środa, 30 maja 2018

Marou Lam Dong 74% ciemna z Wietnamu

Po właściwie samych wybitnych tabliczkach z wietnamskiego kakao aż prosiło się dalej odkrywać nuty poszczególnych tamtejszych regionów. Tym razem przy wyborze nie sugerowałam się niczym konkretnym. Marou po pysznej Ben Tre 78 % miałam bowiem jeszcze trzy tabliczki, wszystkie tak samo kuszące. Ta, na którą padło, została zrobiona z kakao z malutkiej farmy z prowincji Lam Dong, leżącej u podnóża Płaskowyżu Centralnego Gór Annamskich (jakie piękne!).

Marou Lam Dong 74% to ciemna czekolada o zawartości 74 % kakao z Wietnamu z prowincji Lam Dong.

Od razu po otwarciu poczułam silne prażenie. Zbliżywszy nos do czekolady na myśl przyszły mi "ziarenka czegoś", miks jak często w chlebach z ziarnami, jednak później wygrało skojarzenie, które przyszło dopiero po chwili: kawa. To była o wiele intensywniejsza nuta, podsycona iglastymi drzewami i ziemią. Obok tego znalazło się też sporo słodyczy. Pewne było, że to owoce "pełne", soczyste, o zwartym miąższu i cudownie dojrzałe. Gruszki? Śliwki?

Przy łamaniu czekolada zachęcająco trzaskała, a w ustach rozpływała się w tłustawy, lepiący sposób. Była bardzo kremowa, gładka, lecz ze ściągająco-wysuszającym efektem.

W smaku natychmiast odnotowałam prażenie i cierpkość oraz silną słodycz. Były idealnie zespojone; te pierwsze ani na moment nie opuściły słodyczy owoców z zapachu, a więc gruszek i śliwek. To była słodycz pełna, esencjonalna.

Cierpkość jednak okazała się o wiele bardziej dynamiczna i wyrazista, więc to na niej skupiła się moja uwaga. 
Otóż rozchodziła się na mocno prażony smak, w którym wyraźnie czułam drzewa i jakieś niezbyt wyraziste orzechy / migdały. Drzewa... miały w sobie i coś ziarnistego, kakaowego. Towarzyszyło temu poczucie suchości, ale i rześkość... znów na myśl przyszedł mi las iglasty i... może jakiś wilgotny chleb z ziarnami? Różne akcenty się przewijały, ale sam prażony smak był obecny od początku do końca.

Cierpkość była też w dużej mierze owocowa i wypuszczała nieco kwasku. Najpierw mało, potem coraz więcej. Cały czas pojawiały się kawowe przebłyski.
Najpierw jednak błądziłam w skojarzeniach między porzeczkami (i czerwonymi, i czarnymi) a aronią... ale w końcu się to ustabilizowało i poszło w kierunku wiśniowym. Na moment może zahaczyło o jogurt ze wsadem z takich owoców.

To tylko nakręcało ściągająco-cierpką soczystość. W połączeniu z całą resztą nut, otrzymałam wino w formie tabliczki. Wino o beczkowo-drewnianych nutach, owocowe... Wino, albo wręcz... ocet winny balsamiczny?

No i właśnie z tej cierpkości wychodził też kwasek, przy którym sama cierpkość schodziła na dalszy plan. On, wraz z cały czas utrzymującym się prażonym smakiem, przywiódł na myśl kawę. Kawa ta była konkretna, o ziemistym klimacie.
Wspomniany prażony smak, pewna suchość po złączeniu z kwaskiem chwilami podrzucił jakby... śliwko-rodzynki? Takie suszki, których nuty często można znaleźć w winach.

Nie angażująca się aż tak bardzo słodycz na końcu zmieniała swoją postać... śliwki "przetwarzały się", a gruszki... zmieniały w jakieś... gruszki w occie balsamicznym? pojawiał się przy nich też karmel (jakby trochę bardziej mleczny? ale nie toffi).

To właśnie słodycz, pewna rześkość, złagodzenie pozostawały w posmaku wraz z poczuciem cierpkości za sprawą porzeczek, wina, ale i drzew, ziemistej kawy. Właśnie te ostatnie utrzymywały się jeszcze długo, długo po degustacji.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż takiej cierpkości. Jako jednak, że była to cierpkość smakołyków, które uwielbiam, zdobyła mnie zupełnie. Mocne, ale soczyście zawilgocone prażenie z mnóstwem porzeczek, wiśni, śliwek, a i takich wkomponowanych w wino (i ocet balsamiczny?) z wyrazistymi, ale nienachalnymi kawowymi motywami i równie nienachalną słodyczą. To pewne, że gdyby tej kawy i słodyczy było więcej, zaczęłyby mi się gryźć z bukietem i cierpkością (pamiętam, że właśnie tak coś mi nie pasowało w 2015 r. A. Morin Cuba noir 70 % w sumie o podobnym charakterze), a tak... pyszności! W dodatku skojarzyła mi się z uwielbianym Pralusem Tanzanie Forastero 75 %.


ocena: 10/10
kupiłam: Czekolady Świata
cena: 30 zł (dostałam rabat; za 80 g)
kaloryczność:  595 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym

Skład: kakao, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy

wtorek, 29 maja 2018

(Vanini) Tesco finest Uganda 78 % Dark Chocolate ciemna z Ugandy

Uwielbiam ciemne czekolady Tesco, jednak gdy zobaczyłam tę z wyższą zawartością kakao, byłam sceptyczna. W odróżnieniu od już jedzonych, zawierała bowiem odtłuszczone kakao, a ono psuje smak ciemnej czekolady. Psuje - koniec, kropka. Ale zaraz ciekawość... nie, "ciekawskość" zaczęła mi podpowiadać: "a może dodali tak mało, że prawie nie czuć?"... Bo jednak Uganda... Fajne kolorowe opakowanie (natychmiast skojarzyło mi się z afrykańskimi klimatami: jakieś koraliki, wyplatane z gałęzi chaty, życie z naturą, plemienne malowidła)... No i jednak kolejna czekolada Tesco do spróbowania... Niezdrowa, irracjonalna ciekawość była tym razem silniejsza. Czułam, że dobrze nie będzie... A może? ("Żadnych marzeń, panowie.")

Tesco finest Uganda 78 % Dark Chocolate to ciemna czekolada o zawartości 78 % kakao pochodzącego z Ugandy, z dystryktu Bundibugyo (zachodnia część kraju), produkowana przez ICAM (producent Vanini).

Po rozerwaniu sreberka poczułam prosty zapach kakao, który zaskoczył mnie, bo był bardzo jednoznaczny: kakaowe, umiarkowanie słodkie płatki zbożowe muszelki (typu Chocapic, a warto nadmienić, że właściwie o takowych zapomniałam, mogłyby nie istnieć).

