środa, 29 lipca 2020

lody Gelatelli Cookie Dough (wersja 2020)

Nienawidzę przerywać jedzenia. Gdy mam się od niego oderwać i iść coś zrobić, zalewa mnie krew, wpadam w furię. Nie lubię też sytuacji, w którym dokładnie porobię zdjęcia produktowi do recenzji, zasiądę potem na spokojnie do jedzenia tego i... trafię na coś ciekawego, czego nie sfotografowałam. Nie wybaczyłabym potem sobie dodania do recenzji niekompletnych zdjęć - większą przyjemność mam mimo wszystko z porządku wśród swoich recenzji. Lubię więc mieć "obcykane" i zrecenzowane wszystkie słodkości, jakie jem. Komuś z boku może się to wydać chore, ale obecnie nie umiem zjeść czegoś słodkiego, czego na blogu nie ma, nie recenzując. Za wielką mam po prostu radość z takiej dokumentacji. Co innego oczywiście, gdy do czegoś wracam, bo to lubię, a na blogu już jest. Tymi lodami zamierzałam pocieszyć się po nieudanych McEnnedy Caramel & Chocolate Ice Cream, które oddałam Mamie, bo mi nie odpowiadały, a chciałam jeszcze dojeść coś dobrego i znanego.
Te lody jednak... wprawiły mnie w taką wściekłość, jak dawno nic innego. Wrednie połączyły w sobie to, czego tak nie cierpię. Otóż gdy zasiadłam do jedzenia ich, okazało się, że muszę się oderwać i lecieć robić zdjęcia łapiąc ostatnie promienie słońca, bo... w zasadzie tych lodów nie jadłam. Fakt, jadłam McEnnedy / Gelatelli Master of Taste Cookie Dough, ale wystarczyły dwie pierwsze łyżeczki i zerknięcie na skład, by wiedzieć, że zaszły ogromne zmiany.

Gelatelli Cookie Dough to "lody waniliowe z 16 % kawałkami ciastek z czekoladą i 1 % kakao"; w masie czekoladowej jest 35 % kakao. Produkowane w Holandii.

Otóż po otwarciu nie przywitał mnie żaden zapach. Dopiero przy jedzeniu doniuchałam się cukrowej słodyczy, cukrowo słodkich, niewyrazistych, a jedynie "mlecznawych" lodów o dalekiej sugestii przeciętnie waniliowatej. Nie, nie waniliowej - zbyt mdłej, niegodnej tego określenia.

Otóż masa lodowa była twarda jak kamień. Piłowana łyżeczką, rozchodziła się na takie... spore twarde okruchy, które następnie jakoś tam się rozpuszczały.
Masa usiana była dodatkami: małymi walcami i ich połówkami "czekolady" oraz sporymi ciastkami, wyglądającymi jak korki do wina. W samych ciastkach też były drobinki czekolady.
Lody z czasem okazały się dość tłuste, a jednocześnie rozrzedzone, ewidentnie rozwodnione. Co więcej, nie były gładkie, a trochę proszkowe, przy czym wydawały się aż lekko trzeszczeć od cukru. Ich rozpuszczanie wyglądało tak, że długo, długo nie puszczały ani trochę, po czym rozchodziły się na wodę, meh.
Podobnie było z ciastkowymi walcami. Długo były twarde jak kamień, rozpuszczały się niechętnie. Odznaczały się zwartością, zaś gryzione... też były twardo-zwarte. Nawet takie odłożone, by odtajały - ot, jak zwarte, zawilgocone i stwardniałe ciastko zrobione na bazie cukru. Tego było bowiem w nich mnóstwo. Spore kryształki chrupały bardzo głośno. Kawałki czekolady uszły bez echa. Pod względem struktury nie przypominały zakalcowej masy, a bo prostu stwardniałe ciastka z cukrem.
Czekoladowe walce przynajmniej rozpływały się, jak trzeba. Niestety tłusto i ślisko.
Odniosłam wrażenie, że tych kawałków czekoladowych ogółem wyszło całkiem sporo, często na nie już na początku trafiałam, zakalce zaś - z racji wielkości - kryły się wewnątrz. Trudno się do nich dokopać i je wydobyć. Ale się namęczyłam, bo masa nie była warta uwagi.

