Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ben&Jerry's. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ben&Jerry's. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2022

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd Non-Dairy Ice Cream

Swego czasu, dawno, dawno temu gdy jeszcze lubiłam od czasu do czasu zjeść dobre lody, zauważyłam, że dzieje się coś dziwnego z tym smakiem B&J's (Netflix & Chill'd). Pomyślałam, że zmienili netfliksową szatę graficzną, która bardzo mi się podobała. Nieco markotna, gdy trafiłam na promocję, kupiłam, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem zacnych lodów nie zepsuli, bo i tak kiedyś planowałam do nich wrócić (składu więc nie sprawdzałam; zwykłe Netflix & Chill'd jadłam w 2020). A mam teorię (popartą wiedzą z wykładów dot. rynku i reklamy), że producenci zawsze jak zmieniają opakowania, to i w składach gmerają. Zanim się za nie zabrałam, znów zaczęłam widywać wersję w opakowaniu ciemniejszym, z wyraźnym logo Netfliksa. Dziwne mi się to wydało. Potem przyjrzałam się moim - na jasnozielonych opakowaniach logo Netfliksa też było, tylko że mniej widoczne. Zaczęłam zachodzić w głowę, co jest, aż w końcu mnie tknęło. Przecież marka wiele smaków ma w dwóch wersjach: zwykłych i wegańskich. Ogarnęło mnie przerażenie. Władowałam się w wersję wegańską, której nigdy nie miałam zamiaru kupować. Lody więc czekały i czekały, aż przeszły mi jako typ jedzenia. Też do wszelkich słonych dodatków nastawiłam się bardzo "na nie". Lody postanowiłam w końcu otworzyć, by mi zamrażarki nie zawalały. Potrafię docenić, mimo że już rzecz nie moja? Pocieszałam się też myślą, że czeka mnie ciekawe doświadczenie, a mianowicie na przykładzie tego samego wariantu sprawdzić, jak się mają jakościowo zwykłe B&J's do wege wersji.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ Non-Dairy Ice Cream to wegańskie lody na bazie mleka migdałowego o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5%*) z masą ze słodko-słonych precli (9%) oraz kawałkami ciasta brownie (10%). Opakowanie zawiera 465ml / 384g.
*Wmieszany w masę raczej, acz ja trafiłam na jedną grudkę, udającą masę z precelków - szkoda, że nie dodali masła orzechowego też jako "zawijas".

Po otwarciu lody prawie nie pachniały, potrzebowały czasu, by zapachnieć łaskawie... masłem orzechowym. W trakcie degustacji czułam delikatne, margarynowo-maślane masło orzechowe fistaszkowe, wyraźnie trochę słodkie, subtelnie słone - w amerykańskim stylu. To było trochę złudnie mlecznawo-mdłe. Po zruszeniu, w trakcie jedzenia dołączył do nich zapach słonych precelków i cierpko-goryczkowaty wątek kakao. Wszystko byłoby smakowite, gdyby nie trzymała się tego słodka sztuczność, plastikowość.

Masa przedstawiła się jako twarda, ale topiła się chętnie (acz z czasem, nie od razu). Zawartość pudła miękła w rzadko-mlecznym, trochę wodnistym kontekście. Wydała mi się dziwnie zagęszczono-zgumowiona, bo wcale się nie spieszyła tak, jak można by się spodziewać. Lody okazały się zagęszczone trochę gumiasto, ale też kremowe i tłuste. Jednocześnie nie bardzo ciężkie. W ustach rozpływały się trochę oleiście, trochę kojarząc się ze śmietanką kokosową. Czuć w nich rozwodnienie, acz nie jakieś straszliwie.
W całym pudle sporo nie tyle zawijasów, co skupisk kremu / masy ze zmielonych precelków. Gdy lody bardziej się już topiły (takie właśnie jem), te miejscami mieszały się z masą. Wyszły jak sosowato-ciasteczkowe masło orzechowe, z małymi kawałeczkami precli. W ustach rozpływało się to nieco krakersowo-ciastowo-mącznie. Raz po raz coś odznaczyło się twardością, ale chrupkości nie uświadczyłam. Miejscami bardzo wymieszało się to z masą lodową - tam jej podyktowało mączność i proszkowość. Skupiska te kojarzyły się z zawilgoconymi, mokrymi preclami i bułkami, które pierwotnie były wypieczone na chrupko.
Kawałki brownie to gigantyczne kwadraty (że ledwo mieściły się na łyżeczce; kilka o bokach ok. 4cm, a wysokości 1cm), ale też kawałki wielkości średniej i trochę kawałeczków mniejszych. Nie pożałowano ich. To tłusto-mokre, miękkie i kapciowate ciasto, które w ustach rozpływało się maziście na gęstą, tłustą i kleistą papkę. W zasadzie trochę rozpływać się miejscami zaczynało już w pudle (jem lody bardzo topiące się). Zaklejała konkretnie. Ciężkie i masywne, acz w pozytywnym rozumieniu.
Trafiłam też na gumiastą grudkę kremu fistaszkowego, ale obstawiam, że to po prostu "niedomieszanie". Na oko do złudzenia przypominała te preclowe, a tylko w ustach zachowywała się inaczej (było bardziej tłusto-kremowe, gumiaste i gęste). Żałuję, że zamiast precli nie dali masła orzechowego w takiej formie.
Wszystko to współgrało. Dodatki odciągały uwagę od negatywnych aspektów bazy, a "zawilgocone bułki" w towarzystwie brownie jakoś tam przeszły.

W smaku masa lodowa uderzyła wysoką słodyczą. Cukrowość zaraz przywołała do siebie słodko-fistaszkowy wątek. Podkreśliły go migdały, a dokładniej mleko migdałowe, którego nutę czuć wyraźnie. Zarejestrowałam też pewną oleistość, "dziwnie orzechowawą" (olej kokosowy?). Chwilami to bardziej "fistaszkowa duszność", sugerująca słodkie masło orzechowe, chwilami raczej nieco sztucznawo-plastikowo-cukierkowa. Do tego doszedł mdławo-tłuszczowy wątek. Smak okazał się trochę znijaczony, rozwodniony. Migdały swoją mlecznością usilnie kierowały skojarzenia ku nugatowi. To raczej fistaszkowo-migdałowy, słodko-sztucznawy nugat niż masło orzechowe, ale i ono chwilami do głowy przychodziło (acz w ciemno, za bardzo skupiając się na dodatkach można zapomnieć, jaki smak baza reprezentuje wg producenta).

Preclowe zawijasy czasem troszeczkę podbijały sól, mimo że nie były słone po całości. W zasadzie były słone minimalnie. Na pewno za to preclowato-bułkowate. Pszeniczne, może trochę krakersowe, trochę paluszkowe - niejednoznaczne, mdłe. Kojarzyły się z mokrymi okruchami chleba / bułki, skórkami... Raz czy dwa wyraźnie słonawymi (nigdy jednak "słonymi"), ale ogólnie wkomponowanymi w resztę.

Brownie uderzały swym smakiem bez kompromisów. Niczym bardzo - w tym trochę sztucznie - słodkie, mocno czekoladowe gotowce ze złudnie alkoholowym, truflowo-likierowym charakterem. Były najintensywniejsze, wybijały się ponad mdławą bazę i "bułko-precle". Choć aż przesadnie słodkie, ciasto zaserwowało też gorzkawość kakao i ciemnej czekolady.

Baza lodowa po dodatkach wydawała się jeszcze bardziej mdła i cukrowo-słodziaśna, jeszcze bardziej fistaszkowo-nugatowa. Oleista nuta, próbująca ukryć się za coraz słabszym mlekiem migdałowym, jeszcze bardziej dawała się we znaki. Było w tym aż coś gryzącego.

Po brownie i zagarnianiu masy lodowej, preclowe zawijasy sporadycznie też bardziej preclo-bułkowo się jawiły, aniżeli bułkowo. 

Po zjedzeniu już małej ilości czułam się zacukrzona, a usta miałam otłuszczone. Pszenny, nijako-bułkowaty wątek mi przeszkadzał. Brownie w tak kiepskim otoczeniu też nie zachwycało. Niby dobre, a jednak i ono miało nieprzyjemne, sztuczne nuty, które odznaczyły się w posmaku. Czułam wówczas lekką goryczkowatą sztuczność związaną ze słodyczą i jakby olej kokosowy, ale z czymś wymieszany.

Całość mi nie odpowiadała. Beznadziejnie słodka, mdła i tłusto-wodnista baza uboga w fistaszki kojarzyła się bardziej nugatowo. Niby plus, że czuć migdały, ale to nie chwyciło. Muszę jednak przyznać, że jak na taki skład, efekt zaskakująco ok. Brownie niby przyjemne, "likierowo-czekoladowo" intensywne, ale z kolei sztucznawo słodkie; za słodkie. Mam też wątpliwości, czy jest sens dodawania do lodów aż tak wielkich kawałków. W dodatku precelkowa miazga-sos w wegańskiej wersji to porażka. Pszenno-bułkowo-mdła i w zasadzie zbędna, bo nawzajem nakręcająca się z nijakością bazy. Jej mokro-twardawa forma odpychała, acz nie jakoś tam bardzo (dzięki temu, że jakoś się tam całościowo to-to mieszało).