Przy łamaniu ciemnej, niczym niewyróżniającej się tabliczki usłyszałam suchy trzask, a ona sama nie wydała mi się ani specjalnie tłusta, ani sucha.
Wysuszała dopiero w ustach, ale i to nie od razu. Ogólnie rozpływała się bardzo, bardzo powoli. Najpierw trochę miękła (jak plastelina), potem robiła się bardziej lepiąco-mazista, niczym "bagnisty" krem, by na koniec odsłonić trochę wysuszającej pylistości.

W pierwszej chwili poczułam umiarkowanie gorzkie nuty dymu, ale nie mocnego palenia (zaskakująco lekko palona jak na taką czekoladę). Było w tym coś sucho neutralnego, jak takie trochę próchnowate płatki zbożowe o mocno kakaowym, choć oczywiście nie głębokim, smaku (no, mięknące w mleku Chocapic jak nic! - przywołały wspomnienia, bo kieeedyś zajmowały u mnie 2. po kukurydzianych Nestle miejsce w tego typu płatkach do mleka, z którymi nigdy mi jakoś specjalnie po drodze nie było). Biorąc pod uwagę, że to ciemna czekolada... smak wcale taki mocno kakaowy nie był. Nie był nawet gorzki, a gorzkawy - spokojny i przystępny.

Gdy doszła do tego słodycz, na myśl przyszedł mi krem czekoladowo-orzechowy (który też na pewno podsuwała mazista konsystencja). Słodycz dodatkowo wszystko łagodziła, ale nie była nachalna.

Chwilami wyłapywałam odrobinę czegoś lżejszego - jakby soczystość orzechów (bo jakąś dziwną, nie owoców). Może świeże, surowe włoskie?
Jak na siłę bym musiała jakieś owoce przytoczyć to... małe i ciemne (wiśnie, leśne "jagódkowate"?).

Sama końcówka była bardziej delikatnie kakaowa, orzechowo-zbożowa. Łagodność i przystępność kojarząca się z rzeczami kakaowymi (płatki, wypiek kakaowy), ale bez smaku palenia i mocniejszej gorzkości. To słodka tabliczka, jednak o słodyczy trudnej do sprecyzowania (ani waniliowa, ani karmelowa). Smaczna i łatwa. Spokojna - ja tak ją odebrałam, ale pewnie może i nudna się wydać.

Zaskoczona doszłam do wniosku, że żadne z tych określeń nie działało na jej niekorzyść. Właściwie ucieszyłam się, że nie była mocno palona i ekstraktowo waniliowa (co trafia się w ciemniejszych sklepowych czekoladach, a co według mnie może być czasem zbyt mdlące - jako połączenie). Może i delikatna, ale czasem i na coś takiego ma się ochotę, bo jednak przesłodzona w żadnym wypadku nie wyszła. Nie była owocowa, co akurat tu mi odpowiadało. Czy za mało gorzka? W sumie przy tym orzechowym smaku aż tak gorzkości nie brakowało. Smak kakaowych płatków wyszedł śmiesznie ciekawie. To oczywiście sprawka kakao w proszku, ale... właśnie! Dodali je, a w sumie fajnie wyszło, bo nie przeszkadzało. Szkoda, że to nie tylko miazga, ale wolałam takie wyjście, niż np. mieli by dać więcej cukru czy tłuszczu. Nie wiem, czy w innym przypadku wyszłoby więcej nut - w sumie była podobnie orzechowo-czekoladowo kremowa, co czekolady z Tanzanii (kraj graniczący z Ugandą), a gdy poczytałam o kakao z Ugandy, nie wychodzi na to, że ma jakieś ciekawsze nuty.


ocena: 8/10
kupiłam: Tesco
cena: 7,99 zł
kaloryczność: 581 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, tłuszcz kakaowy, ekstrakt z wanilii

poniedziałek, 28 maja 2018

Legal Cakes baton Big Bunny

Nawet nie umiem wyrazić zirytowania, jakie mną szarpnęło, gdy tylko co po zdecydowaniu się wreszcie na zamówienie batonów (a wahałam się dobre parę miesięcy!) i zjedzeniu ich, Legal Cakes wypuściło nowość. W akcie buntu przeciw niezamawianiu jedzenia innego niż czekolady... złożyłam kolejne zamówienie (wracając do smaczniejszych batonów, np. do Chiacho) i zdobywając nowość. Spodobała mi się, jeśli o zamysł chodzi, bo akurat ciasto marchewkowe jest jednym z tych, które lubię (a nie ma takich wiele).

Legal Cakes Big Bunny to "baton marchwiowy z kremem orzechowo-figowym", wegański i bezglutenowy, zawierający także m.in. dynię i cynamon.

Po otwarciu poczułam "wytrawnawy" zapach gotowanej marchewki jakby doprawionej pieprzem w towarzystwie czegoś... sugerującego "zdrowy" wypiek, trochę migdałowo-mączny.

Baton wydał mi się konkretny, był dość ciężki i zbity, chociaż... Przy jedzeniu nie miałam takiego wrażenia. Otóż krem niemal "wyciskał się" bokami, bo był rzadki i bardzo mokry, wodnisty. W ustach rozpływał się błyskawicznie, ujawniając troszeczkę strzelających pestek fig.
Wierzchnie warstwy były natłuszczone i również wilgotne, jednak ta część miała element niby-suchości. Odebrałam je jako zapychające - pewnie przez to, że były dość mączne. Ogólnie wyszło miękko, bo kawałki orzechów były albo drobnicą albo wielkimi i oślizgło-rozmiękłymi kawałami (jak ziemne w dawnej wersji Sneaky'ego). Nie podobała mi się tu firma orzechów, ale w sumie na te rozmokłe trafiłam raptem na trzy kawałki, więc nie było tragedii.
Trochę tu siemienia, sporo wiórków marchwi, coś trochę chrzęści (pojedyncze wilgotne wiórki kokosowe); ogólnie odebrałam to jako zbyt przemieloną i mokrą (bardziej niestety wodnistą niż soczystą) zlepkę.

W smaku i całościowo, i po podzieleniu wyszło mdło. Ogólny charakter batona nazwałabym raczej z aspiracjami do wytrawnego, mało słodkiego.

Wyraźnie czuć marchew, ale i posmak dyni. Gdy tak przegryzałam się przez całość, mączność, dziwny posmak (odżywka białkowa?) i mdła orzechowość nakręciły jej wytrawność, a więc skojarzenia z "gotowaną marchewką do obiadu", ale... Wszelkie siemię lniane, mączność czy i same orzechy, migdały z nutką soli przekładały się, że nie miałam skojarzeń "słodyczowych", a "obiadowo na słodko". Tutaj co prawda sprawdził się cynamon, bo z czasem zaczynał wyraźniej się wyłaniać i działać. Niestety, czułam w jego kwestii spory niedosyt.

