Breyers Spiced Cookie Dough to lody cynamonowe z kawałkami zakalcowych ("cookie dough") ciastek imbirowych; z wysoką zawartości białka, bez cukru.
Pudło zawiera 465 ml / 251 g.
Masa lodowa nie była twarda nawet na początku po wyjęciu z zamrażarki. Wykazywała trochę gumową miękkość, choć topiła się, jakby coś ją stopowało. Niby w miarę szybko, ale dziwnie... Bardziej "rozchodziła się". Nie była gęsta, a rzadkawa... choć też nie rzadka czy jednoznacznie wodnista. Raczej wodniście-jakaś... Wodniście-zagęszczona? Wydała mi się lekko szorstkawa, tłustawa, ale nie tłusta. Co więcej, czuć w niej drobinki cynamonu. Sumując to wszystko, tragedii nie było, ale brakowało mi kremowości i odrzucała mnie gumowość (to jednak bardzo subiektywne odczucia - np. Grycan są według mnie bardziej gumowe, czego nie cierpię).
Dodano do niej całkiem sporo średniej wielkości ciastek w kształcie wałków. Nie chrupały, były zwarte i wilgotne. Dziwnie rozłaziły się na mączno-pyliste grudki. Wydawały się zrobione na bazie miałkiego cukru, zmielonych kryształków. Okazały się lekko tłustawe i chrzęszcząco-rzężąco-trzeszczące. Rzeczywiście w pewnym stopniu zakalcowe, ale... jak słodzikowy zakalec.
Na tym mdłym tle całkiem nieźle zarysował się jednak cynamon. Ewidentnie poczułam słodką pikanterię jego i słodziku. Zaczęło to aż nieco gryźć w język. Wraz z tym, jak masa coraz bardziej się topiła, w pieczeniu coraz większą rolę odgrywał słodzik. Z czasem sama baza nie wydała mi się już tak mocno przyprawiona cynamonu, więc brakowało mi w niej jego charakteru. A pieczenie przeszkadzało.
Po nich masa lodowa wydawała się w sumie bardziej słodko-żadna, bez polotu i już nawet nie taka szczypiąca.
Niewątpliwie mają wiele. Struktura nie odpowiadała mi, a maślane posmaki, słodzikowa, napastliwa ostrość i jednocześnie nijakość drażniły. Zakalcowy dodatek od biedy mógł być, mimo że nie był spełnieniem marzeń... ani na dobrą sprawę wzorowym cookie dough. Przypraw trochę czuć, choć brakowało im dobrej bazy. Z jednej strony staram się patrzeć na nie, jako na lody, których starano się obniżyć kaloryczność, jak to tylko możliwe, ale z drugiej... Co z tego, że coś ma mało kalorii, jak smakuje tak, że aż jeść się tego nie chce? To chyba nie sztuka.
Daleko im do smakowitych, autentycznie imbirowych (ale jednak o normalnej kaloryczności) Haagen-Dazs Artisan Collection Ginger Molasses Cookie. Skojarzyły mi się za to z Halo Top Cinnamon Roll z tym, że jakby pseudozakalcowo-ostrą i niezjadliwą ich wersją. Wolałam podlinkowane, bo miały mleczną bazę, której słodycz była po prostu niska, a nie dziwna i "niska, ale nic oprócz niej".
Trochę pojadłam, resztę oddałam Mamie, która także uwielbia lody z cookie cough, a i do korzennych smaków nic nie ma. Jej opinia: "Fu, jakie okropne, ta sama baza ohydna. Tam ten cynamon chyba aż mnie w język gryzł, choć jego smaku to specjalnie nie czułam. Ostre to, nie topiło się, a zakalce? Próbowałam się przekonać, ale i one okropne. Koło zakalca to one nie stały. Imbirowe? Smaku imbiru raczej nie znam, ale może, bo takie też trochę ostre były. Jak można coś takiego wyprodukować?". Lody żywota dokończyły w kiblu.
(Trochę zaginam czasoprzestrzeń, bo puściłam tę recenzję przodem, niechronologicznie, by może dzięki mnie ktoś się ustrzegł; po nich i po jeszcze jakiś jednak już w ogóle zraziłam się do pewnego typu lodów.)
ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour (ojciec mi kupił)
cena: 19,49 zł (za 465 ml - on płacił)
kaloryczność: 139 kcal / 100 g; 75 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie
Skład: odtworzone mleko odtłuszczone, zagęszczone odtłuszczone mleko, maltodekstryna, słodziki (erytrytol, maltitole, sukraloza), białka mleka, śmietanka 4,6%, mąka pszenna, stabilizatory (glicerol, guma guar, mączka chleba świętojańskiego), olej kokosowy, masło, emulgator (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), aromaty, cynamon, imbir, sól