Konwencjonalna wersja wyszła o wiele lepiej. Bardziej słonawe precle w podlinkowanych lodach wyszły lepiej, bo te mdłe krakerso-bułki w wegańskiej wersji zahaczały o obleśność (soli w podlinkowanych było 0,66g/100g, w dzisiaj przedstawianych 0,31g). Podkreśliły też masło orzechowość bazy, a całość wydawała się mniej słodka.
Muszę jednak przyznać, że w porównaniu do znanych mi wege lodów, te nie były takie złe. Podobnie do innych wegańskich B&J's, czyli bez ochów i achów, a zjadliwie. Alternatywa wykonana spoko, acz zawalona czymś bezsensownym (ilością soli, masła orzechowego - toż to łatwo zmienić). Na pewno niewarte ceny, jaką sobie sklepy w Polsce bez promocji życzą.


ocena: 7/10
kupiłam: Kaufland
cena: w promocji za około 10 zł (za 465 ml / 384 g)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 226 kcal / 100 ml (83g)
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, tłuszcz kokosowy, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), oleje roślinne (sojowy, rzepakowy), orzechy ziemne 4%, pasta z migdałów 3%, skrobia, białka grochu, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, sojowa), sól, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego), ekstrakt wanilii, drożdże, naturalny aromat, regulator kwasowości (wodorotlenek sodu), substancja spulchniająca (węglany sodu)

środa, 8 grudnia 2021

lody Ben & Jerry's Cookies on Cookie Dough Non-Dairy

Ostatnimi czasy prawie wszystko jest mi za słodkie, a jedzenie z lodówki, by doszło do temp. pokojowej wystawiam na coraz dłuższe okresy czasu (czasem jakieś 1,5 godziny), przez co jem obecnie mniej jogurtów (desery lodówkowe słodkie przeszły mi już dawno zupełnie), więc jakoś i lody zaczęły kręcić mnie coraz mniej. Czasem coś by się połyżeczkowało, ale już ich tak w sklepach nie szukam. Zwłaszcza, gdy chodzi o B&J's, które są drogie, a często wcale nie wychodzą tak zachwycająco. Może smacznie, lecz często z "ale". Linia wegańska niczym mi nie podpadła, choć całej nie poznałam (niektóre smaki wydają mi się nudne). Nie zachwyciła jednak także. W Polsce jest krytykowana za skład - jakoby na bazie wody. Producent argumentuje, że po prostu tzw. "mleko migdałowe" jest rozbite w składnikach na wodę i pastę z migdałów - zauważcie, że także te w kartonach składa się kolejno z wody, etc. Tu kłócić się nie będę, bo po Chunky Monkey czy Peanut Butter & Cookies uznałam, że efekt nie jest zły i jak się fajny smak pojawi, próbować będę, ale bez amoku. Ten kupiłam, bo na niego trafiłam i uznałam, że cookie dough (które bardzo lubię, ale które na przestrzeni lat w wielu lodach wychodzi coraz gorzej) w ciekawym (ciastowym?) otoczeniu może być fajne (bo właśnie warianty podstawowe zazwyczaj bazy mają nudne). Dopiero jednak w domu uzmysłowiłam sobie, że cała ciekawość tych opiera się w sumie na karmelowej bazie... a od takich stronię, bo karmelowa baza w takich lodach dosłownie aż krzyczała ostrzegawczo, że będzie czysto słodka. Wprawdzie masa ciasteczkowa była obiecująca, ale... koniec końców nie wiedziałam, czego się spodziewać, wiec zamiast rozmyślać, postanowiłam sprawdzić.

Ben & Jerry's Cookies on Cookie Dough Non-Dairy to wegańskie lody karmelowe (na bazie mleka migdałowego) z 6% wmieszaną masą ciasteczkową (po niemiecku "Keksstrudeln", czyli "ciastka biszkoptowe"?), 9 % kawałkami ciastek-zakalców z czekoladą (cookie dough; "Cookieteig", czyli chodzi o kruche ciastka) i 5% kawałkami czekoladowymi (fudge). Masa lodów to 465ml / 406g.

Po otwarciu poczułam bardzo, bardzo słodki zapach masy na ciasto. Był iście zakalcowy jak biszkopt z surowym wnętrzem, ale odważnie sugerował także wersję jeszcze mieszaną w misce - dosłownie jasne, maślane i przesłodzone ciasto. Oprócz ciasteczkowości, zwłaszcza przy nakładaniu i już jedzeniu czuć nutkę kakao. Przy jedzeniu zarejestrowałam też leciuteńką nutkę migdało-orzechów (aż trudną do sprecyzowania). Karmelu specjalnie nie czułam.

Masa lodowa sama w sobie wydała mi się początkowo bardzo twarda jak skamieniała woda. Była zupełnie niepodzielna do nakładania nie tylko z tego względu. Dodano do niej sporo wielkich zbitek masy ciastowej z ciastkami / kawałkami ciastek, cookie dough i sporo początkowo twardych kawałków fudge. Najlepiej to nakładać poważając je, ale i tak... niektóre były znacznie większe od łyżki (którą nakładam, a nie łyżeczki, którą jem!). Dodatki zbijały się ze sobą. Na łyżeczce rozbiłam grudę - jest tam przekrojone "ciastko cookie dough" oraz nieprzekrojone, które opływa "masą cookie dough", kawałek czekolady i odrobinka spływającego biszkoptu (kolor bursztynowy). Na nią wybrałam te mniejsze, by się zmieściły, ale kawałki czekolady fudge trafiały się też np. 2 cm. Nakładanie tego to mordęga. I początkowo jak zasiadłam do jedzenia, myślałam, że to się nie zmieni, ale zdziwiłam się. 
Masa lodowa, po wyjęciu z zamrażarki już dochodząc, okazała się współpracująca. Całkiem udanie oddawała mleczne, gęstawe, choć odrobinkę ciągnące się lody. Pozytywnie konkretna, wykazywała pewną kremowość, ale i pylistość. W ciemno powiedziałabym, że to przeciętne mleczne lody, nawet dość tłustawe, ale jeszcze bez tragedii (co jest plusem biorąc pod uwagę skład / wegańskość). Lody topiły się w umiarkowanym tempie, raczej gęstawo, acz wodnisty efekt też czułam.

Po całości masę lodową przeplotła smuga ciasteczkowego... soso-kremo-masy. Kojarzyło mi się to z kremem-smarowidłem ciasteczkowym (nigdy go nie jadłam; to wyobrażenie), zawilgoconym / rozrzedzonym lodami. W niektórych miejscach były tego spore kawałko-skupiska, które to kojarzyły się raczej z zawilgoconym i mieszającym się z lodami biszkoptem. Jako że lubię te bardzo topiące się, u mnie miejscami przemieszało się to z bazą zupełnie. Na zdjęciu z miseczki to dobrze widać. Takie aż przemielone drobinki bez ładu i składu w masie. Nie było to gęste, ale do pewnego stopnia zwarte. Wraz z jedzeniem znacząco, z łatwością mieszało się to z lodami i coraz łatwiej, coraz bardziej ciasteczkowo rozpływało się w ustach. Miało to też w sobie coś z biszkoptu, a właściwie jego mocno przypieczonymi brzegami / wierzchem - takiego z natury suchego, ale rozmoczonego lodami.

Kawałki czekoladowe fudge nieźle udawały czekoladę. Nie były zbyt tłuste, a mimo że początkowo twardo-kruche, to w ustach miękły i rozpuszczały się jak średniej jakości czekolada. W miarę kremowa, chwilami wykazująca szorstkość, minimalnie plastikowa. Robiła to w tempie umiarkowanym, pozostawiając smugi i znikając. Dodano ich całkiem sporo, rozlokowano w całym pudle. Wielkość (średnie i kilka większych) wydaje się w punkt.