W smaku masa lodowa okazała się przede wszystkim cukrowa, dopiero potem mleczna. Niczym po prostu zacukrzone mleko zdradzała obecność bazowej śmietanki, niestety także wody. Oprócz tego wydała mi się nijaka... Może lekko zabarwiona jakimś słodkawym aromatem, ale ot... nudna i niezbyt smaczna sama w sobie. Prezentowała się tak, że zupełnie nie miałam ochoty jej jeść.

Łatwiej tu o czekoladowe kawałki, które istotnie czekoladowo smakowały. To kakałkowa czekolada, dość maślana, ale i lekko gorzka. Jej słodycz wprawdzie była dość wysoka, ale przez kontrast do cukrowo-mdłego otoczenia, nie dawała się aż tak we znaki, puszczając kakao przodem.

Czekoladowe drobinki w ciastkach w smaku w zasadzie nic nie znaczyły. Jak bardzo się skupić, to może... O wiele wyraźniej w ciastkach czułam coś sztucznego, dziwnego oraz ogrom cukru. Cukier wydawał się w nich bazą, a ciastkowy smak zalatywał owocowo-kwaskawą mgiełką. Wyszło to obleśnie jak mdłe, zacukrzone i niedopieczone, tanie ciastko, nie zaś zakalec.

W lodach trudno o coś, co można by pochwalić. Przesłodzony i nudny smak bazy, zła konsystencja, niesatysfakcjonujące czekoladowe kawałki i beznadziejne ciasteczka, które miały udawać zakalec, a wyszły jak nie wiadomo co z cukru. Wszystko właściwie na cukrze bazowało. Szkoda, zepsuli naprawdę wybitne lody.
Zjadłam może 1/5 pudła, nie wierząc w to, co też Lidl zrobił. To zbrodnia! Już nawet zdążyłam przy pierwszym "zakalcu" pomyśleć, że lody się zepsuły, ale sprawdziłam datę i skład - przecier jabłkowy? Obstawiam, że właśnie to czułam w nich. Nie rozumiem, po co on w takim wariancie smakowym.

Po dwóch pierwszych łyżeczkach wiedziałam, że nie będę się z nimi męczyć, więc nawet nie bawiłam się w nakładanie do miseczki, robienie porządniejszych zdjęć... Byłam za bardzo wściekła na to, że zepsuli jedne z moich ulubionych lodów. Ok, w stosunku do innych sklepowych lodów, wypadają jedynie poniżej średniej, nie jakoś wyjątkowo obrzydliwie, ale...
A miałam jeszcze kupione ciasteczkowe, o których myślałam, że to Gelatelli Premium Kruche Ciasteczko Cookie tylko w zmienionym opakowaniu (właśnie kupione "sobie" a nie "na bloga", ale pewnie recenzja / aktualizacja będzie, jeśli pozmieniali). Teraz już się boję. Dopisek: A w sumie już nie, bo zmieniłam kolejność publikowania - recenzja zmienionych Gelatelli Premium Cookies & Cream.

