Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritter Sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ritter Sport. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2026

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds ciemna 50 % z migdałami

Ritter Sport to jedna z tych marek, które obecnie tylko w górach jako tako mogą mnie zainteresować. Tę tabliczkę wzięłam tylko dlatego, że akurat jakoś miałam wrażenie, że mam mało czekolad w góry, a zakupy robiłam z ojcem i on płacił. Ritter Sport Dark Almond & Orange nie chwyciła mnie, ale musiałam przyznać, że zawierała bardzo dobre migdały. Stąd myśl, że wersja okrojona z pomarańczy mogła być warta uwagi. Otworzyłam ją na Bystrej Ławce, na którą tym razem weszłam niestandardowo, bo od strony Doliny Furkotnej, idąc ze schroniska Chata pod Soliskom.

Ritter Sport Nut Selection Dark Whole Almonds with almonds grown in the California sunshine to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi migdałami kalifornijskimi (25%).

Po otwarciu poczułam trochę dominujący zapach przesłodzonej czekolady oraz migdałów, starających się dotrzymać jej kroku, acz jednak pozostających w tyle. Wydały mi się lekko prażone, a czekolada cukrowo-lukrowa i minimalnie palono cierpka. Trochę jak... syrop kawowy? Połączyć cukrowo-gorzkawe nuty z migdałami i w zasadzie wygładzić całość starała się maślaność.

Tabliczka w dotyku wydała mi się trochę  polewowa, ale jeszcze zwyczajna. To, że migdałów nie pożałowano, zdradzał już spod tabliczki, a przekrój potwierdził. Zatopiono w niej całe, ogromne i wielkie sztuki oraz połówki. Twarda czekolada łamała się z trzaskiem świadczącym o gęstości i konkrecie, podbudowa kruchymi trzaskami migdałów.
W niektórych miejscach migdał dosłownie siedział na migdale, lecz trafiały się też małe kęsy bez nic. 
Niektóre migdały łamały się wraz z czekoladą, inne zostawały w którejś części. Czasem migdał wyciągał się ze skórki, a w drugim kawałku kostki skórka zostawała wtopiona w czekoladzie. 
W ustach czekolada rozpływała się w tempie średnim, długo zachowując kształt. Była zbita i konkretna, a jednocześnie mazista. Łączyła lekką ulepkowatością maślaność z wodnisty echem. Faktycznie była sowicie wypełniona dodatkami.
Migdały długo trzymały się na wpół ukryte w czekoladowej mazi, ale w końcu się wyłaniały. Ja zdecydowanie wolałam zostawiać je na koniec, aż czekolada zniknęła. Gdy bowiem próbowałam gryźć je wcześniej, wydawała się bardziej ulepkowata.
Gryzione migdały były twarde w chrupiącym kontekście.
Skórki trafiały się tylko na niektórych. Łatwo oddzielały się od samych migdałów.
W większości migdały były duże, przeważały całe, ale trafiałam także na połówki. Po połamaniu czekolady i odgryzając po kawałku kostki, wiadomo, miałam do czynienia raczej z kawałkami (ale pierwotnie całych).

W smaku pierwsza rozbrzmiała na starcie wysoka, cukrowa słodycz, a zaraz za nią lekka, palona gorzkość.

Przemknął mi jakby jakiś aromat, coś zahaczającego o plastik, jednak zaraz tonącego w maślaności. Może to echo migdałów, za słabe jednak, by je uchwycić?

Gdy odgryzając kawałek, przegryzłam migdała, też się odzywał, ale potem trzymał się tyłów. Acz wyczuwalny był.

Słodycz szybko rosła, do cukru dodając lukier. Zrobiło się cukrowo, a gorzkość ewidentnie nie nadążała.

Migdały niegryzione może same w sobie nie smakowały szczególnie intensywnie, ale dodawały swą nutę i trochę tonowały słodycz.
Gdy zrobiłam kęsa czekolady bez migdała, nie wydała mi się szczególnie przesiąknięta migdałami, acz można doszukać się echa zbliżonego do migdałów, może trochę bardziej ogólnie maślano-orzechowego. Na pewno jawiła się za to jako bardziej słodka i z łatwością, szybciej zasładzająca tak, że w gardle drapało.

Kiedy z ciekawości pogryzłam migdała obok czekolady, sama czekolada wydawała się bardziej plastikowa, natomiast migdał przeprażony na gorzko od lekkiej goryczki bazy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa gorzkość starała się jakoś znowu odezwać, ale zakradł się do niej delikatny plastik, a potem... cukier uderzył i...  gorzkość zdecydowała się na wydźwięk trochę plastikowego kawowego lukru. Rosła i słodycz, i cierpka goryczka i przyszedł mi na myśl zacukrzony, ale trochę wytrawniejszy, acz bezalkoholowy likier kawowy. Może... także migdały się w nim kryły, jako... nuta w likierze kawowo-migdałowym? 

Słodycz trwała niewzruszona, gorzkość z czasem opadła z sił. Zastąpiła ją lekka maślaność, w niektórych kęsach z migdałami bardziej wymieszana z migdałowością (ale nie zawsze).

Słodycz końcowo pozwalała sobie na naprawdę dużo, łącząc likier, cukier i lukier, ale im czekolady było mniej, tym i nawet niegryzione, prażone migdały coraz bardziej skupiały na sobie uwagę.

Migdały gryzione na koniec z lekkością zagłuszały przesłodzenie, ogólnie niwelując słodycz bazy. Same były słodkie, ale w naturalny sposób. W większości nie posiadały skórek, ale nawet, gdy trafiła się skórka, nie miała za wiele do powiedzenia. Tylko trochę podszeptywała smakową suchość. Ogólnie migdały były bardzo wyraziste. I to wyraziste w swój własny smak, mimo silnego prażenia. W zasadzie ono w przypadku ok. połowy migdałów było średnio mocne, w drugiej połowy mocne. Gryzione na koniec nie szły jednak w goryczkę.

Posmak należał do prażonych migdałów. Czekolada na koniec stanowiła marginalny dodatek. Zdobyła się na prostą, paloną cierpkość, ale wciąż czuć też maślaność i lukrową słodycz.