Najbardziej złożony / skomplikowany / dziwny dodatek to cookie dough. Otóż w pudle było sporo wielkich "zlepków-zbitek", składających się jakby z surowej masy na ciasto pokrywającej małe, okrągłe ciasteczko (wielkości grosza) z mikroskopijnymi kawałkami czekolady. 
Czekolada z nich wydawała się twardym plastikiem, prawie się nie rozpuszczała i była zbędna. 
Same małe ciasteczka zaś... nie były typowymi cookie dough. Obstawiam, że to te klasyczne z B&J's Cookie Dough (ewentualnie leciutko zmienione). Wyszły jak miękkawo-gumowe ciastka - rozmokłe i stwardniałe od tego. Wystąpiły w nich chrupiąco-rzężące kryształki cukru w ilości nie za dużej oraz mączny element.
Jak wspomniałam, małe ciasteczka otaczała masa na ciasto. Przypominała gładką, miękką masę, pokrywającą podniebienie śliskawo-tłustymi smugami. Czuć w niej cukier puder. Rozpływała się z łatwością, uwalniając ciasteczka, którym rozpływanie szło nieco oporniej, ale też w miarę ok (najlepiej było je w końcu rozgryźć i dopiero takie lepiej nasiąkały i robiły się bardziej ciastowe).
Miałam wrażenie, że to po prostu niedopieczone ciastka w surowej masie na ciasto, a nie typowe "cookie dough" jak w większości produktów. Niektóre skupiska były rozwalone, a to trochę przemieszane z masą, a to z dolepionym kawałkiem czekolady "fudge".

W lodach było więc sporo wszystkiego, ale i na "brak lodów w lodach" nie można narzekać. Mam jednak mieszane uczucia co do napchania tak pudła "czym się da".

W smaku sama masa lodowa serwowała przesadzoną słodycz, która mieszała się zwłaszcza w pierwszej chwili z wodą. Na szczęście jednak w trakcie jedzenia całości, a nawet gdy już masa bardziej się topiła, smakowa wodnistość kryła się.
Nuty za to kotłowały się między cukrem, cukrem pudrem i ciastem, a... "ogólnie orzechowym migdałem". Początkowo to ostatnie odbierałam jako dziwnie orzechowy, trochę jak śmietanka / mleczko migdałowe lub kokosowe zalatujące kartonem (zapomniałam, że to lody wege), przy czym niczego z tego nie piszę negatywnie. Po łyżeczce-dwóch odnotowałam obok nutę ciastowo-biszkoptową. Baza chwilami łagodniała zahaczając o maślaność-tłuszczowość, a cały ten splot układał się w smak jasnego biszkoptu (trochę zbyt tłuszczowego jak dla mnie). Nasilał się w miejscach, gdzie lody bardzo przemieszały się z masą ciasteczkową - może nią nasiąkły? Całościowo bowiem, zwłaszcza gdy doszły do temperatury przystępnej, a więc topiły się, smakowały właśnie dość biszkoptowo... jak ciasto-biszkopt migdałowy. Niestety przesłodzony (szkoda, bo efekt był ciekawy; mimo że za nic nie nazwałabym go karmelowym).

Masa ciasteczkowa znacząco przemieszała się z bazą lodową i nadała jej jeszcze swojego smaczku, a ona także była słodka. Może nie jeszcze najbardziej z tego tu wszystkiego, bo cechowała ją także mączność, ale jednak. Wydała mi się lekko palono-pieczona, trochę jak jasne "waniliowate" ciastka karmelowe (wyobrażam sobie, że ciasteczkowy krem Lotus może smakować trochę podobnie)... A może melasowe? Z brązowym cukrem? Chwilami bardziej jak jasny, mączny biszkopt (te większe "skupiska"). Biszkopt karmelowy? Nazbyt to mączne, acz autentycznie ciasteczkowe.

Częściowym przerywnikiem od słodyczy okazały się kawałki fudge. Wprawdzie i w nich cukier pozwolił sobie wyleźć na pierwszy plan, ale... Smakowały całkiem niezłą, gorzkawą czekoladą o niemal miodowej słodyczy. Do pary z cukrem wprawdzie drapała w gardle, ale jeszcze nie było najgorzej. Całkiem sporo w nich maślaności, ale cierpkie kakao upodobniło je do czekolady ciemnej. To chyba podkręciła słodycz otoczenia. Nie wyszły specjalnie wytrawnie, a łagodnie, wyważenie.

Czekolady w "ciasteczkach cookie dough" prawie nie czuć, acz gdy skumulowało się ich więcej, nieco przełamywały wysoce za mocną słodycz tego tworu, dodając nutkę plastikowego, gorzkiego kakao. I... więcej cukru. Same ciastka uderzały smakiem... słodkim. Jakby mieszanką białego cukru (co nakręcały kryształki, gdy się z nimi rozprawiałam) i mąki. Może z domieszką cukru pudru i jakby... słodziku? Wydały mi się ciasteczkowe jak... właśnie nieudane, niedopieczone jasne herbatniki (a nie cookie dough). Chwilami kojarzyły mi się z jasnymi ciastkami kruchymi z cukrem (tego typu, np. Cukry Nyskie, Krakuski). Najbliżej im chyba jednak do... zawilgoconego ciastem spodu z herbatników.

"Masa cookie dough" otaczająca te "ciastko-kulki" serwowała z kolei smak cukru pudru, mąki i tłuszczowość, nawet pewną maślaność (może bardziej oleistość?) i odległą waniliowatość. Czułam się, jakbym wylizywała łyżkę / miskę z surowej masy na ciasto / ciastka. Nigdy nie spotkałam się z takim czymś w lodach. To było dość osobliwe, gdy masa rozpłynęła się, a potem wkraczała "ciasteczko-kulka" - tak odmienne w smaku! Raz czy drugi, tak jakby na styku, w zestawieniu tych tworów mignęła mi sól.

Po wszystkich dodatkach zagarnięta sama masa lodowa z kolei wydawała mi się jeszcze słodsza, ale i jeszcze bardziej ciastowa jak biszkopt, masa ciastowa - wszystko w jednym. Przede wszystkim bardzo słodka (i może rzeczywiście w porywach... nie tyle karmelowa, co trochę... kajmakowa?).

Po zjedzeniu zostało przesłodzenie i dosłownie przyspieszone bicie serca (nieprzyjemne), ciasteczkowo-pszeniczny, bardzo słodki posmak z nutką kakao. Wszystko to było całkiem w porządku, gdyby nie cukier.

Całość postrzegam jako niezłą gdy chodzi o smak i konsystencję, ogólny efekt, ale daleką od ideału. Przede wszystkim, zawartość pudła uważam za niezwykle intrygującą. Ciekawie wyszła ta ciastowo-biszkoptowa*, migdałowa baza (aż nie mam względem niej większych zarzutów!), czekoladowe fudge to dobre rozwiązanie. Sos-masa ciasteczkowa fajnie zgrała się z bazą i sama w sobie wyszła... w zasadzie spoko, jak karmelowo-biszkoptowe "coś". 
Dziwaczne było natomiast cookie dough. Pierwszy raz spotkałam się z takim. I nawet nie umiem jednoznacznie, z całą pewnością stwierdzić, czy to pozytywna dziwność. Trochę nie bardzo... To jakby połączenie zupełnie surowej masy na ciasto i niedopieczonych herbatników z plastikowo-czekoladowymi drobinkami. Te drobinki na pewno były zbędne (nie wnosiły nic dobrego, a przeszkadzały). Surowa masa na ciasto jest spoko, by zlizać ją z czegoś, ale... że z niedopieczonego herbatnika? W lodach? To już dość osobliwa kumulacja. Te jakby niedopieczone ciasteczka niezbyt mi w B&J's odpowiadają (nie odbieram ich jako typowe cookie dough), a tu dodatkowo wystąpił kontrast między masą jakby kompletnie surową, a ciastkiem raptem niedopieczonym. Natomiast czy to zakalcowość...? Może to taki odwrócony zakalec? Dziwne to było. Jako jednorazowa ciekawostka - świetne, ale tak ogółem nie przekonuje mnie... chyba. 
A na pewno nie sprawdzę, bo - teraz bardzo ważne - były tak piekielnie słodkie, przesłodzone, przecukrzone (jak się tylko da!), że aż w trakcie jedzenia parę razy musiałam łyknąć odrobinę wody. Po prostu mordowały cukrem. Wszystko nim smakowało i dopiero sobą. To nie pomogło w orzecznictwie, czy dziwność wyszła na plus czy minus. 

Bardzo zabawna sprawa z cukrem - cukrowością poszczególnych części. Powiedzieć, że lody były cukrowe to jak nic nie powiedzieć. Otóż można było wyróżnić, że sama masa smakuje cukrowo-cukrowopudrowo, "masa ciasteczkowa" cukrem brązowym, surowa "masa cookie dough" (?) cukrem pudrem, a "ciastka cookie dough" białym cukrem w kryształkach. Do tego cukrowo-miodowe "czekoladowe fudge" oraz "plastikowo-cukrowo kakaowe" kawałki czekolady. Trochę... śmiech przez łzy. Nawet nie wyobrażacie sobie pewnie mojej reakcji, gdy skonfrontowałam notatki z degustacji ze składem (potwierdziło się!).
*I znów pewna dziwność. Jadłam B&J's Birthday Cake z "masą biszkoptową" oraz Netflix & Chill'd "z masą ze słodko-słonych precli", a nie "masą-sosem ciasteczkowym" i... było to dość podobne, połączenie ich... tylko bardziej herbatnikowe niż preclowe (niesłone oczywiście), a tym samym najdziwniejsze.