Mama, która również była zakochana w tych sprzed zmiany, stwierdziła, że to już "nie to samo, co kiedyś", końcówkę wyrzuciła. Też czuła owocowy kwasek w pseudozakalcach, czego też nie rozumie.

ocena: 4/10
kupiłam: Lidl
cena: 9,99 zł (za 420g / 500ml)
kaloryczność: 243 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: mleko pełne, 20,7% śmietanka , cukier, woda, mąka pszenna, mleko w proszku odtłuszczonem masło, żółtko jaja, miazga kakaowa, tłuszcz kokosowy, jaja w proszku, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, stabilizatory: guma guar, karagen; naturalny aromat, kakao w proszku, ektrakt z jabłek, ekstrakt z melasy, sól, ekstrakt z hibiskusa, tłuszcz kakaowy, naturalny aromat waniliowy, lecytyna sojowa

4 komentarze:

  1. O ile przerywanie jedzenia jakoś mnie nie irytuje, tak też czuję wewnętrzną potrzebę żeby recenzować wszystkie słodycze jakie jem :D odpuszczam sobie jedynie na wyjazdach z rodziną czy znajomymi, żeby nie pomyśleli że mi odbiło xD
    Te stare lody cookie dough to też były jedne z moich ulubionych, zaraz po Peanut Butter :( aż cieszę się, że nie jadłam tej "poprawionej" wersji. Można to chyba podsumować jednym slowem: cukier... I jabłkowe, sztuczne ciastka udające zakalec :D no to trochę więcej słów :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię żadnej z przytoczonych we wstępie sytuacji, ale dzięki pracy nad sobą już się nie wściekam, gdy się zdarzą. Mogę np. jeść i rozmawiać przez telefon, odpisać komuś czy zrobić coś. Nie lubię, niemniej mogę. Wyjątek to śniadanie, ale tylko z uwagi na zmianę konsystencji płatków w mleku. I teraz ciekawostka (?) - wolę np. odebrać telefon niż dorabiać zdjęcia, bo ręce są już brudne, bo przerywam żarcie, bo muszę łazić po domu.

    Kolejna rzecz - potrafię już jeść rzeczy, których nie było na blogu, bez zamiaru zrobienia recenzji, mimo iż chciałabym je zrecenzować. Np. ostatnio kupiłam lody na patyku: Liona i 'nową' Milkę. Zjadłam dla przyjemności własnej. Ba! już podczas kupowania wiedziałam, że takie będzie ich przeznaczenie.

    Ne jadłam starej wersji, nie poznałam nowej. Duże kubki leżą poza moją strefą zainteresowania, więc czuję się wolna od obowiązku znania ich, co jest przyjemnym uczuciem. Myślę, że mimo Twojego sceptycyzmu znalazłabym aspekty do pochwały, niemniej nie wydarzy się to raczej nigdy. (Ale opisana konsystencja serio straszna).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, nie wyobrażam sobie jedzenia i rozmawiania, a żeby odpisać to mogę przy czekoladzie, ale wtedy też, że np. kęs mi się rozpuści, odpisuję i dopiero robię kolejnego gryza.
      Ta ciekawostka mnie nie dziwi. Jak się usadzę to też już po prostu nienawidzę wstawać od jedzenia. Tylko nie z powodu brudnych rąk, bo ja jedząc ciemne czekolady ich nie brudzę.

      Czy potrafiłabym zjeść czekoladę nierecenzowaną i jej nie zrecenzować? Hm... Nie chciałabym tak. Kocham o nich pisać. Nigdy nie traktowałam tego jako przymus czy potrafienie. Po prostu czuję, że muszę-chcę, a nie muszę-muszę. Ze słodyczami to mam obecnie tak, że nie widzę sensu jedzenia ich wcale, więc jak już coś próbowałam, to opisywałam. Obecnie wykończyłam i nie moimi nie zawracam sobie głowy wcale, ale to na blogu będzie widoczne pewnie za parę miesięcy.

      Jak Mama wywaliła to... nie wiem, w czym byś miała pozytywy tu znaleźć.

      Usuń
    2. Bo te "nie umiem" we wstępie, jak się odniosłaś do tego, dziwnie wyszło. Jeszcze raz podkreślam: "Za wielką mam po prostu radość z takiej dokumentacji."

      Usuń

Moderacja włączona, żeby nie było problemów z weryfikacją obrazkową.