Czy środek był lepszy? I tutaj mało wyraziste orzechy, mało wyraziste mleczko kokosowe, ogólna wodnistość bardzo dały się we znaki... Nie było bowiem bardzo słodko, ale krem właśnie jako w dużej mierze żadno-słodki można odebrać.
Niewątpliwie czuć w nim figi, ale... wkomponowane w naturalnie słodkawe nuty. Mleczko kokosowe, coś jeszcze innego, ale... także wodę. Nadzienie było bowiem, oprócz wyczuwalnego, ale delikatnego smaku fig, głównie mdło mleczkokokosowe, z nutką migdałów, orzechów, troszkę słodkie i głównie wodniste. Takie to... "żadne", nijakie w smaku.

Baton wyszedł według mnie... w sumie tytułowo, ale nie w takim wydaniu, jakim by się oczekiwało. Mi strasznie przeszkadzała jego wodnistość, która sprawiła, że wyszedł mdły. Słodkawy, a przez to denerwujący, mimo że nie taki za słodki. Gdyby był zasładzająco figowy - byłoby to błogie zasłodzenie, ale nie. Figi to tylko nutka. Marchewka? Czuć, ale wolałabym taką mocniej doprawioną cynamonem, zrobioną "ciastowo", z dużą ilością orzechów... i... raczej nie tylu nerkowców, a właśnie migdałów, których też poskąpiono.


ocena: 4/10
kupiłam: Legal Cakes
cena: 8,50 zł (za 100 g)
kaloryczność: 293,6 kcal / 100 g
czy znów kupię: w tej wersji nie

Skład: woda, marchew 14,6%, mleczko kokosowe, orzechy nerkowca 11%, olej kokosowy, syrop klonowy, figi 6,6%, mąka ryżowa, dynia, odżywka białkowa wegańska (87,5% izolat białek grochu, 12,5% izolat białej ryżu), mąka jaglana, migdały 3,7%, wiórki kokosowe, siemię lniane, cynamon, sól

niedziela, 27 maja 2018

Benjamissimo Chia Grapefruit Dark 70 % ciemna z Nikaragui z nasionami chia i grejpfrutem

Czasem przeglądając instagrama, przewijają mi się przed oczami jakieś zupełnie nieznane czekolady. Niektóre systematycznie, ale nie tak nachalnie często. Zdarza się wtedy, że mimo że wiem, że mogą nie być niczym oszałamiającym, po prostu budzi się we mnie... nawet nie tyle chęć, co chcica ich spróbowania. Tak właśnie było z dzisiaj przedstawianą. Zdjęcia były ładne, dodatek niecodzienny, pochodzenie kakao też nie byle jakie, a komentarze pozytywne.

Benjamissimo Chia Grapefruit Dark 70 % to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z Nikaragui z nasionami chia i grejpfrutem (olejkiem).

Po otwarciu poczułam ciekawie kontrastowe zestawienie. Cytrusowa wilgoć kojarzyła mi się przede wszystkim z pomarańczową maślanką, jogurtem, ale też po prostu ze słodko-kwaśno-gorzkawymi cytrynami i grejpfrutami. Nie były jednak soczyście owocowe w 100 procentach.
Dziwnie wchodziła w to wszystko sugestia suchego, kakaowego biszkoptu, chyba o trochę piernikowych zapędach.

Jasna, wyglądająca na dość maślaną, tabliczka wydała mi się sucho-tłusta w dotyku. Trzask miała przyjemny, a przekrój (co mnie ucieszyło) nie ujawnił zbyt wielu chia, nie wpłynęły też na kruchość. Dopiero w trakcie jedzenia pokazały swoją śliską naturę, strzelając przy rozgryzaniu. Było ich jednak mało (na szczęście, bo nie lubię). Czekolada rozpływała się dość szybko, choć niezbyt chętnie, bo mięknąc trochę ulepkowo-tłusto, a jednak z wysuszającym efektem. Miała i soczyste momenty, ale za mało.

W smaku od pierwszej chwili czekolada raczyła łagodnym charakterem.

Najpierw był to smak suchego piernika i suchych, jasnych biszkopcików w towarzystwie szczypty korzennych, piernikowych przypraw. Po chwili oczami wyobraźni zobaczyłam jakiś jasny piernik... lekko uginający się, bo... właśnie może nie taki suchy.

Po ustach rozeszła się soczystość. Zrobiło się słodko - głównie, ale nie tylko owocowo. I nie były to w 100%-ach surowe owoce.
Najpierw wychylała się słodka, trochę olejkowo-skórkowa pomarańcza, a po chwili zabłysła słodziutka gorzkawość grejpfruta, od której odchodził jakiś czerwnoowocowy wątek (malina? porzeczka?). Scenę jednak zawłaszczała sobie pomarańcza - słodka, ale aspirująca do gorzkawej... w kontekście galaretkowo-dżemowym? Słodko-soczysta jak owoc, ale też "przerobiona".

Próbując skupić uwagę na samej czekoladzie trafiłam na delikatność, zero gorzkości, a taki... orzechowo-maślany smak. Obstawiałabym jakieś delikatne, nieprażone orzechy ze skórkami. Wydawało mi się za to, przy rozgryzaniu, że chia dodają im odrobinkę złudzenia soli. Łagodność i maślaność (wraz ze śliskością nasionek) z kolei sugerowały mi trochę jakiś słodko-owocowy produkt mleczny - jogurt? maślankę?

Zwykłe cytrusowe nuty również wydawały się rozkręcać przy chia. Wtedy czułam jakiś właśnie żółtoowocowy kwasek - na myśl przyszły mi ananasy. Jakby jakoś ananasowo smakowały same chia...? Tak rześko-roślinnie (algowo?)... dziwnie (a przecież ponoć nie mają smaku). Ta "rześkość" z kolei znów przywodziła na myśl słodką i owocową maślankę.

Końcówka, robiła się słodka za sprawą owoców, ale wracał też smak słodkiego biszkoptu i/lub biszkoptów. Pozostawał posmak... mało wyrazistej czekolady i olejkowo-cytrusowy. Słodki, ale nie za słodki, bo w to wkomponowany.