Ogólnie wyszły jak całkiem w porządku jakościowo lody w interesującym wariancie, ale strasznie przecukrzone. Drogie, fakt, ale to cena sprowadzania i amerykańskości, więc o to producenta nie obwiniam (w USA to lody za około 3-4 dolary, więc biorąc pod uwagę tamtejsze "ceny życia i zarobki, nie są z wysokiej półki). Jak na wegańskie lody... fajnie udają normalne. W trakcie jedzenia wszystko się spisało... no, tylko cukier.
Ocenę nieco naciągam za dziwność... Bo i ze względu na nią je zjadłam do końca (ledwo!). Chciałam być pewna, że nie zaskoczą niczym jeszcze. Nawet nie umiem powiedzieć, czy je polecam, a jeśli tak, to komu. Ciekawskim na pewno.
Trochę jak z Birthday Cake: dziwne, w sumie smaczne, ale nie chciałabym ich więcej.


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 24,99 zł (za 465 ml)
kaloryczność: 264 kcal / 100 g; 230 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, tłuszcze i oleje roślinne (kokosowy, sojowy, rzepakowy), syrop glukozowy, mąka pszenna, pasta z migdałów 3%, brązowy cukier, skrobia kukurydziana, cukier puder, odtłuszczone kakao, białka grochu, pełnoziarnista mąka pszenna, emulgatory (lecytyny: słonecznikowe, sojowe), tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, sól, mąka z tapioki, stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego), ekstrakt wanilii, melasa, naturalny aromat, substancja spulchniająca (węglany sodu)

poniedziałek, 15 marca 2021

lody Ben & Jerry's Topped Salted Caramel Brownie

W swoim życiu miałam parę etapów nietypowych dla mnie, np. wielomiesięczne niejedzenie słodyczy (tak, czekolada to też słodycz), jedzenie ciast co tydzień na przestrzeni kilku miesięcy. Do tej recenzji potrzebny mi przykład drugi. Otóż kilka lat temu w Krakowie była cukiernia Sweet Life, z której właścicielką bardzo się lubiłyśmy. Jak to mówią... przez gadkę i żołądkiem do serca... czy jakoś tak. Zakochałam się w jej brownie z solonym karmelem. Nigdy nie jadłam lepszego. Połączenie to wydaje mi się pyszne, więc widząc dziwną promocję w Auchanie (opakowanie w cenie 29,99 zł, ale przy zakupie dwóch - drugie tylko 1 grosz, więc w sumie 15 zł za opakowanie lodów, które wszędzie normalnie są po 25) uznałam, że tak, nowy smak marki, do której mam mieszane uczucia, muszę zakupić. Mimo że jak się wczytać w opis lodów, nie są aż tak atrakcyjne: tylko 3 % brownie, dodali kawałki czekoladowe i polewę na wierzchu, jaka to forma do mnie zupełnie nie przemawia.

Ben & Jerry's Topped Salted Caramel Brownie to lody waniliowe z solonym sosem karmelowym 11%, kawałkami ciasta brownie 3%, czekoladowymi kawałkami 3% i orzechowo-czekoladową polewą 9%.
Pudło zawiera 438 ml / 403 g.

Po otwarciu pierwszym, co poczułam był splot kakao i orzechów laskowych z nie za wysoką słodyczą oraz z nieco sztucznawo-likierowym, cierpkawym podszyciem. Po zruszeniu polewy i w trakcie jedzenia wyraźnie czuć wanilię, karmel i mleko, jak również jeszcze więcej kakao i wytrawnej czekoladowości. Całość była już oczywiście znacznie słodsza.

Polewa na wierzchu tylko początkowo przypominała kamień. Gdy już ją rozwaliłam (czemu towarzyszyło zdrowe trzaskanie) i rozłożyłam na boki, potem (gdy już wzięłam się za jedzenie) rozpływała się niczym połączenie tłustej czekolady i kremu-smarowidła (typu Nutella). Cechowała ją pozorna gęstawa miękkość, rozpuszczająca się coraz bardziej rzadkawo. Była mazista i straszliwie, wręcz obrzydliwie tłusta. Sprawy nie uratował nawet mocno, aż trzeszcząco proszkowo-pylisty efekt. Gdyby nie on, pewnie nie przebrnęłabym przez wręcz śliskawy element... Przez niego warstwa ta zostawiała tłuszczowo-oleistą warstwę (na ustach, łyżeczce) i aż przytykała. Niestety wprowadziła element obrzydliwości, po przejedzeniu jej czułam, że mnie trochę od tego odpycha, ale potem było tylko lepiej.
Już w niej zatopiono kawałki czekoladowe, które znalazły się także w masie lodowej. Je również cechowała mazista tłustość i proszkowość, ale już znośniejsza. Ta druga wydawała się bardziej pyliście-kakaowa. Kawałki przypominały rozpływającą się, bardzo tłustą czekoladę. Potrzebowały wprawdzie chwili, by odtajać i nie być kamieniami, ale potem już tak - jak tłusta, trochę ulepkowa czekolada. Było ich całkiem sporo także w samej masie (na mój gust mogłoby być nieco mniej)
Masa lodowa okazała się konkretna i twarda, topiąca się powoli. Gęsta i dość kremowa, ale nie ciężka.
Dodano całkiem sporo dużych i średnich, a także trochę malutkich, kawałków brownie. Były to konkretne, ale przyjemnie miękkie, kapciowate i rozpływajace się w ustach kawałki ciasta. Przemieniały się w gęstą, dość ciężką i tłustą masę - jak brownie właśnie.
Sosu karmelowego na pewno nie pożałowano. Przewijał się przez całe pudło, niżej utworzyła się jego większa gruda, a mniejsze zawijasy miejscami mieszały się z masą lodową. Był tłustawy i średnio gęsty. Z rozpływającymi się lodami z czasem trochę się mieszał i wtedy wydawał się rzadszy.

Sama masa lodowa wyszła raczej mlecznie, bardzo słodko, ale nie jakoś szlachetnie waniliowo. Była jak najbardziej w porządku, choć w kontrze do wyrazistych dodatków wydawała się taka... bazowa. Na szczęście poprawna. Tam, gdzie wymieszała się z sosem karmelowym, była oczywiście jeszcze słodsza w kontekście karmelowym, choć raz po raz wkradała się w nią sól. Mnie to odpowiadało, bo zapewniło zgranie poszczególnym elementom.

Jako pierwsza zwróciła na siebie uwagę polewa. Uderzyła wyrazistym smakiem orzechów laskowych i słodkiego kakao. Konsekwentnie zasładzała, aż drapiąc w gardle i powodując przyspieszenie serca, coraz bardziej kojarząc się z kremem-smarowidłem typu Nutella, trochę z nugatem. Cierpkawa goryczka kakao była w tym drobna, złagodzona maślanością, która wpisywała się w pewien sposób w orzechowość. Coraz bardziej udawała czekoladę mleczną, albo... czekoladę typu gianduja? Nuta laskowców była w większości naturalna (ale chwilami, gdy bardzo się już topiła, wydawało się, że nie całkiem - patrząc na skład obstawiam jednak, że to przez oleistość). Ta jednak chwilami ogólnie przycichała. Zupełnie, jakby orzechy walczyły z mleczną czekoladą. Mimo to, polewa nie wyzbyła się drobnej wytrawności i przyjemnej goryczki. Dopiero w zestawieniu z kawałkami czekoladowymi, naprawdę mocno kojarzyła się z mleczną czekoladą.

Gorzkość i cierpkość przejęły bowiem kawałki czekoladowe o mocno kakaowym smaku. Podwyższyły również cukrowość, że chwilami cukier wydawał się w nich motywem przewodnim. Przedstawiały jednak ewidentnie gorzkawą ciemną kakao-czekoladę, mimo że z czasem wyszła także lekka maślaność. Kojarzyły mi się... z domową czekoladą ciemną (nigdy takiej nie jadłam) o likierowych zapędach.

Wyważona słodycz cechowała z kolei brownie. Te skojarzyło mi się z mocno kakaowym najprawdziwszym brownie. Goryczkowate, przybierające na słodyczy dopiero podczas rozpływania się i dość tłuszczowe, ale wszystko w pozytywnym sensie. Wyraziste, ciastowe... świetnie pasowały do reszty dodatków.

Słodycz drastycznie podnosił cukrowo-palony sos karmelowy. To czysta słodycz, prędko drapiąca w gardle, ale o wyraźnie karmelowym smaku ze znacząco maślano-śmietankowym echem. Podkreślała go całkiem spora ilość soli w pełni z nim integralnej, wmieszanej. Chwilami trafiałam na jeszcze bardziej słone prztyczki. To jednak i tak najsłodsza możliwie słodycz i kropka. Co więcej - słodycz całkiem przyjemna, bo zestawiona z przełamującymi elementami.