Mocno średnia baza, dobre migdały, ale całość mnie nie porwała. Po prostu jest, czym ma być, spełnia obietnicę, więc trudno się czepiać. Przesadzoną słodycz i echo plastiku, a także nieco za mocno prażone migdały (nie wszystkie, ale część) sprawiły, że w górach szła jako tako, ale w domu już trochę męczyła nie za szlachetnym charakterem.
Orzechy laskowe w  Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts jakoś lepiej podporządkowały sobie bazę, acz czuć, że była ta sama. Tak samo nieinteresująca bez dodatku.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 8,98 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 560 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, migdały, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe

środa, 5 marca 2025

Ritter Sport Knusper-Nuss mleczna z orzechami laskowymi i płatkami kukurydzianymi

Gdy zobaczyłam tę czekoladę w sklepie, z czymś mi się kojarzyła. Wydała mi się ciekawa, ale nie niespotykana. Hm... Aż w końcu przypomniałam sobie Choceur Erdnuss & Flakes. W przypadku dziś przedstawianej, nic nie powinno być karmelizowane i solone, więc jak ojciec powiedział "bieeerz", wzięłam. Ot, pomyślałam, że w górach spróbuję. Zgarnęłam ją na podejście na Polski Grzebień, m.in. na który wybrałam się niebieskim szlakiem z Łysej Polany, ponieważ ciekawiła mnie Dolina Białej Wody. O ile na Polskim Grzebieniu byłam, tak nią nigdy nie szłam. Znalazłam sobie wielki kamień z zacnymi widokami nieopodal Litworowego Stawu. Miałam ją też jako dopalacz energii na drogę, która zaczęła potem iść mocno w górę.

Ritter Sport Knusper-Nuss to mleczna czekolada z całymi prażonymi orzechami laskowymi (15%) i płatkami kukurydzianymi (5%).

Po otwarciu poczułam cukrową słodycz, nadającą całości plastikowego klimatu. Zarysowała się na wyraźnie mlecznym tle, a do tego dobrze wyłoniły się prażone orzechy laskowe. Płatki kukurydziane nie ujawniły się.

Tabliczka o dość ulepkowatym wyglądzie w dotyku wydała mi się i trochę pylista, i tłusta. Przy łamaniu wydawała z siebie chrupkie dźwięki i słychać było chrzęst dodatków. Już na spodzie widać, że ich nie pożałowano. 
Czekoladę wypełniały średnie i średnio-duże kawałki płatków kukurydzianych oraz orzechy laskowe jako głównie całe, ale też połówki. 

Czekolada rozpływała się w tempie umiarkowanym, najpierw trochę stawiając opór. Potem już łatwiej miękła na lepką, tłustą masę, z której po paru chwilach wyłaniały się dodatki. Długo jednak pokrywała je czekolada. Na szczęście nie stworzyły z niej zlepka, a krawędzie nie były ostre. Wśród nich lekko przewijała się lekka proszkowość bazy.
Płatki kukurydziane lekko nasiąkały i miękły, ale i tak do końca pewną chrupkość zachowywały. Ja właśnie na koniec zostawiałam jedne i drugie dodatki. 
Corn flakesy chrupały i trzeszczały (zależy od kęsa i wielkości płatka). Okazały się napowietrzone i delikatne, czym upodobniały się do wafelków.
Orzechy były krucho-chrupiące i też delikatne. Na paru trafiło się trochę skórek. Dodano i całe, i połówki (a nie tylko całe, co sugeruje opis).
Na próbę trochę dodatków gryzłam obok czekolady. Płatki kukurydziane wtedy były suchsze i bardziej chrupiące, ale nie jakoś mocno. Tak czy inaczej płatki trochę wlepiały się w zęby.
Jedząc, miałam wrażenie, że corn flakesy dominowały ilościowo nad orzechami - obstawiam, że to przez ich podrobienie. Orzechów czułam niedosyt, bo i dodatki były różnie rozmieszczone (np. trafiło się sporo kostek bez orzechów). 
 
W smaku pierwsza pojawiła się słodycz w parze z mlekiem. Tylko co pomyślałam, że są wyrównane, a słodycz pognała do przodu. Przedstawiła się jako cukrowa i dominująca.

Mleko w zasadzie też było dość wyraziste, ale w obliczu tej przesadzonej słodyczy, i tak wydało mi się dość płytkie.

Z samej czekolady rozchodziło się echo orzechów laskowych - baza odrobinę nimi przesiąkła (dało się ich doszukać nawet w kęsach bez orzechów). W kęsach z orzechem, motyw laskowców był intensywniejszy, ale nie pomógł na plastikowość. Może jednak odrobinkę tonował słodycz? 
Corn flakesy za to ukrywały się.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz tak wzrosła, że drapała w gardle. Mleko starało się nadążyć, ale wciąż zostawało w tyle, za cukrem. Za jego sprawą plastikowość panoszyła się bezkarnie. Dodatki niby trochę rozbijały smakowe zacukrzenie, ale to i tak męczyło na poziomie gardła.

Dodatki gryzione wcześniej, obok czekolady, wydawały się średnio wyraziste - orzechy bardziej, płatki kukurydziane mniej -  jednak baza kontrastowo jawiła się jako jeszcze bardziej plastikowa.
Ja wolałam zostawić je na koniec.

Gdy gryzłam dodatki na koniec, wychodziły... Różnie. Jak osobno, to było wyraźnie czuć jedne lub drugie. Gdy orzechy - naturalnie słodkawe, delikatnie prażone orzechy laskowe, w których przewijała się drobna goryczka.
Gdy corn flakesy - lekko pieczone płatki kukurydziane, acz chwilami mniej jednoznaczne. 
Z kolei gdy gryzłam je razem, połączenie czasem robiło się specyficzne. Chwilami orzechy bardzo dominowały, a czasami szły w goryczkowatym kierunku i wtedy płatki były mniej kukurydziane. Bardziej ogólno zbożowe i wręcz wafelkowe. Dominowały raczej laskowce, chyba że płatków zebrało się bardzo dużo.
Ja wolałam pogryźć najpierw płatki, potem orzechy. Tak połączenie to wydawało się ciekawe.

Po zjedzeniu został posmak w dużej mierze dodatków, a więc prażonych orzechów laskowych i o wiele delikatniejszych od nich płatków kukurydzianych, ale też cukrowej, mleczno-plastikowej czekolady. Do tego czułam drapanie słodyczy w gardle.

Czekolada wyszła poprawnie - była, czym miała być, ale w wydaniu po linii najmniejszego oporu. I w sumie wyszła całkiem ciekawie ze względu na to zestawienie dodatków, ale bez wad się nie obyło. W połączeniu chwilami wydawały osobliwe, że aż nie umiem jednoznacznie stwierdzić, czy na plus, czy na minus. Ogół był jednak na pewno zdecydowanie za słodki i aż plastikowo-tani. Nie moja bajka, ale wydaje mi się, że może smakować, jak ktoś jest przyzwyczajony do takich słodkich tabliczek i nie liczy na wysoką półkę. Ja po prostu nie jestem grupą docelowa, więc trochę spróbowałam w górach, kostkę w domu, by zweryfikować odczucia. Choć w dzisiaj opisywanej - przynajmniej dla mnie - trafiły się o wiele lepiej zrobione płatki kukurydziane, to jednak ta podpadła mi czym innym niż RS Kaffee Knusper z przesadzoną ilością płatków o ostrych brzegach i nutce soli. Dziś przedstawiana wyszła bardziej tanio - kawa ze wspomnianej sprawiała jednak, że tamta była mniej plastikowa. Obie wyszły kiepskawo, tylko że z innych powodów i obie chyba mogą bardziej smakować tym, którzy czego innego niż ja oczekują od czekolad.