Tabliczka wyszła bardzo owocowo, głównie pomarańczowo. Cały bukiet cytrusów (ale i jakiś czerwonych owoców, ananasa) podała na słodko. Właściwie nie było w niej gorzkości - może tylko lekkie przesłanki, ale gorzkość nie. Nie znaczy jednak, że wyszła strasznie słodko. Po prostu łagodnie. Łagodność sprawiała, że wydała mi się maślankowa i jogurtowa. Tu jednak znowu warto zaznaczyć, że mimo wszystko nie wyszła też kwaśno. Zaserwowała kwaskowate rzeczy w wersji na słodko.
Nie była jednak bardzo olejkowa, więc (pamiętać Manufakturę Johe Criollo 70 % i Zottera Labooko Nicaragua 60%) czuję, że samo kakao sporo owoców tchnęło, bo oprócz tego czułam też odrobinkę orzechów i przypraw piernikowych, które w tamtych też się pojawiały. Wyszła więc smacznie, ale według mnie... za dużo tu tłuszczu kakaowego - owocowe nuty jak widać wymagały aż podkręcenia, a reszta strasznie nieśmiało się rysowała. No i konsystencja taka sobie.


 ocena: 6/10
kupiłam: naturalny24.pl
cena: 10,60 zł (za 70 g)
kaloryczność: 582 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, surowy cukier trzcinowy, tłuszcz kakaowy, nasiona chia 2%, olejek grejpfrutowy 0,1%, olejek pomarańczowy, olejek cytrynowy, wanilia Bourbon

sobota, 26 maja 2018

Nestle Aero mleczna napowietrzona

Wspominając z Mamą niegdyś lubiane i zapomniane słodycze z uśmiechem zaczęłyśmy zastanawiać się, co stało się z Bąboladami. Mimo że dziadowskie, to fajne były, a teraz... jakoś chyba zniknęły. Czy to Milka je wyparła (albo raczej Mondelez uznał, że po co sprzedawać tanie Bąbolady, jak można opychać Milki Bubbly), czy co... Ważne, że były, jak miałyśmy parcie na mousse'ową konsystencję. Stwierdziłam jednak, że jestem ciekawa, jak bym dzisiaj taką strukturę czekolady odebrała, jako miłośniczka prawdziwej, ciemnej czekolady. Nie musiałam długo czekać, by - gdy Mama wróciła z zakupów - zobaczyć, co mi kupiła. "Niby Nestle, ale bąbelkowa". Biorąc pod uwagę mini-formę, stwierdziłam: co mi szkodzi?


Nestle Aero to "napowietrzona czekolada mleczna", u mnie w formie batonika.

Przy otwieraniu dotarł do mnie bardzo silny zapach cukrowej czekolady mlecznej z wyraźną, trochę waniliowo-budyniową nutą.

Lśniący paluszek wydawał dźwięk z granicy trzasku i chrupnięcia. Trochę się zdziwiłam, że składał się jakby ze skrorupki z normalnej czekolady i z napowietrzonego środka. Jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że okazał się... twardy. Twardy i krucho-sypiący się zarazem.
W ustach czekolada rozpływała się szybko. Była tłusta, podobnie jak jeszcze szybciej rozpływające się napowietrzone, śmieszne "bąbelkujące" nadzienie. Ten efekt był zaskakująco mocny, aż dziwne. Takie to "inne".

W smaku... Już pierwsza sekunda okazała się tragedią. Mleczna czekolada smakowała bowiem tandetą. To cukier i smak starości, zepsucia. Czuć w tym mleko w proszku - do bólu wyraźnie. Przełożyło się to na skojarzenie z jedzenie na sucho starego budyniu waniliowego (oczywiście to tylko wyobrażenie, bo nigdy tak nie robiłam).

Trochę lepiej odebrałam środek, bo przez strukturę był jakby słabszy w smaku, ale też cukrowy i smakujący starym budyniem, mlekiem w proszku. Tu może posmak taniości i zepsucia wydawał się tylko nutką w tle. To było takie... sztuczne zepsucie, takie... waniliowo-budyniowe.

O ile pod względem struktury środek może się komuś podobać, tak smak to tragedia. Cukier, mleko w proszku i... to zepsucie to jakby kwestia dziwnego naaromatyzowania? To takie ulepkowo-sztuczne, jakby przeterminowane, ale w sumie czuć, że nie (data kilkumiesięczna była, a Mamy batonik smakował tak samo jak mój).
Hm, kiedyś lepiej odbierałam tę nutę "budyniu waniliowego" w czekoladzie Nestle. A może po prostu tutaj skupiają się tylko na strukturze, a smak kompletnie olewają?
Mimo szczerej chęci "zjedzenia dla przypomnienia" dałam radę raptem dwóm kostkom. Mama uznała, że nie jest to takie złe, jak mówię, ale była zdziwiona, że "coś tak mocno średniego Nestle wypuściło".


ocena: 3/10
kupiłam: dostałam
cena: -
kaloryczność: 555 kcal / 100 g; sztuka (24g) 134 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcz kakaowy, pełne mleko w proszku, miazga kakaowa, odtłuszczone mleko w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna słonecznikowa, ekstrakt wanilii i/lub aromat

piątek, 25 maja 2018

Bakuś Puszysty serek o smaku czekoladowym

Po miłym zaskoczeniu, jakim było czekoladowe Danio, pomyślałam, że jednak nie daruję i jednak Bakusia też sobie przypomnę.


Bakuś Puszysty serek o smaku czekoladowym to serek, którego producentem jest Bakoma.

Po otwarciu poczułam zaskakująco wyrazisty kwasek nabiału, ewidentnie twarogowy. Było to w przyjemny sposób nienachalne i łagodne, okraszone słodziutko-kakaową nutką.

Serek był bardzo napowietrzony, dzięki czemu lekki, ale i tłustości mu nie brak. Wydawało mi się, że aż pozostawiał trochę tłuszczu na ustach. Był zarówno zalepiający jak nabiał odtłuszczony i jednocześnie nieco za tłusty (śmietanka?). Na szczęście pewne wysuszające poczucie, prawdopodobnie pochodzenia kakaowego, jakoś to próbowało równoważyć.

W smaku, podobnie jak w zapachu, przede wszystkim czułam kwaskowaty nabiał, oczywiście przede wszystkim twarogowy, ale z czasem zaczął mi się wydawać "podkręcony" (śmietaną? kwaskiem cytrynowym?).
Kwaskowata cierpkość twarogu łączyła się z tą kakaową, której ani na krok nie odstępowała słodycz. Nie za mocna, ale znacząca. Wraz z nabiałem tak "rozmyła" smak czekolady, że wyszła niemal trochę sztucznie, wręcz pod jakieś "smaki cappuccino" podjeżdżała. Sprawiła, że serek nie wyszedł wytrawnie, a właśnie uroczo serkowokakałkowo, choć wciąż z zaskakującym charakterkiem, jak na produkt dla dzieci.