Całościowo jednak lody wcale tak bardzo za słodko nie wyszły. Stonowana baza, sporo cierpko-goryczkowatych elementów i sól wyrównały cukrowość czekoladowo-kakaowych dodatków i karmelu, więc kontrast wyszedł tu na dobre.

Po zjedzeniu nie czułam się straszliwie przesłodzona, acz słodycz odczuwalna była. Karmel jako posmak zacnie wymieszał się z goryczką kakao i szczyptą soli. Polewy czy orzechów laskowych na szczęście już nie czułam (piszę "na szczęście", bo posmak tej polewy mógłby nie być ani trochę przyjemny). Na dobre wyszło też to, że po zatłuszczeniu i zacukrzeniu wierzchem, reszta jakoś to zrównoważyła i nie zostałam po tych lodach z poczuciem obrzydzenia.

Lody uważam za całkiem udane. Podobały mi się proporcje zachowanych smaków, ale ilościowe proporcje i dodatki trochę bym zmieniła. Polewę wolałabym w innej formie niż taką jako wierzch (bo i jej tłustość, przypominanie oleistego, miękkiego smarowidła mi nie leżało), kawałki czekoladowe zmieniłabym zaś na większą ilość brownie. Baza mogłaby być lepsza, ale z drugiej strony... gdy i tak uwagę skupiają na sobie dodatki, może nie miałoby to sensu. Także cukru mniej, a więcej kakao bym wolała w wiadomych częściach.

Ta polewa, zestawienie smaków i solony karmel o wiele bardziej mi smakowała niż np. w B&J's Love Is...Topped (w tych polewa to dopiero oblech!), a jednak np. w lidlowych Alpen Fest Pretzel Ice Cream tego typu polewa, mimo że też miała w sobie coś obleśnego, odpowiadała mi bardziej - chyba ze względu na wytrawniejszy smak. Zdecydowanie wolę też czekoladowo-orzechowy korek Mucci Nut Loves Choco niż tę polewę.
Odlegle skojarzyły mi się z boskimi HD vanilla caramel brownie - B&J's wypadają jednak przy nich gorzej jako po prostu przekombinowane. Naprawdę nie rozumiem, po co z lodów robić dosłownie śmietnik. Wystarczyło by, gdyby skończyli na brownie i sosie. Gdyby lody były tylko z nimi, mogłabym do nich wrócić, a tu za dużo elementów, które najchętniej bym po prostu wywaliła (ale z drugiej strony nie były aż tak parszywe, by - jak już są - wywalać).


ocena: 7/10
kupiłam: Auchan
cena: 15 zł (za 438 ml / 403 g; promocja przy zakupie dwóch opakowań - różnych smaków)
kaloryczność: 304 kcal / 100 g; 280 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: śmietanka 24%, cukier, woda, mleko skondensowane odtłuszczone, oleje roślinne (kokosowy, rafinowany sojowy), syrop glukozowy, żółtka jaj, odtłuszczone kakao w proszku, mleko odtłuszczone w proszku, masło, mąka pszenna, miazga z orzechów laskowych, sól, ekstrakt waniliowy, stabilizatory (pektyny, guma guar, karagen), lecytyna sojowa, jaja, suszone białka jaj, tłuszcz mleczny, mąka ze słódu jęczmiennego, naturalny aromat waniliowy, substancja spulchniająca (wodorowęglan sodu)

czwartek, 24 grudnia 2020

lody Ben & Jerry's Cinnamon Buns

Cinnamon Roll jadłam może ze dwa razy w życiu, w tym raz w Stanach, na miejscu. To miało swój klimat, jak mało co! Myślałam, że umrę - tak bardzo to nie dla mnie twór - a jednocześnie strasznie fajnie było "to poczuć". Takie poznanie jednak wystarczy mi na całe życie, nie ukrywam. Wracać nie chcę. Smak ten jednak... no, dopóki ma oddawać mocną cynamonowość, ma swój urok. Halo Top Cinnamon Roll były wprawdzie nienajlepsze, ale lody marki B&J's zdarzają się też smaczne. Gdy wczytałam się, czym dokładnie są dziś przedstawiane... dostrzegłam ogromny potencjał. Cynamonowy zakalec? Brzmiało obłędnie. Ok, zakalce w Cookie Dough akurat B&J's nie wyszły, ale te potencjalnie były za dobre, bym pozwoliła sobie je przegapić. Już wolałam się ewentualnie rozczarować.

Ben & Jerry's Cinnamon Buns to lody karmelowe z sosem cynamonowym (cynamonowo-kruszonkowym) 9 % i kawałkami cynamonowego "cookie dough", czyli surowego ciasta 10%; stylizowane na cinnamon rolls / buns.
 Opakowanie zawiera 500 ml / 453 g.

Gdy tylko otworzyłam pudełko, poczułam cynamon i słodko-mleczne lody. Łączyła to ciepła ciasteczkowość, pewne wypieczenie i nawet ostrość. Wraz z jedzeniem, a więc ocieplaniem się lodów, cynamon wyeksponował się naprawdę pięknie, intensywnie pikantnie, przynosząc skojarzenie z cynamonową bułeczką.

Masa sama w sobie była średnio twarda, a jednocześnie przyjemnie gęsta i kremowa. Wydała mi się odpowiednio tłusta w pełnomleczny sposób. Nie przejawiała rozwodnienia, rozpływała się w umiarkowanym tempie.
Masa przepleciona była gęstym sosem, a właściwie bardziej soso-masą. Było to gęste, lepiące i trochę ciągnące. Mimo że pyłkowe od cynamonu, trochę jakby mąki (?), "sos" wydał mi się lekko żelowy. Nie pożałowano tego, choć rozmieszczono nierównomiernie, bo albo długo nie było nic, albo trafiały się ogromne skupiska z paroma tylko "kręciołkami". Nie wiem, czy cynamon w całej masie lodowej pochodził właśnie z tego, czy dodano go niezależnie, bo był dosłownie wszędzie.
Trafiłam na mnóstwo walcowych kawałków ciasta. Były równe, średniej wielkości kawałki, ale i trochę jakby podmiażdżona drobnica. Początkowo twarde, wszystkie rozpływały się w ustach, dawały się gryźć. Miękły wtedy na gęstą, choć suchawo-pylistą (od cynamonu) masę ciastową, która chrupała i rzęziła od kryształków cukru i cynamonu. Nie było to surowe ciasto "cookie dough" idealne, a drobnoziarniste grudki ciasta, choć całkiem w porządku.

W smaku same lody wyszły wręcz śmietankowo, bardzo mlecznie. Nie czuć w nich rozwodnienia, ale bardzo wyrazistego karmelu też nie. Wysoka słodycz wprawdzie szybko dała o sobie znać; karmelem pobrzmiewała jedynie do pewnego stopnia. Znacząco nasiąkły cynamonem, który się w nie wmieszał (co nawet na zdjęciach widać). Wydawało mi się, że to on nadał słodyczy cieplejszego wydźwięku.

Sos był głównie cynamonowy, chwilami bardzo ostro-goryczkowaty, czasem nawet po prostu gorzki. Rozgrzewał, dominował nad masą lodową, ale także podnosił słodycz. Była cukrowa, ale cukier stał dopiero za cynamonem. Ten był mocny, naturalny i aż piekł w język.

Również cukrowe były zakalce, ale ich cukrowości towarzyszył też specyficzny ciastowy smak. Był trochę goryczkowato-kartonowy, trochę... melasowo-karmelowy? Ciepły, ale nie pieczony, a mącznie-surowociastowy właśnie. Na pewno czułam ostrość. Także w ciastkach wyraźnie czuć cynamon, choć w takich wyłożonych "obok", jak ociepliły się i zmiękły, nawet częściowo tam się topić zaczęły (bo zawilgocone od lodów), pobrzmiewała cola (sztuczny cynamon). Traciło to jednak na znaczeniu w ogólnej cynamonowości lodów.

Gdy wszystko się mieszało w trakcie jedzenia, robiło się bardzo pikantnie, bardzo słodko, ale także cynamonowo. Właściwie... nie mogę narzekać, bo głównie cynamonowo i to w naturalnym kontekście, a z echem coli. Czuć ostrość, chwilami niemal goryczkę, ale jednocześnie baza z czasem zaczęła mi wydawać coraz słodsza w sposób... nijaki. Do samego końca sprawiała wrażenie śmietankowej, karmel zaś sugerowała w porywach.

Bliżej końca uczty słodycz zaczęła mi doskwierać dość mocno, jednak smak tytułowy był w to wpisany. Bułkowo-cynamonowy klimat był świetny, a to, że w język i gardło korzenna ostrość aż paliły... w sumie też mi odpowiadało. Dziwne było uczucie takiego rozgrzania podczas jedzenia lodów.

Po zjedzeniu czułam pieczenie w gardle i na języku wywołane cynamonem, ale też cukrem. Kończąc jedzenie czułam, że aż mi serce przyspieszyło. Miałam wrażenie, że całość trochę otłuściła mi usta, choć do tego mógł przyłożyć się też lepki efekt dodatku. Mimo to, nie było tak źle, bo wciąż czułam naturalny, ostry cynamon.