Zjadłam 5 kostek, resztę oddałam Mamie. Opisała: "No taka zwykła czekolada raczej kiepska, ale to w końcu Ritter, on po prostu jest kiepski i za słodki. Orzechy dobre, ale ich mało w stosunku do tych płatków kukurydzianych. A tych mi akurat trafiło się tak dużo, że aż czasami w podniebienie i język nieprzyjemnie drapały. Taka w sumie fajna, ciekawe połączenie, tylko że baza plastikowa i tania, przez co ogół taki... niewywołujący emocji". Jak Mamie trafiły się łagodniejsze płatki w Ritter Sport Kaffee Knusper, tak mi w tej. Przynajmniej jednak w dziś przedstawianej żadna z nas nie czuła soli - i tym wygrywa ze wspomnianą, a także zwyczajnie tym, że jest, czym na być (bo ciemnej warstwy we wspomnianej warstwowej nie czuć).


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,49 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 551 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, prażone orzechy laskowe, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, ziarna kukurydzy, odtłuszczone mleko w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, emulgator: lecytyny sojowe, sól, ekstrakt słodu jęczmiennego

wtorek, 25 lutego 2025

Ritter Sport Kaffee Knusper ciemna 50 % i mleczna kawowa z kawałkami płatków kukurydzianych

Mimo że nie przepadam za Ritter Sport, ich czekolady raz po raz pojawiają się u mnie. Te, które zawierają dodatki do gryzienia, wydają się w porządku, niewymagającymi opcjami do zabrania w góry. Nie wiem jednak, co to musiałby być za wariant, bym sama go sobie kupiła. Na dziś przedstawianą sama się co prawda natknęłam, ale było to podczas zakupów z ojcem, za które on płacił, więc tylko dlatego się na nią zdecydowałam. Ostatnimi czasy przeszła mi zupełnie kawa, ale jej połączenie z płatkami kukurydzianymi wydało mi się tak dziwne, że aż postanowiłam spróbować. O tym jednak, jak dziwna, warstwowa to czekolada jest, dowiedziałam się jednak już przygotowując posta pod recenzję i planując, gdzie ją wezmę.
Nie zaplanowałam jej na żadne konkretne miejsce, acz obstawiałam, że otworzę ją jakoś... ja wiem? Jeszcze przed samym Koprowym? Jako pierwsza, przed Frey Supreme Crunchy Dark Fruit & Nut. Tak się jednak nie stało. Musiała trochę poczekać (wcześniej nie było dobrego miejsca, a nie chciałam przeznaczyć potencjalne gorszej tabliczki na sesję na szczycie). Koprowy Wierch upatrzyłam sobie już jakiś czas temu, jednak odkładałam go zawsze na kiedyś tam, bo nie widziało mi się iść tą samą drogą tam i z powrotem, a moja wymarzona pętla przerażała długością wszystkich i jakoś nie miałam, jak się tam wybrać. Aż wreszcie, acz z lichą nadzieją, poszłam. Gdy z Koprowego Wierchu zeszłam na Koprową Przełęcz, w oddali, gdzieś pewnie nad Rysami, zaczęło błyskać. Nad trasą, którą weszłam, chyba padało, więc prawie oczywistym było pójście niebieskim szlakiem do Tri Studnicky, czyli wreszcie mogłam zrobić moją wypatrzoną pętlę! Hlinską Dolina (którą potem poszłam do Doliny Koprowej) robiła ogromne wrażenie, choć musiałam trochę się spieszyć, bo bałam się, że burza zacznie mnie ścigać. Co nie znaczy, że nie znalazłam chwili na sesję zdjęciową czekolady. 

Ritter Sport Kaffee Knusper to (36%) ciemna czekolada o zawartości 50% kakao na (59%) warstwie czekolady mlecznej kawowej z (5%) kawałkami płatków kukurydzianych.

Po otwarciu poczułam zapach słodkiej, mlecznej kawy czekoladowej z zaznaczonym akcentem kakao. Słodycz była wiodąca, ale nie bardzo wysoka czy cukrowa. Dodatki nie ujawniły się nawet przy i po podziale.

Tabliczka złożona z dwóch warstw na wierchu wyglądała jak polewa kakaowa, a od spodu wydawała się bardziej ulepkowata, potencjalnie proszkowa. Choć z opisu wynika, że więcej było kawowej, pod względem struktury tak tego nie odebrałam.
Łamana dała się poznać jako twarda i krucha. Raczyła mnie raczej chrupnięciami i chrzęstem, za który odpowiadały dodatki, niż trzaskami. Przekrój potwierdził, że nie pożałowano małych i średnich kawałków (które prześwitywały na spodzie). Umiejscowiły się tylko w beżowej części.
Próbowałam warstwy rozdzielić, ale nie udało mi się to ani zębami, ani w domu przy pomocy noża.
W ustach czekolada ogólnie rozpływała się chętnie, w tempie umiarkowanym, ogólnie łatwo rzednąc. Dół trochę stopowały dodatki, więc zostawał czasem razem z wierzchem, ale coś czuję, że gdyby nie one, zniknąłby pierwszy. Całość była zbita, ale nie bardzo twarda, a z pewną miękkością, mimo że czekolada zbyt miękka też nie była. Dół odznaczał się lekką pylistością, wierzch szedł bardziej w kierunku mazistej, maślanej polewy. Niby był gładki, ale jakby niezupełnie.
Obie części były tłuste.
Dość szybko na języku i podniebieniu zaznaczały swoją obecność kawałki kukurydzianych płatków. Wiele z nich miało ostre brzegi.
Tylko na próbę w przypadku może ze dwóch kęsów pogryzłam je obok czekolady - wolałam zostawiać je na koniec.
Corn flakesy gryzłam, gdy wszystko inne już zniknęło. Były chrupiące i twarde, tylko nieliczne trochę częściowo nasiąkły i zmiękły. Gryzione już oczywiście tak - wtedy wlepiały się w zęby.

W smaku niezależnie od tego, jak ułożył się kawałek, witała mnie słodka kawa. Od samego początku dominowała. 

Ewidentnie była to kawa mleczna. Mimo jednak łagodności, wprowadziła lekką gorzkość.

Pomyślałam o kawie zrobionej na znacząco palonych ziarnach, ale z dodanym mlekiem i mnóstwem cukru. Słodycz znacząco rosła.

