunku. Jej powagę, szlachetność podkreślił nienachalny, ale wyraźny alkohol. Chwilami wyłapywałam w nim goryczkę. Paloną i aż złudnie kawową? Ta myśl nachodziła mnie zwłaszcza, gdy sos zagarniałam po wafelkach z czekoladą. To, że karmel wymieszano z whisky było jasne - szlachetność alkoholu nie zatraciła się ani na chwilę. Epizodycznie potrafiła nawet, wraz ze słodyczą, rozgrzać nieco gardło i język.

Wafelki w czekoladzie smakowały gorzko i to nie tylko za sprawą czekolady. Ta oczywiście była palono-gorzka od kakao, subtelnie słodka, ale... wnętrze tego dodatku też było gorzkie. "Wafle" smakowały goryczką niemal spalenizny. Palony cukier mieszał się w nich z krakersowo-herbatnikowym wątkiem pszennego ciastka, ale znów trafiłam także na skojarzenie z waflami duńskimi. Mimo że głównie ciastkowo-gorzkie, przejawiały też tę specyficzną cukrowość tychże wafli.
Chrupacze te bardzo zacnie przełamywały słodycz reszty, a i uwypukliły karmelowo-alkoholowy aspekt sosu.

Po waflach i bazie... sos nie zawsze był jawnie alkoholowy. Czasem jawił się bardziej jako "toffi ze złudnie likierową nutą", a czasem uderzał mocnym, dobrym alkoholem i cukrem. Zależało od zagęszczenia / przemieszania z lodami. Na pewno jednak doskonale do nich pasował, nadając im charakteru.
Całość epizodycznie zalatywała irish cream, ale... mnie i skojarzenie z "lodową interpretacją Pawełka Toffi" nachodziło. Sos chwilami osiągał pułap przesłodzenia, słodycz i alkohol aż ogrzewały gardło. Potem baza wydawała się nieco mdława... A wafelki z czekoladą zawracały to na tor poważniejszy, palony. Końcowo, mimo słodziuteńkości toffi, klimat był wytrawniejszy, poważniejszy.

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie z pewnym rozgrzaniem języka, oczywiście wywołane też alkoholem, co czuć. Czuć też, że to nie byle jaki alkohol, a dobry. Czy whisky? Nie wiem, czy bym zgadła. Karmelowość, choć łagodna, również wyczuwalna, acz w likierowym wydaniu.

Całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Dobre lody... śmietankowo-karmelowe? Bardziej toffi? Mimo że dla mnie zdecydowanie za słodkie, to jakościowo nie mam im nic do zarzucenia, a i słodycz rozumiem. Dodatki stworzono idealnie - nic bym w nich nie zmieniła. Nienachalnie, ale wyraźnie alkoholowy sos, mało waflowe, konkretne i charakterne waflo-ciastka okazały się strzałem w dziesiątkę.
Tak, już i dobre lody to nie moja bajka, ale to, że te są warte uwagi osób, które lubią lody, nie podlega wątpliwościom.


ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: 16,99 zł (za 400g/460ml - chyba promocja)
kaloryczność: 280 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: śmietana (32%), mleko skondensowane o obniżonej zawartości laktozy, woda, cukier, mleko skondensowane słodzone, syrop glukozowy, żółtko jaja, tłuszcz kakaowy, mąka pszenna, irlandzka whiskey (0,8%), olej kokosowy, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, miazga kakaowa, masło, sól, jajka, ekstrakt kawowy, naturalny aromat, skrobia kukurydziana, substancja zagęszczająca (pektyny), naturalny aromat waniliowy 

wtorek, 18 października 2022

lody Ice Cream United Peanut Butter

Kiedy trochę rozczarowały mnie lody Ice Cream United Vanilla Cookies (bo choć pyszne, to jednak z "ale"...), pomyślałam, że pójdę za ciosem i zdecyduję się na drugi dość ryzykowny w takim razie wariant (w zasadzie to był ostatni, jaki kupiłam). Rzeczy masłoorzechowe raczej rzadko w moim odczuciu wychodzą tak "peanut butterowo", jak bym chciała, więc jestem sceptyczna. W przypadku lodów... sama nie wiem. Perspektywa jedzenia przemrożonego masła orzechowego jakoś niezbyt mi się jednak widziała (po Karamell & Salz byłam w sklepie nazbyt optymistyczna i chyba założyłam jakieś przysłowiowe różowe okulary). A jednak ogólnie marka bardzo mnie zaintrygowała zamiennikiem cukru białego - trzcinowym. I właśnie na minimalnie słodkie, na maksa czekoladowe lody się nastawiłam przy Schokolade. I cóż, tego nie dostałam. Choć same lody były dobre, zawalił dodatek. W takim razie może nic straconego? Może lody dzisiaj przedstawiane też miały być dobre, bo bez wątpliwego dodatku? Bałam się początkowo tylko, czy "wątpliwe" nie przedstawi się tu masło orzechowe. Tak sobie myślałam, aż do dnia, kiedy przeczytałam opis i skład (nie mam pojęcia, jak to się stało, że akurat tego wariantu nie czytałam albo czytałam ogłupiona w sklepie). A tam... maślane karmele, kajmaki i co państwo tylko chcecie... a nie ukrywam, że nawet gdy ogólnie byłam o wiele większą entuzjastką lodów, karmelowe warianty raczej omijałam. Masło orzechowe i karmel to pewnie coś idealnego dla niektórych, mnie niezbyt pasowało (łagodnie mówiąc).