Całość bardzo mi smakowała, mimo zbyt wysokiej słodyczy i echa coli. Zakalce wydały mi się lepsze niż w podstawowej wersji Cookie Dough. Obstawiam, że cynamon im pomógł. W tamtej smakowały po prostu jak niedopieczone ciastka z cukrem, a tu to jednak właśnie masa na ciasto cynamonowe. Podobało mi się, że i masa lodowa wyszła cynamonowo-śmietankowo, tylko z sugestią karmelu. Wyrazistszy wprowadziłby zamęt.

Uważam... że swojej ceny warte jednorazowo. Raczej do nich nie wrócę przez nią, ale cieszę się, że je kupiłam i mogłam zjeść.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 273 kcal / 100 g; 247 kcal / 100 ml
czy kupię znów: mogłabym w promocji

Skład: śmietanka 26%, woda, cukier, zagęszczone mleko odtłuszczone, mąka pszenna, żółtko jaja, cukier brązowy, olej sojowy, masło, olej kokosowy, melasa, syrop glukozowy, cynamon, sól, lecytyna sojowa, ekstrakt waniliowy, substancja spulchniająca (węglany sodu), stabilizatory (guma guar, karagen), regulator kwasowości (kwas cytrynowy), olej słonecznikowy.

środa, 9 grudnia 2020

lody Ben & Jerry's Netflix & Chill'd

Kupowanie lodów B&J's jest u mnie pozbawione racjonalności (czasami, bo są smaki, których za nic w świecie nie kupię, odpychające mnie itp.). Sama siebie irytuję, że w pewien sposób niektóre mnie ciekawią i już. W ofercie tej marki nie widzę takich, które powaliłyby mnie na kolana, za to sporo tylko smacznych i parę niemoich albo niesmacznych, więc to niezbyt dobry bilans. Ten smak kusił jednak wszystkim: od samego zestawienia kojarzącego się z ubóstwianymi przeze mnie limitowanymi (na USA) Haagen-Dazs Peanut Butter Pie, od chęci porównania wykonania precelków w lodach z lidlowymi Alpen Fest Pretzel Ice Cream czy amerykańskimi Prigel Family Creamery Ice Cream Caramel Prezel, przez piękne netfliksowe opakowanie. Tak, oglądam tam sporo rzeczy, ale tu i kolorystyka, grafika oddająca nocne niebo usiane gwiazdami mi do gustu przypadła. A co do precli - cóż, w obu podlinkowanych narzekałam na twardość zamokłych bułek. Nie uczę się na niektórych błędach, ech... Te jednak mogły okazać się... zupełnie inne z racji formy dodatku.

Ben & Jerry's Netflix & Chill'd™ A Netflix Original Flavour to lody o smaku masła orzechowego (krem z fistaszków to 5 %) z masą ze słodko-słonych precli (8,5%) oraz kawałkami ciasta brownie (9,5%). Opakowanie zawiera 465 ml / 405 g.

Po otwarciu pudła poczułam słodko-słony, fistaszkowy zapach, którego wyrazistość była przełamana mlekiem, śmietanką. Wydał mi się więc łagodny, ale czuć, co trzeba. W trakcie jedzenia wszystko, w tym orzeszki, przybrały na wyrazistości, doniuchałam się kakao o truflowym charakterze i słonych precelko-paluszków, więc było apetycznie.

Masa początkowo była twarda, ale topiąca się dość chętnie. Lody okazały się kremowe i gęste, ale nie ciężkie. Cechowało je specyficzne, twardawe zagęszczenie (jakby  orzechowe), ale bez przesady. Łyżka się nie gięła, czuć jakby mleczną (bardziej niż śmietankową - obstawiam, że z racji mieszaniny wody, śmietanki i mleka odtłuszczonego) bazę.
Całość przeplatały zawijasy i skupiska (wielkie i mniejsze) masy precelkowej / kremu ze zmielonych precli. To trochę coś pomiędzy gęstym sosem a masłem orzechowym, tylko że z precli, z ich drobinkami. Rozpływało się to w ustach trochę mącznie, trochę chrupnęło raz po raz. Ciekawe coś. Jako że miejscami bardzo mieszało się z masą lodową, nadawało jej trochę mącznego efektu.
Kawałki brownie... zszokowały mnie. Były to wielkie kawały ciasta (prostokąty nawet do ok. 5x2 cm), ale też mniejsze kawałki i "rozpaćkane" części. Okazały się tłusto-miękkimi, mokrymi (bo też nasiąkającymi masą lodową) kapciami, błogo rozpływającymi się w ustach na zalepiająco-gęstą papkę. Atrakcyjne, prawdziwe ciacho!

W smaku sama masa lodowa pokazała się od strony dość słodkiej i mlecznej. Właśnie mleczna wydawała się baza. Na tejże bazie rozszedł się słodkawy motyw smarowidła orzeszkowego, z coraz chętniej rozkręcającymi się fistaszkami właśnie. Orzeszki wydały mi się delikatne, lekko podprażone. Jedząc raz po raz trafiałam na ich wyrazistszy smak podkreślony solą. To raczej delikatne masło orzechowe, bardzo "umlecznione", niewątpliwie jednak słone. W dodatku słodycz była zaskakująco niska.

Zawijas ze zmielonych precli wyszedł bardzo spójnie z lodami. Swoją słonością podkreślał tę masłoorzechową. Nie był bardzo skumulowany, a częściowo wręcz wmieszany w lody, przez co precelkowość chwilami nie była jednoznacznie mocna. Mimo to, dobrze czuć nieco bułkowato-preclowy i specyficzny, mocno wypieczony, pszeniczny smak. Bardziej słono-chrupkie fragmenty kojarzyły się raczej z precelkami "paluszkowymi". Zdarzyło mi się trafić także na parę gęstych, bardzo słono-precelkowych, intensywnych skupisk. Chwilami zaś ten dodatek wydawał mi się mdławy jak zawilgocone okruchy chleba / bułki. Potem z kolei np. trafiłam na sól i... już nie.

Słonawość niewątpliwie uwypukliła smak brownie. Te kawałki wyszły bowiem słodko-ciastowo, ale przede wszystkim gorzko czekoladowo-kakaowo, z truflowo-alkoholową nutą (bez rzeczywistych procentów). Były niczym... intensywny, porządnie wypieczony murzynek, nasączony czekoladowym likierem, w którym kakao nie żałowano.

Masa lodowa po tym wszystkim wcale nie wydała się mdła, ale wyrazistsza też nie. Trzymała się łagodnej fistaszkowości i mleczności (w tej kolejności). Słodycz też do końca trzymała stonowany poziom, a słoność chwilami zaskakiwała tym, jak wyraźna i adekwatna była.

Całościowo lody wyszły dobrze. Niezła baza o wyważonym smaku i uniwersalnej konsystencji z ciekawymi dodatkami. Masa precelkowa była dziwna, ale raczej dziwnie-fajna (choć mogłaby być lepsza, bo zawilgocone okruchy... ekhem), a ciasto wyszło obłędnie (nie dość, że pyszne, to jeszcze te zachwycające kawały... jeden aż ledwo zmieścił mi się na łyżeczce / w ustach). To dobre połączenie czekoladowo-kakaowego ciacha i delikatnego, ale słonego masła orzechowego. Słodycz zaskoczyła mnie, że była tak niska, a sól nie narzucała się, mimo że sypnięto jej sporo.
Od HD Peanut Butter Pie były jednak gorsze - mniej masłoorzechowe i... jednak prostota połączenia Haagenów wygrała. Precle były fajne, ale jako ciekawostka.


ocena: 9/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 465 ml)
kaloryczność: 276 kcal / 100 g; 240 kcal / 100 ml
czy kupię znów: mogłabym w promocji

Skład: woda, śmietanka 21%, zagęszczone odtłuszczone mleko, cukier, oleje roślinne (sojowy, kokosowy, rzepakowy), orzechy ziemne, mąka (pszenna, słodowana jęczmienna), żółtko jaja, skrobia, syrop cukru trzcinowego, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu, sól, jaja, białko jaja w proszku, stabilizatory (karagen, guma guar), lecytyna sojowa, ekstrakt wanilii, substancja spulchniająca (węglany sodu)

środa, 3 czerwca 2020

lody Ben & Jerry's Coconutterly Caramel'd Non-Dairy

Październikowe dwadzieścia stopni na termometrze za oknem zdawało się aż krzyczeć, że to mój czas doskonały na lody. Ciepło, w kaloryferach grzali i tak, dzielnie zakopałam się w swym kigurumi zebrze i... ruszyłam na przeszukiwanie zamrażarki. Wprawdzie wszystkie posiadane lody mam wypisane na liście, ale czasem jak się pogapię, to dopiero wiem, co chcę. A tym razem miałam problem, bo chciałam i wszystkie posiadane zjeść i... w ogóle nie chciałam żadnych. W końcu uznałam, że zjem coś opozycyjnego do wegańskich kokosowych Syrenek, czyli takową propozycję B&J's, a więc drogiej marki, której fenomenu aż tak nie rozumiem. Wybrane lody ciekawiły mnie dodatkowo dlatego, że niezbyt potrafiłam sobie wyobrazić ich formę. Zastanawiałam się, pod jaką postacią wystąpią ciastka, bo producent dziwne rzeczy z nimi robi - a to kawałki, a to dziwna ciasteczkowa miazga, a to wmieszane w masę... Dziwne. Obym tylko tym słowem nie miała podsumować całych tych lodów. Wolałabym np. "smaczne".