Całość wyszła zadowalająco, choć z wadami. To serek twarogowy przede wszystkim, nienachalny posmak kakao był w tle i w sumie wyszło ok. Kwasek, słodycz - kombinowane, ale nienachalne. Konsystencja... nie moja (chyba jednak nie lubię musów), ale po prostu nie rozumiem zabiegu z odtłuszczaniem czegoś, a potem nakręcania tłustości inaczej... Może żeby "puszek" wyszedł? Uważam, że serek całkiem fajny, ale wracać nie zamierzam.
Nie podoba mi się też skład - taak, wypchany witaminami... i innymi "zdrowościami".


ocena: 6/10
kupiłam: Biedronka
cena: 1,49 zł (za 110 g)
kaloryczność: 111 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: twarożek odtłuszczony z mleka pasteryzowanego, śmietanka, wsad o smaku czekoladowym (cukier, kakao o obniżonej zawartości tłuszczu 1%, skrobia kukurydziana modyfikowana, czekolada w proszku 0,03%, regulator kwasowości: kwas cytrynowy; aromat, wapń, witaminy: D, B6, B12), cukier, białka mleka, żelatyna wieprzowa

środa, 23 maja 2018

Zotter Labooko Medium Raw 75 % ciemna surowa z Peru z acai, chorellą zieloną herbatą, grzybami reishi i korzeniem maca

Z czystymi ciemnymi czekoladami Zottera mam jeden problem: w momencie, gdy otwieram nadziewaną po nadziewańcu (mają stosunkowo krótkie daty), dla urozmaicenia sięgam wtedy po plantacyjne innych marek - żeby nie zrobiło się za zotterowo, a Labooko... leżą i leżą, czekając. A przecież ciemne nie zawodzą. Ostatnio, mimo kolejnego zamówienia nadziewanych (ale tym razem tylko paru), postanowiłam wreszcie i z Labooko ruszyć (tym bardziej, że weszło wiele nowości - mam wszystkie). Zdecydowałam się na czekoladę, która ciekawiła mnie... właściwie odkąd poznałam tę markę. To idealne przejście z nadziewanych, do ciemnych, bo... to czekolada z dodatkami, ale w wersji "gładkiej".
Modę na zdrowe odżywianie i surową żywność Zotter troche tu wyśmiał, gdyż w istocie nieprzekraczanie pewnej granicy temperatury podczas prażenia kakao to jedno, ale pozostaje przecież jeszcze fermentacja, mielenie itd. ziaren. A co czekolada straci przez to wszystko?! Oj, to już Zotter sam doda. Wyszło więc średnio surowe "cuś" (wszakże z autentycznie surowym ziarnem - suszonym).

Zotter Labooko Medium Raw 75 % to ciemna czekolada o zawartości 75 % surowego kakao trinitario (miazga + tłuszcz) z Peru z regionu Alto Huallaga (nad rzeką Huallaga), której czas konszowania wynosi 12 godzin z acai, chlorellą, zieloną herbatą, grzybami reishi i korzeniem maca.

Po otwarciu poczułam zaskakująco jednoznaczny zapach palonej, wręcz odymionej, kawy z herbaciano-ziołowym i orzechowym tłem. Miało to jednak w sobie coś bardziej soczyście-wilgotnego, przywodzącego na myśl czarną ziemię i cytrusy (surowość). Od ziemi odchodziła też nutka słodkich owoców leśnych - jagód i malin?

Ciemna tabliczka, o jakby czarno soczystym ("jagódkowym") kolorze, przy łamaniu pięknie trzaskała, a w ustach rozpływała się gładko kremowo, w umiarkowanym tempie, niemal oleiście zalepiając usta. Przy tym jednak także wysuszała.

Od pierwszego kęsa wydała mi się głównie gorzka w kontekście przede wszystkim dymnym. Dym, całe mnóstwo dymu. Suszone (odymione) zioła, dym unoszący się... wraz z jakimiś siarkowymi oparami. Suszone zioła jakoś nie mogły się z tym zgrać... nagle wydały mi się bardziej rozmokłe... wodorostowe (algowe)?

Dość szybko pojawiała się jednak i słodycz. Nie była zbyt silna, wydała mi się wręcz orzeźwiająca, choć początkowo po prostu karmelowa (również odymiona).
Wprowadziła też pewną "neutralnawość", niepewnie błądzącą między gorzkawością masła / oleju (jak olej kokosowy?), a orzechami (wyrazistymi - prażonymi brazylijskimi, gorzkimi włoskimi).

Po tym znów przybrała na sile nuta siarki, wnosząc lekki kwasek. Tutaj pojawiła się i odrobinę cytrynowa nutka, ale... przyjemnie rozpłynęła się w ziemistych, wilgotnych nutach (też trochę kawowych?). Raz i drugi wyłapywałam jakieś goryczkowate, cierpkie owoce - na pewno bardzo ciemnego koloru. Wiśnie? Czarne porzeczki? Coś aroniowo-jagódkowego?

Wspomniana ziemistość miała w sobie coś niemal fermentowanego... jak suszone, podfermentowane (kwaskowate) figi... Słodycz z karmelowej zaczęła zmieniać się w... słodycz masy makowej. Jakby lekko stęchły mak, wysypany na czarną, mokrą ziemię i taka... "jagódkowa" makowość w towarzystwie gorzkawych, korzennych przypraw (kardamon? gałka muszkatołowa?) były tym, co przyszło mi na myśl.

Na końcówce robiło się bardziej... Lekowo-ziołowo gorzkawo i przyjemnie słodko. Skojarzyło mi się to z kwaskowatą kawą i naturalnie gorzko-słodką herbatą zieloną, choć obie zostawały w posmaku bardziej jakby płynąc z kakao o znów mocno dymnym charakterze (kawa to ewidentnie nuta kakao, ale herbata jest jako dodatek).

Całość bardzo mi smakowała, bo wyszła właśnie "gorzkoczekoladowo" przede wszystkim. Jej charakter określiłabym jako mocny i bezkompromisowy. Czułam w niej i surowość, i nuty znane ze zrobionej z kakao z tego samego regionu Labooko Peru "Huallaga Nativo" 75 % (wilgoć, orzechy, ciemne owoce), a dodatki nie wyszły zbyt nachalne, raczej wkomponowały się w czekoladę. Miała nutki podchodzące pod coś "obrzydliwszego", ale to takie "tak obrzydliwawo-dziwne, że aż pyszne". Może nie jest to nic rewolucyjnego, ale na pewno porządny kopniak wyrazistych smaków!


ocena: 10/10
kupiłam: foodieshop24.pl
cena: 16 zł
kaloryczność: 601 kcal / 100 g
czy znów kupię: tak

Skład: miazga kakaowa, cukier kokosowy, tłuszcz kakaowy, acai 1%, chlorella 01,%, zielona herbata 0,1%, sól, grzyby reishi (lakownica żółtawa) 0,03%, korzeń maca 0,03%.

wtorek, 22 maja 2018

La Naya Tanzania 67 % Kaffir lime and lemongrass ciemna z Tanzanii z liśćmi limonki kaffi i trawą cytrynową

Ostatnią posiadaną tabliczką La Nayi, także limitowaną, była czekolada z dodatkiem. Najpierw nie zwróciłam na to tak specjalnie uwagi, mówiąc sobie, że ta jest po prostu z Tanzanii, ale nie. Plantacyjna z dodatkiem - spodziewałam się, że był to porządnie przemyślany ruch, więc byłam bardzo ciekawa (choć chyba nie aż tak ciekawa, jak czystych plantacyjnych).