Ice Cream United Peanut Butter (by Lukas Podolski) to lody o smaku fistaszkowym z (10%) sosem dulce de leche (o smaku kajmakowym) i (10%) kawałkami karmelu maślanego w czekoladzie 7%

Po otwarciu poczułam mocno fistaszkowo-nugatowy zapach. Po chwili przeszedł w bardziej jakby  nugat o smaku masła orzechowego, trochę duszno-ciężkawy. Wyraźnie "na słodko", o co zadbał karmel... Czy raczej, mimo lekkiej, palonej nuty, kajmak, coś niemal krówkowego. Za tym stała mleczność, śmietanka - bardzo naturalna, jakby też naturalnie słodkawa baza. W trakcie jedzenia, raz czy dwa, zajechało mi to sztucznawo-alkoholowym, słodkim karmelem (jak trochę pawełkowy karmel z batona typu Mars?).

Masa lodowa była gęsta i kremowa. Choć nie była twarda jak kamień, trafiłam na twardawość wynikającą jakby z ewidentnego zagęszczenia (masłem orzechowym). Właśnie także gęstością mogła się pochwalić. Wydała mi się ciężka, dość tłusta. W ustach tłustość ta okazała się nugatowa, jak fuzja śmietanki, masła orzechowego i... zagęszczonego, skondensowanego mleka. Kajmak wmieszano więc prawie na gładko do bazy lodowej. Trafiały się bowiem ciągnąco-gumiaste (bo przymrożone), śkliskawe grudki. Krem fistaszkowy wmieszano natomiast idealnie (nie trafiłam ani na grudeczkę masła orzechowego). Baza topiła się powoli, niechętnie... Bardziej po prostu miękła na puszyście-gęstą, ciężkawą chmurkę... Z motywem spieniono-skondensowanego mleka.
W pudle znalazło się dużo równych kulek wielkości do 0,5 cm, składających się (mniej więcej po równo) z czekolady i karmelu. Czekolada je pokrywająca nie była kamieniem, miękła i gięła się. Nieco ulepkowata, ale dość tłusto-kremowa, jak średniej, ale znośnej jakości polewa czekoladowa. 
Większość kulek zawierała ewidentnie kawałki karmelu, inne (nieliczne) nadziano sosem karmelowym albo po prostu rozwaliły się, a karmel się rozpuścił - obstawiam to drugie (bo lody jem mocno stopione).
Kulki w miarę szybko dochodziły od zamrożenia do siebie, acz ja i tak najpierw wybierałam je z masy na talerzyk, a do ust brałam po paru chwilach.
Karmel okazał się łatwym, przystępnym do gryzienia tworem nieco szklistym, tłustym... czasem nieco bardziej grudkowato-krówkowym. Ogólnie jednak można go podsumować jako chrupiąco-trzeszczące karmelki. Rozpuszczał się łatwo, zębów nie obklejał. Najlepszym sposobem jedzenia tego czegoś to... niejedzenie. Wywalałam, bo smak był daleki od zjadliwego.

W smaku sama masa lodowa od razu dała się poznać jako bardzo, bardzo słodka i wyraźnie mleczna. Doszła do tego słodko-maślana nugatowość, wnosząca fistaszki. Chwilami były wyraźniejsze, chwilami jakoś zanikały. Wyszły nieco duszno, słodkie masło orzechowe przywodząc na myśl tylko sporadycznie. Były bardziej jakby nugatowe, z mlecznym wątkiem (nie wiem, dlaczego skojarzyło mi się to z nijako-słodkim nugatem z Marsa).