Ben & Jerry's Coconutterly Caramel'd Non-Dairy to lody kokosowe z karmelowym sosem (10%) i masą ciasteczkową (7%) oraz czekoladowymi kawałkami (7%); produkt wegański, a więc bez nabiału, zrobiony na mleku migdałowym i kokosie. Masa lodów to 500ml / 415g.

Już w chwili otwierania poczułam intensywny kokosowy zapach, wymieszany z wysoką słodyczą wanilii (waniliowych lodów) i karmelowej krówki. Było to ulepkowato-smakowite, mimo że kokos przerysowano, co w miarę jedzenia coraz bardziej mi przeszkadzało.

Masa lodowa dała się poznać jako względnie miękkawa, ale zwarta, minimalnie gumiasta. Topiła się średnio, nieco opornie. Odebrałam ją jako zagęszczoną, gumiastą właśnie, ale i rzadko-kremową jak puszyste lody mleczne. Sprawiała wrażenie oleistej, ale nie była tłusta ani specjalnie wodnista. W zasadzie nie mam jej co zarzucić, ani za co chwalić. Trochę kojarzyło mi się to ze strukturą nadzienia Milky Waya. Im więcej dodatków (zwłaszcza ciastek) przejadłam, tym bardziej proszkowo-mączne mi się wydawały. Na całe pudło parę razy zarzęził mi jakiś miękki wiórek kokosowy.
Bardzo dużo było sosu karmelowego, poniekąd mieszającego się z masą lodową (mam wrażenie, że on też jakby zagęszczał i odpowiadał za zwartość). Wyszedł gęsto-ślisko, nie był zbyt lejący. To bardziej taka karmelowa masa prosto z batona np. Mars niż typowy sos.
Ciastka wystąpiły pod różną postacią. Większość to takie "wplecione" w masę lodową "dróżki" drobinkowo-ciasteczkowej miazgi. Były tam kawałki średniego i małego rozmiaru, kawałki rozwalone i drobinki. Wszystkie odznaczały się zawilgoconą miękkawością. Rozpływały się w ustach i podkreślały proszkowość lodów, same od siebie dodając mocno mącznego efektu.
Czekoladowych kawałków było całkiem sporo. To średnie i odpowiednio duże sztuki. Nazwałabym je przyjemnie rozpływającą się polewą o dość mocno proszkowej, wręcz lekko ziarnistej strukturze. Nie było w nich nic z kamienności, a ich tłustość okazała się silna, ale jeszcze jak najbardziej do przyjęcia.

W smaku masy lodowej od pierwszej łyżeczki poczułam dominację słodkiego kokosa. Zarówno słodycz, jak i kokos wydały mi się za silne. O ile w przypadku przesadzonej słodyczy, dawało się to we znaki cały czas, tak przearomatyzowany kokos z czasem się wygładzał. Nie wyszedł strasznie chemicznie, to raczej połączenie naturalnego i aromatu, co całkiem smacznie się przedstawiało. Czułam mleczko kokosowe, a chwilami lody wydawały mi się zaskakująco po prostu mleczne. Mleczne i... smakujące cukrem pudrem. Wraz z jedzeniem, po tych wszystkich dodatkach, także w samej słodyczy (nie że "w kokosie") doszukałam się jakiegoś sztucznego echa.

Ciastka, mimo iż niespecjalnie wyraziste czy wyróżniające się, wiele wniosły, wtapiając się w masę. Były przede wszystkim "jasnociastkowe", pszeniczne. Dodały mącznego posmaku, pewnej wytrawności i lekkiej sztuczności. Odebrałam je jako wanilinowe, może słodko-melasowe... takie niby wytrawniejszy i niezbyt smaczne.

Ogromną rolę odegrał też sos karmelowy. Za ogólnym poczuciem przesłodzenia na pewno stał między innymi on, gdyż drastycznie podbijał słodycz. Tym samym jednak nadawał całości wyrazistości i charakteru. Owszem, smakował bardzo słodko, trochę tłuszczowym karmelem rodem z batonów Marsa, ale... też jak karmelowo-cappuccinowa krówka. Krówkowość, jaką tchnął w te lody, była czysta i zachwycająca.

Kawałki czekoladowe przełamywały słodycz, dodając gorzkości zwykłego kakao. Oprócz lekkiej cierpkości wniosły jednak też palono-orzechowy akcent. Zaskoczyły intensywnością smaku i wpisały się w konwencję, zacnie łącząc się z kokosową bazą.

Po wszystkim pozostało przesłodzenie i przearomatyzowanie. Kokos, cukrowopudrowo i lekko sztucznawa słodycz były przesadzone i pod koniec już męczyły. Krówkowo-marsowy karmel, wymieszany z kokosem zaganiał jednak poczucie przesłodzenia w pozytywnym kierunku, więc tak ogółem nie było źle. Najbardziej przeszkadzało mi wrażenie mączności.

Lody jako karmelowo-kokosowa propozycja dla wegan na pewno są propozycją bardzo dobrą, bo bogatą w dodatki i złożoną. Miłe urozmaicenie od czystych mas lodowych. Ogólnie są dość ciekawe, bo połączenie krówkowego karmelu, kokosowej bazy i kakao to naprawdę genialny i smaczny pomysł, ale lodom wad nie brakuje. Struktura, zwłaszcza ta mączność i oleista gumiastosc, i ciasteczka wyszły średnio. Za dużo aromatów i słodyczy też na minus. Są to jednak rzeczy, na które da się przymknąć oko i w sumie ze smakiem zjeść. Aż dziwne, że z tak potwornym składem tak wyszły. Ok, rozumiem, że mleko kokosowe / migdałowe w swoich składach też na pierwszym miejscu mają wodę (stąd jej tyle - tłumaczenie producenta), ale reszta?


ocena: 7/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 272 kcal / 100 g; 226 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda, cukier, syrop glukozowy, oleje roślinne (kokosowy, sojowy, rzepakowy), miazga migdałowa (2%), cukier trzcinowy, kokos (1%), kakao o obniżonej zawartości tłuszczu, skrobia kukurydziana, cukier puder, mąka pszenna, pełnoziarnista mąka pszenna, białka grochu, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, lecytyna sojowa), stabilizatory (guma guar, mączka chleba świętojańskiego, karagen), skrobia modyfikowana, tłuszcz kakaowy, sól, aromaty, melasa, ekstrakt waniliowy, substancja spulchniająca (węglany sodu), ekstrakt słodu jęczmiennego, regulator kwasowości (kwasek cytrynowy)

piątek, 14 lutego 2020

lody Ben & Jerry's Love Is...Topped

Nie lubię słodkich ulepków. Koloru różowego od dziecka nie trawię*, ale... jestem dziwadłem i wiem to nie od dziś. Tak jak czasem lubię rzeczy podchodzące pod kicz, to i np. coś różowego mogę uznać za tak wręcz groteskowe, że aż fajne. Zdarza się, że strzela mi coś do łba, by spróbować coś zupełnie nie w moim stylu albo sprawdzić coś... tak po prostu. Walentynki? Tylko takie, powtarzając za Marilynem Mansonem, w cieniu Doliny Śmierci. Czy zabójcze dla mnie miały okazać się dzisiaj prezentowane lody? Nie ukrywam, że w kolejce specjalnie czekały właśnie na ten dzień. Ja czekałam z ironicznym uśmiechem. Ktoś mógłby się zdziwić, po co w ogóle wydałam na nie kasę, skoro składają się ze wszystkiego, czego nie lubię... Kierowałam się tym, ze zupełnie nie w moim stylu Birthday Cake w jakiś dziwny sposób... były smaczne, mimo że z nutą obrzydliwości.
Dzisiejsze, wydaje mi się, wpisują się w jakiś tam amerykański kanon. Wydaje mi się, że akurat do masła i przesadzania z cukrem brązowym mają słabość. Robienie rzeczy o smaku brązowego cukru wydaje mi się niedorzeczne, ale cóż... Chyba nie tylko mi, skoro i tłumaczenie na polski opisu tych lodów jest dziwne. Stworzyłam własny, by jakoś brzmiało, ponieważ brązowy cukier tak trochę karmelowo smakuje, a i mniej więcej tak je odebrałam, ale... widzi mi się to jako po prostu to, co Amerykanie lubią najbardziej: masło i cukier. W oryginalne brzmi to: "Buttery brown sugar ice cream with pink salted caramel cups, a cookie swirl, a pink topping, and pink chunks".
*Uogólniam, często półżartem. Są i całkiem w porządku odcienie - kolor jak wszystkie inne.