La Naya Tanzania 67 % Kaffir lime and lemongrass to ciemna czekolada o zawartości 67 % kakao z liśćmi limonki kaffir i trawą cytrynową.

Od razu po otwarciu poczułam cudowną soczystość w cytrusowym klimacie, na który złożyła się również wyrazista nuta ziemi i drzew. Nie było to często pojawiające się połączenie ziemi i cytryn, a coś bardziej gorzkawo-limonkowego. Wspaniały kontrast wilgoci i rozgrzania otaczała słodycz, głównie kwiatowa, a więc cudownie zwiewna. Wpisały się w to też słodziutkie maliny i jasny miód. Do głowy przyszedł mi syrop malinowy i lody malinowo-limonkowe - na patyku, takie "dziecięco-cukierkowe", ale wyidealizowane.

Czekolada trzaskała przyzwoicie, a w ustach rozpływała się na niemal ślisko-tłustawy krem z poczuciem zgęstniało, zaschniętego sosu. Kojarzyło mi się to z lodami zrobionymi na pełnej śmietance i wcale nie kłóciło się z wyglądem, bo miała kolor ciemnej, ale mlecznej czekolady.

W smaku zwłaszcza w pierwszej chwili wydała mi się słodziutka, wręcz słodziuteńka. To szaleństwo dojrzałych, słodkich malin... albo raczej malinowych lodów zrobionych z takich i posłodzonych miodem. Nie. Opływających miodem. Jasnym (też jakimś kwiatowo-malinowym?).

Nie zrobiło się jednak zbyt słodziaśnie, bo dołączył do tego sorbet limonkowy, albo nawet coś lżejszego, jak wyidealizowane lody wodne limonkowe, bo wydały mi się wręcz trochę cukierkowe. Wciąż miałam też poczucie... owocowej esencjonalności? Jakby jakaś gruszka?

W słodyczy tego wszystkiego cały czas przeplatały się kwiaty - ogrom kwiatów (ale jakby z wyróżnieniem róż i to trochę "perfumowych"). To one tworzyły bardzo udane przejście do konkretniejszych nut.

Dość szybko, wraz z limonką, pokazała się ciepła nuta drzew. Rozwijała się, stawała się coraz odważniejsza. Wraz z akcentem skórki limonki sugerowała delikatną gorzkawość. To była jednak taka... soczyście-wilgotna gorzkawość, rześka i wkomponowana w "perfumowe kwiaty".

Z czasem zaczęłam też wyraźnie czuć trawę cytrynową. Wniosła wytrawniejszy, choć wciąż orzeźwiający motyw. Kwiatom i cytrusom narzuciła ziołowy ton, przy którym miód zyskał poważniejszy charakter.

Trawa cytrynowa i drzewa, łącząc się ze słodyczą i skojarzeniem z lodami na śmietance, pod koniec też wypuszczały coś lekko mleczno-maślanego... Tu o słodyczy zaczynałam myśleć jako wręcz o toffi-karmelowej... palonej lekko? Bo z ciepłym charakterkiem. Chwilami wyobraźnia podsuwała mi obraz jakiś gruszek w karmelu / miodzie.

W posmaku pozostawała lodowa malinowo-cytrusowa kompozycja, oraz (bardziej w roli bazy) drzewa i ziołowość, złagodzona słodkimi kwiatami.

Czekolada smakowała mi, zaintrygowała niecodziennym klimatem, ale nie porwała. Świetnie wyszła ta jej lodowość, sorbetowość - takie ochłodzenie soczyste - w każdej płaszczyźnie (zapach, smak, struktura), miałam wrażenie, że dodatki zupełnie zlały się z nutami czekolady, tworząc niezwykły bukiet. Mi jednak wyszło to za słodko, bo jednak cała ta miodowość, słodziutkie lody, słodkie kwiaty i maliny, nawet "gruszkowa" limonka, a na koniec wręcz mleczno-maślany karmel zdominowały tu ziołowość i drzewa, które gorzkawość jedynie sugerowały. Kwasek jako smak też w sumie tu nie wystąpił, a do takiego klimatu by pasował (bardziej chyba nawet niż gorzkość).

Skojarzyła mi się trochę z mokrą, karmelowo-owocową Domori Morogoro Tanzania 70 % (jednak Domori pokochałam za bardzo charakterny wydźwięk, którego La Nayi zabrakło), i, co ciekawe nie tyle pełnowymiarową tanzańską czekoladą, co neapolitanką Pralusa - pewnie chodzi o to, że przy kilku gramach nuty kakao nie miały okazji porządnie się rozwinąć, a w La Nayi do akcji wkroczyły dodatki. Neapolitanka Pralusa: czerwone owoce, maślany karmel, mrożona herbata - o, o, podobny wydźwięk. A jeśli chodzi o "interpretację dodatku trawy cytrynowej", to przypadła mi do gustu bardziej niż jedyna wcześniej jedzona z trawą tą Pacari Lemongrass, bo Pacari wyszła za bardzo nią "przyprawiona" jak jakieś obiadowe danie.


ocena: 8/10
kupiłam:  Sekrety Czekolady
cena: 24,99 zł (za 60 g)
kaloryczność: 552 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: ziarno kakao, cukier, tłuszcz kakaowy, lecytyna sojowa, liście limonki kaffir 0,7%, trawa cytrynowa 0,4%

poniedziałek, 21 maja 2018

deser Milka Pudding auf Haselnuss-Sosse Alpenmilch Schokolade

Po tym, jak miłym zaskoczeniem okazał się czekoladowy pudding Milka Mullera, Mama stwierdziła, że i orzechowy musimy spróbować. Tym razem ani przez moment nie protestowałam, bo naprawdę było mi smutno, gdy zawisła nade mną perspektywa darowania go sobie (myślałam, że to jednorazowy rzut na Biedronki i że już nie będę miała okazji spróbować, a do mnie nie dojechały; dobrze, że dopiero po zjedzeniu dowiedziałam się, że stoi za nimi Muller, bo chyba miałabym myśli samobójcze, gdybym miała jednego nie spróbować).

Milka Pudding auf Haselnuss-Sosse Alpenmilch Schokolade to "mleczny deser czekoladowy z sosem o smaku orzechów laskowych".