Nugatem mleczno-karmelowym w zasadzie. Słodycz odegrała ważną rolę. Łatwo o skojarzenie z karmelowym mlekiem, mlekiem skondensowanym i... kajmakiem. Kajmakowo-fistaszkowym nugatem? Z czasem, gdy fistaszkowość gubiła się w słodyczy, a - zwłaszcza po zagarnięciu dodatków - baza udawała zasłodzone cappuccino. Co więcej, gdy trafiałam na fragmenty słabo przemieszane, to kajmakowo-maślana słodycz podskakiwała i stawała na pierwszym planie. Całość wyszła więc dość niedookreślona.

Mocnym dosładzaczem okazał się dodatek. 

Karmel w czekoladzie był bardzo słodki. W zasadzie już czekolada roztaczała cukrowość, aczkolwiek mleczności nie mogę jej odmówić. Niestety i tak zawarła ulepkowaty motyw. 
Karmel spod niej odzywał się szybko jako słodkie i sztuczne karmelki z tłuszczowym posmakiem. Chwilami przytaczał lekko palony wątek.
Kulki z lejącym błyskawicznie zacukrzały. 
Ogólnie sztuczny karmel z kulek podkreślał słodycz i kajmakowo-karmelowość bazy, ale spłycał ją, wplatając sztuczność jakby... sztuczną słodycz. To tanie, cukrowe karmelki, zostawiające nieprzyjemny posmak. Zdecydowaniu psuły całość.

Dodatki przygłuszyły fistaszki, za to nakręciły trochę karmelowo-kajmakowość, nugatowość. Im więcej jadłam, tym bardziej widziało mi się to jako kajmakowe cappuccino albo po prostu abstrakcyjne słodkości o smaku cappuccino. Gdy trafiłam na kumulację słodyczy, robiło się słodko-mdło, aż muląco.

Po zjedzeniu już części został niesmak tanich karmelków, sztucznawej słodyczy i przesłodzenie. Czułam kajmakowo-karmelkowe, maślano-polewowe nuty tanich słodyczy, a także wątłe echo mleczno-cappuccinowo-nugatowych lodów. 
Karmelki były paskudne, baza zaś średnia - próbowałam to jeść wywalając kulki, ale było ich tak dużo, a same lody okazały się z czasem tak mulące, słodkie i ciężkie, że ledwo dobrnęłam i przejadłam jakąś 1/3, że po prostu więcej nie dałam rady (próbowałam zjeść jak najwięcej, bo jadłam je zimą, a to nie pora Mamy na lody, więc nie chciałam ich wyrzucać).

Całość wyszła szokująco kiepsko. Baza lodowa bardzo mnie zaskoczyła, że była (fistaszkowo) nugatowo-kajmakowa, a nie, że to lody fistaszkowe z np. skupiskami, zawijasami sosu kajmakowego (dodanego jako widoczny dodatek). Do tego motyw cappuccino... Nie wyszła wprawdzie tak zupełnie tragicznie, tylko nieadekwatnie. Kawałki karmelu w czekoladzie to jakieś niskie jakościowo okropieństwo. Lody ogółem kojarzyły mi się trochę z lodową wariacją na temat Marsa. Słodko, mdławo, niedookreślono - jakby same nie bardzo wiedziały, czym mają być. Nie smakowały mi ogółem, a ich dziwna konsystencja też mnie nie wciągnęła (acz uwierzę, że może się podobać). A jednak to nie porażka na całego; po prostu lody niewarte uwagi. Dodatki, posmak, wydźwięk - wszystko to sprawiło, że szybko odechciało się jedzenia tego.
Oczywiście napalona na "dobre lody" po Karamell & Salz (bo kupiłam je jako pierwsze i jedyne na spróbowanie) jakoś nie skupiłam się, nie wczytywałam się w składy i opisy i... mam za swoje. Brawo ja. Że też musiałam za pierwszym zakupem trafić na najlepszy wariant... I odkrywać, że z innymi jest tylko gorzej, ech.


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 500ml)
kaloryczność: 130 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: 51% mleko, cukier trzcinowy nierafinowany, 9% pasta z orzeszków arachidowych, śmietanka, glukoza, woda, cukier, 2% mleko zagęszczone, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku pełne, syrop glukozowy, miazga kakaowa, syrop cukru inwertowanego, 0,4% masło, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), skrobia, sól, mleczko w proszku odtłuszczone, naturalny aromat waniliowy, syrop cukru skarmelizowanego

czwartek, 1 września 2022

lody Aldi Mucci Funky American Style Vanilla & Cookie

Po tych lodach niespecjalnie wiedziałam, czego się spodziewać. Ani tytuł, ani opis, ani tłumaczenia w zasadzie nie były zbyt precyzyjne (i każde sugerowało coś nieco innego). Chciałam więc jak najszybciej już wiedzieć i... mieć je z głowy? Uznałam bowiem, że czas porządnie wykończyć to, co zawala mi zamrażarkę.