Ben & Jerry's Love Is...Topped to lody o smaku maślano-karmelowym z brązowym cukrem ("buttery brown sugar ice cream"), z różowymi czekoladkami nadziewanymi solonym karmelem oraz z  masą ciasteczkową, przykryte różową polewą z różowymi kawałkami.

Po otwarciu w zasadzie nic nie poczułam, ale wiadomo - zamrożone czekolady / polewy rzadko kiedy pachną (chyba?). Dopiero w trakcie jedzenia poczułam silną, wręcz cukrową słodycz mdło-śmietankowych lodów z tanią, karmelowo-maślaną nutą.

Ze zdziwieniem odkryłam, że polewa na wierzchu, mimo iż twarda, z kamieniem nie miała nic wspólnego i po ludzku dało się ją rozłupać. Rozpływała się po dłuższym czasie oraz oczywiście w ustach, robiąc to w sposób gęsto-zalepiający, kremowo-gładki jak... nadzwyczajnie zalepiająco-ciągnąca, tłusta biała polewowa czekolada. Tłustość tego czegoś porażała.
Wtopiono w nią "chunks" (czekoladko-kawałki?) w kształcie serduszek. Były jednolite, bez nadzienia. W zasadzie wydały mi się podobne do tejże polewy / czekolady. Niczym pseudoczekolada zmieniająca się w krem z tłuszczu, nie zaś kamień.
W masie ukryto posiekane i całe czekoladki-babeczki (również koloru różowego) z płynnym, lejąco-ciągnącym karmelem wewnątrz. Były inne niż np. w Caramel Chew Chew. Ich wierzch to też ta wyżej opisana polewa, ale w ich przypadku znośniejsza, a karmel... ślisko-lepiący i zupełnie jak niemrożony. Nie pożałowano ich, ale karmelu wewnątrz już tak.
Masę lodową przeplatała rozmieszana masa ciasteczkowa. Nazwano to "swirl", acz według mnie to po prostu skupiska, z czego niektóre bardzo rozlazłe, w efekcie czego w pudle znalazło się sporo kawałeczków-okruszków ciastek luzem. Odebrałam je jako już na starcie zawilgocone, a więc wilgotne i miękkie. Próbowały chrupać, ale raczej rozpływały się w ustach. Robiły to "na grudki", trochę mącznie. Tego dano raczej średnio dużo, nierównomiernie.
Wreszcie sama masa... Nie podobała mi się jej struktura. Okazała się bowiem twardawa, trochę gęsto-kremowa. Czuć w niej silną wodnistość. Mimo że rozpływała się powoli, pozostawała zbita, przy czym ujawniała tłustość masła i śmietanki, a i tak opływała wodą. Jakby sama się rozrzedzała, co nie było przyjemne. Sprawiło jednak, że także dodatki szybciej wilgotniały i miękły.
Ogół cechowała miękkość i lepiszczość właśnie. Ja przypisałabym im jeszcze ciężkość, kremową tłustość. Mi zupełnie się to nie podobało i nie mogę uwierzyć, by komukolwiek mogło. Polewę i wszelkie serduszka / kawałki uważam za tak podłe, że cały wierzch skończył w śmieciach.

Różowa polewo-czekolada (zarówno ta jako wierzch, serduszka, jak i "skorupka" babeczek) porażała wysoką, cukrową słodyczą. Kawałek wzięty do ust w zasadzie zaczynał przez nią drapać w gardle już po paru sekundach, równocześnie gdy w ustach roztaczał smak mleczno-maślanej białej... polewy. Parszywej, taniej polewy białej, która z białą czekoladą... to chyba tylko taką z najniższej półki miała coś wspólnego. Smakowała cukrowo, a tłuszczowa polewowość waliła taniością, że omijałam ją, jak tylko się dało. I tu ucieszyłam się, że babeczki były posiekane.

Otóż czekoladki z karmelem, oprócz ohydnego wierzchu zawierały cukrowy, maślany karmel, który też mordował cukrem, ale z wyraźną nutką soli. Nie była nachalna (chyba dodatkowo podkreślała cukrowość), ale wyczuwalna, co do tej kompozycji wyjątkowo pasowało. Było tego, tak ogółem (pomijając, że samego karmelu w czekoladkach mało), tak mało, że niestety... nikły. A mogłyby pomóc...

Ciasteczkowe drobinko-skupiska z kolei zatracały się poprzez swój w gruncie rzeczy nijaki smak. Głównie mączne i pudrowo słodkie. Trochę kartonowe, trochę "palonocukrowe" (kojarzyły mi się z ciastkami korzennymi bez przypraw korzennych). Ciastkowe, ale bez charakteru, mdłe.

I po tych wszystkich dodatkach przechodzimy do bazy: samej masy lodowej. Niezależnie, czy próbowana przed, jedzona razem z nimi, czy po dodatkach, wydała mi się nijaka. Szarżowała przede wszystkim przesadzoną słodyczą cukru. Czy to obiecany brązowy cukier? Nie powiedziałabym. Zabójczo to słodkie i tyle.
Wyraźnie czuć też... masło. Maślana jak maślano-mleczne, mdłe ciasteczka (z cukrem?). To, że zrobiono je między innymi na bazie śmietanki przez maślaność uszło uwadze. Można to uznać jako plus, bo czuć obiecany smak (mi jednak wyjątkowo nie odpowiadał). Za maślanością jednak szerzył się znaczący, mdły, rozwodniony posmak. To dodatkowo spłyciło bazę i uwypukliło słodycz. Maślano-cukrowo-rozwodniona? Taak, a przez co bez charakteru.

Całość wyszła nijako, tanio i niesmacznie. Mam wrażenie, że zrobiono te lody, aby tylko wyglądały, jak się producentowi zamarzyło. Wszystko zasładzało, że w głowie się nie mieści. Biała polewa była po prostu okrutna: cukrowo-tłuszczowa. Karmel akurat wyszedł nieźle, ale nie odegrał istotnej roli. Ciastka... ot, były, też nie najlepsze. Cukrowo-maślane lody nie wyszły toffi / karmelowo (co w sumie mnie zaskoczyło, bo tego można by się spodziewać). Wyraźnie czuć w nich maślaność (obiektywnie to plus), ale też i taką ilość cukru, że nie da się ich jeść (zwłaszcza, że jem lody bardzo topiące się, więc odczuwalność słodyczy wtedy rośnie). W dodatku wyraźnie czuć wodę (a wraz z jedzeniem coraz bardziej).

Rzeczywiście maślano-cukrowe (chociaż jak robią taki smak to uważam, że powinny być posłodzone tylko brązowym, bo tak go nie czuć przez ilość białego) i w sumie za to trudno je winić (tytuł), ale zrobione byle jak, po jakości pojechali. Mocno przeciętne lody, które w dodatku były wszystkim tym, czego nie lubię.
Za subiektywne odczucia nie winię, ale wychodzę z założenia, że wszystko dobrze zrobione może mi posmakować (dobrym przykładem są wyjątkowo nie w moim stylu Birthday Cake). Te nie posmakowały. Smakowej taniości nie lubię i nie polecam. Niewiele ich zjadłam, resztę oddałam Mamie, która lubi bardzo-bardzo słodkie lody (uwielbia wszelkie lidlowe i Grycan!), a tłustość jej nie straszna. Smak i konsystencja różowej polewy wystraszyły ją tak, jak mnie. Zgodziła się, że ciastka właściwie żadnej roli nie odegrały. Całość odebrała lepiej niż ja, a babeczki z karmelem ją zachwyciły. O samych lodach: "jak takie zwykłe tanie lody, co ja kupuję po 10 złotych, na lody za tyle to by niezłe były".


 ocena: 3/10
kupiłam: Carrefour
cena: 24,99 zł (za 500 ml)
kaloryczność: 300 kcal / 100 g; 273 kcal / 100 ml
czy kupię znów: nie

Skład: woda, śmietanka (21%), cukier, mleko zagęszczone odtłuszczone, oleje roślinne (rzepakowy, kokosowy, sojowy), mleko pełne w proszku, żółtko jaja, cukier puder, skrobia, cukier brązowy 0,9%, syrop glukozowy, mąka pszenna, pełnoziarnista mąka pszenna, masło, śmietanka w proszku, mleko słodzone zagęszczone odtłuszczone, sól, lecytyny sojowe, tłuszcz mleczny, zagęszczony sok z buraka czerwonego, melasa, stabilizatory (guma guar, karagen), naturalny aromat waniliowy, substancja spulchniająca (węglany sodu), miód