Po otwarciu poczułam słodziutko-orzechowy zapach. Był lekko sztucznawy, choć to akurat taka nieprzesadzona i "jeszcze przyjemna sztucznawość" oraz niewątpliwie czekoladowy. Kojarzył mi się jednak bardziej z białą czekoladą (mleczno-białą?). Widzę to tak: o ile np. Muller de Luxe orzechowy to "ciemnoczekoladowy orzech, jakieś wyidealizowane Ferrero Rocher", tak ta Muller Milka to... wyidealizowane białe Kinder Bueno (kiedyś je kochałam, a klasyczne Kinder Bueno nienawidzę odkąd pamiętam).

Deser okazał się bardzo gęsty i... jakby dwudzielny. Może tylko nieco bardziej glutowaty niż czekoladowy. Sos bowiem okazał się niemal tak samo gęsty, ale innego koloru - prawie białego, co mnie zszokowało, bo spodziewałam się, że po bokach będzie coś brązowego i po prostu bardziej wodnistego niż zasadnicza część. To jednak pasowało do tego, co wyłapał mój nos.

W smaku już od pierwszej chwili czułam silną słodycz i silną, taką gęściutką, pełną mleczność. Oczywiście czuć w tym zarówno mleczną bazę, jak i uroczą mleczną czekoladę.

Całość nasiąkła posmakiem orzechów laskowych, co kojarzyło się z jakimś... mleczno-orzechowym kremem (może właśnie a'a białe Bueno). Tak niemal nugatowo, a więc bardzo, bardzo słodziutko, "słodyczowo" orzechowo, ale... wciąż przyjemnie. Czuć sztuczność, ale w trakcie jedzenia nie przeszkadzała. Co więcej, wydaje mi się, że czułam tam wręcz słodko karmelową nutkę. Wkomponowała się w toń mlecznej, dziecinnie czekoladowej słodyczy.

Całość wyszła przesłodko i przeuroczo, a przy tym bardzo mlecznoczekoladowo. Podchodziło pod moje wyobrażenie o słodzonym, zagęszczonym mleku czekoladowym. Słodycz zaczęła mi trochę przeszkadzać już po połowie, ale było tak przyjemnie mlecznie i wciąż wyraźnie czekoladowo, że można na to oko przymknąć. Orzechowy smaczek, gdy tak zaznaczał się wyraźniej (nie wymieszałam dokładnie), także wyszedł błogo-słodko i przyjemnie. Jego sztuczność trochę za bardzo dawała mi się we znaki po zjedzeniu.

Po deserze pozostawał bowiem posmak sztucznego, słodkiego orzecha, poczucie dziecinnej czekoladowości i poniekąd przyjemne przesłodzenie.

Deser wyszedł więc słodko (za słodko!) i dziecinnie, wyraziście i lekko sztucznawo, jednak smacznie i zachwycająco gęsto. W moim rankingu deserów znalazł się za Mullerem de Luxe (który był wszakże ciemnoczekoladowy - bardziej "mój"), zdecydowanie wyprzedzając Polmlek. Z ochotą przygarnęłam jeszcze jeden, który Mama kupiła "na zapas, jak nie chcesz, to ja zjem".


ocena: 7/10
kupiłam: Mama kupiła w Biedronce
cena: 3 zł (?)
kaloryczność: 146 kcal / 100 g; deser (150g) 
czy kupię znów: mogłam

Skład: mleko odtłuszczone, cukier, śmietanka, czekolada mleczna 4% (cukier, tłuszcz kakaowy, mleko w proszku odtłuszczone, miazga kakaowa, słodka serwatka w proszku, tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa, miazga z orzechów laskowych, aromat), skrobia modyfikowana, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu 1,4%, miazga z orzechów laskowych 1,2%, czekolada 0,8%, mleko zagęszczone odtłuszczone, stabilizator: fosforany sodu; substancja zagęszczająca: karagen; sól, syrop cukru skarmelizowanego (cukier, woda), aromat

sobota, 19 maja 2018

Lindt Edelbitter Mousse Schwarze Johannisbeere ciemna 70 % z nadzieniem z czarnych porzeczek i musem czekoladowym

Nie ukrywam, że czasem wolę kupić za dużo i np. wpychać potem Mamie, niż nie kupić i ewentualnie żałować - to tak w kwestii czekolad. Wraz z żurawinowym Lindtem, trafił do mnie drugi smak. Może po tym, jak tamten nie spełnił oczekiwań, także po tym nie powinnam oczekiwać zbyt wiele, ale... w ciemno, a już po spróbowaniu żurawinowej, tę i tak kupiłabym jeszcze raz. Za bardzo kocham czarne porzeczki, by sobie taką czekoladę odpuścić, w końcu... pomyślcie, jak niewiele jest czekolad z czarnymi porzeczkami!

Lindt Edelbitter Mousse Schwarze Johannisbeere to ciemna czekolada o zawartości 70 % kakao z ciemnoczekoladowym musem (26%) i nadzieniem z czarnych porzeczek (18%).

Już w trakcie rozrywania sreberka poczułam silny zapach czarnych porzeczek w wydaniu słodziutko konfiturkowym, ale smakowitym. Rysowały się na słodkiej, choć wyraźnie kakaowej bazie.

Przy łamaniu niemal czarna tabliczka głośno trzaskała. Nawet w ustach zachowywała pewną twardawość, ale rozpływała się tłustawo kremowo, acz z lekko suchawym efektem. Stanowiła grubą warstwę kryjącą mus, który okazał się tłusto maślanym, autentycznie minimalnie napowietrzono-spulchnionym, kremem. Oglądając kostki między poszczególnymi kęsami, trafiłam na wiele bąbelków.
Nadzienie owocowe to lepiący i rzadkawy, ale raczej ciągnący niż płynny, sos / żel o nie całkiem gładkiej, soczystej strukturze.

W smaku początkowo czułam wyrazistą czekoladę o znaczącej, ale nieprzesadzonej słodyczy i palono kawowym wydźwięku. Wyszła smacznie, bo mimo że przystępnie i zwyczajnie, to wciąż gorzko i z cierpkością, którą wyciągało z niej owocowe nadzienie.

Nadzienie to było bardzo soczyste i najpierw tylko zaznaczało swoją obecność słodko-cierpkim, dżemowym posmakiem, by swój kwaskowaty charakter ujawnić w chwili, w której bezpośrednio wchodziło w kontakt z językiem. Wtedy robiło się kwaśno, lekko cierpko i obłędnie czarnoporzeczkowo. To smak soku i dżemu z czarnych porzeczek, których kwasek podkręciła cytryna, bez sztuczności. Po tym spektakularnym, krótkim debiucie nadciągała i konfiturowa słodycz, bowiem rzadkie nadzienie szybko się rozchodziło, puszczając przodem słodko-czekoladową resztę.

Całość w dużej mierze złagodził mus, bo był słodko-maślany. Jego czekoladowość była delikatna i w sumie... wpisywała się w czekoladę, jakby rozrzedzając jej kakaowy smak. Tej warstwy było bardzo dużo i mimo że nie była zła, nie była też genialna.