Gorzkość odrobinę też, ponieważ ciemna czekolada wkroczyła do gry. Wciąż jednak nawet nie starała się wyprzedzić delikatnej gorzkości kawowej. Całość ułożyła się w wizję czekoladowej kawy.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa cukrowa słodycz dawała się we znaki, mimo że wyłaniały się corn flakesy, trochę ją rozbijające. Niegryzione w smaku niewiele wnosiły. Po prostu zaznaczały swoją obecność. Pogryzione na próbę obok czekolady okazały się średnio intensywne, ale spodziewanie cornflakesowo-zbożowe. 
Ogólnie do głowy zawitało wyobrażenie o... Płatkach kukurydzianych z mlekiem kawowym? Oczywiście dosłodzonych do przesady.

Gdy spróbowałam trochę osobno spodu, okazał się zaskakująco dobrze wyważony. Bardzo słodki, ale jeszcze nie bardzo przesadnie, bo jednocześnie mocno mleczny i wyraźnie kawowy.
Wierzch z kolei przedstawił się jako przecukrzony zupełnie, trochę palono gorzki w polewowym stylu i bez polotu. W zestawieniu po prostu trochę wspierał część kawową kakaową nutką. Niestety jednocześnie przełożył się też na przesłodzenie. I... Trochę pralinowy charakter całości? W smaku czuć, że kawowa część stanowi większość.

Z czasem cukrowa słodycz drapała w gardle.

Myśl o przesłodzonej, czekoladowej kawie z mlekiem utrzymała się. Jej echo z cukrowością robiło za niewyraźne tło płatkom kukurydzianym. Te dziwnie, w zasadzie pozytywnie dopóki nie odezwała się sól (a odzywała się nie przy każdym kęsie), zgrywały się z kawową czekolada. 

Corn flakesy gryzione na koniec smakowały wyraźnie sobą. Nie trafiłam na mocniej pieczone, za to dość często pojawiała się w nich odrobinka soli. Nie w przypadku wszystkich kęsów, ale epizodycznie ją czułam. Wyraźnie mniej więcej w połowie zjedzonych kostek

W posmaku zostały głównie płatki kukurydziane, czasem z lekko słonawym echem, ale też odczuwalna ogólnie, także w gardle, cukrowa słodycz. W oddali majaczyła kawa z odrobiną mleka.

Całość nie usatysfakcjonowała mnie pod względem gorzkości - ciemna czekolada miała zdecydowanie zbyt spolegliwy charakter. Jak dla mnie to ona powinna być bazą. Płatków kukurydzianych za to miałam przesyt i nie podobało mi się, że zdarzały się słonawe. Z zaskoczeniem uznałam, że częściowo (te niesłone) w zasadzie pasowały do czekoladowo-pralinowej kawy z mlekiem. Jednak zostaje jeszcze kolejna wada: kaleczyły język i podniebienie. Pojawiająca się w nich sól do niczego mi w tej kompozycji nie pasowała. Ona, jak i w ogóle dodatek, pewnie miały zwyczajnie przełamać słodycz, ale gryzły się na smak z resztą, a słodycz i tak była drapiąca. Wydaje się jednak przesadzona tylko trochę, niektórym pewnie może się spodobać.
Jako ciekawostkę trochę można zjeść, ale raczej tak ot, w górach. W domowych warunkach nie sprawiała mi przyjemności i zjadłam tylko trochę, by zweryfikować. Ogólnie wystarczyło mi 7 kostek (w tym jedna w domu), a potem... No już jakoś miałam przesyt.

Resztę oddałam Mamie. Podsumowała: "Smaczna, ale szkoda, że taka słodka. Tak słodka, że całej na pewno bym nie dała rady. Nie czułam, by coś z ciemnej w niej było. Taka po prostu mleczna kawowa z płatkami kukurydzianymi. Mi się słone nie wydały. Albo nie trafiłam, albo tak się na tej słodyczy wszechobecnej, zasładzającej skupiłam. Za słodka, a tak byłaby bardzo fajna. No i może jeszcze przesadzili z ilością tych corn flakesów".


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: 6,49 zł (ojciec płacił)
kaloryczność: 537 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Składniki: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, kukurydza, laktoza, kawa (mielona) 1,5%, masło klarowane, emulgator: lecytyna sojowa; sól, słód jęczmienny. 

wtorek, 7 stycznia 2025

Ritter Sport Dark Almond & Orange ciemna 50 % z siekanymi migdałami i kandyzowaną skórką pomarańczy

Gdy myślałam, jaką czekoladę najlepiej wybrać na podejście z tych, które zabierałam na tę wyprawę, uznałam, że potencjalnie najgorszą. Miała bowiem posłużyć głównie doładowaniu sobie energii. Jakoś mimo że z Ritter Sport Nut Selection Ganze Mandel / Whole Almonds pamiętałam bardzo dobre migdały, czułam, że nie one zdominują tę tabliczkę. Wzięłam ją na szlak, który opracowałam bardzo spontanicznie. Chciałam ruszyć na Czerwoną Ławkę, ale nie udało mi się znaleźć dojazdu, więc trochę wkurzona uznałam, że trudno, jadę pociągiem, sama na Kościelec. Poszłam znanym mi, łatwym szlakiem z Kuźnic przez Karczmisko do Hali Gąsiennicowej, a nad Czarnym Stawem uznałam, że to świetny moment na czekoladę. Przy niej jeszcze nie wiedziałam, że odbiłam nie w tym kierunku, co trzeba, ale cóż. Zaraz zawróciłam i poszłam, jak iść miałam.

Ritter Sport Dark Almond & Orange to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z siekanymi migdałami (7,5%) i kandyzowaną skórką pomarańczy (3,5%).

Otworzywszy, poczułam zapach migdałów i bardzo słodkiej, choć jednocześnie cierpkawej czekolady. Kojarzyła się trochę z zacukrzoną kawą, a w tle doszukałam się też łagodzącej maślaności. Pomarańczy też musiałam się aż doszukiwać. Wyraźnie wyłoniła się dopiero po podziale i w trakcie jedzenia, przedstawiając się konkretnie jako nieśmiała słodkawo-goryczkowata, kandyzowana skórka. 

Dodatki widać trochę już na spodzie, ale jak ich dużo, pokazał dobrze dopiero przekrój. Okazało się, że do czekolady dodano migdały mocno posiekane oraz średniej wielkości kawałki skórki. 
Tabliczka była bardzo twarda, a przy łamaniu trzaskała głośno i też krucho od dodatków. Wydała mi się nieco polewowa i plastikowa w dotyku. 
W ustach czekolada rozpływała się gładko i średnio wolno, wykazując średnią gęstość. Była jednak zbita i mazista, mimo wodnistości. Od początku do końca wykazywała maślaną tłustość. Niechętnie wyłaniały się z niej dodatki. A nimi tabliczka była wręcz najeżona - jeszcze trochę i byłaby przesadnie; zrobiłby się zlepek. Mniejsze wypadały pod koniec, a większe w zasadzie w pełni wyłaniały się dopiero na koniec.
Zdarzyło się, że dodatki podgryzałam wcześniej, obok czekolady, jednak większość zostawiłam na moment, gdy ona już zniknęła.
Migdały okazały się pozytywnie twarde i chrupiące. W większości były to małe kawałki, ale trafiło się też trochę nieco większych niż skórki pomarańczy. Na skórki migdałów nie trafiłam.
Kawałki skórki pomarańczowej miały przeciętną, średnią wielkość. Te kwadraciki początkowo jawiły się jako twardawe, ale gryzienie ujawniły masywną jędrność. Od początku do końca charakteryzowała je suchość. Przylepiały się na trochę do zębów, ale zaraz odpuszczały. Nie były soczyste.