Mucci Funky American Style Vanilla & Cookie to waniliowe lody z (8%) kawałkami ciastek kakaowych z kremem, (5%) masą czekoladowo-ciastową i ciastkami-zakalcami (cookie dough) z kawałkami czekolady ciemnej; produkowane dla Aldi.
Zawartość pudła to 405 g / 500 ml.

Zapach był raczej delikatny, ale niewątpliwie należał do wyraźnie waniliowo-ciastowo słodkich, śmietankowo-mlecznych lodów, z istotnym udziałem kakaowej goryczki. Bardzo łatwo o myśl o wariantach "cookies & cream", choć może w rozbudowanej wersji. W trakcie jedzenia snuły się tam i duszno-maślano ciastowe akcenty, i ciastowo-kakaowe, dość ciężkawe w pozytywnym sensie.

Masa lodowa wydawała się twarda, ale z racji mnogości dodatków, łatwo w zasadzie ją nakładać etc. Początkowo były twarde, ale podważanie ich to nie problem. Twardość masy prędko ustępowała, zachowując jednak gęstość. Ta była spotęgowana wmieszanym w nią ciastem (powiedziałabym, że zmiksowanym biszkopto-murzynkiem). Dała się poznać jako gęsta i zwarta, pełna. Całe pudło wypełniały drobinki ciasta, że w zasadzie nie da się samej czystej masy zagarnąć. Dodatków w postaci kawałków (małych i sporych) ciastek kakaowych, przełożonych białym kremem też nie pożałowano. Na moje nieszczęście, ciastka to nie markizy, a takie z "wafelkowym" układem warstw, w których kremu było bardzo dużo - prawie tyle, co samych ciastek). W lody wtopiono też skąpą ilość (dokładniej 3 sztuki) ogromnych ciastko-klocków (jeden był z ogromną ilością  czekolady, dwa pozostałe zupełnie bez), które okazały się kawałkami surowego ciasta z nielicznymi kryształkami cukru, czyli "cookie dough".

W ustach masa lodowa potwierdziła swoją gęstość. Dzięki wtopionego ciastu, całość rozpływała się w leciutko ciastowy sposób. Lody wydały mi się puszyście-biszkoptowe dzięki temu. Nie były gładkie z racji zmiksowanego ciasta, ale pod nim doszukałam się też chyba lekkiej proszkowości.
Masywne, twardawe ciastka w pierwszym kontakcie potrafiły chrupnąć, ale że jem długo i lody mocno topiące się, rozpływały się łatwo. Wolno, gęsto, ale też trochę ciastowo. Okazały się ziarniste i nieco kryształkowe. Niestety przy wielu znalazł się paskudnie oleiście-margarynowy, gumiasty krem. Trafiłam nawet na jedną wielką grudę samego kremu, fu.
Ciastka jasne (w tym jedno z czekoladą) to twarde, rzężące cukrem, bardzo zwarte i rozpuszczające się gęsto-pyliście, na zawiesinę ciastka typu "cookie dough". Najprawdziwsza masa na ciasto z paroma kryształkami cukru. Jedno też ze sporą ilością twardej (od zamrożenia) i maślano-tłustej czekolady w formie kawałków.

W smaku masa lodowa okazała się bardzo słodka w złożony sposób. Uderzała wanilią i cukrem, by następnie dodać do tego ciastowo-ciasteczkową nutkę. Chwilami "ciastowość" ocierała się o skojarzenie z murzynkiem, jednocześnie wpisując się w słodycz, jak i ją przełamując. Baza wyszła więc nie tak zasładzająco i nawet nieco szlachetnie. Pomogła w tym również szybko zdradzająca swoją obecność śmietanka.

Wraz z jedzeniem lody wydawały mi się coraz bardziej ciastowe (myślę o cieście, które musiało być dwukolorowe: waniliowo-kakaowe) i mleczne, a kontrastowo do dodatków bardziej słodkie, ale ogólnie to baza wyważona i smaczna. Bliżej dodatków przeszła trochę ich smakiem, co okazało się niezwykle harmonijne.

Masa ciastowa kakaowa wtopiona w lody wnosiła niewiele, ale dodawała cały czas lekkiej goryczki kakao, ciasta brownie-murzynkowatego. Dbała o nieco duszny aspekt.