Po wszystkim pozostawał kwaskowaty posmak czarnej porzeczki (ale nie jakaś cudowna soczystość), cierpkość (ta owocowa i kakaowa), ale też poczucie silnej słodyczy. Było mi trochę za słodko, za tłusto... ale w sumie pozytywnie, bo i kakaowo-suchawo w ustach.

Czekolada wyszła smacznie - to chyba najbardziej udana z tej owocowo-mousse'owej serii (jadłam pomarańczową, żurawinową i chili-wiśnia). Poprawna czekolada, pyszne porzeczkowe nadzienie smakujące kwaśnym sokiem, dżemem, którego jednak było za mało albo po prostu było za rzadkie (za szybko znikało w porównaniu do musu) i w sumie dobry krem mający zadatki na mus. Może za słodko i trochę za tłusto, ale z przełamującymi elementami. Za smak czarnej porzeczki jestem w stanie to wybaczyć. Zeżarłam z przyjemnością.

Czytając słabe opinie w internecie i kojarząc, jak mało żurawinowo-moussowa była Edelbitter Mousse Cranberry, mam wrażenie, że trafiłam na jakąś poprawioną linię? Ta tabliczka miała o wiele dłuższą datę niż żurawinowa, więc może... A może to moja miłość do czarnych porzeczek sprawiła, że jestem bezkrytyczna.


 ocena: 8/10
kupiłam: Kaufland
cena: około 14 zł (za 150g)
kaloryczność: 516 kcal / 100 g
czy kupię znów: mogłabym (ale w promocji czy coś)

Skład: miazga kakaowa, cukier, syrop glukozowy, czarne porzeczki 6%, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, sok z czarnych porzeczek 2%, cukier inwertowany, koncentrat soku cytrynowego, naturalne aromaty, lecytyna sojowa, wanilia

piątek, 18 maja 2018

Toffifee

Ostatnio Mama rozsmakowała się w Toffifee i kupuje je sobie co kilka dni. Zaśmiałam się, że jak ja je jako dziecko lubiłam, to ona trzymała się z daleka (bo nie dość, że "oblepiające zęby, to jeszcze twardy orzech do zgryzienia w środku"), a jak mnie aż dreszcze na myśl o spróbowaniu tych łódeczek przechodzą (obecnie nie lubię cukierków i takich słodkich, klejących rzeczy, a Toffifee nie podobają mi się tak ogólnie od formy po skład), Ona się uzależniła. 
Nawet teraz potrafią mi jednak posmakować zwykłe słodycze (rzadko, bo rzadko, ale jednak - chociażby taki, właśnie od Storck, Knoppers - nie kupuję, ale jest dobry), więc raz, gdy oddałam Mamie wyjątkowo dużo odrzutów (słodyczy, które mi nie smakują), podarowała mi dwie sztuki swoich ostatnich ulubieńców "no weź, może akurat". "Dali to wzięłam" - z ciekawości, bo pomyślałam, że nie jadłam ich chyba ze sto lat.

Toffifee to "orzech laskowy (10%) w karmelu (41%), kremie orzechowym (37%) i czekoladzie (12%)", czyli cukierki / pralinki produkowane przez Storck.

Cukierki już pachniały słodko. Było to bardzo, bardzo silne, ale nie sztuczne, orzechowe toffi z nutą mleka w proszku. Nie mogę powiedzieć, by było nieprzyjemne, na pewno może się podobać, ale nie w moim stylu.

Łóżeczka rozpuszczała się powoli, była plastyczno-twardawa i bardzo proszkowa. Nie wydała mi się zbyt tłusta, ale to być może spowodowane kontrastem.
Krem wewnątrz był bowiem zdecydowanie za tłusty - taka gładka grudka nugato-margaryny. Było jej mniej niż karmelu, ale to dobrze. To w niej krył się cudownie chrupiący orzech laskowy ze skórką.
Ukoronowaniem była tłusto-pylista, też tłustawa, czekolada.

Całość wyszła przede wszystkim cukrowo słodka.
Po umieszczeniu w ustach, najpierw zabrałam się językiem za czekoladę. Powiedziałabym, że to raczej polewa cukrowo-kakaowa, niż czekolada, ale w sumie smakująca jak całkiem przyzwoita polewa. To pewnie też ze względu na to, że trochę przesiąkła orzechami.

Zaraz po niej moją uwagę przyciągnął karmel, który według mnie z karmelu miał bardzo mało. Smakował raczej jak troszeczkę palone toffi, na które złożył się ogrom mleka w proszku wymieszanego z cukrem. Oprócz tego czułam ni to krówkową maślaność, ni już margarynę. Mimo wszystko wyszło znośnie, bo smak orzechów laskowych szybko się spod tego wyłonił.

Był ewidentnie słodko nugatowy. O dziwo nie smakował ani czystym cukrem, ani chemią. W nim doszukałam się jednak bardziej maślano-margarynowych nut, tłumionych co prawda przez silną słodycz.

Mi sztuka zdecydowanie wystarczyła, by zrobiło się tak słodko, że nie miałam ochoty na kolejną, a zajęłam się oczyszczaniem zębów, co mnie oczywiście irytowało (bo wydawało mi się, że słodycz się do mnie przykleiła i prędko nie odpuści).
Dobra, trzeba przyznać, że to charakterystyczny słodycz z pomysłem, podróbek i podobnych tworów właściwie nigdy nie widziałam, ale... ogólnie przy tak cukrowym smaku z nieprzyjemnymi posmakami, gdy to tak się lepiło i zatłuszczało... no, coś w tym było, że "jestem na nie". Naprawdę, gdyby tak parę rzeczy pozmieniać, to mogłoby być coś pysznego.


ocena: 6/10
kupiłam: Mama kupiła
cena: -
kaloryczność: 516 kcal / 100 g; sztuka 8 g - 42 kcal
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, tłuszcze roślinne (palmowy, shea), orzechy laskowe, syrop glukozowy, produkt z serwatki (z mleka), substancja utrzymująca wilgoć: syrop sorbitolowy, miazga kakaowa, mleko zagęszczone odtłuszczone, zagęszczona słodka serwatka (z mleka), laktoza (z mleka), kakao niskotłuszczowe, tłuszcz kakaowy, tłuszcz mleczny, odtłuszczone mleko w proszku, syrop sacharozowy, emulgator: lecytyny (soja), sól, aromaty

PS Nowości, starości... a ja zapraszam, tak swoją drogą, do aktualizacji recenzji Lindta Whisky. O wersji Cognac też coś napisałam, ale to raczej myśl, która naszła mnie dopiero przy tych czekoladach. Możecie jednak sobie pooglądać ładniejsze zdjęcia.