W smaku przywitała mnie palona gorzkość, lecz szybko zaczęła słabnąć. Rosła za to słodycz. Cukier przechodził w lukier. Słodycz trochę wyprzedziła gorzkość, ale nie męczyła, płynęła spokojnie. 

Gorzkość stała się w zasadzie jedynie gorzkawością. W kęsach z dodatkami, dołączało do niej ich echo - w większości kęsów to migdały pierwsze trochę się wtrącały. Pomarańcza szybciej odezwała się dosłownie parę razy. Dodatki mieszały się z maślanością - to ona osłabiła gorzkość mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, zajmując większość jej miejsca. 

Wtedy też pomyślałam o kawowym deserze... Kawowym lukrze zrobionym z masłem? 
Z trudem zrobione ze 2-3 kęsy samej czekolady utwierdziły mnie w tym. Sama w sobie nie wydawała się - ku mojemu zaskoczeniu - przesiąknięta dodatkami.

Na maślanej płaszczyźnie jeszcze wzrosła słodycz - robiła się już trochę ryzykowna, ale cukrowość przełamywały wyłaniające się dodatki. Niezgryzione nie były bardzo intensywne, ale słodycz rozbijały nieźle.

Skórki pomarańczy bliżej końca wreszcie nieco się odezwały, lecz... Okazało się, że one też głównie do słodyczy się dokładały. Wniosły motyw kandyzowania, a dopiero daleko za nim akcent skórek pomarańczy. 

Końcowo czekolada sama w sobie wydawała mi się bardziej cukrowo-plastikowa, ale nie jakoś rażąco.

Gryzione na koniec dodatki przysłaniały czekoladę. O kęs bez nich bardzo trudno (trzeba się postarać - zrobiłam to, by wczuć się w samą czekoladę). Trafiały się w różnych układach: a to pomarańcze i migdały obok, a to same migdały (częściej), a to same pomarańcze. Wydawało się, że ogólnie dodano ich po równo. 

Kawałki skórki pomarańczowej pokazały się bardziej już jako goryczkowate skórki pomarańczy, ale wciąż bardzo słodkie w kandyzowany sposób. Pobrzmiewało mi w nich olejkowe echo. Dosłownie raz czy dwa zdobyły się na sugestie kwasku, ale nie kwaśność. Zdążyło im się jednak mignąć kandyzowano-cukierkową nutą. 

Migdały okazały się zaskakująco wyraziste. Normalnie prawie jak całe, a nie taka drobnica. Naturalnie słodkawe, co podkręciło bardzo delikatne podprażenie. Niestety bój o dominację ze skorkami w zestawieniu z nimi przegrywały.

Na dodatki znalazłam więc sposób: starałam się, by gryźć najpierw skórki, a potem migdały.

Po zjedzeniu został posmak cukierkowo-kandyzowanej skórki pomarańczowej, chylącej się ku kwaskowi (ale nie soczystości) oraz migdałów. Gdy one po chwili osłabły, okazało się, że czekolada wyłoniła się w posmaku. Wyszła maślano, ale też łagodnie gorzkawo niczym... Kawowo-kakaowy deser / mousse na bazie masła? Z lukrem? 

Głównym atutem tej tabliczki były migdały - szkoda, że je posiekali, bo w ogóle byłyby zachwycające (kupując, byłam przekonana, że jest z całymi), ale i tak... Zdziwiłam się, że mimo formy smakowały tak wyraziście i przyjemnie. Pomarańcza była mocno przeciętna, na szczęście nie nachalna. Baza podobnie. O ocenie wyższej niż 5 przesądziły migdały.


ocena: 6/10
kupiłam: Auchan
cena: około 7-8 zł (ojciec płacił, to nie kojarzę dokładnie)
kaloryczność: 538 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, tłuszcz kakaowy, siekane migdały (7,5%), skórka z pomarańczy (2%), bezwodny tłuszcz mleczny, syrop glukozowo-fruktozowy, emulgator: lecytyna sojowa; koncentrat soku cytrynowego, olejek pomarańczowy, glukoza

środa, 25 września 2024

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana ciemna z Ghany

Latami kompletnie nie interesowały mnie czekolady tej marki. Czyste ciemne z określonych krajów nie zdobyły mojego uznania, a próbowane ostatnio w górach z orzechami też nie chwyciły. Mimo to, uznałam, że nowość o sowitej zawartości kakao spróbuję. Może dlatego, że wciąż boję się, że nieznanych mi, niedegustacyjnych czystych ciemnych robi się jakoś tak... mało? Ghana wydaje się regionem bezpiecznym, jeśli o nuty chodzi. A pamiętałam, że Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth podpadła mi akurat rzeczami niezwiązanymi z kakao.

Ritter Sport Kakao Klasse 81 % Die Starke aus Ghana / Cocoa Selection Extra Intense from Ghana to ciemna czekolada o zawartości 81 % kakao z Ghany.

Po otwarciu poczułam cukrową słodycz, która poszła w dusznym kierunku przez tłustość masła. Je bowiem także wyraźnie czuć - kontrastowo podkręciło się z przesadnym paleniem. Do głowy przyszło mi palone i spalające się drewno. Oprócz masła, tłustość zaserwowała mi tłusty, zrobiony na pełnej śmietance, drink z likierem w wariancie "orzech laskowy". Albo orzechowy z nutą kokosa? Odlegle przypomniały mi się tanie draże kokosowe (typu Korsarz Skawy). Cierpkość zaplątała się tam, jednak nie wydobyła słabej, palonej gorzkości.

Tabliczka w dotyku wydała mi się ulepkowato-sucha i masywna. Przy łamaniu wyszła na jaw jej twardość, jednak trzask był dziwny - nie tyle głośny, co konkretny i jakby zawilgocony.
W ustach rozpływała się powoli, początkowo niepewnie. Powierzchownie miękła, zachowując jakby wewnętrzną twardawość i zmieniała się w tłusto-maślany, zbity krem. Wydała mi się prawie przytłaczająco tłusta. Jeszcze jednak nie jakoś straszliwie, bo czułam ukrytą pylistość. Czekolada wykazywała lekką, luźną mazistość, ale też gibką zwięzłość. Znikała rzadko, ale wciąż bardzo tłusto niczym stopione masło.