Kakaowe ciastka podkręcały kakaową gorzkość, choć równie silna w nich była gorzkość palona, należąca do lekkiej spalenizny. Wyszły cierpkawo. Też były słodkawe, ale mało. Przy nich za słodycz odpowiadał krem o smaku cukru, cukru pudru i oleju. Był sztucznawy i niesmaczny, w większej ilości mdlący (co ciekawe, nie tak zły, jak np. w Oreo czy Ice Cream United Vanilla Cookies). Kojarzył mi się z lukrem. Na szczęście jednak ciastka miały charakterek na tyle mocny, że jakoś go przygłuszały. Miejscami niestety zanieczyścił sobą masę lodową.

Zakalce (teoretycznie z czekoladą, w praktyce tylko jeden z nią), czy jak ktoś woli cookie dough, mimo że słodkie, pochwaliły się zacnym smakiem surowej masy na ciasto, zrobionej z duszą ilością masła i jaj. W dodatku czekolada wtopiona w jedno też coś wniosła. Mimo cukrowej słodyczy i maślaności, okazała się gorzka na całkiem wysokim poziomie. 
Surowo ciastowe kulki całościowo harmonizowały jasną, słodką bazę z kakaowo-czekoladowymi przerywnikami.

Baza po tym wszystkim wydawała mi się jeszcze słodsza i już nieco mdława, ale wszystko to mnie zaskoczyło, jak zgrane było. Waniliowo-murzynkowata masa, kakaowe ciastka z cukrowym kremem i cukrowe zakalce z kakaową czekoladą - jakież to było dopasowane! Cukier i gorzkość wyważyły się... Tylko ten krem lukrowy mnie irytował, a ilość zakalców smuciła.

Po zjedzeniu czułam wprawdzie przesłodzenie, ale też posmak kakao i czekolady. Cierpkość, gorzkawość mieszały się z ciasteczkowością oraz wanilią.

Całość uważam za smaczną i niecodzienną. Połączenie masy lodowej i kakaowego / czekoladowego ciasta w aż takim stopniu, złączenie tego w jedność wyszło genialnie. Ciastka kakaowe byłyby idealne, gdyby nie dodano takich z paskudnym kremem - to (krem) w zasadzie jedyna smakowa wada tych lodów. Ciastka cookie dough to definicja surowej masy na ciasto - były świetne, ale ta ilość to hańba (to druga wada, acz dopuszczam, że po prostu miałam pecha). Wolałabym niższą słodycz, ale ta tej była zrozumiała, waniliowo-ciastowa, a więc w sumie przyjemna.

Jednak przez kumulację ciastek z kremem pod koniec, myślałam, że końcówki (ok. 1/5 pudła) już nie zmogę, bo lukro-krem aż mdlił, ale że jem lody jesienią, a to nie pora na lody Mamy, stwierdziła, że na pewno nie skończy, więc jak nie chcę jeść, to mam wyrzucić. W konsekwencji się z nimi uporałam, bo mimo wszystko na wyrzucenie na pewno nie zasłużyły. Zmarnowany potencjał. I, co smutne, na ponowny zakup w moim odczuciu nie ma szans (pomijam, że doszłam do wniosku, że ogólnie lody mi przeszły), bo ilości odnośnie dodatków skutecznie zniechęcają.

Wariant bardzo odlegle trochę skojarzył mi się z "podkręconą wersją" Ice Cream United Vanilla Cookies (ewentualnie "cookies&cream na sterydach") albo B&J's Cookies on Cookie Dough Non-Dairy, ale Aldi lepiej zinterpretował połączenie cookie dough i "czegoś kakaowego"... tylko że wyłożył się na paru czynnikach ilościowych. Smakowo bowiem to mogło by mieć 8, ale jednak proporcje kremu i ciastek, a już zwłaszcza ilość cookie dough... no, należało się ucięcie punktu.


ocena: 7/10
kupiłam: Aldi
cena: 9,99 zł (za 500 ml / 405 g)
kaloryczność: 270 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleko odtłuszczone odtworzone, śmietanka 29%, cukier, syrop glukozowy, mleko zagęszczone odtłuszczone, żółtka jaj, mąka pszenna, tłuszcze roślinne (palmowy, kokosowy), mąka kukurydziana, olej sojowy, skrobia, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 1%, masło, dekstroza, lecytyna sojowa, stabilizatory (mączka chleba świętojańskiego, guma guar), miazga kakaowa, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu, węglany potasu), sól, jaja w proszku, tłuszcz kakaowy, naturalne aromaty, naturalny aromat waniliowy, ekstrakt wanilii