W smaku pierwsza rozgrzmiała słodycz o jawnie cukrowym charakterze. Podkreśliła ją nuta przepalona (choć jeszcze nie spalenizny) na zasadzie kontrastu. Słodycz panoszyła się w najlepsze i jeszcze delikatnie rosła.

Za zbyt mocno palonym tonem podążało masło. Poniekąd próbowało go załagodzić, co jednak wyszło tylko częściowo. Gorzkość jednak nim zdążyła się porządnie rozwinąć, już była lekko ugłaskana. Ogólnie więc nie okazała się mocna.

Paloność poszła w kierunku odtłuszczonego, suchego, pylistego kakao. Choć nie było ewidentnie wyczuwalne, kompozycja chwilami się ku niemu chyliła. Przemknął mi w tym wątku leciutki kwasek... Kwasek drewna iglastego! Jakby nieopodal drzew iglastych na ognisku trzaskały zielone igły?

Słodycz, która lekko się nasilała, z czasem zaserwowała mi drink orzechowy na bardzo, bardzo tłustej, śmietankowej bazie z cukrowo słodkim likierem w wariancie orzecha laskowego. Zaplątała się w nim drobna cierpkość - może to był likier orzechowo-kakaowy? I z nutą... kokosa? Wychwyciłam coś słodko-rześkawego, orzechowawego, ale nie do końca... Znów przemknęły mi przez myśl kokosowe, ale jakby bardziej kokosowo-orzechowe, draże. Zaraz jednak zniknęły, bo do drinka zaczęła podkradać się kwaskawość.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa słodycz przestała rosnąć - choć była nieadekwatnie wysoka, nie wyszła chamsko. Przygłuszyły ją łagodzące śmietanka i maślaność.

Tłustsze nuty ułożyły się jeszcze w jakiś śmietankowo-maślany deser czy... krem do ciasta? Już nie tylko za ciężki drink. Kwasek wyszedł nieco wyraźniej, płynąc w prawie soczystym kierunku. Wywołał motyw pina colady, ale z nieuchwytnego owocu. Może w bardziej cytrusowo-ananasowej wersji? 

Nakręcały się nawzajem z paloną nutą i cierpkością. Te jednak nie rozwinęły gorzkości. Wciąż trzymała się niskiego poziomu, a tylko trochę odważniej się zaprezentowała.

Gorzkość pokazała mi płonące, spalające się na węgiel drewno. Wciąż iglaste, ale nie tylko. Wydało mi się lekko ciepłe. Czuć żar i cierpkość drewna, dymu. Podkręciła to szczypta rozgrzewających przypraw - kardamonu? Z żaru na końcówce jakby wymknęły się naturalnie słodkie i dziwnie maślane (przez kontrast?) orzechy laskowe. Też trochę palone. Wyobraziłam sobie trochę korzenny, orzechowo-maślany deser z jakimś cytrusowym sosem. Albo... łączonym cytrusowo-ciemnoowocowym?

Po zjedzeniu został posmak spalonego drewna z echem orzechów i suchego kakao. Było więc trochę cierpko, ale też maślano tłusto i bardzo słodko w prosty, cukrowy i trochę ciężki sposób. Do głowy przyszły mi tanie, margarynowe draże kokosowo-orzechowo-kakaowe oraz niedookreślony kwasek. Bardziej pochodzenia roślinnego, zielony, niż owocowy, ale... chyba i znikomo cytrusowy.

Czekolada była przeciętna... no, przeciętna+. Owszem, gorzka i cierpka, ale jej palone nuty wyszły zbyt palone, by cokolwiek naprawdę zacnego zaserwować. W dodatku były łagodzone tłustością masła i śmietanki, co nie pomogło. Na zasadzie kontrastu wszystko to się podkręcało, wady lepiej się wyłoniły. Pojedyncze lepsze aspekty, a więc trochę orzechów i kokosa, drobny kwasek iglaków i niedookreślonych owoców, mogłyby stworzyć naprawdę smaczną kompozycję, gdyby były silniejsze. Słodycz o cukrowym charakterze za to była za silna i bez polotu. Niby nie mordowała, ale brakowało jej intensywnego towarzystwa, które by sobie z nią poradziło. W dodatku takie twarde i małe, wysokie kosteczki były niewygodne do jedzenia.
Jej naturalnie śmietankowo-maślane nuty wyjaśniały by poniekąd, dlaczego Ritter Sport KakaoKlasse / Cocoa Selection Ghana 55 % Die Milde / Smooth wyszła aż tak mleczno-tłusto. 
O dziwo już Ritter Sport Kakao Klasse / Cocoa Selection 74 % Intense from Peru zaserwowała więcej nut owocowych. A jednak mimo wszystko to dziś przedstawiana jakoś lepiej wyszła - cukrowość i tłuszcz były w niej po prostu przesadzone, nie "strasznie przesadzone" jak w podlinkowanej.
A wystarczyło po prostu nie przepalić kakao i nie zawyżać zawartości kakao - bo prostota też może być smaczna jak w przypadku (Libeert) Fair Pure Chocolade 72 % Cacao Ghana (też o nutach orzechów, likieru, drewna - ale głębszych).


ocena: 6/10
kupiłam: Allegro
cena: 8,20 zł
kaloryczność: 609 kcal / 100 g
czy znów kupię: nie

Skład: miazga kakaowa, cukier, tłuszcz kakaowy

czwartek, 1 sierpnia 2024

Ritter Sport Nut Selection Ganze Mandel / Whole Almonds mleczna z migdałami

Tą czekoladą nigdy bym się nie zainteresowała, jednak gdy już zostałam postawiona w Biedronce przed wyborem czegoś na spółę jako dopalacz energii na początek szlaku, na który jechaliśmy, myślałam, co by tu całkiem ok dla ogółu, acz jeszcze przeze mnie nie próbowanego zgarnąć. A jechałam na trasę, którą znalazłam jako łatwą na środek marca, by nie ładować się w śnieg w wyższe partie gór i znalazłam, że jak ktoś chce właśnie malownicze szlaki, koniecznie powinien pójść pętlą od Żabniczej Skałki do Rysianki. Uznałam, że chęcią się przekonam, czy Hala Rysianka jest takim "must see". 
Wracając do obiektu recenzji - nigdy tej tabliczki jakoś nie widziałam, ale to może nie dziwne, bo na Rittery nie zwracam uwagi, więc pomyślałam, że mogę spróbować, licząc na dobre migdały. Zaraz po zakupach ruszyliśmy z parkingu w Żabnicy na Halę Boracza, słynną z jagodzianek. Rozważałam nawet wzięcie z ciekawości jej na pół, ale jakoś... Pogadaliśmy, pogadaliśmy i na gadaniu się skończyło, bo żadne z nas nie przepada za słodkimi bułkami. Zamiast zasłodzenia czymś, co budziło moje wątpliwości (im więcej osób się czymś zachwyca i im coś jest bardziej popularne, ja jestem coraz bardziej sceptyczna, że to pic na wodę), wybraliśmy zasłodzenie się czekoladą. W moim odczuciu też wątpliwą, no ale czekolady u mnie zawsze są na wygranej pozycji. 

Ritter Sport Nut Selection Ganze Mandel / Whole Almonds with almonds grown in the California sunshine to mleczna czekolada o zawartości 30% kakao z całymi prażonymi migdałami kalifornijskimi, które stanowią 25% tabliczki.

Po otwarciu poczułam wyrazisty zapach migdałów, przy których prażenia prawie nie czuć, za to zrównanych z nieco zbyt cukrową, ale też mocno mleczną czekoladą. Czuć średnią, średnio-niską półkę.

Tabliczka w dotyku wydała mi się nieco ulepkowata, ale w żadnym wypadku nie miękka. Obiecywała tłustość, ale była twarda - pewnie m.in. z racji grubości.
Łamała się z kruchym chrupnięcio-trzaskiem. Nieliczne migdały krucho łamały się wraz z nią, inne zostawały w którejś z części. Od razu widać, że ich nie pożałowano. Część była częściowo w skórkach, inne bez.
W ustach czekolada rozpływała się łatwo i raczej szybko. No, może raczej szybkawo. Wydawało się, że chce być gładka, acz czułam w niej lekką proszkowość. Czuć w niej tłustość pełnego mleka, pewien konkret, ale też wodnistość. Nie miękła na gęste bagienko, budyń czy krem; wyszła raczej maziście. Pokrywała sobą podniebienie, ale i migdałów tak łatwo nie wypuszczała.
Z czasem jednak zostawały w ustach, bo ich gryzieniem zajmowałam się dopiero na koniec. Nieliczne nadgryzałam już wcześniej.
Migdałów istotnie dodano mnóstwo. W przeważającej większości były całe, ale i połówek trochę się tam znalazło. Okazało się, że niektóre częściowo pokrywają skórki. Sporo jednak było bez skórek. Okazały się chrupiące, ale nie mocno twarde, raczej zwyczajnie twardawe. Takie bardzo mi się spodobały.

W smaku przywitało mnie mleko, zestawione z bardzo wysoką słodyczą. Miała władczy charakter i szybko rosła.

Echo kakao, ale w żadnym wypadku nie gorzkość, nieśmiało dało o sobie znać. Raz czy drugi czekoladowa baza wydała mi się leciuteńko przesiąknięta migdałami.

Słodycz jednak nasilała się bardzo prędko, przywodząc na myśl kompletnie przecukrzone mleko. Zaraz też zaczynała lekko drapać w gardle.

Migdały starały się nawet nierozgrzane odrobinkę odwracać od niej uwagę, ale mimo intensywnej, pełnej mleczności, mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa, całość wydała mi się nieco plastikowa. Acz może jak... Plastikowe migdały?

Słodycz była głównie zwyczajnie cukrową, choć poniekąd wydawała się też trochę naturalnie mleczna. I tak jednak łatwo zacukrzała i drapała w gardle.

Migdały gryzłam głównie na koniec, po zniknięciu czekolady, choć nieliczne sporadycznie podgryzałam już wcześniej, obok czekolady. Gryzione migdały nic sobie nie robiły z przecukrzonej, czekoladowej otoczki. Były bardzo wyraziste i pełne swojego własnego smaku. Okazały się średnio-lekko prażone, nieliczne tylko trafiły mi się wyprażone tak, że szły w lekką goryczkę. Serwowały naturalną, charakterna słodycz i pełnię swego smaku, który czasem wieńczyła skórka. Nie gorzka, a szlachetniejsza, wytrawniejsza. Bardzo dobrze zagłuszały końcowo słodycz. 
Niestety jednak, przy kolejny kęsie po migdale, sama czekolada wydawała się jeszcze bardziej cukrowo-plastikowa. 

Po zjedzeniu został posmak wyrazistych, średnio prażonych migdałów. W zestawieniu z cukrową otoczką mlecznej czekolady, w migdałach dało się doszukać lekkiej goryczki. Mnie jednak i tak po paru kęsach było zdecydowanie za cukrowo. 

Tabliczka wyszła w sumie całkiem smacznie, ale tylko dzięki ogromowi bardzo dobrych migdałów. Świetna forma całych, nieprzeprażonych i zacny, naturalnie słodki smak. Dla nich warto trochę tej czekolady pojeść, np. w górach, kiedy człowiek liczy się na zasłodzenie. Sama baza jednak była trudna do jedzenia, bo cukier rządził się w niej zdecydowanie za bardzo, że szła trochę w plastik. Na czysto byłaby niezjadliwa. Zdaję sobie jednak też sprawę z tego, że nie jestem grupą docelową no jednak zwykłej czekolady mlecznej z dodatkami.
Sporą część zjadł towarzysz na szlaku, a i 1/4 tabliczki powędrowała do Mamy, bo nie byłam w stanie zjeść tego za dużo, a już w warunkach domowych nie miałam ochoty kończyć. Podsumowała: "Taka bardzo zwyczajna, przeciętna ta czekolada. Sama no słodka, a migdały byłyby bardzo dobre, gdyby nie były tak twarde. Ale całość chyba tak, taka rzeczywiście na 7".


ocena: 7/10
kupiłam: dostałam (ale kupiona w Biedronce)
cena: około 8 zł zł
kaloryczność: 559 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, migdały, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, pełne mleko w proszku, laktoza, mleko odtłuszczone w proszku, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa

sobota, 20 lipca 2024

Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts ciemna 50 % z orzechami laskowymi

Po Nosalu poszłam na Wielki Kopieniec. To wydawała się oczywista kontynuacja, skoro są tak blisko siebie. Droga ze szczytu na szczyt była w miarę łagodna. Na trasie do Nosalowej Przełęczy było jeszcze parę zrobionych z drewnianych belek schodów, ale te były już logiczniejsze i całkiem w porządku. Trochę schodów, trochę kamieni, ale wszystko przystępne. Niby było trochę lodu i śniegu, ale bez raczków spokojnie dałam radę. I tak do Olczyskiej Polany z szopami-juhasówkami (?), gdzie chyba wypasa się owce, no a już na sam Nosal niby ostrzej pod górę z wielgachnymi niby schodami, lecz też bez problemów. Na Wielkim Kopieńcu też prawie nikogo nie było - tylko jakaś rodzina z dziećmi i biegacz. Zaraz jednak się zabrali, acz słyszałam, że zastanawiają się, czy nie zostać na zachód słońca. Byłam tam koło godziny 16 dziewiątego marca, więc mieliby jeszcze prawie 2 godziny. Ja bym za nic nie wysiedziała, acz trochę i tak tam spędziłam - w końcu zdjęcia czekoladzie same by się nie zrobiły! Na tym szczycie nie wiało. Zaczęło, gdy schodziłam. Znów trafiłam na trochę lodu. Jako że tym razem był to częściowo topniejący lód na kamieniach, włożyłam raczki... chyba tylko po to, by je zaraz zdjąć. Po minięciu Polany Kopieniec poszłam do Toporowej Cyrhli. Tam czekało mnie sporo błota i zaraz już pierwsze zabudowania oraz przystanek, z którego złapałam busa, by podjechać w pobliże parkingu na Kuźnickiej Polanie.