poniedziałek, 4 lipca 2022

lody Ice Cream United Schokolade

Ostatnimi czasy z tworów słodkich do jedzenia podczas oglądania czegoś lody zaczęły w moim odczuciu zbierać za dużo "ale". Samą siebie trochę śmieszę nieustannie, że przeszkadza mi ich chłód. Ale... lubię, jak zmiękną i w ogóle - potrafię jeść je nawet do dwóch godzin, "bawiąc się" nimi przy tym (wbrew zasady "nie baw się jedzeniem" - ja lubię!). Drugi zarzut był jednak poważniejszy. Prawie wszystkie zaczęłam odbierać jako za słodkie. Ostatnia nadzieja tkwiła w zakupionych lodach Ice Cream United, których zrobiłam mały zapas po nie za słodkich (i szokujących tym), pysznych Karamell & Salz. Kolejną ofiarą padł wariant trochę tajemniczy w sensie, co znajdę w środku. Niby lody czekoladowe, ale skład i opis wyjechał mi z czymś nugatowym (mylące tłumaczenie: "z kawałkami czekolady nadziewanej nugatem", dopiero oryginał pod nalepką był logiczny, jaśniejszy). Hm... Wciąż jednak liczyłam, że to najmniej słodkie lody z posiadanych.

Ice Cream United Schokolade (by Lukas Podolski) to lody czekoladowe z kawałkami nugatowej mlecznej czekolady (które to kawałki stanowią 6% całości), wyprodukowane przez Gelato Classico - Die Eismanufaktur. Opakowanie zawiera 500 ml.

Po otwarciu poczułam intensywny zapach kakao, a dopiero w drugiej kolejności czekolady gorzkawej od jego sowitej ilości. Zawarła lekko karmelowo-waniliową nutę. Zaraz za nią wystąpiła także mleczna baza, nie mieszająca się jednak do czekoladowości. W trakcie jedzenia wyłapałam leciutko nugatowe echo, o niemal uroczym, słodziutkim wydźwięku. Nie pasowało i przeszkadzało mi w tej kompozycji.

Masa lodowa, choć była gęsta i kremowa, dała się poznać jako przystępnie twardawo-miękkawa (przy czym ta "twardawość" była minimalna i to bardziej jakby wrażenie). Zawdzięczała to mleczności, dzięki której nie była tłusta czy ciężka. Topiła się błogo gęstawo w tempie umiarkowanym. Czuć w niej zagęszczenie czekoladą, dodające zwartości (to chyba trafniejsze słowo niż "twardawość"). Miałam wrażenie, że chwilami trafiałam na nie do końca roztopione grudki czekolady.
W pudle znalazła się średnia ilość posiekanych, malutkich i malusieńskich kawałków czekolady. Były średniej grubości; nie nadziewane, a gładkie (opis nie jest więc wg mnie w pełni adekwatny). W pierwszym kontakcie twardawe, w ustach po chwili miękły. Niczym połączenie śliskawo-tłustej polewy z lodów i czekolady gianduja. Z czasem bowiem właśnie tłustą miękkość takowej upuszczały, lekko zalepiając usta. Wydały mi się odrobinkę proszkowe i maślane. Cały czas zaskakująco kremowe.

W smaku masa lodowa przywitała się całkiem wysoką gorzkością kakao o palonym charakterze. Oplotła ją słodycz, również palona. Zaskoczyła na karmelowy tor, nie narzucając się zbytnio czekoladzie. Intensywnie kakaowy smak niepodważalnie wskazywał na ciemną. Miała poważny, charakter, choć chwilami (zwłaszcza po trafieniu na kawałek dodatku) wycofywała się za motyw bardziej zwyczajnie kakaowy.

Baza nie umleczniła mocno wydźwięku samej czekolady, mimo że sama była także wyraźnie wyczuwalna. Odezwała się z małym opóźnieniem. Była głęboko mleczna, nie zaś śmietankowa. Chwilami wydawała mi się słodka w sposób naturalnie mleczny. Ogólna słodycz z czasem rosła także z jej pomocą, ale i tak nie wzrosła jakoś drastycznie.

Podniosły ją kawałki czekolady. Gdy trafiłam na większy lub kumulację, podnosiły ją do poziomu przesady. Sama czekolada była bardzo słodka, aż cukrowo i mocno plastikowa. Czuć w niej odrobinę mleka, które wprowadzało jakby sztuczną, plastikowo-ulekpkowatą nutę orzechów. Po chwili orzechy laskowe były wyczuwalne ewidentnie, ale jawiły się jako paskudnie plastikowe. Może też z maślano-tłuszczowym posmakiem? Wprowadzały element tandety, taniochy do całości. Przytępiały smak bazy lodowej. Najlepiej sprawdzały się... wybierane i wywalane (co też robiłam - nazbierała się ich pokaźna gromadka na zerwanym wieczku; tak, dowód zbrodni uwieczniony).

Po dodatku sama baza wydała mi się słodsza i rozmyta, a dopiero druga-trzecia łyżeczka po dodatku wracała na bardziej gorzkawo kakaowo-czekoladowy tor.

Po zjedzeniu został posmak cierpkiego kakao i słodyczy plastikowych orzechowych czekoladek.

Do całości mam bardzo mieszane uczucia. Baza kakaowo-czekoladowa była w porządku, gorzkawa, słodka bez przesady i dobra, choć niezapadająca w pamięć, bez ochów i achów. Natomiast kawałki czekolady były wprost parszywe. Mimo przystępnej struktury, ich smak psuł odbiór całości. W pierwszej chwili myślałam, że po prostu będę je szybko gryźć, ale upuszczały tak obrzydliwy smak plastikowych, cukrowych orzechów, że jedyny dobry sposób na nie, to wywalanie. A jedzenie lodów w ten sposób nie sprawia przyjemności. Dla nudnej bazy nie warto. Acz, wywalając kawałki czekolady, lody były jak najbardziej do zjedzenia (co też zrobiłam, bo Mama nie jada lodów czekoladowych / kakaowych). Szkoda, bo np. z jakimiś kawałkami brownie czy czymkolwiek lepszym, pudło mogłoby oczarować - zawiera bowiem porządną bazę pod coś (gdybym miała ocenić czyste lody czekoladowe, mogłyby i z 9 zgarnąć)... Ale i paskudne coś.


ocena: 7/10
kupiłam: Lidl
cena: 14,99 zł (za 500ml)
kaloryczność: 122 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: 60% mleko, cukier trzcinowy nierafinowany, 7% śmietana, glukoza, 5% kakao w proszku, miazga kakaowa, cukier, mleko w proszku odtłuszczone, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku, emulgatory: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych; lecytyna sojowa, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar; 0,4% orzechy laskowe, laktoza, ekstrakt z wanilii bourbon

niedziela, 12 czerwca 2022

lody Gelatelli Vegan Brownie Love

Mama latem ze zwykłych słodyczy przestawia się na lody i zawsze ma mi trochę za złe, że zawalam jej zamrażarkę swoimi (latem dotąd robiłam zapasy na jesień, bo to właśnie jesienią / wiosną była moja pora na lody; obecnie, czyli na dzień publikacji lody przeszły mi zupełnie i ich liczba w zamrażarce wynosi równo 0). W końcu zrobiło mi się jej szkoda i aby zrobić trochę miejsca, gdy wpadło kilka chłodniejszych dni, postanowiłam się za kolejne zabrać (i tak, działo się to latem 2021 - taak, ładna kolejna wpisów). Na cel wybrałam dosłownie "zawalacz miejsca", bo lody z serii, która zdążyła mi bardzo podpaść. Niby pocieszałam się, że ten smak trudno zepsuć tak, jak poprzednie, ale dobrze wiem, że w dzisiejszych czasach producenci nie takie rzeczy psują.

Gelatelli Vegan Brownie Love to "wegańskie lody o smaku czekoladowym na bazie napoju migdałowego z 14% kawałkami ciasta typu brownie i 10% sosem o smaku czekoladowym".
Pudło zawiera 400g / 500 ml.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach kakao, jeszcze przybierający na wyrazistości w trakcie jedzenia. Miało wydźwięk słodkiego kakao zrobionego na wodzie lub napoju kakaowego. Chwilami, zwłaszcza przy podziale, kiedy ujawniły się dodatki, nabrał trochę likierowo-sosowatego zabarwienia. Kojarzył się z przeciętnych lotów lodami z budki.