Ritter Sport Nut Selection Dunkle Voll-Nuss / Dark Whole Hazelnuts with crunchy roasted hazelnuts to ciemna czekolada o zawartości 50% kakao z całymi prażonymi orzechami laskowymi.

Po otwarciu poczułam przede wszystkim zapach słodkich, prażonych orzechów laskowych. Dominowały nad cukrowo słodką, lekko cierpką czekoladą. Ta kryła w sobie lekką maślaność, a jej cierpkość skojarzyła mi się z cukrowo słodką, czarną kawą z paloną nutką.

Bogato wypełniona całymi orzechami tabliczka w dotyku była trochę polewowo-plastikowa. Przy łamaniu okazała się bardzo twarda i trochę krucha, łamliwa od orzechów. Trzaskała średnio głośno. Orzechy nie łamały się z nią, a zostawały całe w jednej lub drugiej części.
W ustach czekolada rozpływała się raczej powoli (ale jeszcze nie tak powoli, jak potrafią ciemne o wyższej zawartości) i maziście. Była średnio (powiedziałabym dokładnie "średnio+") gęsta i początkowo bardzo kremowa. Z czasem robiła się bardziej kremowo-zawiesinowa. Niechętnie odsłaniała orzechy, mocno się ich trzymając, pokrywając je. Wydała mi się tłusta, ale nie ciężka. Cechowała ją maślana zbitość i gładkość.
Orzechy gryzłam głównie na koniec, tylko sporadycznie podgryzając już wcześniej, obok czekolady.
Orzechy okazały się twardo-chrupiące; wyraźnie prażone, ale nie przeprażone. W większości pozbawione skórek; fragmenty skórek ostały się na dosłownie paru sztukach. Orzechów dodano bardzo dużo, ale nie uczyniły tabliczki zlepem dodatków - podobała mi się ta ilość.

W smaku czekolada od początku dała się poznać jako bardzo bardzo słodka. Cukier odezwał się już w pierwszej sekundzie, a zaraz dołączyło do niego wręcz lukrowe echo.

Po chwili zaznaczyła się delikatna gorzkość. Czy nawet tylko gorzkawość... Towarzyszyła jej lekka cierpkość, kierująca myśli ku palonej kawie... z cukrowo-czekoladowym motywem, uzyskanym jakimś syropem? Którą tym przesłodzono.

Gorzkości na drodze do rozwinięcia się stanęła maślaność. Tuż za nią podążał z kolei akcent orzechów laskowych. Czułam je nawet we fragmentach samej czekolady czy nie rozgryzając orzechów - czekolada musiała nimi trochę przesiąknąć.

Mniej więcej w połowie rozpływania się kęsa do głowy przyszła mi bardzo słodki nugat / pralina orzechowa. Czy wręcz orzechowy lukier? Zwłaszcza przy kęsie którymś z kolei, gdy wcześniej pogryzłam już parę orzechów laskowych, ta wizja była dość wyraźna. Wtedy słodycz zaznaczyła się też w gardle. Smakowo była ryzykownie silna, a w gardle zwyczajnie denerwująco drapiąca.

Końcowo gorzkawość i cierpkość o lekko palonym zabarwieniu w obliczu słodyczy wydały mi się wycofane, choć na samym końcu zdobyły się na jeszcze jeden wyraźniejszy przebłysk spod ogromu cukru.

Gryzione orzechy laskowe jednak nie robiły sobie nic z całej tej słodyczy. Świetnie z nią sobie poradziły. Tą smakową przełamały, a i od drapania w gardle odciągały uwagę. Były bowiem bardzo wyraziste. Smakowały w pełni sobą - prażone orzechy laskowe, gdy się je gryzło, dominowały zupełnie. Były prażone średnio mocno, a także naturalnie słodkie. Ani jeden nie trafił mi się przeprażony, jakość uważam za doskonałą. Nawet te, gdzie zaplątała się skórka, nie miały w sobie ani cienia gorzkości.

Podgryzane wcześniej, obok czekolady orzechy laskowe wybijały się ponad nią. Prezentowały się cudnie, ale w jej smak szczególnie nie ingerowały (co ma plusy i minusy - co prawda nie poprawiły jej, ale bałam się, że na zasadzie kontrastu podkręcą słodycz, a nie zrobiły tego).

Po zjedzeniu został posmak jakby cierpko kakaowej kawy, mocno posłodzonej, być może jakimś cukrowo-kakaowym syropem i orzechów laskowych o słodko-prażonym charakterze. W zasadzie w posmaku wyszły przed czekoladę. 

Tabliczka całościowo była smaczna. W góry się sprawdziła jak najbardziej - tam ją szczerze polecam. Kończyłam w warunkach domowych i utwierdziłam się, że w zasadzie jest, czym ma być. Znacząco obniżyłam ocenę tylko za słodycz - bo z nią przesadzili. Czuć jej cukrowość i aż drapała w gardle. Gorzkość to w zasadzie tylko gorzkawość, czuć sporo maślaności, ale to akurat w zasadzie pasowało do takich prażono-słodkich orzechów. Ciekawie wyszło to, jak baza nimi przesiąkła i zaserwowała mi akcent nugatu orzechowego. Myślę jednak, że do tak delikatnej, niegorzkiej bazy bardziej pasowały by laskowce w skórkach - może właśnie podkręciły by goryczkę. Same orzechy jednak były obłędne. Czuć jakość, a nie, że np. mieli stare i uprażyli, by to ukryć. Nie. Były cudnie świeże, prażone dla podkręcenia naturalnej słodyczy, nieprzeprażone. Takie, że dla nich warto tę tabliczkę jeść, mimo że czysta baza byłaby już niewarta uwagi. To z nimi zyskała.


ocena: 7/10
kupiłam: Allegro
cena: 7,50 zł
kaloryczność: 577 kcal / 100 g
czy kupię znów: nie

Skład: cukier, miazga kakaowa, prażone orzechy laskowe 25%, tłuszcz kakaowy, bezwodny tłuszcz mleczny, lecytyna sojowa