Podczas nakładania lody były bardzo twarde jak kamień. Dzięki rozmieszczeniu sporej ilości dodatków (np. sos od razu był miękkawy, brownie łatwo podważyć)  całościowo w zasadzie wyszło to w miarę przystępnie. 
Topiąc się, lody dały się poznać jako dość gęste, ale w sposób ciągnąco-"zagęszczony". Były kremowo-tłuste i bardzo oleiste, acz można było doszukać się w nich czegoś śmietankowego. Zmieniały się w ustach w oleistą chmurkę. Kojarzyły się trochę ze śmietanką kokosową jakby w formie bitej. Otłuszczały oleiście usta. Nie podobało mi się to wszystko.
W pudle znalazło się sporo kawałków ciasta o różnej wielkości. W większości były to kostki o wielkości centymetra kwadratowego, ale trafiłam też na takie wmieszane w masę, kawałeczki i drobinki.
Choć przy nabieraniu na łyżeczkę wyglądały na twarde, w miarę prędko dochodziły do siebie. W ustach dały się poznać jako konkretne, zbito-gęste i kleiste ciasto. Było w nich coś zakalcowo-mokrego, trochę mącznego. Rozpływały się muliście i tłusto. Ciężkie w raczej pozytywnym sensie, rzeczywiście były to kawałki papkowatego brownie. Odsłoniły przede mną także pylistość. To raczej udany dodatek, uprzyjemniający strukturę lodów i nadający całości sytego konkretu.
Sos był średnio gęstym, ciągnącym i rozpuszczającym się w oleiście-wodnisty sposób, trochę glutowatym żelo-sosem, którego zawijasy przeplotły pudło. Kojarzył się ze ślisko-tłustą wodą, mimo że i on krył lekką pylistość.
Jeśli chodzi o ilość, proporcje i rozlokowanie dodatków uważam za bardzo trafione. Niczego nie pożałowano, nie przesadzono. Przynajmniej w części, z którą miałam do czynienia.

W smaku sama masa lodowa od początku dała się poznać jako bardzo słodka i kakaowa, ale w delikatny sposób. Pomyślałam o słodkim kakao zrobionym na wodzie, bo i wodnisty motyw cały czas mocno pobrzmiewał. Mniej więcej tak sobie wyobrażam słodkie napoje kakaowe (z torebek tylko do zalania). Kakao przybrało orzechowy wydźwięk, który z czasem pokusił się nawet o pewną migdałowość. Wyraźnie z czasem, wraz z jedzeniem, wypłynęła na wierzch oleistość, smakowa tłustość. To było mdłe i odpychające.

Sos tę mdłość podbijał. Oddawał plastikową, słodko-kakaową podróbkę czekolado-polewy z założenia ciemnej. Miał mocno sztuczny, likierowy - acz bez procentów - charakter. Choć czuć w nim kakao i lekką cierpkość, szarżował cukrem... Albo nawet nie tyle cukrem, co dziwnie sztuczną słodyczą. Podnosił słodycz całości (zwłaszcza, gdy miejscami przemieszał się z bazą), a także wnosił motyw tanich, polewowych bombonierek. Niby wytrawny, a uderzająco tani.

Kawałki brownie okazały się najlepszą częścią, bo rzeczywiście muliście-kakaowym, bardzo słodkim ciastem. Wydawały się nasączone trochę alkohlowo, a cierpkawe kakao z lekko mącznym tłem ułożyło się w wydźwięk kapciowatych brownie gotowców (co wyszło neutralnie, nie zaś pozytywnie / negatywnie). O dziwo tłumiły sztuczność sosu, a w całości pobudzały kakao i czekoladowość. Choć również były bardzo słodkie, znalazł się w nich wyrazistszy, lekko gorzkawy czekoladowy smak. Same jednak też zahaczały o motyw tłusto-ciastowy.

Brownie z sosem stworzyły truflowo-ciastowy klimat. Niestety jednak tanio-sztuczny, cukrowy i tłusto-mdły. Baza po nich wydawała się jeszcze bardziej tłusto-wodnista, mdła i słodka w kiepski, sztuczny sposób. 

Po zjedzeniu został posmak chemii, w tym dziwne napastowanie języka jakby cukierkowo-sztucznym likierem, cukru i taniego kakao, splątany nieprzyjemną oleistością. Usta miałam otłuszczone.

To było trochę jak tanie, gotowcowe brownie, lody z dawnej, ale niskich lotów budki i polewowa bombonierka czekoladowa w jednym pudle. W zasadzie, biorąc pod uwagę konkurencję i jej ceny, składy, może nic dziwnego, że tak to wyszło. A jednak szczerze liczyłam, że ten smak z wegańskiej lidlowej serii wyjdzie najlepiej. Może nie było tu wad tak drastycznych, bym uznała te lody za dużo gorsze od marnych przeciętnych, ale były po prostu odpychające, niesmaczne i tłuste; niewarte jedzenia w moim odczuciu. 
Nie dałam rady więcej niż 1/3, mimo że miałam silną motywację (Mama nie je czekoladowych lodów, więc nie miał kto skończyć). Gdy jednak męczyłam, męczyłam i wczytałam się w skład... no nie, nie polecam, chyba że masochistom. 


ocena: 5/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 400g / 500ml)
kaloryczność: 231 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, 6% kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, 3% przecier z migdałów, mąka pszenna, syrop glukozowo-fruktozowy, skrobia modyfikowana, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, stabilizatory: mączka chleba świętojańskiego, guma guar, karagen; sól, naturalny aromat waniliowy